poniedziałek, 29 sierpnia 2016

ROZDZIAŁ 226

Po przejechaniu całej plaży, (która nie była długa) Dymitr skierował klacz w głąb miasta. Zatrzymaliśmy się dopiero na stacji kolejowej.
- Co my tu robimy? Myślałam, że teraz idziemy na imprezę?- zdziwiłam się.
- Owszem, ale na koniu to by zajęło cały dzień, a Gwiazdka nie ma tyle siły. Dlatego pojedziemy pociągiem.- mój kowboj zeskoczył z klaczy i pomógł mi zejść.
- A długo będziemy jechać?- spytałam, rozkoszując się promieniami słońca. Tak rzadko je widzę.
- Z pół godziny.- powiedział.
Czułam na sobie jego intensywne spojrzenie. Nie wytrzymałam i odwróciłam na niego wzrok. Patrzył na mnie uważnie, myśląc o czymś.
- Uwielbiam, jak rozkoszujesz się słońcem.- powiedział w końcu, obejmując mnie od tyłu.- Tęsknisz za nim?- bardziej stwierdził, niż zapytał.
- Chyba jak każdy dampir.
I tak staliśmy wspólnie ciesząc się z słońcem.
- Pamiętam w zimie, gdy patrzyłaś tak w słońce, przed waszą ucieczką. Wyglądałaś jak anioł.
- Chyba wyrzucony z narady, przez niegrzeczne zachowanie.- przypomniałam sobie, naszą rozmowę wtedy.- Dobrze, że od razu do piekła mnie nie wysłali.
- No trzeba przyznać, że niekiedy niezła z ciebie diablica.- zaśmiał się, za co dostał kuksańca w bok.
Na chwilę znowu zapanowała między nami cisza.
- Wtedy powiedziałaś coś, co podziałało na mnie jak kubeł zimnej wody.- spojrzałam szybko na niego. Czyżbym czymś go uraziła? Dostrzegł moje zmartwienie i od razu dodał.- Oczywiście w dobrym sensie.
- Jak zimna woda w zimie, w środku gór może mieć dobre znaczenie.
- Powiedziałaś, że nienawidzisz się ze mną kłócić i chcesz mojego szczęścia. Przy tobie, jak byliśmy sami, czułem się tak inaczej. Spokojnie? Wyluzowany? Nie wiem dokładnie. Ale było mi z tym dobrze. Przytulnie ciebie... Nie wiedziałem, czy dobrze robię. Pierwszy raz uznałem, że serce jest ważniejsze od służby. Gdy się we mnie wtuliłaś, zrozumiałem, że chcę tak zostać na zawsze. Przy tobie czułem się dobrze, mogłem przestać udawać kogoś, kim tao naprawdę nigdy nie byłem, ale kogo nauczyłem się grać perfekcyjnie. Tyło ta perfekcja gdzieś znikała, gdy byłaś obok. Intuicyjnie dla ciebie chciałem być sobą, prawdziwym. Tym na kogo możesz liczyć i komu zaufasz do końca życia. I teraz to wszystko mam.
- Ja też. Zawsze chciałam być silna, poważna, jak inni strażnicy. Jak ty. Ale nie jestem.- spojrzał na mnie zdziwiony.- Przez prawie całe życie udaję trwaldzielkę, której nic nie rusza, a tak na prawdę, bolały mnie plotki w szkole, bliżsi są dla mnie ważniejsi ode mnie i płaczę.- otarłam łzy z policzka. Nie płakałam, bo było mi smutno. Wzruszyło mnie to, co powiedział strażnik.
- Roza każdy płacze...
- Wiem.- przerwałam mu.- I teraz wiem, że każdy strażnik udaje, albo musi być bardzo nie czuły. Każdy ma dwie osobowości. Na służbie, którą widzą wszyscy i głęboko w środku, czekając na osobę, która ją zobaczy i pokaże światu.
W tej chwili podjechał pociąg. Ktoś zabrał Gwiazdkę do wagonu dla koni, a my zajęliśmy miejsca. Niekiedy jeździłyśmy z Lissą pod czas ucieczki. Usiedliśmy na przeciwko jakiejś starszej pani. Patrzyła na nas dziwnie. W sumie to my musieliśmy wyglądać dziwnie. Jestem w ósmym miesiącu ciąży, a mój partner mógłby być moim wujkiem. Ale nie przejmowałam się tym. Co mnie obchodzi jakiś stary babcyl. Jestem tu z mężem i mam zamiar się z tego cieszyć. Rosjanin, jakby czytając w moich myślach, wziął mnie na kolana, a ja się w niego wtuliłam.
- Kocham cię Roza.- szepnął, ale na tyle głośno, że pasażerka to usłyszała.- Jesteś całym moim światem. Dziękuję, że pomogłaś mi zajrzeć w głąb siebie i zobaczyć, że prawdziwy ja też może być dobrym strażnikiem.
- To ja ci dziękuję, że pokazałeś mi, jak być dobrym strażnikiem. Kocham Cię towarzyszu.
Siedzieliśmy tak wtuleni w ciszy. W lusterku mogłam zobaczyć zniesmaczenie na twarzy kobiety. Po chwili wyprostowałam się i spojrzałam mężowi w oczy.
- Pięknie wyglądasz Roza. Choć ta tiara ci nie pasuje. To znaczy ładnie w niej wyglądasz, ale nie pasuje do twojej osobowości.- poprawił się, zdając sobie sprawę, że mogłam to opacznie zrozumieć.
- Tak wiem. Ale Lissa się uparła.- westchnęłam ciężko.
Dalej siedzieliśmy w ciszy. Nagle ukochany posadził mnie obok siebie. Spojrzałam na niego zdziwiona.
- Poczekaj tu chwilę. Muszę coś załatwić.
Wyszedł, a ja odprowadziłam go smutnym wzrokiem. Później odwróciłam wzrok do okna.
- Czy on cię krzywdzi, dziecko?- spytała zmartwiona staruszka.
- Nie.- odpowiedziałam nad wyraz spokojnie.
- A może do czegoś zmusza?
O co jej chodzi?
- Nie.
- To czemu z nim jesteś?
- Bo go kocham.- w ogóle nie wiem, po co się jej tłumaczę.
- Dziecko, on jest za stary, żeby cię kochać. Szybko się znudzi i cię zostawi. Ciąża go nie zatrzyma.- spojrzała na mnie współczująco.
Coraz bardziej działała mi na nerwy. Po jakiego chuja się wtrąca. To chyba moja sprawa z kim jestem w ciąży i czy mnie zostawi. Już chciałam coś powiedzieć, gdy drzwi się otworzyły. Byłam pewna, że to Bielikow, ale nie.
- Można tu usiąść.- spytał rudzielec o szarych oczach.
- Tak, proszę bardzo.- odpowiedziała kobieta, a ja przeglądałam się mu uważnie. Za nim weszła dziewczyna o niebieskich włosach i zielonych oczach. W wardze miała kolczyk.
- Monia, Kevin?!- zapytałam z niedowierzaniem.
- Rose Hathaway?!- byli równie zdziwieni.
Wymieniliśmy się uściskami, a pociąg ruszył dalej.
- Co ty tu robisz?- spytała dziewczyna.
- Jadę.- odpowiedziałam ze śmiechem.
- No dobra, ale dokąd?- wtrącił jej strażnik.
- W sumie sama nie wiem. Dymitr mnie gdzieś zabrał.
- A więc to prawda, co mówił Nico?- oczy morojki otworzyły się szeroko.- Jesteś z najprzystojniejszym mężczyzną świata?
- A widziałaś go kiedykolwiek?- odpowiedziałam pytaniem. Niebiesko włosa pokręciła głową.- A wy co tu robicie?
- Przyjechaliśmy na czyjeś urodziny. A czekaj, to twoje.- chłopak podszedł i mnie uścisnął.- Wszystkiego najlepszego mała.
- Dzięki.
- Wszystkiego najlepszego, Hathaway.- Monia poszła w ślad za strażnikiem.

ROZDZIAŁ 225

- Ta jest ładna.- Lissa wskazała na pudrową sukienkę do kolan, z falbankami i przezroczystymi rękawami trzy czwarte.
- Ale za delikatna.- wciąż marudziłam.
- A ta?- wskazała kolejną
- Zbyt pstrokata.
- To może ta?- przyłożyła mi inną.
- Byłaby dobra, ale zbyt bufiasta.
- Poddaję się.- opadła na pufę na środku garderoby.- Już nigdy nie będę wybrzydzać u swoich projektantek.
Zachichotałam, bo znając ją, nic się nie zmieni.
Wstałam i sama zaczęłam przeszukiwać wieszaki.
- A co powiesz na tą?- tym razem ja wskazałam sukienkę.
- Rose, to są twoje urodziny, a nie pogrzeb. Masz wyglądać żywo i kolorowo.
- No dobra.- westchnęłam.- A ta?
Oczy mojej przyjaciółki zrobiły się wielkie jak monety.
- Czemu ja jej wcześniej nie zauważyłam? Leć ją przymierzyć.- nakazała.
Poszłam do łazienki i ubrałam kreację. Wróciłam do sypialni i przejrzałam się w dużym lustrze. Sukienka była fioletowa, z czarnym paskiem pod biustem i koronką na dole(↓). Była zwiewna, przez co mój brzuch nie eksponował się za bardzo, jednak było widać moje okrągłe szczęście.
- Wyglądasz przepięknie. A biżuteria?
- Standard.
Bransoletka z randki nad jeziorem, medalion na rocznicę poznania, obrączka, pierścionek zaręczynowy i czotki- znak strażnika rodu Dragomirów. Do tego zwisające kolczyki z ametystowymi kryształkami. na nogi ubrałam czarne półbuty z przyszywanymi imitacjami diamentów i małą kokardą na czubku.
- Mam dla ciebie coś jeszcze.
Przyjaciółka ma głowie położyła mi srebrną tiarę z diamencikami.
Popatrzyłam na nią, jak na wariatkę.
- Ostatnio za księżniczkę przebierałam się, gdy miałam pięć lat.- skrzyżowałam ręce na piersi.- Nie mam zamiaru paradować w koronie przed gośćmi. Po za tym pewnie jest bardzo droga.
- Ale ładnie ci w niej. I nie przejmuj się. Tylko pożyczam ci ją, bo to ulubiona Jill. Po za tym, uprzedzałam, że dzisiaj ty jesteś królową. Więc bez gadania.
- Lissa. Doskonale wiesz, że nie lubię takich rzeczy. Ja jestem wojowniczką, a nie miss Ameryki. No popatrz.- wskazałam na lustro.- brakuje mi tylko szarfy z napisem "Największy wieloryb świata. Konkurs sponsorowany przez firmę tabletek na odchudzanie."
- Nie przesadzaj. Wyglądasz ślicznie. A teraz bez marudzenia do samochodu.
- Kocham Cię, ale czasem jesteś trudna.- westchnęłam i razem zeszłyśmy na dół.
Naprawdę czułam się w tym dziwnie, tylko że przyjaciółka się uparła. Na dole dziewczyny przyznały rację królowej, co do mojego wyglądu. Zrobiły to tak oficjalnie, ponieważ były na służbie. Żadna nie piszczała, nie zachwycała się moim wyglądem, co mnie cieszyło. Takie rzeczy tylko by pogorszyły sprawę. A poważna mina i jedno zdanie wypowiedziane tonem eksperta, sprawiło, że poczułam się w tym lepiej. Już bardziej pewna swojego wyglądu, wsiadłam z resztą do samochodów. Myślałam, że pojedziemy na dwór, ale gdy zboczyliśmy z kursu, zdziwiłam się.
- Gdzie my jedziemy?- spytałam, zauważając też, że za godzinę wzejdzie słońce.
Nic nie powiedzieli tylko szczeżyli się do mnie, jak głupi. Pozostało mi siedzieć i czekać na dalszy rozwój wydarzeń. Pół godziny później wysadzili mnie na plaży, przy jakichś palmach i odjechali, mówiąc tylko: gruszek pod drzewem kokosowym nie znajdziesz. Chcesz zrobić sernik, poszukaj jabłoni.
Dobra Rose. Teraz się skup. Jestem pod palmom z kokosami. Gruszek pod drzewem kokosowym nie znajdziesz. Czuli, że tu nie mam co szukać. Ale o co chodzi z tą drugą częścią wskazówki. Rozejrzałam się, czekając na olśnienia. Nagle coś zobaczyłam. Gruszka na ziemi. Nie powinno jej tu być. A jest. Podniosłam owoc z piasku i obejrzałam dokładnie. Była do niej przyczepiona kartka z pismem mojego męża.

Ślepiec posługuje się innymi zmysłami.

Kolejna wskazówka. O co im chodzi? Zamknęłam oczy i wsłuchałam się w otoczenie jednocześnie palcami delikatnie skórkę owoce. Wyczulam jakiś wzór. Przyjrzałam się temu miejscu i zobaczyłam kształt palmy, wycięty nożykiem tak, że prawie go nie widać. Spojrzałam na drzewo przede mną. Jego też dotknęłam, zamykając oczy. Wyczułam jakiś napis.

Spójrz za siebie.

Odwróciłam się i przyjrzałam drzewom po drugiej stronie ulicy. Co tam jest takiego czerwonego? Przeszłam ostrożnie przez drogę i zobaczyłam czerwoną wstążkę, owijającą jedną z gałęzi. Jeden jej koniec radośnie powiewał na wietrze. Jakie to drzewo? Jabłoń, bo jak żeby inaczej. Zauważyłam, że między wstążką, a korą jest jeszcze coś. Była to róża i kartka. Szybko odwiązałam delikatny materiał. Kwiatek złapałam w jedną dłoń, a liście w drugą i zaczęłam czytać.

Mam nadzieję, że się podobało. Przypomina ci to coś? Znajdziesz mnie tam, gdzie ostatnio.
T.P.S.A.K. ♥

Nie rozumiałam tych inicjałów, ale o to zapytam męża. Teraz czas na plażę. Na piasku zajęłam buty. Gdy tylko małe ziarenka dotknęły moich stóp, poczułam przyjemny, poranny wiaterek. Rozkoszując się tym, ruszyłam w głąb plaży. Już z daleka słychać było fale uderzające o brzeg. Jednak widok był piękniejszy. Turkusowe morze, spienione przez przeszkodę, zwaną lądem. Rozglądałam się, jednak nigdzie nie widziałam Dymitra. W sumie to nikogo nie widziałam. Może źle zrozumiałam ostatnią wskazówkę. Ale wątpię. On tu gdzieś musi być. Moją uwagę przyciągnęło wzgórze jakieś dziesięć metrów ode mnie. Doskonały punkt obserwacyjny. Albo tam jest, albo go stamtąd zobaczę. Bardziej liczyłam na to pierwsze. Bardzo podekscytowana zaczęłam wchodzić na górę. Jednak było pusto. Zaczęłam patrzeć na całą plaże, ale była pusta. O co tu chodzi. Nagle coś usłyszałam jakby pode mną. Ale to nie możliwe. Zbliżyłam się do krawędzi od strony wody i....
- Niespodzianka!- zawołał mój ukochany, na swoim rumaku.
Zaśmiałam się, a on wyciągnął do mnie rękę. Zeskoczyłam z jego pomocą na Gwiazdkę, która stała na półce skalnej. Strażnik posadził mnie przed sobą.
- Muszę przyznać, że ciekawie to wymyśliłeś towarzyszu.
- To nie koniec Roza. Patrz tam.
Wskazał na wodę, a raczej miejsce w którym łączy się z niebem. Po chwili wyruszył się z niej słoneczny dysk. To był piękny widok. I byłam z osobą, którą kocham. Ze wzruszenia się popłakałam. Ta ciąża nie w pływa na mnie dobrze.
- To moje najlepsze urodziny w życiu.- powiedziałam, wtulona w Bielikowa.
- Dzisiaj się jeszcze nie skończyło.- zauważył tajemniczo.
- Jeszcze coś?- zapytałam, uśmiechając się, ale udając złudzenie.
Jednak w głębi duszy cieszę się, że pamiętali i tak się postarali.
- Towarzyszu?- zagadnęłam.
- Tak Roza?
- Co znaczył ten podpis pod ostatnią wskazówką?
- T.P.S.A.K. Trafiony. Przez. Strzałę. Amora. Kowboj.- wymruczał, muskając ustami moją szyję.
Zadziwiające, jak szybko potrafi mnie rozpalić.
- To co teraz?- spytałam zniecierpliwiona.
- Przejażdżka po plaży o wschodzie słońca- oznajmił, prowadząc klacz do łagodnego zejścia po prawej stronie.- i przyjęcie z przyjaciółmi i rodziną. A i jak przyjedziemy do Bai spodziewaj się kameralnych urodzin u mojej rodziny. Myślę, że spodobają ci się niektóre nasze tradycje rodzinne.
- Będą musiały, skoro tworzymy rodzinę.- położyłam dłoń na brzuchu i popatrzyłam na niego z czułością.
Cokolwiek się urodzi i jakiekolwiek będą się różniło od innych dzieci, już je kocham. I nigdy nie przestanę. Dlatego nie rozumiem decyzji mojej matki. Jednak odsunęłam te myśli na bok. Dziś jest mój dzień. Cieszyłam się szumem fal, uderzających w brzeg, kroplami wody rozbryzgiwanej przez kopyta rumaka i wiatrem, smagającym mnie po twarzy, w pełnym galopie. Żyłam chwilą.


niedziela, 28 sierpnia 2016

ROZDZIAŁ 224

Cztery godziny później byłam jak nowo narodzona. Skorzystałam ze wszystkiego, po za sauną, bo zbyt wysoka temperatura może zagrozić dzieciom, no i tego co wyszło z tyłka, nie ważne czego. Skórę miałam gładką, jak pupcia niemowlaka od różnych olejków i balsamów, wszystkie mięśnie odmawiały mi posłuszeństwa po masażach, a paznokcie lśniące na czarno. Fryzjer sprawił cud i moje włosy są piękne, gładkie i nie rozdwajają mi się końcówki, a to wszystko bez użycia nożyczek. Wymodelował je tak, aby lekko się unosiły, a jak pięknie pachniały. Mmm.... Dymitr padnie z wrażenia. Ciekawe co teraz robi? Już miałam dzwonić do kogoś, że mogę wracać, gdy zobaczyłam drzwi, które mnie zaciekawiły. Był na nich tylko napis MASAŻ. Żadnego numeru sali, żadnego kosztu, żadnego nazwiska i zdjęcia masażysty. Zaciekawiona, przyłożyłam kartę do czytnika, a gdy usłyszałam pikanie popchnęłam drzwi.
W środku panował półmrok. Gdzieniegdzie stały świeczki, a z sufitu, na stół do masażu padało światło, jak w lampach wodnych, zmieniające delikatnie kolor. W powietrzu unosił się zapach kadzidełek, a w tle leciała cicha muzyka, a'la z Chin. Było też słychać wodę płynącą małym wodospadem na ścianie, też podświetlonym na żółto. Jakiś taki wewnętrzne spokój ogarnął moją duszę. Położyłam się na stole i czekałam. Po chwili usłyszałam kroki. Zauważyłam, że pracują tu tylko kobiety, więc zdziwił mnie męskie kroki. Nawet wydały mi się znajome, ale były za ciche, bym mogła to potwierdzić.  Tajemnicza osoba podeszła do półki z olejkami, jednak nie popatrzyłam na nią. Wolałam jednak zostać w niewiedzy, niż wiedzieć za dużo. Po za tym, ojciec na pewno zadbał o wszystko, więc nie powinnam się martwić. Jednak coś nie dawało mi spokoju. Masażysta zbliżył się i poczułam zimny balsam na plecach, od czego dostałam gęsiej skórki. Następnie poczułam na nich dłonie. Przez moje ciało przeszedł przyjemny dreszcz, a w dole brzucha poczułam ciepło. Tylko jedna osoba wywołuje u mnie takie uczucia. A jego dłonie poznała bym z tysiąca innych.
- Odpręż się Roza.- mruknął mi do ucha, a jego Rosyjski akcent otulił mnie jak koc.
- Coraz bardziej mnie zadziwiasz, towarzyszu.- zaczęłam mruczeć, pod jego boskim palcami.
Chyba jeszcze się wytrzymam z tym telefonem. Reszta masażu, który trwał dwie godziny, przebiegła w ciszy, nie licząc muzyki i wodospadu. Jednak pa koniec nie chciało mi się wstawać.
- Roza, bo się spóźnisz na dalszą część dnia.
- Wiesz, że to dla mnie norma.- było mi tak dobrze, że ledwo mówiłam.
Ale musiał zrozumieć, bo zaczął się śmiać. Nagle zaczęłam się unosić. Poczułam jedną rękę ukochanego na środku pleców, a drugą pod kolanami. Było to łatwe, bo w połowie musiałam położyć się na plecach. Złapałem męża za kark, a on owinął mnie szczelnie szlafrokiem, bo oczywiście do zabiegów musiałam się rozebrać, to lepiej od razu ściągnąć jedną warstwę, niż dziesięć. I tak niósł mnie, do przebieralni. W kieszeni mojego stroju znalazł klucz do szafki i wyjął z  moje właściwe ubrania. Już trochę ożyłam i normalnie stanęłam na nogi. Założyłam majtki, które mi podał strażnik. Jednak nie dostałam od niego reszty ubioru, tylko patrzył na mnie z cwanym uśmiechem.
- Ciekawe czy coś jeszcze pamiętam z lekcji ubierania ciebie.- udał zamyślenie.
- Nie wiem. Sprawdź skarbie.
Podszedł do mnie i zaczął zakładać mi resztę garderoby. Po kilku minutach stałam w pełnej okazałości. Dymitr zachłannie wbił się w moje usta.
- Jesteś idealna Roza.- mruknął, zaciągając się zapachem moich włosów.
- A zawsze mówisz, że nie ma ludzi idealnych.- zauważyłam.
- Ty jesteś.- patrzył mi głęboko w oczy. W jego wzroku widziałam miłość, uwielbienie i szczerość.
- Mój ideał stoi przede mną.- na nowo zatopiłam się w jego ustach.
Pocałunek był powolny i namiętny. Z nikim nie czułam się tak jak z nim. Gdy się od siebie oderwaliśmy, skierowaliśmy się do wyjścia, nie puszczając naszych dłoni.
- Towarzyszu, ty to zaplanowałeś?- spytałam.
- Oczywiście kochanie.- pocałował moją dłoń, a ja poczułam motyle w brzuchu.
- Ale jak? A jakby ktoś inny wszedł? A może ty dorabiasz jako erotyczny masażysta?- zatrzymałam się i założyłam dłonie na biodrach, udając złą.
- Jak skarbie, skoro pilnujesz mnie na każdym kroku.- zaśmialiśmy się.- A jeśli chodzi o wejście, wiedziałem, że nie oprzesz się TYM drzwiom. A czytnik mógł przyjąć tylko twoją kartę.
- Muszę Cię pilnować. Nawet nie wiesz, ile kobiet na ulicy po prostu rozbiera cię wzrokiem. No bo na dworze każda wie, że jeśli choć na ciebie spojrzy, może pożegnać się ze swoim nosem.
Rosjanin roześmiał się głośno i pocałował mnie czule w usta.
- Ja tiebia liubliu Roza
- Ja tiebia toże liubliu tovarishch.
W recepcji siedziała ta sama dziewczyna, która mnie wpuściła. Gdy zobaczyła mojego męża, uśmiechnęła się szerzej i kokietywnie zatrzepotała rzęsami. Jednak gdy jej spojrzenie padło na nasze splecione dłonie, zawahała się, a następnie posłała mi krzywe spojrzenie. A już zaczynałam ją lubić. No dobra, póki nie zobaczyłam jej stroju. Mój ukochany nic sobie z tego nie zrobił. Oddałam kartę, a wstążka była dla mnie. Na zewnątrz czekała już Lissa.
- Ja nie rozumiem. - skarżyła się, a ja popatrzyłam na nią zdziwiona.- Dymitr, ile to dla ciebie pięć minut? Bo czekam tu pół godziny.- zaczęła na niego krzyczeć.
Strażnik lekko się skrępował. Nie do końca wiedział, co w takiej sytuacji zrobić, więc ka przejęłam inicjatywę. Przytuliłam przyjaciółkę mocno.
- Widzę, że hormony robią swoje.- zaśmiałyśmy się.
- Żartujesz sobie?!- Christian wystawił głowę z okna samochodu.- Ona jest nie do wytrzymania. Ciągle ma do mnie jakieś pretensje. Jak żyć z kobietą?!
Obie popatrzyłyśmy na niego hardo. Po chwili schował się w samochodzie, a nasza trójka dołączyła do niego.
- Rose?- zagadnęła moja przyjaciółka.
- Tak?- oboje ze strażnikiem spojrzeliśmy z zaciekawieniem na parę królewską.
- Są małe komplikacje i musieliśmy przełożyć wasz wyjazd na dwudziestego piątego kwietnia. Przykro mi, ale coś się dzieje z naszym królewskim samolotem i tak to wygląda. I bardzo chcielibyśmy pojechać z wami. Nie chciałabym przegapić porodu siostry.
Sama bardzo bym tego chciała. Zanim poznałam Bielikowa, ona była moją jedyną rodziną, jest dla mnie tak samo ważna jak mąż. Wymieniłam z nim spojrzenia. Delikatnie pokiwał głową, za co dostał całusa w policzek.
- Jasne. To wspaniały pomysł.- uścisnęłam ją, co nie było łatwe ze względu na nasze brzuchy i pasy.
Po kilku godzinnej jeździe, znaleźliśmy się w domu jednak weszłam tak tylko z Lissą i jej strażniczkami czyli z Jeny Baker, Wiki Moniel i Imą Geher. Tak, jest nas cztery na dwanaście całej straży. Ale to i tak dobrze, jak na deficyt kobiet w służbie. Kobietą pozwoliłam się rozgościć a my z przyjaciółką poleciałyśmy ma górę.

ROZDZIAŁ 223

- To było wspaniałe.- rozmarzył się mój mąż.- Nie umiem tego opisać. I każdy nasz stosunek może być najlepszy na świecie, jednak nic nie pobije tego pierwszego razu. Było o wiele lepsze niż sobie to wyobrażałem. Jakby to było lekarstwo na wszystko. Ty jesteś moim lekarstwem. Czułem cię całą. Naszą miłość. Uniosłaś mnie pod samo niebo z gwiazdami. Nie chciałem nigdy kończyć, nigdy wychodzić z tej warowni, nigdy nie opuszczać ciebie. Pragnąłem mieć cię tylko dla siebie. I właśnie, gdy tak leżeliśmy, zastanawiałem się, czy na pewno nic nie da się zrobić, żebyśmy byli razem? Byłem tak w tym wytrwały i zaparty, że wymyśliłem. A po rozmowie po ataku, byłem taki szczęśliwy, że to może się udać. I twoją radością. Prawie widziałem te skrzydła, które unosił cię nad chmurami. Jesteś moim aniołkiem.
Byłam tak bardzo wzruszona, że aż się na niego rzuciłam. Pocałowałam go mocno i z miłością, jaką go darzyłam. Już nigdy nie powiem, że nie da się go kochać bardziej, bo da. Ciągle mi to uświadamia. Da się i ja zawsze będę kochać go z całych sił. Całowaliśmy się aż zabrakło mi oddechu. Dymitr spojrzał za moją głowę na zegarek. A nie mówiłam, że się przyda? Następnie wrócił spojrzeniem do mnie i pocałował mój nosek, zrzucając mnie na bok.
- Teraz muszę iść. A ty uważaj na siebie.
- Spokojnie towarzyszu. Umiem o siebie zadbać.- uśmiechnęłam się do niego.
- Nie wątpię.- zniknął w garderobie.
Nagle pomyślałam co mam zrobić.
- Towarzyszu?- zawołała.
- Tak?- spytał strażnik, wychodząc w białej koszuli z mankietami, na to narzuconej marynarce, skarpetkach i majtkach. Zapiął sobie zegarek, po czym wrócił do garderoby.
- A co ja mam robić? Gdzieś mamy się spotkać?
Tym razem pokazał mi się w pełni ubrany. Spodnie miał ciemno brązowe, pasujące do tego samego koloru marynarki. Do tego związał sobie włosy w małego kucyk. Muszę przyznać, że mam bardzo sensownego męża. Nie żebym wcześniej tego nie zauważyła.
- Ty skarbie,- podszedł i mnie pocałował.- masz zostać i dać się porwać tokowi wydarzeń.
Zdjął z haczyka swój prochowiec i go założył, poprawiając kołnierz.
- Za pół godziny bądź gotowa do wyjścia. Ale nie jak na randkę, bardziej wyjście z koleżankami na miasto.
Znowu mnie pocałował i wyszedł.
Miałam dość leżenia w łóżku, a miałam aż pół godziny. Wstałam nie śpiesznie i poszłam wybrać jakieś ubrania. Postawiłam na luźną, fioletową bluzkę i wygodne jeansy. Wzięłam naczynia po śniadaniu i zeszłam z nimi na dół. Włożyłam je do zmywarki i poszłam do salonu. Po chwili przez drzwi wpadły Lissa i Jill.
- Hej solenizantko.- zawołała moja blond włosa przyjaciółka.- Ubieraj się migiem i idziemy.
- Gdzie?- spytałam, gryząc herbatnika z miski na stoliku.
- Dzisiaj sprawimy, że to ty będziesz królową.- księżniczka była bardzo podekscytowana.
- No dobra.
Ubrałam wygodne buty, choć nie było to łatwe i kurtkę. Mimo że ta zima była łagodna, a wiosna jest nawet ciepła, nocą można zmarznąć. Dziewczyny wpakowały mnie na tył SUV-a, usiadły obok mnie i pojechaliśmy. Za nami jechały dwa inne pojazdy z Dworu, pewnie strażnicy królewscy. Po tym jak królowa przyjechała do nas sama, ogłaszając, że jest w ciąży, zbryzgałam ich, z pytaniem gdzie wtedy byli. Nikt nie miał wyjaśnienia, a ja byłam zła za brak odpowiedzialności. Przecież coś mogło jej się stać. Nawet jeśli niedawno podjęłam służbę, uzyskałam szacunek zespołu. Nigdy nie podważyli mojej decyzji. Ale również wiedziałam, że zawsze mogę na nich liczyć. Z Leonem łączą mnie najlepsze relacje, dlatego jest moim zastępcą, zaraz po Dymitrze. Dopiero teraz zauważyłam, że prowadzi obecny dowódca, a obok niego siedzi Eddy.
- Zdrowia Hathaway.- powiedział przez ramię Leo, nie spuszczając oka z drogi.
- Kto by pomyślał, że w dziewiętnaste urodziny będziesz większa niż Ralf.- zażartował mój przyjaciel, za co dostał od dziewczyny palnięcie w głowę, a ja zaczęłam się śmiać.
Przez siedzenia zbił ze mną urodzinową piątkę. To krótki ciąg sentencji ruchów rąk, wymyślony przez nas jeszcze w przedszkolu, razem z Masonem. Robiliśmy tak w każde urodziny, kogoś z naszej trójki, bo Lissa się z nami nie bawiła. Ale tradycja zerwała się rok temu.
- To powie mi ktoś w końcu, gdzie jedziemy?- spytałam znudzona.
Jednak nie doczekałam się odpowiedzi, tylko wszyscy patrzyli ba mnie z radością i podekscytowaniem w oczach. No okey. Przecież nie wywiozą mnie w las, nie zgwałcą i nie utopią ciała w jeziorze. Rany. Chyba oglądam za dużo kryminałów. Zatrzymaliśmy się w środku dużego miasta, przed dziwnym budynkiem w kształcie fali. Kafelki od zewnątrz miał tak wypolerowane, że można było się w nich przejrzeć. Wszyscy weszliśmy do środka i podeszliśmy do recepcji. Siedziała tam kobieta bardzo zadbana. Gładka skóra, lśniące długie włosy i piękne paznokcie. Na ladzie widniał napis SPA Eden Sp. Z.O.O.
To jest ta niespodzianka.
- W czym mogę pomóc?- spytała dziewczyna.
- Poproszę kartę na nazwisko Mazur.- odezwała się Lissa.
Recepcjonistka chwilę coś poszukała w komputerze, po czym wzięła klucz i zniknęła za drzwiami z tyłu. Po chwili wróciła i wyszła zza lady. Była zgrabna i pięknie wyglądała by w tej sukience, gdyby nie była tak oczojebnie różowa.
- Która z was to Rosemarie Mazur?- spytała, patrząc na nas przenikliwie niebieskimi oczkami.
Wyszłam do przodu, a ona poprosiła o wystawienie prawej dłoni. Zapięła mi ma nią niebieską wstążeczkę i podała metalową kartę.
- Jest załadowanie na pięć tysięcy dolarów.- oznajmiła wracając przed komputer, a mi szczena opadła, gdy to usłyszałam.- Życzymy miłego pobytu.
- Lissa ja nie mogę tego przyjąć...- zaczęłam, ale przyjaciółka mi przerwała.
- To prezent od twoich rodziców, a teraz idź tam i się zrelaksuj. Gdy będziesz miała dość, po prostu zadzwoń.
Pokiwałam głową. Recepcjonistka przycisnęła jakiś przycisk, bramka przede mną zaczęła buczeć więc ją popchnęłam i weszłam do głównego korytarza. Było tu wszystko. Sauna, różnego rodzaju jacuzzi, masażyści o różnych specjalizacjach, kąpiel błotna, kąpiel w odchodach, którą będę omijać szerokim łukiem, maseczki piling twarzy, pedicure, manicure, stylista fryzur, kosmetyczka. Przy każdej usłudze na tablicy, widniał numer piętra, sali i koszt. Nic dziwnego, że aż tyle mam na koncie, skoro zabiegi kosztowały od stu, do pięćset dolarów. Ale czuję, że szybko stąd nie wyjdę. Zaszalejmy skoro na koszt Abe'a.

sobota, 27 sierpnia 2016

ROZDZIAŁ 222

Obudziłam się dość późno. W łóżku byłam sama. Dymitr mówił mi wczoraj, że musi coś załatwić, jednak miałam nadzieję, że zdążę jeszcze go zobaczyć i razem spędzimy ten poranek. Pewnie specjalnie mnie tak wymęczył w nocy, żebym długo spała. Mimo to, tej nocy na pewno szybko nie zapomnimy. Jak ja go kocham. Przymrużyłam sobie oczy, pozwalając sobie na chwilę relaksu. Nagle usłyszałam skrzypnięcie otwieranych drzwi. Czujnie otworzyłam oczy, ale uspokoiłam się, widząc w przejściu męża. W dłoniach miał tackę ze śniadaniem. Była to jajecznica, tosty z Nutellą, sałatka grecka i sok pomarańczowy. W wazonie od Soni tkwiła piękna, czerwona róża.
- Wszystkiego najlepszego, kochanie.- ukochany postawił jedzenie przede mną i pocałował namiętnie.
- Dziękuję skarbie.- cmoknęłam go w policzek i zabrałam się za jedzenie.- Myślałam, że już poszedłeś.
- Jak bym mógł nie przywitać się najpierw z moją kochaną solenizantką?!- udał zdziwienie, czym bardzo mnie rozśmieszył.- Dzisiaj jest twój dzień. I sprawię, że będzie tak idealny, jak miał być rok temu. A nawet lepszy.- znowu mnie pocałował.
- Mi wystarczy, że będziesz ze mną.- zamrugałam kokietywnie oczami.
- Za godzinę muszę wyjść. Do tej pory jestem do twej dyspozycji.
Słysząc to, odsłoniłam kołdrę po jego stronie łóżka. Od razu się tam położył. Po zjedzeniu odłożyłam tackę z naczyniami i różą na stolik z boku, a sama wtuliłam się w męża. Ten mnie objął, bawiąc się moimi włosami i masując mi głowę. Zaczęłam cicho mruczeć.
- A teraz to możesz tylko leżeć?- Rosjanin zaczął się śmiać.
- Tak, bo wczoraj ktoś tak bardzo mnie wymęczył, że nie wiem czy się z tego łóżka ruszę.- tym razem oboje się śmialiśmy.
- Ale chyba nie powiesz mi, że się nie podobało?- spytał z uśmiechem.
- To ostatnie, co mogłabym o tym powiedzieć. Kocham Cię.- wtuliłam się mocniej w strażnika.
- Ja ciebie też Roza.
- Powiedz mi coś, o czym nie wiem. Na przykład z czasów akademii.- poprosiłam.
- To znaczy?- nie rozumiał.
- Niekiedy mieliśmy takie wieczory czy poranki, że wspominaliśmy dawne czasy, zastanawialiśmy się, co by było gdyby, zwierzaliśmy się ze swoich uczuć przy różnych wydarzeniach.
- A co już wiesz?- spytał.
- Opowiadałeś mi, co czułeś gdy mnie pierwszy raz zobaczyłeś, swoje sny, wyobrażenia, fantazje erotyczne.- przy tym trochę się zarumienił.- odczucia z pierwszych treningów. Takie rzeczy.
- A co by moja Różyczka chciała wiedzieć?
- Na przykład.....- chwilę się zastanowiłam.- O! Możesz mi opowiedzieć o tym całym pomyśle z zostaniem strażnikiem Taszy. Co czułeś podczas wyjazdu w góry?
- Wiem, że chętnie cofnął się w czasie i sprawiłbym, żeby to był twój najlepszy wyjazd. Bylem strasznie głupi, skoro myślałem, że ona jest w stanie mi cię zastąpić. Zazdrościłem Masonowi, że może z tobą być, całować cię kiedy chce, a nie kiedy nikt nie widzi.
- Dzień przed jego ucieczką, prawie doszło między nami do stosunku.- przerwałam mężowi.- Ale nie mogłam tego zrobić. Wiesz dlaczego?
- Dlaczego?- spytał ciekawy.
- Ponieważ, gdy mnie całował i dotykał, wyobrażałam sobie ciebie. Wiedziałam, że się oszukuję. Bo co to za miłość, jeśli wolelibyśmy widzieć kogoś innego?
Dymitr patrzył na mnie z miłością. Po chwili mnie pocałował.
- To było bardzo mądre Roza.
- Dziękuję. Uczę się od najlepszych.- posłałam mu szeroki uśmiech.
- Wracając. Taszy nigdy nie kochałem. Ale wiedziałem, że jest zainteresowana mną. Chciałem być z tobą, ale nie mogłem zniszczyć twojej kariery, bo bardzo mi na tobie zależało. Myślałem, że jeśli będę z Nataszą, odpuścisz sobie, kiedyś zapomnisz i będziesz szczęśliwa. Jednak tak nie było. Zaczęłaś chodzić z Masonem, a obok ciebie kręcił się Adrian. Byłem zazdrosny, choć nie powinienem. Dodatkowo, za każdym razem, gdy byliśmy sami, docinałaś mi z powodu wyboru. Nigdy taka dla mnie nie byłaś. Zrozumiałem jak bardzo Cię to zraniło. Tylko, że wciąż zaślepiała mnie jedna myśl. "Kiedyś będzie lepiej, to dla jej dobra." Dlatego sam byłem niemiły. Dopiero rozmowa na dachu dała mi do myślenia. Chcesz żebym był szczęśliwy, ale czy będę? Też chciałem twojego szczęścia. A mimo to, widziałem cię smutną, rozzłoszczoną, drażliwą. I wtedy do mnie dotarło, że to przeze mnie. Że tak jak ja, nie będziesz szczęśliwa po moim wyjeździe. Nie chciałem cię zostawiać, bo cię kocham.- skończył.
Słuchałam go bardzo uważnie. Poczułam szczypanie pod powiekami, ale nie chciałam się rozpłakać.
- To była jedna z najpiękniejszych rzeczy, jakie od ciebie usłyszałam.- mój głos drżał, ze wzruszenia.
- Płacz Roza.- objął mnie. Gdy tylko poczułam jego ciepło i zapach, krople same popłynęły.- To żadna oznaka słabości, jedynie uczuć. Twoje łzy szczęścia, to coś, co bym chciał widzieć codziennie. Chciałbym zamknąć je w buteleczkę i mieć zawsze przy sobie.
- Przez nikogo nigdy mi ich tyle nie wyleciało, co z twojego powodu. Nikt nie widział mnie tyle razy zapłakaną, co ty. Może nie zawsze było to szczęście, ale oznaczały moją miłość do ciebie.
- Dużo miałaś do tego powodów?- spytał patrząc mi czule w oczy.
- Najgorsze było po twojej przemianie. Możesz Lissy spytać. Christian wciąż się śmieje, że wyglądałam jak zombie. Przez pierwszy tydzień nic nie było dla mnie ważne, nie zależało mi na wyglądzie, szkole, w ogóle nie chodziłam na lekcje. I tak nie mogła bym się skupić. Bo co może być ważne, skoro zginął mój ukochany, a mieliśmy plan na wspólne życie.- znowu poczułam łzy na policzkach. Bielikow swoim zwyczajem, starł mi je kciukami, patrząc mi w oczy.- Czułam się okropnie. Jak można żyć tylko z połową serca, gdy spotkało się jego drugą połowę, a później na nowo straciło.- W oczach zobaczyłam ledwo widoczne niezrozumienie.- Kiedyś z Lissą uznałyśmy, że człowiek rodzi się z połową serca. I musi znaleźć drugą, idealnie pasującą.
- Moja czekała siedem lat na jej urodzenie, a dwadzieścia cztery na odnalezienie. Ale opłacało się. Mam wrażenie, jakbyśmy od zawsze byli dla siebie stworzeni. Nie tylko nasze dusze, ale i ciała.
- Też czuję tą jedność, za każdym razem, gdy się kochamy. Powiedz mi, co czułeś przy naszym pierwszym razie?

ROZDZIAŁ 221

- Wróciłam!- usłyszałam z przedpokoju, gdy leciały napisy końcowe.
Po chwili do salonu wparowała lekko zmoknięta Lili.
- O! Naleśniki!- rzuciła w kąt plecak i usiadła na kanapie.
- Częstuj się.- uśmiechnął się mój ukochany, przyciskając mnie mocniej do swojego boku.
Nie było trzeba jej dwa razy powtarzać. Już po chwili przed dziewczynką leżała sterta pleców, polana stropem klonowym i bitą śmietaną, posypana owocami. Zaśmiałam się, widząc jak mała walczy z jedzeniem.
- Jak było w szkole?- spytałam.
- Dobrze. Dostałam piątkę ze testu. I jestem najszybsza w klasie, a nawet szkole.- pochwaliła się między kęsami.
Poczułam w środku dumę, że to moja siostra.
- Nie jedz teraz za dużo, bo zaraz mamy trening.- upomniał Dymitr.
- Przecież następny jest wieczorem.- zdziwiła się Lili.
- No wiesz.- podniósł się z sofy i stanął naprzeciwko nas.- Skoro umiesz biegać i znasz podstawowe zasady, poćwiczymy coś trudniejszego.
- Naprawdę?!- dampirzyca nie dowierzała. Oczy miała duże jak spodki.
Zaczęła piszczeć, gdy potwierdził słowa skinieniem głowy. Ja jednak nie byłam przekonana. Jest taka młoda i delikatna. Dopiero od pół roku wie kim jest i z czym to się wiąże. Ale z drugiej strony, Bielikow jest najlepszym wojownikiem i nauczycielem. Nikt jej lepiej nie przygotuje do naszego przeznaczenia, niż on. Więc skoro uważa, że jest gotowa to znaczy, że wie co robi. Oboje wyczuli moje wahania i teraz patrzyli na mnie niepewnie, czy uzyskają aprobatę. Odkąd jesteśmy razem, strażnik liczy się z moim zdaniem, choć zapewnia mnie, że zawsze traktował nas na równi. Nie chcąc trzymać ich dłużej w niepewności pokiwałam z uśmiechem głową. Lili rzuciła się mi na szyję, dziękując i całując w policzki. Po chwili ten sam los spotkał mojego męża. Zaczęłam się śmiać z jego miny. Jako, że był dwa razy od niej wyższy, musiał ją trzymać od dołu, by nie spadła.
- No już. Wystarczy.- próbował jakoś do niej dotrzeć, ale nie do końca mu się to udało.- Liliana! Idź do pokoju, się przygotować, bo się rozmyślę.- zagroził z kamienną twarzą.
Tym razem się posłuchała i cała w skowronkach pobiegła na górę. Jesteśmy pewna, że usłyszała jego śmiech. Rosjanin przeniósł wzrok na mnie. W jego spojrzeniu znikły iskierki rozbawienia i pojawiła się wielka miłość.
- Roza, nawet nie wiesz, ile dla mnie znaczy to, że się zgodziłaś.- przytulił mnie, gdy wstałam z siedzenia.
Odwzajemniłam uścisk wdychając jego zapach. Między nami panowała cisza. Lubię takie chwile. Czasami wystarczy, że się przytulimy i cieszymy się swoja obecnością. Tyle razy mogliśmy się nawzajem stracić, że teraz o wiele mocniej wyczuwamy naszą miłość i obecność. Dymitr jak zawsze bawił się moimi włosami.
- Ja tiebia liubliu Roza
- Ja tiebia toże liubliu tovarishch.- odpowiedziałam z uśmiechem.
Po chwili się od siebie odsunęliśmy, patrząc sobie głęboko w oczy.
- Ja też pójdę się przyszykować.- oznajmił mi mąż.
- Dobrze.
Patrzyłam jak idzie do schodów. Na pierwszym stopniu odwrócił się, a ja posłałam mu buziaka. Dymitr uśmiechnął się, ale nie poszedł na górę, jak myślałam. Zamiast tego, podszedł do mnie. Niekiedy mam wrażenie, że albo od tych treningów tak szybko się porusza, albo zostało w nim coś ze strzygi. Wolałam jednak nie poruszać tego tematu. Boję się, że znowu będzie miał poczucie winy. Gdy tylko stanął naprzeciwko mnie, uniósł mój podbródek i złączył nasze usta w pocałunku. Przez te krótkie sekundy czułam, że świat przestał istnieć. Byliśmy tylko my. Nic się nie liczy. Jednak wszystko kiedyś się kończy. No oprócz miłości. Ukochany odsunął się ode mnie.
- Masz rację. Tak jest lepiej.- powiedziałam.
- Bo ja zawsze mam rację.- odpowiedział z uśmiechem, wchodząc na schody.
Szybko złapałam poduszkę i rzuciłam nią w niego. Jednak mój mąż zszedł z lini jej lotu i uderzyła w ścianę. Usłyszałam jego śmiech. Pokręciłam z uśmiechem podnieść moją broń. Gdy byłam pod schodami, poczułam silny skurcz. Zgięłam się w pół, chwytając za brzuch. Wzięłam dwa oddechy i pojawił się kolejny. Następnie spokój. Odetchnęłam głęboko, ostrożnie się wyprostowałam i weszłam po poduszkę, jakby nic się nie wydarzyło. Bo w sumie tak było. Co jakiś czas łapią mnie takie bóle. Ale poród mam zaplanowany na dziesiątego maja, czyli dwa tygodnie po przyjeździe do Rosji. Został ponad miesiąc. A jutro moje urodziny. Mam nadzieję, że będą lepsze nic rok temu. Położyłam poduszkę na swoje miejsce w chwili, gdy na dół zbiegła już przegrana Lili.
- Gdzie Dymitr?- spytała rozglądając się dookoła, jakby w każdej chwili miało zaatakować ją stado strzyg.
- Szykuje się na górze. Pomożesz mi posprzątać?- poprosiłam.
- Jasne.
Zaczęłyśmy zbierać naczynia i wkładać je do zmywarki. Naleśniki i ostałe dodatki trafiły do lodówki. Nagle usłyszałam kroki. Jednak łatwo je rozpoznałam. Mała chyba ich nie usłyszała, bo nawet na chwilę nie przerwała czynności. Nic dziwnego, że minutę później leżała na podłodze.
- Kiedy zszedłeś?- spytała zdezorientowana.
- Przed chwilą. Rose mnie zobaczyła.- odpowiedział strażnik, biorąc jabłko z koszyka na owoce.
- Jakim cudem? Nic nie było słychać.- zaprotestowała.
- Bo strażnik zawsze musi być czujny i nigdy nie powinien czuć się bezpiecznym.- wtrąciłam.- Dzięki temu wszystkie jego zmysły pracują na pełnych obrotach. Musi wszędzie widzieć potencjalne zagrożenie.
- Gdybym był strzygą, już byś nie żyła.
Mała słuchała nas z uwagą.
- Zgaduję, że o tym będzie dzisiejsza lekcja.
- Tak.- odpowiedział Rosjanin.
Razem poszliśmy do lasu. Jednak tym razem nie zaczęliśmy od rozgrzewki. Mój mąż założył dampirzycy na oczy chustę.
- Bawimy się w ciuciu-Babkę.- oznajmił, krążąc wokół niej.- Musisz mnie złapać. Znasz mniej więcej ten teren, więc odtwórz obraz w pamięci, używaj innych zmysłów. Nie zawsze będziesz wszystko widzieć. Na początku będę do ciebie mówił. Później umilknę.
Choć to wydawało się zabawą, mała podeszła do tego bardzo poważnie. Mała problem by go złapać. Najpierw bardzo pochopnie próbowała od razu go złapać. Jednak szybko zmieniła strategię. Szukała, gdzie są drzewa i uważne wsłuchiwała się w otoczenie. Zauważyła, że Bielikow chodził w kółko i przewidziała kolejny jego ruch. On też to zauważył i zmienił trasę. Wtedy zmusił ją do większego wysiłku. Musiała znaleźć wszystkie możliwość jego kolejnego ruchu i się tam znaleźć. Gdy to też jej wychodziło, trzeba było skończyć trening.
Gdy wróciliśmy do domu, Lili bardzo chciała bawić się w ogrodzie. Siedzieliśmy w domu z mężem, patrząc jak mała bawi się na powietrzu. Nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Rosjanin już zaczął wstawać, ale go powstrzymałam.
- Ty pilnuj małej. Ja otworzę.
Przez chwilę się zastanawiał, ale w końcu skinął głową. Poszłam zobaczyć kto to. W wejściu stała jakaś para. Na oko w wieku Dymitra.
- Dzień dobry.- przywitałam się z nieznajomymi.
- Dzień dobry.- odezwał się mężczyzna.- Przepraszamy, że na chodzimy tak późno, ale przyjeżdżaliśmy niedaleko i samochód nam się zepsuł. Czy możemy prosić o jakąś pomoc.
W jego głosie wyczułam Rosyjski akcent. Miał krótko przystrzyżone włosy i silną sylwetkę. Musiał dużo ćwiczyć. Dopiero teraz zauważyłam, że jest dampirem. Jednak kobieta jest człowiekiem, o długich, prostych blond włosach i piwnych oczach.
- Proszę poczekać, tylko zawołam męża.- wychyliłam się do domu.- Towarzyszu, pozwolisz tu! A wy proszę rozgośćcie się.- zaprosiłam parę do środka.
- Co się dzieje Roza...- przerwał, stając obok mnie.
Mężczyźni mierzyli się wzrokiem, jakby zobaczyli kosmitów.
- Dimka?!- zdziwił się nieznajomy.
- Siergiej?!- podobnie spytał mój ukochany. 
Po chwili uściskali się po męsku. Okazało się, że to stary przyjaciel strażnika ze szkoły. Wkrótce mężczyźni poszli sprawdzić samochód, a ja zrobiłam herbaty mi i Olivii. Żonie Siergieja. Rozmawiałyśmy dość długo. Liv wiedziałam o naszym świecie i była świadoma, że nie mogą mieć dzieci z mężem. Gdy samochód był gotowy do drogi, pożegnaliśmy się z nimi serdecznie i postanowiliśmy, że kiedyś znowu się spotkamy.

piątek, 26 sierpnia 2016

ROZDZIAŁ 220

- Jestem gruba.- uznałam, patrząc na siebie w lustrze.
- Jesteś najpiękniejszą kobietą na świecie. A najważniejsze, że moją.- ukochany objął mnie od tyłu.
- A ty mój.- uśmiechnęłam się, widząc jak słodko razem wyglądamy.- I masz tego nie zapominać.
- Wiem Roza. Nigdy bym o tym nie zapomniał.
- Pamiętasz już wszystko?- spytałam z nadzieją.
- Niestety nie.- posmutniałam. Mąż odwrócił mnie przodem do siebie.- Ale spokojnie. Minął dopiero tydzień.
- Wiem, ale widzę jak się męczysz.
- Ależ kochanie. Najważniejsze, że sobie wybaczyłem i jesteśmy razem. A wspomnienia wrócą z czasem.
- Obyś miał rację. To co dzisiaj robimy?- spytałam, gdy ukochany odsunął się ode mnie.
- Roza. Jak na kobietę w ósmym miesiącu masz za dużo energii i swobody ruchu.- westchnął, a ja się zaśmiałam.- Przecież ty nosisz w sobie dwójkę dzieci, gotowych w każdej chwili wyjść na świat, a ciągle chcesz coś robić. Ciekawy jestem czy masz to po matce? Jeśli tak, to nie chcę nawet wiedzieć, co ona robiła, gdy była w ciąży.
- Nie obchodzi mnie po kim to mam. Taka jestem, a ty nie odpowiedziałeś na moje pytanie.- oburzyłam się.
- Nie wiem. Może coś pooglądamy?- zaproponował.
- No nie wiem. Mam dosyć siedzenia w domu. Jest ciepło. Może pójdziemy na spacer?
- Rose, wiesz co o tym myślę.- Dymitr popatrzył na mnie karcąco.
- Zrobisz wszystko, aby uziemić mnie w domu?- spytałam zrezygnowana.
- Mało tego, najchętniej nie wypuściłbym cię z łóżka.
I tym o to zdaniem dał mi przewagę.
- Mi ta propozycja się podoba.- zamruczałam seksownie, podchodząc do strażnika i zarzucając mu ramiona na szyję.
- Nie o to mi cho...- przerwały mu moje usta.
Z początku nie wiedział co zrobić, ale w końcu uległ. Oddał pocałunek z podwójną siłą.
- Chyba. Nie powiesz mi. Że. Tego. Nie chcesz?- mówiłam między pocałunkami.
Szybko wziął mnie na ręce i położył delikatnie na łóżku.
- Nigdy Roza. Twoje usta i ciało, to coś, czemu nie można się oprzeć.- wysapał, kiedy pochylił się nade mną.
- To do dzieła, tygrysie.- przyciągnęłam go bliżej siebie.
Dłonią otarłam się o jego męskość, na co zamruczał zadowolony. Nasze pocałunki były raz długie i pełne nieśpiesznej miłości, a raz szybkie i gwałtowne, pokazujące pożądanie. Bielikow ściągnął ze mnie górę bielizny i zaczął ugniatać moje piersi, na co odpowiadałam cichymi jękami. Ustami schodził na moją szyję, którą lekko podgryzał. Doprowadzał mnie tym do szaleństwa.
- Dymitr...
- Roza... moja Roza.
Poczułam jego wargi na lewej piersi. Co ten człowiek ze mną robi? Z rozkoszy odchyliłam do tyłu głowę i przymknęłam oczy, mrucząc. Jego dłonie przeniosły się na moje uda i wchodziły coraz wyżej. Wyczułam w jego gestach niepewność. Nie pamiętał dokładnie każdego naszego stosunku. Nie wiedział, jak daleko zaszły nasze fantazje. Jęknęłam któryś raz z kolei, gdy zbliżał się do mojej kobiecości. Włożyłam dłonie w jego włosy. Przeczesywałam je i ciągnęłam mocniej, kiedy było mi dobrze. Każdej przyjemności, towarzyszył jęk. Największy był, gdy poczułam w sobie jego palec. Zaczął nim szybciej poruszać. Kiedy dołożył drugi, zabrało mi na sekundę umiejętność oddychania. Gdy ją odzyskałam, używałam jej w zawrotnym tempie. Przy trzecim palcu wygięłam plecy w łuk. Poruszał nimi coraz szybciej. Gdy byłam na skraju wytrzymałości, wyciągnął je ze mnie, na co jęknęłam niezadowolona. Rozśmieszyło to go.
- Ale jesteś mokra skarbie.- westchnął. 
Jednak zanim zdążyłam jakkolwiek zareagować wszedł se mnie.
- Dymitr...- sapnęłam zaskoczona.
Poruszał się coraz szybciej. Był idealny. Jakby stworzony specjalnie i jedynie dla mnie. Uwielbiałam poczucie tego doskonałego zgrania. Jak zawsze doszliśmy w tym samym czasie, krzycząc swoje imiona. Mogliśmy sobie na to pozwolić, ponieważ Lili jest w szkole. Położyłam się na rozgrzanym torsie męża, próbując unormować oddech.
- Roza jak to jest, że codziennie myślę, że nie można cię kochać mocniej i każdego dnia sprawiasz, że Kocham Cię bardziej.
- Mam tak samo, towarzyszu. To co teraz?- ponowiłam pytanie.
- Ty masz większą potrzebę ruchu ode mnie. Nie możemy tu tak miło poleżeć?
Pokręciłam przecząco głową z uśmiechem.
- Niech Ci będzie.- westchnął zrezygnowany.- Co powiesz na szybki prysznic, a później jakiś film?
- No dobra.- wiedziałam, że z tym filmem nie odpuści.
Po umyciu się (pewnie was to rozczaruje, ale między nami do niczego nie doszło :-P), strażnik zniósł mnie na dół i położył na sofie, a sam poszedł zrobić coś do jedzenia. Nie mogłam cały czas leżeć, więc podeszłam po szafki z filmami i zaczęłam ją przeszukiwać.
- Roza miałaś leżeć.- usłyszałam za plecami i się odwróciłam z dwoma filmami.
- Ale nie mogłam. Co oglądamy? Piła trzy, czy krzyk? A gdzie bita śmietana?- rzucałam pytaniami.
Oburzyłam się widząc naleśniki tylko z czekoladą. Dymitr zaśmiał
- Możemy Piłę trzy. Dawno nie oglądałem. A jeśli już coś bardzo chcesz robić, to mi pomóż znosić resztę z kuchni.
Zdziwiona, z nie małym trudem i pomocą męża wstałam z podłogi. W kuchni przywitał mnie stół zastąpiony talerzami ze świeżymi owocami, miskami z bitą śmietaną, twarogiem, półmiski z dżemami i powidłami oraz spodki z cynamonem, wiurkami czekolady, cukrem pudrem. W dzbanku najpewniej był syrop klonowy. Patrzyłam na to z szeroko otworzoną buzią.
- Zamknij usta, bo mi zachlapiesz kuchnię śliną.- ukochany minął mnie z uśmiechem.
Pospiesznie wykonałam jego polecenie, podeszłam do stołu i zabrałam ćwiartkę truskawki. Zamoczyłam ją w bitej śmietanie.
- Postarałeś się towarzyszu. Tylko powiedz mi, kto to wszystko zje?
- Damy radę.- uznał, gdy oboje szliśmy z czymś do salonu.- Pewnie dzieci są takimi samymi żarłokami co rodzice.
- Czyżbyś sugerował, że jestem gruba?- oparłam dłonie na swoich biodrach.
- Oczywiście, że nie kochanie. Jesteś najpiękniejszą kobietą na całym świecie.- objął mnie i pocałował w policzek.- Ale sama musisz przyznać, że apetytem dorównujesz dorosłemu mężczyźnie, który regularnie ćwiczy. A teraz jesteś w ciąży i to podwójnej. Więc żeby dzieci dobrze rosły, muszą dużo jeść.
Z takim argumentem trudno walczyć. Gdy wszystko zostało zniesione do salonu, usiedliśmy do filmu.