niedziela, 27 marca 2016

ROZDZIAŁ 92

- Dymitr bardzo Cię kocha.- zauważyła Liliana, wkładając naczynia do zmywarki. Jak na swój młody wiek, była bardzo zaradna.
- Wiem. I życzę Ci z całego serca, żebyś znalazła takiego Dymitra w swoim życiu.
- Chłopak mojej mamy nie dbał tak o nią. Ostatnio coraz bardziej się kłócili. Ale nie mogła go zostawić. Utrzymywał nas. Mama pracowała jako sprzątaczka. Nie było nas stać na wiele rzeczy. Wtedy pojawił się on. Wspomógł nas finansowo, w zamian za sprzątanie u niego. Potem mama się w nim zakochała i byli ze sobą.
- I to wszystko ci mówiła?
- Słyszałam ich jak się kłócili.
- Chodźmy może spać. To był ciężki dzień.
- Rose?-zawahała się.- Mogę spać dzisiaj z wami?
- Oczywiście. Idź się wyszukuj i przebierz w piżamkę, a ja też się wyszukuję. Ale chodźmy do nas, bo jeśli Dymitr zobaczy, że mnie nie ma, to bardzo się wystraszy.
- Dobrze.
Na górze rozdzieliłyśmy się. Ja poszłam do naszej sypialni, dokładniej łazienki, a mała zapewne też wyszykować się do spania. Zmyłam makijaż, wzięłam ciepły prysznic i umyłam głowę. Zajęło mi to prawie godzinę. Kiedy wyszłam na środku stała Lili z pluszowym tygrysem i jakąś książką.
- Mama mi ją zawsze czytała.- wyjaśniła, widząc mój wzrok na lewej ręce.
Usiadłam na łóżku i zachęciłam ją by podeszła. Po chwili dziewczynka leżała opatulona kołdrą. Zasłoniłam okna granatową zasłoną. Jak będzie za jasno, może nie zasnąć. Zapaliłam lampkę i zaczęłam czytać książkę. Był to "Kot w butach". Słyszałam kiedyś o niej, ale nie czytałam jej. Była ładna, ale nie pomogła Liliana zasnąć. Obudziła jej wspomnienia. Po jej policzkach spłynęły łzy. Otarł je szybko.
 - Kim jest Mason?- chciała odwrócić moją uwagę od swojego smutku. Albo swoją.
- To dość zabawne. Jest dla mnie jak brat.
- Jak zdobywa się takich przyjaciół?
- Przede wszystkim trzeba ich słuchać, bronić, wspierać i poznawać bliżej. Chcesz wiedzieć jak zaczęła się moja przyjaźń z Lissą?- pokiwała głową.- Usiadłam z nią w ławce w przedszkolu. Nauczycielka kazała nam napisać nawzajem imiona i nazwiska. Ja jej, ona moje. Uznałam, że za dużo wymaga i rzuciłam w nią zeszytem, mówiąc, że jest szowinistyczną świnią. Tak stałyśmy się nierozłączne do dziś.
- Napisać imię i nazwisko? Nie wiem czy to tak dużo.
- Ja jestem Rosemarie Hathaway, a ona Wasylissa Dragomir. A miałyśmy z cztery lata.
- Dobra to jest dużo.- uśmiechnęła się.
Położyłam się koło niej i objęłam ją ramieniem. Lili wtuliła się mocniej we mnie, ściskając swojego tygryska, jak jakiś talizman.
- Ma jakieś imię?- spytałam łapiąc łapkę maskotki i dotykając nią twarzy dziewczynki.
- Tak. Glamour. Z francuskiego czarująca.
- Znasz francuski?
- Si.
- To niech nasza Glamour chroni cię przed złem.
- A ty mnie obronisz?
- Przed wszystkim co ci będzie grozić. Idź spać. Przy nas jesteś bezpieczna.
- Dobranoc.
- Dobranoc.
Panowała absolutna cisza. Nie podobała mi się. Było w niej coś dziwnego. Może tylko mi się zdaje. Pewnie jestem przewrażliwiona. Oddech Liliany był spokojny. Po kilku minutach spała. Już nie naciskała ciałem tak mocno na mnie, ale tygrys był uwięziony w ciasnych kleszczach jej rąk. Moje ramię również.
Usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi. Mam nadzieję, że to Dymitr. Ten ktoś kręcił się po domu, a następnie wszedł na górę. Starał się cicho chodzić, jednak słyszałam jego kroki. Drzwi do pokoju zaczęły się otwierać. Po cichu wszedł mój mąż. Odetchnęłam z ulgą. Podszedł, patrząc na nas czule.
- Czemu jeszcze nie spisz?- spytał szeptem.
- Zanim zasnęłam, usłyszałam, że ktoś wchodzi. Musiałam się upewnić, czy to mój Towarzysz.
- Słodko razem wyglądacie. A znajdzie się miejsce dla mnie?
- Zawsze. Aż tak gruba nie jestem.
- Dobrze skarbie.- ledwo powstrzymał śmiech.
Pochylił się i delikatnie musnął ustami moje wargi, a następnie ucałował czółko Lili. Później skierował się do łazienki. Słyszałam ciche lanie wody, a po jakimś czasie wyszedł. Przez kilka sekund, zanim nie zamknął drzwi i nie zgasił światła, mogłam rozkoszować się widokiem. A było czym. Z mokrych, lekko rozczochranych włosów, skapywały krople wody prosto na umięśniony, również mokry tors. Miał na sobie tylko spodnie, co- gdyby nie ośmiolatka przy nas- bardzo by mi przeszkadzało. Patrzył na nas, uśmiechając się cwanie. Musiałam mieć komiczną minę. Następnie obszedł łóżko dokoła. Nie mogłam widzieć co robi, więc zdałam się na inne zmysły. Słyszałam kroki, potem ciszę, a na końcu poczułam, jak pod ciężarem strażnika ugina się łóżko. Oczywiście temu też towarzyszył odgłos sprężyn. Silna ręką objęła mnie i Lilianę, a druga zajęła się moimi włosami. Przysunął się bliżej, pozwalając mi wtulić się w siebie, nie budząc małej. Gdy jego palce nacieszyły się dotykiem moich kosmyków, położył mi swoją rękę pod głowę. Wtuliłam się w niego, mocniej przyciskając do siebie Lili.
- Będziesz bardzo dobrą matką Roza.- szepnął mi do ucha, całując moją szyję. Słyszałam też, że dyskretnie zaciągnął się moim zapachem.- Nigdy nie miej w to wątpliwości. Ja tiebia liubliu Roza.
Po jakimś czasie zasnęłam.
Obudził mnie nagły krzyk. 
Otworzyłam czujnie oczy. To Liliana. Siedziała ciężko oddychając, cała mokra. Usiadłam i przytuliłam ją. Od razu się odwróciła i wtuliła we mnie, szlochając. Kołysałam ją, uspokajająco głaszcząc po plecach.
-Cii... już dobrze. Spokojnie, to był tylko sen. Nie bój się, my cię obronimy. Cichutko. Nie jesteś sama. Nigdy nie będziesz.- szeptałam jej uspakajająco.
Odsunęła się, a ja popatrzyłam na nią pokrzepiająco.
- Już lepiej?- pokiwała smutno głową. Napotkałam zmartwiony wzrok męża.- Może chcesz spać pomiędzy nami?- znowu kiwnięcie.
Wzięłam ja na ręce i położyłam obok ukochanego. Podałam jej tygrysicę, która spadła na podłogę. Mała ścisnęła ją mocno, szepcząc coś, zapewne po francusku. Przytuliliśmy dziewczynkę, obdarzając rodzicielską opieką. Nie zastąpimy jej rodziców, ale postaramy się stworzyć kochająca, piękną rodzinę.
Dymitr pocałował nas w czoła.
- Dobranoc, moje królewny.
- Dobranoc.- odpowiedziałyśmy jednocześnie.

sobota, 26 marca 2016

ROZDZIAŁ 91

I drugi. Życzę wszystkim wesołych Świąt, szybkiego zająca z prezentami, słodkiego baranka i ciepłego dyngusa.
A rozdział z dedykacją dla Oli. Dzięki za rozmowę dzisiaj i wczoraj. Pozdrawiam wszystkich czytelników i jeszcze raz Wesołych Świąt. :-*
__________________________________________________________
-Rose?- usłyszałam za sobą. Odwróciłam się i zobaczyłam na schodach Lili. Stała nie pewna co zrobić. 
- Chodź do nas.- machnęłam zachęcająco ręką. Mała podeszła i usiadła, przytulając się do mnie.- Lissa, to moja siostra Liliana. Lili, to moja przyjaciółka Lissa.
- Cześć skarbie.- królowa wyciągnęła do dziewczynki dłoń. Ta niepewnie ucisnęła ją. Cały czas trzymała moją rękę, do której się przytuliła.
- Dzień dobry.
- Mów mi Lissa. Siostry mojej siostry są moimi siostrami.
Mimowolnie zaśmiałam się.
- Też jesteś moją siostrą?- spytała zbita z tropu.
- Nie.- pospieszyłam z wyjaśnieniami.- Lissa jest dla mnie jak siostra. Z nią się wychowywałam. Ale nie jesteśmy spokrewnione.
W tej chwili stanął przed nami mój mąż.
- Czy może moje panie dadzą zaprosić się na kolację?
Poszliśmy do jadalni. Tam już czekały cztery talerze z jakimś ciastem, oblanym czekoladą. Jak naleśniki, ale o kształcie kuli. Masa zbitej formy z pysznym brązowym płynem.
- No towarzyszu,- pocałowałam ukochanego w policzek.- muszę przyznać, postarałeś się.
- Aż zazdroszczę ci takiego kucharza.- uśmiechnęła się moja przyjaciółka.
- A Ozera czasem nie gotuje? Przecież chodził w akademii na lekcje gastronomii.- doskonale to pamiętałam. W końcu podczas zajęć polowych musiałam za nim chodzić krok w krok. Usiedliśmy do stołu.
- Tak, ale to rzadko. Wiesz przecież.
- Dlaczego?- spytała znad talerza mała.
- Wyjaśnię ci jutro.- ucięłam.
- Czemu nie możesz teraz?- nie odpuszczała.
- Zaczynam między wami widzieć coraz większe podobieństwo.- zaśmiałam się Lissa.
- Dlatego, że teraz tego nie zrozumiesz. Cierpliwości.
- Nie sądziłem, że dożyję dnia, w którym moja Roza będzie cierpliwa.- droczył się ze mną Bielikow.
- Nie jestem cierpliwa, tylko zalecam jej cierpliwość. A co tam u naszego rudzielca?- zmieniłam temat, bo ten nas trochę irytował.
- Chodzi ci o Masona? On i Mia chcą wyprowadzić się tak jak wy, ale będą odwiedzać Dwór ze względu na pracę Mii.
- No proszę. Słyszysz kochanie?- spytał Dymitr Jesteśmy natchnieniem dla innych.
- Za takie natchnienie to ja dziękuję.- powiedziała sarkastycznie królowa.- Nawet nie wiesz jak bez ciebie jest nudno.
- Nie masz tam żadnej pyskatej, aroganckiej Rose Hathaway?- uśmiechnęłam się.
- Ty jesteś jedna jedyna.- zaśmiałyśmy się.
- Daj mi jeszcze rok, a nie będę opuszczać cię na krok.
- Pamiętaj o rodzinie. Nie po to ustanowiłam te prawo, żebyś miała je gdzieś.
- Wiesz, że ja każde prawo mam gdzieś.- Zaśmiałyśmy się wszyscy. No oprócz Lili. To było trochę nie sprawiedliwe względem jej.- Smakuje ci Lili?-zmieniłam temat na przyjazny jej.
- Bardzo. Nigdy czegoś takiego nie jadłam. Dobrze gotujesz... Dymitr.- zawahała się przy jego imieniu. Nie była pewna czy może mówić mu po imieniu.
- Dziękuję.- odpowiedział mój ukochany.
- A powiedz,- Lissa podjęła naszą inicjatywę.- Masz jakieś zainteresowania.
- W szkole chodziłam do kółka teatralnego. Właśnie, a co będzie z moją szkołą.
- Spokojnie.- powiedziałam.- Zadzwonię do taty. On jest bardzo wpływowy. Na pewno coś zdradzi. Mówisz, że lubisz aktorstwo? Brałaś udział w jakiś przedstawieniach?
- Tak. Co roku w przedszkolu mieliśmy występy. W każdym brałam udział.
- Musisz być bardzo zdolna.- zauważyła mojka.
- No ba.- odpowiedziałam za nią.- W końcu to moja siostra.
Zaśmialiśmy się, tym razem wszyscy. Czułam się dumna z tego, że mam siostrę. I chciałam, by ona też była dumna ze mnie.
- Jak późno.- królowa zerwała się z krzesła.- Zasiedziałam się, a Christian zapewne już cały Dwór postawił na nogi. Muszę lecieć.- szybko pocałowała mnie w policzek i uścisnęła małą. Ze strażnikiem wymieniła grzeczności. Chwila, strażnik? Strażnicy!
- Lissa stój!- zatrzymałam ją przy drzwiach.
- O co chodzi Rose.- popatrzyła na mnie zdziwiona. I nie tylko ona. Z kuchni wyszła reszta publiki.
- Strażnicy. Gdzie twoi strażnicy?
- Nie ma ich. Miałam pojechać tylko do ciebie.
- Jak to "nie ma ich"?!- Byłam zła na jej nieuwagę.- A co jakby zaatakowała cię strzyga w połowie drogi?! Pomyślałaś, jakie to by miało skutki na Dworze. Albo jakbyśmy się czuła ja lub Christian?
- Działałam pod impulsem. Nie myślałam o tym.
- Nie obchodzi mnie jak to zrobisz, ale nie wyjdziesz z tego domu, przed wschodem słońca, bez opieki.
- A skąd ja ci teraz wstrząsnę strażników?
Spojrzałam wymowie na Dymitra. Podziałało.
- Ja mogę cię odnieść.- zaoferował się mój mąż.
- O nie...
- To dobry pomysł.- nie słuchałam przyjaciółki.
- Nie mogę na to pozwolić. Jutro zaczynasz pracę. Dzisiaj jeszcze masz urlop.
- I tak mam kilka spraw. Chciałem załatwić je jutro, ale jest okazja, by zrobić to dziś.
- No właśnie.- wsparłam go.- Masz dwie opcje. Albo jedziesz z Dymitrem, albo zostajesz na noc.
- No dobra.- poddała się.
- Świetnie. A my w tym czasie posprzątamy po kolacji, prawda Lili?- podałam siostrze dłoń. Ochoczo ją złapała i chyba nie zamierzała puszczać.
Dymitr wziął kluczyki. Następnie podszedł do nas i zostawił na moim czole pocałunek. To samo zrobił z dziewczynką.
- Nie czekaj na mnie Roza. Nie wiem, kiedy wrócę.
Na następny dotyk jego ust mogłam liczyć tylko ja. Skierowali się do drzwi.
- Dymitr.- odwrócił się na dźwięk imienia.- Sztylet.
Nie rozumiał. Ale po chwili dostał olśnienia. Podszedł do szafki i wziął broń.
Co ja bym bez ciebie zrobił Roza.- popatrzył na mnie z czułością.
- No idź już. Bo Christian narobi wam więcej wstydu, niż własnym istnieniem. Co ty właściwie widzisz w swoim chłopaku?
- Spytałabym cię o to samo, gdyby odpowiedz nie była oczywista. - zaśmiałyśmy się. Nawet Lili nie umiała powstrzymać chichotu. Tylko Dymitr stał nie wzruszony.
Po chwili wyszli. Razem z siostrą zaczęłyśmy sprzątanie.

ROZDZIAŁ 90

Kiedy weszliśmy do domu, Dymitr zaniósł bagaże Lili na górę do pokoju. Potem będzie trzeba zrobić przemeblowanie, chyba, że urodzi się jedno dziecko. Szlak! Oczywiście, że urodzi się jedno. Przecież normalnym ludziom trudno mieć bliźniaki, a co dopiero dampirom, którzy będą je mieli tylko dzięki magi. Oprowadziłam dziewczynkę po domu, kończąc na jej królestwie. Usiadła tam ciężko na jednym z łóżek. Drugie było zajęte przez walizki. Przysiadłam się obok. Dymitr w tym czasie robił kolację. Obiad był parę dobrych godzin temu. Mała przytuliła się do mnie. Pogłaskałam ją po włosach.
- Spokojnie. Jestem tu. Wiem, że nie zastąpię ci mamy, bo z własnego doświadczenia wiem, że to nie możliwe. Ale chcę być dla ciebie dobrą siostrą i chcę, żebyś wiedziała, że cokolwiek się stanie, ja i Dymitr zrobimy wszystko, aby ci pomóc. Zawsze będziesz miała u nas wsparcie w każdej sprawie.
- Czy ten ból kiedyś minie?
- Tak. Nie będzie to łatwe, ale wrócisz do w miarę normalnego życia. Moja przyjaciółka straciła całą rodzinę, a prawie nawet mnie. Ale dzięki temu, jest teraz naprawdę silną kobietą. I wiem, że ty kiedyś też taka będziesz. Jej rodzina była również moją rodziną. To była wielka tragedia, ale pozbierałyśmy się. Co nie znaczy, że masz zapomnieć o mamie. Wręcz przeciwnie. Wspominaj ją dobrze i pamiętaj, ona nie chciałaby, żebyś się smuciła. Pomożemy Ci.
- Już pomogliście. Dziękuję.
- Czego nie robi się dla rodziny. Zaraz będzie kolacja.
- Kolacja?!- zdziwiła się. No tak. Zmiany czasu.
- Tak. My funkcjonujemy inaczej. Jutro ci wszystko wyjaśnię. Dzisiaj był ciężki dzień, a raczej noc. Masz teraz chwilę dla siebie. Możesz się rozpakować, umyć, nawet zrobić przemeblowanie. Zawołam cię kiedy będzie gotowe jedzenie. Jak będziesz chciała to możesz zejść na dół wcześniej. Masz na coś uczulenie, czegoś nie możesz jeść lub w prost przeciwnie, coś co chciałabyś zjeść.
- Nie. Proszę się nie kłopotać. Zjem wszystko.
- To żaden problem. I mów mi Rose, a Dymitr też nie pogniewa się, jeśli będziecie na Ty.
- Dobrze.
Wstałam i skierowałam się do wyjścia, kiedy znów usłyszałam jaj słodki głosik.
- Rose.- odwróciłam się do niej.- Dziękuję.- uśmiechnęła się.- Za wszystko.
- Nie ma sprawy.- odwzajemniłam uśmiech i zamknęłam drzwi.
Zeszłam na dół, prowadzona pysznym zapachem, aż do kuchni. Stanęłam w progu.
- A co to za pyszne zapachy?
- A taka niespodzianka. Nam wszystkim się należy. To był niezły szok.
- Dziwne, że ta dampirzyca nie umiała się obronić.
Na moje słowa Dymitr zatrzymał się w pół ruchu.
- Rose, to nie była dampirzyca.
Zatkało mnie.
- Matka Liliany była zwykłą kobietą. I mój ojciec z nią...
- Rose, chyba nie myślisz w ten sposób. Miłość nie ma barier. Powinnaś to wiedzieć na własnym przykładzie.
Zawstydziłam się. Miał rację. Najwidoczniej ta Ela musiała być wyjątkową kobietą, skoro była z wampirem. To dziwna myśl. Wiedziałam, że gdzieś na świecie jest więcej mojego rodzeństwa. Brałam to pod uwagę, ale poznać dowód na to. Nie mogłam oswoić się z tą myślą. Postanowiłam zmienić temat.
- Przydało by się poznać Lili z naszą królową.
- Powiem jej jutro o tym.
Usłyszałam dzwonek do drzwi.
- Kto to może być tak późno?- zdziwiłam się.
Poszłam zobaczyć kto jest tajemniczym gościem. Otworzyłam drzwi i w ramiona wpadła mi zapłakana przyjaciółka.
- Liss, co się stało?- wprowadziłam morojkę do salonu.- Czemu płaczesz?
- Ja... jestem... nie mogę...pilnowałam się...- dukała.
- Spokojnie, uspokój się. Oddychaj. Już lepiej?- pokiwała głową.- To teraz na spokojnie. Powiedz jeszcze raz, od początku, co się stało.
-Ja- wzięła głęboki wdech.- jestem w ciąży.- wyrzuciła z siebie i rozpłakała się. 
-Cii... spokojnie. Wszystko będzie dobrze.- uspakajałam ją. No nie. Z wojowniczki stałam się pocieszycielką.
Po kilku minutach młoda królowa uspokoiła się.
- A Christian wie?- spytałam.
- Nie. Jak tylko zrobiłam test wsiadłam w samochód i przyjechałam tu.
- Ojciec twojego dziecka nie wie, że nim będzie? Powinnaś mu powiedzieć.
- Ale jak?
- No nie wiem. Może: "Hej kochanie, ustanowiłam nowe prawo, dowiedziałam się najnowszych plotek, wysłuchałam dwa tuziny morojów i będziemy rodzicami" mówię ci. Efekt murowany.
Dymitr popatrzył na mnie karcąco, ale Lissie to pomogło i uśmiechnęła się blado.
- Przecież nie może być źle.- dodałam- Kocha cię, ty kochasz go. Myślę, że nawet się ucieszy.
- Może masz rację. Powinnam mu powiedzieć. Dziękuję Rose. Zawsze wiesz jak mnie pocieszyć.
- Mam wprawę.- obie się roześmiałyśmy.- A teraz idź do łazienki i umyj tą swoją zapłakaną buźkę. I uśmiechnij się. Będziesz mamą.
Zrobiła tak jak poleciłam. Po chwili z toalety wyszła piękna dumna królowa.
- Od razu lepiej.
- A na poprawienie humoru zapraszam na kolację.- z kuchni wyłonił się mój ukochany.
- Lissa muszę powiedzieć ci coś ważnego. W naszym domu jest nowa lokatorka. Jest to Liliana. Ma około ośmiu lat. Jej mamę zabiła strzyga. Ale to nie koniec. Jest moją siostrą, od strony Abe'a.
- Czyli znalazłaś następną, przybraną siostrę, tym razem swoją?
- Tak. Tylko, że ona nic o nas nie wie. Jej matka była zwykłą kobietą.
- Ja nie wiem co powiedzieć. Gratulacje. I co z nią zrobicie. To znaczy wyślecie do szkoły?
- Jeszcze nie wiem. Jutro jej wszystko opowiem i zdecyduje czy chce bronić morojów, czy nie. Ale nie sądzę, żeby była potrzeba wysyłać ją do akademii. Mamy przecież Dymitra.
- Ja to słyszę.- krzyknął kucharz.
- I dobrze.- odkrzyknęłam.

piątek, 25 marca 2016

ROZDZIAŁ 89

 Mój ukochany położył Lili na tylnym siedzeniu i przykrył kocem. Ale nie pojechaliśmy. Staliśmy na ulicy w swoich myślach. Dymitr chyba już wszystko przemyślał, bo podszedł do mnie i pocałował w czoło. Przytuliłam się do niego.
- To takie przykre.- westchnęłam, powstrzymując łzy. Nie mogłam teraz płakać. Siostra mnie potrzebowała.
- Wiem Roza.- mu też było ciężko.- Dowiedziałaś się czegoś?
- Mieszkały z chłopakiem jej mamy. Dzisiaj się pokłócili i dlatego wyszły. Jest córką Abe'a. A ty coś wiesz o jej matce?
- Nazywała się Elizabeth Znole. Znalazłem adres chyba jej chłopaka.
- Musimy tam pojechać i zabrać jej rzeczy.- stwierdziłam.
- To jest niedaleko. Pójdę tam, a ty pilnuj jej.- kiwnęłam głową na zgodę. Pochylił się i pocałował mnie namiętnie. Ostatni pocałunek złożył na moim czole.- Uważajcie na siebie. Zaraz wrócę.
Pobiegł.
Wsiadłam do samochodu, koło Lili i położyłam jej małą główkę sobie ja kolanach. Zapięłam prasy i czekałam. Po godzinie wrócił mój ukochany. W rękach miał dwie małe walizki. Włożył je do bagażnika i usiadł za kierownicą. Odjechaliśmy. Przez całą drogę, żadne z nas się nie odezwał. Zatrzymaliśmy się pod domem Abe'a. Kolejna wielka willa. Obudziłam Lili Szła smutno za nami. Zadzwoniliśmy dzwonkiem i po chwili w drzwiach stanął sam gospodarz.
- O witajcie.- powiedział mój ojciec, jak zwykle radosny.
- Hej staruszku. Mam do ciebie pytanie. Pamiętasz nie jaką Elizabeth Znole?
- Hymn... Coś mi świta. A Ela! Była to dobra kobieta.
- Dobrze to ująłeś. Była. Poznaj oto jej córka Lili Znole. To również twoja córka. - popchnęłam do przodu siostrę. Abe patrzył zszokowany to na małą, to na nas.
- No, tą bezpośredniość ma po tobie.- usłyszałam głos, którego się nie spodziewałam usłyszeć.
- Mama?!- podeszłam do strażniczki i ją przytuliłam.- co tu tu robisz?
- Mieszkam.
***
Dziesięć minut później siedzieliśmy w salonie i wyjaśnialiśmy sobie wszystko, popijając herbatę. Liliana spała w jednym z pokoi. Zaczęli moi rodzice.
- Pamiętasz, że na weselu złapałam jeden z bukietów?- pokiwałam głową. To były kwiaty Mii.- Więc ja z twoim ojcem postanowiliśmy się pobrać.
Za nie mówiłam. Na szczęście Dymitr zachował zimną krew.
- Gratuluję państwu.
- Chwila. A co z księciem Szelskim? Przecież jesteś jego strażniczką.
- Już nie.- wtrącił się mój ojciec. Wyglądał na szczęśliwego. Oboje tak wyglądali.- Teraz to moja strażniczka.- bez skrępowania objął moją mamę ramieniem.
- Wow. No to co mogę powiedzieć? Gratulacje. Cieszę się z waszego szczęścia.- uśmiechnęłam się.
- Naprawdę?!- byli szczerze zdziwieni.
- No tak. Tylko uważać. Wystarczy mi już jedna siostra.
Mama chyba lekko się zawstydziła.
- Jak wolisz może być brat.- Abe siedział nie wzruszony.- A poza tym, my ci do łóżka nie wchodzimy.
- Z tym akurat bym się kłóciła.
I pewnie by tak było, gdyby nie podali obiadu.  Obudziliśmy Lilianę, żeby też coś zjadła, ale ona tylko podziabała widelcem w talerzu i wróciła do pokoju spać.
- To teraz wasza kolej.
Dymitr już otwierał usta, ale ja go uprzedziłam.
- Matkę Liliany zabiła strzyga. Mała uciekła, a my ją znaleźliśmy. Wszystkie jej rzeczy są w bagażniku. Teraz pytanie, kto ją będzie wychowywał.
- Poślijcie ją do Akademii.- podsunęła jak zwykle dobra matka Janine Hathaway.
- Żeby miała takie dzieciństwo jak ja?! Nie ma mowy.- oburzyłam się. Nie. Ta dziewczyna zasługuje na coś lepszego.- Jeśli nie chcecie się nią opiekować, my to możemy zrobić.
- Świetny pomysł.- uznał Abe.- No to problem z głowy.
- Żartujesz- powiedziałam jednocześnie ze strażniczką. Ale z zasadniczą różnicą. On nie dowierzała, że on na to pozwoli. A ja nie wierzyłam, że tak szybko się zgodzi.
- Przecież to młoda dampirzyca. Kiedyś będzie bronić morojów. Musi się tego nauczyć.
- Będzie, albo nie będzie.- staruszek podważył jej słowa. Oj po cienkim lodzie stąpa. W sumie to oboje stąpają. Przecież to Abe Mazur.- To zależy od niej. A znajdź mi lepszego nauczyciela niż strażnik Bielikow. Przecież to on nauczył naszą córkę tak walczyć. Jest najlepsza na całym Dworze.
- Miała do tego talent.- zaprzeczył mój mąż.- Nigdy nie spotkałem nikogo tak zdolnego, na takim poziomie wiedzy.- nie chciałam robić awantury, więc uznałam to za komplement.
- Talent zapewne ma po mamusi,- mój ojciec popatrzył na swoją nową strażniczkę szczenięcym wzrokiem, od czego ta zmiękła. Zrobiło mi się niedobrze. Nigdy do tego nie przywyknę. Podczas nieuwagi moroja, Dymitr ścisnął moją dłoń i popatrzył na mnie tak samo. Czułam, że się rozpływam.
- A uparta niczym tatuś.- odwdzięczyła mu się moja matka.
- Czyli, że się zgadzacie?- nie wierzyłam, że tak łatwo poszło.
- Tak.- powiedzieli jednocześnie i wróciliśmy do jedzenia.
W tym momencie zeszła mała i uznała, że jednak coś zje. Talerz wciąż na nią czekał. Usiadła między mną a Dymitrem.
- Lili.- Odezwałam się w końcu.- Po obiedzie pojedziesz z nami do domu, chyba, że chcesz bliżej poznać tatę.
- A ile mogła bym tu zostać?- spytała. Popatrzyłam na ojca.
- Ile tylko chcesz skarbie.- odezwał się.
Uzgodniliśmy, że dziewczynka przyjedzie tu na tydzień, ale to za tydzień. Najpierw zamieszka z nami. Teraz potrzebuje wsparcia, a czułam, że nam bardziej ufa. W końcu to my ją uratowaliśmy i będziemy się nią opiekować.
Po obiedzie rozmawialiśmy o różnych sprawach. Lili ani na chwilę nie chciała się ode mnie odkleić. Polubiłam ją. Cierpieniem było patrzeć, jak bardzo jest smutna. Siedzieliśmy tam jeszcze jakiś czas atmosfera trochę się rozluźniła. Przeszliśmy na bardziej neutralne tematy. Przede wszystkim omawialiśmy ślub. Mama poprosiła mnie na druhnę. Lili też, ale mała na razie jest niedostępna. Musiała przyzwyczaić się do nowej sytuacji. Po trzech godzinach uznaliśmy, że trzeba wracać. 

ROZDZIAŁ 88

W kinie byliśmy dwie godziny. Do spotkania z Abem zostały nam jeszcze dwie. Postanowiliśmy, że po zwiedzamy miasto. Choć trudno to nazwać miastem. Kino, teatr, jakieś restauracje i stare kamienice w centrum. Dalej majaczyły wieżowce, ale pewnie można było policzyć je na palcach jednej ręki. Reszta to domki jednorodzinne. No i kościoły. Całe "miasto".
Poszliśmy do parku. Minęliśmy plac zabaw dla dzieci i doszliśmy do stawu. Kaczki już spały, ale nie przeszkadzało nam to. I tak nie mieliśmy chleba dla nich.
Przez całą drogę rozmawialiśmy o wszystkim, oprócz mojego koszmaru, chociaż każde z nas o nim myślało. Wiedziałam to. Nie wiem jak. Po prostu czułam, że mu to ciąży.
Nagle Dymitr się zatrzymał.
- Co jest?- spytałam zaniepokojona.
- Nie słyszysz?
Skupiłam się bardziej. 
Tak. Teraz usłyszałam. Płacz. Wcześniej uznałam go za szelest. Kolejny dowód nie ostrożności. Co się ze mną dzieje? Będę musiała porozmawiać o tym z mężem. Zaczęliśmy zbliżać się do odgłosu. Ukochany już trzymał sztylet w ręce. Kazał mi zaczekać i pobiegł za drzewo. Usłyszałam krzyk dziecka.
- Roza. Chodź tutaj.- zawołał strażnik.
Podeszłam do niego. Klęczał przed wystraszoną dziewczynką, miała ciemne włosy, zaplecione w dwa warkocze i wielkie niebieskie oczy, które teraz patrzyły na nas ze strachem. Wyglądała na jakieś dziesięć lat.
- Hej,- powiedziałam spokojnym, przyjaznym głosem.- nie bój się. Nic ci nie zrobimy.
Nie wyglądała na przekonaną. Jej twarz połyskiwała od łez.
- Co się stało, dziewczynko? Dlaczego płaczesz?- wsparł mnie Bielikow.
Oczy dziewczynki otworzyły się jeszcze szerzej. Po policzkach zaczęły jej spływać łzy. Ale wzrok miała nieobecny, zapatrzony w jakiś niewidzialny punkt.
- Moja mama.- odezwała się w końcu.- Kazała mi uciekać. Zbliżał się do nas taki pan. Był... był bardzo szybki i podszedł do mojej mamy. Nie wiedziałam co... co się dzieje.- szlochała mała.
- Pamiętasz coś charakterystycznego?- spytałam.
- Był blady, miał czarną kurtkę, zieloną koszulkę i jasno niebieskie spodnie.- zdziwiło mnie, że aż tyle zobaczyła. Przecież jest ciemno.- A i jeszcze jakiś taki magiczny czerwony błysk w oczach. Pomożecie mi?
Dymitr sekundę później był na nogach, ze sztyletem w dłoni i rozglądał się uważnie.
- Gdzie to było?- spytałam kupując przy niej.
- Tam.- wskazała paluszkiem w stronę, w którą chcieliśmy iść. Dymitr już był w drodze.
- Spokojnie. Nie musisz się bać. Pomożemy Ci. Ja jestem Rose, a to był Dymitr.- uśmiechnęłam się przyjaźnie.
- Ja jestem Lili.- uśmiechnęła się niepewnie.
- Cześć Lili. Pójdziemy na spacer? Spokojnie Dymitr nas znajdzie.- dodałam widząc jej nie pewną minę. Pokiwała główką na zgodę.
Wyprostowałam się i podałam jej rękę. Chwyciła mnie za nią.
- A co robicie tak późno po za domem?- zaczęłam ją wypytywać. Musiałam dowiedzieć się o niej czegoś.
- Mama pokłóciła się z chłopakiem i on nas wyrzucił.- powiedziała smutno.
- On nie jest twoim tatą?
- Nie. Tata zostawił nas. Mama często o nim opowiada.
- A wiesz może gdzie mieszka, albo jak się nazywa, czym zajmuje.
- Ma jakieś dziwne imię. Mama często mówiła o nim Abe.- stanęłam jak wryta. To chyba jakiś żart? Nie, wiem mój umysł chce doprowadzić mnie do szaleństwa i to kolejny sen. Nie, jednak nie. To rzeczywistość. Uklękłam przed Brunetką.
- Lili a znasz nazwisko taty?- pokręciła przecząco głową.- Mama ci nie mówiła?
- Kiedyś mówiła, ale nie pamiętam. Było trudne.
- Czy jakbym ci je powiedziała, przypomniałabyś sobie?
- Może.
- Czy to był Ibrahim Mazur?- patrzyłam na nią wyczekująco. Na jej małej buźce malował się olśnienie.
- Tak, to właśnie on. Zna go pani?
- Tak. Powiem więcej. Witaj siostrzyczko.- uśmiechnęłam się do niej. Ta zaczęła piszczeć z radości i rzuciła mi się w ramiona. Zaskoczyła mnie tym.
- Zawsze chciałam mieć siostrę.- powiedziała uratowana.
- A powiedz mi, jak masz na nazwisko?
- Znole. Jestem Lili Znole.
Poszłyśmy dalej. Po chwili coś do mnie dotarło. Jej ojciec jest morojem. Ona nie jest morojką. Musi być dampirzycą! Dlatego tak dużo widziała w ciemności.
Podbiegł do nas Dymitr. Pocałował mnie w policzek, a do Liliany się uśmiechnął. Jednak nie był radosny. Dziewczynka powiedziała, że jest zmęczona. Mój mąż wziął ją na barana.
- A gdzie idziemy?- dopytywała sennie.
- Poznasz swojego tatę.
- A co z moją mamą?
Spojrzałam na ukochanego. Pokręcił smutno głową. To była strzyga. I zabiła jej mamę. Strażnik postawił moją nową siostrę na ziemi i spojrzał jej poważnie w oczy.
- Lili...- zaczęłam niepewnie. Nie byłam dobra w takich sprawach. Na szczęście Dymitr o tym wiedział i sam podjął inicjatywę.
- Lili teraz z nami pojedziesz do taty. Masz jeszcze jakąś rodzinę? Rodzeństwo, wujków, babcię?
- Mam siostrę.- uśmiechnęła się patrząc na mnie. Uśmiechnęłam się słabo.
- A oprócz mnie.- wtrąciłam. Dymitr spojrzał na mnie zdziwiony. Dziewczynka zaprzeczyła. Oboje popatrzyliśmy na nią poważnie. Wyczuła nasze zdenerwowanie i uśmiech znikł z jej twarzy.
- Lili. Przykro mi, ale twoja mama już nie przyjdzie.
- Co?! Nie! Nie!- krzyczała, a potem wybuchła płaczem i przytuliła się do mojego męża. Wyglądał na lekko zdezorientowany. Ale po chwili podniósł dziewczynkę i przytulał ją, kołysząc. Po chwili zasnęła. Po drodze nie zmieniliśmy nawet jednego słowa. Szliśmy ze spuszczonymi głowami. Było mi żal tej małej. Taka młoda, miała szansę na normalne życie, a nasz świat i tak się o nią upomniał. Tylko co my z nią zrobimy. Nie wiem czy Abe będzie chciał się nią zajmować.

czwartek, 24 marca 2016

ROZDZIAŁ 87

Oto drugi dzisiaj z okazji świąt. Nie wiem jak w kolejnych dniach. To zależy od potoku weny. Może się uda. 
_________________________________________________
- Kochanie uspokój się. Zapomniałeś, że to mój ojciec będzie się tłumaczył? Nie wiem czym się tak przejmujesz. Zachowujesz się jakbyś nie wiem co zrobił.
 Byliśmy po śniadaniu i mieliśmy jeszcze pół dnia do obiadu u Abe'a. Ale mój ukochany już chodził nerwowy po pokoju.
- Bo to dalej obiad z twoim ojcem.- przypomniał.
Eh...faceci. 
- Przesadzasz.- siedząc na sofie, patrzyłam jak mój mąż chodzi po całym salonie. W końcu moja cierpliwość się skończyła.- Dymitrze Bielikow. Jutro idziesz do pracy, więc może usiądziesz w końcu na tyłku i spędzisz te kilka godzin wolności na rozpieszczaniu swojej ciężarnej żony, a nie użalaniu się "jaki jestem biedny, bo idę na obiad do jej ojca, pod pretekstem JEGO tłumaczenia się".- i wybuchłam.
Dymitr sekundę później siedział obok i tulił mnie mocno.
- Przepraszam Roza. Masz rację, za bardzo się tym przejmuję. A przecież za niedługo możemy nie mieć dla siebie czasu.- no, nareszcie coś dotarło do tej jego, wypchanej westernami głowy.- Jestem fatalnym mężem.
- O nie. Możesz mówić i sądzić co chcesz. Że jesteś najgorszym strażnikiem, beznadziejnym synem, nauczycielem, cokolwiek. Oczywiście, że nie jest to dla mnie prawda. Ale nigdy, ale to nigdy nie wątp w to, że jesteś najlepszym mężem i boskim facetem, bo myślę, że nie pogardzili by twoim zdjęciem w gazecie z półnagimi mężczyznami.- zaśmiał się cicho. Już jakiś postęp.- Po za tym nikt nie umie tak zadbać o kobietę i spełnić jej potrzeb, jak ty. Mogę poświadczyć.- złapałem go za koszulę i przyciągnęłam do siebie. Nasze twarze znajdowały się jakieś dwa centymetr od siebie.- I tylko ja jasne.- popatrzyłam mu głęboko w oczy. Uśmiechnął się cwanie.
- Jak słońce.- musnął lekko ustami moich warg.
Objął mnie i wbił się mocniej w moje usta. Puściłam jego koszulę, prostując palce i wędrując dłońmi na jego ramiona. zarzuciłam ręce mu na kark i po chwili znalazłam się na kolanach męża.
- To co robimy?- spytałam po długim pocałunku.- Tylko błagam, bez spaceru, bo zawału dostanę.
- Oczywiście, skarbie. Słyszałem, że do kina wchodzi dziś dobry horror. Pójdziemy?
- Dobrze, ale daj mi godzinę na wyszykowanie się.
- Tylko uważaj, bo mogę cię nie wypuścić z domu, jak będziesz zbyt pociągająca. Wiesz, że ostatnio trudniej mi się przy tobie kontrolować.- mruknął mi do ucha, muskając wargami moją szyję i ucho. Przeszedł mnie przyjemny dreszcz podniecenia. 
- Jeśli ty to nazywasz kontrolą, to w Akademii uczył mnie ktoś inny.
- Nie sądzę.- chociaż bardzo się starał, to bez pomocy nie zostawił by mojej szyi w spokoju. Ale wcale nie miałam ochoty mu przeszkadzać. Było mi bardzo przyjemnie. I jeszcze ta jego ręką, po wewnętrznej stronie mojego uda. Rozpływałam się w jego ramionach.
- Dymitr.- mruknęłam z zadowolenia.- Zanim wyjdziemy, skaczą grać film.
- To nie teatr. Mamy czas.- zsunął mi ramiączko sukienki, którą miałam na sobie i zaczął mnie całować niżej.
- Nie zostawisz mi przyjemności na wieczór?
- Po tej nocy to mnie nie puścić do pracy. Obiecuję ci, że nigdy jej nie zapomnisz.
- Mhm...Strażniku Bielikow. Nie podejrzewałam pana o takie myśli.- coraz ciężej było mi składać słowa w zdania.
-Tylko ty tak na mnie działasz.
Chwilę później leżałam pod nim, w samej bieliźnie. Mój ukochany miał na sobie jeszcze spodnie. Zaczęłam rozpinać mu rozporek, kiedy nagle znalazłam się w jego objęciach.
- Roza. To, że mam słabość, nie znaczy, że nie umiem nad sobą panować.-postawił mnie przed sobą. Schylił się i podniósł moją sukienkę.
- Nie wyglądało na to, towarzyszu.- podniosłam ręce, aby ułatwić mu ubieranie mnie.- Przerwać w takim momencie.
- A gdzie twoja cierpliwość.
- Mówisz o tej, której nigdy nie miałam?- uśmiechnęłam się promienie.
- Tak Roza. Właśnie o tej.- odwzajemnił uśmiech, zakładając koszulkę.- Pamiętasz, że miałaś dla mnie jakaś niespodziankę?
- No pewnie. Wszystko mam już zaplanowane.- kłamałam. Nie wiedziałam, co zrobić. Postanowiłam zmienić temat.- Chodź już.- złapałam go za rękę i pociągnęłam do drzwi. Zdziwiony, poszedł za mną.
- To co? Już nie musisz się wyszykować?
Zatrzymałam się w pół kroku i poznałam na górę. Przebrałam się w pierwszą lepszą sukienkę i szybko pomalowałam. Zajęło mi to pół godziny. Po minie Dymitra wywnioskowałam, że wyszło mi to nie najgorzej.
- Chyba tylko ty umiesz w tak krótkim czasie, tak świetnie się wyszykować. Wyglądasz pięknie. Ale to chyba nie sprawia ci trudności.
- Dziękuję.- przejrzałam się mu. Mój mąż też już się przebrała i uczesał.- Ty też nie najgorzej. Ale jeden szczegół bym zmieniła.- podeszłam do niego i pocałowałam. Nawet pachniał wodą kolońską. Gdy ukochany tonął w moich ustach, ja przeczesałam mu włosy, uwalniając je z gumki. Kiedy się odsunął, popatrzyłam na niego z miłością i ułożyłam jego rozpuszczone, brązowe włosy. Uśmiechnęłam się, zadowolona z efektu.- O wiele lepiej, kowboju.
- Skoro tak mówisz, to tak musi być.- odwzajemnił uśmiech. Pochylił się w moją stronę i musnął moje usta swoimi miękkimi, ciepłymi wargami. Zrobiło mi się gorąco.
Nie wiem co jest przyjemniejsze: palące, głodne pocałunki pożądania, czy delikatne, słodkie, wyrażające jego miłość i troskę, pod wpływem których mogłam się całkowicie roztopić muśnięcia warg. Myślę, że tym drugim mógłby namówić mnie do wszystkiego. Taka karta kredytowa bez ograniczeń. Bo miłość nie ma ograniczeń.
- Kocham Cię Roza.- szepnął, chwytając mnie za dłoń. Nasze palce się splotły.- Chodźmy, bo jeszcze chcę dostać swoją niespodziankę przed obiadem z twoim ojcem.
- Nie. To będzie na poprawienie humoru. Ale do kina możemy już iść.

ROZDZIAŁ 86

Nie męczyły mnie już koszmary, ale śniłam. O cierpliwym chłopcu, którym był Dymitr i wiernej dziewczynie w mojej osobie, z naszyjnikiem z róża. A potem pojawiły się obrazy, z naszego życia, mające wpływ na naszą miłość. Pierwsze spotkanie, jego stawiennictwo za mnie, treningi, wyjazd do centrum handlowego z Lissą, bal, pokój Dymitr, naszyjnik, walka z Natalie, to jak mój ukochany mnie uratował, rozmowa w ośrodku, przed ucieczką do Spoken, odnalezienie nas, czułość Dymitra, wyznanie strażnika i odrzucenie propozycji Taszy, rozmowa gdy nie mogłam spać, w kaplicy, na tarasie, po ataku duchów, znowu obrona przed władzami szkoły, groźby wobec Wiktora, nasz pierwszy raz, wyznanie miłości i planowanie przyszłości, odmienienie Dymitra ze strzygi, ucieczka z aresztu, cała podróż, hotel, biblioteka, uliczka, dom Soni, dom rodziców Jill, ucieczka przed strażnikami, namiot, hotel, wyznanie Dymitra, nasz drugi raz, moje bliskie spotkanie ze śmiercią, jego widok przed straceniem świadomości i towarzystwo po obudzeniu. I każdy kolejny dzień. Randki, wizyta w Bai, zaręczyny, ślub, miesiąc miodowy, dzisiejszy dzień. W skrócie mówiąc ostatni rok i trzy tygodnie. Ale dużo się wydarzyło w tak krótkim czasie.
Obudziłam się wyspana i w dobrym humorze. Dymitr, tak jak obiecał, obejmował mnie mocno. Poruszyłam się nieznacznie, dając mu do zrozumienia, że już nie śpię. Oplótł mnie jeszcze mocniej, więżąc mnie swoimi nogami.
- Dzień dobry, królewno.- pocałował mnie w szyję.- Jak się spało? Myślę, że tym razem nic cię nie męczyło, sądząc po twoim uśmiechu.- pocałował mnie w czoło. Podsunęłam się trochę wyżej, na wysokość jego ust. Musnęłam je delikatnie swoimi. Dymitr objął mnie, pogłębiając pocałunek.
- To prawda miałam piękny sen.
Który tworzył kontrast do poprzedniego. Ale nie powiedziałam tego. Jednak zatrzęsłam się na wspomnienie lasu, pełnego strzyg. Mój mąż to zauważył.
- Roza, może chcesz zostać sama...
- Nie!-krzyknęłam chwytając go mocniej.- Zostań. Chcę z tobą o tym porozmawiać. Ale nie wiem, czy powinnam.
- Wiesz, że mi możesz zaufać.
- Tu nie chodzi o zaufanie. Boję się, że zrobi ci się smutno, znowu będziesz miał wyrzuty sumienia za coś czego nie zrobiłeś. I nie kłóć się.- powiedziałam, kiedy chciał zaprzeczyć.- Ja wiem, że nie miałeś nad tym kontroli i dla mnie to nie jest twoja wina. I nic mnie nie przekona, że jest inaczej.
- Kocham Cię Roza. Za twoją wiarę we mnie. Opowiedz mi.
- Dobrze. A później, dla poprawienia humoru, opowiem jeszcze drugi.
Tak jak powiedziałam, tak zrobiłam. Nie pominęłam żadnego szczegółu, który pamiętałem, choć zadawało mi to ból. Dymitr dla podniesienia mnie na duchu, muskał mnie po gołym udzie. W innych okolicznościach bardzo by mnie rozpraszało, ale gdy dochodziłam do fragmentu z duchami i Dymitrem-strzygą, czułam że pęknie mi serce. Gdy opisywałem co ze mną robił, ręka zamarła mu w połowie ruchu. Po policzkach zaczęły lecieć mi łzy. I tyle z mojej siły. Mój mąż nie wyrażał żadnych emocji. Z jego twarzy nie dało się nic wyczytać. Patrzył nieobecnym wzrokiem przed siebie. Czekałam na jakąkolwiek reakcję, ale niczego się nie doczekałam.
- Dymitr...- powiedziałam drżącym głosem. Jego spojrzenie skupiło się na mnie. Wszystkie jego uczucia wróciły z podwójną siłą. Widziałam w nim ból, wręcz rozpacz.- Wiedziałam!!- wrzasnęłam, zrywać się z łóżka.
- Roza...- patrzył na mnie smutno.
- Nie! Mam tego dość! Wiedziałam, że nie powinnam ci to mówić.- podnosiłam głos.- Ciągle się o to obwiniasz. Czuję się jakbym była tu sama. Znowu tworzysz wokół siebie barierę i odcinasz się od innych. Znowu odcinasz się ode mnie.
Nie wytrzymałam. Usiadłam na podłodze, tyłem do strażnika i zaniosłam się szlochem. Nagle poczułam, że ktoś mnie podnosi. Bielikow całował mnie po gołych plecach, szyi i ramionach, kładąc na łóżku. Uspokoiłam się. Materac ugiął się, gdy mój mąż położył się obok i objął mnie.
- Przepraszam Roza. Nie powinienem się tak zachować. To ty potrzebujesz wsparcia. Ale ciągle mnie to męczy. Bardzo. Potrzebuję cię. Pomagasz mi z tym walczyć. Tylko boli mnie, że ciągle śnisz o tym... Przepraszam.- popatrzyłam mu w oczy, które tak bardzo kocham.
- To ja przepraszam. Nie powinnam tak zareagować. Mi też jest ciężko.
- Nie masz za co przepraszać. Miałaś rację. Zaczynałem o tym myśleć. Wstrząsnęło mną to, ale to przeszłość. Nic nie znaczący fragment, w którym spałem. Kocham Cię i nie chcę, żebyś czuła się sam. Zawsze będę przy tobie.
- Kocham Cię.
- Ja ciebie też. To co? Opowiesz mi ten drugi sen?
Od razu poprawił mi się humor. Zaczęłam opowiadać. W międzyczasie Dymitr zaproponował, żebyśmy zaczęli się szykować. Razem poszliśmy się wykąpać. Tym razem nie było żadnych strasznych momentów, wiec dotyk ukochanego bardzo mnie rozpraszał. Tym bardziej pod prysznicem. Opowieść przedłużył także namiętny pocałunek. Następnie zaczęliśmy się ubierać. Moja opowieść skoczyła się w kuchni. Siedziałam na blacie, patrząc jak Dymitr nakłada na talerze omlety.

środa, 23 marca 2016

ROZDZIAŁ 85

Zerwałam się z nagłym krzykiem. Dyszałam ciężko, tętno miałam przyspieszone, a kosmyki włosów przykleiły mi się do mokrej twarzy. Siedziałam na łóżku w swoim pokoju.
Poprawka. 
W naszym pokoju. Powoli uspokajałam oddech. Poczułam jak w tali oplatają mnie silne, ale równocześnie delikatne ręce. Tym razem były ciepłe. Odwróciłam się gwałtownie i wtuliłam mocno w pierś Dymitra. Z mojego gardła wydobył się szloch, stłumiony ciałem ukochanego. On zaczął głaskać mnie po plecach. Cała się trzęsłam. Potrzebowałam go. Był moim ukojeniem. Oazą spokoju.
- Spokojnie Roza.- szeptał mi czułe. W jego głosie nie było chłodu. Troszczył się o mnie.- to tylko sen. Jestem tu. Cii.. Roza. Cii... Ja cię obronie. Przed wszystkim.
- Dymitr.- popatrzyłam na niego. Mój głos był strasznie zachrypnięty.- Boję się.
Po policzkach ciekły mi łzy. W jego oczach, była troska i strach. Ale nie panikował. Podziwiam to. Jakby mu coś groziło, nie wiem czy umiała bym zachować taki spokój.
Posadził mnie sobie bokiem na kolanach i zaczął kołysać, szepcząc coś po rosyjsku. Pewnie wyłapałabym kilka słów, ale nie miałam na to siły. Już nie szlochałam, a mój oddech stał się równomierny, tak samo jak bicie serca. Jednak wciąż ciekły mi strumyk łez. To był najstraszniejszy sen jaki miałam. A skalę mam szeroką. To wszystko było takie realistyczne. Te duchy, Robert. I Dymitr strzyga.
Znowu wybuchłam niekontrolowanym płaczem. Muszę przestać o tym myśleć. Kiedy po raz kolejny się uspokoiłam, wsłuchałam się w słowa męża. Nie rozumiałam ich i nie chciałam. Przynosiły mi spokój i ukojenie. Czułam bijąc z nich miłość, troskę i siłę. Po chwili uświadomiłam sobie, że mówi je w rytm i że się rymują. To była jakaś piosenka, pewnie kołysanka. Pewnie Olena śpiewała mu ją jak był mały. Kilka razy usłyszałam "róża". Ciekawe czy to przypadek, czy to mój ukochany coś zmienił.
Gdy zauważył, że się uspokoiłam, zaśpiewał do końca zwrotkę i położył się. Pociągnął mnie za sobą i teraz leżałam obok niego. Przytulił mnie tak mocno, jakby się bał, że zaraz zniknę lub ucieknę. Ale na to nie miałam wcale ochoty. W końcu serce i rozum się dogadali. Jego ramiona dawały bezpieczeństwo. Pewnie chciałby dowiedzieć się, co mi się śniło. Otworzyłam usta, ale przerwały mi miękkie wargi Bielikowa. Poczułam ciepło promieniujące z jego ciała. Takie naturalne, dobre, wręcz namacalne.
- Jutro Roza. Jeśli będziesz chciała, to jutro. Teraz jest za wcześnie, kochanie.
- Powiedz to.- popatrzył na mnie zdziwiony.- Muszę to usłyszeć. Nie wątpię w prawdziwość tego zdania, ale muszę. Dlaczego chcesz mnie mieć na zawsze?
- Dla tego, że jesteś moim światem i...- zawahał się.- Ja tiebia liubliu Roza. To brzmi lepiej.
- Ja  tiebia toże liubliu Dymitr. Wybacz ale nie będę zarabiać twojego imienia.
- Wiem, nie lubisz.- uśmiechnął się do mnie.- Ale to nie ważne jak mnie nazywasz. Tylko bądź przy mnie.
- Zawsze, skarbie.
- Idź jeszcze spać. Obiecuję do rana nie wypuszczę cie z ramion.
- Nie chce mi się spać.- starałam się, żeby mój głos zabrzmiał zwyczajnie.
To nie była prawda. Ale co miałam mu powiedzieć? Że boję się spać? Znowu zobaczyć ciemny las, szalonego Roberta, duchy i strzygi? Nie! Dla niego chciałam być silna. A to co było przed chwilą, to chwila słabości, szok. Jestem jedną z lepszych strażniczek. Nie mogę się rozklejać od byle wytworu mojej chorej wyobraźni.
Dymitr nie ciągnął dalej tematu. A ja postanowiłam go zmienić.
- A co to było, co mi śpiewałeś?- spytałam. 
- Nie powiedział bym, że to był śpiew. Raczej nucenie.
- Oczywiście.- droczyłam się z nim.- To była jakaś kołysanka, którą śpiewała, przepraszam, nuciła ci mama?
- Bardzo śmieszne. Poczekam aż ty będziesz usypiała nasze dziecko.
- Nie chciał byś, bo by ogłuchło.- parsknęłam śmiechem.
- Masz taki piękny głos, na pewno ładnie śpiewasz.
- Jeśli liczysz, że zaraz wyjdę na środek i zacznę operę, to się rozczarujesz. Nie umiem śpiewać. A ty, nie odpowiedziałeś mi na pytanie.
- Skoro tak ładnie prosisz. Czy śpiewała mi ją matka? Nie. Poznałem ją od babci. Kazała mi się nauczyć jej na pamięć.
- Ona ma dziwne pomysły.- stwierdziłam.
- Uznałem,- zignorował moją uwagę.- że idealnie będzie pasować.
- Kilka razy wychwyciłam swoje imię. O czym jest.
- O róży.
- Tego sama się domyśliłam.
- Opowiada piękną historię o dziewczynie, którą zostawił chłopak. Gdy byli razem podarował jej wisiorek z różą. Po zerwaniu, wyrzuciła go na łąkę. Jednak chłopak wrócił do niej. Okazało się, że chciał się ustatkować, żeby się jej oświadczyć. Kiedy powiedział to dziewczynie, ta zaczęła płakać i powiedziała co zrobiła z symbolem ich miłości. Chłopiec szukał naszyjnika, ale łąka była duża, a trawa wysoka.- uważnie wsłuchiwałam się w jego słowa, od czasu do czasu ziewając. Powoli ogarniała mnie senność, ale byłam ciekawa co było dalej, więc starałam się nie zasnąć.- Szukał całymi dniami i nocami, miesiącami i latami. Kawałek po kawałku. Aż z chłopca stał się mężczyzną. Ale nic nie znalazł. Jednak nie poddawał się, szukał dalej. Dziewczyna mówiła mu, żeby przestał, że kupią drugi w sklepie. Ale on uparcie dążył do obranego celu, mimo że wszyscy zwątpili w niego. Brzmi znajomo, prawda moja Różyczko?
- Co było dalej?- wpatrywałam się w niego wyczekująco, szeroko otwartymi oczami.
Moją minę podsumował perlistym śmiechem. Uwielbiałam ten dźwięk. Czułem wtedy, że jestem ważną częścią jego życia. Rzadko kto umiał go rozśmieszyć. A na pewno nie uczennica. Już nią nie byłam, przy mnie nie musiał się kontrolować. Był naturalny. Był sobą.
Przytulił mnie mocniej i cmoknął w czoło.
- Mężczyzna szukał go i szukał, a trawa rosła i rosła. Było trudno. Najpierw były lata później dekady. A dziewczyna czekała. Zestarzała się w samotności, będąc wierna ukochanemu. Byli już bardzo starzy, gdy w końcu odnalazł się naszyjnik z róża. Mężczyzna pobiegł do domu swojej starej już i pokazał jej tak dawno nie widziany wisiorek. Drżącą ze starości i emocji dłonią, odgarnął jej siwe włosy i zapiął łańcuszek. Kiedy róża dotknęła jaj skóry, rozbłysło jasne światło i nastąpił wybuch. Odrzucił ich od siebie. Mężczyzna wstał ciężko z ziemi i popatrzył na dziewczynę leżącą niedaleko. Miała kruczoczarne włosy i piękne zielone oczy. Była to jego młoda ukochana. On sam wyglądał jakby od dnia rozpoczęcia poszukiwań, nie postarał się ani o dzień. Byli znowu młodzi i piękni. I szczęśliwi. Los, za cierpliwość chłopaka i wierność dziewczyny, dał im drugą szansę, na szczęście. Roza, spisz?- szepnął. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że zamknęłam oczy. Chciałam je otworzyć, ale powieki okazały się za ciężkie.
- Nie.- mruknęłam w odpowiedzi.- Ale wiem, kto będzie usypiał nasze dziecko.
- Śpij skarbie. Jutro ciężki dzień. Śpij.
I tak też zrobiłam.

wtorek, 22 marca 2016

ROZDZIAŁ 84

Z rana udaliśmy się z Dymitrem na spacer.
- Może tym razem nikt nam nie przeszkodzi.- wyszeptał mi do ucha.
- Znając nasze szczęście, nie liczyła bym na to, towarzyszu.- zaśmiałam się.
- Nie przesadzaj. Jesteśmy w lesie, na kompletnym odludziu. Kto tu się może zapuszczać?
- No nie wiem. Może jakaś para nowożeńców, chcąca choć chwilę pobyć sama i nacieszyć się z ostatnich godzin samotności. Co o tym myślisz?
- Myślę,- zatrzymał się gwałtownie i popatrzył mi w oczy.- że bardzo Cię kocham i nie widzę poza Tobą świata.- pocałował mnie bardzo namiętnie. Jednak chwilę czułości, przerwał mi głos, którego nie spodziewałam się tu usłyszeć.
- Witaj mała dampirzyco. Widzę, że spotykamy się nie w porę. A tak bardzo chciałem z tobą pogadać.
- A nie mówiłam?- szepnęłam tak, żeby usłyszał mnie tylko ukochany.
- Możemy go zignorować.- strażnik odpowiedział w taki sam sposób.
- Nie przeszkadzajcie sobie. Mogę poczekać.
Potarłam nosem nos Bielikowa i zaczęłam odwracać się w stronę głosu.
- O co chodzi Adria...- zamurowało mnie, gdy popatrzyłam na mówcę.
- Ty skurwysynu.- Dymitr rzucił się na Roberta. Jednak moroj wykonał nieznaczny ruch ręką i na mojego męża rzuciły się strzygi.
- Dymitr!!- wrzasnęłam. Następnie skierowałam morderczy wzrok na Doru'a.- zostaw go. Czego ode mnie chcesz.
- To takie trudne. Zemsty.- wysyczał.- Zabiłaś mi brata, ja zabiję wszystkich, na których ci zależy.
Bielikow walczył dzielnie, ale nie pokona ich wszystkich chciałam mu pomóc, lecz nie byłam w stanie. To czwarty miesiąc.
- Roza uciekaj!- krzyczał w ferworze walki.- Ratuj siebie i dziecko.
Zaczęłam biec. Ucieczkę utrudniała mi szeroka suknia balowa. Po co ją ubrałam? Do tego zaczął pobolewać mnie brzuch. Cholera! Jeszcze dziecku coś się stanie.
Nagle poczułam jakieś parcie na moją lewą rękę i sekundę później moje plecy przeszły paraliżujący ból towarzyszący zderzeniu z drzewem. Chciałam biec dalej, ale z daleka zauważyłam zbliżające się strzygi. Odwróciła się. Tam były następne. Gdzie się nie odwróciłam, tam czerwone oczy. Byłam okrążona. O jedno z drzew niechlujnie opierał się Robert.
- Teraz już nawet twój Rusek cię nie ochroni.- zaśmiał się.- Jesteś znowu sama.
Zza drzewa obok, wyszła połyskująca postać. Serce, które biło w mojej piersi jak oszalałe, nagle zamarło.
Przede mną stał Wiktor Daszkow. A raczej jego duch.
- Miło Cię widzieć Rosemarie. Uprzedzałem, że kraina zmarłych się o ciebie upomni.- oparł się wygodnie koło brata, krzyżując ręce na piersi.- Od wypadku należysz do nas.
Strzygi coraz bardziej się zbliżały, oblizując kły na myśl o świeżej krwi. Pojawiało się coraz więcej sylwetek z kolorową poświatą. Szepty wypełniały moją głowę. "Należysz do nas.","Nie uciekaj, to nic nie da.", "czekaliśmy na ciebie zbyt długo.". Zauważyłam rodziców Lissy i jej brata. Były także duchy uwiezione w ciałach strzygi, które zabiłam.
Padłam na kolana, trzymając się za głowę. To strasznie bolało.
"Zostawcie mnie!" Krzyczałam, ale z moich ust nie wydobył się żaden dźwięk.
- Klęcz przed swoim władcą.- szydził ze mnie Robert.
- Pożałujesz dnia w którym się urodziłaś.- w hałasie rozpoznałam głos, aż ociekający jadem i nienawiścią. Kiedy podniosłam głowę, serce podeszło mi do gardła. Stałam viza'vi z bladą twarzą ducha Taszy.- Zabrałaś mi mojego Dimkę, to ja, tak jak obiecałam, odbiorę ci dziecko.- zaczęła kopać mnie po brzuchu. To chore. Duchy nie mogą kopać, co nie? Przecież są nie materialne. A ja czułam na brzuchu jej buty. Kozaki ze zwężanymi czubkami. I poczułam ostry ból w podbrzuszu. Nagle kopanie ustało. Wszystko zamilkło. Za plecami usłyszałam głos, który rozpoznała bym na końcu świata. I którego teraz potrzebowałam.
- Roza.- jedno słowo.
Rzuciłam się w objęcia Dymitra. Jednak nie był on tak ciepły jak zawsze. Wręcz lodowaty jak nigdy.
Nie, zaraz! Wróć. Kiedyś już był taki zimny. Popatrzyłam na jego twarz, bojąc się tego co zobaczę. Wpatrywał się we mnie oczami pełnymi pożądanie. Pożądania, jak jakiejś rzeczy, nie osoby. Oczami brązowymi z czerwonymi obwódkami.
- A mogliśmy być na zawsze razem.- szepnął z wyrzutem głosem zimnym jak lód
Patrzyłam z przerażeniem na kły, połyskujące w jego ustach i zbliżające się do mojej szyi. Delikatnie mnie w nią pocałował. Zamknęłam oczy w oczekiwaniu na nieuniknione. Przejechał zębami po mojej tętnicy, co mnie cholernie podnieciło. Nie wyrywałam się, nie protestowałam. To by nie miało sensu. Jestem zmęczona, wystraszona, pobita, najprawdopodobniej w najbliższym czasie poronię, a wokół nas zebrały się wszystkie strzygi i duchy z okolicy. Nie ucieknę im. A wszystko było tak idealnie. I jak zwykle musiało się spieprzyć. Byłabym wkurzona, gdyby nie usta i ręce wampira, który postanowił mnie jeszcze bardziej po torturować.
Jego zimna dłoń głaskała mnie po nodze, wspinając się coraz wyżej, pod sukienką. Przeszedł mnie dziwny dreszcz. Moje serce nie przyjmowało do wiadomości, że to nie jest mój Dymitra i wciąż pragnęło jego bliskości. Najwidoczniej mój rozum się wyłączył, ponieważ wtuliłam się mocniej w strzygę, ślepo wierząc, że mnie obroni. Przecież on sam jest teraz moim wrogiem. Ale jak mówiłam serce jest głupie i uważa, że wie lepiej. Dymitr złożył na moich ustach zimny, ale słodki pocałunek. Przy uchu poczułam chłodny oddech.
 - Roza. Wieczność bez ciebie będzie taka samotna.- szepnął mi, nakładając nacisk na swój rosyjski akcent. Znowu ten dreszcz. Potwór zszedł ustami niżej. Zrozumiałam, że to było pożegnanie.
Poczułam ból, gdy kły przebiły się przez warstwy mojej skóry i dostały do krwi. Krzyknęłam cicho.
A potem moje ciało wypełniła rozkosz. Słodki stan upojenia. Narkotyk.
Traciłam siły. Czułam jak ucieka ze mnie życie.
Zginęłam w ramionach ukochanego, który został strzygą. Nie tak wyobrażałam sobie swój koniec.
Ostatnie co usłyszałam to głos Iwaszkowa:
- Słodkich snów, mała dampirzyco.