piątek, 18 sierpnia 2017

ROZDZIAŁ 110

- Synku, nawet nie wierz, jak ja za Tobą tęskniłam.- mama rzuciła mi się w objęcia, płacząc.
Przytuliłem ją, chowają twarz w jej ramieniu. I moje oczy się zaszkliły. Spojrzałem na Iwana. Nie dopuszczał z nas wzroku przepełnionego miłością i czułością. Może nie jestem z nim na tak silnych relacjach ojca z synem, ale bardzo go polubiłem. Sprawił, że moja mama była szczęśliwa jak jeszcze nigdy. Po chwili dołączyły do nas moje siostry, ich dzieci i sam ojczym. Czułem, że nasza rodzina nie może być już chyba pełniejsza. Chociaż od razu przed oczami stanął mi obraz ciężarnej Rozy. Nie, do pełnej rodziny jeszce trochę mi brakuje. Odsunęliśmy się, patrząc na siebie z miłością. Nagle Łuka uniósł wzrok i aż otworzył w szoku usta. Odwróciłem się i sam zaniemowiłem. Za schodów schodziły wszystkie dziewczyny, które wcześniej zniknęły na górze. Tylko Roza nie była jeszce przebrana. Ale Anastazja... Teraz to wygląda jak prawdziwa księżniczka. Olśniewająca w każdym calu swojej fioletowej sukni. Na środku była biała z wyróżniającym się nićmiciemniejszej barwy reszty kreacji, układającymi się w zygzaki, a po bokach i z tyłu, tak jak mówiłem cała fiotetowa. Znaczy to był inny fiolet, taki o wiele jaśniejszy od takiego normalnego... Nie wiem, jak to wytłumaczyć, choć pewnie kobiety mają na to nazwę. Wracając. Od bufiastych rękawów szła przezroczysta, tiulowa tkanina w tym samym kolorze, co większość sukni. Na wysokości ud, w równych odległościach przyczepione były białe koraliki, połączone wstążką, na wzór łuków, ale opadających w dół. Brzeg ozdobiony został białą falbanką, a cała suknia miała jeszcze przezroczystą zasłonkę, z tego samego materiału, co rękawy. Do tego założyła fioletowe pantofelki i jaśniejsze rekawiczki do łokci. Miałem wrażenie, jakbyś lśniła w blasku lamp. To było niesamowite. Moja mała księżniczka. Podszedłem do niej i ucałowałem jej czoło. Oczywiście poczułem smak podkładu, ale przyzwyczaiłem się już do tego po licznych randkach z żoną.
- Pięknie wyglądasz, księżniczko.- powiedziałam, walcząc z łzami, pchającymi mi się do oczu..- Pamiętam cię taką malutką, biegająca po podwórku z łopatką i wiaderkiem, a teraz...
- Mówisz, jakby wychodziła za mąż.- zaśmiała się Roza.
Jednak zignorowałem jej uwagę.
-... naprawdę wyglądasz jak moja księżniczka. Wyrosłaś na bardzo mądrą i odważną kobietę, jak twoja mama.
- Dziękuję.- szepnęła i przytuliła mnie.- Kocham Cię tato.
- Ja ciebie też skarbie. Ja ciebie też.- oparłem brodę na jaj głowie.
Po chwili pozwoliłem jej zejść do reszty, a sam podeszłem do ukochanej i objąłem ją ramieniem. Roza z uśmiechem położyła głową na moim ramieniu i tak wtuleni w siebie patrzyliśmy z uśmiechem na nasze dzieci. Diana z oczami jak centówki, biegała wokół starszej siostry i podziwiała jej sukienkę. Po chwili podbiegł do nas.
- Ja też będę tak wyglądać na swoich osiemnastych urodzinach?- popatrzyła na nas błagalnie, ciągnąć mnie za rękaw prochowca.
Wymieniłem spojrzenia z ukochaną i razem ukucnęliśmy przy młodszej córce.
- Oczywiście skarbie. Będziesz wyglądać, jak tylko sama będziesz chciała.- powiedziałam.
- Super. Kocham was.- pocałowała mnie w policzek i dobiegła.
Bardzo zaskoczyło mnie jej zachowanie. Wręcz zamurowało. Kompletnie mnie nie zna, nie było mnie całe jek życie, a ona zachowuje się, jakby znała mnie od zawsze. Niesamowita dziewczynka. Ocknął mnie dopiero śmiech Rozy. Musiałem mieć naprawdę komiczną minę. Podniosłem się i objołem ją ramieniem, przyciągając jeszcze bliżej.
- Widział ktoś może Jack'a?- spytała nagle Anastazja.
Na samo imię moroja zacisnąłem dłonie w pięści, jednak żona z łatwością mnie uspokoiła, głaszcząc moją rękę.
- Powinien...- zaczął Dominic, ale przerwał na dźwięk dzwonka.- To chyba on.
Brunetka pobiegł do drzwi, jakby się paliło. Westchnąłem ciężko. Tracę ją. Co się dziwić? Nie ma mnie całe jej życie i co? Liczyłem, że jak się pojawię, na nowo stanę się centrum jej życia. Ale już nie jest moją małą księżniczką. Westchnąłem ciężko i razem poszliśmy do drzwi. Stanęliśmy w progu, patrząc na blizniaki w pięknej różowej karocy. Od razu na myśl przyszła mi pierwsza rocznica ślubu mojego i Rozy. Ukochana wtuliła się we mnie mocnej, jakby też o tym pomyślała. Objąłem ją ramionami i przyciągnąłem bliżej swojej klatki piersiowej. Po chwili konie ruszyły, popędzane przez Łukę.
- No dobra, chyba czas się szykować.- westchnęła Roza, wyplątując się z moich ramion.
- Ty we wszystkim wyglądasz pięknie, Roza.- powiedziałem, łapią jej dłoń i patrząc głęboko w piękne oczy ukochanej.
- Posłuchaj Bielikow.- stanęła w rozkroku z groźną miną, wytykając mnie palcem.- Od dwunastu lat nie stroiłam się, więc dzisiaj mam zamiar powalić cię na kolana samym wyglądem.
Nie czekając na moją odpowiedź, pognała na górę, łapiąc pod rękę nasze siostry i przyjaciółki.

czwartek, 17 sierpnia 2017

ROZDZIAŁ 109

H- O co chodzi?- spojrzałem zdezorientowany na żonę.
- Sonia co roku robi bal w dzień urodzin każdego z grupki przyjaciół naszych dzieci. Teraz padło na Nastkę i Felixa.
- Aaa...- zrozumiałem.- To może też pójdziemy się szykować.
Zacząłem się podnosić, a Roza zeszła ze mnie.
- Nie ma pośpiechu. Do balu jakieś 3 godziny, a dojedziemy tam w jakieś pół.
- Dymitr, możemy pogadać?- spytał nieśmiało Stan.
- Jasne.- odpowiedziałem z uśmiechem.
- To ja może pomogę przygotować się naszej księżniczce do balu.- mrugnęła Roza i poszła do domu.
Po chwili ze strażnikiem również weszliśmy do budynku. Udaliśmy się do kuchni, gdzie nikogo nie było i spokojnie mogliśmy pogadać. Zrobiłem nam obojgu kawę i usiadłem na przeciwko Alto.
- No to co cię gryzie, przyjacielu?- spytałem, biorąc porządny łyk napoju.
Jak ja stęskniłem się za tym smakiem.
- Jestem zakochany.- wydusił w końcu z siebie.
- No to gratulacje. Kim jest ta szczęściara?
Westchnął nie patrząc na mnie.
- Ellen Kirowa.- powiedział tak cicho, że nie byłem pewien, czy dobrze usłyszałem.
- Była dyrektorka?- chciałem się upewnić.
On tylko pokiwał głową.
- Mówię to tylko tobie, bo Rose nazwała by ją starą krową.- oboje się uśmiechneliśmy.- Od dawna mi się podobała, ale to nie moje strefy. Niektórzy myśleli, że nie ma uczuć. Nie wiedziałem co robić, wiec nie robiłem nic. Teraz tego żałuję i chciałbym cofnąć czas, żeby znowu chociaż ją zobaczyć. Tak za nią tęsknię. Tylko...- westchnął, przecierając twarz dłońmi.- Nie wiem, czy ona mnie też. I chyba już nigdy się nie przekonam.
Zwiesił smutno głowę, bawiąc się do połowy opróżnionym kubkiem.
- Napisz do niej list.- zaproponowałem, pijąc kawę.
Przedłużająca się cisza i palące spojrzenie strażnika zmusiło mnie na uniesienie wzroku. Stan patrzył na mnie, jakbym powiedział mu, że przybyłem z innej planety.
- No co?- spytałam.- Wiem, że to trochę staromodne, ale też romantyczne. Kobiety to lubią. Nawet takie jak Ellen.
- No nie wiem...- widziałem, że ma wątpliwości.- Nie umiem chyba być tak romantyczny.
- Nie musi być jakieś wielce romantyczne. Ważne, że szczere i prosto z serca. Co ci szkodzi? Jeśli nie odwzajemnia twoich uczuć, to i tak nigdy więcej jej nie spotkasz. A nóż okaże się, że oboje niepotrzebnie skrywaliście swoje uczucia.
Dampir chwilę się zastanawiał.
- Wiesz, że możesz mieć rację? Tak.- dodał z większą pewnością.- Tak zrobię. Dzięki Bielikow. Rose ma rację. Jesteś bardzo mądry.
- Bez przesady. Po prostu trochę się na kobietach znam. Wychowałem się z pięcioma.- uśmiechnąłem się na wspomnienie dawnych lat.
Po skończeniu napojów, wstawiliśmy kubki do zmywarki i weszliśmy do salonu. Na kanapie siedziało pięciu już przebranych chłopców. Na kolanach Felixa usadowiła się Diana. Sam zająłem miejsce w fotelu obok. Na przeciwko mnie stał drugi, zajmowany przez Pawkę. Reszta rozproszyła się po całym pokoju.
- Ale ty wyrosłeś.- westchnąłem, patrząc z uśmiechem na syna.- A mnie nie było.
- Byłeś tato.- popatrzył na mnie z czułością.- Zawsze tutaj.
Przyłożył dłoń do serca.
- I tutaj!- dodała wesoło Diana, powtarzając gest brata.
- Na zawsze byście zostali w naszych sercach.- wtrąciła Lili, pojawiają się z nikąd.
Wstałem, po czym przejrzałem się jej.
- Wyrosłaś na bardzo piękną kobietę. Jak twoja mama.- zauważyłem, przytulając ją do siebie.- Dziękuję, że pomogłaś Rozie, kiedy mnie...
-Ciii...- wtuliła się w mój tors.- To już nie ważne. Ważne, że jesteście tu razem.
- Wuja, nie zabieraj mi żony.- zawołał Pawka, na co wszyscy się zaśmialiśmy.
- Mówię jej to jak córce.- popatrzyłem na dampirzycę z miłością i cmoknąłem ją w czoło.- Nie szwagierce.
Lili odsunęła się ode mnie i podeszła do męża, który ją przytulił.
- Dobrze znów widzieć ciocię Rose szczęśliwą.- przyznała Sonia Karp.- Aż serce się krajało, widząc ją ciągle poważną, ukrywającą wszystkie swoje uczucia. A aura wokół niej była wręcz przepełniona cierpieniem.
Sam czułem ten ból, myśląc o tym, co przeżywała moja ukochana. Widziałem go w oczach zgromadzonych.
- Ja też się z tego cieszę.- przyznałem.- Bardzo tęskniłem za nią, ale i za wami. To może opowiecie mi co u was?

środa, 16 sierpnia 2017

ROZDZIAŁ 108

Dzieciaki siedzieli w swoim gronie, a my byliśmy z naszymi starymi przyjaciółmi. Z Christianem chwilę zabawialiśmy tych najmłodszy, ale nie długo. Oni świetnie się ze sobą dogadywali i co chwilę wymyślali własne zabawy, za którymi z Ozerą nie byliśmy w stanie nadążyć. Wróciliśmy do swoich żon, pogrążonych w rozmowie z resztą. Wziąłem Rozę na kolana, ale ta albo tego nie zauważyła, albo nic sobie z tego nie zrobiła, bo nawet nie zareagowała. Co jakiś czas rzucałem spojrzenia w kierunku mojej księżniczki i jej ukochanego, ale, mimo że nie podobał mi się ich związek, dałem mu na razie spokój. W sumie jest nawet miły i może jednak nie jest tak zły, jak myślałem na początku.
- A jak tam u ciebie w pracy, Adrian?- z rozmyślań wyrwał mnie głos ukochanej.
- To ty pracujesz?- zdziwiłem się, poprawiając Rozę na swoich kolanach.
- Tak.- uśmiechnął się cwanie.- Jestem prawnikiem.
- Serio?!- otworzyłem szeroko oczy.
- Tak. I mógłbym Cię wsadzić do więzienie, za pobicie mnie te 18 lat wstecz.- zaśmiał się.
- Ty nawet nie wiesz, za ile rzeczy mógłbyś nas wsadzić.- również się zaśmiałam.- Ale przyznasz, że ci się należało.
- No może trochę. Wiem, że chamsko się zachowałem. 
- Powiedzcie mi coś jeszcze, o czym nie wiem.- poprosiłem.
- O czym tu gadać? - wzruszyła ramionami Sonia.
- Nie wiem,- westchnął Stan.- ale macie cudowne dzieci. Ciągle nie mam pojęcia Bielikow, jak ci się udało utemperować Hathaway. Przez cały czas od zniknięcia Rose starałem się jakoś poskromić na treningach tą waszą córkę, wydobyć z niej to co najlepsze i co w zamian dostaję?! W pierwszą sobotę zajęć polowych słyszę od niej: "Dlaczego mnie nie lubisz wujku?"- przedrzeźniał Anastazję.
- Wiesz, trzeba mieć w sobie to coś, aby poskromić Hathaway.- zaśmiała się moja ukochana.
- Ja głównie dużo od niej wymagałem, ale starałem się ją nie zdołować.- powiedziałam rzeczowo z uśmiechem.
- O czyżby?- Roza popatrzyła na mnie z po wątpieniem.- To dlatego aż mnie zalewałeś pochwałami. Tylko szkoda, że żadnych nigdy nie słyszałam. Jedynie twoje nudne lekcje Zen.
- Które sama dajesz?- uniosłem jedną brew, patrząc na nią z rozbawieniem.- Po za tym, dzięki temu starałaś się bardziej i w końcu ci się opłaciło.
- Ale że też musiałam za ciebie wyjść, żebyś mnie obsypywał komplementami.- westchnęła.
- Wcale, że nie.- żachnąłem się. - Już wcześniej pokazywałem, że dostrzegam twoje zalety. Chociażby podczas ucieczki w domu Jill.
- No niech ci będzie.- westchnęła, a ja poprawiłem się z dumnym uśmiechem.
Dopiero teraz się rozejrzałem i zobaczyłem jak nasi przyjaciele są wtuleni w swoje drugie połówki. Oprócz niektórych strażników Akademii, których nasze miłość nie usidliła. Ale tylko Stan wyglądał na zdołowanego swoją sytuacją. Posłałam mu pokrzepiający uśmiech. Odwzajemnił go, lecz wciąż był smutny. To niezwykłe, jak miłość zmienia. Nigdy nawet nie pomyślałbym, że mogę pokochać jakąkolwiek kobietę, a dzisiaj nie widzę swojego życia bez Rozy i dzieciaków. Nigdy nie chciałbym wrócić do starego, smutnego i szarego życia w samotności. Zwłaszcza, że nasza miłość zmieniła cały świat i pozwoliła dampirom żyć lepiej. Nagle przypomniało mi się, co miałem dzisiaj zrobić, korzystając z obecności królowej. Lekko się uniosłem, przytrzymując Rozę, która z zainteresowaniem obserwowała co robię. Wyciągnąłem z kieszeni złożoną kartkę i wyciągnąłem w stronę morojki.
- Lisso, myślę, że w dokumentach królewskich będzie to lepiej strzeżone.
Blondynka wzięła zawiniątko, kiwając głową i schowała je do torebki. Była to ta strona, którą wyrwałem z księgi, zawierająca sposób na odmienienie strzygi drugiego stopnia.
- Nie wiedziałam, że wciąż ją masz.- zdziwiła się moją żoną.
- Kiedyś może też być komuś potrzebna.
- Ogłosimy że takie coś jest i że ja to mam, ale nie zdradzimy tego treści. Dodatkowo wprowadzę obowiązkowo sposób odmienienia strzygi i wszystko co wiemy o strzygach drugiego stopnia oraz, że można je odmienić.
Oboje z Rozą kiwnęliśmy głowami, a reszta patrzyła na nas zdziwiona.
- Później wytłumaczymy.- powiedzieliśmy jednocześnie.
- O Rany!- krzyk Rosalie zwrócił na siebie uwagę chyba wszystkich w ogrodzie.- Jak już późno! Idziemy!
Pociągnęła Anastazję do domu, a reszta gości poszła za nimi.

wtorek, 15 sierpnia 2017

ROZDZIAŁ 107

Jednak chłopak uciekł już z ogrodu. Martwię się, jak to będzie ze spotkaniem jego rodziny. Nie chciałbym popsuć urodzin bliźniaków, ale z Jessem może być różnie.
- Molly, a może usiądzie i zjemy ciasto.- zaproponowała Anastazja, trzymając wciąż na rękach blondynkę..
- Tak.- zawołała, wyrzucając ręce w górę.- Ale mogę na twoich kolanach?
- Oczywiście myszko.
Popatrzyłem znacząco na Rozę, która nawet tego nie zauważyła, wymieniając porozumiewawcze spojrzenia , wypełnione rodzicielską miłością do Lili. 
Nagle do ogrodu wbiegł, ujadając i merdając ogonem pies, Golden Retriver. Od razu wbiegł pod stół i zaczął atakować moją żonę. Choć najgroźniejsze, co mógł zrobić, to zalizać ją na śmierć.
- Wisel!- zawołała uradowana.- Hej kochana. Też tęskniłam.
Zaczęła ją czochrać po szyi i niżej. Ta w pewnym momencie zastygła z głową i jedną łapą na jej kolanach, żeby kilka sekund później odbiec i wrócić. Ale to pocieszne stworzenie. Później obwąchała mnie i zaczęła lizać moje dłonie. Zaczęłam się zastanawiać, co stało się z Bianką. Może jednak nie wiedziałem o wszystkim. 
- To może ja już zacznę znosić jedzenie, a jak dołączą państwo Zeklos, podamy tort.- zaproponowała Lili.
- To ja może pomogę.- Anastazja odstawiła dziewczynkę na ziemię.
- Gdzie tam. To też twoja impreza. Zabawiaj gości.- moja szwagierka mrugnęła do niej.
- Ale mi już nie zabronisz.- zdecydowała moja ukochana, wstając od stołu.
- A kim pan jest?- spytała mnie blondynka.
- Jestem ojcem naszych jubilatów.
- Pan jest tym wielkim strażnikiem!- oczy zrobiły jej się wielkie jak spodki.
- Nie powiedziałbym, że wielki.
- Bez takiej skromności, Towarzyszu.- zaśmiała się Roza, kładąc przed nami wazę z zupą.
Nachyliła się przez stół, po czym boje pogrążyliśmy się w słodkim pocałunku. Uwielbiam jej usta i często aż trudno mi się od nich oderwać.
- Fuj! Następni.- krzyknęła Molly, na co reszta zachichotała.
- Dzień dobry.- zza rogu domu wychyliła się blond włosa kobieta z szerokim uśmiechem i zapukała w ścianę.
Zastanawiałem się, kto to jest, póki zaraz za nią nie wyłoniła się druga postać. Z dumnie podniesioną głową wszedł blondyn, którego mimo upływu lat, z łatwością rozpoznałem. Za bardzo się nie zmienił, zwłaszcza jego zimne spojrzenie, którym rozglądał się z wyższością. Na końcu do ogrodu wszedł ich syn. Mężczyzna podszedł do nas i po głębokim wydechu, wyciągnął dłoń. O dziwo, jego wzrok od razu złagodniał oraz uśmiech stał się bardziej nieśmiały, choć nie odejmował mu godności. Dało się zauważyć, że jego pewność siebie spadła.
- Wiem, że między nami bywało różnie, Rose, ale chciałbym prosić cię o wybaczenie. Nie rozumiałem waszego życia i dopiero ta młoda niewiasta pokazała mi prawdziwe oblicze waszego życia.
Patrzyłem niepewnie na dłoń mężczyzny, czekając na ruch Rozy. To ona zadecyduje, co dalej. Moja ukochana po chwili ją uścisnęła.
- Ale tak bardzo się nie przyzwyczajaj.- mrugnęła.- Masz szczęście, że moje dzieci mają urodziny.
Obiad o dziwo odbył się w przyjemnej atmosferze. Nawet bardzo. Po kilku kieliszka już nie miało znaczenia, kto z kim gada, byle się śmiać. Oczywiście to nie była taka ilość, aby się upić. Dzieciaki zawzięcie nas męczyły, o to co się stało. Obiecałem im, że na następny dzień pojedziemy wszyscy na dwór, do naszego starego domu i tam przy kominku wszystko opowiemy. Wiedziałem, że Roza potrzebuje czasu, aby wszystko ubrać w dobre słowa. Trochę martwiło mnie, że Diana jeszcze do nas nie podeszła. Jednak coraz bardziej się przełamywała. Najpierw przyglądała mi się z pewnej odległości, później niby rozmawiając z Felixem, ale w pewnej chwili podeszła do mnie. Śledziłem każdy jej ruch, obawiając się, co z tego wyniknie. Zauważyłem, że była bardzo podobna do Rozy. Wręcz jej kopia. Była taka śliczna.
- Na prawdę jesteś moim tatą?- spytała, patrząc na mnie podejrzliwie.
- Tak.- odpowiedziałem trochę nie pewnie.
Młoda chwilę mi się przyglądała, następnie spojrzała ma swoje rodzeństwo, jakby szukała potwierdzenia. W końcu rzuciła się w moje objęcia. Od razu zamknąłem ją szczelnie w ramionach, czując łzy szczęścia i ulgi. Po chwili poczułem więcej obejmujących nas ramion. Objąłem resztę rodzinki, ciesząc się, że zaryzykowałem związek z Rozą, przekroczyłem granicę i mam teraz ich wszystkich.

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

ROZDZIAŁ 106

- Podejdź chłopcze bliżej. Nie wstydź się.- Abe przerwał grobową ciszę ze złośliwym uśmieszkiem.
Młody wykonał polecenie.
- Jak się nazywasz?- spytałem.
- Jack Zeklos strażniku.- pochylił głowę w geście szacunku.
Dyskretnie zerknął na Anastazję, a ta ze słabym uśmiechem pokazała dwa kciuki w górę. Jednak ja nie podzielałem jej entuzjazmu. No chyba się przesłyszałem?! Żadne z moich dzieci nie będzie się spotykać z Zeklosem. Mam przynajmniej nadzieję, że nie jest on synem Jessego. Tyle krzywd wyrządził królowej i mojej Rozie. Zacisnąłem mocniej usta i zmrużyłem oczy. 
- Kim są twoi rodzice?- przesłuchania ciąg dalszy.
- Moja mama Ashley Zeklos-Greene jest projektantką ogrodów, a mój ojciec Jessy Zeklos prowadzi firmę reklamową.
Otworzyłem szeroko oczy. A jednak to on. Jednak nic nie powiedziałem o jego pochodzeniu, czując na sobie spojrzenie żony. Niby nie powinno oceniać nikogo przez pochodzenie, jednak nie ufałem mu.
- Czy twoje uczucie do mojej córki jest szczere i nigdy jej nie skrzywdzisz?
Chłopak spojrzał na moją księżniczkę, na co ona podeszła do niego, a moroj objął ją ramieniem. Ledwo powstrzymałem się od rzucenia się na niego. A raczej, zrobiła to dłoń mojej ukochanej.
- Kocham Anastazję całym sercem i nie umiem bez niej żyć. Zmieniła mnie i otworzyła oczy ba ten świat. Zrozumiałem rzeczy, które wolałem pozostawić niewiadomą. Wspieraliśmy się w trudnych chwilach i wiem, że mogę jej zaufać.- popatrzył na ukochaną, nie przerywając monologu.- Moje życie jest niczym bez tej ślicznotki. I choć były gorsze chwile, to kto ich nie ma? Wiem, że oddałbym za nią życie.
Anastazja wtuliła się w niego, płacząc ze wzruszenia. Mimo wszystko rozczulił mnie ten widok
- Wiedzieć a zrobić to dwie różn...
- On to zrobił tato.- przerwał mi Felix, a wszyscy wstrzymali oddech.- Zakrył ją własnym ciałem, gdy rzucono w nią sztyletem, w skutek czego powstała śmiertelna rana. On umarł, a później Nastka go ożywiła.
Na chwilę osłupiałem. Życie mojej księżniczki było zagrożone?! A on, syn moroja, który tyle wyrządził krzywd mojej ukochanej, umarł za nią?! Może jednak nie jest taki zły. Wśród gości zaczęły się szepty.
- Dymitr, daj już im spokój. Sam widzisz jak on ją kocha.- zwróciła się do mnie Roza, podczas gdy reszta zajmowała się sensacją młodych.
- Nie wiem.- westchnąłem.- Boję się, że ona będzie przez niego cierpieć.
- Jest dorosła, mądrai wie co robi. Nawet jeśli, yo każdy yego powinien się uczyć na własnych błędach. Każdy musi przeżyć choć raz złamanie serca.
- No dobra.- po raz kolejny wypuściłem ciężko powietrze.- Na razie mu odpuszczę, ale jeszcze sobie z nim pogadam.
- Spokojni, będzie dobrze.- żona popatrzyła na mnie z miłością.
- Jeszcze wrócimy do tej rozmowy.- oznajmiłem głośno.- Teraz mamy co świętować.
Młodzi z ulgą ruszyli na swoje miejsca, ale zanim usiedli, na chłopaka wpadła mała dziewczynka, z burzą blond loków, w różowej sukience ozdobionej falbankami.
- Mam cię.- zawołała dziewczynka po czym odwróciła się do dampirzycy obok.- Hej Nastka.
- Cześć mała. Co tu robisz?- spytała.
- Miałam być w weekendzie u rodziców, ale gdy dowiedzieli się o twoich urodzinach, postanowili przyjechać tutaj.- mówiła, a moja córka w tym czasie wzięła ją na ręce.
- Już są?!- przeraził się Jack.
- O co chodzi?- spytała moja żona , marszcząc brwi.- I kto to jest?
- Jestem Molly Zeklos i jestem ich siostrą.- wskazała zakochanych.
Zdziwiłem się. Jakim sposobem jest ich siostrą. Jednak widząc wzrok mojej księżniczki, skierowany na tą małą, wszystko zrozumiałem. Moja córeczka ma wspaniałe podejście do dzieci i widać, że bardzo je lubi
- I chodzi o to, że moi rodzice tu przyjechali.- chłopak spuścił wzrok.
- Co?!- Roza była zszokowana.- Jesse będzie tu?! W naszym domu?!
- Ej, jest na równi. Oni też nie wiedzą, że tu jesteście.- powiedziała z nieśmiałym uśmiechem Nastka.
- Mój ojciec trochę się zmienił.- próbował go bronić blondyn.- W sumie też dzięki Anastazji.
- Tylko mi się tutaj nie całować.- zawołała dziewczynka, widząc jak się na siebie patrzą.- A co do rodziców, to pewnie szukają domu.
Sam miałam ochotę uścisnąc małą, że im na to nie pozwoliła
- Nie zaprowadziłaś ich sama?- zdziwił się piwnooki.
- To że ty nie jesteś już zły na tatę za to jak was potraktował za pierwszym razem, nie znaczy, że ja też.- skrzyzowała swoje małe rączki z naburmuszoną miną, co wyglądało na prawdę uroczo.
Ciekawe, o co jej chodzi? Co miała wybaczyć? Jeśli ten buc Zeklos w najmniejszym stopniu skrzywdził moją księżniczkę, policzę się z nim.
- To ja może pójdę ich poszukać.- westchnął moroj przywracając oczami.
Nim się obejrzałem, przywarł ustami do warg mojej księżniczki. Krew się we mnie zagotowała. Jednak Roza zareagowała szybciej niż ja. Złapała jedną dłonią moją rękę, a drugą skierowała na siebie moją twarz. Patrzyła mi w oczy z rozczulającym uśmiechem, wyrażający miłość i melancholię.
- Pamiętasz jak my byliśmy tak w sobie zapatrzeni?- zagadnęła.
Rozczuliłem się na ton jej głosu. Od razu przypomniał mi się nasze, treningi, nasz pierwszy raz, to jak wpatrywałem się w jej piękno podczas ucieczki, nasze randki i słodkie droczenia. Złapałem ją za dłonie i obie ucałowałem, patrząc jej intensywnie w oczy.
- Nie Roza. My wciąż jesteśmy tak w siebie zapatrzeni.

niedziela, 13 sierpnia 2017

ROZDZIAŁ 105

Jednak w salonie było pusto. O dziwo moja ukochana pewnie poszłam w stronę drzwi tarasowych. Zatrzymała ją Nastka, stając przed nią.
- Czekaj, czekaj, czekaj. Ty wciąż masz więź z ciocią Lissą.- zrozumiała.- Ona wiedział, że żyjesz?! I nic nam nie powiedziała?!
- Przepraszam kochanie. Ale wolałam, że jakbym miała zginąć, żebyście nie cierpieli z myślą, że jestem gdzieś daleko w jakiejś niewoli. Mogłam nie wrócić, a niebezpieczne byłoby, gdybyście chcieli mnie uwolnić.
Zatrząsłem się na tą myśl. Podeszłem do nich i objołem żonę.
- Nigdy nie pozwolił bym ci zginąć.- pocałował ją w szyję.
Ukochana obdarzyła mnie za to słodkim uśmiechem. W końcu weszliśmy do gwarnego ogrodu, gdzie wszyscy rozmawiali, jeden przez drugiego, czekając na powrót bliźniaków. Będą mieli niespodziankę. Nagle zapadła całkowita cisza.
- Rose?!- zawołali jednocześnie Abe i Janine, po czym rzucili się na nas.
W ich ślad poszła całą resztą. Wzruszyło mnie, to jak bardzo wszyscy za nami tęsknili. Każdy po kolei obdarzył nas uściskiem i pytali jak to mozliwe.
- A jednak będę musiał dalej się z tobą męczyć.- przewrócił oczami Christian, ale i tak przytulił Rose.
- Nie tak łatwo nas się pozbyć.- zaśmiałam się moja żona.
- Wuja.- Zoja i Łuka rzucili się na nas.
- Hej, dzieciaki. Ale się pozmieniało.- uścisnąłem oboje, przy okazji czochrającblond loczki siostrzeńca.
Przywitaliśmy całą rodzinę, przyjaciół i wszystkichznajomych z akademii, którzy byli obecni. Kilkoro nie znałem, ale z wielką przyjemnością przedstawiła mi ich moja ukochana.
- Usiądzie tam.- bliźniaki wskazały na szczyt stołów.
- A to chyba miejsce dla solenizantów.- zmieszałem się.
- Ale tak będziecie obok.- nalegała księżniczka.
- I my będziemy mieć was obok.- dodał Felix, gdy ciągneli nas w wyznaczone miejsca.
- I będziemy mieli innych obok.
- I wszyscy będą obok.- powiedzieli jednocześnie.
Z Rozą spojrzeliśmy na siebie z porozumiewawczym uśmiechem. W końcu ulegliśmy i każdy zają swoje miejsce.
- Czekamy jeszcze na kogoś?- spytałem, wskazując puste miejsce po lewej stronie Anastazji.
- A... No tak.- zaczęła bawić się palcami pod stołem.
Spojrzałem na nią podejrzliwie. Miałem złe przeczucie, zwlaszcza, że koło Felixa siedziała Alice, która była jego dziewczyną. Bardzo mi się to nie podoba.
- Tato, chcę żebyś wiedział, że ludzie są różni nie zależnie od pochodzenia i żebyś nie oceniał go pochopnie.- zaczęła, przełykając ślinę i podnosząc wzrok.
- Go?- uniosłem jedną brew do góry.
- Dymitr!- żona popatrzyła na mnie karcąco, uderzając moje ramię.
- Och dzieciaki.- zaśmiał się Abe.- A myślałem, że to ja będę męczył tego młodzieńca.
- Jednak, staruszku, na szczęście dla naszej córki jesteś zwolniony z tego obowiązku.
- Nie wiem czy to polepszyło ich sytuację.- popatrzył z przebiegłym uśmiechem na mnie.
- Tato. Naprawdę on jest wspaniałym chłopakiem, który o mnie dba i przez te dwa miesiące wiele się wydarzyło, dzięki czemu jestem pewna uczucia między nami.
- Dwa miesiące to dość mało.- zauważyłem.
- Bielikow!- Roza straciła cierpliwość.- To jej urodziny. Pogadacie o tym kiedy indziej, a teraz po prostu cieszmy się. O to nasze szczęście jest już dorosłe. Nie mogłam uwierzyć że je mam, a teraz nie wierzę, że je tracę.
- Mamo...- zaoponował Felix.- Wy nigdy nas nie stracicie.
- Właśnie.- wspomogł brata dampirzyca.- Jesteście naszymi rodzicami i zawsze będziecie dla nas najważniejsi.
Rozczuliły mnie słowa dzieci.
- Oooo...- po ogrodzie rózniósł się zgodny pomruk.
Nagle usłyszałam dźwięk dzwonka do drzwi.
- Ja otworzę.- zawołała Anastazja.
Zanim zdążyłem czegokolwiek powiedzieć, znikła wewnątrz domu. Zacząłem się denerwować. Najpierw tracę je na 12 lat przez mojego ojca, a teraz dowiaduję się, że ma chłopaka. Poczułem na udzie delikatną dłoń, która zaczęła głaskać je uspakajająco.
- Kochanie, spokojnie. Zaufaj jej.
- Jej ufam. Nie ufam jemu.
Nie czekaliśmy długo, jak moja księżniczka wróciła, niosąc wielkiego misia, a za nią kroczył niepewnie blondwłosy moroj. Nie podobało mi się to. Wiem, jaki dużo moroi ma stosunek do dampirzyc. A on nie wyglądał na najgrzeczniejszego.

sobota, 12 sierpnia 2017

ROZDZIAŁ 104

Następnego dnia spakowaliśmy się i eieczorem ruszyliśmy w drogę. Zostaliśmy bardzo ciepło przez wszystkich pożegnani i zaproszeni ponownie. Mimo, że to najbliższa wioska Akademii, przed nami jakieś 4 godziny jazdy. I miałam nadzieję, że wydłużą się one w nieskończoność, jednak wbrew moim oczekiwaniom, minęły szybkiej niż oczekiwałam. Nawet nie zauważyłam, kiedy na horyzoncie pojawiła się brama główna szkoły. Odetchnęłam głęboko, gdy zatrzymaliśmy się na wysokości budki strażniczej. Kierował Dymitr, więc to on pierwszy został zauważony. Strażnik spiął się. Nic dziwnego, skoro według statystyk Bielikow wciąż jest strzygą. Musiałam szybko zainteresować.
- Hej Harry.- zawołałam z uśmiechem.- A ty co? Czekałeś na mnie? Jak wyjeżdżałam, też tu stałeś.
Zauważył mnie i zbladł, jakby zobaczył ducha. Też nic dziwnego.
- Rose?! To ty?! Ale jak?!- był w niezłym szoku.
Westchnęłam.
- To długa historia. Wpuscisz nas? Bardzo steskniliśmy się za dziećmi.
- J-jasne.
Wciąż w szoku otworzył bramę i bez przeszkód mogliśmy wjechać na teren szkoły.

DYMITR

Dzięki Rozie przejechaliśmy przez bramę bez większych problemów. Jednak z każdą minutą coraz bardziej się denerwowałem. Co jeśli dzieciaki już mnie nie kochają? Zapomniały o mnie? Roza mówi, że wciąż mnie wspominają, ale nie wiem. Boję się. I teraz rozumiem strach mojej ukochanej.
- Może rzeczywiście trzeba było zaczekać...- mruknąłe.
- O nie, Towarzyszu. Teraz się z tego nie wycofasz.- powiedziała stanowczo dampirzyca.- Wszystko będzie dobrze.- dodała, kładąc dłoń na moim udzie.
Popatrzyłem na nie i dostałem uśmiech pelen wsparcia i radości. Mimo swoich obaw, cieszyła się z tej chwili. Ja też postanowiłem się uśmiechnąć. To nasze dzieci. Co może złego się stać? W tym momencie zaparkowałem, jak mówiła Roza, pod naszym domem. Niepewnie odpuściłem samochód i z powystąpieniem spojrzałem na drzwi. W sumie można jeszcze zawrócić...
- Nawet o tym nie myśl.- strażniczka złapała mnie za rękę i pociągnęłam do wejścia.
Zatrzymaliśmy się przed drewnianą powłoką, a moją zona wcisnęła dzwonek, po czym popchnęła mnie do przodu. Po chwili drzwi się otworzyły. Stanęła w niej oniemiała kopia Rozy z szeroko otworzonymi oczami, ktore miała po mnie.
- Księżniczko...- to było jedyne co mogłem wydusić.
Tak bardzo wyrosła. Już nie jest małą sześcioletnią dziewczynką, ale za to wypiękniała. Miała na sobie sukienkę do kolan w kolorze indygo z czarnymi groszkami i fioletową falbanką przy dekolcie, rękawach i dolnym brzegu. Na tali miała pasek w tym samym odcieniu co cała kreacja, ze złotą klamrą na środku. Nie czekaliśmy długo aż obok niej stanął chłopiec.
-Tata?- otworzył szeroko oczyz niedowierzeniem.
On już był podobny do mnie z oczami mojej ukochanej. Z okazji urodzin założył żółtą koszulkę i jeansowe rurki. Oboje byli tacy piękni i równie zszokowani.
- Felix?- odpowiedziałem pytaniem.
- Tata.- Nastka rzuciła mi się w ramiona.
Przytuliłe ją mocno do piersi i odkręcił wokół siebie. Oboje zaczęliśmy cicho szlochać. Tak bardzo wyrosła, gdy mnie nie było.
- To ty... to naprawdę ty... po tylu latach.- łkała.
- Przepraszam Księżniczko. Nie płacz.- poprosiłem łamiącym się głosem 
- Kocham Cię. Tak bardzo tęskniłam.
Po chwili dołączył do nas brunet. Patrzyliśmy na siebie w milczeniu, uśmiechając się z łzami w oczach.
- Obiecałeś, że wrócisz i dotrzymałeś słowa.- Anastazja ucałowała mocno mój policzek.
- Ale wy wyrośliście. A ja tyle straciłem.
- To nie twoja wina.
- A ze mną to już nikt się nie przywita?- zwróciła na siebie uwagę Roza.
Czułem jak oboje znieruchomieli na dźwięk znajomego głosu.
- Mama!- znowu pierwszy zareagował Felix, rzucając się kobiecie na czuję.
Po chwili moja mała księżniczka wyplątała się z moich objąć i zaatakowała swoją rodzicielkę. Stałem, patrząc na to, a następnie dołączyłem do nich. Tak dobrze mieć ich w końcu w swoich ramionach. Wszystkich. Brakuje tylko jednej, małej dziewczynki.
- Widzisz. Twoje życzenie się spełniło.- zauważył cały zapłakany Felix.
- Ale jak... jak to możliwe?- zająknęła się jubilatka.
- Cii...- szepnęła Roza.- Wszystko w swoim czasie. A na razie chodźmy, bo czekają na nas.

piątek, 11 sierpnia 2017

ROZDZIAŁ 103

Nawet nie obejrzałam się, jak zaszło słońce i minął kolejny dzień. Już od trzech dni codzienne siedzę przy wciąż nieprzytomnym ukochanym, nawadniając go. Dużo też czasu spędzam na rozmowie z obiema parami. Weronika i Christian zaproponowali, żebyśmy przenieśli się do nich, bo mają jedną wolną sypialnię, na co przystałam. Poznałam też uroczą córeczkę Patrishi i Magnusa. Skarb. Ma urodę po ojcu, a włosy i kolor oczu po mamie. Jednak wciąż martwię się, co z Dymitrem. Leży nieprzytomny od tygodnia, a jutro już są urodziny bliźniaków. Nagle usłyszałam w swojej głowie głos.
- Budzi się.- powiedziała szczęśliwie Luna.
Bez słowa zerwałam się z kanapy i nie zwarzając na dziwne spojrzenia małżeństw, pognałam na górę. Wpadłam jak burza do tym czasowo naszej sypialni i usiadłam przy Dymitrze, łapiąc go za dłoń.
- Roza.- mruknął, wiercąc się.
Ścisnął mocniej powieki i zaczął je otwierać. W tej samej chwili światło zgasło, a jedyny blask dawała mała lampka na komodzie obok drzwi. Odwróciłam się i zobaczyłam w progu uśmiechnięte dziewczyny w ramionach swoich mężczyzn. Gdy wróciłam wzrokiem do mojego Rosjanina, zobaczyłam piękne, czekoladowe oczy, które tak kochałam. Patrzył na mnie zdezorientowany, ale dla mnie to nie miało znaczenia. Rzuciłam się mu w ramiona i mocno uścisnęłam. Był ciepły, tak jak dawniej. Obudził się. Jest tu ze mną, jako dampir. Teraz wszystko będzie dobrze. Na początku nie zareagował, po czym przycisnął mnie mocno do siebie, głaszcząc mnie po plecach i... zaczął płakać. Dokładnie słyszałam jego ciche szlochanie i powtarzające się ciągle w jego ustach moje rosyjskie imię, mówione łamiący się głosem. 
- Tak bardzo się bałem, że nam się nie uda. Ale udało.- powiedział, odsuwając się i patrząc mi w oczy, ścierał z moich policzków pojedyńcze łzy.- Tak bardzo Cię Kocham Roza.
- Ja ciebie też.- na nowo się w niego wtuliłam.
Bielikow położył się z powrotem, ciągnąć mnie na siebie. Głęboko zaciagałam się jego zapachem i rozkoszowałam tym, jak głaszcze moje plecy, "przypadkowo" zahaczając o włosy. Uśmiechnęłam się, myśląc jak bardzo je uwielbia. Ukratkiem spojrzałam na drzwi, ale one były już zamknięte.
- A gdzie my jesteśmy Roza?- spytał cichym, łagodnym głosem.
- Jesteśmy w małej wiosce, coś typu Bai, przy akademii świętego Władimira. Ich znacjorka również jest połączona z Moonersem i przez niego dowiedziała się od Luny, gdzie jesteśmy i co chcemy zrobić. Nie wiem skąd wiedziała, ale wezwała nam pomoc. Podobno twoje odmienienie zmiotło całe wzgórze, z jaskiniami, z powierzchni ziemi, a strzygi w promieniu kilometra padały martwe. Nikt nie widział niczego, co by mogło je zabić, ale są świadkowie, jak padały bez ducha w pół krok. Tu mieszka młode małżeństwo, Weronika i Christian. Są fajni i powinieneś ich poznać. Jest też tu kuzyna Weroniki, Patrishia, wraz ze swoim mężem, Magnusem i małą córeczką Kornelią.
Gadałam jak nakręcona, straszenie chaotycznie, ale co się dziwić. Byłam szczęśliwa z powodu odzyskania ukochanego. Za to on cierpliwie mnie słuchał, przytakując co jakiś czas głową i mrucząc na znak, że rozumie.
- A ile tu leżę.- spytał, gdy skończyłam.
- Byłeś nieprzytomny sześć dni.
Zaczął liczyć w pamięci.
- To jutro są urodziny bliźniaków.- zauważył.- Możemy im zrobić niespodziankę. To byłby najlepszy prezent.
- No nie wiem...- wahałam się.- To mógłby być dla nich szok. Może trochę poczekać...
- Roza, nie widziałem ich 12 lat, a Diany kompletnie nie znam. Nie chcę już dłużej czekać.- popatrzył na mnie z bólem.
Na raz poczułam się okropnie. To było samolubne z mojej strony. Chciałam na dłużej rozdzielić ojca od dzieci, z powodu własnego strachu. Tak. Boję się. Że mnie znienawidzą, za to co zrobiłam. Żyłam, a jednak nie odzywałam się. Dymitr to wiadomo, ale ja? Nie mam niczego na swoje usprawiedliwienie. Jednak nie chciałam niepokoić męża. Uśmiechnęłam się do niego.
- To musimy wyruszyć z samego rana.- przyglądał mi się chwilę, po czym przyciągnął mnie do siebie i pocałował.
- Nie martw się Roza. Wszystko będzie dobrze. One nas kochają i wybaczą ci to.
- Mam nadzieję.- mruknęłam wtulakąc się w niego. 
To takie dziwne. Jestem dorosłą kobietą, prawie 40 letnią, a jednak w jego ramionach czuję się znowu jak nastolatka, a wokół świat pełnym zagrożeń i zamknięta w najbezpieczniejszym schronie. Nagle podniosłam się i pociągnęłam go za sobą, żeby wstał z łóżka. Zdziwiony posłuszne poszedł za mną do walizki, a ja wyciągnęłam z niej jego kosmetyczkę, ręcznik i świeże ubrania, po czym zaprowadziłam do łazienki na korytarzu.
- Odśwież się trochę, a później zejdz na dół, bo pewnie jesteś głodny.- powiedziałam, po czym dałam mu słodkiego całusa i wyszłam.
Cała w skowronkach zeszłam na dół, gdzie reszta jadła ciasteczka z talerza.
- Zostawcie też coś dla nas.- powiedziałam.
Z uśmiechem podeszłam do nich, po czym, zabrałam Magnusowi ciastko prosto spod nosa i sama je ugryzłam. Gdy podążył na mną gniewnym wzrokiem opuściłam mu oczko. Po chwili uśmiechnął się.
- Cała azpromieniejesz.- uznał po chwili.- I to dosłownie.
Zapomniałam wspomnieć że włada on mocą ducha. Jest ich więcej, niż którykolwiek mógłby się spodziewać. Po chwili zszedł do nas mój ukochany. Przedstawiłam mu każdego, a tym czasem Weronika podała mu obiad. Później do wieczora gadaliśmy i się śmialiśmy z różnych historii, a ja z Rosjaninem ani na chwilę się nie oderwaliśmy od siebie. Jak weszłam mu na kolana, to już nie zeszłam, bo nawet jeśli próbowałam, Dymitr przytulał mnie do siebie jeszcze bliżej. Tak rozczuliliśmy tym dziewczyny, że również wcisnęły się na kolana mężów, czy tego chcieli, czy nie. Ale specjalnie nie narzekali. O dwudziestej drugiej poszliśmy do sypialni żeby w końcu zasnąć w swoich ramionach

czwartek, 10 sierpnia 2017

ROZDZIAŁ 102

- Czekaj, czekaj. Dymitr? A ty jesteś Rose.- zaczął się zastanawiać, a ja nie wiedziałam o co chodzi.- To albo wy, albo dziwny zbieg okoliczności.
- Ale o co chodzi?- dalej nic nie rozumiałam.
- Jak masz na nazwisko?- spytał z błyszczącymi oczami moroj.
- Hathaway-Bielikow.- powiedziałam, wciąż skołowana.
Nagle Patrishia wypuściła z rąk kubek, który na szczęście nie rozbił się na miekkim dywanie, ale cała jego zawartość wylała się na różowy materiał i jasne panele.
- To wy! Na prawdę wy! Legenda w świecie dampirów.- wyszeptał zafascynowany azjata.
- Strażnicy królewscy, którzy dla swojej miłości są w stanie zrobić wszystko.- powiedziała wciąż w szoku dampirzyca.- Ale co wy tu robicie?
- Pati, przecież Babka nam to tłumaczyła.- przypominał kobiecie mąż, podnosząc jej kubek.
- A no tak.- uderzyła się w otwartą dłonią w czoło.
Mężczyzna opuścił pokój.
- Babka?- spojrzałam pytająco na szatynkę. 
- Tak wszyscy mówią na nasza znachorkę. Jest z nas wszystkich najstarsza, wszystko wie i za pomocą ziół tworzy cuda.
- To dzięki niej tu jesteście.- dodał Magnus, wracając ze ścierką i wycierając plamy z herbaty.
- Roza.- wyszeptał Dymitr.
Ścisnął mnie mocniej za dłoń, którą nawet nie wiem kiedy go złapałam. Popatrzyłam na Rosjanina z nadzieją, jednak dalej miał zamknięte oczy.
- To może my was zostawimy. Żebyś nacieszyła się nim...- zaczęła Patrishia.
- Nie.- przerwałam jej.- Zostańcie. Mi to nie przeszkadza, a z nim póki co nie mam co liczyć na rozmowę.
- No dobrze.- zgodzili się.
- Powiedzcie mi coś więcej o życiu tutaj.- poprosiłam.- To dopiero trzecia wioska z dampirami, którzy nie są strażnikami, jaką odwiedziłam. A jedna to było obozowisko w środku lasu.
- No cóż. Życie tu nie jest łatwe, ale za to piękne.- zaczęła zielonooka.- Ja pracuję jako instruktorka karate i dorabiam pisząc książki, a Magnus zarabia na pokazach jako iluzjonista, a wieczorami jest wróżbitą.
- Może coś ci przepowiedzieć?- mruknął do mnie zmysłowym głosem, za co żona trzepnęła go w tył głowy.
- Nie dzięki.- skrzywiłam się.- Ostatnio gdy miałam przepowiadaną przyszłość, najpierw straciłam ukochanego na cztery miesiące, a później prawie mnie zabili. Wolę niespodzianki w życiu.
- Jak wolisz.- wzruszył ramionami.
Za to Patrishia patrzyła na mnie z szokiem.
- Ty to chyba nie masz najspokojniejszego życia. 
- Mogłoby być lepiej, ale to te wydarzenia kształtowały naszą miłość i to jacy teraz jesteśmy.
- Niesamowite. Mówisz tak mądrze, a jesteś od nas starsza o jakieś 12 lat. Ja też tak chcę.- jęknęła dampirzyca.
- Trochę życie mnie nauczyło.- nagle coś do mnie dotarło.- O nie. Stałam się jak Dymitr.
Nie wiem ile jeszcze tak rozmawialiśmy, gdy usłyszeliśmy dzwonek do drzwi. Magnus poszedł otworzyć, a po chwili wrócił.
- Przyszli nasi podróżowicze.- oznajmił z uśmiechem.
- Chodz!- szatynka złapała mnie za rękę, z wielkim uśmiechem.- Musisz ich poznać.
Razem zeszliśmy na dół. W salonie, na kanapie siedziała zapewne Weronika i jej mąż Christian. Kobieta również była szatynką o zielonych oczach, ale końcówki włosów miała różowe, a kolor tęczówek bardziej intensywny. Różniła się znacząco od Patrishi, ale można było dostrzeć kilka podobieństw. Oprócz włosów miały taką samą figurę i urodę. Nie umiem dokładnie powiedzieć, co było tak charakterystyczne, ale na pierwszy rzut oka dało się dostrzeć pokrewieństwo. Mężczyzna obok niej, w przeciwieństwie do swojej żony był jednak morojem. Miał ciemno miedziane włosy, a pod nimi szare oczy. Nie powiem, był przystojny. Mógłby konkurować z moim ukochanym, choć dla mnie mój Rosjanin będzie na pierwszym miejscu. Patrishia stała koło mnie i miałam wrażenie, że zaraz wybuchnie z podekscytowania.
- Rose, to właśnie moja kuzynka Weronika i jej mąż Christian. A to jest Rose Hathaway-Bielikow.
Dampirzyca aż otworzyła usta ze zdziwienia, podczas gdy szatynka niestrudzenie kontynuowała.
- Jest tu ze swoim mężem, Dymitrem Bielikowem, którego odmieniała ze strzygi. To długa historia. W skrócie, ona tu jest, a on leży nieprzytomny na gorze.
- Co? Jak?- zielonooka wyglądała na zdezorientowaną.
Prze resztę popołudnia opowiedziałam im w wielkim skrócie historię od mojej rzekomej śmierci, do odmienienia Dymitra. Jednak kazałam im przysiąc, że nigdy, nikomu o tym nie powiedzą. Później rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Świeżo upieczeni małżonkowie opowiadali o podróży poślubnej, a młodzi rodzice o zmianach w wiosce. Polubiłam całą czwórkę i czułam, że to początek dobrej przyjaźni.

środa, 9 sierpnia 2017

ROZDZIAŁ 101

Szliśmy wolno przez wioskę, witając się z każdym, kogo mijaliśmy. Choć chciałam jak najszybszej znaleźć się przy ukochanym, wiedziałam, że zdrowie nie pozwala staruszce na tak szybkie tempo, a ja nie chciałam jej popędzać.
- Wybacz mojemu mężowi, ale jest dość nie ufny względem obcych.- powiedziała ze skruchą.
- To nie pani wina.- uspokoiłam ją.
Resztę drogi opowiadała mi o życiu tutaj i dopytywała się, jak to jest być strażniczką królowej. Okazało się, że małżeństwa między dampirami były tutaj nawet przed dekretem zezwalającym na takie pary. Doszliśmy do ładnego, żółtego domu, z pięknym ogrodem. Staruszka zapukała do drzwi. Po chwili otworzyła je młoda kobieta. Miała lśniące włosy o barwie ciemnego blondu, a gdy uśmiechnęła się przyjaźnie, wokół jej zielonych oczu pojawiło się kilka zmarszczek. Była bardzo piękna i zmartwiłam się, że Dymitr został właśnie z nią. Jednak szybko uspokoiła mnie ręką na jej ramieniu i głową nowej osoby, wychylająca się zza drzwi. Był to młody mężczyzna o ciemnych włosach i dziwnych, kocich oczach, w których kolor żółty mieszkał się z zielonym. Widać, że jest Azjatą.
- Witajcie kochani.- uśmiechnęła się moja Towarzyszka i podeszła do pary.
- A dzień dobry Merry.- szatynka nachyliła się i ucałowała ją w policzek.
Mówiła z delikatnym akcentem, który wydawał mi się znajomy, ale nie umiałam przypomnieć sobie skąd. 
- Witaj.- mężczyzna powtórzył gest kobiety.
- A to jest Rose, żona dampira, który u was leży.- staruszka wskazała na mnie.
- Miło mi was poznawać.- z uśmiechem podałam im dłoń.
Kobieta uścisnęła mi ją, za to moroj ucałował jej wierzch.
- Ciebie również. Ja jestem Patrishia, a to mój mąż Magnus.
- Skarbie, nie trzymaj ich tu.- zwrócił się Azjata do swojej żony.
- A no tak. Wejdźcie.- zielonooka otworzyła szerzej drzwi.
Niepewnie weszłam do środka.
- Przykro mi dziecinko, ale ja muszę wracać do Stefana. Ale zostawiam wam Rose. Bardzo chciała zobaczyć się z ukochanym.
- Ale na pewno, Merry?- Magnus nie wyglądał na przekonanego.
- Na pewno złotko. Miłego dnia.
- Nawzajem.- małżeństwo powiedziało chórem.
- Do widzenia.- powiedziałam, zanim zamknęła drzwi.
Przez chwilę staliśmy w ciszy, kiedy zdejmowałam buty.
- To może ja zaprowadzę cię do pokoju.- odezwała się w końcu szatynka.- Magi zarobisz herbaty?
- Tak jasne. Dla ciebie ta co zawsze?- spytał.
- Tak. A ty jaką chcesz?- zwróciła się do mnie.
- Może być jakaś owocowa. Obojętnie jaka.
Chłopak kiwnął głową i zniknął w kuchni
- No dobrze, to chodź.
Patrishia poprowadziła mnie przez dom do schodów. Mieszkali nawet ładnie. Salon mieli wystylizowany dość staromodnie, ale tworzyło to ciepłą i przytulną atmosferę. Zaczęłyśmy się wspinać po stopniach ba górę .
- Nie jesteś z Ameryki, prawda?- zagadnęłam w połowie drogi. 
- No nie.- przyznała.- Pochodzę z Polski, ale przyjechałam tu z Magnusem.
- Byliśmy w Polsce kilka miesięcy temu. Dokładnie w Krakowie. Ładnie tam macie. Nie tęsknisz? Za domem, rodziną?
- Trochę tęsknię, ale Magi i Weronika mi to rekompensują.
- A Weronika to... jeśli można wiedzieć.- dodałam pośpiesznie.
- To moja siostra cioteczna. Kiedy tu przyjechała mnie odwiedzić, poznała Christiana, przyjaciela mojego męża. Od razu coś zaiskrzyło i po pół roku wprowadziła się do niego. Dzisiaj wrócili z podróży poślubnej. Pewnie wpadną jeszcze dzisiaj, to będziecie mogli się poznać.
W końcu zatrzymała się przed drzwiami w kolorze pudrowanego różu i pchnęła je. Od razu dało się rozpoznać, że to pokój dziecięcy. Cały różowo-biały, na ścianach wisiały plakaty księżniczek, obrazki kredkami, a pod nimi leżało mnóstwo zabawek. Pod oknem znajdowało się różowe łóżko księżniczki, a na nim leżał mój śpiący królewicz. Po prostu nie mogłam się nie roześmiać. Aż chciałabym zobaczyć jego minę, gdy się obudzi i rozejrzy po pokoju. To tak komicznie wyglądało. Przysiadłam na brzegu łóżka, głaszcząc kołdrę, pod którą leżał mój mąż. Nagle coś sobie uświadomiłam.
- A gdzie mieszkanka tego pokoju?- spytałam pani domu.
- To nasza dwuletnia córeczka, Kornelia i wyjechała do dziadków na tydzień. To znaczny jutro wraca...
- ...ale coś się wykombinuje, żeby strażnik mógł zostać.- dokończył za żonę Magnus, wchodząc do pokoju z herbatą.
Obie wzięłyśmy od mężczyzny kubki, a on oparł się o biało-różową komodę.
- Naprawdę, proszę nie robić sobie problemu. Jak tylko Dymitr się obudzi, wyjedziemy.

wtorek, 8 sierpnia 2017

ROZDZIAŁ 100

Powoli zaczynałam się budzić, przecierając zaspane oczy. Przeciągnęłam się i w końcu uniosłam powieki. Pierwsze co zobaczyłam to biały sufit, a pod sobą miałam miękkie łóżko. Gdzie ja jestem? Zaczęłam się rozglądać po małym pokoju. Po swojej prawej stronie miałam ścianę, więc obróciłam się na lewo. Koło łóżka stała szafka nocna, a dalej komoda z miniaturkami świętych. Obok niego był regał na książki i drzwi. Pod ścianą gdzie kończyło się łóżko, znajdowało się dębowe biurko z krzesłem. Gdzie ja jestem? I skąd tu się wzięłam? Usłyszałam, że drzwi się otworzyły, więc czujnie spojrzałam w ich kierunku. Weszła przez nie pulchna, uśmiechnięta dampirzyca. Mogła być w wieku Oleny, jeśli nie starsza. Na głowie miała chustę, a ubrana była w kwiecistą bluzkę z dużym dekoltem, szeroką spódnicę do ziemi i drewniane laczki. Z szyi wisiały jej czerwone koraliki. Przypominała mi taką chłopkę ze starych, rosyjskich filmów, które oglądałam z mężem.
- Już się obudziłaś, dziecko.- powiedziała ciepło, z uśmiechem.
Zauważyłam, że ma ze sobą miskę jakiejś zupy, a mi aż ślinka pociekła. Odłożyłam naczynie na szafkę obok mnie, podsuwając sobie krzesło i siadają na nim blisko łóżka
- Dzień dobry.- przywitałam się.- Gdzie ja jestem? I skąd się tu wzięłam? Przecież razem z mężem... O boże! A gdzie Dymitr?!- popatrzyłam ze strachem na kobiecinę.
- Spokojnie, połóż się.- nakazała i zaczęłam mnie karmić rosołem.- Jesteś jeszcze słaba. Twój mąż leży kilka domów dalej i wciąż jest nieprzytomny, ale to kwestia dni, a może i godzin. Po zjedzeniu będziesz mogła do niego pójść.
- Długo byłam nieprzytomna?- spytałam między łyżkami.- I gdzie nas znaleźliście? Nic nie rozumiem.
Byłam całkiem zagubiona. Przecież byliśmy w samym środku wypełnionego strzygami kompleksu jaskiń, a budzę się w jakiejś chacie z miłą kobietą. A może to sen?
- Spokojnie, zaraz wszystko ci wytłumaczę. Nasza znachorka jest Chorsenką i dowiedziała się, przez swojego Moonersa, od królowej, co chcieliście zrobić. Czekaliśmy pod wejściem od jaskini. Przemiana spowodowała wybuch, który zmienił całą kryjówkę w gruz. Potężną siła waszej miłości zabiła wszystkie strzygi w promieniu chyba 3 kilometrów. Znaleźliśmy was leżących na ziemi i zabraliśmy do naszej wioski. Jednak nigdzie nie było na tyle miejsca, abyście byli oboje, po za tym, twój mąż strasznie się rzucał po całym łóżku i baliśmy się, że przez przypadek może coś ci zrobić. A nieprzytomna byłaś trzy dni.
Przez całą jej opowieść dokończyłam zupę i czułam się znacznie lepiej.
- Bardzo dziękuję za gościnę.- uśmiechnęłam się do kobiety, ściągając z siebie kołdrę.- Czy mogę teraz iść zobaczyć się z mężem?
- Oczywiście dziecinko. W domu , w którym leży mieszkają Patrishia i Magnus. Zaprowadzę cię.
- Dziękuję.- uśmiechnęłam się promiennie, siadając na brzegu materaca.- Ale czy mogłabym się najpierw odświeżyć?
- Tak, proszę. Łazienka jest na prawo. A! I między gruzami, z pomocą Królowej Luny znaleźliśmy wasze bagaże. Twój jest tam.- wskazała na brzeg łóżka, gdzie jeszcze przed chwilą miałam nogi. Wstałam niepewnie, przytrzymując się mebli i podeszłam do walizki. Wyciągnęłam z niej ręcznik, kosmetyczkę oraz świeże ubranie, po czym udałam się do łazienki. Nawet nie zauważyłam, kiedy staruszka sobie poszła. Odkręciłam wodę i weszłam pod prysznic, aby zmyć z siebie brud i pot ostatnich dni. O tak, to jest wszystko, czego potrzebowałam. Chłodne strumienie wody lały się po mojej rozgrzanej skórze, przynosząc spokój i ukojenie. Zaczęła namydlać ciało, łącznie z włosami. Zajęło mi to godzinę i byłam gotowa, aby pokazać się światu. Nie było trudno znaleźć schodów, jako że "mój"pokój i łazienka były jedynymi pomieszczeniami na gorze. Zeszłam po drewnianych stopniach prosto do centrum ich życia, który robił też za jadalnie, co stwierdziłam po stole z krzesłami, połączonego z kuchnią. Były jeszcze jakieś dwoje drzwi, ale nie wiedziałam, gdzie prowadzą. To wyglądało jak prawdziwa, wiejska chata. Nie wiem, jak mogli tu żyć? Przecież tu ledwo można się zmieścić. Przy stole ma środku siedział jakiś brodaty mężczyzna, jedząc zupę z talerza.
- Dzień dobry.- powiedziałam uprzejmie.
Dampir podniósł na mnie zimny wzrok, aż poczułam się jak intruz.
- Dzień dobry, dzień dobry.- mruknął i wrócił do posiłku.
Poczułam się trochę nieswojo. Ale co się dziwić? Jakaś obca kobieta zajmuje miejsce w i tak małym mieszkaniu i jeszcze trzeba ją niańczyć. Spuściłam głowę, bawiąc się palcami, które stały się strasznie interesujące. Cisza zrobiła się ciężką, choć myślę, że tylko dla mnie. Po chwili z kuchni wyszła kobieta.
- O, już jesteś gotowa.- uśmiechnęła się ciepło.
Odwzajemniłam nieśmiało gest, ale dampirzyca i tak zauważyłam panującą atmosferę. Nic nie powiedziała, tylko pokręciła głową z rezygnacją. Zaprowadziła mnie do przedsionka, gdzie zmieniła chustę na kapelusz, a na ramiona zarzuciła palto, po czym obie ubrałyśmy buty i mogłyśmy wyjść.

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

ROZDZIAŁ 99

ROSE

Szłam ze spuszczoną głową otoczona strzygami. Otuchy nadawała mi tylko obecność Dymitra. Jednak w jaskini już zostaliśmy sami. Tak jak zaplanowaliśmy, wcześniej Rosjanin podrzucił i ukrył kuferek do charakteryzacji.
- To co teraz?- spytał, gdy wyciągałam sztylet.
- Najpierw cię odmienimy, później pobawimy się w charakteryzatorów.- zarządzałam.
Stanęliśmy na przeciwko siebie. Niepewnie ścisnęłam sztylet, nie wiedząc co robić. Nie chciałam się pomylić. Pewnie niepewność aż ze mnie bije, bo ukochany posłał mi uśmiech pełen wsparcia.
- Nigdy się nie wahaj, Roza.- powtórzył swoją najważniejszą zasadę.
- Musimy poczekać na księżyc.- zauważyłam drżącym z emocji głosem
W chwili kiedy to powiedziałam, pod nogi Bielikowa padły pierwsze promienie. Biegły między kamieniami, wijąc się po podłodze niczym macki, okrążając go, ale on wciąż ukryty był w cieniu. To samo było ze mną. Jednak gdy pomarańczowy dysk znalazł się centralnie nad nami, zasłaniając całe niebo. Wtedy całe światło we wnętrz jaskini zabłysło, aż musiałam zamknąć oczy. Gdy he otworzyłam, czułam się jak w transie. Oboje lśniliśmy, jakbym widziała nasze aury. Ja nie wiedziałam, co robić. Ja to czułam. Przyłożyłam sztylet sobie do szyi i delikatnie przecięłam skórę, aż do krwi. Podałam broń mężowi i on zrobił to samo u siebie. Z razy zaczęła wypływać mu ciemna ciecz i spływać na ubranie. Później to on zrobił sobie i mi przecięcia na nadgarstkach. Złączyliśmy nasze dłonie, tak, aby rany się złączyły, a następnie pochyliliśmy się do naszych szyi. Czułam, jak wysuwają mi się kły i spragnione wbijają się w bladą skórę Rosjanina. Mimo niezachęcającego wyglądu, krew strzyg jest naprawdę słodka. Po chwili oberwaliśmy się od siebie i razem spojrzeliśmy na dzierżony przez nas sztylet. Cały był szkarłatny, łącznie z rękojeścią. Popatrzyliśmy sobie głęboko w oczy, wyznając sobie miłość.
- Ja tiebia liubliu Roza.
- Ja tiebia liubliu tovarishch.
Jednocześnie puściliśmy rączkę, powodując, że ostrze wbiło się w ziemię. Jednak nie zwracaliśmy na to uwagi, pochłonięci namiętnym pocałunkiem. Miałam wrażenie, że chcieliśmy siebie pożreć nawzajem. Nawet nie zauważyliśmy jak sztylet zaczął pulsować blaskiem, a z każdym błyśnięciem tracił zawartą w sobie krew, która tworzyła kałuże wokół nas. Nie widzieliśmy jak ucieka z niej ostatnia kropla, powodując wybuch światła. Ale czuliśmy wielką siłę, która odrzuciła nas od siebie. Następnie zapadłam w ciemność.
___________________________________________
Macie drugi, bo króciutki, a chcę trochę podtrzymać was w niepewności. 😜

ROZDZIAŁ 98

DYMITR

- Udało się.- wszedłem zadowolony do pokoju, ale gdy tylko spojrzałem w głąb pomieszczenia, uśmiech zszedł mi z twarzy.
Na łóżku leżała nieprzytomna, naga Roza, a nad nią jakaś strzyga. Poczułem w sobie wielki gniew, jakbym zaraz miał rozwalić całe miasto. Jak on śmiał tu wejść, patrzeć na Rozę, a co dopiero ją dotykać?! Sam pokój wyglądał jak pobojowisko, ale nie miałem czasu mu się przyglądać. W sekundzie znalazłem się przy łóżku, zabrałam napaleńca z mojej ukochanej i przyszpiliłem za krtań do ściany. W jego oczach widziałem strach. Czysty, oszałamiający strach. I cholernie mnie to satysfakcjonowało. Najpewniej moje były krwistoczerwone, przepełnione chęcią mordu. I to on będzie moją ofiarą.
- NIKT NIE MA PRAWA DOTYKAĆ MOJEJ ŻONY!- warknąłem przez zaciśnięte zęby, choć miałam ochotę wykrzyczeć mu to prosto w twarz i zgniotłem mu gardło.
Dyszałem nad jego marnym ciałem, oddychając ciężko. Miałem ochotę rozwalić ten cały kompleks jaskiń w drobny mak. Aż żałowałem, że tak szybko go zabiłem, bo miałem ochotę powoli obdzierać go ze skóry i wyrywać po mały każdą cząstkę. Jednak szybko przypomniałem sobie o wciąż nieprzytomnej dampirzycy. Szybko podbiegłem do ukochanej i zacząłem dokładnie ją oglądać. Na nadgarstkach miała czerwone ślady po dłoniach zboczeńca, na nogach istniejące już ślady, a na brzuchu duże rozcięcie. Szybko zlizałem z niej krew, głównie obśliniając ranę, po której po chwili nie było nawet śladu. Uniosłem jej powieki do góry i ustaliłem, że nic jej więcej nie jest. Pewnie tylko dostała w głowę, ale najważniejsze, że żyje. Usiadłam już trochę spokojniejszy na brzegu łóżka, wcześniej przykrywając żonę kołdrą i pogłaskałem ją po czole aż do miękkich włosów.
- Roza, co ty w sobie masz, że ciągle przyciągasz niebezpiecznych facetów.- spytałam, z lekkim uśmiechem.
Jednak odpowiedziała mi cisza. I dobrze. Niech odpoczywa. W tym czasie postanowiłem tu posprzątać. Wolałem czymś się zająć, niż siedzieć i myśleć, co jeszcze mogło jej się stać, gdybym się spóźnił. Najpierw wziąłem zwłoki i wywaliłem za drzwi. Nie interesuje mnie, co sobie pomyślą, nie chcę na niego nawet patrzeć. Ogarnięcie pomieszczenia zajęło mi dwie godziny, a skoro już nie miałam co robić, usiadłam i patrzyłam na moją piękność. Nie wiem ile tak siedziałam, aż w końcu otworzyła oczy i próbowała się podnieść. Jednak ja ją powstrzymałem w chwili, gdy złapała się za głowę i wykrzywiła twarz w grymasie bólu.
- Moja głowa. Co się stało?- spojrzała na mnie zdziwiona.
- To raczej ja powinienem się o to spytać. Co ostatnie pamiętasz?- spytałam, patrząc ma nią czule.
Zaczęłam intensywnie myśleć.
- Pamiętam... jak wyszłam z łazienki i zaczęłam się przechadzać po pokoju. Usłyszałam otwieranie drzwi i myślałam, że to ty. Jednak do środka weszła jakaś strzyga. Nie miałam żadnej broni, więc została mi walka wręcz. Na początku próbowałam go pokonać, ale gdy zobaczyłam, że nie mam szans, zaczęłam rzucać w niego czym popadnie. Złapał mnie za koszulę, nocną, zaznaczając o mój brzuch, a ja się przewróciłam do tyłu i zawisłam ma niej. Musiał zrobić mi ranę, bo ciekła mi krew. Nagle materiał się podarł i upadłam. Ostatnie co pamiętam, to ból z tyłu głowy i ciemność. Czy...- głos jej zaczął drżeć i ze strachem spojrzała na mnie.- czy coś się wydarzyło? Co on mi zrobił?
- Spokojnie Roza.- przyciągnąłem ją do siebie, a ona wtuliła się w mój tors.- Nic się nie stało, bo go zabiłem. Nikt nie będzie cię dotykał, bez twojej zgody. Tylko czemu aż tyle mężczyzn chce cię zgwałcić?- martwiłem się.
- Nie wiem, ale mam tego dość. Chciałabym albo być brzydka, albo jakoś inaczej odstraszyć natrętów.
- To prawda Roza. Jesteś bardzo piękna i pociągająca.- mruknąłem jej do ucha, całując w szyję.- Kocham cię.
- A kochałbyś mnie, gdybym zamieniła się w trolla?- spytała z uśmiechem.
- Zawsze bym cię kochał.- również się uśmiechnąłem.- Ale nie wiem, jakby to było z łóżkiem.
Zacząłem się śmiać, a ona szturchnęła mnie, udając obrażoną.
- Świnia.
- Osz ty.- zawisłem nad nią i zacząłem ją łaskotać- Ja świnia? Ja świnia?
Roza pode mną wiła się i rzucała w śmiechu. Zacząłem robić jak świnka i na pierdziałem jej ustami w szyję. Trochę odsunąłem się od żony, aby na nią popatrzeć. Mam szczęście, że taka piękność zgodziła się wyjść za mnie i że możemy mieć dzieci. To takie wspaniałe wychowywać z ukochaną osobą małe istotki, gdy wiesz, że częścią was obojga. Jak przewidywałem, Roza jest najlepszą matką, jaką mogłyby mieć moje dzieci i nikt nie wmówi mi, że jest inaczej. Nasze dzieci to skarby. Są bardzo zaradne, inteligentne, mądre, dobrze wychowane, a przede wszystkim wiem, że poradzą sobie w życiu. Ich mama odwaliła kawał dobrej roboty. Tylko szkoda, że nie mogłem w tym uczestniczyć.