sobota, 12 sierpnia 2017

ROZDZIAŁ 104

Następnego dnia spakowaliśmy się i eieczorem ruszyliśmy w drogę. Zostaliśmy bardzo ciepło przez wszystkich pożegnani i zaproszeni ponownie. Mimo, że to najbliższa wioska Akademii, przed nami jakieś 4 godziny jazdy. I miałam nadzieję, że wydłużą się one w nieskończoność, jednak wbrew moim oczekiwaniom, minęły szybkiej niż oczekiwałam. Nawet nie zauważyłam, kiedy na horyzoncie pojawiła się brama główna szkoły. Odetchnęłam głęboko, gdy zatrzymaliśmy się na wysokości budki strażniczej. Kierował Dymitr, więc to on pierwszy został zauważony. Strażnik spiął się. Nic dziwnego, skoro według statystyk Bielikow wciąż jest strzygą. Musiałam szybko zainteresować.
- Hej Harry.- zawołałam z uśmiechem.- A ty co? Czekałeś na mnie? Jak wyjeżdżałam, też tu stałeś.
Zauważył mnie i zbladł, jakby zobaczył ducha. Też nic dziwnego.
- Rose?! To ty?! Ale jak?!- był w niezłym szoku.
Westchnęłam.
- To długa historia. Wpuscisz nas? Bardzo steskniliśmy się za dziećmi.
- J-jasne.
Wciąż w szoku otworzył bramę i bez przeszkód mogliśmy wjechać na teren szkoły.

DYMITR

Dzięki Rozie przejechaliśmy przez bramę bez większych problemów. Jednak z każdą minutą coraz bardziej się denerwowałem. Co jeśli dzieciaki już mnie nie kochają? Zapomniały o mnie? Roza mówi, że wciąż mnie wspominają, ale nie wiem. Boję się. I teraz rozumiem strach mojej ukochanej.
- Może rzeczywiście trzeba było zaczekać...- mruknąłe.
- O nie, Towarzyszu. Teraz się z tego nie wycofasz.- powiedziała stanowczo dampirzyca.- Wszystko będzie dobrze.- dodała, kładąc dłoń na moim udzie.
Popatrzyłem na nie i dostałem uśmiech pelen wsparcia i radości. Mimo swoich obaw, cieszyła się z tej chwili. Ja też postanowiłem się uśmiechnąć. To nasze dzieci. Co może złego się stać? W tym momencie zaparkowałem, jak mówiła Roza, pod naszym domem. Niepewnie odpuściłem samochód i z powystąpieniem spojrzałem na drzwi. W sumie można jeszcze zawrócić...
- Nawet o tym nie myśl.- strażniczka złapała mnie za rękę i pociągnęłam do wejścia.
Zatrzymaliśmy się przed drewnianą powłoką, a moją zona wcisnęła dzwonek, po czym popchnęła mnie do przodu. Po chwili drzwi się otworzyły. Stanęła w niej oniemiała kopia Rozy z szeroko otworzonymi oczami, ktore miała po mnie.
- Księżniczko...- to było jedyne co mogłem wydusić.
Tak bardzo wyrosła. Już nie jest małą sześcioletnią dziewczynką, ale za to wypiękniała. Miała na sobie sukienkę do kolan w kolorze indygo z czarnymi groszkami i fioletową falbanką przy dekolcie, rękawach i dolnym brzegu. Na tali miała pasek w tym samym odcieniu co cała kreacja, ze złotą klamrą na środku. Nie czekaliśmy długo aż obok niej stanął chłopiec.
-Tata?- otworzył szeroko oczyz niedowierzeniem.
On już był podobny do mnie z oczami mojej ukochanej. Z okazji urodzin założył żółtą koszulkę i jeansowe rurki. Oboje byli tacy piękni i równie zszokowani.
- Felix?- odpowiedziałem pytaniem.
- Tata.- Nastka rzuciła mi się w ramiona.
Przytuliłe ją mocno do piersi i odkręcił wokół siebie. Oboje zaczęliśmy cicho szlochać. Tak bardzo wyrosła, gdy mnie nie było.
- To ty... to naprawdę ty... po tylu latach.- łkała.
- Przepraszam Księżniczko. Nie płacz.- poprosiłem łamiącym się głosem 
- Kocham Cię. Tak bardzo tęskniłam.
Po chwili dołączył do nas brunet. Patrzyliśmy na siebie w milczeniu, uśmiechając się z łzami w oczach.
- Obiecałeś, że wrócisz i dotrzymałeś słowa.- Anastazja ucałowała mocno mój policzek.
- Ale wy wyrośliście. A ja tyle straciłem.
- To nie twoja wina.
- A ze mną to już nikt się nie przywita?- zwróciła na siebie uwagę Roza.
Czułem jak oboje znieruchomieli na dźwięk znajomego głosu.
- Mama!- znowu pierwszy zareagował Felix, rzucając się kobiecie na czuję.
Po chwili moja mała księżniczka wyplątała się z moich objąć i zaatakowała swoją rodzicielkę. Stałem, patrząc na to, a następnie dołączyłem do nich. Tak dobrze mieć ich w końcu w swoich ramionach. Wszystkich. Brakuje tylko jednej, małej dziewczynki.
- Widzisz. Twoje życzenie się spełniło.- zauważył cały zapłakany Felix.
- Ale jak... jak to możliwe?- zająknęła się jubilatka.
- Cii...- szepnęła Roza.- Wszystko w swoim czasie. A na razie chodźmy, bo czekają na nas.

piątek, 11 sierpnia 2017

ROZDZIAŁ 103

Nawet nie obejrzałam się, jak zaszło słońce i minął kolejny dzień. Już od trzech dni codzienne siedzę przy wciąż nieprzytomnym ukochanym, nawadniając go. Dużo też czasu spędzam na rozmowie z obiema parami. Weronika i Christian zaproponowali, żebyśmy przenieśli się do nich, bo mają jedną wolną sypialnię, na co przystałam. Poznałam też uroczą córeczkę Patrishi i Magnusa. Skarb. Ma urodę po ojcu, a włosy i kolor oczu po mamie. Jednak wciąż martwię się, co z Dymitrem. Leży nieprzytomny od tygodnia, a jutro już są urodziny bliźniaków. Nagle usłyszałam w swojej głowie głos.
- Budzi się.- powiedziała szczęśliwie Luna.
Bez słowa zerwałam się z kanapy i nie zwarzając na dziwne spojrzenia małżeństw, pognałam na górę. Wpadłam jak burza do tym czasowo naszej sypialni i usiadłam przy Dymitrze, łapiąc go za dłoń.
- Roza.- mruknął, wiercąc się.
Ścisnął mocniej powieki i zaczął je otwierać. W tej samej chwili światło zgasło, a jedyny blask dawała mała lampka na komodzie obok drzwi. Odwróciłam się i zobaczyłam w progu uśmiechnięte dziewczyny w ramionach swoich mężczyzn. Gdy wróciłam wzrokiem do mojego Rosjanina, zobaczyłam piękne, czekoladowe oczy, które tak kochałam. Patrzył na mnie zdezorientowany, ale dla mnie to nie miało znaczenia. Rzuciłam się mu w ramiona i mocno uścisnęłam. Był ciepły, tak jak dawniej. Obudził się. Jest tu ze mną, jako dampir. Teraz wszystko będzie dobrze. Na początku nie zareagował, po czym przycisnął mnie mocno do siebie, głaszcząc mnie po plecach i... zaczął płakać. Dokładnie słyszałam jego ciche szlochanie i powtarzające się ciągle w jego ustach moje rosyjskie imię, mówione łamiący się głosem. 
- Tak bardzo się bałem, że nam się nie uda. Ale udało.- powiedział, odsuwając się i patrząc mi w oczy, ścierał z moich policzków pojedyńcze łzy.- Tak bardzo Cię Kocham Roza.
- Ja ciebie też.- na nowo się w niego wtuliłam.
Bielikow położył się z powrotem, ciągnąć mnie na siebie. Głęboko zaciagałam się jego zapachem i rozkoszowałam tym, jak głaszcze moje plecy, "przypadkowo" zahaczając o włosy. Uśmiechnęłam się, myśląc jak bardzo je uwielbia. Ukratkiem spojrzałam na drzwi, ale one były już zamknięte.
- A gdzie my jesteśmy Roza?- spytał cichym, łagodnym głosem.
- Jesteśmy w małej wiosce, coś typu Bai, przy akademii świętego Władimira. Ich znacjorka również jest połączona z Moonersem i przez niego dowiedziała się od Luny, gdzie jesteśmy i co chcemy zrobić. Nie wiem skąd wiedziała, ale wezwała nam pomoc. Podobno twoje odmienienie zmiotło całe wzgórze, z jaskiniami, z powierzchni ziemi, a strzygi w promieniu kilometra padały martwe. Nikt nie widział niczego, co by mogło je zabić, ale są świadkowie, jak padały bez ducha w pół krok. Tu mieszka młode małżeństwo, Weronika i Christian. Są fajni i powinieneś ich poznać. Jest też tu kuzyna Weroniki, Patrishia, wraz ze swoim mężem, Magnusem i małą córeczką Kornelią.
Gadałam jak nakręcona, straszenie chaotycznie, ale co się dziwić. Byłam szczęśliwa z powodu odzyskania ukochanego. Za to on cierpliwie mnie słuchał, przytakując co jakiś czas głową i mrucząc na znak, że rozumie.
- A ile tu leżę.- spytał, gdy skończyłam.
- Byłeś nieprzytomny sześć dni.
Zaczął liczyć w pamięci.
- To jutro są urodziny bliźniaków.- zauważył.- Możemy im zrobić niespodziankę. To byłby najlepszy prezent.
- No nie wiem...- wahałam się.- To mógłby być dla nich szok. Może trochę poczekać...
- Roza, nie widziałem ich 12 lat, a Diany kompletnie nie znam. Nie chcę już dłużej czekać.- popatrzył na mnie z bólem.
Na raz poczułam się okropnie. To było samolubne z mojej strony. Chciałam na dłużej rozdzielić ojca od dzieci, z powodu własnego strachu. Tak. Boję się. Że mnie znienawidzą, za to co zrobiłam. Żyłam, a jednak nie odzywałam się. Dymitr to wiadomo, ale ja? Nie mam niczego na swoje usprawiedliwienie. Jednak nie chciałam niepokoić męża. Uśmiechnęłam się do niego.
- To musimy wyruszyć z samego rana.- przyglądał mi się chwilę, po czym przyciągnął mnie do siebie i pocałował.
- Nie martw się Roza. Wszystko będzie dobrze. One nas kochają i wybaczą ci to.
- Mam nadzieję.- mruknęłam wtulakąc się w niego. 
To takie dziwne. Jestem dorosłą kobietą, prawie 40 letnią, a jednak w jego ramionach czuję się znowu jak nastolatka, a wokół świat pełnym zagrożeń i zamknięta w najbezpieczniejszym schronie. Nagle podniosłam się i pociągnęłam go za sobą, żeby wstał z łóżka. Zdziwiony posłuszne poszedł za mną do walizki, a ja wyciągnęłam z niej jego kosmetyczkę, ręcznik i świeże ubrania, po czym zaprowadziłam do łazienki na korytarzu.
- Odśwież się trochę, a później zejdz na dół, bo pewnie jesteś głodny.- powiedziałam, po czym dałam mu słodkiego całusa i wyszłam.
Cała w skowronkach zeszłam na dół, gdzie reszta jadła ciasteczka z talerza.
- Zostawcie też coś dla nas.- powiedziałam.
Z uśmiechem podeszłam do nich, po czym, zabrałam Magnusowi ciastko prosto spod nosa i sama je ugryzłam. Gdy podążył na mną gniewnym wzrokiem opuściłam mu oczko. Po chwili uśmiechnął się.
- Cała azpromieniejesz.- uznał po chwili.- I to dosłownie.
Zapomniałam wspomnieć że włada on mocą ducha. Jest ich więcej, niż którykolwiek mógłby się spodziewać. Po chwili zszedł do nas mój ukochany. Przedstawiłam mu każdego, a tym czasem Weronika podała mu obiad. Później do wieczora gadaliśmy i się śmialiśmy z różnych historii, a ja z Rosjaninem ani na chwilę się nie oderwaliśmy od siebie. Jak weszłam mu na kolana, to już nie zeszłam, bo nawet jeśli próbowałam, Dymitr przytulał mnie do siebie jeszcze bliżej. Tak rozczuliliśmy tym dziewczyny, że również wcisnęły się na kolana mężów, czy tego chcieli, czy nie. Ale specjalnie nie narzekali. O dwudziestej drugiej poszliśmy do sypialni żeby w końcu zasnąć w swoich ramionach

czwartek, 10 sierpnia 2017

ROZDZIAŁ 102

- Czekaj, czekaj. Dymitr? A ty jesteś Rose.- zaczął się zastanawiać, a ja nie wiedziałam o co chodzi.- To albo wy, albo dziwny zbieg okoliczności.
- Ale o co chodzi?- dalej nic nie rozumiałam.
- Jak masz na nazwisko?- spytał z błyszczącymi oczami moroj.
- Hathaway-Bielikow.- powiedziałam, wciąż skołowana.
Nagle Patrishia wypuściła z rąk kubek, który na szczęście nie rozbił się na miekkim dywanie, ale cała jego zawartość wylała się na różowy materiał i jasne panele.
- To wy! Na prawdę wy! Legenda w świecie dampirów.- wyszeptał zafascynowany azjata.
- Strażnicy królewscy, którzy dla swojej miłości są w stanie zrobić wszystko.- powiedziała wciąż w szoku dampirzyca.- Ale co wy tu robicie?
- Pati, przecież Babka nam to tłumaczyła.- przypominał kobiecie mąż, podnosząc jej kubek.
- A no tak.- uderzyła się w otwartą dłonią w czoło.
Mężczyzna opuścił pokój.
- Babka?- spojrzałam pytająco na szatynkę. 
- Tak wszyscy mówią na nasza znachorkę. Jest z nas wszystkich najstarsza, wszystko wie i za pomocą ziół tworzy cuda.
- To dzięki niej tu jesteście.- dodał Magnus, wracając ze ścierką i wycierając plamy z herbaty.
- Roza.- wyszeptał Dymitr.
Ścisnął mnie mocniej za dłoń, którą nawet nie wiem kiedy go złapałam. Popatrzyłam na Rosjanina z nadzieją, jednak dalej miał zamknięte oczy.
- To może my was zostawimy. Żebyś nacieszyła się nim...- zaczęła Patrishia.
- Nie.- przerwałam jej.- Zostańcie. Mi to nie przeszkadza, a z nim póki co nie mam co liczyć na rozmowę.
- No dobrze.- zgodzili się.
- Powiedzcie mi coś więcej o życiu tutaj.- poprosiłam.- To dopiero trzecia wioska z dampirami, którzy nie są strażnikami, jaką odwiedziłam. A jedna to było obozowisko w środku lasu.
- No cóż. Życie tu nie jest łatwe, ale za to piękne.- zaczęła zielonooka.- Ja pracuję jako instruktorka karate i dorabiam pisząc książki, a Magnus zarabia na pokazach jako iluzjonista, a wieczorami jest wróżbitą.
- Może coś ci przepowiedzieć?- mruknął do mnie zmysłowym głosem, za co żona trzepnęła go w tył głowy.
- Nie dzięki.- skrzywiłam się.- Ostatnio gdy miałam przepowiadaną przyszłość, najpierw straciłam ukochanego na cztery miesiące, a później prawie mnie zabili. Wolę niespodzianki w życiu.
- Jak wolisz.- wzruszył ramionami.
Za to Patrishia patrzyła na mnie z szokiem.
- Ty to chyba nie masz najspokojniejszego życia. 
- Mogłoby być lepiej, ale to te wydarzenia kształtowały naszą miłość i to jacy teraz jesteśmy.
- Niesamowite. Mówisz tak mądrze, a jesteś od nas starsza o jakieś 12 lat. Ja też tak chcę.- jęknęła dampirzyca.
- Trochę życie mnie nauczyło.- nagle coś do mnie dotarło.- O nie. Stałam się jak Dymitr.
Nie wiem ile jeszcze tak rozmawialiśmy, gdy usłyszeliśmy dzwonek do drzwi. Magnus poszedł otworzyć, a po chwili wrócił.
- Przyszli nasi podróżowicze.- oznajmił z uśmiechem.
- Chodz!- szatynka złapała mnie za rękę, z wielkim uśmiechem.- Musisz ich poznać.
Razem zeszliśmy na dół. W salonie, na kanapie siedziała zapewne Weronika i jej mąż Christian. Kobieta również była szatynką o zielonych oczach, ale końcówki włosów miała różowe, a kolor tęczówek bardziej intensywny. Różniła się znacząco od Patrishi, ale można było dostrzeć kilka podobieństw. Oprócz włosów miały taką samą figurę i urodę. Nie umiem dokładnie powiedzieć, co było tak charakterystyczne, ale na pierwszy rzut oka dało się dostrzeć pokrewieństwo. Mężczyzna obok niej, w przeciwieństwie do swojej żony był jednak morojem. Miał ciemno miedziane włosy, a pod nimi szare oczy. Nie powiem, był przystojny. Mógłby konkurować z moim ukochanym, choć dla mnie mój Rosjanin będzie na pierwszym miejscu. Patrishia stała koło mnie i miałam wrażenie, że zaraz wybuchnie z podekscytowania.
- Rose, to właśnie moja kuzynka Weronika i jej mąż Christian. A to jest Rose Hathaway-Bielikow.
Dampirzyca aż otworzyła usta ze zdziwienia, podczas gdy szatynka niestrudzenie kontynuowała.
- Jest tu ze swoim mężem, Dymitrem Bielikowem, którego odmieniała ze strzygi. To długa historia. W skrócie, ona tu jest, a on leży nieprzytomny na gorze.
- Co? Jak?- zielonooka wyglądała na zdezorientowaną.
Prze resztę popołudnia opowiedziałam im w wielkim skrócie historię od mojej rzekomej śmierci, do odmienienia Dymitra. Jednak kazałam im przysiąc, że nigdy, nikomu o tym nie powiedzą. Później rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Świeżo upieczeni małżonkowie opowiadali o podróży poślubnej, a młodzi rodzice o zmianach w wiosce. Polubiłam całą czwórkę i czułam, że to początek dobrej przyjaźni.

środa, 9 sierpnia 2017

ROZDZIAŁ 101

Szliśmy wolno przez wioskę, witając się z każdym, kogo mijaliśmy. Choć chciałam jak najszybszej znaleźć się przy ukochanym, wiedziałam, że zdrowie nie pozwala staruszce na tak szybkie tempo, a ja nie chciałam jej popędzać.
- Wybacz mojemu mężowi, ale jest dość nie ufny względem obcych.- powiedziała ze skruchą.
- To nie pani wina.- uspokoiłam ją.
Resztę drogi opowiadała mi o życiu tutaj i dopytywała się, jak to jest być strażniczką królowej. Okazało się, że małżeństwa między dampirami były tutaj nawet przed dekretem zezwalającym na takie pary. Doszliśmy do ładnego, żółtego domu, z pięknym ogrodem. Staruszka zapukała do drzwi. Po chwili otworzyła je młoda kobieta. Miała lśniące włosy o barwie ciemnego blondu, a gdy uśmiechnęła się przyjaźnie, wokół jej zielonych oczu pojawiło się kilka zmarszczek. Była bardzo piękna i zmartwiłam się, że Dymitr został właśnie z nią. Jednak szybko uspokoiła mnie ręką na jej ramieniu i głową nowej osoby, wychylająca się zza drzwi. Był to młody mężczyzna o ciemnych włosach i dziwnych, kocich oczach, w których kolor żółty mieszkał się z zielonym. Widać, że jest Azjatą.
- Witajcie kochani.- uśmiechnęła się moja Towarzyszka i podeszła do pary.
- A dzień dobry Merry.- szatynka nachyliła się i ucałowała ją w policzek.
Mówiła z delikatnym akcentem, który wydawał mi się znajomy, ale nie umiałam przypomnieć sobie skąd. 
- Witaj.- mężczyzna powtórzył gest kobiety.
- A to jest Rose, żona dampira, który u was leży.- staruszka wskazała na mnie.
- Miło mi was poznawać.- z uśmiechem podałam im dłoń.
Kobieta uścisnęła mi ją, za to moroj ucałował jej wierzch.
- Ciebie również. Ja jestem Patrishia, a to mój mąż Magnus.
- Skarbie, nie trzymaj ich tu.- zwrócił się Azjata do swojej żony.
- A no tak. Wejdźcie.- zielonooka otworzyła szerzej drzwi.
Niepewnie weszłam do środka.
- Przykro mi dziecinko, ale ja muszę wracać do Stefana. Ale zostawiam wam Rose. Bardzo chciała zobaczyć się z ukochanym.
- Ale na pewno, Merry?- Magnus nie wyglądał na przekonanego.
- Na pewno złotko. Miłego dnia.
- Nawzajem.- małżeństwo powiedziało chórem.
- Do widzenia.- powiedziałam, zanim zamknęła drzwi.
Przez chwilę staliśmy w ciszy, kiedy zdejmowałam buty.
- To może ja zaprowadzę cię do pokoju.- odezwała się w końcu szatynka.- Magi zarobisz herbaty?
- Tak jasne. Dla ciebie ta co zawsze?- spytał.
- Tak. A ty jaką chcesz?- zwróciła się do mnie.
- Może być jakaś owocowa. Obojętnie jaka.
Chłopak kiwnął głową i zniknął w kuchni
- No dobrze, to chodź.
Patrishia poprowadziła mnie przez dom do schodów. Mieszkali nawet ładnie. Salon mieli wystylizowany dość staromodnie, ale tworzyło to ciepłą i przytulną atmosferę. Zaczęłyśmy się wspinać po stopniach ba górę .
- Nie jesteś z Ameryki, prawda?- zagadnęłam w połowie drogi. 
- No nie.- przyznała.- Pochodzę z Polski, ale przyjechałam tu z Magnusem.
- Byliśmy w Polsce kilka miesięcy temu. Dokładnie w Krakowie. Ładnie tam macie. Nie tęsknisz? Za domem, rodziną?
- Trochę tęsknię, ale Magi i Weronika mi to rekompensują.
- A Weronika to... jeśli można wiedzieć.- dodałam pośpiesznie.
- To moja siostra cioteczna. Kiedy tu przyjechała mnie odwiedzić, poznała Christiana, przyjaciela mojego męża. Od razu coś zaiskrzyło i po pół roku wprowadziła się do niego. Dzisiaj wrócili z podróży poślubnej. Pewnie wpadną jeszcze dzisiaj, to będziecie mogli się poznać.
W końcu zatrzymała się przed drzwiami w kolorze pudrowanego różu i pchnęła je. Od razu dało się rozpoznać, że to pokój dziecięcy. Cały różowo-biały, na ścianach wisiały plakaty księżniczek, obrazki kredkami, a pod nimi leżało mnóstwo zabawek. Pod oknem znajdowało się różowe łóżko księżniczki, a na nim leżał mój śpiący królewicz. Po prostu nie mogłam się nie roześmiać. Aż chciałabym zobaczyć jego minę, gdy się obudzi i rozejrzy po pokoju. To tak komicznie wyglądało. Przysiadłam na brzegu łóżka, głaszcząc kołdrę, pod którą leżał mój mąż. Nagle coś sobie uświadomiłam.
- A gdzie mieszkanka tego pokoju?- spytałam pani domu.
- To nasza dwuletnia córeczka, Kornelia i wyjechała do dziadków na tydzień. To znaczny jutro wraca...
- ...ale coś się wykombinuje, żeby strażnik mógł zostać.- dokończył za żonę Magnus, wchodząc do pokoju z herbatą.
Obie wzięłyśmy od mężczyzny kubki, a on oparł się o biało-różową komodę.
- Naprawdę, proszę nie robić sobie problemu. Jak tylko Dymitr się obudzi, wyjedziemy.

wtorek, 8 sierpnia 2017

ROZDZIAŁ 100

Powoli zaczynałam się budzić, przecierając zaspane oczy. Przeciągnęłam się i w końcu uniosłam powieki. Pierwsze co zobaczyłam to biały sufit, a pod sobą miałam miękkie łóżko. Gdzie ja jestem? Zaczęłam się rozglądać po małym pokoju. Po swojej prawej stronie miałam ścianę, więc obróciłam się na lewo. Koło łóżka stała szafka nocna, a dalej komoda z miniaturkami świętych. Obok niego był regał na książki i drzwi. Pod ścianą gdzie kończyło się łóżko, znajdowało się dębowe biurko z krzesłem. Gdzie ja jestem? I skąd tu się wzięłam? Usłyszałam, że drzwi się otworzyły, więc czujnie spojrzałam w ich kierunku. Weszła przez nie pulchna, uśmiechnięta dampirzyca. Mogła być w wieku Oleny, jeśli nie starsza. Na głowie miała chustę, a ubrana była w kwiecistą bluzkę z dużym dekoltem, szeroką spódnicę do ziemi i drewniane laczki. Z szyi wisiały jej czerwone koraliki. Przypominała mi taką chłopkę ze starych, rosyjskich filmów, które oglądałam z mężem.
- Już się obudziłaś, dziecko.- powiedziała ciepło, z uśmiechem.
Zauważyłam, że ma ze sobą miskę jakiejś zupy, a mi aż ślinka pociekła. Odłożyłam naczynie na szafkę obok mnie, podsuwając sobie krzesło i siadają na nim blisko łóżka
- Dzień dobry.- przywitałam się.- Gdzie ja jestem? I skąd się tu wzięłam? Przecież razem z mężem... O boże! A gdzie Dymitr?!- popatrzyłam ze strachem na kobiecinę.
- Spokojnie, połóż się.- nakazała i zaczęłam mnie karmić rosołem.- Jesteś jeszcze słaba. Twój mąż leży kilka domów dalej i wciąż jest nieprzytomny, ale to kwestia dni, a może i godzin. Po zjedzeniu będziesz mogła do niego pójść.
- Długo byłam nieprzytomna?- spytałam między łyżkami.- I gdzie nas znaleźliście? Nic nie rozumiem.
Byłam całkiem zagubiona. Przecież byliśmy w samym środku wypełnionego strzygami kompleksu jaskiń, a budzę się w jakiejś chacie z miłą kobietą. A może to sen?
- Spokojnie, zaraz wszystko ci wytłumaczę. Nasza znachorka jest Chorsenką i dowiedziała się, przez swojego Moonersa, od królowej, co chcieliście zrobić. Czekaliśmy pod wejściem od jaskini. Przemiana spowodowała wybuch, który zmienił całą kryjówkę w gruz. Potężną siła waszej miłości zabiła wszystkie strzygi w promieniu chyba 3 kilometrów. Znaleźliśmy was leżących na ziemi i zabraliśmy do naszej wioski. Jednak nigdzie nie było na tyle miejsca, abyście byli oboje, po za tym, twój mąż strasznie się rzucał po całym łóżku i baliśmy się, że przez przypadek może coś ci zrobić. A nieprzytomna byłaś trzy dni.
Przez całą jej opowieść dokończyłam zupę i czułam się znacznie lepiej.
- Bardzo dziękuję za gościnę.- uśmiechnęłam się do kobiety, ściągając z siebie kołdrę.- Czy mogę teraz iść zobaczyć się z mężem?
- Oczywiście dziecinko. W domu , w którym leży mieszkają Patrishia i Magnus. Zaprowadzę cię.
- Dziękuję.- uśmiechnęłam się promiennie, siadając na brzegu materaca.- Ale czy mogłabym się najpierw odświeżyć?
- Tak, proszę. Łazienka jest na prawo. A! I między gruzami, z pomocą Królowej Luny znaleźliśmy wasze bagaże. Twój jest tam.- wskazała na brzeg łóżka, gdzie jeszcze przed chwilą miałam nogi. Wstałam niepewnie, przytrzymując się mebli i podeszłam do walizki. Wyciągnęłam z niej ręcznik, kosmetyczkę oraz świeże ubranie, po czym udałam się do łazienki. Nawet nie zauważyłam, kiedy staruszka sobie poszła. Odkręciłam wodę i weszłam pod prysznic, aby zmyć z siebie brud i pot ostatnich dni. O tak, to jest wszystko, czego potrzebowałam. Chłodne strumienie wody lały się po mojej rozgrzanej skórze, przynosząc spokój i ukojenie. Zaczęła namydlać ciało, łącznie z włosami. Zajęło mi to godzinę i byłam gotowa, aby pokazać się światu. Nie było trudno znaleźć schodów, jako że "mój"pokój i łazienka były jedynymi pomieszczeniami na gorze. Zeszłam po drewnianych stopniach prosto do centrum ich życia, który robił też za jadalnie, co stwierdziłam po stole z krzesłami, połączonego z kuchnią. Były jeszcze jakieś dwoje drzwi, ale nie wiedziałam, gdzie prowadzą. To wyglądało jak prawdziwa, wiejska chata. Nie wiem, jak mogli tu żyć? Przecież tu ledwo można się zmieścić. Przy stole ma środku siedział jakiś brodaty mężczyzna, jedząc zupę z talerza.
- Dzień dobry.- powiedziałam uprzejmie.
Dampir podniósł na mnie zimny wzrok, aż poczułam się jak intruz.
- Dzień dobry, dzień dobry.- mruknął i wrócił do posiłku.
Poczułam się trochę nieswojo. Ale co się dziwić? Jakaś obca kobieta zajmuje miejsce w i tak małym mieszkaniu i jeszcze trzeba ją niańczyć. Spuściłam głowę, bawiąc się palcami, które stały się strasznie interesujące. Cisza zrobiła się ciężką, choć myślę, że tylko dla mnie. Po chwili z kuchni wyszła kobieta.
- O, już jesteś gotowa.- uśmiechnęła się ciepło.
Odwzajemniłam nieśmiało gest, ale dampirzyca i tak zauważyłam panującą atmosferę. Nic nie powiedziała, tylko pokręciła głową z rezygnacją. Zaprowadziła mnie do przedsionka, gdzie zmieniła chustę na kapelusz, a na ramiona zarzuciła palto, po czym obie ubrałyśmy buty i mogłyśmy wyjść.

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

ROZDZIAŁ 99

ROSE

Szłam ze spuszczoną głową otoczona strzygami. Otuchy nadawała mi tylko obecność Dymitra. Jednak w jaskini już zostaliśmy sami. Tak jak zaplanowaliśmy, wcześniej Rosjanin podrzucił i ukrył kuferek do charakteryzacji.
- To co teraz?- spytał, gdy wyciągałam sztylet.
- Najpierw cię odmienimy, później pobawimy się w charakteryzatorów.- zarządzałam.
Stanęliśmy na przeciwko siebie. Niepewnie ścisnęłam sztylet, nie wiedząc co robić. Nie chciałam się pomylić. Pewnie niepewność aż ze mnie bije, bo ukochany posłał mi uśmiech pełen wsparcia.
- Nigdy się nie wahaj, Roza.- powtórzył swoją najważniejszą zasadę.
- Musimy poczekać na księżyc.- zauważyłam drżącym z emocji głosem
W chwili kiedy to powiedziałam, pod nogi Bielikowa padły pierwsze promienie. Biegły między kamieniami, wijąc się po podłodze niczym macki, okrążając go, ale on wciąż ukryty był w cieniu. To samo było ze mną. Jednak gdy pomarańczowy dysk znalazł się centralnie nad nami, zasłaniając całe niebo. Wtedy całe światło we wnętrz jaskini zabłysło, aż musiałam zamknąć oczy. Gdy he otworzyłam, czułam się jak w transie. Oboje lśniliśmy, jakbym widziała nasze aury. Ja nie wiedziałam, co robić. Ja to czułam. Przyłożyłam sztylet sobie do szyi i delikatnie przecięłam skórę, aż do krwi. Podałam broń mężowi i on zrobił to samo u siebie. Z razy zaczęła wypływać mu ciemna ciecz i spływać na ubranie. Później to on zrobił sobie i mi przecięcia na nadgarstkach. Złączyliśmy nasze dłonie, tak, aby rany się złączyły, a następnie pochyliliśmy się do naszych szyi. Czułam, jak wysuwają mi się kły i spragnione wbijają się w bladą skórę Rosjanina. Mimo niezachęcającego wyglądu, krew strzyg jest naprawdę słodka. Po chwili oberwaliśmy się od siebie i razem spojrzeliśmy na dzierżony przez nas sztylet. Cały był szkarłatny, łącznie z rękojeścią. Popatrzyliśmy sobie głęboko w oczy, wyznając sobie miłość.
- Ja tiebia liubliu Roza.
- Ja tiebia liubliu tovarishch.
Jednocześnie puściliśmy rączkę, powodując, że ostrze wbiło się w ziemię. Jednak nie zwracaliśmy na to uwagi, pochłonięci namiętnym pocałunkiem. Miałam wrażenie, że chcieliśmy siebie pożreć nawzajem. Nawet nie zauważyliśmy jak sztylet zaczął pulsować blaskiem, a z każdym błyśnięciem tracił zawartą w sobie krew, która tworzyła kałuże wokół nas. Nie widzieliśmy jak ucieka z niej ostatnia kropla, powodując wybuch światła. Ale czuliśmy wielką siłę, która odrzuciła nas od siebie. Następnie zapadłam w ciemność.
___________________________________________
Macie drugi, bo króciutki, a chcę trochę podtrzymać was w niepewności. 😜

ROZDZIAŁ 98

DYMITR

- Udało się.- wszedłem zadowolony do pokoju, ale gdy tylko spojrzałem w głąb pomieszczenia, uśmiech zszedł mi z twarzy.
Na łóżku leżała nieprzytomna, naga Roza, a nad nią jakaś strzyga. Poczułem w sobie wielki gniew, jakbym zaraz miał rozwalić całe miasto. Jak on śmiał tu wejść, patrzeć na Rozę, a co dopiero ją dotykać?! Sam pokój wyglądał jak pobojowisko, ale nie miałem czasu mu się przyglądać. W sekundzie znalazłem się przy łóżku, zabrałam napaleńca z mojej ukochanej i przyszpiliłem za krtań do ściany. W jego oczach widziałem strach. Czysty, oszałamiający strach. I cholernie mnie to satysfakcjonowało. Najpewniej moje były krwistoczerwone, przepełnione chęcią mordu. I to on będzie moją ofiarą.
- NIKT NIE MA PRAWA DOTYKAĆ MOJEJ ŻONY!- warknąłem przez zaciśnięte zęby, choć miałam ochotę wykrzyczeć mu to prosto w twarz i zgniotłem mu gardło.
Dyszałem nad jego marnym ciałem, oddychając ciężko. Miałem ochotę rozwalić ten cały kompleks jaskiń w drobny mak. Aż żałowałem, że tak szybko go zabiłem, bo miałem ochotę powoli obdzierać go ze skóry i wyrywać po mały każdą cząstkę. Jednak szybko przypomniałem sobie o wciąż nieprzytomnej dampirzycy. Szybko podbiegłem do ukochanej i zacząłem dokładnie ją oglądać. Na nadgarstkach miała czerwone ślady po dłoniach zboczeńca, na nogach istniejące już ślady, a na brzuchu duże rozcięcie. Szybko zlizałem z niej krew, głównie obśliniając ranę, po której po chwili nie było nawet śladu. Uniosłem jej powieki do góry i ustaliłem, że nic jej więcej nie jest. Pewnie tylko dostała w głowę, ale najważniejsze, że żyje. Usiadłam już trochę spokojniejszy na brzegu łóżka, wcześniej przykrywając żonę kołdrą i pogłaskałem ją po czole aż do miękkich włosów.
- Roza, co ty w sobie masz, że ciągle przyciągasz niebezpiecznych facetów.- spytałam, z lekkim uśmiechem.
Jednak odpowiedziała mi cisza. I dobrze. Niech odpoczywa. W tym czasie postanowiłem tu posprzątać. Wolałem czymś się zająć, niż siedzieć i myśleć, co jeszcze mogło jej się stać, gdybym się spóźnił. Najpierw wziąłem zwłoki i wywaliłem za drzwi. Nie interesuje mnie, co sobie pomyślą, nie chcę na niego nawet patrzeć. Ogarnięcie pomieszczenia zajęło mi dwie godziny, a skoro już nie miałam co robić, usiadłam i patrzyłam na moją piękność. Nie wiem ile tak siedziałam, aż w końcu otworzyła oczy i próbowała się podnieść. Jednak ja ją powstrzymałem w chwili, gdy złapała się za głowę i wykrzywiła twarz w grymasie bólu.
- Moja głowa. Co się stało?- spojrzała na mnie zdziwiona.
- To raczej ja powinienem się o to spytać. Co ostatnie pamiętasz?- spytałam, patrząc ma nią czule.
Zaczęłam intensywnie myśleć.
- Pamiętam... jak wyszłam z łazienki i zaczęłam się przechadzać po pokoju. Usłyszałam otwieranie drzwi i myślałam, że to ty. Jednak do środka weszła jakaś strzyga. Nie miałam żadnej broni, więc została mi walka wręcz. Na początku próbowałam go pokonać, ale gdy zobaczyłam, że nie mam szans, zaczęłam rzucać w niego czym popadnie. Złapał mnie za koszulę, nocną, zaznaczając o mój brzuch, a ja się przewróciłam do tyłu i zawisłam ma niej. Musiał zrobić mi ranę, bo ciekła mi krew. Nagle materiał się podarł i upadłam. Ostatnie co pamiętam, to ból z tyłu głowy i ciemność. Czy...- głos jej zaczął drżeć i ze strachem spojrzała na mnie.- czy coś się wydarzyło? Co on mi zrobił?
- Spokojnie Roza.- przyciągnąłem ją do siebie, a ona wtuliła się w mój tors.- Nic się nie stało, bo go zabiłem. Nikt nie będzie cię dotykał, bez twojej zgody. Tylko czemu aż tyle mężczyzn chce cię zgwałcić?- martwiłem się.
- Nie wiem, ale mam tego dość. Chciałabym albo być brzydka, albo jakoś inaczej odstraszyć natrętów.
- To prawda Roza. Jesteś bardzo piękna i pociągająca.- mruknąłem jej do ucha, całując w szyję.- Kocham cię.
- A kochałbyś mnie, gdybym zamieniła się w trolla?- spytała z uśmiechem.
- Zawsze bym cię kochał.- również się uśmiechnąłem.- Ale nie wiem, jakby to było z łóżkiem.
Zacząłem się śmiać, a ona szturchnęła mnie, udając obrażoną.
- Świnia.
- Osz ty.- zawisłem nad nią i zacząłem ją łaskotać- Ja świnia? Ja świnia?
Roza pode mną wiła się i rzucała w śmiechu. Zacząłem robić jak świnka i na pierdziałem jej ustami w szyję. Trochę odsunąłem się od żony, aby na nią popatrzeć. Mam szczęście, że taka piękność zgodziła się wyjść za mnie i że możemy mieć dzieci. To takie wspaniałe wychowywać z ukochaną osobą małe istotki, gdy wiesz, że częścią was obojga. Jak przewidywałem, Roza jest najlepszą matką, jaką mogłyby mieć moje dzieci i nikt nie wmówi mi, że jest inaczej. Nasze dzieci to skarby. Są bardzo zaradne, inteligentne, mądre, dobrze wychowane, a przede wszystkim wiem, że poradzą sobie w życiu. Ich mama odwaliła kawał dobrej roboty. Tylko szkoda, że nie mogłem w tym uczestniczyć.

niedziela, 6 sierpnia 2017

ROZDZIAŁ 97

Po kolejnym dzikim seksie w końcu wypuściłam męża z łóżka i pokoju. Przez jakiś czas leniuchowałam, ale zaczęło mi się nudzić, więc postanowiłam wziąć długą, gorącą kąpiel. Z walizek wyciągnęłam koszulę nocną, kosmetyczkę i ręcznik, sama zarzucając na siebie brązowy szlafrok, po czym weszłam do łazienki. Nawet ciekawie się urządzili. Cała pomieszczenie, jak każde inne było z czerwonej skały i lekko zaokrąglone. Tylko na przeciwległej ścianie od połowy w górę znajdowały się piaskowe kafelki z brązowymi wzorkami. Pod nią, trochę od ściany stała wanna. Po lewej, bliżej wejścia znajdowała się umywalka z szafką, a nad kranem lustro. Za wanną w prawym kącie była kabina prysznicowa, przy wieszakach na ręczniki i ubikacji, która stała na wysokości umywalki. Dość przestronnie urządzone. Zamknęłam drzwi, powiesiłam ręcznik na haczykach, a koszulę położyłam na desce sedesowej. Odkręciłam ciepłą wodę i otworzyłam szafkę nad toaletą. Zaczęłam przeglądać kosmetyki, ale nie znalazłam niczego do kąpieli. No cóż. Wzięłam kosmetyczkę, po czym wyciągnęłam z niej sól i płyn do kąpieli. Dodałam to do wanny, zakręcając lejący się strumień. Bez skrępowania zarzuciłam z siebie szlafrok i weszłam do ciepłej wody, przykrytej puszystą pianką. Westchnęłam głośno z rozkoszy. Ostatnie tygodnie były trudne i męczące, zwłaszcza, że nie zatrzymywaliśmy się nigdzie ja noclegi, jeżdżąc od archiwum do archiwum i szukając najmniejszych wskazówek. Jednak nic nie mamy oprócz tego, co odkryliśmy w Krakowie. Kąpaliśmy się w jeziorze, a sama spałam albo na Dymitrze wśród starych ksiąg, albo na tylnym siedzeniu podczas jazdy. Bielikow wprawdzie narzekał żebyśmy się gdzieś zatrzymali, ale ja od razu zaprzeczałam, że nie ma czasu. A teraz jestem w niebie. Postanowiłam wykorzystać ten czas na sprawdzenie, co u Lissy. Jak zwykle siedziała nad dokumentami. Oj nie zazdroszczę jej tego życia, chociaż lepszej królowej dawno nie było. Chyba od czasów Anastazji. To ona ustanowiła, że dampiry mogą wybrać, czy chcą być strażnika. A nasza władczyni pozwoliła nam wybrać rasę partnera.
- Bez przesady Rose. Gdyby nie ty, nigdy bym na to nie wpadła. Wiele zmian wprowadziłam dzięki tobie i Dymitrowi.- usłyszałam jej odgłos.
- Wcale, że nie. Liss, doskonale wiesz, że to nie tylko moja opinia. Sama słyszałaś jak inni mówią o tobie.- uśmiechnęłam się pod nosem.
- Możemy zmienić temat?- wyczułam u królowej rozdrażnienie i znudzenie.- Wiesz, że kilka tygodni temu były u nas wasze dzieci z przyjaciółmi i partnerami?
- Wiem.- westchnęłam.- Niepokoi mnie chłopak naszej Nastki. Przecież to syn Jessego.
- Ale on jest w porządku...- zaczęła bronić Jack'a.
- Ja wiem i rozumiem, że ona go kocha, a on ją. Ale Dymitr może być już mniej wyrozumiały. Wiesz, jakie on ma podejście raz: do swojej księżniczki, dwa: do Zeklosa. On bardzo to przeżyje. Obawiam się, że jak się dowie, dostanie szału.
- Trzeba być dobrej myśli.- pocieszała mnie.- Dobra, muszę kończyć. Już zbliża się wschód słońca, a ja z robotą w lesie.
- Dobrze, tylko się nie przemęczaj. Pamiętaj o dzieciach.
- Wiem. Za każdym razem mi to powtarzasz. Ale wiesz jak się cieszę? W końcu mamy trojaczki. Po pięciu ciążach w końcu trójeczka!
- No już mamuśka, bo jeszcze zaczniesz mi tu rodzić. Ja chyba też już za długo leżę w tej wannie.
- Pa i do zobaczenia za tydzień.
- Pa.
Wyszłam z głowy przyjaciółki i zaczęłam się rozglądać. Piana całkowicie już znikła, woda była letnia, a moje palce bardziej pomarszczone od stu letniej staruszki. Szybko dokończyłam myć siebie, łącznie z głową i wyszłam z wanny. Ubrana jedynie w seksowną koszulę nocną koloru indygo, z czarną koronką przy dekolcie zaczęłam chodzić po pokoju bez celu. Nagle usłyszałam otwieranie drzwi.
- I co? Udało się?- od razu odwróciłam się w kierunku wyjścia, ale na raz zastygłam w bezruchu.

sobota, 5 sierpnia 2017

ROZDZIAŁ 96

- Roza, nie rób tak więcej.- pouczył mnie Bielikow.- Bałem się o ciebie z każdym wymienionym z nim zdaniem. Nie narażaj się tak więcej. Błagam.
Z jego oczu biła troska i strach. Zrobiło mi się go żal. Tak bardzo się o mnie martwi. Jest taki uroczy.
- Spokojnie skarbie.- dotknęłam dłonią jego policzka.- Mi nic nie będzie. Potrzebują mnie i boją się. On o tym wie i nie pozwoli mi coś zrobić, zwłaszcza, że TY mnie potrzebujesz. Twój gniew nie jest im potrzebny.
- I tak lepiej nie wystawiać jego cierpliwości na próbę. Ugh.- zatrząsł się, wykrzywiając twarz.- Odzwyczaiłam się od grania strzygi.
- Świetnie ci to wyszło. Jesteś wspaniałym aktorem.
- Ale i tak muszę jakoś pozbyć się odczucia, ze jestem jednym z nich.- odetchnął ciężko 
Spojrzał na mnie i od razu się uśmiechnął, jakby coś kombinował. Zanim się obejrzałam, porwał mnie w ramiona i biegiem ruszył w stronę łóżka. Zrobił to tak gwałtownie oraz niespodziewanie, że aż pisnęłam zaskoczona, po czym zaczęłam się śmiać.
- KOCHAM CIĘ! Kocham, kocham, kocham.- powtarzał, aż nie położył mnie na miękkiej kołdrze.
Uspokoiłam się i patrzyłam z uśmiechem w czekoladowe tęczówki Rosjanina, który wisiał nade mną. Nasze dłonie były splecione na wysokości mojej głowy. Zastygliśmy w tej pozycji, wpatrzeni w swoje oczy. Nawet już te czerwone obwódki mi u niego nie przeszkadzają. Kocham go całym sercem od zawsze i kochać będę, cokolwiek by się nie działo. Jestem zakochana w jego oczach, śmiechu, sile, trosce, w tym jak pięknie marszczy czoło, gdy bardzo intensywnie myśli, w jego trosce i opiekuńczych odruchach. Jestem zakochana w całym nim. Ukochany patrzył na mnie z tak wielką miłością, że aż się rozpływałam. Pochylił się, a nasze usta spotkały się w szybkim buziaku. Uśmiechnęłam się do męża, a on wtulił głowę w mój brzuch. Z jego ust wydobyło się ciche mruczenie, gdy zaczęłam drapać go po głowie. Sama rozkoszowałam się delikatnymi w dotyku włosami Rosjanina.
- Teraz brakuje telewizora.- westchnął, błogo uśmiechnięty.- Byśmy sobie zdobili sobie seans filmowy.
- Mi tam to nie potrzebne. Ważne, że mam ciebie. Po za tym w każdej chwili możemy stać się bohaterami naszego własnego filmu. Erotycznego.- dodałam seksownie szeptem mu nad uchem.
Zamruczał z pożądaniem i uniósł się nade mną.
- Co proponujesz?
- No wiesz, nie robiliśmy tego jeszcze w ciemnej jaskini.- zauważyłam, rozpinając mu guziki koszuli.
Na moje słowa wstał i podszedł do latarki na kredensie przy drzwiach. Po chwili całe pomieszczenia utonęło w nieprzeniknionych ciemnościach. Czekałam aż mąż wróci do łóżka, a gdy się doczekałam byłam przyjemnie zaskoczona. Dotknęłam jego przedramion i pięłam się w górę po ramionach, spodziewając się koszuli, ale jej tam nie było. Syciłam spragnione dotyku ciało, głaszcząc chłodny tors ukochanego z małymi włoskami. W tym czasie jego jedna ręka wślizgnęła się pod moją bluzkę i pięła coraz wyżej po plecach, aż do zapięcia mojego stanika. Jednym ruchem zwolnił je, a następnie łapiąc za obie części mojej garderoby pozbył się ich. Przyległ do mnie całym ciałem, grzebiąc przy naszych spodniach. Płonęłam pod jego dłońmi i ustami znaczącymi swój własny szlak mokrymi pocałunkami. Moje rozpalone ciało wołało o jego chłód, choć on nie mógł ugasić pożaru w mojej krwi. Czułam w sobie żyły ogień, który eksploatował, gdy tylko Bielikow wszedł we mnie.
- Dymitr!- jęknęłam.
- Roza...- mruknął, nie przestając pieścić moich piersi.
Z każdym ruchem czułam coraz to większą przyjemność, ale i zniecierpliwienie wymieszane z niedosytem. Chciała już dojść w jego ramionach, wiedzieć jak bardzo jestem kochana i bezpieczna, bo póki co ogarniająca mnie euforia pozbawiała mnie świadomości czegokolwiek. Jedyne czego byłam pewna to, że mężczyzna mojego życia właśnie prowadzi mnie do raju, otwiera przede mną bramy nieba, dopełnia mnie w całości. Nasze ciała pasują do siebie idealnie, dając nam więcej przyjemności, niż cokolwiek innego. Po długim oczekiwaniu, wieczności, która mogła być równie dobrze chwilą, doszliśmy opadają bez sił. Oddychałam szybko, próbując dojść do siebie, wpatrzona w sufit. Uśmiechnęłam się szeroko, czując drżące jeszcze mięśnie. Poczułam poruszenie na piersi i spojrzałam na ukochanego. Patrzył na mnie z uśmiechem i błyszczącymi oczami.
- Ja tiebia liubliu tovarishch. 
- Ja tiebia toże liubliu Roza.
Przez kolejną godzinę leżeliśmy wtuleni w siebie, rozkoszując się bliskością naszych nagich ciał. Włączyliśmy latarkę przy łóżku, aby nie siedzieć w kompletnych ciemnościach. Nie żeby mi to przeszkadzało, ale wolę podziwiać mojego męża.
- Mam nadzieję, że wiesz, jak dojść do tej groty po wulkanie.- podniosłam wzrok na Bielikowa.
- O to się nie martw. Gorzej co zrobić z Zack'iem.- zastanawiał się.- Skąd ty w ogólne go znasz?
- Jak sama byłam strzygą, przyjechał jako chłopczyk z ojcem. Miał z siedem lat, ale oboje daliśmy sobie w kość. Wiem, że ich dom został zaatakowany przez strzygi. Zabiły one jego matkę i mała, pięciomiesięczną siostrę, a ojca przemienili. Go nie znaleźli, bo schował się pod łóżko. Później "tatuś" po niego wrócił i zabrał do kryjówki strzyg. Postanowił, że przemieni chłopaka, jak będzie gotowy. A co do ucieczki to mam pomysł. Powiesz Zack'owi, że moim życzeniem jest przemienić się w tej grocie z otworem. Musisz się upierać, póki nie odpuści, a wiem, że odpuści. Później podrzucimy tam kuferek do charakteryzacji i po wszystkim zrobimy się na bóstwa.
Przez cały monolog Rosjanin słuchał mnie uważnie, a teraz zaczął to analizować. Teraz dopiero wygląda jak Bóg.
- To dobry pomysł. Może najlepiej już teraz do niego pójdę, bo to może jakiś czas zająć.
Pokiwałam głową i niechętnie wypuściłam go z objąć. Wstał i pochylił się nade mną, całując mnie namiętnie. Nie mogliśmy się od siebie oderwać. W końcu wziął gumkę i poszedł po ubrania. Zatrzymał się przy rogu, akurat po mojej stronie i miałam idealny widoki na jego umięśnione plecy i zgrabny tyłek i to jeszcze w świetle latarki, bo ta też była po mojej stronie. Zaczął wiązać włosy w kucyk, napinając mięśnie rąk, a ja wręcz czułam, jak ślina ucieka mi z ust. O matko. Czym ja sobie założyłam na takiego męża? O nie kochanie. Teraz to mnie tak nie zostawisz. Cichaczem podeszłam do krawędzi łóżka, złapałam ukochanego za nadgarstek i rzuciłam z powrotem na łóżko, tylko, że tym razem to ja byłam nad nim. Patrzył na mnie zaskoczony i zdezorientowany, podczas gdy ja poruszyłam się z wdziękiem, niczym kocica czająca się na ofiarę. Rosjanin szybko odzyskał rezon i tylko uśmiechnął się, czekając na mój ruch.

piątek, 4 sierpnia 2017

ROZDZIAŁ 95

- Nic nie będzie dobrze.- jęknęłam sfrustrowana.
- Roza, spokojnie. Damy radę.
- To samo mówiłeś trzy i pół miesiąca temu i co? Gówno. Już jutro jest zaćmienie słońca. A mu dalej nie wiemy, co zrobić.
- Kochanie, nic na to nie poradzimy. Najwidoczniej jest tak, jak mówiłem. Gdyby przy drugiej przemianie trzeba było użyć innego sposobu, byłby on tutaj zapisany.- pokazał wyrwaną stronę.
Przeczytaliśmy już to z tysiąc razy, aby odnaleźć najmniejszą wskazówkę. Znam całą zagadkę na pamięć i nic nam to nie daje.
- A co powiesz o tym?- ze schowka wyciągnęłam czerwony sztylet. Prawie.- Piłeś ze mnie już pięć razy, a róża wciąż jest srebrna.
- Może się pomyliśmy i wystarczy napełnione ostrze?
Poddałam się i wróciłam do podziwiania widoków za oknem. Na prawdę się boję. Nie po to go odzyskałam, aby teraz stracić. Nagłe światła przed nami zgasło. Dymitr zaciągnął hamulec ręczny i odpiął pasy. Dopiero teraz zauważyłam, że stoimy. I to przed wejściem do jaskini.
- Roza, zaczekaj.- nakazał mi mąż.
- A co ja pies?- prychnęłam i sama się odpięłam.
- Kochanie.- aż podskoczyłam, gdy pojawił się po mojej prawej.- Jest noc. Jeśli są tu strzygi, nie będziesz miała gdzie uciec.
- A ty? Myślisz, że zostawię Cię na pastwę tych potworów?
- Wezmą mnie za swojego.
- I co dalej?
- Wgłębię się w ich strukturę, poproszę o możliwość zamieszkania, z niewolnicą.- mruknął do mnie, a ja przewróciłam oczami.
- Niech ci będzie.- westchnęłam, a on zaczął się wycofywać.- Dymitr!- zawołałam, a on pochylił się do mnie.- Uważaj na siebie.
Rosjanin uśmiechnął się do mnie słodko i pocałował mnie w czoło, po czym zamknął drzwi. Siedziałam zniecierpliwiona. A jeśli coś mu się stało? Jeśli nie uznają go za swojego? Wszystko może się zdarzyć. Ale chwila! Przecież utrzymywałam kontakt ze strzygami stąd. Czyli powinny się spalić z resztą. Choć Arnold zawsze był ostrożny. Dlatego to on przejął dowództwo po Izajaszu. Sam był pomysłodawcą ataku na Akademię. A później spalił się w hotelu. No i kto jest lepszy? Nikt nie przechytrzy Rose Hathaway-Bielikow. Dymitr też musiał się ba nim poznać, skoro z góry uznaje, że są tam jeszcze strzygi. Po chwili zauważyłam potężną sylwetkę wychodząca z jaskini. Od razu rozpoznałam w niej ukochanego. Szybko podbiegł i otworzył drzwi.
- Za chwilę będą tu strzygi, aby nas wprowadzić. Daj mi tu sztylet.- rozszerzył kieszeń, co chwilę rzucając spojrzenie na wejście, a ja wrzuciłam mu tam broń.- Nie ufają mi do końca, dlatego, że ich przywódca nie wrócił, a z całego hotelu tylko my wyszliśmy cali. Musiałem powiedzieć, że to ty. Ogólnie wersja jest, że złapałem cię na majstrowaniu przy mechanizmie, ale było za późno i reszta się spaliła. Dlatego przyjechaliśmy tutaj...
Nagle urwał i się wyprostował, przyjmując maskę strzygi. No to ma już dwie wyćwiczone maski. Nie minęła minuta, jak obok nas pojawiły jeszcze dwie strzygi.
- Wyłaź.- warknął Rosjanin.
Z hardą miną i pogardą wypisaną na twarzy wysiadłam z samochodu, po czym pchana ruszyłam w kierunku jaskini. W środku na straży czekało jeszcze pięć strzyg, które dokładnie mnie przeszukały i popchnęli dalej. Szliśmy przez korytarze, aż spalił znaleźliśmy się w grocie z tronem, na którym siedział brunet o szarych oczach. Nie zapominając oczywiście o czerwonych obwódkach wokół źrenic.
- Zack.- wyplułam jego imię z pogardą.- Nie wiedziałam, że tatuś cię przyjął?
- O! Kogo moje oczy widzą. Rosemarie. Dawno się nie widzieliśmy. Ostatnim razem byłaś bardziej... wolna.
- A ty ludzki.- uśmiechnęłam się złośliwie.- Jak się grzeje miejsce po ojczulku? Widzę, że żałoba wręcz cię pogrąża.
Poszłam pchnięcie z tyłu i upadłam.
- Radzę ci uważać Rose. Jesteś w mojej kryjówce, otoczona strzygami i bez broni. Nie za dobrze to wróży, prawda. Posiedzisz sobie w wyznaczonej dla was jaskini, póki nie zgodzisz się zostać przemieniona. Nie chcę jej inaczej oglądać na oczy, jasne?- zwrócił się do Dymitra.
- Oczywiście.- odpowiedział bezuczuciowo.
- A jak się zdecyduje, macie opuścić moją kryjówkę. Nie potrzeba mi rywali do tronu.
- Nie martw się. Nawet nie mam ochoty tu przebywać jako Dampirzyca. Jesteśmy tu tylko dlatego, że będę miała utrudnioną ucieczkę.- uśmiechnęłam się perfidnie, widząc rozdrażnienie na twarzy młodzieńca.
- Wyprowadzić ją.- warknął.
Pociągnięto mnie do góry i wyciągnięto z jaskini. Udaliśmy się przez labirynt korytarzy do jakiejś nory głęboko w ziemi. Ale jakiś standard miała. Duże, wyglądające na wygodne łóżko, szafa trzydrzwiowa, komoda, stolik, sofy, kanapy oraz regał z książkami. Na podłodze i ścianach wisiało kilka dywanów, pewnie po to, aby nadać pomieszczeniu klimat, choć nie do końca pomagało. Po drugiej stronie były drzwi, pewnie do łazienki. Ciekawe, skąd biorą wodę. Czyżby na żywca z jeziora niedaleko? To byłoby ciekawe. Mimo normalnych i ładnych mebli, to wciąż była nora, a jedynym źródłem światła były latarki, które przyniosły ze sobą strzygi. Dobrze, że nie zostaniemy tu dłużej. Gdy tylko zostaliśmy sami z mężem, wtuliliśmy się w siebie.

czwartek, 3 sierpnia 2017

ROZDZIAŁ 94

Wtedy mnie olśniło. Szybko oderwałam się od męża, jednak wciąż pozostając w jego objęciach.
- To jest to!- spojrzałam na niego radośnie.
- Co?- patrzył na mnie, nie rozumiejąc.
- Królowa zwycięska. Patrząc na to, że każdego może to dotyczyć, nie zawsze królowa, panującą była zmuszona z kimś walczyć. Nie ma pewność, że będzie mogła nazwać się zwycięzcą. Lissa też nie. Spójrz dokładnie na słowa. Silniejsza niż wszystko jest potęga królowej zwycięskiej...
- ...która wszystko cofnie, co cudom równe nie będzie.- dokończył. - Miłość. O to chodzi.- zrozumiał.
- Tak. Jestem twoją królowa, bo miłość jest największą władzą, dla której jesteśmy w stanie zrobić wszystko. To najpotężniejsza siła.
- Roza!- wstał i zaczął się ze mną obracać.- Jesteś genialna. To mamy już wszystko.
Odłożył mnie na ziemię i mocno pocałował. Jednak mimo wielkiej przyjemności, jaką mi to sprawiało, odsunęłam się od Rosjanina.
- Nie wszystko.- zgasiłam jego entuzjazm.- Wiemy gdzie, kiedy i czym to zrobić, ale nie wiemy, jak to zrobić.
- Chyba normalnie. Przebijesz mi serce sztyletem, gdy będzie całkiem czerwony i gotowe.- powiedział wciąż szeroko uśmiechnięty.
- A jeśli nie? Nie chcę Cię zabić.- spojrzałam na niego zmartwiona.
Uśmiech zszedł mu z twarzy. Podszedł i przytulił mnie, a ja schowałam głowę w jego piersi, wdychając cudowny zapach wody kolońskiej.
- Spokojnie Roza. Jest dopiero koniec grudnia. Mamy jeszcze dwa miesiące.
- Czekaj. Który dzisiaj jest?- spojrzałam na komórkę.- 28?! Jestem ci winna życzenia urodzinowe. Wszystkiego najlepszego.
- Póki jesteś ze mną, mam wszystko co najlepsze.- zaśmiał się, przyciągając mnie bliżej siebie.- Kocham Cię Roza.
- Ja Ciebie też. I za rok będziesz mieć najlepsze urodziny życia.
Na moje słowa zachichotał cicho, aja mogłam poczuć jak śmiech rezonuje mu w piersi.
- Co roku to obiecywałaś. A ja co roku dziwiłam się, że potrafiłaś to dotrzymać.
- Dla tych, których kocham wszystko.
- I w dużej mierze za to my ciebie kochamy.
Przez kolejne dni dalej szukaliśmy jakiś wskazówek, jednak nic nie znaleźliśmy. W końcu poddaliśmy się i wróciliśmy do hotelu.
- Nie martw się Roza. Wszystko na pewno się ułoży.- próbował mnie pocieszyć mąż.
- A skąd możesz to wiedzieć?- odwróciłam się do niego, z rozmachem rzucając torebkę na szafkę pod lustrem.
- Zawsze po złych chwilach są te lepsze. Tyle przeżyliśmy i jakieś ugryzienie ma nas pokonać.
- A może to koniec. Może po to to wszystko. Właśnie. Tyle przeżyliśmy. Ale życie to nie pieprzona bajka, gdzie wszystko idzie po naszej myśli.
-Ciii...- przytulił mnie, a ja czułam, że się odprężam.- Przestań tak myśleć, bo to nic nam nie pomoże. Damy radę.
Jego słowa i bliskość działały na mnie kojąco. Spojrzałam mu prosto w oczy.
- Nie chcę teraz o tym myśleć. Zabierz mnie do sypialni.- poprosiłam.
Nie było trzeba mu powtarzać dwa razy. Od razu zaatakował moje usta namiętnym pocałunkiem. Oddałam go z podwójną siłą. Naparł na mnie całym ciałem, przyciskając moją osobę do ściany. Złapał mnie za tyłek, a ja odruchowo oplotłam go nogami, uwieszając się na Rosjaninie. Nie przestając mnie całować, ruszył w kierunku sypialni. Językiem poprosił mnie o dostęp, ale ja nie dałam go od razu. Dopiero gdy ścisnął mnie za pośladek, jęknęłam, a on to wykorzystał. W samym środku naszej walki o dominację poczułam pod sobą miękką pościel. Bez skrępowania rozdarłam bluzkę ukochanego i dokładnie, z oddaniem studiowałam jego tors. Mąż napierał na mnie coraz bardziej i namiętniej. Powoli unosił moją bluzkę, aż nie zdjął jej do końca. Jego zimne dłonie paliły każdy najmniejszy kawałek mojego nagiego ciała. Z coraz większym pragnieniem wiłam się pod nim. Po chwili oboje byliśmy nadzy, bez skrępowania oświadczając światu naszą miłość. Połączeni w tańcu namiętności, zapomnieliśmy o wszystkim wokół. W końcu zmęczona opadłam na poduszkę, dysząc ciężko, ale i uśmiechając się szeroko. W tym czasie Rosjanin z czułością i miłością całował każdy skrawek mojego ciała. Gdy oddech mi się unormował, skupiłam się na jego poczynania. Dopiero teraz zauważyłam pod ścian wózek z szampanem. Pewnie stoi tu od początku, ale wcześniej byliśmy zbyt zajęci sobą, aby to zauważyć.
- Skąd to się wzięło?- spytałam, wskazując butelkę w lodzie.
- Roza, nie wiesz, co dzisiaj jest?- zaśmiał się.
- Przy tobie tracę poczucie czasu.- uśmiechnęłam się.
- Choć.- podniósł się i podał mi rękę.- Zaraz zobaczysz coś, ale ubierz szlafrok. I dokładnie się zakryj.
Ach, ten mój zazdrośnik. Zrobiłam jak nakazał. W tym czasie Bielikow ubrał dresowe spodnie i nalał do dwóch kieliszków szampana. Następnie podał mi jeden i podprowadził mnie do drzwi balkonowe.
- Ale ty wiesz, że można to wypić w ciepłym pokoju?- spytałam podejrzliwie.- Po co wychodzimy o północy na balkon.
- Ty dalej nie domyślasz się co dzisiaj jest?- pokręcił ze zrezygnowaniem głową i otworzył drzwi.
Dmuchnęło na nas zimne powietrze, a ja odruchowo zakryłam się szczelniej nakryciem. Staliśmy tak kilka sekund, aż nagłe rozległy się huki, a ciemne niebo rozbłysło kolorami. Teraz zrozumiałam. Spojrzałam na męża, który podnosił kieliszek, również ma mnie patrząc.
- Szczęśliwego Nowego roku, Roza.- uśmiechnął się.
- Szczęśliwego.- stuknęliśmy się kieliszkami i upiliśmy łyk gazowanego napoju.
Był bardzo dobry. Nigdy takiego nie piłam. Poczułam na talii rękę męża. Wtuliłam się w niego, patrząc na fajerwerki.
- Wiesz? Masz rację.- powiedziałam po chwili.- Teraz musi być dobrze.

ROZDZIAŁ 93

ROSE

Otworzyłam oczy lekko otępiała. Podnosząc się zauważyłam obok sok owocowy i cukierki. Szybko opróżniłam butelkę. Nawet nie wiedziałam, że aż tak chcę mi się pić. Gdy wzięłam do ust jednego cukierka, obok mnie pojawił się Dymitr.
- Hej. - usiadł i mnie przytulił.- Jak się czujesz?
- Dobrze.- uznałam.- Ile byłam nieprzytomna?
- Kilka godzin. Przepraszam kochanie. Ja na prawdę nie chciałem. Masz po prostu bardzo dobrą krew i ja... Przepraszam.- zawiesił głowę.
Włożyłam dwa palce mu pod brodę i uniosłam tak, żeby spojrzał mi w oczy.
- Spokojnie, nic mi nie jest. A ty byłeś po prostu głodny. Dla ciebie zrobiłabym to nawet tysiąc razy.
- A ja nie powinienem w ogóle.- jego twarz wyrażała ból i obrzydzenie samym sobą.- Powinienem był się porządnie napić, a ciebie nie ruszać. Obiecałem sobie, że nigdy więcej nie pozwolę sobie z ciebie pić. Jesteś dla mnie zbyt ważna, na takie pohańbienie. A jednak to zrobiłem.- znowu opuścił wzrok.
Westchnęłam z uśmiechem. On jest taki kochany.
- Walczyłeś dzielnie.- cmoknęłam go w policzek.- Ale nawet najlepszy czasem potrzebuje pomocy. I tą pomocą dla ciebie zawsze będę ja. Nie masz czym się załatwiać po raz: sama tego chciałam i dwa: nic mi nie jest. A po za tym, wiemy, o co chodziło z tą krwią.- podniosłam sztylet i zaczęłam go oglądać.- I coś mi mówi, że musimy go napełnić do końca.
- Chcesz powiedzieć, że mamy to powtórzyć.- jęknął sfrustrowany.
- Jeśli chcesz być na nowo dampirem. A ja bardzo chcę.
- To bez sensu. Czemu odmienienie wymaga, czegoś, co jest hańbą.
- Pewnie, aby udowodnić, że dla ukochanej osoby zrobi się wszystko. Po za tym ten sposób jest taki, a nie inny. A pozwalanie z siebie pić jest tylko powszechną opinią.
- Na prawdę jestem dobrym nauczycielem.- uznał z uśmiechem.
Posłałam mu groźne spojrzenie, a on tylko wyszczerzył się w niewinnym uśmiechu. Westchnęłam i pokręcił ze zrezygnowaniem głową.
- Ale ciesz się. Krew dampirów jest lepsza i starczy na dłużej niż ludzi.
- Tak, wiem. Niestety miałem okazję się przekonać.- nie patrzył na mnie.
- Och, kochanie.- przytuliłam go.- Zapomnij już o tym. Za pół roku cię odmienimy i już nigdy nie będziesz musiał pić żadnej krwi.
- Skąd masz pewność, że nam się uda? Albo, że znowu mnie nie przemienią? Albo...
- Wierzę w to i ty też powinieneś.- przerwałam mu.- Po za tym, nie da się być trzeci raz przemienionym.
Podniósł na mnie zdziwiony wzrok.
- Skąd masz pewność?
- Było tak napisane w tamtej księdze. No tej, gdzie znaleźliśmy to.- wskazałem na wyrwaną stronę.- Lepiej powiedz mi, co mamy.- zmieniłam temat.
- A tak. Po polowaniu znalazłem w tej księdze, co przyniosłaś datę i miejsce. Tak jak mówiłaś jest to w Deary. To małe miasteczko w Montanie, nieopodal lasów Akademii. Stąd mój kolejny wniosek, że polem bitwy mogę być jaskinie.
- Ale to nie ma sensu.- zmarszczyłam brwi.- Przecież tam nie dojdzie blask księżyca.
- Nie do końca.- podważył moją tezę.- Przed akcją ratunkową sprawdziłem z innymi strażnika informacje o tych skałach. Są one pochodzenia wulkanicznego. Inaczej było to jedno z ujść lawy, gdy jeszcze wulkan wśród gór widniał jako aktywny. Świeżo po pierwszej przemianie kręciłem się po jaskiniach i znalazłem tą z otworem na powierzchnię. W nocy było to miejsce "uczty" strzyg.
- No to mamy miejsce i czas. Potrzebny nam będzie sztylet i królowa. Tylko teraz pytanie, czy Luna, czy Lissa?
- Może obie. Choć mowa jest o Chorsie...- zastanawiał się.- To stawiałbym na Lunę.
- Nie wiem. Najwyżej ściągniemy obie. No i ważne, że musimy być razem.
- Inaczej tego nie widzę.- przytulił mnie i pocałował.
Oddałam pocałunek, siadając na nim okrakiem. Gdy zabrakło mi oddechu, wtuliłam się w jego tors.
- Boję się. - przyznałam.
- Czego kochanie?- spytał łagodnie, głaszcząc mnie po plecach.
- Nie wiem. Że coś pójdzie nie tak, że zostaniesz taki, albo co gorsza, że stracę cię na zawsze.
- Nigdy mnie nie stracisz. Zawsze będę przy tobie. O tutaj.- dotknął miejsca, gdzie mam serce.- A ty będziesz na zawsze tutaj.- moją dłoń położył w tym samym miejscu u siebie.- Nie ma takiej siły, która by nas rozdzieliła.
Wtuliłam się w Rosjanina jeszcze mocnej. Pod dłonią czułam słabe, powolne, ale miarowe bicie serca. Napawałam się dotykiem jego mięśni. W tym czasie silne ramiona ukochanego zamknęły mnie w silnym uścisku.
- To nie Lissa jest moją królową.- szepnął mi do ucha.- Tylko ty Roza. Zawsze, na zawsze.

środa, 2 sierpnia 2017

ROZDZIAŁ 92

Od wczoraj zastanawiamy się, o co chodzi. Na razie doszliśmy do wniosku, że przemiana musi odbyć się na dawnym polu walki, w czasie super księżyca, poprzedzającego zaćmienie słońca.
- Przecież możemy na to czekać nawet całe lata. I które dokładnie walki? Przecież świat pamięta ich tysiące.- zdenerwowałam się.
- Spokojnie Roza.- ukochany spojrzał na mnie znad książki.- Ty sprawdź gdzie i kiedy będzie najbliżej to zjawisko, a ja wtedy sprawdzę co tam było.
Westchnęłam i poszłam do działu o niebie. Na szczęście książka była na dolnym regale, ale jej znalezienie i tak zajęło mi z pół godziny. "Obliczenia zjawisk przysłonięcia słońca księżycem i innych cudów nieba." Szukałam ba końcach i znalazłam nawet co będzie za tysiąc lat. No to trzeba się trochę cofnąć. Po kilku godzinach znalazłam to co szukałam. Dokładnie noc z 13 na 14 kwietnia w Deary w Montanie. To tydzień przed urodzinami bliźniaków. Mamy trochę czasu na wymyślenie, o co w tym chodzi. Królowa może być albo Luna, albo Lissa. Tylko martwi mnie kwestia krwi. Czy na prawdę potrzebujemy jakiejś ofiary? Może Dymitr znalazł coś przydatnego. Wróciłam do alejki o wampirach, patrząc w księgę, czy na pewno dobrze przeczytałam datę i miejsce.
- Towarzyszu, wiesz może gdzie jest Deary?- spojrzałam na ukochanego i aż się przeraziłam.
Ledwo stał, opierając się o regał. Był bardziej blady niż zazwyczaj, nawet z charakteryzacją, a przez soczewki przebijała szkarłatna czerwień.
- Kochanie, wszystko dobrze?- spytałam zmartwiona, podchodząc bliżej.
Jednak powstrzymał mnie gestem.
- Nie podchodź Roza!
Odwrócił się i chciał odsunąć. Jednak zachwiał się, więc wrócił do przytulania półki.
- Kiedy ostatni raz jadłeś?- spytałam podejrzliwie.
Nie odpowiedział mi, tylko zsunął się po drewnie i usiadł na podłodze. Podeszłam do niego i wyciągnęłam mu pod noc dłoń. Patrzył na mnie z niedowierzaniem. Widziałam, że walczy ze sobą, aż odepchnął moją rękę. Jednak nie odpuszczałam.
- Roza nie...- dyszał ciężko.
Jeszcze nigdy nie widziałam nikogo w takim stanie. Lissa po tygodniu bez krwi lekko się chwiała. Ale moroje nie żywią się tylko krwią. Po za tym Rosjanin pije do ugaszenia pragnienia, a nie do pełna.
- Bielikow!- huknęłam na niego.- Musisz się napić, a w takim stanie nigdzie nie pójdziesz.
- Nie wypiję twojej krwi.- wypalił.
Westchnęłam i wyciągnęłam sztylet. Mąż uważnie śledził każdy mój ruch. Przysunęłam ostrze do środka dłoni. Trochę się bałam, ale zamknęłam oczy i pomyślałam o cierpieniu ukochanego. Zacisnęłam mocno powieki, przejeżdżając srebrem po skórze. Czułam pieczenia, a z przecięcia zaczęła lecieć krew. Dymitr spojrzał z przerażeniem i pragnieniem za kroplami spadającymi na dywan. Przysunęłam się do niego i tym razem bez sprzeciwu zaczął spożywać czerwoną ciecz z mojej dłoni. Rana zasklepiła się od jego śliny. Trochę było mu lepiej, ale wiem, że za mało. Usiadłam przed nim, przesuwając szyję do jego ust.
- Roza... Już jest dobrze.- starał się brzmieć pewnie, ale wiedziałam, że kłamie.
Przybliżyłam sobie sztylet do szyi od jego strony.
- Ugryziesz mnie, czy mam to zrobić?
Odsunął moją dłoń na bezpieczną odległość. Jednak zatrzymał się, patrząc na broń. Nie rozumiejąc o co chodzi, też na nią spojrzałam. Jej czubek przybrał szkarłatną barwę. Tak jakby wchłonęła krew, która na nim była.
- "Krew w dobrej wierze przelane, zostanie oddana."- wyrecytowałam, patrząc na to zjawisko.
Położyłam sztylet przed sobą i odchyliłam głowę. Ukochany zaczął mnie tam całować, a mi zrobiło się ciepło. Następnie niepewnie rozchylił usta. Czułam jego oddech, a serce mi zabiło w niemym wyczekiwaniu. Tak dawno nie czułam tej euforii, myślałam, że się wyleczyłam, to już w końcu 17 lat. Ale teraz wiem, że to zostawiło na mnie ślad na zawsze. W końcu zatopić kły w mojej szyi. Przez sekundę czułam ból, a później już tylko błogą przyjemność i spokój. Przymknęłam oczy, ale szybko je otworzyłam, patrząc na przedmiot między moimi nogami. Z każdą chwilą, z każdym pociągnięciem męża, czerwień obejmowała coraz większą powierzchnię sztyletu. Gdy była przy rączce powieki same zaczęły mi opadać. Czułam obejmujące mnie zmęczenie. Walczyłam z tym, aż w końcu oparłam się o tors ukochanego i dałam się pochłonąć ciemności.

DYMITR

Tak bardzo dałem się ponieść rozkoszy słodkiej krwi, rozlewającej się po moim ciele, że zapomniałem o kontrolowaniu się. Dopiero gdy Roza opadłam na mnie bezwładnie, ocknąłem się. Jak poparzony odskoczyłem od niej. Przerażony sprawdziłem czy oddycha. Nigdy nie wybaczyłbym sobie, gdybym ją zabił. Na szczęście tylko straciła przytomność. Mimo wszystko i tak posunąłem się za daleko. W ogóle nie powinienem jej gryźć. Ale co zrobić z sztyletem na gardle. Położyłem ją delikatnie na jej kurtce i przykryłem swoim płaszczem, po czym odpuściłem budynek. Muszę napić się więcej, niż zazwyczaj. Jestem Rosjaninem, więc nikt pewnie nie zrobi sobie nic z tego, że chodzę w krótkim rękawku. Może Baja to nie Arktyka, jak myślała kiedyś moja ukochana, ale późna jesień jest o wiele zimniejsza. Na wspomnienie tamtych chwil w Akademii, uśmiechnęłam się. Teraz jest lepiej, ale i tak tęsknię za tym czasem, kiedy nawet nie śmiałem o byciu jej mężem i ojcem dzieci. Chociaż nie. Śniłem. Ach... to były cudowne sny.