Obudziła mnie lodowata woda na moim ciele. Gwałtownie otworzyłam oczy, rozglądając się po pomieszczeniu. Byłam w jakiejś celi ze starym materacu. Oczywiście na nim nie mogli mnie położyć. Przy wyjściu stali dwaj goryle i wcale nie wyglądali, jakby chcieli się zaprzyjaźnić. Jeden, łysy w czarnej koszulce i narzuconej skórzanej kamizelce, trzymał wiadro, z którego kapały ostatnie krople wody, a drugi, z czarnymi włosami, niewyobrażalnie krzywym nosem, w bordowym T-shircie i zielonych bojówkach, miał bat z chyba pięciu rzemyków, zakończonych kolcami. Nie chciałam wiedzieć, po co mu on, ale miałam bardzo źle przeczucia.
- Przebierz się.- ten z tyłu rzucił we mnie jakąś podartą, białą szmatą. Czekałam, aż sobie pójdą, ale oni patrzyli na mnie równie wyczekująco.
- Chyba nie myślicie, że będę się przebierać przy was?- Uniosłam jedną brew.
- Możemy ci pomóc.- mruknął zachęcająco ten z wiadrem.
- Podziękuję.
Odwróciłam się do nich tyłem i zaczęłam ściągać z siebie przemoczone ubrania
- Stanik też. Dół możesz zostawić.- poinstruował mnie ciemnowłosy.
To było ohydne. Zboczeńcy. Cała trójka. Gdy w końcu ubrałam na siebie to coś, zaprowadzili mnie do innej sali. Było tam krzesło i stół z wbudowanymi kajdankami na ręce i nogi, łańcuchy przy ścianie, drewniana rura do sufitu oraz stojak z różną bronią i przyrządami tortur. Chyba naprawdę wolałabym tą kulkę w łeb. Zablokowałam się na Lissę. Nie chciałabym, aby była tego świadkiem, bo mogłaby kogoś tu wysłać. Choć sama nie wiem, gdzie jestem. Posadzili mnie na krześle i uwięzili zatrzaskami, po czym wyszli. Miałam piękny widok na broń, ale żadnych perspektyw na jej dostanie. Nagle drzwi za mną otworzyły się z hukiem, aż podskoczyłam, do tej pory skupiona na narzędziach moich tortur.
- Podziwiaj Rose, podziwiaj.- usłyszałam ochrony głos Randalla.- Może masz lepszą wyobraźnię niż ja i będzie mniej bolało niż myślisz.
Podszedł do stolika i wyciągnął nóż. Nie pokazałam strachu, nawet gdy podszedł i przyłożył go w moją klatkę piersiową. Jednak on, zamiast sprawić mi ból, upokorzył mnie, rozrywając tą i tak dziurawą szmatę tak, że odkrył mi całe piersi. Zaczął mnie po nich dotykać, co wywołało u mnie obrzydzenie. Próbowałam się wyrwać, ale nie miałam jak. Zesztywniałam, czując sunący metal po mojej szyi, a następnie pieczenie i ciepłą ciesz. Moroj nachylił się i zaczął ją zlizywać i scałowywać. Miałam ochotę się zrzygać. Gdy schodził coraz niżej, pochylił się tak bardzo, że gdy wyprostowałam nogę, walnęłam go prosto w najczulszy punkt. Z dumą patrzyłam jak zwija się na ziemi. Jednak po chwili wstał z groźbą wypisaną na twarzy.
- Więcej mnie nie dotykaj.- wysyczałam przez zaciśnięte żeby.
- Oj skarbie.- znowu uśmiechnął się jak pedofil, a nóż znalazł się przy moich piersiach.- Ty jeszcze nie wiesz, jak cię dotknę.
Wbił czubek i zaczął nim jeździć. Cholernie bolało, ale zagryzłam zęby, aby nie krzyczeć. Nie ukażę mu swojej słabości. Nigdy się nie poddam. Gdy skończył zlizywać krew, przejrzał się swojemu dziełu. Ze stolika zabrał lusterko i pokazał mi moje odbicie. Krwawiąca rana na szyi i wielki, czerwony znak rodu Iwaszkow. Korona z okiem w środku. Cóż. Pociesza mnie fakt, że Dymitr, bądź co bądź, należy do tego rodu. Jednak nie miałam zamiaru być uległa i jeszcze bardziej wkurzyłam Randalla.
- Krzywe.- uznałam, patrząc krytycznie na odbicie.
- Co?- stężał.
- Mówię, że krzywe.- wpieniałam go coraz bardziej.- Dymitr zrobiłby to lepiej.
Uśmiechnęłam się triumfalnie, gdy w jego oczach zobaczyłam prawdziwą furię. Zapomniałam, że jestem na przegranej pozycji. Podszedł i uderzył mnie z całej siły w twarz, aż zakręcie mi się w głowie. Od razu odechciało mi się śmiać. Z kącika ust pociekła ci ciepła ciesz i skapywała na wciąż nagą pierś. Ze stolika wziął ostry nóż i przejechał wbił mi go w łydkę. Krzyknęłam, a z oczu pociekły mi łzy bólu. Jednak gdy uniosłam wzrok, byłam pewna, że zobaczył tylko gniew. Nie boję się go. Niech mnie zabije. Proszę bardzo. Jak nie ma Dymitra, jest mi to obojętne. Następnie sięgnął po bicz, ale ten bez niczego i uwolnił mnie. W pierwszym odruchu rzuciłam się na niego, jednak ból w lewej nodze powalił mnie na kolana. Dyszałam ze zmęczenia i bólu, a on w tym czasie stanął za mną i wykonał pierwsze uderzenie. I następne. I kolejne. To nie miało końca. Jednak trzymałam się dzielnie. Na końcu wylał na mnie wiadro nie wiem czego, ale wszystkie rany zaczęły mnie pięć, jakby wbijano w nie malutkie igły. Podszedł wymienić znowu swoją zabawkę.
- P-p-po co ci to?- wyjąkałam cicho, ale że sala była mala i pusta, mój głos dobrze było słychać.
- Po co? Po co?- znowu zaczął mnie torturować, tym razem gorącym prętem.- Żebyś mi uległa.
- Jesteś szalony. Nigdy nie ulegnę. Jestem tylko Dymitra.
- Jeszcze zobaczymy.
Przyłożył mi przed do rany na plecach, a ta zaczęła mnie palić żywym ogniem i... zemdlałam.
Po pięciu okrążeniach i szybkim rozciąganiu, zaczęliśmy walczyć. Byłam jak w transie. Przelałam w to całą energię, złość, żal i inne targające mną negatywne emocje. To było okropne. Ci ludzie serca nie mają. Jak mogą chcieć krzywdzić takie małe, bezbronne dzieci? Przecież to barbarzyństwo. Atakowałam szybko i mocno, zaślepiona złością. Pokonała strażnika trzy razy i chciałam więcej, a on mnie jeszcze ani razu. W pewnej chwili złapał mnie za ręce, a gdy chciałam się wyrwać, przyszpilił mnie do ściany.
- Dosyć, Rose. Już dosyć.- powiedział i zamknął mnie w objęciach.
***
Ale to wcale nie pomogło. Dalej byłam zła oraz przerażona. Cała się trzęsłam i zaczęłam na nowo płakać w ramię ukochanego.
- Na dzisiaj wystarczy, Skarbie. Spokojnie. Nic się złego nie wydarzy.
- Nigdy nie będzie dość.- krzyknęła, odsuwając się od niego.
Stanęłam na środku materaca i przyjęłam pozycję bojową.
- Rose, proszę cię.- na nowo mnie przytulił, ale ja zaczęłam się wyrywać.- Oboje jesteśmy zmęczeni. Wracamy.
- Nie! Chcę walczy. Pozbyć się tego wszystkiego. A najlepiej to byłoby dorwać tych zasranych morojów. Myślą, że są wielcy, ale zobaczymy co powiedzą, jak im obiję te arystokracie mordy.- już robiłam w głowie plan jak mu uciec, bo ani myślał mnie puścić.
***
- Wcale tak nie myślisz, prawda Rose?- spytał z niepokojem
- Myślę!- odpowiedziałam hardo.- I wiem, że ty też. Przecież oni chcieli skrzywdzić nasze maleństwa.- w oczach zebrały mi się łzy złości.
- Wcale, że nie. I ty też nie.- zaczął ciągnąć mnie do wyjścia.
***
- Roza, to nie jesteś ty.
Już chciałam zaprzeczyć, ale zdałam sobie sprawę z tego, że ma rację. Zwykle cztery słowa, które wskazują na jedno.
- Mrok.- szepnęłam odrętwiała.- To znowu on.
- Kochanie prosiłem cię, żebyś tego nie robiła.- popatrzył na mnie z żalem i troską.
- Ale to moja przyjaciółka. Ma szansę zmienić nasz świat. Jak mam pozwolić jej oszaleć? Ona jest Władimirem, a ja jestem jej Anną.- w oczach zebrały mi się łzy, które po chwili się uwolniły.- Tak musi być.
Rosjanin usiadł obok i wziął mnie na kolana. Wtuliłam się w niego, gdy on głaskał moje plecy. Dymitr ma rację. Nie umiem się obronić przed sobą samą.
- Nie.- usłyszałam przy uchu cichy, ale stanowczy głos.- Nie musisz być Anną.
- Ale Lissa...- gdy zaczęłam protestować, mąż ucieszył mnie, kładąc mi palec na ustach.
- Nie o to mi chodzi. Jest między wami zasadnicza różnica. Ty masz mnie. Zawsze ci pomogę, nawet, a zwłaszcza z mrokiem. Tak jak teraz. Po za tym sama jesteś bardzo silna, więc dasz sobie z tym radę. Musisz. Masz dla kogo.
Był bardzo pewny swoich słów i tą pewnością zaraził mnie. Wierzył we mnie, a ja nie mogę go zawieść. Byłam mu wdzięczna za to, że jest i mnie wspiera mimo, że moje życie, a teraz nasze nie jest nigdy spokojne.
To wspomnienie dodawało mi siłę przy kolejnych torturach.
O tej porze dnia las jest piękny. Pod nogami ugina się puszysty mech, między koronami drzew przylatują ptaki, śpiewając piękne melodie, a słońce pada jasnymi promieniami, omijając jedne liście i tworząc piękne refleksy na innych. Jednak nie zwracałam na to uwagi, biegnąc przez ten krajobraz naturalnego piękna, ponieważ moje myśli krążyły tylko wokół mojej małej kruszynki. W końcu znalazłam stary, niski budynek z jakimiś graffiti. Rozejrzałam się dla bezpieczeństwa, po czym ostrożnie popchnęłam metalowe drzwi. W środku spotkały mnie egipskie ciemności, ale gdy tylko wejście zamknęło się za mną, żarówki zaczęły zapalać się jedna za drugą. Wyciągnęłam sztylet i przyjęłam pozycję bojową. Ostrożności nigdy za wiele.
- Odłóż broń, jeśli nie chcesz, żeby smarkuli coś się stało.- z głębi pomieszczenia zaczął wychodzić Randall.
Trzymał moją małą córeczkę, przyglądając jej pistolet do głowy. Tej ohydnej mordy nie widziałam dobre siedemnaście lat świętego spokoju. Ale nie. Musiał się pokazać. Jednak czas go nie oszczędził. Na kiedyś przystojnej twarzy pojawiły się głębokie zmarszczki, jak to się mówił, lekko "z tatusiał", a między rzadkimi, brązowymi włosami pojawiło się sporo srebrnych nitek. Miałam ochotę rzucić się na niego i poderżnąć gardło paznokciami. Już byłam gotowa do skoku...
- Nie radzę.- uśmiechnął się obrzydliwie.- Jeden fałszywy ruch, a będzie puff...
Dla potwierdzenia swoich słów, odbezpieczył broń. Wystraszyłam się, więc powoli, bez jakichkolwiek gwałtownych ruchów, odłożyłam sztylet na ziemię i odetchnęłam w cień. Od razu puścił Dianę i popchnęłam ją w moją stronę. Nie czekając, zamknęłam ją w ramionach.
- Cii... nie płacz. Wszystko będzie dobrze.- próbowałam uspokoić płaczącą kruszynkę.- Teraz uciekaj stąd. No już.
- A-a ty?- spojrzała na mnie smutno.
-Naciesz się jej widokiem.- odezwał się Iwaszkow, czyszcząc lufę.- Więcej już jej nie zobaczysz.
- C-c-co?!- dziewczynka jeszcze bardziej się rozpłakała.- Mamo nie możesz nas zostawić. Nie po tym, jak tata...
- Ciii...- przytuliłam ją.- Tata wróci. Na pewno. Masz wokół siebie kochających ludzi. A może jednak wrócę. A teraz uciekaj. No już.
Pobiegła do wyjścia. Przy drzwiach odwróciła się, a ja posłałam jej pocieszający uśmiech. Po chwili zostałam sama z "Teściem". Okropność. Chciałam się na niego rzucić, ale miał przewagę.
- Jeden fałszywy ruch, a odstrzelę ci wszystkie palce po kolei.- uniósł pistolet, całując prosto we mnie.
Byłam bezbronna. Nagle wyszło dwóch potężnych mężczyzn i przywiązali mnie do krzesła. Nie opierałam się, bo co mi by to dało?
- Jesteś psem. Skurwielem, który tylko niszczy innym życie. Nawet kobiety nie umie uszanować. Jesteś gorszy od strzyg. Nie masz krzty miłości.- plunęłam mu pod nogi.
- Zamknij mordę, bo sam to zrobię, ale już więcej nic nie powiesz. Teraz to ja jestem twoim panem i władcą.
- A proszę. I tak prędzej czy później minie zabijesz. Więc po co zwlekać.- prowokowałam go.
Skoro jeszcze tego nie zrobił, to znaczy, że jestem mu do czegoś potrzebna. Ale niech nie myśli, że będzie tak łatwo.
- Skoro nalegasz.- z bezczelnym uśmieszkiem wycelował prosto we mnie.
Może jednak nie jestem mu tak potrzebna? Zamknęłam oczy i odwróciłam głowę. Nie chciałam, aby Lissa widziała moją śmierć. Usłyszałam zgrzyt odbezpieczenia i huk. Spodziewałam się bólu, jak za pierwszym razem, gdy zostałam postrzelona. Ale niczego takiego się nie doczekałam. Ostrożnie otworzyłam oczy i oglądnęłam swoje ciało. Nic mi nie było. Zobaczyłam kulkę dopiero pomiędzy moimi stopami. Czyżby spudłował?
- To jeszcze nie ten czas.- Randall uśmiechnął się z wyższością.- Najpierw zniszczę cię psychicznie, aż będziesz błagać o śmierć.
- Nie doczekanie twoje.- warknęłam mu.
Podszedł z poważną miną i uderzył mnie w twarz.
- Stul pysk dziwko!- krzyknął. - A twoje tortury zacznę od uświadomienia ci prawdy. Ja sprawiłem, że Dymitr jest kim jest.
Odsunął się z złośliwym uśmieszkiem, który z wielką przyjemnością starłabym mu z tej mordy. Za to moje oczy pewnie zrobiły się wielkie jak spodki. Nie. To nie możliwe. Jak mógł tak własnego syna.
- Jak?- zapytałam jak w transie.
- Po prostu. Włamałem się do komputera głównego i zmieniłem w e-mailach do wszystkich miejsce ataku. Oprócz u was. Miałem nadzieję, że oboje zginięcie, ale to rozwiązanie sytuacji bardziej mi się jednak podoba.
- Dlaczego?- szepnęłam.
- Słucham.- nastawił uszu, ciekawy, co mam do powiedzenia.
- Dlaczego my? Co ci takiego zrobiliśmy?- powtórzyłam, z rosnącym gniewem.
- Po prostu... nie lubię, gdy moje dzieci mają lepiej ode mnie. A Dimka miał. Takiej kobiety jak ty, jeszcze nigdy nie miałem pod sobą.- uśmiechnął się boleśnie.
- I nie będziesz.- warknęłam.
- Jeszcze się przekonamy, KWIATUSZKU.- zaakcentował ostatni wyraz, klepiąc mnie po policzku.- A teraz dobranoc.
Nie miałam pojęcia, o co mu chodzi, dopóki nie poczułam szmatki na twarzy. Starałam się nie oddychać, ale długo tak nie pociągnęłam.
Wzięłam głębszy oddech i poczułam otępienie oraz pulsowanie głowy. Zamknęłam oczy, aby nie drażnić migreny światłem, po czym zapadłam w sen. Ostatnie co usłyszałam, to głos przyjaciółki, ale nie umiałam zrozumieć, co mówi.
Ciemność. To jedyne było wokół mnie. Następnie zobaczyłam komnatę królewską. Na kanapie przede mną siedziały moje dzieci. W pomieszczeniu byli również Lili, Pawka i moi rodzice z maluchami. Diana płakała wtulona w starszego brata. Miałam ochotę pobiec i wyściskać wszystkich po kolei. Ale nie mogłam się ruszyć. Obok mnie siedział Christian, trzymając moją dłoń, ze smutkiem na twarzy. Spuściłam wzrok, choć nie ja. Lissa. Jestem w jej głowie.
- Wiecie coś na temat mojej córki?- spytał zmartwiony staruszek.
- Nie. Na razie nie. Byliśmy tam, gdzie przytrzymywano Dianę, ale nie ma śladu. Jakby nigdy nikogo tam nie było.- w głosie Ozery wyczułam żal i smutek, a mi było miło z tego powodu.
Mimo naszych wiecznych sprzeczek, docenia mnie tak jak ja jego. Jest dobrym przyjacielem i mogę na niego liczyć.
- Rose?- zapytała zaskoczona i szczęśliwa Lissa.- Ty żyjesz!
- Na to wygląda. Ale na razie nic im nie mów.
- Co?! Czemu? Powinni wiedzieć.
- Nie. Właśnie nie. Będą chcieli mnie uratować, a to niebezpieczne, a on mnie i tak zabije, to niech już się z tą myślą pogodzą.
- Oszalałaś?! To twoja rodzina? Wiesz co się z nimi teraz dzieje.
- Posłuchaj. Tak trochę popłaczą, pogrążą się w żałobie, ale będą żyć dalej. A jakby wiedzieli, że żyję, ale jestem więziona przez psychopatę, będą niespokojni, nie prześpią kupę nocy, myśląc co ze mną. Ja tak nie chcę. Proszę, uszanuj to.- dodałam płaczliwym głosem.
- Dobrze.- westchnęła ciężko w myślach.- Ale robię to tylko ze względu na to, że jesteś moją przyjaciółką.
- Dziękuję.- odpowiedziałam spokojniejsza i opadłam w krainę snu.
ROK WCZEŚNIEJ
8 czerwiec. Tej daty nigdy nie zapomnę, bo wtedy ziścił się mój najgorszy koszmar. Przepowiednia Jewy się spełniła.
Wracałam do domu po dniu pełnym zajęć. Jeszcze wieczorem mam wartę. Ale to odciąga choć trochę moje myśli od Dymitra. Mojego kochanego, rosyjskiego kowboja. A tęsknota za nim tak bardzo boli. Jak Nastka tłumaczyła mi kiedyś, na czym polega więź mate u wilkołaków, wiedziałam, że my mamy takie swoje, małe mate. Ból w sercu bardzo mnie niszczy, ale nie mam zamiaru nic z tym zrobić. Zabrał ze sobą cząstkę mnie. Otrząsnęłam się ze złych myśli i weszłam do domu. Muszę być silna dla dzieci.
- Wróciłam.- zawiadomiłam.
- Hej.- powiedziały równocześnie bliźniaki, uśmiechając się do mnie.
- Dzień dobry.- zawołali ich przyjaciele.
Cieszę się, że dzieciaki mają na kogo liczyć, po za naszą rodziną. Podeszłam do sofy i oparłam ramiona o jej oparcie. Wszyscy oglądali telewizję.
- Jedliście już obiad?
- Tak. Masz jeszcze ciepłe na patelni.- powiedziała Nastka.
- Dziękuję.- cmoknęłam ją w policzek i poszłam do kuchni.
Na stole leżało kilka listów. Nałożyłam sobie obiad, po czym usiadłam i zaczęłam przeglądać te wszystkie papiery. Kilka ulotek, jakieś raporty z Dworu i rachunki. Nic nowego. Po zjedzeniu i posprzątaniu, poszłam na górę, przebrać się w coś bardziej domowego. Cała zgraja udała się już do warowni, więc miałam dom dla siebie. Lili z Pawką poszli na randkę. Mają czwartą rocznicę ślubu. Tylko gdzie jest Diana? Może poszła na noc do koleżanki. Wzięłam się za porządki, bo dawno tego nie robiłam, a musiałam jakoś zająć myśli. Nawet nie zauważyłam jak minęły dwie godziny i wrócili Felix z Nastką. Poszli na górę, ale zaraz wrócili do mnie. Akurat sprzątałam salon.
- Mamo. A Diana już śpi?- spytał mój syn.
- A nie nocuje o koleżanki?- zdziwiłam się.
- A miała?- Anastazja była równie zaskoczona jak ja.
- Nie wiem. Nie mówiła wam nic w szkole?- zmartwiłam się.
- Gdyby powiedziała, to byśmy ci powiedzieli.- zapewniła Brunetka.
- Trzeba przeszukać teren szkoły.- zaproponował opanowany Felix.- Może gdzieś się zgubiła, albo jakiś głupi żart.
Bardzo kocha siostry i stara się obydwóm zapewnić szczęście i bezpieczeństwo.
Na pierwszy ogień poszła szkoła podstawowa. Przeszukaliśmy każde pomieszczenie i wypytaliśmy jej wykładowców. Była na zajęciach. Następnie przepytaliśmy każdego, kto jeszcze nie spał. Bliźniaki pobudzili swoich przyjaciół, a ja Sonię i Michaiła. Przeczesaliśmy cały teren szkoły, razem z lasem. Ani śladu. Załamana opadłam na krzesło w kuchni. Czemu nie ma tych psycho-kundlów, kiedy są potrzebne?
- A jeśli jej coś się stało?- martwiłam się.
- Nie martw się. Ma jedenaście lat i jest naszą siostrą. Z zamkniętymi oczami powaliłaby każdego ze swojej szkoły.- próbował pocieszyć mnie Felix.
- A każdy z liceum wie, że miałby do czynienia z nami.- dodała Nastka.
- A nikt obcy nie mógł tu od tak sobie przyjść i ją zabrać.- dokończył jej brat.
- Nie wiem. Mam mętlik w głowie.
- Idź się połóż, mamo. To był ciężki dzień.- popchnęli mnie zgodnie w kierunku schodów.
- A-a-ale ja mam wartę.- przypomniałam sobie.
- Przecież ciocia Sonia dała ci wolne.- powiedział chłopiec.- A skoro tego nie pamiętasz, tym bardziej idź spać.
Więcej się nie opierałam i poszłam od razu się myć. Po szybkim prysznicu, położyłam się do łóżka, pryskając wcześniej poduszkę wodom kolońską męża. Tak łatwiej mi uwierzyć, że jest ze mną. Ale nie mogłam zasnąć. Wciąż wierciłam się z boku na bok, szukając dobrej pozycji. Nagle usłyszałam telefon. Może ktoś znalazł Dianę? Szybko zerwałam się i odebrałam połączenie, zauważając tylko obcy numer.
- Halo?
- Witaj Rose. Słyszałem, że zgubiłaś dziecko.- po drugiej stronie słuchawki odezwał się znienawidzony przeze mnie głos.
- Skąd o tym wiesz?- wysyczałam.- Śledzisz mnie?
- Poniekąd. Ale nie dlatego wiem. Ktoś ma ci coś do powiedzenia. Śmiało przywitaj się z mamusią.
- Mamo! Pomocy! Błagam, niech mnie pan puści.- moje serce zmarło na głos mojej małej córeczki.
- Ty zwyrodnialcu! Skurwysynu jebany! Bez dusza kreaturo! Jesteś gorszy od strzyg! Nie zasługujesz na miano ojca Dymitra.- miałam ochotę rozszarpać go gołymi rękoma.
- Stul pysk, jeśli nie chcesz, aby temu cukiereczkowi coś się stało.- warknął.- A teraz słuchaj uważnie. Uwolnię cię, w zamian za ciebie. Przyjedziesz SAMA do starej tkalni pięć kilometrów na północ od akademii. A tam się rozliczymy.
- A żebyś wiedział.- fuknęłam i się rozłączyłam.
Szybko się przebrałam, schowałam do kieszeni komórkę, a sztylet wsadziłam w wysokie buty. Nikt nie będzie bezkarnie porywać moich dzieci.
- Rose, pomóc ci?- usłyszałam w głowie zmartwiony głos Lissy.
- Nie. Randall to szaleniec. Mam być sama i wolę tego dotrzymać. Nie wiadomo co może zrobić mojej córce, albo ludziom, którzy przyjadą ze mną. To jest sprawa, którą muszę załatwić sama.
Czym prędzej zbiegłam na dół.
- Hej! Ciociu, gdzie tak pędzisz?- zapytał Pawka, zamykając mnie w ramionach, żebym się zatrzymała.
- A wy co tu robicie? Nie mieliście wrócić dopiero rano?- popatrzyłam po obojgu.
- Dowiedzieliśmy się, co się stało i przyjechaliśmy jak najszybciej się dało.- wytłumaczyła Lili
- Nie chciałam wam psuć randki.- trochę zrobiło mi się żal.
- Daj spokój. Taki wieczór można powtórzyć. A tu chodzi o moją siostrzenicę i kuzynkę Pawki. Nie mogliśmy nie zareagować.
- Dziękuję. Jesteście wspaniali. Ale już wiem co się stało.
- Co?!- spytali oboje.
- Jedno imię. Randall
Na chwilę zapadła cisza.
- Jak ja go nienawidzę.- Rosjanin wywrócił krzesło.- Chuj jebany...
- Podał mi, gdzie mam po nią pojechać. I was potrzebuję, żebyście ją później zabrali do domu.
- A ty?- zmartwiła się moja siostra.
- Miałam być sama. I sądząc po nim, to jak tam wejdę, to już nie wrócę.
Przez chwilę stali w szoku
- Ale Rose...
- Nie. Jestem w stanie oddać życie za córkę. O tym właśnie mówiła Jewa.
Między nami zapadła cisza.
- Nie wiem, jak wy, ale ka idę odbić córkę.
I nie czekając ma ich odpowiedz, wyszłam z domu. Następnie wsiadłam w samochód i odjechałam z piskiem opon. Po jakimś czasie zauważyłam w lusterku SUV-a siostry. Teraz wiem, że przynajmniej Diana będzie bezpieczna.
ROSE
Obudziłam się bardzo wyspana, wtulona w mój własny, ciepły kaloryferek. Z uśmiechem otworzyłam oczy i przeciągnęłam się najmocniej jak umiałam, po czym wróciłam do poprzedniej pozycji. Spojrzałam na ukochanego i napotkałam jego wzrok. Patrzył na mnie z uśmiechem. W ręce, którą mnie obejmował, trzymał jeden ze swoich westernów, z zaznaczonym fragmentem, gdzie skończył. Tak bardzo tęskniłam za tymi chwilami. Dotychczas zostawało mi puste, zimne łóżko, przypominające mi o stracie, która zrobiła mi wielką dziurę w sercu. A teraz w końcu każda jego część jest na swoim miejscu. Jak dawniej. Czuję się, jakby nic się nie zmieniło od tamtych dni. No tylko dzieciaki tak trochę urosły. Ale po za tym wciąż mam wrażenie jakbym była tą dziewiętnastoletnią matką, ze swoim zabójczo przystojnym mężem.
- Dzień dobry Roza.- z zamyślenia wyrwał mnie głos tegoż męża.
- Aż wspaniały Towarzyszu.- na nowo się przeciągnęłam, a po chwilę nachyliłam się nad nim, aby cmoknąć go w usta.
Oddał słodką pieszczotę, przedłużając ją.
- Widzę, że moja piękna żona ma dobry humor przed opowieścią.- uśmiechnął się szeroko.
- Weź mi nawet nie przypominaj.- opadłam ciężko na swoją połowę.- Na prawdę musimy o tym mówić?
- Należą im się wytłumaczenia.- zawisł nade mną, z troską i współczuciem.- Ale tortury możesz ogólnie, bez szczegółowych opisów.
Na prawdę nie lubiłam, gdy ktoś mi współczuł, bo czułam się wtedy słaba. Ale po tym co razem przeszliśmy sprawiło, że od niego mogę ją przyjąć. Podniosłam się i wtuliłam się w gorący tors strażnika. Obrócił się na bok, zamykając mnie w swoich bezpiecznych ramionach.
- Cii... spokojnie Roza. Wszystko jest dobrze. Już nikt cię nie skrzywdzi. Po moim trupie.- ostatnie słowa wypowiedział z gniewem i jadem.
Odsunęłam się i cmoknęłam go w policzek.
- Dziękuję, że jesteś.- na nowo się w niego wtuliłam, wdychając wspaniałą woń jego wody kolońskiej.
- Zawsze będę.
Jeszcze trochę tak poleżeliśmy, aż nam się nie znudziło. To znaczy mi, bo jak zwykle nie pomyślałam, żeby zaopatrzyć się w coś do czytania. A Bielikow na wszystko przygotowany.
- No Dymitr... Rusz się.- jęknęłam po raz kolejny, gdy wyszłam z łazienki i zobaczyłam męża w tej samej pozycji nad książką.
- Już chwila. Zaraz kończę rozdział.- nawet na mnie nie spojrzał.
- Albo i całą książkę.- mruknęłam do siebie i weszłam do garderoby.
Założyłam na siebie bieliznę, jeansowe rurki z dziurami i niebieski t-shirt z żółtym słońcem w okularach przeciwsłonecznych. Oczywiście w pokoju nic się nie zmieniło.
- Bielikow! Bo zaraz zabiorę ci tą książkę.- zagroziłam.
- Zachowujesz się jak moja mama.- powiedział obrażony, nie odrywając się od lektury.
- Dziękuję.- to był dla mnie istny komplement.- A ty jak dziecko.
Wystawił mi język, a ja mu odpowiedziałam tym samym, po czym oboje się uśmiechnęliśmy. Dałam mu święty spokój, a sama usiadłam przed toaletką i nucąc sobie pod nosem, zaczęłam czesać włosy. Następnie założyłam medalik od ukochanego z rocznicy, kolczyki od Lissy, na pierwsze z moim już wtedy mężem święta i pierścionek zaręczynowy z obrączką. Zrobiłam lekki makijaż, bo mimo wszystko jestem już dorosła i muszę zakrywać niedoskonałości oraz oznaki starości.
- Mógłbyś zrobić coś do jedzenia, bo jestem głodna. I reszta domowników pewnie też.
- Czemu ja?- spytał obojętnie, przywracając stronę.
Wskoczyłam obok niego na łóżko i zabrałam mu książkę, po czym szybko wstałam, żeby mi jej nie wyrwał.
- Ej!- wydał z siebie jęk oburzenia.
- Ponieważ- zaczęłam, podchodząc do szafki i z jednej wyciągając zakładkę.- Ty najlepiej gotujesz na caaaałym świecie.- odłożyłam książkę na biurku.- I nie marudź, bo do tego możesz wrócić. A teraz hop! Do góry!
- Co za okropna kobieta.- w końcu zwlekł się z łóżka.- Najpierw mnie wymęczyła w nocy, a teraz nawet pospać sobie nie można.
Gdy tylko do mnie podszedł, pacnęłam go w tył głowy.
- Ty sobie uważaj, bo więcej dzieci nie będzie.
- Och! Daruj Pani!- upadł przed mną na kolana w błagalnym geście.- Czy wybaczysz, My Lady, swemu uniżonemu słudze, jego jakże haniebny występek?
Podrapałam się po brodzie, udając, że myślę nad tym.
- Hymn... Zastanowię się. Jeśli Mój Lord zrobi w końcu coś do jedzenia...- na potwierdzenie zaburczało mi w brzuchu, na co oboje się zaśmieliśmy.
- Oj, chyba muszę, bo ten potworek zaraz zje mi wszystkie książki.- udał przerażenie, wstając z podłogi i wchodząc do łazienki.
Od razu weszłam za nim.
- No wiesz... słyszałam kiedyś, że są dobre i pożywne.
- Tak? A od kogo?- spytał z kpiącym uśmiechem.
- Od Ralfa, który wciąż je wcinał.- zaczęliśmy oboje się śmiać.
- Czy moja ukochana żona, ma ochotę potowarzyszyć swojemu seksownemu mężowi podczas prysznica?- z pomiędzy drzwi kabiny, wychyliła się mokra głowa mojego ukochanego.
- Przykro mi, ale miałeś swoją szansę.- posłałam mu buziaka i wyszłam.
Schowałam komórkę do kieszeni i zeszłym na dół, zrobić sobie z przyzwyczajenia kawę. Kiedyś nie sądziłam, że będę ją pić, ale po przyzwyczajeniu się do smaku, naprawdę daje kopa. Zrobiłam po filiżance dla mnie, Felixa, Lili, Pawki, Dymitra i Alice. Nastce i Dianie na wstępie zrobiłam Rosyjską czekoladę, ale nie wiedziałam, co z Jack'em. Właśnie wszystko zalewałam wrzątkiem, gdy do kuchni wszedł Bielikow, pogrążony w rozmowie ze szwagierką i kuzynem. Każdemu podałam jego kubek.
- Nie mogę się przyzwyczaić, że to pijesz.- westchnął strażnik.
- Napój jak każdy inny.- wzruszyłam ramionami.
- Ehh... No dobra. To co na śniadanie?
- Kaszę manną.- zawołały nasze dzieci, dołączając do nas.
- Może być.- uznała moja siostra.
- Tak. Mi pasuje.- zgodził się z nią jej mąż.
- Jack, a ty co chcesz do picia?- spytałam przez gwar.
Może nie było nas dużo, ale Rosjanin od razu wziął się do pracy, a kuchnię zajmowały w dużej mierze wysepki kuchenne i blaty, przez co wystarczyło te dziewięć osób, aby zrobiło się zamieszanie.
- Może być kawa, proszę pani.
- Nie.- zaprzeczyła nasza córka.- Musisz spróbować Rosyjskiej czekolady.
- Okey.- wzruszył ramionami.
Zrobiłam mu napój i podałam.
- Dziękuję.- upił łyk.- Umm... dobre.
- Mówiłam.- Anastazja wypięła dumnie pierś.
- I Jack.- skupiłam na sobie jego uwagę.- Nie żadna pani. Mów mi Rose, albo od razu mama.
- Dobrze... Rose.
- Dobra.- odezwał się mój ukochany.- Wszyscy mają picie, to wypad do jadalni, albo gdzie tam chcecie, bo szef kuchni potrzebuje miejsca.
- To chodźmy do ogródka, na świeże powietrze.- postanowiła Lili, a reszta posłusznie za nią poszła.
Przytuliłam się do pleców męża.
- A szef kuchni pozwoli swojej królowej pomóc?- spytałam.
- Będę zaszczycony.- zaśmialiśmy się i zaczęłam robić kanapki.
Po śniadaniu, przyjechała reszta naszej rodziny i przyjaciele. Wszyscy chcieli wiedzieć co się z nami działo. Ze swoimi kubkami usiedliśmy przy kominku, bo ten pokój jest największy i akustycznie dobry do opowiadań. Z Dymitrem zabraliśmy się za opowieść...
___________________________________________________________
Oczywiście wiem, że sama opowieść Romitri wam nie starczy, dlatego od następnego rozdziału zrobimy podróż w czasie i przeżyjemy wszystko z nimi. Od zniknięcia Rose, do samego stanięcia przed domem w akademii. Mam nadzieję, że wam się spodoba. Pozdrawiam i do przeczytania 💖💖💖💖
Jest trochę kurzu, ale, jak w reszcie domu, widać, że kilka tygodni temu było sprzątane. Tu też nic się nie zmieniło. Rozsiadłem się w swoim fotelu zakładając ręce za głowę.
- Słuchaj Jack...- spojrzałem na moroja stojącego przede mną.- Usiądź sobie.
Blondyn wziął krzesło spod ściany i niepewnie przystawił je po drugiej stronie biurka.
- Na początek powiedz mi, jakie masz zamiary wobec mojej córki?- nachyliłem się w jego kierunku.
- Poprosiłem ją, aby została moją strażniczką. Bardzo chciałbym w przyszłości założyć z nią rodzinę.- powiedział pewnie.
- Nie przeszkadza ci, że jest dampirzycą?- uniosłem jedną brew.
- To nie ma znaczenia.- zapewnił.- Kocham ją nad życie i mimo tak krótkiego czasu, wiem, że nie chcę nikogo innego. Rozumiemy się bez słów i zawsze możemy na siebie liczyć.
Zastanowiłem się chwilę.
- Jeśli kiedykolwiek ją skrzywdzisz, zobaczę, ze płacze z twojego powodu, to ci nogi z dupy powyrywam.- ostrzegłem.
- Nie mam zamiaru jej krzywdzić. Każda jej łza smutku, sprawia mi ból. Sam nie pozwolę nikomu jej skrzywdzić.
Zmrużyłem oczy, patrząc na niego uważnie.
- Co masz mi do powiedzenia na temat wczorajszej nocy?
- Nic.- na jego odpowiedź brwi poleciały mi do góry.- Jesteśmy dorośli, kochamy się, więc nie widzę w tym nic złego, że uprawiamy sex. Strażnik też nie czekał do ślubu.
- Teraz rozmawiamy o tobie, a nie o mnie.- zauważyłam spokojnie.- A wracając do tematu ślubu...
- Jeszcze nie wiem, kiedy się oświadczę. Teraz jest za wcześnie i boję się, że nie przyjmie. Dlatego wolę poczekać, żeby nie czuła na sobie presji. A dzieci oczywiście pokocham tak mocno jak tylko można. Bo w czym moroje są lepsi do kochania od dampirów. Chciałbym nawet teraz, ale wiem, że Anastazja woli trochę poczekać, choć byłaby świetną matką. Z dwa, trzy lata. I na pewno po ślubie.
Nie spodobało mi się to, ale taka jest kolej rzeczy. Wychowujemy dzieci nie dla siebie, a dla ludzi, którzy nam je odbiorą. A myśl, że mogę być dziadkiem sprawiła, że poczułem się strasznie stary.
- A czym chcesz się zajmować w przyszłości?- kontynuowałem.
- Najpewniej przejmę firmę ojca, choć wolałbym zostać sportowcem. Ale to nie ode mnie zależy.- spuścił głowę.
- Czemu?- uniosłem jedną brew.- Nie może ktoś inny jej przejąć?
- Nie ma kto. Ojciec od początku na mnie wywiera presję, dlatego nie chcę być jak on. Nienawidzę go za to, co robił mi całe życie.
- Znęcał się nad wami?- wystraszyłem się.
Zdążyłem polubić tego chłopaka.
- Nie, nie, nie! Nic z tych rzeczy.- zaprzeczył szybko.- Po prostu od zawsze chciał, żebym był najlepszy i miałem tysiące zajęć dodatkowych, bez chwili odpoczynku. Niekiedy mama dawała mi trochę luzu. Później już odpuścił i zostawił te, co uznał, że przydadzą mi się w prowadzeniu firmy. Wtedy zacząłem potajemnie zajmować się sportem, ale gdy zaczęło być o mnie głośno, zauważyli i ojciec zabronił mi. Dopiero gdy obraził Nastkę, postawiłem mu się i wprowadziłem z domu. Postawiłem prosty warunek. Wrócę, gdy zaakceptuje moją dziewczynę. I dopiąłem swego.
Dobra. Przyznaję, zaimponował mi. Nawet miły z niego chłopak i umie walczyć o miłość.
- Ostatnie pytanie.- zrobiłem efektowną pauzę.- Czy będziesz umiał mówić mi tato?
Wstałem i z uśmiechem podałem mu dłoń. On również wstał z widoczną ulgą i radością, ściskając moją rękę.
- Z największą przyjemnością TATO.- zaśmialiśmy się.
- Tylko pamiętaj.- spoważniałem.- Jeśli ją skrzywdzisz...
- Tak, tak, wiem.- westchnął jakby znudzony.- Ty wyrwiesz mi nogi, Felix mnie wykastruje, Ash obije twarz, Alice stopie tyłek, Oliwia sprzeda moją nerkę, a Rosalie utopi w łyżeczce wody.
Wow! Nie wiedziałem, że aż tyle osób troszczy się o moją kochaną księżniczkę. Cieszę się, że kiedy mnie przy niej nie było, miała na kogo liczyć. Oczywiście wierzyłem w żonę, ale san wiem, że nie wszystko mówi się rodzicom. Dlatego dobrze, że ma takich przyjaciół. Poklepałem go po plecach i razem wyszliśmy. Gdy schodziliśmy na dół, dobiegł nas krzyk księżniczki.
- UDAŁO SIĘ!
Wszyscy zjawiliśmy się koło niej. Rozglądnęła się niepewnie po nas, a następnie obrócił ostatni pasek. Usłyszeliśmy ciche piknięcie. I czerwona ściana odskoczyła do góry, ukazując wnętrze kostki. Dobrze wiedziałem, co jest w środku. Wyciągnęła małą karteczkę i patrzyła na nią z uśmiechem.
- No czytaj!- pogoniła ją Alice.- Co tam jest
- Mógłbym dać ci wszystko. Nawet gwiazdkę z nieba.- przeczytała.- Dla księżniczki, od taty.
Spojrzała jeszcze raz do środka kostki i wydobyła małe, zamszowe pudełeczko. Otworzyła je, a oczy jej zabłysły. Wyciągnęła małą, diamentową gwiazdkę.
- O matko!- zawołał Felix.- To prawdziwy diament?
- Tak.- odpowiedziałem dumnie.- To zawieszka do każdej biżuterii.
- Jest... jest piękny.- brunetka aż się popłakała ze szczęścia i uścisnęła nas mocno.
- Ja tam nie potrzebuję diamentów. Wystarczy, że mam was.- uśmiechnął się Felix, a my z Rozą zmarszczyliśmy czoła.
- Lili?- moja żona spojrzała pytająco na siostrę.
- A tak. Było takie zamieszanie, że kompletnie zapomniałam, ale mam to przy sobie.- moja szwagierka pobiegła na górę.
Po chwili wróciła i podała siostrzeńcowi pudełko z układanką na wierzchu. On ucieszy od razu zabrał się za układanie.
- Ej, a czemu nie dostałem go wcześniej, jak Nastka?- spytał po chwili.
- Bo nie doczekało by urodzin.- zauważyła jego siostra.
Felix wzruszył ramionami i wrócił do układanki. Nie zajęła mu długo i mógł otworzyć wieczko.
- Diamentowa kulka.- ucieszył się.- Idealna do mojej kolekcji.
- Przecież ty zbierasz figurki kowbojów.- zdziwił się Jack.
- No tak. Bo kulki już miałem wszystkie. No... prawie- z zachwytem patrzył na swój nowy nabytek.
- Dobra dzieciaki.- klasnąłem w ręce.- Najedzone, wybawione, to do łóżek.
Wszyscy poszli na górę. Na korytarzu minęło mi, jak Zeklos wnosi moją córkę do pokoju. O nie! Nie ma mowy! Już chciałem tam iść, gdy poczułem kila par rąk ciągnących mnie i wpychających do sypialni. Gdy przekroczyłem próg, zostały tylko dwie, delikatne dłonie, które wszędzie bym rozpoznał.
- Roza. Wiem, że ci mało, ale tam Jack i Księżniczka...- chciałem mówić dalej, ale przerwały mi słodkie usta ukochanej.
A ja nie umiałem nie odwzajemnić pocałunku. Po chwili podniosłem ją i położyłem na łóżku.
- Oni sobie poradzą. A twoja spragniona żona, chce się tobą nacieszyć po tych dwunastu latach.
- Przez ostatnie miesiące ci mało?- zaśmiałem się.
- Zawsze mi będzie mało.
Na nowo zaatakowała moje usta, ale ja próbowałem jednak ją odsunąć.- Dymitr! Od jednego stosunku nie zachodzi się od razu w ciążę. Inaczej mielibyśmy już z ósemkę dzieci. A mamy tylko trójkę.
- Masz rację.- zastanowiłem się chwilę, po czym uśmiechnąłem się jak szaleniec.- Trzeba to nadrobić.
- Nie o to mi...- tym razem ja nie pozwoliłem jej dokończyć i zacząłem ją rozbierać. Włożyłem ręce pod bluzkę Rozy, masując jej brzuch, na co jęknęła zadowolona. Wszedłem na plecy i znalazłem zapięcie od stanika, po czym jedną ręką uwolniłem jej piersi. Szybkim ruchem zdałem go, razem z bluzką i przyssałem się jej do sutków. Uwielbiam, gdy Roza jęczy moje imię i wije się pode mną, tak jak w tej chwili. Zacząłem rozpinać jej spodnie, a ona moje. Po chwili nasze ciała złączyły się w miłosnym i dzikim tańcu.
Nie wiem ile jechaliśmy, bo zasnęłam, ale obudziłam się pod domem, gdy już świeciło słońce. Wyszłam i przeciągnęłam się, słysząc jak mi trzeszczy w stawach.
- Ktoś tu się starzeje.- zachichotał mój brat.
- Żebym ja ci zaraz nie zestarzała. Ciekawe jak ty byś się czuł po kilku godzinnym spaniu w samochodzie.
- Nie wyglądało jakby było ci nie wygodnie.- zauważył z kpiącym uśmiechem.
- To prawda. Kolana Jack'a są bardzo wygodne. Chcesz spróbować.
- Jedna wspólna noc, a już się mnie pozbywasz?- ukochany objął mnie od tyłu ramionami i pocałował w skroń.
- Masz rację. Już nikomu cię nie oddam.- wymruczałam, wchodząc z nim do domu.
Rodzice stali i wszystko oglądali z czułością. Tato przytulił mamę, całując ją w czoło.
- Ale tu dawno nie byliśmy.- westchnęła melancholijnie strażniczka.
- No. Nic się nie zmieniło.
- Po za mnóstwem kurzu.- zauważyłam.
- I zarośniętego ogrodu.- dodał Felix.
- Trzeba będzie zrobić tu porządek po przeprowadzce.- mruknął Rosjanin.
- Chwila! Jakiej przeprowadzce?!- spojrzałam wystraszona na rodziców.
- Spokojnie księżniczko.- tato stanął przede mną.- Jak zdacie egzaminy. Już nigdy was nie zostawimy.
- A co ze mną?- zza jego nogi wychyliła się Diana.
- A ty kruszynko,- strażnik podniósł ją jak pannę młodą.- pojedziesz z nami na niezapomniane wakacje.
Zaczął się z nią kręcić, a ona śmiała się w głos. Wszyscy patrzyli na to uśmiechając się szeroko.
- Naprawdę trzeba zrobić wam jakieś zdjęcie rodzinne.- w drzwiach stanęła ciocia Lissa.- No już ustawić się.
Tato usiadł na sofie, sadzając sobie mamę na kolanach. Ciocia Lili i wujek Pawka usiedli obok nich, wtulając się w siebie. My zajęliśmy miejsca w ich nogach, w takich samych pozach. Ja z Alice ze stopami na zewnątrz, scedzając na nogach i popierając się na jednej ręce, a chłopcy za nami, obejmując nas w pasie. Diana była pomiędzy nami. Królowa stanęła przed nami i zrobiła nam zdjęcie. Otworzyłam medalik i postanowiłam, że ta fotografia musi się tam pojawić.
- No dobra.- Rosjanin zatarł dłonie.- Jeszcze coś na kolację, przeprowadzę sobie rozmowę z Jack'em i możemy iść spać.
- Tato!- oburzyłam się.
- Nie przejmuj się.- ukochany objął mnie ramieniem.- Przecież od początku było wiadomo, że tak będzie. Jestem na to gotowy. Może pomóc strażnikowi w kuchni?
- Nie radzę.- zaprzeczyłam, wskazując na moroja.- On wszystko może spalić.
- A naleśnikami to się zajadałaś.- burknął blondyn.
- No dobra.- przewróciłam oczami.- To jedno, umiesz robić.
- Umiem robić też co innego.- powiedział znacząco poruszając brwiami.
Pacnęłam go w ramię i skierowałam się do schodów. W połowie drogi poczułam, że lecę w górę i wylądowałam w ramionach chłopaka.
- Zeklos! Puść mnie!
- Nie ma mowy Hathaway. Już nigdy się od ciebie nie odczepię...
DYMITR
- Ach te dzieciaki.- do kuchni weszła Roza, opierając się o wysepkę kuchenną.- Sama słodycz.
Mimo tylu lat, wciąż jest tak samo piękna i atrakcyjna. Podszedłem i objąłem ją w tali, po czym zacząłem całować po szyi.
- Przynajmniej nie jest nudno.- mruknąłem, nie przerywając bardzo przyjemnej czynności.
- To ciekawe, ze trzynaście lat temu przeprowadziliśmy taką samą rozmowę.- zachichotała.
Odsunąłem się, patrząc na nią z czułym uśmiechem. W jej oczach była miłość i radość. Dobrze wiedziałem, jak się teraz czuje. Położyłem dużą dłoń, na jej drobnym policzku, a ona się w nią wtuliła, zamykając oczy.
- To świadczy o tym, że mimo zmieniającego się świata, nasza miłość się nie starzeje.- Na moje słowa otworzyła oczy.
- Ja tiebia liubliu tovarishch.
- Ja tiebia toże liubliu Roza. A teraz na serio biorę się za obiad. Chcesz mi pomóc?
- Z przyjemnością.
Po godzinie podaliśmy ryby z warzywami i zawołaliśmy wszystkich ma posiłek. Podczas obiadokolacji toczyły się luźne tematy, ale to co się wydarzyło przez ostatni rok obiecaliśmy wyjaśnić jutro.
- To może powiecie mi, jak zaczęliście się spotykać.- spytałem Zeklosa.
- Tato! Zaczynasz?- oburzyła się moja księżniczka.
- Tak.- powiedziałam z uśmiechem, na co ona westchnęła i wróciła do jedzenia.
- No cóż. To było dość nietypowe. Wszystko dzięki temu, że dostaliśmy siebie jako przydział na zajęcia polowe. Przez pierwsze trzy dni w ogóle się do siebie nie odzywaliśmy i robiliśmy sobie na złość, choć po cichu podziwiałem każdy jej ruch i walkę.- popatrzył na brunetkę z uśmiechem.
- Głównie ty robiłeś mi na złość.- zaśmiała się.
- Tak? A kto całował się z Ashem, żeby mnie wpienić?
- Ciii...- wszyscy zaczęli się śmiać.
I ja nie mogłem powstrzymać kącików ust od powędrowania w górę. Jest tak bardzo podobna do Rozy. I tak samo oboje próbowaliśmy, może to i podświadomie, wywołać swoją zazdrość. Moja mała księżniczka. I ja mam ją oddać. Los jest niesprawiedliwy.
- A co było dalej?- dociekała moja ukochana.
- Wszystkiego w sumie rozwiązał alkohol i dyktafon.- zaśmiał się piwnooki.
- Jack upił się w klubie, do którego co jakiś czas jeździliśmy.
- Zabieraliście ich do klubu?- spojrzałem zszokowany na Lili.
- Lepiej, żeby pili pod naszym okiem, niż chwali się po krzakach w lesie.- zauważył Pawka, a ja musiałem mu przyznać rację.
Pokazałem córce, by kontynuowała.
- No i przyczepiła się do niego strzyga. Nie mogłam go tak zostawić, więc gdy tylko wyszli na zewnątrz, zaczęłam z nią walczyć. Gdy ją zabiła, postanowiłam zabrać Zeklosa do szkoły. Po drodze zaciągnął mnie na parkiet, ale później od razu wróciliśmy. W pokoju po pijaku wyznał mi miłość.
- A że dość często urywa mi się film, dla bezpieczeństwa nagrywam całą noc na dyktafon, żeby potem ktoś mi nie wmawiał coś, czego nie było. Ostatecznie rano wszystko sobie wyjaśniliśmy i zakopaliśmy topór wojenny. Później zaprosiłem ją na randkę, a tam zgodziła się być moją dziewczyną.- popatrzył z miłością na naszą córkę.
Nagle moja księżniczka zerwała się na równe nogi.
- KOSTKA RUBIKA!- krzyknęła i poleciała na górę.
Uśmiechnąłem się szeroko do ukochanej. Pamiętała. Po chwili brunetka dołączyła do nas, pokazując układankę.
- Dasz mi to w końcu ułożyć?- Fel Felix spojrzał na siostrę błagalnie.
- Nie ma mowy.- żachnęła się i zajęła zabawką.
- To my może damy jej się na tym skupić, a my sobie porozmawiamy.- poklepałem ukochanego córki po ramieniu.
- Dobrze.- westchnął i wstał.
Po drodze ucałował moją córkę w skroń. Weszliśmy na górę, a później do mojego gabinetu.
- Zatrzymaj się.- poleciłam.- Teraz ja usiądę za kółkiem. Zostań w środku.
Wyciągnęłam sztylet, a na jego widok Jack otworzył oczy. Już miałam wychodzić, gdy złapał mnie za ramię.
- Uważaj na siebie.- cmoknął mnie w usta.
- Spokojnie. Nic mi nie będzie.- uśmiechnęłam się do blondyna.
Wysiadłam i odeszłam samochód. Złapałam klamkę po stronie kierowcy i już miałam nacisnąć, kiedy szybę rozbił kamień. Odwróciłam się gotowa do ataku i zamarłam. Mnóstwo strzyg otoczyło nasze auto. Została ostatnia deska ratunku.
- Nie martw się. Jedziemy. Musisz wytrzymać.- usłyszałam brata.
- A daleko jesteście.- spytałam, rozglądając się nerwowo, gotowa do ataku.
- Jakbyście pojechali w głąb lasu, a później na drogę i prosto, a później...
- Dobra, rozumiem. Mam im uciec. Nic trudnego.- mruknęłam z sarkazmem.
- No sama z nimi nie wygrasz, a zanim wszystkie spalisz, zabraknie ci sił.
Miał rację. Wytworzyłam wokół pojazdu pierścień ognia, po czym szybko wsiadłam. Zapięłam pasy i złapałam za kierownicę, oddychając głęboko.
- Trzymaj się.
Zgasiłam ogień i obróciłam samochód w stronę skąd przyjechaliśmy. Przed nami pojawiła się tamta furgonetka. Skupiłam się, wciskając gaz do dechy, aż wbiło nas w fotele
- Nastka!- krzyknął wystraszony chłopak.- Rozbijemy się!
Nie zwracała na niego uwagi. Byliśmy coraz bliżej. Zaczęłam odliczać. Pięćdziesiąt metrów, czterdzieści... trzydzieści... dwadzieścia... w ostatniej chwili wytworzyłam rampę z ziemi i przy pomocy telekinezy pomogłam aucie wbić się wyżej. Przeskoczyliśmy pojazd strzyg, który rozbił się o skalną rampę. Wylądowałam z lekkim szarpnięciem i jechałam dalej. Nagle zauważyłam za sobą nowe pięć aut. No se chyba żarty robią.
- Umiesz szybciej autko. Dajesz, wiem, że potrafisz.- mówiłam, używając wpływu.
- Szybciej się nie da.- marudził Zeklos.
Po kilku minutach samochodów przyspieszył, a ja uśmiechnęłam się triumfalnie. Tak. Umiemy też wpływać na maszyny. Takim o to sposobem mgneliśmy między drzewami, uciekając pościgowi. Wjechałam na wzniesienie, ale te nagle się skończyło. Zaczęliśmy spadać, co chwilę odbijając się od ziemi i robiąc fikołki w powietrzu. Gdy w końcu wylądowaliśmy, silnik zgasł i nie chciał odpalić. Po chwili z pod maski wydobył się biały dym. No świetnie. Wzięłam broń i opuściliśmy pojazd.
- No nie. Dopiero co go dostałem.- mój ukochany rozpaczał nad maszyną.
- Ciesz się, że ty nie jesteś w takim stanie. Nic ci nie jest?- spytałam zmartwiona.
- Nie. A tobie?
- Też nie.- za plecami chłopaka zobaczyłam czerwone oczy.- Uważaj.
Odsunęłam go i zaczęłam walczyć ze strzygą. Po jakimś czasie leżała martwa.
- Właź do środka.- wepchnęłam go na tylne siedzenie mercedesa.- skul się na dole i nie pokazuj się.
- Przecież wiedzą, że tu jestem. Po za tym też umiem panować nad ogniem.
- Już raz oddałeś za mnie życie. Twój limit się skończył.
- A twój?- uniósł jedną brew.
- Mój jest nieograniczony.
Usłyszałam pękającą gałąź, więc szybko się obróciłam, zatrzaskując drzwi. Zaczęłam walkę z krwiożerczymi bestiami. Wymienialiśmy ciosy, co jakiś czas przeciwnicy padali na ziemię.
- Po prawej.- krzyknął Jack.
Odwróciłam się i zobaczyłam otworzone w bólu usta strzygi, która po chwili upadła martwa. Za nią stali rodzice ze strażnikami i Felix. Wszyscy rzucili się w wir walki. Pół godziny później wszystkie strzygi leżały sztywno na ziemi. Nim się obejrzałam, rodzice wzięli mnie w ramiona.
- Nastka.- zawołała spanikowana mama.- Nic ci nie jest? Jesteś cała? Tak się baliśmy.
- Jest dobrze.- zapewniłam.- Mieliśmy szczęście, że przyjechaliście.
- Dałabyś sobie radę.- szturchnął mnie brat.
- I dlatego wszystkich przyprowadziłeś?- uniosłam jedną brew.
- Uparli się, żeby zebrać taki zespół.
- A gdzie Jack?- spytała mama.
- Tu jestem.- stanął za mną i objął mnie w pasie.- Dziękuję za troskę.
Jednak widzą minę mojego taty uniósł ręce do góry, pokazując, że nic nie robi.
- Nie liczcie na wspólny pokój w naszym domu.- mruknął Rosjanin, po czym przytulił mocno.- Dobrze, że nic ci nie jest Księżniczko.
Nie uszło mojej uwagi, że zaakcentował ostatnie słowo. Westchnęłam ciężko.
- Tato, nie musisz być zazdrosny o Jacka. Zawsze będę twoją małą księżniczką.- pocałowałam go w policzek.- Nigdy się od ciebie nie odsunę.
- Ja bym ci nawet na to nie pozwolił.- prychnął.- Już nigdy was nie zostawię.
Nie rozumiem jak mogli uważać go za poważnego. Na służbie to tak, ale w domu zawsze zachowywał się jak nastolatek, albo gorzej. Mama zawsze się śmiała, że musi się zajmować trójką, a nie dwójką dzieci. Najlepsze było, jak dorwaliśmy się do bajek...
RETROSPEKCJA.
Właśnie z bratem i tatą oglądaliśmy kolejny odcinek super cyfr. Uwielbiamy to oglądać.
- Obiad!- z kuchni dobiegł krzyk mamy.
- Za chwilę!- odkrzyknęłam z Felixem.
- Dymitr! Zajmij się maluchami.
- Ehem...- mruknął, wpatrzony w ekran, a my zachichotaliśmy.
Nie wiem ile minęło, ale zdążyli uruchomić łamiłbebka, kiedy przed nami pojawiła się mama.
- Czemu mnie to nie dziwi?- westchnęła.
- Zaraz się skończy. O patrz. Teraz sześć będzie strzelać laserami.- powiedział z uśmiechem tato.- Oj, no już nie przewracaj tak oczami, tylko chodź na kolanka.
Nie musiał długo jej zachęcać, choć trochę się opierała. Wstaliśmy i usiedliśmy jeszcze na kolanach taty, po obu stronach mamy, a on nas objął. Tak przytuleni oglądaliśmy bajkę.
Koniec Retrospekcji.
Pamiętam, że gdy na dół zbiegła ciocia Lili i mimo złego humoru z rana (wiek buntowniczki), uśmiechnęła się i zrobiła nam zdjęcie.
- Dobra rodzinko.- od tyłu przytuliła nas mama.- Czas do domu. Naszego domu.
Więcej nie mówiąc, odwróciła się i odeszła kręcąc tyłkiem. Tato szybko ją dogonił, po czym klepnął jej tyłek. Mama podskoczyła, gromiąc strażnika wzrokiem, a następnie oboje się pocałowali. Pokręciłam rozbawiona głową, ale byłam szczęśliwa, że mam taką niezwykłą i zawsze kochającą się rodzinkę, mimo upływu lat. Ich uczucia wciąż są tak samo mocne, a może i mocniejsze, niż gdy brali ślub. Jack objął mnie od tyłu w i złożył pocałunek na mojej szyi. Uśmiechnęłam się do niego, po czym splotłam nasze dłonie i pociągnęłam do SUV-a.