piątek, 16 września 2016

ROZDZIAŁ 252

ROSE
Właśnie wracamy od ginekologa. Wszystko jest w porządku, z czego Dymitr bardzo się cieszy. Jednak pojechał ze mną, z całą resztą, bo i tak musiał mnie zawieźć. Wcześniej o tym nie pomyśleliśmy. Maluchy zaoferowały się popilnować Dragomirówny. Nie podobało mi się to, ponieważ nie chciałam, żeby Lissa się przemęczała. Ale ona się umarła i nic nie dało się zrobić. Zwłaszcza, że wiedziała jak było ze mną i Łuką. Weszliśmy do pałacu i poszliśmy do komnaty królowej, ale jej tam nie było. Spytaliśmy się jakiegoś strażnika i wskazał nam pokój dla dzieci. Przed drzwiami jako strażnicy stali Jeny Baker i Tom Werty. Przywitaliśmy ich kiwnięciem głowy. Weszliśmy do środka. Nastka bawiła się z ciocią Lissą, a Felix z Jill.
- O już wróciliście!- zauważyła królowa.- I jak?
- Wszystko dobrze.
- Czyli czeka nas nauka.- westchnęła w mojej głowie.
- To może zaczniemy od razu?- zaproponowałam.
- A nie wolisz poczekać, aż urodzę?- udała szok.
- Wolała bym, ale u Dymitr nie mam co liczyć na czekanie.- obie zachichotałyśmy w myślach.
Po chwili zorientowałam się, że to może dziwnie wyglądać jak stoimy i nic nie mówimy. Okazało się, że nikt nawet nie zwraca na to uwagi. Pewnie oboje domyślili się o co chodzi. Dymitr brał na ręce córeczkę, która za gaworzyła słodko i wyciągnęła do niego rączki. Następnie pomógł wstać Lissie, a ta posłała mu wdzięczny uśmiech i podeszła do mnie. Złapałam ją pod ramię.
- My idziemy poćwiczyć z więzią.- oznajmiłam i już chciałam iść, ale zatrzymał mnie głos męża.
- Nie będzie bezpieczniej po porodzie?- spytał.
- To nie będzie zagrażać dziecku, ale jeśli wytrzymasz w celibacie jeszcze miesiąc, to nie mam nic przeciwko.
- A wiesz co, czym szybciej tym lepiej.- posłał mi słodki uśmiech, a ja zaśmiałam się cicho i pociągnęłam królową.

***
- Nie, nie! Musisz się bardziej skupić.- powiedziałam.
Od dwóch godzin siedzimy z przyjaciółką w jej komnacie i ćwiczymy.
- Jestem już tym zmęczona.- narzekała królowa.
- I dobrze. To ułatwi mi sprawę. No dalej. Jeszcze raz.
Po raz kolejny wciągnęłam ją do swojej głowy, a morojka próbowała się uwolnić. Ostrożnie otworzyła jedno oko, później drugie, a na jej ustach pojawił się szeroki uśmiech.
- Udało się!- krzyczała szczęśliwa.
- A nie mówiłam, że dasz radę?!- uścisnęłam ją.- Jednak to nie koniec. Tu ja mam pod kontrolą wszystko, ale gdy zawładną mną uczucia, może być gorzej. Ale to poćwiczymy znając Dymitra wieczorem.- zaśmiałam się.
Jednak Lissa nie zawtórowała mi. Patrzyła na mnie ze szczęściem i łagodnością, godną matki.
- Wy tak bardzo się kochacie. Nigdy bym nie pomyślała, że Bielikow jest taki, jakim ty go znasz. Jakby dwie różne osoby.
Uświadomiłam sobie, że ilekroć wchodzi do mojej głowy, widzi wszystko tak, jak ja to znam. Mój mąż nie jest już tylko dla mnie otwartą książką. Lissa też go umie zrozumieć i wie o jego drugiej osobowości, tej głęboko ukrytej. Rozumiem, czemu tak bardzo denerwowała ją nasza więź. Poznała strażnika z całkiem innej strony, która była tylko dla mnie. Musiałam się wysilić, aby zyskać jego zaufanie, a ona po prostu korzysta z tego co ja wiem. Poczułam się zazdrosna. Straciłam coś prywatnego. Ale dzięki Pocałunkowi Cienia żyję. I mogę lepiej chronić moją podopieczną. To chyba najważniejsze. Więc czemu nie cieszę się z tego. To dziwne uczucie. Na szczęście zablokowałam przed nią myśli, bo mogłoby zrobić jej się przykro.
- Staram się, żeby zlały się w jedną. No w pewnym sensie, bo cześć tajemnicy musi zostawić dla mnie.- uśmiechnęłam się, aby nie podejrzewała, o czym myślałam.
- To coraz lepiej ci idzie. Zwłaszcza z całowaniem się na środku dworu. Zadziwia mnie, jak przy tobie mówi o uczuciach i jak się droczycie. Tego się po nim nie spodziewałam. Ty to ty, ale on?
- On jest całkowicie inny, niż wszyscy myślą. Tylko trzeba zdobyć jego pełne zaufanie. Albo miłość. Najlepiej czuje się przy mnie i rodzinie, bo nas kocha.
- A co z jego ojcem?- spytała, zaciekawiona.
- Nie dużo o nim wiem. Prawie nic. Był morojem królewskiej krwi, ale nie wiem, którego rodu. Pokrewieństwo łączy go nie tylko z Dymitrem, ale i jego siostrami. Często ich bił, więc gdy Bielikow miał trzynaście lat sam go pobił i od tamtego czasu nie widzieli jego plugawej twarzy.- zacisnęłam pięści.
Najmniejsze wspomnienie o tym człowieku, sprawiło, że zrobiło mi się niedobrze. Jak można tak traktować drugiego człowieka. Gdybym tylko go spotkała, to tak bym mu obiła mordę, że nigdy więcej nie spojrzy w lusterko. Jednocześnie uświadomiłam sobie, jak mało o nim wiem. Może nie są to najlepsze wspomnienia mojego Rosjanina, ale jestem jego żoną i chcę wiedzieć o nim jak najwięcej. Wspierać. Przysięgliśmy sobie być razem w radości i smutku. Muszę go o to zapytać, nawet jeśli nie będzie mu się to podobać.
- Dobra, ja wracam do męża bo obie jesteśmy zmęczone, a do ciebie pewnie zaraz przyjdzie Ozera.- zmieniłam temat.
- No dobra. To odezwę się jutro, przez więź. A właśnie, co z chrzcinami?- spytała.
- Jeszcze nie wiem. Myślę żeby zrobić je przed urodzinami Lili. Przy okazji rodzina Dymitra zostaną na jej przyjęciu. Bardzo by się ucieszyła.
- To chcecie chrzest w niedzielę? To cztery dni.
- Nie dasz rady?- rzuciłam jej wyzywające spojrzenie.
- Dam!- żachnęła się.- Myślę, że mogłabyś zrobić jej urodziny na dworze.
- Lekko się spóźniłaś. Już się zgodziłam na udostępniony ogród staruszka.
- A, okey. No dobra, to was nie zatrzymuję. Pa- przytuliła mnie.
- Pa.- wyszłam z pokoju.
Weszłam do pokoju dzieci i zobaczyłam ukochanego bawiącego się z Felixem.
- Widzę, że Jill uciekła od naszych dzieci.- udałam smutną i podeszłam do Nastki.- Chodź do mamusi. A teraz wracamy do domku bo jest późno i trzeba szykować się do spania. Prawda kochanie?- dziewczynka zaśmiał się rozkosznie.
- Jill poszła po Lili, która bawi się z Jessicą na dworze. Będzie czekać przy SUV-ie.- oznajmił mój mąż, już z synem na rękach.
- To teraz chodźmy poszukać cioci Lili.- połaskotałam dampirka po brzuszku, na co się zaśmiał.

środa, 14 września 2016

ROZDZIAŁ 251

- Dymitr, pamiętasz, że za tydzień Lili ma urodziny?- spytałam męża, wieczorem.
Dzieci leżały już gotowe do spania, a my kończyliśmy się szykować w łazience.
- Wiem. Myślałem o jakimś przyjęciu w ogrodzie. Zaprosimy jej znajomych.
- To dobry pomysł. A co jej kupimy?
- Myślałem, że ty coś wymyślisz.- zdziwił się.
- To jakoś ją wypytam, a później coś znajdziemy w centrum handlowym.
- Dobrze.
Podnieśliśmy maluchy z poduszek na podłodze, gdzie się bawiły. Miały tak grzechotki i inne zabawki. Córcia uporczywie trzymała maskotkę w kształcie liska. Nakarmiłam je jeszcze na noc, żeby się nie budziły i w czwórkę położyliśmy się do łóżka. Przytuliłam Felixa, a Dymitr Nastkę.
- To co dzieciaki, idziemy spać?-zapytałam.
- A może poczytać wam książeczkę?- zagadnął ukochany.
Wstałam, a dzieci obserwowały mój każdy ruch. Felix wyciągnął do mnie rączki, a ja go tylko w nie połaskotałam i poszłam do ich pokoju. Na półce znalazłam jakąś bajkę i wróciłam. Położyłam się koło dzieci i męża, całując ich w czółka i podałam książkę strażnikowi. Dzisiaj jego kolej. Maluchy lubią, gdy im się czyta, dlatego robimy to codziennie. Byłam wymęczona dzisiejszym treningiem i szybko zasnęłam, uśpiona monotonnym i łagodnym głosem Rosjanina. Czułam spokój, tuląc do siebie delikatne ciało syna.

DYMITR

Skończyłem czytać, gdy zobaczyłem, że moje skarby śpią. I to wszystkie. Roza bardzo się zmęczyła treningiem, ale dobrze jej szło. Nie oszczędzała mnie, mimo że się kochamy. Na czas walki staliśmy się wrogami i tak mnie traktowała. Nigdy nie zapomnę, jak mnie po raz pierwszy pokonała na dziedzińcu. Byłem z niej bardzo dumny. Pokazała wszystkim, co potrafi i że poprzednie niepowodzenia nic nie znaczą. Do tego, bliskość jej ciała sprawiła, że nie chciałem się już powstrzymywać. Gdy odchodziłem ze strażnikami, widziałem w jej oczach to samo pragnienie i pożądanie, które ja czułem. I udało nam się zaspokoić potrzeby oraz dopełnić naszą miłość. To co czułem, upewniło mnie, że to z nią chcę spędzić resztę życia i zrobię wszystko, aby to osiągnąć. W takim razie, czemu o tym zapomniałem po odmienieniu? Czemu odrzucałem miłość Rozy, raniąc siebie i ją. A mimo wszystko, podczas ucieczki pomogła mi i mnie wspierała, a później jakoś samo wyszło i wyznałem jej miłość. Jedyne czego najbardziej żałuję, to tego, że przebaczyłem sobie dopiero, gdy Natasza ją postrzeliła. Jak ja mogłem przyjaźnić się z tą kobietą? Jak mogłem rozważać zostawienie kobiety swojego życia, dla tej szmaty? Niby po zabiciu Doru już odpuściła, ale i tak boję się o Rozę. Myślałem, że ją znam, ale to...
Odsunąłem od siebie źle myśli. Popatrzyłem na moją rodzinę. Brakuje tylko Lili. Nasza mała księżniczka wtuliła się w moje ramię. Moja córeczka. Coś tak silnego jak nasza miłość stworzyło dwie tak kruche istotki. Tak bezbronne i zdane na nas. Jak można zostawić takie maleństwo same sobie, w wielkim i okrutnym świecie? Nie rozumiem strażników, którzy nie na to decydują. Przecież nie można nie zakochać się w swoim dziecku, a jeśli się kogoś kocha, nie pozbywa się go. Nie chodzi mi tylko o Janine. Podejrzewam, że ona po prostu bała się tej odpowiedzialności. Nie miała nikogo, kim ja jestem dla Rozy. Pomyśleć, że moja Różyczka była kiedyś tak mała jak nasza córeczka. Musiała słodko wyglądać. Ciekawe czy ma jakieś zdjęcia z dzieciństwa. Zapytał ją jutro. Rozważałem też możliwość dłuższego urlopu, ale wiem, jaki stosunek ma do tego Roza. Nie mówiąc o tym, że ma rację. Reprezentujemy sobą pary dampirów i nie wolno nam popełnić najmniejszego błędu. To duża odpowiedzialność i z każdym miesiącem coraz ciężej ją udźwignąć. Pragnę być z Rozą cały czas, ale póki dzieci będą małe, nawet służbę będziemy musieli mieć na przemian.
Moje rozmyślania przerwał cichutki głosik.
- Rose?- spytała szeptem Lili.
- Śpi. Ale czemu ty nie?- zapytałem z troską.
Dziewczynka zgasiła na przedpokoju światło i zamknęła drzwi. Podeszła ze swoim tygryskiem do łóżka.
- Miałam zły sen.- powiedziała, a jej oczy zaszkliły się.
Było w nich widać strach. Myślałem, że lada chwila się rozpłacze. Popchnąłem żonę leciutko, a ona sama posunęła się do tyłu, ciągnąć za sobą Felixa. Zawsze tak reaguje przez sen. Delikatnie złapałem małą księżniczkę i obróciłem się z nią na bok, przybliżając się do synka i ukochanej. Odsłoniłem kołdrę, pod którą wślizgnęła się młoda dampirzyca, przytulając siostrzenicę. Cmoknąłem ją w czoło i przytuliłem. Zależało mi na tym, aby czuła się bezpieczna. Aby wszystkim zapewnić bezpieczeństwo. To jest dla mnie najważniejsze.
- A ty czemu nie spisz?- spytała szeptem moja szwagierka.
- Zamyśliłem się i nie zauważyłem, która godzina. Ale teraz idźmy spać.
- Dobranoc Dymitr.
- Dobranoc Lili.
Przytuliłem do siebie obie dziewczynki i zasnąłem.

Usłyszałem krzyk, a następnie płacz. Szybko wstałem i zobaczyłem ciężko dyszącą Rozę. Przysunąłem się, ale ona odskoczyła
- Nie dotykaj mnie!- krzyknęła, co mnie zdziwiło, ale i zabolało.
Jej wzrok był lekko nie obecny. I rozmazany przez łzy.
- Roza...
- Dymitr?!- zdziwiła się. Po chwili znalazła się w moich ramionach.- Tak bardzo Cię przepraszam. Po prostu to był sen i...
- Ciii... Już wszystko dobrze, jestem przy tobie.
Podniosłem się z nią w objęciach.
Pokazałem, żeby zajęła się dziećmi. Pokiwała głową, a my wyszliśmy. Zaniosłem Rozę do pokoju z kominkiem i usiadłem z nią na poduszkach. Objąłem ją mocno i czekałem aż się uspokoi.
- Co się stało kochanie?
- To było... sen Lissy. I mój. Nasz. Nie wiem. Boję się.
 - Spokojnie skarbie. Ochronę cię przed nawet całym światem, jeśli trzeba będzie.
- Wciąż mam słowa z listu Jewy w głowie.
Wiedziałem, że to przez to. Od jej śmierci Rose ma koszmary, związane z naszą śmiercią. To mnie bardzo martwi.
- Dziękuję.- powiedziała cicho.- Za to, że masz rację, że mnie wspierasz i słuchasz. Ale już jest dobrze. Wracajmy do dzieci.
- Jesteś pewna?- chciałem się upewnić.
Pokiwała głową, więc zdałem ją na ręce i Zaniosłem do pokoju. Udawaliśmy wesołych, bo jest to zalecane przy dzieciach.
Jednaj nie byłem w środku taki nie byłem. Tak samo jak Roza bałem się o najbliższych. Szybko wszyscy zasnęliśmy na nowo. Oczywiście maluchy wykorzystały, że mama jest na nogach i domagały się karmienia, ale i tak szybko odpłynęły w naszych ramionach.

wtorek, 13 września 2016

ROZDZIAŁ 250

- Myślę, że coś tu jest nie tak.- powiedziałam patrząc jak mój mąż składa łóżeczko Felixa.
Chłopiec siedział mi na kolanach i też patrzył na to z niepewnością. Obok mnie Lili na leżała, a Nastka bawiła się na jej brzuchu. Łapała ją za nos i wargi.
- Roza, spokojnie. Zostaw to mężczyźnie.- wstał i zaczął podziwiać swoje dzieło.
Dopóki się nie rozpadło. Synek zaśmiał się, a nasza córka też popatrzyła, zaciekawiona. Gdy tylko spojrzała na tatę i resztki z łóżka, również się zaśmiała.
- Cholera.- zdenerwował się.
- Wyrażaj się. Tu są dzieci.- upomniałam go.- I gdzie się podziała twoja anielska cierpliwość?
- Najwidoczniej nie ma jej, kiedy jest potrzebna. No dobra, to jeszcze raz.
- Może chcesz instrukcję?- spytałam.
- Dam sobie radę.
- To samo mówiłeś wcześniej.
Jednak mnie nie posłuchał i znowu mebel upadł.
- Daj tą instrukcję.- warknął zdenerwowany.
Podałam mu plik kartek z wyższością. Po pięciu minutach Felix mógł leżeć w nowym łóżeczku.
- Mówiłem, że dam sobie radę.
- mój ukochany był z siebie dumny.- No, a teraz łóżeczko dla naszej księżniczki.
Podszedł i połaskotał dziewczynkę, na co się zaśmiała. To dziwne, bo Felix też zaczął się śmiać. Razem ze strażnikiem i moją siostrą spojrzeliśmy zdziwieni po sobie.
- Wiesz Roza. Podejrzewam, że nasze dzieci są wyjątkowe.- usiadł koło nas i objął mnie ramieniem.
- Ciekawe jak na to wpadłeś?- spytałam z sarkazmem.
- Chyba łączy ich więź.
- Więź? Pocałunek Cienia?- zdziwiłam się.
- Nie. Myślę, że coś innego. Na przykład, rano gdy Anastazję bolały ząbki, to Felixa też. Już wtedy coś podejrzewałem.
Dziewczynka sturlała się z cioci i poturlała się do taty.
- O co chodzi księżniczko?- spytał, podnosząc ją i sadzając na swoich kolanach. Mała tylko uśmiechnęła się słodko.
Przytuliła się do taty, a on ją pocałował w pulchne policzki.
Jej brat bawił się moimi włosami. Podniosłam go do góry i przechyliłam się do tyłu, upadając na miękką pościel. Chłopiec wylądował brzuszkiem na mojej klatce piersiowej. Dymitr zrobił to samo z Nastką. Dzieci patrzyli to na nas, to na siebie i się śmiały. Zwróciłam wzrok na Lili. Patrzyła nie obecnie w sufit.
- O czym tak myślisz?- zagadnęłam.
- O tym chłopaku.- powiedziała.
- Jak ma na imię?
- John. Ale nie wiem, czy to jest to.- podniosła się do siadu.- Wcześniej mi się nie podobał. I o wiele lepiej dogaduję się z Pawką. Ale z nim nie będę mogła mieć dzieci i nie będę szczęśliwa.
Zastanowiłam się nad jej słowami.
- Miłość do dziwna sprawa. Nie zawsze od razu czujesz, że to ona. Zmienia się w ciągu lat, tak samo jak my. Poszukujemy czegoś, co myślimy, że da nam szczęście.- również usiadłam.- Kiedyś Dymitr miał do wyboru, swoją przyjaciółkę, która go kochała i mogła dać mu dziecko lub mnie, swoją uczennicę, z którą, mimo że kochał, nie mógł być i która nie mogła mu dać tego, co tak bardzo pragnął. Ale miłość daje więcej szczęścia niż cokolwiek innego.
- I wiem, że była to dobra decyzja.- mój mąż poszedł w nasze ślady i złapał mnie za rękę.
Uśmiechnęłam się do niego z miłością. Dzieci które do tej pory patrzyły na to zaciekawione, zaśmiały się. Podniosłam synka i go przytuliłam.
- Tak. Was też mamusia bardzo kocha. No i tatuś też.- spojrzałam na strażnika.
On przyglądał się nam rozczulony.
- Wiec najważniejsze Lili,- zwróciłam się do siostry.- żebyś kierowała się sercem. Ale masz czas na miłość. Tak jak mówiłam, ona się zmienia, póki nie dojrzejesz do niej, ale jedno się nie zmienia. Przyjaźń. Teraz na tym się skup. Związki się rozpadają, dobrze pielęgnowana przyjaźń zostaje na zawsze.
- Dziękuję Rose.- uścisnęła mnie, uważając na chłopca.
- No dobra, koniec tych czułości. Czas zrobić księżniczce łoże.- Rosjanin wstał i oddał córeczkę Lili.
- Skarbie, nie zapomniałeś o czymś?- spojrzał na mnie zdziwiony.- Instalacja.
Mąż zrobił krzywą minę, ale zabrał ode mnie papiery.

- Gotowe.- widać, że Dymitr był dumny ze swojej roboty.
- Piękne.- podeszłam i dałam mu buziaka w policzek.
- Tylko tyle Roza?- szepnął mi zmysłowo do ucha.
- Tak, bo dzieci patrzą.- minęłam go i poszłam do maluchów. Leżały na kocyku i bawiły się z Lili w zabawy, takie jak sroczka ważyła kaszkę i inne gry paluszkowe. Mąż szedł za mną.
- Chodźcie teraz do mamy i taty, bo musimy zrobić sobie mały trening, a wy pooglądacie nas w akcji.- podniosłam Nastkę, a Bielikow Felixa.
Po przebraniu i nakarmieniu, włożyliśmy je do nosidełek i poszliśmy do lasu. Na początek zrobiłam z Lili rozgrzewkę. Trochę wyszłam z wprawy, ale kondycja nie była krytyczna. Nawet dobra, jak na ponad pół roku przerwy. Gorzej jak po ćwiczeniach Lili, przyszła kolej na mój sparing z ukochanym. Bardzo szybko wylądowałam na ziemi.
- Au! Mogliśmy wziąć ze sobą matę.- zauważyłam masując tył głowy.
- Podczas walki ze strzygą, nie będziesz mieć materaca.- mentor podał mi dłoń, na której się dźwignęłam.
- Podczas walki ze strzygą już bym nie żyła.
Rozmasowałam ramię i rzuciłam się na męża. Podciął mnie, ale szybko się podniosłam. Chciałam kopnąć go w brzuch, jednak on złapał moją nogę i pociągnął, przez co poleciałam na najbliższe drzewo. Odbiłam się od niego i udało mi się go kopnąć. Niestety, tylko zachwiał się do tyłu, a po chwili zaatakował mnie. Wymienialiśmy ciosy, póki znowu nie leżałam. Po kilku godzinach, skończyliśmy. Byłam cała mokra i ciężko dyszałam, ale cieszyłam się. Czułam pozytywne zmęczenie i ból w mięśniach.
- Jutro pewnie nie ruszę się z łóżka.- wyciągnęłam z torby bidon i upiłam duży łyk wody.
- Ale dobrze się spisałaś.- Dymitr wyrwał mi picie i sam zaspokoił pragnienie.
Ucieszyły mnie jego słowa. Bardzo ważna jest dla mnie jego opinia.
- Ale wy jesteście świetni. To była najlepsza walka jaką widziałam.- zachwycała się młoda dampirzyca.
- Ty też kiedyś będziesz tak umiała.- zapewniłam ją.
Zabraliśmy dzieci i wróciliśmy do domu.
- Nasze maluchy są na etapie rozwoju trzy miesięcznych dzieci, a mają dopiero miesiąc.- zauważyłam.
- To prawda.- zamyślił się strażnik.- Czytałem, że teraz dobrze, żeby przebywały z nami i trzeba dużo do nich mówić.
- To co teraz robimy?- spytałam.
- Najpierw każdy z nas weźmie prysznic, a później zrobię coś na obiad.
- Dobrze.

poniedziałek, 12 września 2016

ROZDZIAŁ 249

- Wiesz Roza.- zaczął mój ukochany, wychodząc z łazienki.
Mówiłam już, że uwielbiam widok jego gołej klaty z kroplami wody ściekającymi mu z włosów. Wczoraj nie mieliśmy sił na kąpiel, więc nadrabiamy to teraz.
- O co chodzi towarzyszu?- spytałam, widząc że się zaczął.
- Pięknie wyglądasz, gdy się czeszesz. Ale nie o tym chciałem rozmawiać, choć temat przyjemny. Myślę, że te łóżeczka nie pasują. A zwłaszcza Felixa.
- Może masz rację. Czyli kolejne zakupy?- spytałam z nadzieją.
- Tak. Kupimy ramki na zdjęcia, łóżeczko dla synka i coś jeszcze. Bo znając ciebie na tym nie przestaniesz.
- Jak na razie książek i zabawek mają w brut, a pampersami zapełniłeś całą ich szafę. Ale zastanawiam się czy nie kupić im już mleka do butelki i jakieś kaszki.- odłożyłam szczotkę na toaletkę.
- A dzwoniłaś do Kathie?
- Tak. Wizytę mam pojutrze. Chcesz pójść ze mną?
- Chętnie bym poszedł, ale ktoś musi zająć się dziećmi.
Westchnęłam smutno i razem poszliśmy do garderoby. Postanowiłam ubrać jeansowe rurki i czerwoną bluzkę w krótki rękaw, a do tego czarne bury na obcasie. Gdy wychodziłam, męża już nie było. Znalazłam go w pokoju dzieci. Tym razem nie popełnił tego samego błędu i przebierał Felixa na przewijaku, a Nastka siedziała w łóżeczku, trzymając się drabinek. Kiedy do niej podeszłam, uśmiechnęła i wyciągnęła do mnie rączki.
- Chodź do mamusi.- podniosłam ją i z małą na rękach otworzyłam szafkę.- Co nasza księżniczka chciała by ubrać?
Wybrałam różowe body z napisem "fajną mamę mam, razem z tatą o nią dbam". Położyłam córkę na drugim przewijaku i po zmienieniu pieluchy, ubrałam jej wybrany strój. Nagle Anastazja zaczęła krzyczeć i wkładać do buzi piąstkę. Pewnie zgłodniała, chociaż zazwyczaj inaczej płacze, gdy chce jeść. Usiadłam, podniosłam bluzkę i dałam jej pierś, jednak nie chciała.
- O co ci chodzi?- spytałam poprawiając ubranie.
W tym momencie do pokoju wszedł strażnik z również płaczącym Felixem.
- No i znaleźliśmy rozwiązanie problemu.- uznał.
- A ja nie.- próbowałam uspokoić małą dampirzycę.
Dymitra podszedł do komody, wyciągnął z niej gryzak i podał małej.
Ta włożyła go do buzi i zaczęła gryźć.
- Rosną jej ząbki.- wyjaśnił.
- A to nie za wcześnie?
- Najwidoczniej nie.- poprawił chłopca, który trochę mu się wiercił na rękach.- No to co? Idziemy?
- Jasne.- wyszliśmy z dziećmi na korytarz.- Lili, choć na śniadanie.- zapukałam do drzwi siostry.
- Już idę.
Po chwili wyszła. Miała na sobie liliową sukieneczkę do kolan. Włosy rozpuściła i założyła opaskę koloru sukienki, a w uszach miała wpięte fioletowe kolczyki kropki. Do tego założyła półbuty o takim samym kolorze i liliową torebkę z kokardką na zapięciu.
- A co taka wystrojona?- spytałam z uśmiechem.
- No bo jest taki chłopak...- zaczęła.
Zdziwiłam się. Myślałam, że jakby już miała się w kimś zakochać to Pawka. Może po prostu traktuje go jak brata.
- Ale będziesz się z nim widziała?- zagadnął Dymitr.
- Jessica mówiła, że będzie z kolegami kupował nową piłkę
- Myślę, że będziemy mogli się rozejrzeć w sportowym.- mrugnęłam do niej. Jednak po chwili spotkałam się ze spojrzeniem ukochanego.- Na przykład za jakimiś...em.. rowerami. Albo rzeczami do jazdy konnej. Obiecałeś mnie nauczyć.
Dymitr westchnął ciężko.
- Zobaczymy ile zostanie nam czasu.- skończył dyskusję, ale my i tak się ucieszyłyśmy.
Myślę, że przejął się rolą jej ojca i teraz nie chce dopuścić do niej żadnych chłopców. Po śniadaniu pojechaliśmy do tego samego centrum co zawsze. Strażnik wyjął z bagażnika wózek, do którego włożyliśmy dzieci i ruszyliśmy na polowanie. Najpierw weszliśmy do sklepu z rzeczami dla dzieci. Wybraliśmy ładne, szare łóżeczko synkowi. W sumie to był cel naszego wyjścia, ale Rosjanin zobaczył dwie rzeczy, które uparł się, że musimy kupić. A ja się z nim zgodziłam. Jedno to było piękne, różowe łóżeczko dziecięce, a drugie, to różowe body w długi rękaw, z napisem "Księżniczka tatusia". Sama zatrzymałam się przy niebieskim ubranku z sercem i napisem "synek mamusi".(↓)
- Myślisz, że Felix się obrazi, gdy mu to kupię?- spytałam ukochanego.
- Myślę, że będzie w tym uroczo wyglądał.- wciąż miał dobry humor po wyborze poprzednich rzeczy.
Ze wszystkim poszliśmy do kasy i zapłaciliśmy. Wychodząc Dymitr dał się przekonać, że wizyta w sportowym jest konieczna. Okazało się, że jak to ja, nie mam rękawiczek. Strażnik przyglądał się fachowym okiem rowerom, ale uznał, że nic się nie na daje. Ale kupiliśmy die przyczepy dla małych dzieci. Następnie wybrał nam buty, wygodne ubranie, bicz i kask do jeździectwa konnego. Okazało się, że okrycie głowy nazywa się toczek. Dziwna nazwa, ale niech będzie. Przymierzałam rękawiczki, aż znalazłam pasujące. Obładowani poszliśmy do kasy.
- To on!- szepnęła mi Lili, ciągnąć za rękę, żebym się pochyliła.
Wskazywała na jakiegoś blondyna w białej czapce z daszkiem. Gdy się odwrócił, zauważyłam duże, brązowe oczy i szeroki uśmiech z jednym dołkiem. Wyglądał słodko. Nic dziwnego, że zwrócił uwagę dziewczynki. Ale wydał mi się znajomy.
- Czy ja go już kiedyś nie poznałam?- spytałam siostry.
- Był z przyjaciółmi w restauracji. Co zadawali ci pytania o służbę.
A no tak. Teraz sobie przypomniałam.
- To idź z nim pogadaj.- popchnęłam ją na przód kolejki.
Po chwili stała przy koledze i żywo ze sobą rozmawiali. Widać, że łapią wspólny język. Gdy chłopak zapłacił za zakupy, pożegnał się z dziewczyną. Ta rozanielona wróciła do nas.
- I jak?- spytałam zaciekawiona.
- Chyba mu się podobam, bo zaprosił mnie na ich najbliższy mecz.- miło było widzieć ją taką szczęśliwą
- Dobrze, a teraz wracamy bo w domu czeka nas trochę pracy.- zauważył Bielikow.
Po zapłaceniu wyszliśmy na parking, znaleźliśmy auto i smakowaliśmy do niego wszystko.  O dziwo się zmieścił razem z wózkiem. W drodze powrotnej Lili zajęła się rozśmieszaniem dzieci, a my jechaliśmy pogrążeni w przyjemnej ciszy. W pewnym momencie na kolanie poczułam ciepłą dłoń. Spojrzałam na nią, a później jej właściciela. Wtedy on popatrzył na mnie z miłością i uśmiechem, po czym zapatrzył się na drogę. Jestem taka szczęśliwa, mogąc mieć go u swego boku. I mogąc go uszczęśliwić.








niedziela, 11 września 2016

ROZDZIAŁ 248

- Tam są.- wskazałam na mojego ojca.
Nie było trudno go zauważyć. Czerwona koszulka, na to narzucił błękitną marynarkę, a do tego żółty krawat w zielone groszki.
- Roza. Jeszcze walizki.- zatrzymał mnie mąż.
- A no tak. Po prostu chcę już być w domu.
- Wiem kochanie, ja też. Lili, weźmiesz Felixa i pójdziesz do taty?
- Dobrze.- odpowiedziała moja siostra i poszła. 
My ruszyliśmy do taśmy z bagażami i odszukaliśmy naszych. Mieliśmy po dwie walizki i jedną Lili. W sumie to Rosjanin zmieścił się w jedną. W drugiej były rzeczy dla dzieci. Już obładowani, poszliśmy do rodziców. Oczywiście oni byli pochłonięci Felixem i nas nie zauważyli.
- Ej, bo wasza wnuczka będzie zazdrosna.
- Rose, Dymitra, zostawcie te bagaże. Dave już weź sobie kogoś i włóżcie je do bagażnika. Chodźcie dzieci. Pokażcie kolejną piękną kobietę w naszym rodzie.
Podałam mu nosidełko z Nastką. Zrobiło mi się ciepło na sercu, za komplement, ale przede wszystkim, że uznał nas za członków rodu. Niby tak jest od dawna, ale po raz pierwszy to zaznaczył.
- A wy tak wiecznie zamierzacie być w narzeczeństwie? - spytałam.
- Chcemy wziąść ślub za rok wiosną. W tym roku ślub królowej, jeszcze tego Iwaszkowa i alchemiczki. Za dużo już sensacji.
- No tak, staruszku. Ty musisz być w centrum zainteresowania.
- Po matce na pewno tego nie masz.
- A skąd ta pewność?!- oburzyła się strażniczka.
Oboje popatrzyliśmy na nią znacząco. Wycofała się, przyznając nam rację. Dyskusja się skończyła, a moi rodzice wrócili do zachwycania się dziećmi. Czy mi się wydaje, czy w oczach wielkiego mafioza Ibrachima Mazura widziałam łzy? Chciał już zwrócić na to uwagę, ale ugryzłam się w język. Nie chcę psuć mu tej chwili radości. Nie wiem czy kiedykolwiek wcześniej trzymał na rękach dziecko. Matka pewnie uciekła od niego, zanim się urodziłam i tylko powiadomiła go, że ma córkę. Z zamyślenia wyrwało mnie ramię ukochanego, obejmujące mnie w pasie. Wtuliłam się w niego.
- Dzieci nawet nie wiecie jak bardzo czuję się szczęśliwy. Trochę staro, ale szczęśliwy.
- Chodź szczęśliwy, bo bardzo chcemy znaleźć się w domu.- podeszłam i przytuliłam ich.
W siódemkę poszliśmy do samochodów. My moi rodzice z naszymi dziećmi wsiedli do jednego, a my do drugiego. Dwie godziny później byliśmy przed domem. Wzięliśmy od moich rodziców maluchy i poszliśmy do drzwi. Otworzyliśmy je kluczem i zapaliliśmy światło. Zostawiliśmy na korytarzu buty i kurtki. Następnie weszliśmy do salonu. Zapaliliśmy światło, a z kątów wyskoczyli nasi przyjaciele, krzycząc "Niespodzianka!!", a pod sufitem wisiał baner z napisem "witamy w domu". Zaskoczyli mnie. Ze wzruszenia się popłakałam. Lissa przyniosła dwa ciasta w kształtach główek z chustkach związanych pod brodą, jeden z różowym lukrem, a drugi niebieskim. Wszyscy przynieśli prezenty, czyli jak zazwyczaj jakieś rzeczy i zabawki dla maluchów.
- Dziękuję wam bardzo. Nie spodziewałam się, że przyjdziecie.
- Miałem przegapić widok wielkiej Rose Hathaway-Bielikow opiekuje się bezbronnymi dziećmi?- zaśmiał się Christian.
- Przecież już widziałeś. Pod czas zajęć polowych opiekowałam się tobą.- tym razem wszyscy wybuchli śmiechem.
Tort był pyszny. Zrobił go najlepszy kucharz na Dworze. Wszyscy rozczulali się nad roześmianymi bliźniakami, a ja rozejrzałam się po gościach. Królowa już wyglądała jak piłka i nie mogłam się doczekać jej porodu.
- Ale one szybko rosną.- zauważyła moja przyjaciółka.- Miesiąc temu ledwo się ruszały, a one już się turlają.
- Mamy podejrzenia, że będą trochę inne.
- No raczej. Są pierwszymi dziećmi pary dampirów.- zaśmiała się Sydney.
- Spójrz przez moje oczy na Mię.- poleciła mi w głowie królowa.
Zrobiłam to. Jej aura była taka dziwna. Po chwili zrozumiałam.
- Miiiiaaa.- powiedział tak, żeby wszyscy usłyszeli. Zapadła cisza.- Czemu się nie chwalisz, że kolejna rodzina się powiększa?- zapytałam z uśmiechem.
- Skąd wiesz? Chcieliśmy to ogłosić kiedy indziej. Teraz jest wasz dzień.- dziewczyna zrobiła się cała czerwona.
- Ja z Lissą na nowo jesteśmy połączone pocałunkiem cienia, ale teraz jest on dwustronny. Widziałam twoją aurę. Gratulacje Ashford- poklepałam rudzielca po plecach.- Który miesiąc?
- Trzeci.- Mason przytulił od tyłu żonę, kładąc ręce na jej brzuch. Zauważyłam, że Adrian z Sydney i para królewska ustawili się tak samo.
- Gorzko! Gorzko!- zaczęłam skandować.
Po chwili dołączył do mnie Bielikow, rodzice, aż w końcu tylko te trzy pary nie krzyczały, zajęte sobą. W około rozniosły się brawa.
Po godzinie każdy zaczął się zbierać. Zostaliśmy sami z dziećmi i Lili. Młoda poszła się szykować, a my zanieśliśmy dzieci i walizki do pokoju. Po umyciu, nakremowaniu i przebraniu maluchów, włożyliśmy je do łóżeczek orza przykryliśmy kocykami. Chwilę na nie patrzyły, po czym z płaczem je odrzuciły.
- Jak myślisz, o co im chodzi?- spytałam męża.
- One są mądrzejsze, niż to by się mogło wydawać.- sięgnął po oba kocyki i uniósł nad łóżeczkiem Nastki.
Ona wyciągnęła rączki po ten, który wcześniej dałam synkowi, czyli niebieski w chmurki. Dymitr okrył nim dziewczynkę i ucałował jej czółko. Felixa przykrył żółtym kocykiem z głowami misiów i tak samo go pożegnał. Ja jeszcze włożyłam im maskotki. Dzieci szybko zasnęły i sami mogliśmy się wyszykować.
- Dymitr, przypomnij mi, żebym jutro zadzwoniła do Kathie. Muszę umówić się do niej na wizytę.
- Oczywiście skarbie. Chodź pożegnać Lili i zaraz kładziemy się spać.
- O tak jestem padnięta.
Tak też zrobiliśmy. Ledwo przyłożyłam głowę do poduszki i zasnęłam.
___________________________________________________________
A proszę was i trzeci. Pamiętacie pewnie moje wahania z częstotliwością rozdziałów. Więc oto co postanowiłam. Co dziennie będzie po jeden, a w weekendy po dwa dziennie, żeby nadrobić zaległości. Pozdrawiam i kocham was. 😘😘

ROZDZIAŁ 247

Obudziło mnie szturchanie. Nieprzytomnym wzrokiem popatrzyłam w piękne czekoladowe oczy.
- Dzień dobry Towarzyszu.- przeciągnęłam się, ale zdziwiło mnie, że nie leżę, a na wpół siedzę.
- Wysiadamy Rose.
Rozejrzałam się. Byłam w samolocie. Dopiero po chwili wszystko sobie przypomniałam.
- Powiedz mi, to że byliśmy w Paryżu nie było snem?- popatrzyłam na męża z nadzieją.
- W jakim Paryżu. Przecież mieliśmy lecieć od razu do akademii?
- Akademii?- teraz ja się zdziwiłam.- Ale po co? Abe mówił, że będą czekać na lotnisku.
- Abe? Skąd znasz tego mafioza? I z kim miał na nas czekać. Wracamy z Dworu. Roza to był tylko sen.
Chwila, że co? Niech ktoś mnie uszczypnie. Albo nie. To jest sen, prawda.
- Rose, jesteś tu. Halo tu ziemia.-machał mi przed oczami ręką, ale to do mnie nie docierało.- Roza.
Spojrzałam na niego i zaczęłam płakać. Straciłam go. Straciłam wszystko. Męża, dzieci, Lili. Najpiękniejszy sen stał się koszmarem.
- Roza co się dzieje?- ukochany ukląkł przede mną i złapał za moje dłonie.
- Straciłam wszystko. Tyle o to walczyliśmy i wszystko przepadło. Nie ma nic. To tylko sen. Na pewno. A jeśli nie?- powtarzałam w kółko ostatnie dwa zdania.
Po chwili znalazłam się w ramionach strażnika.
- Spokojnie Roza. Ja tu jestem. Nie zostawię cię. Kocham cię.
- Ale nie możemy być razem.- zalałam się łzami.
- Spokojnie. Wytrzymaj. Został ci miesiąc i już nic nas nie rozdzieli. Lissa załatwi nam wspólne mieszkanie, a ja już wiem, kogo będę strażnikiem
- Kogo?- popatrzyłam się zaciekawiona na niego.
- Zgłosiłem się do straży królewskiej. Będziemy się widzieć, gdy królowa zaprosi księżniczkę, a przez resztę dnia nie wypuszczę cię z pokoju.- mruknął seksownie, przygryzając płatek mojego ucha.
Przeszedł mnie przyjemny dreszcz, od czego zadrżałam. Dymitr musiał to poczuć i się zaśmiał.
- Lubię to, jak na ciebie działam.
- A co się stało z tym poważnym i niedostępnym strażnikiem Bielikowem?- zaśmiałam się
- Nim jestem dla innych. Przy tobie nie muszę udawać. Już dobrze?- przytaknęłam głową.- To na treningu wszystko mi wyjaśnij.
- Dobrze, ale mam jedno pytanie. Luna istnieje.
Wyraźnie się spiął.
- Jaka Luna?
- Łania świecąca blaskiem księżyca.
- Skąd o niej wiesz?
- Wszystko wyjaśnię ci na treningu.- cmoknęłam go w policzek i dogoniłam przyjaciół.
- Co tam tak długo robiliście? Bo na sex za mało czasu.- spytała prosto z mostu Lissa.
Czyli, że wszystko wiedzą.
- A takie tak pogaduszki nauczyciela i uczennicy.
Dalej rozmawiając wróciliśmy do pokoi. To znaczy z do pokoju mojej przyjaciółki. Postanowiłam ją odprowadzić, a sama ruszyła do swojego pokoju. Po drodze natknęłam się na Bielikowa.
- No kogo ja spotykam.- uśmiechnęłam się.
- A ty czemu jeszcze nie w pokoju?- spytał. Też był w dobrym humorze.
- Byłam odprowadzić Lissę.
- To teraz ja odprowadzę ciebie.
Razem ruszyliśmy do dormitorium dampirów. Nikogo nie było na korytarzu i oboje weszliśmy do mojego pokoju. Od razu złapałem telefon i wybrałam numer.
- Rose, coś się stało?- spytała moja matka.
- Tak. Znasz Abe'a Mazura?- spytałam na wstępie. 
Mentor, który położył się na moim łóżku, patrzył na mnie uważnie. Po drugiej stronie słuchawki usłyszałam, że Janina wciągnęła powietrze.
- T...Tak.
- To on dał ci nazar?- chciałam się upewnić.
- Tak Rose. On jest twoim ojcem. Miałaś się dowiedzieć na egzaminie. Ale skąd wiesz?
- Mam swoje źródła. Teraz muszę kończyć, bo idę spać.- uśmiechnęłam się znacząco do ukochanego.
- Dobrze, dobranoc Rose.
- Dobranoc. - rozłączyłam się i rzuciłam na łóżko.
Dymitr przytulił mnie i kreślił kółka na moim brzuchu, odsłoniętym przez bluzkę, która podciągnęła się do góry. Było mi tak przyjemnie, że aż zamknęłam oczy, zaciągając się jego zapachem.
- Z czego tak bardzo się cieszysz? I na co ci Abe Mazur?- spytał.
- To mój ojciec.- powiedziałam od razu. Ręka Rosjanina się zatrzymała.- Ej, czemu przestałeś?- oburzyłam się.
- To twój ojciec?
- Tak.
- To jeden z bardziej wpływowych morojów na świecie. On mnie zabije.
Wybuchłam głośnym śmiechem.
- Ty się go boisz.- uznałam. Ale zaraz spoważniałam.- Nie chcesz mnie zostawić, prawda? Możemy uciec na Syberię.- znowu się za śmiałam.
- Oczywiście, że nie. Nigdy cię nie zostawię. Kocham cię.
- Ja tiebia toże liubliu tovarishch.- zaskoczyłam go.
- Skąd znasz Rosyjski?
- Miałam świetnego nauczyciela.
- Lepszego ode mnie.
- Dobra, mam tego dosyć. Powiem ci wszystko co mi się śniło ze szczegółami, ale może to mi zająć dużo czasu.
- Mamy całą noc i trening. W sumie to cały weekend.
- I to może być za mało. No ale dobra.
- Ale najpierw się zabawimy. Przez ten tydzień bardzo tęskniłem.
- Czemu?- nie pamiętam nic od... w sumie to nie wiem, co było snem, a co nie, więc może to też sen.
- Przecież ciągle byłaś z księżniczką. A w nocy byliśmy zbyt zmęczeni, by myśleć o czymś innym niż sen.
- To co proponujesz?- spytałam zalotnie.
Dymitr pocałował mnie namiętnie i po chwili czułam na sobie jego ciężar. Nie bawiliśmy się w grę wstępną. Od razu zaczął mnie rozbierać, a ja nie zostałam mu dłużna. Byłam podniecona jak nigdy. Wciąż czułam pragnienie po miesięcznej przerwie w "śnie". Jeśli teraz nie śnię, a bardzo bym chciała.
Gdy byliśmy już nadzy, staliśmy się bardziej delikatni. Dymitr zszedł pocałunkami na szyję i dekolt. Jego dłonie błądziły po całym moim ciele. Poczułam jak wchodzi we mnie i zaczyna się powoli poruszać. Moje jęki zagłuszył pocałunkami, aby nikt nie usłyszał.
- Szybciej.- szepnęłam, bo nie wytrzymywałam już. 
Ukochany spełnił moją prośbę i po kilku minutach oboje doszliśmy. Wtuliłam się mocno w strażnika, próbując wyrównać oddech. On sam ciężko oddychał, gdy przykrywał nas kołdrą. Cała się trzęsłam z emocji. Popatrzeliśmy na siebie.
- Ja tiebia liubliu Roza
- Ja tiebia toże liubliu tovarishch.
- Roza?- odezwał się po kilku minutach błogiej ciszy. Spojrzałam na niego.- To teraz mi opowiesz?
- Tak.
Jednak zanim cokolwiek więcej powiedziałam, poczułam szturchanie.
- Roza. Wstawaj. Już jesteśmy.
Otworzyłam czujnie oczy i rozglądałam się dookoła. Siedziałam w samolocie, nade mną pochylał się Dymitr, a na siedzeniu obok leżały nosidełka z dziećmi. Naszymi dziećmi. Spokojna opadłam na fotel.
- Co się stało, Roza?
- Uff... to był tylko sen.- odetchnęłam z ulgą.
- Koszmar?- zmartwił się strażnik.
- W sumie nie wiem do jakiej kategorii to dopasować.- wstałam, wzięłam na ramiona torbę i nosidełko z córką.
- Ale... czekaj... czyli...- Dymitr z Felixem szedł za mną.
Lili czekała na nas przy wyjściu.
- Czyli siły mi się czasy akademii. Za miesiąc miałam zdawać egzamin i mieliśmy razem żyć. Wiesz, że chciałeś być strażnikiem królewskim?- zaśmiałam się.
- Myślałem o tym. Miałem duże szanse dostać się.
- A teraz jesteś. Chodź Lili.- wysiedliśmy z samolotu i kierowaliśmy się do budynku lotniska.
- Ale to było aż tak straszne?- zdziwił się.
- Wyobraź sobie, że teraz się budzisz w czasie mojej nauki. Nie możemy mieć dzieci i tracimy wszystko, co mamy teraz i o co tak długo walczyliśmy.
- No dobra. Nie dość przyjemnie.- przyznał i wtedy zauważyłam rodziców.

ROZDZIAŁ 246

Dymitr obudził nas o piątej rano i kazał szykować. Nie byłyśmy z tego zachwycone.
- Daj nam jeszcze spać. Spieszy ci się gdzieś?- narzekałam.
- Tak. Mam dla was niespodziankę, ale jeśli chcecie zdążyć, to została nam godzina na wyszykowanie się i zjedzenie śniadania.
Z ciężkim westchnieniem, wstałyśmy i każdy zaczął się myć, ubierać i czesać.
- Rose, uczeszesz mnie?- Lili podała mi szczotkę.
- Jasne.
Rozczesałam jej włosy. Miała takie same jak ja.
- Może zostawisz je rozpuszczone?- zaproponowałam.
- Nie wiem. Dziewczyny mają do ramion, a moje są takie długie.- narzekała.
- To powinnaś się cieszyć. Większość strażniczek ścina włosy po podjęciu służby. Masz piękne włosy i bądź z nich dumna.
- No dobrze.- zgodziła się.
Skończyłam rozczesywanie jej włosów i poszłam zobaczyć jak idzie mężowi z dziećmi. Gdy weszłam do pokoju, szybko pobiegłam do łóżka i złapałam Anastazję, zanim sturlała się na sam brzeg i spadła.
- A kto to się tak turla?- spytałam słodko, tak jak się mówi do małych dzieci i podniosłam ją na wyprostowanych rękach, po czym przybliżyłam do siebie i potarłam nosem, jej nosek.
- Roza ja z nią nie wytrzymuje. To najbardziej ruchliwe dziecko, jakie widziałem.
- Czemu księżniczka ucieka od tatusia. Nie ładnie. Ale tatuś i tak by cię złapał. Mamusię zawsze umiał złapać.- mówiłam do córki, łaskocząc ją po brzuchu.
- Chyba nasza księżniczka wdała się w mamusię. To co? Wszyscy gotowi?- spytał strażnik.
- Tak.- powiedziałyśmy z siostrą.
- To w drogę.
Włożyliśmy dzieci do wózka i wyszliśmy z hotelu. Dymitr zaprowadził nas do czarnego Mustanga i otworzył go kluczami.
- No, no towarzyszu. A to cacko, skąd masz?- zaciekawiłam się.
- Z wypożyczalni. Choć do tatusia.- podniósł córeczkę i zapiął ją w specjalnym foteliku.
To samo zrobiłam z drugiej strony z Felixem,a Lili usiadła pomiędzy nimi. Bielikow włożył wózek do bagażnika, a ja usiadłam za kierownicą. To było niesamowite uczucie. Obicie skórzane, kierownica jakby stworzona do moich dłoni. Tak dawno niczym nie kierowałam.
- Roza.- ukochany patrzył na mnie z założonymi rękoma.
- Towarzyszu proszę. Tak dawno nie jeździłam. A to jest cudowne. Błagam, zrobię co zechcesz. Będę ostrożna. Proszę.- zrobiłam maślane oczka.
- Ale masz jechać powoli.- zastrzegł i usiadł obok mnie.
Przekręciłam kluczyk w stacyjce i złapałam za drążek od skrzyni biegów. Jest idealna. Powoli ruszyłam i włączyłam się do ruchu. Mąż kierował, gdzie mam jechać. Robiłam to ostrożnie i z dozwoloną prędkością. Dzięki temu, że jest szósta rano, nie ma wielkich korków Zatrzymaliśmy się na parkingu przed Disneylandem.
- No dobra, jak chcesz, to umiesz jeździć.- pochwalił mnie strażnik, gdy wysiadaliśmy.
- To chyba żarty.- Lili nie mogła uwierzyć.- To ta niespodzianka?
- Tak.- powiedział z uśmiechem.
- Kocham Cię!- krzyknęła i rzuciła mu się w objęcia.
- Ale patrzcie na tą kolejkę. Spędzimy tu pół dnia.- zagryzłam wargę, wyciągając Nastkę.
- Spokojnie.- Rosjanin rozłożył wózek, do którego włożyliśmy dzieci.- Zapominacie, że mamy swoje przywileje.
Minęliśmy długi ogon, a przy bramkach mój ukochany przyłożył kartę trzy razy i mogliśmy przejść. I tak spędziliśmy cały dzień. Byliśmy z Lili na przemian na atrakcjach, a na przemian opiekowaliśmy się dziećmi. Wszędzie chodzili ludzie przebrani za postacie z bajek i z prawie każdym młoda chciała zdjęcie, a zwłaszcza z Elsą i Anną. Byliśmy na statku kapitana haka, kolejce górskiej siedmiu krasnoludków. Zjeżdżalni wodnej księżniczki z jeziora łabędziego. Na niektórych atrakcjach byłam z mężem, na przykład w tunelu miłości, a Lili zamawiała nasze dzieci. Na obiad poszliśmy do restauracji. Wszystko było z góry zapłacone, dlatego w środku był szwedzki stół. Po obiedzie ruszyliśmy na inne atrakcje. W piątkę poszliśmy na diabelskie koło. Było kabinie, więc zmieściliśmy się z wózkiem. Lili bawiła się jeszcze na karuzeli z konikami, łańcuchowej, trampolinę, dmuchanym zamku i zjeżdżalni. Oprócz tego weszliśmy do wielkiego, prawdziwego zamku. W różnych pokojach, były inne rozrywki. Labirynt luster, beczka śmiechu, pokój zagadek, z automatami do gry i wiele więcej. Po drodze kupiliśmy popcorn i watę cukrową. Maluchy patrzyły wszędzie z zainteresowaniem. Małymi rączkami sięgały do torebek, więc daliśmy im do spróbowania kilka ziarenek, które rozpuściły im się w ustach, a twarde pozostałości wypluwały. Anastazja uniosła się i stanęła w wózku, podtrzymując się jedną ręką, a drugą sięgnęła po watę mojej siostry. Po sekundzie jednak upadła na nowo do środka, ale cieszyła się bo w rączce zostało jej trochę smakołyku. Felix coś do niej wybełkotał, a ona przerwała skrawek na pół i dała jedną część bratu, a drugą sama włożyła do buzi. Bardzo nas to zdziwiło.
- Tak. Już widzę cię towarzyszu biegnącego za gołym bobasem.- zaśmialiśmy się.
Postanowiliśmy kupić drugą watę, którą karmiliśmy dzieci. Tak bawiliśmy się do późnego wieczora. O dwudziestej musieliśmy wracać i dokończyć pakowanie, bo za dwie godziny mamy samolot. Dymitr zadzwonił żeby zabrali samochód, a ja zamówiłam taksówkę dla pięciu osób. Zabraliśmy dzieci w nosidełkach i wymeldowaliśmy się w recepcji. Wsiedliśmy do dużej taksówki i podaliśmy adres lotniska. Zapłacili panu i zabraliśmy wszystko. Po odprawie usiedliśmy na swoich miejscach. Zostało nam pięć godzin lotu. Lili szybko zasnęła, wymęczona dzisiejszymi atrakcjami. Dzieci też nie było trzeba długo usypiać. Korzystając z okazji sami postanowiliśmy się zdrzemnąć. Ostatnie co pamiętam to szept mojego męża.
-Kocham cię Roza.