W obuwniczym Dymitr trochę się uspokoił. Kupił trzy pary butów i jedną kapci, żeby nie chodził po domu w samych skarpetkach.
- Rose. Uważaj, bo twoja matka powie, że robię z ciebie kurę domową.- zaśmiał się Bielikow wkładając zakupy do bagażnika.
- Bez przesady. Poza tym nie obchodzi mnie, co ona powie. Jak zawsze wiele mówi, ale żeby mnie wychowywać, nie było chętnych.- usiadłam naburmuszona.
- Roza nie chciałem cię zdenerwować. Dzięki temu mam taką cudowną i samodzielną żonę.- powiedział z uśmiechem, siadając koło mnie i odpalił silnik.
-Której nie dajesz się tym ostatnim wykazać.- odwróciłam się do małej bawiącej się z tyłu swoim tygryskiem.- Lili zapnij pasy.
Dziewczynka wykonała moje polecenie.
- Niekiedy trzeba przyjąć pomoc innych.- strażnik zaczął wycofywać patrząc w tylną szybę.
- Wiem, ciągle się tego uczę. I w cale nie jestem kurą domową.
- Och nie o to chodzi. Po prostu od pewnego czasu nie mogę poznać w tobie tej nastolatki, do której złapania potrzeba było dwudziestu strażników.
- Było was dwunastu.-poprawiłam go.
- To bez znaczenia. Teraz zachowujesz się, jakby nasze małżeństwo miało z pięć lat stażu.- uśmiechnęłam się na wspomnienie ostatnich godzin.
- Przesadzasz. My tylko o ciebie dbamy, prawda siostra?- odwróciła się, szukając wsparcia u małej.
Ale widać było, że myślami jest daleko stąd. Mój głos sprowadził ją na ziemię.
- Naprawdę trzeba było dwudziestu strażników, żeby cię złapać?- widać było, że nurtuje ją ten temat.
Uśmiechnęłam się na samo wspomnienie tamtych dwóch lat.
- Ja i Lissa trzy lata temu uciekłyśmy ze szkoły.- zaczęłam.- A moja przyjaciółka już wtedy była bardzo ważna, ponieważ uchodziła za jedyną dziedziczkę rodu Dragomir. Dzisiaj poznałaś jeszcze Jill, która jest jej przyszywaną siostrą, od strony ojca. Tak jak my.- Lili uśmiechnęła się na to porównanie.- Znalazłam ja pięć miesięcy temu. Tak więc, wracając, morojka była bardzo ważna.
- Na początku nie docenili jej strażniczki i wysyłali nowicjuszy.- wtrącił się mój mąż.- Okazało się to błędem. Obie dziewczyny wymykały się im z rąk i przenosiły do innego miasta. Z czasem zaczęto wysyłać bardziej doświadczone dampiry, ale i to odnosiło marny skutek.- popatrzyłam na niego podejrzliwie. Skąd on aż tyle wie? Nie opowiadałam mu tego tak dokładnie. Zauważył moją minę i zaśmiał się cicho.- Wszystko było w raportach, które mi dali. Znałem waszą technikę.
- I co było dalej?- dziewczynka patrzyła na nas wyczekująco.
- Ponad rok temu, zostałyśmy znalezione przez następnych strażników.- nie dałam ukochanemu, odebrać sobie tej przyjemności.- Im też uciekłybyśmy, gdyby nie Kowboj z Syberii skutej lodem, w skórzanym prochowcu.- za to stwierdzenie zasłużyłam na ostre spojrzenie mojego Kowboja. Ale i on nie umiał powstrzymać uśmiechu.
- Rose, mówiłem Ci, że Syberia to nie Biegun Północny.
- Może być Południowy jak wolisz.- powiedziałam szybko i wróciłam do najwspanialszego dnia mojego życia. Dymitr ze zrezygnowaniem pokręcił głową. Ale na ustach zaigrał drobny uśmieszek.- Walczyłam dzielnie, ale niestety był lepszy.
Mój mąż parsknął śmiechem.
- Wybacz kochanie, ale walczyłaś dzielnie?!- wciąż się śmiał.- Ja pamiętam to zupełnie inaczej. Ty wprost wpadłaś mi w ramiona.
- Dziś bym tak zrobiła, ale wtedy byłeś dla mnie zagrożeniem.
-Czemu?- spytała Lili.
No to dobre pytanie.
- Ponieważ chciał nas odnieść do Akademii. A uciekłyśmy z niej, przez dziwne rzeczy, które tam się działy. Nie pytaj jakie.- uprzedziłam jej pytanie.- To nie czas i miejsce na taką rozmowę. Opowiemy ci ją kiedy indziej.
Uświadomiłam sobie, że są rzeczy, których nie mówiłam Dymitrowi. Nigdy nie rozmawialiśmy o tym. Dowie się kilku ciekawych informacji.
- Dobrze.- zgodziła się.
Po półtora godzinach byliśmy pod domem. Jechalibyśmy dłużej, ale z nudów zaczęłam przeglądać mapę i znalazłam skrót. Dymitr chwilę się upierał, ale w końcu pojechał nim. Od wejścia do sklepu ciągle się mi stawia. W domu sobie pogadamy.
Z Lili wzięłyśmy parę toreb, ale większość zabrał mój mąż. Rozeszliśmy się każdy w swoją stronę. Bielikow z Lili na górę odnieść ubrania, a ja do kuchni zapełnić lodówkę. Po chwili na dół zszedł mój Rosjanin i się wymieniliśmy. On układał produkty spożywcze po swojemu, a ja poszłam schować swoje nowe ubrania. Miałam całą garderobę rzeczy od Lissy, ale nikt nie przewidział, że możemy mieć dzieci i nie mam ubrań ciążowych. No, nie miałam. Zrobiłam zakupy.
Kiedy już schowałam swoje zdobycze, zaglądnęłam do siostry. Nie do końca sobie radziła. Pomogłam jej. Trochę tego było, ale razem dałyśmy radę. Po ogarnięciu jej zakupów zeszłyśmy do salonu. Mój ukochany zawołał małą do pomocy. Pewnie chciał z nią porozmawiać o pogrzebie. Sama też miałam sprawę do załatwienia. Poszłam do gabinetu męża, wzięłam telefon i wybrałam numer. Po trzech sygnałach usłyszałam głos ojca.
- Podjęliście decyzję?-spytał na wstępie.
- Ciebie też miło słyszeć.- powiedziałam z sarkazmem.- Tak, chcemy jechać.
- Dobrze. Nie spodoba wam się to, ale uroczystość jest dzisiaj o 12:00 czasu ludzkiego. My też jedziemy, więc podjedziemy po was o dziesiątej.
- Dzisiaj?!- nie dowierzałam. Przecież dopiero co wróciliśmy z zakupów. O dziesiątej. Jest szósta. Może jeszcze zdążymy się zdrzemnąć.- No trudno. No to widzimy się za cztery godziny. Pa staruszku. I pozdrów mamę.
- Pa różyczko. Ty tez pozdrów rodzinkę.
Rozłączył się. Odkładałam telefon, gdy poczułam na brzuchu ciepłe dłonie. Oparłam się o tors ich właściciela.
- Mamy pozdrowienia. Jak rozmowa?- spytałam.
- Ciężko. Już chyba wolałbym rozmawiać z Abem.
- Chyba nie.- uśmiechnęła się słabo. Ukochany to zauważył
- Roza źle się czujesz?- spytał. W jego głosie było słychać troskę
- Nie. Jestem tylko troche zmęczona. Wiele się dzisiaj wydarzyło.
Mój mąż niewiele myśląc, wziął mnie na ręce i wyniósł z pokoju. Chciałam protestować, ale nie miałam siły.
- Roza nie powinnaś się tak przemęczać. Chodź. Czas spać.
- Nie mamy wiele czasu.- ziewnęłam.- O dziesiątej przyjadą moi rodzice. Dzisiaj jest pogrzeb.
- Nie obchodzi mnie to. Masz się wyspać.- powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Nie opierałam się, kiedy niósł mnie do sypialni. Tam położył mnie do łóżka i rozebrał. Nie miałam siły iść się myć. Nie wiem, co dalej robił Dymitr, bo zasnęłam.
"Nasz los od zawsze zapisany był w gwiazdach. To one poprowadziły mnie do Ciebie mimo tylu przeciwności, spójrz. Jesteśmy tu. Razem. Ty i ja Roza. Na zawsze."
piątek, 15 kwietnia 2016
ROZDZIAŁ 111
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
czwartek, 14 kwietnia 2016
ROZDZIAŁ 110
- Rose! Rose!-zawołała moja siostra, pokazując na sukienkę w sklepie dziecięcym.-Kupicie mi ją? Proooosse!
Popatrzyłam na wystawę. Góra sukienki była biała w turkusowe groszki przykryta różową kataną, a dół układał się w warstwy materiału o takim samym kolorze. Wyobraziłam sobie w niej dziewczynkę. Musi ją mieć. Popatrzyłam na ukochanego. Uśmiechnął się. Weszliśmy do sklepu. Lili wypatrzyła jeszcze kilka innych sukienek. Ja też zaingerowałam w jej styl, pięcioma kompletami ubrań. Razem było ich dwanaście.
Nie ograniczałyśmy się. Dymitr ma porządną wypłatę, a od Abe'a po ślubie dostaliśmy kilka tysięcy na start. Załamałam się tą ilością, a jeszcze bardziej, jak powiedział, że dałby więcej, ale Bielikow uparł się, że i tak miał duży wpływ w budowę domu. Tak też nie musieliśmy martwić się kosztami.
Następną naszą stacją był sklep z odzieżą męską. Spędziliśmy tam pół godziny. Nie dlatego, że nie wiadomo było co wybrać, ale z powodu Dymitra. Bardzo się opierał. W końcu dał się wepchnąć do przebieralni. Kupiliśmy dwie pary spodni, pięć koszulek drugi prochowiec, bo ten trzeba było dać do prania i dwie koszule. No przynajmniej on tak myśli. Po kryjomu wybrałam mu jeszcze osiem koszul, trzy pary spodni, osiem par skarpetek i dwanaście bokserek. Gdy strażnik się o tym dowiedział, tylko pokręcił głową. No ale na jednych był napis "Mój Bóg". Nie mogłam przejść przy nich obojętnie.
Jednak do obuwniczego nie dał się zaciągnąć. Wymigał się brakiem czasu.
- Gdybyś tak się nie opierał w poprzednim, byłoby go więcej. - narzekałam gdy byliśmy w supermarkecie.- Ale nie myśl kochanie. Jeszcze tam wrócimy.
- Oczywiście skarbie.- uśmiechnął się z pewnością siebie mój ukochany, obejmując mnie.
- Mówię poważnie. Tu nam nie zejdzie długo.
Weszliśmy na dział kosmetyczny. Dymitr poszedł z Lili, poszukać jej ulubionych płatków śniadaniowych i jakiś słodyczy. Ja wykorzystałam jego nieobecności i zaczęłam przeszukiwać wody kolońskie. Jeden zapach najbardziej mi się spodobał, a wiedziałam, że będzie do niego pasować. Po chwili wrócili z trzema paczkami na śniadanie i czterema tabliczkami czekolady.
- WOW! Nie za dużo?-spytałam patrząc znacząco na męża.
- Nie mogliśmy się zdecydować.- bronił się strażnik, jakby wierzył, że to mnie przekona.- Skarbie, od kiedy to jesteś taka rozsądna?
- A od kiedy ty, taki rozrzutny?- odparowałam jego metodą.
- Od kiedy mam dla kogo.- pocałował mnie w policzek, wkładając zakupy do koszyka. Wtedy zauważył wodę kolońską i wziął ją w dłoń.- A po co to?
-Twoja się kończy.- oświadczyłam, gdy wąchał perfumy.
- Ładne.- stwierdził i odłożył butelkę do reszty zakupów.- To co tam jeszcze mamy?
- Nasz cel główny: zegar.
Poszliśmy do działu elektroniki. Oczywiście, okazało się, że oprócz zegara przyda się toster, waga kuchenna, radio i była przecena na laptopy. Żal było nie skorzystać. Większość wymyślił Dymitr. Nie mogłam go poznać, póki nie wyszliśmy.
- To teraz po buty.- stwierdziłam. Dymitr zatrzymał się i popatrzył na mnie, jak na szaloną.
- Ja to?
- Tak to. Mówiłam, że jeszcze wrócimy.- uśmiechnęłam się triumfalnie.
- Rose nie ma czasu.
- A co masz takiego ważnego do robienia?
- Zanim dojedziemy do domu, będzie późno. Lili będzie musiała się wyspać.
- Czemu akurat jutro?- nagle coś mi się przypomniało.
- Nie tylko jutro, ale tak ogólnie.
- Ach tak? To po to tak wymyślałeś w sklepie?
- Ja? Wcale nie. To wszystko jest nam potrzebne.- popatrzyłam na niego znacząco.- No większość.
- Aż tak ci się spieszy do rozmowy?
- Jakiej rozmowy?- nie zrozumiał.
- O pogrzebie.- powiedziałam cicho. Moja siostra biegała dookoła i w cale nie wyglądała na zmęczoną. Dzięki temu, nie słyszała o czym gadamy.
- Wolę mieć to za sobą.- stwierdził.
- Skoro tak, chodźmy.- mój ukochany uśmiechnął się zwycięsko. Jednak mina mu zrzedła po moim kolejnym zdaniu.- Będziesz miał jeszcze czas pogadać z Abem o szczegółach.
- Co? Ty miałaś zadzwonić.
- Ale będę musiała rozpakować zakupy, a ty będziesz miał więcej czasu. Za niedługo staruszek pewnie pójdzie spać. Ale jeśli teraz wrócimy, zdążysz do niego zadzwonić.
- To mówiłaś, że które buty mi pasują?- niby nigdy nic, popisał wózek z zakupami w stronę obuwniczego.
To wyglądało uroczo. Przypomniało mi się, jak byliśmy w Baii. Olena poprosiła nas o zrobienie zakupów. Dymitr wtedy zderzył się wózkiem z Oksaną. Ona i Marek nie wiedzieli, że Dymitr jest znów dampirem. Bardzo się zdziwili. Mnie nie zauważyli, bo byłam mniejsza od ukochanego, który całkowicie mnie zasłonił. Miło było zobaczyć tą trójkę, rozmawiającą ze sobą. Dawno się nie widzieli.
- Dymitr, a gdzie zgubiłeś swoją uroczą Rose?- w pewnym momencie spytał mężczyzna. Od razu wyszłam zza już narzeczonego.- O tu jesteś. To dobra kobieta. Gdybyś słyszał, z jaką miłością o tobie opowiadała. Umówiliśmy się z nimi na następny dzień. Gdy się pożegnaliśmy, strażnik objął mnie i mruknął do ucha:
- Zdaje się, że rozkochałaś w sobie całe miasteczko. A przede wszystkim naszą miłością.- cmoknął mnie w policzek.
- Tą dziurę w środku syberyjskiej tundry nazywasz miasteczkiem?- zaczęłam się śmiać.
- Rose to naprawdę nie jest Antarktyda...- i tak droczyliśmy się do samego domu.
Nagle na ustach poczułam coś ciepłego i miękkiego. Wróciłam do rzeczywistości, ale jedyne co widziałam to wielkie brązowe oczy. Od razu skupiłam się na wargach, pieszczących moje usta. Dymitr chciał mi uciec, ale włożyłem mu język do ust. Poddał się przyjemności, odwzajemniając mój gest. Po chwili jednak odsunął się, mimo moich protestów.
- Tylko tak Roza było można przywołać cię do świata żywych.- uśmiechnął się.- Wolałem do ciebie pięć razy.
- Mmm... To muszę częściej odfruwać. Mówiłam ci, że cudownie całujesz?
- Kilka razy obiło mi się o uszy. O czym myślałaś?
- Przypomniało mi się nasze spotkanie z Markiem i Oksaną w sklepie.
- Jesteś wspaniała.- mruknął na to wspomnienie. - Kocham Cię. Odjęłam rękę męża i oparłam głowę o jego ramię.
Popatrzyłam na wystawę. Góra sukienki była biała w turkusowe groszki przykryta różową kataną, a dół układał się w warstwy materiału o takim samym kolorze. Wyobraziłam sobie w niej dziewczynkę. Musi ją mieć. Popatrzyłam na ukochanego. Uśmiechnął się. Weszliśmy do sklepu. Lili wypatrzyła jeszcze kilka innych sukienek. Ja też zaingerowałam w jej styl, pięcioma kompletami ubrań. Razem było ich dwanaście.
Nie ograniczałyśmy się. Dymitr ma porządną wypłatę, a od Abe'a po ślubie dostaliśmy kilka tysięcy na start. Załamałam się tą ilością, a jeszcze bardziej, jak powiedział, że dałby więcej, ale Bielikow uparł się, że i tak miał duży wpływ w budowę domu. Tak też nie musieliśmy martwić się kosztami.
Następną naszą stacją był sklep z odzieżą męską. Spędziliśmy tam pół godziny. Nie dlatego, że nie wiadomo było co wybrać, ale z powodu Dymitra. Bardzo się opierał. W końcu dał się wepchnąć do przebieralni. Kupiliśmy dwie pary spodni, pięć koszulek drugi prochowiec, bo ten trzeba było dać do prania i dwie koszule. No przynajmniej on tak myśli. Po kryjomu wybrałam mu jeszcze osiem koszul, trzy pary spodni, osiem par skarpetek i dwanaście bokserek. Gdy strażnik się o tym dowiedział, tylko pokręcił głową. No ale na jednych był napis "Mój Bóg". Nie mogłam przejść przy nich obojętnie.
Jednak do obuwniczego nie dał się zaciągnąć. Wymigał się brakiem czasu.
- Gdybyś tak się nie opierał w poprzednim, byłoby go więcej. - narzekałam gdy byliśmy w supermarkecie.- Ale nie myśl kochanie. Jeszcze tam wrócimy.
- Oczywiście skarbie.- uśmiechnął się z pewnością siebie mój ukochany, obejmując mnie.
- Mówię poważnie. Tu nam nie zejdzie długo.
Weszliśmy na dział kosmetyczny. Dymitr poszedł z Lili, poszukać jej ulubionych płatków śniadaniowych i jakiś słodyczy. Ja wykorzystałam jego nieobecności i zaczęłam przeszukiwać wody kolońskie. Jeden zapach najbardziej mi się spodobał, a wiedziałam, że będzie do niego pasować. Po chwili wrócili z trzema paczkami na śniadanie i czterema tabliczkami czekolady.
- WOW! Nie za dużo?-spytałam patrząc znacząco na męża.
- Nie mogliśmy się zdecydować.- bronił się strażnik, jakby wierzył, że to mnie przekona.- Skarbie, od kiedy to jesteś taka rozsądna?
- A od kiedy ty, taki rozrzutny?- odparowałam jego metodą.
- Od kiedy mam dla kogo.- pocałował mnie w policzek, wkładając zakupy do koszyka. Wtedy zauważył wodę kolońską i wziął ją w dłoń.- A po co to?
-Twoja się kończy.- oświadczyłam, gdy wąchał perfumy.
- Ładne.- stwierdził i odłożył butelkę do reszty zakupów.- To co tam jeszcze mamy?
- Nasz cel główny: zegar.
Poszliśmy do działu elektroniki. Oczywiście, okazało się, że oprócz zegara przyda się toster, waga kuchenna, radio i była przecena na laptopy. Żal było nie skorzystać. Większość wymyślił Dymitr. Nie mogłam go poznać, póki nie wyszliśmy.
- To teraz po buty.- stwierdziłam. Dymitr zatrzymał się i popatrzył na mnie, jak na szaloną.
- Ja to?
- Tak to. Mówiłam, że jeszcze wrócimy.- uśmiechnęłam się triumfalnie.
- Rose nie ma czasu.
- A co masz takiego ważnego do robienia?
- Zanim dojedziemy do domu, będzie późno. Lili będzie musiała się wyspać.
- Czemu akurat jutro?- nagle coś mi się przypomniało.
- Nie tylko jutro, ale tak ogólnie.
- Ach tak? To po to tak wymyślałeś w sklepie?
- Ja? Wcale nie. To wszystko jest nam potrzebne.- popatrzyłam na niego znacząco.- No większość.
- Aż tak ci się spieszy do rozmowy?
- Jakiej rozmowy?- nie zrozumiał.
- O pogrzebie.- powiedziałam cicho. Moja siostra biegała dookoła i w cale nie wyglądała na zmęczoną. Dzięki temu, nie słyszała o czym gadamy.
- Wolę mieć to za sobą.- stwierdził.
- Skoro tak, chodźmy.- mój ukochany uśmiechnął się zwycięsko. Jednak mina mu zrzedła po moim kolejnym zdaniu.- Będziesz miał jeszcze czas pogadać z Abem o szczegółach.
- Co? Ty miałaś zadzwonić.
- Ale będę musiała rozpakować zakupy, a ty będziesz miał więcej czasu. Za niedługo staruszek pewnie pójdzie spać. Ale jeśli teraz wrócimy, zdążysz do niego zadzwonić.
- To mówiłaś, że które buty mi pasują?- niby nigdy nic, popisał wózek z zakupami w stronę obuwniczego.
To wyglądało uroczo. Przypomniało mi się, jak byliśmy w Baii. Olena poprosiła nas o zrobienie zakupów. Dymitr wtedy zderzył się wózkiem z Oksaną. Ona i Marek nie wiedzieli, że Dymitr jest znów dampirem. Bardzo się zdziwili. Mnie nie zauważyli, bo byłam mniejsza od ukochanego, który całkowicie mnie zasłonił. Miło było zobaczyć tą trójkę, rozmawiającą ze sobą. Dawno się nie widzieli.
- Dymitr, a gdzie zgubiłeś swoją uroczą Rose?- w pewnym momencie spytał mężczyzna. Od razu wyszłam zza już narzeczonego.- O tu jesteś. To dobra kobieta. Gdybyś słyszał, z jaką miłością o tobie opowiadała. Umówiliśmy się z nimi na następny dzień. Gdy się pożegnaliśmy, strażnik objął mnie i mruknął do ucha:
- Zdaje się, że rozkochałaś w sobie całe miasteczko. A przede wszystkim naszą miłością.- cmoknął mnie w policzek.
- Tą dziurę w środku syberyjskiej tundry nazywasz miasteczkiem?- zaczęłam się śmiać.
- Rose to naprawdę nie jest Antarktyda...- i tak droczyliśmy się do samego domu.
Nagle na ustach poczułam coś ciepłego i miękkiego. Wróciłam do rzeczywistości, ale jedyne co widziałam to wielkie brązowe oczy. Od razu skupiłam się na wargach, pieszczących moje usta. Dymitr chciał mi uciec, ale włożyłem mu język do ust. Poddał się przyjemności, odwzajemniając mój gest. Po chwili jednak odsunął się, mimo moich protestów.
- Tylko tak Roza było można przywołać cię do świata żywych.- uśmiechnął się.- Wolałem do ciebie pięć razy.
- Mmm... To muszę częściej odfruwać. Mówiłam ci, że cudownie całujesz?
- Kilka razy obiło mi się o uszy. O czym myślałaś?
- Przypomniało mi się nasze spotkanie z Markiem i Oksaną w sklepie.
- Jesteś wspaniała.- mruknął na to wspomnienie. - Kocham Cię. Odjęłam rękę męża i oparłam głowę o jego ramię.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
środa, 13 kwietnia 2016
ROZDZIAŁ 109
Hej, mam pytanie. Czy ktoś jeszcze to czyta? Oglądalność spada, komentują cztery osoby. Gdzie reszta? Chcę wiedzieć, czy mam dla kogo pisać. Gdzie podziały się ~Zmey~; Rosalie i Mrs. White?co się stało, że nie piszecie komentarzy? Może powinnam coś zmienić? Napisać jedno zdanie, zostawić po sobie znak. Czy to tak dużo. Bo zacznę dawać rozdziały po danej ilości komentarzy. To bardzo motywuje. Więc po raz kolejny proszę o komentarze.
_________________________________________________
Chwilę się zastanawiał.
- No nie wiem Rose.- wciąż się wahał, ale nie zaprzeczył. Jest postęp.- A jeśli nie umiem? Staram się, ale to jest trudne.
-Trudne. Treningi też były trudne, ale czy to znaczy, że niewykonalne? Nie poddawałam się, a ty mi pomagałeś. Próbuj, a ci pomogę. Razem damy radę. A teraz jedz, bo będzie zimne.- ja też wróciłam do swojego talerza. Jednak strażnik dalej siedział bez ruchu. Podniosłam wzrok na niego i od razu się rozpłynęłam. Patrzył na mnie, jak jeszcze nigdy. Tyle miłości było w jego spojrzeniu.
- Roza, twoje zachowanie nie odzwierciedla wieku. Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś w moim wieku mówił tak mądrze, a co dopiero w twoim.
- To chyba nie miałam racji na sali. Nie otwierasz buzi po to, żeby usłyszeć tego co mówisz, bo chyba w ogóle nie słuchasz.
- Miałaś trochę racji. Mówiłem Ci.- w końcu zainteresował się zawartością swojego talerza.- Jesteś bardzo mądra Roza. Cieszę się, że to ty jesteś moją żoną.
- Tylko byś spróbował klęknąć przed inną.- pogroziłam mu palcem.
- Żadna inna nie jest w stanie mi ciebie zastąpić. Nie zapominaj tego.
- To chyba ty powinieneś to pamiętać. Przypominam, że to ty chciałeś mnie zastąpić Taszą. Dwa razy.
- Wiem. Ale ty też nie jesteś niewinna.
- Czyli jesteśmy kwita.- podałam mu dłoń. Ukochany uścisnął ją, przyciągnął mnie do siebie i pocałował krótko.
- O towarzyszu! Co za odwaga. Tak przy wszystkich.-kpiłam z niego.
- Roza nauczyłem się wszystkiego co sam umiem. Pomagałem zawsze gdy mogłem. Teraz proszę cię, naucz mnie być sobą.
- Wybacz towarzyszu, ale cudo twórcą nie jestem. Zrobię co będę mogła. Zasada jest prosta: daj się ponieść uczuciom. Rób, nie myśl. Ufam ci i wiem, że za daleko się nie poniesiesz. Najpierw popracujemy z przyjaciółmi, później wśród obcych.- zdecydowałam. W oczach Dymitra zobaczyłam wdzięczność i nadzieję. Wierzył we mnie. Tak jak zawsze.
Nagle coś się zmieniło. Jakiś dziwny błysk. Nie wiem czemu podnieciło mnie to. No nie. Tego jeszcze nie było.
- Ale dzisiaj możemy zrobić wyjątek.- stwierdził.
- To znaczy?- nie rozumiałam, a jego wzrok mi tego nie ułatwiał.
- Zobaczysz. Gdy będziemy płacić, pocałuj mnie.
- Myślisz, że jesteś gotowy?- zapytałam z uśmiechem.
- Zobaczymy.
- Zastanów się dobrze, bo nie pozwolę ci się wycofać.
- Jestem pewny.
- I gotowy na plotki?
- Tak.
- Jesteś świadomy, że to może ci zepsuć reputację?
- Czemu? Nie sądzę.
- Skoro tak mówisz to choć.- zaczęłam się podnosić.
- Teraz?!- spytał niepewnie.
- O kochanie, nie będę czekała do wieczora, aż będziesz gotowy. Skończyliśmy jeść, a czekają nas jeszcze zakupy. Albo chcesz, albo wychodzimy.
Chwilę się wahał. Wstał.
- Chodźmy.- postanowił.
Wziął ode mnie naczynia i zaniósł do okienka. Ja w tym czasie podeszłam do lady, żeby zapłacić. Po chwili dołączył do mnie mąż. Chwyciłam jego twarz w dłonie, a nasze usta się spotkały. Teraz zapanowała kompletna cisza. A może to ja nic nie słyszałam. Dymitr bez wahania odwzajemnił pocałunek, łapiąc mnie za dłonie. Nasze palce się splotły. W końcu odkleiliśmy się od siebie, ale nasze twarze wciąż były cudownie blisko. Nagle jego usta znalazły się przy moim uchu.
- Spokojnie Roza. W domu pomogę Ci pozbyć się nadmiaru energii.- szepnął głębokim głosem, a ja nie umiałam powstrzymać chichotu. Myślę, że tego właśnie oczekiwał. Teraz już wszyscy na nas patrzyli. Niektórzy z zazdrością, inni zniesmaczeni. Kilkoro starszych strażników (którzy, swoją drogą, powinni już być na emeryturze) patrzyło prawie że z pogardą. Zawołaliśmy Lili. Złapaliśmy ją za rączki, gdy stanęła między nami i wyszliśmy, nie zwracając na nikogo uwagi.
- To był twój plan?-spytałam na zewnątrz.
- A co? Zły?- odpowiedział pytaniem. Nie lubię tego.
- Odważne.- Stwierdziłam.- No jak na ciebie.- dodałam gdy wchodziliśmy do garażu.
- Uczę się.- przypomniał.
Więcej już nikt się nie odezwał
Tym razem ja usiadłam koło męża. Pojechaliśmy do najbliższego, dużego miasta. I tak droga zajęła nam dwie godziny. Gdy Dymitr w końcu znalazł miejsce parkingowe, wysiadłam szczęśliwa, że mogę rozprostować nogi.
- Nie cierpię siedzieć bez ruchu.- narzekałam.
- Wiem Rose.- uśmiechnął się mój ukochany. Weszliśmy do centrum handlowego.- To gdzie teraz?
- Do ubrań.
- To ja może poczekam w kawiarni.
- Nawet o tym nie myśl.- zaprotestowałam.- Tobie też przydało by się coś nowego.
- Po co?- zdziwił się.
- Bo jedyną rzeczą, kupioną przez ciebie w ostatnim roku jest prochowiec i to tylko dlatego, że poprzedni zgubiłeś.
- Przecież królowa wyposażyła naszą garderobę.
- Poprawka. Wyposażyła MOJA garderobę. Ty uparłeś się, że i tak dużo dla nas zrobili i nie przyjąłeś ubrań. Ale teraz ja, jako twoja żona zadbam o to, żebyś miał w czym chodzić.
- Muszę?- patrzył na mnie błagalnie, ale ja byłam nieugięta.
- Tak.- nagle znalazłam inny argument.- A co jak zaatakują nas strzygi?
Tak. Trafiłam w czuły punkt. Moje bezpieczeństwo jest dla niego najważniejsze. Od razu spiął wszystkie swoje mięśnie, a miał co spinać, i zaczął rozglądać się dookoła.
Cieszyłam się, że poszedł z nami, ale denerwowała mnie jego postawa. To dobrze, że o mnie dba, tylko że przybrał na nowo maskę strażnika.
- Dymitr!-szepnęłam ostro.- Weź się ogarnij. Masz być czujny, ale nie musisz się tak spinać. Zachowuj się normalnie.
Spojrzał na mnie zdziwiony, a potem się zamyślił. Dotarły do niego znaczenie moich słów. Odprężył się, a nawet mnie objął w pasie jedną ręką. Lili biegała gdzieś koło nas, oglądając wystawy.
Wyglądaliśmy jak dobra rodzina.
_________________________________________________
Chwilę się zastanawiał.
- No nie wiem Rose.- wciąż się wahał, ale nie zaprzeczył. Jest postęp.- A jeśli nie umiem? Staram się, ale to jest trudne.
-Trudne. Treningi też były trudne, ale czy to znaczy, że niewykonalne? Nie poddawałam się, a ty mi pomagałeś. Próbuj, a ci pomogę. Razem damy radę. A teraz jedz, bo będzie zimne.- ja też wróciłam do swojego talerza. Jednak strażnik dalej siedział bez ruchu. Podniosłam wzrok na niego i od razu się rozpłynęłam. Patrzył na mnie, jak jeszcze nigdy. Tyle miłości było w jego spojrzeniu.
- Roza, twoje zachowanie nie odzwierciedla wieku. Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś w moim wieku mówił tak mądrze, a co dopiero w twoim.
- To chyba nie miałam racji na sali. Nie otwierasz buzi po to, żeby usłyszeć tego co mówisz, bo chyba w ogóle nie słuchasz.
- Miałaś trochę racji. Mówiłem Ci.- w końcu zainteresował się zawartością swojego talerza.- Jesteś bardzo mądra Roza. Cieszę się, że to ty jesteś moją żoną.
- Tylko byś spróbował klęknąć przed inną.- pogroziłam mu palcem.
- Żadna inna nie jest w stanie mi ciebie zastąpić. Nie zapominaj tego.
- To chyba ty powinieneś to pamiętać. Przypominam, że to ty chciałeś mnie zastąpić Taszą. Dwa razy.
- Wiem. Ale ty też nie jesteś niewinna.
- Czyli jesteśmy kwita.- podałam mu dłoń. Ukochany uścisnął ją, przyciągnął mnie do siebie i pocałował krótko.
- O towarzyszu! Co za odwaga. Tak przy wszystkich.-kpiłam z niego.
- Roza nauczyłem się wszystkiego co sam umiem. Pomagałem zawsze gdy mogłem. Teraz proszę cię, naucz mnie być sobą.
- Wybacz towarzyszu, ale cudo twórcą nie jestem. Zrobię co będę mogła. Zasada jest prosta: daj się ponieść uczuciom. Rób, nie myśl. Ufam ci i wiem, że za daleko się nie poniesiesz. Najpierw popracujemy z przyjaciółmi, później wśród obcych.- zdecydowałam. W oczach Dymitra zobaczyłam wdzięczność i nadzieję. Wierzył we mnie. Tak jak zawsze.
Nagle coś się zmieniło. Jakiś dziwny błysk. Nie wiem czemu podnieciło mnie to. No nie. Tego jeszcze nie było.
- Ale dzisiaj możemy zrobić wyjątek.- stwierdził.
- To znaczy?- nie rozumiałam, a jego wzrok mi tego nie ułatwiał.
- Zobaczysz. Gdy będziemy płacić, pocałuj mnie.
- Myślisz, że jesteś gotowy?- zapytałam z uśmiechem.
- Zobaczymy.
- Zastanów się dobrze, bo nie pozwolę ci się wycofać.
- Jestem pewny.
- I gotowy na plotki?
- Tak.
- Jesteś świadomy, że to może ci zepsuć reputację?
- Czemu? Nie sądzę.
- Skoro tak mówisz to choć.- zaczęłam się podnosić.
- Teraz?!- spytał niepewnie.
- O kochanie, nie będę czekała do wieczora, aż będziesz gotowy. Skończyliśmy jeść, a czekają nas jeszcze zakupy. Albo chcesz, albo wychodzimy.
Chwilę się wahał. Wstał.
- Chodźmy.- postanowił.
Wziął ode mnie naczynia i zaniósł do okienka. Ja w tym czasie podeszłam do lady, żeby zapłacić. Po chwili dołączył do mnie mąż. Chwyciłam jego twarz w dłonie, a nasze usta się spotkały. Teraz zapanowała kompletna cisza. A może to ja nic nie słyszałam. Dymitr bez wahania odwzajemnił pocałunek, łapiąc mnie za dłonie. Nasze palce się splotły. W końcu odkleiliśmy się od siebie, ale nasze twarze wciąż były cudownie blisko. Nagle jego usta znalazły się przy moim uchu.
- Spokojnie Roza. W domu pomogę Ci pozbyć się nadmiaru energii.- szepnął głębokim głosem, a ja nie umiałam powstrzymać chichotu. Myślę, że tego właśnie oczekiwał. Teraz już wszyscy na nas patrzyli. Niektórzy z zazdrością, inni zniesmaczeni. Kilkoro starszych strażników (którzy, swoją drogą, powinni już być na emeryturze) patrzyło prawie że z pogardą. Zawołaliśmy Lili. Złapaliśmy ją za rączki, gdy stanęła między nami i wyszliśmy, nie zwracając na nikogo uwagi.
- To był twój plan?-spytałam na zewnątrz.
- A co? Zły?- odpowiedział pytaniem. Nie lubię tego.
- Odważne.- Stwierdziłam.- No jak na ciebie.- dodałam gdy wchodziliśmy do garażu.
- Uczę się.- przypomniał.
Więcej już nikt się nie odezwał
Tym razem ja usiadłam koło męża. Pojechaliśmy do najbliższego, dużego miasta. I tak droga zajęła nam dwie godziny. Gdy Dymitr w końcu znalazł miejsce parkingowe, wysiadłam szczęśliwa, że mogę rozprostować nogi.
- Nie cierpię siedzieć bez ruchu.- narzekałam.
- Wiem Rose.- uśmiechnął się mój ukochany. Weszliśmy do centrum handlowego.- To gdzie teraz?
- Do ubrań.
- To ja może poczekam w kawiarni.
- Nawet o tym nie myśl.- zaprotestowałam.- Tobie też przydało by się coś nowego.
- Po co?- zdziwił się.
- Bo jedyną rzeczą, kupioną przez ciebie w ostatnim roku jest prochowiec i to tylko dlatego, że poprzedni zgubiłeś.
- Przecież królowa wyposażyła naszą garderobę.
- Poprawka. Wyposażyła MOJA garderobę. Ty uparłeś się, że i tak dużo dla nas zrobili i nie przyjąłeś ubrań. Ale teraz ja, jako twoja żona zadbam o to, żebyś miał w czym chodzić.
- Muszę?- patrzył na mnie błagalnie, ale ja byłam nieugięta.
- Tak.- nagle znalazłam inny argument.- A co jak zaatakują nas strzygi?
Tak. Trafiłam w czuły punkt. Moje bezpieczeństwo jest dla niego najważniejsze. Od razu spiął wszystkie swoje mięśnie, a miał co spinać, i zaczął rozglądać się dookoła.
Cieszyłam się, że poszedł z nami, ale denerwowała mnie jego postawa. To dobrze, że o mnie dba, tylko że przybrał na nowo maskę strażnika.
- Dymitr!-szepnęłam ostro.- Weź się ogarnij. Masz być czujny, ale nie musisz się tak spinać. Zachowuj się normalnie.
Spojrzał na mnie zdziwiony, a potem się zamyślił. Dotarły do niego znaczenie moich słów. Odprężył się, a nawet mnie objął w pasie jedną ręką. Lili biegała gdzieś koło nas, oglądając wystawy.
Wyglądaliśmy jak dobra rodzina.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
wtorek, 12 kwietnia 2016
ROZDZIAŁ 108
Jednak po chwili oprzytomniałam.
- Hej!- oburzyłam się.
- O co chodzi Roza?- zdziwił się moim zachowaniem.
- Nie ładnie tak. Czy ty nawet w wyznanie miłości musisz wpleść swoje lekcje typu zen?
- Wiesz skarbie,- uśmiechnął się cwanie.- kto raz zostaje nauczycielem, temu wchodzi to w nawyk i daje swoje dobre rady każdemu. A ja tym bardziej tobie.
- A co ja Ci takiego zrobiłam?
- Prosiłaś, żebym został twoim mentorem.
- Prosiłam?
-Wręcz błagałaś. Twoje oczy aż wolały " Zgódź się! Zgódź się! A pójdę z tobą do łóżka."- uśmiechnął się. Kpił sobie ze mnie!
- Ej no! Nie rób ze mnie takiej łatwej. Musiałeś się trochę męczyć.
- Roza, gdybym nie zauważył, że to zaklęcie, nasz pierwszy raz byłby po miesiącu znajomości.- mówił coraz ciszej.
- Ja bym tam w cale nie żałowała. Ale czuję, że mój pierwszy raz powinien być z naszej własnej woli. Dobrze, że stało się tak jak się stało.
- Chwila.-teraz nachylił się w moją stronę i szeptał.- Chcesz powiedzieć, że to w stróżówce to był twój pierwszy raz?
- Wychwyciłeś! Tak. Byłeś pierwszy i jedyny.
Chwilę się zastanowiłam, a raczej udawałam, żeby mógł przyswoić sobie nowe informacje. Chciałam się odezwać na nowo, ale wtedy zawołano nas po jedzenie. Dymitr wciąż był w szoku, więc ja poszłam odebrać obiad.
Najpierw wzięłam jego i Lili. Gdy położyłam talerz przed jego nosem, oprzytomniał i pocałował mnie.
- Dziękuję Roza. Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy.
- Zaraz porozmawiamy, tylko zaniosę posiłek Lili. Podeszłam do stolika dzieci i dałam małej talerz.
- Dzień dobry strażniczko Hathaway-Bielikow.- powiedziały chórem.
- Dzień dobry.- czułam się trochę niezręcznie, ale nie dałam tego po sobie poznać. Wpatrywały się we mnie cztery pary oczu. Dwoje chłopców i dwie dziewczynki. Wyglądały identycznie. Musiały być bliźniaczkami. W końcu jeden z chłopców nie wytrzymał.
- Naprawdę to jest siostra strażniczki?-spytał. Miał błąd włosy i piwne oczy.
- Tak.- przyznałam.
- A to prawda, że w zimie rok temu zabiła strażniczka aż dwie strzygi?- odezwała się jedna z bliźniaczek. Ona miały rude, gęste włosy i błękitne oczy.
- Tak. Ale nie ma czym się chwalić.
- A czy to prawda, że uciekła strażniczka kosmitą, kiedy chcieli porwać Lorda Ozerę?-teraz odezwał się blondyn w białej bejsbolówce, o brązowych oczach.
- Nie. O tym słyszę pierwszy raz w życiu. Myślę, że Ozerę to już jacyś kosmici porwali. I to nie raz.- uśmiechnęłam się. Dzieci chyba nie zrozumiały żartu.
- A czy to prawda, że...- zaczęła druga z bliźniaczek, ale przerwała nagle, wpatrując się w coś za mną. Na tali poczułam silne dłonie.
- A może dacie zjeść strażniczce obiad?- zaproponował głęboki głos z rosyjskim akcentem.
- Dzień dobry, strażniku Bielikow.- dzieci przywitały chórem mojego męża.
- Dzień dobry, dzieciaki. Z pytaniami jeszcze się wstrzymajcie. Myślę, że zdarzy się okazja na ich zadanie. A teraz smacznego.
- Smacznego.- odpowiedzieli i doprowadzili nas wzrokiem do stolika.
Nie dziwiło mnie, że mój talerz już czekał na stole. Domyśliłam się, czyja to sprawka.
- Uciekam kosmitą. A to ciekawe.
- Różne plotki chodzą po szkołach. Sama o tym wiesz.
- No tak, ale kto wymyślił, a tym bardziej uwierzył w kosmitów.- wciąż nie dowierzałam. Dymitr uśmiechnął się pod nosem.
Był na przeciwko mnie, ale teraz zmienił miejsce i usiadł po mojej lewej.
- Roza naprawdę to ja jestem tym szczęściarzem?- nie dowierzał.
- Tak kochanie,- pomachałam mu przed nosem dłonią z obrączka.- Jesteś szczęściarzem pod wieloma względami. A co myślałeś? Że w wieku 17 lat, będę chodziła do łóżka z kim popadnie?
- Nigdy Roza. Nigdy. Za to oberwało się Adrianowi. Ale żebyś z żadnym? Z twoją atrakcyjnością? Tyle chłopaków kręciło się wokół ciebie.
- Czekałam na tego jedynego. I nie tylko ja jestem atrakcyjna w tym związku. Może teraz ty się pochwalisz?
- A chcesz usłyszeć prawdę?- spytał patrząc mi głęboko w oczy.
Zastanowiłam się. Czy jakbym się dowiedziała z iloma wcześniej sypiał, zmieniło by się coś między nami. Nie wiem czego się spodziewać. Ale przecież to przeszłość. Kocha tylko mnie. Podjęłam decyzję. Spojrzałam na niego wyczekująco. Zrozumiał.
- No dobra, sama tego chciałaś. Przed Tobą było... czekaj chwilę.- trzymał mnie w niepewności. Zaczął liczyć na pierwszej ręce, szepcząc jakieś imiona. Jego czoło zrobiły zmarszczki, co świadczyło o intensywnym myśleniu strażnika. Teraz przeszedł na drugą rękę. On chyba sobie żartuje? Patrzyłam z niedowierzaniem na jego palec skaczący po palcach drugiej ręki.- To będzie...zero. Brawo, byłaś pierwsza.
Zdenerwowałam się. Palnęłam go porządnie w ramię, na co on zaczął się śmiać.
-Oj nie ładnie, strażniku Bielikow. Bawić się tak kosztem własnej żony?! Powinieneś się wstydzić.
- Może.- nie przestawał się śmiać.- Ale twoja mina była bezcenna.
Chciałam poudawać obrażoną, aby dać mu nauczkę, ale dotarł do mnie sens jego słów. Byłam pierwsza. Jedyna.
- Nie wierzę. Ja to ja, ale ty?
- Co ja?- zmarszczył brwi nie rozumiejąc.
- No wiesz. Przystojny, bohaterski, zdyscyplinowany. Żywy magnez na kobiety.
- Nie przesadzaj. Po za tym nie miałem czasu na kobiety. No dopóki nie pojawiła się taka ciemnooka piękność, o delikatnych włosach i słodkich ustach.
- Bardzo słodkich?- zaczęłam go prowokować.
- Nie teraz Roza.- starał się ugasić mój zapał.- Po twoim wybuchu staliśmy się tu większą sensacją, niż gdy weszliśmy.
- Moglibyśmy to wykorzystać.- nie dawałam za wygraną.- Hej, ty masz urlop, a jesteśmy prawnym małżeństwem. Chyba mamy prawo czasem pokazać innym nasze szczęście i narazić się na ciekawsze plotki. Raczej para całująca się na środku kafejki nie przeżywa kryzysu, co nie?
- Rose. Nie.
- Dymitr niekiedy naprawdę mam cię dość. Zostaw tą swoją maskę strażnika na służbę. Teraz ze swoją żoną spędzasz mile popołudnie. Miałeś starać się wyluzować. Wgrać w naszą grupę. Czasem zabawić. Przecież nie można żyć samą służbą.
- Hej!- oburzyłam się.
- O co chodzi Roza?- zdziwił się moim zachowaniem.
- Nie ładnie tak. Czy ty nawet w wyznanie miłości musisz wpleść swoje lekcje typu zen?
- Wiesz skarbie,- uśmiechnął się cwanie.- kto raz zostaje nauczycielem, temu wchodzi to w nawyk i daje swoje dobre rady każdemu. A ja tym bardziej tobie.
- A co ja Ci takiego zrobiłam?
- Prosiłaś, żebym został twoim mentorem.
- Prosiłam?
-Wręcz błagałaś. Twoje oczy aż wolały " Zgódź się! Zgódź się! A pójdę z tobą do łóżka."- uśmiechnął się. Kpił sobie ze mnie!
- Ej no! Nie rób ze mnie takiej łatwej. Musiałeś się trochę męczyć.
- Roza, gdybym nie zauważył, że to zaklęcie, nasz pierwszy raz byłby po miesiącu znajomości.- mówił coraz ciszej.
- Ja bym tam w cale nie żałowała. Ale czuję, że mój pierwszy raz powinien być z naszej własnej woli. Dobrze, że stało się tak jak się stało.
- Chwila.-teraz nachylił się w moją stronę i szeptał.- Chcesz powiedzieć, że to w stróżówce to był twój pierwszy raz?
- Wychwyciłeś! Tak. Byłeś pierwszy i jedyny.
Chwilę się zastanowiłam, a raczej udawałam, żeby mógł przyswoić sobie nowe informacje. Chciałam się odezwać na nowo, ale wtedy zawołano nas po jedzenie. Dymitr wciąż był w szoku, więc ja poszłam odebrać obiad.
Najpierw wzięłam jego i Lili. Gdy położyłam talerz przed jego nosem, oprzytomniał i pocałował mnie.
- Dziękuję Roza. Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy.
- Zaraz porozmawiamy, tylko zaniosę posiłek Lili. Podeszłam do stolika dzieci i dałam małej talerz.
- Dzień dobry strażniczko Hathaway-Bielikow.- powiedziały chórem.
- Dzień dobry.- czułam się trochę niezręcznie, ale nie dałam tego po sobie poznać. Wpatrywały się we mnie cztery pary oczu. Dwoje chłopców i dwie dziewczynki. Wyglądały identycznie. Musiały być bliźniaczkami. W końcu jeden z chłopców nie wytrzymał.
- Naprawdę to jest siostra strażniczki?-spytał. Miał błąd włosy i piwne oczy.
- Tak.- przyznałam.
- A to prawda, że w zimie rok temu zabiła strażniczka aż dwie strzygi?- odezwała się jedna z bliźniaczek. Ona miały rude, gęste włosy i błękitne oczy.
- Tak. Ale nie ma czym się chwalić.
- A czy to prawda, że uciekła strażniczka kosmitą, kiedy chcieli porwać Lorda Ozerę?-teraz odezwał się blondyn w białej bejsbolówce, o brązowych oczach.
- Nie. O tym słyszę pierwszy raz w życiu. Myślę, że Ozerę to już jacyś kosmici porwali. I to nie raz.- uśmiechnęłam się. Dzieci chyba nie zrozumiały żartu.
- A czy to prawda, że...- zaczęła druga z bliźniaczek, ale przerwała nagle, wpatrując się w coś za mną. Na tali poczułam silne dłonie.
- A może dacie zjeść strażniczce obiad?- zaproponował głęboki głos z rosyjskim akcentem.
- Dzień dobry, strażniku Bielikow.- dzieci przywitały chórem mojego męża.
- Dzień dobry, dzieciaki. Z pytaniami jeszcze się wstrzymajcie. Myślę, że zdarzy się okazja na ich zadanie. A teraz smacznego.
- Smacznego.- odpowiedzieli i doprowadzili nas wzrokiem do stolika.
Nie dziwiło mnie, że mój talerz już czekał na stole. Domyśliłam się, czyja to sprawka.
- Uciekam kosmitą. A to ciekawe.
- Różne plotki chodzą po szkołach. Sama o tym wiesz.
- No tak, ale kto wymyślił, a tym bardziej uwierzył w kosmitów.- wciąż nie dowierzałam. Dymitr uśmiechnął się pod nosem.
Był na przeciwko mnie, ale teraz zmienił miejsce i usiadł po mojej lewej.
- Roza naprawdę to ja jestem tym szczęściarzem?- nie dowierzał.
- Tak kochanie,- pomachałam mu przed nosem dłonią z obrączka.- Jesteś szczęściarzem pod wieloma względami. A co myślałeś? Że w wieku 17 lat, będę chodziła do łóżka z kim popadnie?
- Nigdy Roza. Nigdy. Za to oberwało się Adrianowi. Ale żebyś z żadnym? Z twoją atrakcyjnością? Tyle chłopaków kręciło się wokół ciebie.
- Czekałam na tego jedynego. I nie tylko ja jestem atrakcyjna w tym związku. Może teraz ty się pochwalisz?
- A chcesz usłyszeć prawdę?- spytał patrząc mi głęboko w oczy.
Zastanowiłam się. Czy jakbym się dowiedziała z iloma wcześniej sypiał, zmieniło by się coś między nami. Nie wiem czego się spodziewać. Ale przecież to przeszłość. Kocha tylko mnie. Podjęłam decyzję. Spojrzałam na niego wyczekująco. Zrozumiał.
- No dobra, sama tego chciałaś. Przed Tobą było... czekaj chwilę.- trzymał mnie w niepewności. Zaczął liczyć na pierwszej ręce, szepcząc jakieś imiona. Jego czoło zrobiły zmarszczki, co świadczyło o intensywnym myśleniu strażnika. Teraz przeszedł na drugą rękę. On chyba sobie żartuje? Patrzyłam z niedowierzaniem na jego palec skaczący po palcach drugiej ręki.- To będzie...zero. Brawo, byłaś pierwsza.
Zdenerwowałam się. Palnęłam go porządnie w ramię, na co on zaczął się śmiać.
-Oj nie ładnie, strażniku Bielikow. Bawić się tak kosztem własnej żony?! Powinieneś się wstydzić.
- Może.- nie przestawał się śmiać.- Ale twoja mina była bezcenna.
Chciałam poudawać obrażoną, aby dać mu nauczkę, ale dotarł do mnie sens jego słów. Byłam pierwsza. Jedyna.
- Nie wierzę. Ja to ja, ale ty?
- Co ja?- zmarszczył brwi nie rozumiejąc.
- No wiesz. Przystojny, bohaterski, zdyscyplinowany. Żywy magnez na kobiety.
- Nie przesadzaj. Po za tym nie miałem czasu na kobiety. No dopóki nie pojawiła się taka ciemnooka piękność, o delikatnych włosach i słodkich ustach.
- Bardzo słodkich?- zaczęłam go prowokować.
- Nie teraz Roza.- starał się ugasić mój zapał.- Po twoim wybuchu staliśmy się tu większą sensacją, niż gdy weszliśmy.
- Moglibyśmy to wykorzystać.- nie dawałam za wygraną.- Hej, ty masz urlop, a jesteśmy prawnym małżeństwem. Chyba mamy prawo czasem pokazać innym nasze szczęście i narazić się na ciekawsze plotki. Raczej para całująca się na środku kafejki nie przeżywa kryzysu, co nie?
- Rose. Nie.
- Dymitr niekiedy naprawdę mam cię dość. Zostaw tą swoją maskę strażnika na służbę. Teraz ze swoją żoną spędzasz mile popołudnie. Miałeś starać się wyluzować. Wgrać w naszą grupę. Czasem zabawić. Przecież nie można żyć samą służbą.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
poniedziałek, 11 kwietnia 2016
ROZDZIAŁ 107
Drzwi powoli się otwierały. Postanowiliśmy zrobić uroczyste wejście, ze względu na Lilianę. Nie mogłam się doczekać jej miny, gdy zobaczy na tronie naszego niedzielnego gościa.
Wkroczyliśmy dumnie, z gracją do pomieszczenia. Jednak choć bardzo się starałam, nie umiałam powstrzymać uśmiechu. Nagle mała zatrzymała się. A że trzymała Dymitra, on też przystanął. Jej mina była bez cenna. Popatrzyła na królową, a następnie na nas, jakby myślała, że to żart.
Jak wchodziliśmy, Lissa była spięta,ale gdy tylko nas zobaczyła rozluźniła się. W komnacie byli również młodzi Ozera i Dragomirówna. Moja przyjaciółka zeszła z tronu i przytuliła na przywitanie każdego z nas. Biedny Dymitr zmieszany, nie wiedział co robić.
- Naprawdę ty jesteś królową?- Lili ochłonęła z szoku, na tyle by w końcu się odezwać.
- Tak.- potwierdziła morojka.- Oto ja.
Przywitałam się z Jill, która od razu zabrała moją siostrę. Mała nie mogła być przy rozmowie, a księżniczka ją pokochała. Nasza pozostała czwórka przeszła do pokoju obok. Zajęliśmy miejsca na sofie.
- Mogłabym powiedzieć to Dymitrowi,- zaczęła Lissa.- ale on pewnie by cię nie powiadomił, a jakbyś się dowiedziała, byłabyś zła na niego i na mnie. Więc postanowiłam powiedzieć to wam obojgu. Mamy problem. W Rosji podniósł się poziom działalności strzyg. Potrzebujemy dobrych strażników. Ty Rose nie możesz jechać, ale strażnik Bielikow mógłby się tam przydać. Nawet jako dowódca. Podróż na pięć dni do Nowosybirska.- z ukochanym wymieniliśmy spojrzenia. Nowosybirsk. Czemu ono? Rosja zajmuje pół świata, ale nie. Ze wszystkich miast musi być akurat to.- Tak, wiem że nie lubicie tego miasta, ale to nie zależne od nas. Co wy na to?- spytała patrząc na mnie z obawą.
Dymitr chciał już się odezwać, ale mu przerwałam.
- Myślę, że ja mam najmniej do gadania. To nasz obowiązek. Nie podoba mi się to, ale zgadzam się.
Mój mąż tylko pokiwał głową.
- Dobrze. Przyda im się wsparcie. Wyjazd jest w czwartek o wschodzie słońca. Do tego czasu masz wolne.- zwróciła się do Bielikowa. Dzisiaj wtorek. Mamy dla siebie jeszcze dwa dni. No i dzisiaj.
Chwilę zastanawiałam się nad tą akcją i wpadłam ma genialny pomysł.
- Lissa, pamiętasz jak ci opowiadałam o moim wyjeździe z Bai?- morojka przytaknęła.- Pomogła mi grupa Denisa. Myślę, że oni i inni niezaprzysiężeni mogliby wam pomóc. Do ich gromad wystarczy dać jakiegoś nawet nowicjusza, żeby ich poprowadził i będzie więcej wojowników. Są dobrzy w walce, ale nie mają przemyślanej strategii ataków. A na tych akcjach czegoś się dowiedzą i będą zabijać więcej strzyg, tracąc mniej ludzi.
Teraz królowa się zamyśliła.
- To nie jest głupie.- przyznała.- Przekażę to strażnikowi Croft. Jak usłyszy, że to twój pomysł na pewno się zgodzi. Zawsze cię cenił. No od czasu akcji w magazynie.
Zdziwiło mnie to. To prawda byłam użyteczna, ale to ze względu na więź. Nie sądziłam, że docenił moje umiejętności. No cóż, lepiej nie oceniać po pozorach.
Chwilę jeszcze porozmawialiśmy. Ja z przyjaciółką. Dymitr z Christianem. Ostatnio zbliżyli się do siebie. W między czasie przyszła Jill z Lilianą. Mała miała mnóstwo pytań do młodej królowej. To było dość śmieszne. Po jakimś czasie Lissa musiała wracać do obowiązków, a moja siostra zgłodniała. Mój mąż chciał wracać do domu, ale jak powiedziałam mu o zakupach, uznał że w kawiarence też jest dobre jedzenie. Poszliśmy do naszej ulubionej. Przed przeprowadzką często tu przychodziliśmy na desery lodowe. Oprócz ciast i gorących napojów, podawano tu również obiady. Zamówiliśmy sobie coś do jedzenia i zajęliśmy miejsca przy oknie. Było późne popołudnie, więc w kawiarni siedziało kilkoro dzieciaków po lekcjach. Lili poznała kilka i usiadła z nimi przy innym stoliku. Bardzo szybko zaaklimatyzowała się w ich grupie. Siedzieliśmy patrząc na nią.
- Pamiętam jak wparowali tu strażnicy i oskarżyli cię o zabicie królowej.- odezwał się po dłuższej chwili mój ukochany. Słyszałam ból w jego głosie.
- A ty mnie broniłeś, mimo że wcześniej powiedziałeś, żebym zaczęła życie bez ciebie. Teraz wiem, że puki chodzisz po tym świecie, takie nie istnieje.- złapał mnie za dłoń i zaczął ją głaskać.
- Ja też nie mógł bym bez ciebie żyć. Nie wiem jak mogłem wtedy się z tobą kłócić. Powinienem rzucić się na ciebie i pocałować gdy tylko przekroczyłaś ten próg. To w twoje ramię płakać po odmienieniu i nie wypuścić cię więcej z obcięć.
- Mogłeś zmienić przeszłość. Wiedziałeś, że tak będzie.
- Roza. Po tamtym śnie myślałem sobie: "Nie! Po odmienieniu pobiegnę do mojej Rozy. Uściskam ją, powiem jak bardzo kocham." Ale co innego przypuszczać co się zrobi, a co innego znaleźć się w określonej sytuacji. To mnie przerosło. Wtedy zwątpiłem w prawdziwość tego snu. Uznałem za coś wymyślonego, co spełniło się, bo w to uwierzyłem. Poczułem się jak kretyn. Bo jak można wybaczyć, a tym bardziej kochać takiego potwora. Mogłem wszystko zmienić, ale było za późno. Zostało mi odrzucać cię. Nie dlatego, że tak miało być. Czułem, że jeśli pozwolę sobie na miłość, będziesz tego żałować. Wszystkie błędy, które popełniłem przez ostatni rok względem ciebie, są stokroć większe, niż te z reszty mego życia. Ale nie da się cofnąć czasu. Trzeba żyć dalej, biorąc odpowiedzialność za nieprawidłowe decyzje. Ale każda strata przynosi zysk. Mój jest bardzo duży.
Rozpływałam się pod wpływem jego czekoladowych oczu. Tego jak na mnie patrzył. W jednym jego spojrzeniu było więcej miłości, niż doświadczyłam przez całe swoje życie. Uśmiechałam się do niego jak głupia do sera. Przy tym sama czułam się jak serek topiony. Trafił w mój czuły punkt i chyba doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Wie o mnie wszystko. Kocham go.
Wkroczyliśmy dumnie, z gracją do pomieszczenia. Jednak choć bardzo się starałam, nie umiałam powstrzymać uśmiechu. Nagle mała zatrzymała się. A że trzymała Dymitra, on też przystanął. Jej mina była bez cenna. Popatrzyła na królową, a następnie na nas, jakby myślała, że to żart.
Jak wchodziliśmy, Lissa była spięta,ale gdy tylko nas zobaczyła rozluźniła się. W komnacie byli również młodzi Ozera i Dragomirówna. Moja przyjaciółka zeszła z tronu i przytuliła na przywitanie każdego z nas. Biedny Dymitr zmieszany, nie wiedział co robić.
- Naprawdę ty jesteś królową?- Lili ochłonęła z szoku, na tyle by w końcu się odezwać.
- Tak.- potwierdziła morojka.- Oto ja.
Przywitałam się z Jill, która od razu zabrała moją siostrę. Mała nie mogła być przy rozmowie, a księżniczka ją pokochała. Nasza pozostała czwórka przeszła do pokoju obok. Zajęliśmy miejsca na sofie.
- Mogłabym powiedzieć to Dymitrowi,- zaczęła Lissa.- ale on pewnie by cię nie powiadomił, a jakbyś się dowiedziała, byłabyś zła na niego i na mnie. Więc postanowiłam powiedzieć to wam obojgu. Mamy problem. W Rosji podniósł się poziom działalności strzyg. Potrzebujemy dobrych strażników. Ty Rose nie możesz jechać, ale strażnik Bielikow mógłby się tam przydać. Nawet jako dowódca. Podróż na pięć dni do Nowosybirska.- z ukochanym wymieniliśmy spojrzenia. Nowosybirsk. Czemu ono? Rosja zajmuje pół świata, ale nie. Ze wszystkich miast musi być akurat to.- Tak, wiem że nie lubicie tego miasta, ale to nie zależne od nas. Co wy na to?- spytała patrząc na mnie z obawą.
Dymitr chciał już się odezwać, ale mu przerwałam.
- Myślę, że ja mam najmniej do gadania. To nasz obowiązek. Nie podoba mi się to, ale zgadzam się.
Mój mąż tylko pokiwał głową.
- Dobrze. Przyda im się wsparcie. Wyjazd jest w czwartek o wschodzie słońca. Do tego czasu masz wolne.- zwróciła się do Bielikowa. Dzisiaj wtorek. Mamy dla siebie jeszcze dwa dni. No i dzisiaj.
Chwilę zastanawiałam się nad tą akcją i wpadłam ma genialny pomysł.
- Lissa, pamiętasz jak ci opowiadałam o moim wyjeździe z Bai?- morojka przytaknęła.- Pomogła mi grupa Denisa. Myślę, że oni i inni niezaprzysiężeni mogliby wam pomóc. Do ich gromad wystarczy dać jakiegoś nawet nowicjusza, żeby ich poprowadził i będzie więcej wojowników. Są dobrzy w walce, ale nie mają przemyślanej strategii ataków. A na tych akcjach czegoś się dowiedzą i będą zabijać więcej strzyg, tracąc mniej ludzi.
Teraz królowa się zamyśliła.
- To nie jest głupie.- przyznała.- Przekażę to strażnikowi Croft. Jak usłyszy, że to twój pomysł na pewno się zgodzi. Zawsze cię cenił. No od czasu akcji w magazynie.
Zdziwiło mnie to. To prawda byłam użyteczna, ale to ze względu na więź. Nie sądziłam, że docenił moje umiejętności. No cóż, lepiej nie oceniać po pozorach.
Chwilę jeszcze porozmawialiśmy. Ja z przyjaciółką. Dymitr z Christianem. Ostatnio zbliżyli się do siebie. W między czasie przyszła Jill z Lilianą. Mała miała mnóstwo pytań do młodej królowej. To było dość śmieszne. Po jakimś czasie Lissa musiała wracać do obowiązków, a moja siostra zgłodniała. Mój mąż chciał wracać do domu, ale jak powiedziałam mu o zakupach, uznał że w kawiarence też jest dobre jedzenie. Poszliśmy do naszej ulubionej. Przed przeprowadzką często tu przychodziliśmy na desery lodowe. Oprócz ciast i gorących napojów, podawano tu również obiady. Zamówiliśmy sobie coś do jedzenia i zajęliśmy miejsca przy oknie. Było późne popołudnie, więc w kawiarni siedziało kilkoro dzieciaków po lekcjach. Lili poznała kilka i usiadła z nimi przy innym stoliku. Bardzo szybko zaaklimatyzowała się w ich grupie. Siedzieliśmy patrząc na nią.
- Pamiętam jak wparowali tu strażnicy i oskarżyli cię o zabicie królowej.- odezwał się po dłuższej chwili mój ukochany. Słyszałam ból w jego głosie.
- A ty mnie broniłeś, mimo że wcześniej powiedziałeś, żebym zaczęła życie bez ciebie. Teraz wiem, że puki chodzisz po tym świecie, takie nie istnieje.- złapał mnie za dłoń i zaczął ją głaskać.
- Ja też nie mógł bym bez ciebie żyć. Nie wiem jak mogłem wtedy się z tobą kłócić. Powinienem rzucić się na ciebie i pocałować gdy tylko przekroczyłaś ten próg. To w twoje ramię płakać po odmienieniu i nie wypuścić cię więcej z obcięć.
- Mogłeś zmienić przeszłość. Wiedziałeś, że tak będzie.
- Roza. Po tamtym śnie myślałem sobie: "Nie! Po odmienieniu pobiegnę do mojej Rozy. Uściskam ją, powiem jak bardzo kocham." Ale co innego przypuszczać co się zrobi, a co innego znaleźć się w określonej sytuacji. To mnie przerosło. Wtedy zwątpiłem w prawdziwość tego snu. Uznałem za coś wymyślonego, co spełniło się, bo w to uwierzyłem. Poczułem się jak kretyn. Bo jak można wybaczyć, a tym bardziej kochać takiego potwora. Mogłem wszystko zmienić, ale było za późno. Zostało mi odrzucać cię. Nie dlatego, że tak miało być. Czułem, że jeśli pozwolę sobie na miłość, będziesz tego żałować. Wszystkie błędy, które popełniłem przez ostatni rok względem ciebie, są stokroć większe, niż te z reszty mego życia. Ale nie da się cofnąć czasu. Trzeba żyć dalej, biorąc odpowiedzialność za nieprawidłowe decyzje. Ale każda strata przynosi zysk. Mój jest bardzo duży.
Rozpływałam się pod wpływem jego czekoladowych oczu. Tego jak na mnie patrzył. W jednym jego spojrzeniu było więcej miłości, niż doświadczyłam przez całe swoje życie. Uśmiechałam się do niego jak głupia do sera. Przy tym sama czułam się jak serek topiony. Trafił w mój czuły punkt i chyba doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Wie o mnie wszystko. Kocham go.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
niedziela, 10 kwietnia 2016
ROZDZIAŁ 106
- A właśnie, gdzie mała?- przypomniałem sobie.
- Jill zabrała ją, żeby się uspokoiła.-odpowiedziała- Trochę ją wystraszyłeś, ale uważa cie za wzór, więc szybko ci wybaczy.
- Tak jak ty?- spytałem, patrząc jej głęboko w oczy.
- I po raz kolejny ten sam błąd. NIE MAM CZEGO CI WYBACZAĆ. Jasne? Stanąłeś w mojej obronie. To nie było złe, ale szlachetne. Nie jeden szeryf byłby z ciebie dumny. Jesteś godny swojego prochowca.-uśmiechnęła się.
Wzruszyła mnie jej mała przemowa. Ona jest wspaniała. Nawet żart potrafi wykorzystać do nauki. Byłaby dobrą mentorką. Postanowiłem nie być gorszy.
- Dziękuję Roza. Za to, że otworzyłaś mi moje ślepe oczy, na piękno tego świata. Na swoje piękno. Kocham Cię.- pocałowałem ją namiętnie.
Leżeliśmy tak jeszcze chwilę, a potem się ubraliśmy, co nie było proste, jako że nie mogliśmy się od siebie oderwać. Na korytarzu na nowo przybrałem maskę strażnika. Wiem, że Rose tego nie lubi, ale nie umiem tak jak ona odnosić się jawnie ze swoimi uczuciami. Poprowadziła mnie do pokoju na następnym piętrze. W środku księżniczka siedziała na podłodze, a za nią, na łóżku stała Lili i bawiła się w stylistkę fryzur.
- Może coś prostszego.- zaproponowała moja żona z uśmiechem.- Bo ciocia Jill nie rozplącze tego.
Jej siostra uśmiechnęła się na nasz widok, ale na mnie popatrzyła trochę niepewnie. Trochę mnie to zabolało. Nie przyznał bym się, ale mała jest dla mnie ważna. Chcę być dla niej jak ojciec. A jeśli Roza nie ma racji? Może mi nie wybaczy? Musiałem bardzo ją wystraszyć. Ukochana szturchnęła lekko moje ramię i wzrokiem nakazałam podejść do łóżka. Zawahał się. Przewróciła oczami i powtórzyła nakaz ostrzej. Dalej nie byłem pewny, ale wykonałem polecenie. Poszła za mną. Przysiadłem na materacu i patrzył na Lili wyczekująco. Bałem się. Mała chwilę się przyglądała, aż.... padła mi w ramiona, tak jak kej siostra wcześnie. Odwzajemniłem uścisk. Odzyskałem dwie najważniejsze dla mnie kobiety. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo potrzebna była mi jej reakcja. Wypuściłem powietrze, które trzymałem cały czas w płucach. Odprężyłem się.
- Nie boję się ciebie.- wyszeptała mi na ucho.- Obroniłeś Rose przed tym nie dobrym morojem. To bardzo bohaterskie.- odsunęła się ode mnie.- Jak dorosnę, będę taka odważna, silna i dobra jak Dymitr.- Oświadczyła donośnie, a ja poczułem łzy w oczach. Ale nie pozwoliłem im popłynąć.
- Na pewno.- moja żona usiadła z drugiej strony dziewczynki i popatrzyła na mnie. Na pewno zauważyła, że mam zaszklone oczy. Nie ważne. Przy niej nie udawałem, mogę być sobą.- Mnie taką stworzył. A po za tym, to u nas rodzinne.
- To prawda Roza. Kocham cię za to. Kocham was obie.- objąłem ramieniem i ukochaną i mała i przyciągnąłem bliżej siebie. Roza zrobiła to samo. Tak wyglądał nasz rodzinny uścisk. Tak wygląda rodzina o jakiej zawsze marzyłem.
ROSE
Do sali tronowej doszliśmy po pięciu minutach. Po drodze nie obyło się bez kiwnięć innych strażników. Na dłuższą metę trochę to denerwowało. Podziwiam męża, że zna wszystkich, których mijaliśmy. I nikt nie dopytywał się o mój brzuch. Nawet na niego nie spojrzeli. No przynajmniej dampiry. Morojki nie stroniły od komentarzy w swoich grupkach. Od jutra już zacznie się plotowanie. Ale nie obchodzi mnie to. Niech myślą co chcą. Na początku mieliśmy ukrywać mój stan, lecz zrezygnowałam z tego. Jestem szczęśliwa, więc czemu mam ukrywać powód swojego zadowolenia? Tak jestem w ciąży. Ale heca! W sumie chętnie posłucham co wymyślą te paniusie, które nie mają nic lepszego do roboty, niż wchodzić z butami do czyjegoś życia.
- Od jutra będziesz tematem Dworu.- szepnął mi na ucho ukochany, gdy mój okrągły brzuch przykuł uwagę kolejnej arystokratki. Chyba nawet ją kojarzę. W sumie to nie ważne.- "Strażniczka królowej zdradziła swojego świeżo upieczonego męża? A może to zapłodnienia planowe? Czy pierwsza para dampirów w związku przeżywa kryzys? Kto będzie ojcem dziecka?"
Zaśmiałam się, czym zwróciłam na nas jeszcze większą uwagę.
- Co powiesz towarzyszu, na to, żebyśmy ich jeszcze bardziej sprowokowali, wyrażając publicznie naszą miłość. Miły dotyk, jakiś niewinny pocałunek?
- Nie sądzę kochanie.- lekko się zawahał.
- No tak. Twoja żołnierska dyscyplina ci nie pozwala.
- Nie o to chodzi Roza. Tylko obawiam się, że nie zdołam zaprzestać na pocałunku.- ściszył głos, a mnie przeszedł przyjemny dreszcz.
- Zawsze możemy dokończyć to w domu.- dalej szeptałam.
Minął nas kolejny strażnik. Oczywiście Dymitr jego też znał.
-Czy jest tu ktoś, kto was nie zna?- spytała Lili. Mała teraz nie mogła oderwać się od Bielikowa.
- Wątpię.- odpowiedziałam.- Nasza historia obrosła w legendę.
- Opowiecie mi ją?- popatrzyła na mnie z nadzieją.
- Może jak będziesz trochę starsza.- oświadczyłam.
- Jestem już duża.- oburzyła się.- Za rok i pięć miesięcy będę miała dziesięć lat.
Aha! Za pół roku ma dziewiąte urodziny.
- Opowiemy ci.- ukochany popatrzył na mnie znacząco, a potem dodał mi na ucho.- W przystosowanej dla niej wersji.
- Dobrze.-zgodziłam się, ku uczesze dziewczynki.
Stanęliśmy przed drzwiami do sali tronowej.
- Gotowa poznać królową?- spytałam siostrę.
- Szczerze? Nie.
- Wszystko będzie dobrze.
Mała odetchnęła głęboko. Dałam znać, żeby otworzyli drzwi Jako strażnicy królowej, mamy prawo wchodzić bez żadnego zaproszenia, czy czekania. W każdej chwili i do każdego miejsca. Choć wolę ominąć niektóre, zwłaszcza gdy w środku są tylko Liss i Christian. Wystarczyło mi oglądanie ich w akcji w akademii. I tego było za dużo.
Jednak mimo wszystko, brakuje mi naszej więzi. Jeszcze kilka miesięcy temu mogłam być pewna, że nic jej nie grozi lub dowiedzieć się o tym pierwsza. Wiem, że powinnam polegać, jak reszta strażników, na swoich umiejętnościach. Tego miałam się nauczyć podczas zajęć polowych. Ale i tak brakuje mi tej pewności. Co jeśli Robert podstawi kogoś od siebie z zaczarowanym srebrem. Wszyscy będą widzieli królową, a prawdziwa Lissa zostanie uwięziona, albo gorzej, rzucona na żer strzyg. Nie wybaczyłabym sobie tego. A gdybym miała więź jako pierwsza i chyba jedyna mogłabym się o tym dowiedzieć. Ciągle nie mogę przyzwyczaić się do jej braku, ale co poradzić? Trzeba żyć dalej.
- Jill zabrała ją, żeby się uspokoiła.-odpowiedziała- Trochę ją wystraszyłeś, ale uważa cie za wzór, więc szybko ci wybaczy.
- Tak jak ty?- spytałem, patrząc jej głęboko w oczy.
- I po raz kolejny ten sam błąd. NIE MAM CZEGO CI WYBACZAĆ. Jasne? Stanąłeś w mojej obronie. To nie było złe, ale szlachetne. Nie jeden szeryf byłby z ciebie dumny. Jesteś godny swojego prochowca.-uśmiechnęła się.
Wzruszyła mnie jej mała przemowa. Ona jest wspaniała. Nawet żart potrafi wykorzystać do nauki. Byłaby dobrą mentorką. Postanowiłem nie być gorszy.
- Dziękuję Roza. Za to, że otworzyłaś mi moje ślepe oczy, na piękno tego świata. Na swoje piękno. Kocham Cię.- pocałowałem ją namiętnie.
Leżeliśmy tak jeszcze chwilę, a potem się ubraliśmy, co nie było proste, jako że nie mogliśmy się od siebie oderwać. Na korytarzu na nowo przybrałem maskę strażnika. Wiem, że Rose tego nie lubi, ale nie umiem tak jak ona odnosić się jawnie ze swoimi uczuciami. Poprowadziła mnie do pokoju na następnym piętrze. W środku księżniczka siedziała na podłodze, a za nią, na łóżku stała Lili i bawiła się w stylistkę fryzur.
- Może coś prostszego.- zaproponowała moja żona z uśmiechem.- Bo ciocia Jill nie rozplącze tego.
Jej siostra uśmiechnęła się na nasz widok, ale na mnie popatrzyła trochę niepewnie. Trochę mnie to zabolało. Nie przyznał bym się, ale mała jest dla mnie ważna. Chcę być dla niej jak ojciec. A jeśli Roza nie ma racji? Może mi nie wybaczy? Musiałem bardzo ją wystraszyć. Ukochana szturchnęła lekko moje ramię i wzrokiem nakazałam podejść do łóżka. Zawahał się. Przewróciła oczami i powtórzyła nakaz ostrzej. Dalej nie byłem pewny, ale wykonałem polecenie. Poszła za mną. Przysiadłem na materacu i patrzył na Lili wyczekująco. Bałem się. Mała chwilę się przyglądała, aż.... padła mi w ramiona, tak jak kej siostra wcześnie. Odwzajemniłem uścisk. Odzyskałem dwie najważniejsze dla mnie kobiety. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo potrzebna była mi jej reakcja. Wypuściłem powietrze, które trzymałem cały czas w płucach. Odprężyłem się.
- Nie boję się ciebie.- wyszeptała mi na ucho.- Obroniłeś Rose przed tym nie dobrym morojem. To bardzo bohaterskie.- odsunęła się ode mnie.- Jak dorosnę, będę taka odważna, silna i dobra jak Dymitr.- Oświadczyła donośnie, a ja poczułem łzy w oczach. Ale nie pozwoliłem im popłynąć.
- Na pewno.- moja żona usiadła z drugiej strony dziewczynki i popatrzyła na mnie. Na pewno zauważyła, że mam zaszklone oczy. Nie ważne. Przy niej nie udawałem, mogę być sobą.- Mnie taką stworzył. A po za tym, to u nas rodzinne.
- To prawda Roza. Kocham cię za to. Kocham was obie.- objąłem ramieniem i ukochaną i mała i przyciągnąłem bliżej siebie. Roza zrobiła to samo. Tak wyglądał nasz rodzinny uścisk. Tak wygląda rodzina o jakiej zawsze marzyłem.
ROSE
Do sali tronowej doszliśmy po pięciu minutach. Po drodze nie obyło się bez kiwnięć innych strażników. Na dłuższą metę trochę to denerwowało. Podziwiam męża, że zna wszystkich, których mijaliśmy. I nikt nie dopytywał się o mój brzuch. Nawet na niego nie spojrzeli. No przynajmniej dampiry. Morojki nie stroniły od komentarzy w swoich grupkach. Od jutra już zacznie się plotowanie. Ale nie obchodzi mnie to. Niech myślą co chcą. Na początku mieliśmy ukrywać mój stan, lecz zrezygnowałam z tego. Jestem szczęśliwa, więc czemu mam ukrywać powód swojego zadowolenia? Tak jestem w ciąży. Ale heca! W sumie chętnie posłucham co wymyślą te paniusie, które nie mają nic lepszego do roboty, niż wchodzić z butami do czyjegoś życia.
- Od jutra będziesz tematem Dworu.- szepnął mi na ucho ukochany, gdy mój okrągły brzuch przykuł uwagę kolejnej arystokratki. Chyba nawet ją kojarzę. W sumie to nie ważne.- "Strażniczka królowej zdradziła swojego świeżo upieczonego męża? A może to zapłodnienia planowe? Czy pierwsza para dampirów w związku przeżywa kryzys? Kto będzie ojcem dziecka?"
Zaśmiałam się, czym zwróciłam na nas jeszcze większą uwagę.
- Co powiesz towarzyszu, na to, żebyśmy ich jeszcze bardziej sprowokowali, wyrażając publicznie naszą miłość. Miły dotyk, jakiś niewinny pocałunek?
- Nie sądzę kochanie.- lekko się zawahał.
- No tak. Twoja żołnierska dyscyplina ci nie pozwala.
- Nie o to chodzi Roza. Tylko obawiam się, że nie zdołam zaprzestać na pocałunku.- ściszył głos, a mnie przeszedł przyjemny dreszcz.
- Zawsze możemy dokończyć to w domu.- dalej szeptałam.
Minął nas kolejny strażnik. Oczywiście Dymitr jego też znał.
-Czy jest tu ktoś, kto was nie zna?- spytała Lili. Mała teraz nie mogła oderwać się od Bielikowa.
- Wątpię.- odpowiedziałam.- Nasza historia obrosła w legendę.
- Opowiecie mi ją?- popatrzyła na mnie z nadzieją.
- Może jak będziesz trochę starsza.- oświadczyłam.
- Jestem już duża.- oburzyła się.- Za rok i pięć miesięcy będę miała dziesięć lat.
Aha! Za pół roku ma dziewiąte urodziny.
- Opowiemy ci.- ukochany popatrzył na mnie znacząco, a potem dodał mi na ucho.- W przystosowanej dla niej wersji.
- Dobrze.-zgodziłam się, ku uczesze dziewczynki.
Stanęliśmy przed drzwiami do sali tronowej.
- Gotowa poznać królową?- spytałam siostrę.
- Szczerze? Nie.
- Wszystko będzie dobrze.
Mała odetchnęła głęboko. Dałam znać, żeby otworzyli drzwi Jako strażnicy królowej, mamy prawo wchodzić bez żadnego zaproszenia, czy czekania. W każdej chwili i do każdego miejsca. Choć wolę ominąć niektóre, zwłaszcza gdy w środku są tylko Liss i Christian. Wystarczyło mi oglądanie ich w akcji w akademii. I tego było za dużo.
Jednak mimo wszystko, brakuje mi naszej więzi. Jeszcze kilka miesięcy temu mogłam być pewna, że nic jej nie grozi lub dowiedzieć się o tym pierwsza. Wiem, że powinnam polegać, jak reszta strażników, na swoich umiejętnościach. Tego miałam się nauczyć podczas zajęć polowych. Ale i tak brakuje mi tej pewności. Co jeśli Robert podstawi kogoś od siebie z zaczarowanym srebrem. Wszyscy będą widzieli królową, a prawdziwa Lissa zostanie uwięziona, albo gorzej, rzucona na żer strzyg. Nie wybaczyłabym sobie tego. A gdybym miała więź jako pierwsza i chyba jedyna mogłabym się o tym dowiedzieć. Ciągle nie mogę przyzwyczaić się do jej braku, ale co poradzić? Trzeba żyć dalej.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
sobota, 9 kwietnia 2016
ROZDZIAŁ 105
Mógłbym na palcach jednej ręki policzyć ile razy widziałem Rozę we łzach. Ale to i tak za dużo jak na nią w tak krótkim czasie.
Nim zdążyłem wykonać jakikolwiek ruch, ukochana rzuciła mi się w ramiona. Wciąż oszołomiony jej urodą, słabo kojarzyłem fakty. Ale moje dłonie objęły ja automatycznie, chcąc podświadomie obronić przed złem tego świata. Królo... Lissa wyszła, mówiąc że zostawi nas samych. Gdy zamknęła z hukiem drzwi oprzytomniałem. Odwzajemniłem uścisk, uwalniając się od wszystkich lęków. Głaskałem ją po aksamitnych, miękkich, pachnących włosach. Poczułem na policzku swoją łzę. I następną. Były spowodowane wielką ulgą. Jej jeden gest stopił cały mój strach. Kocha mnie i potrzebuje.
- Już dobrze. Jestem tu. Cichutko. Wszystko jest w porządku. Nie płacz Roza. Pamiętaj Różyczko, zawsze będę przy tobie i nikomu nie pozwolę cię obrażać. Jesteś wszystkim czego potrzebuję i będę o ciebie walczyć z każdym.-Podniosłem moją żonę i podszedłem do łóżka pod oknem. Usiadłem na nim, a Rozę posadziłem sobie na kolanach. Dziewczyna uspokoiła się trochę i usiadła na mnie w rozkroku. Patrzyła mi głęboko w oczy. Czułem jak przegląda moją duszę. Ma takie piękne, brązowe oczy. Jedyne które mogą mnie przejrzeć.
- To dobrze, że tak mało płaczesz.-powiedziała i wytarła palcami łzy z moich policzków.- A zazwyczaj robisz to ze szczęścia, albo ulgi. Ale proszę, nie wątp więcej w moją miłość.
- Już nigdy Roza nie zwątpię. Ja tiebia liubliu.
- Ja tiebia toże liubliu.
Pocałowałem ją w czoło. Tak bardzo się bałem. Chciałem odejść i zostawić to wszystko. Całą moją miłość. Co ci strzeliło do tej pustej łepetyny? I niby gdzie byś się podział. Nigdzie nie ma dla ciebie miejsca, tylko w jej ramionach. Dom jest tam, gdzie serce. Swoje serce całkowicie oddałem Rozie. Ona jest moim życiem. Mógłbym mieszkać w największym, najbogatszym pałacu, ale nie dorównałby żadnej najmniejszej chatce w lesie z moją Rozą. Nawet jeśli byśmy mieli ledwo wiązać koniec z końcem. Ona zawsze sprawia, że świat się śmieje. Ale nie wiem czy ona byłaby szczęśliwa, mieszkając w środku lasu. Nudziła by się. Chociaż, znalazłbym jej zajęcie.
Uśmiechnąłem się na tę myśl. Dopiero teraz poczułem, że dotykają mnie jej wargi. A ja, znów podświadomie, odwzajemniłem pocałunek. Odsunęła się i patrzyła na mnie przenikliwie, gdy wciąż się uśmiechałem.
- Co cię tak cieszy, towarzyszu?- spytała.
- Nasza miłość.- odpowiedziałem. Jej spojrzenie podpowiadało mi, że czeka na rozwinięcie tej myśli. Podzieliłem się z nią swoimi przemyśleniami.
- Znalazłbyś mi zajęcie.- uśmiechnęła się kusząco, wkładając mi ręce pod koszulkę. Poczułem ciepłą falę rozchodzącą się po moim ciele. Zadrżałem z przyjemności. Jej uśmiech jeszcze bardziej się poszerzył. Jest taka piękna, kiedy się uśmiecha. Zbliżyłem usta do jej ust. Po długiej chwili pocałowałem ją. Zniecierpliwiona wbiła się mocno w moje wargi. Zaskoczony nie miałem jak się bronić przed upadkiem. Nawet nie chciałem. Polecieliśmy na łóżko. Szybko się obróciłem tak, że Roza wylądowała pode mną. Jeszcze szybciej pozbyłem się jej bluzki i pomogłem jej ściągnąć swoją, tak by mogła dotknąć mojego ciała. Patrzyłem z zachwytem na jej piękne, pół nagie ciało. Czarny stanik i ciemne włosy kontrastowały ze śniadą cerą. Nadawało to jej iście nieziemskiego wyglądu. Mimo, że widziałem ją miliony razy, wciąż zachwyca mnie jej uroda. Iwaszkow nie umiał by jej docenić. Nie wie, jak to jest czuć, że zaraz można stracić najukochańszą osobę na świecie.
Chyba za długo się jej przyglądałem, bo Roza niecierpliwie przyciągnęła mnie do siebie. Nasze usta na nowo się spotkały. Żarliwy pocałunek sprawił, że zapomniałem o wszystkim. Nic się nie liczyło poza nią. Nie wiem czy jest świadoma tego, jak bardzo na mnie działa. Wpół świadomie gładziłem ją po plecach, chłonąc przyjemność z dotyku jej skóry. Jej bliskości. Ale przeszkadzał mi jej stanik, jednak nie długo. Po chwili oboje byliśmy już bez ubrań. Całowałem całe jej ciało. Każdy centymetr. Ledwo dochodziły do mnie jej jęki. Sam ciągle powtarzałem jej imię. Mojej Rozy. Kiedy doszliśmy, nasz wspólny jęk rozkoszy uciszyliśmy pocałunkiem. Leżeliśmy wtuleni napawając się naszą bliskością.
- Dymitr?- zagadnęła moja ukochana. MOJA! Jak to cudownie brzmi.
- Tak skarbie?
- Co zrobiłeś z Adrianem?-popatrzyła mi w oczy. Była smutna, ale nie wiem czy z powodu tego, co powiedział Iwaszkow, czy martwi się o niego.
- Już nigdy cię nie obrazi.- powiedziałem. Wystraszyła się.-Spokojnie! Żyje. Nie będę zabijać każdego, kto cię urazi, na to nie licz.- uśmiechnęła się.- Po prostu dałem mu do zrozumienia, że nie życzę sobie, aby ktokolwiek ubliżał mojej Rozie. I trochę go nastraszyłem.
- Zgaduję, że brałeś przykład ze staruszka.- roześmiała się, a ja podziękowałem Bogu, że mogę codziennie słuchać jej słodkiego głosu.
- Nie. Na polowaniu nie doszło do rękoczynów. Myślę, że nie byłoby nawet źle, gdyby twoja matka nie zaczęła tematu akademii.- skrzywiłem się na wspomnienie tego spotkania.- Twój ojciec nie był zbyt zadowolony, że zakochałem się w tobie, będąc nauczycielem. W sumie twoja mama też. W końcu złamałem zasady. I możesz mówić co chcesz, ale po tym wyjeździe wiem, że Janine jest bardzo kochająca matką. Przez całe spotkanie nawet nie nawiązała do służby. Chodziło jej tylko o Twoje dobro.
- Nie wierzę.- powiedziała pospiesznie.
- Mówię serio.
- Ona taka nie jest.- bardziej chciała przekonać siebie niż mnie.
- Nie chcę się z Tobą kłócić. Ja tylko mówię jakie są moje odczucia. I bardzo nie chcę, ale chyba muszę się zbierać. Od pół godziny powinienem być na służbie.- zacząłem się podnosić, ale zatrzymała mnie Roza, kładąc się na mnie.
- O nie towarzyszu. Jeszcze musisz trochę się ze mną pomęczyć. A poza tym dostałeś zakaz od królowej pełnienia obowiązków strażnika w dniu dzisiejszym.
- Z powodu Adriana?!- zdziwiłem się.
- Nie głuptasie.- dotknęła palcem wskazującym, mojego nosa.- Ma dla nas ważną informację. Po to wezwała nas z Lilianą.
Nim zdążyłem wykonać jakikolwiek ruch, ukochana rzuciła mi się w ramiona. Wciąż oszołomiony jej urodą, słabo kojarzyłem fakty. Ale moje dłonie objęły ja automatycznie, chcąc podświadomie obronić przed złem tego świata. Królo... Lissa wyszła, mówiąc że zostawi nas samych. Gdy zamknęła z hukiem drzwi oprzytomniałem. Odwzajemniłem uścisk, uwalniając się od wszystkich lęków. Głaskałem ją po aksamitnych, miękkich, pachnących włosach. Poczułem na policzku swoją łzę. I następną. Były spowodowane wielką ulgą. Jej jeden gest stopił cały mój strach. Kocha mnie i potrzebuje.
- Już dobrze. Jestem tu. Cichutko. Wszystko jest w porządku. Nie płacz Roza. Pamiętaj Różyczko, zawsze będę przy tobie i nikomu nie pozwolę cię obrażać. Jesteś wszystkim czego potrzebuję i będę o ciebie walczyć z każdym.-Podniosłem moją żonę i podszedłem do łóżka pod oknem. Usiadłem na nim, a Rozę posadziłem sobie na kolanach. Dziewczyna uspokoiła się trochę i usiadła na mnie w rozkroku. Patrzyła mi głęboko w oczy. Czułem jak przegląda moją duszę. Ma takie piękne, brązowe oczy. Jedyne które mogą mnie przejrzeć.
- To dobrze, że tak mało płaczesz.-powiedziała i wytarła palcami łzy z moich policzków.- A zazwyczaj robisz to ze szczęścia, albo ulgi. Ale proszę, nie wątp więcej w moją miłość.
- Już nigdy Roza nie zwątpię. Ja tiebia liubliu.
- Ja tiebia toże liubliu.
Pocałowałem ją w czoło. Tak bardzo się bałem. Chciałem odejść i zostawić to wszystko. Całą moją miłość. Co ci strzeliło do tej pustej łepetyny? I niby gdzie byś się podział. Nigdzie nie ma dla ciebie miejsca, tylko w jej ramionach. Dom jest tam, gdzie serce. Swoje serce całkowicie oddałem Rozie. Ona jest moim życiem. Mógłbym mieszkać w największym, najbogatszym pałacu, ale nie dorównałby żadnej najmniejszej chatce w lesie z moją Rozą. Nawet jeśli byśmy mieli ledwo wiązać koniec z końcem. Ona zawsze sprawia, że świat się śmieje. Ale nie wiem czy ona byłaby szczęśliwa, mieszkając w środku lasu. Nudziła by się. Chociaż, znalazłbym jej zajęcie.
Uśmiechnąłem się na tę myśl. Dopiero teraz poczułem, że dotykają mnie jej wargi. A ja, znów podświadomie, odwzajemniłem pocałunek. Odsunęła się i patrzyła na mnie przenikliwie, gdy wciąż się uśmiechałem.
- Co cię tak cieszy, towarzyszu?- spytała.
- Nasza miłość.- odpowiedziałem. Jej spojrzenie podpowiadało mi, że czeka na rozwinięcie tej myśli. Podzieliłem się z nią swoimi przemyśleniami.
- Znalazłbyś mi zajęcie.- uśmiechnęła się kusząco, wkładając mi ręce pod koszulkę. Poczułem ciepłą falę rozchodzącą się po moim ciele. Zadrżałem z przyjemności. Jej uśmiech jeszcze bardziej się poszerzył. Jest taka piękna, kiedy się uśmiecha. Zbliżyłem usta do jej ust. Po długiej chwili pocałowałem ją. Zniecierpliwiona wbiła się mocno w moje wargi. Zaskoczony nie miałem jak się bronić przed upadkiem. Nawet nie chciałem. Polecieliśmy na łóżko. Szybko się obróciłem tak, że Roza wylądowała pode mną. Jeszcze szybciej pozbyłem się jej bluzki i pomogłem jej ściągnąć swoją, tak by mogła dotknąć mojego ciała. Patrzyłem z zachwytem na jej piękne, pół nagie ciało. Czarny stanik i ciemne włosy kontrastowały ze śniadą cerą. Nadawało to jej iście nieziemskiego wyglądu. Mimo, że widziałem ją miliony razy, wciąż zachwyca mnie jej uroda. Iwaszkow nie umiał by jej docenić. Nie wie, jak to jest czuć, że zaraz można stracić najukochańszą osobę na świecie.
Chyba za długo się jej przyglądałem, bo Roza niecierpliwie przyciągnęła mnie do siebie. Nasze usta na nowo się spotkały. Żarliwy pocałunek sprawił, że zapomniałem o wszystkim. Nic się nie liczyło poza nią. Nie wiem czy jest świadoma tego, jak bardzo na mnie działa. Wpół świadomie gładziłem ją po plecach, chłonąc przyjemność z dotyku jej skóry. Jej bliskości. Ale przeszkadzał mi jej stanik, jednak nie długo. Po chwili oboje byliśmy już bez ubrań. Całowałem całe jej ciało. Każdy centymetr. Ledwo dochodziły do mnie jej jęki. Sam ciągle powtarzałem jej imię. Mojej Rozy. Kiedy doszliśmy, nasz wspólny jęk rozkoszy uciszyliśmy pocałunkiem. Leżeliśmy wtuleni napawając się naszą bliskością.
- Dymitr?- zagadnęła moja ukochana. MOJA! Jak to cudownie brzmi.
- Tak skarbie?
- Co zrobiłeś z Adrianem?-popatrzyła mi w oczy. Była smutna, ale nie wiem czy z powodu tego, co powiedział Iwaszkow, czy martwi się o niego.
- Już nigdy cię nie obrazi.- powiedziałem. Wystraszyła się.-Spokojnie! Żyje. Nie będę zabijać każdego, kto cię urazi, na to nie licz.- uśmiechnęła się.- Po prostu dałem mu do zrozumienia, że nie życzę sobie, aby ktokolwiek ubliżał mojej Rozie. I trochę go nastraszyłem.
- Zgaduję, że brałeś przykład ze staruszka.- roześmiała się, a ja podziękowałem Bogu, że mogę codziennie słuchać jej słodkiego głosu.
- Nie. Na polowaniu nie doszło do rękoczynów. Myślę, że nie byłoby nawet źle, gdyby twoja matka nie zaczęła tematu akademii.- skrzywiłem się na wspomnienie tego spotkania.- Twój ojciec nie był zbyt zadowolony, że zakochałem się w tobie, będąc nauczycielem. W sumie twoja mama też. W końcu złamałem zasady. I możesz mówić co chcesz, ale po tym wyjeździe wiem, że Janine jest bardzo kochająca matką. Przez całe spotkanie nawet nie nawiązała do służby. Chodziło jej tylko o Twoje dobro.
- Nie wierzę.- powiedziała pospiesznie.
- Mówię serio.
- Ona taka nie jest.- bardziej chciała przekonać siebie niż mnie.
- Nie chcę się z Tobą kłócić. Ja tylko mówię jakie są moje odczucia. I bardzo nie chcę, ale chyba muszę się zbierać. Od pół godziny powinienem być na służbie.- zacząłem się podnosić, ale zatrzymała mnie Roza, kładąc się na mnie.
- O nie towarzyszu. Jeszcze musisz trochę się ze mną pomęczyć. A poza tym dostałeś zakaz od królowej pełnienia obowiązków strażnika w dniu dzisiejszym.
- Z powodu Adriana?!- zdziwiłem się.
- Nie głuptasie.- dotknęła palcem wskazującym, mojego nosa.- Ma dla nas ważną informację. Po to wezwała nas z Lilianą.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
piątek, 8 kwietnia 2016
ROZDZIAŁ 104
DYMITR
Nie chciałem go tak mocno uderzyć, ale obraził moją Rozę. Nikomu nie wolno tego robić. Nawet morojowi ze szlacheckiego rodu. Podszedłem do tego śmiecia i podniosłem go za koszulkę, tak by spojrzeć mu w oczy.
- Posłuchaj gnoju.- wycedziłem przez zaciśnięte zęby, przypierając go do ściany budynku.- Nigdy nie wolno obrażać ci Rose, jasne. Kpij sobie ze mnie, mojego pochodzenia, czego chcesz, ale nigdy, przenigdy nie powiesz złego słowa o niej. Bo to tylko pokazuje ile masz szacunku do niej. A ja nie pozwolę nikomu na ubliżanie MOJEJ żonie.- specjalnie zaznaczyłem przedostatnie słowo.
- Przestałem ją szanować, gdy wpakowała ci się do łóżka, będąc ZE MNĄ. I gdybyś nie był taki szlachetny i pomocny, była by MOJĄ żoną.
- Ale nie jest. A jeśli jeszcze raz ją obrazisz, zadbam żeby już żadna dziwka nie dała ci swojej krwi. Będziesz się ukrywał, bo nikt nie będzie chciał patrzeć na twoją wstrętną buźkę. I żadna operacja ci już jej nie naprawi. Zdechniesz gdzieś w ciemnej alejce z pragnienia. Nikt nawet nie zatęskni.
- Grozisz siostrzeńcowi poprzedniej królowej?- spojrzał mi hardo w oczy. Czy on jest na tyle głupi, że myśli, że się wystraszę?
- Posłuchaj!- coraz bardziej traciłem cierpliwość.- Mam gdzieś twoje pochodzenie i waszą gównianą politykę. Tu chodzi o ciebie i o mnie. Umiałem dla bezpieczeństwa Rose zabić przyjaciółkę, więc myślisz, że jak łatwo będzie mi pozbyć się takiego śmiecia, jak ty? Nie obchodzi mnie co mi możesz zrobić, bo mam takie kontakty, że nikt nie dowiedziałby się kto cię zabił.
- Tak, najłatwiej chować się za kołnierzem ojca żony. I jak to jest sypać z dziwką?
Teraz przegiął. Nie puszczając go, poszedłem w las. Zatrzymałem się dopiero nad jeziorem. Wrzuciłem go do wody i nie oglądając się, ruszyłem z powrotem na Dwór. Za plecami słyszałem kaszlenie i groźby. Jednak jednej nie mogłem zignorować.
- Jak możesz patrzeć w lustro strzygo? Chcesz chronić Rose, to chroń ją przed sobą.
Błyskawicznie znalazłem się przy nim. Złapałem go za mokre ubranie.
- Nie obchodzi mnie, co o mnie myślisz. Masz tylko trzymać się z dala od nas. Nie chcę Cię więcej widzieć na oczy. Masz coś jeszcze do mnie?
- Ostatnie pytanie. Jak to jest wiedzieć, że twoja "ukochana" urodzi nie twoje dziecko, bo ty nie możesz jej go dać?- cwany uśmieszek nie schodził mu z tej ohydnej gęby.
Przeciągnął strunę. Wziąłem zamach pięścią, a na jej torze znalazł się jego nos. Puściłem go i kopnąłem. Po twarzy spływała mu krew. Podniosłem go za zakrwawioną koszulę i przyparłem do najbliższego drzewa. Patrzył mi hardo w oczy, choć w jego był strach.
- Posłuchaj sukinsynu. Mam swoje własne kontakty. I nie boję się ciebie. Nikt nie będzie ubliżać mojej żonie, nawet jeśli pochodzi z królewskiego rodu. Mogę jednym ruchem złamać ci kark, ale nie zrobię tego ponieważ Rozie by się to nie spodobało. I tylko to cię chroni. Teraz zrobimy tak. Wrócimy na Dwór, nikt nie dowie się o naszej rozmowie. Powiesz, że się upiłeś potknąłeś i wpadłeś do wody. I nic więcej nie pamiętasz jasne?- pokiwał szybko głową. Teraz nie miał zamiaru ukrywać strachu.- Pamiętaj, jeśli wypowiesz mi sprawę w sądzie, raz nikt nie uwierzy pijakowi, z taką opinią, za to każdy poświadczy za prawość i dobroć strażnika takiego jak ja. Dwa, po przegranej rozprawie, znajdę cię, choćbyś ukrył się na Biegunie Północnym i obiecuję ci, że już nigdy nie wbijesz tych swoich brudnych kieł w żadną żyłę. Nie napijesz się żadnego więcej kieliszka koniaku i nigdy nie zobaczysz żadnej dziwki.
Nie zwracając na niego uwagi, ruszyłem w stronę Dworu. Nie był na tyle głupi, żeby zostać. Byłby łatwym celem dla strzyg. Doszliśmy na skraj lasu.
- Zmieniłem zdanie. Jutro, na trzeźwo masz przyjść i przeprosić Rozę. A potem znikasz z naszego życia raz na zawsze. A i jeszcze coś. Ja będę ojcem tego dziecka.
Adrian patrzył na mnie jak na szaleńca. Zamachnąłem się ręką i już go nie było. Uciekał gdzie pieprz rośnie. Po kilku minutach również wróciłem na Dwór. Po drodze wygładziłem ubranie i poprawiłem kucyk. Wszedłem przez drzwi pałacu. Po kilku minutach dotarłem pod salę tronową. Jednak zanim otworzyłem drzwi zatrzymał mnie przechodzący strażnik.
- Królowej tutaj nie ma. Ze strażniczką Hathaway-Bielikow i tą dziewczynką siedzą w pokoju na górnym piętrze. Piąte wejście na lewo.
- Dziękuję strażniku Linars.- kiwnąłem głową. Dampir wyraźnie ucieszył fakt, że wiem kim jest.
Pokierowałem się wskazówkami. Strażniczka Hathaway-Bielikow. Jak to pięknie brzmi. Ale czy takie piękne jest. Trochę mnie poniosło. A jeśli nadal mam coś ze strzygi? Tego potwora, którym byłem. Jeśli naprawdę powinienem chronić ją przed sobą samym? Może teraz boi się mnie. Chce uciec. Zawahałem się przed wejściem. A może lepiej oszczędzić jej bólu i odejść? Tak będzie lepiej. Już odsuwałem się od drzwi, kiedy usłyszałem w głowie głos Rozy.
" Nie lepiej, tylko łatwiej." Przecież obiecałem sobie dość prostych rozwiązań. Dymitr, ogarnij się. Ona cię uratowała. Wybaczyła wszystko. Kochała. Nie wiesz czy dalej cię kocha, ale jak odejdziesz, nigdy się w e dowiesz, a możesz stracić swój najcenniejszy skarb przez jeden głupi wybór. Wahałem się. Uczyłem wszystkich, żeby nigdy się nie wahali przed zaatakowaniem potworów, a sam waham się przed wejściem do ukochanej. Kiepski ze mnie nauczyciel, skoro próbuję innych nauczyć czegoś, czego sam nie stosuję. A zwłaszcza jak uczę kogoś, kto widzi we mnie autorytet. Jak uczyłem Rozę. Bielikow co jest? Właź tam, bo nigdy nie dowiesz się czy jest warto żyć dalej. Nacisnąłem klamkę, a to co tam zobaczyłem złamało mi serce. Roza. Moja kochana Roza płakała przytulna do królo... Lissy.(Nigdy chyba się nie przestawię.) Płacze. Ona rzadko kiedy płacze. Na pewno z mojego powodu. Teraz wie za kogo wyszła za mąż. Boi się mnie. Wiedziałem. Poczułem pieczenie pod powiekami, ale nie mogłem płakać. Chciałem wyjść, ale musiałem jeszcze zobaczyć jej twarz i brązowe oczy. Powiedziałem jedno słowo.
-Roza.
Od razu się odwróciła. Nawet jak płakała była taka piękna. Ale płakała.
Nie chciałem go tak mocno uderzyć, ale obraził moją Rozę. Nikomu nie wolno tego robić. Nawet morojowi ze szlacheckiego rodu. Podszedłem do tego śmiecia i podniosłem go za koszulkę, tak by spojrzeć mu w oczy.
- Posłuchaj gnoju.- wycedziłem przez zaciśnięte zęby, przypierając go do ściany budynku.- Nigdy nie wolno obrażać ci Rose, jasne. Kpij sobie ze mnie, mojego pochodzenia, czego chcesz, ale nigdy, przenigdy nie powiesz złego słowa o niej. Bo to tylko pokazuje ile masz szacunku do niej. A ja nie pozwolę nikomu na ubliżanie MOJEJ żonie.- specjalnie zaznaczyłem przedostatnie słowo.
- Przestałem ją szanować, gdy wpakowała ci się do łóżka, będąc ZE MNĄ. I gdybyś nie był taki szlachetny i pomocny, była by MOJĄ żoną.
- Ale nie jest. A jeśli jeszcze raz ją obrazisz, zadbam żeby już żadna dziwka nie dała ci swojej krwi. Będziesz się ukrywał, bo nikt nie będzie chciał patrzeć na twoją wstrętną buźkę. I żadna operacja ci już jej nie naprawi. Zdechniesz gdzieś w ciemnej alejce z pragnienia. Nikt nawet nie zatęskni.
- Grozisz siostrzeńcowi poprzedniej królowej?- spojrzał mi hardo w oczy. Czy on jest na tyle głupi, że myśli, że się wystraszę?
- Posłuchaj!- coraz bardziej traciłem cierpliwość.- Mam gdzieś twoje pochodzenie i waszą gównianą politykę. Tu chodzi o ciebie i o mnie. Umiałem dla bezpieczeństwa Rose zabić przyjaciółkę, więc myślisz, że jak łatwo będzie mi pozbyć się takiego śmiecia, jak ty? Nie obchodzi mnie co mi możesz zrobić, bo mam takie kontakty, że nikt nie dowiedziałby się kto cię zabił.
- Tak, najłatwiej chować się za kołnierzem ojca żony. I jak to jest sypać z dziwką?
Teraz przegiął. Nie puszczając go, poszedłem w las. Zatrzymałem się dopiero nad jeziorem. Wrzuciłem go do wody i nie oglądając się, ruszyłem z powrotem na Dwór. Za plecami słyszałem kaszlenie i groźby. Jednak jednej nie mogłem zignorować.
- Jak możesz patrzeć w lustro strzygo? Chcesz chronić Rose, to chroń ją przed sobą.
Błyskawicznie znalazłem się przy nim. Złapałem go za mokre ubranie.
- Nie obchodzi mnie, co o mnie myślisz. Masz tylko trzymać się z dala od nas. Nie chcę Cię więcej widzieć na oczy. Masz coś jeszcze do mnie?
- Ostatnie pytanie. Jak to jest wiedzieć, że twoja "ukochana" urodzi nie twoje dziecko, bo ty nie możesz jej go dać?- cwany uśmieszek nie schodził mu z tej ohydnej gęby.
Przeciągnął strunę. Wziąłem zamach pięścią, a na jej torze znalazł się jego nos. Puściłem go i kopnąłem. Po twarzy spływała mu krew. Podniosłem go za zakrwawioną koszulę i przyparłem do najbliższego drzewa. Patrzył mi hardo w oczy, choć w jego był strach.
- Posłuchaj sukinsynu. Mam swoje własne kontakty. I nie boję się ciebie. Nikt nie będzie ubliżać mojej żonie, nawet jeśli pochodzi z królewskiego rodu. Mogę jednym ruchem złamać ci kark, ale nie zrobię tego ponieważ Rozie by się to nie spodobało. I tylko to cię chroni. Teraz zrobimy tak. Wrócimy na Dwór, nikt nie dowie się o naszej rozmowie. Powiesz, że się upiłeś potknąłeś i wpadłeś do wody. I nic więcej nie pamiętasz jasne?- pokiwał szybko głową. Teraz nie miał zamiaru ukrywać strachu.- Pamiętaj, jeśli wypowiesz mi sprawę w sądzie, raz nikt nie uwierzy pijakowi, z taką opinią, za to każdy poświadczy za prawość i dobroć strażnika takiego jak ja. Dwa, po przegranej rozprawie, znajdę cię, choćbyś ukrył się na Biegunie Północnym i obiecuję ci, że już nigdy nie wbijesz tych swoich brudnych kieł w żadną żyłę. Nie napijesz się żadnego więcej kieliszka koniaku i nigdy nie zobaczysz żadnej dziwki.
Nie zwracając na niego uwagi, ruszyłem w stronę Dworu. Nie był na tyle głupi, żeby zostać. Byłby łatwym celem dla strzyg. Doszliśmy na skraj lasu.
- Zmieniłem zdanie. Jutro, na trzeźwo masz przyjść i przeprosić Rozę. A potem znikasz z naszego życia raz na zawsze. A i jeszcze coś. Ja będę ojcem tego dziecka.
Adrian patrzył na mnie jak na szaleńca. Zamachnąłem się ręką i już go nie było. Uciekał gdzie pieprz rośnie. Po kilku minutach również wróciłem na Dwór. Po drodze wygładziłem ubranie i poprawiłem kucyk. Wszedłem przez drzwi pałacu. Po kilku minutach dotarłem pod salę tronową. Jednak zanim otworzyłem drzwi zatrzymał mnie przechodzący strażnik.
- Królowej tutaj nie ma. Ze strażniczką Hathaway-Bielikow i tą dziewczynką siedzą w pokoju na górnym piętrze. Piąte wejście na lewo.
- Dziękuję strażniku Linars.- kiwnąłem głową. Dampir wyraźnie ucieszył fakt, że wiem kim jest.
Pokierowałem się wskazówkami. Strażniczka Hathaway-Bielikow. Jak to pięknie brzmi. Ale czy takie piękne jest. Trochę mnie poniosło. A jeśli nadal mam coś ze strzygi? Tego potwora, którym byłem. Jeśli naprawdę powinienem chronić ją przed sobą samym? Może teraz boi się mnie. Chce uciec. Zawahałem się przed wejściem. A może lepiej oszczędzić jej bólu i odejść? Tak będzie lepiej. Już odsuwałem się od drzwi, kiedy usłyszałem w głowie głos Rozy.
" Nie lepiej, tylko łatwiej." Przecież obiecałem sobie dość prostych rozwiązań. Dymitr, ogarnij się. Ona cię uratowała. Wybaczyła wszystko. Kochała. Nie wiesz czy dalej cię kocha, ale jak odejdziesz, nigdy się w e dowiesz, a możesz stracić swój najcenniejszy skarb przez jeden głupi wybór. Wahałem się. Uczyłem wszystkich, żeby nigdy się nie wahali przed zaatakowaniem potworów, a sam waham się przed wejściem do ukochanej. Kiepski ze mnie nauczyciel, skoro próbuję innych nauczyć czegoś, czego sam nie stosuję. A zwłaszcza jak uczę kogoś, kto widzi we mnie autorytet. Jak uczyłem Rozę. Bielikow co jest? Właź tam, bo nigdy nie dowiesz się czy jest warto żyć dalej. Nacisnąłem klamkę, a to co tam zobaczyłem złamało mi serce. Roza. Moja kochana Roza płakała przytulna do królo... Lissy.(Nigdy chyba się nie przestawię.) Płacze. Ona rzadko kiedy płacze. Na pewno z mojego powodu. Teraz wie za kogo wyszła za mąż. Boi się mnie. Wiedziałem. Poczułem pieczenie pod powiekami, ale nie mogłem płakać. Chciałem wyjść, ale musiałem jeszcze zobaczyć jej twarz i brązowe oczy. Powiedziałem jedno słowo.
-Roza.
Od razu się odwróciła. Nawet jak płakała była taka piękna. Ale płakała.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
ROZDZIAŁ 103
Echem... Mam kilka ogłoszeń
Po pierwsze: Tak wiem, wczoraj nie było rozdziału. Ale spokojnie, dzisiaj będzie jeszcze jeden.
Po drugie: Bardzo dziękuję Anicie za jakże długi i motywujący komentarz. Dobrze wiedzieć, że są ludzie którzy dostrzegają i doceniają moją ciężką pracę. Więc jeśli czyta to ktoś oprócz Mańki, Oli i Anity, proszę napiszcie komentarz.
I ostatnia sprawa: Ale wy jesteście ślepi. Czemu nikt mi nie powiedział, że w poprzednim rozdziale nasza kochana Rose się nie ubrała? (Już poprawione). No to nie przedłużając życzę miłej lektury.
____________________________________________
- A jaka jest ta królowa?- spytała Lili, gdy byłyśmy już na korytarzu.
- Pokocha cię jak własną siostrę.- odpowiedziałam z uśmiechem. A raczej już pokochała.
-Czy wszyscy mo..moro..moroje- dukała.- są tak dobre?- spytała jeszcze nie wiedząc jak to odmienić.
- Niestety nie. Ale zadbam o to, żebyś tych wrednych nie poznała.
Już na schodach było czuć zapach zapiekanych owoców. Z salonu do jadalni prowadziły oszklone drzwi, na przeciwko stopni. Przez szkło widziałam Dymitra nakrywającego do stołu. Gdy nas usłyszał, odwrócił się gwałtownie. Patrzył na nas chwilę z zachwytem, a potem wrócił do poprzedniego zadania. Szybko przeszłyśmy przez pokój dzienny. Mój mąż przytrzymał nam drzwi. Weszliśmy do następnego pomieszczenia i odwróciłyśmy się do strażnika.
- Teraz mam dwie swoje królewny.- Cmoknął dziewczynkę w czoło, a mi słodko i czule musnął wargami usta. Pocałunek był krótki, ale pełny miłość.- Zapraszam do stołu.
Zajęłyśmy swoje miejsca i czekałyśmy. Mój ukochany poszedł do kuchni, a zaraz wrócił z naczyniem w dłoniach. Położył je na stole i zaczął nakładać nam na talerze jego zawartość. Po chwili wszyscy rozkoszowali się potrawą. Były to pieczone jajka z kiełbasą i szpinakiem. Na stole stały jeszcze miseczki z różnymi dodatkami, ziołami i jedna z sosem pomidorowym oraz dzbanek herbaty. Nalałam ją sobie i siostrze. Dymitra oczywiście miał swoją kawę, ale trochę się z nią męczył. Na urlopie próbowałam go od niej odzwyczaić i oczywiście z sukcesem. Rano przytrzymałam go w łóżku, a kiedy szliśmy na śniadanie, uznawał, że jest za późno na kofeinę, a poza tym, cytuję, sama jestem jak najlepsza kawa na świecie. Tak więc przez cztery miesiące te ohydztwo pił tylko, gdy nie budził się ze mną.
- Co towarzyszu? Nie podchodzi ci twoja ukochana dawka kofeiny?- spytałam z uśmiechem.
- Spokojnie, przyzwyczaiłem się raz, to przyzwyczaję się drugi.- odwzajemnił uśmiech.
- Nie dopuszczę do tego.- oświadczyłam.
- Zobaczymy.- uśmiechnął się cwanie, po czym wszyscy wybuchliśmy śmiechem.- A jak wam smakuje? Spełniłem twoje oczekiwania Roza?
- Bardzo dobre.- odpowiedziała moja siostra, pomiędzy kolejnymi porcjami. - Co to jest?
- Frittata z kiełbasą.- powiedział zwyczajnie, choć wiem, że w środku odczuwał dumę.
- Nie powiem towarzyszu. Postarałeś się. Pyszne.- uśmiechnęłam się do niego. Odpowiedział czułym uśmiechem.
Reszta śniadania upłynęła na rozmowach na temat Dworu.
Po posprzątaniu, ubraliśmy kurtki i wyszliśmy na dwór. Chciałam prowadzić, ale Dymitr dał mi wyraźnie do zrozumienia, że nie zmienił zdania na ten temat. No cóż, przynajmniej dostałam jeszcze kilka całusów. Gdy w końcu posadził mnie z tyłu, samochód ruszył. Nie siedziałam koło ukochanego, ponieważ tam była Lili. Trochę się denerwowała i chcieliśmy odciągnąć jej myśli od spotkania. Nieźle nam szło. Strażnik wymyślał zabawy, a ja ją zagadywałam. Nim się obejrzała byliśmy na miejscu. Przed bramą jak zwykle musieliśmy przejść kontrolę. W okno od strony Bielikowa zapukał Michaił.
- Hej Dymitr. Cześć Rose.- przywitał nas dampir. Wtedy zauważył małą.- A co to za śliczna panienka? Rose nie jesteś zazdrosna?
- Nie mam zbyt wiele do gadania.- stwierdziłam.- Mówiłam ci o moim nowym talencie? Okazało się, że jestem niezła w znajdywaniu przybranego rodzeństwa. Poznaj moją siostrę Lili.
- Miło mi cię poznać.- skłonił się delikatnie z uśmiechem.- Witamy na dworze.
- Dziękuję.- odpowiedziała.
Byliśmy strażnikami królewskiej pary, więc nie musieli nas aż tak sprawdzać. Michaił po prostu nas przepuścił. Dziewczynka była oczarowana przepychem siedziby królowej. Czarownice zakończyły już odbudowę. Wszystko wyglądało, jakby nic się tu nie wydarzyło. Ukochany zaparkował w garażu. Moja siostra rozglądała się dookoła. Nie mogła wydobyć głosu.
- Poczekaj aż zobaczysz salę tronową.- powiedziałam ze śmiechem.
Wyszliśmy na zewnątrz. Już mieliśmy wejść do pałacu gdy usłyszałam jego głos.
- Mała dampirzyco. Widzę, że postanowiłaś powiększyć rodzinę.- odwróciłam się na dźwięk kpiny u Adriana. Po sposobie jego chodzenia stwierdziłam, ze nie oszczędzał dzisiejszej nocy. Zatrzymał się nagle i popatrzył na mój brzuch.- No nie! Kto okazał się tym szczęśliwcem i zdradziłaś z nim tego Ruskiego kacapkę? I czemu nie przyszłaś do mnie?- rozłożył ręce, jakbym zaraz miała mu się rzucić w ramiona. W głowie szykowałam odpowiedzieć, ale poczułam jak Dymitr się spiął. Już ruszał do moroja, gdy zatrzymałam go i popatrzyłam znacząco na dziewczynkę. Zrozumiał i został, choć w środku pewnie cały się gotował.
- Nie mam ochoty z tobą rozmawiać Iwaszkow. Wróć jak wytrzeźwiejesz. Albo, jeśli bardzo ci zależy, to porozmawiaj z moim, jak to go nazwałeś "Ruskim kacapką". A my pójdziemy do królowej. Co ty na to, kochanie?- zwróciłam się do męża.
- Z wielką przyjemnością, Roza. Od razu wytrzeźwieje.- odpowiedział strażnik.
- Nic mi nie może zrobić. Jesteś bardzo materialna. Roza! Pff... Ja nie mówiłem słodko do ciebie i zostawiłaś mnie. A on tylko jedno słowo powie i już leżysz przy nim naga. Takie dziewczyny mam codziennie w innym klubie. Ale one na tym zyskują. O i Rose, zapomniałem ci powiedzieć, że masz dobrą krew.- uśmiechnął się złośliwie.
Szanowałam go i lubiłam. Wręcz kochałam. Nie jak Dymitra, ale też nie jak Masona. Coś pomiędzy.
Aż do tej chwili. Nazwał mnie dziwką sprzedająca krew. Zranił mnie głęboko.
Bielikow nie wytrzymał. Podszedł do niego i uderzył moroja z całej siły. Ten wylądował pięć metrów dalej. Lili schowała się za mną wystraszona. Zabrałam ją szybko do budynku. Spojrzałam na nią. W oczach miała strach. Rzuciła mi się w ramiona.
- Spokojnie, nie bój się.-głaskałam ją po włosach.- On nic mu nie zrobi. Jest zdenerwowany, ale ma swoje zasady. Spokojnie, wszystko będzie dobrze. Choć musisz ochłonąć.
Wzięłam ja na ręce i podeszłam do jednego ze strażników.
- Możesz wskazać mi jakiś wolny pokój i przekaż królowej, żeby przyszła do niego.
- Oczywiście, strażniczko Hathaway-Bielikow.-skłonił się i poprowadził nas korytarzem.
strażniczko Hathaway-Bielikow. Jak to pięknie brzmi.
Po pierwsze: Tak wiem, wczoraj nie było rozdziału. Ale spokojnie, dzisiaj będzie jeszcze jeden.
Po drugie: Bardzo dziękuję Anicie za jakże długi i motywujący komentarz. Dobrze wiedzieć, że są ludzie którzy dostrzegają i doceniają moją ciężką pracę. Więc jeśli czyta to ktoś oprócz Mańki, Oli i Anity, proszę napiszcie komentarz.
I ostatnia sprawa: Ale wy jesteście ślepi. Czemu nikt mi nie powiedział, że w poprzednim rozdziale nasza kochana Rose się nie ubrała? (Już poprawione). No to nie przedłużając życzę miłej lektury.
____________________________________________
- A jaka jest ta królowa?- spytała Lili, gdy byłyśmy już na korytarzu.
- Pokocha cię jak własną siostrę.- odpowiedziałam z uśmiechem. A raczej już pokochała.
-Czy wszyscy mo..moro..moroje- dukała.- są tak dobre?- spytała jeszcze nie wiedząc jak to odmienić.
- Niestety nie. Ale zadbam o to, żebyś tych wrednych nie poznała.
Już na schodach było czuć zapach zapiekanych owoców. Z salonu do jadalni prowadziły oszklone drzwi, na przeciwko stopni. Przez szkło widziałam Dymitra nakrywającego do stołu. Gdy nas usłyszał, odwrócił się gwałtownie. Patrzył na nas chwilę z zachwytem, a potem wrócił do poprzedniego zadania. Szybko przeszłyśmy przez pokój dzienny. Mój mąż przytrzymał nam drzwi. Weszliśmy do następnego pomieszczenia i odwróciłyśmy się do strażnika.
- Teraz mam dwie swoje królewny.- Cmoknął dziewczynkę w czoło, a mi słodko i czule musnął wargami usta. Pocałunek był krótki, ale pełny miłość.- Zapraszam do stołu.
Zajęłyśmy swoje miejsca i czekałyśmy. Mój ukochany poszedł do kuchni, a zaraz wrócił z naczyniem w dłoniach. Położył je na stole i zaczął nakładać nam na talerze jego zawartość. Po chwili wszyscy rozkoszowali się potrawą. Były to pieczone jajka z kiełbasą i szpinakiem. Na stole stały jeszcze miseczki z różnymi dodatkami, ziołami i jedna z sosem pomidorowym oraz dzbanek herbaty. Nalałam ją sobie i siostrze. Dymitra oczywiście miał swoją kawę, ale trochę się z nią męczył. Na urlopie próbowałam go od niej odzwyczaić i oczywiście z sukcesem. Rano przytrzymałam go w łóżku, a kiedy szliśmy na śniadanie, uznawał, że jest za późno na kofeinę, a poza tym, cytuję, sama jestem jak najlepsza kawa na świecie. Tak więc przez cztery miesiące te ohydztwo pił tylko, gdy nie budził się ze mną.
- Co towarzyszu? Nie podchodzi ci twoja ukochana dawka kofeiny?- spytałam z uśmiechem.
- Spokojnie, przyzwyczaiłem się raz, to przyzwyczaję się drugi.- odwzajemnił uśmiech.
- Nie dopuszczę do tego.- oświadczyłam.
- Zobaczymy.- uśmiechnął się cwanie, po czym wszyscy wybuchliśmy śmiechem.- A jak wam smakuje? Spełniłem twoje oczekiwania Roza?
- Bardzo dobre.- odpowiedziała moja siostra, pomiędzy kolejnymi porcjami. - Co to jest?
- Frittata z kiełbasą.- powiedział zwyczajnie, choć wiem, że w środku odczuwał dumę.
- Nie powiem towarzyszu. Postarałeś się. Pyszne.- uśmiechnęłam się do niego. Odpowiedział czułym uśmiechem.
Reszta śniadania upłynęła na rozmowach na temat Dworu.
Po posprzątaniu, ubraliśmy kurtki i wyszliśmy na dwór. Chciałam prowadzić, ale Dymitr dał mi wyraźnie do zrozumienia, że nie zmienił zdania na ten temat. No cóż, przynajmniej dostałam jeszcze kilka całusów. Gdy w końcu posadził mnie z tyłu, samochód ruszył. Nie siedziałam koło ukochanego, ponieważ tam była Lili. Trochę się denerwowała i chcieliśmy odciągnąć jej myśli od spotkania. Nieźle nam szło. Strażnik wymyślał zabawy, a ja ją zagadywałam. Nim się obejrzała byliśmy na miejscu. Przed bramą jak zwykle musieliśmy przejść kontrolę. W okno od strony Bielikowa zapukał Michaił.
- Hej Dymitr. Cześć Rose.- przywitał nas dampir. Wtedy zauważył małą.- A co to za śliczna panienka? Rose nie jesteś zazdrosna?
- Nie mam zbyt wiele do gadania.- stwierdziłam.- Mówiłam ci o moim nowym talencie? Okazało się, że jestem niezła w znajdywaniu przybranego rodzeństwa. Poznaj moją siostrę Lili.
- Miło mi cię poznać.- skłonił się delikatnie z uśmiechem.- Witamy na dworze.
- Dziękuję.- odpowiedziała.
Byliśmy strażnikami królewskiej pary, więc nie musieli nas aż tak sprawdzać. Michaił po prostu nas przepuścił. Dziewczynka była oczarowana przepychem siedziby królowej. Czarownice zakończyły już odbudowę. Wszystko wyglądało, jakby nic się tu nie wydarzyło. Ukochany zaparkował w garażu. Moja siostra rozglądała się dookoła. Nie mogła wydobyć głosu.
- Poczekaj aż zobaczysz salę tronową.- powiedziałam ze śmiechem.
Wyszliśmy na zewnątrz. Już mieliśmy wejść do pałacu gdy usłyszałam jego głos.
- Mała dampirzyco. Widzę, że postanowiłaś powiększyć rodzinę.- odwróciłam się na dźwięk kpiny u Adriana. Po sposobie jego chodzenia stwierdziłam, ze nie oszczędzał dzisiejszej nocy. Zatrzymał się nagle i popatrzył na mój brzuch.- No nie! Kto okazał się tym szczęśliwcem i zdradziłaś z nim tego Ruskiego kacapkę? I czemu nie przyszłaś do mnie?- rozłożył ręce, jakbym zaraz miała mu się rzucić w ramiona. W głowie szykowałam odpowiedzieć, ale poczułam jak Dymitr się spiął. Już ruszał do moroja, gdy zatrzymałam go i popatrzyłam znacząco na dziewczynkę. Zrozumiał i został, choć w środku pewnie cały się gotował.
- Nie mam ochoty z tobą rozmawiać Iwaszkow. Wróć jak wytrzeźwiejesz. Albo, jeśli bardzo ci zależy, to porozmawiaj z moim, jak to go nazwałeś "Ruskim kacapką". A my pójdziemy do królowej. Co ty na to, kochanie?- zwróciłam się do męża.
- Z wielką przyjemnością, Roza. Od razu wytrzeźwieje.- odpowiedział strażnik.
- Nic mi nie może zrobić. Jesteś bardzo materialna. Roza! Pff... Ja nie mówiłem słodko do ciebie i zostawiłaś mnie. A on tylko jedno słowo powie i już leżysz przy nim naga. Takie dziewczyny mam codziennie w innym klubie. Ale one na tym zyskują. O i Rose, zapomniałem ci powiedzieć, że masz dobrą krew.- uśmiechnął się złośliwie.
Szanowałam go i lubiłam. Wręcz kochałam. Nie jak Dymitra, ale też nie jak Masona. Coś pomiędzy.
Aż do tej chwili. Nazwał mnie dziwką sprzedająca krew. Zranił mnie głęboko.
Bielikow nie wytrzymał. Podszedł do niego i uderzył moroja z całej siły. Ten wylądował pięć metrów dalej. Lili schowała się za mną wystraszona. Zabrałam ją szybko do budynku. Spojrzałam na nią. W oczach miała strach. Rzuciła mi się w ramiona.
- Spokojnie, nie bój się.-głaskałam ją po włosach.- On nic mu nie zrobi. Jest zdenerwowany, ale ma swoje zasady. Spokojnie, wszystko będzie dobrze. Choć musisz ochłonąć.
Wzięłam ja na ręce i podeszłam do jednego ze strażników.
- Możesz wskazać mi jakiś wolny pokój i przekaż królowej, żeby przyszła do niego.
- Oczywiście, strażniczko Hathaway-Bielikow.-skłonił się i poprowadził nas korytarzem.
strażniczko Hathaway-Bielikow. Jak to pięknie brzmi.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
Subskrybuj:
Posty (Atom)