niedziela, 26 marca 2017

ROZDZIAŁ 32

Proszę, oto i drugi.
___________________________________________________________
Niedługo po śniadaniu, wpadły do nas Diana i Molly. Dziewczynki bardzo się polubiły i brunetka postanowiła oprowadzić młodszą koleżankę po terenie szkoły. Traktowała ją jak młodszą siostrę, bardzo się o nią troszcząc. Umiłowanie do zwierząt i dzieci to chyba u nas rodzinne. Ale tylko w naszej lini. Może to dzięki temu błogosławieństwu, co to rodzice dostali. Jesteśmy pierwszymi dziećmi dampirów i sami możemy mieć z nimi dzieci. To chyba wpływa na to, że dbamy o te małe istoty, bo moglibyśmy ich nie mieć. Tak samo to poprawiło nasze kontakty ze zwierzętami, w końcu Luna sama jest zwierzęciem. Przez ten cały czas skończyłam portret ukochanego, narysowałam nas, jak wczoraj staliśmy przed lustrem, dotykając mojego "brzucha" i Jack'a tulącego Molly. Blondyn ubłagał mnie do zrobienia autoportretu. Stałam na nim oparta o drzewo, a z tyłu leżała wilczyca. Sięgnęłam po brązową kredkę i chciałam pokolorować nią zwierzę, ale wyrwał mi ja Zeklos.
- Co ty wyprawiasz?- krzyknęłam na niego bardziej zdziwiona, niż oburzona.
- Czekoladowy? O nie. Jak ja jestem Alfą, to ty też musisz być.
Westchnęłam i wzięłam kredkę biało-niebieską jak lód. Zrobiłam kilka pociągnięć nadając teksturę sierści.
Od razu wpadłam na inny rysunek, który wiedziałam, że zajmie mi dłużej. Już to widziałam. Na pierwszym planie ja i mój ukochany, trzymamy się za ręce, patrząc sobie w oczy. Jesteśmy w lesie, a za nami jest skalne wzgórze, na którym nasze wilki wyją na tle księżyca. Od razu rysować, ale gdy tworzyłam już tło, zadzwonił telefon chłopaka.
- Tak?... Okey, zaraz będziemy.- rozłączył się.- Moja mama już jest.
- Co?!- wstałam jak poparzona.- A ja nawet nie jestem gotowa.
Pobiegłam do łazienki, chwytając czyste ubrania. Szybko wzięłam prysznic i się uczesałam. Założyłam fioletową bluzkę z kwiatami w lewym dolnym rogu i jasne jeansy. Wyszłam i trzymając moroja za rękę zbiegliśmy na dół.
- Tak w ogóle, ładnie wyglądasz.- powiedział, równając się ze mną.
- Dzięki.- uśmiechnęłam się.
W salonie nasi przyjaciele siedzieli, grając w mafię.
- Ej, czemu nas nie zawołaliście?- spytałam z żalem.
- Felix mówił, że jesteście za bardzo zajęci sobą.- zaśmiał się Ash.
- Gdybyś miał otworzone oczy, kochanie, widziałbyś że zostałeś zabity przez własną siostrę.- zachichotała Alice, która musiała robić za prowadzącą grę.
Brunet złapał się teatralne za serce, wykrzywiając twarz w bólu, po czym opadł luźno na krzesło, wystawiając język.
- My idziemy załatwić kilka spraw.- zaczęłam.- A jak wrócimy...
- To będzie obiad.- przerwała mi ciocia, wychodząc z kuchni.
- A później dołączamy się.- dokończyłam.
Nagle poczułam ucisk na nodze. Spojrzałam w dół, a tam mała blondyneczka, patrząca na mnie piwnymi oczkami. Wzięłam ją na ręce, a ona wtuliła się we mnie.
- Co jest kochanie?- spytałam.
- No no, Hathaway.- zaśmiał się czarnowłosy.- Wiedziałem, że wasze dzieci będą szybko rosły, ale aż tak.
- Zamknij... dziób, Iwaszkow.- opanowałam się, przypominając sobie, że mam pięciolatkę na rękach.- To moja szwagierka.
- No wiesz co? I na ślub nie zaprosić?- udawał obrażenie Tomas.
- A ty jak siostry pilnujesz, że ci ją do Las Vegas porwał?- Dominik zakpił z mojego brata.
- Spokojnie. Ja wciąż mam ją na oku.- uśmiechnął się cwanie do Jack'a.
Ten tylko prychnął, ale nic nie powiedział. Postawiłam małą na podłodze i złapałam ją za rączkę.
- Chodź, idziemy do mamusi.- powiedziałam z uśmiechem.
- Mogę też iść?- spytała Diana.
- Pewnie.- blondyn podał jej dłoń, którą chwyciła.
Moja siostra złapała jeszcze Molly i mogliśmy iść.
- WOW! Dzieciaki, nie tak prędko. Czy ja mam omamy?- w progu stanął Pawka.
- Wyglądają jak prawdziwa rodzina, co nie strażniku Bielikow?- zaśmiała się Rozi.
- Masz rację. Tylko trochę dzieci za duże jak na wasz wiek.
- Dajcie już spokój!- wkurzyłam się.- Jak będę chciała mieć dzieci, to będę miała!
- O... NPS się zbliża.- zaśmiał się Felix, za co pacnęłam go w głowę.
Z siostrą pociągnęłam zdezorientowaną dwójkę i wyszliśmy na dwór.
- Jak ten mój brat mnie czasem denerwuje.- fuknęłam, gdy dziewczynki się rozbiegły.
- A mówił prawdę?- spytał Zeklos, obejmując mnie.
- Z czym?- zmarszczyłam brwi.
- Z okresem.- poruszył zabawnie brwiami, na co się zaśmiałam.
- Tak.- zachichotałam.
- Oho. To chyba muszę się przygotować na twoje humorki.- wbił mi palec w bok, na co podskoczyłam i oboje się zasialiśmy.- Kocham Cię.
- Ja ciebie też.- mruknęłam.
- Ja też Cię Kocham.- Molly wskoczyła na mnie i przytuliła z całych sił.
- Co Hathaway.- spięłam się, słysząc ten piskliwy głosik.- Wyszło na jaw, jak wielką dziwką jesteś? Myślisz, że Jack pokocha twoją małą smarkulę. A może ją adoptowaliście, bo jesteś takim mutantem, że nawet zajść w ciążę nie umiesz?- zarechotała Maddy, a z nią cały jej wianuszek.
Widziałam jak Oliwia i mój ukochany zaciskają pięści. Postawiłam morojkę na ziemi i posłałam siostrze porozumiewawcze spojrzenie. Kiwnęła głową, po czym pociągnęła koleżankę do szkoły.
- Stul pysk, albo to odszczekaj suko!- warknął chłopak.
- Jack'uś, weź się opamiętaj. Co ta sierota może ci dać? Kolejny pomiot swojej rasy? Tobie potrzeba prawdziwej kobiety, która umie spełniać wymagania takich mężczyzn jak ty, a nie tylko zabijać. Nawet rodzice woleli umrzeć, niż mieć taką córkę.
Nie wytrzymałam i rzuciłam się na nią. Nikt nie był w stanie mnie zatrzymać. Szarpnęłam ją za włosy, powaliłam na ziemię, a następnie usiadłam na niej i zaczęłam okładać "śliczną buźkę" tapeciary. Nagle odciągnęły mnie silne ramiona.
- Zostawcie mnie! Ja jeszcze z nią nie skończyłam! Przede mną pojawiły się piękne, piwne oczy, w których miałam ochotę się zagłębić, otulić ich kolorem i nigdy z pod tej kojącej kołderki nie wychodzić.
- Już, skarbie. Spokojnie. Już po wszystkim.- moroj przytulił mnie, a ja zaczęłam się rozluźniać.
W jego ramionach czułam spokój, ukojenie i bezpieczeństwo.
- Hathaway.- usłyszałam za sobą i dopiero teraz zauważyłam, że nikt już mnie nie trzyma.- Nie wiem, co tu się stało, ale wierzę w twoją niewinność. Skoro ją pobiłaś, musiałaś mieć jakiś powód. Jednak i tak muszę was wysłać na dywanik. A więc raz dwa, do dyrektorki. Jazda!- wrzasnął.
- Tak jest strażniku Alto.- zasalutowałam i pociągnęłam Jack'a za sobą.

ROZDZIAŁ 31

Wczoraj nie miałam neta, więc dzisiaj będą dwa rozdziały. Dziękuję wszystkim za komentarze i mam nadzieję, że się spodoba.💖�
___________________________________________________________
Obudziłam się z wtulonym we mnie Jack'em. Molly daliśmy do pokoju Diany, bo ona nie spała, czekając na nas i bardzo się ucieszyła, widząc małą blondyneczkę. Przetarłam oczy i spojrzałam na wciąż śpiącego moroja. Nie mogłam się powstrzymać, przed dotknięciem jego włosów. Zamruczał i wzmocnił uścisk, gdy zaczęłam mu je czochrać. Leniwie otworzył oczy, przeciągnął się i na nowo mnie przytulił, patrząc na mnie lekko zamglonym wzrokiem.
- Dzień dobry, Księżniczko.- mruknął, całując mnie po dekolcie i pnąc się coraz wyżej do szyi oraz ust.
- Hej.- zamruczałam.
Żeby nie było, nie jestem naga, a mam na sobie koszulkę chłopaka. Uparł się, że ładnie mi w jego ciuchach i mam je nosić, ale tylko przy nim, bo wyglądam zbyt seksownie. Jest strasznym zazdrośnikiem. Co poradzić?
- Jack.- mruknęłam.
- Tak kotku.- nie odrywał się od mojej szyi.
- Twój telefon.
- Hymn...?- chłopak uniósł się zdziwiony.
Był tak pochłonięty robieniem mi malinek, że nie usłyszał głośnego dzwonka. Wstał ze mnie z westchnieniem, po czym sięgnął po komórkę.
- Tak?- spytał.
Niestety słyszałam, co odpowiedziała osoba po drugiej stronie.
- Aha... jasne... To musisz zaparkować i później iść za dormitorium... Nie. Postanowiliśmy przenocować u Nastki, bo jest więcej miejsca. Dobrze mamo.- uśmiechnął się do mnie jak pedofil i już wiedziałam, co pomyślała Ashley. Pokazałam mu, że nie ma na co liczyć, na co tylko się zaśmiał.- Nie... to nie z ciebie. Tak się droczymy z Anastazją. Słucham...? No dobra, wyjdziemy po ciebie. Tak, będziesz mogła iść do panny Karp. No pa. Też cię kocham.- uśmiechnął się szeroko, kończąc rozmowę i odkładając iPhone.
Odwrócił się do mnie i z powrotem wskoczył na łóżko, wtulając się w mój brzuch.
- O co chodziło?- spytałam, drapiąc go po głowie.
- Mama nie może doczekać się wnuków.- na ustach zagościł szeroki uśmiech, kiedy spojrzał na mnie.
- To zrozumiałam.- przewróciłam oczami.- A reszta?
- Przyjedzie tu w południe z rzeczami Molly i załatwić jej przedszkole.
- No to super.- pocałowałam go w czoło.- A teraz chodź na kolację.
Chciałam się podnieść, ale on szybko znalazł się nade mną i wpił w moje usta. Automatycznie zaczęłam ciągnąć go za włosy, a on jeździł po moim ciele. Wiłam się pod blondynem, a on zszedł na moją szyję. Jęczałam długo i głęboko. Nagle zaprzestał pieszczot, na co wydałam gardłowy jęk niezadowolenia. Zeklos zaśmiał się cicho i cmoknął mnie w czoło.
- Później dokończymy zabawę myszko.- mruknął do mnie, zakładając bluzkę.- Teraz tu leż i nigdzie się nie ruszaj.
- Okey...- patrzyłam na niego przenikliwe.- Ale jeszcze raz mnie podniecisz i nic z tym nie zrobisz, a urwę ci jaja.
- Zapamiętam.- puścił mi oczko i wyszedł.
Leżałam tak chwilę, aż zaczęłam się nudzić. Telekinezą przywołałam do siebie papier i ołówek. Może pokombinować coś z kredkami? Wzięłam i je. Spojrzałam na kartkę i podziękowałam w duchu, że mam dobrą pamięć fotograficzną. Zaczęłam szkicować Jack'a w samych spodniach dresowych. Godzinę później, w połowie zakończona praca, została mi przerwana chrząknięciem. Spojrzałam w kierunku drzwi, a tam stał mój ukochany ze stertą naleśników.
- KOCHAM CIĘ!- wykrzyknęłam i wyciągnęłam do niego ręce.
- Ja ciebie też księżniczko.
Z wielkim bananem na ustach, położył mi na kolanach tackę, gdy odłożyłam rysunek na bok. Zauważyłam koło talerza z plackami miski z owocami, musami, bitą śmietaną, rozpuszczoną czekoladą i syropem klonowym. Po moim policzku poleciała jedna samotna łza.
- Co jest księżniczko?- spytał z troską, siadając na brzegu łóżka.- Coś źle zrobiłem?
- Nie.- szybko zatarłam kroplę z uśmiechem.- Wszystko jest wspaniale. Tak samo zawsze naleśniki robił tato. W sumie przez to, nie chciałam ich jeść. Dziękuję ci. Jesteś najlepszy.
- Cała przyjemność po mojej stronie, księżniczko.- pocałował mnie słodko w usta.
Zabrałam się do jedzenia.
- Ummm... pycha. Kilka lekcji u wujka, albo mojego taty, a gotowałbyś prawie jak on.
- Nauczyłem się, bo nic innego z siostrą nie chcieliśmy jeść na śniadanie.- podkradł mi jednego i zamoczył w czekoladzie.- A że ojciec uważał, że praca pracą, ale aż tak służby nie będzie wykorzystywał. Więc musiałem sam nam robić. Wszystko inne robię katastrofalnie. Ale dla mojej dziewczyny mogę czasami coś zrobić.
Zachichotałam, jedząc czwartego naleśniki. Pycha. Mój chłopak, gdy skończył drugiego, sięgnął po nie skończony rysunek.
- Popamisz.- zauważyłam z pełnymi ustami.
Moroj szybko się zreflektował, wchodząc do łazienki, umyć ręce. Po chwili wrócił i spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
- Nam taka ilość starczy na tydzień. A ty już ósmego naleśnika wsuwasz.
- Dziesiątego.- uśmiechnęłam się, nakładając na ostatniego truskawki i polecając go bitą śmietaną oraz czekoladą.- Ej, no co? Jestem dampirzycą i muszę jeść. Choć i tak wszyscy mówią, że apetyt odziedziczyliśmy po rodzicach. Mama umiała zjeść tyle co dorosły mężczyzna przy codziennym wysiłku.
Popiłam to wszystko sokiem z maliny, truskawki i mięty. Wszystko z naszego ogródka. Od zawsze tato miał obsesję na punkcie naszego zdrowia i rzadko kiedy jedliśmy coś nie zdrowego, a większość warzyw i owoców była naszej hodowli. Na zimę przetwarzaliśmy to w dżemy, konfitury i różne musy lub owoce na kompoty.
- Niezłe.- z zamyślenia wyrwał mnie głos blondyna.- To ja?
Pokazał mi obrazek, a ja pokiwałam głową, na potwierdzenie jego teorii. W między czasie zmieniłam trochę koncepcję. Chłopak miał tam normalne spodnie jeansowe, a koszulkę przerzucił na plecy. Tło było szarawe, a brzegi lekko rozmyte, tak że znajdował się po lewej stronie w tak jakby jaju. Za nim bardziej na prawej stał czarny wilk z puchatym ogonem na prawo. Kolorami zrobiłam tylko brzegi konkretnych części postaci i refleksy, tak, że wyglądało, jakby cali świecili i otaczała ich aura.
- A ten wilk to skąd?- zadał kolejne pytanie.
- Wilkołami mają dwa wcielenia. Ludzkie i swojego wilka. Twój jest czarny, bo jest alfą. Zdarzają się dość rzadko i są przywódcami watahy. Jeszcze rzadziej zdarzają się samice Alfa i są one białe jak śnieg. Następne w kolejności są bety. Zostają oni najbliższymi pomocnikami i zaufanymi doradcami Alfy. Są najsilniejsze zaraz po nim i dlatego zajmują najwyższe stanowiska. Oni mają ciemno brązową sierść. Takie jak gorzka czekolada. Następne są gammy, trochę jaśniejsze od bet. Zazwyczaj są żołnierzami mającymi codziennie tylko treningi. Nie muszę chyba mówić, że jak przychodzi co do czego, wszystkie samce ruszają do walki. I niektóre samice, którym pozwolą. Ogólnie one zajmują się dziećmi, a zwłaszcza Luna. Partnerka Alfy. Dodaje watasze siłę i rozwiązuje problemy każdego. Delty są jeszcze niżej od gamm. One już są jak mleczna czekolada. Najniżej są omegi. Zazwyczaj to służba. Sprzątaczki, kucharze i inne takie. Ne już wyglądają jak przerośnięte wilki o tej samej, szarej sierści.
Podczas tłumaczenia dalej rysowałam.
- WOW! Mam pomysł. Dzisiaj spędzimy dzień tak, że ty będziesz mi wszystko tłumaczyć o tych twoich wilkach, a ja będę patrzeć jak rysujesz.

piątek, 24 marca 2017

ROZDZIAŁ 30

-Czyli jednak się wprowadzasz?- spytała Ashley, odprowadzając nas do drzwi.
 Serce mi łamał widok tych smutnych kobiet. O dziwo jego ojca nigdzie nie było.
- Przykro mi mamo.- Jack'owi też było trudno.- Ale będę was odwiedzał.
- Będziemy.- szturchnęłam moroja w bok.
- Będziemy, będziemy.- uśmiechnął się, obejmując mnie ramieniem.
- Będę tęsknić.- przytuliła mnie Molly.
- Ja za tobą też.- zamknęłam ją w ramionach.
- Odsuń się od niej!- warknął już, niestety, znajomy mi głos.- Jeszcze ją mi zaczarujesz.
- Umiesz czarować?- spytała podekscytowana dziewczynka.
- Nie. On tylko tak... żartuje.- przeniosłam wrogie spojrzenie na pana domu.
- Co ty masz na głowie.- zmrużył oczy, patrząc na moje dzieło.
- Siostra mi zrobiła.- uśmiechnęła się, niezrażona surowym tonem głosu ojca.
- Siostra?!- uniósł jedną brew.
- Tak. Nastka jest moją dziewczyną, a kiedyś, jako moja żona będzie dla niej jak siostra.- mój ukochany objął mnie od tyłu, a ja zamruczałam przyjemnie.
Zeklos zmierzył nas wściekłym wzrokiem. Czy jest ze mną coś nie tak, skoro napawałam się jego stanem? Chyba nie. Uśmiechnęłam się triumfalnie.
- Żadnego ślubu nie będzie!- tupnął nogą.
- Jess...- próbowała go uspokoić Ashley, ale on ją odetchnął.
- To raczej ja decyduję, z kim się ożenię, a ty nie masz nic do gadania.- warknął mój chłopak, wzmacniając uścisk.
- Wy wszyscy jesteście porąbani! Nie widzicie, co ona wam zrobiła? To jakiś czar.- rzucił do mnie oskarżycielsko.- Mścisz się za matkę, ale to nic ci nie da. Pogódź się z tym, że ona nie żyje i odczep się od mojej rodziny.
Poczułam rosnący we mnie gniew i żal. Już otwierałam usta, ale przerwał mi głos pełen jadu, złości i gniewu. Nie, Jack nie był wkurzony. On był wkurwiony.
- Nawet nie wiesz o czym mówisz! Nie rozumiesz, co ona przeżyła! Co czuła! Jak śmiesz wspominać o tym w taki sposób, jak śmiesz wątpić w jej uczucia. Ty noc nie wierz, bo ty skurwielu nie wiesz co to miłość.
- Pff... miłość.- prychnął jego ojciec.- Myślisz, że ona coś do ciebie czuje? Jeszcze tydzień temu pieprzyłeś przypadkowe kurwy na ulicy, a teraz wielka miłość. Po za tym, jak tu się odzywasz do ojca?
- Ja nie mam ojca.- warknął i pociągnął mnie za sobą.
- Jack.- usłyszeliśmy z tyłu.
Po chwili do nóg kleiła mi się mała blondyneczka.
- Co się dzieje?- kucnęłam przy niej i objęłam ją ramionami.
Dopiero teraz zauważyłam, że płacze. Musiała się bardzo wystraszyć. Blondyn wsiadł już do samochodu.
- Za...zabierzcie mnie ze sobą. Ja...ja nie chcę tu być.- łkała
- To dobry pomysł.- podeszła do nas Ashley.- On jest wściekły jak nigdy. Nie uderzył nikogo z nas, ale teraz nic nie wiadomo.
- A ty?- zmartwiona spojrzałam na kobietę.
- A ja muszę go uspokoić. Zapiszę ją do akademii na stałe i tam tam zamieszka. Tam będzie jej lepiej. Jutro przywiozę jej rzeczy.
- Zgoda.- uśmiechnęłam się do małej, co odwzajemniła.
Zaniosłam ją na rękach do auta i posadziłam na tylnych siedzeniach. Następnie spojrzałam na Zeklosa za kierownicą, który się trząsł. Zaciskał dłonie na kole tak mocno, że aż mu knykcie zbielały
- Wysiadaj.- poleciłam.
- Co?- zmarszczył brwi, patrząc na mnie zdziwiony.
- Wysiadaj.- powtórzyłam.- Nie pozwolę ci teraz prowadzić. Jesteś cały rozdygotany.
Chciał coś powiedzieć, ale powstrzymał się, widząc mój wzrok. Z obciąganiem wysiadł, a ja go przytuliłam mocno. Poczułam jak się odpręża, kiedy odwzajemnił uścisk.
- Kocham Cię księżniczko i nikomu nie dam ciebie obrażać. Od największego wroga, do najlepszego przyjaciela.
- Wiem. A ja zawsze cię obronię od zła całego świata. Będę zawsze wspierać i nigdy nie pozwolę wrócić ci na dawną drogę.
- Nie pozwól kochana i trzymaj mnie mocno aniołku przy sobie. Nie chcę być znowu bezuczuciowym skurwielem.
- Naprawdę musisz ograniczyć przekleństwa. Bo to naprawdę nie świadczy o tobie dobrze.
- Czego tylko chcesz księżniczko.- cmoknął mnie w usta.- Anastazja?
- Tak?
- Nie chciałabyś...- wyglądał na lekko podenerwowanego.- Nie chciałabyś zostać moją strażniczką. Wiesz, moglibyśmy żyć razem i byłabyś zawsze obok.
- To byłby dobry pomysł. Ale porozmawiamy o tym. Kiedy indziej. Ty tam siadaj- wskazałam na tylne siedzenia, skąd obserwowała nas para piwnych oczek.- i odpocznij. Jest dość późno, a pewnie to wszystko cię zmęczyło.
- A ciebie nie?- spytał z troską.
- To nie ja się kłóciłam i zdzierałam gardło. No już. Na tył.- cmoknęłam go w nos.
Jednak mu to nie wystarczyło i wręcz rzucił się na moje usta, przygwożdżając mnie do samochodu. Automatycznie moje ręce powędrowały do jego włosów, kiedy on badał mi biodra i talię. Mruczał z zadowolenia przy każdym pociągniętym kosmyku. Ja sama wydałam zmuszony jęk, gdy ścisnął mój pośladek. Od razu to wykorzystał i nasze języki połączyły się w zaciekłej walce o dominację. Po długich minutach oderwaliśmy się od siebie. Pocałował mnie jeszcze w usta z pięknym uśmiechem, od którego zmiękły mi kolana i wsiadł do auta. Cała w skowronkach odwróciłam się i już chciałam wejść do auta, kiedy mój wzrok padł na dom. W drzwiach stał Jessy z wściekłym wyrazem twarzy. Uśmiechnęłam się do niego triumfalnie i zasiadłam za kierownicą.
- Zrobiłeś to na pokaz.- rzuciłam oskarżycielsko do chłopaka, odpalając silnik.
- Wcale, że nie.- uśmiechnął się niewinnie.- Po prostu nie mogłem się powstrzymać przed skosztowaniem tych twoich słodkich usterek.
- Masz szczęście, że Molly zasnęła, bo nie dałabym ci się tak łatwo.- wyjechałam na główną drogę.
Zanim dojechaliśmy do bram akademii, na niebie świeciło słońce.
- Hej. Znowu się spotykamy.- przywitał mnie strażnik, zaglądając na tył.- No, no. Nie wiedziałem, że sprawy idą tak szybko.
Zaśmiał się, a ja mu wtórowałam.
- Hej, Harry. To Molly, siostra tego śpiocha.
- Widać, że to u nich rodzinne. Słodko się ślinią. A teraz do pokoju, bo wszyscy dawno śpią.
Wjechała do garażu i zgasiłam silnik, po czym wyszłam z samochodu.
- Jack.- podeszłam do drzwi od strony blondyna i zaczęłam go szturchać.- Jack, wstawaj, już jesteśmy.
Zelkos przeciągnął się i leniwie otworzył oczy. Przetarł je i wysiadł.
- Miałem piękny sen.- oznajmił, uśmiechając się jak zboczeniec.
- Chyba wolę nie wnikać. Weź Molly i idziemy.
- Gdzie?- spytał, odpinając siostrę i wyciągając ją.
- Może do mnie?- zaproponowałam.
- Zgoda. Masz o wiele wygodniejsze łóżko od mojego.- zaśmialiśmy się oboje.

czwartek, 23 marca 2017

ROZDZIAŁ 29

Odprowadziła nas do pokoju Jack'a, gdzie walały się pudła.
- A co tu się dzieje?- spytała.
- Ja... no ten...- plątał się blondyn. - Zabieram resztę swoich rzeczy.- spuścił wzrok.
- Zostawiasz mnie.- w oczach dziewczynki pojawiły się łzy.- Już mnie nie kochasz, tak?
Szybko kucnęłam przed nią.
- To nie tak.- wytarłam jej krople z policzków.- On cię kocha. Bardzo. W końcu jak nie kochać takiej słodkiej księżniczki. Ale pokłócił się z rodzicami i kazali mu się wyprowadzić.
- Ale będziecie mnie jeszcze odwiedzać?- siorbnęła noskiem.
- Oczywiści.- obok nas pojawił się Zeklos.- Kocham Cię i zawsze będę, kiedy będziesz mnie potrzebować.
Przytulił ją, a wyglądało to tak słodko, że musiałam zrobić im zdjęcie. Dziewczynka usiadła na łóżku, patrząc jak chowamy resztę rzeczy. Nagle do pokoju weszła mama rodzeństwa.
- Hej, możemy porozmawiać. Na osobności.- spojrzałam wymownie na córkę.
Mała poszła do swojego pokoju.
- Dzieci, tak strasznie przepraszam za mojego męża. Ale niestety nie wszystko da się w nim zmienić.
- Nie musi pani...
- Jaka pani.- przerwała mi.- Jestem Ashley.
- W takim razie, Ashley, to nie twoja wina.
- Właśnie. Niech sam się pofatyguje.- burknął mój chłopak.
- Czyli jednak się wyprowadzasz?- rozejrzała się po pokoju.
- Sam mi kazał nie wracać.
- Wiesz, jaki on jest w złości. Przejdzie mu...
- Doskonale wesz, że to inna sytuacja. Moja noga nie powstanie w tym domu, dopóki on nie zaakceptuje mojego związku z Anastazją.- obiecał.
Kobieta wyraźnie posmutniała. Widać, że bardzo kocha swoje dzieci i zależy jej na nich. Mój ukochany wrócił do pakowania.
- Porozmawiam z nim.- szepnęłam morojce.
- Dziękuję. Dobre z ciebie dziecko.- uśmiechnęła się do mnie serdecznie.- Cieszę się, że to z tobą spotyka się mój syn. I jemu i Jessemu to dobrze zrobi.
- Mam nadzieję.- obie spojrzałyśmy na blondyna, pakującego książki.
- On dzięki tobie się zmienia. Tak, wiem jaki był wcześniej. Kocha cię.
- Wiem.
Kobieta ostatni raz popatrzyła na syna i wyszła. Podeszłam do lustra i zaczęłam poprawiać włosy. Za sobą zobaczyłam ukochanego, który klęczał przed łóżkiem, wpatrzony we mnie. Podniósł się z piłką od koszykówki i podszedł do mnie. Odwróciłam się do niego przodem.
- Ufasz mi księżniczko.- zapytał z cwanym uśmieszkiem.
To nie wróżyło nic dobrego, więc postanowiłam trochę się z nim podroczyć.
- A powinnam?- uniosłam jedną brew do góry.
- Mi?- poszerzył uśmiech.- Oj, nie radzę. Zamknij oczy.
Wykonałam jego polecenie. Poczułam, że obraca mnie w stronę zwierciadła.
- Tylko się nie bój i zaufaj mi. No i nie podglądaj.- zastrzegł.
- Ja si strach?- prychnęłam.- Chyba zapominasz z kim rozmawiasz.
Po ciepłym i równomierny powiecie na twarzy wiedziałam, że stoi centralnie przede mną.
- Nigdy bym cię nie zapomniał, ani nie pomylił z nikim.- szepnął mi do ucha, ma co przeszedł mnie przyjemny dreszcz.
Po chwili poczułam, że unosi mi sukienkę. Ledwo powstrzymałam się od złapania go za dłonie. Jednak mu ufałam i jedynie szybciej zabiło mi sercem. Zeklos musiał to zauważyć, bo zaczął mnie uspokajać. Po chwili, na moim brzuchu poczułam, coś twardego, chropowatego i okrągłego. Na tą rzecz opadła sukienkę, a że ciągle miałam wrażenie jej parcia, wiedziałam, że to Jack ją trzyma. Po chwili chłopak stał za mną, przyciskając mnie do swojego torsu.
- Otwórz oczy.- szepnął.
Wykonałam polecenie i uśmiechnęłam się szeroko. Jak myślałam, pod ubraniem miałam piłkę, a moroj trzymał ją tak, że wyglądam jakbym była w ciąży. Wtuliłam się mocniej w niego.
- Kocham Cię księżniczko i nie wyobrażam sobie na twoim miejscu nikogo innego. Tylko z tobą czuję się szczęśliwy. I już nie mogę się doczekać, aż zamiast tej piłki, będzie tam mała istotka, owoc naszej miłości.- również się uśmiechał.
- Trochę sobie poczekasz.- ostrzegłam, łapiąc jego dłonie i pozwalając piłce spaść na podłogę.
Blondyn obrócił mnie przodem do siebie.
- I zrobię to, kochanie.- ucałował mnie w dłonie.- Bo cię kocham.
Wciąż uśmiechnięty wrócił do pakowania, a ja całą w skowronkach usiadłam na łóżku.
- Kto by pomyślał, że z ciebie taki romantyk.- rozmarzyłam się.
- Zawsze taki byłem, tylko czekałem na kobietę, która się o tym przekona.- usiadł obok mnie i złączył nasze dłonie.
- Jack.- uznałam, że to najlepszy moment.- Myślę, że nie powinieneś się wyprowadzać.
- Wiedziałem.- wstał i zaczął chodzić w kółko po pokoju, szarpiąc się za włosy.
- Twoja mama ma rację. I tak tu nie mieszkasz, a mu kiedyś przejdzie. Nawet możesz jeździć beze mnie.
Spojrzał na mnie zdziwiony, po czym wrócił na poprzednie miejsce i popatrzył mi prosto w oczy.
- Bez ciebie tym bardziej tu nie przyjadę. Musi się przyzwyczaić. Ale nie chcę mieć z nim nic do czynienia. To zapatrzony w siebie skurwiel. Obiecałem, że tu nie wrócę i obietnicy dotrzymam. Już za dużo razy mu odpuszczałem.
- Ale pomyśl o twojej mamie i siostrze. One bardzo Cię kochają. I co? Zostawisz je przez jakieś głupie humorki ojca.
- On nawet nie zasługuje,aby tak go nazywać.- warknął.
- Ciesz się, że nie jest taki jak mój dziadek. Naprawdę zastanów się. Mówiłeś, że dawno byś się od niego odciął, gdyby nie matka i Molly. A teraz...
- Nie rozumiesz, że już za dużo zrobił mi krzywdy!- podniósł głos.- Zabraniał mi wszystkiego co sprawiało mi radość, a nie było związane z arystokracją. Oprócz sportu, nie mogłem chodzić do skateparku, na rower, oglądać telewizji. Ledwo udało mi się tutaj przemycić kosz. I tak nie ma wstępu do mojego pokoju, uczyć się rzeczy, nie potrzebnych do bycia "księciem".
- Ja nie wiedziałam.- zrobiło mi się przykro i go przytuliłam.- To twoja decyzja i ty ją podejmiesz.
- Dużą część dzieciństwa uczyłem się innych języków, zachowania względem członków innych rodów, królewskiego życia i takich tam.- wtulił się we mnie.- To przez tego skurwiela nie miałem kurwa żadnego dzieciństwa. Dlatego chcę dać to wszystko, czego nie miałem siostrzyczce. Kocham ją całym sercem i chcę żeby była szczęśliwa. Jest moim oczkiem w głowie.
Podniosłam mu twarz i otarłam jego łzy.
- I jest szczęśliwa.- uśmiechnęłam się do niego.- Jesteś jej autorytetem i bardzo jej na tobie zależy. Jesteś wspaniałym bratem.
- Dziękuję Anastazja.- uśmiechnął się do mnie, wybierając policzki.- Jesteś wspaniała. Kocham Cię.
Pocałował mnie z miłością i wdzięcznością. Po chwili się od siebie odsunęliśmy, ale w ciąż byliśmy blisko. Patrzyłam w jego cudowne oczy, stykając się z nim czołami.
- Chodź.- przerwał tą chwilę milczenia.- Sam tych kartonów nie zniosę.

środa, 22 marca 2017

ROZDZIAŁ 28

Przypuszczeń i odpowiedzi było wiele (najbardziej spodobało mi się to z bratem bliźniakiem i Felixem 😂), ale zwycięzca niestety tylko jeden. Tak więc, dedykuję ten rozdział ~G&G~. Brawo!
___________________________________________________________
- Jack, wiem, że tam jesteś.- usłyszałam piskliwy głosik.- Otwórz, bo się na ciebie obrazę.
Spojrzałam pytająco na chłopaka, ale ten zachichotał tylko i otworzył drzwi. Jeszcze dobrze ich nie rozszerzył, a już w ramiona wpadła mu burza blond loków. Spod niej wyglądała mała, ciekawska świata dziewczynka. Miała piwne oczka z dużymi źrenicami, słodkie, pyzate policzki, delikatnie różowe usteczka, drobny nosek i jasną cerę, przez co sprawiała wrażenie porcelanowej laleczki. Po długim przytulasie, mój ukochany odstawił małą na ziemię.
- Tęskniłam za tobą, wiesz?- skrzyżowała rączki na piersi i wydęła słodko usteczka.- Czemu tak dawno cię tu nie było?
- Wiesz, nie miałem zbytnio czasu, ale kogoś ze sobą przywiozłem.- wskazał na mnie.
Dziewczynka dopiero teraz mnie zauważyła. Podbiegła i wskoczyła ma mnie.
- Hej.- uśmiechnęłam się do niej szeroko.
- Hej.- odpowiedziała tym samym i mogłam zobaczyć wyraźnie, że w przeciwieństwie do brata, ma oba dołeczki w policzkach.-Jestem Molly Zeklos. A ty?
- Ja jestem Anastazja Hathaway.- odpowiedziałam.
Mała zmrużyła oczy.
- Skądś kojarzę to nazwisko. Ale nie pamiętam.- zrobiła smutną minę i zgramoliła się ze mnie.- Trudno. Pobawisz się ze mną?
- Molly, my...- zaczął blondyn, ale nie dałam mu dokończyć.
- Z przyjemnością.- schyliłam się do niej, wciąż szeroko uśmiechnięta.
- Jupi!- aniołeczek podskoczył wesoło, klaszcząc w ręce, po czym złapała mnie za rękę i pociągnęła mnie za sobą.
- Królewno.- zwrócił naszą uwagę blondyn.- Tylko nie mów nic tacie. Niech to będzie tajemnica.
Oczy dziewczynki się zaświeciły.
- Dobrze. Ciii...- szepnęła.
Rozbawiona tą sytuacją poszłam za morojką do pokoju na przeciwko. Na środku stał mały stolik z całą zastawą, a przy nim stały plastikowe krzesełka, niektóre zajęte przez misie. W domku dla lalek obok podobną ucztę miała Barbie z przyjaciółkami.
- Proszę. Usiądź tutaj, na honorowym miejscu.- wskazała krzesło popisane brokatowym żelopisem.
- Dziękuję.- usiadłam na wskazanym miejscu.
Po chwili blondynka założyła mi tiarę, a sama za parawanem przebrała się w jakąś sukienkę, którą znalazła w szafie. Ogólnie pokój był biało fioletowy z miętowy miękkim dywanem na środku. Pod ścianami stały przeróżne pudelka z zabawkami i klockami. Po chwili zza zasłony wyszła mała wróżka w białej, bufiastej sukience z czerwonymi brzegami. Do tego miała założone niebieskie skrzydełka, a w ręce trzymała różdżkę w kształcie gwiazdki. Usiadła pomiędzy mną, a brązowym misiem.
- Witam wszystkich na co tygodniowym drugim śniadaniu.- powiedziała wesoło.- Dzisiaj gościmy szczególnego gościa. Jest to Anastazja i przyszła z moim bratem, który mam nadzieję, że się pojawi.- ostatnią część zdania krzyknęła tak, że nie miałam wątpliwości, że chłopak ją usłyszał.
- Jak mógłbym przegapić drugie śniadanie z moją kochaną śpiącą królewną.- moroj wszedł i poczochrał siostrze włosy.
- Zostaw!- fuknęła na niego.
Zauważyłam, że włosy nie za bardzo jej pomagają.
- A może tak po śniadaniu, uczeszę cię, jak na królewnę przystało.- zaproponowałam.
- Taaaaaak!- ucieszyła się.
Po chwili każdemu polała "herbatki" do filiżanek oraz poczęstowała nas ciasteczkami. Zaczęła opowiadać o różnych wymyślonych historiach, albo życiu swoich zabawek. Słuchałam jej uważnie i sama coś czasami na szybko wymyślałam. Za to Jack tylko się uśmiechał szeroko, patrząc na mnie jak na obrazek. Tak jak ustaliliśmy, po jedzeniu Molly usiadła mi między nogami, a ja wzięłam olejek i grzebień, po czym zaczęłam ją czesać.
- Nastka?- odezwała się.
- Słucham myszko?- pamiętam, że mama tak zawsze mówiła do cioci Lili.
- Chciałabym abyś była moją siostrą.- westchnęła.- Z Jack'iem nie ma takiej zabawy. Zawsze zrzędzi, że nie ma czasu, albo wcale mnie nie słucha.
- Hej, ja tu jestem.- obiekt naszej rozmowy zwrócił na siebie uwagę.
- I dobrze. Może czegoś się nauczysz.- blondynka wystawiła mu język.
- O ty małpo!- rzucił się na nie, ale ja go zatrzymałam.
- Nawet się nie waż, bo jestem w środku robienia fryzury.
Naburmuszony usiadł na łóżku i się nam przyglądał.
- A wracając do tematu, to jeśli poprosisz braciszka, to może będę twoją siostrą.
Dziewczynka spojrzała na mojego chłopaka błyszczącymi oczami.
- Jack'uuuuuś...
- Zastanowię się.- odpowiedział obojętnie.
- Proszę, proszę, proszę, proszę, proszę, proszę, proszę...
- No dobra, zgoda. Bądźcie sobie siostrami.
- Huraaa!- obie wydałyśmy odgłos szczęścia i przybiłyśmy piątki.
- Nastka. A ty chodzisz z moim bratem na randki?- spytała dziewczynka.
- Na razie byłam na jednej.- powiedziałam, sięgając po małą frotkę.
- Oj, to nie dobrze. Chyba musi się poprawić.- zauważyła.
- Też tak myślę.- uśmiechnęłam się do Zeklosa znacząco.
- O ty zła kobieto. Dobra.
Będziemy tyle chodzić na randki, że aż będziesz mnie prosiła, żebyśmy nie szli.
- Nie strasz, nie strasz, bo się...- w ostatniej chwili się powstrzymałam, ze względu na młodą.
- Zesrasz.- jednak morojka dokończyła za mnie i zaśmiała się perliście.
Spojrzałam zszokowana na nią, a później na ukochanego. Skąd oba zna takie słowa.
- Kochana, nie ładnie tak mówić, bo to bardzo brzydkie.- upomniałam małą.
- A Jack tak mówi.- poskarżyła.
Spojrzałam na chłopaka karcąco, a ten się skulił.
- Bo twój brat jest głupi i nie wychowany.- wróciłam wzrokiem do blond kosmyków.- Nie bierz z niego przykładu.
- Ej, wypraszam sobie.- obruszył się Zeklos, ale szybko sobie odpuścił, widząc mój morderczy wzrok.
- Mówi też inne brzydkie słowa.- dodała dziewczynka.
 - No co ty nie powiesz? Ale ja już nauczę go kultury.
- Mam szansę na prywatne lekcje?- piwnooki wyszczerzył się, poruszając zabawnie brwiami.
- Jasne.- odpowiedziałam ku jego uczesze.- Za duże byłoby ryzyko, że ktoś cię obroni.
Mina od razu mu zrzedła, a ja uśmiechnęłam się triumfalnie.
- Za trzy punkty.- zaśmiała się jego siostra.
- Za sześć od razu.- warknął.
- Gotowe, królewno.
Obie wstałyśmy, po czym młoda podeszła do lusterka przy toaletce i chciała się zobaczyć. Wzięłam z mebli małe lusterko i stanęłam za nią. Większość włosów miała rozpuszczone, tylko te z brzegów zaplotłam w małe warkoczyki, a później je splotłam między sobą, robiąc coś a'la siatkę.
- WOW! To jest prześliczniastyczne.- zawołała, robiąc obrót.- Dziękuję Nastka. Jesteś wspaniała.
Przytuliła mnie mocno, co odwzajemniłam. Kątem oka spojrzałam na zegarek. Już późno. Powinniśmy wracać, jeśli chcemy dojechać do szkoły przed ciszą nocną. Jack chyba pomyślał o tym samym.
- Dziewczyny, musimy się zbierać.
- Już?- jęknęła morojka, słodko wydymając usteczka.- Ale ja nie chcę.
- Ja też, ale niestety musimy być jeszcze dzisiaj w Akademii.
- No dobrze.

wtorek, 21 marca 2017

ROZDZIAŁ 27

Teraz przegiął. Nikt nie będzie obrażał mojej matki.
- Jak pan śmie!- straciłam nad sobą kontrolę.- Sam rozsiewałeś niestworzone historie o mojej mamie. Nie znasz jej, ani mnie, więc nie masz prawa oceniać żadnej z nas. Bo jesteś tylko nadętym idiotą, patrzącym tylko na koniec własnego nosa. A ja nie mam zamiaru tego tolerować. W czym jestem gorsza od morojki? A wiem. Tym że nie muszę pasożytować na innych ludziach i sama umiem się obronić, a tego co dowiem się w szkole, używam w codziennym życiu. Więc siedź cicho, jeśli nie wiesz o czym mówisz!
Wszyscy patrzyli na mnie w szoku. Ja jedynie wyprostowałam się i wygładziłam sukienkę, po czym spojrzałam hardo w oczy starszemu Zeklesowi. Koniec z kuleniem się. Jestem strażniczką, córką Rose Hathaway-Bielikow i Dymitra Bielikow. Muszę pokazać, że jestem tego godna. Pierwszy ocknął się ojciec mojego chłopaka.
- Do tego kompletny brak szacunku!- warknął.- Słyszałeś, jak się do mnie odezwała? Dziwka pieprzona.
- To nie ja pieprzyłam co popadnie.- warknęłam.
- Co powiedziałaś kurwo?!- zamachnął się.
Jednak zanim cokolwiek zrobił, między nami stanął jego syn.
- Tknij ją, kurwa, a połamię ci te grabie.- warknął.
Jego ojciec tylko zacisnął dłonie w pięści.
- Uważaj na słowa gówniarzu. Jeśli będziesz się z nią spotykał, możesz nie wracać do domu.
- Świetnie!- odpowiedział, wściekły.
- Świetnie!- mężczyzna odwrócił się od nas.
Moroj złapał mnie za dłoń, po czym wyszliśmy z pomieszczenia i skierowaliśmy się na górę. W połowie schodów, zatrzymał nas gruby głos.
- A ty gdzie ją ciągniesz.
Odwróciliśmy się i spojrzeliśmy na blondyna.
- Do MOJEGO pokoju. Należy jeszcze do mnie i sam decyduję kto tam wejdzie, a ty nie masz nic do gadania.
Mój chłopak, nie czekając na odpowiedź, pociągnął mnie do wcześniej wymienionego pomieszczenia. Wyglądało jak normalny pokój chłopięcy. Szaro niebieskie ściany i bukowe meble. Po lewej stronie stało łóżko z biało-grafitową pościelą, a nad nim wisiał kosz do koszykówki. Na ścianach wisiały plakaty koszykarzy, formuły jeden i innych sportowców. A na meblach stały zdjęcia i figurki. W jednym z rogu leżały piłki. Ledwo tam weszliśmy, a moroj zakluczył drzwi i wyciągnął spod łóżka walizkę. Pakował nieliczne rzeczy, które zostały po wyjeździe do akademii, soczyście przeklinając ojca.
- Co ty robisz?- zmarszczyłam czoło.
- Wyprowadzam się. Sam powiedział, że mam nie wracać.- warknął.
- Przesadziłam?- bardziej stwierdziłam, lekko zawstydzona moim zachowaniem.
Powinnam bardziej nad sobą panować. Mimo wszystko, to jego ojciec. A co teraz? Jack ledwo usłyszał moje pytanie, a znalazł się koło mnie. Złapał moją twarz w swoje dłonie i spojrzał mi w oczy. Jego wzrok pełen był czułości, troski i miłości.
- Nie. To on powiedział więcej niż powinien. Ty tylko się broniłaś. Dobrze zrobiłaś. Ktoś powinien już dawno utrzeć mu nosa. Na za dużo sobie pozwala. Nikt nie ma prawa cię obrażać księżniczko. Wzruszyły mnie jego słowa. Gdy nasze usta złączyły się, poczułem ciepło, rozchodzące się po moim ciele. Blondyn bez wahania oddał pocałunek. Złapał mnie w tali, prosząc językiem o wejście. Jednak chciałam trochę się z nim podroczyć i nie dałam mu. Nagle poczułam jego dłoń na pośladku, który ścisnął. Z moich ust wydobył się niekontrolowany jęk. Chłopak wykorzystał to i wślizgnął się językiem do mojej buzi. Dzielnie walczyłam o dominację, ale i tak przegrałam. Automatycznie zaczęłam ciągnąć go za włosy. Nim się obejrzałam, moroj złapał mnie za uda i podniósł. Oplotłam chłopaka w pasie, całując go coraz bardziej zachłannie. Po chwili poczułam pod sobą miękki materac, ale nie przejęłam się tym, tak samo, jak głosem brata w głowie. Jęknęłam przeciągle, gdy ukochany zjechał na moją szyję ustami, robiąc mi malinki. Wierciłam się i wiłam pod jego dotykiem. Jednak, gdy włożył ręce pod moją bluzkę, podziałało to na mnie, jak kubeł zimnej wody.
- Jack, nie.- jęknęłam, łapiąc go za ręce.
Oderwał się od mojej szyi, patrząc zdziwiony w moje oczy.
- Dlaczego? Coś źle zrobiłem? A może ze mną nie chcesz?- zapytał zdziwiony i zmartwiony.
- Nie!- zaprzeczyłam szybko.- To... ja po prostu... nie jestem jeszcze gotowa.- wyjąkałam, odwracając głowę.
Nie chciałam widzieć jego zawiedzionego wzroku. Chciałam tego, ale czułam, że to wszystko dzieje się za szybko. Zeklos zmusił mnie, żebym na niego spojrzała. Uśmiechnął się uroczo, pokazując jeden dołek i cmoknął mnie w czubek nosa.
- Poczekam. Ile będzie trzeba, poczekam na ciebie.- wyszeptał.
- Dziękuję.- odwzajemniłam uśmiech.
Pomógł mi wstać i dalej się pakował, a ja postanowiłam do niego dołączyć. Weszłam do garderoby i zaczęłam przeglądać ciuchy, gdy pod wieszakami kwadratowe pudło. Zaciekawiona zajrzałam do środka i oniemiałam.
- Jack.- zawołałam go.
- Tak skarbie?- wszedł do pokoju.
Miło mi się zrobiło na jego słowa.
- Nigdy nie mówiłeś, ze brałeś udział w zawodach.- wyciągnęłam pierwszy puchar z wierzchu.- Mało tego, wygrywałeś je. "Za zajęcie I miejsca w ogólnomiejskich zawodach pływackich w klasie Juniorów."
Chłopak spojrzał na trzymany przeze mnie przedmioty, gdy przeglądam inne trofea. Większość jest z tej jednej dyscypliny, choć były wyjątki.
- A to nic takiego.- podrapał się po karku.
- Jasne. Przecież każda dziewczyna dowiaduje się, że jej chłopak był mistrzem świata w stylu dowolnym.- podniosłam najwcześniejszy puchar.- Hymn... Rok 2026. Trzy lata temu. Co było potem?
- To było na większą skalę i pisali o mnie w gazecie, przez co rodzice się dowiedzieli o tym. Ojciec wpadł w szał, uznał, że to strata czasu i zabronił mi, narzucając kontrolę strażników.- wzruszył ramionami.
Co za zadufany w sobie pajac! Zabronić synowi realizować swoje marzenia? To okropne.
- Nie myślałeś o tym zawodowo?- spytałam, zagłębiając się w pudło, bo zauważyłam coś ciekawego.
- A czy to ma znaczenie?- spytał niby obojętnie, ale wyraźnie w jego głosie dało słyszeć się smutek.
Natychmiast zaprzestałam czynności, wstając jak poparzona. Podeszłam do niego z niedowierzaniem wypisanym na twarzy i tknęłam go palcem w pierś.
- Jack'u Zeklos. Nie chcę więcej słyszeć, że coś związane z twoją przyszłością, plany na wielką karierę są nieważne.- powiedziałam tonem nieznoszącym sprzeciwu.- To twoje życie i nikt nie ma prawa mówić ci, czym będziesz się zajmować. Masz wielki talent, który już nie raz został doceniony. Więc rusz ten swój seksowny tyłek i wracaj do gry. I ja ci obiecuję, że sama dopilnuję, abyś wrócił na podium.
- Myślisz, że mam seksi pupcię.- zmniejszył odległość między nami, zabawnie poruszając brwiami.- I będziesz naszą agentką?
- Waszą?- zaśmiałam się.
- Moją i mojej pupy.- uśmiechnął się jak zboczeniec, którym i tak pewnie jest.
- Cóż. Może znajdę w moim napiętym grafiku trochę czasu.- westchnęłam teatralnie i oboje się zaśmialiśmy.
Nagle po pokoju rozniósł się dźwięk pukania w drzwi.
- Jack!
___________________________________________________________

Hej!
Domyślacie się, kto to może być? Osoba która zgadnie dostanie dedykację. Kto ma dobrą pamięć może strzelać. Życzę powodzenia. I coraz większymi krokami zbliżamy się do urodzin bbliźniaków. Kto wie, co może się zdarzyć? I tych co się polubili odsyłam do drzewa genealogicznego w stronach ( tam gdzie spisy treści i inne takie). Pozdrawiam i życzę miłych snów Romitrisiaki. 💖💖💖💖

poniedziałek, 20 marca 2017

ROZDZIAŁ 26

- Nie denerwuj się tak.- powiedział Jack, kładąc rękę na moim kolanie.
Nerwowo zaczesałam kosmyk za ucho. Właśnie jedziemy na obiad do rodziny mojego chłopaka i szczerze mówiąc z każdą minutą denerwowałam się coraz bardziej. Nasz samochód zatrzymał się na światłach, więc mój ukochany złapał moją dłoń i pocałował jej wierzch, patrząc mi prosto w oczy. Pod jego spojrzeniem topniałam. Biła od niego pewność i wiara we mnie. Umiał odciągnąć moje myśli od nieprzyjemnych tematów. Gdy zaświeciło się zielone, nie puszczając mojej dłoni, zmienił bieg i ruszył.
- Mała, spokojnie.- mruknął.
Dopiero teraz zauważyłam, że zaciskam dłoń, razem z jego palcami. Szybko ją rozluźniłam.
- Przepraszam. Trochę się stresuje.
- Zauważyłem.- zaśmiał się.- Tylko nie rozumiem czym. Moja mama cię pokocha.
- A twój ojciec? Nie. To był zły pomysł. Zabroni nam się spotykać.
Zeklos zatrzymał się na poboczu.
- Ej! Ej. Księżniczko.- złapał mnie za obie dłonie i odwrócił w swoją stronę.- Wszystko będzie dobrze. Nawet jeśli, nie obchodzi mnie, co sobie o tobie pomyślą. Kocham Cię i dla mnie zawsze będziesz najpiękniejsza i najlepsza. A ojciec nie może mi nic zabronić, bo jestem pełnoletni. Na zawsze będziesz moja.
Zrobiło mi się ciepło na sercu, ale i tak się denerwowałam. Ruszyliśmy dalej.
- Może dla uspokojenia opowiesz mi coś ze swojego dzieciństwa?- zaproponował.
- No dobrze.- od razu w mojej głowie pojawiło się wspomnienie.- Było to w wakacje, gdy pojechaliśmy do dziadka Abe'a i babci Janine. Mieliśmy z Felixem trzy lata i bawiliśmy się z Lizzy, naszą kuzynką. To w sumie jest córką kuzynki naszej mamy. Mniejsza z tym. I w pewnym momencie zaczęłam się wspinać na jabłoń. Ale jedno wejść, a drugie zejść, chodź na tym mi nie zależało. Chciałam tylko zerwać sobie jabłuszko. Weszłam na gałąź, ale ta zaczęła trzeszczeć i łamać się. Felix wystraszył się i pobiegł po rodziców, a ja siedziałam wystraszona i przytulona do gałęzi. Po chwili pod drzewem znalazł się tato i spytał: "A co to? Moja księżniczka stała się małpką?". Zaczęłam się śmiać, a drewno nagle pękło. Na szczęście tato mnie złapał i przytulił. Jednak zastrzegł, że więcej mam tak nie robić.- uśmiechnęłam się na to wspomnienie.
- Musieliście być bardzo szczęśliwi.- zauważył z uśmiechem kierowca.
- Oj tak. Mama od zawsze powtarzała, że chciała nam dać lepsze dzieciństwo niż ona miała.
- Aha.- pokiwał ze zrozumieniem, po czym zatrzymał samochód.- Jesteśmy na miejscu.
Od razu mój dobry humor znikł jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Cala się spięłam i nie mogłam ruszyć. Chłopak to zauważył i gdy tylko otworzył drzwi po mojej stronie, kucnął przy mnie, łapiąc moje dłonie. Wystraszona spojrzałam mu w oczy.
- Spokojnie, księżniczko. Nie masz czego się obawiać. Ej, a gdzie ta odważna i pyskata Anastazja Hathaway, która tylko myśli jak mi utrzeć nosa?- uśmiechnął się, co odwzajemniłam.- Nie martw się. Wszystko będzie dobrze.
Przełknęłam ślinę i wyszłam z jego pomocą. Poprawiłam białą sukienkę, falowaną przy kolanach. Nie miałam ochoty się jakoś odważnie ubierać. Już wystarczy, że jego ojciec rozsiewał plotki o mojej mamie. Powoli podchodziliśmy do drzwi, a ja coraz bardziej się denerwowałam. W końcu moroj wcisnął dzwonek.
- Mówię ci, to był zły pomysł.- szepnęłam.
- Spokojnie. po pierwszej rozmowie będzie już z górki.- pocałował wierzch mojej dłoni.
Po chwili drzwi się otworzyły, a na mojego chłopaka rzuciła się jakaś blond włosa kobieta.
- Jack, ale ja się za tobą stęskniłam.- powiedziała, odsuwając się od niego, po czym spojrzała na mnie.
- Też tęskniłem.- przyznał chłopak.- A to właśnie Anastazja.
- Dzień dobry, pani Zeklos.- podałam jej rękę, ale po chwili zostałam zamknięta w uścisku
- Witaj dziecko. Tak bardzo miło mi cię poznać. Jack dawno nikogo nam nie przedstawiał tylko ciągnął pieniądze na piwo i...
- Mamooo...- przerwał jej syn, przywracając zniecierpliwiony oczami.- Może wpuścisz nas do środka?
- No tak. Ale ze mnie gapa.- zaśmiał się dźwięcznie.- Proszę, zapraszam.
Weszłam w głąb mieszkania, pewniejszym krokiem. Nie było tak źle. Może naprawdę za bardzo panikowałam. Mieli ładny... dworek, bo inaczej tego nie da się nazwać. W salonie dominowały stonowane odcienie zieleni i jasnego brązu. Kobieta wypuściła nas do drewnianego pomieszczenia z wielkim stołem, przygotowanym na cztery osoby. Ledwo weszliśmy, a za drzwiami rozległy się kroki. Po chwili do środka wszedł postawny mężczyzna z blond włosami. Gdy zobaczyłam kobietę, myślałam, że to po niej mój ukochany odziedziczył czuprynę, a tak naprawdę to był kopią ojca, nie licząc piwnych oczu.
- No to gdzie ta moja przyszła synowa?- spytał z uśmiechem.
Wyszłam zza mojego chłopaka, bo stał tak, że nie było mi widzieć. Gdy tylko mnie zobaczył, pobladł, patrząc z niedowierzaniem to na mnie, to na syna.
- Dzień dobry.- powiedziałam niepewnie.
- To dampirzyca.- powiedział do Jack'a.
- Ale jesteś spostrzegawczy.- blondyn wywrócił oczami.
- Anastazja Hathaway.- wyciągnęłam dłoń do mężczyzny.
Ale nie uścisnął mi jej. Zamiast tego zmrużył oczy i zmierzył mnie spojrzeniem. Gdy dotarło do niego, jak się nazywam, otworzył szeroko oczy.
- Ta Hathaway?- spytał z nutą pogardy.
- Tak!- odpowiedział za mnie młodszy Zeklos, obejmując mnie w pasie.- I jest moją dziewczyną
Skuliłam się pod gromiącym wzrokiem jego ojca.
- Czy ja się przesłyszałem?! Dampirzyce są dobre na jedną noc.
- Może w twoich oczach.- warknął blondyn, nie ulegając pod spojrzeniem moroja.- Ale dla mnie jest kimś ważnym, dlatego zaprosiłem ją na obiad.
- Nie ma mowy! Dampiry nie jedzą przy naszym stole. Ich miejsce jest pod ścianą, albo niech się na oczy nie pokazują.
- Jess...- kobieta próbowała uspokoić ojca.
- Nie wtrącaj się.- przerwał jej.- Nie widzisz, co robi nasz syn.
- Mówiłam, że to zły pomysł.- szepnęłam tak, żeby tyko chłopak usłyszał.
- Spokojnie. Wszystko będzie dobrze.- uspakajał mnie, ale nie za bardzo mu wyszło.
- Potrzebna ci morojka, a nie jakiś ludzki pomiot. Pewnie jest dziwką sprzedającą krew i zdradzi cię jak jej matka swojego męża. Żaden dampirzy bękart nie będzie nosił mojego nazwiska. A zwłaszcza z jej brzucha.