czwartek, 16 czerwca 2016

ROZDZIAŁ 167

Nie wierzę w to co widzę. Nasi panowie razem sobie siedzą i oglądają mecz. Nie no, czegoś takiego się nie spodziewałam.
- O, hej dziewczyny.- przywitał się Abe.
Zaniosłyśmy swoje torby na górę. Reszta rozsypała się po całym domu. Wiki wpadła do pokoju Lili i Pawki. Często bawili się razem. Karolina wzięła od mamy swoją córkę, a Sonia syna, śpiącego na jednym z foteli. Po schowaniu ubrań, zeszłam z powrotem do salonu. W tym momencie Dymitr zerwał się krzycząc: "Gol!!!", a mój ojciec wyglądał, jakby chciał coś rozwalić.
- Pieprzone cioty.- mruknął pod nosem.
- Wyrażają się.- upomniałam go, za co dostałam wściekły wzrok.
- Ona ma rację.- poparła mnie jego narzeczona.
- No super. Od kiedy to wy się tak dobrze dogadujecie?- spytał z kpiną Abe.- No wracając do interesów...- wyciągnął z portfela dziesięć dolarów i wręczył je mojemu mężowi.
- O co chodzi?- patrzyłam na nich podejrzliwie.
- Nic Roza. Tylko założyliśmy się o wynik meczu. Real Madryt był dzisiaj w dobrej formie.- objął mnie i cmoknął w skroń.
Było już późno i trzeba było szykować się na kolację. Gdy dziewczyny tylko to usłyszał, mnie, Lili i Janine zamknęły w naszej sypialni, a naszych mężczyzn w pokoju rodziców. Do nich poszła Sonia i okazało się, że ściągnęli Eddyego, a Karolina i Wiki zajęły się nami.
- Możemy zrobić makijaż małej?- spytała najmłodsza z sióstr.
Zgodziłam się. Zaraz po tym jej siostra zamknęła mnie w łazience.
- Tylko Rose, weź tym razem szybciej niż ostatnio.- upomniała mnie.
- Postaram się.
Wzięłam szybki, ale dokładny prysznic. Umyłam się swoim ulubionym kokosowym żelem. Ogoliłam się i spłukałam odżywkę z włosów. Ubrałam bieliznę i szlafrok.
Po mnie, do łazienki weszła strażniczka. Sama zostałam posadzona przy swojej toaletce i od razu Karolina zajęła się moimi włosami, a Wiki podjęła się zadania zrobienia manicuru i pedicuru. Drzwi łazienki otworzyły się, gdy moje paznokcie wysychały. Wszystkie były granatowe, a na palcach serdecznych doklejone miałam brylanciki. Najmłodsza siostra poradziła moją mamę na drugim krześle i zabrała się za jej włosy. Na mojej głowie powstała burza lekko wytapirowanych fal. U Janine zdecydowały się na koka. Strażniczka czuła się trochę niezręcznie. W tym czasie Wiki przygotowywałam kąpiel dla Lili.
- Rose my w końcu zostaniemy twoimi prywatnymi stylistkami.- zaśmiały się Bielikówny.
- Spoko, znając Dymitra, będziecie mieć dużo zleceń.
- Aż taki romantyk z naszego braciszka?- zaśmiała się Karolina.
- A żebyś wiedziała.- uśmiechnęłam się na wspomnienia naszych chwil.
Gdy moje włosy były gotowe, fryzjerka zabrała się na makijaż.
- Mamo spokojnie, przecież cię nie ugryzą.- zaśmiałam się. Ta tylko popatrzyła na mnie groźnie, ale trochę się odprężyła. Po pół godzinie byłyśmy wszystkie trzy gotowe. Moja siostra zachwycała się swoją sukienką. Wiedziałam, że trafiłam w dziesiątkę.
-Chciałbym, żeby Pawka też mógł pójść.- westchnęła mała.
Lissa rozważałam opcję zaproszenia Bielikowów, gdy dowiedziała się, że chcę ich ściągnąć, ale wybiłam jej to z głowy. Już i tak pewnie będzie szok, że dampiry są gośćmi i to jeszcze będą siedzieć przy stole z królową.
- Wiem skarbie, ale jutro razem pójdziemy na śniadanie.
- Dobra dziewczyny, czas na pokaz.- ponagliły nas dziewczyny.- Mężczyźni już czekają na dole.
- Nie jestem pewna.- wahała się moja mama.
- To tylko kolacja. Dasz radę. Ojciec padnie na twój widok.
- No dobra, raz kozi śmierć.
Wyszłyśmy na schody. Ustawiłyśmy się z Lilianą pomiędzy nami. Dymitr i Abe nie zauważyli nas, zajęci rozmową. Dziewczyny ustawiły się u podnóża schodów. Odchrząknęły, zwracając ma siebie uwagę. Mężczyźni popatrzyli na nie, a następnie przenieśli wzrok na naszą trójkę. Dumnie, z uśmiechami schodziłyśmy na dół. Ich oczy zrobiły się wielkie jak spodki, a buzie mimowolnie się rozszerzyły. Wręcz czułam jak mąż rozbiera mnie wzrokiem. Na dole podeszłam do niego i oparłam dłonie mu na ramionach. Jego znalazły się na mojej talii. W oczach miał zachwyt i uwielbienie.
- Roza...- chyba nie wiedział co powiedzieć.
Przyłożyłam mu palec do ust.
- Cii...- szepnęłam.- nic nie mów, tylko mnie pocałuj.
Nie czekałam długi na dreszcz wywołany miękkością jego warg. Jak to możliwe, że z każdym dniem kocham go jeszcze mocniej? Ale musieliśmy przerwać naszą pieszczotę, bo nie chciałam, żeby Abe włączył się do akcji. Jednak on okazał się być zajęty moją mamą. A dokładnie zlizywaniem jej szminki.
- Hej, dziewczyny tyle się napracowały, a ty cały makijaż jej psujesz.- przerwałam im ta jakże romantyczną chwilę.
Odsunęli się od siebie. Mój ojciec uśmiechnął się cwanie, za to rumieńców Janin nie dał rady przykryć podkład.
Po chwili pożegnaliśmy się ze wszystkimi. Powiedziałam, żeby czuli się jak u siebie w domu. Jewie nawet to wychodzi. W zamian oni życzyli nam dobrej zabawy. Przed domem stał samochód, który na bank pokochała by Sydney ze swoją miłością do motoryzacji. Pewnie wynajął go mój ojciec z kierowcą. Przewidział, że nie podadzą nam tam samych soczków. Wsiadłam z ukochanym z tyłu i na przodzie zobaczyłam...
- A ty wciąż masz układ z diabłem?- westchnęłam zrezygnowana postępowaniem alchemiczki.
- No jak widać.- obok mnie usiedli moi rodzice.
Samochód odpalił i pojechaliśmy na dwór.
Na miejscu byliśmy po pół godzinie. Przy bramie był nie mały ruch, ale i tak większość musiała przyjechać wcześniej. Raczej nikt nie przyjeżdża z daleka na ostatnią chwilę. Po rutynowej kontroli wjechaliśmy do garażu. Na szczęście jako strażnicy mamy swoje zarezerwowane miejsce. Pierwszy wyszedł mój mąż i pomógł wysiąść mi. Abe opuścił pojazd po naszej stronie, ale szybko podbiegł do drugich drzwi i podał rękę mojej mamie. Jak prawdziwy dżentelmen. Moja rodzicielka jednak nie wydaje się być zachwycona jego zachowaniem. Nie jest przyzwyczajona. Chce być niezależna, samodzielna. Po prostu wykonywać swoją pracę. Rozumiem ją. Też taka jestem. Dlatego tak długo przyzwyczajałam się do tego, że Dymitr lubi nosić mnie na rękach. Abe otworzył również drzwi z przodu, pomagając młodszej córce. Szepnął coś na ucho narzeczonej, a ona mu odpowiedziała lekko zdenerwowana. Po następnej wymianie zdań, mój ojciec podał jej ramię, które chwyciła z miłym uśmiechem. Bardzo ładnie się uśmiecha. Wcześniej tego nie zauważyłam. Może dlatego, że wcześniej się tyle nie śmiała. Odkąd Abe wrócił do nas, jest bardziej radosna. My poszliśmy w ich ślady. Wolałabym trzymać go za dłoń, ale to elokwentne przyjęcie i trzeba zachowywać się "przyzwoicie".
Wolno ruszyliśmy w stronę wielkiej sali bazowej numer pięć.

środa, 15 czerwca 2016

ROZDZIAŁ 166

- Sama królowa was zaprosiła?- oczy sióstr Dymitra były wielkie jak krążki do hokeja.
- No tak.- powiedziałam, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. No bo w sumie była.- To moja przyjaciółka.
- Dalej nie wierzę, że Dimka zakochał się w przyjaciółce królowej.
Niekiedy zapominam, że ona jest królową. To takie dziwne znać kogoś od przedszkola i słyszeć jakie to niezwykłe być kimś tak ważnym, dla kogoś tak ważnego. I lekko denerwujące. Przecież każdy mógłby tak awansować i każdy ma przyjaciół. To nic nadzwyczajnego. Ale widać, że inni uważają inaczej.
- Mamo, a pokaż w czym pójdziesz.- postanowiłam zmienić temat.
- W stroju strażniczki.- powiedziała pewnie.
Wszyscy zaczęli się śmiać, ale przestali, gdy zrozumieli, że mówi na serio.
- Chyba sobie żartujesz?!- Abe aż wstał i usiadł z wrażenia.- nie możesz iść na święta do królowej w stroju służbowym.
- Mamo, musisz mieć jakąś sukienkę.- poparłam go.
- Właśnie strażniczko Hathaway.- dodała Wiki.
- Ale to nie wypada dampirzycy. Nawet to zaszczyt. Nie jestem morojką i nie powinno mnie tam być.
- O to cały czas walczą Dimka i Rose. O równość. A jakby to wyglądało, jeśli strażniczka nie wspierała córki. Oni potrzebują strażniczki pomocy.- podeszła ją Sonia. Sprytne.
- No w sumie.- moja mama lekko się zmieszała.
Ta rozmowa nie była jej na rękę. Zwłaszcza, że takie kobiety jak rodzina Dymitra są potępione przez szanujące się strażniczki, w tym nią samą. A tu okazuje się, że mają lepsze życie niż my. Pamiętam swoją reakcję na ten fakt. Byłam zmieszana i w prosty nie mogłam uwierzyć, że ktoś publicznie potępiony może wychować takiego strażnika jak Bielikow. Jednak po poznaniu ich zrozumiałam, że to go takiego stworzyło. Nie jest tylko dobry w zabijaniu, czego od nas wymagają, ale jest dobrym człowiekiem, znającym wartości rodzinne i takie, których nawet dzieci najlepszych strażników nie wiedzą. Bo nie mają rodziny.
- Dziewczyny, zbieramy się.- zażądała Karolina.
- Gdzie?- spytałam zdezorientowana.
- Do sklepu.- wyjaśniła i wpadła do kuchni.- Dimka. Na resztę dnia porywamy twoją żonę i teściową. Jedziemy do sklepu. Nie będziesz zbyt za nią tęsknił, prawda?
- Oj nie wiem.- zaśmiał się.
- Spokojnie towarzyszu. Przed rocznicą może wrócę.
 - No dobrze, skoro tak.- zgodził się.
- Dzięki. To pa towarzyszu.- poszłam do kuchni i go pocałowałam.
- Baw się dobrze, Roza. I uważaj na siebie.- oddał pocałunek.
- Eghem...- przerwało mam chrząknięcie mojego ojca.
Szybko zniknęłam z pomieszczenia.
- Nie wiem, czy powinnam zostawiać tu Ibrahima samego.- wahała się strażniczka, gdy ubierałyśmy się na przedpokoju.
- Spokojnie, nic mu nie będzie. W końcu zostaje tu z Dymitrem.- zatrzymałam się w pół kroku.- Oł...
- Właśnie o to mi chodzi. Zostawiamy ich samych.
- Poradzą sobie.- próbowałam nas pocieszyć.
- Miejmy nadzieję.
- Drogie Panie. Mniej gadania, więcej wychodzenia.- ponaglała nas Wiktoria.
Po chwili już jechaliśmy do najbliższej galerii handlowej.
Godzinę później nasze auto zatrzymało się na parkingu.
Wchodziłyśmy do wszystkich sklepów po kolei. Wszystkie biegałyśmy pomiędzy regałami, po za moją matką. Ona patrzyła czujnie dookoła, szukając zagrożenia. Pokręciłam zrezygnowana głową i wróciłam do przeszukiwania wieszaków. Znalazłam jedną, która mi przypadła do gustu. Była granatowa, bez ramiączek. Zabrałam ja do przymierzalni. Leżała idealnie, uwydatniając mój brzuszek(↓). Dziewczyny się nią zachwycał, ale oczywiście wielki strażniczka otaksowała mnie krytycznym spojrzeniem. Pewnie znowu pomyślała, że robię z siebie dziwkę.
- Rose. Chyba nie zamierzasz iść tak na kolacje do Królowej?!- oburzyła się.
- Tak.- odpowiedziałam.- Jestem dampirzycą i mam czym się chwalić i będę to robić.
- Powinnaś być bardziej odpowiedzialna, a tobie tylko zabawa w głowie. Masz ratować życie morojów, a nie zgrywać gwiazdę estrady. Jesteś strażniczką, na litość Boską.- podniosła głos.
- Ale to nie znaczy, że nie mogę ładnie wyglądać.- kipiałam z wściekłości. 
- Wyglądać ładnie można w normalnym ubraniu.
- Na szczęście to moje życie i będę ubierać się jak JA chcę.- wróciłam za kotarę.
Moja matka więcej już się nie odezwała. Sobie znalazła skromniejszą kreację, ale pasowała jej. Była zwiewna i o odcień jaśniejsza od mojej. W pasie przewiązaną miała kokardę.
- Czy Abe widział cię kiedykolwiek w sukience?- spytałam ją, zapominając o tym, że jestem na nią zła.
- Z dziewiętnaście lat temu.- pogrążyła się w swoich myślach.
- W takim razie dzisiaj padnie na twój widok.
- Dimka na twój też.- zwróciła się do mnie Karolina.
- My już o to zadbamy.- zaśmiała się Wiki.
- Dziękuję dziewczyny.- uścisnęłam je.
- Czego nie robi się dla rodziny.- zachichotałyśmy zgodnie.
- Ciekawa jestem jak wyglądałoby nasze spotkanie, gdyby Dimka, no wiecie...- zastanowiła się Sonia.
- Znając naszego brata, to znałybyśmy cię tylko z listów.- zaśmiała się Karolina.- Albo na ślubie.
- A znając mnie,- podałam wybraną sukienkę ekspedientce i zapłaciłam kartą.- zmusiłabym go do urlopu i wyjazdu. Ze mną nie ma tak łatwo. Ale pewnie nie poznałabym ojca.
- To co?- spytała moja mama, kiedy wychodziłyśmy ze sklepu.- Wracamy?
- Jeszcze nie.- zaprotestowałam. Dziewczyny popatrzyły na mnie zdziwione.- Teraz chodźmy do kawiarni, a później kupić sukieneczkę dla Liliany. A chłopcy jak poczekają, bardziej docenią.
Tak też zrobiłyśmy. Usiadłyśmy przy jednym ze stolików, przy oknie. Gadałyśmy na różne tematy. Dziewczyny i strażniczka zamówiły kawę i ciasto, a ja czekoladę i szarlotkę. Wpadłam na pomysł.
- Wiki, a nie chciałabyś uczyć się w Akademii św. Władimira?- spytałam.
Moja szwagierka popatrzyła na mnie w szoku. Reszta czekała na jej reakcję.
- Allle... nie wiem czy... myślisz, że bym się dostała?
- Spokojnie. Nie musisz podejmować decyzji teraz. Przemysł to na spokojnie, a resztę zostaw nam.
- Bardzo bym chciała, ale muszę pogadać z mamą. Nie wierzę. Naprawdę mogę?- nie dowierzała. Po chwili rzuciła mi się na szyję.- Dziękuję, dziękuję, dziękuję.
Po skończeniu napojów, zabrałyśmy zakupy i poszłyśmy do sklepu z ubraniami dla dzieci. Po kilku godzinach i odwiedzeniu wielu sklepów, znalazłam tą jedną jedyną(↓). Szybko za nią zapłaciłam i wróciłyśmy do samochodu. Weszłyśmy do domu, ale to co tam zobaczyłam z matką sprawiło, że wypuściłyśmy torby z zakupami.
- Dymitr?!- zdziwiłam się.
- Ibrahim?!- powiedziała równocześnie ze mną moja rodzicielka.
________________________________________________________
Sukienka Rose
Sukienka Janin.
Sukienka Lili

ROZDZIAŁ 165

Tak, wiem. Miał być wczoraj, ale zabrakło mi internetu (też Cię Kocham DayDance💖). Ale za to będzie dzisiaj jeszcze jeden. Chyba, że... nie, nie powinno być problemów.
______________________________________________________
Rano obudziłam się w dobrym humorze. Chciałam przytulić się do męża, ale łóżko po jego stronie było puste. Postanowiłam zejść i zobaczyć, czy nie robi nam śniadania, gdy zauważyłam, że w łazience pali się światło. Położyłam się i udawałam, ze śpię, gdy usłyszałam spuszczanie wody.
Usłyszałam skrzypnięcie drzwi i dźwięk wyłącznego światła. Po chwili materac się ugiął i poczułam ciężar ręki na biodrze. Ukochany przytulił mnie w geście ochrony.
- Nie pozwolę, żeby coś ci się stało Roza.- szepnął łamiącym się głosem. Musiał być bardzo roztrzęsiony. Chyba dalej myśli, że śpię.- Przysięgam, że zapłaci za to, że z nami zawarł. Ochronię cię Różyczko.
- Dymitr.- szepnęłam.
Spiął się lekko, ale po chwili jego ciało odprężyło się i przyciągnął mnie bliżej siebie. Był pewny, że gadam przez sen. Odwróciłam się i spojrzałam mu w oczy. Miał w nich strach. Pogłaskałam go po policzku.
- Co się dzieje, towarzyszu?- spytałam z troską.
- Nic kochanie. Śpij.
- Przecież widzę. Powiedz mi.- toczył wewnętrzną walkę.- Wiesz, że możesz mi zaufać.
- Nie chcę Cię martwić.
- Ha! Czyli, że jednak jest coś nie tak. Powiedz.- naciskałam.
- Ja jakoś nie dopytywałem się, o co chodzi z Christianem.- bronił się.
- Bo to nie zagrażało nikomu. A tego nie mogę powiedzieć o twoim problemie. Jak mi nie powiesz, to tak będę się martwić, że nie zasnę.
- Robert...- szepnął tak cicho, że gdybym nie czekała na odpowiedź, na pewno bym jej nie usłyszała. Zszokowało mnie to.- Ale nie pozwolę, żeby was skrzywdził.
- A ciebie?- spytałam zaopatrzona w ścianę.
- Ja nie jestem ważny.- popatrzył na mnie czule.
- Mylisz się. Jesteś dla mnie ważny. Nie mogę cię stracić. Proszę nie rób nic głupiego. Nie wiemy, gdzie jest? Czego chce? Mamy za mało informacji. Potrzebujemy planu. Pamiętasz zeszły rok. Mason chciał pokonać strzygi bez strategii. Wiedziony impulsem uciekł. To wszystko było jego planem i co się stało? Nie mogę pozwolić ci na to samo. Nie mogę cię stracić. Tylko dzięki tobie się podniosłam. Bez ciebie nie byłoby mnie tu gdzie jestem. Dajesz mi siłę, której nie mogę stracić. Poczekaj. Obiecaj mi że nie zrobisz nic głupiego i poczekasz. Obiecaj.- popatrzyłam na niego błagalnie.
- Obiecuję.- powiedział bez wahania i zapieczentował to pocałunkiem.- Ja tiebia liubliu Roza
- Ja tiebia toże liubliu.- na nowo zasnęłam w jego ramionach.

Następna pobudka była podobna. Ale tym razem miałam się do kogo przytulić.
- Dzień dobry Roza.- powitał mnie cudowny głos.
- Dzień dobry, towarzyszu.- przyciągnęłam się i opadłam na jego pierś.- Co dzisiaj robimy?
- Kończymy gotowanie i przyjeżdżają twoi rodzice z Lili. Trzeba popakować prezenty bo przy tej małej nic nie da się zrobić w tajemnicy. A z twoim ojcem... fiu fiu. Nie możliwe.- zaśmialiśmy się.
- Towarzyszu, powinieneś się nauczyć, że dla nas takie słowo nie istnieje.
Po porannej toalecie i śniadaniu, znowu spotkaliśmy się w kuchni. Praca szybko nam zleciała. Następnie obiad.
Podczas jedzenia usłyszeliśmy dzwonek do drzwi.
- To na pewno goście.- odezwał się Dymitr.
- Na pewno.- uśmiechnęłam się.- Pójdziesz otworzyć?- poprosiłam.
- Oczywiście słońce.
Gdy wyszedł, uśmiechnęłam się jeszcze szerzej. Ciekawe, czy spodoba mu się niespodzianka. Nasłuchiwałam odgłos jego kroków, następnie otwieranie zamka i na koniec skrzypienie drzwi.
- Dimka!- po domu poniósł się kobiecy głos.
- Mama?!- zdziwił się.
Szybko znalazłam się w przedpokoju.
- Ciocia Rose! Ciocia Rose!- od razu rzuciła się na mnie czwórka dzieci.
Zoja i Łuka dopadli moich nóg, a Pawka i Lili byli na tyle wysocy, że przytulili mój brzuch. Jednak po chwili jedna z moich stóp została uwolniona. Zoja wydobyła z siebie jęk niezadowolenia, ale gdy tylko zauważyła, kto ją podniósł, wtuliła się w szyję mojego męża. Najwidoczniej już się przywitał z resztą.
- Wujek Dimka!- zapiszczała.
- Rose!- wszystkie Bielikówny mnie objęły, uważając na pozostałą trójkę dzieci.
Po czułym przywitaniu z rodziną ze strony Rosjanina, przyszła kolej na moją. Z matką patrzyłyśmy na siebie nie pewnie, w napięciu. Wydawało mi się, jakbyśmy istniały tylko my. Po długich sekundach rzuciłam się jej w objęcia. Odwzajemniła gest.
Popatrzyłam na jej twarz i...nie wierzę. Oczy strażniczki zaszkliły się.
- Witaj na święta mamo.- odezwałam się.
- Dziękuję córuś.- wyszeptała.
Oderwałyśmy się od siebie. Spojrzałam na osobę, która stała za nią.
- Witaj Różyczko.- uśmiechnął się cwanie z rozłożonymi ramionami.
- Na coś czekasz, staruszku?
- Nie chcę nic mówić, ale przywiozłem na święta rodzinę twojego męża.
- Jak sam zauważyłeś, to też moja i WASZA rodzina.- zaakcentowałam przedostatnie słowo.
Mimo wszystko przytuliłam moroja.
Po przywitaniu i odniesieniu bagaży do pokoi dla gości usiedliśmy w salonie.
- Bardzo ładna choinka.- pochwaliła Olena.
- Wcale, że nie. - zaprotestowała córeczka Karoliny.- Nie ma prezentów.
Usiadła obrażona na podłodze, dopóki nie podniosły ją silne ręce.
- Spokojnie. Dziadek Mróz dopiero musi przyjść.- mój ukochany posadził ją sobie na kolanach.
- Dziadek Mróz?!- popatrzyłam na niego zdziwiona.
- To Rosyjski odpowiednik świętego Mikołaja.- wytłumaczył Abe.
- Acha.- tylko tyle powiedziałam.
Przytuliłam się do mojego strażnika. Na moich kolanach już rezydował syn Soni. Głaskałam go po plecach, gdy zasypiał oparty o mój brzuch. Z drugiej strony objęłam Lili, która już dawno spała, razem z Pawką. O dziwo tylko Zoja jeszcze trzymała się na nogach.
- Jak wam minęła podróż?- zagadnął Bielikow rodzinę.
- Dobrze.- odpowiedziały jego siostry równocześnie i wszyscy się roześmiali.
Rozmawialiśmy na różne tematy. Po pewnym czasie mój ukochany wrócił do kuchni, gdzie poszła również jego matka. Chwilę się wykłócali, że ona jest gościem i nie powinna gotować, ale rzadko kiedy dzieci mają jakakolwiek szanse w starciu z rodzicielkami. Tak więc oboje zakasłali rękawy i przystąpili do pracy. Pokazałam reszcie, gdzie mają spać. Pawka poszedł do pokoju Lili, a kobiety od Dymitra do jednego z gościnnych. Drugi należał na te kilka dni do moich rodziców. Abe jako jedyny mężczyzna, oprócz zajętego w kuchni Bielikowa, pomógł przenieść kojce z pokoiku naszych przyszłych dzieci do kobiet. Położyliśmy dzieci spać, a sami jeszcze rozmawialiśmy w salonie.

poniedziałek, 13 czerwca 2016

ROZDZIAŁ 164

 Chwilę jeszcze pogadaliśmy o jego planie. Następnie wyszłam, szukając Bielikowa. Gotował dalej w kuchni. Podeszłam do niego i objęłam go od tyły. Od razu się odwrócił i cmoknął mnie w czoło. Lubię gdy tak robi. Pokazuje tym, że się o mnie troszczy.
- To co moja szefowo kuchni? Gotowa do pracy?
Pokiwałam głową na potwierdzenie. Zaraz zabraliśmy się za resztę dań na śniadanie bożonarodzeniowe.
- A nie spytasz o co chodziło?- nie wytrzymałam.
- Roza. Ufam ci. Jeśli nie powiesz mi sama, oznacza to, że lepiej żebym nie wiedział.- popatrzył na mnie z miłością.
Nie mogłam się powstrzymać. Podeszłam do niego i pocałowałam namiętnie.- Po za tym, mam nagrywanie rozmów.- dodał. Zdębiałam. O nie. On nie może tego odsłuchać. To nie tak, że mam przed nim tajemnice. O raczej taka niespodzianka o której mamy wiedzieć tylko ja i Christian.- Co tak się patrzysz? Jestem strażnikiem pary królewskiej. Muszę kontrolować sytuację. Ale nie martw się. Ufam ci i poczekam. Może kiedyś mi powiesz.
- Dowiesz się jutro.
Po zrobieniu następnych dań i zjedzeniu kolacji, poszliśmy do sypialni. Byłam wykończona. Dymitr pierwszy poszedł się myć. Ja w tym czasie zadzwoniłam do matki. Kontakt między nami polepszył się. Rozmawiałyśmy często przez telefon, poznając się trochę lepiej. Ale to nie to samo co rozmowa na żywo. Już nie mogę się doczekać jutra. Dokładnie omówiliśmy jak będą wyglądały święta. Ona, jak i Dymitr będą gośćmi przy kolacji wigilijnej. Lissa wmówiła arystokracji, że tak jest lepiej. W końcu to najlepsi strażnicy.
Skończyłam rozmowę, gdy usłyszałam otwierane drzwi od łazienki. Wciągnęłam powietrze, na widok męża. Miał na sobie tylko bokserki i ręcznik położony na karku. Z mokrych włosów kapały krople wody, prosto na umięśnione tors i ramiona. Jestem szczęściarą, że to ja mogę podziwiać taki widok. Musiałam mieć zabawną minę, bo ukochany uśmiechnął się kusząco. Nogi zmiękły mi w kolanach. Opadłam na łóżko, udając, że powaliła mnie jego uroda, choć daleko od prawdy to nie odbiegało. Zamknęłam oczy i wystawiłam język, udając martwą. Leżąc tak, nagle poczułam ciepłe palce na brzuchu. Zadrżałam pod wpływem ich dotyku. Podwijały powoli moją bluzkę, póki Bielikow całkiem się jej ze mnie nie pozbył. Wtedy pocałował mnie w brzuch, a jego ociekające wodą kosmyki łaskotały delikatnie moją skórę. Nie wiem, czy większą przyjemność sprawiał mi jego dotyk, czy chłodne krople, spadające na moje rozgrzane przez niego ciało. Rozbiegane palce Dymitra rozpięły mój stanik, a teraz kręciły spirale na moich piersiach. Od największego kółka u podstawy do najmniejszego na skutku. I w drogą stronę. Jednocześnie cały czas całował mój już zaokrąglony brzuszek. Zaczęłam mruczeć. Tylko tyle mogłam zrobić. Na nic innego nie starcza im sił. A teraz nawet na umycie się. Chętnie zostałabym tu gdzie jestem, w jego objęciach. Jęknęłam niezadowolona, gdy w miejscach rozgrzanych dotykiem jego skóry poczułam zimno. Zachichotał cicho. Jednak nie otworzyłam oczu. Zrobiłam to dopiero, gdy mnie podniósł. Złapałam go za kark i bawiłam się jego włosami. Nie przestaję nawet gdy, wkładanie do ciepłej wody i zaczyna myć. Wtedy popatrzyłam mu w oczy. Było w nich tyle miłości.
- Jeszcze ci mało mycia mnie?- spytałam, owijając na palca jego kosmyk.
- Roza. Nigdy nie będę miał dość niczego, co ma związek z tobą.
- Dziękuję.- wymruczałam z rozkoszy.
- Cała przyjemność po mojej stronie.- posłał mi kolejny już dziś czarujący uśmiech.
Gdy skończył mnie myć, pomógł mi wyjść i zaczął wycierać moje mokre ciało.
- Jestem padnięta.- przyznałam.
- Moja wojowniczka nie powinna się tak przemęczać.- ukochany znowu złapał mnie jak pannę młodą i zaniósł do łóżka.
- Jeszcze przed obiadem byłam żmią. I na prawdę nie mam siły.
- Na pewno słońce?- zaczął całować mnie po brzuchu i piął się coraz wyżej.
- Nie wiem czy powinniśmy. Trzeba uważać na dzieci.- wysapałam
- Roza będę ostrożny. Przecież wiesz.- nie odpuszczał.
- Dymitr proszę.- z trudem straciłam jego dłonie.- Nie chcę kłócić się na święta.
- No dobrze.- westchnął ciężko i położył się obok.
Nie wydawał się być obrażony. Wręcz odwrotnie. Przyciągnął mnie bliżej, jakby chciał mnie zapewnić, że zależy mu na mnie.
- Nie gniewasz się na mnie?- chciał upewnić się mój mąż.
- Oczywiście skarbie, że nie. Kocham Cię.
- Ja ciebie tez Roza. Ale teraz chodźmy spać.
- Dobranoc.
- Dobranoc Roza.
______________________________________________________
Wiem, że krótki i beznadziejny, ale nie miałam pomysłu na ten rozdział. Mam nadzieję, że jednak nie jest tak beznadziejny. 

niedziela, 12 czerwca 2016

ROZDZIAŁ 163

W kuchni wróciłam do robienia sałatki. Jednak gotowanie nie jest takie trudne, jak myślałam. 
Podskoczyłam, gdy w pomieszczeniu rozległ się przeciągły gwiazd.
- A jednak umiesz sprzątać.- zaśmiał się mój mąż, rozglądając się po kuchni.
- Bardzo śmieszne. Lepiej pomóż mi, póki to jest jadalne.
Zaraz chwycił nóż i podszedł do mnie. Po pokrojeniu wszystkich jarzyn, do miski, a raczej misy , dodaliśmy trzy słoiki majonezu, pięć kubeczków śmietany i cztery łyżki musztardy. Następnie przyprawiłam sałatkę ze wskazówkami Dymitra i zaczęłam mieszać. W tym czasie mój mąż zaczął robić ciasto. Po drodze sprawdził jak mi poszła kaczka. Trochę ją poprawił, ale uznał, że jak na pierwszy raz z tak trudną potrawą poszło mi dość dobrze. Byłam z siebie bardzo dumna.
- Tylko nie przyzwyczajaj się towarzyszu. Przypada jeden kucharz na dom. A nauki zachowaj dla dzieci.
- Jak wolisz skarbie. Ale uważam, że świetnie byś sobie poradziła w tej roli.
- Już wystarczy, że posprzątałam twój bałagan.
- Mój?! Ty też rzucałaś mąką.- oburzył się.
- Ale ty zacząłeś.
- Ja tylko chciałem...To nie... potem ty....
Podeszłam do niego i wcisnęłam guzik w urządzeniu.
- Jak coś do mnie mówisz, to wyłącz mikser.
- Mówiłem, że jesteśmy kwita, oboje tak samo winni i nie ma sensu kłócić się o taką drobnostkę. Kocham cię Roza.- pocałował mnie delikatnie w usta. Oddałam pocałunek. Nawet nie zauważyłam kiedy posadził mnie na blacie.- Dziękuję, że posprzątałaś i zrobiłaś kaczkę. Jesteś wspaniała.- trącił nosem mój nos
- Za to?- spytałam śmiejąc się.
- Za wszystko Roza.- pogłaskał mój okrągły brzuch.- Za wszystko.
- To skoro wszystko sobie wyjaśniliśmy, spróbuj czy sałatka jest dobra.
Po przyrządzeniu połowy potraw, usiedliśmy do obiadu.
- To jak to będzie, jeszcze raz mi powiedz.- poprosiłam męża.
Chodziło mi o plany na święta na Dworze. Wszystko było przygotowanie z myślą o morojch, jak i dampirach.
- Jutro jest 24 grudnia. Wyjątkowo królowa ee... Lissa,- poprawił się pod moim wzrokiem.- Lissa zrobi kolację. To będzie taka wigilia. Na wschodzie Europy tak się obchodzi święta. Chodzi o to, żeby poranek Bożego Narodzenia wszyscy spędzili w gronie rodziny. Dampiry, których rodziny będą nieobecne na Dworze wezmą wartę. Za to będą świętować we wspólnym gronie wigilię. Po śniadaniu bożonarodzeniowym jesteśmy zaproszeni przez... Lissę- wciąż go to trochę krępuje, ale doceniam starania.- na drugie śniadanie w przyjacielskim gronie. A co z Lili i twoimi rodzicami?
- Chciałabym, żeby mała była przy nas. Obudziła nas, poszlibyśmy z nią otworzyć prezenty, jak w tych filmach. Ale Abe chce tego samego. Przykro mi skarbie, ale chyba musimy ich przenocować u nas. Przyjadą jutro wieczorem.- oznajmiłam.
- Nie brzmiało to jak propozycja.- zauważył z uśmiechem.
- No masz rację.
- Mogłaś chociaż zapytać mnie o zdanie.
- Po co? Oboje wiemy jak tęsknisz za moją siostrą.
- To prawda. Nie ma jej kilka dni, a jest tak cicho. Nie wieże, że mogłem żyć bez waszej dwójki.
- Ja też nie. A niedługo twoja rodzina powiększy się o kolejną dwójkę.- uśmiechnęłam się do swoich myśli.
- Nasza Roza. To jest nasza rodzina.- nałożył nacisk na słowo "nasza".
- A jak to będzie po Rosyjsku?- spytałam zaciekawiona.
- Nasha sem'ya.- powiedział z silnym akcentem, a ja cieszyłam się, że siedzę, bo inaczej leżałabym na podłodze.
Powtarzał, aż nie powiedziałam tego prawidłowo.
- Jesteś bardzo pojętną uczennicą Rose.- zaśmiał się.
- Dymitr.- spoważniałam, ale tak normalnie. Bardziej zamyślona niż poważna. Tak, to lepsze słowo.
- O co chodzi kwiatuszku?- popatrzył na mnie, opierając głowę na splecionych dłoniach.
Przeniosłam wzrok z talerza na męża.
- Jak to robiłeś, że mimo zakochania, sprawiałeś wrażenie wymagającego, obojętnego trenera.- jego brew poszybowała w górę. Też bym tak chciała.- Wiesz o co mi chodzi.
Po raz kolejny się uśmiechnął.
- Jesteś dla mnie ważna i twoje bezpieczeństwo zawsze było dla mnie najważniejsze. Ale miałem świadomość, przynajmniej wtedy, że nie będę mógł być cały czas przy tobie. Dlatego twoje bezpieczeństwo miało zależeć od twoich umiejętności. To i lata nauki samokontroli pozwalało mi skupić się na lekcjach i byciu dobrym nauczycielem, co szczerze nie było proste przy tobie. Nawet nie wiesz jak bardzo pociągająca kobietą jesteś.- w jego głosie i oczach wyłapałam zachwyt oraz pożądanie. Na ustach błąkał mu się cwany uśmiech.
W odpowiedzi zatrzepotałam kokieteryjnie rzęsami i skupiłam się na jedzeniu.
Po włożeniu naczyń do zmywarki, wróciliśmy do gotowania.
- Czemu tego jest tak dużo?- spytałam, gdy robiliśmy trzecie ciasto.
- Zaoferowałem się do pomocy Christianowi. Połowa pójdzie na jutrzejszą kolację na Dworze. No może jedna piąta.
- Czyli, że odwalam brudną robotę Ozery?!- jęknęłam rozczarowana.
Ukochany posłał mi karcące spojrzenie, na co wystawiłam mu język. Dymitr uśmiechnął się i po chwili siedziałam na blacie.
- Roza,- popatrzył na mnie poważnie.- dlaczego z Christianem jesteście dla siebie tacy wredni?
- Nie jesteśmy wredni. No może nie tak, jakbyśmy mogli. Po prostu droczymy się ze sobą. A zaczęło się od tego, że oboje byliśmy i w sumie dalej jesteśmy zazdrośni o Lissę.- wyznałam szczerze.
Mąż patrzył na mnie w szoku.
- I dlatego ciągle sobie dokuczacie.- zrozumiał.
- Ale wiem, że mogę na niego liczyć, a on na mnie. Można powiedzieć, że dzięki mnie żyje. I nasza współpraca podczas porwania w Spoken i ataku na Akademię.
Nagle rozdzwonił się telefon strażnika.
- No to masz okazję to udowodnić.- powiedział spoglądając na wyświetlacz.
Włączył na głośno mówiący.
- Halo.-odezwał się z uśmiechem.
- Dymitr, jest koło ciebie Rose? Do niej nie można się dodzwonić.
No tak. Moja komórka została na komodzie u góry, po tym jak rozmawiałam z Abem.
- A czegóż to Lord Ozera może chcieć od sławnej strażniczki swojej dziewczyny?- drwiłam z moroja.
- Wyobraź sobie, że to ma związek z naszą niedawną rozmową.- mogłabym przysiąść, że uśmiechnął się cwanie.
Szybko zaskoczyłam z blatu, wygrywając Bielikowi telefon i zamknęłam się w łazience, przełączając na słuchawkę.
- Czasami mógłbyś pomyśleć co mówisz!- syknęłam cicho, nasłuchując kroków strażnika. Na szczęście za drzwiami panowała cisza.- To co postanowiłeś?
- Kolacja.- tyle mi wystarczyło.

sobota, 11 czerwca 2016

ROZDZIAŁ 162

W tym momencie moja samokontrola poszła na spacer.
Zachłannie wbiłam się w jego wargi. Usiadłam na nim tak, że znalazł się we mnie i zaczęłam poruszać rytmicznie biodrami. Zdziwiłam tym Bielikowa. Zazwyczaj to on przejmował inicjatywę. Ale dal mi prowadzić. Poruszałam się coraz szybciej. Widziałam w oczach Dymitra pożądanie i rozkosz. Chyba sam nie wiedział, co zrobić z rękoma i jak mi się odwdzięczyć. Więc błądził nimi po całym moim ciele. To było wspaniałe. Kiedy oboje doszliśmy, opadłam na męża. Nie wiem kiedy znalazł się w pozycji leżącej, ale duża wanna mu na to pozwalała. Objął mnie, przyciskając mocniej do siebie. Leżałam tak na nim w ciszy, którą sama przerwałam.
- Kocham cię towarzyszu.- szepnęłam mu do ucha.
- Roza... To było... jesteś wspaniała.- wydusił z siebie.
Na moich ustach pojawił się uśmiech.
- Jesteś najlepszym co mnie w życiu spotkało. Dzięki tobie jestem tu gdzie jestem. Zawsze dajesz mi siłę, kiedy jej potrzebuję. Zawsze jesteś dla mnie. Nie wiem czy na to zasługuję, ale- gestem zakazana mu przerywać mi, gdy zauważyłam, że chce zaprzeczyć.- nie obchodzi mnie to. Cieszę się, że ktoś taki jak ty, jest ze mną. Nikogo nie kochałam i nie będę tak kochać jak ciebie. Jesteś jedynym na całym świecie. I za tobą pójdę na koniec świata, co w sumie już raz zrobiłam. Bo cię kocham oraz dlatego, że zarówno ty, jak i twoje szczęście jest dla mnie najważniejsze.- skończyłam.
- No widzisz, umiesz wyrażać swoje uczucia słowami.
- Tylko dzięki tobie.
- Roza, za bardzo mnie idealizujesz.
- Nie da się idealizować ideału.- powiedziałam patrząc mu głęboko w oczy.
Dymitr uniósł się lekko i pocałował mnie. Jako, że wciąż był we mnie, nawet ten drobny ruch sprawił mi przyjemność i wywołał mój cichy jęk, stłumiony przez ciepłe usta. Mój mąż uśmiechnął się na to.
- Dobra Roza kończymy się myć i zabieramy do roboty.- przy ostatnim słowie lekko klepnął mnie w tyłek, na co pisnęłam zaskoczona.
- A gdzie jest poważny i rozsądny Strażnik Bielikow? Ostatni zachowujesz się jak zakochany nastolatek.
- Bo jestem zakochany. To ty mi dajesz odwagi. Robię tobą rzeczy o jakich nawet mi się nie nie nie śniło. Te wszystkie fantazje zajmowały mi czas odkąd cię spotkałem, poznawałem. Przecież marzyć to żaden grzech. Kochać kobietę życia też nie.
- Masz rację, musimy stąd wyjść bo jak tak dalej pójdzie to zostaniemy tu do przyjazdu gości.
- Jakich gości?- zdziwił się mój ukochany.
- No moich rodziców głuptasie.- cmoknęłam go w czubek nosa.
- A no tak. Myślałem, że chodzi ci o kogoś jeszcze.
- A o kogo by miało chodzić? Z resztą nie ważne. Wstajemy.
Usiadłam na nim w rozkroku i delikatnie podniosłam. Dokończyliśmy mycie i wyszliśmy z wody. Wytarliśmy się nawzajem. Chciał mnie pocałować, ale mu uciekłam. Wyszłam z łazienki i zamknęłam drzwi na klucz od zewnątrz. Po chwili klamka zaczęła się ruszać.
- Rose? Ty zamknęłaś drzwi na klucz?- usłyszałam zza drewna.
- Może. Jak dawno nie słyszałam z twoich ust angielskiej wersji swojego imienia. Pięknie brzmi. Może nie tak jak Roza, ale nikt nigdy tak ładnie go nie wymawiał.- droczyłam się z nim oparta tyłem o drzwi, bawiąc się kluczem.
- A otworzysz je?- spytał słodko.
- Nie. To co mamy zrobić do jedzenia?- krzyknęła, idąc do garderoby wziąć czyste ubrania. Gdy to zrobiłam, wróciłam pod drzwi.
- Kochanie nawet nie zbliżaj się do kuchenki. I proszę Roza. Wystarczy przekręcić kluczyk. 
- Wiem, jak to się robi.- prychnęłam, ubierając czerwoną tunikę i szare dresy.- Twoje serce jakoś otworzyłam. Ile zajmuje ci golenie się?
- Dziesięć do piętnastu minut, a co?- spytał trochę nieufnie.
- Za dwadzieścia minut otworzę te drzwi, a do tego czasu twoje policzki mają być gładkie jak pupcia niemowlaka.
Klucz położyłam koło telefonu, który w tym samym momencie zaczął dzwonić. Spojrzałam na wyświetlacz. On to ma wyczucie czasu. Zaczynam się zastanawiać, czy nie ma czasem tu jakiejś zamontowanej kamerki. Wzięłam komórkę i nie zważając na prośby i krzyki Dymitra, wyszłam z pokoju. Na korytarzu odebrałam.
- Co jest staruszku?- spytałam.
- Dzwonię w sprawie świąt.- no jakże by inaczej. Abe dzwoni tylko w jakichś sprawach.
- A dokładniej?
- Za dużo spraw dla ciebie załatwiam. A dokładnie będą jutro w południe. Zadowolona?
- Oj bardzo. Kocham cię tato, pa.
Zaśmiałam się po rozłączeniu. Chciałabym teraz zobaczyć jego minę. Z uśmiechem zeszłam na dół. W kuchni był straszny bałagan. Ogarnęłam go w pięć minut. Na kredensie leżała książka kucharska z zaznaczonymi przepisami."Och, Bielikow. Sam się wpakowałeś w kłopoty."
Uśmiechnęłam się szatańsko do swoich myśli.
Wybrałam pierwszy lepszy przepis. No skup się, przecież to nie może być trudne. Pieczona kaczka.
Pycha!
No mam nadzieję. Przygotowałam mięso, sos i warzywa. Wsadziłam naczynie z kaczką w przyprawach do piekarnika. Godzina. Okey, to sobie poczekam.
W tym czasie znalazłam przepis na sałatkę. Dymitr już przygotował warzywa, trzeba tylko obrać jabłka i ugotowane jajka, pokroić je i jarzyny oraz wymieszać w misce z majonezem, śmietaną, musztardę i dodać przyprawy. Byłam w połowie krojenia, gdy minął czas golenia się Dymitra. Weszłam na górę i zabrałam klucz. Jednak nie otworzyłam drzwi. Zapukałam.
- Roza?- spytał z nadzieją.
- Nie, Św. Mikołaj. A nie, czekaj! To ty nim jesteś.
- Roza co się z tobą dzieje?- martwił się o mnie. To słodkie, ale umiem o siebie zadbać.
- Ze mną nic. A ty już ogolony?
- Wejdź i sprawdź.
Przekręciłam kluczyk i uchyliłam drzwi. Zanim jednak zdążyłam choćby do końca je otworzyć, wypadł zza nich mój mąż, mocno wbijając się w moje usta. Poczułam piękny zapach wody kolońskiej. Po pierwszym szoku oddałam pocałunek, łapiąc w dłonie jego twarz. Gładziutka.
- Dobra robota towarzyszu.- oparłam ręce na jego klatce piersiowej. Dopiero teraz zauważyłam, że jest całkowicie nagi. No tak, nie miał w co się ubrać.
- Marsz do garderoby.- wskazałam palcem pomieszczenie przyległe do naszej sypialni.- Później do kuchni.
- Tak jest!- ukochany zasalutował i poszliśmy w swoją stronę.

piątek, 10 czerwca 2016

ROZDZIAŁ 161

- Dymitr!!- zawołałam męża.
- Co się dzieje, Roza?- spytał wchodząc do salonu.
Nie mogłam powstrzymać śmiechu. Ukochany miał na sobie fartuszek w kwiatki, był cały w mące i ze związanymi włosami.
- Ładnie.- zignorował moją reakcję, patrząc na drzewko po środku pokoju.
- Brakuje tylko jednego.- podałam mu gwiazdę betlejemską.
Wziął ją, całując mnie przelotnie w usta i założył na czubek choinki. Za dwa dni święta i już wszystko przygotowujemy.
- Dobra skarbie, teraz ty mi pomożesz.- strażnik złapał mnie za rękę i pociągnął do kuchni.
- Nie wiem czy to jest dobr... co to za cudowny zapach?- przerwałam, wciągając nosem zapach unoszący się w pomieszczeniu.
- Załóż to.- mąż podał mi fartuszek identyczny do tego, który sam miał na sobie.
- Serio?- spytałam z niedowierzaniem.
- Serio.
Westchnęłam zrezygnowana i ubrałam go. Ledwo związałam sznurki na plecach, a dostałam z mąki.
- Dymitr!!- krzyknęłam zdenerwowana.
- Musi być wydać, że coś robiłaś.- mój ukochany próbował powstrzymać śmiech.
Pomogłam mu, obrzucając go białym proszkiem. Teraz ja śmiałam się do rozpuku.
- Osz ty!- Bielikow wziął kolejną porcję mąki. Nie zostałam mu dłużna.
Po pół godzinie cała kuchnia była biała, razem z nami. Ale przynajmniej się pośmialiśmy.
- Dobra Roza, trzeba posprzątać i zabrać się do roboty.
- A umyjesz mi głowę?- podeszłam do niego zmysłowo. Położyłam mu ręce na karku, a jego znalazły się na moich biodrach.
- Roza, nie teraz.- szepnął w moje usta.
- po pierwsze- lekko musnęłam jego wargi, ale gdy chciał pogłębić pocałunek, odsunęłam się od niego.- wcale tak nie myślisz. Po drugie,- następne muśnięcie.- Moje włosy same się z tej mąki nie umyją, a łatwe to nie jest. Myślę, że sam swoich też nie chciałbyś myć. A po trzecie...- tym razem mocno wbiłam się w jego usta.
Wiedziałam, że wygrałam. Nie umiał mi się oprzeć. Nim się obejrzałam, już biegł do łazienki, ze mną na rękach.
- Ty moja mała żmijo.-zaśmiał się, zamykając za nami drzwi i posadził mnie na pralce.
- Ja jestem ładniejsza niż Abe.
- Ale charakter masz po nim. 
- Pff... Żmij mi nawet nie dorównuje.- prychnęłam.
- Oczywiście skarbie.- pocałował mnie przelotnie.- A teraz wyskakuje z tych brudnych ubrań.
- Wolę, gdy ty mnie rozbierasz.- powiedziałam z niewinnym uśmieszkiem. W uszach zadźwięczał mi jego piękny śmiech.
- Ja też Roza, ja też.- pocałował mnie mocniej i dłużej.
Po chwili odsunął się i odkręcił wodę. Do wanny wlał jakiś płyn, a po łazience rozniósł się aromat kokosowy. Ja dalej czekałam, patrząc co robi. Obserwowałam każdy jego najmniejszy ruch, napawając się widokiem jego mięśni. Sięgnął w głąb jednej z szafek i wyciągnął...
- Co to jest?- spytałam pokazując ba pudełeczko, które trzymał mój mąż.
On tylko uśmiechnął się cwanie i rzucił garść jego zawartości do wody. Na powierzchni unosił się płatki róż.
- Są tam jeszcze jakieś kwiaty?- spytałam zaciekawiona, schodząc z pralki i zaglądając mu przez ramię.
- A co? Róże już ci się nie podobają?
- Tak z ciekawości się pytam. To co będzie z tym rozbieraniem?- stanęłam w niedużej odległości od ukochanego.
Nie czekałam długo. Już po chwili moje ubrania leżały na podłodze, a ja siedziałam w wannie, oparta o tors ukochanego.
- Kocham Cię Roza.- szepnął mi, masując moją głowę z szamponem.
- Mmrr...- tylko na mrugnięcie było mnie stać. Ten człowiek mnie rozwala. Jeszcze przy nikim się tak nie czułam. Byłam bezpieczna, gdziekolwiek jestem, jeśli on jest przy mnie.
Po drugim myciu nałożył mi odżywkę i odwrócił do mnie tyłem. Teraz moja kolej. Nabrałam na dłonie szampon Dymitra i zanurzyłam je w brązowych włosach. Mąka trochę się kleiła, ale wyciągnęłam ją szczotką. Zaczęłam rozpieszczać jego skórę. Strażnik co jakiś czas lekko pomrukiwał.
- A kotek nie boi się żmii?- spytałam zaczepnie.
- Kotek bardzo kocha swoją żmiję.- złapał mnie za dłoń i pocałował.
- Smacznego.- zaśmiałam się, gdy skrzywił się pod wpływem smaku szamponu. Od razu posadził mnie sobie na kolanach.
- Każdy smak jest cudowny, jeśli jest związany z tobą.- powiedział śmiertelnie poważnie.
- Dymitr...- nie wiedziałam co powiedzieć.
- Cii... nic nie mów.- ukochany przyłożył mi palec do ust. Przysunął mnie bliżej siebie. Miejsce jego palca zastąpiły miękkie wargi. Całowaliśmy się długo i zachłannie, jakbyśmy się całe wieki nie widzieli. Kiedy skończyliśmy, stykaliśmy się czołami, ciężko dysząc.
- Tak bardzo Cię Kochamy Roza. Boję się każdego dnia, że mogę cię stracić kwiatuszku. A gdyby coś ci się stało, nie wybaczyłbym sobie tego.
- Powiedziałabym ci coś podobnego, gdybym umiała tak pięknie opisywać uczucia.
- Nie musisz nic mówić. Przecież wiem, że mnie kochasz.
- Ale chcę. W takim razie czemu ty to robisz?- spytałam patrząc mu prosto w oczy.
- Bo wiem, że sprawi ci to przyjemność. Mi to do szczęścia nie potrzeba. Wystarczy, ze jesteś przy mnie.
- I ja tak samo, a jednak ciągle mi to mówisz.
- To źle.
- Nie, bo sprawia mi przyjemność. Tak, bo nie umiem się odwdzięczyć. A bardzo Cię kocham. Nie umiem tego wyrazić słowami choć bardzo tego chcę.
- To odwdzięczysz mi się, pomagając przy jedzeniu. W końcu to nie ja zaprosiłem na święta twoich rodziców.- zmienił temat.
Wróciłam do poprzedniego zajęcia, ale tym razem od przodu. W tym czasie mąż mył moje ciało. Jego delikatne dłonie ślizgały się po namydlonym ciele, każdym zakamarku, a aksamitne kosmyki pieściły moje ręce. Ustami muskał moją szyję, ułatwiając dostęp do swoich włosów, ale jednocześnie bardzo mnie rozpraszając. Było to bardzo przyjemne. Nie mogłam się skupić na własnych myślach.
- I tak są zaproszeni na dwór, a wole święta spędzić w naszym nowym domu.- przyznałam.
- Mam nadzieje, że będą lepsze niż rok temu.- wiedział, że to drażliwy temat, zwłaszcza teraz, ale kiedyś trzeba się z tym zmierzyć. Nie chciałam więcej okazywać słabości.
- Na pewno będą najlepsze w moim życiu. Tylko bądź przy mnie.
- Zawsze Roza. W końcu obiecałem.- zaczął pocierać wewnętrzną stronę moich ud.
- Jeśli zaraz nie przestaniesz, to rzucę się na ciebie nie pytając o nic.- powiedziałam zachowując ostatki zdrowego rozsądku.
W jednej chwili się ode mnie odsunął, patrząc nic nie rozumiejącym wzrokiem. Spojrzałam na jego dłonie. On zrobił to samo i chyba dopiero teraz zauważył co robi. Uśmiechnął się cwanie. Jeśli robił to nieświadomie i doprowadził mnie do takiego stanu, to aż się boję, co by było gdyby było to zamierzone. No i się dowiedziałam. Jego dłonie podsunęły się wyżej i ruszały się szybciej i mocniej.
- Pokaż skarbie, na co Cię stać.- prowokował mnie zachrypniętym głosem.
W tym momencie moja samokontrola poszła na spacer.