sobota, 26 listopada 2016

ROZDZIAŁ 330

- To będzie genialne.-  zaśmiałam się, gdy miałam pewność, że nas nie słyszą.- Zobaczymy czy nieulękłego strażnika Bielikowa jednak da się wystraszyć.
- Oj mówię ci, spać po nocach nie będą mogli.- powiedziała Wiki i wybuchłyśmy śmiechem.
Spotkałyśmy ją po drodze i razem szłyśmy ciemnym korytarzem. Na końcu weszłyśmy przez metalowe drzwi. Kiedyś było to pomieszczenie gospodarcze, ale teraz jest wypełnione kablami, komputerami i innymi maszynami. Przy nich siedział dampir, ciągle coś klikając. Był po studiach informatycznych i według mnie umiał zrobić wszystko z blachy i kilku kabelków. Na jednym z ekranów były obrazy ze wszystkich kamer w domu, zamontowanych dzisiaj. Tak jak wszystko, czego potrzebowaliśmy na ten wieczór.
- Jak tam idzie, Dawid?- zagadnęłam.
- A dobrze.- powiedział odwracając się.- WOW! Nie chciałbym być na ich miejscu. Wyglądacie zajebiście. A wracając, wszystko jest gotowe, choć trochę mało czasu nam dałaś. Właśnie weszli do pierwszego pokoju.- wskazał na jeden z kwadratowych obrazów, na którym widziałam ukochanego z towarzyszami, wchodzących przez pierwsze drzwi. Wokół nich migały światła i byłam pewna, że leci muzyka, ale my jej nie mogliśmy usłyszeć.- A teraz patrzcie na magię intelektu.
Poklikał trochę na klawiaturze laptopa i się zaczęło. Jednocześnie zamknęły się za nimi drzwi, zapaliło się czerwone światło i ze specjalnej maszyny zaczął lecieć dym. Wystraszeni zaczęli rozglądać się do około, tylko Dymitr był w pewnym opanowany i czujny. Dawid wcisnął jakiś guzik na swoim mini panelu sterowania, mówiąc do mikrofonu, a jego zmodyfikowany przez urządzenie głos dało się słyszeć w każdym zakamarku gmachu.
- STĄD NIE MA UCIECZKI!! JESTEŚCIE ZGUBIENI!- mi samej ciarki przeszły po plecach.
Nagle w ich pomieszczeniu zrobiło się jasno, a gdy mgła się przerzedziła, na twarzach mężczyzn dało się zauważyć przerażenie.

DYMITR

- Hej.- krzyknąłem za chłopakiem przed nami.
On aż podskoczył i się odwrócił.
- To wy.- odetchnął z ulgą i ruszyliśmy razem w trójkę.
- A kogo się spodziewałeś? Ducha?- zakpił Konrad, ale mnie to nie śmieszyło.
- Lepiej się nie śmiej. Wiki mówiła, że tu straszy, a później weszła do jakiegoś pomieszczenia, drzwi się zamknęły i nie mogła wyjść.
- Na pewno tylko się zacięły. W takim domu to możliwe. A duchy nie istnieją.
- Oj, żebyś się nie zdziwił.- uśmiechnąłem się pod nosem.-  Rose i Mark, mając pocałunek cienia, widzą dusze zmarłych, którzy nie przeszli na drugą stronę. Co prawda nie może ich słyszeć, ale je widzi.
- WOW!- tylko tyle był w stanie powiedzieć Konrad.
- Ekstra. Takim to zawsze fajnie.- Kola kopnął jakiś kamień, który odbił się od drewnianej posadzki.- Też bym tak chciał.
- Nie sądzę. Rose przeżywała katusze, gdy nie była na nie przygotowana.
Nigdy nie zapomnę tego bólu na jej twarzy, gdy samolot kołował. Tak bardzo się wtedy martwiłem i czułem bezradny, że nie mogę jej pomóc, bo sam nie wiedziałem co się dzieje. A później było jeszcze gorzej. Gdy zrozumiałem, przed czym mam ją bronić, zdałem sobie sprawę, że to nie wykonalne. Bo jak bronić kogoś przed niewidzialnymi, nienamacalnymi duchami, które mu rozrywają głowę od środka. Mogłem tylko dać jej swoją siłę i liczyć na to, że sobie poradzi.
Szliśmy nadal i Kola już chciał się odezwać, ale powstrzymałem go ręką. Coś słyszałem. Jakby ciche dudnienie. Oni też to słyszeli. Ostrożnie ruszyliśmy do przodu. Za zakrętem, zrozumieliśmy co to za dźwięk. Teraz wyraźnie było słychać muzykę, a z otworzonych, daleko po lewej stronie drzwi, wylewały się migoczące światła.
- Impreza. Trzeba powiedzieć dziewczyną.- Kola już się zerwał.
- Czekaj.- pociągnąłem go z powrotem na dół, bo kucaliśmy za ścianą.- nawet nie wiemy, gdzie są, A ty zostawiłeś moją siostrę samą zamkniętą w jakimś kantorku.
- Wcale, że nie. Powiedziała, że widzi inne drzwi na korytarz i żebym szedł dalej, a ona znajdzie wyjście i do mnie dołączy.
- To nic nie zmienia. A tamto miejsce jest dziwnie podejrzane.- stwierdziłem po dłuższej analizie.
- Jak to?- zdziwili się.
- Jakie mieliście wyniki na egzaminie?- popatrzyłem na nich ze zniecierpliwieniem.- Kiepscy z was strażnicy, skoro tylko ja zauważyłem, że na imprezie powinno być słychać jeszcze bawiących się ludzi.
Zawstydzeni zaczęli nasłuchiwać i przekonali się o prawdziwości moich słów.
- To co robimy?- spytał chłopak Wiki.
- Zostaje nam tylko wejść i się przekonać.- Konrad wyszedł zza rogu, zanim zdążyłem go złapać.
Pokręciłem zrezygnowany głową i my także się ujawniliśmy. Pokój, do którego weszliśmy był pusty. Tylko nie wiadomo skąd grała muzyka i migdały światła. Zanim dobrze weszliśmy i rozglądnęliśmy się po pomieszczeniu, usłyszeliśmy hałas. Drzwi zamknęły się z wielkim hukiem, a muzyka ucichła. Próbowałem je otworzyć, ale były zablokowane. W tym momencie zaczął pojawiać się dym, a całą przestrzeń wypełnił krwisto czerwony blask. Chłopcy zaczęli panikować, a ja wyciągnąłem sztylet i rozglądałem się uważnie dookoła. Jednak szybko zdałem sobie sprawę z tego, że moja broń nie jest autentyczna. Ale jestem pewien, że Rose dała mi prawdziwą. Chociaż nie przykładałem wtedy do tego szczególnej uwagi, to po co miałaby dawać mi sztuczną. Co się dzieje? Przecież to nie jest normalne. Czyżby naprawdę tu straszyło? "Bielikow ogarnij się. Popadasz w taką samą paranoję jak tych dwóch."- zganiła mnie podświadomość. Jednak pojawiła się straszniejsza myśl. Roza. Co z moją Różyczką? Na pewno da sobie radę. Może mają więcej szczęścia i same znalazły imprezę? A jakby znalazła się w pułapce takiej jak ta, to i tak na niewiele bym się zdał. Nagle usłyszałem głos. Brzmiał jak z najgłębszych otchłani piekieł. Aż ciarki mi przeszły po plecach.
- STĄD NIE MA UCIECZKI!! JESTEŚCIE ZGUBIENI!!
Moi towarzysze wydali się byś jeszcze bardziej oszołomieni. Wraz z umilknięciem echa, czerwone światło znikło, zastąpione zwykłym, a dym zaczął się przerzedzać. Pomieszczenie stawało się coraz bardziej widoczne, a ja szykowałem się na atak potencjalnego przeciwnika. Jednak on okazał się być wrogiem mojej psychiki. Poczułem krew odpływającą mi z twarzy i oblewający mnie zimny pot. Automatycznie poprawiłem w dłoni bezużyteczny kawałek żelaza, zaciskając na nim palce. To co zobaczyliśmy, potwierdziło nasze obawy.

ROZDZIAŁ 329

- Gdzie tak właściwie idziemy?- spytał Konrad.
On i Karolina byli upiorami z głowami dyni, a Wiki z Mikołajem- duchami. W szóstkę szliśmy lasem, do opuszczonego domu w jego środku.
- Na imprezę. Myślałam, że to już ustaliliśmy.- westchnęła Najstarsza Bielikówna.
- Ale w środku lasu?- zdziwił się mój ukochany.
- Bo jest Halloween. O tym też rozmawialiśmy.- popatrzyłam na dziewczyny, zniecierpliwionym wzrokiem, a one mi przytaknęły.
- No dobra.- oboje się poddali.
- A ty co taki małomówny?- młodsza dampirzyca spojrzała na swojego chłopaka.
- Ufam ci. I wciąż nie mogę uwierzyć, że się zgodziłaś.
Dziewczyna popatrzyła na niego wzruszona i pocałowała go w usta. Ja i Karolina uśmiechnęłyśmy się szeroko, ale oczywiście niektórym to przeszkadza.
- Eghem...- odchrząknął Bielikow.- Możesz przestać pożerać twarz mojej siostry?
Dałam mu kuksańca w bok, a on spojrzał na mnie wzrokiem: "No co?!". Przewróciłam tylko oczami, ale po chwili mąż złapał mnie za dłoń i zaczął lekko szturchać. Nie mogłam się nie uśmiechnąć i mu nie oddać. Następnie sama się na niego rzuciłam. Nie spodziewał się tego, ale złap mnie. Oplotłam go nogami i popatrzyłam w pełne miłości oczy. Sekundę później nasze usta się połączyły. Zadziwiało mnie z jaką łatwością oddaje pocałunki, idąc wciąż przed siebie.
- I kto tu kogo pożera?!- prychnęła Wiki, jednak oboje ją zignorowaliśmy.
Nagle poczułam na plecach coś twardego, a reszta wybuchła śmiechem. Z trudem oderwałam się od ust strażnika. Był równie zdziwiony co ja. Odwróciłam się i zauważyłam, że to coś, co nas zatrzymało, to drzewo. Sami się roześmialiśmy. Wtuliłam się w pierś Rosjanina, próbując się uspokoić. On położył głowę na moim ramieniu i wyminąwszy przeszkodę, szedł dalej.
- Wracając do twojej uwagi, Wiktorio,- odezwał się rzeczowym głosem.- ja mogę, bo to moja żona.
- Jeszcze nie słyszałam, żeby całowanie przed ślubem było zakazane.- zauważyła jego młodsza siostra.
- Możecie się całować, ale po za zasięgiem mojego wzroku.
- Do ślubu? Widzisz Kola, musimy się pobrać.
Jej chłopak lekko się zmieszał, a ja zaczęłam chichotać
- Towarzyszu, postawisz mnie?- poprosiłam, żeby zmienić temat.
- Nie.
- Dlaczego?
- Bo nie.
- Nagroda mistrza świata w argumentacji już należy do ciebie.- westchnęłam, ze śmiechem. Reszta mi zawtórowała.- A tak na serio?
- Serio, serio.
- Na pewno ci nie wygodnie.- ciągnęłam dalej.
- Nigdy nie będziesz dla mnie niewygodna. Bardzo lubię nosić cię na rękach.
- Ale ja się dziwnie czuję, gdy wy tak idziecie, a ja nie.- popatrzyłam na niego maślanymi oczkami.
- Ehh... niech ci będzie.- z niechęcią postawił mnie na ziemi.- Ale odpłacisz mi się za to.
- Jeśli to ci do szczęścia potrzebne.- stanęłam na palcach i delikatnie musnęłam jego usta.
- O patrzcie!- naszą uwagę zwróciła Karolina.- Jesteśmy.
Miała rację. Staliśmy przed przynajmniej trzy piętrowym, drewnianym domem. Poszarzałe ze starości deski, opadające od dachu i ścian. Okna bez szyb, pozabijane deskami. Był tak tak straszny, że aż piękny. Idealne miejsce. Mężczyźni nie byli zbyt przekonani.
- To na pewno tu?- Konrad nieufnie patrzył na budynek.- Przecież to w każdej chwili może się zawalić.
- Daj spokój, jest stabilniejszy, niż ci się wydaje.- odpowiedziała mu młodsza szwagierka.
- A ty skąd wiesz?- Dymitr spojrzał na nią podejrzliwie.
- Eee... przeczucie.- odparła pospiesznie.
- Tylko?- naciskał na nią.
- Tak. To my idziemy.- pociągnęła Mikołaja w stronę drzwi, zanim brat zadał kolejne pytanie.
- I tak z nią porozmawiam.- mój ukochany zmrużył oczy.
- Tak. Ja też.- dodała Karolina.
W tej pozie byli do siebie bardzo podobni. Nie zwlekając dłużej, również udaliśmy się do wejścia. W środku było cicho i ciemno. Jedyne światło to wpadające przez drzwi i szpary w oknach promienie księżyca. Wszędzie wisiały pajęczyny, a w blasku widać było unoszące się drobinki kurzu.
- Gdzie oni się podziali.- zaniepokoił mój mąż.
- Pewnie już poszli do przodu.
- To gdzie ta impreza?
- W piwnicy.
- Na strychu.
Z Karoliną spojrzałyśmy na siebie. Ups!
- Ja słyszałam, że w piwnicy.- rzuciłam szwagierce porozumiewawcze spojrzenie.
- A Wiki nie mówiła, że na strychu?- załapała.
- Najlepiej przeszukać cały dom. Może być zabawnie.- podsunął chłopak Dampirzycy.
- Nie wiem...- wahał się Bielikow.
- Po pierwsze skarbie, wyluzuj.- oparłam dłonie na  klatce piersiowej strażnika i musnęłam mu kącik ust.- A po drugie i tak musimy znaleźć tamtą dwójkę. No dobra. Najlepiej byłoby się rozdzielić.- zarządziłam.
- To my pójdziemy na dół...- siostra Dymitra wzięła swojego chłopaka pod ramię.
- Nie.- zaprotestowałam.- Lepiej, abyśmy my poszły razem.
Wszyscy popatrzyli na mnie zdziwieni. Oczywiście Karolina grała według planu. Tak nie wzbudzałyśmy podejrzeń.
- Czemu?- mój Rosjanin zmarszczył brwi.
- Jesteśmy najlepszymi strażnikami. Tak będzie bezpieczniej. Chyba że mam iść z tym przystojnym dampirem.- wskazałam Konrada.
Nie kłamałam. Był przystojny. Oliwkowe oczy i krótkie ciemno brązowe włosy. Ale mam już swój ideał, a po za tym jest pięć lat starszy od Dymitra. To już jest przesada. Na moje słowa, Bielikow zmrużył oczy.
- Dobra. Niech ci będzie. Masz nasze sztylety?
Z torebki wyjęłam imitację broni i wyciągnęłam ją w stronę strażnika. Odebrał ją, przyciągając mnie za rękę i całując namiętnie, trochę zaborczo.
- Jeszcze raz powiesz, że jakiś inny mężczyzna oprócz mnie jest przystojny, a będziesz chodziła z opaską na oczach.- warknął seksownie mi do ucha, tak, że tylko ja to usłyszałam i zaczął odchodzić.
Jeszcze zdążyłam klepnąć go w tyłek, a gdy się odwrócił, zaśmiałam się, posyłając mu seksowne spojrzenie. Następnie Karolina pociągnęła mnie w korytarz do piwnicy, a nasi panowie weszli po schodach na górę.

czwartek, 24 listopada 2016

ROZDZIAŁ 328

Wiki bardzo się ucieszyła z decyzji podjętej przez Dymitra. Rzuciła się bratu na szyję i zaczęła go obcałowywać po policzkach. Dzisiaj w końcu wyczekiwane przez wszystkich Halloween. Na dodatek zabraliśmy dzieciaki na zakupy, żeby dziewczyny mogły odpocząć. Wiki uparła się, że jedzie z nami, więc wyjechaliśmy po obiedzie. Szłam z wózkiem między półkami, rozmawiając z Wiki. Mój mąż od wczoraj ma jakiś dzień dobroci dla zwierząt i został z siostrzeńcami w dziale ze słodyczami.
- Jakby nie wystarczyło im to, co będą zbierać.-westchnęłam.
- Wystarczy, ale musimy też rozdawać cukierki.- wytłumaczyła mi szwagierka.
- I wy myślicie, że przetrwa więcej niż połowa?- spytałam.
- Nie, dlatego Dimka kupi drugie tyle za ich plecami.
- Za cyimi pleciami?
Za nami pojawiła się Zoja. Odwróciłyśmy się i okazało się, że dzieciaki wróciły z torebką pełną słodyczy.
- A nic takiego.- kucnęłam przed dziewczynką.
-Cioś ci nie wiezię, ciocia.- pomachała mi paluszkiem przed oczami.
- No dobrze powiem Ci, ale musisz obiecać, że nikomu nie powiedz. A przede wszystkim Wuji. Dobrze?
- Obiecuję.- uśmiechnęła się rozkoszne.
- Na paluszek?- wystawiłam mały paluszek, a dziewczynka patrzyła na mnie, jak na wariatkę.- Nie wiesz jak się obiecuje na paluszek?- zaprzeczyła głową.- To patrz. Wyciągasz mały paluszek,- wykonała moje polecenie.- zahaczamy, zginamy i mówimy obietnicę. Czy obiecujesz nie powiedzieć nikomu naszej tajemnicy?
- Obieciuję.- uśmiechnęła się dumnie.- Nio więć?
- Chcę wieczorem wystraszyć wuja, a ciocia Wiki mi pomoże.
- Ja?!- zdziwiła się dampirzyca.
- Ja teź mogę?- oczy naszej siostrzenicy zabłysły.
- Ty będziesz straszyć innych ludzi za cukierki. Ale o wszystkim ci opowiemy.- pocieszyłam ją.
Wyprostowałam się i odwróciłam.
- Buu!
Aż podskoczyłam, łapiąc się za serce, kiedy przed sobą zobaczyłam postać z "Krzyku". Bielikow uniósł maskę śmiejąc się w głos, gdy my próbowałyśmy uspokoić oddechy.
- Co jej opowiesz?- spytał ukochany, a ja spojrzałam na niego wilkiem.
- Kiedyś przez ciebie dostanę zawału. Masz szczęście, że Cię Kocham.
- Oj i to bardzo.- objął mnie ramieniem, odkładając plastik na byle jaką półkę.- To co tam knujecie.
- My? Nic.- zapewniła Wiki.
- Mówimy tylko, że opowiemy dzisiaj dzieciakom bajkę na dobranoc.- uśmiechnęłyśmy się niewinnie.
- Naprawdę?!- ucieszyła się reszta.
- Coś wam nie wierzę.- Rosjanin spojrzał na nas nieufnie.
- A gdzie tu zaufanie?- oburzyła się jego siostra.
- Właśnie, towarzyszu?- skrzyżowałam ręce na piersi i przeniosłam ciężar na drugą nogę.
- I tak się dowiem.- strażnik zmrużył oczy, patrząc uważnie na nas, po czym popchnął nas do kas.
Wreszcie nadszedł wieczór i czas na zabawę. Nasze maluchy ubrany uszyte przez Olenę przebrania. Felix jest smokiem, a Nastka myszką, tak samo jak Zoja. Lili na zakupach zobaczyła idealne przebranie i teraz na kanapie z naszymi dziećmi na kolanach siedzieli mała, różowa czarownica i Pawka w pelerynie z kapturem, z kijem, robiący za czarnoksiężnika. Za to Łuka był rycerzem, ubrany w trochę kartonu, trochę garnków, a do tego tekturowy miecz. Z dziewczynami pomagałyśmy kobiecie robić to wszystko, a mężczyźni, czyli Dymitr, Kola i Konrad(chłopak Karoliny) poszli narąbać drewna na ognisko. Mają taką tradycję, że w ogrodzie robią ognisko i Olena gotuje w kotle kisiel dla dzieci, które przyjdą po cukierki. Oczywiście te drugie też dostaną. Jednocześnie omawiałyśmy plan na wystraszenie mojego męża, bo wcale nie wymyśliłam tego sobie na poczekaniu. Wiki i Karolina wpadła na pomysł, aby z Bielikowem wkręcić ich chłopaków, a Sonia zaproponowała zaangażować innych z wioski. Tak więc będzie zabawnie. Już to widzę. Wracając. Cała gromadka teraz pozowała do zdjęcia, razem z Bianką, leżącą przy ich nogach.
- Pięknie wyglądacie.- rozczuliła się Olena.
- Mamo, rób im to zdjęcie i niech idą, bo im wszystkie cukierki inne dzieci zabiorą.- poganiała ją Karolina.- Sama musisz się jeszcze przebrać.
- I my.- dodałam.
- My?!- zdziwił się strażnik.
- No jasne.- odpowiedziała za mnie najmłodsza szwagierka, patrząc na chłopaka.
- Tak nigdzie nie pójdziemy.- zaprotestowała Karolina, mierząc wzrokiem Konrada
- My?!- miny całej czwórki były bez cenne.
- Tak. My.- zaśmiałyśmy się równocześnie.
- A teraz chodźcie. Mam nadzieję, że sobie poradzisz.- pociągnęłam ukochanego w kierunku schodów, oglądając się za Sonią.
- Jasne.- odpowiedziała dampirzyca.- Miłej zabawy.
- Roza, o co tu chodzi?- spytał mój mąż, gdy zamknęłam drzwi od naszego pokoju.
- Idziemy na zabawę Halloweenową.- powiedziałam, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
Dla mnie taka była. Z szafy wyciągnęłam dwa wieszaki. Jeden z zieloną, poszarpaną i ubrudzoną błotem i mułem sukienką, a drugi z podobnym frakiem i spodniami.
- A mogę chociaż wiedzieć, kim będziemy?
- Władcami błotnistych bagien.- oznajmiłam i zamknęłam się w łazience. Przebrałam się w suknię i uznałam, że poruszanie nie będzie w niej nie najłatwiejsze. Poszarpany materiał plątał mi się pod stopami, a bufiaste rękawy też trochę przeszkadzały w życiu. Nałożyłam dość blady podkład i puder, a później trochę zielonego, szare cienie i maskarą pociągnęłam rzęsy. Do włosów przyczepiłam sobie kilka zielonych, sztucznych pasemek i zaplotłam małe warkoczyki. Gdy uznałam, że jestem gotowa, wzięłam dwa sztuczne sztylety do torebki i wyszłam z łazienki. Weszłam do naszego pokoju, gdzie już przebrany Dymitr czytał western. Kiedy usłyszał zamykane drzwi podniósł wzrok.
- Wow! Sam bym się wystraszył.
- To dobrze, a teraz chodź.- położyłam kosmetyczkę na biurku.
Mój ukochany wstał, podszedł do mnie, złapał moją dłoń i chciał wyjść, ale go zatrzymałam.
- Tu chodź.- posadziłam go na krześle przodem do siebie.
- Co ty chcesz zrobić?- spytał nieufnie
- Dokończyć twoje przebranie.- z kosmetyczki wyciągnęłam te same kosmetyki, których wcześniej użyłam, oprócz maskary.
- Jesteś pewna?- spojrzał na mnie niepewnie.
- Tak, a teraz zamknij oczy.
- Ostatni raz byłem malowany do zabawy z koleżankami Karoliny.- przyznał.- Ale wtedy nikt nie miał o tym zielonego pojęcia. To takie dziwne uczucie.
- Nie drap.- pacnęłam go w rękę, która już podążała do policzka.
- Ale to swędzi. Długo jeszcze Roza?
- Siedzisz dopiero pięć minut, więc nie narzekaj. Wracając, chodź o tą zabawę ze ślubem?
- Tak. Ja w ogóle nie wiem, po co to wszystko.
Pół godziny później był już gotowy. Kości policzkowe podkreśliłam czarnym, sprawiając, że wyglądał jak zombie z bagien.
- Gotowe.- oznajmiłam dumnie.
- To teraz zobaczymy, co mam na twarzy.- podniósł się poszedł do lustra.- Czy ty myślisz, że ja tak wyjdę do ludzi?
- Jest Halloween. Nie przesadzaj. A teraz chodź.- pociągnęłam go do  wyjścia.
___________________________________________________________
Hej, teraz rozdziały mogą wyglądać inaczej, bo komórka nie widzi mi Bloggera w internecie i muszę korzystać z aplikacji. Mam nadzieję, że rozdziały wam się podobały. Ostatnio dość nieregularne je dodaję, ale mam trochę swojego życia co na to wpływa. Ale i tak daję wam je, bo was kocham.

wtorek, 22 listopada 2016

ROZDZIAŁ 327

- Jak się czujesz?- spytałam cicho, nie chcąc zepsuć atmosfery spokoju.
- Czy ja wiem?- wzruszył ramionami.- Zagubiony, jakbym coś tracił?
- Przecież nie tracisz. Wiktoria na zawsze będzie twoją siostrą.- spojrzałam na niego.
- Nie rozumiesz.- pokręcił głową.- Ona wyjeżdża i nie będziemy się za często widywać.
- Bo teraz spędzacie każdą wolną chwilę.- zauważyłam z sarkazmem.
- Nie, ale trudno będzie się zgrać, żeby być w tym czasie. Po za tym, ona jest za młoda na służbę. Taka delikatna...
Zaczęłam się cicho śmiać.
- Ma więcej siły, niż myślisz. Na pewno sobie poradzi. Teraz chodzi do naszej akademii, gdzie wszystkiego jej nauczą. Pomyśl o szansie, jaką daje jej wyjazd. Tobie pozwolili wyjechać. Czemu nie chcesz jej pomóc poznać świat?
- Wiem, że będzie szczęśliwa, jeśli wyjedzie, ale stracę ją.
- Myślę, że nawet tego nie zauważysz.- spojrzał na mnie, zdziwiony.- Będziemy się widzieć na święta, tak jak dotychczas. A przecież nie odmówi.- przekonywałam go.- Popatrz na to z jej strony. Jakbyś miał mnie nigdy więcej nie zobaczyć, bo dostałabym przydział na drugim końcu stanów.
- Pojechał bym za tobą.- odpowiedział bez wahania.
- A Wiki tego nie zrobi bez twojej zgody.
- Wiem. Ciebie też to zaskoczyło?- spytał.
- Trochę. Ale nie zmieniaj mi tu tematu. Wiesz, co będzie dla niej dobre.- stwierdziłam.
- Chyba powinienem dać jej wolną rękę.- uznał smutny.
- To dobra decyzja.- pocieszałam go.
- Nie rozumiem jak to możliwe, że jesteś zawsze kiedy cię potrzebuję?- przytulił mnie mocno do siebie.
- Zawsze będę przy tobie.- obiecałam.
Chwycił moją twarz za podbródek i uniósł do góry, patrząc mi w oczy.
- Ja tiebia liubliu Roza.- powiedział szeptem.
- Ja tiebia toże liubliu tovarishch.- odpowiedziałam tak samo.
Lekko pochylił się w moją stronę, zbliżając swoje usta do moich. Gdy w końcu nasze wargi się złączyły, zarzuciłam mu dłonie na kark, a on położył się ciągnąć mnie za sobą. Gdy skończyliśmy pocałunek, wciąż byliśmy niesamowicie blisko siebie. Patrzyliśmy sobie głęboko w oczy, uśmiechając się szeroko.
- Dziękuję Roza.- przyciągnął mnie tak, że musiałam się na nim położyć.
- To ja ci dziękuję.- szepnęłam mu we włosy.
Nagle zaczął całować mnie w szyję. Poczułam jego dłonie pod bluzką, na plecach, powoli skradające się do zapięcia od stanika.
- Jeszcze ci mało, towarzyszu?- mimo wszystko odchyliłam głowę, dając mu lepszy dostęp.
Gdy zwinne palce strażnika osiągnęły swój cel, obrócił nas i teraz to ja byłam pod nim.
- Nigdy nie będę miał dość.- prawie wymruczał, kiedy ściągałam mu bluzkę, ale on nie pozostał mi dłużny.
Pół godziny później wracaliśmy, trzymając się za ręce i śmiejąc w głos, ba cały las. No przynajmniej ja się śmiałam, . Dymitr tylko się uśmiechał, patrząc na moje wygłupy. Na każdym drzewie, jakie mi się spodobało, sztyletem wycinałam DBRHB w sercu.
- Zdradzisz mi chociaż co znaczą te symboliczne litery.- spytał powstrzymując śmiech.
- To nasze inicjały.- było to oczywiste.
- Aha...- zaśmialiśmy się, a mój ukochany złapał mnie za dłoń i przyciągnął do siebie.- Już wystarczy Roza, bo zabraknie drzew dla innych.
- Ehh... no dobra.- westchnęłam przywracając oczami i schowałam sztylet, owinięty w aksamitną, czerwoną ściereczką.
- Nie wiedziałem, że aż obdarzasz go taką czcią.- zdziwił się.
- Ty również obchodzisz się z książką ode mnie w wyjątkowy sposób.- zauważyłam.
- Jest to najważniejsza rzecz, jaką mam.- wyznał, patrząc mi prosto w oczy.
- Myślałam, że to ja jestem dla ciebie najważniejsza.- byłam zbita z tropu, gdy cicho się zaśmiał.
- Jesteś dla mnie najważniejszą OSOBĄ,- zaakcentował.- a nie rzeczą.
- No chyba, że tak.- znowu się uśmiechnęłam.- Choć wolałabym być dla ciebie najważniejsza w wszystkich dziedzinach.
- Przykro mi, takie życie.- wzruszył ramionami i uśmiechem i udawaną bezradnością.
- Hyy...- wciągnęłam głośno powietrze, łapiąc się za serce z udawanym oburzeniem- Przegrywam z książką?!- zaśmiał się.- Uważaj sobie towarzyszu, bo kolejne dzieci będziesz mieć z książką.
Zatrzymał się gwałtownie, przyswajając moje słowa.
- Powiedziałaś kolejne dzieci?- uśmiechnął się w szoku i poszliśmy dalej
- Tak właśnie mnie słuchasz.- westchnęłam, śmiejąc się z jego miny.- Wiele razy mówiłam, że jak chcesz, możemy mieć więcej dzieci, ale to za kilka lat.
Pociągnęłam go w swoją stronę, żeby nie przywalił w drzewo i jeszcze raz się zaśmiałam. Wyglądał jak dziecko, które dostanie wymarzony prezent pod choinkę. Właśnie. Trzeba zacząć szukać prezent. Dla Lissy i Christiana może coś kupionego w Rosji? Z nimi jest taki problem, że wszystko mają. Dla Rosalie jakieś zabawki. Tak samo dla Łuki, Zoji, Pawki i Lili. Bianka ucieszy się z kości w wstążeczce. Olena zawsze chętnie przyjmie zestaw garnków. A Bielikówny? Wiki jakieś kosmetyki. Karolinie może karnet do spa? Przyda jej się odpoczynek, w końcu ma dwójkę dzieci żądających ciągłej uwagi. Sonia... Jej można kupić zestaw do ćwiczeń, bo narzekała, że nie ma czasu jeździć na siłownię, a musi coś zrobić ze swoim ciałem po ciąży, choć była ona ponad rok temu. Mii kupimy jakieś ubranka dla dzieci. Zapomniałam się pochwalić, ale jestem chrzestną pięknej Alice Ashford. Po tacie odziedziczyła kolor włosów, za to oczy ma po mamie. Tak właściwie, ojciec morojki mówi, że jest podobna do dziewczyny, gdy była mała. Jedyną różnicą są jej włosy. No i dla Masona...
Z zamyślenia wyrwały mnie silne ręce na biodrach. Dymitr podniósł mnie i zaczął kręcić się w kółko.
- Jestem taki szczęśliwy, że Cię mam Roza. Kocham Cię najmocniej na świecie.- wyznał zatrzymując się.
- Ja ciebie też kocham Towarzyszu.
Gdy tylko moje nogi dotknęły ziemi, wskoczyłam na niego, wpijając się mocno w jego wargi. On złapał mnie za tyłek i pogłębił pocałunek. Gdy tylko skończyliśmy, poszliśmy w dalszą drogę. A raczej mój ukochany szedł, bo mnie wziął na ręce. W wiosce zaczął krzyczeć po Rosyjsku, jak bardzo mnie kocha.
- Cicho głuptasie.- próbowałam ze śmiechem, stłumić dłonią jego krzyki.- Bo cała wioska się zleci.
- To niech się zleci.- wzruszył ramionami.- Pragnę wykrzyczeć całemu światu, we wszystkich językach, że KOCHAM MOJĄ ROZĘ!!!!!

ROZDZIAŁ 326

Zeszłyśmy na dół, a w salonie czekał chłopak dampirzycy.
- Kola!- rzuciła się na niego
- Wiki!- rozłożył ramiona, w które wpadła.- Tak się ciesze, że się zgodziłaś. Bo się zgodziłaś, prawda?- patrzył na nią niepewnie.
- Pewnie.- dziewczyna się uśmiechnęła, a z jego oczu, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, znikła niepewność, zastąpiona miłością i radością.
Złapał ją i zaczął kręcić się wokół własnej osi, z Bielikówną w ramionach. Poprawiłam sobie Nastkę na rękach, uśmiechając się na ten widok. Postanowiłam zostawić ich samych, choć wciąż przypatrywałam się im z kuchni, póki nie podszedł do mnie Dymitr.
- Kto przyszedł Ro...- przerwał, widząc siostrę z dampirem.
Zauważyłam, że zacisnął mocniej szczękę. Kochany braciszek. Zbliżyłam się do niego i oparłam na jego torsie. Automatycznie objął mnie i pocałował w kark, wciąż nie spuszczając wzroku z zakochanych. Teraz oboje usiedli na kanapie i zaczęli się z czegoś śmiać.
- Co widzisz, patrząc na nich?- spytałam ciekawa.
- Moją małą siostrzyczkę i kandydata na wykastrowanie.- uśmiechnął się diabelsko, a ja parsknęłam śmiechem.
- Co by ci to dało?- spytałam, patrząc na niego.
- No wiesz, my też mieliśmy nie móc mieć dzieci. Wypadki chodzą po ludziach.- wzruszył ramionami.
Odwróciłam się do niego przodem.
- Uważasz Towarzyszu, że nasze dzieci to wypadek?- rzuciłam oskarżycielsko.
- Wiesz nie planowaliśmy tego, ale mimo wszystko jest to bardzo dobre, a ja jestem najszczęśliwszy na świecie.
Wywróciłam oczami i wróciłam do poprzedniej pozycji, zanim bardziej się pogrąży.
- A ja widzę dwoje, szczęśliwych zakochanych, liczących na szczęście w tym okropnym świecie.- powiedziałam, wtulając się mocniej w męża.
- Chcę dl mojej siostry szczęścia.- przyznał.
- To daj jej żyć.
Ale...- zaczął, jednak przerwała nam Olena.
-Dzieci, pomożecie mi?- poprosiła kobieta.
- Jasne mamo.- powiedzieliśmy jednocześnie, po czym zaśmialiśmy się w trójkę.
Nakryliśmy do stołu i zawołaliśmy resztę na obiad. Pani domu postawiła drugie danie, gdy Wiktoria postanowiła wyznać podjętą decyzję.
- Eghem...- Bielikówna zwróciła na siebie naszą uwagę.- No więc jestem już dorosła i normalnie w moim wieku podejmuje się służbę.- tu spojrzała na mnie.
Była zdenerwowana. Bardzo. Mikołaj złapał ją za rękę dla wsparcia. Patrzyła na wszystkich, oprócz brata, co nie uszło jego uwadze. Zaczął się niepokoić, więc sama odnalazłam jego dłoń i złączyłam nasze palce. Spojrzał na mnie zdziwiony, a ja posłałam mu uspokajający wzrok.
- Postanowiłam zamieszkaćzKoląipodjąćsłużbęwSzwecji.- powiedziała na jednym oddechu i spuściła wzrok, grzebiąc w talerzu nietkniętego jedzenia.
Wszyscy potrzebowali chwili, aby to zrozumieć.
- Możesz powtórzyć? Ale wolniej.- poprosił mój ukochany, zdenerwowanym głosem.
Dampirzyca wzięła głęboki oddech i wypuściła z rezygnacją powietrza.
- Dostałem przydział w Szwecji.- odpowiedział za nią jej chłopak.- I chciałbym, żeby Wiktoria zamieszkała tam ze mną...
- Nie zrobisz tego.- Rosjanin z niedowierzaniem spojrzał na siostrę.
- Dimka, błagam. Mikołaj jest całym moim światem. Kocham go i chcę z nim dzielić każdy dzień. Być szczęśliwa, tak jak ty i Rose.
Strażnik otworzył już buzię, gdy ścianęłam mu dłoń. Spojrzał na mnie, a ja się tylko uśmiechnęłam z miłością, którą chciałam mu przekazać. Trochę złagodniał.
- Wiki, jesteś taka młoda...- wciąż się wahał.
- Ja tu się duszę. Kocham ten dom, was, ciebie, ale to nie życie dla mnie. Chcę coś osiągnąć, poznać swat. Jak ty.
- W sumie ja tu mam najmniej do powiedzenia.- westchnął ciężko Bielikow.- To twoja decyzja.
Zauważyłam, że wszyscy patrzą na tą sytuację, jak na bardzo emocjonalny mecz w tenisa. Przenoszą wzrok za niewidzialną piłeczką, to na jedno, to na drugie.
- Mylisz się.- wtrącił się gość.- Wiem, że bez twojej zgody Wiki by nie wyjechała.
Byłam zaskoczona. Wiem, że ze wszystkich sióstr, to ona ma z nim najlepszy kontakt, ale nie sądziłam, że aż tak go podziwia i liczy się z jego zdaniem.
- Naprawdę?- spytał sam zainteresowany, a dziewczyna tylko pokiwała głową.- Nie miałem pojęcia. Ja... myślę... muszę to przemyśleć.
Bez słowa wstał od stołu i poszedł na górę. Wiki odetchnęła głęboko, a ja położyłam jej rękę na ramieniu.
- Nie martw się.- zaczęłam ją pocieszać.- Wszystko będzie dobrze. To po prostu ciężka dla niego decyzja i musicie dać mu się z tym oswoić.
W tej chwili mój mąż zbiegł po schodach w prochowcu i wyszedł na dwór.
- No to co powiecie dzieci na ciasto?- przerwała ciszę Olena.
- Bardzo chętnie mamo, ale lepie, żebym za nim poszła. Z kłopotami lepiej sobie radzimy we dwoje.- wstałam z miejsca i skierowałam się na górę.- I pomogę mu podjąć decyzję.- puściła oczko młodej, zanim zniknęłam za zakrętem. 
Z pokoju wzięłam swój prochowiec oraz torebkę ze sztyletem i komórką. Wyszłam na dwór i zaczęłam się rozglądać za ukochanym. Jednak nigdzie go nie było. Gdzie mógł pójść? Przypomniałam sobie nagle, jak mówił, że zdenerwowany lubi chodzić po lesie. Nie zwlekając dłużej, poszłam w jedyne, najlepiej mi znane miejsce. Staw Luny. I on tam był. Siedział i puszczał kaczki tak, że kamienie lądowały na drugim jego brzegu, co nie było trudne, zważywszy na małą szerokość zbiornika wodnego. Starałam się iść najciszej jak umiałam, choć nie miałam złudzeń, że nie wiedział o mojej obecności. Nawet jak nie słyszał, to wyczuwał. Tak już mieliśmy. Znalazłam jakiś płaski kamień i usiadłam obok strażnika. Nawet na mnie nie spojrzał. Chwilę przyglądałam się jego zmartwionej twarzy, po czym puściłam kaczkę. Odbiła się raz i zatonęła.
- Cholera!- syknęłam zdenerwowana.
Dymitr uśmiechnął się pod nosem, a ja czułam, że odniosłam sukces. Wdrapałam się mu na kolana i wtuliłam w ciepły tors, a on zaczął głaskać mnie po plecach, bawiąc się moimi włosami.

niedziela, 20 listopada 2016

ROZDZIAŁ 325

ROSE
Po tym jak wszystko sobie wytłumaczyliśmy, Dymitr zaczął mnie przepraszać w wiadomy sposób. To jedyny plus naszych kłótni. No i moja powiększająca się miłość do niego, choć wolę jak nie krzyczymy na siebie. Obudziłam się z głową męża na brzuchu. Nie mogłam się powstrzymać i zaczęłam go drapać po głowie. Usłyszałam ciche mruczenie, a następnie siorbanie.
-Czyżbyś towarzyszu, eghe...- musiałam odchrząknąć, aby odzyskać normalny głos.- obślinił mi brzuch?
Wciąż nie przestawałam bawić się w jego włosach.
- Eee... nie.- powiedział sztucznie, wybierając moją skórę.
Zaczęłam się śmiać.
- I pewnie jesteś przekonany, że nie czuję twojej ręki?- nadal się chichrałam.
- Ale o co ci chodzi?- spytał, patrząc na mnie z niewinnym uśmiechem.- Ale muszę przyznać, że przyzwyczaiłem się do twojego dużego brzuszka.
Jeszcze zasypany był taki uroczy. Wyglądał przesłodko. Zwłaszcza robiąc minę zabitego psa.
- Och!- udałam szok, zakrywając dłonią usta.- I co my zrobimy?
- Możemy poczekać, aż zastrzyk przestanie działać,-ukochany położył głowę pod moimi piersiami i zaczął rysować mi na brzuchu szlaczki.- A później spędzić upojną noc. I tylko czekać i patrzeć jak będzie rósł i rósł i rósł...
Jego dotyk przyjemnie mnie rozgrzewał, ale i dekoncentrował.
- Zgoda.- mruknęłam, a jego dłoń się zatrzymała.- Ale tu je będziesz nosił w brzuchu i znosił jego kaprysy.
- Ale wiesz, że tak się nie da?- zaśmiał się.
- To przykro mi, ale musisz poczekać.- wzruszyłam ramionami.
- Ile?
Zastanowiłam się przed odpowiedzią. To dobre pytanie dąży do niego. Czy w ogóle? Ale odpowiedz brzmi tak. Rosjaninowi na tym zależy i mi też.
- Nie wiem.- powiedziałam cicho.- Na pewno nie teraz.
- Boisz się?- bardziej stwierdził niż spytał.
Milczałam. Po co zaprzeczać, skoro on mnie tak dobrze zna? Wypuściłam głośno powietrze. Czy się boję kolejnej ciąży? Nie. Jestem przerażona. Że mogłabym podjąć tak dorosłą decyzję w pełni świadomie. Tego jak poradzimy sobie z kolejnym dzieckiem. Czy nie będzie żadnych komplikacji? W końcu ostatnio umarłam. Jednak nie tego boję się najbardziej. Mogłabym oddać życie dla córki. Ale ta bezbronność, w razie zagrożenia nie można liczyć na siebie, choć nosi się w sobie najważniejszą osobę na świecie. A jednak nie jesteśmy w stanie zapewnić jej bezpieczeństwa w życiu płodowym. Gdyby nie Bielikow, zginęlibyśmy już dawno, całą trójką.
- Nie martw się Roza. Poczekam. I zawsze będę obok, wspierając cię.- mruknął, patrząc mi w oczy.
- Jeszcze spać ci się chce?- uśmiechnęłam się do niego z miłością.
- Nie. Czemu?- zmarszczył brwi.
- Bo z takim zmęczeniem mówisz.- wynurzyłam dłoń w jego włosów i przejechałam nią mu po lekko chropowatym policzku.
- Po prostu dobrze mi z wami. Jestem bardzo szczęśliwy.
- Ja tiebia toże liubliu tovarishch.- uśmiechnęłam się do Rosjanina.
- Jesteś całym moim życiem. Ty i dzieci.- złapał mnie za dłoń i ją pocałował.
Pomizialiśmy się jeszcze kilka minut, po czym ubraliśmy się i z dziećmi zeszliśmy na śniadanie.
- Mi.- Wiki na powitanie wyciągnęła ręce w stronę Nastki.
Mała sama chciała iść do cioci, więc Dymitr był zmuszony oddać swoją księżniczkę. Reszta sióstr trzymały swoje małe dzieciaki. Ale Felixa bardzo chętnie przygarnęła Olena. Ciągle powtarza, że musimy choć trochę odpocząć od nich, a ona już nie jedno wychowała i wie co to znaczy. Ja też wiem, dlatego nie chcę jej tym obarczać no ale się uparła. I co zrobić? Dymitr jest tak bardzo do niej podobny, że to aż dziwne. Wszyscy usiedliśmy do stołu i zabraliśmy się za śniadanie. Usiadłam koło Soni, więc nie trudno się domyśleć, kto po chwili zajął moje kolana.
- Ciocia.- Łuka zaczął mówić między kolejnymi, podawanymi przeze mnie łyżkami kaszki.- Pzykrozmi, zie... zie nie pzysedłem wczoraj, ale mama nie pozwoliła. Ale dzisiaj bede mógł.
- To super.- przytuliłam go uradowana.
Bardzo kocham tego malca. Jest taki kochany, więc wszystkie noce, przez całe dwa tygodnie pobytu u nas na wakacjach, on i Zoja spędzili w naszym łóżku. Czasami Lili i Pawka zasnęli z nami oglądając filmy lub bajkę na życzenie maluchów i wtedy spaliśmy w szóstkę. Nie wiarygodne, jakie nasze łóżko jest duże. Z zamyślenia wyrwało mnie pytanie Wiktorii.
- A będzie mógł przyjść dzisiaj do nas Kola? Chcielibyśmy coś razem oznajmić.- spytała niepewnie, dyskretnie zerkając na mnie.
Nikt prawie tego nie zauważył. Prawie. Przecież mój mąż ma z nią lepszy kontakt, niż resztą rodzeństwa. Spojrzał pytająco na mnie, ale ja pokręciłam głową tak, że tylko on to spostrzegł. Wiedziałam już jaką decyzję podjęła młoda Bielikówna. A teraz trzeba jej pomóc.
- Naturalnie.- ucieszyła się Olena.- upiekę szarlotkę.
- a Dymitr z pewnością ci pomoże.- dotknęłam ramienia ukochanego, patrząc na niego znacząco.
- Eee... jasne. To kiedy zabieramy się do roboty?
- Oj Dimka... Jak zawsze pomocny. Wolałabym, żebyś korzystał z urlopu.
- A ja wolałbym, żebyś się nie przemęczała. To daj mi chociaż Felixa. I tak masz dużo roboty.
- Nie ma mowy. Jeszcze chce mi wnuka zabierać. On nie dobry ten twój tatuś.- ostatnie zdanie powiedziała do brzdąca, który zareagował na to śmiechem.
W sumie jak na wszystko. Oboje są bardzo energiczni i pełni radości. A to dla tego, że nie poczuły jeszcze bólu życia. Choć bardzo pragnę je przed tym obronić, wiem, że to nie uniknie. Tak jak ich przeznaczenie. Lepiej je przygotować na pełne rozczarowań życie.
Po śniadaniu usiadłyśmy w salonie z dziećmi, a Olena i mój mąż zaszyli się w kuchni. Nagle Wiki poprosiła mnie o rozmowę, więc wzięłam Nastkę i zamknęłyśmy się w pokoju.
- Podjęłam decyzję.- oznajmiła Bielikówna, gdy usiadłyśmy na jej łóżku.
- Zauważyłam. I chyba zgaduję jaką.- uśmiechnęłam się do niej.
- Pomożesz mi?- popatrzyła na mnie błagalnie.
- Jasne. Jesteś dla mnie jak siostra.- przytuliłam ją.
- A jak myślisz, naprawdę sobie poradzę? A co powie Dimka?- zaczęła panikować.- Ja nie dam rady.
- Wiki, spokojnie. Z Dymitrem osobiście pogadam, gdyby miał jakieś "ale...". A o życie się nie martw. pamiętaj, że chodzisz do mojej szkoły.
- Ale ciebie uczył mój brat.- zawyła żałośnie.
- A ty jesteś jego siostrą i masz talent. Stan na pewno będzie umiał pokazać ci jak to wykorzystać. Po za tym z Mikołajem nie masz czego się bać.- zakryłam dłonią jej dłoń. W tej chwili rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi.- A teraz choć. Czas zmierzyć się z przyszłością.

sobota, 19 listopada 2016

ROZDZIAŁ 324

- No chodź tu!- krzyk poniósł się po lesie.
Roza.
To na pewno ona. Tego głosu nigdy bym nie pomylił. W ogień bym za nim poszedł. Biegliśmy w jej kierunku, więc przyspieszyłem.
- ... żeby nikt nic nie znalazł.- mój ojciec roześmiał się obrzydliwe.
- Trzymaj się Kochanie.- powiedziałem sam do siebie, biegnąc jeszcze szybciej.
Jeszcze chyba nigdy w życiu tak nie biegłem. Adrenalina dodała mi sił. W mroku dostrzegłem zarysy dwóch sylwetek. Gdy wyłoniłem się z pośród drzew, nie miałem najmniejszych wątpliwości. Przybyłem w ostatnim czasie. Nieprzytomna Roza leżała w łapskach tego skurwiela, a on chciał ją wygodniej sobie położyć i zabrać mi. Niedoczekane. Z impetem wpadłem na niego. Przewrócił się, wypuszczając moją żonę, którą złapałem w ostatniej chwili. Gdy odłożyłem ją na ziemię, Bianka rzuciła się na moroja.
- Spadaj kundlu!- próbował ją kopnąć i zawył z bólu, kiedy wbiła mu kły w nogę.
- No proszę. I jak to jest być dziwką sprzedającą krew?-zadrwiłem, dając znać suczce, aby poszła do Rozy.
- Spytaj swojej Rossi.- wysyczał przez zaciśnięte z bólu zęby.
- Cofnij to!- rozkazałem, unosząc go za poły marynarki.- Kurwa, cofnij każde złe słowo na jej temat.
- Nie.- oświadczył, patrząc mi w oczy, z których na pewno biła rządza mordu, bo to było coś, o czym myślę odkąd się pojawił na nowo w moim życiu.
Moim i Rozy.
Zacząłem go okładać pięściami, dopóki nie mógł ustać na nogach. Jeszcze raz podniosłem moroja na wysokość twarzy.
- Nie zasługiwałeś na moją matkę, moja kobietę, ani na żadną inną. Upadłeś tak nisko, że nic mnie nie powstrzymuje przed zabiciem ciebie.- w oczach tego śmiecia w końcu pojawił strach, gdy do szyi przycisnąłem mu sztylet.
Nagle rozległo się wycie wilków i inne dźwięki, jakby czyjegoś biegu biegu. Spojrzałem zaniepokojony na ukochaną, nie odsówając ostrza od gardła Randalla. Najpierw pobladła, a następnie jej twarz nabrała zielonkawy odcień. Wiedziałem co to znaczy. Strzygi. Nie zapuszczają się za blisko wioski, ale to my jesteśmy w głębi lasu. Uśmiechnąłem się cwanie.
- Ale nie będę sobie brudził rąk. Zrobi to za mnie ktoś inny.
Przejechałem mu sztyletem wzdłuż ręki, aż pociekła z rany krew. Iwaszkow krzyknął, a gdy go puściłem, próbował zatamować krwawienie.
- Nie możesz mnie tu zostawić.- odezwał się, kiedy podniosłem nieprzytomną Rozę- Jestem morojem, z arystokracji i twoim ojcem.
- To że jesteś ze szlachetnego rodu nie pozwala ci na wszystko. Zostawiam cię w lesie, a ty nie masz żadnych świadków do zarzutów. Za to ja mam czym cię obciążyć. I przysięgałem chronić was przed strzygami, a żadnej tu nie widzę. A ojca nie mam i nigdy nie miałem.
Odwróciłem się i zacząłem odchodzić, patrząc z troską na swoją żonę.
- Że też sumienie ci na to pozwala.- fuknął jeszcze za mną.
- Sumienie każe mi bronić tych, których kochamy, a ty jesteś tu zagrożeniem. Więc adios Bianka.-zawołałem suczkę.
Ta wstała i warknęła na niego, pokazując wachlarz ostrych kłów, po czym pobiegła za nami. Roza poruszyła się niespokojnie.
- Cii... już dobrze kotek. Jestem przy tobie.- odezwałem się łagodnie, przyspieszając kroku, aż do truchtu.
Musimy się jak najszybciej stąd wydostać, strzygi za szybko zwęszyły krew. Dobrze, że w dzieciństwie często chodziłem tu z Alanem i Sergiejem, bo znam połowę lasu na pamięć. Po kwadransie, zdyszany wszedłem do domu.
- W końcu... O Boże! Co jej się stało?
Wiki wystraszona zerwała się z kanapy, ale ja poszedłem na górę, położyć ukochaną w naszej sypialni. Moja siostra, podbiegła i kucnęła przy łóżku, łapiąc dampirzycę za dłoń.
- Ten chuj przyłożył jej jakiś środek usypiający na ścierce.- powiedziałem, chodząc niespokojnie po pokoju.- Mam nadzieję, że zginie marnie. Sam najchętniej bym go udusił.
Dzieci w łóżeczkach zaczęły się niespokojnie poruszać. Wiktoria podeszła do nich, wzięła na ręce Felixa i zaczęła go kołysać.
- Cii już spokojnie.- ucałowała chłopca w główkę, co go uspokoiło.
Następnie ułożyła go z powrotem na poduszce, przykrywając szczelnie kocykiem. Przyglądałem się temu uważnie, z podziwem i wzruszeniem. Moja mała siostrzyczka dorosła. Jest przecież tylko o rok młodsza od Rozy. Ale dla mnie zawsze będzie małą dziewczynką bawiącą się lalkami w ogrodzie. Jednak mimo wszystko muszę uświadomić sobie, że ona mimo wszystko kiedyś będzie chciała się usamodzielnić, a ja jej będę mógł tylko pozwolić i zapewnić, że zawsze będzie miała we mnie wsparcie. Jeśli kogoś kochasz, pozwól mu odejść. Była to smutna myśl, jednak patrząc na jej zachowanie, delikatność w najmniejszym geście, troskę w oczach, nie umiałem się nie uśmiechnąć.
- Byłabyś dobra matką.- odezwałem się.
- Nie zmieniaj tematu.- spojrzała na mnie zmrużonymi oczami.- Naprawdę tak myślisz?- spytała już z niepewnością w oczach- W sumie to i tak nie ważne. Przecież nie możemy mieć dzieci.
Serce mi się krajało, gdy patrzyłem na jej smutną minę. Podszedłem do niej i zamknąłem w ramionach.
- A co jak Kola mnie zostawi dla jakiejś morojki.- zaczęła szybciej oddychać.
Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że ona płacze. Wziąłem młodą na ręce, położyłem na łóżku obok mojej Rozy i pozwoliłem siostrze wtulić się w swoje ciało, jak te lata temu, gdy miała koszmary.
- To będzie idiotą, który nigdy na ciebie nie zasługiwał. A później również bezzębny.- zaśmiała się przez łzy.- Ale wierzę, że to się nigdy nie stanie, bo z tego co słyszałem od Rose, to jest w tobie zakochany na zabój.- podniosłem jej głowę za podbródek, a ta, zarumieniona spuściła ją na dół. Pocałowałem ją w czubek głowy i jeszcze szczelniej zamknąłem w uścisku.- Ja i Rose też tak myśleliśmy. Że nie będziemy mieli dzieci. A jednak mamy.
- Ale wy to wy. Nikt wam nie dorównuje. Macie wszystko. Mimo tylu przeszkód i barier, jesteście najbardziej idealnym małżeństwem chyba na całym świecie.
Zaskoczyło mnie, że aż tak nas podziwia. Jak dla mnie każdy może kochać tak jak my i być równie szczęśliwym. Nawet ona i Mikołaj.
- Każdy jest wyjątkowy na swój sposób. Zawsze macie też adopcję. Tylko mi się nie spieszyć. Macie całe życie przed sobą.
- Jakoś wiek Rose ci nie przeszkadzał, gdy zaszła w ciążę.- odparła z ironią.
- To było dla nas zaskoczenie i nie mieliśmy większego wyboru. Po za tym, ja jestem dorosły i ją wspieram. A wy... Tu nie chodzi o ciebie, bo widzę, że ty jesteś gotowa.-dodałem szybko widząc jej minę.- Ale Kola jest młody i może nie podołać. Przerazić się odpowiedzialności. Najpierw skończcie szkoły i się ustawcie. To kolejny argument co do naszych dzieci. Oboje mamy wysokie stanowiska z dobrą płacą. To też ważna kwestia.
- Może masz rację. Ale koniec o tym. Teraz mów, co się dzisiaj stało, kogo chcesz zamordować i co z naszym... ojcem.
Wyczułem jej niepewność. Zacząłem opowiadać, a z jej oczu płynęły łzy. Gdy zasnęła, zaniosłem ją do jej pokoju. I wróciłem do Różyczki. Po kilk minutach rozebrałem ja i siebie, po czym położyłem się obok, tuląc ją mocno do siebie. Dużo myślałem o ostatnich godzinach. Ale ze mnie idiota. Jak mogłem chcieć pozbyć się kwiatu, ożywiającego moją duszę? Już nigdy nie zażądam  od niej rozwodu. Co mi strzeliło do głowy? Przecież to całe moje życie. Nie przemyślałem tego do końca. Był to impuls chwili, wywołany strachem o nią i dzieci. Nie zastanowiłem się nad tym. Więc robiłem to teraz, aż nie zasnąłem.

czwartek, 17 listopada 2016

ROZDZIAŁ 323

Poczułam silną dłoń przerzuconą przez moje ciało. Uspokoiłam się, ponieważ była bardzo znajoma. Nigdy bym nie pomyliła tego dotyku, z żadnym innym. Głowa jej właściciela spoczęła na mojej piersi tek, że byłam uwięziona w mocnym uścisku. Zauważyłam, że jestem w samej bieliźnie, ale w obecnej sytuacji mi to nie przeszkadzało. Po mojej głowie zaczęły krążyć pytania. Czy długo tu leżę? Jak Dymitr mnie znalazł? Czy zaraz po tym jak zasnęłam? Czy już gdzie mnie Randall zawiózł? I co się z nim stało? Nienawidzę go. Naprawdę. Ale nikomu nie rzeczy się śmierci. No po za strzygami, dla których jest to ratunek duszy. Zanurzyłam, dłoń we włosach ukochanego, a ten zerwał się patrząc na mnie z ulgą i miłością.
- Roza.- zawołał, a przyzwyczajona już do ciemności, zobaczyłam jego zaszklone oczy.- Różyczko kochana. Tak bardzo się bałem. Przepraszam, za wszystko. To moja wina.
- Ci... już spokojnie, jestem tu.- przycisnęłam go do swojej piersi.- To nie twoja wina. Nie powinnam była wybiegać. Mogłam zostać i z tobą porozmawiać.
Wtulił się we mnie mocno, kładąc głowę pod moimi piersiami. Zaczął kreśli kółka po moim brzuchu i rękach, zapatrzony smutno w ścianę obok.
- Chciałem zapewnić wam bezpieczeństwo, a tylko bardziej cię naraziłem.- w jego głosie słychać było żal i smutek.
- Nie mogłeś wiedzieć, że to się tak skończy.- uniosłam mu głowę za podbródek i spojrzałam prosto w czekoladowe tęczówki.- A jeśli chcesz naszego bezpieczeństwa to nigdy nas nie zostawiaj.
- Nie zostawię. Przepraszam. Byłem głupi. Jak mogłem choć przez chwilę myśleć o życiu bez ciebie. Przecież ono nie istnieje. Nie mogę uwierzyć, że was mam. Po tym wszystkim los się do mnie uśmiechnął.
- Dymitr, a co się właściwie stało?- spytałam niepewnie.
Poczułam, że się spiął.

DYMITR

Rozbawiło mnie to, że Roza nawet podczas kłótni umiała takie coś powiedzieć. Ułożyło mi i miałem nadzieję, że to koniec naszego sporu. I tak się stało, ale inaczej niż sądziłem. Uświadomił mi to dźwięk zamykanych drzwi. A jednaj wyszła. Sam również szybko się ubrałem i wybiegłem. Zajrzałem do pokoju najmłodszej siostry, która jeszcze nie spała, bo paliło się światło.
- Wiki popilnujesz naszych dzieci?- wręcz błagałem, gorączkowo.
- Jasne, ale o co chodzi?- zdenerwowana odłożyła książkę obok.
- Po prostu masz brata kretyna.- odpowiedziałem i chciałem wyjść, ale zatrzymał mnie jej głos.
- Dimka, wiesz że Cię Kocham, ale jeśli Rose jest dla mnie jak siostra i jeśli przez ciebie będzie cierpieć, to urwę ci pewną bardzo przydatną mężczyźnie cześć ciała. Więc się pilnuj, jeśli chcesz mieć jeszcze dzieci.
- Nie jesteś pierwszą osobą, od której to słyszę.- mruknąłem
- To leć za nią w tej chwili!
Szybko się ogarnąłem i opuściłem dom. Nie mogła odbiec daleko, chociaż z nią to nigdy nic nie wiadomo. Pobiegłem kilka minut do przodu, kiedy uświadomiłem sobie, że to za proste. Cholera! Zawsze umiałem ją znaleźć. Tak samo jak uciekła z pierwszego hotelu, wybrała mniej oczywistą drogę. Zawróciłem i podążyłem za dom. Biegłem przed siebie, póki nie dobiegłem do lasu. Oby Roza tam nie wbiegła. Szukałem jej dalej. Nagle usłyszałem za sobą kroki i przez chwilę myślałem, że to moja ukochana, ale się pomyliłem.
- Witaj synu. Postanowiliście wrócić na stare śmieci? A gdzie twoja przepiękna żona? Chętnie bym się z nią przywitał- powiedział z obleśnie lubieżnym uśmiechem.
Zacisnąłem dłonie w pięści, warcząc na niego wściekle. Zapragnąłem zetrzeć mu go z twarzy. Niech tylko spróbuję spojrzeć na moją ukochaną, a skręcę mu kark.
- Tylko ją tknij, a to będzie ostatnią rzeczą, jaką zrobisz.
- Umrzeć w jej ramionach?- udał zamyślenie.- To na pewno coś niesamowitego. Na pewno jest dobra w łóżku.- oczy mu niebezpiecznie zabłysły.
- Już jedną ważną dla mnie osobę zgwałciłeś. Na więcej ci nie pozwolę.- zacząłem się do niego zbliżać.
- O czym ty pieprzysz?- zmarszczył brwi. Nagle na jego twarzy pojawiło się zrozumienie, a zaraz po nim powrócił uśmiech.- A! Pewnie chodzi ci o tę morojkę we Włoszech. Masz gust do "koleżanek".- nie podobał mi się sposób w jaki powiedział ostatnie słowo.- To pewnie po tatusiu.
Wściekły, podszedłem do niego, wymyślając tysiąc sposób na jego śmierć. Co kolejny to bardziej bolesny. Ale on odwrócił się na pięcie i odbiegł.
"Tchórz."- pomyślałem z pogardą. Odwróciłem się z zamiarem dalszych poszukiwań, ale usłyszałem jeszcze jego głos.
- Radzę ci znaleźć tą swoją dziwkę, zanim ja to zrobię.
Odwróciłem się, ale jedyne co zobaczyłem to chmura piasku, a on pewnie już uciekł do lasu. Jak ja nienawidzę jego mocy. Niby najmniej szkodliwa, a to nią torturowali Lissę. Ruszyłem na dalsze poszukiwania. Po godzinie dalej byłem w czarnej... Przecież nie mogła zapaść się pod ziemię. Nagle usłyszałem dzwonek komórki. Nie spoglądając na wyświetlacz, odebrałem.
- Bielikow.- odpowiedziałem gniewnie.
- Dymitr, gdzie ty jesteś do cholery!- musiałem odstawić komórkę od ucha, żeby nie ogłuchnąć.
Jeszcze chyba nigdy nie słyszałem królowej takiej wściekłej. Zacząłem się obawiać, że zabije mnie prze urządzenie.
- Eee... Szukam żony.- po chwili mnie olśniło.- Wiesz gdzie ona jest?
- Nie do końca. Była przy cerkwi i tam znalazł ją twój ojciec. Zaczął się do niej dobierać,- krew się we mnie zanotowała.- ale ona go skopała i uciekła w las. Nie ma bladego pojęcia gdzie jest, ale on jej szuka.
Poczułem, że krew odpływa mi z twarzy. Szybko się rozłączyłem i wróciłem do domu. Był tylko jeden sposób aby znaleźć moją Rozę w środku lasu. Wpadłem do domu jak huragan.
- Znalazłeś ją?- na wejściu zaatakowała mnie siostra.
- Nie! Nasz kochany tatuś zagonił ją do lasu.- prawie wywarczałem.
- Tatuś?!- powtórzyła, a ja zesztywniałem.
Cholera! I po co ja się w ogóle odzywam.
- Później porozmawiamy. Teraz muszę ratować żonę.
Wbiegłem na górę i zatrzymałem się przed pokojem szwagierki. Wszedłem do niego prawie bezszelestnie. Jej suczka, leżąca na podłodze przy łóżku.
- Choć Bianka.- rzuciłem szeptem.
Pies poszedł za mną. Na dole zapiąłem jej smycz i wyszliśmy na zewnątrz. Pobiegliśmy pod cerkiew i skręciłem w stronę lasu.
- Szukaj Rose. Gdzie pani? Szukaj.
Dwa razy nie było trzeba jej mówić. Z nosem nisko przy ziemi szukała tropu. Złapała i pobiegła w głąb, ciągnąć mnie za sobą.
___________________________________________________________
Wiem, że myśleliście, a niektórzy nawet liczyli na porwanie z torturami, ale na to jeszcze nie czas. Mam nadzieję, że trochę was uspokoiłam. Jednak nie łam się Anita, jeszcze nie raz ich spokój zostanie zaburzony w najgorszym momencie w najgorszy sposób. 😂😂😂 Mam nadzieję, że się rozdział podobał. Kocham was i dziękuję, że jesteście ze mną. 😘

środa, 16 listopada 2016

ROZDZIAŁ 322

- Że co?!- nie rozumiałam.- Chcesz się ze mną rozstać przez jakieś głupie strzygi? Coś, na co byliśmy przygotowani całe życie? Przecież zawsze będą nas atakować, nie ważne gdzie i z kim jesteśmy. To jest wpisane w nasz zawód.- wstałam z jego kolan i spojrzałam na niego z góry, krzyżując ręce na piersi.
Wyglądał na zmęczonego. Kulił się pod ciężarem problemu, oczy miał zaczerwienione, usta wykrzywione w grymasie, a skóra zbladła. Dodało mu to trochę lat, których nie miał. Widać, że bardzo go to meczy. Przecież on sam nie chce mnie zostawiać. Ale czuje, że powinien, a ja mu to utrudniam. I nie zamierzam przestać. Nie pozwolę mu.
- Nie o to chodzi.- westchnął.
- A o co?- powoli traciłam cierpliwość.
- Znowu zaatakowali nasz dom.- spojrzałam na niego z niedowierzaniem.- To już drugi raz w ciągu roku. A nawet czwarty licząc te na Dwór. Nigdy nie atakowały, w tak licznych oddziałach. Oni chcą mnie z powrotem. Chcą mnie przemienić.
- I tak im się po prostu dasz?- położyłam ręce na swoich biodrach, przenosząc ciężar ciała na drugą nogę.- We dwoje mamy większe szanse.
- Jesteście w niebezpieczeństwie. Moja przeszłość będzie mnie prześladować do końca życia.
- Tak samo jak ja.- westchnął, mrucząc coś pod nosem.- Ja nie żartuję, Dymitr. Nawet jakbyś uciekał, to znajdę cię na końcu świata. Wiesz to. A co jak cię przemienią? Wtedy będziemy bezpieczni?- spytałam ironicznie.
- Rose, nie chcę, żebyś mnie szukała.
- Nie będę, bo nigdzie nie odejdziesz.
- Och, Roza. Porozmawiamy o tym kiedy indziej, bo nie chce się już z tobą kłócić. I chodź spać, bo jesteś na pewno zmęczona.
- Jeśli obiecasz, że mnie nie zostawisz. Nigdy!
- Rose...
- Obiecaj.- byłam nie ugięta.
- Porozmawiamy jutro....
- Obiecaj, albo będę tu stała do rana.
- Roza...
- Dlaczego nie chcesz tego obiecać? Dlaczego aż tak mnie ranisz? W ogóle nie liczysz się z moimi uczuciami. Mam tego dość.
Podeszłam do szafy.
- Roza, co ty robisz?- spytał zmartwiony.
- Idę się przejść.- powiedziałam, jakby wychodzenie o 10 w nocy było czymś normalnym i wyciągnęłam spodnie dresy.
- Nigdzie nie pójdziesz. Jest już późno.
Usiadłam na łóżku i zaczęłam się ubierać.
- Teraz nagle się martwisz? Z resztą nie ważne. Potrzebuję pomyśleć w samotności.- wstałam i sięgnęłam po swój prochowiec.- Nie szukaj mnie, chyba że do rana nie wrócę.
Sama nie wiedziałam ile tam będę, ale muszę ochłonąć. Nerwy tu wcale nie pomogą.
- Nigdzie nie pójdziesz.- powiedział, czule łapiąc mnie za ramię.- Możesz myśleć tutaj, będę cicho udawał, że mnie nie ma. Lubię patrzeć jak myślisz.- uśmiechnął się ro mnie, co zagłuszyło mój gniew.
- Nie wiem, czy będę umiała się skupić pod twoim palącym wzrokiem.- dopiero słysząc śmiech ukochanego, zorientowałam się, że powiedziałam to na głos.
Korzystając z jego nieuwagi wyszłam z pokoju i szybko wybiegłam z domu. Oczywiście każdy pobiegłby przed siebie, więc ja skręciłam za dom o pobiegłam. Zawsze najlepiej mi się myślało ćwicząc, wiec postanowiłam sobie pobiegać po wiosce, ale na wszelki wypadek z dala od domu Bielikowa. Nie wiem ile już biegnę, ale z pięć razu okrążyłam domy na obrzeżach, czasami w biegając w las. Już bardzo dobrze znałam tą okolicę, bo i tak nie była zbyt wielka. Minęłam właśnie cerkiew i wbiegłam do lasu, gdy upadłam na ziemię. Ale nie sama. Nie zdążyłam się nawet ogarnąć, a już czułam na sobie ciężar czyjegoś ciała.
- Mniej delikatny, to już nie mogłeś być.- fuknęłam, poznając zapach wody kolońskiej.
-Staram się jak mogę.- mruknął mi do ucha głęboki głos.
Zamarłam, a moje ciało przeszedł dreszcz. To w cale nie był Dymitr.
- Czego chcesz?!- warknęłam patrząc z nienawiścią w zielone oczy Randalla.
- Nie martw się Rossi. Tym razem mój synuś nam nie przeszkodzi.
- Rose.- poprawiłam go.- I sama umiem o siebie zadbać.
Zaczęłam się wyrywać, korzystając ze swojej przewagi siłowej. Kolanem uderzyłam go w krocze. Gdy on zgiął się w pół, zerwałam się i uciekam w głąb lasu. Biegłam z pół godziny, aż nie poczułam się bezpieczna. Jednak to szybko minęła, kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że się zgubiłam. Wszystkie drzewa wyglądały tak samo. Nagle z daleka doszło mnie wycie wilka. Nie bałam się ich, ale miałam w sobie zalążek niepokoju. Nic nie widziałam po za drzewami. Pora dnia wcale nie ułatwia mi sprawy. Nie wiedziałam co zrobić. Mogłabym błądzić dalej, mając nadzieję, że zamiast zagłębiać się w gąszcz, znajdę z niego wyjście, albo czekać do rana. Może Dymitr mnie znajdzie. Gorzej jeśli jego ojciec zrobi to pierwszy. Raz mu uciekam, ale jestem zmęczona i nie wiem, czy drugi raz dam radę. Nagle pomyślałam o Lunie. Musi gdzieś być. Nabrałam powietrza, żeby krzyknąć, ale powstrzymał mnie głos, niosący się wśród szelestu liści drzew.
- Rossi!!!!
O nie! Wstrzymam oddech, a serce mi przyspieszyło. Poczułam napływ adrenaliny i chciałam uciekać.
- Stój!- rozkazała mi Lissa.- Dymitr cię szuka. Musisz dać jakiś znak, gdzie jesteś.
- No chodź tu!- krzyknęłam na całe gardło, mając nadzieję, że Bielikow mnie usłyszy.
- Nie mądrze, tak się wystawiać. Jesteśmy w środku lasu.- między drzewami pojawiła się sylwetka wstrętnego właściciela głosu.
- To prawda. Nikt nie znajdzie twojego ciała.- odpowiedziałam, odwzajemniając jego cwany uśmiech.
Randall roześmiał się obrzydliwie.
- Oj skarbie, ale tutaj nic ci nie zrobię. Już cię szukają, a ja dopilnuję, żeby nikt nic nie znalazł.
Wściekła, rzuciłam się na niego, ale nagle przede mną pojawiła się chmura piasku. Gdy opadła, przede mną nikogo nie było. Następnie wiatr powiał mi w plecy, lecz zanim zdążyłam się odwrócić, moroj złapał mnie od tyłu ręką przez całą długość mojej klatki piersiowej i złapał za ramię po drugiej stronie. Jednocześnie przycisnął mi do twarzy jakąś szmatką i zapadłam w ciemność...

Gdy się ocknęłam, leżałam na jakimś łóżku w ciemnym pokoju.

wtorek, 15 listopada 2016

ROZDZIAŁ 321

Weszłam do pokoju szwagierki, dalej myśląc o sytuacji, która miała miejsce kilka minut temu. Czy on naprawdę jest zazdrosny? Nie spodziewałam się po nim takiego zachowania. A może coś się dzieje? On NIGDY by się tak nie zachował. Jestem tego pewna. W takim razie coś ukrywa i próbuje odwrócić od tego moją uwagę. Ale kłótnią? To i tak do niego nie podobne. Może ktoś mi go podmienił? Automatycznie zaśmiałam się ze swojej myśli. Przecież od razu bym to wiedziała. A może wiem?
- Coś się stało?- spytała zmartwiona Wiki.
- Co? A... nie, nic. Wszystko w porządku.- uśmiechnęłam się bez przekonania, ale nie dała się zbyć.- Mała sprzeczka. Nie ważne. Chciałaś porozmawiać.- zmieniłam szybko temat, siadając obok niej na łóżku.
- A no tak.- jeszcze bardziej sposępniała. W końcu zaczęła- Chodzi o Kole...
- Zerwał z tobą?- spytałam z niedowierzaniem.
- Nie!- uspokoiła mnie gorączkowo.- Nie. Po prostu...- wzięła głęboki wdech i wypuściła powietrze.- On chce, żebym z nim zamieszkała i za niego wyszła. Mówi że kupi nam mieszkanie i wszystko załatwi, ale ja nie wiem. Chciałabym, ale czy to dobre. Karolina ma chłopaka, a mieszka z nami. Wiem, że Dimka się wyprowadził, ale to zupełnie inna sytuacja. Jednocześnie o niczym innym nie marzę, jak mieć go tylko dla siebie. I tak całymi nocami mnie nie ma. Mimo to, jest to bardzo ważna decyzja i nie wiem co zrobić.- skończyła patrząc na mnie.
Trochę mnie to zaskoczyło. Nie spodziewałam się czegoś takiego. No ale liczy na mnie.
- Masz rację, ja i Dymitr to co innego. Jeśli nie czujesz się gotowa powiedz mu o tym. A jeśli chcesz i bardzo ci zależy to zgódź się.- zaproponowałam.
- Ale mama i Dimka...
A więc o to chodzi. Boi się konfrontacji z bliskimi. Nie chce, żeby ją znienawidzili.
- Posłuchaj. Twój brat się bardzo o ciebie troszczy i na początku może nie być tym zadowolony. Po prostu będzie potrzebował czasu, żeby się z tym oswoił. Dla niego zawsze będziesz młodszą siostrzyczką, ale w końcu zrozumie, że dorastasz i potrzebujesz więcej swobody. A Olena będzie chciała dla ciebie jak najlepiej, bo jesteś jej córką. Wiem z własnego doświadczenia. Reszta dziewczyn powinna się cieszyć i na pewno będzie was odwiedzać.
Bielikówna lekko się zamieszkała i jeszcze bardziej posmutniała. Zaczęła wpatrywać się w swoje dłonie, którymi się bawiła. Zmartwiło mnie to.
- Wiki, co jest? Powiedziałam coś nie tak?- spytam spoglądając na nią.
- Nie. Tylko...- zamilkła
- Tylko?- zachęciłam ją.
- On dostał przydział. W Szwecji.
Również zamilkłam. To dość daleko. Ale my mamy jeszcze dalej.
- To nic.- odezwałam się w reszcie.- Przecież do nas też nie jest najbliżej. Naprawdę niczym się nie martw. Tylko zastanów się, czy na pewno tego chcesz.
- Jestem pewna, ale z wami było łatwiej. Ty nigdy nie byłaś związana tak z rodziną. A ja nie będę tam znała nikogo, oprócz Mikołaja.
- A Dymitr też wyjeżdżał. I on nikogo nie znał. Wy będziecie tam razem. To tak jakby dłuższy rok w szkole.
- No niby tak. Masz rację.- uspokoiła się moja szwagierka i rzuciłam mi się na szyję.- Dziękuję Rose. Jesteś najlepszą siostrą na świecie.
- Spokojnie, bo mnie udusisz.- zaśmiałam się razem z nią.- Dobra, ja wracam, bo jest już późno.
- Dobrze. Przepraszam, że tak cię przetrzymałam. 
- Nic nie szkodzi. Tak rzadko się widzimy, że godzina gadania to nie dużo.
- Godzina?!- zdziwiła się i popatrzyła na zegarek.- O! Faktyczne. To dobranoc.
- Dobranoch. Zastanów się nad naszą rozmową i jutro mi powiesz, co postanowiłaś.
- Dobrze.
Wróciłam do męża.
- No w końcu.- burknął.
Zmarszczyłam brwi. O co mu chodzi.
- Dymitr, zaczynam się martwić. Nigdy tak się nie zachowywałeś. Jak tak dalej pójdzie to...- zawahałam się.
No właśnie, co wtedy? Nie zostawię go, za bardzo jestem zakochana. Bez słowa usiadłam na brzegu łóżka i wypuściłam głośno powietrze.
- Nie wiem, co się z tobą dzieje. Ale chcę, żebyś wiedział, że zawsze będę z tobą.- uśmiechnęłam się do niego i dotknęłam jego dłoni.
O dziwo strażnik zabrał rękę i usiadł obok mnie. Zabolało. Bałam się tego co powie.
- Rose, musimy się rozwieść.- nawet na mnie nie spojrzał.
- Co?- nie wierzę, że to powiedział. W gardle poczułam wielką gulę.- Cze...czemu? Dlatego, że poszłam porozmawiać z twoją siostrą?
- Nie...- zaczął, ale mu przerwałam.
- Jeśli myślisz, że pozwolę ci od tak mnie zostawić, to grubo się mylisz. I nawet nie waż mi się mówić, że się odkochałeś, bo w to nie uwierzę. Obiecałeś być ze mną na zawsze.
- Tak będzie lepiej.
- Co ty pieprzysz Bielikow!!- krzyknęłam.
Poczułam pieczenie pod powiekami.
- Uspokój się.- poprosił łagodnie.
- Jak mam się uspokoić, do cholery?! Nagle mówisz, że ode mnie odchodzisz po zaledwie roku małżeństwa. Obiecałeś być ze mną na zawsze. ZAWSZE! Czy ty kurwa nie rozumiesz znaczenia tych słów?
Nagle pociągnął mnie na kolana. Zaczęłam się wyrywać i bić go pięściami, a om mnie tylko przytulał, aż się nie zmęczyłam. Wtuliłam się w niego i dopiero teraz zauważyłam, że płaczę. Co ja robię, do cholery? Biję mężczyznę, którego chcę przy sobie zachować.
- Kocham Cię Roza. Kocham najmocniej na świecie. I dlatego muszę odejść.- wyszeptał w moje włosy.
- Dlaczego? Pomyślałeś o dzieciach?
- Pomyślałem robię to dla nich. I dla ciebie.- nic z tego nie rozumiałam.- Dla waszego bezpieczeństwa.- wydusił.
- Nie zostawię cię, słyszysz?- powiedziałam głosem zniekształconym przez płacz.- Nigdy. Cokolwiek się dzieje, nie pozwolę ci odejść. Tylko ty możesz sprawić, że poczuję się bezpieczna, a co ważniejsze potrzebna. Jeśli chcesz naszego bezpieczeństwa, zostań. Błagam.
Załkałam, gdy ukochany starł mi łzy z policzków. Jego oczy również się zaszkliły. Wtuliłam się w szyję Rosjanina i dalej płakałam.
- Ty nic nie rozumiesz.- jego głos się łamał.
- To mi wytłumacz.- popatrzyłam mu w oczy.
Westchnął ciężko.
- To nie takie proste.
- Dla ciebie nic nie jest proste, a i tak wybierasz łatwiejszą drogę.- odwróciłam się od niego obrażona.
- Gdy ci powiem, to mnie nie zostawisz.
- I tak i tak cię nie zostawię, więc nie masz wyjścia.- już nie płakałam i powiedziałam to, patrząc mu wyzywająco w oczy.
- Te strzygi przychodzą po mnie...