środa, 4 maja 2016

ROZDZIAŁ 130

Sydney zauważyła, że jestem zmęczona i kazała mi również się zdrzemnąć. Po długiej wymianie zdań, dałam się przekonać. Noe wiem ile spałam, gdy obudził mnie telefon.
- Halo.- odezwałam się zaspanym głosem.
- Obudziłem cię Roza?- na sam jego głos zrobiło mi się gorąco. Uczucie potęgował fakt, że się o mnie martwił.
- Taka pobudka to sama rozkosz dla moich uszu. Choć wolałabym, abyś był przy mnie.
- Uwierz mi ja też.
- Jak minęła podróż?- ja też się o niego martwię, żeby nie było.
- A dobrze. Teraz mamy wolne. Przyjechaliśmy jakieś dziesięć minut temu. A akcję zaczynamy po zmroku, więc mam dla ciebie półtora godziny.
- To wspaniale, ale ledwo przyjechaliście, a już misja?
- Jak to mówią, służba nie drużba.- przewróciłam oczami. Cały Dymitr.- Rose, co to za hałas? Jesteś w samochodzie?
- A no tak.- zaraz zapyta o powód. Co tu powiedzieć? Prawdę? Będzie się martwił. Ale nie chcę go okłamywać.
- A gdzie jedziesz?- no i proszę. A nie mówiłam?
- Em... z Lili zrobiłyśmy sobie mała wycieczkę.- nie okłamałam go.
- A kto prowadzi?
- Sydney.
- A są jacyś strażnicy z wami?
- Kochanie, nie wiem czy wiesz, ale gdy na waszej Arktyce jest noc, to w Ameryce świeci piękne słoneczko.
- Ty jesteś najpiękniejszym i najbardziej promiennym słońcem, które rozjaśnia mój dzień. Chciałbym móc cię teraz przytulić i pocałować.
- Wiem, towarzyszu.- westchnęłam ciężko.- Tęsknię tak mocno jak ty. Ale za tydzień się zobaczymy.- próbowałam podnieść nas na duchu.
- Już nie mogę się  doczekać.- w jego głosie usłyszałam coś takiego, że zrobiło mi się gorąco, a na policzki wyszedł lekki rumieniec.
- A wiesz już komu będziesz wysyłać raportu?- nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Byłam bardzo ciekawa jego reakcji.
- Tak. Będziesz miała zapchaną skrzynkę.
- Ej, Towarzyszu. Czyżbyś chciał mnie zapracować na śmierć?!- oburzyłam się.
- Spokojnie Roza. Tylko połowa będzie raportami. Ta druga umili ci czas.
- No to teraz ja nie mogę się doczekać.
Przez resztę drogi byłam tak pochłonięta rozmową z Bielikowem, że nie zauważyłam kiedy minął jego wolny czas.
- Tylko uważaj na siebie Kochanie. Pamiętaj, że to ja mam tendencję do przeżywania śmierci, nie ty. A nie chcę w wieku osiemnastu lat zostać wdową.
- Dobrze Roza. Ale ty też bądź ostrożna.
- Pa.- posłałam mu całusa.
- Pa.- zrobił to samo. 
Kiedy się rozłączyłam, samochód się zatrzymał.
-Jesteśmy na miejscu.- oświadczyła alchemiczka.
Obudziłam Lili i razem wyszliśmy z auta. Oniemiała patrzyła na żółty domek, ogrodzony płotem. Musieli go pomalować niedawno. W środku, przez okna, było widoczne poruszenie. Sydney wyciągnęła nasze bagaże i mówiąc, że musi coś jeszcze załatwić, pożegnała się z nami i odjechała.
Pewnie podeszłam do drzwi, a Lili szła krok w krok za mną. Nawet nie zdążyłam zapukać w drzwi, kiedy się otworzyły i rzuciły się na mnie cztery dziewczyny.
- Rose, ale ty wyrosłaś.- odezwała się Olena.
- I zaokrągliła się tu i tam.- zauważyła, zaczerpnięte wiktoria.
- Wiecie już co to będzie?- zaciekawiła się Karolina.
- A gdzie nasza nowa siostra?- dopytywała Sonia.
- Hej, może pozwólcie im wejść do środka?- zaproponowała Olena. Wszystkie jak na zawołanie wycofały się w głąb domu.- Chodźcie dziewczęta.
Weszłyśmy do przedpokoju i zaczęłyśmy rozbierać się z kurtek. Już miałam wejść do salonu, gdzie wszyscy czekali, gdy moją nogę zaatakował mały chłopiec, a jego siostra ostrożnie, ale też radośnie stąpała w jego ślady.
- Ciocia Rose! Ciocia Rose!- krzyczały radośnie.
- Pawka.- kucnęłam i objęłam moją podobiznę Dymitra.- I Zoja. Choć do cioci.- zachęciłam dziewczynkę, na co szerzej się uśmiechnął i przyspieszyła kroku, wpadając mi w ramiona.
Po chwili chłopca zainteresowała osoba za mną.
- Pawka, to jest moja siostra Lili. Lili to siostrzeniec Dymitra Pawka.
- Hej.- mały z uśmiechem wyciągnął rękę do dziewczynki, która ona bardzo chętnie uścisnęła. Poczułam, że między nimi wytworzyła się jakaś nić porozumienia.
- Hej.- odpowiedziała. W tym czasie podeszła do niej córeczka Karoliny.
- A to jest moja siostra Zoja.- wytłumaczył mały Rosjanin.
- Zoja.- powtórzyła nowo poznana, wpatrując się w moją siostrę, brązowymi oczami. To było ich rodzinne podobieństwo.
- Nie. Ty masz na imię Zoja. A to jest Lili.- poprawił ją brat.
- Li..Lili.- lekko zająknęła się malutka.
- Może przejdziemy do reszty rodziny?- zaproponowałam. Wszyscy się zgodzili i pięć minut później, siedziałam między rodziną ukochanego. Wśród tych wszystkich bliskich mi osób i tak podobnych do strażnika, boleśniej odczułam jego brak.
Olena podała nam coś do zjedzenia i wypicia.
- Już wiem po kim Dymitr ma taki talent do kuchni.- skomentowała Lili, na co wszystkie wybuchłyśmy śmiechem.
- Rose, nawet nie wiesz jak cieszymy się z tego, że uczestniczysz w naszym życiu.- powiedziała Karolina, na co rozległ się zgodny pomruk.
Przez następne kilka godzin rozmawialiśmy o wszystkim, a Lili, Pawka i Zoja bawili się na dywanie. Chętnie odpowiadałam na pytania i sama je zadawałam. Tutaj czułam się tak swobodnie. Mogłam powiedzieć im o wszystkim, a miałam pewność, że nikt mnie nie będzie oceniać. Zawsze tu mogę liczyć na pomoc.
Nagle poczułam, że ktoś gramoli mi się na kolana. To była mała córeczka Karoliny. Przytuliła się do mojego brzuszka i zaczęła gaworzyć coś, w sobie tyło znanym języku. Przy okazji zainteresowały ją moje włosy, opadające luźno w lekkich falach. Za to Wiktoria była najbardziej z całego rodzeństwa zaabsorbowana moją siostrzyczką. Ale Pawka też nie odstępował jej na krok. Sonia na rękach trzymała małego Łukę, odkąd obudził go głód. Nagle Zoja zaczęła płakać, a mi coś w środku kazało się nią zająć. Zaczęłam ją kołysać, głaszcząc po główce z brązowymi włoskami, poskręcanymi jak u baranka. Trochę to ją uspokoiło, ale Karolina i tak musiała ją wziąć, bo mała zgłodniała. Sonia siedziała obok mnie, więc jej synek wykorzystał nieobecność kuzynki i zręcznie się przeczołgał na moje kolana. Od razu wyszczerzył się do mnie w bezzębnym uśmiechu. Odwzajemniłam gest i przytuliłam go do siebie. Wiktoria usiadła po drugiej mojej stronie, a Lili i Pawka kłócić się, kto usiądzie bliżej mnie. Wyszło na to, że chłopiec przytulił się do mojej ręki, a moja siostra uwaliła się na najmłodszą z rodzeństwa. Ale jej to nie przeszkadzało.
Jednak największe piekło rozpętało się, gdy wróciła Karolina. Jej córka wyraźnie pokazała, do kogo należy mój brzuch. Jednak Łuka nie miał zamiaru ruszać się ze swojego miejsca. Koniec końców podzielili się moimi kolanami. Gadaliśmy dość długo, co uświadomiły nam śpiące dzieci. Dziewczyny zajęły się swoimi, a później pomogły mi z Lili, jako że upały się, że muszę się oszczędzać. Razem z siostrą dostałam pokój Dymitra, który oficjalnie stał się naszym wspólnym. Poszłam się wykąpać i położyłam do łóżka. Nim się obejrzałam zasnęłam.

wtorek, 3 maja 2016

ROZDZIAŁ 129

Lot był cholernie długi. Jeszcze nigdy mi się tak nie dłużył, a lecę z tego samego miejsca, z tą samą prędkością i w takim samym czasie już trzeci raz. Pewnie to dlatego, że za pierwszym razem nie spieszyło mi się na spotkanie z Dymitrem, a za drugim spałam, gdy mój ukochany czuwał. Od razu moje myśli przeniosły się do strażnika. Czy dotarli bezpiecznie, może mieli awaryjne lądowanie, albo musieli polecieć na inne lotnisko? A może bezpiecznie wylądowali i zmierzają czarnymi furgonetkami do bazy docelowej? Nie wiem, ale nie chciałam o tym myśleć. Przecież jakie są szanse, że coś źle pójdzie podczas lotu i to w dzień? A tylko niepotrzebnie się martwię.
Z lotniska wyszliśmy w środku nocy. Gdzieś tak o trzeciej rano. Nie wiem, bo mój zegarek działał według czasu w Ameryce. Abe powiedział, że pomoże nam ktoś od niego. Tak jak się spodziewałam, zza starego auta pomachała Sydney.
- Rose.- przytuliła mnie.- Słyszałam, że udajesz się na mały urlop.
- Można tak powiedzieć.- nie chciałam każdego wtajemniczać w motywy mojego wyjazdu. Nagle poczułam szarpanie z tyłu kurtki.- A! To jest moja siostra Lili.
Sydney przyklękła.
- Hej mała.
- Dzień dobry.- odpowiedziała nieśmiało.
Wsiadłyśmy do auta i alchemiczka ruszyła w drogę. Już po kilku minutach dziewczynka już spała. Pokręciłam zrezygnowana głową. Przecież cały lot spędziła skulona na fotelu. A teraz znowu odpłynęła. Sydney spojrzała na nią z uśmiechem, już nią oczarowana.
- Urocza. Trochę przypomina mi moją siostrę, gdy była mała.
- Ty masz siostrę?!- zdziwiłam się. Nigdy mi o niej nie mówiła.
- Tak. Dokładnie dwie. Jedna już studiuje, a druga jest młodsza. I robię wszystko, aby nie została zmuszona iść w moje ślady. A ta zero wdzięczności, tyło się na mnie rzuca.
- Ja mojej nie odsunę od służby. Podjęła decyzję i tak zostaje.
- Tak tylko wy możecie podjąć decyzję, a my nie.
- Ale popatrz na to pozytywnie. Gdyby nie to, nie poznała byś takiego "złego stwora ciemności" jak ja.- zaśmiałam się cicho. Dziewczyna też nie umiała powstrzymać uśmiechu.
- I Adriana.- westchnęła rozmarzona, chyba nie do końca świadoma, że powiedziała to na głos.
- Czy ja dobrze usłyszałam?!- spytałam z cwanym uśmieszkiem. Alchemiczka lekko się zarumieniła.
- Nie wiem, o co ci chodzi?- starała się ukryć zawstydzenie.
- Doskonale wiesz. Co łączy ciebie i Adriana?- nie odpuszczałam.
- A nic szczególnego. A jak się czujesz, przyszła mamusiu?
- Dobrze, ale nie zmieniaj tematu. Chcę to usłyszeć. I nie, nie dam ci spokoju.
- Jak Dymitr z tobą wytrzymuje?- alchemiczka westchnęła zrezygnowana.-Podoba mi się.- powiedziała to tak szybko i cicho, że ledwo usłyszałam.
- Powtórzysz proszę?- spytałam z niewinnym uśmieszkiem.
- Kocham Adriana. Zadowolona?- była wyraźnie zażenowana.
- Bardzo. Tylko nie wiem, czemu robisz z tego taką aferę. Przecież miłość to piękne uczucie.- pomyślałam o Dymitrze. To wspaniałe uczucie.
- Ponieważ jako człowiek, a tym bardziej alchemiczka, nie powinnam zbliżać się do wampira, a co dopiero kochać go. Jeśli moi przełożeni się o tym dowiedzą, wyślą mnie do ośrodka redukcyjnego i zrobią ze mnie bezmyślne zombie.
- Aaaa rozumiem.- zmrużyłam oczy.- Zakazana miłość. Też przez to przechodziłam.
- Tak, ale u was to jest już dozwolone. U nas to nie przejdzie z tymi zaściankowymi poglądami, że moroje to zło. Bo nikt z nich nie rozumie uczucia jakim jest miłość.- Sydney zacisnęła ręce na kierownicy tak mocno, że aż odpłynęła z nich krew. Jej zażenowanie przemieniło się w złość. Postanowiłam zmienić temat.
- To może opowiesz mi jak zbliżyłaś się do Iwaszkowa.- zaproponowała.
- No cóż... przez tą całą sprawę z czarownica często bywałam na Dworze i los chciał, że raz czy dwa wpadłam na niego, a później sam się przy mnie kręcił i pomagał. Jest bardzo miły i uprzejmy. Słyszałam o nim różne rzeczy, ale jak się go pozna bliżej, to nie jest taki zły. I tak się stało, że pewnego dnia musiałam zrobić przegląd w parku w pobliskim mieście. On zaoferował mi pomoc. Gdy byliśmy sami nagle, ni stąd ni zowąd, pocałował mnie. No a potem wyznał miłość. Ja oczywiście głupia na niego nakrzyczałam. Później nie widziałam go i uświadomiłam sobie, że brakuje mi jego towarzystwa. A nadszedł czas mojego wyjazdu. Zostałam wywieziona do Rio. Kiedyś go zobaczyłam w jednym z barów kompletnie znanego. Nie zdziwiło mnie to. Mówił mi, że ciągle gdzieś jeździ po Ameryce. Chciałam przejść obojętnie obok niego, ale chwycił mnie i powiedział, że to jego miłość do mnie tak go urządziła. A wyglądał okropnie. Ledwo chodził. Zrobiło mi się go żal i poczułam coś jeszcze. Nie umiem tego wyjaśnić. Po prostu musiałam go stamtąd wyciągnąć. Wsadziłam go do auta i zabrałam do mieszkania, które wynajmowałam. Tam walnął się na kanapę i spał. Przemyślałam całą tą sytuację i doszłam do wniosku, że go kocham. On rano oczywiście miał jednego wielkiego kaca. Zaopiekowałam się nim, a gdy spytał, dlaczego to robię, powiedziałam mu prawdę. Kilka dni później mieszkaliśmy w mieszkaniu dwupokojowym, które wynajął.
Wzruszyła mnie ta historia. Ale chwila. To się nie trzyma kupy. Przecież jeszcze wczoraj Adrian był u nas.
- Kiedy to było?- spytałam.
- Dwa tygodnie temu. Pewnie dziwi cię, że jestem teraz w Rosji.- przytaknełam.- Dostałam tu zlecenie w miniony weekend. I teraz tu siedzę.
- To muszę przyznać, Adrian rozpacza po tobie.- powiedziałam zdenerwowana, na wspomnienie naszego spotkania na Dworze.
- Znowu w coś się wpakował?- zadrwila.
- Nie będzie ci do śmiechu. Nazwał mnie dziwką, za co oberwał od Bielikowa.
Nie chciałam go oczerniać przed przyjaciółką, ale ona nie odpuszczała. W skrócie opowiedziałam jego zachowanie i wizytę kolejnego dnia. Trochę bałam się jej reakcji. W końcu go kocha. Zdziwiłam się gdy Sydney wybuchła śmiechem.
- Mówił mi o tym.- wytłumaczyła widząc moją minę.- Widzę, że jego wersja była dość okrojona. Oj pogadam z nim sobie.
- Teraz wolałam nie być w jego skórze.- zaśmiałam się, a alchemiczka mi zawturowała.
- No ja też nie.

poniedziałek, 2 maja 2016

ROZDZIAŁ 128

Wróciłyśmy na parking. Już miałam otwierać samochód, gdy ktoś mnie zaczepił.
- Hathaway!- odwróciłam się w stronę, z której dochodził głos. Strażnik Croft patrzył na nas oparty o czarnego SUV-a.
- Hans?!- zdziwiłam się.- Myślałam, że poleciałeś z nimi.
- Nie. Bardziej potrzebny jestem na Dworze. Bielikow też musi się wykazać.- otworzył tylne drzwi.- Dymitr prosił bym was odwiózł, więc zapraszam.
Lili pobiegła chętnie i wsiadł na tyknie siedzenie. Przewróciłam oczami. Cały Dymitr. No ale co zrobić? Zajęłam miejsce z przodu obok kierowcy. Strażnik odpalił i ruszył.
- I jak tam życie jako pani Bielikow?- przerwał męcząca ciszę Hans.
- A dobrze. Mój mąż jest bardzo opiekuńczy.
- Czyli, że do wszystkiego się przykłada?- parsknął śmiechem.
- Tak, nie tylko do służby.- poczułam falę ciepła na wspomnienie wczorajszej nocy. Na długo ją zapamiętam.
Reszta drogi upłynęła nam na luźnej rozmowie. Nagle Hans o czymś sobie przypomniał.
- Powiem ci coś, co bardzo cię ucieszy, a o czym strażnik Bielikow nie wie, ale jak się dowie, to też się ucieszy.
- Może zamiast tyle gadać przejdziesz do sedna sprawy.
- Hathaway, cierpliwości nikt cię nie nauczył?
- Nie było na tyle zdolnych. Nikt tego nie zmieni.
- Nad twoim językiem też powinno się popracować.- mruknął, myśląc zapewne, że nie słyszałam. Wolałam zostawić go w tej błogiej nieświadomości.- W każdym razie, Dymitr będzie musiał codziennie składać raporty. A ty siedzisz w domu i nic nie robisz,- akurat będę lekko zajęta ratowaniem ukochanego, od nie-wiem-czego.- no a nam brakuje strażników.
- Czyżbyś proponował mi starą pracę?
- No mniej więcej. Tylko będziesz siedziała w domu i przez internet czytała i porządkowała raporty z akcji. Co ty na to?- popatrzył na mnie z prośbą. Jednak tylko przez chwilę, bo nadal jechał autem.
Chwilę się zastanawiałam. Dymitr pisał by mi o wszystkim co się stało. Nie miałby wyboru. I mielibyśmy ciągły kontakt.
- Zgadzam się.- W tym momencie zatrzymał się pod naszym domem
Zauważyłam, że Lili śpi. Chciałam ją obudzić, ale strażnik uznał, że słodko wygląda. Wniósł ja do pokoju i położył w łóżku.
- Dziękuję za pomoc. Nie musiałeś tego robić.- doprowadziłam go do drzwi
- Cała przyjemność po mojej stronie. A kiedy wracasz na Dwór?- zdziwiło mnie jego pytanie.
- Czy nasz kochany Bielikow poprosił cię również o tą podwózkę, czy o całodobowa kontrolę?
- No wiesz...- lekko się zmieszał.- nie nazwał bym to kontrolą, ale ochroną żony dobrego kolegi.
- To powiedz swojemu dobremu koledze, żeby przestał się mną martwić, bo ja jadę do ojca. Tam nie będę sama, a jeśli zechcę wyjść, nie zrobię skandalu na cały świat.
- No dobrze. Skoro tak, to chyba zakres moich możliwości się wyczerpał. Dobranoc Rose.
- Dobranoc Hans.- zamknęłam za nim drzwi.
Poszłam do kuchni coś zjeść. W lodówce były jeszcze resztki z obiadu, który przygotował mój ukochany. Ciekawe co u niego? Pewnie są jakieś dziesięć kilometrów nad ziemią. Ciekawe czy myśli o mnie?
Nawet nie zauważyłam kiedy zjadłam wszystko, co sobie nałożyłam. A było tego trochę. Następnie poszłam spakować siebie i Lili.
Nie mogłam się doczekać, kiedy będę na miejscu. Pokochałam tą rodzinę i wiem, że oni mnie też. Otoczyli opieką, której w tamtej chwili potrzebowałam. Wspierali mnie i nie krytykowali. No w większości. Trochę Jewa dała mi w kość, ale jestem jej za to wdzięczna. Przywołała mnie do porządku i przypomniała o celu podróży. Babcia. Nie! Nigdy nie będę tak do niej mówić.
Tak się zamyśliłam, że przerwałam swoje zajęcie. Szybko dokończyłam pakowanie i poszłam do siostry. Ostrożnie weszłam do pokoju, tak żeby jej nie obudzić. Spała twardym snem. Armia strzyg by jej nie zerwała z łóżka. Wyglądała uroczo. Drobne włoski powychodziły ze starannie zaplecionych warkoczyków. Przez sen znalazła i teraz mocno tuliła swoją tygrysicę... jak jej było? Chyba Glamour. Aż żal jej budzić. Dam jej pospać, póki Abe po nas nie przyjedzie. Spakowałam ją po cichu i zabrałam walizkę na korytarz. Chciałam znieść ją na dół, ale w głowie usłyszałam Bielikowa. No pięknie! Stał się moim sumieniem. Jednak muszę przyznać mu rację. Po pierwsze mój mąż nie byłby zadowolony, a po drugie mogłoby to zaszkodzić dzieciom. Naszym dzieciom. Ach co za wspaniałe uczucie, wiedzieć, że da się ukochanemu tego, czego najbardziej pragną dostać. Taki wymarzony prezent na urodziny. Właśnie. Za pół miesiąca święta, a później urodziny Dymitra. Dwudzieste szóste. Na co dzień nie czuję tej różnicy. A to przecież siedem lat.
Otrząsnęłam się z tych myśli. Teraz jesteśmy równi. On mi, ja jemu. Odeszła od pokoju małej, aby jej nie obudzić i zadzwoniłam do ojca. Odebrał po pierwszym sygnale.
- Hej, staruszku. Znowu was obudziłam?- zapytałam z uśmiechem. 
- Nie Rose. I wszystko jest gotowe do podróży. Zgaduję, że Dymitr uniemożliwił ci samodzielny przyjazd?
- Dokładnie. To przyjedziesz po nas?
- Będę za godzinę.- rozliczył się.
Dobra mam czas na ostatnie poprawki i upewnienie się, czy wszystko wzięłam. Przez resztę czasu zdążyłam coś zjeść. Tak, znowu. Dzieci ostatnio są bardzo żarłoczne. W sumie mama mówiła, że ja sama nie umiałam się uspokoić i co róż zaglądała do lodówki. Czyli to rodzinne, tylko chyba po Abe'u. Może jako moroj mało je, ale kto wie... dopiero miałam studiować biologię i genetykę. Eh.. szkoda, że z tych planów nici. No ale za taką nagrodę warto odłożyć naukę na później. Może uda nam się jakoś dostać na uniwersytet po porodach.
- Słyszycie!- odezwałam się na głos, głaszcząc mój lekko zaokrąglony brzuch.- Wszystko się kręci wokół was. Wciąż trudno mi pojąć, ze za pięć miesięcy na świat wyjdą dwie, małe istotki, które są owocem miłości mojej i Dymitra.
Spojrzałam na zegarek. Powinni być za dziesięć minut. Wróciłam do Lili i ją obudziłam.
- Gdzie jesteśmy?- spytała mała, przecierając zasypane oczka piąstkami.
- W domu. Hans cię tu przyniósł. Ale zaraz przyjedzie tata i polecimy do Rosji.
- Naprawdę?! Po co?
- Hmn... jakby to powiedzieć? Mam złe przeczucie i lecimy odwiedzić rodzinę Dymitra.- w tym momencie rozległ się dźwięk klaksonu na podjeździe.- Przyjechali. Już Cię spakowałam, tylko ubierz kurtkę i zaczynamy podróż przez pół świata.

niedziela, 1 maja 2016

ROZDZIAŁ 127

- Dymitr.- podszedł do nas Hans i klepnął mojego męża w plecy.- Już myślałem, że nie zaszczycisz nas swoim towarzystwem.- Teraz spojrzał na mnie.- I nasza piękna, odważna Rose. Przyszłaś pożegnać swojego Rosjanina?- zaśmiał się.
- Muszę się upewnić, że będzie bezpieczny. Przed strzygami i innymi dziewczynami.- teraz śmialiśmy się oboje.
- Spokojnie Hathaway. Nie będzie miał czasu na wyrywanie lasek. Po za tym pewnie o żadnej nie pomyśli. A jak się czujesz?- wymownie spojrzał na mój brzuch.
- Ty wiesz?!- zdziwiłam się.
- Tak. Dymitr mi powiedział. Wręcz to z niego wycisnąłem, choć bronił się dzielnie przez cały czas. Ale nikomu nie powiem. Wręcz wam gratuluję.
- Dzięki. Czuję się świetnie.
- Który to miesiąc?
Zaczęłam liczyć w pamięci. Nie byłam pewna. Jak dla mnie sam miesiąc miodowy mógł trwać tydzień lub dwa lata. Wyprzedził mnie mąż.
- Połowa czwartego.- no tak. On już liczy dni do porodu. No mniej więcej. 
- To dobrze. No to co? Zostawię was teraz samych. Muszę sprawdzić czy chłopaki są gotowi do startu. Hej,- popatrzył na moje nogi. A dokładnie na kogoś za nimi.- a co to za urocza dziewczynka?
- To moja siostra Lili.- odsunęłam się i popchnęłam mała do przodu.
- Dzień dobry.- przywitała się grzecznie.
- Witaj kochanie. Zgaduję, że od strony ojca.- te słowa strażnik skierował do mnie.
- Tak. Kolejna panienka Mazur.- potwierdziłam.
- Może w przyszłości będziesz jedną z nas, co? Służba na Dworze u boku siostry.
- Tak.- oczy dziewczynki
- Tak.- oczy dziewczynki błysnęły, jakby znalazła cel w życiu. Mówiła głosem pełnym pewności siebie.- Będę kiedyś tak dobra jak Rose i Dymitr. A wtedy żadnej strzygi nie będę się bała.
- To wspaniale.- zadumał się na chwilę, przyglądając się małej z zainteresowaniem. Jak każdy zachwycił się nią. Miała w sobie jakiś urok osobisty, którym nawet największych twardzieli rozczulała i owijała wokół małego palca. W przyszłości złamie wiele chłopięcych serc.- Ciekawe czy na tak samo cięty język, jak siostra.
- Dla twojego dobra, uznam to za komplement.- wszyscy się roześmiali.
- Spokojne. Bielikow na pewno nie będzie miał mi za złe drobne żarty, prawda?
Jednak nie dałam ukochanemu szansy na odpowiedź.
- Ale mi wcale nie chodzi o Dymitra. Poczekaj tylko jak urodzę i wrócę do formy. Tak ci tyłek skopię, że się przez tydzień nie pozbierasz.- w tej chwili użyłam całej brawura Rose Hathaway.
- Radzę ci uważać chłopie. Wkurzona kobieta daje popalić.- powiedział mój mąż, udając strach. Chciałam posłać mu ostrzegawcze spojrzenie, ale nie wyszło mi. Trudno udawać zdenerwowanie z uśmiechem na twarzy.
- Hathaway! Pamiętaj, że jestem wyżej rangą.- pogroził, jednak ciągle się śmiejąc.
- A ty zapominasz, że to mnie najmniej obchodzi. A po tych dziesięciu miesiącach będę potrzebowała naprawdę się wyżyć w walce. Mam zaznaczyć, że zgłaszasz się na ochotnika?- udałam, że w dłoniach trzymam niewidzialny notatnik i długopis. Strażnik zmarszczył brwi i zmrużył oczy. Myślał nad czymś chwilę, aż w końcu stanął wyprostowany i skłonił mi się lekko. 
- To byłby zaszczyt, przygwoździć tak sławną strażniczkę do ziemi.- zadrwił ze mnie.- Przyjmuję wyzwanie.
- Jesteś bardzo pewny siebie.- zauważyłam.
- Wiem. No to do zobaczenia za pięć miesięcy na sali.- krzyknął przez ramię, wracając do samolotu.
- Słyszałeś go?! Bezczelny. Ja mu pokażę.- myśli, że mnie pokona? Niech się przygotuje na porażkę.
- To teraz masz większą motywację, żeby dać mu nauczkę.- Rosjanin ścisnął mnie mocniej ramieniem, którym objął mnie na wysokości barek.
Gdy Hans odszedł na bezpieczną odległość, mój ukochany zabrał rękę i dłońmi złapał mnie za ramiona. Popatrzył mi głęboko w oczy. Wiedziałam, że to ta chwila. Nagle bardzo zainteresowały mnie moje buty. Bałam się, że jeśli spojrzę w czekoladowy brąz jego tęczówek, nie zatrzymam łez. Dymitr podniósł moją głowę, tak abym jednak popatrzyła. Uśmiechał się delikatnie i słodko, a w jego oczach nie było nic poza miłością i szczęściem. Ani cienia smutku. Nie mogłam się powstrzymać i także na moich ustach zatańczył blady uśmiech.
- O wiele lepiej Roza.- szepnął.- Jesteś taka piękna, a zwłaszcza gdy się uśmiechasz. Proszę cię, żebyś się nie zamartwiała za bardzo. Nic mi nie będzie. Damy radę. Nie mógłbym cię tak zostawić kochanie.
- Zawsze będę się martwić. Wiesz o tym.- dlatego lecę do Bai. Ale nie powiedziałam tego na głos.
- Wiem skarbie. I dlatego tak bardzo Cię kocham. Nawet nie wiesz, jak trudno mi cię tutaj zostawić.
Wspięłam się na palce i cmoknęłam w usta. Nie czekałam długi na reakcję. Mąż przytulił mnie do siebie mocno i pogłębił pocałunek. Przekrzywiałam głowę, raz w jedną, raz w drugą stronę tak, żeby doświadczyć całej przyjemności z pożegnania, jakie mogłam teraz dostać. Pocałunki były mocne, namiętne i zachłanne, jakbyśmy chcieli ukraść cześć siebie.
Gdy strażnik w końcu się odsunął, dalej nie wypuszczał mnie z objęć. Wtuliłam się w jego tors, a on oparł policzek o moją głowę, bawiąc się moimi włosami. 
- Roza tak bardzo nie chcę jechać. Kocham Cię całym sobą i nie chcę stracić. Ale jeśli nie wrócę...
- Wrócisz. Ja w to wierzę. Czemu ty nie?
- Doskonale wiesz, że tam może zdarzyć się wszystko. Chcę, żebyś pamiętała, że cokolwiek się stanie, zawsze będę przy tobie. Ukradłaś moje serce i teraz bez ciebie nie mogę żyć.
Do moich oczu napłynęły łzy, których nie dało się zatrzymać.
- Nigdy nie przypuszczałam, że będę płakać, żegnając jakiegoś mężczyznę. Ale proszę wróć. Masz dla kogo.- zsunęłam jego drugą dłoń ze swojej tali na brzuch.
 - Och Roza...- w jego głosie było wiele bólu.- Kocham Cię tak bardzo, że to aż boli. Ale nie zamienił bym tego na nic w świecie. Ja tiebia liubliu Roza.
- Ja tiebia toże liubliu.- starałam się, ale głos i tak mi się załamał.
Płakałam jak bóbr. Jak ja bez niego wytrzymam? Dymitr zaczął szeptać mi na ucho po Rosyjsku i jak zawsze to mnie uspokoiło. Spokojna byłam tylko w jego ramionach. 
To było najdłuższe pożegnanie w dziejach, ale dla mnie było o wiele za krótkie. Nie chciałam, żeby się kończyło. Popatrzyłam na niego. Na policzkach miał mokre ścieżki naznaczone przez łzy. Dla niego to też trudna chwila. Chwyciłam jego twarz i starłam kolejne krople, po czym pocałowałam go. Wiem, na następny pocałunek muszę czekać tydzień. Nie wiadomo kiedy dokładnie skończy się akcja. Ani jak. Mój ukochany też miał tego świadomość i nie marnował naszych ostatnich minut razem. Oderwaliśmy się od siebie, gdy oboje byliśmy pewni, że żadne z nas nie rzuci się za drugim z płaczem.
Dymitr kucnął przy swojej młodej szwagierce. Ta wtuliła się w niego, jakby nigdy nie miała go puścić. I chyba tak było. Po kilku minutach w końcu go puściła.
- Bądź grzeczna i słuchaj się siostry. I uśmiechnij się.- zmusił się na uśmiech, na co dziewczynka odpowiedziała tak samo. Mój mąż zaśmiał się cicho, ale szczerze.- Tak łatwo was obie rozśmieszyć. Będę tęsknić.
Wziął małą na ręce i zakręcił się dookoła. Gdy się zatrzymał, dampirzyca cmoknęła go w policzek. Zdziwił się, ale oddał całusa. Następnie odstawił ją z powrotem na ziemi. Ostatni raz spojrzał na mnie, złapał w pasie i przyciągnął do siebie w namiętnym pocałunku. Zarzuciłam mu ręce na kark, a jego dłonie automatycznie zacisneły się na mojej tali.
- Kochanie, bądź ostrożny i uważaj na siebie. Nie chcę jechać do Rosji na twój drugi pogrzeb.- powiedziałam, gdy zdołaliśmy się od siebie odkleić.
- Dobrze Różyczko. A ty uważaj za kółkiem. Może przez ten czas zostaniecie na dworze? Tam są strażnicy. Będziecie bezpieczniejsze, a ja spokojniejszy. Mieszkanie wciąż należy do nas. Klucze są w moim biurze w biurku.
- Jeśli to cię uspokoi, to będę w bezpiecznym miejscu.
- Dziękuję Roza. Będę do ciebie dzwonił w każdej wolnej chwili.
- I dzisiaj, gdy tylko znajdziesz się w pokoju.- bardziej oznajmiła, niż zapytałam.
- Oczywiście. Ale jakby coś się działo, to też masz dzwonić. Zwłaszcza jeśli odezwał by się Robert.
- Będziesz wiedział pierwszy.- obiecałam.- A teraz idź, bo jeszcze chwila, a spakuję cię do samochodu i zabiorę prosto do domu.
Dymitr kiwnął głową. Pocałował mnie i Lili w czoło, po czym odwrócił się i poszedł do samolotu. Śledziłam uważnie każdy jego najmniejszy gest. Zanim zniknął w wejściu, odwrócił się i posłał mi całusa. Zrobiłam to samo i pomachałam mu. Moja siostra zrobiła to samo. Stałyśmy tam póki maszyna nie wystartowała. 

sobota, 30 kwietnia 2016

ROZDZIAŁ 126

- Chyba żartujesz?!- powtórzyłam słowa siostry.- Dymitr. Doskonale wiesz, że to jest ostatnie co chcę na nowo słuchać, a tym bardziej mówić. Nie ma mowy!
- Ale czemu? Przecież nic ci nie szkodzi. Ja ledwo się połapałem w jej odpowiedzi i jestem pewien, że ona mogłaby to samo powiedzieć o całej przedstawionej przeze mnie teorii. A ty ją zrozumiałaś bez problemu. Proszę zgódź się.
Lekko się zawahałam. Może ma rację? Ale czy będę umiała przekazać jej tą wiedzę? Nie mam pojęcia o uczeniu kogoś. Mogę walczyć na pokaz, ale uczyć? To trochę za dużo. Od tego jest Dymitr. Ma podejście do każdego. Nawet ja go podziwiam. Żadnego nauczyciela nie szanowałam tak, jak jego. Zawsze był dla mnie wyjątkowy. I to bardzo. Odruchowo spojrzałam na obrączkę na moim palcu. Od naszego ślubu, bawię się nią, kiedy rozmyślam nad naszą miłością. Taki nawyk. Rosjanin dobrze o tym wiedział. Zna mnie. A teraz liczy na moją pomoc. Podniosłam na niego wzrok. Patrzył na mnie z nadzieją, prośbą i miłością. Wierzył we mnie. Zawsze pokłada we mnie nadzieję. Nawet jeśli jest ostatnim człowiekiem na ziemi, który to robi, to on mnie wspiera i pokazuje drogę, bo wie, że coś osiągnę. A jeśli nawet ja mam wątpliwości, to robi wszystko, abym się ich pozbyła. Tyle wyraża jego jedne spojrzenie. I tylko ja mogę tyle z niego wyczytać. Też go znam. Nie jest mi obojętny, tak samo jak ja jemu. Kocham go. Nie mogę go zawieść. Ale czy dam radę?
- Zastanowię się.- powiedziałam w końcu.- I jeszcze porozmawiamy o tym w domu, bo teraz mamy mało czasu, a Lili na pewno chce się nauczyć czegoś z praktyki.
Ukochany tylko westchnął i zaczął uczyć ją podstawowych chwytów, uników i ciosów. A ja stałam, oparta o drzewo i patrzyłam na to urocze przedstawienie. Mała miała problem z zapamiętaniem tego wszystkiego i ciągle popełniała drobne błędy, które sprawiały, że wszystko jej nie wychodziło. To zła postawa, zawahanie, zbyt późny unik lub za mało siły.
Oczywiście nie walczyli ze sobą, tylko wymieniali się ciosami i ćwiczyli wykopy. Jak dziewczyna nabierze wprawy, będzie jej szło coraz lepiej.
W pewnej chwili zauważyłam, że mam mi się gęsią skórkę. Byłam tak zafascynowana widowiskiem, że nie poczułam zimna. Jednak bluza i bezrękawnik to za mało w środku listopada. Pozwoliłam sobie pożyczyć płaszcz męża. Nie powinien się pogniewać. Od razu otuliła mnie słodka woń jego wody kolońskiej. Mój towarzysz.
Cały trening trwał godzinę. Siostra za dużo nie zdążyła się nauczyć, ale poznała podstawy podstaw. Gdy skończyli, podeszli do mnie. Z Lili przybyłam piątkę i uścisnęłam ją, mówiąc, że dobrze jej idzie. Dymitr pocałował mnie i objął ramieniem. Chciałam oddać mu jego prochowiec, ale nie pozwolił na to, mówiąc, że pasuje mi i wyglądam w nim bardzo seksownie. No z takimi argumentami nie da się walczyć. Wracaliśmy do domu.
- Nawet nie wiesz jaką mam ochotę na mały sparing z tobą.- wyznałam.
- Aż tak bardzo stęskniłaś się za ziemią?- zadrwił mąż.
- Myślę, że coś by dzieliło mnie od ziemi. Ty!- dźgnęłam go palcem w klatkę piersiową. Ukochany złapał moją wyciągniętą dłoń i ją pocałował.
- Jesteś bardzo pewna siebie Roza.
- Tak jak zawsze. Po prostu chciałabym się sprawdzić i przy okazji skopać ci ten seksowny tyłek.-Jego śmiech na pewno było słychać w połowie lasu, jeśli nie w całym.- Poza tym, brakuje mi tej adrenaliny, bliskości, pozytywnego zmęczenia i możliwości wyżyci się na tobie.
- A za co chcesz się wyżywać?
- Na przykład za to, że wyjeżdżasz na pięć długich dni.
- Och Roza. Dam ci to wszystko jak wrócę, jeszcze tej samej nocy. 
Powinnam poczuć falę ciepła, ale zamiast tego zrobiło mi się zimno. Przy słowie "jak" zająknął się nieznacznie. Mało kto by to zauważył, ale ja tak. Sama się tak wyraziłam pół roku temu, gdy żegnałam się z Lissą. Przeszedł mnie lodowaty dreszcz, pod wpływem którego zadrżałam. Dymitr pomyślał, że jest mi zimno i przytulił mocniej do siebie.
- Co się stało, Roza?- spytał, widząc moją minę.
- Przede mną nie musisz udawać. Co chciałeś powiedzieć?- spytałam znając odpowiedz.
- Roza...- popatrzył na mnie smutno. Chwyciłam go za koszulkę i przyciągnęłam do siebie, patrząc prosto w brązowe oczy. Jak ja je kocham.
- Odpowiedz!- nie ustępowałam.
Strażnik skapitulował.
- Jeśli wrócę.- powiedział to tak cicho, że ledwo go usłyszałam, mimo że mówił mi to prosto do ucha. W tym jednym zdaniu było więcej bólu, niż czułam w pierwszym tygodniu nauki po ucieczce. A to było piekło. Pocałowałam go namiętnie z całym wsparciem i nadzieją, jakie miałam i przytuliłam mocniej.
- Na pewno wrócisz.- byłam tego pewna. Jewa powiedziała, że uratuję go wyjazdem do Bai.
Nim się obejrzałam, byliśmy pod drzwiami. Dymitr zabrał swoją walizkę i wsadził do bagażnika. Następnie wszyscy troje wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy na lotnisko, gdzie wszyscy mieli się spotkać.
Droga zajęła nam godzinę. Samolot stał już gotowy do lotu, ale obsługa pakowała do niego resztę bagaży i potrzebnych rzeczy. Był to prywatne lotnisko straży Dworu. To stąd ruszyli strażnicy na dalekie misje. Tak ja dzisiaj.
Raz byliśmy tutaj ze szkołą. To było jeszcze przed naszą ucieczką. Chyba nawet przed wypadkiem. Tak! Miałam wtedy z dziesięć lat. Mason i Eddy dali mi się zaciągnąć do pokoju dla służby. Strażnicy byli dla nas mili i odpowiadali na nasze pytania. Ja jak zawsze przebiłam moich przyjaciół. Oczywiście cała nasza trójka dostała za karę dodatkowe służby w kuchni, ale warto było.
Myślami wróciłam do rzeczywistości. Dymitr przytulił mnie jeszcze mocniej, wiedząc, że za kilka minut się rozstaniemy. Już za nim tęsknię.

piątek, 29 kwietnia 2016

ROZDZIAŁ 125

Pół godziny później szliśmy wolno przez las. Dziewczynkę wprost rozpierała energia. Biegała między drzewami.
- Lili, tylko nie oddalaj się za bardzo.- krzyknęłam do niej.
- Od kiedy w tobie tyle opiekuńczości Roza?- zaśmiał się mój ukochany, obejmując mnie w pasie.
- Od kiedy mam kim się opiekować.- odpowiedziałam Przytuliłam się do jego torsu.
Nie spieszyliśmy się. Nie mieliśmy po co. To ostatnie nasze chwile razem. Potem zobaczymy się dopiero za pięć dni. Napawaliśmy się swoją bliskością w przyjemnym milczeniu. Bo po co słowa, skoro i tak nie wyrażą naszych uczuć. Wystarczy mi ciepło jego ciała.
- Wiesz, czego najbardziej żałowałem na początku naszej znajomości?- spytał w końcu mój mąż. Pokręciłam przecząco głową.- Że znałem cię jedynie jako wojowniczkę. Poznawałem twoją siłę i technikę na treningach, ale nie wiedziałem, jak zachowujesz się przy przyjaciołach. A ja chciałem być twoim przyjacielem. Nie znałem tej Rose Hathaway, którą byłaś dla wszystkich. Choć twój cięty język dawał mi się we znaki. Ale nie przeszkadzało mi to. Taką cię kocham. Tylko chciałem być przy tobie zawsze. Wiedzieć o tobie wszystko. Myślałem o tobie, śniłem, marzyłem. Byłaś czymś nieosiągalnym, a jednak tak blisko mnie. Na treningach podziwiałem twoje ciało, ruchy, ale przede wszystkim zaangażowanie. Zawsze byłaś gotowa bronić Lissy do ostatniej kropli krwi. Każdą moją lekcję brałaś na poważnie. Chciałaś udowodnić, że jesteś najlepsza. Tak, aby nikt nie podważył wyboru ciebie na strażniczkę Dragomirówny. I zawsze byłem z ciebie bardzo dumny.
- Naprawdę?!- zrobiło mi się ciepło na sercu.- Nigdy nie mówiłeś tego.
Popatrzył na mnie, tak czule, że zaczęłam się rozpływać. W tym jednym spojrzeniu była odpowiedź na wszystkie pytania. I to, co teraz było dla mnie najważniejsze: duma. Przytuliłam się do niego.
- Ile jeszcze mamy czasu?- spytałam.
- Dwie godziny.
- A cha. Otworzyłeś się dzisiaj i wczoraj. I to bardzo.
- Tak. Dla ciebie i Lili. Jesteście dla mnie ważne. Kocham was. Jednak jest coś jeszcze. Mała jest podobna do ciebie, ale nie tylko. Przypomina mi także Wiktorię. Nie wiem, w jaki sposób, lecz tak jest. Przy was czuję się jak w domu u mamy. Kiedyś jak byłem mały, nie wyobrażałem sobie, żebym mógł zostawić moją rodzinę i mieszkać gdzieś indziej, albo, że nie będę chciał tam wracał. To znaczy chcę ich odwiedzać, ale nie tęsknię za nimi tak bardzo. Teraz mam ciebie. Tworzymy szczęśliwy dom. I za to ci dziękuję. Ja tiebia liubliu Roza.- ostatnie słowa powiedział szeptem. 
- Ja tiebia toże liubliu.
Nagle, nie wiadomo skąd wzięła się Lili i z krzykiem biegła na Dymitra. Jednak on ją złapał i powalił na ziemię. Oczywiście delikatnie.
- Mam cię!- zauważył mój ukochany.
- Dymitr, nauczysz mnie walki? Teraz?-poprosiła dziewczynka, kiedy strażnik pomagał jej wstać.
Popatrzył na mnie pytająco. Kiwnęłam głową Jako dampirzyca powinna chociaż trochę umieć się bronić.
- No dobra. Poczekaj chwilę.- mój mąż zaczął chodzić między drzewami, rozglądając się dookoła.
- Lili jesteś pewna? Nie wiesz o co go prosisz. Jeszcze możesz się wycofać- szepnęłam jej. Znając Bielikowa będzie miała niezły trening.
- Tak, jestem pewna.- odpowiedziała.
W tym czasie mój ukochany znalazł sześć dużych gałęzi i powbijał je na obwodzie okręgu o połowę mniejszego niż w akademii, lecz w ciąż porządnego
- Gotowa?- spytał stając na środku koła. Dziewczynka energicznie pokiwała głową.- To dziesięć okrążeń po zewnętrznej stronie kijków.
Mina jej zrzedła.
- Ale tak od razu? Może da się coś lżejszego?
- Nie ma mowy.- powiedział, po czym uśmiechnął się rozmarzony.
- Mówiłam, żebyś się wycofała.- szepnęłam jej, gdy słyszmy w stronę trasy.
Ona przygotowała się do biegu, a ja skierowałam się do trenera, który siedział na trawie. Lili zaczęła rozgrzewkę. Chciałam klapnąć obok Rosjanina, ale on wziął mnie na swoje kolana.
- Roza, ziemia jest zimna. Rozchorujesz się i co będzie?- szepnął mi, bawiąc się płatkiem mojego ucha.
- Zostaniesz moją pielęgniarką?- spytałam z niewinnym uśmieszkiem. W powietrzu zadźwięczał jego śmiech.- A o czym myślałeś, gdy Lili nie chciała biegać?
- Przypomniało mi się, że na początku ty też byłaś tak chętna do ćwiczeń.
Teraz ja się śmiałam. Mała robiła trzecie okrążenie, a już zdążyła się zmęczyć. Jednak nie poddawała się. Co nie zmieniało, że nie miała kondycji.
- Nie przesadziłeś trochę?- nie odzywałam wzroku od dziewczynki.- Już ledwo trzyma się na nogach, a zostało jej jeszcze sześć rundek.
- To twoja siostra. Da radę.
- Zauważ, że ja mam talent po mamie, a ona przez osiem lat żyła jak zwykły człowiek. Nie ma kondycji.
- Zobaczymy, jak nie będzie miała siły dalej biec, to się zatrzyma. Ale myślę, że choćby miała zemdleć ze zmęczenia, nie odpuści.
I jak zwykle miał rację. Może mała nie straciła przytomności, ale po pokonaniu całego narzuconego dystansu, położyła się na ziemi, ledwo żywa z wysiłku. 
- Tak! Udało się!- widać było, że czuje się usatysfakcjonowana.
- Brawo.- pochwaliłam ją.
- To teraz małe rozciąganie.- zakomunikował mój mąż.
- Chyba sobie żarty robisz?!- Lili nawet na niego nie spojrzała. Zaczęła robić aniołki w ziemi.
- Może poczekać na śnieg.- zaproponował strażnik
 - Albo jak pojedziemy do ojczyzny Dymitra. Tam jest go pełno.- na to wtrącenie Bielikow tylko pokręcił zrezygnowany głową, a dziewczyna zaczęła się śmiać.
Po kilku minutach w końcu wstała. Ukochany zdjął swój cenny prochowiec i zawiesił na gałęzi. Zaczął pokazywać mojej siostrze jak się rozciągać. Następnie udzielił jej jeden ze swoich wykładów. Nienawidziłam ich. Zawsze wolałam walczyć. Widać że małej też to się nie podobało. Kiedy poprosił, żeby powtórzyła, zrobiła to. Ale jego mina była bezcenna. Po raz kolejny załamał się.
- Czego się czepiasz? Przecież dobrze powiedziała.- zdziwiłam się. On też.
Popatrzył na mnie noc nie rozumiejąc. Jednak sekundę później jego oczy błysnęły. Oho! Na coś wpadł. Miałam źle przeczucia.
- Rose. Będziesz uczyć ją techniki.- oznajmił. 
____________________________________________________
 Dobra tak w kwestii wytłumaczenia. Rose nie będzie uczyć Lili walki, ale całą tą gadaninę, którą swoją drogą nienawidzi. W ciąży też może to robić. Dziękuję za cierpliwość i przepraszam, że tak późno, ale ostatnio piszę rozdziały na ostatnią chwilę. jednak teraz będę miał dziewięć dni wolnego i rozdziały będą wcześniej( ale nie wiem, czy będzie więcej niż jeden dziennie).
Pozdrawiam. :-*

czwartek, 28 kwietnia 2016

ROZDZIAŁ 124

Po obiedzie powiedziałam o pobycie w szpitalu, uratowaniu Lissy, rozmowa z Abem i Oksaną, powrót do domu, listy od Dymitra, egzamin i włamanie do więzienia, ucieczka poznanie sposobu na odmiennie ukochanego. Opowiedziałam jak straciłam nadzieję, o konsekwencjach naszej wyprawy, pracy w archiwum. Następnie mój mąż opowiedział o poszukiwaniu mnie, walce w Las Vegas, porwaniu Lissy i szantażu. Wiem, że sprawiało mu to ból, ale mimo to opowiadał dalej. Nie błądził we wspomnieniach, wzrok miał obecny i poważny. Nie myślał o tym. Po prostu to mówił, jakby składał raport. Nie lubiłam jego postawy strażnika, ale wiedziałam, że to najlepszy ton z jakim mógł opowiadać o tamtym okresie swojego życia. Ja wtrąciłam, co widziałam przez więź i zamieszanie jakie to wywołało na Dworze. Nawzajem relacjonowaliśmy walkę i przemienienie. A później jak mnie odrzucał, rozmowa w kaplicy, w kafejek, oskarżenie mnie o królobójstwo, list od królowej, ucieczkę i cały jej przebieg z naciskiem na wpajanie Dymitrowi, żeby zaczął na nowo żyć. Robiłam to, żeby pocieszyć go po złych wspomnieniach i przypomnieć, że kocham go bez względu na wszystko. Zwłaszcza jak nie miał nad tym kontroli. Pomogło. Strażnik przytulił mnie do siebie i ściągnął moją dłoń. Następnie odbyliśmy Jill, ale o tym, co się stało, mówił mój ukochany, bo ja nic nie pamiętałam, zaślepiona mrokiem. Wszystko działo się jakby daleko ode mnie. Obraz był jak przez mgłę. Nie chciałam tego wspominać. Po prostu się wyłączyłam. Nie byłam na to gotowa, tak jak Dymitr wcześniej. On to doskonale rozumiał. Przytulił mnie mocniej, chcąc dać mi wsparcie i pokazać, że zawsze będzie ze mną. Przez cały czas siedziałam w tansie. Nagle usłyszałam dziwną nutę w głosie ukochanego. Zaczęłam słuchać.
-... mogłem zrobić. Tylko patrzeć, jak ucieka z niej życie. Ale widziałem, że mnie kocha. Dopiero to pomogło mi sobie wybaczyć, ale było za późno.
Mówi o moim postrzeleniu. Od razu nastawiłam uszy.
- Teraz wiem, że nigdy nie obwiniała mnie za to. Ona dała mi siłę do życia. Nie wiem, co by ze mną było gdyby nie moja Roza.
- Też Cię Kocham, towarzyszu.- cmoknęłam go w policzek.
Strażnik lekko się wzdrygnął. Myślał, że wciąż nie słucham.
- Wiem Roza.- teraz lekko ścisnął moją dłoń.
Przed kolacją skończyliśmy opowiadać. Najlepsza dla mnie cześć, to ślub. Jak Dymitr przeżywał, jego uczucia, myśli. Rzadko kiedy się otwierał przed innymi. Nawet przede mną. Pewnie tak pogrążył się we wspomnieniach, że nie myślał co mówi. Ale było za późno na odwrót.
- Dymitr, pójdziemy na spacer?- spytałam przy posiłku.
- No nie wiem. A co ty na to?- zwrócił się do Lili.
- Tak, chodźmy.- ucieszyła się. Bardzo.
- No zgoda, ale ubierzcie się ciepło. 

środa, 27 kwietnia 2016

ROZDZIAŁ 123

 Szczena mi opadła.
- Że co?- ledwo zdołałam to z siebie wykrztusić.
- No, ze względu na wygląd i umiejętności. Ale nie myśl, że przechodziłem przy tym obojętnie. W akademii nie mogłem dać tego po sobie poznać, ale chętnie przyłożył bym każdemu, kto używał tego pierwszego. To prawda byłem zazdrosny, ale obrzydzało mnie, że faceci chcieliby cię tylko przelecieć. Mówiłem sobie wtedy: "Bielikow, a ty o czym niby śnisz? Czyjego towarzystwa ci brakuje?". Tylko, że oni chcieli cię na raz. A ja marzyłem o tobie na zawsze. A teraz każdy wie, że jesteś moja i tylko ja mogę powiedzieć co to znaczy kochać się z tobą. A ci którzy nazywają cię boginią sexu, dowiadują się, gdzie jest ich miejsce na wspólnym treningu.
- I to wszystko w mojej obronie?- nie dowierzałam.
- Dla ciebie wszystko Roza. Wszystko.- ziewnął przeciągle.
- Mój bohater. Ale nawet bogowie muszą spać. A jutro opowiadamy Lili drugą część naszej historii.
- To chodźmy spać.
Przytulił mnie mocno i po chwili zasnęłam.

Obudziło mnie łaskotanie przy uchu.
- Roza.- szepnął mi do ucha głęboki głos. Uśmiechnęłam się na sam jego dźwięk.- Wstawaj kochanie.
Jednak ja się nie poruszyłam.
Mruknął coś pod nosem, chyba "Tak chcesz się bawić?". Kołdrą byłam przykryta po szyję. Poczułam ciepłe palce zjeżdżające delikatnie po moim karku i zsuwające ze mnie pościel. Przyprawiło mnie to o gęsią skórkę. Gdy była już w połowie mojego ciała, zaczął delikatnie muskać ustami moją szyję i dalej schodzić nimi w dół. W tym samym czasie dłońmi złapał mnie w tali.
- Roza. Nie zmuszaj mnie, żebym ściągnął cię siłom.
- yhm...- mruknęłam, choć zbytnio go nie słuchałam.
Nagle się odsunął. Może pozwoli mi dalej spać?
Marzenie. Uścisk jego rąk na moich biodrach wzmocnił się. Nagle poszybowałam w górę i wylądowałam na jego ramieniu. Podczas lotu krzyknęłam przestraszona.
- Dymitr, co ty wyprawiasz?! Postaw mnie na ziemi.- denerwowałam się. Jednak on mnie nie słuchał. Poszedł w stronę łazienki.- Czy mógłbyś mnie puścić? Dymitr! Bo zacznę krzyczeć.
- Nie zaczniesz.- w końcu łaskawie się odezwał.
Postawił mnie na ziemi. Chciałam zrobić mu na złość i wrócić do ciepłego łózia. Wykorzystałam moment, kiedy mnie postawił i chciałam wyjść. Jednak nim dotarłam do drzwi, ukochany złapał mnie i przyciągnął do siebie. Pochylił się i zanim zdążyłam cokolwiek zrobić, nasze usta spotkały się w pocałunku. Mąż zaczął się cofać, ciągnąć mnie za sobą. Złapał mnie za pośladki i uniósł lekko nad ziemię. oplotłam go nogami w biodrach. Jednak po kilku krokach dał mi znać, żebym stanęła. Ale pod stopami nie miałam kafelek, tylko plastik. Z trudem odsunęłam się od strażnika, w chwili, gdy zamykał drzwi od kabiny. Na moje ciało spadły ciepłe krople. Wtuliłam się w Bielikowa przymykając oczy. Zamruczałam z błogim uśmiechem, z rozkoszy spowodowanej dłońmi myjących moje plecy i tyłek. Po jakimś czasie przeszedł nimi na brzuch i piersi. Ja też zaczęłam go pienić, co było trudne, jako że rozpływałam się pod najmniejszym dotykiem jego rąk. Moje ciało chyba też go lekko dekoncentrowało. Gdy byłam już czysta, spłukał mnie z piany, a sam odwrócił się plecami. Zaczęłam mu je myć. Kucnął, żebym mogła dosięgnąć do jego karku. Podniosłam mu włosy i zaczęłam mydlić kark. Na nim widziały tatuaże. Znak obietnicy, gwiazda, za uczestnictwo w bitwie i siedem znaków. Siedem?!
- Dymitr! Czemu nie dostałeś znaków za strzygi zabite podczas naszej ucieczki.
- Nie wiem. Jakoś tak się nie upomniałem.
- Jakoś się nie upomniałeś?! O nie. Po powrocie idziemy do Hansa. Ja tego tak nie zo-sta-wię -ostanie słowo podzieliłam na sylaby, z silnym naciskiem na każdą.
Mój mąż odwrócił się i mnie pocałował.
- Dobrze Roza. Jak sobie życzysz.
Wyszliśmy z pod prysznica. Dymitr wytarł dokładnie mnie i siebie. Następnie zaniósł moją osobę z powrotem do łóżka i zrobił masaż. Następnie zszedł na dół, przygotować śniadanie, a ja poszłam obudzić siostrę. Oczywiście wcześniej się ubraliśmy.
Po śniadaniu zebraliśmy się na nowo w pokoju herbów, jak nazwałam pomieszczenie z kominkiem. Kontynuowaliśmy opowieści. Tym razem zaczął Dymitr. Opowiedział kilka rzeczy z poprzednich części, ze swojej perspektywy. Opisywał ci do mnie czuł z każdym dniem i treningiem, w sytuacjach normalnych lub na lekcjach. Okazało się, że mimo swojej dyscypliny, trudno było mu zachować powagę. No kto by pomyślał, że tak opanowanego strażnika umie rozśmieszyć byle nastolatka. Następnie opowiedzieliśmy o zajęciach polowych, a ja relacjonowałam czego dowiedziałam się o pocałunku cienia, manie, duchach i wyczuwaniu strzygi. Tak doszliśmy do ataku na szkołę. Po drodze były tortury na Jessem i moja rozmowa z mentorem w stróżówce.
Walka, znalezienie kryjówki potwór, moja kłótnia z matką, rozmowa później z Dymitrem i akcja ratunkowa. Byłam silna. Potrzebne mi było dużo samokontroli, ale nie popłakałam się, ani nie zadrżał mi głos. Jednak wewnątrz czułam tą pustkę. Podświadomie wtuliłam się w ukochanego. On jak zawsze rozumiał mnie i mocno objął ramieniem.
-... i okazało się, że Dymitr został przemieniony.- oczy dziewczynki wyrażały strach, smutek i zdziwienie, wręcz szok.- Dwa tygodnie później, w dzień osiemnastych urodzin, opuściłam szkołę, aby znaleźć go i uwolnić duszę. Ale o dziwo w tym krótkim czasie zdarzyło się coś dobrego. Do Akademii wrócił Mason, przez wszystkich uważany za zmarłego. Moroj który go ożywił, sam zginął. Wtedy mój przyjaciel postanowił wrócić. I chciał na nowo być moim chłopakiem. Jednak ja nie mogłam. Obiecałam Adrianowi, że jak wrócę to dam mu szansę, w zamian za pieniądze a podróż. Mason zrozumiał mnie.
Opowiedziałam Lili o moim pobycie w Rosji i poszukiwaniu mentora. Ale ominęliśmy fragment o porwaniu. Pierwszą część przed obiadem. Zakończyliśmy naszym starciem na moście, ponieważ to pamiętał. Mówił o swoich odczuciach wtedy i jak to wspomina. I powróciło do mnie pytanie, z którym wciąż się dręczyłam. Czy powiedziałby, że mnie kocha?

wtorek, 26 kwietnia 2016

ROZDZIAŁ 122

Obudziłam się w środku nocy, z wielką ochotą na lody i ogórki kiszone. Jedyną przeszkodą były oplatające mnie silne ramiona męża. Nie chciałam go budzić, ale nie wyjdę inaczej, a wtedy nie zasnę. Muszę to zjeść.
Wiem! Zaczęłam łaskotać Dymitra po uchu. Wziął jedną rękę i zaczął nią doganiać moją dłoń. Teraz trzeba coś zrobić z drugą. Zanim jednak cokolwiek wymyśliłam jego pierwsze ramię wróciło na swoje miejsce i jeszcze bardziej mnie ścisnęło. No super. To się uwolniłam. Delikatnie zaczęłam podnosić mu ramiona i obracać na plecy. Musiał spać kamiennym snem, bo nawet się nie poruszył. Zaczęłam wstawać, gdy nagle padłam z powrotem na łóżko i zostałam znowu uwięziona przez ukochanego.
- Roza, gdzie mi uciekasz?
- Wybacz towarzyszu. Nie chciałam cię obudzić, ale jeśli mam dalej spać, to muszę zjeść lody z kiszonymi ogórkami.
- Zachcianki?- spytał z uśmiechem.
- Tak już bywa. To puścisz mnie?
- No dobrze.- zabrał ze mnie ręce.- Ale wrócisz do mnie szybko?
- Najprędzej, jak będę mogła.- Pocałowałam go w policzek. Jednak on mnie przyciągnął i wbił się namiętnie w moje usta. Z trudem się od siebie oderwaliśmy. Założyłam szlafrok i wyszłam. Poszłam na dół i zaczęłam szukać potrzebnego mi jedzenia. Nie zajęło mi to długo. Otworzyłam słoik z ogórkami i pudełko lodów. Usiadłam na kanapie i włączyłam telewizor. Leciał jakiś film. Horror. W sumie nie chce mi się spać. Napisałam Bielikowi, żeby to on przyszedł do mnie. Po chwili podniósł mnie i położył się na kanapie, przytulając mnie do siebie mocno.
- To ty miałaś przyjść. Nie ja.- szepnął mi na ucho.
- Ale znalazłam film i nie chciało mi się samej oglądać.
I tak leżałam przytulna do mężczyzny mojego życia, jedząc lody i ogórki z powodu ciąży. Nawet nie marzyłam o takiej scenie, a tu ją mam. Nagle Dymitr zabrał mi łyżkę i zjadł porcję lodów.
- Hej!- oburzyłam się cicho, pamiętając o śpiącej Lili. Wzięłam trochę lodów na palca i dotknęłam nim nosa ukochanego.
- Pobrudziłaś mnie! I teraz muszę iść się umyć.- zaczął się podnosić, ale go zatrzymałam.
- Nigdzie nie musisz. Ja ci pomogę.- powiedziałam i zanim cokolwiek zrobił. Pocałowałam go w noc, zlizując roztopioną papkę.
- Dziękuję Roza.- nałożył na łyżkę kolejną porcję lodów i włożył mi do ust, ale robił to na oślep i połowa wylądowała mi na buzi.
- Teraz ty mnie pobrudziłeś.- zauważyłam.- Powinnam iść się umyć?- uśmiechnęłam się cwanie. Na bank zrobił to specjalnie.
- Nie powinnaś się przemęczać. Ja ci pomogę.
Pocałował mnie namiętnie. Językiem oblizywał moje wargi i "przez przypadek" wszedł do środka ust. Nie narzekałam. To było bardzo przyjemne. Poczułam na brzuchu jego smukłe dłonie, które zwinnie rozwiązały i zrzuciły ze mnie szlafrok. Pocałunki stawały się coraz bardziej natarczywe. Po chwili leżałam pod nim. Nasze języki tańczyły ze sobą w tym samym rytmie co nasze ciała. Gdy skończyliśmy, wróciliśmy do oglądania... napisów końcowych. - No i nie wiemy jak się skończyło.- powiedziałam.
- Można obejrzeć na internecie. A my mieliśmy ciekawsze zakończenie.
- No dobrze, przekonałeś mnie.- możliwość oglądania czegoś nagranego, przypomniało mi o czymś.- A jak wrócimy do sypialni, coś ci pokażę.
- Już nie mogę się doczekać.- mruknął.
- No to na co czekamy?- chciałam wstać, ale powstrzymał mnie mąż. Sam usiadł tak, że leżałam w poprzek jego nóg. Podniósł się ze mną w objęciach. Protestowałabym, gdyby nie słodkie, ciepłe wargi, które zajęły moje usta. Poddałam się przyjemności. Puścił mnie w końcu kładąc na łóżku. A i tam szybko położył się obok i mnie mocno przytulił.
- To co mi pokażesz?- szepnął mi do ucha, trącając je nosem.
- Zobaczysz, jeśli mnie puścisz lub podasz komórkę.
- Wole to drugie.- podniósł się. Wyglądał bosko jak zawsze. Umięśnione ciało i długie włosy zdawały się odbijać przyciemnione światło, wpadające przez zasłony. Podziwiałam go z uśmiechem na ustach. Szukał mojej komórki wszędzie, tylko nie tam, gdzie była.
- Po twojej lewe, na komodzie.- powiedziałam.
Strażnik po chwili ją znalazł. Ale wyprostował się tak szybko, że nie zauważył żyrandolu, któremu leciała na spotkanie.
-Au!- syknął, masując obolałe miejsce. Nie mogłam powstrzymać chichotu. Bielikow rzucił mi groźne spojrzenie, ale trwało tylko sekundę. Później zamieniło się w oniemienie. 
- O co chodzi?- spytałam zbita z tropu.
- Roza. Nawet nie wiesz jak ładnie wyglądasz, jak się uśmiechasz. Widziałem cię wiele razy, ale nigdy nie przestaniesz mnie zachwycać.
- Mogłabym powiedzieć to samo. Mój przystojniak.- uśmiechnęłam się, wkładając do ust palec w flirciarskiej pozie. W uszach zadźwięczał mi jego donosy śmiech.
- Rose nie wiem, jak to robisz. Jesteś bardzo dojrzała, ale niekiedy zachowujesz się jak standardowa nastolatka. A bardziej niesamowite jest to, że robisz to bardzo uroczo.
Uśmiechnęłam się cwanie.
- Moja tajemnica. Lepiej choć tu z tą komórką.
 Ukochany podszedł i padł na łóżko. Wzięłam od niego iPhona i zaczęłam przeglądać. Znalazłam filmik.
- Gdy poszłam otworzyć drzwi Adrianowi, włączyłam nagrywanie. Mówiłeś, że chciałbyś to zobaczyć, więc proszę.- nacisnęłam odtwarzanie.
Dymitr oglądał w skupieniu. Jednak niekiedy i on nie umiał powstrzymać uśmiechu, który cisnął mu się na usta. A na gdy film się skończył, pokręcił głową z rezygnacją.
- On się zachowuje gorzej niż dziecko. Naprawdę nazwał mnie "Ruski Chuck Norris"
- Dlatego wszyscy mają z niego taką polewkę. Jak dla mnie jesteś lepszy od Chucka Norrisa. Nie bez powodu nazywają cię bogiem.
- Rose. Przestań, nikt tak do mnie nie mówi.
- Ach, tak? To spytaj się kogokolwiek. W całej Akademii tak cię przezywali. I od naszego pierwszego treningu uważam, że zasłużyłeś na to.
- Nie mnie nazywają bogiem, ale ciebie boginią...- przerwał na chwilę z zawahaniem.- a nie ważne.
- Nie proszę. Mów dalej. Zacząłeś to dokończ.- zachęcałam. Byłam ciekawa co o mnie mówią.
- Wszyscy mężczyźni nazywają cię boginią sexu i walki.- westchnął z rezygnacją.