wtorek, 9 maja 2017

ROZDZIAŁ 70

Nie była to wcale uczta dla króla, ale i tak więcej niż jadłam dotychczas, więc bardzo się ucieszyłam. Przede mną stał talerz z czterema naleśnikami.
- Chciałbym dać ci więcej, ale po takiej głodówce, gdybyś za dużo zjadła, bolałby cię brzuch.- tłumaczył się Bielikow.
- Spokojnie, jest dobrze.- zapewniłam i zabrałam się za jedzenie.
Nigdy nie sądziłam, że jestem w stanie tak bardzo ucieszyć się z jedzenia. A jednak cieszyłam się bardzo. Po skończonym posiłku, mój ukochany zabrał talerz i wystawił za drzwi. Następnie usiadł obok mnie, a ja wtuliłam się w niego.
- To teraz tylko podziwiać śmierć w cierpieniach Randalla, odmienić cię i wrócić.- mruknęłam w jego szyję.
- No, łatwizna.- zawołał z sarkazmem.
- Zgaduję, że z tym drugim będzie więcej zabawy, niż przy normalnej strzydze.- westchnęłam.
- A ja tak sobie myślę... po co się męczyć?- zaczął ostrożnie.
- To znaczy?- spojrzałam na niego z niepokojem.
- Mam uczucia, nie muszę spać, jestem silniejszy, szybszy, mam bardziej czułe zmysły i jestem nieśmiertelny...
O nie! Wiedziałam do czego zmierza. Zacząłem przecząco kręcić głową, ale to wcale go nie zniechęciło.
- No ale zobacz. Gdybyś dołączyła do mnie, moglibyśmy podporządkować sobie strzygi.- rozmarzył się.- W końcu bylibyśmy razem na zawsze. Ty i ja. Nikt by już mi nigdy ciebie nie odebrał.
- Dymitr, to nie możliwe...- próbowałam ochłodzić jego zapał.
- Ale dlaczego?- spytał wprost desperacko.
- Po pierwsze Lissa i Christian. To nasi podopieczni i jesteśmy za nich odpowiedzialni. Nie możemy z własnej woli zostawić świat morojów, bez najlepszych strażników. Po drugie słońce. Nie będziemy mogli więcej na nie wyjść. Już nigdy. A skoro będziemy mieć uczucia będziemy za nim nadal tęsknić, jeśli nie mocniej. Po trzecie dzieci. Co z naszą małą gromadką. Anastazja, Felix i Diana są załamani. Nie możemy ich tak po prostu zostawić. Sam nie wmówisz mi, że za nimi nie tęsknisz.
- A czy to ma znaczenie?- pochylił się i zachował twarz w dłonie.- Diana mnie nie zna, a maluchy po tylu latach nieobecności na pewno o mnie zapomnieli.
- Dymitrze Bielikow. Zabraniam ci tak mówić.- zaczęłam stanowczo, po czym dodałam delikatnie.- To twoje dzieci. Zawsze będą cię kochać.
- Mają mnie za bezduszną bestię.- spojrzał na mnie z desperacją.
- Wcale, że nie. Wierzą, że da się ciebie uratować i pokładają we mnie wszelką nadzieję. Wiedzą, co oznacza być strzygą, a później zostać odmienionym. Nastka codziennie, każdej nocy, przed wschodem słońca siada przy oknie i czeka. Wiesz na co czeka?- zaprzeczył głową.- Na ciebie. Twoja księżniczka cię potrzebuje. Diana szuka cię w twoich książkach i opowieściach o tobie. A Felix ku twojej czci, jak to kiedyś powiedział, zbiera figurki kowbojów. Dzieci bardzo za tobą tęsknią. Zawsze gdy jest najmniejsza wzmianka o tobie, w ich oczach pojawia się nadzieja. Nadzieja, że ich idol, autorytet i dobry ojciec wróci.
- Naprawdę?- spytał z nadzieją, a ja przytaknęłam mu głową.- No to nie mogę ich zawieść.
- Oj nie możesz.- uśmiechnęłam się szeroko, siadając na nim w.- Po za tym, jako strzyga nie możesz mieć dzieci.
Wyprostował się, wracając wzrokiem, pełnym pożądania, z moich piersi na twarz, jednocześnie obejmując mnie jedną ręką, żebym nie zleciała.
- Eghem...- odchrząknął, uśmiechając się.- Zawsze można to sprawdzić.
Dołączył drugą rękę, zamykając mnie między obiema. Odgarnęłam z jego szyi włosy i nachyliłam się, po czym zaczęłam składać tam mokre pocałunki. Pokonałam tak całą jej długość, następnie linię żuchwy i kończąc na ustach. Chłodnych, miękkich, słodkich ustach. Od razu odwzajemnił pieszczotę, przyciskając mnie bliżej siebie. Zachłannie pogłębialiśmy pocałunki, jakbyśmy chcieli się nawzajem zjeść. Za Dymitra nie ręczę, tak kwestią żartów. Moje paznokcie już od jakiegoś czasu drapią i masującą mu głowę, co sprawia mu nieskrywaną radość, o której zapewniają mnie jego wzdychanie i jęki. Za to jego dłonie idealnie dopasowują się do moich pośladków, ściskając je jak dojrzałe pomarańcze. Nasze jęki i szybkie oddechy mieszały się co chwilę.
- Tak bardzo ciebie chcę...- wydyszał.- W tej chwili.
- Bierz mnie, tygrysie.- wyszeptałam mu seksownie do ucha, prężąc się, wynikając tyłek i przy okazji ocierając o jego męskość.
Przypominam, że jestem w samej bieliźnie. Na końcu przejechałam językiem za jego płatkiem ucha. Wciągnął gwałtownie powietrze, a gdy wróciłam na miejsce, jego sprzęt wbijał mi się bardziej niż wcześniej. Warknęłam podnieca, na co on nie wytrzymał i jedną ręką rozpiął mój stanik. Gdy tylko upadł na ziemię, przyssał się do moich piersi, a ja schowałam głowę w zagłębienia jego szyi, jęcząc i dysząc gardłowo. Ręką przesuwałam po jego nagich plecach. Nie wiem nawet, kiedy pozbyłam się jego koszulki, ale nie przeszkadza mi to. Poczułam, że się unosimy. Bielikow, nie odrywając się od mojego dekoltu, poszedł ze mną do sypialni. Rzucił mnie na łóżko, nie siląc się na delikatność, której nie oczekiwałam. Czekałam na to cholerne dwanaście lat. Ma się nie hamować. Zawisł nade mną całkowicie pozbawiony ubrań i zdążyły ze mnie zedrzeć dolną część bielizny. Wyczytując mi z oczu moje oczekiwania, wszedł we mnie szybko i głęboko. Otworzyłam szeroko oczy i uniosłam się, wgryzając w jego ramię. To było tak zaskakujące i podniecające. Zaczął się poruszać, szybko i mocno, jednocześnie całując i ssając moją szyję i ucho. Przechodziły mnie dreszcze, gdy w kumulacyjnych momentach stosunku, zasysał najczulszy punkt, co skutkowało moim drżeniem i sapnięciem. Ale mi było mało i moje biodra same wychodziły mu na spotkanie, potęgując doznania. Słyszałam jak dyszy i jęczy mi w ucho, chuchając ciepłym oddechem. Dobrze, że ciała strzyg szybko się regenerują, bo Rosjanin przez tydzień nie pozbyłby się śladów na plecach po moich pazurach. W końcu oboje doszliśmy opadając ma łóżko. Mój ukochany starał się unormować oddech, mocno mnie przytulając dłońmi, które przez cały czas podtrzymywały mnie w górze. Co chwilę składał mokre pocałunki na całej mojej twarzy. Gdy już się uspokoił, chciał wstać, wychodząc ze mnie, ale nie pozwoliłam mu, oplatając go ramionami i nogami. Nie chciałam, nie byłam gotowa na to uczucie pustki. Tak idealnie mnie wypełniał. Zrozumiał i wrócił do poprzedniej czynności, zatrzymując się na dłużej, przy moich ustach. Gdy po całej wieczności odsunął się ode mnie, pozwoliłam położyć się obok. Mimo wolne jęknęłam niezadowolona, a on tylko się zaśmiał i przytulił mnie do siebie. Zacząłem kreślić na klatce piersiowej męża nieokreślone kształty, podczas gdy on obkręcał sobie na palce moje włosy.
- I tak nie wybaczyłam ci, braku znaku życia przez te lata.- przerwałam ciszę.- Nawet nie wiesz jak bardzo bolał każdy pusty dzień.
- Myślę, że wiem. Moje serce poskładało się w momencie, gdy tylko cię zobaczyłem. Poczułem wręcz euforię, że nareszcie nie będę sam. Że będziesz ze mną. 
Wzruszyły mnie słowa ukochanego. Wtuliłam się mocniej w jego pierś, zaciągając się wspaniałym zapachem. W końcu to nie sen, ani poduszka. Mój wspaniały strażnik, z krwi i kości. Nagle wdrapałam się na niego i wypięłam seksownie.
- Ale to wciąż za mało.- przygryzłam wargę, a jego oczy rozszerzyły się do rozmiarów krążków hokejowych.- Chcę się z tobą kochać, aż do nieprzytomności.
Gdy tylko jego członek napiął się do granic możliwości, sama się na niego nabiłam. To były wspaniale godziny.

niedziela, 7 maja 2017

ROZDZIAŁ 69

Obudziłam się bardzo wypoczęta. Przeciągnęłam się i pierwsze co zauważyłam, to to, że nic mnie nie boli. Zrzuciłam z siebie kołdrę i obejrzałam dokładnie ciało. Miałam na sobie białą, koronkową bieliznę, ale po ranach ani śladu. Co jest? Przecież to mi się nie przyśniło.
- Kusisz kotku.- podskoczyłam na głos ukochanego.
- Przez ciebie kiedyś zawału dostanę.- powiedziałam, do opierającej się o drzwi strzygi.- Co się stało?
- No cóż.- uśmiechnął się, podchodząc i usiadł na brzegu łóżka, obok mnie.- Twój rycerz uratował cię od koszmarnej poczwary, zabijając ją.
- Och, jak ja co się odwdzięczę.- złapałam się teatralnie za serce.
- Buziak w policzek powinien wystarczyć.- wskazał na wspomniane miejsce.
- Po tylu latach rozłąki ty chcesz tylko całusa w policzek?- żachnęłam się.
- Ech, niech ci będzie.
Przyciągnął mnie i wpił mi się prosto w usta. Przylgnęłam do niego, napawając się chwilą i chcąc go jak najwięcej. Po bardzo długim pocałunku w końcu mnie puścił.
- No dobra, a teraz mi wszystko wyjaśnij.- zażądałam.
Przeczesał włosy dłonią, zbierając myśli.
- Nie wiem, jak to możliwe, ale mam uczucia. Po prostu. Jak obudziłem się, nie do końca wiedziałem, co się stało. Nie pomyślałem nawet, że jestem strzygą. Dopiero jak poparzyło mnie słońce, dotarło do mnie kim się stałem. Nic po za tym, wyglądem, siłą i szybkością u mnie się nie zmieniło.- zapewnił, patrząc mi prosto w oczy, jednocześnie przyciskając moją dłoń do swojej klatki piersiowej.
- Wierzę ci. A moje rany?- spytałam.
Zauważyłam, że na ten temat jego oczy stały się twarde i pełne gniewu.
- Ślina strzyg natychmiastowo leczy.
- Czyli, że mnie...- zmarszczyłam czoło.- wylizałeś?
- Każdy najmniejszy kawałeczek skóry.- uśmiechnął się.- Mógłbym powiedzieć, że jesteś smaczna, ale nie pasuje w tej sytuacji.
Wstałam i usiadłam na kolanach męża, zarzucając mu ręce na szyi. Automatycznie objął mnie, żebym nie spadła, a jego wzrok powędrował do moich piersi, uwydatnionych przez stanik. Nachyliłam się i pocałowałam go w szyję.
- To jest bardzo podniecające, w każdej sytuacji między nami.- szepnęłam, sunąc paznokciem po piersi Rosjanina.
Nie musiałam patrzeć na niego, aby wiedzieć, że obudziłam w nim głód mojego ciała. Wtuliłam się w niego mocno, wdychając boską wodę kolońską.
- Tęskniłam za tobą.- wyznałam.- Cholernie.
- Ja za wami też. Tobą, dziećmi i Lili. To było okropne. Czułem się tak bardzo samotny. Przy tych kreaturach musiałem udawać krwiożerczą bestię. A ja miałem uczucia.
- Cii... już spokojnie. Dla mnie możesz być sobą.
- I jestem. Zamykałem się tylko w tym pokoju i płakałem mad twoim zdjęciem. Płakałem.- spojrzał mi prosto w oczy.- Że nie mogę cię dotknąć, przytulić, pocałować...
- To czemu do nas nie wróciłeś.
- Jak byłaś w ciąży... na początku byłaś w stanie się bronić. Wiesz, że matka dla bezpieczeństwa dzieci zrobi wszystko. Mogłaś nie chcieć mnie wysłuchać, albo co gorsza, nie uwierzyłabyś mi. Nie miałbym dużo czasu, by cię przekonać. A później zaczęło odwiedzać cię dużo osób, w tym strażnicy no i byłoby jeszcze gorzej. Po urodzeniu Diany przeniosłaś się do Akademii i wychodziłaś z niej tylko w ciągu ludzkiego dnia. Nie miałem jak.
Chwilę siedzieliśmy tak w siebie wtuleni, gdy coś sobie uświadomiłam. Nie powiedziałam mu, jak nazywa się nasza druga córka.
- Ty wiesz?- zdziwiłam się.
- Wiem wszystko. Śledziłem was,starałem się obserwować, chciałem wiedzieć wszystko o tych, których kocham. Aż nagle usłyszałem o twojej śmierci.- zacisnął mocno zęby.
- Skąd wiedziałeś, że żyję?- dociekałam dalej.
- Czułem to. Nie umiem tego wyjaśnić, ale po prostu wiedziałem, że to jeszcze nie koniec naszej historii. Tylko nigdy nie pomyślałbym, że mój własny ojciec...
- Nie.- przerwałam mu.- On nie zasługuje, abyś tak go nazywał. On nie jest twoim ojcem. Oni tak nie robią.
- Chciałbym zadać mu tyle cierpienia, ile ty musiałaś znosić. Albo i więcej.- zacisnął pięści.
Robiło się lekko niebezpiecznie, wiec ostrożnie zeszłym z jego kolan i usiadłam obok.
- A zgwałciłbyś go dla mnie?- spytałam pół żartem, pół serio.
Dymitr zrobił wielkie oczy.
- Żartujesz? On tego nie zrobił!
- Codziennie od czterech miesięcy.- powiedziałam i poczułam łzy na policzkach.
- Cholera!
Strzyga zerwała się, wzięła stolik przy łóżku i roztrzaskała go o ścianę w drobny mak. Nie powiem, wystraszyłam się, choć wiedziałam, że nic by mi nie zrobił. Rozpłakałam się na całego, wspominając tamte chwile. Podczas gdy ja zwijałam się w łzach na łóżku, mój ukochany wyżywał się na sąsiednim pokoju. W końcu poczułam zimną, lecz znajomą dłoń na ramieniu. Pozbierałam się, otarłam oczy i spojrzałam mu w oczy.
- Czy on jeszcze żyje?- spytałam z nadzieją.
- Po tym wszystkim, ty pragniesz, aby żył?- zdziwił się.
- Tak.- powiedziałam pewnie.- Chcę na własne oczy widzieć, jak umiera w męczarniach.
Byłam pewna, że wyglądam jak zbiegła z psychiatryka. Nikt normalny nie rozmyśla o zemście z efektem końcowym jako śmierć, siedząc w bieliźnie przed mężczyzną z dwunastu letnim celibatem. Na pewno gdybym pozwoliła, rzucił by się ba mnie bez wahania. A tak się składa, że nic przeciwko nie mam. Uśmiechnął się tylko chytrze, z błyskiem w oku, którego jeszcze nigdy u niego nie widziałam.
- Da się załatwić.- zapewnił.- Sam chętnie bym takie przedstawienie zobaczył.
Dopiero po chwili przypomniałam sobie temat naszej rozmowy. Uśmiechnęłam się zadowolona.
- A jeszcze jedno pytanie. Co to było, co wlałeś mu w rany?
- Bardzo silna trucizna. Okazało się, że niektóre strzygi mają kontakty ze złymi wiedźmami, zajmującymi się czarną magią. Normalnie zabija, ale gdy przyjrzałem się twoim ranom, uznałem, że cztery dni umierania w bólach i niewyobrażalnym cierpieniu to za mało i kazałem zrobić wszystko, aby to przeżył. A powiedz mi, czy on cię w ogóle karmił?
- Zdziwię cię, sądząc, że już więcej dostają jedzenia nie posłuszne zwierzęta w cyrku, niż on mi dawał?
Niekiedy byliśmy w domu dziecka, dla dampirów, tak jak prosiła nas Lissa i raz   złapaliśmy się na wykład gości ze schroniska o traktowaniu zwierząt i tam była cześć poświęcona znęcaniu się nad zwierzętami w niektórych cyrkach. Serio, mają lepsze warunki, niż ja miałam u Randalla. Gdy tylko o tym pomyślałam, zaburczało mi w moim małym brzuchu.
- Co za skurwiel. Mam pomysł. Będziemy się nad nim zlecać tak długo, jak przeżyje bez kropli krwi, chyba że swojej.
- Panie Bielikow, nie podejrzewałam pana o taką bezwzględność.- zaśmiałam się.
- Dla niektórych po prostu warto Pani Hathaway-Bielikow.-zawtórował mi.- A teraz chodź, bo jedzenie wystygnie.
Na samą myśl o większej porcji, niż kromka chleba, pociekła mi ślina. Bardzo chętnie dałam zaciągnąć się do rozwalone salonu. Jednak i tak nic, po za srebrną tacą z pokrywką, dla mnie nie istniało.

piątek, 5 maja 2017

ROZDZIAŁ 68

Jeśli mówiłam, że te cztery miesiące, gdy Dymitr pierwszy raz był strzygą były najgorsze, to teraz moja poprzeczka skoczyła wysoko w górę. Od pięciu miesięcy jestem niewolnicą Randalla, a od czterech również seksualną. Nie oszczędza mnie żadnego dnia. Tak dawno nie widziałam słońca i nieba, w sumie nic nie widziałam po za kamieniem i żarówką zwisającą na kablu z sufitu. Jestem blada jak śmierć, cała w ramach, a moja psychika już mnie zawodzi. Codziennie hańbiona i poniżana, bita, raniona nożami, a niekiedy i podpalana żywym ogniem. Znalazł sobie średniowieczne tortury i stosuje na mnie. Jak co dzień zostałam zerwana z błogiego i bezbolesnego snu, po czym wyciągnięta z celi. Ale tym razem nie trafiłam do sali tortur, a do jakiegoś gabinetu. Za oknami było ciemno, czyli, że mamy noc. Przywiązano mnie do krzesła i dwaj mężczyźni wyszli. Krzesło przy biurku się obrócił, a tam siedział Iwaszkow, pieszcząc swoją broń. Odetchnęłam w duchu z ulgą. Koniec mojej męczarni.
- Wiesz, Rose, bardzo dobrze mi się z tobą współpracowało...
- Czego nie mogę powiedzieć o tobie.- rzuciłam.
Takie sytuacje zawsze działały na mnie wzrostem odwagi. I tak mnie ma zabić, co mi za różnica. Jak zginąć to z klasą.
- A ja myślałem, że to cię czegoś nauczyło.- westchnął.
- Jestem oporną uczennicą. Spytaj swojego syna. A nie, czekaj. Przecież on prędzej cię zje.- uśmiechnęłam się zwycięsko.
- Lepiej zamknij tą jadaczkę, bo wrócisz pod bat.
- Dobra, do rzeczy.- przewróciłam oczami, śmiejąc się w duchu.
Powstrzymał się od rzucenia kolejnego wyzwiska.
- Wracając. Tak więc, niestety, wszystko ci dobre, kiedyś się kończy. Jesteś wspaniałą kobietą, ale twój czas dobiegł końca. Jak widać nikt nie przyszedł ci z pomocą, jesteś sama i nikogo nie obcho...
- Daruj sobie. Na dworze wciąż mnie szukają, ale nie umieją znaleźć.- powiedziałam pewnie.- Po za tym ja, w odróżnieniu od ciebie umiem zginąć za dziecko, a ty nawet nie wiesz, co to miłość.
- Milicz kobieto bo...
- Bo co? Zabijesz mnie? Proszę bardzo.
- Chciałem kulturalne, ale jak widać z tobą się nie da.- wycelował we mnie broń.- Smaż się w piekle suko.
- Zostawię ci otwartą bramę.
Już miał strzelić, gdy zza drugich drzwi usłyszeliśmy hałas.
- Widzisz. Przyszli po mnie. To twój koniec.
- Po twoim tropie.- uśmiechnął się i strzelił, w tym samym czasie co drzwi się otworzyły.
Odwróciłam wzrok, ale nic nie poczułam. Co on sobie w kulki ze mną leci? Spojrzałam przed siebie i zastygłam w szoku. Między nami przebiegło z dwadzieścia strzygą i zniknęło za drugimi drzwiami. Jedna musiała po prostu przyjąć moją kulę. Ale o co tu chodzi? Co one tu robią? Czemu pobiegł dalej? Przecież ode mnie śmierdzi krwią na kilometr. Spojrzałam na drzwi, którymi weszły i oniemiałam. W rażącym blasku światła stał dumnie Rosjanin w swoim kochanym prochowcu. Nie miało dla mnie znaczenia, że jest strzygą. Odnalazł mnie jak obiecał. Nasze spojrzenia się skrzyżowały i... chyba widziałam radość i miłość w jego oczach. Nie. Na pewno nie. Strzygi nie mają uczuć. Po chwili zmierzył mnie wzrokiem i zacisnął pięści. Spojrzał na mojego oprawcę. Gdyby spojrzenie mogło zabić, to Randall już leżałby martwy.
- Ty!- ryknął, w sekundę znajdując się przy nim i rzucając go o ścianę.- Mogłem się spodziewać. Ze wszystkich mężczyzn nie ma tak okrutnego jak ty.
W oczach moroja widziałam strach. Bielikow wziął go za kołnierz i przyszpilił do ściany.
- Za wszystko co zrobiłeś mi i kobietą, które są dla mnie ważne, skazuję cie na piekło.- nie dając mu nic powiedzieć, przebił go pazurami, po czym zza płaszcza wyciągnął jakąś buteleczkę i polał jej zawartością rany Iwaszkowa. Nie patrząc na niego, odwrócił się i podbiegł do mnie. W jego oczach wyraźnie widziałam troskę i miłość. Jak? Czemu?
- Roza. Kochanie. Tak bardzo przepraszam. Gdybym znalazł cię wcześniej...
- Dymitr...- wychrypiałam.- Znalazłeś mnie. Dziękuję.
- Zawsze cię odnajdę. Zawsze już będę przy tobie. A teraz chodź. Trzeba wracać.
Zerwał wszystkie trzymające mnie łańcuchy, a ja bez oparcia zaczęłam spadać. Z łatwością mnie złapał i uniósł jak pannę młodą, po czym skierował się ze mną do wyjścia. Wtuliłam się w niego i czując się bezpieczna, zaczęłam się cała trząść.
- Boże, co ten skurwiel ci zrobił?- popatrzył na mnie zmartwiony.
- Wszystko. Ale do wesela się zagoi.- zaczęłam kaszleć i plunęłam krwią.
- Oj tak. Już ja o to zadbam. A teraz śpij.- cmoknął mnie w czoło, a moje ciało objęła fala ciepła. Jednak zadrżałam, gdy wyszliśmy na chłodne powietrze, zatrzęsłam się. W końcu to październik i nie jest już tak ciepło, aby latać na go. Zwłaszcza nocą. Mój mąż, widząc to, zdjął swój płaszcz i okrył mnie nim.
- Zabrudzę go krwią.- zauważyłam.
- Ty jesteś ważniejsza.- zrobiło mi się ciepło na duszy.
Nic nie rozumiałam, ale cieszyłam się, że jest tu ze mną. Położył mnie delikatnie na tylnych siedzeniach i usiadł obok z kamienną miną. Spojrzałam na niego, ale jego wzrok był zimny jak lud. Co się z nim stało?
- Musi udawać, aby strzygi nie połapały się, że jest inny. Dla waszego bezpieczeństwa.- w głowie usłyszałam znajomy głos.
Luna już dawno się do nas nie odzywała. 
- Ruszaj.- powiedział zimno strażnik, a mnie przeszedł dreszcz.
Jednak na pamięć wrócił mi obraz zatroskanych oczu ukochanego, co mnie uspokoiło.
- Lissa.- przedarłam się do umysłu przyjaciółki.
- Rose?! Coś się stało?- zmartwiła się.
- W sumie to tak. Jestem wolna i Dymitr porywa mnie do siedziby strzyg.
- O Boże!- wystraszyła się.
- Ale spokojnie. On jest... inny. Ma uczucia.- pokazałam jej wspomnienie sprzed kilkunastu minut.
- Czyli, że wszystko dobrze?- chciała się upewnić.
- Tak. Ale nic im jeszcze nie mów. Najpierw chcę uratować mojego bohatera.- spojrzałam z uśmiechem na Rosjanina.
- No dobrze. Ale pospiesz się. Dzieciaki są zrozpaczone.
- Zrobię co w mojej mocy. Jeszcze wrócimy oboje do domu.
Zaczęłam ziewać, a podskakiwanie samochodu tylko pomagało snu przyjście. Okryłam się szczelniej płaszczem i odpłynęłam w krainę morfeusza.

czwartek, 4 maja 2017

ROZDZIAŁ 67

Dedykuję ten rozdział Marcie, za to, że tak bardzo go chciała.
___________________________________________________________Codziennie to samo. Budziło mnie wiadro lodowatej wody i dwóch osiłków ciągnęło mnie do sali. Randall przywiązywał mnie do drewnianej rury i bił biczami. Czasami gdzieś wbił nóż, ale tak żeby mnie nie zabić. W połowie pytał, czy ulegnę, ale odpowiedź zawsze była taka sama. Wtedy też miałam przerwę na kromkę chleba i wodę. Przez ten miesiąc nieźle schudłam i zmizerniałam, nie mówiąc o bliznach. Codziennie, po pobudce, pytam Lissę o dzień. Zdarza się, że jeszcze budzą mnie w nocy. Kiedy skończę jeść, kontynuuje tortury z użyciem rozgrzanego druta lub węgli prosto z żaru. Jeśli gdzieś na plecach mam kawałek skóry bez cięć od bicza, to pokrywają go bąble, albo ropiejące rany poparzenia. Na zebrach i brzuchu miałam siniaki od kopania i bicia. Ale mimo cierpienia, nie poddaję się. Ciągle czuję wiarę Dymitra i trzymam się jej jak tonący kawałka drewna na oceanie. Ale dzisiaj się coś zmieniło.
- Wstawaj. Koniec drzemki.
Podniosłam się, czując ból na każdym centymetrze ciała. Nie miałam sił się podnieść.
- Nie słyszałaś!- wrzasnął polewacz
Dotarł do mnie dźwięk uderzenia blachy o kamień, po czym wnioskowałam, że jak co dzień rzucił wiadro i zaraz brutalnie mnie podniesie. Nie myliłam się. Zacisnęłam zęby, a i tak syknęłam z bólu, gdy złapał mnie za ramię i brutalnie pociągnął w górę. Na wpół ciągnięta, a na wpół podtrzymująca się ściany, zostałam doprowadzona do sali. Wtedy ten goryl uderzył mnie tak, że upadłam na ziemię. Skuliłam się w pozycji embrionalnej, bo tak najmniej czułam ból. Leżałam nie wiem ile, gdy usłyszałam jego głos.
- No i widzisz Rose. Po co ci to wszystko. Mogłaś się już dawno poddać. Miałabyś niezapomniany sex i dawno bym już Cię zabił.
- Nie zapomniany sex z tobą?- zaczęłam kaszleć krwią.- Nigdy taki nie będzie. Jestem tylko Dymitra i nigdy ci się nie oddam.
Zacisnął usta w wąską linię.
- To wezmę sobie sam.
Przeraziłam się. On chyba nie chce...
Poczułam smagnięcie bata i wyprostowałam się, jak rażona prądem. On to wykorzystał i znalazł się nade mną, przywracając mnie na plecy. Zaczęłam się szarpać i wyrywać, mimo rwącego bólu. Moroj zdzielił mnie kilka razy w twarz, po czym zerwał ze mnie szatę. W jego oczach było tylko pożądanie i szaleństwo, a ja wiedziałam, że tym razem nie umiałam ukryć strachu. Złapał moje ręce w nadgarstkach, unieruchamiając je mi nad głową. W tym czasie jego druga dłoń bezczelnie mnie obmacywała. Gdy zaczął całować moje nagie piersi, nie wytrzymałam i z oczu pociekły mi łzy bezsilności i wstrętu do siebie. Odechciało mi się wszystkiego. Ale wciąż walczyłam.
- Przestań się wiercić, a będzie mniej bolało.- warknął, podgryzając mi skutek.
Poczułam jak ktoś łapie moje dłonie i przytwierdza do podłoża kajdankami, dzięki czemu Randall miał wolne dłonie. Zjeżdżał coraz niżej, a ja szarpałam się i wyrywałam. Zmęczona bólem i wysiłkiem, który i tak nic nie dał, odwróciłam głowę i miałam ochotę tylko się skulić i płakać w samotności. Robił wszystko, co zawsze mnie podnieca, ale teraz przynosi tylko obrzydzenie i odruch wymiotny. Nigdy nie byłam wierząca, ale Boże, błagam. Ten jeden jedyny raz mi pomóż i uratuj od tego zboczeńca. Gdy usłyszałam dźwięk zamka błyskawicznego, weszły we mnie nowe siły. Adrenalina znieczuliła mnie na cierpienie i pozwoliła na nowo się szarpać. Nagle poczułam niewyobrażalny ból, na co krzyknęłam. Wszedł se mnie i zaczął się poruszać.z każdym pchnięciem czułam się jakby rozrywał mnie od środka. To trwało całą wieczność, gdy ze mnie wyszedł i spuścił się obok mnie. Dyszałam ciężko i mimo bólu, skupiłam się, próbując zatrzymać łzy. Dopiero teraz zauważyłam, że zostałam odpięta. Ale nic to nie zmieniało. Czekałam tylko, aż mnie zabije. Czułam obrzydzenie i wstręt do siebie i swojego ciała. Jestem słaba i nie umiem się obronić. Nagle wylał na mnie tą samą ciecz, co zawsze, a wszystko zaczęło palić żywym ogniem. Czemu on mi to robi? Nie wystarczy mu to, jak mnie upokorzył?
- Nie ma spania. Obiadek, a później wracamy do codzienności. Jutro powtórka.- uśmiechnął się szatańsko i rzucił we mnie bochenkiem chleba. O! To jakaś nowość. Dopadłam jedzenia jak dzikie zwierzę i zaczęłam jeść, zanim się rozmyśli. Następnie posadził mnie na krześle i do niego przypiął. Złapał ostry drut i wbił mi w dłoń, na wylot. To samo zrobił z drugą i stopami. Ale oprócz krzyku nie wykazywałam żadnych innych oznak cierpienia. Byłam wyprana z emocji. Czułam się jak najgorszy śmieć i byle zabawka, którą kiedyś się znudzi i zabije. Jaz zwykle gorący pręt, noże, bicze. Nic nowego. Już zdążyłam się przyzwyczaić, bo nic innego mi nie zostało. Tak. Podałam się. Nie czekam na ratunek, który nie przyjdzie. Wygrał. Dostał co chciał i długo jeszcze będzie to brał. Na koniec zrobił coś nieoczekiwanego. Odchylił moją szyję i wbił się w nią. O tak! Endorfiny to coś, czego teraz mi potrzeba. Błogość i znieczulenie bólu. Po raz pierwszy od miesiąca nie zemdlałam z cierpienia, a zasnęłam z przyjemnością.
- Rose?! Boże święty, co on ci zrobił?
Przed sobą zobaczyłam Lissę. Często odwiedza mnie w śnie, aby zobaczyć jak wyglądam i dotrzymać mi towarzystwa. Zazwyczaj siadamy na sofie, ja się w nią wtulam i wyżalam. Całą słabość pokazuję przed nią, żeby nie cieszyć oczu Iwaszkowa.
- Liss.- rzuciłam się na nią z płaczem.- T-t-to było o-o-okropne. Zrobił to, rozumiesz?! Zrobił!
Płakałam skulona na jej kolanach, a przyjaciółka głaskała mnie po włosach. Zmieniła mój wygląd na normalny.
- Ja tak nie mogę.- powiedziała w końcu zła.- Musimy was znaleźć. Nie mogę patrzeć na twoje cierpienie, bo i ja cierpię. On musi za wszystko zapłacić.
- I co z tym zrobisz? Nawet nie wiemy, gdzie to jest. A może co dzień zmieniamy miejsce? Nie wiem. Jak dotąd nic nie znaleźliście. Tak, mam świadomość, że mnie szukacie.
Przez chwilę byłyśmy tak w ciszy.
- Rose. Nie chciałam ci wcześniej tego mówić, ale na pogrzebie był ktoś jeszcze.- spojrzałam na nią zaciekawiona.- Gdy wyszłam na środek i przemawiałam, za tują widziałam znajomą sylwetkę.
Weszłam do jej wspomnień i też to zauważyłam.
- Dymitr - wyszeptałam.- O-on tak był.
- Tak. Gdy wszyscy poszli wymknęłam się i zakradłam pod grób, tak żeby nikt mnie nie widział. On podszedł do kupki ziemi i położył na niej jedną czerwoną różę mówiąc...
Zagłębiłam się w jej wspomnienia, bo możliwe, że była to ostatnia szansa, aby usłyszeć jego głos.
- Wiem, że żyjesz Roza. Odnajdziemy cię.- popłakałam się słysząc jego cudowny akcent. On wie. On mnie uratuje. Czuję to. Wierzę w to.

środa, 3 maja 2017

ROZDZIAŁ 66

Obudziła mnie lodowata woda na moim ciele. Gwałtownie otworzyłam oczy, rozglądając się po pomieszczeniu. Byłam w jakiejś celi ze starym materacu. Oczywiście na nim nie mogli mnie położyć. Przy wyjściu stali dwaj goryle i wcale nie wyglądali, jakby chcieli się zaprzyjaźnić. Jeden, łysy w czarnej koszulce i narzuconej skórzanej kamizelce, trzymał wiadro, z którego kapały ostatnie krople wody, a drugi, z czarnymi włosami, niewyobrażalnie krzywym nosem, w bordowym T-shircie i zielonych bojówkach, miał bat z chyba pięciu rzemyków, zakończonych kolcami. Nie chciałam wiedzieć, po co mu on, ale miałam bardzo źle przeczucia.
- Przebierz się.- ten z tyłu rzucił we mnie jakąś podartą, białą szmatą. Czekałam, aż sobie pójdą, ale oni patrzyli na mnie równie wyczekująco.
- Chyba nie myślicie, że będę się przebierać przy was?- Uniosłam jedną brew.
- Możemy ci pomóc.- mruknął zachęcająco ten z wiadrem.
- Podziękuję.
Odwróciłam się do nich tyłem i zaczęłam ściągać z siebie przemoczone ubrania
- Stanik też. Dół możesz zostawić.- poinstruował mnie ciemnowłosy.
To było ohydne. Zboczeńcy. Cała trójka. Gdy w końcu ubrałam na siebie to coś, zaprowadzili mnie do innej sali. Było tam krzesło i stół z wbudowanymi kajdankami na ręce i nogi, łańcuchy przy ścianie, drewniana rura do sufitu oraz stojak z różną bronią i przyrządami tortur. Chyba naprawdę wolałabym tą kulkę w łeb. Zablokowałam się na Lissę. Nie chciałabym, aby była tego świadkiem, bo mogłaby kogoś tu wysłać. Choć sama nie wiem, gdzie jestem. Posadzili mnie na krześle i uwięzili zatrzaskami, po czym wyszli. Miałam piękny widok na broń, ale żadnych perspektyw na jej dostanie. Nagle drzwi za mną otworzyły się z hukiem, aż podskoczyłam, do tej pory skupiona na narzędziach moich tortur.
- Podziwiaj Rose, podziwiaj.- usłyszałam ochrony głos Randalla.- Może masz lepszą wyobraźnię niż ja i będzie mniej bolało niż myślisz.
Podszedł do stolika i wyciągnął nóż. Nie pokazałam strachu, nawet gdy podszedł i przyłożył go w moją klatkę piersiową. Jednak on, zamiast sprawić mi ból, upokorzył mnie, rozrywając tą i tak dziurawą szmatę tak, że odkrył mi całe piersi. Zaczął mnie po nich dotykać, co wywołało u mnie obrzydzenie. Próbowałam się wyrwać, ale nie miałam jak. Zesztywniałam, czując sunący metal po mojej szyi, a następnie pieczenie i ciepłą ciesz. Moroj nachylił się i zaczął ją zlizywać i scałowywać. Miałam ochotę się zrzygać. Gdy schodził coraz niżej, pochylił się tak bardzo, że gdy wyprostowałam nogę, walnęłam go prosto w najczulszy punkt. Z dumą patrzyłam jak zwija się na ziemi. Jednak po chwili wstał z groźbą wypisaną na twarzy.
- Więcej mnie nie dotykaj.- wysyczałam przez zaciśnięte żeby.
- Oj skarbie.- znowu uśmiechnął się jak pedofil, a nóż znalazł się przy moich piersiach.- Ty jeszcze nie wiesz, jak cię dotknę.
Wbił czubek i zaczął nim jeździć. Cholernie bolało, ale zagryzłam zęby, aby nie krzyczeć. Nie ukażę mu swojej słabości. Nigdy się nie poddam. Gdy skończył zlizywać krew, przejrzał się swojemu dziełu. Ze stolika zabrał lusterko i pokazał mi moje odbicie. Krwawiąca rana na szyi i wielki, czerwony znak rodu Iwaszkow. Korona z okiem w środku. Cóż. Pociesza mnie fakt, że Dymitr, bądź co bądź, należy do tego rodu. Jednak nie miałam zamiaru być uległa i jeszcze bardziej wkurzyłam Randalla.
- Krzywe.- uznałam, patrząc krytycznie na odbicie.
- Co?- stężał.
- Mówię, że krzywe.- wpieniałam go coraz bardziej.- Dymitr zrobiłby to lepiej.
Uśmiechnęłam się triumfalnie, gdy w jego oczach zobaczyłam prawdziwą furię. Zapomniałam, że jestem na przegranej pozycji. Podszedł i uderzył mnie z całej siły w twarz, aż zakręcie mi się w głowie. Od razu odechciało mi się śmiać. Z kącika ust pociekła ci ciepła ciesz i skapywała na wciąż nagą pierś. Ze stolika wziął ostry nóż i przejechał wbił mi go w łydkę. Krzyknęłam, a z oczu pociekły mi łzy bólu. Jednak gdy uniosłam wzrok, byłam pewna, że zobaczył tylko gniew. Nie boję się go. Niech mnie zabije. Proszę bardzo. Jak nie ma Dymitra, jest mi to obojętne. Następnie sięgnął po bicz, ale ten bez niczego i uwolnił mnie. W pierwszym odruchu rzuciłam się na niego, jednak ból w lewej nodze powalił mnie na kolana. Dyszałam ze zmęczenia i bólu, a on w tym czasie stanął za mną i wykonał pierwsze uderzenie. I następne. I kolejne. To nie miało końca. Jednak trzymałam się dzielnie. Na końcu wylał na mnie wiadro nie wiem czego, ale wszystkie rany zaczęły mnie pięć, jakby wbijano w nie malutkie igły. Podszedł wymienić znowu swoją zabawkę.
- P-p-po co ci to?- wyjąkałam cicho, ale że sala była mala i pusta, mój głos dobrze było słychać.
- Po co? Po co?- znowu zaczął mnie torturować, tym razem gorącym prętem.- Żebyś mi uległa.
- Jesteś szalony. Nigdy nie ulegnę. Jestem tylko Dymitra.
- Jeszcze zobaczymy.
Przyłożył mi przed do rany na plecach, a ta zaczęła mnie palić żywym ogniem i... zemdlałam.

Po pięciu okrążeniach i szybkim rozciąganiu, zaczęliśmy walczyć. Byłam jak w transie. Przelałam w to całą energię, złość, żal i inne targające mną negatywne emocje. To było okropne. Ci ludzie serca nie mają. Jak mogą chcieć krzywdzić takie małe, bezbronne dzieci? Przecież to barbarzyństwo. Atakowałam szybko i mocno, zaślepiona złością. Pokonała strażnika trzy razy i chciałam więcej, a on mnie jeszcze ani razu. W pewnej chwili złapał mnie za ręce, a gdy chciałam się wyrwać, przyszpilił mnie do ściany.
- Dosyć, Rose. Już dosyć.- powiedział i zamknął mnie w objęciach.
***
Ale to wcale nie pomogło. Dalej byłam zła oraz przerażona. Cała się trzęsłam i zaczęłam na nowo płakać w ramię ukochanego.
- Na dzisiaj wystarczy, Skarbie. Spokojnie. Nic się złego nie wydarzy.
- Nigdy nie będzie dość.- krzyknęła, odsuwając się od niego.
Stanęłam na środku materaca i przyjęłam pozycję bojową.
- Rose, proszę cię.- na nowo mnie przytulił, ale ja zaczęłam się wyrywać.- Oboje jesteśmy zmęczeni. Wracamy.
- Nie! Chcę walczy. Pozbyć się tego wszystkiego. A najlepiej to byłoby dorwać tych zasranych morojów. Myślą, że są wielcy, ale zobaczymy co powiedzą, jak im obiję te arystokracie mordy.- już robiłam w głowie plan jak mu uciec, bo ani myślał mnie puścić.
***
- Wcale tak nie myślisz, prawda Rose?- spytał z niepokojem
- Myślę!- odpowiedziałam hardo.- I wiem, że ty też. Przecież oni chcieli skrzywdzić nasze maleństwa.- w oczach zebrały mi się łzy złości.
- Wcale, że nie. I ty też nie.- zaczął ciągnąć mnie do wyjścia.
***
- Roza, to nie jesteś ty.
Już chciałam zaprzeczyć, ale zdałam sobie sprawę z tego, że ma rację. Zwykle cztery słowa, które wskazują na jedno.
- Mrok.- szepnęłam odrętwiała.- To znowu on.
- Kochanie prosiłem cię, żebyś tego nie robiła.- popatrzył na mnie z żalem i troską.
- Ale to moja przyjaciółka. Ma szansę zmienić nasz świat. Jak mam pozwolić jej oszaleć? Ona jest Władimirem, a ja jestem jej Anną.- w oczach zebrały mi się łzy, które po chwili się uwolniły.- Tak musi być.
Rosjanin usiadł obok i wziął mnie na kolana. Wtuliłam się w niego, gdy on głaskał moje plecy. Dymitr ma rację. Nie umiem się obronić przed sobą samą.
- Nie.- usłyszałam przy uchu cichy, ale stanowczy głos.- Nie musisz być Anną.
- Ale Lissa...- gdy zaczęłam protestować, mąż ucieszył mnie, kładąc mi palec na ustach.
- Nie o to mi chodzi. Jest między wami zasadnicza różnica. Ty masz mnie. Zawsze ci pomogę, nawet, a zwłaszcza z mrokiem. Tak jak teraz. Po za tym sama jesteś bardzo silna, więc dasz sobie z tym radę. Musisz. Masz dla kogo.
Był bardzo pewny swoich słów i tą pewnością zaraził mnie. Wierzył we mnie, a ja nie mogę go zawieść. Byłam mu wdzięczna za to, że jest i mnie wspiera mimo, że moje życie, a teraz nasze nie jest nigdy spokojne.

To wspomnienie dodawało mi siłę przy kolejnych torturach.

ROZDZIAŁ 65

O tej porze dnia las jest piękny. Pod nogami ugina się puszysty mech, między koronami drzew przylatują ptaki, śpiewając piękne melodie, a słońce pada jasnymi promieniami, omijając jedne liście i tworząc piękne refleksy na innych. Jednak nie zwracałam na to uwagi, biegnąc przez ten krajobraz naturalnego piękna, ponieważ moje myśli krążyły tylko wokół mojej małej kruszynki. W końcu znalazłam stary, niski budynek z jakimiś graffiti. Rozejrzałam się dla bezpieczeństwa, po czym ostrożnie popchnęłam metalowe drzwi. W środku spotkały mnie egipskie ciemności, ale gdy tylko wejście zamknęło się za mną, żarówki zaczęły zapalać się jedna za drugą. Wyciągnęłam sztylet i przyjęłam pozycję bojową. Ostrożności nigdy za wiele.
- Odłóż broń, jeśli nie chcesz, żeby smarkuli coś się stało.- z głębi pomieszczenia zaczął wychodzić Randall.
Trzymał moją małą córeczkę, przyglądając jej pistolet do głowy. Tej ohydnej mordy nie widziałam dobre siedemnaście lat świętego spokoju. Ale nie. Musiał się pokazać. Jednak czas go nie oszczędził. Na kiedyś przystojnej twarzy pojawiły się głębokie zmarszczki, jak to się mówił, lekko "z tatusiał", a między rzadkimi, brązowymi włosami pojawiło się sporo srebrnych nitek. Miałam ochotę rzucić się na niego i poderżnąć gardło paznokciami. Już byłam gotowa do skoku...
- Nie radzę.- uśmiechnął się obrzydliwie.- Jeden fałszywy ruch, a będzie puff...
Dla potwierdzenia swoich słów, odbezpieczył broń. Wystraszyłam się, więc powoli, bez jakichkolwiek gwałtownych ruchów, odłożyłam sztylet na ziemię i odetchnęłam w cień. Od razu puścił Dianę i popchnęłam ją w moją stronę. Nie czekając, zamknęłam ją w ramionach.
- Cii... nie płacz. Wszystko będzie dobrze.- próbowałam uspokoić płaczącą kruszynkę.- Teraz uciekaj stąd. No już.
- A-a ty?- spojrzała na mnie smutno.
-Naciesz się jej widokiem.- odezwał się Iwaszkow, czyszcząc lufę.- Więcej już jej nie zobaczysz.
- C-c-co?!- dziewczynka jeszcze bardziej się rozpłakała.- Mamo nie możesz nas zostawić. Nie po tym, jak tata...
- Ciii...- przytuliłam ją.- Tata wróci. Na pewno. Masz wokół siebie kochających ludzi. A może jednak wrócę. A teraz uciekaj. No już.
Pobiegła do wyjścia. Przy drzwiach odwróciła się, a ja posłałam jej pocieszający uśmiech. Po chwili zostałam sama z "Teściem". Okropność. Chciałam się na niego rzucić, ale miał przewagę.
- Jeden fałszywy ruch, a odstrzelę ci wszystkie palce po kolei.- uniósł pistolet, całując prosto we mnie.
Byłam bezbronna. Nagle wyszło dwóch potężnych mężczyzn i przywiązali mnie do krzesła. Nie opierałam się, bo co mi by to dało?
- Jesteś psem. Skurwielem, który tylko niszczy innym życie. Nawet kobiety nie umie uszanować. Jesteś gorszy od strzyg. Nie masz krzty miłości.- plunęłam mu pod nogi.
- Zamknij mordę, bo sam to zrobię, ale już więcej nic nie powiesz. Teraz to ja jestem twoim panem i władcą.
- A proszę. I tak prędzej czy później minie zabijesz. Więc po co zwlekać.- prowokowałam go.
Skoro jeszcze tego nie zrobił, to znaczy, że jestem mu do czegoś potrzebna. Ale niech nie myśli, że będzie tak łatwo.
- Skoro nalegasz.- z bezczelnym uśmieszkiem wycelował prosto we mnie.
Może jednak nie jestem mu tak potrzebna? Zamknęłam oczy i odwróciłam głowę. Nie chciałam, aby Lissa widziała moją śmierć. Usłyszałam zgrzyt odbezpieczenia i huk. Spodziewałam się bólu, jak za pierwszym razem, gdy zostałam postrzelona. Ale niczego takiego się nie doczekałam. Ostrożnie otworzyłam oczy i oglądnęłam swoje ciało. Nic mi nie było. Zobaczyłam kulkę dopiero pomiędzy moimi stopami. Czyżby spudłował?
- To jeszcze nie ten czas.- Randall uśmiechnął się z wyższością.- Najpierw zniszczę cię psychicznie, aż będziesz błagać o śmierć.
- Nie doczekanie twoje.- warknęłam mu.
Podszedł z poważną miną i uderzył mnie w twarz.
- Stul pysk dziwko!- krzyknął. - A twoje tortury zacznę od uświadomienia ci prawdy. Ja sprawiłem, że Dymitr jest kim jest.
Odsunął się z złośliwym uśmieszkiem, który z wielką przyjemnością starłabym mu z tej mordy. Za to moje oczy pewnie zrobiły się wielkie jak spodki. Nie. To nie możliwe. Jak mógł tak własnego syna.
- Jak?- zapytałam jak w transie.
- Po prostu. Włamałem się do komputera głównego i zmieniłem w e-mailach do wszystkich miejsce ataku. Oprócz u was. Miałem nadzieję, że oboje zginięcie, ale to rozwiązanie sytuacji bardziej mi się jednak podoba.
- Dlaczego?- szepnęłam.
- Słucham.- nastawił uszu, ciekawy, co mam do powiedzenia.
- Dlaczego my? Co ci takiego zrobiliśmy?- powtórzyłam, z rosnącym gniewem.
- Po prostu... nie lubię, gdy moje dzieci mają lepiej ode mnie. A Dimka miał. Takiej kobiety jak ty, jeszcze nigdy nie miałem pod sobą.- uśmiechnął się boleśnie.
- I nie będziesz.- warknęłam.
- Jeszcze się przekonamy, KWIATUSZKU.- zaakcentował ostatni wyraz, klepiąc mnie po policzku.- A teraz dobranoc.
Nie miałam pojęcia, o co mu chodzi, dopóki nie poczułam szmatki na twarzy. Starałam się nie oddychać, ale długo tak nie pociągnęłam.
Wzięłam głębszy oddech i poczułam otępienie oraz pulsowanie głowy. Zamknęłam oczy, aby nie drażnić migreny światłem, po czym zapadłam w sen. Ostatnie co usłyszałam, to głos przyjaciółki, ale nie umiałam zrozumieć, co mówi.

Ciemność. To jedyne było wokół mnie. Następnie zobaczyłam komnatę królewską. Na kanapie przede mną siedziały moje dzieci. W pomieszczeniu byli również Lili, Pawka i moi rodzice z maluchami. Diana płakała wtulona w starszego brata. Miałam ochotę pobiec i wyściskać wszystkich po kolei. Ale nie mogłam się ruszyć. Obok mnie siedział Christian, trzymając moją dłoń, ze smutkiem na twarzy. Spuściłam wzrok, choć nie ja. Lissa. Jestem w jej głowie.
- Wiecie coś na temat mojej córki?- spytał zmartwiony staruszek.
- Nie. Na razie nie. Byliśmy tam, gdzie przytrzymywano Dianę, ale nie ma śladu. Jakby nigdy nikogo tam nie było.- w głosie Ozery wyczułam żal i smutek, a mi było miło z tego powodu.
Mimo naszych wiecznych sprzeczek, docenia mnie tak jak ja jego. Jest dobrym przyjacielem i mogę na niego liczyć.
- Rose?- zapytała zaskoczona i szczęśliwa Lissa.- Ty żyjesz!
- Na to wygląda. Ale na razie nic im nie mów.
- Co?! Czemu? Powinni wiedzieć.
- Nie. Właśnie nie. Będą chcieli mnie uratować, a to niebezpieczne, a on mnie i tak zabije, to niech już się z tą myślą pogodzą.
- Oszalałaś?! To twoja rodzina? Wiesz co się z nimi teraz dzieje.
- Posłuchaj. Tak trochę popłaczą, pogrążą się w żałobie, ale będą żyć dalej. A jakby wiedzieli, że żyję, ale jestem więziona przez psychopatę, będą niespokojni, nie prześpią kupę nocy, myśląc co ze mną. Ja tak nie chcę. Proszę, uszanuj to.- dodałam płaczliwym głosem.
- Dobrze.- westchnęła ciężko w myślach.- Ale robię to tylko ze względu na to, że jesteś moją przyjaciółką.
- Dziękuję.- odpowiedziałam spokojniejsza i opadłam w krainę snu.

poniedziałek, 1 maja 2017

ROZDZIAŁ 64

ROK WCZEŚNIEJ

8 czerwiec. Tej daty nigdy nie zapomnę, bo wtedy ziścił się mój najgorszy koszmar. Przepowiednia Jewy się spełniła.
Wracałam do domu po dniu pełnym zajęć. Jeszcze wieczorem mam wartę. Ale to odciąga choć trochę moje myśli od Dymitra. Mojego kochanego, rosyjskiego kowboja. A tęsknota za nim tak bardzo boli. Jak Nastka tłumaczyła mi kiedyś, na czym polega więź mate u wilkołaków, wiedziałam, że my mamy takie swoje, małe mate. Ból w sercu bardzo mnie niszczy, ale nie mam zamiaru nic z tym zrobić. Zabrał ze sobą cząstkę mnie. Otrząsnęłam się ze złych myśli i weszłam do domu. Muszę być silna dla dzieci.
- Wróciłam.- zawiadomiłam.
- Hej.- powiedziały równocześnie bliźniaki, uśmiechając się do mnie.
- Dzień dobry.- zawołali ich przyjaciele.
Cieszę się, że dzieciaki mają na kogo liczyć, po za naszą rodziną. Podeszłam do sofy i oparłam ramiona o jej oparcie. Wszyscy oglądali telewizję.
- Jedliście już obiad?
- Tak. Masz jeszcze ciepłe na patelni.- powiedziała Nastka.
- Dziękuję.- cmoknęłam ją w policzek i poszłam do kuchni.
Na stole leżało kilka listów. Nałożyłam sobie obiad, po czym usiadłam i zaczęłam przeglądać te wszystkie papiery. Kilka ulotek, jakieś raporty z Dworu i rachunki. Nic nowego. Po zjedzeniu i posprzątaniu, poszłam na górę, przebrać się w coś bardziej domowego. Cała zgraja udała się już do warowni, więc miałam dom dla siebie. Lili z Pawką poszli na randkę. Mają czwartą rocznicę ślubu. Tylko gdzie jest Diana? Może poszła na noc do koleżanki. Wzięłam się za porządki, bo dawno tego nie robiłam, a musiałam jakoś zająć myśli. Nawet nie zauważyłam jak minęły dwie godziny i wrócili Felix z Nastką. Poszli na górę, ale zaraz wrócili do mnie. Akurat sprzątałam salon.
- Mamo. A Diana już śpi?- spytał mój syn.
- A nie nocuje o koleżanki?- zdziwiłam się.
- A miała?- Anastazja była równie zaskoczona jak ja.
- Nie wiem. Nie mówiła wam nic w szkole?- zmartwiłam się.
- Gdyby powiedziała, to byśmy ci powiedzieli.- zapewniła Brunetka.
 - Trzeba przeszukać teren szkoły.- zaproponował opanowany Felix.- Może gdzieś się zgubiła, albo jakiś głupi żart.
Bardzo kocha siostry i stara się obydwóm zapewnić szczęście i bezpieczeństwo.
Na pierwszy ogień poszła szkoła podstawowa. Przeszukaliśmy każde pomieszczenie i wypytaliśmy jej wykładowców. Była na zajęciach. Następnie przepytaliśmy każdego, kto jeszcze nie spał. Bliźniaki pobudzili swoich przyjaciół, a ja Sonię i Michaiła. Przeczesaliśmy cały teren szkoły, razem z lasem. Ani śladu. Załamana opadłam na krzesło w kuchni. Czemu nie ma tych psycho-kundlów, kiedy są potrzebne?
- A jeśli jej coś się stało?- martwiłam się.
- Nie martw się. Ma jedenaście lat i jest naszą siostrą. Z zamkniętymi oczami powaliłaby każdego ze swojej szkoły.- próbował pocieszyć mnie Felix.
- A każdy z liceum wie, że miałby do czynienia z nami.- dodała Nastka.
- A nikt obcy nie mógł tu od tak sobie przyjść i ją zabrać.- dokończył jej brat.
- Nie wiem. Mam mętlik w głowie.
- Idź się połóż, mamo. To był ciężki dzień.- popchnęli mnie zgodnie w kierunku schodów.
- A-a-ale ja mam wartę.- przypomniałam sobie.
- Przecież ciocia Sonia dała ci wolne.- powiedział chłopiec.- A skoro tego nie pamiętasz, tym bardziej idź spać.
Więcej się nie opierałam i poszłam od razu się myć. Po szybkim prysznicu, położyłam się do łóżka, pryskając wcześniej poduszkę wodom kolońską męża. Tak łatwiej mi uwierzyć, że jest ze mną. Ale nie mogłam zasnąć. Wciąż wierciłam się z boku na bok, szukając dobrej pozycji. Nagle usłyszałam telefon. Może ktoś znalazł Dianę? Szybko zerwałam się i odebrałam połączenie, zauważając tylko obcy numer.
- Halo?
- Witaj Rose. Słyszałem, że zgubiłaś dziecko.- po drugiej stronie słuchawki odezwał się znienawidzony przeze mnie głos.
- Skąd o tym wiesz?- wysyczałam.- Śledzisz mnie?
- Poniekąd. Ale nie dlatego wiem. Ktoś ma ci coś do powiedzenia. Śmiało przywitaj się z mamusią.
- Mamo! Pomocy! Błagam, niech mnie pan puści.- moje serce zmarło na głos mojej małej córeczki.
- Ty zwyrodnialcu! Skurwysynu jebany! Bez dusza kreaturo! Jesteś gorszy od strzyg! Nie zasługujesz na miano ojca Dymitra.- miałam ochotę rozszarpać go gołymi rękoma.
- Stul pysk, jeśli nie chcesz, aby temu cukiereczkowi coś się stało.- warknął.- A teraz słuchaj uważnie. Uwolnię cię, w zamian za ciebie. Przyjedziesz SAMA do starej tkalni pięć kilometrów na północ od akademii. A tam się rozliczymy.
- A żebyś wiedział.- fuknęłam i się rozłączyłam.
Szybko się przebrałam, schowałam do kieszeni komórkę, a sztylet wsadziłam w wysokie buty. Nikt nie będzie bezkarnie porywać moich dzieci.
- Rose, pomóc ci?- usłyszałam w głowie zmartwiony głos Lissy.
- Nie. Randall to szaleniec. Mam być sama i wolę tego dotrzymać. Nie wiadomo co może zrobić mojej córce, albo ludziom, którzy przyjadą ze mną. To jest sprawa, którą muszę załatwić sama.
Czym prędzej zbiegłam na dół.
- Hej! Ciociu, gdzie tak pędzisz?- zapytał Pawka, zamykając mnie w ramionach, żebym się zatrzymała.
- A wy co tu robicie? Nie mieliście wrócić dopiero rano?- popatrzyłam po obojgu.
- Dowiedzieliśmy się, co się stało i przyjechaliśmy jak najszybciej się dało.- wytłumaczyła Lili
- Nie chciałam wam psuć randki.- trochę zrobiło mi się żal.
- Daj spokój. Taki wieczór można powtórzyć. A tu chodzi o moją siostrzenicę i kuzynkę Pawki. Nie mogliśmy nie zareagować.
- Dziękuję. Jesteście wspaniali. Ale już wiem co się stało.
- Co?!- spytali oboje.
- Jedno imię. Randall
Na chwilę zapadła cisza.
- Jak ja go nienawidzę.- Rosjanin wywrócił krzesło.- Chuj jebany...
- Podał mi, gdzie mam po nią pojechać. I was potrzebuję, żebyście ją później zabrali do domu.
- A ty?- zmartwiła się moja siostra.
- Miałam być sama. I sądząc po nim, to jak tam wejdę, to już nie wrócę.
Przez chwilę stali w szoku
- Ale Rose...
- Nie. Jestem w stanie oddać życie za córkę. O tym właśnie mówiła Jewa.
Między nami zapadła cisza.
- Nie wiem, jak wy, ale ka idę odbić córkę.
I nie czekając ma ich odpowiedz, wyszłam z domu. Następnie wsiadłam w samochód i odjechałam z piskiem opon. Po jakimś czasie zauważyłam w lusterku SUV-a siostry. Teraz wiem, że przynajmniej Diana będzie bezpieczna.

sobota, 29 kwietnia 2017

ROZDZIAŁ 63

ROSE

Obudziłam się bardzo wyspana, wtulona w mój własny, ciepły kaloryferek. Z uśmiechem otworzyłam oczy i przeciągnęłam się najmocniej jak umiałam, po czym wróciłam do poprzedniej pozycji. Spojrzałam na ukochanego i napotkałam jego wzrok. Patrzył na mnie z uśmiechem. W ręce, którą mnie obejmował, trzymał jeden ze swoich westernów, z zaznaczonym fragmentem, gdzie skończył. Tak bardzo tęskniłam za tymi chwilami. Dotychczas zostawało mi puste, zimne łóżko, przypominające mi o stracie, która zrobiła mi wielką dziurę w sercu. A teraz w końcu każda jego część jest na swoim miejscu. Jak dawniej. Czuję się, jakby nic się nie zmieniło od tamtych dni. No tylko dzieciaki tak trochę urosły. Ale po za tym wciąż mam wrażenie jakbym była tą dziewiętnastoletnią matką, ze swoim zabójczo przystojnym mężem.
- Dzień dobry Roza.- z zamyślenia wyrwał mnie głos tegoż męża. 
- Aż wspaniały Towarzyszu.- na nowo się przeciągnęłam, a po chwilę nachyliłam się nad nim, aby cmoknąć go w usta.
Oddał słodką pieszczotę, przedłużając ją.
- Widzę, że moja piękna żona ma dobry humor przed opowieścią.- uśmiechnął się szeroko.
- Weź mi nawet nie przypominaj.- opadłam ciężko na swoją połowę.- Na prawdę musimy o tym mówić?
- Należą im się wytłumaczenia.- zawisł nade mną, z troską i współczuciem.- Ale tortury możesz ogólnie, bez szczegółowych opisów.
Na prawdę nie lubiłam, gdy ktoś mi współczuł, bo czułam się wtedy słaba. Ale po tym co razem przeszliśmy sprawiło, że od niego mogę ją przyjąć. Podniosłam się i wtuliłam się w gorący tors strażnika. Obrócił się na bok, zamykając mnie w swoich bezpiecznych ramionach.
- Cii... spokojnie Roza. Wszystko jest dobrze. Już nikt cię nie skrzywdzi. Po moim trupie.- ostatnie słowa wypowiedział z gniewem i jadem.
Odsunęłam się i cmoknęłam go w policzek.
- Dziękuję, że jesteś.- na nowo się w niego wtuliłam, wdychając wspaniałą woń jego wody kolońskiej.
- Zawsze będę.
Jeszcze trochę tak poleżeliśmy, aż nam się nie znudziło. To znaczy mi, bo jak zwykle nie pomyślałam, żeby zaopatrzyć się w coś do czytania. A Bielikow na wszystko przygotowany.
- No Dymitr... Rusz się.- jęknęłam po raz kolejny, gdy wyszłam z łazienki i zobaczyłam męża w tej samej pozycji nad książką. 
- Już chwila. Zaraz kończę rozdział.- nawet na mnie nie spojrzał.
- Albo i całą książkę.- mruknęłam do siebie i weszłam do garderoby.
Założyłam na siebie bieliznę, jeansowe rurki z dziurami i niebieski t-shirt z żółtym słońcem w okularach przeciwsłonecznych. Oczywiście w pokoju nic się nie zmieniło.
- Bielikow! Bo zaraz zabiorę ci tą książkę.- zagroziłam.
- Zachowujesz się jak moja mama.- powiedział obrażony, nie odrywając się od lektury.
- Dziękuję.- to był dla mnie istny komplement.- A ty jak dziecko.
Wystawił mi język, a ja mu odpowiedziałam tym samym, po czym oboje się uśmiechnęliśmy. Dałam mu święty spokój, a sama usiadłam przed toaletką i nucąc sobie pod nosem, zaczęłam czesać włosy. Następnie założyłam medalik od ukochanego z rocznicy, kolczyki od Lissy, na pierwsze z moim już wtedy mężem święta i pierścionek zaręczynowy z obrączką. Zrobiłam lekki makijaż, bo mimo wszystko jestem już dorosła i muszę zakrywać niedoskonałości oraz oznaki starości.
- Mógłbyś zrobić coś do jedzenia, bo jestem głodna. I reszta domowników pewnie też.
- Czemu ja?- spytał obojętnie, przywracając stronę.
Wskoczyłam obok niego na łóżko i zabrałam mu książkę, po czym szybko wstałam, żeby mi jej nie wyrwał.
- Ej!- wydał z siebie jęk oburzenia.
- Ponieważ- zaczęłam, podchodząc do szafki i z jednej wyciągając zakładkę.- Ty najlepiej gotujesz na caaaałym świecie.- odłożyłam książkę na biurku.- I nie marudź, bo do tego możesz wrócić. A teraz hop! Do góry!
- Co za okropna kobieta.- w końcu zwlekł się z łóżka.- Najpierw mnie wymęczyła w nocy, a teraz nawet pospać sobie nie można.
Gdy tylko do mnie podszedł, pacnęłam go w tył głowy.
- Ty sobie uważaj, bo więcej dzieci nie będzie.
- Och! Daruj Pani!- upadł przed mną na kolana w błagalnym geście.- Czy wybaczysz, My Lady, swemu uniżonemu słudze, jego jakże haniebny występek?
Podrapałam się po brodzie, udając, że myślę nad tym.
- Hymn... Zastanowię się. Jeśli Mój Lord zrobi w końcu coś do jedzenia...- na potwierdzenie zaburczało mi w brzuchu, na co oboje się zaśmieliśmy.
- Oj, chyba muszę, bo ten potworek zaraz zje mi wszystkie książki.- udał przerażenie, wstając z podłogi i wchodząc do łazienki.
Od razu weszłam za nim.
- No wiesz... słyszałam kiedyś, że są dobre i pożywne.
- Tak? A od kogo?- spytał z kpiącym uśmiechem.
- Od Ralfa, który wciąż je wcinał.- zaczęliśmy oboje się śmiać.
- Czy moja ukochana żona, ma ochotę potowarzyszyć swojemu seksownemu mężowi podczas prysznica?- z pomiędzy drzwi kabiny, wychyliła się mokra głowa mojego ukochanego.
- Przykro mi, ale miałeś swoją szansę.- posłałam mu buziaka i wyszłam.
Schowałam komórkę do kieszeni i zeszłym na dół, zrobić sobie z przyzwyczajenia kawę. Kiedyś nie sądziłam, że będę ją pić, ale po przyzwyczajeniu się do smaku, naprawdę daje kopa. Zrobiłam po filiżance dla mnie, Felixa, Lili, Pawki, Dymitra i Alice. Nastce i Dianie na wstępie zrobiłam Rosyjską czekoladę, ale nie wiedziałam, co z Jack'em. Właśnie wszystko zalewałam wrzątkiem, gdy do kuchni wszedł Bielikow, pogrążony w rozmowie ze szwagierką i kuzynem. Każdemu podałam jego kubek.
- Nie mogę się przyzwyczaić, że to pijesz.- westchnął strażnik.
- Napój jak każdy inny.- wzruszyłam ramionami.
- Ehh... No dobra. To co na śniadanie?
- Kaszę manną.- zawołały nasze dzieci, dołączając do nas.
- Może być.- uznała moja siostra.
- Tak. Mi pasuje.- zgodził się z nią jej mąż.
- Jack, a ty co chcesz do picia?- spytałam przez gwar.
Może nie było nas dużo, ale Rosjanin od razu wziął się do pracy, a kuchnię zajmowały w dużej mierze wysepki kuchenne i blaty, przez co wystarczyło te dziewięć osób, aby zrobiło się zamieszanie.
- Może być kawa, proszę pani.
- Nie.- zaprzeczyła nasza córka.- Musisz spróbować Rosyjskiej czekolady.
- Okey.- wzruszył ramionami.
Zrobiłam mu napój i podałam.
- Dziękuję.- upił łyk.- Umm... dobre.
- Mówiłam.- Anastazja wypięła dumnie pierś.
- I Jack.- skupiłam na sobie jego uwagę.- Nie żadna pani. Mów mi Rose, albo od razu mama.
- Dobrze... Rose.
- Dobra.- odezwał się mój ukochany.- Wszyscy mają picie, to wypad do jadalni, albo gdzie tam chcecie, bo szef kuchni potrzebuje miejsca.
- To chodźmy do ogródka, na świeże powietrze.- postanowiła Lili, a reszta posłusznie za nią poszła.
Przytuliłam się do pleców męża.
- A szef kuchni pozwoli swojej królowej pomóc?- spytałam.
- Będę zaszczycony.- zaśmialiśmy się i zaczęłam robić kanapki.
Po śniadaniu, przyjechała reszta naszej rodziny i przyjaciele. Wszyscy chcieli wiedzieć co się z nami działo. Ze swoimi kubkami usiedliśmy przy kominku, bo ten pokój jest największy i akustycznie dobry do opowiadań. Z Dymitrem zabraliśmy się za opowieść...
___________________________________________________________
Oczywiście wiem, że sama opowieść Romitri wam nie starczy, dlatego od następnego rozdziału zrobimy podróż w czasie i przeżyjemy wszystko z nimi. Od zniknięcia Rose, do samego stanięcia przed domem w akademii. Mam nadzieję, że wam się spodoba. Pozdrawiam i do przeczytania 💖💖💖💖