Do samochodu wróciliśmy po godzinie. Nasza miłość wykluczyła istnienie czegoś takiego jak czas. Mi to się podobało. Nie słyszałam również, aby Dymitr narzekał. Wręcz przeciwnie. Chciał zatrzymać mnie tam na zawsze. Co pokazał, przeszkadzając mi w ubieraniu się. Ten człowiek jest niemożliwy. Ale czego ja nie zrobię dla niego? Jest tylko jedna rzecz, której nigdy nie zrobiłam. Siedzenie w miejscu, gdy inni walczą lub mają kłopoty. Nie cierpię stać i się przyglądać, jeśli mogę pomóc. Wtedy muszę coś robić. Ale po za tym, wszystko o co mnie poprosi, wykonam. Nigdy nie widziałam w tym problemu, ponieważ mu ufam.
Jednak siłą rzeczy, musieliśmy wracać. Oczywiście wcześniej mizialiśmy się na jego wystarczająco dużym łóżku. Nie zajmowaliśmy dużo miejsca. Byliśmy szczupli, a ja w połowie leżałam na Bielikowie.
W drodze ma dół, mój mąż załatwił ostatnie sprawy z akcją. Okazało się, że jeszcze nie wrócili do domów. Ale powoli się zbierają i najpóźniej jutro opuszczą Rosję. I dobrze. Ich rodziny na pewno się martwią. Gorzej z tymi, którzy już nigdy nie wrócą do domu. Dla każdego utrata bliskiej osoby jest trudna. Wiem to, z własnego doświadczenia. Niby mam przy sobie ukochanego i Masona, ale ból po utracie ich został w moich wspomnieniach.
Kiedy wyszliśmy z budynku, uderzyło mnie chłodne powietrze. Była druga połowa listopada, więc zbliżała się zima. A my jesteśmy na Syberii. Dymitr może mówić co chce, ale tu i tak bywa chłodniej niż u nas. Zadrżałam z zimna. Mąż zauważając to, zdjął swój kowbojski płaszcz i założył mi na ramiona. Jedną ręką objął mnie w pasie i złapał moją dłoń, a w drugiej splótł swoje palce z moimi bliżej jego ciała przekładając za swoimi plecami. I tak objęci szliśmy do Jeepa.
- Dłużej się nie dało?- spytał zaczepnie mój przyjaciel.
- Dałoby się, ale mieliśmy pewne komplikacje.- Dymitr spojrzał na mnie z uśmiechem, poruszając brwiami do góry.
- A zwłaszcza ten pan.- wskazałam głową na męża.
- Strażnik, kochanie. Ten strażnik.- Bielikow jak dżentelmen otworzył mi drzwi od samochodu. Wsiadłam do środka, a za mną ukochany.
- Czepiasz się, towarzyszu.- stwierdziłam zapinając pasy.
- Roza, spróbuj zasnąć. Tak szybciej minie ci podróż.- odezwał się mój mąż, po kilku minutach jazdy. Tak też zrobiłam. Oparłam się o ramię Dymitra i pogrążyłam w słodkim śnie.
***
Poczułam lekkie szturchanie.
- Roza. Czas wstawać.- usłyszałam aksamitny głos ze słodkim, rosyjskim akcentem. Uśmiechnęłam się błogo.- Pięknie się uśmiechasz, ale otwórz jeszcze te swoje, cudne oczka.
Niechętnie podniosłam ciężkie powieki, spodziewając się rażącego światła. Jednak, ku mojemu zadowoleniu, i to dużemu, od razu utonęłam w czekoladowym brązie tęczówek ukochanego. Nie wiele myśląc złapałem go za kark i przyciągnęłam. Zdziwiony, w ostatniej chwili zaparł się mocniej rękoma na łóżku i nie poleciał całym ciężarem na mnie. Ale nie powstrzymał naszych ust od zetknięcia się. ukląkł tak, że znalazłam się pomiędzy jego kolanami. Zadrżałam, gdy dłonie, wolne od ciężaru ciała zaczęły pięści i rozgrzewać moją skórę. Z ust wydostał mi się cichy jęk rozkoszy, pod wpływem jego palców na moich piersiach.
- Roza, nie teraz...- jęknął, zanim na nowo wbiłam mu się w wargi.
- Dlaczego?- spytałam w kolejnej przerwie.
Nagle Dymitr odsunął się i wyprostował. Dopiero teraz zauważyłam, że jest bez koszulki i nie siedzimy w samochodzie. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Leżałam na łóżku w jego pokoju. Poprawka. Naszym pokoju.
- Skąd się tu wzięłam? Czyżby ktoś mnie przyniósł?- popatrzyłam znacząco na męża.
- Tak słodko wyglądasz gdy...
- ...gdy śpię.- dokończyłam za niego.- Tak wiem. Już się powinnam przyzwyczaić. To czemu teraz przerywasz ten słodki sen?
- Za godzinę będzie ognisko na cześć naszej misji, która dla mnie jest podwójnym sukcesem.- ekscytował się mój ukochany. Rzadko widziałam go tak rozluźnionego.- Zaproszeni będą cały nasz zespół, a raczej ci, którzy przeżyli.- na chwilę uśmiech zszedł mu z ust. Podczas jego wywodu zaczęłam się zbierać.
- Taki nasz zawód.- chwyciłam go z ramię.- Każdy z nas jest świadomy, że może zginąć. Biorąc na siebie znak obietnicy, stajemy się odpowiedzialni za nasze wybory. I musimy walczyć do końca.
Strażnik uśmiechnął się do mnie smutno. Chwycił moją dłoń ze swojego ramienia i ją pocałował.
- Roza, od kiedy ty jesteś taka mądra?- w jego oczach była czułość i miłość.
- Miałam mądrego i wspaniałego nauczyciela.
- Dziękuję Roza.- delikatnie musnął moje wargi swoimi.
- Za co?- zdziwiłam się.
- Za wszystko.
- To ja dziękuję, towarzyszu.- tym razem inicjatywa pocałunku wyszła z mojej strony. Ale nie był on słodki, no nie do końca. Był namiętny, napełniony miłością.
- Kocham Cię Roza.
- Kocham Cię towarzyszu.
- Uwielbiam jak tak do mnie mówisz.
- Wiem.- powiedziałam odwracając się i podeszłam do walizki. Ściągnęłam swoją koszulę i zaczęłam przeszukiwać ubrania, które mogłyby nadawać się na ognisko pod koniec jesieni.- Ale teraz muszę się szykować, a ty pewnie masz wiele rzeczy do zrobienia.
- W sumie wole zostać tu.
Nagle poczułam na tali jego silne ramiona. A sekundę temu siedział na łóżku. Odwrócił mnie w swoją stronę i pocałował łapczywie. Oddałam pocałunek. Na plecach poczułam ścianę. Ukochany przycisnął mnie do niej całym ciałem, unieruchamiając moje nadgarstki nad głową. Jego usta ani na chwilę nie odkleiły się od moich. Napierał nimi na moje. Końcówką języka musnął mi dolną wargę, prosząc o dostęp. Bez wahania dałam mu go. Nasze języki rozpoczęły gorący taniec. W jego gestach i oczach wyczuwałam pożądanie. Puścił moje ręce, które od jakiegoś czasu były splecione z jego palcami. Zjechał mi dłońmi na pośladki i lekko je ścisnął. Jęknęłam z przyjemności. Po chwili podniósł mnie za uda, a ja oplotłam go nogami w biodrach. Zatopiłam palce w aksamitnych włosach Dymitra i rozczesywałam mu je palcami. Sprawiało mu to przyjemność, ponieważ westchnął błogo w moje usta. Nie świadomie, rozpieszczałam dłonie, dotykiem jego umięśnionej, wciąż nagiej klaty i brzucha. Moglibyśmy tak trwać w nie skończonych, ale zabrakło nam powietrza. Odkleiliśmy się od siebie. Ja stanęłam na równe nogi. Patrzyliśmy na siebie, starając się uspokoić szalejące serca i szybkie oddechy.
- Może jednak sprawdzę, czy nie potrzebują mojej pomocy.- mój ukochany pocałował mnie w czoło i wyszedł, uprzednio zakładając koszulkę. A ja stałam uśmiechnięta i bez zdolności do jakiegokolwiek ruchu. Powoli docierało do mnie, co tu się przed chwilą stało. Wróciłam do szukania ciuchów, ciągle śmiejąc się jak głupia do sera.
________________________________________________________
Wiem, że dość późno, ale ostatnio coraz gorzej u mnie z weną. Mam pomysły na dalsze części i wydarzenia, ale jakoś staram się zapełnić luki między nimi. Mam nadzieję, że nie zanudzam. Jak by co to dajcie znać w komentarzach. Wszystkie uwagi mile widziane. :-*
Następny dzień minął podobnie. Badania Dymitra były prawidłowe. Moje też. Lekarze nie mogli wyjść z podziwu. Jeszcze nigdy nie widzieli tak zdrowych osób. Nasze dzieci rozwijały się dobrze. Wszystko było w porządku, więc dostaliśmy wypis.
- Cieszę się, że w końcu wychodzę z tego więzienia.- westchnęłam, pakujące ostatnie rzeczy do torby.
- Mogłaś już wcześniej wyjść.- zauważył mój ukochany. On sam był już spakowany i obserwował moje ruchy, siedząc na łóżku. Chciał mi pomóc, ale po krótkiej kłótni dał mi spokój. Miałam dosyć tego, że nic mi nie wolno zrobić.
- Ale nie zostawiłabym cię, więc nie mogłam.
Dalej pakowaliśmy się w ciszy.
- Rose, a od kiedy mówisz do mojej mamy "mamo"- zagadnął w pewnej chwili. Wiem, że męczyło go to cały czas.
- Powiedziała, że skoro jestem twoją żoną, a ona traktuje mnie jak córkę, to równie dobrze mogę nią zostać. Tak samo Jewa chciała, abym mówiła do niej babcia, ale jeszcze nie jestem na to gotowa.- skończyłam pakowanie i usiadłam na łóżku, obok męża.
- No skarbie, jesteś pierwszą i jedyną partnerką w naszej rodzinie, jaką została zaakceptowana. Wszystkich zawsze odrzucili. Nie tylko moje, ale chłopaków moich sióstr też. Ale bardzo się z tego cieszę. Roza, moja kochana Różyczko.- złapał mnie za rękę i nie odbywał ode mnie wzroku.
- Jaki ładny obrazek.- usłyszeliśmy głos. W drzwiach stał Wincenty.- Ale teraz chodźcie. Wszyscy czekają w domu, a ja zaoferowałem się was powieść.
- Okey.- powiedzieliśmy jednocześnie zaśmialiśmy się. Dymitr wziął torby i złapał mnie za rękę. Przy drzwiach przepuścił mnie i Lili, ale nie rozdzielając naszych dłoni. W recepcji dostaliśmy wypis i opuściliśmy to więzienie dla kalek. Na parkingu było sporo samochodów. W końcu dzisiaj niedziela. Mike zaprowadził nas na tył budynku.
- Róża, pamiętasz jak mówiłem, że kiedyś kupię sobie pomarańczowego Jeepa?
- Tak.- przewróciłam oczami.- Uznałeś go za świetny pojazd na akcje, a do tego wszystkie laski będą twoje.
- A ty powiedziałaś, że jeśli tak będzie, to mnie pocałujesz.- przypomniał i oparł się o wóz terenowy o barwie pomarańczy. O nie! To się nie może dobrze skończyć. Dymitr już się spiął. Mocniej złapał mnie za rękę. A ja stałam tak z otworzoną buzią. Dla bajeru, moroj wyciągnął kluczyki i odblokował samochód.
- Niezła fura,- odzyskałam w końcu głos.- ale o pocałunku nie masz co marzyć.
- Dlaczego?- wyraźnie się zdziwił.
- Ponieważ nie jestem już tamtą szaloną nastolatką, jak trzy lata temu. Po drugie jestem mężatką. A po trzecie ten samochód jest w kolorze słonecznej brzoskwini, a nie dojrzałej pomarańczy.
Minęłam zszokowanego moroja i usiadłam na tylnym siedzeniu, a Dymitr z triumfalną miną zajął miejsce obok mnie. Lili znalazła się po mojej drugiej stronie. Po zapięciu pasów ukochany objął mnie i przytulił.
- Roza kocham ten twój cięty język.
- Wiesz mój język nadaje się też do inny rzeczy.- szepnęłam mu tak cicho, aby tylko on usłyszał.
- Chętnie przekonam się co jeszcze potrafi.- odpowiedział.
- Mam nadzieję, że poczekajcie póki nie zamkniecie się w pokoju.- wtrącił moroj z cwanym uśmieszkiem, odpalając silnik.
Dymitr spiął się i chyba... Czy ja śnię?! Proszę państwa. Strażnik Bielsko się zawstydził. A ja wybuchłam śmiechem.
Przez resztę drogi rozmawialiśmy o w miarę neutralnych tematach. Jak tylko wyjechaliśmy z parkingu, mój ukochany poprosił, żebyśmy pojechali do bazy głównej. Musiał zabrać swoje rzeczy. Tak więc, po dość długiej sprzeczce, że chcę iść z nim, stałamb w progu tymczasowego pokoju strażnika. Patrzyłam jak zabiera swoje rzeczy i dokumenty. Oczywiście wszystko było porządnie wysprzątane i poukładane. Rosjanin siadł na równo pościelonym łóżku i zaprosił mnie ruchem ręki. Podeszłam i usadowiłam się na jego kolanach. Wtulił się mocno we mnie, muskając ustami moją szyję. Od jego ciepłego oddechu na skórze, dostałam gęsiej skórki, a ciało przeszedł przyjemny dreszcz.
- Roza nawet nie wiesz jak samotne były te noce bez ciebie. Nie mogłem się skupić na niczym innym niż ty. Zastanawiałem się co robisz, jak się czujesz, czy wszystko jest w porządku i przede wszystkim, czy jesteś bezpieczna. Nie chcę więcej być bez ciebie przez tak długi czas.
- Też za tobą tęskniłam. Bardzo. Ty byłeś w obcym miejscu. Ja spałam w twojej sypialni, w twoim rodzinnym domu.- specjalnie podkreślałam przynależność miejsca, aby przedstawić pełen obraz mojej męki.- Gdzie się nie ruszyć, wszędzie Belikow. Oszaleć można.- zaśmiał się mój ukochany.- To nie jest śmieszne. To była katorga. Budziłam się otulona twoim zapachem, ale nie miałam ciebie, bo możliwe, że przelewasz krew dla dobra morojów. Tak bardzo się bałam. I dziękuję za dodatkowe listy. Nawet nie wiesz, ile dla mnie znaczą.
- Dziękuję Roza.- szepnął mi lekko zachrypniętym głosem.
- Za co?- zdziwiłam się.
- Za to, że jesteś ze mną i dla mnie. Za wsparcie i miłość. Za poświęcony czas. Kocham Cię, tak bardzo kocham. Nie mogę bez ciebie żyć. Siłę daje mi tylko świadomości, że jesteś gdzieś tam i na mnie czekasz.- pogłaskałam jego włosy. Były takie aksamitne i delikatne.
Powoli docierało do mnie znaczenie tych słów. Dlatego Robert pokonał Dymitra. Strażnik poczuł, że nie zasługuje na moją miłość. Noe ma dla kogo wracać, dla kogo żyć. Nie myślał tak, ale gdzieś tam w podświadomości wytworzyła się taka możliwość. Nie wiedział o niej, a jednak wzięła górę. Jednak ja nie pozwoliłam mu, uświadomić sobie tego.
- Roza...- z rozmyślania wyrwał mnie głos męża.
- Zamyśliłam się. A w domu musimy pogadać.
- Możemy pogadać tu i teraz.- popatrzył na mnie z błaganiem. Chciał żebym została z nim w tym miejscu, gdzie bylibyśmy tylko my i nasza miłość.
- Nie. To nie najlepszy pomysł. Zły czas i miejsce. Zrobimy to w Bai. Tam będzie mi i tobie łatwiej.
- Zgoda.- westchnął zrezygnowany.- Ale zostańmy tu jeszcze chwilę. Pragnąłem abyś była tu ze mną, a teraz chcę się tym chwilę nacieszyć.- wyczułam w jego głosie błagania. Wiedziałam, że to dla niego bardzo ważne. W sumie nie pogardziłabym chwilą sam na sam z mężem.
- Nigdzie nam się nie spieszy.- zapewniłam.
Nim się obejrzałam, pod plecami poczułam materac, na pół nagim ciele. Sama również mogłam cieszyć się dotykiem jego ciepłego torsu. Zadrżał pod moim dotykiem. Przez te chwile, tylko dla nas, nikt nam nie przeszkadzał. Byłam tylko ja- Roza, on- towarzysz i nasza miłość- Romitri.
- To ty jesteś w ciąży?! - zdziwiła się para.
- Kto jest ojcem?- spytał Mike.
Powoli zaczyna mnie to wkurzać. Kto jest? Może mój mąż! Czemu to nie może być oczywiste? Ale nie! Przecież nasze życie i tak jest zbyt zwyczajne, aby dampiry mogły mieć ze sobą dzieci. Poświęcamy życie służbie, a nawet nie można w ciążę zajść z kimś innym niż moroj. A i tak nigdy nie będziemy się liczyć. Dla większości rasy, którą bronimy, jesteśmy tylko nic nie znaczącymi maszynami do zabijania, a od czasu do czasu, zabawką na jedną noc, za co powinniśmy im być do zgodnie wdzięczni za istnienie naszego gatunku. Brawo! Oby tak dalej!
Dobra, spokój Rose. Wiadomo, że nie każdy tak myśli. Patrz na Lissę, Ozerę, Sonie i innych wampirzych przyjaciół. Oni was rozumieją.
- Co się dzieje, Roza?- szepnął mi na ucho Dymitr. W jego głosie wyczułam troskę. Dopiero teraz zauważyłam, że zacisnęłam dłonie, które on wciąż trzymał. Ola i Mike byli pochłonięci w rozmowie na jakiś ważny temat.
- Nic takiego.- odprężyłam się.- Po prostu wkurza mnie chory system myślenia dużej ilości morojów o nas.
- Nie denerwuj się. Przecież nie przejmujesz się żadnymi plotkami.
- Tylko dlatego, że ty w nie nie wierzysz. Ale mi chodzi ogólnie o dampiry. A o czym oni tak zawzięcie dyskutują?- postanowiłam zmienić temat.
- W sumie sam nie wiem.- zaśmiał się.- Hej, a jakie to były wyzwania?- zwrócił na siebie uwagę strażnik. Oj, to się może źle skończyć.
Witek chwilę się zastanawiał, aż przypomniał sobie, o czym wcześniej rozmawialiśmy.
- To drugie polegało na tym, że Róża wypije duszkiem trzy butelki wódki i zatańczyć ba stole. To wykonała, ale spadła i Mason ją złapał, ale sam nie trzymał się na nogach, więc postanowiłem się wykazać. I postanowiłem ją odnieść do pokoju. Oczywiście zgodziła się pod warunkiem, że będzie szła. Co mogłem poradzić?
Dymitr się zaśmiał.
- Całą Roza. Samodzielna i zawsze dzielna.- zaśmiał się Bielikow i mnie objął. Nie wierzę! On wciąż jest zazdrosny o mnie! Tak bardzo go kocham.
- Ale ty i tak mnie nie słuchasz. I ciągle nosisz mnie na rękach jak coś sobie zrobię.- powiedziałam z lekkim wyrzutem.
- A co chciałaś iść, ze złamaną kostką, a może umierając po walce z Natalie?
- Nie miałam złamanej, ale cieszę się, że zabrałeś mnie po spotkaniu z Wiktorem. Dzięki temu mogłam dowiedzieć się o twoich uczuciach. I jeszcze nigdy nikt się tak o mnie nie martwił.
- Roza nawet nie wiesz jak bardzo się bałem, że Cię stracę.
- A jednak dalej tu jestem.
- A ja się bardo z tego cieszę. Ja tiebia liubliu Roza
- Ja tiebia toże liubliu.
- Wracając- odchrząknął Witek.- ostatnie do wyboru miała pocałować panią dyrektor.
Wszyscy się zaśmiali po za mną. Przez resztę wizyty opowiedzieliśmy sobie nawzajem historie poznania i ważniejsze szczegóły życia. Dowiedziałam się, że po naszej ucieczce Wincenty przeniósł się do jednej z lepszych szkół w Rosji. Tam poznał Olę i po jakimś czasie się w sobie zakochali. Byli zdziwieni i często zszokowani naszą historią Mike na początku załamał się na wiadomość o śmierci Masona. Opowiedzieliśmy w skrócie, bo nie było dużo czasu. Resztę mieliśmy omówić, gdy wyjdziemy ze szpitala.
Kiedy poszli, po badaniach strażnika, opróżniliśmy na kolację pozostałe wiaderka przyniesionych przez Olenę. Było pyszne. Zaraz po posiłku poszliśmy się wykąpać. Oczywiście po kolei. Lili szybko zasnęła, a ja z mężem, jak co wieczór rozmawialiśmy.
- Ola.- zamyśliłam się.- Wasze zdrobnienia są bardzo dziwne. Choć lepiej brzmi niż Dimka.
- Mówię ci, jeszcze kiedy będziesz tak mnie nazywać.
- Nie ma mowy. To nawet nie brzmi dobrze w moich ustach.
- Jak dla mnie każde słowo brzmi piękniej niż sto dzwonków.
- Nie no naprawdę, od naszej ucieczki zacząłeś pisać poematy. Najlepiej książkę napisz.
- Kiedyś próbowałem.- wytrzeszczyłam na niego oczy. Czy jest coś, co on nie umie? Chyba nie.
- O czym?- teraz patrzyłam na niego z zachwytem.- Opowiedz mi trochę.
- E tam...- wydawał się trochę zestresowany.- To zamknięty temat. Nie ma o czym mówić.- popatrzyłam na niego maślanymi oczkami szczeniaczka.- Roza... nie patrz tak na mnie.
Jednak ja go nie słuchałam. Byłam nieustępliwa.
- O tobie.- powiedział cicho. Bardzo cicho.
- Co?!- zdziwiłam się.
- Wszystkie moje uczucia przelewałem na papier, w tak jakby dzienniku. Był w moich rzeczach.
- Pisałeś o mnie?! Gdybym o tum wiedział, wzięła bym to w podróż do Rosji.
- Tak bardzo Cię kocham, że nie mogłem wytrzymać trzymania się z tobą na odległość. To było największe cierpienie w moim życiu. A zwłaszcza po tamtej nocy. Nie mogłem przestać o niej myśleć. Przyłapywałem się na tym, że wyobrażam sobie życie z tobą, choć w tamtym czasie to nie było możliwe. Wiedziałem, że moje istnienie ma sens tylko wtedy, gdy jesteś obok.- popatrzył mi głęboko w oczy. Ile byli w nich miłości.
Zbliżyłam moją twarz do jego, ale nie pocałowałam go.
- Z każdym dniem, kochałam i podziwiałam cię coraz bardziej.- wyszeptałam do jego ust, nie odwracając wzroku od tych kochanych, czekoladowych tęczówek- Ale nie chciałam próbować. Bałam się. Bałam się, że mnie odrzucisz, co było dość realne. A już na początku wiedziałam, że to będzie bardzo bolało. Wtedy, gdy powiedziałeś, że mnie nie kochasz, a to była tylko magia, przepłakałam cały dzień w pokoju, zanim nie poszłam do Daszkowa.
- Och Roza...- westchnął, a jego ciepły oddech otulił moją twarz, wywołując przyjemny dreszcz.- Ja nigdy nie chciałem cię odrzucić. Ale teraz wiesz, co mną kierowało. Wypowiedzenie tych słów, a tym bardziej widok łez na twoich policzkach... miałem ochotę podejść, przytulić cię, zetrzeć krople, pocałować i powiedzieć, że Cię Kocham i zawsze będę kochać, choćbym nie wiem co.- przy ostatniej części zdania potarł obrączkę na mojej dłoni. Nawet nie wiem, kiedy je złapał.- Bo to zawsze była prawda, tylko byłem na tyle głupi, żeby ja wyprzeć. Tym naraziłem cię na niebezpieczeństwo.
- Uratowałeś mi życie. I wyciągnęłam z ciebie to, co tak bardzo chciałam usłyszeć.
- Ja tiebia liubliu Roza
- Ja tiebia toże liubliu.
Dymitr złączył nasze usta w pocałunku. Na początku był delikatny, ale ukochany go pogłębił. Całowaliśmy się namiętnie, z całą miłością.
- Roza, chciałem dla ciebie dobrze, a wyszło jeszcze gorzej i skończyło się na tym, że dopięłaś swego.
- Ja już taka jestem.
- Wiem. I bardzo mi z tym dobrze. Bo jesteś moja jedyna. A teraz chodźmy spać.
Tak jak powiedział, tak zrobiliśmy. Wtuliłam się mocno w ukochanego i zasypiałam otulona jego zapachem, tysiąc razy lepszym od zapachu szpitala i leków. Słyszałam jego cichy oddech, spokojny rytm serca i czułam jak zaciąga się zapachem moich włosów. Na mojej twarz pojawił się uśmiech, z którym zasnęłam.
_______________________________________________________
Tak wiem, wczoraj nie było rozdziału, ale nie miałam internetu. Dlatego dzisiaj lub jutro będą dwa.
- Gratulacje.- powiedzieliśmy jednocześnie ze strażnikiem.
- A to mój mąż Dymitr Bielikow.- przedstawiłam swojego partnera.- O! A tam jest moja siostra Lili.- wskazałam na dziewczynkę, cicho i nieśmiało siedzącą na swoim łóżku.
- Masz siostrę. Brawo Hathaway. Zawsze miałaś talent do oplatania sobie ludzi wokół palca, ale siostra? No, no...
- A skąd wy się znacie?- zwrócił naszą uwagę mój ukochany, po przywitaniu się z moim przyjacielem.
- Witek chodził do Akademii przed naszą ucieczką.
- Róża. Mówiłem, że masz mnie tak nie nazywać.- zwrócił mi uwagę moroj.
- A ty miałeś mi nie mówić Róża.-zauważyłam.
- Ale to ty zaczęłaś.
- Tak, bo ty i tak byś mnie tak nazwał.- wystawiłam mu język.
- Niech ci będzie.
- To może w końcu dowiem się czegoś o twojej szkole.- uznała Ola.
Zaczęliśmy wspominać dawne czasy.
- Doskonale pamiętam walkę chomika z krabem, na lekcjach panny Karp.- wszyscy śmialiśmy się z tej przygody.
- Po prostu Rozy nie można zostawiać bez nadzoru na dłużej, niż minuta.
- Ej, towarzyszu. Nie doceniasz mnie. Mi wystarczy pięć sekund.
- Potwierdzam.- poparł mnie Witek.- Pamiętasz, gdy na imprezie wypiłaś trzy butelki czystej wódki. Gdy odprowadzałem cię do pokoju, to myślałem czy nie zapchać ci buzi piaskiem. Miał ją zaprowadzić Mason, ale on sam potrzebował pomocy.
- Hej, to nie moja wina, ale twoja.- oskarżycielsko wskazałam go palcem.
- Gdybyś wybrała pytanie, nie było by tego.
- Moja Roza i brak wyzwania. Nie możliwe. Jakie było wyzwanie?
- Miała do wyboru trzy. Umiała zakręcić ludzi wokół siebie. Wszyscy mieli w nagrodę dostać po całusie.
- Nie udawaj niewiniątka. Sam wcale mnie nie odpychałeś.- na moje słowa Dymitr się spiął. Popatrzyłam mu w oczy, wtulają się mocniej w jego tors. Ukochany objął mnie w tali ramionami. Chciałam mu przekazać, że tylko on się dla mnie liczy i może zapewnić bezpieczeństwo. Złapałam jego dłoń, a on kciukiem zaczął jeździć mi po jej wierzchu.- Przez tydzień miałam ślad po twoim kle.
- A skąd pewność, że to był mój?
- Bo tylko ty i Mason byliście mną na tyle zauroczeni, aby stracić kontrolę. A tylko ty masz kły.
- No dobra. Masz mnie.- uniósł dłonie w geście obrony.- wracając. Miała trzy zadania. Rozebrać się przed wszystkimi do bielizny.
- Pamiętasz minę Ralfa, gdy to wymyśliłeś.
- On zawsze był tempa dzida śliniąca się na myśl o gołym tyłku. Pamiętasz jak pojechaliśmy na farmę?- spytał.
- Wtedy, gdy... i on ten cytat, który miał się za nim ciągnąć do usranej śmierci?- przytaknął. Wybuchłam niekontrolowanym śmiechem. Mike mi zawtórował, ale nasi partnerzy nic nie rozumieli. Trochę zrobiło mi się żal, chociaż pocieszyła mnie myśl, że kiedy przyjdzie ich kolej, będzie tak samo.
- Może ja wytłumaczę.- wręczył mnie Witek, bo mnie ze śmiechu bolała cała przepona.- Ralf ma nadmiar testosteronu i jakby mógł, przeleciał by wszystko co się rusza w szkole. Chodziły plotki, że sprzątaczka przyłapała go z panią dyrektor, na jedno znacznej sytuacji.
- Przyznaję się.- odzywam się i na nowo parskam śmiechem.- Ja to wymyśliłam. W odwecie za to, że nazwał Lissę, pieprzoną księżniczką. Oczywiście najpierw dostał w twarz.
- W twarz?! Kobieto, wpakowałaś go na tydzień do szpitala. Złamana szczęka, nos i ręką.
- A ty co? Nauczyłeś się jego karty lekarskiej na pamięć.
- Nie, ale jego widok i wzrok ludzi. Od tamtego czasu nikt nie odważył się podskoczyć tobie, a tym bardziej Lissie. Ach, te dobre czasy.- wzdycha melancholijnie.- A teraz nasza sierotka została królową.
- Chwila! - przerywa nam Ola.- Mówicie o królowej Wasylissie?!
- Tak. Ja i Dymitr jesteśmy jej strażnikami.- powiedziałam obojętnie, a ta zaczęła się na nas gapić, jak na ósmy cud świata. W sumie to trochę nim jesteśmy. W końcu nie każda Dampirzyca ma okazję zostać być w ciąży z Dampirem. Co ja gadam. To pierwszy taki przypadek w historii.
- To znaczy, ja jestem strażnikiem Lorda Ozery.-tłumaczy się mój ukochany. Na ten tytuł parsknęłam śmiechem. Nasi goście popatrzyli na mnie ze zdziwieniem.- Nie przejmujcie się. Ich dwójką ciągle ma ze sobą jakiś problem.
- Teraz jesteś strażnikiem Lissy, więc zaliczasz się do tego grona.- nie odpuszczałam.
- No, no Dimka. Zawsze mówiłam, że się ustawisz.- uśmiechnęła się czarno włosa.
- A ty zawsze masz rację.- odezwali się równocześnie chłopcy, a my wybuchłyśmy śmiechem.
- No proszę, towarzyszu. Większą niż ty? Jako nauczyciel nie dopuszczałeś do mnie myśli, że ktoś jest mądrzejszy od ciebie.
- Roza jest wiele osób mądrzejszych ode mnie.
- Dla mnie nie.- uśmiechnęłam się do niego słodko, za co dostałam słodkiego całusa. Jednak nie trwał on długo, z racji widowni. Choć para nie przejmowała się nami, zajęta własnymi ustami.
- Cieszę się towarzyszu, że się odważyłeś.- klapię go po ramieniu.
- Ja też Roza.- objął mnie.
- Kontynuując.- odezwał się Mike.- Na tej wycieczce na farmę, Ralf zaczął przystawiać się do Róży, a ona powiedziała, że nie będzie z kimś, kto pieprzy co popadnie. A on na to, że taki nie jest i że ma wymagania. Wskazał za okno na córkę gospodarza i powiedział, że taką dupę to on by bzykał sto razy dziennie. Tyle, że kiedy Róża się odwróciła, to dziewczyna poszła i wyszło, że ten wskazuje na grubą świnię u schyłku życia.
- Na co ja: " Nie chciałabym później jeść z niej szynkę."
- Nie tylko.- wtrącił moroj z trudem powstrzymując śmiech.- Wstała i krzyknęła na cały autokar kto chce zobaczyć jak Ralf pieprzy świnię. Oczywiście każdy był chętny po za samym zainteresowanym.
- A Mason wczuł się w klimat i dopowiedział, że najpierw sam musi się do nich upodobnić.
- A ja na to, że nie wiele mu brakuje.- w tym momencie każdy wybuchnął śmiechem.
- I skończyło się na tym, że ten dupek paplał się w błocie. Za co Stan kazał mu biegać w pełnym słońcu przez pół godziny.
- Trzeba przyznać, że Alto był wymagający.
- Ty nie miałeś lekcji z Dymitrem. Wybacz kochanie.- zwróciłam się do męża.
- Jestem świadom tego.- odezwał się.- Dzięki temu jesteś najlepszą strażniczką na świecie. Przebiłaś nawet własną matkę.
- Poczekaj aż urodzę. Wtedy jeszcze ciebie pobiję. Dosłownie i metaforycznie.- wszyscy na nowo wybuchli śmiechem.
- Mama?- zdziwił się strażnik.- Co wy tu robicie?
- Mieliśmy nie odwiedzić naszego kochanego braciszka i siostry?- zza Oleny wyglądnęły jej córki.
Ich rodzicielka podeszła i usiadła na krześle między łóżkami naszymi, a Lili.
- Jak się czujecie dzieci?- spytała głaszcząc syna po policzku.
- Dobrze. Nic mi nie jest. Mogło być gorzej.- odpowiada patrząc z miłością na matkę. Tak. Zdecydowanie mu zazdroszczę.
- Nie wiem, czy jest coś gorszego niż jedzenie tutaj.- z obrzydzeniem odsunęłam miskę jak najdalej od siebie.
- Czyli nic się nie zmieniło.- westchnęła zrezygnowana kobieta. Z torebki zaczęła wyciągać jakieś zawiniątka.- Dobrze, że to przewidziałam.
Zaciekawiona przyglądam się, jak Olena rozpakowuje przyniesione rzeczy. Nie wierzę. Pyszne jedzenie, własnej roboty i to z kapustą. Wiem, nienawidzę kapusty, ale odkąd jestem w ciąży, ciągle mam na nią ochotę. Szybko podbiegłam do teściowej, rzucając się jej w ramiona.
- Kocham cię mamo.- na moje słowa, Dymitr lekko się zdziwił, co zauważyłam dopiero gdy się odwróciłam z wiaderkami w ręce.- Kochanie, nie umrzemy z głodu.
Mina strażnika była bezcenna. Z rozdziawioną buzią patrzył to na mnie, to na swoją mamę. Dziewczyny za nami chichotały cicho.
- Dimka, zamknij buzię, bo ci mucha wleci.- zaśmiała się Karolina, a wszystkie, poza moim mężem, jej zawtórowałyśmy.
Podczas mojego pobytu jeszcze bardziej zżyłam się z tą rodziną. Olena zaproponowała mi, żebym mówiła do niej mama, co przyszło mi łatwiej, niż babcia na Jewę.
- Ciocia Rose! Ciocia Rose!- do sali wparowała dwójka dzieci. Od razu zauważyły mojego ukochanego i rzuciły się na niego.- Wujek Dimka!
- Hej dzieciaki. Co tam u was?
I tak zaczęły się przekrzykiwać, mówiąc mu ci się ostatnio w ich małym życiu działo. Później poszły bawić się z Lili. W tym czasie ja zajęłam się małym Łuką. Gdy tylko mnie zobaczył, wyszczerzył się w bezzębnym uśmiechu i wyciągnął rączki. Sonia podała mi go, siadając obok. Jeśli chodzi o tego chłopca, miała do mnie kompletne zaufanie. Byłam tak zaabsorbowana bobasem, że nie zauważyłam, gdy reszta dzieci się rozbiegła. Do rzeczywistości przywróciło mnie ramię ukochanego.
- Jesteś wspaniała Roza.
- Ja tiebia liubliu.
- Ja tiebia toże liubliu Roza.
Po kilku godzinach rodzina musi wracać. Olena wzięła puste już pojemniki na jedzenie. Pożegnali nas, każdy z osobna i wyszli obiecując, że przyjdą jutro.
Przez jakiś czas bawiliśmy się i rozmawialiśmy z moją siostrą. Gdzieś tak dwie i pół godziny po wyjściu Bielikowów do sali wbiegł jakaś dziewczyna.
- Dimka.- woła. Dymitr patrzy na nią z niedowierzaniem.
- Ola?! To naprawdę ty.- pyta o dziwo po rosyjsku. W myślach dziękuję mu za lekcje. Ale później podziękuję mu na prawdę. Obserwuję dziewczynę. Ma średniej długości, czarne włosy, chude nogi i ogólnie jest szczupła. Ale nie jest morojką, ale dampirzycą. Jej oczy są szarawe, a usta pełne. Ładnie się uśmiecha, stwierdziłam, nie do końca zadowolona tym faktem. Wygląda na 21 lat. Nie podoba mi się. I jeszcze tak patrzy na MOJEGO Dymitra, jak na swoją własność.
- O to samo mogłabym spytać ciebie.- odzywa się melodyjnym głosem.- Kiedy dowiedziałam się, o twojej przemianie, załamałam się. Byłam wtedy w szkole, ale pozwolili mi wrócić do domu. Wiedzieli, że mi ciężko. Tak bardzo się bałam, że Cię stracę.
Teraz już przegięła. Nie mogę siedzieć i patrzeć, jak ta lalusia wyrywa mi mojego towarzysza, razem z sercem.
- Kim ty właściwie jesteś, że wpadasz tu bez pytania.- pytam i groźnie patrzę na nowo przybyłą.
- Roza!- zawołał Dymitr, przerzucając się na angielski. O dziwo w jego głosie nie słyszę nagany, a... dumę? Chyba tak.- Powiedziałaś to wszystko po Rosyjsku!
Miał rację. Jeszcze nigdy nie powiedziałam takiego zdania, z taką płynnością, w jego ojczystym języku. Pocałował mnie w policzek i przytulił. Poczułam się lekko zawiedziona, bo liczyłam na coś więcej. na szczęście mąż rozwiewa moje rozczarowanie.
- Później pokaże ci, jak bardzo dumny jestem.- szepcze mi, nie wypuszczając mnie z ramion.
- Jesteś pewny, że dasz radę?- droczyłam się z nim.
- Spokojnie Roza...- odsunął się, a ja już zatęskniłam za jego silnymi dłońmi, trzymających mnie w tali.- Kochanie,- z zamyślenia wyrywa mnie głos strażnika.- nie masz powodów do zazdrości.
- Oj Dimka.- odezwała się ciemno włosa.- Kobieta zawsze znajdzie powód do zazdrości. To znaczy tylko, że bardzo Cię kocha. A tobie dziękuję,- uśmiechnęła się bardzo miło. Nie wygląda na zdzirę, chcąca zabrać mi męża.- za uratowanie mojego przyjaciela. Dymitr zawsze był dla mnie jak brat.
- Tak jak Mason dla ciebie.- podsumował Bielikow.- Rose, to moja najlepsza przyjaciółka, Aleksandra. Ola to moja żona Rose.
- Ola?!- zdziwiłam się. Czy przed chwilą nie nazwał jej Aleksandra.
Oboje zaczęli cicho chichotać.
- Ola to zdrobnienie mojego dłuższego imienia, którego nienawidzę, więc proszę mów Ola.
- Też tak mam. Moje pełne imię to Rosemarie. Ale wszyscy mówią Rose. No poza tym oto przystojniakiem.- szturchnęłam ukochanego.
- Oczywiście Roza.- objął mnie i cmoknął w czoło. Wszyscy zaczęli się śmiać.
- Skarbie, przepraszam, musiałem...- do sali wpadł jakiś chłopak. Miał krótkie, postawione na żel blond włosy i niebieskie oczy. Ma sobie miał czerwoną koszulkę, opisującą jego mięśnie. Na brodzie miał lekki zarost. On był morojem. Gdy na mnie spojrzał, zatrzymał się w pół kroku.- Hathaway?!- wykrzyknął zaskoczony.
- Mike?!- nie mogłam uwierzyć.- Co ty tu robisz?- spytałam z uśmiechem, gdy podszedł i przybił ze mną piątkę. Dymitr automatycznie przytulił mnie mocniej. Ktoś tu jest zazdrosny. "I kto to mówi?!" upomniałam się w myślach.
- Cóż, ja jakby to powiedzieć biorę ślub.- objął Olę. Ona oniemiała, patrzyła to na mnie, to na blondyna. Jego dotyk ją ocknął.
- To wy się znacie?- wykrztusiła w końcu z siebie.
- Kto to jest?- spytał mój ukochany z nutką groźby, ale myślę, że tylko ja to zauważyłam.
- To Wincenty Mike.- przedstawiła go dziewczyna.- Mój narzeczony.
Obudziłam się w silnych ramionach ukochanego. Ostatecznie odpięli mi wszystkie kabelki i mogłam swobodnie się poruszać. Jednak Dymitr wciąż był przypięty do kilku monitorów i musiałam się dostosować do jego możliwości. Lili została przeniesiona na własne łóżko.
Ziewnęłam cicho i lekko się przyciągnęłam.
- Dzień dobry Roza.- usłyszałam szept, przy moim uchu i od razu się uśmiechnęłam.- Jak ci się spało?
- Cudownie. A tobie?
- Tak bardzo za tobą tęskniłem i za tym, że się budzisz w moich ramionach.
- Ja też, towarzyszu.
Na te słowa zamruczał przyjemnie.
- Tylko nie rozumiem Roza, czemu mi nie powiedziałaś o tym telefonie?- popatrzył mi głęboko w oczy.
- A powiesz mi, o czym rozmawiałeś z Jewą po naszym ślubie?- spytałam podchwytliwie, bo znałam odpowiedź.
- Nie. Powiem ci po porodzie.- upierał się.
- Czyli, jak będzie po wszystkim?- dalej zbierałam argumenty. Pokiwał głową.- No to ja też powiedziałam po fakcie. Zrozum, że zrobiłam to dla twojego dobra. Inaczej byś mnie zamknął w domu i kto by ci teraz przemówił do rozumu.
- Ale gdybym wiedział...
- Nic by ci to nie dało.- przerwałam mu.- Nawet nie wiedziałam o co chodzi. Naprawdę sadzisz, że gdybyś wiedział, to od razu pomyślał byś o szalonym moroju współpracującym ze strzygami.
- No nie.- przyznał.
- No więc widzisz.
Później rozmawialiśmy na różne tematy. Chcieliśmy nadrobić zaległości. Tak bardzo brakowało mi takich poranków. Po jakimś czasie pielęgniarki przyniosły nam śniadanie. A raczej coś, co miało nim być. Mimo wielkiego apetytu, który zawsze mi towarzyszył, prawie tego nie tknęłam. Wyglądało jak żółta breja z zielonymi skorupkami, zza dużą ilością wody i... Czy to jest zaschnięta krew?!
Ygh... wzdrygnęłam się na tą myśl. Jakieś czerwone kropki to były na pewno. To chyba miała być jajecznica, ale nie ręczę. Tak samo, jak za to, że nie dostanie zaraz nóg i nie ucieknie wystraszony własnym istnieniem. Na początku nie chciałam jeść, ale Dymitr nie odpuszczał.
- Człowieku?! Ty widzisz jak to wygląda?! Ja tego nie ruszam.- uparłam się.
- Rose. Jesteś w ciąży. Nie możesz nic nie jeść. Wręcz musisz i to za troje.
Ostatecznie dałam się przekonać. Z wahaniem wzięłam sztućce leżąca obok talerza. Wręcz modliłam się, żeby to żółte coś sobie poszło. Jednak nigdy nie byłam wierząca tak na prawdę. Zanurzyłam łyżkę w brei. Powierzchnia zafalowała jak kożuch na mleku.
- Towarzyszu, ja szefem kuchni nie jestem, ale myślę, że żadna potrawa z nadmiarem wody się tak nie zachowuje.- za moją uwagę, ukochany skarcił mnie wzrokiem. Naraz poczułam się jak w akademii, gdy był moim mentorem.
Westchnęłam cicho i nabrała "jajecznice". O matko! Tam w środku jest jakieś mięso. Na pewno zepsute. Zrobiło mi się niedobrze. I myślę, że to nie są poranne mdłości. Nasze wiecznie głodne dzieci jakoś przestały narzekać na brak pożywienia. Tak samo ja.
- Wybacz mi kochanie, ale nie ruszam tego. I robię to dla naszych dzieci. Jak wrócimy mogę zjeść nawet całą ucztę dla króla, ale tego nie.
Mój ukochany westchnął ciężko.
- Chyba za bardzo rozpieściłem cię moją kuchnią, Roza. No ale zjeść coś musisz.
- Tak?! To spróbuj zjeść cały swój talerz. Założę się, że po pierwszych łyżkach odpadniesz.
- Możemy się założyć.- rzucił mi wzywające spojrzenie.
- Okey. O co się zakładamy?- chwilę się zastanowiłam.- Jeśli wygram, powiesz mi, co powiedziała ci Jewa.
- O nie skarbie. Ale mam inny pomysł. Jeśli wygrasz, zapomnę o tej niespodziance co miałaś mi zrobić w zamian za ubranie cię.- uśmiechnął się chytrze, bo myślał, że zapomniałam.
- Nie ma mowy. Już za późno.- Jego mina była bezcenna.- Naprawdę myślałeś, że zapomniałam?
- No dobra, to co proponujesz?
- Jeśli wygram to dasz zabrać się na dyskotekę.- rzuciłam mu wyzwanie.
- Rose...
- Co? Boisz się?- przerwałam mu. Mój mąż zmrużył oczy. Wiedziałam, że trafiłam w czuły punkt.
- Zgoda, ale jak ja wygram będziesz uczyć Lili teorii.
- No dobra. Zgoda.- uścisnęłam jego wyciągniętą dłoń. Już chciałam ją zabrać, ale Dymitr mi nie pozwolił.
- Lili. Podejdź tu.- zawołał za siebie. Następnie spojrzał na mnie.- Jak się zakładać to porządnie.- w tym momencie podbiegła do nas moja siostra.- Przetniesz?
Dziewczynka wykonała prośbę, a strażnik znowu złapał mnie za rękę i wbił w moje wargi. Rozpływałam się pod ciepłem jego ust. Jednak po chwili odezwaliśmy się od siebie.
- I teraz jest ważne.- uznał mój ukochany.
- Mam nadzieję, że nie zakładasz się tak z każdym?
- Ty jesteś pierwsza.
- Masz szczęście, że mam dobry humor i jestem w stanie ci uwierzyć.- zaśmiałam się.
- I to jest moja Roza, którą kocham.- popatrzył na mnie maślanymi oczkami.
- Ty mi się tu nie podlizuj i wcinaj "śniadanie"- przy ostatnim słowie zrobiłam w powietrzu cudzysłów.
Ukochany westchnął i nabrał pierwszą łyżkę substancji. Chyba dopiero teraz dokładniej się jej przyjrzał.
- Wiesz skarbie, to serio wygląda trochę podejrzane.- przyznał, patrząc z wahaniem na zawartość miski.
- No am... am...- pospieszyłam go.
Bez większego wahania włożył łyżkę do buzi. Skrzywił się, ale dzielnie przeżuwał dalej.
- Nie chcę na to patrzeć.- usłyszałam moją siostrę.
- Ja też nie, ale dzięki temu nie będziesz musiała tego jeść.- przyznałam jej rację.
Dymitr wytrzymał jeszcze jedną porcję, jednak przy trzeciej pobiegł to wypluć. Z Lili przybiłyśmy piątki.
- Przygotuj się na tańce po powrocie.- krzyknęłam za nim.
- Wygrałaś.- powiedział wracając z łazienki.- Już nigdy więcej nic tutaj nie zjem, co nie jest lekarstwem.- mój ukochany wziął wszystkie plastikowe miski i wyrzucił do śmietnika.
- Jesteś pewny.- usłyszeliśmy głos za sobą. Odwróciłam się.
Kiedy się od siebie odkleiliśmy, wtuliłam się w ukochanego, a on oparł czoło o moją głowę. Sapaliśmy ciężko. Przypomniała mi się noc porwania Lissy. Byliśmy w tej samej pozycji,
z tą różnicą, że ja byłam naga, a Dymitr miał tylko spodnie. W sumie nie pogardziła bym, gdyby teraz też nie miał koszulki. Odruchowo oparłam dłonie na jego torsie. Poczułam jak w jego klatce piersiowej rezonuje śmiech.
- Roza, czyżbyś pomyślała o tym samym, co ja?- spytał z uśmieszkiem.
- Tamta noc.- zrobiło mi się cieplej na sercu. Ukochany ułożył się z boku tuląc mnie mocno w ramionach.
- Nasza pierwsza wspólna noc, z naszymi uczuciami.
- Brutalnie przerwana przez poczucie odpowiedzialności.
- Nawet nie wiesz jak pragnąłem zapomnieć o wszystkim, i wrócić do łóżka z tobą, twojego zapachu, aksamitu włosów.
- To było silne zaklęcie.- uznałam.
- Ale ja to chciałem po wyrzuceniu naszyjnika. Na szczęście ty jesteś oddana Lissie. Twoja panika pozwoliła mi się ogarnąć.
- Wcale nie panikowałam.-popatrzył na mnie znacząco.- No może troszkę. Ale powiedz, nie byłeś zdziwiony i zszokowany, gdy dotarło do ciebie, że w twoim łóżku leży naga, bardzo seksowna uczennica?
- Którą bardzo kocham i nie chciałbym nigdy z niego wypuszczać. Roza, to co stało się w warowni... Marzyłem o tym od dawna. Tylko moja samo kontrola powstrzymywała mnie od tego. A wiedziałem, że ty też tego chcesz, więc duża część mojego sumienia nie widziała problemu. A pod czas porwania nie zrobiłem tego, bo ty nie chciałaś i nie byłabyś zadowolona. Mógłbym cię stracić.
- Tylko dlatego?- zdziwiłam się. Dymitr pochylił głowę. wydał się lekko zażenowany.
- Trochę wstyd się przyznać, ale gdy Cię zobaczyłem, wtedy zawładnął mną instynkt. Ale silniejsze było pragnienie twojego szczęścia.
Podniosłam mu głowę. Spojrzał na mnie nieśmiało. Przysunęłam się jeszcze bliżej ukochanego i złączyłam nasze usta w namiętnym pocałunku.
- Zawsze wiedziałem, że pocałunki mają magiczne zdolności uleczania.- przerwał nam jakiś obcy głos. Należał do mężczyzny w białym kitlu. Miał zielone oczy i rudą czuprynę, trochę podobną do Masona.- Ale bardziej myślałem, że to te od mamy. A tu proszę, jaką miła scenka.
Dymitr od razu się odsunął i przybrał maskę strażnika. Szturchnęłam go delikatnie i posłałam znaczące spojrzenie. Trochę się odprężył i mnie przytulił.
- Jestem twoim lekarzem strażniku Bielikow,- kontynuował nasz gość.- doktor Sakles. Badania strażnika są poprawne, ale jeszcze powinien zostać strażnik, tak dla pewności, kilka dni na obserwacji. I strażniczka Hathaway. Doktor Wechlacki przekazał mi wyniki strażniczki. W sumie to już na jutro może być gotowy wypis.
- Dziękuję, ale ja wolę zostać, póki mój mąż nie będzie mógł wyjść.
- Rose...- chciał wtrącić się Dymitr, ale mu nie pozwoliłam i uciszyłam gestem.
- Dobrze. To jutro zrobimy potrzebne badania przełożone z dzisiaj. I gratuluję zatwierdzenia dekretu o związkach dampirów.- lekarz odwrócił się i wyszedł.
Dopiero po jego ostatnim zdaniu dotarło do mnie, że sam był dampirem. Pewnie spełniał swoje marzenie o byciu lekarzem i chronił morojów w szpitalu.
Po chwili do sali wszedł inny dampir. Ale on już był strażnikiem. Przynajmniej na to wskazywał jego ubiór. Skinął głową w naszą stronę.
- Strażniku Bielikow. Strażniczko Hathaway.
- Strażniku Zings.- tym razem ukochany nie miał zamiaru się otwierać. Niby dalej obejmował mnie ramieniem, ale czułam, że się spiął.- Louis usiądź, proszę. Chciałbym się dowiedzieć, co tam się stało.
Mężczyzna opowiedział nam to samo, co wcześniej usłyszałam od Eddiego. Ani słowa o Robercie.
- I nie było tam żadnego moroja?- upewniał się mój mąż. Dampir zaprzeczył.- No dobra. Później napisze raport. A co z resztą? Dużo poległo?
- Eh... Gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, to byłoby ich mniej. O wiele mniej. Po trójce słuch zaginął. Z dwójki polegli Dawid, Stuart i Eryk. Oczywiście nie liczę tych, co wysłałeś ze strzygą i tą dziewczyną. Czwórka... tutaj gorzej. Uratowali się tylko dzięki znaczeniu z ósemką w labiryncie. Z obu grup przeżyło w sumie cztery osoby: Denis, Loku, Adrian i Peter, piątki przeżyli wszyscy, ale z szóstki nikt. Nie muszę chyba mówić, że jedynka wyszła cało z opresji. A z siódemki polegli David, Joana, Stella i Witka. Ale mogło być gorzej.- zmusił się na uśmiech widząc minę dowódcy.
Imiona oczywiście nic mi nie mówiły. Ale Dymitrowi, jak widać tak. Trochę dużo poległych. Tylko co poszło nie tak?
- Wszystkie dokumenty wypełniłem.- kontynuował.- Czekają na ciebie grzecznie w gabinecie na biurku. Jak chcesz, to mogę ci je przynieść.
- Nie. Zobaczę je jak wrócę. A która jest godzina?
Nasz gość spojrzał na zegarek.
- Trzecia w nocy.- powiedział z pełnym spokojem.
- Która?!- zdziwiłam się.- I ty tak tutaj siedzisz całą noc?
- Spokojnie strażni...
- Rose.- przerwałam mu.
- Rose.- poprawił się.- Jeszcze nie przyzwyczaiłem się do zmian czasowych, więc to żaden problem.
- Niech Ci będzie.- odpuściłam.- Zgaduję, że Eddie ma to samo usprawiedliwienie.
Dymitr uśmiechnął się lekko.
- No dobra Louis. Idź teraz odpocznij. To rozkaz
- W takim razie żegnam państwa.- pokłonił się teatralnie z uśmiechem i wyszedł.
- Jak się czujecie?- spytała Lili. Nawet nie zauważyłam, kiedy weszła.
- A dobrze, uśmiechnął się mój mąż i posadził małą między nas.
- Nawet nie wiecie jakiego strach wszystkim napędziliście. Rose, a czy to co się wydarzyło u Pana Marka i Pani Oksany, to samo było z Dymitrem? To było piękne. Straszne, ale piękne.
I tak dziewczynka trajkotała chyba z pół godziny, aż wreszcie zasnęła.
- No Rose. Teraz twoja kolej.- odezwał się szeptem strażnik. Na początku nie do końca zrozumiałam.
Opowiedziałam mu o telefonie od Jewy, wyjeździe i całym pobycie. Przy wspomnieniu rodziny uśmiechał się.
- I jeśli myślisz, że po wyjściu ze szpitala polecimy z powrotem do Ameryki, to się grubo mylisz. Twoja rodzina nas nie wypuści.
- Dobrze Roza. Ale teraz to nasza rodzina.- mąż pocałował mnie w czoło.
- Dymitr.- szepnęłam.
Od razu spojrzał w moją stronę. Jego nieobecny wzrok skupił się na mnie, w strachu i zdziwieniu.
- Roza, co ty tu robisz? Nie powinno cię tu być. Tak samo jak w moim życiu.- ostatnie zdanie powiedział z żalem, opadając z powrotem na pościel i patrząc w górę.
- Co ty mówisz? Dymitr ja cię kocham.
- Nie powinnaś.
Zamurowało mnie. Mężczyzna mojego życia mówi mi, że nie powinnam go kochać.
- To ja może zostawię państwa samych.- powiedział doktor i wyszedł.
- Dymitr popatrz na mnie.- zero reakcji.- Nie będę gadać do ściany.- nadal nic.- Dymitr proszę, powiedz mi co tam się stało?- dotknęłam dłonią jego ręki. Wystraszony odsunął się, ale spojrzał na mnie.- Proszę.- powtórzyłam z łzami w oczach.
- Roza. Proszę nie płacz.- chwycił moją dłoń i położył się na poprzednim miejscu. Nawet trochę bliżej mnie.- To był tamten pokój.- nie zrozumiałam.- Twój.
- Jak mój?- zdziwiłam się. Nagle zaczęłam mieć podejrzenia. Mocniej złapałam jego dłoń i spojrzałam ze strachem.- Dymitr, powiedz mi, gdzie mieliście tą ostatnią misję.
- Przygotowywałem się do nich cały tydzień. Nie tylko plany i ekwipunek, ale psychicznie. Chciałem przestać się dręczyć tym miejscem. To był dom Galiny.- wystraszyłam się. Jego wzrok był nieobecny.- Ale przechytrzyli nas. Atak miał rozpocząć się o wschodzie słońca i trwać najpóźniej do zachodu. Jednak to skrzygi nas zaatakowały. Kiedy wstał dzień, wiele z nich się spaliło, ale przed tym zabiło wielu naszych. I wszedłem do tego pokoju. Była tam jedna strzyga i Robert.- w jego głosie był jad.
Wstrzymałam powietrze. Robert! Wiedziałam, że nie będzie spokoju na długo. Ale nie przerywałam mu.
- W pewnym momencie walki, ten chój stworzył wizję w moim umyśle. Otoczenie zostało to samo, ale inny czas. Czas kiedy cię porwałem.- teraz jego wzrok skupił się na mnie. W oczach miał strach i żal. Wpatrywał się we mnie, szukając najmniejszej reakcji. A ja tylko słuchałam. Przeze mnie przetaczało się tyle emocji, że nie czułam nic. Ukochany postanowił kontynuować.- Po przemianie to wszystko było jak sen wspomnienia z lekka zamazane. Uświadamiały mi, że robiłem coś złego, ale to było nic, w porównaniu z tamtą chwilą. Wszystko było wyraźne, widziałem każdy szczegół. Wszystko, co nie powinno się wydarzyć. A jednak ty wciąż jesteś ze mną. Z tym potworem.
- Bo cię kocham.- odezwałam się po dłuższej chwili szeptem.
- Co mówiłaś?- spytał zdezorientowany.
- Kocham cię i zawsze będę kochać. Nie ważne co się stanie, bo ja wiem kogo kocham. Nigdy byś mnie nie zranił, a ja nigdy nie pozwolę ci odejść. Czy tak trudno jest to zrozumieć? Ja pamiętam dobrze co się stało i jestem z tobą. Wiem, że ty też mnie kochasz. I nie jesteś potworem.
- A jeśli jestem?- krzyczał w desperacji.- A może pewnego dnia obudzę się z żądzą mordu i nic mnie nie powstrzyma? Co wtedy?
- Dymitr, czy ty siebie słyszysz? Nic takiego nigdy się nie wydarzy. Mam ci to obiecać, żebyś przestał się zadręczać? Tyle razy ci tłumaczyłam. Nic złego się nie wydarzy. Bo ty to ty. I nikt inny. Każdy cię szanuje i podziwia. Oboje jesteśmy żywą legendą. Zmieniamy świat. A ta para, która dzięki tobie może być szczęśliwa? Oni się kochają. Mogłeś po prostu go zabić, ale ty im pomogłeś. Co z tego, że serce strzyg bije, skoro nie ma dla kogo. Twoje ma, więc pozwól tym, którzy cię kochają być blisko. I nie mów nigdy, że nie powinnam być w twoim życiu.
- Narażam cię ciągle na niebezpieczeństwo. Gdyby nie ja, nie byłoby cię tutaj. A tak mają czym mnie szantażować. Bo twoje bezpieczeństwa jest dla mnie najważniejsze.
- Tak było, jest i będzie. I nic tego już nie zmieni. Nawet jakbyś odleciał w kosmos, mogli by powiedzieć, że coś mi grozi. Czy wtedy byś się nie bał? Ja mam dokładnie to samo. Dlatego tu jestem.
- Właśnie Rose, czemu tu jesteś i co się stało?
- Powiem Ci, jeśli najpierw sobie wybaczysz.
- Nie mam czego.- kłamał.
- Masz.- powiedziałam stanowczo. Od razu spuścił głowę. Złapałam jego dłoń, drugą ręką.- Dymitr, mnie nie oszukasz. Możesz to wmawiać wszystkim dookoła, nawet samemu w to wierzyć, ale w głębi duszy wiesz, że to nie prawda. Cierpisz i nie chcesz, abym ja cierpiała. Ale mnie najbardziej boli, gdy się ode mnie odsuwasz.- podniosłam jego głowę palcami pod brodą, tak, żeby popatrzył mi w oczy.- Więc nie rób tego.
- Nie wiem Roza. To dla mnie trudne. Nie umiem zrozumieć, że ja nie byłem sobą. Doskonale widziałem swoje włosy, ciało, płaszcz. Nawet książki, które czytałem. Zawsze je kochałem.
- Pamiętasz, że Sonia Karp uwielbia sądzić kwiaty?- przytaknął.- Mówiła mi, że jako strzyg robiła to z przyzwyczajenia. Tak samo z czytaniem książek. To ci zabijało czas, ale nie wzbudzało w tobie takich uczuć jak teraz. A oczy, też nie były takie same. I charakter. Mam wymieniać dalej? Jest wiele różnic między tobą, a tamtym potworem. Proszę bardzo. Złośliwy, złowrogi uśmiech, którego u ciebie nigdy nie widziałam. Zimne, obojętne podejście. Jak pobiła mnie ta służąca, ty byś mnie pocieszył, podniósł na duchu, zmotywował do poprawienia umiejętności. A on mnie ochrzanił. Ty nigdy nie byłeś na mnie zły. Zawsze starałeś się mnie zrozumieć. Więc czemu teraz nie rozumiesz, jak bardzo jesteś dla mnie ważny i jak bardzo Cię kocham? Potrzebuje cię.- poczułam jak po policzkach spływają mi łzy, które już od pewnego czasu pchały mi się do oczu. Złapałam jego dłoń i przeniosłam na swój brzuch.- My cię potrzebujemy.
Dymitr przeniósł wzrok na mój brzuch, a później na twarz i śledził nim drogę każdej mojej łzy. Jemu samemu oczy Też się zaszkliły. Przysunął się bliżej mnie, a ja niego. Byliśmy podłączeni rurkami i kablami, ale nie miało dla nas znaczenia, teraz liczyliśmy się tylko my. Ukochany złapał moją twarz w dłonie i otarł mi łzy.
- Roza. Proszę nie płacz.- szepnął i pocałował mnie. Tak słodko i niewinnie. Jak ja bardzo tęskniłam za nim i jego ciepłem.
Od razu pogłębiłam pocałunek. Całowaliśmy się namiętnie i bez opanowania. W tej chwili przeważała miłość. To jest mój towarzysz.
_______________________________________________________
Jej! Dziękuję wszystkim za komentarze. Nie wiedziałam, że o pierwszej w nocy ktoś tu jeszcze wchodzi. To bardzo motywujące wiadomość, że aż tyle czekacie. Tak jak prosiliście rozdział jest wcześniej, niż ostatnio. Jeszcze raz dziękuję za wszystkie komentarze i pozdrawiam moich kochanych czytelników. :-*