DYMITR
Byłem w szoku, po tym co zobaczyłem. Roza po miesiącu jest kimś takim, jak ja po czterech z jej pomocą. I wszyscy drżą ze strachu, gdy tylko przy nich jest. Uważnie patrzyłem na każdą mijaną przez nas strzygę. Kłaniali się jej, nieśmiąć podnieść na nią wzroku, przepełnionego lękiem. Jeszcze nigdy nie widziałem tych potworów w takim stanie. W pewnym stopniu sam się bałem. Ta nowa Rose nie jest moją Rozą. Wytycza wokół siebie aurę śmierci, grozy i przerażenia. Ciekawe jak jej się to udało w tak krótkim czasie.
- Teraz mnie posłuchaj uważnie.- zaczęła, zamykając drzwi.- Wszędzie będziesz chodził ze mną i alb...
- A jeśli nie?- skrzyżowałem ramiona na piersi.
Całkowicie zaskoczyła mnie jej reakcja. Spodziewał bym się ataku, jak inni jej poddani, ale ona wybuchła śmiechem. Gdy się uspokoiła, ruszyła do sofy.
- Oj Towarzyszu, Towarzyszu.- pokręciła głową, rozciągające się.
Położyła nogi na stoliku i poklepała miejsce, gdzie miałem usiąść. Jednak dla bezpieczeństwa usiadłem na fotelu, na co zaśmiała się.
- Boisz się mnie.- stwierdziła.- Nie umiesz tego ukryć. Jak żadnych uczuć względem swojej Rozy. Ale póki jesteś grzeczny, nie musisz się niczego obawiać. A co do twojego pytania, jesteś zamknięty w hotelu pełnym strzyg. Gdzieś koło dwóch tysięcy. Chyba nie muszę odpowiadać.- uśmiechnęła się złośliwie.
Zdecydowanie nie podoba mi się ta Rose. Chcę moją kochaną Różyczkę. Ale już jej chyba nie odzyskam. Zostało mi zabić ją, a później siebie tak, żeby nie mieli z żadnego z nas pożytku. Nagle ktoś zapukał do drzwi.
- Czego znowu?- warknęła Rose.
Przez drzwi weszła dziewczyna z czerwonymi włosami i mnóstwem kolczyków w różnych miejscach. Wydawała się być znajoma W rękach miała tacę z jedzeniem, którą postawiła na stoliku.
- Lucy, dobrze, że jesteś. Usiądź.
Strzyga ukłoniła się. Dopiero teraz przypomniałem sobie, że to jej Rise kazała zabrać ciało Olivera.
- Ależ pani. Nie jestem przygotowana.- przestraszyła się.
Ciekawe co u nich znaczy przygotować się na rozmowę z moją żoną.
- Nie ważne.- mruknęła moja ukochana.
Dziewczyna ukłoniła się nisko i zajęła miejsce naprzeciwko mnie. Jednak nie spuszczała wzroku z drugiej strzygi.
- Zwolniło mi się miejsce w mojej elity. Spisałaś się na polowaniu i w walce, dlatego do niej dołączysz.- oznajmiła, kiedyś moja Roza.
- A Wielmożny Pan?- spojrzała na mnie.
No tak. Moja ukochana sama mówiła, że ma względem mnie poważne plany. Ale nie dopuszczę do tego. Prędzej zginę, nim znów stanę się potworem.
- On nie będzie należał do elity, bo po przebudzeniu będzie to również jego elita. Więc ty zajmiesz brakujące miejsce. Co za tym idzie,- moja żona wstała i zaczęła chodzić po pokoju.- masz prawo mówić mi po imieniu, ale też bez przesady. Jedynymi twoimi obowiązkami będą treningi i wypełnianie umów w moim gabinecie. Tam też będzie twoje stanowisko. Na wezwania już nie musisz się specjalnie przebierać. Wolno ci więcej, ale pamiętaj, że to ja wciąż tu rządzę.
- Dobrze Pani.- dziewczyna wstała i ukłoniła się.
Roza poszła na chwilę do sypialni, a ja nie wiedziałem co zrobić. Postanowiłem siedzieć z kamienną twarzą i czekać. Po chwili z pokoju obok usłyszałem kroki.
- Teraz idź do reszty elity i im to daj.- podała jej jakiś skrawek papieru. - Oni ci wszystko wytłumaczą.
Strzyga pokiwała głową, włożyła papier do stanika i wyszła.
- Jedz.- moja ukochana wskazała tackę.
Nic nie odpowiedziałem, a nawet się nie ruszyłem, na co ona się zaśmiał. Nagle znalazła się niebezpiecznie blisko mnie, a moje głupie serce zabiło szybciej. Po co sobie tłumaczyć, że to nie moja Roza, skoro to ją kocham. Cholera, przecież wygląda tak samo. Te same oczy, tylko z czerwonymi otoczka, te same włosy, pewnie delikatne jak dawniej, ta sama figura, no może skóra jaśniejsza i zmniejsza. I te same usta, za których smakiem się stęskniłem. Wszystko takie same. A jednak jest inne.
- A więc tak? Chcesz się zagłodzić? Myślisz, że ci się to uda do jutra? Po jednym dniu nie umrzesz.- zaśmiała się.
Cholera! Tego nie przewidziałem. Jednak nie okazałem nic. Moja żona odsunęła się.
- Towarzyszu, jaki sens ma zabawa w kotka i myszkę?- znowu chodziła po całym salonie.- Doskonale widziałam ten wyraz twoich oczu. Przejrzałam cię. Wiem o tobie więcej niż kiedykolwiek inny. Niczego przede mną nie ukryjesz, więc twój wybór, czy teraz zjesz, czy zostaniesz przemieniony na czczo. W sumie, jeśli nie pamiętasz, sama tak próbowałam w Nowosybirsku. Ale oboje wiemy jak to się skończyło. Tylko bawiłeś się mną i nie pozwalałeś poznać uroków nieśmiertelnego życia. Ale ja będę Inna. A teraz jedz.
Wciąż chciałem grać twardego. Nie ugnę się przed nią. To moje życie i sam będę decydować co i kiedy chcę jeść. Jednak zanim cokolwiek zdążyłem powiedzieć, zaburczało mi w brzuchu, na co brunetka się uśmiechnęła triumfalnie. Cholera! Zapomniałem, że przez całą tą akcję nie mogłem nic przełknąć ma śniadanie i moje ostatnie jedzenie to wczorajszy obiad, bo kolacji jakoś też nie jadłem. Nadąsany wziąłem tackę i podniosłem pokrywkę. Na talerzu leżało leczo. W ustach poczułem nadmiar śliny, a do tego mój brzuch na nowo się odezwał. Już bez żadnych pretensji zabrałem się za jedzenie.
- No i poco to wszystko było?- spytała Roza kręcąc głową.- Jak z dzieckiem, jak z dzieckiem.
Puściłem to mimo uszu, rozkoszując się pysznym smakiem potrawy.
Podczas gdy ja jadłem, ona włączyła telewizor i rozsiadła się na sofie. Po kilku minutach, ktoś zapukał w drzwi.
- Wejść!- krzyknęła.
Przez drzwi wszedł jakiś mężczyzna(chyba nie muszę mówić, że strzyga.) W rudych włosach i z zielonymi oczami. Kiedyś musiał być morojem, na co wskazywała chuda, ale wysoka sylwetka. Według mnie wyglądał jak ofiara losu strzyg.
- Kiedy miałeś być?!- spytała moja żona, wyraźnie zła.
Nie. Ona była wściekła.
- No bo mój strój...- zaczął chłopak, ale nie dane było mu skończyć.
Nagle znalazł się pod ścianą, rzucony przez swoją przywódczynię, po czym ona sama znalazła się obok niego i podniosła go za szyję, przyszpilając mu krtań do pomalowanej beżową farbą powierzchnią. Wszystko wydarzyło się w ciągu sekundy. Roza ma charakter, który wychodzi tej strzydze. Przekonałem się, że nie warto z nią zadzierać
- Nic mnie to kurwa nie obchodzi!- ryknęła.- Mam cię dość. Najpierw w moim gabinecie, później w Auli, następnie nie dopilnowanie Świeżaka, a teraz się spóźniasz.
Strzyga się nie bała. Była przerażona. W szybie regału obok widziałem oczy ukochanej. Od razu odwróciłem wzrok. Jeszcze u nikogo nie widziałem takiej wściekłości jak u niej. Miałem wrażenie, że zaraz zabije go samym wzrokiem. Sam byłem przerażony, a jednocześnie czułem się bezpieczny. I gdzie tu logika? Rose rozejrzała się i spojrzała na sypialnie. Złapała gościa za koszulkę i powlokła tam. Po minucie wróciła, lecz po rudzielcu nie było ani śladu. Tylko słyszałem odgłos uderzenia do okno. Wcale mi się to nie podobało. Ale bez słowa skończyłem jeść.
"Nasz los od zawsze zapisany był w gwiazdach. To one poprowadziły mnie do Ciebie mimo tylu przeciwności, spójrz. Jesteśmy tu. Razem. Ty i ja Roza. Na zawsze."
wtorek, 7 lutego 2017
ROZDZIAŁ 382
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
poniedziałek, 6 lutego 2017
ROZDZIAŁ 381
- Nigdy!- warknąłem i teraz ja zaatakowałem.
Kopnęła mnie w brzuch, a ja poleciałem na drzewo. Mroczki zaczęły mi latać przed oczami, ale szybko się ogarnąłem. Nie miałem wyjścia i wyciągnąłem sztylet. Nie chcę jej zabić, ale muszę zdobyć przewagę. Wtedy ona mnie zaskoczyła. Ze swojego paska wyciągnęła sztylet. Może nie taki jak mój, ale miała normalną broń.
- Nie bój się. Ja ciebie też nie zabiję. Jesteś mi potrzebny.- zaśmiała się i zaczęliśmy walczyć
- Ty mi też, dlatego jeszcze dziś wrócisz do domu.
- Tu jest mój dom.
- A nasze dzieci, Lili, Lissa ? Wiesz że teraz królowa....
- Nic mnie to nie obchodzi. Przejmowałam się tą suką przez dwadzieścia lat. Pozwalałam jej wypijać własną krew. I co dostałam w zamian? Nawet nie chciała mi pomóc, gdy uciekłeś do Rosji, a jeszcze użyła na mnie wpływu. Taka przyjaciółeczka. Ta wasza pieprzona księżniczka nic mnie nie obchodzi. Ale wkrótce odbiorę sobie dług za te całe dwa lata pasożytnictwa. A Lili i bliźniaki muszą dorosnąć wtedy będą naszymi księżniczkami i książętami.
Nagle popełniła błąd. Zachwiała się, a ja ją szybko złapałem, odwróciłem tyłem do siebie mocno ścisnąłem i przyłożyłem ostrze do szyi. Nie miała jak się ruszyć. I wtedy zza drzew wybiegł Adrian.
ROSE
Cholera jasna, do kurwy nędzy pieprzonej. Dałam się pokonać. Nagle zza drzewa wybiegł Iwaszkow. Naprawdę on. No cóż. Zostało nam tylko uciekać.
- Geri çekilme.- krzyknęłam.
Dymitr spojrzał na mnie zdziwiony, a ja się uśmiechnęłam. Z lasu wybiegła trzecia grupa strzyg. Pierwsza uciekła niezauważona w moją stronę, a druga między strażników i las. Ktoś odsunął ode mnie Dymitra. Wyprostowałam głowę i obtarłam nadgarstki, aby dopłynęła do nich krew. Odwróciłem się i zobaczyłam strażnika w objęciach Nigela.
- Puść go.- rozkazałam.
- Ale Rose.
- Kurwa! Nie po angielsku mówię. Puść go!- warknęłam.
Każdy się wzdrygnął, a blondyn wykonał mój rozkaz. Złapałem Rosjanina za ramię i pociągnęłam za sobą.
- Nie jest głupi i nie zaatakuje otoczony przez strzygi.- oznajmiła.
Zatrzymaliśmy się przy samochodach i wrzuciłam naszego porwanego na tylne siedzenia. Zamknęłam drzwi i zawołałam Lucynę.
- Przemieniłaś go?
- Tak Wielmożna Pani.
- Dobrze.- odwróciłam się do mojej elity.- A wy na co czekacie? Do wozu!
Sama zajęłam miejsce kierowcy. Nigel usiadł obok mnie i od razu położył mi dłoń na kolanie. W lusterku spojrzałam na Bielikowa. Zacisnął mocno szczękę, a w jego oczach widziałam złość, co wywołało mój uśmiech. Był ewidentnie zazdrosny. Ale o dziwo nie okazywał strachu.
DYMITR
Nie wiem ile, ani gdzie jedziemy, ale nie podoba mi się ten blondyn. Co go łączy z moją żoną? A ona nic sobie nie robi z tego, że on ją maca.
- Czemu go tam nie przemieniłaś?- spytał nagle.
- A cz ja Kurwa, muszę ci się ze wszystkiego tłumaczyć?- warknęła.
Jeszcze nigdy nie widziałem takiej Rose. Ciekawe, miała tylu wrogów wśród strzyg, a teraz zachowuje się jak pani i władczyni.
- Po za tym, - kontynuowała.- przypominam ci, o degradacji. I to ze skutkiem natychmiastowym.
Strzepnęła w końcu jego dłoń.
- To czemu jeszcze mnie nie wrzuciłaś?- spytał z pewnym uśmieszkiem, kładąc znów tą obleśną łapę na poprzednim miejscu.
- Masz rację.- Roza uśmiechnęła się diabelnie.
Zatrzymała się na poboczu i nachyliła w jego stronę. Otworzyła drzwi i go wypłynęła. Zatrzasnęła je i ruszyła z piskiem opon.
- Pieprzona męska dziwka.- usłyszałem jak mruczy.
Reszta siedziała z szeroko otworzonymi oczami. Otwierali i zamykali usta, jakby chcieli coś powiedzieć, ale po chwili rezygnowali.
- No wyduście to z siebie.- warknęła po raz kolejny strzyga.
- On może zginąć pani.- odpowiedział z szacunkiem brodaty mężczyzna z brązowi włosami.- Nie schowa się nigdzie do wschodu słońca.
- Chuj mnie to obchodzi.- mruknęła.- I tak i tak by zginął, po przemianie Bielikowa. Tak tylko skróciłam mu czas oczekiwania na śmierć.
Co ja miałem do tego? Coraz mniej mi się to podobało. Co dziwne, nie czułem strachu. Miałem przeczucie, że Roza nie pozwoli mnie skrzywdzić. Nagle zaczął dzwonić telefon. Rose włączyła na głośno mówiący.
- Czego?!- warknęła.
- Pa...pani... Wielmo...wielmożna Hatha...hatha...
- Dość!- krzyknęła.- Daj mi Sama.
Przez chwilę była cisza.
- Wielmożna Hathaway-Bielikow. Mamy problem.
- Jaki kurwa problem?!- była wściekła.
- Aaron dorwał się do naszych zapasów.
- Że co?! Mieliście go pilnować. Ile zostało?
- Na dzisiaj i jedną przemianę.
Rozłączyła się, nie chcąc słuchać dalej. Czyli, że i tak będzie po mnie.
- Cholera!- krzyknęła.- Widać Dymitr, że jeszcze się pomęczysz jako dampir. Musimy najpierw przemienić tamtego strażnika.
Ona chciała jeszcze przemienić Olivera? Ciekawe...
ROSE
Co za za pieprzone kurwy. Wiedzą, że chcę przemienić Bielikowa, to nie. No i teraz trzeba czekać do kolejnego polowania.
- Jutro idziemy na polowanie.- oświadczyłam.- Od początku nie lubiłam tego kolesia.
- Zjadł przecież od przebudzenia tylko dwóch moroji.- zauważyła Katherine.
- Powinno mu starczyć do następnej nocy.- byłam wkurzony.
- Może zgłodniał.- dodał Dorian.
- Ale cholera, mnie to nie obchodzi! Mieli pilnować hotelu. Oj ja już się z Merdim policzę. Ten rudzielec od rana mi się naraża. To on miał pilnować młodego.
- Co zamierzasz z nim zrobić?- spytała Wiktoria.
- Wyrzucić go na słońce.- wzruszyłam ramionami.
- Za to, że był głodny?- przerazili się.
Zmarszczyłam czoło. O co im chodzi? Po chwili mnie olśniło.
- Nie Aarona, Mereditha . Z młodym zrobię tak, jak chciałam od samego początku.
Odetchnęli z ulgą. Reszta drogi minęła nam w ciszy. Pod hotelem wszyscy nas otoczyli.
- Za pół godziny, wszyscy widzimy się w Auli. I przekażcie temu rudemu kundlu, że chcę go widzieć za dziesięć minut w pokoju. A ty,- zwróciłam się do męża.- oddaj sztylet.
Nie mając większego wyjścia, rzucił go na ziemię, a ja go poprowadziłam do wejścia. Moja elita szła za nami, aż do windy.
- Idźcie do biura i kończcie robienie umów.- oznajmiłam na ostatnim piętrze.
- Tak jest pani.- ukłonili się i poszli.
W drodze do pokoju zatrzymała mnie jakaś strzyga.
- Pani, a gdzie Nigel?- spytała.
Otaklowałam ją zimnym spojrzeniem.
- Nie wiem. Ale nie zamierzaj się z nim więcej zobaczyć. Już tu nie wróci.
- Ale jak to?- spytała wściekła.
Aha... Tak się będziemy bawić? Pół sekundy później wisiała kilka centymetrów nad ziemią. Była kiedyś motojką, więc była ode mnie wyższa, ale to jej nie uchroniło.
- Zapomniałaś chyba do kogo mówisz.- szepnęłam ze złośliwym uśmieszkiem.- Lepiej sobie uważaj, bo dzisiejsze słońce będzie miało trzy ofiary, zamiast dwóch.
- Tak pani.- wyskrzeczała, ściśnięta za krtań, ze strachem w oczach.
Puściłam ją. Czarnowłosa opadła na ziemię, łapiąc się za gardło, a ja pociągnęłam strażnika dalej.
- I jak najszybciej ma się pojawić u mnie zwykłe jedzenie.
- Ale skąd...?- zaczęła, zanim kej przerwałam.
- Gówno mnie to obchodzi. Ma być i już, jasne?!
- Tak Wielka Pani Hathaway-Bielikow.- ukłoniła się nisko i odeszła, a ja wepchnęłam strażnika do mojego apartamentowca.
Kopnęła mnie w brzuch, a ja poleciałem na drzewo. Mroczki zaczęły mi latać przed oczami, ale szybko się ogarnąłem. Nie miałem wyjścia i wyciągnąłem sztylet. Nie chcę jej zabić, ale muszę zdobyć przewagę. Wtedy ona mnie zaskoczyła. Ze swojego paska wyciągnęła sztylet. Może nie taki jak mój, ale miała normalną broń.
- Nie bój się. Ja ciebie też nie zabiję. Jesteś mi potrzebny.- zaśmiała się i zaczęliśmy walczyć
- Ty mi też, dlatego jeszcze dziś wrócisz do domu.
- Tu jest mój dom.
- A nasze dzieci, Lili, Lissa ? Wiesz że teraz królowa....
- Nic mnie to nie obchodzi. Przejmowałam się tą suką przez dwadzieścia lat. Pozwalałam jej wypijać własną krew. I co dostałam w zamian? Nawet nie chciała mi pomóc, gdy uciekłeś do Rosji, a jeszcze użyła na mnie wpływu. Taka przyjaciółeczka. Ta wasza pieprzona księżniczka nic mnie nie obchodzi. Ale wkrótce odbiorę sobie dług za te całe dwa lata pasożytnictwa. A Lili i bliźniaki muszą dorosnąć wtedy będą naszymi księżniczkami i książętami.
Nagle popełniła błąd. Zachwiała się, a ja ją szybko złapałem, odwróciłem tyłem do siebie mocno ścisnąłem i przyłożyłem ostrze do szyi. Nie miała jak się ruszyć. I wtedy zza drzew wybiegł Adrian.
ROSE
Cholera jasna, do kurwy nędzy pieprzonej. Dałam się pokonać. Nagle zza drzewa wybiegł Iwaszkow. Naprawdę on. No cóż. Zostało nam tylko uciekać.
- Geri çekilme.- krzyknęłam.
Dymitr spojrzał na mnie zdziwiony, a ja się uśmiechnęłam. Z lasu wybiegła trzecia grupa strzyg. Pierwsza uciekła niezauważona w moją stronę, a druga między strażników i las. Ktoś odsunął ode mnie Dymitra. Wyprostowałam głowę i obtarłam nadgarstki, aby dopłynęła do nich krew. Odwróciłem się i zobaczyłam strażnika w objęciach Nigela.
- Puść go.- rozkazałam.
- Ale Rose.
- Kurwa! Nie po angielsku mówię. Puść go!- warknęłam.
Każdy się wzdrygnął, a blondyn wykonał mój rozkaz. Złapałem Rosjanina za ramię i pociągnęłam za sobą.
- Nie jest głupi i nie zaatakuje otoczony przez strzygi.- oznajmiła.
Zatrzymaliśmy się przy samochodach i wrzuciłam naszego porwanego na tylne siedzenia. Zamknęłam drzwi i zawołałam Lucynę.
- Przemieniłaś go?
- Tak Wielmożna Pani.
- Dobrze.- odwróciłam się do mojej elity.- A wy na co czekacie? Do wozu!
Sama zajęłam miejsce kierowcy. Nigel usiadł obok mnie i od razu położył mi dłoń na kolanie. W lusterku spojrzałam na Bielikowa. Zacisnął mocno szczękę, a w jego oczach widziałam złość, co wywołało mój uśmiech. Był ewidentnie zazdrosny. Ale o dziwo nie okazywał strachu.
DYMITR
Nie wiem ile, ani gdzie jedziemy, ale nie podoba mi się ten blondyn. Co go łączy z moją żoną? A ona nic sobie nie robi z tego, że on ją maca.
- Czemu go tam nie przemieniłaś?- spytał nagle.
- A cz ja Kurwa, muszę ci się ze wszystkiego tłumaczyć?- warknęła.
Jeszcze nigdy nie widziałem takiej Rose. Ciekawe, miała tylu wrogów wśród strzyg, a teraz zachowuje się jak pani i władczyni.
- Po za tym, - kontynuowała.- przypominam ci, o degradacji. I to ze skutkiem natychmiastowym.
Strzepnęła w końcu jego dłoń.
- To czemu jeszcze mnie nie wrzuciłaś?- spytał z pewnym uśmieszkiem, kładąc znów tą obleśną łapę na poprzednim miejscu.
- Masz rację.- Roza uśmiechnęła się diabelnie.
Zatrzymała się na poboczu i nachyliła w jego stronę. Otworzyła drzwi i go wypłynęła. Zatrzasnęła je i ruszyła z piskiem opon.
- Pieprzona męska dziwka.- usłyszałem jak mruczy.
Reszta siedziała z szeroko otworzonymi oczami. Otwierali i zamykali usta, jakby chcieli coś powiedzieć, ale po chwili rezygnowali.
- No wyduście to z siebie.- warknęła po raz kolejny strzyga.
- On może zginąć pani.- odpowiedział z szacunkiem brodaty mężczyzna z brązowi włosami.- Nie schowa się nigdzie do wschodu słońca.
- Chuj mnie to obchodzi.- mruknęła.- I tak i tak by zginął, po przemianie Bielikowa. Tak tylko skróciłam mu czas oczekiwania na śmierć.
Co ja miałem do tego? Coraz mniej mi się to podobało. Co dziwne, nie czułem strachu. Miałem przeczucie, że Roza nie pozwoli mnie skrzywdzić. Nagle zaczął dzwonić telefon. Rose włączyła na głośno mówiący.
- Czego?!- warknęła.
- Pa...pani... Wielmo...wielmożna Hatha...hatha...
- Dość!- krzyknęła.- Daj mi Sama.
Przez chwilę była cisza.
- Wielmożna Hathaway-Bielikow. Mamy problem.
- Jaki kurwa problem?!- była wściekła.
- Aaron dorwał się do naszych zapasów.
- Że co?! Mieliście go pilnować. Ile zostało?
- Na dzisiaj i jedną przemianę.
Rozłączyła się, nie chcąc słuchać dalej. Czyli, że i tak będzie po mnie.
- Cholera!- krzyknęła.- Widać Dymitr, że jeszcze się pomęczysz jako dampir. Musimy najpierw przemienić tamtego strażnika.
Ona chciała jeszcze przemienić Olivera? Ciekawe...
ROSE
Co za za pieprzone kurwy. Wiedzą, że chcę przemienić Bielikowa, to nie. No i teraz trzeba czekać do kolejnego polowania.
- Jutro idziemy na polowanie.- oświadczyłam.- Od początku nie lubiłam tego kolesia.
- Zjadł przecież od przebudzenia tylko dwóch moroji.- zauważyła Katherine.
- Powinno mu starczyć do następnej nocy.- byłam wkurzony.
- Może zgłodniał.- dodał Dorian.
- Ale cholera, mnie to nie obchodzi! Mieli pilnować hotelu. Oj ja już się z Merdim policzę. Ten rudzielec od rana mi się naraża. To on miał pilnować młodego.
- Co zamierzasz z nim zrobić?- spytała Wiktoria.
- Wyrzucić go na słońce.- wzruszyłam ramionami.
- Za to, że był głodny?- przerazili się.
Zmarszczyłam czoło. O co im chodzi? Po chwili mnie olśniło.
- Nie Aarona, Mereditha . Z młodym zrobię tak, jak chciałam od samego początku.
Odetchnęli z ulgą. Reszta drogi minęła nam w ciszy. Pod hotelem wszyscy nas otoczyli.
- Za pół godziny, wszyscy widzimy się w Auli. I przekażcie temu rudemu kundlu, że chcę go widzieć za dziesięć minut w pokoju. A ty,- zwróciłam się do męża.- oddaj sztylet.
Nie mając większego wyjścia, rzucił go na ziemię, a ja go poprowadziłam do wejścia. Moja elita szła za nami, aż do windy.
- Idźcie do biura i kończcie robienie umów.- oznajmiłam na ostatnim piętrze.
- Tak jest pani.- ukłonili się i poszli.
W drodze do pokoju zatrzymała mnie jakaś strzyga.
- Pani, a gdzie Nigel?- spytała.
Otaklowałam ją zimnym spojrzeniem.
- Nie wiem. Ale nie zamierzaj się z nim więcej zobaczyć. Już tu nie wróci.
- Ale jak to?- spytała wściekła.
Aha... Tak się będziemy bawić? Pół sekundy później wisiała kilka centymetrów nad ziemią. Była kiedyś motojką, więc była ode mnie wyższa, ale to jej nie uchroniło.
- Zapomniałaś chyba do kogo mówisz.- szepnęłam ze złośliwym uśmieszkiem.- Lepiej sobie uważaj, bo dzisiejsze słońce będzie miało trzy ofiary, zamiast dwóch.
- Tak pani.- wyskrzeczała, ściśnięta za krtań, ze strachem w oczach.
Puściłam ją. Czarnowłosa opadła na ziemię, łapiąc się za gardło, a ja pociągnęłam strażnika dalej.
- I jak najszybciej ma się pojawić u mnie zwykłe jedzenie.
- Ale skąd...?- zaczęła, zanim kej przerwałam.
- Gówno mnie to obchodzi. Ma być i już, jasne?!
- Tak Wielka Pani Hathaway-Bielikow.- ukłoniła się nisko i odeszła, a ja wepchnęłam strażnika do mojego apartamentowca.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
niedziela, 5 lutego 2017
ROZDZIAŁ 380
Ten rozdział dedykuję Marcie, za to, że cierpliwie czekała na to, co się w nim wydarzy.😘
___________________________________________________________
Po efektywnym polowaniu, czułam tą siłę, rozlewająca się po moim ciele, razem z krwią. Znaleźliśmy grupkę dziesięciu moroji, więc nie dość, że dla każdego starczyło, dwóch porwaliśmy dla najnowszej strzygi.
- Czemu ten szczeniak dostanie dwa kąski, a my tylko po jednym.- narzekał Nigel.
Siedzieliśmy w trójkę z Vanessą, przy nieprzytomnym chłopaku. Miał kruczoczarne włosy i nienaturalnie czerwone usta. No super, trafiła nam się kurewna Śnieżka w męskiej odsłonie, zajebiście.
- Bo jeśli uznam, że przyda nam się w walce, będzie potrzebował dużo siły. I to będzie jego pierwszy posiłek. Po za tym, kurwa, czemu muszę ci się ze wszystkiego tłumaczyć.
- Budzi się.- zakomunikowała nasza towarzyszka.
Chłopak istotnie zaczął się poruszać otworzył oczy i zaczął się rozglądać dookoła. Jego ciałem wstrząsnął kasze i przewrócił się z łóżka na podłogę, kaszląc na czworakach. Spojrzał na dwa ciała, pachnące intensywnie krwią. Dla Świeżaków wszystkie zmysły są trudne do opanowania i najmniejszy odgłos, będzie jak krzyk. Dlatego zawsze przed przebudzeniem zanosimy ich do sali dźwiękoszczelnej. Czarno włosy rzucił się na zwłoki, odróżniając je z krwi. Najedzony oparł się o łóżko i rozglądał po pomieszczeniu. Na nas spojrzał nieufnie, ale widząc swoją dziewczynę znieruchomiał. W jego oczach widać było pożądanie.
- Chodź Nigel. Zostawmy tych dwoje samych.- wstałam, a chłopak za mną.- Masz godzinę, aby wszystko mu wytłumaczyć i robić co tylko se chcecie.
Wyszliśmy i w holu rozeszliśmy się, każdy w swoją stronę. Przez całą godzinę sprawdzałam, jak idą przygotowania. Później odpytałam Aarona, ale jednak postanowiłam zostawić go na miejscu z innymi, którzy będą pilnować hotelu. W końcu wsiedliśmy w samochody. Na miejscu byliśmy pół godziny przed północą. Wszyscy się ustawili na swoich pozycjach.
- Niech mi tylko ktoś spróbuję się poruszyć. Usłyszę jeden nadepnięty patyk, liść, albo odsunięty gałęzie, a szybciej niż mrugniecie okiem, winowajcy skręcę kark, jasne?- spytałam, stojąc na środku polany.
Odpowiedziała mi cisza, czegoś ie spodziewałam. Oparłam się o najbardziej wysunięte drzewo, bawiąc się sztyletem. Po kilku minutach usłyszałam zatrzymujący się samochód i dźwięk zamykanych drzwi. Jednych. Myśli, że uwierzę, iż przyszedł sam? Czy on mnie uważa za idiotę? Pff... w końcu ukazał się na polanie. Przystojny jak zawsze. Każdy najmniejszy mięsień miał napięty. Już nie mogłam się doczekać, aż go przemienimy. A późnej przez tydzień nie wypuszczę go z łóżka. Oj dużo jest mi winien. Strażnik uważnie rozglądał się dookoła.
- Kogoś szukasz, Towarzyszu?- spytałam.
Zaczął gwałtowniej machać głową w każdym kierunku.
- Roza? To ty?- spytał.
Coś mnie ukuło w sercu, gdy tak mnie nazwał. Dość. Jestem strzygą zimną jak lód i twardą jak głaz. Ja nie kocham. Przybrałam obojętny wyraz twarzy.
- Nie, święty Mikołaj.- prychnęłam i zeskoczyłam, lądując tuż obok niego.- Witaj Towarzyszu.
Pierwsze co mnie uderzyło, to zapach jego wody kolońskiej, silniejszy, niż gdy byłam tą pożal się Boże dampirzycą. Na moje słowa strażnik odwrócił się.
- Różyczko.- w jego oczach dostrzegłam ból, miłość i radość.
Z czego on się tak cieszy.
- Chciałaś się spotkać.- dodał bez uczuć, a raczej starał się.
Pff... i ja kiedyś mówiłam, że nic nie da się odczytać z jego twarzy? Przecież z niego można czytać, jak z otwartej księgi. I niby on jest najlepszym strażnikiem?
- Tak. A teraz chcę Cię porwać.- uśmiechnęłam się diabelsko, a on się spiął.
DYMITR
Pewnym krokiem wyszedłem na polanę. Ale nigdzie nikogo nie było. Czyżby mnie oszukała?
- Kogoś szukasz, Towarzyszu?- słyszałem jej głos, ale... jakiś inny.
Serce zabiło mi mocniej.
- Roza? To ty?- zacząłem jeszcze bardziej się rozglądać po polanie.
- Nie, święty Mikołaj.- odpowiedziała sarkastycznie, a ja odwróciłem się w jej stronę i zdążyłem zobaczyć jak z gracją ląduje na trawie.- Witaj Towarzyszu.- uśmiechnęła się złowrogo.
Nie mogłem uwierzyć. Moja Roza, kochana Roza.
- Różyczko.
Miałem ochotę ją przytulić, powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, pocałować. Zaznać słodyczy jej ust. Jak ja wytrzymałem ten miesiąc bez niej. Ale jednocześnie dostałem szoku. Przede mną stała moja ukochana, ale to już nie była ona. Dopiero teraz dotarło do mnie, że jest strzygą. Mordercą bez uczuć. Rozpoznałem to, nie tylko po czerwonych oczach czy blade cerze, ale po niej samej. Ona była pewna siebie, poruszała się jakby niczego się nie bała. W jej oczach nie było tego dawnego blasku życia, szczęścia i... miłości. Nie miała tych uczuć. Jej uśmiech był zimny i nieprzyjazny. To nie była już moja Roza. Ale niedługo.
- Chciałaś się spotkać.- przerwałem ciszę, zakładając maskę strażnika.
- Tak.- jej uśmiech się poszerzył, a ona zmrużyła oczy.- A teraz chcę Cię porwać.
- To najpierw będziesz musiała mnie pokonać. Stanąłem kilka kroków od niej i przybrałem postawę bojową.
Roześmiała się drwiąco.
- Skoro jak bardzo chcesz.
Rzuciła się na mnie, a ja odpierałem każdy jej cios. Próbowaliśmy się nawzajem podciąć, albo powalić, ale szala przewagi nie chciała się dla nikogo z nas przesunąć. Chciałem kopnąć ją w brzuch, ale ona była szybsza i złapała moją nogę. Pociągnęła, a ja upałem. Natychmiast usiadła na mnie z triumfalnym uśmiechem. Patrzyłem na nią z szeroko otworzonymi oczami. Jeszcze nigdy żadna strzyga nie pokonała mnie w otwartej walce, a ona zrobiła to w dwie minuty.
- Chyba mnie nie doceniłeś skarbie.- powiedziała, a zimny uśmiech nie schodził jej z ust.- A teraz pójdziesz ze mną.
- Nie tak prędko.- usłyszałem głos Eddyego.
Strzyga podniosła głowę, nie poluźniając uścisku.
- Oooo... widzę, że przyprowadziłeś kolegów. Strzygi.- warknęła.
Z lasu zaczęły wybierać potwory. Reszta rzuciła się w wir walki, a ja dalej byłem uwięziony przez Rose. Nagle została podniesiona przez dwóch strażników. Wściekła rzuciła się na nich i zanim zdarzyłem zareagować, jednemu urwała głowę, a z drugiego wypiła całą krew.
- Lucy, weź go!- zawołała nie spuszczając ze mnie wzroku.
A ja wciąż byłem w szoku. Podbiegła do nas jakaś dziewczyna z czerwonymi włosami.
- Tak, Pani.- strzyga ukłoniła się mojej Różyczce i zabrała ciało w las.
O co tu chodzi?
- Zdziwiony, że tyle czasu, a już się mnie słuchają?-zaśmiała się.- Ale zobaczysz jak mnie traktują w siedzibie, gdy będziesz ze mną królem.
___________________________________________________________
Po efektywnym polowaniu, czułam tą siłę, rozlewająca się po moim ciele, razem z krwią. Znaleźliśmy grupkę dziesięciu moroji, więc nie dość, że dla każdego starczyło, dwóch porwaliśmy dla najnowszej strzygi.
- Czemu ten szczeniak dostanie dwa kąski, a my tylko po jednym.- narzekał Nigel.
Siedzieliśmy w trójkę z Vanessą, przy nieprzytomnym chłopaku. Miał kruczoczarne włosy i nienaturalnie czerwone usta. No super, trafiła nam się kurewna Śnieżka w męskiej odsłonie, zajebiście.
- Bo jeśli uznam, że przyda nam się w walce, będzie potrzebował dużo siły. I to będzie jego pierwszy posiłek. Po za tym, kurwa, czemu muszę ci się ze wszystkiego tłumaczyć.
- Budzi się.- zakomunikowała nasza towarzyszka.
Chłopak istotnie zaczął się poruszać otworzył oczy i zaczął się rozglądać dookoła. Jego ciałem wstrząsnął kasze i przewrócił się z łóżka na podłogę, kaszląc na czworakach. Spojrzał na dwa ciała, pachnące intensywnie krwią. Dla Świeżaków wszystkie zmysły są trudne do opanowania i najmniejszy odgłos, będzie jak krzyk. Dlatego zawsze przed przebudzeniem zanosimy ich do sali dźwiękoszczelnej. Czarno włosy rzucił się na zwłoki, odróżniając je z krwi. Najedzony oparł się o łóżko i rozglądał po pomieszczeniu. Na nas spojrzał nieufnie, ale widząc swoją dziewczynę znieruchomiał. W jego oczach widać było pożądanie.
- Chodź Nigel. Zostawmy tych dwoje samych.- wstałam, a chłopak za mną.- Masz godzinę, aby wszystko mu wytłumaczyć i robić co tylko se chcecie.
Wyszliśmy i w holu rozeszliśmy się, każdy w swoją stronę. Przez całą godzinę sprawdzałam, jak idą przygotowania. Później odpytałam Aarona, ale jednak postanowiłam zostawić go na miejscu z innymi, którzy będą pilnować hotelu. W końcu wsiedliśmy w samochody. Na miejscu byliśmy pół godziny przed północą. Wszyscy się ustawili na swoich pozycjach.
- Niech mi tylko ktoś spróbuję się poruszyć. Usłyszę jeden nadepnięty patyk, liść, albo odsunięty gałęzie, a szybciej niż mrugniecie okiem, winowajcy skręcę kark, jasne?- spytałam, stojąc na środku polany.
Odpowiedziała mi cisza, czegoś ie spodziewałam. Oparłam się o najbardziej wysunięte drzewo, bawiąc się sztyletem. Po kilku minutach usłyszałam zatrzymujący się samochód i dźwięk zamykanych drzwi. Jednych. Myśli, że uwierzę, iż przyszedł sam? Czy on mnie uważa za idiotę? Pff... w końcu ukazał się na polanie. Przystojny jak zawsze. Każdy najmniejszy mięsień miał napięty. Już nie mogłam się doczekać, aż go przemienimy. A późnej przez tydzień nie wypuszczę go z łóżka. Oj dużo jest mi winien. Strażnik uważnie rozglądał się dookoła.
- Kogoś szukasz, Towarzyszu?- spytałam.
Zaczął gwałtowniej machać głową w każdym kierunku.
- Roza? To ty?- spytał.
Coś mnie ukuło w sercu, gdy tak mnie nazwał. Dość. Jestem strzygą zimną jak lód i twardą jak głaz. Ja nie kocham. Przybrałam obojętny wyraz twarzy.
- Nie, święty Mikołaj.- prychnęłam i zeskoczyłam, lądując tuż obok niego.- Witaj Towarzyszu.
Pierwsze co mnie uderzyło, to zapach jego wody kolońskiej, silniejszy, niż gdy byłam tą pożal się Boże dampirzycą. Na moje słowa strażnik odwrócił się.
- Różyczko.- w jego oczach dostrzegłam ból, miłość i radość.
Z czego on się tak cieszy.
- Chciałaś się spotkać.- dodał bez uczuć, a raczej starał się.
Pff... i ja kiedyś mówiłam, że nic nie da się odczytać z jego twarzy? Przecież z niego można czytać, jak z otwartej księgi. I niby on jest najlepszym strażnikiem?
- Tak. A teraz chcę Cię porwać.- uśmiechnęłam się diabelsko, a on się spiął.
DYMITR
Pewnym krokiem wyszedłem na polanę. Ale nigdzie nikogo nie było. Czyżby mnie oszukała?
- Kogoś szukasz, Towarzyszu?- słyszałem jej głos, ale... jakiś inny.
Serce zabiło mi mocniej.
- Roza? To ty?- zacząłem jeszcze bardziej się rozglądać po polanie.
- Nie, święty Mikołaj.- odpowiedziała sarkastycznie, a ja odwróciłem się w jej stronę i zdążyłem zobaczyć jak z gracją ląduje na trawie.- Witaj Towarzyszu.- uśmiechnęła się złowrogo.
Nie mogłem uwierzyć. Moja Roza, kochana Roza.
- Różyczko.
Miałem ochotę ją przytulić, powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, pocałować. Zaznać słodyczy jej ust. Jak ja wytrzymałem ten miesiąc bez niej. Ale jednocześnie dostałem szoku. Przede mną stała moja ukochana, ale to już nie była ona. Dopiero teraz dotarło do mnie, że jest strzygą. Mordercą bez uczuć. Rozpoznałem to, nie tylko po czerwonych oczach czy blade cerze, ale po niej samej. Ona była pewna siebie, poruszała się jakby niczego się nie bała. W jej oczach nie było tego dawnego blasku życia, szczęścia i... miłości. Nie miała tych uczuć. Jej uśmiech był zimny i nieprzyjazny. To nie była już moja Roza. Ale niedługo.
- Chciałaś się spotkać.- przerwałem ciszę, zakładając maskę strażnika.
- Tak.- jej uśmiech się poszerzył, a ona zmrużyła oczy.- A teraz chcę Cię porwać.
- To najpierw będziesz musiała mnie pokonać. Stanąłem kilka kroków od niej i przybrałem postawę bojową.
Roześmiała się drwiąco.
- Skoro jak bardzo chcesz.
Rzuciła się na mnie, a ja odpierałem każdy jej cios. Próbowaliśmy się nawzajem podciąć, albo powalić, ale szala przewagi nie chciała się dla nikogo z nas przesunąć. Chciałem kopnąć ją w brzuch, ale ona była szybsza i złapała moją nogę. Pociągnęła, a ja upałem. Natychmiast usiadła na mnie z triumfalnym uśmiechem. Patrzyłem na nią z szeroko otworzonymi oczami. Jeszcze nigdy żadna strzyga nie pokonała mnie w otwartej walce, a ona zrobiła to w dwie minuty.
- Chyba mnie nie doceniłeś skarbie.- powiedziała, a zimny uśmiech nie schodził jej z ust.- A teraz pójdziesz ze mną.
- Nie tak prędko.- usłyszałem głos Eddyego.
Strzyga podniosła głowę, nie poluźniając uścisku.
- Oooo... widzę, że przyprowadziłeś kolegów. Strzygi.- warknęła.
Z lasu zaczęły wybierać potwory. Reszta rzuciła się w wir walki, a ja dalej byłem uwięziony przez Rose. Nagle została podniesiona przez dwóch strażników. Wściekła rzuciła się na nich i zanim zdarzyłem zareagować, jednemu urwała głowę, a z drugiego wypiła całą krew.
- Lucy, weź go!- zawołała nie spuszczając ze mnie wzroku.
A ja wciąż byłem w szoku. Podbiegła do nas jakaś dziewczyna z czerwonymi włosami.
- Tak, Pani.- strzyga ukłoniła się mojej Różyczce i zabrała ciało w las.
O co tu chodzi?
- Zdziwiony, że tyle czasu, a już się mnie słuchają?-zaśmiała się.- Ale zobaczysz jak mnie traktują w siedzibie, gdy będziesz ze mną królem.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
sobota, 4 lutego 2017
ROZDZIAŁ 379
- O północy wyjdę tutaj.- pokazałam polane na mapie.- Moja grupa ukryje się tutaj,- wskazałam najbliższe krzaki.- A reszta tutaj.- zakreśliłam kółko szerzej.- On nie jest głupi. Będą z nim strażnicy i moroj z mocą ducha, czyli nasza kochana królowa od siedmiu boleści. Na mój znak, do ataku pójdzie pierwszy oddział. Gorzej, jeśli mnie pokonają i zawołają królową. Wtedy dam znak do odwrotu. Na geri çekilme druga grupa nie atakuje, a przebiega na drugą ich stronę i uciekają. W tym czasie my uciekamy do aut. Druga grupa rozbiega się po lesie, najlepiej w pojedynkę, najsłabsi w dwójkę, najwyżej w trójkę. Spotykamy się na szosie, o tu. Wszystko jasne.
- Tak jest! - zawołali jednym głosem.
- Pa...pani?- ostrożnie odezwał się wysoki szatyn o szarych oczach.
- Czego?- warknęłam.
- A... a c...co...- jąkał się.
- Wyduś to z siebie.- krzyknęłam.
- Chodzi mu o to, co znaczy to dziwne słowo.- odezwała się dziewczyna w czerwonych włosach i z piercingiem.
- A ciebie kto pytał o zdanie?- fuknęłam.
- Nikt Pani,- ukłoniła się, nie zdradzając strachu.- ale on by nigdy tego nie wydusił.
Przyglądałam jej się uważnie, szukając jakiejkolwiek oznaki obawy, ale jej nie znalazłam.
- Za pięć minut u mnie.- powiedziałam do niej bez uczuć.- A co do ciebie, to geri çekilme znaczy po turecku odwrót.
Odwróciłam się na pięcie. Jednak w drzwiach jeszcze się zatrzymałam.
- Za dwie godziny robimy polowanie. A teraz rozejść się.- warknęłam i zatrzasnęłam za sobą drzwi.
Stałam w ciemnościach przed czarną szybą w moim pokoju. Za oknem było już czarno, ale dzięki mojemu zmysłowi wzroku, mogłam dostrzec drzewa i krzaki. Księżyc w pełni świecił jasnym blaskiem.
Podeszłam do szklanych drzwi i wyszłam na balkon. Oparłam przedramiona na barierce pochylając się do przodu. On gdzieś tam jest. Już nie mogę się doczekać, aż będzie jednym z nas. Nie docenił mnie, gdy sam był strzygą. Uznał, że mam wielu wrogów wśród strzyg, a tym czasem sieję wśród nich postrach. Oj przekonasz się kochaniutki, jak się ustawiłam. Uśmiechnęłam się na tą myśl. Mój spokój przerwało pukanie.
- Kogo tam znowu niesie?
- Ta ja Pani.- do środka pewnym krokiem weszła czerwono włosa.
- Aha. Usiądź tutaj.- wyszłam do salonu wskazując jej pakowany fotel.
Ukłoniła się zadzierając granatową suknię i zajęła swoje miejsce. Ja usiadłam na sofie.
- Jak masz na imię?- spytałam.
- Lucyna.- powiedziała z niesmakiem.
- Lucy, spodobało mi się to, jak mi odpowiedziałaś. Mało kto umie tak ukryć strach. Jak dawno zostałaś przemieniona?
- Trzy lata temu.- odpowiedziała.
- Hymn... masz doświadczenie. Potowarzyszysz mi w polowaniu. Jak się wykażesz, zostaniesz moją pomocnicą, bo pewnie Vanessa dostanie dzisiaj awans.
- To będzie dla mnie zaszczyt.- ukłoniła się.
- Masz dwie godziny na przygotowanie się, a teraz odejdź.- wstałam i poszłam do sypialni, dając tym samym do zrozumienia, że to koniec.
Przez jakiś czas siedziałam w pokoju, ale znudzona udałam się do biura.
- Pani Hathaway-Bielikow.- przywitała mnie moja elita.
Należeli do niej, oczywiście Nigel, Dorian, Sebastian, Katrina i Wiktoria. Są tu najstarsi, ale wszyscy byli morojami, a ja byłam najlepszą strażniczką. Nie mieli ze mną szans.
- Doszły nas słuchy, że chcesz dołączyć do elity Vanessę.- odezwała się Ketrina.
Miała ona błąd włosy i długie kolczyki z piórkiem. Ubierała się w ciemno fioletowe sukienki, czarne buty i leginsy.
- A nawet jeśli, to co?- spytałam, siadając na fotelu.
Położyłam nogi na biurku i wyciągnęłam sztylet, którym zaczęłam podrzucić, tak jak kiedyś nauczył mnie Dymitr. Był dobrym nauczycielem, ale czas i mu dać parę lekcji.
- Nic, tylko chcieliśmy potwierdzić informację.- szybko odpowiedziała moja zabawka łóżkowa.
- Nie mam takiego zamiaru.- wzruszyłam ramionami, oglądając uważnie moją broń.- Już prędzej Lucynę. Ale ona i tak potrzebuje paru miesięcy próby. Vanessę mam zamiar wysłać do Rosji. Trzeba tam odbudować siły.
- To chyba nie nasz problem.- wzruszył ramionami szatyn o fiołkowych oczach, ubrany w zieleń. Dorian.
Ściągnęłam nogi z biurka i rzuciłam, w jego stronę ostrzem, sztylet. Zdążył się uchylić, a broń wbiła się w ścianę. Wszyscy patrzyli na mnie przerażeni, gdy podeszłam w dwie sekundy do mojego narzędzia i wyrwałam z już lekko ponakuwanej powierzchni. Następny ślad.
- Wszystko powinno nas obchodzić.- odwróciłam się do nich przodem.- Jeśli chcemy pozbyć się moroji, to musimy to zrobić wszędzie. Przecież ty sam, Sebastian, - wstałam na bruneta z lekkim zarostem, wyglądającego na jakieś trzydzieści lat.- przyjechałeś z Australii.
Nagle rozległo się pukanie.
- Czego?- krzyknęłam, a przez drzwi wyglądnęła blada twarz Vanessy.-A, to ty. Usiądź.
Zajęłam swoje poprzednie miejsce, a reszcie dałam znać, że mają zająć się swoimi sprawami. Każdy wziął kilka umów na nielegalne wyścigi, zakłady tatuaży, sprzedaż narkotyków czarny rynek i poszli do tyłu, usiąść przy swoich biurach.
- No więc złotko.- uśmiechnęłam się fałszywie.- Co masz mi do powiedzenia?
- Pani. Powinniśmy zapolować na Aarona, mojego chłopaka. Jest umięśniony, uczynny, może trochę nie przeciętny i uparty, ale doprowadzę go do porządku.- starała się mówić pewnie, ale nie do końca jej to wychodziło.
- Nie.- odpowiedziałam.
- Słucham?!- otworzyła szeroko usta i oczy.
- To co słyszałaś. Nie.- usiadłam normalnie i pochyliłam się do niej, opierając łokcie na blacie biurka.- Mało tego, nie zobaczysz go nigdy więcej.
Uśmiechałam się perfidnie.
- Jak Pani. Tak może. Wiesz co Rose? Jesteś perfidną Suką! Bo twojego księcia to planujecie upolować od miesiąca, a mojego to od razu skreślasz!- podniosła głos.- A ja nie dam się tak traktować. I chodź bym miała pić krew moroji miesiącami i literami, zniszczę cię. A potem z Aaronem będziemy rządzić tym chlewem.
Miałam obojętną minę, a ona zaczęła dyszeć ze zmęczenia i emocji. Usłyszałam, że moja elita wstała i idzie do nas. Zatrzymałam ich ruchem dłoni, a na moich ustach pojawił się uśmiech chorej satysfakcji.
- Pokażesz nam, gdzie on mieszka i go przemienisz.
- Naprawdę?!- nie mogła uwierzyć.
-Tak.- podniosłam się, okrążyłam biurko i usiadłam na jego brzegu.- Pokazałaś mi, że umiesz walczyć jeśli na czymś ci zależy. Jeśli tak samo dobrze spiszesz się na polowaniu, będę miała dla ciebie niespodziankę. A teraz idź się przygotować.
Ukłoniła mi się i wyszła.
- Masz ciekawe metody rządzenia.- Nigel objął mnie ramieniem.
- Ważne, że skuteczne.- odwróciłam się do niego.- Wiesz, zostało nam trochę czasu, a ja trochę się nudzę- uśmiechnęłam się kusząco.
- To chodźmy do ciebie.- wyprowadził mnie na korytarz.
- Tak jest! - zawołali jednym głosem.
- Pa...pani?- ostrożnie odezwał się wysoki szatyn o szarych oczach.
- Czego?- warknęłam.
- A... a c...co...- jąkał się.
- Wyduś to z siebie.- krzyknęłam.
- Chodzi mu o to, co znaczy to dziwne słowo.- odezwała się dziewczyna w czerwonych włosach i z piercingiem.
- A ciebie kto pytał o zdanie?- fuknęłam.
- Nikt Pani,- ukłoniła się, nie zdradzając strachu.- ale on by nigdy tego nie wydusił.
Przyglądałam jej się uważnie, szukając jakiejkolwiek oznaki obawy, ale jej nie znalazłam.
- Za pięć minut u mnie.- powiedziałam do niej bez uczuć.- A co do ciebie, to geri çekilme znaczy po turecku odwrót.
Odwróciłam się na pięcie. Jednak w drzwiach jeszcze się zatrzymałam.
- Za dwie godziny robimy polowanie. A teraz rozejść się.- warknęłam i zatrzasnęłam za sobą drzwi.
Stałam w ciemnościach przed czarną szybą w moim pokoju. Za oknem było już czarno, ale dzięki mojemu zmysłowi wzroku, mogłam dostrzec drzewa i krzaki. Księżyc w pełni świecił jasnym blaskiem.
Podeszłam do szklanych drzwi i wyszłam na balkon. Oparłam przedramiona na barierce pochylając się do przodu. On gdzieś tam jest. Już nie mogę się doczekać, aż będzie jednym z nas. Nie docenił mnie, gdy sam był strzygą. Uznał, że mam wielu wrogów wśród strzyg, a tym czasem sieję wśród nich postrach. Oj przekonasz się kochaniutki, jak się ustawiłam. Uśmiechnęłam się na tą myśl. Mój spokój przerwało pukanie.
- Kogo tam znowu niesie?
- Ta ja Pani.- do środka pewnym krokiem weszła czerwono włosa.
- Aha. Usiądź tutaj.- wyszłam do salonu wskazując jej pakowany fotel.
Ukłoniła się zadzierając granatową suknię i zajęła swoje miejsce. Ja usiadłam na sofie.
- Jak masz na imię?- spytałam.
- Lucyna.- powiedziała z niesmakiem.
- Lucy, spodobało mi się to, jak mi odpowiedziałaś. Mało kto umie tak ukryć strach. Jak dawno zostałaś przemieniona?
- Trzy lata temu.- odpowiedziała.
- Hymn... masz doświadczenie. Potowarzyszysz mi w polowaniu. Jak się wykażesz, zostaniesz moją pomocnicą, bo pewnie Vanessa dostanie dzisiaj awans.
- To będzie dla mnie zaszczyt.- ukłoniła się.
- Masz dwie godziny na przygotowanie się, a teraz odejdź.- wstałam i poszłam do sypialni, dając tym samym do zrozumienia, że to koniec.
Przez jakiś czas siedziałam w pokoju, ale znudzona udałam się do biura.
- Pani Hathaway-Bielikow.- przywitała mnie moja elita.
Należeli do niej, oczywiście Nigel, Dorian, Sebastian, Katrina i Wiktoria. Są tu najstarsi, ale wszyscy byli morojami, a ja byłam najlepszą strażniczką. Nie mieli ze mną szans.
- Doszły nas słuchy, że chcesz dołączyć do elity Vanessę.- odezwała się Ketrina.
Miała ona błąd włosy i długie kolczyki z piórkiem. Ubierała się w ciemno fioletowe sukienki, czarne buty i leginsy.
- A nawet jeśli, to co?- spytałam, siadając na fotelu.
Położyłam nogi na biurku i wyciągnęłam sztylet, którym zaczęłam podrzucić, tak jak kiedyś nauczył mnie Dymitr. Był dobrym nauczycielem, ale czas i mu dać parę lekcji.
- Nic, tylko chcieliśmy potwierdzić informację.- szybko odpowiedziała moja zabawka łóżkowa.
- Nie mam takiego zamiaru.- wzruszyłam ramionami, oglądając uważnie moją broń.- Już prędzej Lucynę. Ale ona i tak potrzebuje paru miesięcy próby. Vanessę mam zamiar wysłać do Rosji. Trzeba tam odbudować siły.
- To chyba nie nasz problem.- wzruszył ramionami szatyn o fiołkowych oczach, ubrany w zieleń. Dorian.
Ściągnęłam nogi z biurka i rzuciłam, w jego stronę ostrzem, sztylet. Zdążył się uchylić, a broń wbiła się w ścianę. Wszyscy patrzyli na mnie przerażeni, gdy podeszłam w dwie sekundy do mojego narzędzia i wyrwałam z już lekko ponakuwanej powierzchni. Następny ślad.
- Wszystko powinno nas obchodzić.- odwróciłam się do nich przodem.- Jeśli chcemy pozbyć się moroji, to musimy to zrobić wszędzie. Przecież ty sam, Sebastian, - wstałam na bruneta z lekkim zarostem, wyglądającego na jakieś trzydzieści lat.- przyjechałeś z Australii.
Nagle rozległo się pukanie.
- Czego?- krzyknęłam, a przez drzwi wyglądnęła blada twarz Vanessy.-A, to ty. Usiądź.
Zajęłam swoje poprzednie miejsce, a reszcie dałam znać, że mają zająć się swoimi sprawami. Każdy wziął kilka umów na nielegalne wyścigi, zakłady tatuaży, sprzedaż narkotyków czarny rynek i poszli do tyłu, usiąść przy swoich biurach.
- No więc złotko.- uśmiechnęłam się fałszywie.- Co masz mi do powiedzenia?
- Pani. Powinniśmy zapolować na Aarona, mojego chłopaka. Jest umięśniony, uczynny, może trochę nie przeciętny i uparty, ale doprowadzę go do porządku.- starała się mówić pewnie, ale nie do końca jej to wychodziło.
- Nie.- odpowiedziałam.
- Słucham?!- otworzyła szeroko usta i oczy.
- To co słyszałaś. Nie.- usiadłam normalnie i pochyliłam się do niej, opierając łokcie na blacie biurka.- Mało tego, nie zobaczysz go nigdy więcej.
Uśmiechałam się perfidnie.
- Jak Pani. Tak może. Wiesz co Rose? Jesteś perfidną Suką! Bo twojego księcia to planujecie upolować od miesiąca, a mojego to od razu skreślasz!- podniosła głos.- A ja nie dam się tak traktować. I chodź bym miała pić krew moroji miesiącami i literami, zniszczę cię. A potem z Aaronem będziemy rządzić tym chlewem.
Miałam obojętną minę, a ona zaczęła dyszeć ze zmęczenia i emocji. Usłyszałam, że moja elita wstała i idzie do nas. Zatrzymałam ich ruchem dłoni, a na moich ustach pojawił się uśmiech chorej satysfakcji.
- Pokażesz nam, gdzie on mieszka i go przemienisz.
- Naprawdę?!- nie mogła uwierzyć.
-Tak.- podniosłam się, okrążyłam biurko i usiadłam na jego brzegu.- Pokazałaś mi, że umiesz walczyć jeśli na czymś ci zależy. Jeśli tak samo dobrze spiszesz się na polowaniu, będę miała dla ciebie niespodziankę. A teraz idź się przygotować.
Ukłoniła mi się i wyszła.
- Masz ciekawe metody rządzenia.- Nigel objął mnie ramieniem.
- Ważne, że skuteczne.- odwróciłam się do niego.- Wiesz, zostało nam trochę czasu, a ja trochę się nudzę- uśmiechnęłam się kusząco.
- To chodźmy do ciebie.- wyprowadził mnie na korytarz.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
piątek, 3 lutego 2017
ROZDZIAŁ 378
Miałam iście królewski apartament. Salon w beżu z czarną plazmą, białym stolikiem i regałami i brązową, pikowaną sofą oraz fotelami przy niej. W "sypialni" meble były brązowe, albo bordowe. Na ścianach gościła krwawa czerwień, a panele były z mahoniu. A łazienka... Białe nieskazitelnie kafelki na podłodze i do połowy ścian. Druga połowa do sufitu była żółta. Bywały na ścianach pojedyncze, żółtawe, a bardziej barwy piasku kafelki z jakimiś zielonymi lub niebieskimi wzorami. cała armatura z białej porcelany, nie licząc kranów. W kącie pod jedną ścianą stał prysznic, a w drugim ogromną wanna trójkątna. Od jej wgłębienia do ścian była pusta przestrzeń, gdzie można było coś postawić. Pomiędzy wanną, a kabiną, w równych odległościach stał kosz na pranie. A że jak każda kobieta, jestem pieprzoną perfekcjonistką, służba musi od linijki sprawdzać, czy wszystko się zgadza. Mieli ze mną od początku urwanie głowy. Dlatego nad tym "spotkaniem" pracuję od trzech tygodni. I w końcu jesteśmy gotowi. Położyłam się na sofie, jak królowa i włączyłam plazmę. Leciał jakiś denny romans, więc przeskoczyłam ma wiadomości, ze świata tych zapalonych wampirów. Królowa dziwnie się nie odzywa od mojego przebudzenia. Czyżby nasza mała księżniczka na ziarnku grochu załamała się po stracie przyjaciółki? Uśmiechnęłam się na tą myśl. Może w końcu popełni samobójstwo. Tym razem nie mam zamiaru jej powstrzymywać. I ją będę miała spokój na całą wieczność i wywoła to popłoch wśród jej "poddanych". Ha! Nawet rządzić nimi nie umie. Ciągle tylko jej się sprzeciwiają. Tutaj są na moje jedno skinienie i nigdy nie zaprotestują moim wyborom. I kto jest lepszym władcą? Pokonanie tamtych durniów było proste. Najpierw ich skłóciłam ze sobą, bo kto widział, żeby jedną masą rządziło czterech władców. Oni byli słabsi, a ja rosłam w siłę. Do tego byłam nietykalna ze względu na mojego mężusia. No i zebrałam się ze niektórymi starszymi, ale słabszymi ode mnie, dawnymi morojami i dampirami, pokonaliśmy ich, zabiłam wszystkich, a następnie zwalczyłam swoich towarzyszy do poziomu psów. Reszta wypełniła się podczas polowań. Inne strzygi się dołączyły. A moi kompanie przerażeni tym, jak rozszarpuję ciało na części, siali plotki po hotelu, jaka to nie jestem niezwyciężona. I tak znalazłam się na samym szczycie. Z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk pukania w drewno.
- Wejść.- krzyknęłam, nie zmieniając nawet pozycji.
Po chwili obok mnie znalazła się Vanessa.
- Siadaj dziecko.- wskazałam na fotel.
Niby nie jest dużo młodsza ode mnie, ale jeśli kogoś nie nazwę robakiem, a w najlepszym wypadku psem, może czuć się zaszczycony.
- O dziękuję, Wielmożna Pani.- złapała za rogi sukni i skłoniła się nisko.
Na rozmowy ze mną kazałam się ubierać w suknie do ziemi, pasujące kolorystycznie i chusty na głowie. To pierwsze było symbolem zaszczytu, jaki je spotkał, a drugie uniżenia sługi względem władcy.
- Masz potencjał,- zaczęłam siadając i splotłam dłonie, podpierając łokcie na rozstawionych kolanach.- ale brakuje ci doświadczenia. Jesteś młodą strzygą i potrzebujesz przewodnictwa, a może kiedyś staniesz u mego boku.- dziewczyna nie wyrażała żadnych uczuć, czyli, że wzięła sobie do serca moją radę.- Musisz mi udowodnić, że umiesz walczyć o swoje. Masz czas do polowania na znalezienie wśród dawnych znajomych ofiarę godną zostania strzygą i przekonać mnie, czemu mamy na nią zapolować. To jakieś trzy godziny. Jasne.
- Tak, Pani.
- Na czas próby musisz zapomnieć kim jestem i mi wygarnąć.- kątem oka zauważyłam wchodzącego blondyna.- A teraz odejdź.
Ukłoniła się mi, a gdy mijała Nigela, ten klepnął ją w tyłek, posyłając strzydze lubieżny uśmiech. Gdy wyszła usiadł obok mnie.
- Nie rozsiadaj się tak.- wstałam i poszłam do sypialni.- Mamy robotę. Dzisiaj chcę szybko i mocno.
Nawet nie obejrzałam się za nim.
- Oczywiście Pani.- już widziałam jak się uśmiecha.
Sekundę później był przede mną i rzucił się na moje usta. Oboje szybko zdarliśmy z siebie ubrania i padliśmy na łóżko, abym znowu mogła wołać Dymitra. Pewne rzeczy nigdy się nie zmienią. Po skończonej zabawie, odesłałam dawnego dampira, a sama poszłam się kąpać. No cóż. Bielikow też będąc strzygą mnie zdradził. Nie czuję się winna. Wmawiałam mu głupstwa, że nie był sobą, ale teraz. Dopiero teraz wiem, że to on miał rację. Po przebudzeniu zaczyna się prawdziwe, wolne życie. Uwielbiam to. Wiatr we włosach, gdy biegnę nocą za ofiarą, bawiąc się z nią w kotka i myszkę. Jak słyszę jej serce, bijące dwa razy szybciej niż normalnie, napędzając ciepłą krew w żyłach, szybki oddech i panicznie strach, gdy znikąd pojawiam się tuż przed nią i porwę w cień mrocznej uliczki. Tam usłyszę ostatnie jej bicie serca. To jest prawdziwe życie. Czulsze zmysły powiększają radość życia. I ta siła wypełniająca ciało, wraz z krwią moroji...
Tak się rozmarzyłam, że straciłam rachubę czasu.
Cholera!
Szybko wybiegłam z łazienki, wytarłam ciało i się ubrałam w ciasne, ale wygodne rurki, ciemno zielony crop top, brązową, a raczej prawie czarną katanę ze skóry i glany. Wysuszyłam włosy, a same mi się podkręciły. W pasie spięłam się pasem z bronią, włożyłam za niego sztylet i wyszłam. Schodami zeszłam na sam dół i weszłam do wielkiej sali, gdzie była reszta. Weszła. Ja kopnęłam drzwi tak mocno, że dodatkowy łoskot narobiły oba skrzydła, odbijające się od ścian. Ale zdążyłam. Władza daje jednak swoje obowiązki, między innymi punktualność. Gdy byłam jeszcze tym parszywym pomiotem pieprzonej pracoholiczki i tego jakże łaskawie zapładniającego dampirzyce i ludzi (swoją drogą, ohyda upaść tak nisko...) mafioza, który myśli, że może wszystko, a nie może kurwa nic. Wracając. Gdy byłam ich dzieckiem, często się spóźniałam. I kolejna zaleta bycia nieśmiertelną bestią: szybkość. I nigdzie się nie spóźnię.
- Czy to już wszyscy?- spytałam, podchodząc do stołu na środku sali.
Strzygi rozstąpiły się przede mną, stojąc na baczność. Każdy, kogo mijałam, kłaniał mi się nisko.
- Jeszcze nie Wielmożna Pani Hathaway-Bielikow.
Spojrzałam na zegarek.
- Za dwie minuty zamknął wszystkie drzwi i otworzyć okna w całym hotelu.- rozkazałam.
- Ale Pani, słońce jeszcze nie zaszło.- usłyszałam z boku.- Oni spalą się.
Podeszłam do rudego mężczyzny, kiedyś był człowiekiem i złapałam go za szyję, podnosząc do góry.
- Czy nie wyraziłam się jasno?- ryknęłam.- Ostrzegałam, że spóźnienie zostanie przypłacone życiem, czyż nie?
On tylko pokiwał głową ze strachem.
- Czekaj, to ty byłeś u mnie godzinę temu.- bardziej stwierdziłam, niż spytałam.
Jego oczy jeszcze bardziej się rozszerzyły, kiedy uśmiechnęłam się diabelsko.
- Jak się nazywać?- spytałam.
- Meredith...- wydyszał, gdy jeszcze bardziej ścisnęłam mu krtań.
- Oj Merdi,- pokręciłam z udawanym zawiedzeniem.- Coraz bardziej mi się narażasz. Rób tak dalej, a twoje dni będą policzone.- puściłam go i odwróciłam się na pięcie.- Przez kolejne dwa miesiące będziesz czyścił łazienki.
Zniecierpliwiona popatrzyłam na zegarek. Kurwa koniec mojej cierpliwości.
- Zamknąć drzwi.- rozkazałam.- Ilu brakuje?
- Są wszyscy.- usłyszałam z tyłu.
- Macie szczęście.- warknęłam.
- Wejść.- krzyknęłam, nie zmieniając nawet pozycji.
Po chwili obok mnie znalazła się Vanessa.
- Siadaj dziecko.- wskazałam na fotel.
Niby nie jest dużo młodsza ode mnie, ale jeśli kogoś nie nazwę robakiem, a w najlepszym wypadku psem, może czuć się zaszczycony.
- O dziękuję, Wielmożna Pani.- złapała za rogi sukni i skłoniła się nisko.
Na rozmowy ze mną kazałam się ubierać w suknie do ziemi, pasujące kolorystycznie i chusty na głowie. To pierwsze było symbolem zaszczytu, jaki je spotkał, a drugie uniżenia sługi względem władcy.
- Masz potencjał,- zaczęłam siadając i splotłam dłonie, podpierając łokcie na rozstawionych kolanach.- ale brakuje ci doświadczenia. Jesteś młodą strzygą i potrzebujesz przewodnictwa, a może kiedyś staniesz u mego boku.- dziewczyna nie wyrażała żadnych uczuć, czyli, że wzięła sobie do serca moją radę.- Musisz mi udowodnić, że umiesz walczyć o swoje. Masz czas do polowania na znalezienie wśród dawnych znajomych ofiarę godną zostania strzygą i przekonać mnie, czemu mamy na nią zapolować. To jakieś trzy godziny. Jasne.
- Tak, Pani.
- Na czas próby musisz zapomnieć kim jestem i mi wygarnąć.- kątem oka zauważyłam wchodzącego blondyna.- A teraz odejdź.
Ukłoniła się mi, a gdy mijała Nigela, ten klepnął ją w tyłek, posyłając strzydze lubieżny uśmiech. Gdy wyszła usiadł obok mnie.
- Nie rozsiadaj się tak.- wstałam i poszłam do sypialni.- Mamy robotę. Dzisiaj chcę szybko i mocno.
Nawet nie obejrzałam się za nim.
- Oczywiście Pani.- już widziałam jak się uśmiecha.
Sekundę później był przede mną i rzucił się na moje usta. Oboje szybko zdarliśmy z siebie ubrania i padliśmy na łóżko, abym znowu mogła wołać Dymitra. Pewne rzeczy nigdy się nie zmienią. Po skończonej zabawie, odesłałam dawnego dampira, a sama poszłam się kąpać. No cóż. Bielikow też będąc strzygą mnie zdradził. Nie czuję się winna. Wmawiałam mu głupstwa, że nie był sobą, ale teraz. Dopiero teraz wiem, że to on miał rację. Po przebudzeniu zaczyna się prawdziwe, wolne życie. Uwielbiam to. Wiatr we włosach, gdy biegnę nocą za ofiarą, bawiąc się z nią w kotka i myszkę. Jak słyszę jej serce, bijące dwa razy szybciej niż normalnie, napędzając ciepłą krew w żyłach, szybki oddech i panicznie strach, gdy znikąd pojawiam się tuż przed nią i porwę w cień mrocznej uliczki. Tam usłyszę ostatnie jej bicie serca. To jest prawdziwe życie. Czulsze zmysły powiększają radość życia. I ta siła wypełniająca ciało, wraz z krwią moroji...
Tak się rozmarzyłam, że straciłam rachubę czasu.
Cholera!
Szybko wybiegłam z łazienki, wytarłam ciało i się ubrałam w ciasne, ale wygodne rurki, ciemno zielony crop top, brązową, a raczej prawie czarną katanę ze skóry i glany. Wysuszyłam włosy, a same mi się podkręciły. W pasie spięłam się pasem z bronią, włożyłam za niego sztylet i wyszłam. Schodami zeszłam na sam dół i weszłam do wielkiej sali, gdzie była reszta. Weszła. Ja kopnęłam drzwi tak mocno, że dodatkowy łoskot narobiły oba skrzydła, odbijające się od ścian. Ale zdążyłam. Władza daje jednak swoje obowiązki, między innymi punktualność. Gdy byłam jeszcze tym parszywym pomiotem pieprzonej pracoholiczki i tego jakże łaskawie zapładniającego dampirzyce i ludzi (swoją drogą, ohyda upaść tak nisko...) mafioza, który myśli, że może wszystko, a nie może kurwa nic. Wracając. Gdy byłam ich dzieckiem, często się spóźniałam. I kolejna zaleta bycia nieśmiertelną bestią: szybkość. I nigdzie się nie spóźnię.
- Czy to już wszyscy?- spytałam, podchodząc do stołu na środku sali.
Strzygi rozstąpiły się przede mną, stojąc na baczność. Każdy, kogo mijałam, kłaniał mi się nisko.
- Jeszcze nie Wielmożna Pani Hathaway-Bielikow.
Spojrzałam na zegarek.
- Za dwie minuty zamknął wszystkie drzwi i otworzyć okna w całym hotelu.- rozkazałam.
- Ale Pani, słońce jeszcze nie zaszło.- usłyszałam z boku.- Oni spalą się.
Podeszłam do rudego mężczyzny, kiedyś był człowiekiem i złapałam go za szyję, podnosząc do góry.
- Czy nie wyraziłam się jasno?- ryknęłam.- Ostrzegałam, że spóźnienie zostanie przypłacone życiem, czyż nie?
On tylko pokiwał głową ze strachem.
- Czekaj, to ty byłeś u mnie godzinę temu.- bardziej stwierdziłam, niż spytałam.
Jego oczy jeszcze bardziej się rozszerzyły, kiedy uśmiechnęłam się diabelsko.
- Jak się nazywać?- spytałam.
- Meredith...- wydyszał, gdy jeszcze bardziej ścisnęłam mu krtań.
- Oj Merdi,- pokręciłam z udawanym zawiedzeniem.- Coraz bardziej mi się narażasz. Rób tak dalej, a twoje dni będą policzone.- puściłam go i odwróciłam się na pięcie.- Przez kolejne dwa miesiące będziesz czyścił łazienki.
Zniecierpliwiona popatrzyłam na zegarek. Kurwa koniec mojej cierpliwości.
- Zamknąć drzwi.- rozkazałam.- Ilu brakuje?
- Są wszyscy.- usłyszałam z tyłu.
- Macie szczęście.- warknęłam.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
ROZDZIAŁ 377
ROSE
Miesiąc od przemiany nie tylko byłam gotowa do takiej walki, ale i przywódczynią strzyg. Nie było to trudne. Gdyby nie to, nigdy chyba nie pozwoliliby mi na udział w tej akcji. A gdy widziałam, jak te skurwysyny cokolwiek planują, krew mnie zalewała. Niekompetentne, szowinistyczne chuje. Musiałam coś zrobić. Nie usprawiedliwiam się, bo nawet nie mam z czego. Jak to mówią, "Debile z wozu, koniom lżej." Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Kazałam przemieniać każdą ofiarę, no chyba że na pierwszy rzut oka widać, że to życiowe ofermy do niczego niezdolne. Wyrobiłam sobie opinię bezwzględnej suki, bo taka jestem. Właśnie ustalałam szczegóły "spotkania", gdy usłyszałam zamykające się drzwi. Nawet nie podniosłam głowy.
- Wszystko gotowe Rose...- odezwał się ktoś.
Nie dałam mu dokończyć, bo rzuciłam się na niego, przyszpilając go za szyję do ściany. Złapał za mój nadgarstek, ale ja tylko wzmocniłam uścisk. W jego oczach widziałam strach, a w moich pewnie błyszczała żądza krwi i mordu.
- Jak mówiła, że macie się do mnie zwracać?!- ryknęłam.
- Wielka...- ledwo mógł mówić przez moją dłoń.- Hathaway-Bielikow.
Puściłam strzygę, a jej ciało opadły z łoskotem na ziemię.
- Jedz kurz robaku.- rzuciłam, wyciągając z pasa średniowieczny sztylet.
Tyle jest tutaj pięknej broni. Czemu nikt wcześnie nie wpadł na pomysł, aby jej użyć.
- A teraz wyjdź.- rozkazałam, bawiąc się narzędziem.
- Tak jest Pani.- ukłonił się i wyszedł.
Z westchnieniem opadłam na krzesło. Uwielbiam to życie. W końcu nikt nic mi nie karze, mogę robić co mi się chcę, jestem wolna i korzystam z życia. Do pełnego szczęścia brakuje mi tylko Dymitra. Ale już niedługo. I razem pokonamy tych "pseudo-wampirów". Nawet porządnie krwi nie umieją wypijać. Bez tych żałosnych imitacji świat byłby lepszy. Nawet ludzie nie chowają się za jakimiś strażnikami. A oni mają magię, osłony, to nie. Jeszcze im dampirów potrzeba. A połowa z nich, co ja gadam, siedem ósmych nie widziało na oczy strzygi. Ale już niedługo.
- Jesteś cała spięta Rose.- z cienia za mną wyszedł Nigel, kładąc dłonie na moich ramionach.- Może trochę cię odstresuję,- pocałował mnie w szyję, a ja ją odchyliłam, dając mu lepszy dostęp.- co ty na to, Różyczko?
Jak było mi przyjemnie, tak w jednej chwili zagotowało się we mnie. Ostatnie słowo powiedział po raz pierwszy, z lekkim wahania i zapewniam, że po raz ostatni. Zerwałam się i powaliłam go na ziemię, sięgając po sztylet. Przyłożyłam go mu do szyi.
- Mam teraz dobrą okazję do zabicia cię, skurwielu.- zaśmiałam się ze złowrogim uśmiechem.- Na za dużo sobie pozwalasz Nigeluś. I tak możesz więcej niż reszta, ze względu na to, że jesteś przystojny i dobry w łóżku. Ale to wkrótce się zmienić. Będziesz spieprzał stąd, jak wczorajsze ofiary losu. Więc jeśli chcesz się mną jeszcze nacieszyć, radzę ci tego nie powtarzać. Mówić do mnie może tak tylko jedna osoba.- wyszeptałam mu dobitnie przez zaciśnięte zęby.
Choć próbował to ukryć, w oceanicznych oczach z czerwonymi obwódkami blondyna widziałam strach, dający mi chore poczucie satysfakcji. Wstałam z podłogi i otrzepałam ręce.
- Ten twój Rusek?- zadrwił wyciągając do mnie dłoń, abym go podniosła.
Ja tylko prychnęłam i kręcąc tyłkiem podeszłam do półki z książkami. Strzyga westchnęła i sama się podniosła.
- Radzę ci uważać, bo będziesz pod rozkazami tego Ruska. O ile cię nie zajebie, za to co robiłeś.
- Pff... a kto tak powiedział?-podszedł do barku i wyciągnął kieliszek oraz flaszkę krwi.- Po za tym, nie musi się niczego dowiadywać.
Skrzywiłam się. O wiele bardziej wolę krew prosto z żył. Jest ciepła, więc ogrzewa organizm niczym herbata. Do tego dochodzi świadomość, że wysysasz z kogoś życie do ostatniej krwi. A smaku pierwszej nigdy się nie zapomina. Jak alkohol przyjemnie piekła moje nie przyzwyczajone gardło.
- Ja tak powiedziałam, kurwa,- uderzyłam pięścią w stół, przez co aż podskoczył, ochlapując się napojem.-, jeśli to jakiś problem. Pogódź się z tym, że jesteś tylko chwilową zabaweczką, na nudne dni, a mniej będzie bolało.- zaśmiałam się gardłowo.- Mimo, że teraz jesteś tu z nich wszystkich najlepszy, nie dorastasz Dymitrowi do pięt. Po to jest nam potrzebny, aby zniszczyć arystokrację. Ja i on będziemy niepokonani. A ty dołączysz do reszty naszych pupilków. Nie będziesz dla mnie ważniejszy niż lump ze śmietnika. No o ile cię nie zabije Bielikow. Bo co do drugiego pytania, osobiście mu o tym powiem.
- Nie ośmielisz się.- otworzył szeroko oczy.- Po tym wszystkim? To co nas łączy...
- Nic nas nie łączy, do cholery.- przerwałam mu ostro.- Żadnych strzyg nic nie łączy, po za interesami. Kurwa! Zrozum to wreszcie. Mnie i Dymitra też nic nie będzie łączyć po za pożądaniem i władzą.
- Znudzisz mu się.- wzruszył ramionami i wypił na raz cały kieliszek krwi.
Natychmiast stanęłam przed nim, przez co się zachłysnął.
- Ja pierdole! Nie znudzę mu się! Nawet o tym nie pomyśli skurwysynu. Zrozum, że nic mnie nie interesujesz, nie ma dla ciebie nadziei. Mógłbyś nawet sobie iść na słońce, chuj mnoe to obchodzi. Nie ma cię, trudno. Ktoś inny cię zastąpi. Mi zależy tylko na istnieniu Dymitra. Po za nim, nie ma ludzi niezastąpionych. I do kurwy nędzy przestań mi machać tu tą butelką!
Wyrwałam mu flaszkę i z obrzydzeniem rozbiłam mu na głowie. Zaczęła mu lecieć czerwona ciecz z rany, a sam się za nią złapał.
- Gdy przestaniesz robić z siebie ofermę, masz to posprzątać i się umyć. Czekam w pokoju.- rzuciłam wychodząc.
Po drodze złapałam młodszą strzygę. Była to szatynka z tatuażem w kształcie smoka na ręce. Miała z tydzień. W jej oczach widziałam strach.
- Vanessa. Powiedz reszcie że za godzinę zbieramy się w auli. Wszyscy! I niech mi się kurwa ktoś nie zjawi, a może mi się więcej nie pokazywać na oczy.
- Tak, Wielkowładna Hathaway-Bielikow.- ukłoniła się głęboko i chciała odejść.
Jednak złapałam ją za ramię i przejrzałam się jej uważnie.
- Podobasz mi się.- odezwałam się po chwili.- Masz potencjał i jesteś uległa. Jednak na treningu pokazujesz swoją siłę. Co robiłaś przed przebudzeniem?
- Byłam w szkolnej drużynie siatkarskiej i z chłopakiem często chodziliśmy na siłownię.
Budowa jej ciała potwierdzała to. Zastanowiłam się chwilę.
- Po przekazaniu rozkazu, przyjdź do mnie, a po radzie pójdziesz ze mną i elitą na polowanie. Pokaże ci prawdziwe życie.
- Naprawdę?- jej oczy zabłysły.
- Nie ekscytuj się tak, bo zmienię zdanie. Strzyga jest zimna jak lód i twarda jak skała.- po tych słowach skierowałam się do pokoju.
Miesiąc od przemiany nie tylko byłam gotowa do takiej walki, ale i przywódczynią strzyg. Nie było to trudne. Gdyby nie to, nigdy chyba nie pozwoliliby mi na udział w tej akcji. A gdy widziałam, jak te skurwysyny cokolwiek planują, krew mnie zalewała. Niekompetentne, szowinistyczne chuje. Musiałam coś zrobić. Nie usprawiedliwiam się, bo nawet nie mam z czego. Jak to mówią, "Debile z wozu, koniom lżej." Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Kazałam przemieniać każdą ofiarę, no chyba że na pierwszy rzut oka widać, że to życiowe ofermy do niczego niezdolne. Wyrobiłam sobie opinię bezwzględnej suki, bo taka jestem. Właśnie ustalałam szczegóły "spotkania", gdy usłyszałam zamykające się drzwi. Nawet nie podniosłam głowy.
- Wszystko gotowe Rose...- odezwał się ktoś.
Nie dałam mu dokończyć, bo rzuciłam się na niego, przyszpilając go za szyję do ściany. Złapał za mój nadgarstek, ale ja tylko wzmocniłam uścisk. W jego oczach widziałam strach, a w moich pewnie błyszczała żądza krwi i mordu.
- Jak mówiła, że macie się do mnie zwracać?!- ryknęłam.
- Wielka...- ledwo mógł mówić przez moją dłoń.- Hathaway-Bielikow.
Puściłam strzygę, a jej ciało opadły z łoskotem na ziemię.
- Jedz kurz robaku.- rzuciłam, wyciągając z pasa średniowieczny sztylet.
Tyle jest tutaj pięknej broni. Czemu nikt wcześnie nie wpadł na pomysł, aby jej użyć.
- A teraz wyjdź.- rozkazałam, bawiąc się narzędziem.
- Tak jest Pani.- ukłonił się i wyszedł.
Z westchnieniem opadłam na krzesło. Uwielbiam to życie. W końcu nikt nic mi nie karze, mogę robić co mi się chcę, jestem wolna i korzystam z życia. Do pełnego szczęścia brakuje mi tylko Dymitra. Ale już niedługo. I razem pokonamy tych "pseudo-wampirów". Nawet porządnie krwi nie umieją wypijać. Bez tych żałosnych imitacji świat byłby lepszy. Nawet ludzie nie chowają się za jakimiś strażnikami. A oni mają magię, osłony, to nie. Jeszcze im dampirów potrzeba. A połowa z nich, co ja gadam, siedem ósmych nie widziało na oczy strzygi. Ale już niedługo.
- Jesteś cała spięta Rose.- z cienia za mną wyszedł Nigel, kładąc dłonie na moich ramionach.- Może trochę cię odstresuję,- pocałował mnie w szyję, a ja ją odchyliłam, dając mu lepszy dostęp.- co ty na to, Różyczko?
Jak było mi przyjemnie, tak w jednej chwili zagotowało się we mnie. Ostatnie słowo powiedział po raz pierwszy, z lekkim wahania i zapewniam, że po raz ostatni. Zerwałam się i powaliłam go na ziemię, sięgając po sztylet. Przyłożyłam go mu do szyi.
- Mam teraz dobrą okazję do zabicia cię, skurwielu.- zaśmiałam się ze złowrogim uśmiechem.- Na za dużo sobie pozwalasz Nigeluś. I tak możesz więcej niż reszta, ze względu na to, że jesteś przystojny i dobry w łóżku. Ale to wkrótce się zmienić. Będziesz spieprzał stąd, jak wczorajsze ofiary losu. Więc jeśli chcesz się mną jeszcze nacieszyć, radzę ci tego nie powtarzać. Mówić do mnie może tak tylko jedna osoba.- wyszeptałam mu dobitnie przez zaciśnięte zęby.
Choć próbował to ukryć, w oceanicznych oczach z czerwonymi obwódkami blondyna widziałam strach, dający mi chore poczucie satysfakcji. Wstałam z podłogi i otrzepałam ręce.
- Ten twój Rusek?- zadrwił wyciągając do mnie dłoń, abym go podniosła.
Ja tylko prychnęłam i kręcąc tyłkiem podeszłam do półki z książkami. Strzyga westchnęła i sama się podniosła.
- Radzę ci uważać, bo będziesz pod rozkazami tego Ruska. O ile cię nie zajebie, za to co robiłeś.
- Pff... a kto tak powiedział?-podszedł do barku i wyciągnął kieliszek oraz flaszkę krwi.- Po za tym, nie musi się niczego dowiadywać.
Skrzywiłam się. O wiele bardziej wolę krew prosto z żył. Jest ciepła, więc ogrzewa organizm niczym herbata. Do tego dochodzi świadomość, że wysysasz z kogoś życie do ostatniej krwi. A smaku pierwszej nigdy się nie zapomina. Jak alkohol przyjemnie piekła moje nie przyzwyczajone gardło.
- Ja tak powiedziałam, kurwa,- uderzyłam pięścią w stół, przez co aż podskoczył, ochlapując się napojem.-, jeśli to jakiś problem. Pogódź się z tym, że jesteś tylko chwilową zabaweczką, na nudne dni, a mniej będzie bolało.- zaśmiałam się gardłowo.- Mimo, że teraz jesteś tu z nich wszystkich najlepszy, nie dorastasz Dymitrowi do pięt. Po to jest nam potrzebny, aby zniszczyć arystokrację. Ja i on będziemy niepokonani. A ty dołączysz do reszty naszych pupilków. Nie będziesz dla mnie ważniejszy niż lump ze śmietnika. No o ile cię nie zabije Bielikow. Bo co do drugiego pytania, osobiście mu o tym powiem.
- Nie ośmielisz się.- otworzył szeroko oczy.- Po tym wszystkim? To co nas łączy...
- Nic nas nie łączy, do cholery.- przerwałam mu ostro.- Żadnych strzyg nic nie łączy, po za interesami. Kurwa! Zrozum to wreszcie. Mnie i Dymitra też nic nie będzie łączyć po za pożądaniem i władzą.
- Znudzisz mu się.- wzruszył ramionami i wypił na raz cały kieliszek krwi.
Natychmiast stanęłam przed nim, przez co się zachłysnął.
- Ja pierdole! Nie znudzę mu się! Nawet o tym nie pomyśli skurwysynu. Zrozum, że nic mnie nie interesujesz, nie ma dla ciebie nadziei. Mógłbyś nawet sobie iść na słońce, chuj mnoe to obchodzi. Nie ma cię, trudno. Ktoś inny cię zastąpi. Mi zależy tylko na istnieniu Dymitra. Po za nim, nie ma ludzi niezastąpionych. I do kurwy nędzy przestań mi machać tu tą butelką!
Wyrwałam mu flaszkę i z obrzydzeniem rozbiłam mu na głowie. Zaczęła mu lecieć czerwona ciecz z rany, a sam się za nią złapał.
- Gdy przestaniesz robić z siebie ofermę, masz to posprzątać i się umyć. Czekam w pokoju.- rzuciłam wychodząc.
Po drodze złapałam młodszą strzygę. Była to szatynka z tatuażem w kształcie smoka na ręce. Miała z tydzień. W jej oczach widziałam strach.
- Vanessa. Powiedz reszcie że za godzinę zbieramy się w auli. Wszyscy! I niech mi się kurwa ktoś nie zjawi, a może mi się więcej nie pokazywać na oczy.
- Tak, Wielkowładna Hathaway-Bielikow.- ukłoniła się głęboko i chciała odejść.
Jednak złapałam ją za ramię i przejrzałam się jej uważnie.
- Podobasz mi się.- odezwałam się po chwili.- Masz potencjał i jesteś uległa. Jednak na treningu pokazujesz swoją siłę. Co robiłaś przed przebudzeniem?
- Byłam w szkolnej drużynie siatkarskiej i z chłopakiem często chodziliśmy na siłownię.
Budowa jej ciała potwierdzała to. Zastanowiłam się chwilę.
- Po przekazaniu rozkazu, przyjdź do mnie, a po radzie pójdziesz ze mną i elitą na polowanie. Pokaże ci prawdziwe życie.
- Naprawdę?- jej oczy zabłysły.
- Nie ekscytuj się tak, bo zmienię zdanie. Strzyga jest zimna jak lód i twarda jak skała.- po tych słowach skierowałam się do pokoju.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
czwartek, 2 lutego 2017
ROZDZIAŁ 376
Przekazaliśmy to reszcie. Jill szybko wróciła, odprowadzona z Eddym do komnaty, osłabiona wydarzeniami. Przez całą drogę biedna biadoliła, że Rose tyle dla niej zrobiła, a ta jej nie może pomóc. To prawda, Roza pomogła wielu osobą.
- To co teraz?- spytał Ozera.
Ja przez cały czas siedziałem skulony pod ścianą i wszystkiemu się przysłuchiwałem. Jednak w środku byłem zupełnie pusty. Tak, chciałem by została strzygą, żeby ją odmienić, ale w tej chwili to mnie wcale nie cieszyło. Ona jest taka piękna i dobra, zawsze chętna do pomocy. A teraz... będzie zabijać niewinnych dla krwi. Nie obwiniam jej, a jedynie boję się o nią. Co będzie z jej psychiką, gdy ją uratujemy? Czy wcześniej ktoś jej nie pokona. A jeśli będzie trzymana przez kolejne miesiące, albo lata, bez najmniejszej wiadomości. Ona wiedziała gdzie mnie szukać, a ja? Moja ukochana może być wszędzie. Co ja teraz zrobię bez niej? Co powiem dzieciom? Jak sobie poradzę? Jest moim światem. Czym będzie świat bez niej. Jak wielka szara plama, której jej śmiech nadaje barw. A miała wielkie plany. Chciała mieć kolejne dzieci. Dałbym je jej z największą przyjemnością. A teraz... nie wiem gdzie jest, ani jak ją znaleźć.
- Musimy czekać na ich ruch.- odpowiedziała Janine.- A później ją odmienimy.
- Nie wiem, czy dam radę.- zmieszał się Iwaszkow, a ja dostałem olśnienia.
- On ma ją odmienić?!- podniosłem się gwałtownie, wskazując oskarżycielsko na Adriana.
Nie mogę na to pozwolić. Wiem co czuje odmieniona strzyga, względem moroja, który ją odmienił. Dał jej szansę na nowe życie, lepszą przyszłość i odkupienie win. Jest mu wdzięczna za ratunek i KOCHA, może i rodzicielską miłością, ale zawsze to MIŁOŚĆ. Nie pozwolę, aby to uczucie łączyło Rozę z jej byłym. Nawet jeśli on ma żonę. To że nasze relacje się poprawiły, nie znaczy, że nie jestem zazdrosny. Tak. Ja Dymitr Bielikow jestem zazdrosny. Ale o taką kobietę, nie być to jak obraza.
- A masz jakiś inny pomysł?- moroj rzucił mi wzywające spojrzenie.
- Sonia Karp.- skrzyżowałem ręce na piersi, opierając się o ścianę.
- Przecież nie będziemy jej męczyć, gdy ma nową funkcję w Akademii i dzieci na wychowaniu.- zauważył Christian.
- On też ma dziecko.- zauważyłem.
- Ale jest z nami na miejscu. Bielikow, pogódź się z tym, że to ja ocalę Rose. To jedyny sposób.
- Więc ja będę uczył cię wbijać sztylet w serce strzygi.- postawiłem warunek.
Wszyscy się zgodzili i wróciliśmy do pokoi. Pierwsze co zrobiłem, to położyłem się na łóżku przy dzieciach i zasnąłem natychmiastowo.
- Strażniku Bielikow.- do ławki podbiegł młody chłopak.- Wszędzie strażnika szukam.
- Coś się stało, Alwin?- spytałem obojętnie.
Starałem się nie pokazać, jak każde wspomnienie mnie boli. Tym razem wybrałem inną strategię. Zamiast upić się w trupa i zapomnieć, odużam się jak największą liczbą wspomnień, aby o niej pamiętać i myśleć, co trudne nie jest. Dlatego codziennie na prawie cały dzień zaszywam się w NASZYM parku, na NASZEJ ławce i wspominam.
- Ktoś dostarczył strażnikom przy bramie list do strażnika.- podał mi kopertę.
Cholera! Zacząłem się uśmiechać jak głupi go sera. To staranne, lekko pochyłe i pełne zawijasów pismo należało do jednej jedynej osoby na świecie. Potwierdzał to zapach perfum mojej strojnisi. Ze szczęścia uścisnąłem zdezorientowanego dampira i pobiegłem do domu. Bez zabawy w szukanie noża do listów, rozciąłem sztyletem kopertę i wyciągnąłem różowy papier. Położyłem go ostrożnie na biurku, włączyłem światło, po czym zanurzyłem się w lekturze.
Drogi Towarzyszu,
Mam nadzieję, że czekasz na to spotkanie równie niecierpliwie jak ja. Ale już wkrótce skończy się nasze cierpienie. Spotkajmy się jutro o północy nad jeziorem, tym gdzie jeździliśmy na rowerach. Masz być sam. Chętnie zobaczyłabym też nasze dzieci, ale one jeszcze nie są gotowe. Ale ty masz doświadczenie, jakiego nam potrzeba. Czekam na ciebie i liczę na twój honor. To będziemy tylko ja i ty. Zobaczymy, kto tym razem wygra.
Czekałem długo na jej ruch i w końcu go mam.
- Już niedługo będziemy razem skarbie.- mruknąłem do siebie.
Nagle usłyszałem za sobą trzask drzwi i obok mnie pojawiły się bliźniaki.
- Tata.- zawołały, opierając się rękoma o fotel.
Wziąłem księżniczkę na ręce i zacząłem nią z nią kręcić wokół własnej osi, po czym opadłem z nią na kanapę. Dziewczynka śmiała się na moim brzuchu. Zaraz wspiął się na mnie również Felix.
- Cześć Lili.- uśmiechnąłem się do młodej znad małych główek dzieciaków.
- Hej.- odpowiedziała posępnie i przyjrzała mi się nieufnie.
- Kedy wlóći mama?- spytał synek.
- Niedługo, na pewno niedługo.- zapewniłem całując oboje w czoła.
Moja szwagierka miała wypisane niedowierzanie na twarzy. Wskazałem jej list na biurku. Dziewczynka sciągnęła tornister i zaczęła czytać, podczas gdy ja bawiłem się z naszymi skarbami.
- Zamierzasz tam iść?- spytała zdziwiona i wystraszona.
- Tak.- odpowiedziałem podrzucając brzdące.
- Sam?!- wytrzeszczyła oczy.
- Oczywiście, że nie.- usiadłem sadzając obok bliźniaki.- zaraz po obiedzie pójdę zanieść to Christianowi. Głupi nie jestem.- połaskotałem Felixa w brzuszek, na co się oboje odnośnie zaśmiali.
- Czyli, że jutro Rose będzie w domu?- ucieszyła się.
- Nie wiem, czy od razu będzie gotowa. Pamiętasz jak ci opowiadaliśmy, co było ze mną po odmianie.
- Ale ona nas nie zostawi?- spytała przestraszona.
- Nie odpuszczę do tego. Ale może nas nie być kilka dni.
Po obiedzie Lili miała odrobić lekcje, a później mogła wyjść do znajomych. Ja zabrałem dzieci do Rosalie, Alice i Asha- syna młodych Iwaszkowów, pod opieką Vanessy w pokoju dziecięcym. Sam pokazałem Christianowi list.
- Czas się szykować do starcia.- oznajmił i posłał po resztę.
- To co teraz?- spytał Ozera.
Ja przez cały czas siedziałem skulony pod ścianą i wszystkiemu się przysłuchiwałem. Jednak w środku byłem zupełnie pusty. Tak, chciałem by została strzygą, żeby ją odmienić, ale w tej chwili to mnie wcale nie cieszyło. Ona jest taka piękna i dobra, zawsze chętna do pomocy. A teraz... będzie zabijać niewinnych dla krwi. Nie obwiniam jej, a jedynie boję się o nią. Co będzie z jej psychiką, gdy ją uratujemy? Czy wcześniej ktoś jej nie pokona. A jeśli będzie trzymana przez kolejne miesiące, albo lata, bez najmniejszej wiadomości. Ona wiedziała gdzie mnie szukać, a ja? Moja ukochana może być wszędzie. Co ja teraz zrobię bez niej? Co powiem dzieciom? Jak sobie poradzę? Jest moim światem. Czym będzie świat bez niej. Jak wielka szara plama, której jej śmiech nadaje barw. A miała wielkie plany. Chciała mieć kolejne dzieci. Dałbym je jej z największą przyjemnością. A teraz... nie wiem gdzie jest, ani jak ją znaleźć.
- Musimy czekać na ich ruch.- odpowiedziała Janine.- A później ją odmienimy.
- Nie wiem, czy dam radę.- zmieszał się Iwaszkow, a ja dostałem olśnienia.
- On ma ją odmienić?!- podniosłem się gwałtownie, wskazując oskarżycielsko na Adriana.
Nie mogę na to pozwolić. Wiem co czuje odmieniona strzyga, względem moroja, który ją odmienił. Dał jej szansę na nowe życie, lepszą przyszłość i odkupienie win. Jest mu wdzięczna za ratunek i KOCHA, może i rodzicielską miłością, ale zawsze to MIŁOŚĆ. Nie pozwolę, aby to uczucie łączyło Rozę z jej byłym. Nawet jeśli on ma żonę. To że nasze relacje się poprawiły, nie znaczy, że nie jestem zazdrosny. Tak. Ja Dymitr Bielikow jestem zazdrosny. Ale o taką kobietę, nie być to jak obraza.
- A masz jakiś inny pomysł?- moroj rzucił mi wzywające spojrzenie.
- Sonia Karp.- skrzyżowałem ręce na piersi, opierając się o ścianę.
- Przecież nie będziemy jej męczyć, gdy ma nową funkcję w Akademii i dzieci na wychowaniu.- zauważył Christian.
- On też ma dziecko.- zauważyłem.
- Ale jest z nami na miejscu. Bielikow, pogódź się z tym, że to ja ocalę Rose. To jedyny sposób.
- Więc ja będę uczył cię wbijać sztylet w serce strzygi.- postawiłem warunek.
Wszyscy się zgodzili i wróciliśmy do pokoi. Pierwsze co zrobiłem, to położyłem się na łóżku przy dzieciach i zasnąłem natychmiastowo.
***
Już minął miesiąc od jej przemiany i nic. Ja nie wytrzymam długo. Tęsknię za jej uśmiechem, droczeniem się ze mną, poczuciem humoru i tym, że wszędzie było jej pełno. To okropne. Życie bez niej jest takie puste i bez znaczenia. Codziennie rano, budząc się, szukam ręką jej drobnego ciała i co czuję? Pieprzoną pustkę na łóżku i w sercu. Strzygi wydarły w nim dziurę, którą tylko ona jest w stanie zasklepić. Co do stanu królowej nic się nie zmieniło, a o jej nie dyspozycji wie tylko rada królewska i nasze skromne grono.- Strażniku Bielikow.- do ławki podbiegł młody chłopak.- Wszędzie strażnika szukam.
- Coś się stało, Alwin?- spytałem obojętnie.
Starałem się nie pokazać, jak każde wspomnienie mnie boli. Tym razem wybrałem inną strategię. Zamiast upić się w trupa i zapomnieć, odużam się jak największą liczbą wspomnień, aby o niej pamiętać i myśleć, co trudne nie jest. Dlatego codziennie na prawie cały dzień zaszywam się w NASZYM parku, na NASZEJ ławce i wspominam.
- Ktoś dostarczył strażnikom przy bramie list do strażnika.- podał mi kopertę.
Cholera! Zacząłem się uśmiechać jak głupi go sera. To staranne, lekko pochyłe i pełne zawijasów pismo należało do jednej jedynej osoby na świecie. Potwierdzał to zapach perfum mojej strojnisi. Ze szczęścia uścisnąłem zdezorientowanego dampira i pobiegłem do domu. Bez zabawy w szukanie noża do listów, rozciąłem sztyletem kopertę i wyciągnąłem różowy papier. Położyłem go ostrożnie na biurku, włączyłem światło, po czym zanurzyłem się w lekturze.
Drogi Towarzyszu,
Mam nadzieję, że czekasz na to spotkanie równie niecierpliwie jak ja. Ale już wkrótce skończy się nasze cierpienie. Spotkajmy się jutro o północy nad jeziorem, tym gdzie jeździliśmy na rowerach. Masz być sam. Chętnie zobaczyłabym też nasze dzieci, ale one jeszcze nie są gotowe. Ale ty masz doświadczenie, jakiego nam potrzeba. Czekam na ciebie i liczę na twój honor. To będziemy tylko ja i ty. Zobaczymy, kto tym razem wygra.
Z wyrazami miłości,
Roza.
Czekałem długo na jej ruch i w końcu go mam.
- Już niedługo będziemy razem skarbie.- mruknąłem do siebie.
Nagle usłyszałem za sobą trzask drzwi i obok mnie pojawiły się bliźniaki.
- Tata.- zawołały, opierając się rękoma o fotel.
Wziąłem księżniczkę na ręce i zacząłem nią z nią kręcić wokół własnej osi, po czym opadłem z nią na kanapę. Dziewczynka śmiała się na moim brzuchu. Zaraz wspiął się na mnie również Felix.
- Cześć Lili.- uśmiechnąłem się do młodej znad małych główek dzieciaków.
- Hej.- odpowiedziała posępnie i przyjrzała mi się nieufnie.
- Kedy wlóći mama?- spytał synek.
- Niedługo, na pewno niedługo.- zapewniłem całując oboje w czoła.
Moja szwagierka miała wypisane niedowierzanie na twarzy. Wskazałem jej list na biurku. Dziewczynka sciągnęła tornister i zaczęła czytać, podczas gdy ja bawiłem się z naszymi skarbami.
- Zamierzasz tam iść?- spytała zdziwiona i wystraszona.
- Tak.- odpowiedziałem podrzucając brzdące.
- Sam?!- wytrzeszczyła oczy.
- Oczywiście, że nie.- usiadłem sadzając obok bliźniaki.- zaraz po obiedzie pójdę zanieść to Christianowi. Głupi nie jestem.- połaskotałem Felixa w brzuszek, na co się oboje odnośnie zaśmiali.
- Czyli, że jutro Rose będzie w domu?- ucieszyła się.
- Nie wiem, czy od razu będzie gotowa. Pamiętasz jak ci opowiadaliśmy, co było ze mną po odmianie.
- Ale ona nas nie zostawi?- spytała przestraszona.
- Nie odpuszczę do tego. Ale może nas nie być kilka dni.
Po obiedzie Lili miała odrobić lekcje, a później mogła wyjść do znajomych. Ja zabrałem dzieci do Rosalie, Alice i Asha- syna młodych Iwaszkowów, pod opieką Vanessy w pokoju dziecięcym. Sam pokazałem Christianowi list.
- Czas się szykować do starcia.- oznajmił i posłał po resztę.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
ROZDZIAŁ 375
Po kolejnych godzinach wiercenia się w końcu zasnąłem. Obudziło mnie stukanie, a raczej walenie w drzwi. Spojrzałem na wyświetlacz telefonu. 4:30. Spałem z dwie godziny co się ma mnie odbije. Przetarłem oczy i rozejrzałem się dookoła, nie di końca wiedząc, gdzie jestem. I nagle wspomnienia wczorajszego dnia przygniotły mnie, odbierając mi zdolność jakiegokolwiek poruszenia się, a z oczu zaczęły mi lecieć łzy.
- Co się dzieje?- zapytała ospałym głosem Lili, lekko się podnosząc.
- Nic.- starałem się brzmieć pewnie.- Śpij spokojnie, a ja sprawdzę kto to.
Dziewczynka od razu opadła na poduszkę. Przetarłem twarz dłońmi i wstałem. Walenie nie ustawało.
- Idę, już idę.- zakomunikowałem, zakładając spodnie dresowe i pierwszą lepszą bluzkę, którą znalazłem.
Nareszcie zrobiło się cicho. Ucałowałem czoła trójki dzieci i otworzyłem drzwi. Za nimi stał Iwaszkow. Wyglądał na dość zdenerwowanego.
- Coś się stało, że dobijasz się o wpół do 5?- spytałem.
- Nie, po prostu tak se szukam w pierwsze napotkane drzwi, bo mi się nudzi.- mruknął zniecierpliwiony.
Jednak ja nie skomentowałem tego, tylko czekałem na ciąg dalszy z podniesionymi brwiami.
- Eh... królowa cię wzywa.- przeszedł do sedna sprawy.
Niepewnie obejrzałem się za siebie.
- To powiedz, że zaraz będę.- i nie czekając na odpowiedź, zamknąłem mu drzwi.
Może nie zachowałem się za bardzo kulturalnie, no ale spałem dwie godziny, a wcześniej porwali moją Różyczkę. To nie tak, że nie lubię Adriana, bo po jego ślubie zaczęliśmy się dogadywać. Przebrałem się w zwykłe, ciemne spodnie, napisałem Lili, gdzie jestem, żeby się nie martwiła, gdy się przebudzeniu, wziąłem prochowiec i oblawszy twarz kilka razy wodą, aby zmyć z siebie zmęczenie, wyszedłem. U królowej byłem pięć minut później. Co mnie zdziwiło, ona sama spała, a w komnacie, oprócz mojego dotychczasowego podopiecznego (bo na nieobecność Rozy przejdę opiekę nad Lissą, tak jak zawsze moja ukochana chciała.), byli również Sydney, Jill, Eddy, Mason i Mia.
- Nie najlepiej stary wyglądasz.- stwierdził zatroskany rudzielec.
- Dzięki.- rzuciłem sarkastycznie.- A co tu się dzieje?
- Musimy zaczekać ma resztę.
Zastanawiałem się, jaką resztę, gdy do komnaty wpadło małżeństwo Mazur, z Adrianem, zamykającym pochód. Abe od razu się na mnie rzucił.
- Jak mogłeś zostawić naszą córkę tam samą?!- wrzeszczał na mnie.- To przez ciebie. To twoja wina...
- Proszę pana o zachowanie spokoju, bo wezwę strażników.- powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu Ozera.
Ojciec Rozy mruknął coś w stylu "To nie będzie konieczne" i stanął pod ścianą, mierząc mnie morderczym spojrzeniem. Nie do końca kontaktowałem podczas jego "ataku", bo nie oszukujmy się, w najlepszej formie nie jestem. Dopiero teraz zaczęło do mnie docierać, co się stało. Miał rację. To moja wina. Jako mąż zapewnić jej dostatek i bezpieczeństwo. A tym czasem jest nie wiadomo gdzie i w jakim stanie zdrowia. Może ją torturują, żeby wyciągnąć jakieś informacje. A jeśli się nie podda i ją... Nawet nie umiałem o tym myśleć.
- Wszyscy z was wiedzą w jakiej jesteśmy sytuacji. To nie wina Dymitra, bo gdyby Rose nie kazała mu ratować dzieci, zapewne zostałby tam i został pokonany tak jak ona, a z dziećmi nie wiadomo co by się stało, więc niech pan się cieszy, bo dzięki niemu zostały panu wnuki, druga córka i szansa na uratowanie pierwszej.- zmierzyć mojego szwagra ostrym spojrzeniem.powiem był
Ten się nawet nie poruszył, ale przestał zabijać mnie wzrokiem.
- I tu mamy problem. Liss jako jedyna mogła wiedzieć, co się z nią dzieje. Ale teraz za dużo nam nie powie.
- J... jak to?- zająknęła się wystraszona Jill, wtulając się mocniej w Eddiego.- czy ona...
Krew odpłynęła mi z twarzy.
- Spokojnie, żyję.- wszyscy odetchnęli z ulgą.- Obudził mnie huk. zauważyłem, że w łazience świeci się światło, i tam znalazłem ją nieprzytomną. Mam przypuszczenia, że to może mieć coś wspólnego z pocałunkiem cieni.
- Myślisz...- przeraziłem się.
- Nie.- zaprzeczył szybko Adrian.- Gdyby Rose umarła, Lissa by tylko to odczuła. Jak przy zerwaniu więzi. Robert żył po śmierci naznaczonego jego pocałunkiem cienia.
- To co to może oznaczać?- Abe zadał pytanie, które męczyło nas wszystkich.
W pokoju zapanowała cisza. Po kilku minutach ją przerwałem.
- Kiedyś Rose powiedziała mi, jak się dowiedziała, że zostałem strzygą...- zacząłem.
- Sugerujesz, że nasza córka stała się potworem?- przerwał mi wściekły Abe.
- Wszystko mogło się wydarzyć i to już nie zależy od żadnego z nas.- zauważyłem.
Mój teść chciał już coś odpowiedzieć, ale powstrzymała go Janine.
- Panie Mazur,- wtrącił się Ozera.- każdego z nas boleśnie dotknęła strata Rose, każdemu była bliska. Ale nie czas szukać winnych i wyżywać się na Dymitrze, ponieważ on najbardziej to przeżył. Widział na oczy porwanie przez strzygi swojej żony i matki jego dzieci. Teraz powinniśmy się skupić na tym, jak ją odzyskać. Możemy?- Abe nic nie odpowiedział nadąsany.- Dziękuję. Dymitr?
- Wracając. Rose mówiła, że pobiegła za osłony i spytała ducha, który wtedy ją ostrzegał przed atakiem. My też możemy się dowiedzieć w taki sposób, co jest z Rose teraz.
Wszyscy spojrzeli na Jill. Ta lekko się wystraszyła. Eddy dla otuchy złapał ją za rękę.
- Spokojnie, jestem z tobą. Nie pozwolę cię skrzywdzić.- ucałował jej dłoń.
Ile bym teraz dał, żeby Roza była ze mną. Bym mógł ją przytulić, pocałować. Ale wtedy nie musielibyśmy siedzieć tutaj i to przeżywać. Słodko byśmy spali pod kołdrą, mocno przytuleni do siebie. Cholernie się o nią boję. Bo co ja zrobię w życiu bez niej. Na niczym nie mogę się skupić, wciąż myśląc o niej.
- Jest słońce, więc lepiej jak pójdzicie teraz.- zauważył Mason.
Oboje kiwnęli głowami i wyszli. Chciałem z resztą na nich poczekać, ale sekundy ciągnęły mi się w nieskończoność. Nie wytrzymałem i wybiegłem z komnaty, ignorując zdziwione spojrzenia. Dogoniłem parę na schodach.
- Mogę iść z wami?- poprosiłem.
- Jasne.
Wyszliśmy z pałacu na pełne słońce i skierowaliśmy się do b Jill szła dzielnie, chodź oboje z Eddym wiedzieliśmy, że się męczy. W połowie drogi zdjąłem swój prochowiec i podałem dziewczynie, aby się okryła. Była drobnej postawy, więc mój płaszcz dokładnie okrył jej ciało. Posłał mi wdzięczne spojrzenie, a ja się delikatnie uśmiechnąłem. Dziesięć minut później byliśmy pod bramą. Morojka wzięła głęboki oddech i przekroczyła granicę. Przeszliśmy jak najdalej od strażników. Następny oddech i dziewczyna chyba zdjęła osłony. Nie wiem. Nagle krzyknęła, upadając na kolana. Wystraszeni przykucnęliśmy przy niej. Pamiętam jak Roza się z tym męczyła. Strasznie się wtedy o nią bałem, bo nie wiedziałem, co się dzieje.
- Odejdźcie!- krzyknęła, a z jej twarzy znikł ból, a pojawiła się ulga.- Niech zostanie ten, kto może nam pomóc.
Wstała powoli i wzięła kilka głębokich oddechów.
- Czy Rose żyje?- spytała przestrzeń przed sobą.
Nagle zbladła, co mi się nie podobała. Przecież nie zareagowała by tak, gdyby usłyszała twierdzącą odpowiedz. Gdy to do mnie dotarło, poczułem ucisk w klatce piersiowej. Ona nie żyje?! Znowu. Ale jeśli teraz umarła ostatni raz. Nie! To nie może być prawda. Zrobiło mi się duszno i czułem, że nie mogę oddychać.
- Czy ona nie żyje?- spytała księżniczka i jeszcze bardziej zbladła.
- Cz...czy zosta...została...- zaczęła się trząść.- została... strzygą.
Ostatnie słowa ledwo wyszeptała, a po jej policzkach zaczęły lecieć łzy. Eddy przytulił ją, a ona ukryła twarz w jego piersi, zalewając koszulkę bruneta łzami. A ja wiedziałem co to oznacza.
Moja kochana Różyczka stała się krwiożerczą bestiom.
- Co się dzieje?- zapytała ospałym głosem Lili, lekko się podnosząc.
- Nic.- starałem się brzmieć pewnie.- Śpij spokojnie, a ja sprawdzę kto to.
Dziewczynka od razu opadła na poduszkę. Przetarłem twarz dłońmi i wstałem. Walenie nie ustawało.
- Idę, już idę.- zakomunikowałem, zakładając spodnie dresowe i pierwszą lepszą bluzkę, którą znalazłem.
Nareszcie zrobiło się cicho. Ucałowałem czoła trójki dzieci i otworzyłem drzwi. Za nimi stał Iwaszkow. Wyglądał na dość zdenerwowanego.
- Coś się stało, że dobijasz się o wpół do 5?- spytałem.
- Nie, po prostu tak se szukam w pierwsze napotkane drzwi, bo mi się nudzi.- mruknął zniecierpliwiony.
Jednak ja nie skomentowałem tego, tylko czekałem na ciąg dalszy z podniesionymi brwiami.
- Eh... królowa cię wzywa.- przeszedł do sedna sprawy.
Niepewnie obejrzałem się za siebie.
- To powiedz, że zaraz będę.- i nie czekając na odpowiedź, zamknąłem mu drzwi.
Może nie zachowałem się za bardzo kulturalnie, no ale spałem dwie godziny, a wcześniej porwali moją Różyczkę. To nie tak, że nie lubię Adriana, bo po jego ślubie zaczęliśmy się dogadywać. Przebrałem się w zwykłe, ciemne spodnie, napisałem Lili, gdzie jestem, żeby się nie martwiła, gdy się przebudzeniu, wziąłem prochowiec i oblawszy twarz kilka razy wodą, aby zmyć z siebie zmęczenie, wyszedłem. U królowej byłem pięć minut później. Co mnie zdziwiło, ona sama spała, a w komnacie, oprócz mojego dotychczasowego podopiecznego (bo na nieobecność Rozy przejdę opiekę nad Lissą, tak jak zawsze moja ukochana chciała.), byli również Sydney, Jill, Eddy, Mason i Mia.
- Nie najlepiej stary wyglądasz.- stwierdził zatroskany rudzielec.
- Dzięki.- rzuciłem sarkastycznie.- A co tu się dzieje?
- Musimy zaczekać ma resztę.
Zastanawiałem się, jaką resztę, gdy do komnaty wpadło małżeństwo Mazur, z Adrianem, zamykającym pochód. Abe od razu się na mnie rzucił.
- Jak mogłeś zostawić naszą córkę tam samą?!- wrzeszczał na mnie.- To przez ciebie. To twoja wina...
- Proszę pana o zachowanie spokoju, bo wezwę strażników.- powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu Ozera.
Ojciec Rozy mruknął coś w stylu "To nie będzie konieczne" i stanął pod ścianą, mierząc mnie morderczym spojrzeniem. Nie do końca kontaktowałem podczas jego "ataku", bo nie oszukujmy się, w najlepszej formie nie jestem. Dopiero teraz zaczęło do mnie docierać, co się stało. Miał rację. To moja wina. Jako mąż zapewnić jej dostatek i bezpieczeństwo. A tym czasem jest nie wiadomo gdzie i w jakim stanie zdrowia. Może ją torturują, żeby wyciągnąć jakieś informacje. A jeśli się nie podda i ją... Nawet nie umiałem o tym myśleć.
- Wszyscy z was wiedzą w jakiej jesteśmy sytuacji. To nie wina Dymitra, bo gdyby Rose nie kazała mu ratować dzieci, zapewne zostałby tam i został pokonany tak jak ona, a z dziećmi nie wiadomo co by się stało, więc niech pan się cieszy, bo dzięki niemu zostały panu wnuki, druga córka i szansa na uratowanie pierwszej.- zmierzyć mojego szwagra ostrym spojrzeniem.powiem był
Ten się nawet nie poruszył, ale przestał zabijać mnie wzrokiem.
- I tu mamy problem. Liss jako jedyna mogła wiedzieć, co się z nią dzieje. Ale teraz za dużo nam nie powie.
- J... jak to?- zająknęła się wystraszona Jill, wtulając się mocniej w Eddiego.- czy ona...
Krew odpłynęła mi z twarzy.
- Spokojnie, żyję.- wszyscy odetchnęli z ulgą.- Obudził mnie huk. zauważyłem, że w łazience świeci się światło, i tam znalazłem ją nieprzytomną. Mam przypuszczenia, że to może mieć coś wspólnego z pocałunkiem cieni.
- Myślisz...- przeraziłem się.
- Nie.- zaprzeczył szybko Adrian.- Gdyby Rose umarła, Lissa by tylko to odczuła. Jak przy zerwaniu więzi. Robert żył po śmierci naznaczonego jego pocałunkiem cienia.
- To co to może oznaczać?- Abe zadał pytanie, które męczyło nas wszystkich.
W pokoju zapanowała cisza. Po kilku minutach ją przerwałem.
- Kiedyś Rose powiedziała mi, jak się dowiedziała, że zostałem strzygą...- zacząłem.
- Sugerujesz, że nasza córka stała się potworem?- przerwał mi wściekły Abe.
- Wszystko mogło się wydarzyć i to już nie zależy od żadnego z nas.- zauważyłem.
Mój teść chciał już coś odpowiedzieć, ale powstrzymała go Janine.
- Panie Mazur,- wtrącił się Ozera.- każdego z nas boleśnie dotknęła strata Rose, każdemu była bliska. Ale nie czas szukać winnych i wyżywać się na Dymitrze, ponieważ on najbardziej to przeżył. Widział na oczy porwanie przez strzygi swojej żony i matki jego dzieci. Teraz powinniśmy się skupić na tym, jak ją odzyskać. Możemy?- Abe nic nie odpowiedział nadąsany.- Dziękuję. Dymitr?
- Wracając. Rose mówiła, że pobiegła za osłony i spytała ducha, który wtedy ją ostrzegał przed atakiem. My też możemy się dowiedzieć w taki sposób, co jest z Rose teraz.
Wszyscy spojrzeli na Jill. Ta lekko się wystraszyła. Eddy dla otuchy złapał ją za rękę.
- Spokojnie, jestem z tobą. Nie pozwolę cię skrzywdzić.- ucałował jej dłoń.
Ile bym teraz dał, żeby Roza była ze mną. Bym mógł ją przytulić, pocałować. Ale wtedy nie musielibyśmy siedzieć tutaj i to przeżywać. Słodko byśmy spali pod kołdrą, mocno przytuleni do siebie. Cholernie się o nią boję. Bo co ja zrobię w życiu bez niej. Na niczym nie mogę się skupić, wciąż myśląc o niej.
- Jest słońce, więc lepiej jak pójdzicie teraz.- zauważył Mason.
Oboje kiwnęli głowami i wyszli. Chciałem z resztą na nich poczekać, ale sekundy ciągnęły mi się w nieskończoność. Nie wytrzymałem i wybiegłem z komnaty, ignorując zdziwione spojrzenia. Dogoniłem parę na schodach.
- Mogę iść z wami?- poprosiłem.
- Jasne.
Wyszliśmy z pałacu na pełne słońce i skierowaliśmy się do b Jill szła dzielnie, chodź oboje z Eddym wiedzieliśmy, że się męczy. W połowie drogi zdjąłem swój prochowiec i podałem dziewczynie, aby się okryła. Była drobnej postawy, więc mój płaszcz dokładnie okrył jej ciało. Posłał mi wdzięczne spojrzenie, a ja się delikatnie uśmiechnąłem. Dziesięć minut później byliśmy pod bramą. Morojka wzięła głęboki oddech i przekroczyła granicę. Przeszliśmy jak najdalej od strażników. Następny oddech i dziewczyna chyba zdjęła osłony. Nie wiem. Nagle krzyknęła, upadając na kolana. Wystraszeni przykucnęliśmy przy niej. Pamiętam jak Roza się z tym męczyła. Strasznie się wtedy o nią bałem, bo nie wiedziałem, co się dzieje.
- Odejdźcie!- krzyknęła, a z jej twarzy znikł ból, a pojawiła się ulga.- Niech zostanie ten, kto może nam pomóc.
Wstała powoli i wzięła kilka głębokich oddechów.
- Czy Rose żyje?- spytała przestrzeń przed sobą.
Nagle zbladła, co mi się nie podobała. Przecież nie zareagowała by tak, gdyby usłyszała twierdzącą odpowiedz. Gdy to do mnie dotarło, poczułem ucisk w klatce piersiowej. Ona nie żyje?! Znowu. Ale jeśli teraz umarła ostatni raz. Nie! To nie może być prawda. Zrobiło mi się duszno i czułem, że nie mogę oddychać.
- Czy ona nie żyje?- spytała księżniczka i jeszcze bardziej zbladła.
- Cz...czy zosta...została...- zaczęła się trząść.- została... strzygą.
Ostatnie słowa ledwo wyszeptała, a po jej policzkach zaczęły lecieć łzy. Eddy przytulił ją, a ona ukryła twarz w jego piersi, zalewając koszulkę bruneta łzami. A ja wiedziałem co to oznacza.
Moja kochana Różyczka stała się krwiożerczą bestiom.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
Subskrybuj:
Posty (Atom)