niedziela, 5 marca 2017

ROZDZIAŁ 11

Schowałam się za ścianą i z torebki wyciągnęłam lusterko. Wyciągnęłam je przed siebie i nakierowałam na bar.
Szlag! Zapomniałam, że strzygi nie odbijają się w lustrze. No cóż. Zostaje mi przyglądać się temu schlanemu idiocie. Najpewniej nie zabije go przy świadkach i zaciągnie do toalet lub za klub. Cierpliwie czekałam, aż wreszcie Jack zaczął się podnosić. Wychyliłam się zza rogu i zobaczyłam, że idą w moim kierunku. Szybko się schowałam, po czym przyjęłam obojętną postawę. Dla wiarygodności, wyciągnęłam papierosa. Ohyda! Ale co robić. Gdy mnie mijali, udawałam, że go zapalam. Kiedy byłam pewna, że mną zbytnio się nie zainteresowali, schowałam i zapalniczkę i fajkę. Mam to opakowanie od dwóch lat i szczerze mówiąc, pierwszy raz je użyłam. Dotarło do mnie również, że po raz pierwszy będę musiała zabić strzygę. Zorientowałam się, że ciągnie mojego podopiecznego do drzwi na końcu. Szybko napisałam wujkowi o sytuacji i nie czekając na odpowiedz poszłam za dwójką. Wyszłam na za nimi i owiało mnie zimne powietrze. Wszędzie było cicho i ciemno, ale moje wyostrzone zmysły wychwyciły szepty za śmietnikiem.
- Ej, lalunia. Ale to nie jest pokój.- zauważył moroj.
- Nie.- przyznała kobieta, podchodząc bliżej niego.
- Nie mam zamiaru się pieprzyć przy śmietnikach.- oburzył się.
- Och, ale my będziemy robić o wiele lepsze rzeczy.
Nie mogłam dłużej czekać. Przeskoczyłam przez barierę, lądując tuż za blondynką.
- Ej!- zwróciłam na siebie uwagę.- Jeśli chcesz go, najpierw musisz przejść przeze mnie.
Strzyga spojrzała na mnie i zaczęła się śmiać.
- Tak? A co ty mi możesz zrobić dziewczynko?- kpiący uśmiech nie schodził jej z ust.
- Oj, jeszcze się zdziwisz.- z torebki wyciągnęłam sztylet.
Dostałam go od mamy, gdy poszłam do liceum. Powiedziała, że godnie jej służył, póki nie dostała swojego od naszego taty. A teraz służy mi. Wampirzyca rzuciła się na mnie, a ja zrobiłam unik. Następnie zwarłyśmy się w śmiertelnym tańcu. Wymieniałyśmy ciosy między sobą błyskawicznie. Atak, obrona, atak. Jednak ona była doświadczona i nie obyło się bez kilku ran, podczas gdy, jej nawet ostrze nie dotknęło. Sfrustrowana atakowałam coraz zacieklej,jednak ona przed wszystkimi się broniła. Nagle, gdy chciałam ją kopnąć, złapała mnie za nogę i wyrzuciła z obrotu. Poczułam przeszywający mnie ból w plecach, któremu towarzyszył dźwięk uderzenia w blachę. Po chwili stałam, a raczej wisiałam, przygwożdżona do kontenera na śmieci.
- Dwa kąski jednego dnia.- oblizała wargi.
Jednak nie doceniła mnie. Z dołu zaczął unosić się dym. Kobieta poczuła go i zobaczyła linię ognia, między nami. W odruchu zrobiła dwa kroki w tył, przerażona, a wtedy, kazałam płomieniom ją otoczyć i się wznieść.
- Ty smarkulo. Nie. Nie zrobisz tego.- okrąg coraz bardziej się zmniejszał.- Mam wiadomość od waszego ojca.
Na raz znieruchomiałam. Ogień również. Zniżyłam jego wysokość, do jej szyi.
- Mów.- warknęłam.
- A jak nie?- uniosła brwi.
Pułapka trochę się powiększyła, po czym ścisnęła się tak, że kobieta gdyby potrzebowała oddychać, to by nie mogła. Za blisko ognia. Od razu stała prosto jak struna. Bała się
- Mów.- powtórzyłam przez zaciśnięte zęby.
Nagle uśmiechnęła się perfidnie.
- "Obserwuję was i nigdy mi nie uciekniecie."
 Moje dłonie samowolnie zacisnęły się w pięści. Przez pięknych dziesięć sekund mogłam podziwiać, jak strzyga się spala. W końcu pozostała po niej zaledwie kupka popiołu. Zmęczona oparłam się o kontener za mną. Nagle coś sobie uświadomiłam.
- Jack?- zaczęłam się rozglądać, ale nigdzie go nie było.- Jack!!
- Co się drzesz? Nawet odlać się nie można.
Odetchnęłam z ulgą, gdy chłopak wyszedł zza śmietnika.
- Chodź. Wracamy do akademii.- złapałam go za rękaw i pociągnęłam do drzwi.
Jednak, gdy tylko wmieszaliśmy się w tłum, pociągnął mnie na parkiet.
- Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł.- zatrzymałam się gwałtownie.
- Oj no tylko chwilę.- obrócił mnie tyłem do siebie i złapał z pasie, szepcząc do ucha.- Później pójdziemy gdzie tylko będziesz chciała.
- Strzyga zadałaby ci bezbolesną śmierć. Jeśli twoje dłonie zjadą choć kawałek niżej, niż powinny, miesiącami będziesz leżał w gipsie i wtedy już nikogo nie wyruchasz.
- Zadziorna.- przygryzł płatek mojego ucha, na co lekko zadrżałam.- To mi się najbardziej w tobie podoba. Nie dajesz się tak łatwo, jak wszystkie te dziwki.
O dziwo, zrobiło mi się jakoś tak cieplej. Nie, nie, nie! Ja nie mogę się w nim zakochać! Nie mogę! Odskoczyłam od blondyna, jak poparzona.
- Wystarczy. Chodź już.- pociągnęłam go w stronę stolika.
- A gdzie to się było tak długo?- spytał poważnie wujek, ale widziałam w jego oczach dumę.
Zrozumiałam, że wszystko widział.
- A zabijałam sobie strzygę. Muszę pokazać, że jestem córką mojej mamy.- zarzuciłam włosami do tyłu.
- Brawo młoda.- przytulił mnie Ash, a po nim całą reszta.
- Powiem o tej sytuacji Soni i dostaniesz znaki.- zapewniła ciocia.
- Super. Mogę kluczyki?- poprosiłam.
- To możemy już wszyscy wrócić.- zaczął się podnosić.
- Nie!- zaprzeczyłam trochę za szybko.- To znaczy, zostańcie sobie jeszcze, ja tylko...
- Ona chce pospędzać czas ze swoim Romeo. Póki jeszcze żyje.- zakpił Ash.
Zauważyłam, że wujek się spiął i miałam nadzieję, że przy tych wszystkich mrugających światłach nie widać moich rumieńców. Spojrzenia całej siódemki skierowały się na mnie.
- Uratowałam pijanego w cztery dupy Zeklosa przed strzygami, a teraz muszę go odwieść do akademii.- westchnęłam, obojętnie.
- I myślisz, że nie widziałem, jak się ściskacie na parkiecie?- rzucił chłodno zielonooki i odwrócił wzrok.
- To nie było tak.- czułam potrzebę wytłumaczenia się.- Poprosił mnie, po za tym i tak nie będzie nic pamiętał.
- Więc, po co to zrobiłaś?- spytał, przeszywając mnie lodowatym spojrzeniem.
Poczułam ukłucie w klatce piersiowej. Zabolało. Zawsze wierzył we mnie i myślałam, że jest po mojej stronie, a teraz mnie atakuje. Naraz pomyślałam, że może miał nadzieję, że jednak coś do niego poczuję. Ale to już nie mój problem, że nie może uporać sobie ze swoimi uczuciami. Przez całą naszą wymianę zdań, wszyscy patrzyli na nas zdziwieni.
- To mogę te kluczyki?- zwróciłam się obojętnie do wuja. Po chwili miałam je w ręce.- Dzięki. A ty Ash, byłeś ostatnią osobą, po której spodziewałabym się takiej sceny. Zawsze miałam cię za mojego najlepszego przyjaciela, który stanie po mojej stronie, ale jak widać, pomyliłam się. No. To tyle Życzę miłej zabawy.
Złapałam Jack'a za ramię i pociągnęłam do wyjścia.

sobota, 4 marca 2017

ROZDZIAŁ 10

Następnego dnia Felix i Alice mieli rocznicę.
- Uspokój się.- westchnęła zniecierpliwiona, wygładzając bratu koszulę.- Znacie się od kołyski, a od roku wciąż chodźcie na randki. Czym ty się tak przejmujesz?
- Chcę, żeby było idealnie.- po raz tryldziesiąty poprawił muchę, patrząc na siebie w lustrze.- Jak wyglądam?
- Gdybym nie była twoją siostrą, powiedziałabym, że bosko.- trochę się rozluźnił.- Ale, że nią jestem, to powiem, że jak kretyn przed pierwszą randką.
- Dzięki siora.- rzucił mi gniewie spojrzenie.
- Wyluzuj się i oddychaj. Co może pójść nie tak?
- Może zaatakować nas horda strzyg?- uniósł jedną brew.
- Spytaj, czy nie widzieli tatusia.- parsknęłam śmiechem.
- To nie było śmieszne.- jednak nie powstrzymał kącików ust przed uniesieniem się.- No dobra, trochę było.
- Przecież dlatego będziecie obserwowani przez strażników.
- A jeśli coś jej się nie spodoba, a..albo nie będzie chciała iść ze mną do łóżka.- wciąż się zaręczał.
- Wieczór będzie udany, zapewniam cię. A co do drugiego, to po prostu dasz jej więcej czasu. Pierwszy raz kobiety, musi być dla niej wyjątkowy. To poważna decyzja, którą musi podjąć sama, bez nacisku osób trzecich.
- Masz rację. Jestem kretynem.
- Jesteś zdenerwowany. A teraz sio! Bo się spóźnisz.- kopnęłam go kolanem w tyłek dla rozpędu.- Na szczęście.- odpowiedziałam, gdy odwrócił się zaskoczony.
Pokręcił ze zrezygnowaniem głową i wyszedł. Pół godziny później wpadli do mnie przyjaciele. Akurat czytałam książkę na sofie w salonie. Nagle poczułam na sobie jakiś ciężar.
- No hej.- opuściłam książkę i spojrzałam w radosne oczy Asha.- A gdzie zgubiłaś brata?
- Hej.- z rzuciłam go z siebie.- po pierwsze, zabieraj swoją tłustą dupę ze mnie. Felix poszedł z Alice na ich rocznicę.
- Nic dziwnego, że nigdzie nie można jej znaleźć.- zaśmiała się Rozi.
- Uuuu... Mają jakieś gorące plany?- spytał Tomas ze zboczonym uśmieszkiem.
- A wyobrażasz sobie Felixa bez sexu?- spytałam.
- Przez ten związek, albo dzięki niemu, trochę się zmienił. O...oczywiście tylko na dobre.- uniósł ręce w obronnym geście, widząc moją brew, szybującą do góry.
- Zmieniając temat.- Oliwia usiadła na końcu sofy, przy moich stopach.
Podniosłam się do siadu, opierając nogi na ciemnowłosym, leżącym wciąż na podłodze.
- Nie za wygodnie?- przerwał jej dampir na dole.
- Nie. Dzięki, że pytasz.- wyszczerzyłam się do niego.
- Zmieniając temat.- spróbowała jeszcze raz.- Wpadliśmy na pomysł, aby iść do baru z twoim wujostwem.
- Właśnie.- poparł ją mój podnóżek.- Trzeba opić przydziały.
- Ja tam za wiele do opijania nie mam.- westchnęłam.
- Ja też.- przyznała dampirzyca obok mnie.- Ale i tak nam się należy.
- Właśnie dzieciaki.- między nami pojawiła się głowa wujka Pawki.- Przyda wam się trochę relaksu. Ash, co ty tam robisz?- spojrzał zdziwiony na naszego przyjaciela.
- Dzień dobry, proszę pana. A tak sobie leżę na podłodze. A co u pana?- uśmiechnął się miło, na co parsknęliśmy śmiechem.
Wujek tylko pokręcił zrezygnowany głową, prostując się.
- No dobra. Macie jakieś...- spojrzał na zegarek.
- Dwie godziny.- nie czekając na odpowiedz, złapałam dziewczyny i pognałam na górę.
W pokoju otworzyłam szafę i zaczęłam przeglądać sukienki. Kilka było od mojej mamy, bo się obie mieściłyśmy, ale ona nigdzie nie wychodziła i uznała, że mi się bardziej przyda. Szybko pochwyciłam błyszczącą, zieloną bez ramiączek. Dziewczyny otworzyły swoje torby. Oliwia miała ze sobą ładną, niebieską, również bez ramiączek, z falbanką na dole, Rozi różową na cienkich ramiączkach i z kokardką na boku, a Felicja fioletową, w rękaw trzy czwarte i białą koronką naszytą na jej dolną część. Szybki się przebrałyśmy, wcześniej każda biorąc prysznic. Uczesałyśmy się i pomalowałyśmy nawzajem, więc, po założeniu kurteczek, byłyśmy gotowe kwadrans wcześniej.
- No no...- chłopcy zagwizdali na nasz widok.
- Och, dziękujemy.- udawałyśmy zawstydzenie, po czym wybuchłyśmy śmiechem.
Oni również się przegrali w różne koszule i spodnie z dziurami.
- Super wyglądacie.- do pokoju weszli wujek z ciocią.- A teraz sio do samochodu i zapiąć pasy.
- Tak jest!- zasalutowaliśmy i wybiegliśmy z domu, kłócąc się, kto gdzie siedzi. W końcu ja usiadłam za środku, pomiędzy Ashem, a Oliwią, a za nami Rozi z Felicją i Thomasem. Po godzinie byliśmy przed klubem. Ochroniarze to strażnicy i rozpoznając córkę królowej, jak zawsze nas wpuścili bez tej wielkiej kolejki. Usiedliśmy przy naszym stałym stoliku pod ścianą.
- Kto co chce?- spytała ciocia.
Nie miała wobec nas ograniczeń, tak jak mama. Obie w naszym wieku umiały przesadzić z alkoholem i zdawały sobie sprawę, że nawet jak nam zakażą, to i tak znajdziemy sposób. Mogę nas zabrać do klubu, lub gdzie indziej na coś mocnego, ale był jeden warunek. Zakaz picia na terenie akademii. Ale nam to nie przeszkadzało. Co tydzień kupowaliśmy trzy skrzynki Coli i to nam wystarczyło. Byliśmy świetnym przykładem, że dobrze można się bawić i bez nadmiernych procentów. Każdy podał swoje ulubione drinki i pogrążyliśmy się w rozmowie. Zazwyczaj pierwsza kolejka była najdroższa, a później to było nam już obojętnie. Ale dzisiaj mi wystarczył sok z wódką. Pomału sączyłam napój, co chwilę wybuchając śmiechem z przyjaciółmi. Zaczęłam się rozglądać po sali. Wszędzie było mnóstwo ludzi. Przy barze, moją uwagę zwróciła blondynka w czerwonej, obcisłej sukience. Coś mi nie pasowało. Obok zobaczyłam... Nie! To nie możliwe. Aż w takie przypadki nie wierzę. Flirtowała z kompletnie pijanym Jack'em. Nagle w jasnym świetle zauważyłam czerwony błysk w jej oczach. Cała się spięłam.
- Nastka, słuchasz mnie?- spytała Oliwia.
- Tak, tak. Wiecie, ja na chwilę idę do toalety.- zaczęłam się podnosić.
- Uważaj na siebie.- wujek spojrzał na mnie troskliwie.
- Może pójdę z tobą.- Ash zaczął się podnosić.
- Nie!- zaprotestowałam szybko, a reszta spojrzała na mnie zdziwiona.- To znaczy, nie musisz. Umiem sobie poradzić. Zaraz wrócę.
Wzięłam swoją kopertówkę i poszłam blisko baru, ukradkiem przyglądając się parze.
- Hej mała.- usłyszałam obok siebie.- Postawić ci może coś na ochłodę, bo mi aż się gorąco zrobiło, gdy Cię zobaczyłem.
Zarywał do mnie nawet przystojny, ale chamski facet.
- Nie, Dzięki. A teraz spadaj.- powiedziałam stanowczo, patrząc mu prosto w oczy.- Wyjdziesz stąd, pójdzie do domu i jeśli czeka tam na ciebie twoja dziewczyna, rano powiesz jej o wszystkich swoich zdradach, nawet tych, których nie pamiętasz.
Chłopak patrzył na mnie jak zahipnotyzowany, a później uśmiechnął się rozmarzony i jakby nigdy nic wyszedł. Jeśli to zniszczy jego związek, sam będzie sobie winien. A jeśli jest czysty... co ja gadam? Przed chwilą mnie chciał gdzieś zaciągnąć. Uwielbiam moc wpływu. Ponownie odwróciłam się do przodu. Przechodząc koło podopiecznego i jego towarzyszki, przejrzałam się jej dyskretnie. Nawet nic nie zauważyła, zajęta podrywaniem chłopaka. Teraz nie miałam żadnych wątpliwości. To była strzyga.

ROZDZIAŁ 9

Wiem, że wczoraj nie było rozdziału, ale nie miałam neta. Za to, dzisiaj będą dwa. Łapajcie pierwszy i mnie nie zabicie. 💖💖💖💖
___________________________________________________________

Gdy wróciłam do domu, było cicho i ciemno, dzięki zasłoną do okien. Pewnie wszyscy już śpią. Weszłam na górę i od razu zostałam zaatakowana przez brata. Szybko zamknął mnie w ramionach, a ja się rozbeczałam jak dziecko.
- Cii... już jest wszystko dobrze. Spokojnie. Ona jest bezpieczna. Ma pomoc. Da sobie radę.- odsunął się i spojrzał na moją twarz z uśmiechem.
Sama się uśmiechnęłam, a on zaczął ścierać kciukami moje łzy. Pocałował mnie w czoło i znowu przytulił. To było wszystko, czego potrzebowałam. W jego ramionach zawsze czułam się bezpieczna.
- Twoje dłonie!- przeraził się, widząc krew.
Trochę sobie zdarłam skórę, nawet do krwi o drzewa. Ale nie przejmowałam się tym. Czułam tylko ulgę i pozytywne zmęczenie. Brunet szybko pociągnął mnie do łazienki i zaczął czyścić rany. Następnie zostawił mnie, żebym się umyła, a gdy byłam przebrana w piżamę, założył mi na dłonie opatrunki.
- Do wesela się zagoi.- zapewnił z uśmiechem.
Razem weszliśmy do mojego łóżka, a on mnie przytulił mocno, całując w skroń. Zawsze ze mną spał po dniu rozpaczania. Był dla mnie ostoją i dużym wsparciem. Nim się obejrzałam, zasnęłam.
Jednak nie pospałam za długo. Śnił mi się koszmar. TEN dzień. Biegliśmy przez las. Ja i mój brat. Zatrzymaliśmy się w krzakach, żeby mama nas nie zauważyła. Mieliśmy zostać w akademii, ale ciocia i wujek, też nie wytrzymali. Na polanie stał szary, betonowy budynek, z zabitymi deskami oknami i odpadającą farbą. Ozdobiono go kilkoma graffiti. Nasza   rodzicielka, rozglądając się, czy nikt jej nie śledzi, weszła do środka. Czekaliśmy, ale nic się nie działo. Nagle, gdzieś po pół godzinie, metalowe drzwi się otworzyły, a z nich wybiegła nasza młodsza siostra. Wyglądała okropnie. Wystraszona, pobita, a ubranie miała całe we krwi. O Boże! Co oni jej robili przecież to tylko dziecko? Biegła w naszą stronę, ale nas nie widziała. Felix złapał ją, a ona zaczęła płakać i się wyrywać. Dopiero gdy zauważyła, że to on, przytuliła go mocno, jeszcze bardziej płacząc i szepcząc:
- On... on ją zabije. Powiedział, że... że tak zrobi. Ratujcie ją.
Nim ktokolwiek mnie powstrzymał, pobiegłam na polanie. Jednak w połowie odległości od budynku, zatrzymał mnie straszny dźwięk. Huk wystrzału. Opadłam na kolana, patrząc na drzwi, jakbym siłą woli mogła sprawić, że ona z nich wyjdzie. Że zobaczę mamę, całą i zdrową. Ale tak nie było. Ciocia Lili podbiegła i pomogła mi z stamtąd odejść. Byłam w wielkim szoku. Dopiero po chwili dotarło do mnie, co się stało. W samochodzie zalałam się łzami, tak jak reszta. Ostatnie co pamiętam, to że zasnęłam z głową na kolanie cioci, Diana na drugim, a Felix na siedzeniach. Zaczęłam zagadać w ciemność, która chciałam aby trwała wiecznie.
Obudziłam się zdyszana i cała mokra. Poczułam, że ktoś przytula mnie i wtuliłam się w koszulkę brata. On również płakał. Nic nie mówiliśmy. Dla wszystkich to była wielka tragedia.
- O-ostatecznie, nie... nie odnaleziono jej ciała.- próbował mnie pocieszać.
- Przecież ciocia Lissa wszystko widziała, przez pocałunek cienia. Nie okłamałaby nas. Przecież widzi, jak bardzo cierpimy.
- Może chce odnaleźć tatę?- ciągnął niezrażony.
Tym się różnimy. On ma nadzieję, a ja jestem realistką. Przynajmniej w tym przypadku.
- I po to ta cała szopka? Nie. Na pewno nie. Ona nie żyje. Gdybym go tylko dorwała, sprawiłabym, żeby cierpiał. Żywcem bym go paliła, wbijała noże, odcinała kończyn i ciągle bym go uleczała, a później...
- Kogo?- spytał, a ja umilkłam.
W tym tkwił nasz problem. Nie wiemy kogo. Tylko ciocia Lissa wie, ale ona nie chce nam powiedzieć, dopóki królewska straż go nie dorwie. Wie, jak bardzo chcielibyśmy go dorwać i zabić, ale uważa, że jest zbyt niebezpieczny.
- Uwierz mi. Jeszcze będziemy normalną rodziną. Razem z rodzicami.- powiedział z siłą.
- Chciałabym, ale rozczarowanie za bardzo boli.
- Och kochana.- zamilkł na chwilę.- Chodźmy jeszcze spać. Jutro ostatni dzień naszej wolności.
Posłusznie położyłam się na materacu. Brunet zaczął kreślić różne wzory na rękach, co działało na mnie uspokajająco.
- Dziękuję za to, że ze mną jesteś. Kocham cię.- mruknęłam.
- Jestem twoim starszym bratem. Muszę o ciebie dbać.
- Oj już się tak nie wywyższaj. To tylko pół godziny różnicy.
- To wystarczy, abym się o ciebie martwił. Zwłaszcza gdy twój podopieczny pieprzy wszystko, co się rusza.- zacisnął dłonie w pięści. - Ale pamiętaj, że jeśli coś ci zrobi, to dostanie ode mnie po tym zasranym pysku.
- Zaraz po tym, jak ja mu przywalę.- uśmiechnęłam się sadystycznie.
- Anastazja.- szepnął, gdy się uspokoił.- A on ci się ciągle podoba?
Zamilkłam na chwile.
- Nie wiem, co do niego czuję.- powiedziałam szczerze.- Normalnie jest wielkim, pewnym siebie chujem, który patrzy tylko, kogo nie przelecieć. Ale wczoraj wydawał się innym. Jakby tam gdzieś głęboko w nim, siedział ktoś dobry i czekał na ujawnienie.
- I myślisz, że tobie by to się udało?
- Nie sądzę. Nie chcę być jak te wszystkie dziewczyny, które wierzą, że są tymi jedynymi, które pokocha. Szlag! Muszę być strażniczką, a nie niepoprawną Romantyczką
"To po cholerę ciągle o nim myślisz?!"- zganiłam się w myślach.
- Spokojnie Nastka. Nikt nie wymaga od strażników brak uczuć, co udowodnili nasi rodzice, ciocia, wujek, a nawet ja. Ty też nas kochasz, więc możesz i zauroczyć się, a nawet zakochać. Ja chcę tylko, żebyś jak najmniej cierpiała.
- On powiedział, że jak będę jego to nikt inny mnie nie dotknie. Myślisz...
- Nie wiem.- odpowiedział na moje nieme pytanie.- To nie w jego głowie siedzę. Ale jak chcesz to mogę go spytać.
- Nie.- zaprotestowałam.- Wolę nie robić sobie nadziei. I nie chcę znać od razu odpowiedzi.
Brat westchnął ciężko.
- Jak nie możesz spać, to możemy iść pobiegać, poćwiczyć...
Pokazałam mu zabandażowane dłonie.
- Chyba wystarczy mi na dzisiaj treningu, nie uważasz?- uniosłam jedną brew.- Jest dobrze. Zasnę.
- To dobranoc, siostruś.
- Dobranoc braciszku.
Uśmiechnęłam się i mocno w niego wtulona, zapadłam w sen.

czwartek, 2 marca 2017

ROZDZIAŁ 8

- Jutro nie będzie mnie w dom i na noc.- powiadomił mnie brat.
Siedzieliśmy w tym samym miejscu, jak co dzień, tylko w naszym skromnym gronie.
- Ok. Ale ja wrócę później.
- Ten dzień?- spytał zmartwiony Ash.
- Tak. Jakby co, wiecie gdzie mnie szukać.- uniosłam butelkę coli i upiłam spory łyk gazowanego napoju.
Raz w miesiącu przeznaczałam sobie wieczór na wielkie rozpaczanie po rodzicach, aby wydusić z siebie ból i dalej udawać silną. Tak. Byłam bardzo podobna do mamy.
- A ja się chyba zauroczyłam.- wypaliła nagle Rozi.
Wszyscy spojrzeli na nią w szoku, ale i zaciekawieni. Pierwsza ocknęła się rudzielec.
- Kim?- spytała z wielkim bananem na ustach.
Sama się uśmiechnęłam.
- Dominiciem.- morojka oblała się rumieńcem.
- Jej!
Ja, Alice, Oliwia i Felicja przytuliłyśmy ją mocno.
- Nie wiesz nawet jak się cieszę.- jej strażniczka była bardzo podekscytowana.- Będziemy mogły chodzić na podwójne randki i tak dalej...
- No nie wiem. To tylko zauroczenie. Po za tym znam go od tygodnia i nie wiem, co on czuje.- blondyna nie była pewna.
- Oj tam. Wszystko się załatwi. Z zauroczenia do miłości krótka droga. I tak będziecie się często widzieć dla nas. Taka była umowa.
- A Felix któregoś dnia może go podpytać, co o tobie myśli.- zafundowałam bratu kuksańca w żebra.
- A! No tak... Jasne..- zapewnił.
O wpół do 22 wszyscy zaczęli się zbierać. Chcieli dać mi czas dla siebie, ale i tak pewnie wrócę przed północą. Zawsze tak jest. Chwilę jeszcze odczekałam w pustej chatce i sama ją opuściłam.
- No, a już chciałem tam wejść do ciebie.- podskoczyłam na dźwięk znajomego głosu.
- Co ty tu robisz?- spytałam zła.
Minęłam go i poszłam między drzewa. Usłyszałam za sobą kroki moroja.
- Mam tam przyjść?- spytał zaniepokojony Felix.
- Nie trzeba. Dam sobie radę. Umiem o siebie zadbać.- warknęłam.
- No już się tak nie spinaj.- Jack uniósł ręce w obronnym geście.- Chciałem tylko z tobą porozmawiać.
Wtedy to poczułam.
- Piłeś?- moje zdziwienie wymieszało się z oburzeniem.
- Mało.-zapewnił.-A ty się szwendasz po nocy.
- Jeszcze nie ma ciszy nocnej.- zauważyłam.
- Ale sądząc po kierunku, w którym idziesz, nie chce ci się wracać do domu.
- Co ty możesz wiedzieć?- prychnęłam.
- Wiem, że raz w miesiącu łazisz nie wiadomo po co w lesie.- zatrzymałam się nagle na jego słowa.
Odwróciła się i łapiąc go za bluzkę, przycisnęłam do drzewa.
- Śledzisz mnie?!- warknęłam.
- Nie. Po prostu ktoś mi tak powiedział. Dziś jest ten dzień, prawda?
Puściłam go, a on się tego nie spodziewał i upadł na tyłek. Zbyłam jego pytanie, idąc dalej.
- To o czym chciałeś gadać?- spytałam już spokojniej, kiedy mnie dogonił.
- Obroniłaś mnie.
- To mój obowiązek.- wzruszyłam ramionami.
- Masz wolne.- zdziwił się.
- W prawdziwym życiu strażnicy rzadko mają wolne, a i wtedy muszą być czujni. Na nas zagrożenie czyha 24 godziny na dobę, żebyście wy mogli czuć się bezpiecznie, a tacy skurwiele jak ty bzykali panienki jak popadnie, nie bojąc się o własne życie, bo to nasza działka.
- Wow. Nie wiedziałem, że praca strażnika jest tak do bani.- kopnął jakiś kamyk.
- Dla nas to styl życia. Jesteśmy do tego przygotowywani od urodzenia.
- Do czego?- spojrzał na mnie szczerze zaciekawiony.
- Do oddawania życia, za wasze arystokratyczne tyłki.
- Jesteście o wiele bardziej odważni i honorowi, niż moroje. My jesteśmy strasznie samolubni.
Zdziwiło mnie jego stwierdzenie. Musiał być bardziej wystawiony niż myślał.
- Mimo wszystko, mógł mnie obronić ktoś inny.- dociekał.
- Jesteś moim podopiecznym.- powoli traciłam cierpliwość.
- Nie.- pokręcił głową.- Za tym musi się kryć coś więcej.
- Jeśli chcesz mi wmówić, że pragnę tylko, żebyś mnie przeleciał, to daruj sobie. Doskonale wiem, że to ostatnia rzecz, jakiej potrzebuję i chcę.
- Czemu masz o mnie taką złą opinię?- warknął.- Co ja ci takiego zrobiłem?
- Chcesz wiedzieć co?- odwróciłam się do niego z gniewem.- Jesteś zasranym dupkiem, który myśli, że wszystko mu wolno i ma za dużo pewności siebie! Wykorzystujesz wszystkie dziewczyny, a później zostawiasz je z płaczem! Nabijasz się z tych, którzy są w jakichś dziedzinach lepsi i niszczysz ich! To przez ciebie Betty wyjechała do innego kraju! Rozkochałeś ją w sobie, przeleciałeś i porzuciłeś. Przez ciebie straciłam przyjaciółkę. Nie wiem, gdzie teraz jest, ani jak się trzyma.- po policzkach zaczęły ciec mi łzy, gdy w końcu wykrzyczałam mu prawdę w twarz.- Przez ciebie trzy razy próbowała się zabić!
- J-ja nie miałem pojęcia...-zmieszał się.
- Skąd miałeś wiedzieć?! Widzisz tylko czubek własnego nosa!
Odwróciłam się i pobiegłam w głąb lasu. Ignorowałam nawoływania moroja, biegnąc między drzewami. Przez chwilę chciał mnie dogonić, ale nie miał szans po moich licznych treningach. Gdy byłam pewna, że jestem sama, uderzyłam pierwsze lepsze drzewo. Waliłam w nie i kopałam, a łzy leciały mi ciurkiem po policzkach. Z Bett znałyśmy się od podstawówki. Zawsze była delikatna i aż prosiła się o ochronę. Podjęłam się tego. Była wrażliwa na piękno świata i natury, dzięki czemu cudownie rysowała. W każdym i wszystkim widziała dobro i zawsze była uśmiechnięta. Została moją przyjaciółką. Tylko moją. Przedstawiłam jej naszą paczkę i szybko się zaaklimatyzowała, ale i tak ze mną miała najlepszy kontakt. I zawsze szukała wielkiej miłości. Jednak nikt nie dostrzegał jej piękna, ani wewnętrznego, ani zewnętrznego, schowanego za okrągłymi kujonkami. Właśnie przez to, że Zeklos jej dokuczał i wyśmiewał z kolegami. A wtedy ja kogoś z nich lałam po mordzie. Zgadnij cie kogo. Już wtedy byłam do niego nastawiona anty. Pech chciał, że Bett, ta słodka i niewinna czarnowłosa o złotowych oczach, została ukarana przez los w najgorszy sposób. Zakochała się w Jack'u. Odradzałam jej, dawałam różne argumenty, przypominałam co było wcześniej, ale ona nie słuchała. Mimo wszystko byłam jej przyjaciółką i jej pomagałam. Zaczęła się odważniej ubierać, malować, a okulary zamieniła na soczewki. W końcu jej marzenie się spełniło. Zeklos ją zauważył. Sama nie byłam zadowolona z tego, ale co robić? Patrzenie na nią, całą w skowronkach, dawało mi nadzieję, że on nie może jej zrobić krzywdy. Ale jednak się pomyliłam. To trwało dwa tygodnie. Jednego dnia unosiła się nad ziemią, bo sex z nim jest boski, a kolejnego, znalazłam ja w łazience z podciętymi żyłam. Do dziś pamiętam, jak sama byłam cała we krwi, próbując zahamować krwawienie. Felix wezwał strażników i zabrano ją do szpitala, w ostatniej chwili. Gdybym zmalała ją później, byłoby za późno. Siedziałam przy niej cały tydzień. A powodem tego był oczywiście, Jack, który ją zdradził z pieprzoną dziwką Maddy. Czułam się winna, ze nie potrafiłam jej ochronić, przed tym brutalnym upadkiem na tyłek. Dla niej świat miał być idealny, a sprawił, że chciała z niego odejść. To powtórzyło się jeszcze raz, tym razem w męskiej toalecie. Na szczęście nałożyłam na nią dozór przyjaciół i po kolei ją pilnowaliśmy, więc i na to reakcja była natychmiastowa. Za trzecim razem próbowała się otruć tabletkami w mojej sypialni. Gdy weszłam, siedziała otępiała na moim łóżku, myśląc, czy to zrobić. Szybko wyrwałam jej leki i ukryłam zapłakaną twarz w jej kolanach i pytać, czemu chce mnie zostawić. To był koniec mojej wytrzymałości. Miałam ochotę zatłuc Zeklosa na miejscu i patrzeć jak umiera w cierpieniu. Ale również bałam się zostawiać ją samą na krok. Zadzwoniłam do jej rodziców i o wszystkim zawiadomiłam. Aż do ich przyjazdu, nie zostawiałam jej na sekundę samą. Całą noc płakała mi w ramię, gdy mocno ją tuliłam. Zabrali ją następnego dnia i więcej w życiu jej nie widziałam.

środa, 1 marca 2017

ROZDZIAŁ 7

Przez kolejne kilka dni nie zamieniłam z morojem ani zdania. Następnego dnia nie poszedł na spotkanie w warowni, co mi się za bardzo nie podobało. Mieli wtedy nalot strażników, na czele z wujkiem Pawką i świetnie się spisali. A mnie to ominęło przez głupie humorki Zeklosa. Nienawidzę go. Ale później znowu zaczął tam chodzić. Nigdy nie zrozumiem morojskich mężczyzn królewskiego pochodzenia. Na szczęście już więcej nie powtórzyła się sytuacja z pocałunkiem, za który mój brat miał ochotę go rozszarpać i szczerze, wczoraj dał mu po mordzie, na naszym spotkaniu. Do tego czasu było kilka ataków, ja w sumie miałam trzy. Dwa wygrałam i raz przegrałam. Zgadnijcie z kim. A no tak. Stan Alto. Czemu mnie tak nie lubi? Zrobiłam mu coś. Miałam zamiar o tym pogadać. Bo otóż zaczął się weekend. Czas wolny, bez szwendania się za tym rozpuszczonym dupkiem. Po drodze do domu chciałam znaleźć Stana, ale sam mi się napatoczył.
- Strażniku Alto.- zawołałam za nim.
Gdy się odwrócił, na jego twarzy malowało się zdziwienie. Pewnie zaskoczyło go to, że nie powiedziałam "wujku".
- O co chodzi Anastazjo?- spytał.
- Czemu strażnik tak mnie nie lubi?- zapytałam prosto z mostu.
Nigdy nie lubiłam omijać w bawełnę. Był jeszcze bardziej zdezorientowany.
- A skąd ci to przyszło do głowy?- spytał z szeroko otworzonymi oczami.
- Przecież widzę. Bardziej na mnie krzyczysz i nigdy nie usłyszałam od ciebie pochwały, a tylko mnie ganisz.- nawet nie zauważyłam, że przeszłam z nim na ty.- A przecież nic nie zrobiłam. Ciągle się staram jak mogę i na treningach i teraz...
- Och Anastazjo.- pokręcił rozbawiony głową.- Nie nienawidzę cię, tylko chcę Cię jak najlepiej przygotować. Masz talent po ojcu i matce, ale i charakter, bardziej po Hathaway. Rose była dokładnie taka sama. I Dymitr uczył ją na surowej dyscyplinie, aż nie wydobył z niej prawdziwej strażniczki. Wy macie wielkie możliwości, ale i trudne charaktery. Na wcale nie poniżam cię, a oczekuję więcej, bo wiem, że stać ciebie na to. Więc pochwały się u mnie nie spodziewaj, co najwyżej opiernicz. A teraz jazda mi stąd. Masz wolne.- krzyczał, jednak z uśmiechem.
- Tak jest!- zasalutowałam, również śmiejąc się.
Poczułam się lepiej i bardziej zmotywowana. Teraz wszystko było na jak najlepszej drodze do sukcesu.
- Och, Nastko.- uśmiechnął się troskliwie.- Jesteś tak bardzo podobna do Rose. Wiesz, że jej też nie podobał się przydział. I zrobiła nam wielką awanturę. Dopiero Bielikow ją uspokoił. Wciąż nie rozumiem, jak on to robił.
- Miłość.- westchnęłam, przypominając sobie radość i iskierki w oczach mamy, gdy mówiła o tacie.
- Szkoda, że ja już nie poczuję tego wspaniałego uczucia.- westchnął melancholijnie nauczyciel.
- A to czemu?- zmartwiłam się.
- Mam już swoje lata.- zaśmiał się.
- Mama zawsze powtarzała, że nigdy nie jest za późno na miłość, za to na samotność zawsze jest za wcześnie.
- Dziękuję kochanie, że we mnie wierzysz. I wolę jak mówisz do mnie wujku.- uśmiechnął się łagodnie.
- Dobrze. To do zobaczenia przy kolejnym starciu. A wtedy powalę cię na łopatki wuju.- zaśmiałam się, trącając go łokciem.
- Na to liczę Hathaway.- mruknął i się rozeszliśmy.
- Już jestem.- oznajmiłam, wchodząc do domu.
- Nastka!- przebiegła i przytuliła mnie Diana.
- Hej, aż tak się za mną stęskniłaś.
-Tak. Pobawisz się ze mną?- popatrzyła na mnie z nadzieją.
- Jasne. Tylko daj mi się trochę ogarnąć.
Cały poranek znęcałyśmy się nad Felixem, bo on oczywiście nie umiał odmówić młodszej siostrze. Po zniknięciu ojca stał się o wiele dojrzalszy. Chciał przejąć jego rolę, czym bardzo pomagał mamie. Przy wszystkich udawała twardą, ale tylko my wiemy jak bardzo kochała tatę. Miała czasami chwile słabości i musiała się zamknąć w pokoju, a wtedy to my z ciocią Lili wszystkim się zajmowaliśmy, a zwłaszcza Dianą. Często wstawaliśmy w nocy ją nakarmić lub przebrać, gdy mama była po długiej służbie. Była z nas bardzo dumna. Po południu przyszli do nas przyjaciele i razem spacerowaliśmy po terenie akademii, rozmawiając i śmiejąc się. Nagle zauważyłam jakiś ruch. Zareagowałam błyskawicznie, jak reszta dampirów w naszym grobie i zaczęliśmy walczyć. Jeden ze strażników zbliżał się do pożal się Boże Jack'a i suki Maddy. Porozumiewając się z bratem spojrzeniem, dałam mu znak, że ma pilnować morojów, a sama ruszyła na "strzygę". W ostatniej chwili, gdy chciała złapać parę, wbiegłam przed strażnikiem i zaczęłam z nim walczyć. Wymienialiśmy ciosy, dając z siebie wszystko. Podcięłam Stana, ale on szybko wstał i zaatakował mnie. Kopnął mnie w brzuch, aż poleciała dwa metry dalej. Szybko się podniosła i z całych sił uderzyłam go łokciem w bok, pociągnęłam za ramię, aż jęknął z bólu, a na końcu przerzuciłam go za siebie. Szybko na nim usiadłam i wbiłam mu sztylet w serce. Oddychałam szybko ze zmęczenia. Po chwili wstałam i pociągnęłam Alto za za rękę. Zauważyłam że drugą ma jakąś wykrzywioną.
- Nie przejmuj się.- powiedział, widząc gdzie patrzę.- Świetnie sobie poradziłaś. Gdybym był strzygą może nie byłoby łatwo, ale miałabyś szansę.
- Każdy jakąś ma. Pod warunkiem, że umie ją wykorzystać.
- Dokładnie jak matka.- uśmiechnął się i ruszył w stronę skrzydła szpitalnego.
- Niezły pokaz.- usłyszałam za sobą.
Odwróciłam się do dwójki, patrząc na nich z pogardą.
- No proszę. Nagle sobie o tobie przypomniał.- zakpiłam z morojki.
- Ciągle o mnie pamiętał. Nie to co o tobie kurwo.-syknęła.
- Odezwała się, święta cnotka.- zaśmiałam się z kpiną.- Ja nie sypiam z kim popadnie. Trzymaj swoją sukę krócej.
- Jak ty mnie nazwałaś?!- zrobiła się cała czerwona.- Jack'uś. Zrób coś z nią.
- Sama coś zrób.- wzruszył ramionami obojętnie.- Co to ja twój strażnik jestem?
Odwrócił się na pięcie i odszedł.
- Ty wredna, kurwo sprze...
- Zqnim skończysz, to może pokaż czy jesteś tak silna w rękach, jak języku.- przerwałam jej, wściekła.
- Mam się bić?! Nie doczekanie twoje. JACK'UŚ! Zaczekaj na mnie.
Patrzyłam jak biegnie za nim na tych dwudziesto centymetrowych szpilach i próbowałam nie wybuchnąć śmiechem. Po chwili dołączyli do mnie przyjaciele i ruszyliśmy dalej, rozmawiając.

wtorek, 28 lutego 2017

ROZDZIAŁ 6

CZY ONI OSZALELI?! Chcą zabrać go do NASZEGO tajemnego miejsca?! Mam nadzieję, że się nie zgodzi. Modliłam się w duchu, żeby się nie zgodził. 
- Oprócz nas będą Tomas, Felicja, Dominick, Michele i Maddy.
O nie! I jeszcze ta suka. Niedoczekanie. Na jej imię, Jack się uśmiechnął.
- Zgoda. Gdzie to jest?- dopytywał.
- Nastka cię zaprowadzi.- dziewczyna spojrzała na mnie.
- Po moim trupie.- mruknęłam.
- Przykro mi skarbie, ale chyba nie masz wyboru.- moroj popatrzył na mnie cwanie.
- A ty miałeś się do mnie nie odzywać.- warknęłam.
Przyjaciółka popatrzyła na mnie błagalnie, a jej wzrok wydawał się mówić:
- Proszę, zgódz się.- a nie. To głos mojego brata.- Tylko na ten okres. Dla nas. 
- Nie wierzę, że chcecie wpuścić do naszego sakralnego domku obcych ludzi, a tym bardziej tą sukę.- zaczęłam się z nim kłócić.
- Przydziału nikt nie wybiera. My będziemy w swojej grupie, oni swojej.
- Zgoda.- westchnęłam zrezygnowana.
- Ach ten mój dar przekonywania.- Zeklos przeczesał dłonią jasną czuprynę.
- Ale dalej obowiązuje cię zakaz odżywiania się do mnie. Inaczej połamię ci wszystkie kości.
Do wieczora siedział w swoim pokoju i... czytał. Nikt go nie odwiedził, z nikim się nie widział, nigdzie nie łaził. Samo jego mieszkanko nie było duże. Łóżko, biurko z różnymi notatkami z lekcji i zestawem numerów do dziewczyn, regał na książki, stolik nocny z lampką i kilka foteli. Pół godziny przed spotkaniem wybrał sobie ubranie i wszedł do łazienki. Opuścił ją po piętnastu minutach i musiałam się zmusić, żeby odwrócić od niego wzrok. Jasna, niebieska koszula leżała na nim idealnie z dwoma pierwszymi guzikami odpiętymi. Na nogach miał dopasowane jeansy, a włosy ułożył na żel tak, że wyglądały jakby dopiero wstał, ale jednak były ułożone w pewnym ładzie. Cholera! Czy on musi być aż tak przystojny? Wyszliśmy z pokoju i w ogóle z dormitorium. Dyskretnie poprowadziłam go w las. Szliśmy w całkowitej ciszy, aż nie dotarliśmy do naszego celu. Moroj ledwo nie otworzył drzwi, a już zaatakował go płaski fantastic.
- Jackuś, skarbie. Tak się stęskniłam.- zaczęła pożerać mu twarz.
Powstrzymując odruch wymiotny, wyminęłam ich i podeszłam do reszty siedzącej na łóżku.
- To już nie będzie tak jak kiedyś.- westchnęłam.
Mój podopieczny usiadł na fotelu, macając swoją dziwkę.
- Uprzedzam, że to impreza bez pieprzenia.- rzucił Felix.
Pomińmy to, że tak samo zachowywali się z Alice. Ale ona była lepiej ubrana.
- A gdzie Ash?- spytałam, rozglądając się dookoła.
- Trafił swój na swego.- zaśmiał się Teo.
- O matko. Ona też się spóźnia?- zaśmiałam się.- Oliwia, jak tam dzień?- zwróciłam się do czarnowłosej.
Do nas dostał się jeszcze Dominik. Reszta "Intruzów" zebrała się w kącie i o czymś dyskutowała.
- Nawet nic nie mów. Przez cały czas musiałam słuchać jej ploteczek z tą jej psiapsiułką. Okropność.
- Dajcie coś do picia, bo zasycha w gardle.- zarządzał Zeklos i po chwili złapał butelkę, rzuconą przez Felicję.- Serio?! Nie macie nic mocniejszego?- marudził.
- Nie!- krzyknęliśmy chórem.
I nagle stało się. Wejście smoka.
- A co to za siedzenie w lesie.- przez drzwi wskoczyła Michel.
Zaraz za nowo przybyłej wszedł nasz przyjaciel. Pół godziny później każdy rozmawiał z każdym, oprócz naszej zakochanej pary i tych zboczeńców z tyłu. Co chwilę czułam na sobie szare oczy Jack'a, ale ignorowałam to.
- A co tam u ciebie skarbie?- Iwaszkow przytulił mnie od tyłu.
- Błagam ratuj.- wyszeptałam i się zaśmialiśmy.
Nim się obejrzałam, siedziałam na jego kolanach, obok brata i rudej.
 Przytulał mnie czule, głaszcząc po plecach.
- No to jak było?- spytał.
- Wygrałam walkę z Tomem, Stan mnie przechytrzył, a Zeklos sugerował, że jestem dziwką.- wzruszyłam ramionami.
Chłopak od razu rzucił morojowi mordercze spojrzenie.
- Pamiętaj, że jakby coś się działo, jestem przy tobie.
- Spokojnie. Umiem się obronić.- zapewniłam.
- Wierzę.- zaczął łaskotać mnie nosem w szyję, na co zachichotałam.- Kocham cię.
- Ja ciebie też. - odpowiedziałam.
Jak brata, ale to miłość. Chodź liczył na coś więcej, wiedział, że nie będzie dla mnie tym kimś. Szanował to i starał się być dla mnie kimś ważnym. I takim był. Nagle wszyscy zaczęli wołać: "Gorzko! Gorzko!". Co zrobić? Pocałowaliśmy się. Tak samo para koło nas. Możemy podczas gry w butelkę, to czemu nie i po za. Nagle poczułam na sobie palące spojrzenie i zaczęłam się rozglądać. Należało do Jack'a. Zdziwiłam się, ale nic z tego nie zrobiłam.
- To co robimy?- spytałam, gdy siedzieliśmy w kółku.
- Zawołałaś nas tutaj i nie wiesz co mamy robić?- zaskrzeczała chodząca ściana.
Ja ją kiedyś uduszę.
- Może ty masz jakiś pomysł w tej swojej pustej głowie.- uśmiechnęła się złośliwe Oliwia, a Maddy stała się cała czerwona ze złości.
Reszta ksztusiła się ze śmiechu, na czele z Jack'em.
- Kochanie, wychodzimy.- zarządziła, wstając i patrząc na Zeklosa.
- To se idź. Ja tu zostaję.- odparł obojętnie.
Ta jeszcze bardziej zdenerwowana zwróciła się do wyjścia. Olivia niechętnie wstała.
- Kiedyś pomogę ci ją udusić i zakopać w lesie.- szepnęłam jej do ucha.
Zachichotała i wyszła.
- No dzisiaj masz już lepszy humor siostra.- Felix objął mnie ramieniem.
- W końcu jak może mieć zły, po tym jak ją pocieszyłem?- Ash wypiął pierś do przodu.
- Jakoś rano próbowałeś mnie zabić.- zaśmiałam się.
- Bo obsmarowałaś mnie całego bitą śmietaną.- oburzył się.- Choć widok ciebie z rana w samej bieliźnie, mmm...
Zdziwiona patrzyłam na niego. Nie ja jedyna. Dyskretnie wskazał na mojego podopiecznego. Moroj gotował się ze złości. Od razu zrozumiałam o co chodzi. Felix też to pod łapał.
- No. Nareszcie nie słyszę, że latała przed tobą na go.
- To też było piękne. A wczorajsza noc... Ach. Szkoda, że zostaliśmy rozdzieleni na tak długo.
- Poczekaj do weekendu.- puściłam mu zalotnie oczko.
Wszystko oczywiście to były bzdury, ale podziałało. Jack był wściekły.
- My chyba też będziemy się zbierać.- warknął.
- Tak szybko?- udawał zawiedzenie Iwaszkow.
- No tak jakoś. Anastazja.- popatrzył na mnie wyczekująco.
Niechętnie wstałam, a ze mną zielonooki.
- Śpij dobrze złoto.- cmoknął mnie w policzek.
- Ty też. I spróbujcie się nie spóźnić.- westchnęłam.
- Postaram się.
Pożegnałam wszystkich i wyszłam w bardzo dobrym humorze, czego nie mogę powiedzieć o moroju. Ciekawe co zepsuło mu nastrój? Może myśl, że nie będzie tym pierwszym? Albo że mnie nie zaliczy, a Ash już to zrobił? Oczywiście nie na poważnie. To były tylko żarty. Udane z resztą. Gdy tylko weszliśmy do pokoju, chłopak przyszpilił mnie do ściany. Uśmiech od razy mi zszedł z twarzy i zaczęłam szybciej oddychać. Nagle Zeklos... wpił się w moje usta. Całował mnie gwałtownie i brutalnie. W szoku stałam jak kołek, nie oddając pocałunków, a gdy chciałam go od siebie odepchnąć, sam się odsunął.
- Będziesz moja, a wtedy tylko ja cię będę mógł dotykać.- wyszeptał i poszedł do łazienki.
Jeszcze chwilę stałam przy ścianie, zszokowana. Wolno podniosłam dłoń i dotknęłam napuchniętych warg. Co to było? Jeszcze nikt mnie tak nie pocałował. Otrząsnęłam się i zrobiłam sobie spanie na podłodze. Po kilkunastu minutach oboje byliśmy gotowi do spania. Wierciłam się nie mogąc zasnąć. Musiałam podejść do okna,ale nie mogłam. Chłopak nie zasypiał, wpatrzony w sufit. Aż w końcu jego oddech się unormował. Odczekałam chwilę i podeszłam do okna.
- Gdzie jesteś, kiedy cię potrzebuję.- szepnęłam, dotykając szyby.- Gdzie jesteś tato?

poniedziałek, 27 lutego 2017

ROZDZIAŁ 5

Gdy wszyscy już zajęli miejsca w sali, na środek wyszła Alberta.
- Każdy z was zna zasady, dlatego teraz zajmiemy się przydziałami.
Po kolei wyczytywano najpierw imię moroja, a następnie pilnującego go dampira.
- Dominick Szelski - Felix Hathaway.
Następne kilka nazwisk.
- Michele Allens - Ash Iwaszkow, Rosalie Dragomir - Alice Ashford.
Moje przyjaciółki ucisnęły się radośnie. Ruda zawsze chciała być jej strażniczką. Tak jak moja mama naszej obecnej królowej
- Tomas Bompensiero - Kendall Dorec, Maddy Sarcozy - Oliwia Tanner.
Oj biedna. Ja bym szybciej żucia ją na pożarcie strzygą. A nuż się zatrują od jej pudru i samoopalaczu. Chyba nie mogło paść gorzej.
- Jack Zeklos - Anastazja Hathaway.
Nagle czas dla mnie stanął w miejscu. Serio?! Mam go bronić?! Ostatnio jak pracowaliśmy w grupach, o mało co nie wydłubałam mu oczu nożyczkami. A to było w przedszkolu. Od tamtego czasu każdy wie, że nas nie dobiera się w jednej grupie, a co dopiero parze. Ale chyba trzeba komuś o tym przypomnieć. Czekając do końca nie mogłam usiedzieć na miejscu.
- Doskonale wiem, co czujesz.- mruknęła Oliwia.- Jak mama mogła do tego dopuścić? Ja przecież nie wytrzymam pięciu minut przy tym plastiku.
- Idziesz ze mną uzmysłowić im ich błąd?
- Jasne.
W tej chwili wszyscy zaczęli się rozchodzić. Pierwsza podeszłam do komisji strażników.
- Tu chyba nastała jakaś pomyłka.- oznajmiłam, patrząc na nich wyzywająco.
Wymienili ze sobą rozbawione spojrzenia. Ja w tym nie widzę nic śmiesznego.
- A jakaż to Panno Hathaway?- spytała strażniczka Casey, wciąż się uśmiechając.
- Z przydziałem. N I E mogę być w parze z Jack'em.
- Przykro mi, ale tak zostało postanowione.
- To źle zostało postanowione.- porzuciła rękoma w górę.- Odkąd pamiętam, mam ochotę go zabić. Nienawidzę go i na pewno to mi nie pomoże w zadaniu.
- Nie tym tonem Hathaway.- upomniał mnie Stan.- Po za tym zostało ustalone, że nie ma zmian.
- Chyba że chce pani zrezygnować.- wtrąciła się Alberta.- A wtedy zajęcia będą niezliczone.
Nie mogłam w to uwierzyć. Tak po prostu? Moja ocena ma zależeć od tego zadufanego w sobie dupka? Ale nie mogłam zrezygnować.
- Obejdzie się. Tylko zanotujcie, że nie robię tego z własnej woli.- mruknęłam zła i odeszłam.
Usłyszałam jeszcze jak wymieniają między sobą zdania i lekko chichoczą, ale nic mnie to nie obchodziło. Cholera! I po raz kolejny coś idzie nie tak. Zajęcia zaczynaliśmy dopiero od lunchu. Przez cały czas poświęcony na posiłek, byłam nie obecna. Bawiłam się frytkami, rozmyślając, co by zrobili na moim miejscu mama i tata. Ona na pewno zrobiłaby taką awanturę, że poszliby jej na rękę. Zawsze tak było. Umiała walczyć o to co chciała i to dostawała. A on przyjąłby przydział bez zająknięcia i oddał bez reszty zadaniu. Tak bardzo się różnili, że aż byli do siebie podobni. Przynajmniej tak mówiła mama. Oboje byli dla siebie jak otwarte księgi. Właśnie wychodziłam ze stołówki, kiedy przyczepił się do mnie Jack.
- No i co?- uśmiechnął się cwanie.- Mówiłem, że będziesz za mną latała, księżniczko.
- Wcale za tobą nie latam.- popatrzyłam na niego ze złością.- A spróbuj tylko spieprzyć to zadanie, a dokończę mój czyn w przedszkolu. I mówiłam żebyś nie nazywał mnie Księżniczką.
- Spokojnie złotko. Nie mam zamiaru niczego ci utrudniać. Wystarczy, że czasami pójdziesz mi na rękę.
- Nie myśl nawet o bzykaniu żadnych lasek. Nie mam zamiaru stać pod drzwiami i wysłuchać waszych jęków.
- Wiesz. Zawsze możesz być pode mną.- poruszył znacząco brwiami.
Nie umiałam się powstrzymać. Jego pewność siebie i chamstwo mnie przerosło. Nim się obejrzałam moja otwarta dłoń znalazła się na jego policzku z głośnym plasknięciem, aż głowa odskoczyła mu na bok. I szczerze mówiąc, w cale tego nie żałowałam. Złapał się za czerwony ślad, patrząc na mnie z gniewem. Jednak mój wzrok był bardziej przerażający, bo w jego oczach zobaczyłam strach. Gdyby spojrzenie mogło zabić, dawno już by leżał martwy. Jedyne co do niego w tej chwili czułam, to pogarda i obrzydzenie
- Nigdy więcej się do mnie nie odzywaj.- szturchnęłam go palcem w pierś.- Ja dla ciebie nie istnieję. Jestem tylko cieniem, dającym by żaden strażnik cię nie złapał. I nawet nie marz, że będę jedną z tych twoich dziwek. A teraz idź.- wskazałam na korytarz.
Potulnie poszedł, a ja za nim. Kiedy mijaliśmy zakręt, wyskoczył na nas zamaskowany strażnik. Pierwsza próba i szansa na wykazanie się. Zaczęłam okrążać się z przeciwnikiem, ale nie dopuszczając go do podopiecznego. W końcu "strzyga" zaatakowała, a ja zaczęłam się bronić. Po kilku minutach wymieniania się ciosami, wbiłam sztylet w miejsce, gdzie jest serce. Wstałam i pomogłam się podnieść strażnikowi. Był to Tom.
- Nieźle ci poszło.- pochwalił mnie.- Poćwiczyć trochę nad atakiem z lewej strony.
Dumna wróciłam ba swoje miejsce, lecz nie nastałam się za długo, gdyż nagle znalazłam się na ziemi, a Stan złapał Jack'a.
- Bądź bardziej czujna.- zganił mnie i z Tomem poszli w swoją stronę.
Wszystko wydarzyło się tak szybko, że chwilę zajęło mi przyswojenie faktów.
Szlag! Przechytrzył mnie. Zanim pomyślałam o podniesieniu się, zobaczyłam wystawioną w swoją stronę jasną dłoń blondyna. Jednak odtrąciłam jego pomoc i sama się podniosłam.
Gdy zabrzmiał dzwonek, poszliśmy na lekcje. Niczym za bardzo się nie różniły, oprócz tego, że my, dampiry, staliśmy pod ścianami, tam gdzie zawsze strażnicy. Godziny szkolne upłynęły spokojnie. Byłam świadkiem jeszcze kilku ataków, ale sama nie uczestniczyłam w nich. Jack'em nie wymieniłam ani słowa i wcale mi to nie przeszkadzało. Ale później zaczęło się najgorsze. Pierwsza myśl: koniec ze spotkaniami w wartowni. Drugie: muszę spędzić noc w pokoju Jack'a. Sam na sam. Od razu dopadły mnie mdłości. Kiedy szliśmy do dormitorium, spotkaliśmy Rosalie i Alice. Czego one chcą od tego kretyna.
- Witam piękne panie.- uśmiechnął się szelmowsko.
Z tyłu zauważyłam Tomasa i Felicję z ich "strażnikami". Co oni kombinują?
- Zapraszamy Cię do starej wartowni o 20.- powiedziała do moroja Dragomirówna.