sobota, 23 kwietnia 2016

ROZDZIAŁ 119

Często jak zagrożone jest bezpieczeństwo bliskiej osoby, zapominamy o własnym. Jeśli tak nie mieliście to wam zazdroszczę, ale i współczuję. Ale co, jak nasze bezpieczeństwo równa się bezpieczeństwu innej istoty? Zaczyna się problem, bo wtedy nie myślimy o jednej z zagrożonych osób. Stajemy przed pytaniem, która jest dla nas ważniejsza. A niekiedy zapominamy o dziecku, któremu życie daje nasz organizm.
- Ale co się dzieje? Co mam zrobić?- wpadłam w panikę.
- Niedługo ma misję w Rosji. Przyśniła mi się. Musisz w tym czasie być u nas.
- On mi nie pozwoli wyjechać.
- Wymyśl coś. Jesteś wojowniczką.- zauważyła z rozdrażnieniem.
Niewiele myśląc podjęłam decyzję.
- Przyjadę
- Dobrze. Jesteś odpowiednią żoną dla naszego Dimki.
- Dziękuję.- nagle coś mi się przypomniało. A raczej ktoś.- Ale nie będę sama.
- Spokojnie, zajmiemy się twoją siostrą. I niczego nie mów Dimce.
- Dobrze. To do zobaczenia.
- Żegnaj wnusiu.- dziwnie się poczułam, gdy tak mnie nazwała.
Odłożyłam komórkę i zaczęłam się szykować. Martwiło mnie to, czego się dowiedziałam. Cholera! Przecież mogę go stracić. Chwila. Przypomniało mi się coś. Po ślubie Dymitr rozmawiał z Jewą i nie chciał mi powiedzieć co się stanie. Może mi też coś groziło. Ale mimo to zachowuje się jak zawsze. Nie przejmuje się tym. Może trochę bardziej mnie rozpieszcza. Sprawił, że o tym zapomniałam, choć mu pewnie to wciąż zaprząta głowę. Muszę zrobić tak samo. Ubrana poszłam do łazienki i obmyłam twarz zimną wodą. Trochę mnie to uspokoiło, pomogło pozbierać myśli. Jeśli nie dam nic po sobie poznać, pojadę do Rosji i nic mu się nie stanie. Nie tak powiedziała "babcia". Nie. Chyba się nie przyzwyczaję. Nawet do Abe'a nie mówię "tato".
"Rose weź się ogarnij! Tu chodzi o życie twojego towarzysza."- zganiłam się w myślach.
Popatrzyłam w lustro. Co ja mam na głowie? To gniazdo, a nie włosy. Rozczesanie ich trochę mi zajęło. Były bardzo długie, nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam u fryzjera i nie zamierzam. Dymitr uwielbia je.
Po długich męczarniach, moje loki wyglądały przyzwoicie. Nie malowałam się, bo nie zamierzałam nigdzie iść.
Gotowa zajrzałam do pokoju obok. Obudziłam Lili.
- Dzień dobry.- przywitała mnie bez entuzjazmu, siadając na brzegu łóżka. Usiadłam obok i ją przytuliłam.
- Wiem, to boli. Ja kiedyś też straciłam bliską mi osobę.
- Kogo?- zaciekawiła się.
- To trochę dziwne, ale on dalej żyje. Wiem, że to nie jest to samo, ale przez długi czas nie wiedziałam o tym.
- Jak to się stało?- nie odpuszczała.
- W zimie rok temu, moi przyjaciele uciekli z ośrodka, w którym cała nasza szkoła spędzała ferie. Ja też uciekałam, żeby ich znaleźć. I odnalazłam. Chcieliśmy wracać, ale porwali nas ludzie, pracujący dla strzyg. Po wielu próbach im też zdołaliśmy uciec. Jednak jeden z potworów zabił mojego przyjaciela, Masona. Był dla mnie jak brat, więc w szaleństwie zabiłam swoje pierwsze dwie strzygi. Następnie płakałam nad jego ciałem. Nie wiem ile tam leżałam, ale w końcu odnaleźli nas strażnicy. W szkole wszyscy przeżywali żałobę, ale to dla mnie była największa strata. Oddał życie za mnie.- z oczu zaczęły lecieć mi łzy. Szybko je starłam. 
- Ale mówiłaś, że on żyje. I rozmawialiście o nim, podczas kolacji z królową.- zauważyła. Łatwo kojarzy fakty.
- To prawda. Miesiąc później, przed moimi urodzinami, okazało się, że uzdrowił, a wręcz ożywił go jakiś moroj. Taka osoba, przywrócona do życia nosi pocałunek cienia. Sama też go miałam. Jednak o tym, kiedy indziej. Czas się zbierać, bo kucharz się zdenerwuje, jeśli się spóźnimy.
Po dziesięciu minutach zchodziłyśmy na dół.
- Rose, mamy w pokoju zegarek, a ty i tak się spóźniasz.- narzekał mój mąż.- Nigdy się nie zmienisz.
- A nie mówiłam?!- zwróciłam się do siostry. Ta nie umiała powstrzymać uśmiechu. Usiedliśmy wszyscy do stołu.
- Opowiecie mi dzisiaj tą historię?- spytała w pewnym momencie Lili.
Popatrzyłam na Dymitra. On zaś szukał zgody u mnie. Kiwnęłam nieznacznie głową.
- Myślę, że dzisiaj i jutro będzie dobry czas na to.- uznał strażnik.- Ale to po śniadaniu.
Nagle nasze śniadanie przerwał dzwonek do drzwi. Zdziwiłam się. Dymitra najwidoczniej ucieszyła ta niezapowiedziana wizyta.
- Towarzyszu? Czyżbyś się kogoś spodziewał?
- Powiedzmy. Idź otwórz i powiedz Adrianowi, że za pięć minut sam pójdę sprawdzić, kto przyszedł.
Acha. Czyli spodziewa się Iwaszkowa. Czy on naprawdę myśli, że on tu przyjdzie, po wczorajszym. Wstałam i podeszłam do drzwi. Otworzyłam je i zobaczyłam...
- Witaj mała dampirzyco.
- Czego chcesz Adrian?- warknęłam.
Wyglądał okropnie. Poobijany, ze złamanym nosem i ręką. Pod okiem miał wielkie limo. Nie współczułam mu jako, że już się lekko kołysał od nadmiaru promili.
- Zadziorna jak zawsze. Gdybyś tylko wiedziała jak za tym tęsknię. Ale ty wolałaś tego ruskiego Capa zamiast mnie. A tyle mogłem ci dać. Byłabyś szczęśliwą żoną. A jaki skandal byłby.- rozmarzył się, wypełniając płuca dymem papierosowym.- Przecież to uwielbiasz.
- Iwaszkow, lepiej uważaj. Nie mam ochoty tracić czasu na twoje wyobrażenia. Streszczaj się, bo za pięć minut ten "Cap" osobiście sprawdzi, kto przyszedł.
- Roza. Kto przyszedł?- strażnik jak na komendę krzyknął z jadalni. W oczach moroja dostrzegłam strach. Miałam nad nim przewagę.
- Chciałem przeprosić możni panią,- skłonił się całując moją dłoń.- za obrazę, jakiej żem się dopuścił wczorajszego dnia, w stanie upojenia alkoholowego - nagle padł na kolana, podnosząc na mnie błagalny wzrok.- i prosić o przebaczenie. Obiecuję, że to się nie powtórzy, a mało tego, przysięgam zawsze ci pomoc i otulić opiekuńczym ramieniem i łóżkiem, gdy twój ruski Chuck Norris zawiedzie.
- Przyjmuję przeprosiny i wybaczam. Masz szczęście, że nie jestem pamiętliwa. A teraz uciekaj.
- No tak. Strażnik Teksasu zawsze czujny. Żegnam my Lady.
Poszedł do samochodu ze strażnikami i odjechał. Zamknęłam drzwi. I wybuchłam śmiechem, który przez cały czas wstrzymałam. Gdy się uspokoiłam, wróciłam do reszty rodziny.

piątek, 22 kwietnia 2016

ROZDZIAŁ 118

- Dymitr. Możesz mnie w końcu puścić?- spytałam po raz dziesiąty, próbując mu się wyrwać.
- Roza. Aż tak chcesz ode mnie uciec?
- Nie, ale Lili zaraz wstanie i pewnie chciałaby coś zjeść.
- Poczeka. Jeszcze nie skończyłem ci dziękować.
Westchnęłam zrezygnowana i odwróciłam się. Ujrzałam mojego boga. Po chwili znowu jęknęłam, ale z rozkoszy. Już nie chciałam mu uciec. Ukochany już dwie godziny "dziękował" mi za pocieszenie w nocy i wszystko co dla niego zrobiłam. Wymyślił wiele sposobów. Od kąpieli z masażem, przez pieszczoty w łóżku, oglądanie filmów, przytulanie, kończąc w łóżku. Kochaliśmy się przynajmniej trzy razy. On jest niesamowity.
Po kolejnym wspólnym dojściu, leżeliśmy mocno wtuleni.
- Roza. Czym ja grzeczny zasłużyłem sobie na takiego anioła?- chyba bardziej pytał siebie.
Mimowolnie parsknęłam śmiechem.
- Znowu zaczynasz?- spytałam, próbując się uspokoić.- To ja mam więcej powodów do takiego pytania.
- Po prostu szukam przyczyny mojego szczęścia w sobie. W swoim życiu, postępowaniu, ale nic nie umiem znaleźć. Cała moja radość jest z tobą.
- Ty też masz w to spory wkład. I nie zaprzeczaj.- powiedziałam, gdy już otwierał buzię.- A zauważyłam, że już nie chodzisz do kościoła. Nie musisz już myśleć nad swoim życiem w spokoju, jak Kiedyś mi mówiłeś?
Zaczął się zastanawiać. Wszystkie strzygi były kiedyś żyjącymi istotami.
A my musimy je zabijać. Kiedyś mi wyznał, że na myśl o tym, robi mu się smutno i idzie do kaplicy. Tam znajduje spokój. 
 - To prawda,- odezwał się w końcu.- mówiłem, ale mówiłem też, że o wiele spokojniejszy jestem przy tobie. A teraz mam cię na zawsze.- popatrzyłam na niego zdziwiona.- Co Roza? To że działał urok, nie znaczy, że to nie jest prawda. Przy tobie mogę być sobą, a nie wiecznie czujnym i poważnym strażnikiem. Nienawidzę tego, ale już się przyzwyczaiłem. Teraz twoje zadanie, żeby mnie odzwyczaić.
- Zawsze lubiłam podejmować się niemożliwego.- powiedziałam z uśmiechem.
- Bez przesady. Tak trudnym przypadkiem nie jestem.- Popatrzyłam na niego z po wątpieniem.- Aż tak źle?
- Gdyby nagrać cię w obecności kogoś, a zwłaszcza Lissy, a później porównać do jakiegokolwiek dnia z naszego miesiąca miodowego, to poznajemy dwie różne kategorie. O i jeszcze jest "Dimka".
- Dimka?! Nie mówiłaś tak do mnie.- zauważył zdziwiony.
- I nie będę. Chodzi mi o twoją rodzinę. Jak z nimi byliśmy, poznałam całkiem innego Dymitra, takiego ich. Który zapomniał o służbie, zanurzył się we wspomnieniach i chciał pokazać swojej dziewczynie, łamane przez narzeczonej,- mimowolnie się uśmiechnął się.- inny kawałek siebie. Swoje dzieciństwo. Jest trochę inny, ale można go podpisać pod "Towarzysz".
- Zgaduję, że to ten twój.
- A znasz kogoś innego, kto tak na ciebie mówi?
- Nie.
- A tylko by spróbował.- pogroziłam mu palcem. On złapał moją dłoń i go pocałował.
- Błagam cię Roza, nigdy się nie zmieniaj.
- Każdy się zmienia. Ja już jestem inna.
- Ale ty nie powinnaś. Jeszcze nie jest za późno.
- To czemu mam zmienić ciebie?- spytałam podchwytliwie.
- Nie zmienić, a pomóc być przy innych, jak przy tobie. I nie krępować się, oznajmiać światu jak bardzo Cię kocham.
Już chciałam odpowiedzieć, kiedy zaburczało mi w brzuchu. I to dość głośno, bo aż mój mąż się zaśmiał.
- Może jednak pójdę zrobić to śniadanie.- stwierdził przez śmiech. Podniósł się i ruszył do drzwi.
- Tak, to dobry pomysł.- uśmiechnęłam się promiennie. Ale mina mi zrzedła, gdy stanął przy drzwiach.- Towarzyszu, nie zapomniałeś o czymś?- lustrowałam wzrokiem jego umięśnione, nagie ciało. Jest piękny. Jest boski. I jest mój. Więc nie może paradować po domu z ośmioletnią dziewczynką, bez ubrania. On oczywiście udawał, że nie wie, o ci mi chodzi. Znacząco popatrzyłam na garderobę.
- No już dobrze.- poddał się i wszedł do pokoju obok.
Po kilku minutach wyszedł z niego w jednej z nowych koszulek i spodniach do kolan.
- A ty co tak leżysz?- popatrzył na mnie.
- Podziwiam mojego boga.- uśmiechnęłam się kusząco.- Nie powiem, ładny widoczek.
Dymitr pokręcił głową z rezygnacją. Ale w tej atmosferze, nawet on nie umiał zachować powagi. Podszedł do mnie i dał mi słodkiego całusa. Chciał się odsunąć, ale złapałam go za koszulkę i przyciągnęłam, pogłębiając pocałunek. Wyczułam jego zdziwienie, ale szybko poddał się przyjemności. Oparł dłonie na poduszce, po bokach mojej głowy.
- Teraz możesz iść.- wciąż trzymałam go blisko siebie za ubranie. Oddychaliśmy szybko.
- A kto powiedział, że chcę?- z cwanym uśmiechem nachylił się po kolejnego całusa, ale ja go zatrzymałam.
- Jeśli zrobisz to jeszcze raz, nie wypuszczę cię, a potem zjem z głodu.- powiedziałam z powagą.
- No to ja może uciekam, zrobić ci coś do jedzenie.- udał wystraszonego.- Skoro bez skrupułów zjadłabyś mnie, to musisz naprawdę być głodna.
- No właśnie więc uważaj.- pogroziłam mu palcem.- Bo w złym humorze bywam niebezpieczna.
- A teraz jesteś w złym humorze?- Spytał zadziornie.
- Nie, ale coś czuję, że jeśli szybko nie nakarmię naszych dzieci, to sprawią, że będę.
- Chyba będą bardzo podobne do ciebie.
- Czemu tak myślisz?- zaciekawiłam się.
- A tak sobie.- powiedział i dał mi całusa w czoło.- za godzinę zejdźcie z Lili na dół.
Patrzyłam jak wychodzi. Nie chciało mi się jeszcze wstawać, ale zmusił mnie do tego telefon. Podniosłam się i odebrałam.
- Rose Hathaway-Bielikow. Słucham.- powiedziałam oficjalnie.
- Witaj Rose.- usłyszałam kobiecy głos z silnym, rosyjskim akcentem, którego nie spodziewałam.
- Jewa?!- wykrzyknęłam zaskoczona.
- Ciiii!!- zbryzgała mnie. Aż się skupiłam. Już rozumiem, dlaczego Dymitr bał się nagrabić u niej.- Tak to ja. Mów mi babciu.
- Pozwolisz, że jeszcze się z tym wytrzymam.
- Jak wolisz. Jest gdzieś niedaleko mój wnuk?
- Nie. Ale mogę go zawołać.
- Nie. Chciałam porozmawiać z tobą. Kochasz Dimke?
- Ponad wszystko.- co to za pytanie?
- Grozi mu niebezpieczeństwo.- wystraszyłam się. O co chodzi?- Tylko ty możesz mu pomóc.

czwartek, 21 kwietnia 2016

ROZDZIAŁ 117

Nie wiem co mnie obudziło pierwsze: zimno, czy hałas. Otworzyłam czujnie oczy. Pierwsze co zauważyłam, to brak Dymitra. Gdzie on się podział. Zazwyczaj jak zasypialiśmy, to tak zostawiliśmy do rana. A teraz jestem sama. Zauważyłam, że razem z ukochanym zniknęła kołdra. Usiadłam z wyprostowanymi nogami i zaczęłam rozglądać się po wciąż jasnym pokoju. Tej nocy chyba nie dane mi będzie się wyspać. Nagle usłyszałam coś po lewej stronie. Na czworakach podeszłam nad brzeg łóżka. No i się znalazł. Mój mąż tarzał się po podłodze w sennym koszmarze, zaplątany w pościel. Zeszłam na ziemię i klęknęłam przy nim.
- Roza, wybacz mi.- mówił przez sen.- Proszę.... Wiem.... Roza przepraszam..... Roza.....
- Dymitr.- zaczęłam nim potrząsać.- Kochanie, obudź się.
Wreszcie otworzył wystraszone oczy. Rozglądał się czujnie.
- G..gdzie ja jestem?- patrzył na mnie zdezorientowany.
- W naszej sypialni. Spokojnie to był tylko sen.- powiedziałam uspokajająco.
- Wcale, że nie. To była prawda, która nigdy nie powinna mieć miejsce.- powiedział z pogardą i żalem.
Znowu przypomina mu się kim był i co robił. To dość niebezpieczne. Zwłaszcza przy jego silnym sumieniem. Zawsze postępuje dobrze, ale w tamtym czasie nie był sobą czego nie umie zrozumieć. Popatrzyłam na niego z żalem. Ściągnęłam z niego kołdrę i usiadłam mu na biodrach bokiem, zarzucając swoje ręce na jego kark. Chwilę się wahał, ale w końcu nie wytrzymał i przytulił mnie mocno. Usłyszałam szloch. Płakał. Kilka miesięcy temu wypłakiwał się w Lissę, a teraz we mnie. To było dobre, naturalne. Strzygi nie płaczą, strażnicy owszem. Musiałam go pocieszyć. Nie lubiłam go smutnego
- Dymitr, ja wszystko wiem. Rozumiem. Proszę nie płacz.- mój głos też zaczął się łamać.
- Nie, Roza ty nic nie rozumiesz. Nie przebaczysz mi.- popadł w histerię.- Nie zasługuję na twoją miłość.
- Kochanie, nawet tak nie mów. Doskonale wiesz, że zawsze i wszystko ci wybaczę. Nie umiem się na ciebie gniewać. Kocham cię.
- A zdradę.- spytał po długiej ciszy. Ledwo usłyszałam pytanie. Nie patrzył na mnie.
- Co?!- miałam nadzieję, że się przesłyszałam. Przecież on nie mógł mi tego zrobić
Tyle razy powtarzał, że mnie kocha, że jestem najważniejsza. Miał by chcieć to stracić. Nie wierzę.
- Zrobiłem coś czego nikt by mi nie wybaczył, a zwłaszcza ty. Zdradziłem cię.
- Kiedy i z kim?- spytałam bez emocji. Czy na pewno wszystko mu wybaczę?
- To było Rosji, po przemianie...
- STOP!- odetchnęłam z ulgą.- Nie chcę tego słuchać. To się nie liczy. To nie byłeś ty.- chciał mi przerwać, ale mu nie pozwoliłam.- Posłuchaj mnie uważnie i nie przerywaj. Dymitr, który porwał mnie w Nowosybirsku, był zła krwiożerczą istotą bez sumienia. A mój towarzysz to kochany, dobry, uczymy, odpowiedzialny strażnik, gotowy oddać życie za tych, których kocha, a nie odbierać życie. Ma wyrzuty sumienia, ale z pomocą bliskich umie z nimi żyć. A przede wszystkim jest idealnym mężem i przyszłym ojcem. I on właśnie siedzi na podłodze z A przede wszystkim jest idealnym mężem i przyszłym ojcem. I on właśnie siedzi na podłodze ze mną w ramionach. Tylko nie wiem czemu tak płacze.
- Nie Roza. To byłem ja. Nie... nie powinno do tego dojść. A do tego wykorzystywałem cię. Traktowałem jak rzecz, pożywienie. Nie powinienem. I nie powinno mnie być tutaj. Nie zasługuję na ciebie.
- Popatrz na mnie.- rozkazałam, podnosząc mu twarz.- Kocham cię i nic tego nie zmieni. Nie ma rzeczy, która mogłaby mnie do ciebie zniechęcić.
Na dowód, pod nos podsunęłam mu palec z obrączką ślubną, z napisem "Zawsze będę cię kochać, choćbym nie wiem co się stało". Wiedziałam, że przeczyta. Było jeszcze jasno. W drugą rękę złapałam jego dłoń i pokazałam ten sam pierścień. Złapał moje palce i je pocałował, gdy jego splotły się z moimi, w drugiej ręce. Następnie przeszedł na moją twarz. Słodkie, miękkie wargi pieściły mi usta. Ukochany wstał ze mną w objęciach i położył do łóżka.
- Przepraszam Roza.- szepnął mi do ucha.
- Nie masz za co.- odpowiedziałam sennie.
- To dziękuję. Za wszystko. Za to, że Cię mam. Mogłaś po prostu iść dalej spać, ale pomogłaś mi.
- Ja zawsze ci pomogę.
- To w twoje ramiona powinienem płakać pięć miesięcy temu. Ale teraz idź spać.
Przytulił się do mnie, ale szybko się obróciłam i podsunęłam tak, że jego głowa wylądowała na moich piersiach. Zdziwił się, jednak gdy zaczęłam głaskać mu aksamitne włosy, nie miał nic przeciwko. Ułożył się wygodnie i w słuchał w bicie serca.
- Tylko, Dymitr.- odezwałam się nagle. Dla pokazania mi, że słucha, przejechał smukłymi palcami po moim brzuchu.- Jak się obudzę, chcę Cię widzieć obok.- zażądałam.
- Oczywiście skarbie. Zawsze będę obok.
- Wiem. Ale chciałam to usłyszeć.
Wtulił się mocniej we mnie i zasnęliśmy.

środa, 20 kwietnia 2016

ROZDZIAŁ 116

Zrzuciłam z siebie kołdrę i usiadłam na łóżku. Jednak nie zeszłam z niego. Pamiętałam, że ostatnio nie wylądowałam na podłodze tylko dzięki refleksowi ukochanego. Tym razem, też potrzebowałam jego pomocy czy chciałam, czy nie. Wyciągnęłam do niego ramię. Dymitr chwycił je i poprowadził mnie do łazienki. W środku już czekała torba z rzeczami do przebrania. Wzięłam szybki prysznic i po pięciu minutach wyszłam z łazienki w świeżych ubraniach. W pomieszczeniu oprócz naszej piątki był jeden ze strażników mojego ojca, Lucas. Poznałam go mieszkając u Abe'a. Jest to wysoki, umięśniony blondyn. Taki typowy "goryl". Spokojnie mógłby być bokserem. Ale wbrew pozorom, jest bardzo miły, pomocny i zabawny. Zawsze umiał mnie pocieszyć, gdy tęskniłam za Dymitrem.
Teraz uśmiechnął się na mój widok. Bez słowa podszedł i wziął moją torbę. Odpowiedziałam uśmiechem. Następnie podszedł do mnie Bielikow. Chciał wziąć mnie na ręce, ale się odsunęłam. Zrozumiał i zabrał torbę Lucasowi. Ne chciałam być wysługiwana. Jestem silną strażniczką. Umiem sobie sama poradzić. Poza tym mój mąż jest zmęczony. Pomagał mi tylko iść. Dziesięć minut później wszyscy siedzieliśmy w samochodzie.
***
Wróciliśmy do domu w środku nocy. Jednak ja i Lili nie byłyśmy zmęczone. Spałyśmy w szpitalu, ale mój mąż czuwał. Obiad był zrobiony, więc odeskortowałam Rosjanina do łazienki, a sama podgrzałam jedzenie.
Po obiedzie Lili poszła spać. Była jeszcze dzieckiem. Dużo spała. Ja też poczułam się śpiąca. W końcu tyle się dzisiaj wydarzyło. Wstałam i zaczęłam zbierać naczynia i sztućce, kiedy wręczył mnie ukochany.
- Dymitr. Jesteś zmęczony.- zauważyłam.
- A ty nie możesz się przemęczać.
- Nie jestem kaleką, tylko w ciąży.
Od razu odłożył naczynia i znalazł się przy mnie z prędkością o jaką bym go nie podejrzewała. Uwięził mnie w swoich ramionach.
- Tylko?! Tylko?!- patrzył mi prosto w oczy.- Roza, czy ty wiesz, zdajesz sobie sprawę, ile to dla mnie znaczy? Kocham Cię nad życie. Nie oczekiwałem niczego więcej niż twojej miłości, a dostanę jeszcze więcej. Dasz mi coś o czym nawet nie śniłem będąc z tobą.
- Wiem kochanie. Sama się tego nie spodziewałam.- odezwałam się, ale on mi przerwał. Mówiłam już, że tego nie lubię?
- Kiedy powiedziałaś, że zostanę ojcem nie wiedziałem co zrobić. Poczułem, że mogę wszystko. Wróciła mi cała energia. To daje mi życie. Ty jesteś moim życiem.
Nie wiedziałam co powiedzieć. Wzruszyło mnie jego przemówienie. Zrobiłam jedyne co w tej chwili mogłam. Pocałowałam go. Miał to być słodki pocałunek, ale jak zawsze skończył się namiętnie w sypialni. Gdy tylko Dymitr zamknął za nami drzwi, pozbył się mojego ubrania. Kilka sekund później mogłam podziwiać jego mięśnie brzucha. Złączeni w pocałunku, padliśmy na pościel z taką siłą, że aż podskoczyło. Nie przejmowaliśmy się tym. Ukochany zręcznie obrócił nas tak, że teraz ja byłam pod nim. Dziś zachowywał się dość brutalnie, a jednocześnie bardzo delikatne. Ta się w ogóle da?! Najwidoczniej tak. Trochę męczył się z moim stanikiem, ale w końcu leżałam pod nim całkiem goła. Jedyne co mi przeszkadzało to jego spodnie. Szybkim ruchem zdjęłam je, razem z bielizną. Zauważyłam, że moje gesty też są jakieś dzikie. Trochę mnie zdziwiło. Jego również. Ale nie zastanawialiśmy się nad tym. Mieliśmy ciekawsze zajęcie. A nasze to sprawiało, że nasza zabawa, była jeszcze lepsza. Ale najbardziej ekscytująco było gdy we mnie wszedł. Nie da się tego opisać wiem, że mój mąż poczuł to samo. Zatonęłam z nim w tym uczuciu. Nic innego nie miało dla nas znaczenia. Skończyliśmy wtuleni w siebie mocno. Już żadnemu z nas nie chciało się zmywać.
- Roza kocham cię. Tak bardzo kocham. Nie umiem bez ciebie żyć. Naprawdę to ja jestem pierwszy?- wciąż nie dowierzał
- Pierwszy, jedyny i ostatni.- obiecałam.- Nawet jakbym chciała z kimś innym, a nie chcę, to wiem, że zawsze będę widziała ciebie. Bo tu jest twoje miejsce. Naprawdę to ja jestem pierwsza?- powtórzyłam jego pytanie.
- Na ciebie Roza czekałem całe życie.- ścisnął mnie mocniej jakby bał się, że zaraz zniknę. Czułam się tak dobrze. Jednym słowem i gestem wyraził wszystko co ja chciałabym mu powiedzieć, a jego ramiona sprawiły, że czułam się bezpieczna. Zawsze muszę liczyć na siebie, chyba że on jest obok. Zajmuje w mojej głowie miejsce wszystkich smutków. Przy mojej miłości, nie muszę się niczym zajmować. Wszystkie przyziemne sprawy idą w kąt, gdy on zabiera mnie do nieba.Zaczęłam przysypiać, więc ułożyłam się wygodniej w ramionach strażnika i zamknęłam oczy. On też zasypiał. Uspokoił mu się oddech i bicie serca. Dłonią przejechał po moim nagim ciele, a ja mimowolnie zadrżałam. Wyczuł to, bo powtórzył gest bardziej wyraziście. Uwielbiał to robić.
- Nigdy Roza mi się nie znudzisz.- szepnął mi we włosy.
- Towarzyszu, a co jak bym spała? Obudził byś mnie.- zauważyłam.
- Wyglądałabyś pięknie jak zawsze. Ale nie spałaś. Inaczej nie przeszedł by cię dreszcz. Często tak robię, zanim zasnę. To mnie uspokaja. Twoja bliskość. Muszę się przekonać czy to nie sen. Czasami boję się, że jak wstanę, ciebie nie będzie. Że znowu będę musiał cię uczyć.
- Aż tak źle było?- zdziwiłam się.
- Do najpokorniejszych uczniów nie należałaś, choć to czyniło cię niezwykłą. Każdy nasz trening był dla mnie wyzwaniem, które chciałem podjąć. Były to też chwile wytchnienia dla mnie. Przy tobie nie musiałem udawać. Byłem sobą. Odprężony i spokojny.
- Nie było tego po tobie widać. To co było takie złe w naszych zajęciach?- nie dopuszczałam.
- Świadomość, że nie mam tego co najlepsze. Ciebie. Musiałbym się ograniczyć do przypadkowych dotyków i obejmowania, żeby poprawić ci broń lub postawę. Ale nie mógłbym cię mieć tylko dla siebie.
- Doskonale wiem co czujesz. Mój strach powiększyła jeszcze wizja Roberta. Myślałam, że się złamię jeśli zobaczę na sali Albertę. Ale na szczęście to był tylko sen.- powiedziałam sennie i odpłynęłam, otulona zapachem mężczyzny mojego życia.

wtorek, 19 kwietnia 2016

ROZDZIAŁ 115

- Rose.- z zamyślenia wyrwał mnie głos Abe'a.- Macie jakieś plany na święta Bożego Narodzenia?
- Nic z tego staruszku.- przejrzałam jego plany.- Dymitr będzie miał służbę, a Lissa już zaprosiła nas nas na drugie śniadanie. Nie możemy pojechać do was. Założę się, że wy też dostaniecie zaproszenia. Wtedy przyjedziecie na Dwór i zostaniecie na święta.- zaproponowałam.
Jeszcze nie wiem jak mają wyglądać dokładnie święta, ale z Lissą uzgodniłyśmy plan ogólny. 25 grudnia rano przyjdą na śniadanie arystokracji. W tym czasie strażnicy mogą obchodzić święta z rodzinami i przyjaciółmi, a pilnować arystokracji będą strażnicy im towarzyszący i ci, którzy postanowią stawić się na służbę. Dwie godziny po załączeniu śniadania, królowa wyprawia obiad dla reszty gości. Wiadomo, że będą rodzice Jill, rodzina Mii, w tym Mason, Eddy, ja z Lili i Bielikównami, które przyjadą do naszego domu, zadbam, żeby pojawili się moi rodzice oraz cała służba Dworu z rodzinami. Dymitr wtedy będzie miał wartę z resztą strażników nieobecnych przy śniadaniu. Ale nie martwi mnie to. Będzie blisko.
- Cudownie. Tak może być. Myślę, że Liliana nie chciałaby spędzać świąt bez was.
- A właśnie. Co z nią?- spytałam.
- Dobrze. Zawołam ją.- Abe wyjrzał na korytarz i coś powiedział, zapewne do drugiej córki.
Po chwili mała weszła i usiadła Dymitrowi na kolanach, a ten ją objął. Trochę jej pozazdrościłam. Ja tu leżę przypięta jakimiś kablami, a ona rozkoszuje się jego ciepłem. Jednak jedno spojrzenie moich ukochanych oczu i poczułam ciepło o jakim ktokolwiek mógłby śnić. Taka fala płynąca prosto z serca. A za trzy dni nie będę tego miała.
- Staruszku, chcę stąd wyjść.- powiedziałam, z trudem odrywając wzrok od męża.
- Rose nie wiem czy to dobry pomysł. Trzeba porozmawiać z lekarzem...- Abe zaczął się rozkręcać, ale mu przerwałam.
- Posłuchaj Żmiju! Jak pewnie wiesz za dwa dni Dymitr wyjeżdża. Czuję się świetnie. Nie wiem jak to zrobisz, ale za godzinę chcę siedzieć w samochodzie.
- A jeśli nie?- uśmiechnął się, czując nade mną przewagę, której nie miał.
- Jeśli ty tego nie zrobisz, sama stąd wyjdę i pójdę do lekarza.
- Nie zrobisz tego!- moja matka patrzyła na mnie z niedowierzaniem.
Uśmiechnęłam się i popatrzyłam znacząco na Bielikowa.
- Przykro mi, ale to prawda.- wsparł mnie.- Ona jest do tego zdolna.
Teraz przeniosłam wzrok na ojca. Ten westchnął, pocierając dłonią czoło. Zastanawiał. W końcu zaszczycił mnie swoim spojrzeniem.
- No dobra, ale robię to tylko dlatego, że jesteś moją córką i sam tego chcę.
Wyszedł.
Moja mama podeszła do łóżka i usiadła na jego brzegu.
- Rose. Wiem, że między nami było różnie. Nie byłam dobrą matką, po prostu nie na tyle odpowiedzialna.- wiem, że ciężko było jej się do tego przyznać.- Wierzyłam, że oni są ważniejsi. Ale jestem wam wdzięczna. Pokazaliście światu, że to co my chcemy jest równie ważna, jak pragnienia morojów. Wiem, że czasu nie cofnę, ale nie chcę więcej się z tobą więcej kłócić. 
Zdziwiła mnie jej szczerość. Nigdy tak nie myślałam. Sądziłam, że służba była dla niej ważniejsza. To znaczy była ważniejsza, ale z zasady i obowiązku, a nie serca. Czyli, że nie jestem tylko dla podtrzymania gatunku? A może tak miało być, ale ona mnie jednak kocha.
- Ja też nie chcę się z tobą kłócić mamo.- specjalnie tak ją nazwałam.- Wiem, że sama nie byłam najlepszym przykładem dobrego dziecka.
- Rose. Zmieniłaś cały świat dampirów. Dzięki twojej zawziętości i wierze mamy prawo do normalnego życia. Moroje może tego nie widzą, uważają za osiągnięcie królowej, ale wśród nas ty jesteś bohaterką. Oboje jesteście.- spojrzała na Dymitra z uśmiechem.- Cieszę się, że tworzymy jedną rodzinę. Oboje służycie jako wzór miłości. Rose.- wróciła wzrokiem do mojej osoby.- Choć nigdy tego nie mówiłam, jestem z ciebie dumna.
Tego to się nie spodziewałam. Była ze mnie dumna. Nigdy od niej czegoś takiego nie usłyszałam. Wzruszyła mnie tym jednym zdaniem. Nigdy nie przypuszczałabym, że mogłaby powiedzieć o mnie tyle dobrego. Zawsze mnie oceniała, wiecznie jakieś wyrzuty, a teraz mnie chwali. Przysunęła się niepewnie i wyciągnęła w moją stronę rękę. Lekko się spłoszyłam. Nie wiedziałam, co chce zrobić. Wzrokiem uciekłam do ukochanego. Nakazał mi spokój. Zaufałam mu. Zamknęłam oczy w wyczekiwaniu. W końcu poczułam ma policzku poczułam jej dłoń. Wszystko trwało sekundę. Gdy przesunęła palcami po mojej skórze, poczułam coś mokrego. To moje łzy. Płakałam ze wzruszenia. Nie przypuszczałam ile znaczy dla mnie jej pochwała, dopóki jej nie usłyszałam. Oczy strażniczki też się zaszkliły. To była ważna chwila dla nas obu. Poznałam ją z innej strony. Nie jako oddaną pracy strażniczkę, ale jako matkę starającą się zbliżyć do dziecka. Do mnie. Niewiele myśląc rzuciłam się jej w ramiona. Zdziwiła się, ale po chwili oddała uścisk.
- Dziękuję.- szepnęłam jej we włosy.
- To ja dziękuję. Pokazałaś mi co znaczy być w pełni szczęśliwą.
- Nawet nie wiecie, jak bardzo ten widok cieszy moje oczy.- do pomieszczenia wszedł Abe z jakąś kartką.- Dwie z najważniejszych kobiet mojego życia, w końcu się pogodziły.
- "Dwie z najważniejszych"?!- zdziwiłam się
- Masz ich więcej?- powzięła inicjatywę Janin.
- Oczywiście. Jeszcze mała Lili.- uśmiechnął się do mojej siostry z wyciągniętymi rękoma. Ta podbiegła i dała mu się złapać. Ten podniósł ją i zaczął się kręcić. Dziewczynka krzyczała ze śmiechem.
- Uważaj staruszku, bo coś ci w krzyżu strzeli.- zaśmiałam się, a reszta mi wtórowała.
Każdy miał dobry humor. Mój ojciec w końcu się zatrzymał, ale nie wypuszczał Lili z ramion.
- Zamiast tyle gadać idź się szykuj, a ty Bielikow spakuj swoją żonę. Kto za dwadzieścia minut nie będzie siedział w samochodzie, do domu wraca na piechotę.
Wolałam nie mówić, że Dymitr jakby się postarał mógł my nas wyprzedzić. Ja w sumie też nie jestem gorsza. Ale teraz ledwo chodzę, a co dopiero mówić o bieganiu.

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

ROZDZIAŁ 114

Wiem, że późno, ale liczy się to, że jest. Nie rozpisuję się za bardzo, bo nie ma nad czym. Życzę miłej lektury.
_____________________________________________
Usłyszałam głosy. Znałam je. To znaczy, po za jednym. Mówiły o mnie. Ale co się stało? Ostatnie co pamiętam, że byłam na cmentarzu, a potem zapadła ciemność. Tylko czyj to był pogrzeb? Pamiętam Dymitra. O Boże! On nie mógł... Drugi raz bym tego nie przeżyła. Nie! On też tam był. Pomagał mi. I jeden głos należał do niego. Wyraźnie wychwyciłam Rosyjski akcent. Mówili coś o ciąży, złym samo poczuciu.
Chwila!Ja jestem w ciąży!
Szlag! Mam nadzieję, że dziecku nic nie jest. Dzieci. Lili! Mam za dużo osób, o które powinnam się martwić. Jakby nie wystarczyli mi Lissa i ukochany. Ale bądźmy szczerzy, nie wystarczą mi. Nie mogłabym żyć ze świadomością, że straciłam może jedyne dziecko, jakie dałabym swojemu strażnikowi. A Lili jest moją siostrą. W końcu poza nami i Żmijem nie ma nikogo.
No tak, to był pogrzeb Elizabeth Znole. Jej mamy. A teraz jestem... No właśnie. Gdzie ja jestem?
Postanowiłam ocenić sytuację. Leżałam na czymś miękkim. Czułam zapach farby i chloru. Dziwne. Powoli otworzyłam oczy. Oślepiło mnie światło. Jednak po chwili moje oczy przyzwyczaiły się do blasku. Zobaczyłam biel sufitu. Sama leżałam na prostym łóżku Powoli zaczęłam się rozglądać. Po prawej stronie była szafka z szufladami, pewnie na leki, a po lewej kroplówka. Nie cierpię igieł. Kablami i rurkami byłam podłączona do jakichś migających monitorów. Byłam w szpitalu.
Nagle w prawej dłoni poczułam coś ciepłego. To samo poczułam w sercu, gdy usłyszałam ten cudny głos.
- Roza. Moja Roza. Tak się bałem.
Odwróciłam głowę w stronę mówcy i od razu zatonęłam w głębi brązowych oczu, pełnych troski, miłości i ulgi.
- Spokojne towarzyszu.- powiedziałam zachrypniętym głosem. Lekko się go przestraszyłam, ale nie dałam tegi po sobie poznać.- Tak szybko się nas nie pozbędziesz.- wolną ręką pogłaskałam swój okrągły brzuch.
- Wiem Roza. I niech tak zostanie.
Patrzyliśmy na siebie, pełni miłości i jeszcze ją dopełnialiśmy. Przerwał mi inny głos. Ten którego nie znałam.
- Dobrze. To skoro strażniczka się obudziła, zrobię kilka badań i zostawię was samych.- podszedł do mnie.
Był to moroj dobrze po czterdziestce. Szczupły, z haczykowatym nosem i niebieskimi oczami. Włosy miał czarne, krótkie, lekko posiwiałe. Zadawał mi proste pytania, kazał wzrokiem śledzić palec i sprawdził moje gardło. Następnie sprawdził monitory i zapisał coś w karcie przy moim łóżku.
- Badania są w porządku.- stwierdził, bardziej do siebie niż do nas.- Myślę, że nic strażniczce nie jest. Zaraz przyjdzie pielęgniarka, a później zajrzę na nowo wieczorem.
Wyszedł. Chciałam wypytać Dymitra o wszystko, ale w tej chwili weszła pielęgniarka. Była to prawdziwa kobieta przy kości. Zapewne gruba na zewnątrz, tak samo jak w środku. Nie pomyliłam się. Bez słowa przywitania, podeszła i wstrzyknęła mi coś do kroplówki. Następnie zabrała jakieś brudne ścierki i wyszła. Czekałam aż zamknie za sobą drzwi.
- Ile tu leżę?- zadałam najważniejsze na tą sytuacje pytanie.
- Kilka godzin. Nie wiem ile. Czas bez ciebie nie ma znaczenia.- uśmiechnął się. 
- Co się stało?
- To raczej ja powinienem cię spytać. Nagle mnie złapałaś i zendlałaś. Co tam się stało? Czy to znowu Robert?- wpatrywał się we mnie z napięciem. Martwił się o mnie.
Pokręciłam przecząco głową. Nie wiem co się stało, ale na pewno to nie był Doru. Wróciłam wspomnieniami. Pogrzeb mamy Lili. A skojarzyło mi się to z pogrzebem Dymitra w Rosji, z czego przeszłam myślami do jego przemiany. I wtedy straciłam przytomność.
- Roza, co się dzieje? Czemu płaczesz?
Popatrzyłam na niego, nie rozumiejąc. Poczułam łzy dopiero jak ztarł je kciukami.
- Co z dzieckiem?- zmieniłam temat. Zrozumiał, że nie chcę teraz o tym rozmawiać. Uśmiechnął się na wspomnienie o dziecku. Pogłaskał mój brzuch.
- Wszystko jest w porządku. Zrobili ci badania USG.
Chwilę zajęło mi zrozumienie, znaczenie tej informacji. Chwila. No tak! Od tygodnia lekarz truje mi głowę o to, ale ja nie miałam czasu. Za dużo się działo. Zaraz! Mam je już zrobione?!
- I co?- teraz ja pożądałam odpowiedzi.
- Nie wiem jak ci to powiedzieć...- lekko się zawahał.
- Najlepiej po angielsku. Mój Rosyjski nie jest aż tak zaawansowany.- popatrzył na mnie niepewnie. Trochę się przestraszyłam.- Dymitr, coś jest nie tak?
- Nie! Wszystko w porządku. Tylko...- wziął głęboki oddech.- bliźniaki.-szepnął tak cicho, że ledwo usłyszałam.
- Co?- spytałam niedowierzając.
- Będziemy mieli bliźniaki.- patrzył na mnie niepewnie.
- Bliźniaki. Nie wierzę.- byłam w szoku. Jednak zdziwiła mnie reakcja ukochanego.- Skarbie, nie cieszysz się?
- Cieszę się,- popatrzył mi w oczy.- ale ty nie chciałaś dwójki.
A więc o to chodziło. Uśmiechnęłam się słodko.
- Towarzyszu, będziemy rodzicami. To nie ważne ile dzieci będzie. Ważne, że nasze. I tak nic z tym nie zrobimy. Zostaje nam się cieszyć.
Dymitr odwzazajemnił mój uśmiech i pocałował w słodko w usta. Po moim ciele rezpłynęła się rozkosz.
- Musiałam zrobić zamieszanie na cmentarzu.-odezwałam się w końcu.
- Trochę, ale twój ojciec wytłumaczył, że yo ze stresu i nic się nie stało. Zaproponował, że z Janin zostaną z Lili, ale ona wolała przyjechać tu z nami. I tak miała dosyć przeżyć na dziś. Na szczęście straciłaś przytomność po przemówieniu księdza. Zauważyłem, że ty i Lili uśmiechacie się bardzo podobnie.- zmienił temat.
- Mam być zazdrosna?- spytałam z uśmiechem.
- Nie masz o kogo. Nikt mi ciebie nie zastąpi.
- A pytałeś o płeć?- spytałam.
- Nie, ale jak chcesz to mogę spytać.
- Nie. Wolę mieć niespodziankę. A ty?
- Dla mnie już są niespodzianką. Ale poczekam te pięć miesięcy.
- Witam gołąbeczki.- przez drzwi wszedł Abe.
- Rose. Ale napędziłaś nam strachu.- za moim ojcem weszła Janin Hathaway.
- Martwiłaś się o mnie?- zdziwiłam się.
- Oczywiście. Wiem, że nie jestem najlepszą matką, ale kocham Cię i nie chcę, żeby stała ci się krzywda. Jesteś moją córką.
Nigdy tak o tym nie myślałam. Może źle ją oceniłam i powinnam dać jej jeszcze jedną szansę. W końcu za kilka miesięcy będzie babcią.

niedziela, 17 kwietnia 2016

ROZDZIAŁ 113

UWAGA! Wczoraj mój blog miał kolejne osiągnięcia. Po pierwsze 20 tyś. wejść, a po drugie 400 komentarzy. Dziękuję za to, że jesteście ze mną. Z tej okazji trochę dłuższy dzisiaj rozdział. Życzę miłego czytania, proszę o komentarze,  bo każdy, nawet najkrótszy mnie cieszy i pokazuje, że ktoś to czyta. A dla wszystkich trzecioklasistów w gimnazjum, powodzenia na egzaminach.( nie dziękujcie. To przynosi pecha :-P) :-*
_______________________________________________________
Samochód moich rodziców zatrzymał się na zapchanym parkingu przed kościołem. Była nas piątka, plus trzech strażników Abe'a. Każdy w służbowych strojach, które mogłyby uchodzić na żałobne. Lili po naszej kłótni postanowiła pojechać. Ubrała czarną bluzkę i spódniczkę. Włosy zaplotłam jej w dwa urocze warkoczyki. Dymitr miał czarną koszulkę i spodnie, jednak nie obyło by się bez jego ukochanego prochowca. Chciałam, żeby ubrał ten nowy, ale uparł się, że musi mieć ten wcześniejszy. No i co ja mogłam zrobić. Moja matka o dziwo nie miała na sobie stroju strażniczki. Mało tego, powiem, że chyba pierwszy raz w życiu widzę ją w spódnicy. Ścięte na krótko włosy odsłaniały tatuaże. Staruszek jak zwykle musiał robić z siebie dziwaka. Cały był ubrany na czarno, po za białym krawatem w czerwone paski i czerwonego kołnierzyk od koszuli, którą miał pod garniturem.
Wysiedliśmy z samochodu i ruszyliśmy do kościoła. Dwaj strażnicy z bagażnika wyciągnęli wielki wieniec. Mała sunęła jak cień. W aucie ojciec wytłumaczył jej, co powiedział reszcie rodziny Elizabeth, aby nie było więcej nieporozumień. Było mi jej bardzo żal. Wydawała się taka krucha, smutna. Cała radość ostatnich dni po prostu wyparowała.
Ja i Dymitr zostaliśmy poproszeni o zajęcie miejsc z przodu razem z siostrą, jak jej teraz najbliższa rodzina. Abe pewnie by się wykłócał, że też ją znał i to blisko, gdyby nie moja matka. Tak więc nasza trójka usiadła w pierwszym rzędzie, a nasi rodzice gdzieś z tyłu.
Do kaplicy wszedł ksiądz. Trochę pulchny, przysadzisty w fioletowej szacie. Uroczystość zaczęła się od mszy świętej, z szczególnym naciskiem na tematy śmierci, życia i zmartwychwstania. To ostatnie coś we mnie poruszyło. Może to tęsknota za więzią? Nie wiem. Przy wspomnieniach o pani Znole, Lili wtuliła się we mnie z płaczem. Podałam jej chusteczki, ale chyba uznała, że moja sukienka jest lepsza do wycierania oczu. Nie miałam jej tego za złe. Sama pamiętam jak Lissa przeżywała na pogrzebie rodziców i Andre. Przez jeden dzień zużywa chyba kilogram chusteczek. Wszyscy byli dla niej mili i udawali współczucie. Wiedziałyśmy, że robią to na pokaz, że ich kondolencje nie są szczere. Większość po prostu chciała przypodobać się księżniczce. Zwłaszcza przystojni młodzieńcy. Ona oczywiście odrzucała ich zaloty. Ale młoda dampirzyca nie mogła przepuścić takiej okazji. Zazwyczaj był to mały flirt, kończący się niewinnymi pocałunkami. Niektórzy liczyli na dłuższy związek. Jako na wpół człowiek, mam atrakcyjniejszą budowę ciała, niż wychudzone morojki. Jednak szybko zdawali sobie sprawę z tego, że nie mają na co liczyć. Zazwyczaj kończyło się to złamanym sercem. Po pewnym czasie otwarcie mówiłam, że to co się między nami stanie, to nic osobistego. Ale zdarzały się wyjątki, wierzące, że to oni są tymi jedynymi. Przynajmniej mogli mieć pretensje jedynie do siebie. Zmieniałam chłopaków jak popadnie. Byłam głupia. Ale jedno nigdy się nie zmieniało. Gdzie księżniczka Dragomir, tam byłam ja. Nigdy nie zostawiłam jej w potrzebie. Jedynym wyjątkiem był wyjazd do Rosji. Ale nie wiedziałam, że będzie grozić jej niebezpieczeństwo. I ostatecznie pomogłam, kiedy najbardziej tego potrzebowała. Zawsze byłam przy niej. Tak samo zawsze chcę być przy Lili.
Poczułam ucisk na dłoni. To Dymitr dawał mi wsparcie. Wszyscy mogli uważać, że nic mi nie jest, ale on pierwszy dostrzega męczące mnie myśli.
On też zawsze mnie wspiera. Patrzył na mnie z współczuciem. Wiem, że nie był do końca szczery, tylko miał mi dodać otuchy. Doskonale zdawał sobie sprawę, jaka jestem silna. Nigdy mi nie współczuł, bo nie było czego. Teraz wysilał się na sztuczne uczucie, właśnie dla wsparcia. Przy innych okolicznościach byłaby to miłość, ale nie na pogrzebie. Za to go najbardziej kocha. Wie czego mi potrzeba. Chciałam go pocałować, wykrzyczeć jak dużym uczuciem go darzę. Ale wiedziałam, że nie mogę. Nie teraz. Zrobiłam jedyne co mi wypadało. Smutna oparłam głowę na jego ramieniu, którym po chwili mnie objął. Zrozumiał mój przekaz. Do ucha szepnął mi najciszej jak mógł najpiękniejsze słowa na świecie
- Ja tiebia liubliu Roza.
Uspokoił mnie jego rosyjski akcent, jego bliskość i jego miłość. Przy tym zdaniu ścisnął moją dłoń.
 W tym czasie Lili weszła mi na kolana, a ja ją objęłam. Mój duży brzuch nie stanowił problemu, żeby się przytuliła. Już nie płakała. Po prostu potrzebowała bliskości ważnej dla siebie osoby. A nas miała dwójkę.
Po mszy udaliśmy się na cmentarz. Pochód zaczynała trumna, następna była nasza trójka i reszta rodziny zmarłej, a za nami reszta przybyłych. Nie szliśmy daleko. Uroczystość odbyła się w małej wiosce więc nagrobki były dookoła kościoła.
Wszystko wyglądało jak na pogrzebie Dymitra. W kościele nie było tego podobieństwa, ponieważ w Rosji zapatrzyłam się w rzeźbę anioła i zanurzyłam się w wspomnieniach. Tutaj to było niemożliwe. Wszystko było tak podobne. Wywołuje najgorsze chwile, których nie chcę pamiętać, a na zawsze zostaną w mojej pamięci. Wszyscy myśleli, że Bielikow nie żyje, że nigdy już nie zobaczą go. A ja nigdy nie usłyszę tego słodkiego głosu i śmiechu, który teraz mnie co rano budzi, nigdy więcej nie spojrzę w cudne brązowe oczy, wolne od czerwonych obwódek. A jednak widzę je codziennie, pełne miłości i czasem pożądania.
Jednak teraz, mimo że był tu, czułam tamten ból. Wszystkie wspomnienia ożyły na nowo. Stróżów, mogliśmy być razem. Duch Izajasza, atak strzyg. Ukochany kazał mi uciekać. Walka. Dymitr był cały. Spacer. Wyznanie strażnika. Mapa. Akcja ratunkowa. Walka w jaskiniach, Dymitr żyje, jest cały. Kładzie wrogów jednego po drogim. Odwrót, wybiegłam z jaskini, na światło dzienne, ochronę. Reszta biegnie. Już prawie są. Nagle poczułam mdłości. Strzygi! Wyskoczyły znikąd. Jeden skoczył na mojego ukochanego. Zatopił kły w jego skórze. Powoli wypijał krew. Dymitr. Chciałam tam pobiec, uratować go. Ale było za późno. Uciekaj! Krótka komenda, której posłuchałam cała we łzach.
Przed oczami zatańczyły mi czarne plamki. Słowa dochodziły do mnie z daleka. Wszystko zaczęło się rozmazywać. Chwyciłam się dla równowagi męża, ale nie za bardzo to pomogło. Chwycił mnie za rękę i spojrzał w moje oczy. Nie umiałam nic wyczytać mu z twarzy, bo plamki się namnożyły. Usłyszałam dziwnie zdeformowany głos. To był jego głos. Wolał mnie. "Roza, co się dzieje?". To on? Ostatkiem sił wyszeptałam jego imię i zapadłam się w ciemność.

sobota, 16 kwietnia 2016

ROZDZIAŁ 112

Jednak nie pospałam długo. Już po trzech godzinach zostałam obudzona, przez ukochanego. Jednak ten krótki czas wystarczył na popsucie wyglądu. Wstałam i owinięta w szlafrok poszłam do łazienki. W tym czasie, Dymitr obudził Lili. Mała źle zniosła wczorajszą rozmowę. Podobno na wspomnienie matki cała się popłakała i zamknęła w pokoju. Mam nadzieję, że tym razem pozwoli strażnikowi na obudzenie się.
Stanęłam przed lusterkiem.
Cholera! Poszłam spać w makijażu. Szybko zmyłam to, co zostało na mojej twarzy i wzięłam zimny prysznic. Od razu się ożywiłam. Włosy myłam rano z Dymitrem. Na wspomnienie naszej kąpieli zrobiło mi się ciepło. Ubrałam prostą, czarną sukienkę w długi rękaw i czarne półbuty. Włosy związałam w kucyk i nałożyłam nowy makijaż. Gdy wyszłam z łazienki, do sypialni wszedł zdesperowany Rosjanin.
- Rose, ja tu posprzątam, a ty zaglądnij do swojej siostry. Nie wiem jak przemówić jej do rozsądku. Schowała się pod kołdrą i mówi, że nigdzie nie jedzie. Przekonaj ją.
- Dobrze.- skierowałam się do wyjścia, ale zatrzymał mnie głos męża.
- Roza. Pięknie wyglądasz.
Uśmiechnęłam się do niego i wyszłam.
Zapukałam do pokoju dziewczynki. Zapukałam delikatnie.
Cisza.
Nacisnęłam klamkę, ale drzwi były zamknięte na klucz.
- Lili. To ja. Wpuść mnie. Bo wyważę ten kawałek drewna. Uwierz mi, mogę to zrobić.- dalej żadnej reakcji.- Znalazłam Dymitra na drugim końcu świata, włamałam się do najlepiej strzeżonego więzienia i uciekałam przed strażnikami z bronią palną. Takie drzwi to dla mnie nic takiego. Lili, kochanie porozmawiaj ze mną.
- Odejdź i już tak nie udawaj.- krzyczała przez drzwi.- Dałam się przekupić, ale teraz wiem, że ty nigdy nie zastąpisz mojej mamy.
Zabolało. Nawet bardzo. Wcale tego nie chciałam.
- Nie staram się. Wiem, że nikt nie jest w stanie jej zastąpić.
- Ty nic nie wiesz. Nie rozumiesz. Twoja mama żyję.- była wściekła.
- I dopiero od pół roku się mną interesuje. Zawsze służba była ważniejsza.- ja też powoli traciłam cierpliwość. Wtedy na tali poczułam silne dłonie.
- Roza spokojnie.- do ucha szepnął mi głęboki głos.- Krzykiem tego nie załatwisz.
Miał rację.
- Lili. Ja też straciłam wiele osób. Wiem co to znaczy cierpieć. Ale pozwól sobie pomóc.
- Pomóc?! Przekupujecie mnie drogimi rzeczami, poznajcie z królową, chcecie żebym zapomniała o mamie. A potem wywieźć za granicę. Cały dzień świetnie się bawiłam, a teraz mam cierpieć?! Na tym polega wasza zabawa?
- Kto ci to wszystko naopowiadał?
- Taki pan. Mówił, że wywieziecie mnie daleko stąd. I już nigdy nie będę mogła się bawić. Nie będzie ucieczki. Jesteście źli i okrutni, a na waszej drodze do sławy zraniliście wiele osób.
- Co?!- nie wierzyłam. Kto jej to wszystko na opowiadał. Przecież to same głupstwa.- Lili, my nigdy nie dążyliśmy do sławy.
- A jedynie siebie raniliśmy najgłębiej.- poparł mnie ukochany, ale zasmucił się na tą myśl. Jednak po chwili zaczął się zastanawiać.
- I wszyscy są szczęśliwi.-dodałam.
- Lili. Kto ci to wszystko powiedział? I kiedy to było?
- W śnie.
Oboje wstrzymaliśmy oddech. Znamy tylko dwóch mężczyzn mogących wejść do cudzych snów. A jeden został porządnie na straszny przez Dymitra. Obym się myliła i Adrian nie był kompletnie tchórzem.
- To jak będzie?- spytał Dymitr.- Wpuścisz nas, żebyśmy wszystko ci wyjaśnili czy mamy poczekać, aż będziesz musiała wyjść.
Czekaliśmy chwilę.
Szlag! Zaraz musimy wychodzić, ta stroi fochy. Głupi faceci z mocą ducha. We wszystko się mieszają. Chciałam zapukać znowu, ale mąż mnie powstrzymał.
-Poczekaj.- szepnął.- Zaraz się podda.
Miał rację. Nagle usłyszałam zgrzyt zamka. Drzwi powoli się otworzyły. Dziewczynka za nimi wyglądała tak żałośnie, że miałam ochotę ją przytulić. Ale się powstrzymałam. Przecież nam nie ufa.
Była cała we łzach, oczy miała zapuchnięte, a ciemne włosy sterczały jej na wszystkie strony. Odwróciła się, nie zaszczyciwszy nas nawet jednym spojrzeniem i usiadła na łóżku. My zajęliśmy miejsce na przeciwko jej, na drugim posłaniu.
- Lili, - zaczęłam.- Jedyni panowie, których znamy i umieją wejść do cudzych snów, bardzo nas nie lubią. To wszystko były kłamstwa. Opiszesz nam wygląd tego pana?
- Taki pan..., a co ja wam będę mówić. Żebyście go też pobili?
-Też?!- wymieniliśmy z ukochanym spojrzenia.
Czyli jednak miałam rację.
To Doru.
Cholera! Co on jeszcze do nas chce? Czemu ciągle niszczy nam życie. Przecież to nie przywróci mu brata.
- Posłuchaj. On cię o kłamał.-chciałam wszystko jej wyjaśnić, ale nie wiedziałam jak. W końcu podjęłam decyzję.- Wiesz czemu uciekłyśmy z akademii. Cztery lata temu rodzice Lissy i jej starszy brat zginęli w wypadku samochodowym. Ja też powinnam wtedy zginąć, ale moja przyjaciółka ma niezwykle zdolności i mnie ożywiła. To bardzo rzadki dar. Osobiście znam pięć osób posiadających go. Jednym z nich jest Robert, który odwiedził cię we śnie. On miał brata. Też przyszywanego. I ten jego brat-Wiktor- dowiedział się o mocy morojki. Zaczął podrzucać jej martwe zwierzęta, żeby sprawdzić czy ma rację. Nawet złamał mi kostkę. Ale my nie wiedziałyśmy kto to. On był najlepszym przyjacielem Dragomirów. Więc uciekłyśmy. Gdy wróciłyśmy, wszystko zaczęło się od nowa. Aż pewnej nocy Wiktor porwał księżniczkę. Chciał by uleczyła go ze śmiertelnej choroby. Jednak ona by powracała, więc Lissa musiałaby mu służyć do końca życia. Sam knuł intrygi i złe plany. Jego brat jest tak samo podły. Pewnego razu opętana mrokiem zabiłam Wiktora. Nie chciałam tego zrobić i bardzo się tego brzydzę, ale nie cofnę czasu. I za to Robert chce teraz zabić mnie. To on jest okrutny. My chcemy pomóc najbliższym. Oni chcieli wykorzystać Jill do zawładnięcia światem wampirów. Wiktor zamienił swoją córkę w strzygę.
Dziewczynka patrzyła na mnie ze strachem. Nie mogła uwierzyć. Nagle rzuciła się nam w objęcia.
- Już dobrze. Jesteśmy tu. Spokojnie.- uspokajaliśmy ją
- Rose.- popatrzyła na mnie zaczerwienionymi oczkami.- Ja nie chciałam tego powiedzieć. Byłam zła. Bałam się.
- Spokojnie.- przerwałam jej tłumaczenia.- Ja też powiedziałam w złości wiele przykrych rzeczy. Każdy z nas popełnia błędy. Pamiętaj, że cokolwiek się stanie, czegokolwiek nie powiesz, zawsze będziemy cię kochać.

piątek, 15 kwietnia 2016

ROZDZIAŁ 111

W obuwniczym Dymitr trochę się uspokoił. Kupił trzy pary butów i jedną kapci, żeby nie chodził po domu w samych skarpetkach.
- Rose. Uważaj, bo twoja matka powie, że robię z ciebie kurę domową.- zaśmiał się Bielikow wkładając zakupy do bagażnika.
- Bez przesady. Poza tym nie obchodzi mnie, co ona powie. Jak zawsze wiele mówi, ale żeby mnie wychowywać, nie było chętnych.- usiadłam naburmuszona.
- Roza nie chciałem cię zdenerwować. Dzięki temu mam taką cudowną i samodzielną żonę.- powiedział z uśmiechem, siadając koło mnie i odpalił silnik.
-Której nie dajesz się tym ostatnim wykazać.- odwróciłam się do małej bawiącej się z tyłu swoim tygryskiem.- Lili zapnij pasy.
Dziewczynka wykonała moje polecenie.
- Niekiedy trzeba przyjąć pomoc innych.- strażnik zaczął wycofywać patrząc w tylną szybę.
- Wiem, ciągle się tego uczę. I w cale nie jestem kurą domową.
- Och nie o to chodzi. Po prostu od pewnego czasu nie mogę poznać w tobie tej nastolatki, do której złapania potrzeba było dwudziestu strażników.
- Było was dwunastu.-poprawiłam go.
- To bez znaczenia. Teraz zachowujesz się, jakby nasze małżeństwo miało z pięć lat stażu.- uśmiechnęłam się na wspomnienie ostatnich godzin.
- Przesadzasz. My tylko o ciebie dbamy, prawda siostra?- odwróciła się, szukając wsparcia u małej.
Ale widać było, że myślami jest daleko stąd. Mój głos sprowadził ją na ziemię.
- Naprawdę trzeba było dwudziestu strażników, żeby cię złapać?- widać było, że nurtuje ją ten temat.
Uśmiechnęłam się na samo wspomnienie tamtych dwóch lat.
- Ja i Lissa trzy lata temu uciekłyśmy ze szkoły.- zaczęłam.- A moja przyjaciółka już wtedy była bardzo ważna, ponieważ uchodziła za jedyną dziedziczkę rodu Dragomir. Dzisiaj poznałaś jeszcze Jill, która jest jej przyszywaną siostrą, od strony ojca. Tak jak my.- Lili uśmiechnęła się na to porównanie.- Znalazłam ja pięć miesięcy temu. Tak więc, wracając, morojka była bardzo ważna.
- Na początku nie docenili jej strażniczki i wysyłali nowicjuszy.- wtrącił się mój mąż.- Okazało się to błędem. Obie dziewczyny wymykały się im z rąk i przenosiły do innego miasta. Z czasem zaczęto wysyłać bardziej doświadczone dampiry, ale i to odnosiło marny skutek.- popatrzyłam na niego podejrzliwie. Skąd on aż tyle wie? Nie opowiadałam mu tego tak dokładnie. Zauważył moją minę i zaśmiał się cicho.- Wszystko było w raportach, które mi dali. Znałem waszą technikę.
- I co było dalej?- dziewczynka patrzyła na nas wyczekująco.
- Ponad rok temu, zostałyśmy znalezione przez następnych strażników.- nie dałam ukochanemu, odebrać sobie tej przyjemności.- Im też uciekłybyśmy, gdyby nie Kowboj z Syberii skutej lodem, w skórzanym prochowcu.- za to stwierdzenie zasłużyłam na ostre spojrzenie mojego Kowboja. Ale i on nie umiał powstrzymać uśmiechu.
- Rose, mówiłem Ci, że Syberia to nie Biegun Północny.
- Może być Południowy jak wolisz.- powiedziałam szybko i wróciłam do najwspanialszego dnia mojego życia. Dymitr ze zrezygnowaniem pokręcił głową. Ale na ustach zaigrał drobny uśmieszek.- Walczyłam dzielnie, ale niestety był lepszy.
Mój mąż parsknął śmiechem.
- Wybacz kochanie, ale walczyłaś dzielnie?!- wciąż się śmiał.- Ja pamiętam to zupełnie inaczej. Ty wprost wpadłaś mi w ramiona.
- Dziś bym tak zrobiła, ale wtedy byłeś dla mnie zagrożeniem.
-Czemu?- spytała Lili.
No to dobre pytanie.
- Ponieważ chciał nas odnieść do Akademii. A uciekłyśmy z niej, przez dziwne rzeczy, które tam się działy. Nie pytaj jakie.- uprzedziłam jej pytanie.- To nie czas i miejsce na taką rozmowę. Opowiemy ci ją kiedy indziej.
Uświadomiłam sobie, że są rzeczy, których nie mówiłam Dymitrowi. Nigdy nie rozmawialiśmy o tym. Dowie się kilku ciekawych informacji.
- Dobrze.- zgodziła się.
Po półtora godzinach byliśmy pod domem. Jechalibyśmy dłużej, ale z nudów zaczęłam przeglądać mapę i znalazłam skrót. Dymitr chwilę się upierał, ale w końcu pojechał nim. Od wejścia do sklepu ciągle się mi stawia. W domu sobie pogadamy.
Z Lili wzięłyśmy parę toreb, ale większość zabrał mój mąż. Rozeszliśmy się każdy w swoją stronę. Bielikow z Lili na górę odnieść ubrania, a ja do kuchni zapełnić lodówkę. Po chwili na dół zszedł mój Rosjanin i się wymieniliśmy. On układał produkty spożywcze po swojemu, a ja poszłam schować swoje nowe ubrania. Miałam całą garderobę rzeczy od Lissy, ale nikt nie przewidział, że możemy mieć dzieci i nie mam ubrań ciążowych. No, nie miałam. Zrobiłam zakupy.
Kiedy już schowałam swoje zdobycze, zaglądnęłam do siostry. Nie do końca sobie radziła. Pomogłam jej. Trochę tego było, ale razem dałyśmy radę. Po ogarnięciu jej zakupów zeszłyśmy do salonu. Mój ukochany zawołał małą do pomocy. Pewnie chciał z nią porozmawiać o pogrzebie. Sama też miałam sprawę do załatwienia. Poszłam do gabinetu męża, wzięłam telefon i wybrałam numer. Po trzech sygnałach usłyszałam głos ojca.
- Podjęliście decyzję?-spytał na wstępie.
- Ciebie też miło słyszeć.- powiedziałam z sarkazmem.- Tak, chcemy jechać.
- Dobrze. Nie spodoba wam się to, ale uroczystość jest dzisiaj o 12:00 czasu ludzkiego. My też jedziemy, więc podjedziemy po was o dziesiątej.
- Dzisiaj?!- nie dowierzałam. Przecież dopiero co wróciliśmy z zakupów. O dziesiątej. Jest szósta. Może jeszcze zdążymy się zdrzemnąć.- No trudno. No to widzimy się za cztery godziny. Pa staruszku. I pozdrów mamę.
- Pa różyczko. Ty tez pozdrów rodzinkę.
Rozłączył się. Odkładałam telefon, gdy poczułam na brzuchu ciepłe dłonie. Oparłam się o tors ich właściciela.
- Mamy pozdrowienia. Jak rozmowa?- spytałam.
- Ciężko. Już chyba wolałbym rozmawiać z Abem.
- Chyba nie.- uśmiechnęła się słabo. Ukochany to zauważył
- Roza źle się czujesz?- spytał. W jego głosie było słychać troskę
- Nie. Jestem tylko troche zmęczona. Wiele się dzisiaj wydarzyło.
Mój mąż niewiele myśląc, wziął mnie na ręce i wyniósł z pokoju. Chciałam protestować, ale nie miałam siły.
- Roza nie powinnaś się tak przemęczać. Chodź. Czas spać.
- Nie mamy wiele czasu.- ziewnęłam.- O dziesiątej przyjadą moi rodzice. Dzisiaj jest pogrzeb.
- Nie obchodzi mnie to. Masz się wyspać.- powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Nie opierałam się, kiedy niósł mnie do sypialni. Tam położył mnie do łóżka i rozebrał. Nie miałam siły iść się myć. Nie wiem, co dalej robił Dymitr, bo zasnęłam.