Rano napisałam do Lissy, że muszę się z nią spotkać, bez Christiana. Umówiłyśmy się o północy. Powiadają, że godzina nocy i wampirów. Zobaczymy, czy nam też będzie sprzyjać. Pojechaliśmy tam prosto po śniadaniu. Dymitr miał służbę, a nie chciał, żebym sama jechała samochodem. Lili miała okazję pozwiedzać ze mną Dwór. Właśnie chodziłyśmy po parku Anastazji Wielkiej.
- Na tym mostku staliśmy i karmiliśmy rybki. To chyba była nasza trzecia randka. - wskazałam mały mostek nas strumyczkiem. Kilka metrów dalej były w nim kamyki, po których też można było przedostać się na drugą stronę. Pokazałam je siostrze.- A gdy czułam się lepiej po postrzeganiu, próbowałam tamtędy przejść i jak to z moim szczęściem bywa, poślizgnęłam się. Gdyby nie szybka reakcja Dymitr byłabym cała mokra, a tak... oboje byliśmy mokrzy.- zaśmiałam się na to wspomnienie.
- A pamiętasz, co tutaj było?- odwróciłam się na znajomy głos. Pod rozłożystą wierzą stał Adrian.- Witajcie małe dampirzyce.- na twarzy widniał mu nieodłączny, cwany uśmieszek.
- Na twoim miejscu Iwaszkow nie chwaliłbym się tym wspomnieniem przy Dymitrze i Sydney.- ostrzegłam.
Kiedy byliśmy jeszcze parą, często z Lissą przyjeżdżaliśmy paczką na dwór. Podczas jednego z takich wyjazdów Adrian pocałował mnie pod tym drzewem.
Lili schowała się za mną. Nie była już na niego zła, za ten cyrk z przed kilku miesięcy, ale podchodziła do niego z rezerwą.
- No wiesz. Są chwile, które pamięta się do końca życia. Było nam ze sobą dobrze. Teraz wiemy, że to nie było to, ale wspomnienia zostaną dobre.- moroj wyciągnął papierosa z paczki i zapalił.
- Zwłaszcza z naszego spotkaniu na Dworze?- prychnęłam z ironią.
- Po co wspominać sobie stare grzechy. Ja nie komentuję tego, że nawet na tydzień nie można cię z tym Ruskim cepem zostawić, żebyście się nie przyssali do siebie.
- Adrian, chcesz czegoś szczególnego, czy tak o przyszedłeś popsuć mi zdrowie tym dymem.
- Co ty?! Skrzywdzić cię?! Jeszcze by moje ciało gdzieś w lesie znaleźli. Chciałem tylko się pogodzić. Mam teraz Sydney, a dzięki niej zrozumiałem co czułaś. Nasza miłość nie była taka, jaka powinna być. I teraz wiem, że nigdy by taka nie była. Ta mała ma niezłą aurę.- zdziwiła mnie zmiana tematu.- I chcę, żebyś pamiętała, że mimo wszystko, zawsze będę cię kochał. I zawsze możesz na mnie liczyć.
Już chciałam rzucić jakąś ripostę, ale wpadłam na pomysł.
- Wiesz, że nawet możesz nam pomóc?- uśmiechnęłam się cwanie.
- Mam się bać?- spytał podchodząc do mnie.
- Powinieneś. Pamiętasz Roberta?
- Tego co chce cię zabić?- spytał retorycznie, rzucając peta na trawę.
- Tak. Ten sam. No to teraz uważaj.- zrobiłam pauzę- Mamy możliwość zabicia go.
Opowiedziałam mu o wczorajszym spotkaniu z Taszą. Adrian stanął zszokowany.
- No i potrzebny nam moroj do sprawdzenia jej wiarygodności.- skończyłam.
- Rozumiem, że tym morojem mam być ja?- popatrzył na mnie z podniesioną bawią. Czemu ja tak nie umiem?
- Lissa odpada z wiadomych powodów. Mogłabym poprosić Sonię, ale ona szykuje się z Michaiłem do wyjazdu...
- Jakiego wyjazdu?- przerwał mi mrużąc oczy.
- Nie przerywaj mi. Wiesz, że tego nie lubię. Tak więc zostajesz jedynym właścicielem mocy ducha. A wy macie silny wpływ. Proszę Adrian zgódź się.- błagałam.
- No dobrze.- westchnął po chwili.- Ale tylko dlatego, że jesteś dla mnie ważna i nadal cię kocham. Wtedy myślałem, że chcesz mi tylko zamydlić oczy, jednak teraz wierzę, że mnie kochasz. Nie tak jak Bielikowa, ale kochasz.
- Dzięki.- przytuliłam go, co odwzajemnił.
- Roza?!- drgnęłam na aksamitny głos, z rosyjskim akcentem.
Z Iwaszkowem odskoczyliśmy od siebie jak poparzeni.
- To ja może już... no to pa.- moroj czym prędzej poszedł w innym kierunku, chyba sam nie wie gdzie.
Mój mąż doprowadził go wrogim spojrzeniem. Dopiero gdy zwrócił je na mnie, poczułam jego siłę. Z oczu ciskały mu błyskawice. Gdyby wzrok mógł zabić, oboje leżelibyśmy martwi.
- Dymitr to nie tak jak myślisz...- zaczęłam się tłumaczyć.
- Porozmawiamy o tym w domu Rose. Teraz powinnaś iść do królowej.
zabolało mnie to, że powiedział moje imię po angielsku. Ale chyba jednak lepiej, że nie po rosyjsku, bo tak ton tylko by mi złamał serce. Słyszałam w nim złość, gniew, urazę, niedowierzanie, zawiedzenie i załamanie. Tyle uczuć w jednym zdaniu. Muszę to z nim wyjaśnić. Jednak ma rację. Umówiłam się z Lissą.
Weszłam do pokoju sąsiadujacego z salą tronową. Po drodze Lili została zagarnięta przez jakieś tam swoje koleżanki. Od razu po przekroczeniu progu, na szyję rzuciła mi się przyjaciółka.
- Rose, tak bardzo za tobą tęskniłam.- razem usiadłyśmy na sofie.- Brakuje mi cię, przy moim boku. Przed powrotem do Akademii byłyśmy nierozłączne.
- A teraz mamy kochających nas mężczyzn. Ale też za tym tęsknię. Jak tam przygotowania do ślubu?- zmieniłam temat.
- Nawet nie wiesz jak to jest męczące. Ciągle jakieś "ale" Christiana, do tego konsultant ślubny się przystawia do wszystkich morojek na dworze, zamiast planować uroczystość. Zwolniłabym go, ale jest najlepszy w swoim fachu. No i obowiązki królowej. Na szczęście mój narzeczony odciążył mnie z paru zadań z każdego problemu, ale to i tak dużo.
- Dużo za dużo na twój stan.- zauważyłam.- Powinniście gdzieś wyjechać, a zaufani osoby wszystkiego do pilnują.
- To byłoby super, ale wolę nie zostawiać Dworu i spraw królewskich w rękach arystokracji. Ej, a słyszałaś, ze Jessie się ustatkował?
- No co ty gadasz?!- spytałam z niedowierzaniem.
- No. Rodzice chcą ożenić go z jakąś zwykłą morojką, bo ją zaciążył i nie chcą skandalu typu nie ślubne dziecko. Byli u mnie dwa tygodnie po nowym roku, prosząc o zezwolenie.
- I dałaś im?- spytałam, próbując zahamować chichot.
- Tak!- nie wytrzymałyśmy i wybuchłyśmy śmiechem. Po chwili się uspokoiłyśmy.- A teraz powiedz, czemu chciałaś się spotkać. Bo wątpię, że dzwoniłabyś taka roztrzęsiona i prosiła o dyskrecję, żeby poplotkować.
- Masz rację. Chodzi o Taszę.
- Ciocię Christiana?- otworzyła szeroko oczy.
- A znasz inną Taszę.- pokręciła głową.- wczoraj się z nią spotkaliśmy.
- Ale przecież Dymitr ją zabił.- zauważyła.
- A Robert ją ożywił. A teraz najciekawsze. Chce nam pomóc go zabić.
I powiedziałam jej o SMS-ach, wczorajszym spotkaniu i dzisiejszej rozmowie z Adrianem. Oczywiście pominęłam fragment z przytulaniem i Dymitrem.
- Co tym sądzisz?- spytałam na koniec.
- Jeśli okaże się to prawdą, trzeba zebrać od niej wszystkie informacje o Doru i zaplanować atak.- w jej oczach pojawił się błysk. Widziałam go tylko kilka razy. Zawsze gdy działał na nią mrok. Bardzo mnie to zaniepokoiło.
- Dobra. To ja muszę iść. Czeka mnie ciężka rozmowa z Dymitrem i spotkanie z Taszą.- podniosłam się z sofy i przytuliłam królową.
- A co? Pokłóciliście się?- spytała zmartwiona.
- Nie, ale zobaczył mnie z Iwaszkowem. Niby nic, ale wiesz jaki on jest.
- Rose nie oszukujmy się. Nikt na dworze nie zna go tak jak ty. Nikogo do siebie nie dopuszcza. Jak ty przedarłaś się przez ten mur w Akademii?
- No racja. Mam do niego taki talent. Miłość.- powiedziałam na progu.
Mój mąż czekał przy samochodzie. Uspokoił się trochę, ale wciąż był zły. Lili zajęła miejsce z tyłu na foteliku, a ja zapięłam pasy. Usiadłam z przodu, a Rosjanin bez słowa obok mnie, na miejscu kierowcy. Nawet na mnie nie popatrzył. Po raz pierwszy chciałam, nigdy już nie wysiadać z tej puszki.
"Nasz los od zawsze zapisany był w gwiazdach. To one poprowadziły mnie do Ciebie mimo tylu przeciwności, spójrz. Jesteśmy tu. Razem. Ty i ja Roza. Na zawsze."
środa, 6 lipca 2016
ROZDZIAŁ 182
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
wtorek, 5 lipca 2016
ROZDZIAŁ 181
Przed nami stała żywa Natasza Ozera. Osoba, która według wielu nie żyje od pół roku. I która wielokrotnie chciała nas zabić.
- Czego ty jeszcze chcesz od nas?!- krzyknęłam, bo Dymitr nie był w stanie nic powiedzieć.- To od ciebie były te SMS-y?!
Wtedy mój mąż się ocknął i przysłonił mnie własnym ciałem.
- Nie krzycz, bo wszyscy się na nas gapią, a ja nie chcę robić sensacji.- odezwała się łagodnie.- Nie chcę wam nic zrobić. Usiądźcie.- nie ruszyliśmy się.- Proszę.
Westchnęłam i usiadłam. I tak nic nam przy ludziach nie zrobi. Jednak mój obrońca nie miał zamiaru ustąpić. Pociągnęłam go za rękaw, a wtedy spojrzał na mnie. Popatrzyłam mu w oczy i usiadł. Rozumiemy się bez słów. Ale ciągle był spięty. Uważnie obserwował każdy ruch Taszy. W jej oczach dostrzegłam ból, ale i zrozumienie.
- No więc, o czym chciałaś rozmawiać?- spytałam.
- Wiem, że straciłam wasze zaufanie. Wiele razy próbowałam zniszczyć wasze życie. Zrozumiałam, że to był błąd, ale nie z własnej woli.- uciszyła mnie ruchem ręki, widząc, że chcę coś powiedzieć.- W pewnym stopniu kierowała mnie ślepa miłość, ale to wszystko przez Roberta. Użył na mnie wpływu. Jak widzicie żyję. Jestem z nim połączona pocałunkiem cienia. To jest koszmar. Przez jego mrok oszaleję. Dlatego mam dla was propozycje. Jestem jeśli ktoś się dowie, że żyję, będą chcieli mnie zabić. Chyba, że jakoś naprawię swoje błędy.
- Wiesz, że to nie będzie takie łatwe.- wtrącił się Dymitr.
- Zdaję sobie z tego sprawę, Dimka.- wzdrygnęłam się, na to jak go nazwała.- Dlatego chcę pomóc wam zabić tą szuję.
- Skąd mamy wiedzieć czy to nie pułapka?- popatrzyłam na nią podejrzliwie.
- Rose jak zawsze ostrożna. Zawsze wiedziałam, że będziesz idealną strażniczką.- lekko zmieszałam się na jej komplement.- Mam dosyć tego zarozumiałego moroja. Ma na waszym punkcie jakąś obsesję. I ta więź. Eghy... Jeśli nie chcecie go zabić, to zabicie mnie, albo zamienię się w strzygę. Chcę tylko na nowo móc normalnie żyć. Wyprowadzę się, gdzieś daleko. Nie będę już więcej wtrącać się w wasze życie. Nie będę nikogo męczyć. Możecie przyprowadzić jakiegoś moroja i użyć na mnie wpływu, żeby dowiedzieć się czy mówię prawdę. Tylko błagam pomóżcie mi.- patrzyła na nas z błaganiem.
- Zgoda.- odpowiedziałam pewnie. Oboje spojrzeli na niego jak na wariatkę.- Jutro o tej samej porze, będziemy z morojem.
- Dobrze.- zgodziła się. Po chwili popatrzyła na nasze dłonie. Nawet nie zauważyłam kiedy się złączyły.- Tak pięknie za sobą wyglądacie. Tak bardzo was przepraszam, za to co zrobiłam. Wiem, że żadne słowa mnie nie usprawiedliwią, ale sami wiecie, że z miłości robi się głupie rzeczy.- smutna spuściła wzrok na swoje ręce.
Zrobiło mi się jej żal. Fakt, zrobiła źle, ale po prostu niedobrze trafiła z uczuciami. Wychyliłam się i złapałam ją za dłoń. Kiedy popatrzyła na mnie, uśmiechnęłam się. W jej oczach było zdziwienie i nadzieja.
- Jestem pewna, że kiedyś znajdziesz kogoś, kto pokocha cię równie mocno, jak Dymitr mnie.
- Dziękuję.- uścisnęła moją dłoń z nieśmiałym uśmiechem.
Dymitr obserwował każdy nasz ruch. Bardzo zdziwiło go moje zachowanie.
- Jeśli to wszystko, to może my już pójdziemy.- powiedział chłodno.
- Oczywiście. Nie będę was zatrzymywać. Tylko mam pytanie. Co u Christiana? Tak dawno go nie widziałem.
No tak. On też myśli, że jego ciocia została stracona. No to będzie miał niespodziankę.
- Christian ma się dobrze. Będzie ojcem, a później mężem królowej.- Dymitr już trochę odpuścił morojce.
- Och! To cudownie. Jestem z niego dumna. Mimo tego, jakich miał rodziców, doszedł tak daleko.
- Tak to prawda.- odpowiedział.- To do zobaczenia jutro. Tylko, żeby to nie było jakieś oszustwo.
- Oczywiście. Jestem wam bardzo wdzięczna za tą szanse.
Wyszliśmy z restauracji i wsiedliśmy do auta.
- W domu musimy porozmawiać Rose.- ton męża nie wskazywał na nic dobrego.
Popatrzyła na niego zdziwiona, ale nic nie powiedziałam.
W domu od razu poszłam się myć. To nie tak, że boję się tej rozmowy. Po prostu wolę ją jak najbardziej przedłużać.
Jednak gdy wyszłam z łazienki, wiedziałam, że mój czas się skończył. Bielikow stał przy drzwiach z rękoma skrzyżowanymi na piersi i patrząc na mnie ostro.
- Rose, o to miało być?- spytał.
- To znaczy?- próbowałam udawać, że nie wiem,
o czym mówi.
- Nie wiem, czy pamiętasz, ale Tasza próbowała cię dwa razy zabić.
- Ale to twoja przyjaciółka. I każdy zasługuje na szansę.
- Była moją przyjaciółką.
- I przez chwilę była kimś więcej.- odgryzłam się siadając na łóżku.
Wzrok mojego ukochanego złagodniał. Rosjanin podszedł do mnie i ukląkł chwytając mnie za twarz.
- Nie. Ty jesteś, byłaś i będziesz dla mnie kimś więcej. A ona nigdy. Ona chciała cię zabić.
- Chciała dobrze. Nie myślała... sam wiesz, że miłość namawia nas na różne rzeczy.
- Od kiedy ty jej bronisz.- wyprostował się i zaczął chodzić w tą i z powrotem.- A jeśli to pułapka?
- Jak nie sprawdzimy, to się nie dowiemy. To może być jedyna szansa na pozbycie się Roberta. Chcesz, żeby w końcu kogoś z nas zabił? Najpewniej byłabym to ja. Chcesz tego?
Dymitr zatrzymał się i podrapał po karku.
- Nie, nigdy. I dlatego nie powinniśmy ufać Taszy.
- Czemu nie dasz jej szansy?
- Bo prawie przez nią straciłem to, co dla mnie najważniejsze.- popatrzył na mnie z miłością.
- Ale jeśli nie spróbujemy pokonać Doru, możesz na prawdę nas stracić. Wiesz, że mu zależy na zemście. A Tasza che od tego uciec. Jak okaże się nie warta zaufania, zdradzi nas, można ją zabić.
Mój ukochany chwilę się zastanawiał, po czym podszedł do mnie i pocałował namiętnie. Nie wiele myśląc, oddałam pocałunek. Kiedy oderwaliśmy się od siebie, dyszeliśmy ciężko.
- Dobrze Roza.- wychrypiał.- Jutro wszystko się okaże. A teraz idę się kąpać.- odsunął się i skierował do łazienki. Położyłam się na łóżku i czekałam na niego. Gdy wrócił znowu mnie pocałował. Oplotłam dłońmi jego kark i pociągnęłam na siebie. Trochę się zdziwił. Usiadł na mnie okrakiem i na nowo zatopił się w moich ustach. Powoli się rozbieraliśmy, pobudzając swoje zmysły. Gdy oboje byliśmy nadzy, wszedł we mnie. To była czysta rozkosz. Za to kocham każdy dzień z nim. Za samą możliwość przebywania w jego obecności. Gdy oboje doszliśmy, Bielikow przytulił mnie i przykrył nas kołdrą.
- Dobranoc Roza.- szepnął.
- Kocham Cię towarzyszu.- pożegnałam go.
Czułam, że się uśmiechnął. W odpowiedzi cmoknął mój kark i odpłynęliśmy do krainy snów.
- Czego ty jeszcze chcesz od nas?!- krzyknęłam, bo Dymitr nie był w stanie nic powiedzieć.- To od ciebie były te SMS-y?!
Wtedy mój mąż się ocknął i przysłonił mnie własnym ciałem.
- Nie krzycz, bo wszyscy się na nas gapią, a ja nie chcę robić sensacji.- odezwała się łagodnie.- Nie chcę wam nic zrobić. Usiądźcie.- nie ruszyliśmy się.- Proszę.
Westchnęłam i usiadłam. I tak nic nam przy ludziach nie zrobi. Jednak mój obrońca nie miał zamiaru ustąpić. Pociągnęłam go za rękaw, a wtedy spojrzał na mnie. Popatrzyłam mu w oczy i usiadł. Rozumiemy się bez słów. Ale ciągle był spięty. Uważnie obserwował każdy ruch Taszy. W jej oczach dostrzegłam ból, ale i zrozumienie.
- No więc, o czym chciałaś rozmawiać?- spytałam.
- Wiem, że straciłam wasze zaufanie. Wiele razy próbowałam zniszczyć wasze życie. Zrozumiałam, że to był błąd, ale nie z własnej woli.- uciszyła mnie ruchem ręki, widząc, że chcę coś powiedzieć.- W pewnym stopniu kierowała mnie ślepa miłość, ale to wszystko przez Roberta. Użył na mnie wpływu. Jak widzicie żyję. Jestem z nim połączona pocałunkiem cienia. To jest koszmar. Przez jego mrok oszaleję. Dlatego mam dla was propozycje. Jestem jeśli ktoś się dowie, że żyję, będą chcieli mnie zabić. Chyba, że jakoś naprawię swoje błędy.
- Wiesz, że to nie będzie takie łatwe.- wtrącił się Dymitr.
- Zdaję sobie z tego sprawę, Dimka.- wzdrygnęłam się, na to jak go nazwała.- Dlatego chcę pomóc wam zabić tą szuję.
- Skąd mamy wiedzieć czy to nie pułapka?- popatrzyłam na nią podejrzliwie.
- Rose jak zawsze ostrożna. Zawsze wiedziałam, że będziesz idealną strażniczką.- lekko zmieszałam się na jej komplement.- Mam dosyć tego zarozumiałego moroja. Ma na waszym punkcie jakąś obsesję. I ta więź. Eghy... Jeśli nie chcecie go zabić, to zabicie mnie, albo zamienię się w strzygę. Chcę tylko na nowo móc normalnie żyć. Wyprowadzę się, gdzieś daleko. Nie będę już więcej wtrącać się w wasze życie. Nie będę nikogo męczyć. Możecie przyprowadzić jakiegoś moroja i użyć na mnie wpływu, żeby dowiedzieć się czy mówię prawdę. Tylko błagam pomóżcie mi.- patrzyła na nas z błaganiem.
- Zgoda.- odpowiedziałam pewnie. Oboje spojrzeli na niego jak na wariatkę.- Jutro o tej samej porze, będziemy z morojem.
- Dobrze.- zgodziła się. Po chwili popatrzyła na nasze dłonie. Nawet nie zauważyłam kiedy się złączyły.- Tak pięknie za sobą wyglądacie. Tak bardzo was przepraszam, za to co zrobiłam. Wiem, że żadne słowa mnie nie usprawiedliwią, ale sami wiecie, że z miłości robi się głupie rzeczy.- smutna spuściła wzrok na swoje ręce.
Zrobiło mi się jej żal. Fakt, zrobiła źle, ale po prostu niedobrze trafiła z uczuciami. Wychyliłam się i złapałam ją za dłoń. Kiedy popatrzyła na mnie, uśmiechnęłam się. W jej oczach było zdziwienie i nadzieja.
- Jestem pewna, że kiedyś znajdziesz kogoś, kto pokocha cię równie mocno, jak Dymitr mnie.
- Dziękuję.- uścisnęła moją dłoń z nieśmiałym uśmiechem.
Dymitr obserwował każdy nasz ruch. Bardzo zdziwiło go moje zachowanie.
- Jeśli to wszystko, to może my już pójdziemy.- powiedział chłodno.
- Oczywiście. Nie będę was zatrzymywać. Tylko mam pytanie. Co u Christiana? Tak dawno go nie widziałem.
No tak. On też myśli, że jego ciocia została stracona. No to będzie miał niespodziankę.
- Christian ma się dobrze. Będzie ojcem, a później mężem królowej.- Dymitr już trochę odpuścił morojce.
- Och! To cudownie. Jestem z niego dumna. Mimo tego, jakich miał rodziców, doszedł tak daleko.
- Tak to prawda.- odpowiedział.- To do zobaczenia jutro. Tylko, żeby to nie było jakieś oszustwo.
- Oczywiście. Jestem wam bardzo wdzięczna za tą szanse.
Wyszliśmy z restauracji i wsiedliśmy do auta.
- W domu musimy porozmawiać Rose.- ton męża nie wskazywał na nic dobrego.
Popatrzyła na niego zdziwiona, ale nic nie powiedziałam.
W domu od razu poszłam się myć. To nie tak, że boję się tej rozmowy. Po prostu wolę ją jak najbardziej przedłużać.
Jednak gdy wyszłam z łazienki, wiedziałam, że mój czas się skończył. Bielikow stał przy drzwiach z rękoma skrzyżowanymi na piersi i patrząc na mnie ostro.
- Rose, o to miało być?- spytał.
- To znaczy?- próbowałam udawać, że nie wiem,
o czym mówi.
- Nie wiem, czy pamiętasz, ale Tasza próbowała cię dwa razy zabić.
- Ale to twoja przyjaciółka. I każdy zasługuje na szansę.
- Była moją przyjaciółką.
- I przez chwilę była kimś więcej.- odgryzłam się siadając na łóżku.
Wzrok mojego ukochanego złagodniał. Rosjanin podszedł do mnie i ukląkł chwytając mnie za twarz.
- Nie. Ty jesteś, byłaś i będziesz dla mnie kimś więcej. A ona nigdy. Ona chciała cię zabić.
- Chciała dobrze. Nie myślała... sam wiesz, że miłość namawia nas na różne rzeczy.
- Od kiedy ty jej bronisz.- wyprostował się i zaczął chodzić w tą i z powrotem.- A jeśli to pułapka?
- Jak nie sprawdzimy, to się nie dowiemy. To może być jedyna szansa na pozbycie się Roberta. Chcesz, żeby w końcu kogoś z nas zabił? Najpewniej byłabym to ja. Chcesz tego?
Dymitr zatrzymał się i podrapał po karku.
- Nie, nigdy. I dlatego nie powinniśmy ufać Taszy.
- Czemu nie dasz jej szansy?
- Bo prawie przez nią straciłem to, co dla mnie najważniejsze.- popatrzył na mnie z miłością.
- Ale jeśli nie spróbujemy pokonać Doru, możesz na prawdę nas stracić. Wiesz, że mu zależy na zemście. A Tasza che od tego uciec. Jak okaże się nie warta zaufania, zdradzi nas, można ją zabić.
Mój ukochany chwilę się zastanawiał, po czym podszedł do mnie i pocałował namiętnie. Nie wiele myśląc, oddałam pocałunek. Kiedy oderwaliśmy się od siebie, dyszeliśmy ciężko.
- Dobrze Roza.- wychrypiał.- Jutro wszystko się okaże. A teraz idę się kąpać.- odsunął się i skierował do łazienki. Położyłam się na łóżku i czekałam na niego. Gdy wrócił znowu mnie pocałował. Oplotłam dłońmi jego kark i pociągnęłam na siebie. Trochę się zdziwił. Usiadł na mnie okrakiem i na nowo zatopił się w moich ustach. Powoli się rozbieraliśmy, pobudzając swoje zmysły. Gdy oboje byliśmy nadzy, wszedł we mnie. To była czysta rozkosz. Za to kocham każdy dzień z nim. Za samą możliwość przebywania w jego obecności. Gdy oboje doszliśmy, Bielikow przytulił mnie i przykrył nas kołdrą.
- Dobranoc Roza.- szepnął.
- Kocham Cię towarzyszu.- pożegnałam go.
Czułam, że się uśmiechnął. W odpowiedzi cmoknął mój kark i odpłynęliśmy do krainy snów.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
poniedziałek, 4 lipca 2016
ROZDZIAŁ 180
Gdy wróciliśmy do domu, a Lili poszła się wykąpać, pokazałam mężowi wiadomości.
- Boję się, czy to nie pułapka.- podzieliłam się z nim swoimi obawami.
- Nie dowiemy się, jeśli nie pojadę.- stwierdził.
- Pojedziemy.- powiedziałam dobitnie.
- Roza, to jest zbyt ryzykowne i niebezpieczne. Nie możesz jechać.- starał się mnie przekonać.
- Mogę i pojadę. Dymitr zrozum, że chcę mieć to za sobą, a to jest sprawa, o którą szybciej się pokłócimy niż ulegnę. A bardzo nie lubię się z tobą kłócić.
- Ale pomyśl o dzieciach.
- Nie możesz zawsze zasłaniać się dziećmi.- podniosłam głos. Chciałam coś jeszcze powiedzieć, ale w drzwiach pojawiła się moja siostra.
- Pożegnacie mnie?- spytała niepewnie.
- Oczywiście.- uśmiechnęłam się. Przy niej zawsze poprawia mi się humor. Emanuje niezwykłą energią.
Poszliśmy do niej w trochę krępującej ciszy. Nie lubię, gdy taka jest między mną a strażnikiem.
W pokoju brunetka wgramoliła się do łóżka. Okryłam ją starannie kołdrą z każdej strony, żeby nie zmarzła i pocałowałam w czółko.
- Dobranoc słoneczko.
- Mama tak mnie zawsze żegnała.- uśmiechnęła się smutno.
- To dobrze, zachowaj ją w pamięci na zawsze.-pogłaskałam ją po główce.
- Zachowam.- tym razem jej uśmiech był trochę wyraźniejszy.- Czy ty i Dymitr się kłócicie?
- Nie. Mamy odmienne zdania na pewien temat. Ale jeśli on dalej będzie taki uparty, to możliwe, że się pokłócimy.
- Słyszałem Roza.- w głosie ukochanego przebijała się nuta rozbawiania.
Lili zachichotała, kiedy się skrzywiłam.
- No to teraz czeka nas rozmowa. Ale nie przejmuj się- szepnęłam jej na ucho.- Jakoś go udobrucham.
Mała pocałowała mnie w policzek.
- Dobranoc Rose.- powiedziała.
- Śpij dobrze.
Wstałam i tym razem Bielikow przysiadł na łóżku.
- Dobranoc wojowniczko.- cmoknął jej czoło.
- Dobranoc Dymitr. I daj się udobruchać Rose, bo to nie ładnie się kłócić i być takim upartym.
Nie mogłam wytrzymać i parsknęłam śmiechem. Mogłabym się założyć, że na twarzy strażnika pojawił się uśmiech.
- Uważaj ty mała złośnico.- poczochrał brunetce włosy, na co się zaśmiała.- Bo na następnym treningu będzie jeszcze ciężej.
- Już nic nie mówię.- zrobiła gest zasuwania ust na zamek i dając szwagrowi szybkiego całusa w policzek, położyła się i zaczęła udawać, że śpi.
- Słodkich snów.- pogłaskał ją po boku odkrytym kołdrą, po czym wyszedł.
Zgasiłam światło i poszłam za mężem. On zszedł na dół i zaczął się ubierać. Ja zrobiłam to samo. Jednak gdy to zauważył, zgromił mnie spojrzeniem.
- Rose ty zostajesz.- powiedział oficjalnym tonem, którego nie lubię u niego.
- Dymitr nie puszczę cię tam samego. Jadę z tobą.
- Nie.
- Tak. Z jakiegoś powodu ta osoba napisała do mnie. PRZYJEDŹ.
- Ale zaznaczyła, że z mężem. Czyli, że chce widzieć mnie.
- Gdyby chciała spotkać tylko ciebie, nie pisałaby do mnie.
- Może nie znalazła do mnie telefonu.- Dymitr bronił się nieudolnie.
- Umiała znaleźć mój, a twojego nie?- skrzyżowałam ręce na piersi, patrząc na niego z politowaniem.
- Bywa.
Wyczułam swoją przewagę i postanowiłam zakończyć tą bezsensowną dyskusję, graniczącą z kłótnią. Podeszłam do ukochanego i położyłam dłonie na jego torsie. Poczułam jak zadrżał i chwycił mnie za nadgarstki, ale nie odsunął moich rąk. Spojrzałam mu głęboko w oczy.
- Jesteś najlepszym strażnikiem, - zaczęłam.- jak nikt szanujesz prawa i obowiązki. Starasz się o bezpieczeństwo i szczęście najbliższych. Wiem, że zawsze mogę na ciebie liczyć. I wiem, że zawsze mnie obrobisz. Dlatego proszę zabierz mnie ze sobą, a w razie czego obroń mnie.
Strażnik westchnął ciężko, przejechał dłonią po karku, druga łapiąc się za bok. Następnie wziął mnie na ręce, poszedł do salonu, usiadł na fotelu i posadził mnie sobie na kolanach, przyciągając bliżej do siebie. A cha! Zapowiada się dłuższą rozmowa. Oddałam uścisk. Chwilę siedzieliśmy w ciszy, podczas której mąż wtulił głowę zagłębienie mojej szyi, zaciągając się zapachem moich włosów.
- Właśnie tego boję się najbardziej, Roza.-odezwał się w końcu.- Że w razie czego, nie dam rady cię obronić.
- Ja w cienie wierzę.- powiedziałam, całując go w szyję.
- A jeśli znowu przegram? Tak jak w domu Galiny? Za bardzo Cię kocham, żeby pozwolić ci zginąć.
- Mieliśmy o tym porozmawiać. Wiem, czemu wtedy przegrałeś.- zaskoczony oderwał się ode mnie.- Poddałeś się, ponieważ czułeś, że mnie zawiodłeś. Robert obudził w tobie wspomnienia, przez co uważałeś, że nie zasługujesz na mnie. Ale jest w prost przeciwnie. Musisz walczyć. Dla mnie. Dla naszych dzieci dla Lili, dla nas wszystkich i siebie samego. Bo moje życie bez ciebie już nic nie znaczy.
Patrzył na mnie tak czule, z miłością, wdzięcznością.
- Kocham Cię Roza.- powiedział, a sekundę później nasze usta złączyły się w namiętnym pocałunku, wyrażającym naszą cała miłość. Powoli smakowałam słodyczy jego warg.
Koniec końców, razem poszliśmy na spotkanie. Był ludzki dzień, więc w restauracji było kilka osób. Zajęliśmy miejsca przy oknie. Trochę się denerwowałam.
- Nie martw się.- próbował uspokoić mnie ukochany.- Przy ludziach nie zrobi nam krzywdy.
- Po za tym jest dzień, więc strzygi nie będą, a strażników będziesz umiał powalić, jak wtedy, gdy przyszli mnie aresztować.
- Czyli teoretycznie jesteśmy bezpieczni.-stwierdził.
Po kilku minutach do naszego stolika podeszła zakapturzona postać. Jej strój kojarzył mi się z magami z różnych filmów. Szary płaszcz do ziemi, z szerokimi rękawami i kapturem o kształcie stożka, całkowicie zasłaniająca twarz. Dymitr od razu się spiął. Oboje wstaliśmy, a on jakby próbował zasłonić mnie ciałem. Nasz towarzysz złapał dłońmi za brzeg kaptura. Miał niesamowicie bladą skórę. Skoro się nie spalił musiał być morojem. Odrzucił kaptur na plecy
- O ja pierdolę!- opadłam na siedzenie jednak po chwili stanęłam ba równe nogi.
Za to Dymitrowi odjęło mowę. Przed nami stała osoba, której nie spodziewałam się zobaczyć, aż do śmierci. Czarne włosy okalały twarz z bladoniebieskimi oczami.
- Tak, to ja Dimka.- kiedy się uśmiechnęła, jej blizna na policzku zafalowała.
- Boję się, czy to nie pułapka.- podzieliłam się z nim swoimi obawami.
- Nie dowiemy się, jeśli nie pojadę.- stwierdził.
- Pojedziemy.- powiedziałam dobitnie.
- Roza, to jest zbyt ryzykowne i niebezpieczne. Nie możesz jechać.- starał się mnie przekonać.
- Mogę i pojadę. Dymitr zrozum, że chcę mieć to za sobą, a to jest sprawa, o którą szybciej się pokłócimy niż ulegnę. A bardzo nie lubię się z tobą kłócić.
- Ale pomyśl o dzieciach.
- Nie możesz zawsze zasłaniać się dziećmi.- podniosłam głos. Chciałam coś jeszcze powiedzieć, ale w drzwiach pojawiła się moja siostra.
- Pożegnacie mnie?- spytała niepewnie.
- Oczywiście.- uśmiechnęłam się. Przy niej zawsze poprawia mi się humor. Emanuje niezwykłą energią.
Poszliśmy do niej w trochę krępującej ciszy. Nie lubię, gdy taka jest między mną a strażnikiem.
W pokoju brunetka wgramoliła się do łóżka. Okryłam ją starannie kołdrą z każdej strony, żeby nie zmarzła i pocałowałam w czółko.
- Dobranoc słoneczko.
- Mama tak mnie zawsze żegnała.- uśmiechnęła się smutno.
- To dobrze, zachowaj ją w pamięci na zawsze.-pogłaskałam ją po główce.
- Zachowam.- tym razem jej uśmiech był trochę wyraźniejszy.- Czy ty i Dymitr się kłócicie?
- Nie. Mamy odmienne zdania na pewien temat. Ale jeśli on dalej będzie taki uparty, to możliwe, że się pokłócimy.
- Słyszałem Roza.- w głosie ukochanego przebijała się nuta rozbawiania.
Lili zachichotała, kiedy się skrzywiłam.
- No to teraz czeka nas rozmowa. Ale nie przejmuj się- szepnęłam jej na ucho.- Jakoś go udobrucham.
Mała pocałowała mnie w policzek.
- Dobranoc Rose.- powiedziała.
- Śpij dobrze.
Wstałam i tym razem Bielikow przysiadł na łóżku.
- Dobranoc wojowniczko.- cmoknął jej czoło.
- Dobranoc Dymitr. I daj się udobruchać Rose, bo to nie ładnie się kłócić i być takim upartym.
Nie mogłam wytrzymać i parsknęłam śmiechem. Mogłabym się założyć, że na twarzy strażnika pojawił się uśmiech.
- Uważaj ty mała złośnico.- poczochrał brunetce włosy, na co się zaśmiała.- Bo na następnym treningu będzie jeszcze ciężej.
- Już nic nie mówię.- zrobiła gest zasuwania ust na zamek i dając szwagrowi szybkiego całusa w policzek, położyła się i zaczęła udawać, że śpi.
- Słodkich snów.- pogłaskał ją po boku odkrytym kołdrą, po czym wyszedł.
Zgasiłam światło i poszłam za mężem. On zszedł na dół i zaczął się ubierać. Ja zrobiłam to samo. Jednak gdy to zauważył, zgromił mnie spojrzeniem.
- Rose ty zostajesz.- powiedział oficjalnym tonem, którego nie lubię u niego.
- Dymitr nie puszczę cię tam samego. Jadę z tobą.
- Nie.
- Tak. Z jakiegoś powodu ta osoba napisała do mnie. PRZYJEDŹ.
- Ale zaznaczyła, że z mężem. Czyli, że chce widzieć mnie.
- Gdyby chciała spotkać tylko ciebie, nie pisałaby do mnie.
- Może nie znalazła do mnie telefonu.- Dymitr bronił się nieudolnie.
- Umiała znaleźć mój, a twojego nie?- skrzyżowałam ręce na piersi, patrząc na niego z politowaniem.
- Bywa.
Wyczułam swoją przewagę i postanowiłam zakończyć tą bezsensowną dyskusję, graniczącą z kłótnią. Podeszłam do ukochanego i położyłam dłonie na jego torsie. Poczułam jak zadrżał i chwycił mnie za nadgarstki, ale nie odsunął moich rąk. Spojrzałam mu głęboko w oczy.
- Jesteś najlepszym strażnikiem, - zaczęłam.- jak nikt szanujesz prawa i obowiązki. Starasz się o bezpieczeństwo i szczęście najbliższych. Wiem, że zawsze mogę na ciebie liczyć. I wiem, że zawsze mnie obrobisz. Dlatego proszę zabierz mnie ze sobą, a w razie czego obroń mnie.
Strażnik westchnął ciężko, przejechał dłonią po karku, druga łapiąc się za bok. Następnie wziął mnie na ręce, poszedł do salonu, usiadł na fotelu i posadził mnie sobie na kolanach, przyciągając bliżej do siebie. A cha! Zapowiada się dłuższą rozmowa. Oddałam uścisk. Chwilę siedzieliśmy w ciszy, podczas której mąż wtulił głowę zagłębienie mojej szyi, zaciągając się zapachem moich włosów.
- Właśnie tego boję się najbardziej, Roza.-odezwał się w końcu.- Że w razie czego, nie dam rady cię obronić.
- Ja w cienie wierzę.- powiedziałam, całując go w szyję.
- A jeśli znowu przegram? Tak jak w domu Galiny? Za bardzo Cię kocham, żeby pozwolić ci zginąć.
- Mieliśmy o tym porozmawiać. Wiem, czemu wtedy przegrałeś.- zaskoczony oderwał się ode mnie.- Poddałeś się, ponieważ czułeś, że mnie zawiodłeś. Robert obudził w tobie wspomnienia, przez co uważałeś, że nie zasługujesz na mnie. Ale jest w prost przeciwnie. Musisz walczyć. Dla mnie. Dla naszych dzieci dla Lili, dla nas wszystkich i siebie samego. Bo moje życie bez ciebie już nic nie znaczy.
Patrzył na mnie tak czule, z miłością, wdzięcznością.
- Kocham Cię Roza.- powiedział, a sekundę później nasze usta złączyły się w namiętnym pocałunku, wyrażającym naszą cała miłość. Powoli smakowałam słodyczy jego warg.
Koniec końców, razem poszliśmy na spotkanie. Był ludzki dzień, więc w restauracji było kilka osób. Zajęliśmy miejsca przy oknie. Trochę się denerwowałam.
- Nie martw się.- próbował uspokoić mnie ukochany.- Przy ludziach nie zrobi nam krzywdy.
- Po za tym jest dzień, więc strzygi nie będą, a strażników będziesz umiał powalić, jak wtedy, gdy przyszli mnie aresztować.
- Czyli teoretycznie jesteśmy bezpieczni.-stwierdził.
Po kilku minutach do naszego stolika podeszła zakapturzona postać. Jej strój kojarzył mi się z magami z różnych filmów. Szary płaszcz do ziemi, z szerokimi rękawami i kapturem o kształcie stożka, całkowicie zasłaniająca twarz. Dymitr od razu się spiął. Oboje wstaliśmy, a on jakby próbował zasłonić mnie ciałem. Nasz towarzysz złapał dłońmi za brzeg kaptura. Miał niesamowicie bladą skórę. Skoro się nie spalił musiał być morojem. Odrzucił kaptur na plecy
- O ja pierdolę!- opadłam na siedzenie jednak po chwili stanęłam ba równe nogi.
Za to Dymitrowi odjęło mowę. Przed nami stała osoba, której nie spodziewałam się zobaczyć, aż do śmierci. Czarne włosy okalały twarz z bladoniebieskimi oczami.
- Tak, to ja Dimka.- kiedy się uśmiechnęła, jej blizna na policzku zafalowała.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
ROZDZIAŁ 179
Początek lutego. Właśnie wracam z mężem od ginekologa.
- Nie mogę się doczekać, aż będę ojcem Roza. Te dzieci są wspaniałe. Widziałaś te ich małe rączki i nóżki.- mój ukochany strasznie się ekscytował. Jeszcze nigdy go takiego nie widziałam. Przyjemny widok. Może nie tak, jak Bielikow w samych bokserkach przy lodówce, ale też miły.
- Widziałam towarzyszu, widziałam.- westchnęłam szczęśliwa.
- Pomyśl, że za trzy miesiące będziemy odpowiedzialni za życie dwóch małych istotek, które pewnego dnia powiedzą do mnie "tata", a do ciebie "mama".-szczerze rozbawił mnie ten nowy Dymitr. Dobrze, że nie jedziemy samochodem.- Kochanie, proszę pokaż mi jeszcze raz to zdjęcie.
- Chyba już wiem co będzie w tej jednej jedynej ramce, co nam została.- zachichotałam, wyciągając z torebki wydruk z USG i podając go mężowi.
- Sama nie pozwoliłaś mi wsadzić do niej jedyne pasujące zdjęcie.- jak zaczarowany przyglądał się kartce z każdej strony.- Ale to będzie pasować idealnie.
Tak zachwycał się, póki nie zatrzymaliśmy się przed mieszkaniem Soni i Michaiła. To u nich zostawiliśmy Lili na czas badania. Zapukałam. Po chwili drzwi otworzyła nam pani domu.
- Rose, Dymitr!- uśmiechnęła się i zrobiła nam przejście.- Jak badania?
- Normalnie. Jak zwykle podstawowe pytania o samopoczucie i zdjęcie USG.- odpowiedziałam wchodząc do domu.
- Chcecie kawy, albo herbatę.- spytała morojka.
- Nie trzeba. My tylko po Lili i wracamy.- odezwał się Dymitr.
- Zostańcie. Gdzie wam się tak spieszy?- w drzwiach pojawił się Michaił.
- No właśnie. Zostańcie, pogadamy.- wciąż nalegała jego żona.
Tak, Sonia i Michaił są małżeństwem. Wzięli ślub w listopadzie. I zapowiada się, że coraz więcej par zostanie zaobrączkowanych. Jeszcze Lissa i Christian, moi rodzice, może w końcu Sydney i Adrian, no i pary dampirów. Od kiedy nie jest to zakazane, robi się mały bałagan z przydziałami, ale dajemy sobie radę. Nawet nieźle zostało to przyjęte, jak na gburów szanujących odwieczne tradycje. Największe gadanie było po naszym ślubie. My to rozpoczęliśmy i daliśmy odwagę innym. Podobno królowa podczas naszego miesiąca miodowe dostała ze sto próśb o zatwierdzenie związku małżeńskiego. A to znowu świadczy o tym ile było potajemnych romansów między strażnikami.
W końcu zgodziliśmy się trochę zostać. Rozmawialiśmy przez dwie godziny. Moja siostra przez ten czas bawiła się z Kate, siostrzenicą strażnik. Przyjechała do wujka na ferie. Sonia poczęstowała nas pysznym ciastem marchewkowym. Wartości dodał mu fakt, że sama hoduje warzywa.
- Chcielibyśmy wam coś powiedzieć.- zaczął Michaił.
- O co chodzi?- spytałam nie wiedząc, czego się spodziewać.
- Postanowiłam wrócić do Akademii św. Władimira jako nauczycielka.- Sonia aż promieniała radością, mówiąc nam o tym.
A mnie zamurowało. Pogratulowaliśmy im, że zostali przyjęci. Chcieliśmy zostać jednak musieliśmy już wracać. Dymitr obiecał Lili jeszcze jeden trening dzisiaj. Mają je codziennie od jej powrotu z rezydencji moich Pożegnaliśmy się z przyjaciółmi i ruszyliśmy do garażu. Po chwili już wyjechaliśmy z Dworu.
- A jak urodzą się wasze dzieci, to ja będę ciocią.- bardziej stwierdziła, niż zapytała Lili.
- Tak.- odpowiedział mój mąż.
Już oswoił się z myślą, że na zdjęciu są nasze dzieci, ale zostaje przy tym, że ma ono trafić do jego portfela. A drugie na ścianę w oprawkę. Ma szczęście, że mamy drugie.
- A skąd się biorą dzieci?- na jej pytanie od razu się spięłam. Nagle mała wybuchła śmiechem.- Żartowałam. Mama już mi to tłumaczyła. Gdybyście widzieli swoje miny.
Nie przestawała się śmiać. Samochód zaczął przyspieszać, tak że wbiło mnie w fotel, a później zatrzymał się z piskiem. Mi się podobało, ale mina Lili wyrażała szczery strach. Po sekundzie razem z mężem zaśmialiśmy się. Dalej jechaliśmy spokojnie, choć mała była na nas obrażona.
W domu zjedliśmy kolację i poszliśmy na trening. Lubiłam na to patrzeć, po za tym miałam czynny udział, jako tłumacz strażnika. Ale raniło mnie, że dama nie mogę rzucić się w wir walki. Brakuje mi tej adrenaliny i zmęczenia. To też były jedyne chwile sam na sam z Dymitrem w akademii. I to właśnie podczas tych chwil rozwijała się nasza miłość. Tęsknię za tamtym okresem. Wszystko było takie łatwe i mieliśmy pewność, że strażnicy nas obronią. Tu jesteśmy zdani na siebie samych. Ale nie narzekam. Spełniły się moje najskrytsze marzenia. Żyję w miłości ze swoim ukochanym, mimo przeciwności losu i zostanę strażniczką Lissy.
Wracając, nasze treningi odbywają się w lesie. Nawet trasa do biegania jest już wydeptana. Po pół godzinnym biegu i części teoretycznej, Lili i Bielikow przeszli do części praktycznej. Na razie wyglądało to tak, że mała bije go jak popadnie, a on daje jej rady, których i tak nie słucha lub nie stosuje. To jest bardzo zabawne, ale i trochę utrudnia pracę Dymitrowi. Ciekawe czy skoro dał sobie radę ze mną, to ona doprowadzi w końcu do upadku jego reputacji najlepszego nauczyciela.
Nagle usłyszałam dźwięk przychodzącej wiadomości. Zanim odebrałam ją, pojawiła się druga. Od tej samej osoby. W pierwszej było:
" Przyjdź z mężem na adres, który zaraz podam. Mam ciekawe informacje o Robercie i chcę wam pomóc."
W drugiej był adres dobrze znanej nam restauracji. Czasami jedliśmy w niej, kiedy wtedy jeszcze mój chłopak, zabierał mnie w miasto na randki. Nie wiedziałam co o tym myśleć. Z jednej strony chcieliśmy mieć spokój, ale z drugiej to może być podstęp. Postanowiłam porozmawiać o tym z ukochanym po treningu.
Gdy skończyli moja siostra była padnięta, a Dymitr ledwo się zmęczył, dlatego niósł ją do domu. Nawet z kroplami spływającymi z czoła wyglądał bosko. Tak męsko. Do tego ten zapach...ach. Moja ulubiona woda kolońska(innej nie miał) wymieszane z potem i jego naturalnym zapachem. Bardzo mnie to pociąga. Prawie zapomniałam o SMS-ach. Prawie.
_____________________________________________________________
Dzisiaj będzie jeszcze jeden około 14-15 za wczoraj.
- Nie mogę się doczekać, aż będę ojcem Roza. Te dzieci są wspaniałe. Widziałaś te ich małe rączki i nóżki.- mój ukochany strasznie się ekscytował. Jeszcze nigdy go takiego nie widziałam. Przyjemny widok. Może nie tak, jak Bielikow w samych bokserkach przy lodówce, ale też miły.
- Widziałam towarzyszu, widziałam.- westchnęłam szczęśliwa.
- Pomyśl, że za trzy miesiące będziemy odpowiedzialni za życie dwóch małych istotek, które pewnego dnia powiedzą do mnie "tata", a do ciebie "mama".-szczerze rozbawił mnie ten nowy Dymitr. Dobrze, że nie jedziemy samochodem.- Kochanie, proszę pokaż mi jeszcze raz to zdjęcie.
- Chyba już wiem co będzie w tej jednej jedynej ramce, co nam została.- zachichotałam, wyciągając z torebki wydruk z USG i podając go mężowi.
- Sama nie pozwoliłaś mi wsadzić do niej jedyne pasujące zdjęcie.- jak zaczarowany przyglądał się kartce z każdej strony.- Ale to będzie pasować idealnie.
Tak zachwycał się, póki nie zatrzymaliśmy się przed mieszkaniem Soni i Michaiła. To u nich zostawiliśmy Lili na czas badania. Zapukałam. Po chwili drzwi otworzyła nam pani domu.
- Rose, Dymitr!- uśmiechnęła się i zrobiła nam przejście.- Jak badania?
- Normalnie. Jak zwykle podstawowe pytania o samopoczucie i zdjęcie USG.- odpowiedziałam wchodząc do domu.
- Chcecie kawy, albo herbatę.- spytała morojka.
- Nie trzeba. My tylko po Lili i wracamy.- odezwał się Dymitr.
- Zostańcie. Gdzie wam się tak spieszy?- w drzwiach pojawił się Michaił.
- No właśnie. Zostańcie, pogadamy.- wciąż nalegała jego żona.
Tak, Sonia i Michaił są małżeństwem. Wzięli ślub w listopadzie. I zapowiada się, że coraz więcej par zostanie zaobrączkowanych. Jeszcze Lissa i Christian, moi rodzice, może w końcu Sydney i Adrian, no i pary dampirów. Od kiedy nie jest to zakazane, robi się mały bałagan z przydziałami, ale dajemy sobie radę. Nawet nieźle zostało to przyjęte, jak na gburów szanujących odwieczne tradycje. Największe gadanie było po naszym ślubie. My to rozpoczęliśmy i daliśmy odwagę innym. Podobno królowa podczas naszego miesiąca miodowe dostała ze sto próśb o zatwierdzenie związku małżeńskiego. A to znowu świadczy o tym ile było potajemnych romansów między strażnikami.
W końcu zgodziliśmy się trochę zostać. Rozmawialiśmy przez dwie godziny. Moja siostra przez ten czas bawiła się z Kate, siostrzenicą strażnik. Przyjechała do wujka na ferie. Sonia poczęstowała nas pysznym ciastem marchewkowym. Wartości dodał mu fakt, że sama hoduje warzywa.
- Chcielibyśmy wam coś powiedzieć.- zaczął Michaił.
- O co chodzi?- spytałam nie wiedząc, czego się spodziewać.
- Postanowiłam wrócić do Akademii św. Władimira jako nauczycielka.- Sonia aż promieniała radością, mówiąc nam o tym.
A mnie zamurowało. Pogratulowaliśmy im, że zostali przyjęci. Chcieliśmy zostać jednak musieliśmy już wracać. Dymitr obiecał Lili jeszcze jeden trening dzisiaj. Mają je codziennie od jej powrotu z rezydencji moich Pożegnaliśmy się z przyjaciółmi i ruszyliśmy do garażu. Po chwili już wyjechaliśmy z Dworu.
- A jak urodzą się wasze dzieci, to ja będę ciocią.- bardziej stwierdziła, niż zapytała Lili.
- Tak.- odpowiedział mój mąż.
Już oswoił się z myślą, że na zdjęciu są nasze dzieci, ale zostaje przy tym, że ma ono trafić do jego portfela. A drugie na ścianę w oprawkę. Ma szczęście, że mamy drugie.
- A skąd się biorą dzieci?- na jej pytanie od razu się spięłam. Nagle mała wybuchła śmiechem.- Żartowałam. Mama już mi to tłumaczyła. Gdybyście widzieli swoje miny.
Nie przestawała się śmiać. Samochód zaczął przyspieszać, tak że wbiło mnie w fotel, a później zatrzymał się z piskiem. Mi się podobało, ale mina Lili wyrażała szczery strach. Po sekundzie razem z mężem zaśmialiśmy się. Dalej jechaliśmy spokojnie, choć mała była na nas obrażona.
W domu zjedliśmy kolację i poszliśmy na trening. Lubiłam na to patrzeć, po za tym miałam czynny udział, jako tłumacz strażnika. Ale raniło mnie, że dama nie mogę rzucić się w wir walki. Brakuje mi tej adrenaliny i zmęczenia. To też były jedyne chwile sam na sam z Dymitrem w akademii. I to właśnie podczas tych chwil rozwijała się nasza miłość. Tęsknię za tamtym okresem. Wszystko było takie łatwe i mieliśmy pewność, że strażnicy nas obronią. Tu jesteśmy zdani na siebie samych. Ale nie narzekam. Spełniły się moje najskrytsze marzenia. Żyję w miłości ze swoim ukochanym, mimo przeciwności losu i zostanę strażniczką Lissy.
Wracając, nasze treningi odbywają się w lesie. Nawet trasa do biegania jest już wydeptana. Po pół godzinnym biegu i części teoretycznej, Lili i Bielikow przeszli do części praktycznej. Na razie wyglądało to tak, że mała bije go jak popadnie, a on daje jej rady, których i tak nie słucha lub nie stosuje. To jest bardzo zabawne, ale i trochę utrudnia pracę Dymitrowi. Ciekawe czy skoro dał sobie radę ze mną, to ona doprowadzi w końcu do upadku jego reputacji najlepszego nauczyciela.
Nagle usłyszałam dźwięk przychodzącej wiadomości. Zanim odebrałam ją, pojawiła się druga. Od tej samej osoby. W pierwszej było:
" Przyjdź z mężem na adres, który zaraz podam. Mam ciekawe informacje o Robercie i chcę wam pomóc."
W drugiej był adres dobrze znanej nam restauracji. Czasami jedliśmy w niej, kiedy wtedy jeszcze mój chłopak, zabierał mnie w miasto na randki. Nie wiedziałam co o tym myśleć. Z jednej strony chcieliśmy mieć spokój, ale z drugiej to może być podstęp. Postanowiłam porozmawiać o tym z ukochanym po treningu.
Gdy skończyli moja siostra była padnięta, a Dymitr ledwo się zmęczył, dlatego niósł ją do domu. Nawet z kroplami spływającymi z czoła wyglądał bosko. Tak męsko. Do tego ten zapach...ach. Moja ulubiona woda kolońska(innej nie miał) wymieszane z potem i jego naturalnym zapachem. Bardzo mnie to pociąga. Prawie zapomniałam o SMS-ach. Prawie.
_____________________________________________________________
Dzisiaj będzie jeszcze jeden około 14-15 za wczoraj.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
sobota, 2 lipca 2016
ROZDZIAŁ 178
- Rose, możemy porozmawiać?- spytała niepewnie Wiki.
- Jasne.- odpowiedziałam odchodząc od komputera.
Moi rodzice od razu z dworu wrócili do swojej willi. Zabrali ze sobą Lili, jako że miała zostać u nich do nowego roku. Niestety Bielikówny z dziećmi uznali, że muszą wracać. Sonia ma pracę, do której mówi chodzić do sylwestra. Pawwka został na jedną noc z Lili u Abego. Dziewczyny chcą go zabrać po drodze na lotnisko. Dymitr bawił się z dzieciakami, a dziewczyny poszły na spacer. Tylko moja najmłodsza szwagierka została z nami w domu, ale też miała zajęcie. W takim razie zaczęłam na internecie czytać o ciąży. Wtedy przyszła młodsza Bielikówna.
Usiadłam na łóżku po turecku i poklepałam miejsce obok. Wiktoria weszła, zamknęła drzwi i podeszła do mnie. Dopiero teraz zauważyłam, że trzyma kubki. Podała mi jeden, a ja upiłam łyk. Mmm... Czekolada! Dziewczyny usiadła na przeciwko mnie z własnym kubkiem.
- To o czym chciałaś porozmawiać?- przerwałam ciszę.
- Pamiętasz jak przy naszym pożegnaniu, powiedziałam ci, że ja i Kola... no ten...
- Kochaliście się.- dokończyłam bez ogródek.- I jak było.
- Dobrze, wspaniale. Nie wiem jak to opisać. Czułam się tak właściwie. Ale nie wiem czy to jest to. To znaczy kocham go i on kocha mnie, ale skąd wiedzieć, czy to taka miłość?
Uśmiechnęłam się na to pytanie.
- Opowiadałam ci kiedyś o Masonie?
- To ten z przyjęcia Dimki i świąt na dworze? Taki rudy?
- Tak. Kiedyś byliśmy razem. Był dla mnie jak brat, ale on czuł do mnie coś więcej. Wtedy z Dymitrem mieliśmy, można powiedzieć, kryzys. To znaczy mieliśmy świadomość, że nie możemy być razem. On próbował związać się z Taszą Ozerą, a ja Masonem. Ale nic z tego nie wyszło. Tylko upewniło mnie, jak mocno kocham twojego brata.
- Po czym to poznałaś?- spytała szczerze zaciekawiona.
- Gdy całowałam się lub przytulałam mojego przyjaciela,- "I nie tylko." pomyślałam.- na jego miejsce wyobrażałam sobie Dymitra. Wiedziałam, że to z nim chcę robić to wszystko.
- To znaczy, że mam związać się z kimś innym i zobaczyć, czy wyobrażam sobie Mikołaja?- spytała zdezorientowana.
- Nie!- zaprzeczyłam od razu.- Po prostu zastanów się, co czujesz przy nim, czy chcesz, żeby to był on, czy ktoś inny.
Zastanawiała się chwilę.
- Przy nim czuję się bezpieczna, potrzebna, we właściwym miejscu. Jakbym miała wybrać jedno miejsce i tam być na zawsze, wybrałabym jego ramiona. Chcę jego i tylko jego. Dziękuję Rose. Jesteś kochana.
- Nie ma za co.
- Ciocia Rose!- do pokoju wpadł zapłakany Łuka. Od razu wzięłam go na ręce.
- Co się stało?- spytałam zmartwiona, tuląc blondyna do swojej piersi.
- Bo Zioja nie chcie podzielic się kledkami a wuja Dimka ją bloni. Pomozesz?- popatrzył z nadzieją.
- No tak nie może być.- powiedziałam z udawanym oburzeniem.- Chodź, nakrzyczymy na wuja.
Wstałam z maluchem, którego od razu zabrała mi Wiktoria.
- Rose, nie wolno ci dźwigać.- zbryzgała mnie.- Nawet takich leciutkich chłopców.
- Ale ja chciem do ciocia Rose.- zaprotestował maluch.
- Spokojnie mały. Ciocia Wiki ma rację. Idę obok was. Jak chcesz to daj mi rączkę.- poczochrałam go po główce.
Łuka ochoczo nią pokiwał i podał mi dłoń, którą uścisnęłam. W trójkę weszliśmy do pokoju dzieci, Karoliny i Soni.
- Towarzyszu, a co to za uczenie samolubności?- patrzyłam na męża, z rękoma skrzyżowanymi na piersi, oparta o futrynę. Wiki postawiła naszego siostrzeńca, który od razu schował się za moje nogi.
- Ja nic nie wiem, Roza.- popatrzył na mnie z niewinnym uśmieszkiem.
- Ja słyszałam co innego.- powiedziałam z przekąsem.
On tylko szerzej się uśmiechnął. Z bezradności pokręciłam głową i postanowiłam to sama rozwiązać. Podeszłam do Zoji i usiadłam przed nią. Krok w krok za mną szedł blondynek. Od razu wdrapał się na moje kolana. Patrzył smutno na kuzynkę. Dymitr przeszedł na czworakach za mnie i przytulił, kładąc dłonie na okrągłym brzuchu, z naszymi dziećmi.
- Zoja, czemu nie chcesz podzielić się z Łuką kredkami?- spytałam brunetki.
- Bo ostatnie kledki mi pomalał.- zrobiła urażoną minę.
- To byli niechćąci.- chłopiec zrobił bardzo smutne, słodkie oczka na kuzynkę.
Wpadłam na pomysł.
- W takim razie pożyczymy ci nasze kredki.
- To ciocia i wuja lysują kledkami?!- zdziwiły się brzdące.
- Nie.- zaśmiałam się razem z ukochanym.- Są dla waszych kuzynów, których za niedługo będziecie mieli. Położyłam dłonie, na rękach strażnika.
- Ciociu, cemu tak tzymacie lączki na twoim bzuśku? Boli cie?- spytał Łuka z troską. W oczach miał identyczny błysk co Dymitr, gdy się o mnie martwił.
- Nie głuptasie.- Zoja całkowicie zapomniała, że się kłócil.- Tam są ich dzieci.
- A skąd się tam wzięły?- dopytywał mały. Następnie zwrócił się do nas.- Ciociu zjadłaś je?
Myślałam nad odpowiedzią, ale wyprzedziła mnie brunetka.
- Nie. Ty tez byłeś w bzuchu cioci Soni. Pawka mówił, ze ja tez. Według niego wszyscy bylismy w bzuchu swoich mam.
No jasne. Starszy brat- najlepsze źródło informacji.
- To co? Będziecie rysować.- przerwałam im ten jakże interesujący temat, zanim padnie pytanie "skąd się biorą dzieci?". Na to mam jeszcze czas. Dzieci wesołe wróciły do zabawy i już nie kłóciły się o kredki.
- Jasne.- odpowiedziałam odchodząc od komputera.
Moi rodzice od razu z dworu wrócili do swojej willi. Zabrali ze sobą Lili, jako że miała zostać u nich do nowego roku. Niestety Bielikówny z dziećmi uznali, że muszą wracać. Sonia ma pracę, do której mówi chodzić do sylwestra. Pawwka został na jedną noc z Lili u Abego. Dziewczyny chcą go zabrać po drodze na lotnisko. Dymitr bawił się z dzieciakami, a dziewczyny poszły na spacer. Tylko moja najmłodsza szwagierka została z nami w domu, ale też miała zajęcie. W takim razie zaczęłam na internecie czytać o ciąży. Wtedy przyszła młodsza Bielikówna.
Usiadłam na łóżku po turecku i poklepałam miejsce obok. Wiktoria weszła, zamknęła drzwi i podeszła do mnie. Dopiero teraz zauważyłam, że trzyma kubki. Podała mi jeden, a ja upiłam łyk. Mmm... Czekolada! Dziewczyny usiadła na przeciwko mnie z własnym kubkiem.
- To o czym chciałaś porozmawiać?- przerwałam ciszę.
- Pamiętasz jak przy naszym pożegnaniu, powiedziałam ci, że ja i Kola... no ten...
- Kochaliście się.- dokończyłam bez ogródek.- I jak było.
- Dobrze, wspaniale. Nie wiem jak to opisać. Czułam się tak właściwie. Ale nie wiem czy to jest to. To znaczy kocham go i on kocha mnie, ale skąd wiedzieć, czy to taka miłość?
Uśmiechnęłam się na to pytanie.
- Opowiadałam ci kiedyś o Masonie?
- To ten z przyjęcia Dimki i świąt na dworze? Taki rudy?
- Tak. Kiedyś byliśmy razem. Był dla mnie jak brat, ale on czuł do mnie coś więcej. Wtedy z Dymitrem mieliśmy, można powiedzieć, kryzys. To znaczy mieliśmy świadomość, że nie możemy być razem. On próbował związać się z Taszą Ozerą, a ja Masonem. Ale nic z tego nie wyszło. Tylko upewniło mnie, jak mocno kocham twojego brata.
- Po czym to poznałaś?- spytała szczerze zaciekawiona.
- Gdy całowałam się lub przytulałam mojego przyjaciela,- "I nie tylko." pomyślałam.- na jego miejsce wyobrażałam sobie Dymitra. Wiedziałam, że to z nim chcę robić to wszystko.
- To znaczy, że mam związać się z kimś innym i zobaczyć, czy wyobrażam sobie Mikołaja?- spytała zdezorientowana.
- Nie!- zaprzeczyłam od razu.- Po prostu zastanów się, co czujesz przy nim, czy chcesz, żeby to był on, czy ktoś inny.
Zastanawiała się chwilę.
- Przy nim czuję się bezpieczna, potrzebna, we właściwym miejscu. Jakbym miała wybrać jedno miejsce i tam być na zawsze, wybrałabym jego ramiona. Chcę jego i tylko jego. Dziękuję Rose. Jesteś kochana.
- Nie ma za co.
- Ciocia Rose!- do pokoju wpadł zapłakany Łuka. Od razu wzięłam go na ręce.
- Co się stało?- spytałam zmartwiona, tuląc blondyna do swojej piersi.
- Bo Zioja nie chcie podzielic się kledkami a wuja Dimka ją bloni. Pomozesz?- popatrzył z nadzieją.
- No tak nie może być.- powiedziałam z udawanym oburzeniem.- Chodź, nakrzyczymy na wuja.
Wstałam z maluchem, którego od razu zabrała mi Wiktoria.
- Rose, nie wolno ci dźwigać.- zbryzgała mnie.- Nawet takich leciutkich chłopców.
- Ale ja chciem do ciocia Rose.- zaprotestował maluch.
- Spokojnie mały. Ciocia Wiki ma rację. Idę obok was. Jak chcesz to daj mi rączkę.- poczochrałam go po główce.
Łuka ochoczo nią pokiwał i podał mi dłoń, którą uścisnęłam. W trójkę weszliśmy do pokoju dzieci, Karoliny i Soni.
- Towarzyszu, a co to za uczenie samolubności?- patrzyłam na męża, z rękoma skrzyżowanymi na piersi, oparta o futrynę. Wiki postawiła naszego siostrzeńca, który od razu schował się za moje nogi.
- Ja nic nie wiem, Roza.- popatrzył na mnie z niewinnym uśmieszkiem.
- Ja słyszałam co innego.- powiedziałam z przekąsem.
On tylko szerzej się uśmiechnął. Z bezradności pokręciłam głową i postanowiłam to sama rozwiązać. Podeszłam do Zoji i usiadłam przed nią. Krok w krok za mną szedł blondynek. Od razu wdrapał się na moje kolana. Patrzył smutno na kuzynkę. Dymitr przeszedł na czworakach za mnie i przytulił, kładąc dłonie na okrągłym brzuchu, z naszymi dziećmi.
- Zoja, czemu nie chcesz podzielić się z Łuką kredkami?- spytałam brunetki.
- Bo ostatnie kledki mi pomalał.- zrobiła urażoną minę.
- To byli niechćąci.- chłopiec zrobił bardzo smutne, słodkie oczka na kuzynkę.
Wpadłam na pomysł.
- W takim razie pożyczymy ci nasze kredki.
- To ciocia i wuja lysują kledkami?!- zdziwiły się brzdące.
- Nie.- zaśmiałam się razem z ukochanym.- Są dla waszych kuzynów, których za niedługo będziecie mieli. Położyłam dłonie, na rękach strażnika.
- Ciociu, cemu tak tzymacie lączki na twoim bzuśku? Boli cie?- spytał Łuka z troską. W oczach miał identyczny błysk co Dymitr, gdy się o mnie martwił.
- Nie głuptasie.- Zoja całkowicie zapomniała, że się kłócil.- Tam są ich dzieci.
- A skąd się tam wzięły?- dopytywał mały. Następnie zwrócił się do nas.- Ciociu zjadłaś je?
Myślałam nad odpowiedzią, ale wyprzedziła mnie brunetka.
- Nie. Ty tez byłeś w bzuchu cioci Soni. Pawka mówił, ze ja tez. Według niego wszyscy bylismy w bzuchu swoich mam.
No jasne. Starszy brat- najlepsze źródło informacji.
- To co? Będziecie rysować.- przerwałam im ten jakże interesujący temat, zanim padnie pytanie "skąd się biorą dzieci?". Na to mam jeszcze czas. Dzieci wesołe wróciły do zabawy i już nie kłóciły się o kredki.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
ROZDZIAŁ 177
Tak wiem, wczoraj miały być dwa, ale... ale będą dzisiaj. I oba dedykuję Mańce z okazji urodzin. Taki prezent na odległość 😂😘. Wszystkiego najlepszego młoda.
___________________________________________________________
Impreza zaczęła się rozkręcać. W pewnym momencie poleciała wolniejsza ballada i ukochany zaprosił mnie do tańca. Przez resztę zabawy prawie w ogóle nie schodziliśmy z parkietu. Gdy coraz więcej osób wskazywało nadmiar promili we krwi, dzieci zostały odesłanie do pokoju. Dymitr nawet nieźle się upił. Siedziałam właśnie na jego kolanach i rozmawiałam z Lissą, która w tej samej pozycji była z Christianem. On też wystarczająco wypił. Obawiam się, czy jak tak dalej pójdzie to Bielikow nie popadnie w alkoholizm. Zaśchichotałam na myśl, że przychodził by z Iwaszkowem po spotkaniach z AA.
- Co ciii... ta weso..olo Rozzza?- zamruczał mi do ucha obiekt moich zmartwień.
- A nic. Tylko zastanawiam się, ile będziesz pamiętał ze swoich urodzin.- zaśmiałam się, a przyjaciółka mi zawtórowała.
- Skoro nie... nie bede pamietać, nie bede ża..żałował.- jąkał się, podwijając moją sukienkę. Strąciłam jego dłoń.
- Co jest Rose? Nie chcesz zabawić się ze swoim strażnikiem?- zakpił Ozera.
Już miałam wtrącić jakąś ripostę, ale przerwał mi mąż.
- Właśnie kotku. Nie.... pokazesz mi swojich pazuuurków? Może potrze..potrzeba cci, żebym wybdył swego wewntznego tyrysa?- zagryzł płatek mojego ucha, a następnie zaczął całować moją szyję. Królowa patrzyła na nas zszokowana.
- No i proszę. Mówiłaś, że nie widziałaś pijanego Dymitra to masz okazję.- zakpiłam, lecz za chwilę jęknęłam gardło, gdy przejechał zębami po mojej tętnicy.- Myślę, że goście się nie pogniewają, gdy wcześniej zakończymy imprezę.
- I tak większość z nich skończyła.- przyjaciółka wskazała mi na prawie pustą salę. Gdzieniegdzie z pod stołów wystawały czyjeś nogi.
Zgrabnie zeszłam z kolan ukochanego, ale on chwycił mnie za biodra. Jednak nie posadził z powrotem na siebie.
- Może my też już pójdziemy?- Christian zaczął zsuwać narzeczonej ramiączko fioletowej sukienki.
- Proszę państwa Lord Ozera zgadza się ze mną. Szkoda, że jutro nie będzie tego pamiętał.- udałam smutną.
- Już nie dasz mu spokoju i będziesz męczyła tym?- spytała Lissa ze śmiechem.
- Do końca swoich dni.- zaśmiałam się szatańsko.- Jak ty mnie dobrze znasz.- westchnęłam.
- Lepiej niż ja.- spytał mój mąż ledwo stojąc na nogach.
- Za dużo wypiłeś, żeby na to odpowiedzieć.
- A co to ma do rzeczy?- żarzchnął się.
- Oj bardzo dużo. A dokładniej to, że nie będziesz pamiętał naszej rozmowy. A teraz chodź.- pociągnęłam go do wyjścia. Sprawę utrudniał fakt, że strasznie się zataczał.
- Ale jeszcze ta ostatnia piosenka.- poprosił.
- Nie ma mowy. To samo mówiłeś o wcześniejszej.
Widziałam, że chce coś powiedzieć, ale pod moim wzrokiem szybko zamknął buzię i ruszył za mną. Sala numer osiem znajdowała się w innym budynku niż Pałac. Po drodze Dymitr śpiewał zwrotki i refren piosenki, która leciała gdy wychodziliśmy. Nagle zatrzymał się koło stajni. Mijało się ją w drodze do siedziby królowej. Pociągnął mnie za rękę i przyparł do drzwi budynku. Żarliwie wbił się w moje usta. Powoli rozpiął moją kurtkę. Mimo tego, że był środek zimy, jego bliskość sprawiła, że zrobiło mi się gorąco.
- Roza? A robiłaś to kiedyś w sianie?- spytał, gdy w końcu przestaliśmy się całować.
Jego pytanie zdziwiło mnie. Oddychałam szybko i nierówno.
- Nie.- wyspałam.
- Ja też nie.- no trudno się domyślić, skoro byłam jedyna. (Nie uwzględniam tego jak był strzygą, bo to się nie liczy.)- Chodź!
Nim zdążyłam cokolwiek zrobić, wepchnął mnie do pomieszczenia, po czym sam wszedł i zablokował od wewnątrz. W środku było strasznie ciemno. Tylko promienie słońca dostawały się przez szczeliny w deskach, ale i to nie dawało wiele światła. W powietrzu było czuć zapach siana i koni. O ich obecności świadczyły również pojedyncze rżenia i odgłos uderzenia kopyt o ziemię. Jednak nie było mi dane napawać się długo tym wszystkim, bo poczułam na wargach delikatne, słodkie usta, a po moim ciele wędrowały rozbiegane, ciepłe dłonie, szukające zamka od sukienki. Nozdrza wypełnił mi zapach ukochanego, jego wody kolońskiej i alkoholu. Całkowicie zatraciłam się w jego bliskości. Powoli i zmysłowo rozbieraliśmy się, idąc w kierunku siana. Byliśmy już w samej bieliźnie, gdy łydkami obiłam się o belę suchej trawy i strażnik popchnął mnie lekko do tyłu. Sterta, choć wydawała się być ubita, była miękka. Pod wpływem zderzenia z moim ciałem, wokół posypały się źdźbła. Ukochany podziwiał mnie w zmysłowej, koronkowej bieliźnie. Po chwili jednak położył się na mnie, wznawiając pocałunki. Gdy niecierpliwie pozbyliśmy się reszty ubrań, wszedł we mnie. Jęknęłam, bo zrobił to niespodziewanie. Czułam malutkie igiełki wybijające mi się w skórę. Powiększało to doznania. Po kilkunastu minutach oboje doszliśmy. Mąż przytulił mnie, kładąc się obok. Zasnęliśmy otoczeni sianem, końmi i własną miłością.
Obudziło mnie ciepłe powietrze i coś mokrego na twarzy.
- Dymitr, jeszcze chwila.- wymruczałam, odtrącając ręką męża.
Przynajmniej tak myślałam, póki nie dotknęłam tego czegoś. Pod palcami poczułam bardo miękką skórę, trochę włochatą. Otworzyłam wystraszona oczy. Przed sobą miałam pysk konia. Od razu przypomniałam sobie gdzie jesteśmy. Na wspomnienie nocy uśmiechnęłam się błogo. Bardzo wygodnie śpi się na sianie.
- Roza.- usłyszałam wystraszony głos ukochanego.- Co my robimy w stajni?!
Popatrzyłam na niego. Wyglądał bosko otoczony słomą.
- Sam mnie tutaj wepchnąłeś.- powiedziałam.- Jak się podobały urodziny?- spytałam, opierając głowę na jego klatkę piersiową.
- Najlepsze w moim życiu, ale nie pamiętam nic od naszego ostatniego tańca.
- Ale ostatniego ostatniego, czy ostatniego przed przerwą na drinka?- na moje pytanie otworzył szerzej oczy. Nie zwracając na to uwagi, kontynuowała bez zająknięcia.- A jeśli to drugie, to przed którą. Pierwszą drugą, trzecią, czy czwartą?
Bielikow złapał się za pewnie bolącą głowę i zamknął oczy
- Ja nic nie pamiętam. Czekaj.- otworzył je nagle.- Po trzeciej przerwie. Tak. Tańczyliśmy do piosenki "Take On Me". Dzieci już nie było.
- No to ładnie. I nic więcej nie pamiętasz?- pokręcił przecząco głową.- Szkoda. Wspaniale było się kochać na sianie.
Nagle wpadłam na pomysł. Wdrapałam się na niego, na co się spiął i obserwował każdy mój ruch. Pochyliłam się i szepnęłam mu do ucha:
- Mogę ci co nie co przypomnieć.
Przy tym seksownie ocierałam się o jego męskość, która od razu zaczęła się podnosić. Ukochany odprężył się i złapał mnie za biodra. Na jego ustach pojawił się uśmieszek, a w oczach błyszczało pożądanie. To był bardzo miły poranek.
___________________________________________________________
Impreza zaczęła się rozkręcać. W pewnym momencie poleciała wolniejsza ballada i ukochany zaprosił mnie do tańca. Przez resztę zabawy prawie w ogóle nie schodziliśmy z parkietu. Gdy coraz więcej osób wskazywało nadmiar promili we krwi, dzieci zostały odesłanie do pokoju. Dymitr nawet nieźle się upił. Siedziałam właśnie na jego kolanach i rozmawiałam z Lissą, która w tej samej pozycji była z Christianem. On też wystarczająco wypił. Obawiam się, czy jak tak dalej pójdzie to Bielikow nie popadnie w alkoholizm. Zaśchichotałam na myśl, że przychodził by z Iwaszkowem po spotkaniach z AA.
- Co ciii... ta weso..olo Rozzza?- zamruczał mi do ucha obiekt moich zmartwień.
- A nic. Tylko zastanawiam się, ile będziesz pamiętał ze swoich urodzin.- zaśmiałam się, a przyjaciółka mi zawtórowała.
- Skoro nie... nie bede pamietać, nie bede ża..żałował.- jąkał się, podwijając moją sukienkę. Strąciłam jego dłoń.
- Co jest Rose? Nie chcesz zabawić się ze swoim strażnikiem?- zakpił Ozera.
Już miałam wtrącić jakąś ripostę, ale przerwał mi mąż.
- Właśnie kotku. Nie.... pokazesz mi swojich pazuuurków? Może potrze..potrzeba cci, żebym wybdył swego wewntznego tyrysa?- zagryzł płatek mojego ucha, a następnie zaczął całować moją szyję. Królowa patrzyła na nas zszokowana.
- No i proszę. Mówiłaś, że nie widziałaś pijanego Dymitra to masz okazję.- zakpiłam, lecz za chwilę jęknęłam gardło, gdy przejechał zębami po mojej tętnicy.- Myślę, że goście się nie pogniewają, gdy wcześniej zakończymy imprezę.
- I tak większość z nich skończyła.- przyjaciółka wskazała mi na prawie pustą salę. Gdzieniegdzie z pod stołów wystawały czyjeś nogi.
Zgrabnie zeszłam z kolan ukochanego, ale on chwycił mnie za biodra. Jednak nie posadził z powrotem na siebie.
- Może my też już pójdziemy?- Christian zaczął zsuwać narzeczonej ramiączko fioletowej sukienki.
- Proszę państwa Lord Ozera zgadza się ze mną. Szkoda, że jutro nie będzie tego pamiętał.- udałam smutną.
- Już nie dasz mu spokoju i będziesz męczyła tym?- spytała Lissa ze śmiechem.
- Do końca swoich dni.- zaśmiałam się szatańsko.- Jak ty mnie dobrze znasz.- westchnęłam.
- Lepiej niż ja.- spytał mój mąż ledwo stojąc na nogach.
- Za dużo wypiłeś, żeby na to odpowiedzieć.
- A co to ma do rzeczy?- żarzchnął się.
- Oj bardzo dużo. A dokładniej to, że nie będziesz pamiętał naszej rozmowy. A teraz chodź.- pociągnęłam go do wyjścia. Sprawę utrudniał fakt, że strasznie się zataczał.
- Ale jeszcze ta ostatnia piosenka.- poprosił.
- Nie ma mowy. To samo mówiłeś o wcześniejszej.
Widziałam, że chce coś powiedzieć, ale pod moim wzrokiem szybko zamknął buzię i ruszył za mną. Sala numer osiem znajdowała się w innym budynku niż Pałac. Po drodze Dymitr śpiewał zwrotki i refren piosenki, która leciała gdy wychodziliśmy. Nagle zatrzymał się koło stajni. Mijało się ją w drodze do siedziby królowej. Pociągnął mnie za rękę i przyparł do drzwi budynku. Żarliwie wbił się w moje usta. Powoli rozpiął moją kurtkę. Mimo tego, że był środek zimy, jego bliskość sprawiła, że zrobiło mi się gorąco.
- Roza? A robiłaś to kiedyś w sianie?- spytał, gdy w końcu przestaliśmy się całować.
Jego pytanie zdziwiło mnie. Oddychałam szybko i nierówno.
- Nie.- wyspałam.
- Ja też nie.- no trudno się domyślić, skoro byłam jedyna. (Nie uwzględniam tego jak był strzygą, bo to się nie liczy.)- Chodź!
Nim zdążyłam cokolwiek zrobić, wepchnął mnie do pomieszczenia, po czym sam wszedł i zablokował od wewnątrz. W środku było strasznie ciemno. Tylko promienie słońca dostawały się przez szczeliny w deskach, ale i to nie dawało wiele światła. W powietrzu było czuć zapach siana i koni. O ich obecności świadczyły również pojedyncze rżenia i odgłos uderzenia kopyt o ziemię. Jednak nie było mi dane napawać się długo tym wszystkim, bo poczułam na wargach delikatne, słodkie usta, a po moim ciele wędrowały rozbiegane, ciepłe dłonie, szukające zamka od sukienki. Nozdrza wypełnił mi zapach ukochanego, jego wody kolońskiej i alkoholu. Całkowicie zatraciłam się w jego bliskości. Powoli i zmysłowo rozbieraliśmy się, idąc w kierunku siana. Byliśmy już w samej bieliźnie, gdy łydkami obiłam się o belę suchej trawy i strażnik popchnął mnie lekko do tyłu. Sterta, choć wydawała się być ubita, była miękka. Pod wpływem zderzenia z moim ciałem, wokół posypały się źdźbła. Ukochany podziwiał mnie w zmysłowej, koronkowej bieliźnie. Po chwili jednak położył się na mnie, wznawiając pocałunki. Gdy niecierpliwie pozbyliśmy się reszty ubrań, wszedł we mnie. Jęknęłam, bo zrobił to niespodziewanie. Czułam malutkie igiełki wybijające mi się w skórę. Powiększało to doznania. Po kilkunastu minutach oboje doszliśmy. Mąż przytulił mnie, kładąc się obok. Zasnęliśmy otoczeni sianem, końmi i własną miłością.
Obudziło mnie ciepłe powietrze i coś mokrego na twarzy.
- Dymitr, jeszcze chwila.- wymruczałam, odtrącając ręką męża.
Przynajmniej tak myślałam, póki nie dotknęłam tego czegoś. Pod palcami poczułam bardo miękką skórę, trochę włochatą. Otworzyłam wystraszona oczy. Przed sobą miałam pysk konia. Od razu przypomniałam sobie gdzie jesteśmy. Na wspomnienie nocy uśmiechnęłam się błogo. Bardzo wygodnie śpi się na sianie.
- Roza.- usłyszałam wystraszony głos ukochanego.- Co my robimy w stajni?!
Popatrzyłam na niego. Wyglądał bosko otoczony słomą.
- Sam mnie tutaj wepchnąłeś.- powiedziałam.- Jak się podobały urodziny?- spytałam, opierając głowę na jego klatkę piersiową.
- Najlepsze w moim życiu, ale nie pamiętam nic od naszego ostatniego tańca.
- Ale ostatniego ostatniego, czy ostatniego przed przerwą na drinka?- na moje pytanie otworzył szerzej oczy. Nie zwracając na to uwagi, kontynuowała bez zająknięcia.- A jeśli to drugie, to przed którą. Pierwszą drugą, trzecią, czy czwartą?
Bielikow złapał się za pewnie bolącą głowę i zamknął oczy
- Ja nic nie pamiętam. Czekaj.- otworzył je nagle.- Po trzeciej przerwie. Tak. Tańczyliśmy do piosenki "Take On Me". Dzieci już nie było.
- No to ładnie. I nic więcej nie pamiętasz?- pokręcił przecząco głową.- Szkoda. Wspaniale było się kochać na sianie.
Nagle wpadłam na pomysł. Wdrapałam się na niego, na co się spiął i obserwował każdy mój ruch. Pochyliłam się i szepnęłam mu do ucha:
- Mogę ci co nie co przypomnieć.
Przy tym seksownie ocierałam się o jego męskość, która od razu zaczęła się podnosić. Ukochany odprężył się i złapał mnie za biodra. Na jego ustach pojawił się uśmieszek, a w oczach błyszczało pożądanie. To był bardzo miły poranek.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
piątek, 1 lipca 2016
ROZDZIAŁ 176
Mało kiedy widziałam Dymitra szczerze zdziwionego. To była jedna z tych chwil. Od samego początku przyglądał się przybyszowi z zainteresowaniem, jakby go znał, ale nie wiedział skąd. Gdy się przedstawił, oczy strażnika zrobiły się wielkie jak krążki do hokeja.
- To na prawdę pan?!- spytał z niedowierzaniem, podając pisarzowi dłoń.
- Jaki tam pan. Mów mi Luis.- gość uścisnął mojemu mężowi dłoń i usiedliśmy razem przy stole.- Twoja urocza żona zaprosiła mnie tutaj. Sam wiele o was słyszałem. Więc jak mogłem odmówić. Mam nadzieję, że książka dotarła.
- Tak. Gdybyś Luis widział jak się cieszył.
- Dla takich osób warto pisać. Chciałbyś może o coś zapytać, o książki, albo na mój temat.-zwrócił się do Rosjanina.
Przez kolejne dwie godziny słuchałam ich rozmowy. Nie interesuje się jego książkami, ale muszę przyznać, że ciekawie było się z nim spotkać. Ale najlepszy w tym był błysk szczęścia w oczach Bielikowa. Jednak po tym czasie nasz gość musiał wracać.
- Bardzo miło było was poznać. Jeszcze nigdy nie spotkałem takich ludzi jak wy.
- To my dziękujemy za to, że zgodziłeś się na spotkanie. Mąż jest wielkim pasjonatem westernów. Niekiedy śmieję się, że sam jest szeryfem.- powiedziałam, gdy razem szliśmy do wyjścia. Wszyscy się zaśmialiśmy.
- Dymitra, masz wspaniałą i śliczną żonę. Pilnuj jej.
- Jest moim oczkiem w głowie.- ukochany objął mnie ramieniem i ucałował w skroń. Uśmiechnęłam się na ten gest. Po wyjściu na dwór pożegnaliśmy się z Luisem i poszliśmy do samochodu. Tym razem pozwoliłam kierować Dymitrowi. Po dwóch godzinach byliśmy z powrotem na Dworze. Po rutynowej kontroli pozwolono nam wjechać przez bramę. Po zaparkowaniu w garażu, udaliśmy się do pokoju. Jednak w połowie drogi dopadł nas Eddy.
- Rose, Dymitr, Lissa wzywa was do sali numer osiem.- powiedział nasz przyjaciel.
Z mężem popatrzyliśmy na siebie. W trójkę pobiegliśmy przed wielkie drzwi.
- Poczekajcie tu chwilę, a później wejdźcie.- poprosił Castile.
Popatrzyliśmy na siebie nie pewnie. To znaczy ja udawałam. Kiwnęliśmy głowami na zgodę. Chłopak zniknął za drzwiami. Minutę później sami weszliśmy. Wszędzie było ciemno i cicho. Nagle zapaliły się pochodnie i wyskoczyli wszyscy zaproszeni goście, krzycząc "NIESPODZIANKA!"
Dymitr patrzył na około zdezorientowany, a ja uśmiechałam się szeroko. Do mojego męża ustawiła się kolejka z życzeniami. W tym czasie mogłam rozejrzeć się po sali.
No, Lissa się postarała. Wszędzie było porozrzucane siano i kilka jego bel. Na ścianach wisiały plakaty z westernów, wyposażenie dla koni i wstęgi za wygrane zawody konne. Można było poczuć się jak w stajni. Pod ścianami stały stare, drewniane stoły z różnymi daniami. Przy jednym z miejsc leżał kapelusz kowbojski.(↓) Przyjaciółka poprosiła o niego, gdy tylko dowiedziała się, że Bielikow w ogóle taki ma. Podeszłam tam i go wzięłam. Po składaniu życzeń wszyscy ustawili się przy solenizancie w pół okręgu. Mówił coś, żywo gestykulując przy tym. Pewnie dziękował. Ostatnio zrobił się bardziej otwarty dla przyjaciół. Bardzo mnie ro cieszy. coraz trudniej odnaleźć w nim tego zamkniętego i poważnego strażnika z naszego powrotu do Akademii św. Władimira. Wróciłam do zbiorowiska i założyłam mojemu kowbojowi kapelusz. Odwrócił głowę w moją stronę, ale ja już byłam po drugiej, obejmując go. Gdy przekręcił głowę w końcu do mnie, cmoknęłam go w policzek.
- To może teraz nasz kowboj zdmuchnie świeczki i pokroi tort?- zaproponowałam, na co wszyscy się ucieszyli.
Na salę wjechało ciasto(↓). Dymitr stanął na środku, a goście utworzyli wokół niego koło.
- Pomyśl życzenie.- szepnęłam, choć w panującej ciszy było mnie słychać na całej sali.
- Czego mogę sobie życzyć, gdy mam wszystko?- zastanawiał się chwilę, po czym zdmuchnął dwadzieścia sześć płomieni. Goście zaczęli klaskać.
Pierwsze po tort oczywiście były dzieci. Miały one swój własny kącik z małym stoliczkiem, piniatą, mini zamkiem dmuchanym, basenem z piłkami i konikiem na biegunach. Reszta sali była dla nas. Po zjedzeniu pysznego tortu, prawie każdy sięgnął po lampkę alkoholu. Z głośników poleciała muzyka. Trochę z lat osiemdziesiątych, trochę kowbojska. Nawet był byk mechaniczny. No to się królowa postarała. Aż się boję co będzie na moje urodziny. Mam nadzieję, że motywem przewodnim nie będą róże. Nie lubię jak ludzie otaczają mnie wszystkim co ma coś wspólnego z tym kwiatem, tylko ze względu na imię. Wyjątkiem oczywiście są Lissa i Dymitr. Ale cała sala w różach?! Chyba bym tego nie przeżyła.
Impreza zaczęła się rozkręcać. Właśnie z mężem staliśmy przy wazie z ponczem i rozmawialiśmy z Eddym i Masonem, kiedy ktoś do nas podszedł.
- Proszę, proszę. Kogo my tu mamy?- usłyszałam znajomy głos.- Najlepszych uczniów i najlepszego nauczyciela.
- Myślę, że mnie przeceniasz Stan.- Bielikow uśmiechnął się do mojego dawnego nauczyciela. Razem z nim była też Alberta.
- O! W końcu przyznałeś, że byłam najlepsza.- zauważyłam.
- Hathaway, ty chyba nigdy się nie zmienisz.- uznał Alto.
- Staram się Stan.- uśmiechnęłam się cwanie.
- Za to Dymitr bardzo się zmienił.-odezwała się w końcu strażniczka.
- Niby jak?- zdziwił się mój ukochany.
- Normalnie.- Albertę poparł Eddy.- Rose ma na ciebie bardzo dobry wpływ.
- W szkole mało kiedy wyrażałeś jakiekolwiek uczucia, nie mówiąc o śmiechu.- dodał Stan.
- Nikt by nawet nie pomyślał, że możesz kogoś kochać, a tu proszę. Potajemnie randki z uczennicą.- zakpiła Petrowa.
- Po co im potajemnie randki, skoro mieli dziennie kilka godzin sam na sam na sali gimnastycznej?- spytał Mason.- W sumie nie dziwię ci się Bielikow. Mało komu nie spodobała by się Rose w obcisłych leginsach.- wszyscy się zaśmiali. Nawet Dymitr, choć odrobinę się spiął. Jednak trwało to parę sekund. Najwidoczniej alkohol zaczął u niego działać.
Jeszcze chwilę rozmawialiśmy z naszymi nauczycielami, ale później zniknęli nam gdzieś w tłumie.
___________________________________________________________
Dzisiaj będzie jeszcze jeden za wczoraj :-*.
- To na prawdę pan?!- spytał z niedowierzaniem, podając pisarzowi dłoń.
- Jaki tam pan. Mów mi Luis.- gość uścisnął mojemu mężowi dłoń i usiedliśmy razem przy stole.- Twoja urocza żona zaprosiła mnie tutaj. Sam wiele o was słyszałem. Więc jak mogłem odmówić. Mam nadzieję, że książka dotarła.
- Tak. Gdybyś Luis widział jak się cieszył.
- Dla takich osób warto pisać. Chciałbyś może o coś zapytać, o książki, albo na mój temat.-zwrócił się do Rosjanina.
Przez kolejne dwie godziny słuchałam ich rozmowy. Nie interesuje się jego książkami, ale muszę przyznać, że ciekawie było się z nim spotkać. Ale najlepszy w tym był błysk szczęścia w oczach Bielikowa. Jednak po tym czasie nasz gość musiał wracać.
- Bardzo miło było was poznać. Jeszcze nigdy nie spotkałem takich ludzi jak wy.
- To my dziękujemy za to, że zgodziłeś się na spotkanie. Mąż jest wielkim pasjonatem westernów. Niekiedy śmieję się, że sam jest szeryfem.- powiedziałam, gdy razem szliśmy do wyjścia. Wszyscy się zaśmialiśmy.
- Dymitra, masz wspaniałą i śliczną żonę. Pilnuj jej.
- Jest moim oczkiem w głowie.- ukochany objął mnie ramieniem i ucałował w skroń. Uśmiechnęłam się na ten gest. Po wyjściu na dwór pożegnaliśmy się z Luisem i poszliśmy do samochodu. Tym razem pozwoliłam kierować Dymitrowi. Po dwóch godzinach byliśmy z powrotem na Dworze. Po rutynowej kontroli pozwolono nam wjechać przez bramę. Po zaparkowaniu w garażu, udaliśmy się do pokoju. Jednak w połowie drogi dopadł nas Eddy.
- Rose, Dymitr, Lissa wzywa was do sali numer osiem.- powiedział nasz przyjaciel.
Z mężem popatrzyliśmy na siebie. W trójkę pobiegliśmy przed wielkie drzwi.
- Poczekajcie tu chwilę, a później wejdźcie.- poprosił Castile.
Popatrzyliśmy na siebie nie pewnie. To znaczy ja udawałam. Kiwnęliśmy głowami na zgodę. Chłopak zniknął za drzwiami. Minutę później sami weszliśmy. Wszędzie było ciemno i cicho. Nagle zapaliły się pochodnie i wyskoczyli wszyscy zaproszeni goście, krzycząc "NIESPODZIANKA!"
Dymitr patrzył na około zdezorientowany, a ja uśmiechałam się szeroko. Do mojego męża ustawiła się kolejka z życzeniami. W tym czasie mogłam rozejrzeć się po sali.
No, Lissa się postarała. Wszędzie było porozrzucane siano i kilka jego bel. Na ścianach wisiały plakaty z westernów, wyposażenie dla koni i wstęgi za wygrane zawody konne. Można było poczuć się jak w stajni. Pod ścianami stały stare, drewniane stoły z różnymi daniami. Przy jednym z miejsc leżał kapelusz kowbojski.(↓) Przyjaciółka poprosiła o niego, gdy tylko dowiedziała się, że Bielikow w ogóle taki ma. Podeszłam tam i go wzięłam. Po składaniu życzeń wszyscy ustawili się przy solenizancie w pół okręgu. Mówił coś, żywo gestykulując przy tym. Pewnie dziękował. Ostatnio zrobił się bardziej otwarty dla przyjaciół. Bardzo mnie ro cieszy. coraz trudniej odnaleźć w nim tego zamkniętego i poważnego strażnika z naszego powrotu do Akademii św. Władimira. Wróciłam do zbiorowiska i założyłam mojemu kowbojowi kapelusz. Odwrócił głowę w moją stronę, ale ja już byłam po drugiej, obejmując go. Gdy przekręcił głowę w końcu do mnie, cmoknęłam go w policzek.
- To może teraz nasz kowboj zdmuchnie świeczki i pokroi tort?- zaproponowałam, na co wszyscy się ucieszyli.
Na salę wjechało ciasto(↓). Dymitr stanął na środku, a goście utworzyli wokół niego koło.
- Pomyśl życzenie.- szepnęłam, choć w panującej ciszy było mnie słychać na całej sali.
- Czego mogę sobie życzyć, gdy mam wszystko?- zastanawiał się chwilę, po czym zdmuchnął dwadzieścia sześć płomieni. Goście zaczęli klaskać.
Pierwsze po tort oczywiście były dzieci. Miały one swój własny kącik z małym stoliczkiem, piniatą, mini zamkiem dmuchanym, basenem z piłkami i konikiem na biegunach. Reszta sali była dla nas. Po zjedzeniu pysznego tortu, prawie każdy sięgnął po lampkę alkoholu. Z głośników poleciała muzyka. Trochę z lat osiemdziesiątych, trochę kowbojska. Nawet był byk mechaniczny. No to się królowa postarała. Aż się boję co będzie na moje urodziny. Mam nadzieję, że motywem przewodnim nie będą róże. Nie lubię jak ludzie otaczają mnie wszystkim co ma coś wspólnego z tym kwiatem, tylko ze względu na imię. Wyjątkiem oczywiście są Lissa i Dymitr. Ale cała sala w różach?! Chyba bym tego nie przeżyła.
Impreza zaczęła się rozkręcać. Właśnie z mężem staliśmy przy wazie z ponczem i rozmawialiśmy z Eddym i Masonem, kiedy ktoś do nas podszedł.
- Proszę, proszę. Kogo my tu mamy?- usłyszałam znajomy głos.- Najlepszych uczniów i najlepszego nauczyciela.
- Myślę, że mnie przeceniasz Stan.- Bielikow uśmiechnął się do mojego dawnego nauczyciela. Razem z nim była też Alberta.
- O! W końcu przyznałeś, że byłam najlepsza.- zauważyłam.
- Hathaway, ty chyba nigdy się nie zmienisz.- uznał Alto.
- Staram się Stan.- uśmiechnęłam się cwanie.
- Za to Dymitr bardzo się zmienił.-odezwała się w końcu strażniczka.
- Niby jak?- zdziwił się mój ukochany.
- Normalnie.- Albertę poparł Eddy.- Rose ma na ciebie bardzo dobry wpływ.
- W szkole mało kiedy wyrażałeś jakiekolwiek uczucia, nie mówiąc o śmiechu.- dodał Stan.
- Nikt by nawet nie pomyślał, że możesz kogoś kochać, a tu proszę. Potajemnie randki z uczennicą.- zakpiła Petrowa.
- Po co im potajemnie randki, skoro mieli dziennie kilka godzin sam na sam na sali gimnastycznej?- spytał Mason.- W sumie nie dziwię ci się Bielikow. Mało komu nie spodobała by się Rose w obcisłych leginsach.- wszyscy się zaśmiali. Nawet Dymitr, choć odrobinę się spiął. Jednak trwało to parę sekund. Najwidoczniej alkohol zaczął u niego działać.
Jeszcze chwilę rozmawialiśmy z naszymi nauczycielami, ale później zniknęli nam gdzieś w tłumie.
___________________________________________________________
Dzisiaj będzie jeszcze jeden za wczoraj :-*.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
środa, 29 czerwca 2016
ROZDZIAŁ 175
Wytłumaczyłam dzieciom co mają zrobić. Gdy byliśmy pod drzwiami odłożyłam blondyna.
Przekręciłam klucz w zamku i przyłożyłam palec do warg, pokazując młodym, aby byli cicho. Zaczęli zasłaniać usta rączkami, żeby stłumić chichot. Pchnęłam drewno, powodując skrzypienie zawiasów.
- Roza to ty?- usłyszałam wołanie męża z głębi mieszkania.
Nie odpowiedziałam, tylko dałam znak dzieciom, które wpadły do środka krzycząc. Kiedy wchodziłam do sypialni, zobaczyłam cudny widok. Dymitr trzymał na rękach siostrzenicę, a reszta biegała wokół nich, przekrzykując się w życzeniach. A najśmieszniejsze to, że połowa słów była po rosyjsku, a połowa po angielsku. Uśmiechnęłam się na tą scenę. Gdy dzieci mnie zauważyły, ucichły, rozstąpiły się i patrzył w moją stronę szeroko otworzonymi oczkami. Razem z Dymitrem zbliżyliśmy się do siebie. Nawet nie zauważyłam, kiedy mój ukochany odłożył Zoję.
- Wszystkiego najlepszego skarbie.- uśmiechnęłam się.
- Dziękuję Roza.
Popatrzył mi głęboko w oczy i nachylił nade mną. Po chwili nasze usta spotkały się w słodkim pocałunku.
- Ciocia i wujek się kochają- krzyknęła zadowolona.
- Ohyda.- wykrzywił się Pawka.
- Wcale, że nie. To jest bardzo słodkie.- sprzeciwiła się Lili.
Po chwili oderwaliśmy się od siebie.
- Ja tiebia liubliu towarzyszu.- nie mam pojęcia jak jest to po rosyjsku. Muszę się go w końcu spytać. Odpowiedział mi cichy śmiech męża.
- Ja tiebia toże liubliu Roza.
- No teraz macie chwilę dla wujka, a później... później nie będziecie jej mieć.
Strażnik spojrzał na mnie zdziwiony i zaciekawiony, jednak nie miał jak mnie wypytać, ponieważ znów oblazły go szkraby. Każdy złożył mu życzenia. Zoja i Łuka dali mu obrazki i laurki, Liliana własnej roboty szkatułkę, a Pawka samochodzik ze swojej kolekcji. Przypomniało mi się, jak dałam wczoraj Masonowi samochodzik, który kupiłam z mężem na targowisku. Cieszył się jak dziecko i po chwili dyskutował z Eddym o sile silnika i napędzie na cztery koła. A ta mina Dymitra gdy na luzie włączyłam się do rozmowy, bezcenna. Od początku naszej znajomości, dampir wprowadzał nasze grono w swoją kolekcję. Tylko Lissa nie była tym na tyle zainteresowana. A ja wiedziałam wszystko o wszystkich samochodach jakie miał i chciał mieć.
Dzieci nie mogły nacieszyć się wujkiem, ale z pomocą przyszła mi Karolina, która wszystkie zabrała "gdzieś tam".
- Roza jak mogłaś mi uciec z samego rana?- Bielikow wtulił się w zagłębie mojej szyi.
- Chcę, żeby ten dzień był dla ciebie idealny.
- I będzie. Byle tylko była ze mną.- Szepnął, przygryzając płatek mojego ucha. Przeszedł mnie przyjemny dreszcze, jednak jeśli chcę, aby niespodzianka się udała, muszę uspokoić moje szalejące hormony.
- Nie ma mowy towarzyszu. Takie przyjemności zostawimy sobie na wieczór. Teraz mamy godzinę na wyszykowanie się. No już, nie ma na co czekać. Popchnęłam go do łazienki, klepiąc w tyłek.
- Kiedyś ci oddam za te klapsy skarbie, więc uważaj.- odkrzyknął mi zza drzwi.
- Nie boję się ciebie.
- A powinnaś. Może skusi się pani na wspólny prysznic.- wyszedł obwiązany jedynie ręcznikiem. Bardzo apetyczny widok, nie powiem.- Tak będzie szybciej.
- Czy ja wiem, czy taki prysznic będzie krótszy.- droczyłam się z nim.
- Roza chyba nie odmówisz solenizantowi.
- Nie wiem, czy masz tego świadomość, ale przez najbliższe kilka miesięcy będzie nas dzielić osiem lat różnicy. To chyba nie jest właściwe kowboju.
Nim się obejrzałam, stał tuż obok mnie, a następnie zostałam przerzucona przez jego ramię. Szarpałam się i byłam go w plecy, ale zbyt wiele mu to nie za szkodziło. Za to ja wzdrygnęłam się i pisnęłam, gdy uderzył mnie lekko w pupę.
- Mówiłem, że oddam.- czułam, że nie przestaje się uśmiechać.
W końcu postawił mnie na podłodze i zanim wykonałam jakikolwiek ruch, wbił się w moje wargi.
Zdjął całe moje ubranie i wprowadził pod prysznic. Mimo wszystko mycie nie zajęło nam długi. Oczywiście nie mogło się obyć bez małego sexu. Oboje byliśmy za bardzo podnieceni. Poprosiłam, aby zrobił to szybko i mocno. Rzecz jasna, pamiętając o moim stanie.
Wyszykowaliśmy się na czas. Dymitr ubrał czarne, materiałowe spodnie i białą koszulę, którą rozpiął u góry. Mimo tego, że przez chwilą mieliśmy bardzo ostry stosunek, ledwo powstrzymałam się przed rzuceniem na niego. Po jego minie wnioskowałam, że myśli o tym samym. Miałam na sobie granatową sukienkę z dekoltem wyciętym w serce i obwiązaną w pasie wstążką(↓). Do tego włosy spięte w jego ulubiony sposób. Mimo wszystko mój mąż ograniczył się do pocałowania mnie delikatnie w usta, a następnie w czoło. Zanim wyszliśmy z mieszkania splótł nasze dłonie. Razem ruszyliśmy do garażu. Po kilkunastu minutach kłótni dał mi prowadzić. Rany! Tak dawno nie siedziałam za kółkiem. Uwielbiam to uczucie niezależności i wolności. Tym razem starałam się jechać ostrożnie. Kilka razy może nieznacznie przekroczyłam prędkość, ale to naprawdę mało. Pod restauracją byliśmy przed czasem. Była ona całodobowa, ponieważ prowadziła ją rodzina morojów. Weszliśmy do środki i podeszliśmy do recepcji.
- Dzień dobry. Mieliśmy tu rezerwację na godzinę drugą.- powiedziałam z uśmiechem.
- Państwa godność?- spytała uprzejmie kobieta w wieku na oko czterdzieści lat. Blond włosy miała związane w równego kucyka. Jak każdy pracownik lokalu ubrana była w biało niebieski uniform z logiem firmy sponsora. Tylko nie podoba mi się, że uśmiecha się głównie do MOJEGO męża. I to jak się uśmiecha. Jakby płacili jej za szerokość uśmiechu. Wlepiała w niego wzrok, jak drapieżnik w swoją wymarzoną ofiarę. Ale nie pozwoliłam sobie zepsuć humoru.
- Bielikow.- odpowiedziałam ze sztucznym uśmieszkiem.
Dymitr popatrzył na mnie zdziwiony, a później chyba dumny.
- Widzę, że przyzwyczajasz się do nowego nazwiska. - objął mnie od tyłu i cmoknął mój policzek, podczas gdy pani "plastik" szukała rezerwacji.
Co jakiś czas spoglądała na nas. Wtedy posyłałam jej triumfalny uśmiech.
- Powinnam jako twoja żona.
- Jak to pięknie brzmi Roza Bielikow.- powiedział jakby delektował się tymi dwoma słowami.
Po chwili ta sztuczna suka znalazła naszą rezerwację i pokierowała nas do stolika. Przy tym "niechcący" obtarła się o mojego ukochanego. Gdyby spojrzenie mogło zabić, już by leżała martwa. Ale nie tyle pod moim, co Dymitra. Kelnerka skuliła się pod wpływem wzroku Rosjanina i szybko odeszła.
- Trzy miejsca?!-mój mąż odsunął jedno krzesło i pokazał gestem abym usiadła.
- Tak. Czekamy na niespodziankę dla ciebie, za wtedy.- usiadłam. Ukochany zrobił to samo na jednym z pozostałych siedzeń.
Przyszedł kelner z menu. Złożyliśmy zamówienie i czekaliśmy. Po chwili wróciła recepcjonistka z naszym gościem. Podnieśliśmy się.
- Dzień dobry. Ja jestem Rose Hathaway-Bielikow, a to mój mąż Dymitr Bielikow.- przedstawiłam nas, gdy ta typiara sobie poszła. Podałam mężczyźnie rękę, którą on ucałował.
- Witam. Jestem Luis L'Amour.
___________________________________________________________
Przekręciłam klucz w zamku i przyłożyłam palec do warg, pokazując młodym, aby byli cicho. Zaczęli zasłaniać usta rączkami, żeby stłumić chichot. Pchnęłam drewno, powodując skrzypienie zawiasów.
- Roza to ty?- usłyszałam wołanie męża z głębi mieszkania.
Nie odpowiedziałam, tylko dałam znak dzieciom, które wpadły do środka krzycząc. Kiedy wchodziłam do sypialni, zobaczyłam cudny widok. Dymitr trzymał na rękach siostrzenicę, a reszta biegała wokół nich, przekrzykując się w życzeniach. A najśmieszniejsze to, że połowa słów była po rosyjsku, a połowa po angielsku. Uśmiechnęłam się na tą scenę. Gdy dzieci mnie zauważyły, ucichły, rozstąpiły się i patrzył w moją stronę szeroko otworzonymi oczkami. Razem z Dymitrem zbliżyliśmy się do siebie. Nawet nie zauważyłam, kiedy mój ukochany odłożył Zoję.
- Wszystkiego najlepszego skarbie.- uśmiechnęłam się.
- Dziękuję Roza.
Popatrzył mi głęboko w oczy i nachylił nade mną. Po chwili nasze usta spotkały się w słodkim pocałunku.
- Ciocia i wujek się kochają- krzyknęła zadowolona.
- Ohyda.- wykrzywił się Pawka.
- Wcale, że nie. To jest bardzo słodkie.- sprzeciwiła się Lili.
Po chwili oderwaliśmy się od siebie.
- Ja tiebia liubliu towarzyszu.- nie mam pojęcia jak jest to po rosyjsku. Muszę się go w końcu spytać. Odpowiedział mi cichy śmiech męża.
- Ja tiebia toże liubliu Roza.
- No teraz macie chwilę dla wujka, a później... później nie będziecie jej mieć.
Strażnik spojrzał na mnie zdziwiony i zaciekawiony, jednak nie miał jak mnie wypytać, ponieważ znów oblazły go szkraby. Każdy złożył mu życzenia. Zoja i Łuka dali mu obrazki i laurki, Liliana własnej roboty szkatułkę, a Pawka samochodzik ze swojej kolekcji. Przypomniało mi się, jak dałam wczoraj Masonowi samochodzik, który kupiłam z mężem na targowisku. Cieszył się jak dziecko i po chwili dyskutował z Eddym o sile silnika i napędzie na cztery koła. A ta mina Dymitra gdy na luzie włączyłam się do rozmowy, bezcenna. Od początku naszej znajomości, dampir wprowadzał nasze grono w swoją kolekcję. Tylko Lissa nie była tym na tyle zainteresowana. A ja wiedziałam wszystko o wszystkich samochodach jakie miał i chciał mieć.
Dzieci nie mogły nacieszyć się wujkiem, ale z pomocą przyszła mi Karolina, która wszystkie zabrała "gdzieś tam".
- Roza jak mogłaś mi uciec z samego rana?- Bielikow wtulił się w zagłębie mojej szyi.
- Chcę, żeby ten dzień był dla ciebie idealny.
- I będzie. Byle tylko była ze mną.- Szepnął, przygryzając płatek mojego ucha. Przeszedł mnie przyjemny dreszcze, jednak jeśli chcę, aby niespodzianka się udała, muszę uspokoić moje szalejące hormony.
- Nie ma mowy towarzyszu. Takie przyjemności zostawimy sobie na wieczór. Teraz mamy godzinę na wyszykowanie się. No już, nie ma na co czekać. Popchnęłam go do łazienki, klepiąc w tyłek.
- Kiedyś ci oddam za te klapsy skarbie, więc uważaj.- odkrzyknął mi zza drzwi.
- Nie boję się ciebie.
- A powinnaś. Może skusi się pani na wspólny prysznic.- wyszedł obwiązany jedynie ręcznikiem. Bardzo apetyczny widok, nie powiem.- Tak będzie szybciej.
- Czy ja wiem, czy taki prysznic będzie krótszy.- droczyłam się z nim.
- Roza chyba nie odmówisz solenizantowi.
- Nie wiem, czy masz tego świadomość, ale przez najbliższe kilka miesięcy będzie nas dzielić osiem lat różnicy. To chyba nie jest właściwe kowboju.
Nim się obejrzałam, stał tuż obok mnie, a następnie zostałam przerzucona przez jego ramię. Szarpałam się i byłam go w plecy, ale zbyt wiele mu to nie za szkodziło. Za to ja wzdrygnęłam się i pisnęłam, gdy uderzył mnie lekko w pupę.
- Mówiłem, że oddam.- czułam, że nie przestaje się uśmiechać.
W końcu postawił mnie na podłodze i zanim wykonałam jakikolwiek ruch, wbił się w moje wargi.
Zdjął całe moje ubranie i wprowadził pod prysznic. Mimo wszystko mycie nie zajęło nam długi. Oczywiście nie mogło się obyć bez małego sexu. Oboje byliśmy za bardzo podnieceni. Poprosiłam, aby zrobił to szybko i mocno. Rzecz jasna, pamiętając o moim stanie.
Wyszykowaliśmy się na czas. Dymitr ubrał czarne, materiałowe spodnie i białą koszulę, którą rozpiął u góry. Mimo tego, że przez chwilą mieliśmy bardzo ostry stosunek, ledwo powstrzymałam się przed rzuceniem na niego. Po jego minie wnioskowałam, że myśli o tym samym. Miałam na sobie granatową sukienkę z dekoltem wyciętym w serce i obwiązaną w pasie wstążką(↓). Do tego włosy spięte w jego ulubiony sposób. Mimo wszystko mój mąż ograniczył się do pocałowania mnie delikatnie w usta, a następnie w czoło. Zanim wyszliśmy z mieszkania splótł nasze dłonie. Razem ruszyliśmy do garażu. Po kilkunastu minutach kłótni dał mi prowadzić. Rany! Tak dawno nie siedziałam za kółkiem. Uwielbiam to uczucie niezależności i wolności. Tym razem starałam się jechać ostrożnie. Kilka razy może nieznacznie przekroczyłam prędkość, ale to naprawdę mało. Pod restauracją byliśmy przed czasem. Była ona całodobowa, ponieważ prowadziła ją rodzina morojów. Weszliśmy do środki i podeszliśmy do recepcji.
- Dzień dobry. Mieliśmy tu rezerwację na godzinę drugą.- powiedziałam z uśmiechem.
- Państwa godność?- spytała uprzejmie kobieta w wieku na oko czterdzieści lat. Blond włosy miała związane w równego kucyka. Jak każdy pracownik lokalu ubrana była w biało niebieski uniform z logiem firmy sponsora. Tylko nie podoba mi się, że uśmiecha się głównie do MOJEGO męża. I to jak się uśmiecha. Jakby płacili jej za szerokość uśmiechu. Wlepiała w niego wzrok, jak drapieżnik w swoją wymarzoną ofiarę. Ale nie pozwoliłam sobie zepsuć humoru.
- Bielikow.- odpowiedziałam ze sztucznym uśmieszkiem.
Dymitr popatrzył na mnie zdziwiony, a później chyba dumny.
- Widzę, że przyzwyczajasz się do nowego nazwiska. - objął mnie od tyłu i cmoknął mój policzek, podczas gdy pani "plastik" szukała rezerwacji.
Co jakiś czas spoglądała na nas. Wtedy posyłałam jej triumfalny uśmiech.
- Powinnam jako twoja żona.
- Jak to pięknie brzmi Roza Bielikow.- powiedział jakby delektował się tymi dwoma słowami.
Po chwili ta sztuczna suka znalazła naszą rezerwację i pokierowała nas do stolika. Przy tym "niechcący" obtarła się o mojego ukochanego. Gdyby spojrzenie mogło zabić, już by leżała martwa. Ale nie tyle pod moim, co Dymitra. Kelnerka skuliła się pod wpływem wzroku Rosjanina i szybko odeszła.
- Trzy miejsca?!-mój mąż odsunął jedno krzesło i pokazał gestem abym usiadła.
- Tak. Czekamy na niespodziankę dla ciebie, za wtedy.- usiadłam. Ukochany zrobił to samo na jednym z pozostałych siedzeń.
Przyszedł kelner z menu. Złożyliśmy zamówienie i czekaliśmy. Po chwili wróciła recepcjonistka z naszym gościem. Podnieśliśmy się.
- Dzień dobry. Ja jestem Rose Hathaway-Bielikow, a to mój mąż Dymitr Bielikow.- przedstawiłam nas, gdy ta typiara sobie poszła. Podałam mężczyźnie rękę, którą on ucałował.
- Witam. Jestem Luis L'Amour.
___________________________________________________________
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

