sobota, 15 kwietnia 2017

ROZDZIAŁ 49

Zalana łzami opadłam na ukochanego.
- Nastka...- zaczął Felix.
- Nie! Nie chcę słyszeć żadnych słów. Zostawcie mnie.- patrząc na nich, zobaczyłam, że się wahają.- Proszę.
W końcu ulegli i poszli niepewnie, co jakoś czas się odwracając. Wróciłam wzrokiem do zamkniętych oczu chłopaka. Z oczu znowu zaczęły lecieć mi łzy, gdy głaskałam go po policzku, aż do włosów. Wybuchłam szlochem pamiętając każdą scenę, każde czułe słowo, to jak obiecywał mi kochającą rodzinę i dom. Był taki młody. Nie mogłam uwierzyć. Czyli jednak nie jestem bohaterką popieprzonego romansu i nigdy nie będę mogła żyć z nim długo i szczęśliwie. To tak bardzo mnie raniło.
- Przepraszam.- wyszlochałam.- Miałam cię bronić, a nie zdołałam.
Nie wiem ile tak leżałam, gdy poczułam na plecach dłoń, która gładziła mnie delikatnie.
- Mówiłam, zostawić mnie!- warknęłam odwracając się.
Jednak za mną nikogo nie było. Nigdzie nikogo nie było. Jednak na mnie wciąż była czyjaś ręką. Bojąc się, że to nie prawda, spojrzałam na twarz Zeklosa.
- Liczyłem na cieplejsze powitanie, księżniczko.- wychrypiał z uśmiechem.
Nie wiele myśląc rzuciłam się na niego.
- Tak bardzo się bałam.- wychlipałam w jego ramię.- Nigdy więcej mi tego nie rób.
- Postaram się.- odwzajemnił uścisk, podnosząc się do siadu.
Ale ja nie miałam zamiaru go puścić. Prawie go straciłam. Było tak blisko...pragnęłam teraz się nim nacieszyć. Chłonęłam całą sobą jego zapach, który otępiał mi zmysły, głos, którym szeptał uspokajające słowa, ciepłe usta, którymi składał mi mokre pocałunki na ramieniu i dłonie, które delikatnie, ale stanowczo gładziły moje plecy. Po jakimś czasie odsunął mnie od siebie, abyśmy mogli spojrzeć sobie w oczy. Po policzkach wciąż ciekły mi łzy ulgi. Jack głaskał go dłonią aż do włosów, ścierając słone krople.
- Wiem skarbie. Tak samo bałem się o ciebie. Dlatego to zrobiłem. Kim on był?- głos mu się załamał, a wzrok wyrażał ból i gniew.- Kto chciał odebrać mi cały świat.
- Miałeś rację. Całkowitą rację co do Olivera?- zwiesiłam głowę.
- Zabiję sukinsyna.- zacisnął mocno zęby i dłonie.
- Prze-przepraszam.- nie miałam odwagi spojrzeć mu w oczy.- To wszystko moja wina. Naraziłam was wszystkich na nie bezpieczeństwo.- w końcu uniosłam wzrok.- Naraziłam ciebie.
Patrzyłam na niego, czekając na jakąkolwiek reakcję. Moroj uśmiechnął się do mnie czule, wracając dłonią na mój policzek.
- To nie twoja wina.- odezwał się wreszcie.- Chciałaś dobrze. Każdy dał się w pewnym sensie nabrać na tą jego słodką buźkę. Jesteś wspaniałą osobą, która mimo tyle zła zesłanego przez los, wciąż szuka dobra.
- Może do dlatego?- uśmiechnęłam się.
- W takim razie, czemu wciąż ciągnie cię do nieodpowiednich chłopców?- droczył się.
- Bo wiadomo, że łobuz kocha najbardziej.
Nie czekając na jakakolwiek odpowiedz, wpiłam się w usta blondyna. Całowaliśmy się zachłannie, wyłączając się na świat zewnętrzny. Był tylko on i ja. Chciałam chłonąć go kawałek po kawałku, jakbym miała już nigdy więcej tego nie zrobić. Nie chciałam tego nigdy tracić. On jest dla mnie wszystkim, moim narkotykiem. Tak bardzo go kocham. Niechętnie ukochany odsunął się ode mnie.
- Uratowałaś mi życie.- zauważył.- Dziękuję.
- Nie masz za co. To moja praca. Po za tym, ty mi też.- uśmiechnęłam się.
- Kocham Cię.
- A ja ciebie.- przytuliłam się do niego.- Wracamy?
- Ehem...- mruknął mi do ucha.
Wstałam i pomogłam to zrobić także jemu. Lekko się zachwiał, więc musiałam go podtrzymać. Jakoś wspólnie pokuśtykaliśmy do mojego domu. Od progu wszyscy zaczęli nas ściskać, dziewczyny z łzami w oczach. Oczywiście o wszystkim wiedzieli od Felixa. Usiedliśmy przy stole i zaczęliśmy pałaszować miodownik, który dzisiaj zrobiła ciocia Lili. Wie, że bardzo lubimy to ciasto. Do tego mieliśmy ciepłe herbaty, każdy jaką lubi.
- A co z Oliverem?- poruszył temat Zeklos.
- Oddaliśmy go strażnikom i lada dzień poleci na Dwór. Tam zostanie osadzony najpewniej za napaść i usiłowanie zabójstwa dampirzycy, oraz morderstwo moroja szlachetnej krwi.- odezwał się fachowo Ash.
Popatrzyliśmy na niego zdziwieni. On czując nasze spojrzenia, przestał jeść swój kawałek i rozejrzał się po nas.
- No co?- wzruszył ramionami.- Mój tato się tego uczył i wiem co nie co.
To prawda. Na początku wujek Adrian zarabiał jako malarz, ale nie dawało to wystarczających dochodów, więc poszedł na prawo. Nie jest może najbardziej znanym prawnikiem w kraju, czy choćby w mieście rodzinnym Asha, ale wystarczająco, aby zarabiać na życie swoje i rodziny oraz rozwijanie umiejętności artystycznej. Jednym słowem rodzina wyciągnęła go na prostą, a także nieźle ustawiła. Po chwili ciszy wróciliśmy do jedzenia.
- Najpewniej oboje zostaniecie wezwani jako ofiary i jedyni świadkowie wypadku.- Rozi wskazała na mnie i moroja.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł?- blondyn spojrzał niepewnie w moją stronę.
- Ty już się o mnie nie martw.- złożyłam usta w dziobek w jego kierunku.- Pragnę tylko, aby wykrzyczeć mu w twarz, jak bardzo jest wart swojej kuzynki.
- Zawsze się będę martwić.- popatrzył na mnie poważnie.
- Wiem.- uśmiechnęłam się, łącząc nasze dłonie.- Ja o ciebie też.
- No to trzeba to opić, bo wydarzył się kolejny cud w naszej rodzince.- wujek uniósł kieliszek z szampanem w górę.
- Założę się, że w poniedziałek usłyszę od Stana, że zajęcia polowe z udziałem Hathaway nigdy nie będą normalne.- zaśmiał się Felix.
- No. Już się pewnie trzęsie na myśl, że może dożyć waszych dzieci.- kpiłam z niego.- połączenie waszych charakterów to będzie mieszanka wybuchowa.
- I kto to mówi?- wykrzywił twarz w wyraz obrażenia.- Bleblebleble...
- Bleblebleble...- zaczęłam poruszać ustami z wystawionym językiem, tak jak on.
Robiliśmy tak, póki nie uspokoiła nas ciocia, po czym wszyscy się roześmialiśmy.
- Nie bój się skarbie.- ukochany objął mnie ramieniem.- Zrobię wszystko, aby Stan zapamiętał nasze nazwiskami na zawsze. Dzieci dadzą mu w kość.
- Dzieci?!- zakrztusiłam się.- To ile ty ich chcesz?
- Piątka przynajmniej.- powiedział pewnie, za co walnęłam go w tył głowy.
- Może zanim zaczniecie wymyślać imiona dzieci, to najpierw ją rozdziewicz.
- Wszystkie w swoim czasie.- blondyn uśmiechnął się zawiadacko.- Co ci się już spieszy?
- Bo już od jakiegoś czasu widzę, że przyda jej się małe odreagowanie i spuszczenie napięcia.- mruknął mój brat.
- A może my o czymś nie wiemy i nasz przyjaciel jest bi.- Tomas z szerokim uśmiechem oparł dłonie na oparciu fotela, na którym siedział brunet i pochylił się do przodu tak, aby spojrzeć mu w twarz.- Może chce się przekonać jak to jest z facetem?
- Gdyby to była prawda, poszedłbym do Lucjana- odburknął chłopak, zatapiając się głębiej w miękkie siedzenie.
Zaczęliśmy się śmiać, ale ostatecznie daliśmy biedakowi spokój.

czwartek, 13 kwietnia 2017

ROZDZIAŁ 48

Kilkanaście metrów od nas stał mój niedoszły zabójca, odziany całkowicie w czerń. Nie wiedziałam co się dzieje. W mojej głowie pojawiały się urywki zdań. "On chciał mnie zabić." "Jack mnie uratował." "Moja miłość umiera." Reszta nie zwlekając ruszyła ma napastnika, który próbował uciec. Nie wiem skąd się wziął tu Felix, Ash, Alice, Oliwia i Rozi, która uklękła koło mnie. Nie interesowało mnie to. Najważniejszy był chłopak, konający na moich kolanach. Szlochałam, nie próbując nawet zatrzymać łez. To wszystko się tak szybko potoczyło.
- Dlaczego?- zawyłam.- Czemu to zrobiłeś, idioto?!
- Ważne... że twój... idiota.- wycharczał, urywanym głosem moroj.
Po chwili zaczął kaszleć i spojrzał na swoje ciało. Ścisnęłam go za drżącą dłoń, a swoją drugą, głaskałam jego jasną czuprynę.
- Nie mogłem...- każde słowo sprawiało mu coraz większą trudność.- Nie mogłem pozwolić ci zginąć...
- A zostawić mnie możesz?- łapałam każdej możliwej deski ratunku.
Ukochany zaczął zamykać oczy, ale poklepałam go po policzkach co pomogło. Rozi siedziała obok i tylko mnie obejmowała. Słona woda leciała już ciurkiem po mojej twarzy. Blondyn z trudem uniósł dłoń i starł mi kilka kropel.
- Kocham cię księżniczko.- szepnął ledwie słyszalne.
Chwilę później zamknął oczy, tracąc całkowitą władzę nad ciałem. Zawyłam z bólu pękającego serca chowając twarz w jego klatce piersiowej. Serce wciąż biło, ale pomału zwalniało swoją pracę. Nie chciałam, nie mogłam... to nie dzieje się na prawdę. Czemu los zabiera mi wszystkich, których kocham. Poczułam wszech ogarniającą mnie nie koc i bezsilność. Nie trwało to jednak długo, gdy zamieniły się w gniew i chęć mordu. Akurat wrócił mały pościg z moim bratem na czele. Za nim szli Ash i Tomas z szarpiącym się chłopakiem.
- Leż psie.- warknął Felix.
Jeszcze nigdy nie słyszałam go tak wkurzonego. Nawet słowo wkurwiony nie opisuje jego stanu. Ale ja nie byłam lepsza.
- Kim on jest?- nie poznałam swojego głosu.
Oliwia bez zbędnych ceregieli zdjęła kominiarkę z twarzy leżącego, a my wstrzymaliśmy oddech.
- O ja pierdole.- wymsknęło się Iwaszkowi.
- Nie wierzę.- po chwili otrząsnęłam się z szoku i rzuciłam na chłopaka.
Podniosłam go za brzegi ubrania i przywaliłam prosto w nos. Upadł, skulając się w pozycji embrionalnej. Kopałam go gdzie popadnie.
- Czemu?! Czemu?!- wrzeszczałam.- Ufałam ci!
- W odwecie za Maddy.- Oliver uniósł głowę.- Wiemy, że to przez ciebie wylądowała w burdelu, gdzie gwałcą ją jakieś zboczone staruchy.
- Wiesz co? Brzydzę się tobą. Powinieneś tam trafić razem z nią.- plunęłam mu pod nogi i wróciłam do ciała ukochanego.
O dziwo wciąż dało się wyczuć puls. I dobrze.
- Co zamierzasz zrobić?- dołączyła do nas Oliwia.
- Ożywić go.- powiedziałam stanowczo.
Obie patrzyły na mnie jak na wariatkę.
- Nigdy tego nie robiłaś.- zauważyła ostrożnie blondyna.
- To jak leczenie...- uśmiechnęłam się krzywo.
- Tylko, że potrzebujesz więcej energii.- zauważyła Alice.- Myślisz, że dasz radę?
- Nie dam go sobie odebrać.- w desperacji złapałam ją za ubranie i potrząsnęłam.- Rozumiesz?! Nie dam!
Po chwili zalałam się na nowo łzami. Rudowłosa przytuliła mnie, głaszcząc moje plecy. Wtuliłam się w nią, znosząc się płaczem.
- Wiem, kochanie. Wszystko będzie dobrze.- mówiła uspokajającym głosem.
- Wiem.- oderwałam się od niej.- Tylko wyczuć odpowiednią chwilę.
Sprawdziłam mu puls i nic nie wyczułam, ale wciąż był ciepły. Postanowiłam działać. Uniosłam ręce nad raną i delikatnie dotknęłam zakrwawionego fragmentu ciała Jacka. Uwolniłam całą swoją moc, a gdy rana zaczęła się zarastać, szybko wyciągnęłam nóż. Był dość duży i mógł zrobić więcej szkód, niż myślałam. Mam nadzieję, że starczy mi sił. Chwilę później na brzuchu nie było nawet śladu po śmiertelnej ranie, tylko małą, jaśniejsza kreska. Ta blizna dodawała mu piękna. Mimo wszystko nie przerywałam przepływu magi, bo wiedziałam, że to nie koniec. Poczułam na dłoni uścisk, więc spojrzałam w stronę właściciela kolejnej pary rąk. Był to mój brat, dodając mi sił. Za drugą rękę złapała mnie Rozi, ją Dominik, go Ash, jego Alice, a ona zamknęła krąg, łącząc dłoń z moim bliźniakiem. Wszyscy mieliśmy wyciągnięte ręce nad jego ciałem. Nagle, tam gdzie była rana, przez skórę zaczął prześwitywać złoty blask i robił się coraz jaśniejszy. Podobny wytworzył się wokół naszych załączonych dłoni. Nagle przez ten mały okrąg, w niebo wystrzelił żółty promień, jakby prosto w księżyc. Następnie zaczął się mienić na niebiesko, a ja usłyszałam dość znany mi głos.
 Oddał życie za ciebie, ty chcesz oddać za niego. To prawdziwa miłość, która przetrwa dłużej, niż najpotężniejsze mocarstwa. Reszta was jej pomaga, nie myśląc o konsekwencjach. To przyjąć, za którą każdy z was wskoczy w ogień. Przyjaźń, to rodzina z miłością. Razem te dwie miłości i wy jesteście siłą, mogącą pokonać śmierć. Ale tylko jedno zbudzi ożywione ze snu.
Gdy tylko głos ucichł, wszystko zniknęło. Nachyliłam się nad klatką piersiową Jacka, a z oczu popłynęły mi łzy. Łzy ulgi.
- On żyje.- szepnęłam.- Tylko czemu się nie budzi?
- Co to było?- dopiero teraz dotarło do Oliwii, co się stało.
- Pomogła nam Luna.- uśmiechnął się Felix.
- Tylko do cholery, czemu on się nie budzi.- zaczęłam potrzaskać Zeklosem.- Jack! Jack do cholery, nie drocz się ze mną i otwórz te pieprzone oczy.
- Cii... już spokojnie.- brat odciągnął mnie od niego, a ja się w niego wtuliłam.- Słyszałaś. Coś musi go obudzić.
- A-ale c-coo?
- Boże, Nastka!- Oliwia zaczęła mną potrząsać.- Uspokój się, bo ta panika przytępia ci myślenie. Czytamy tyle romansów, że powinnaś wiedzieć. Jakby to wszystko było książką, to co by najprawdopodobniej zrobić bohaterka, żeby go obudzić?
Patrzyłam niepewnie to na nieprzytomnego, to na przyjaciółkę.
- Nie no. Przecież to prawdziwe życie, a nie jakiś pieprzony śpiący królewicz.
- Co ci szkodzi?- przekonywał mnie Ash.- A nóż się uda.
Chwilę się wahałam, aż w końcu postanowiłam. Przybliżyłam się do ukochanego i nachyliłam nad nim. Ostrożnie uniosłam jego ciało i zbliżyłam wargi do niego. Poczułam jak spokojny, ciepły dech łaskocze moją skórę. Pełna nadziei złożyłam nasze usta. Zaczęłam nimi poruszać, czekając na ruch Jack'a. Ale niczego się nie doczekałam.

środa, 12 kwietnia 2017

ROZDZIAŁ 47

Nasz pobyt minął szybko, za szybko. Tak samo pozostałe tygodnie. Aż nastał ten ostatni. Za tydzień już moje osiemnaste urodziny. Bardzo zaprzyjaźniliśmy się z Oliwerem, który przeniósł się do naszej szkoły. Co prawda, Jack nadal mu nie ufa, ale myślę, że po prostu jest zazdrosny. Zawsze się koło nas kręci i rozmawia, głównie ze mną. Myślę, że nie lubią się z wzajemnością, co jest bez sensu. Ja uważam, że jeśli tylko by się lepiej poznali, mogliby się zaprzyjaźnić. Mają podobne poczucie humoru kilka zainteresowań. Wcale .e jest taki, jak myślał mój chłopak. Kilka razy się o to pokłóciliśmy, ale nie umiem się długo na niego gniewać. Teraz siedzimy w warowni, słuchając muzyki i gadając o wszystkim i niczym. Oli bardzo szybko się wpasował w naszą ekipę i prawie wszyscy go polubili. Prawie. Co jakiś czas rzuca żartami i nawet sam Zeklos musi się powstrzymywać od wybuchnięcia śmiechem. Jednak nie wypuszczał mnie ze swoich objęć. Mówiłam. Zazdrosny.
- Raz poszedłem z Maddy do fryzjera, to ja usiadłem na pięć minut, a ona spędziła tam pół dnia, a jeszcze wszystko skrytykowała i wyszła bez płacenia.- wspominał blondyn.- Było mi żal tej fryzjerki, więc zapłaciłem, dając jej wysoki napiwek. Oczywiście mieliśmy też umówić się na kawę, ale prywatnie, to nawijała tyle, że sam miałem jej dość.
- Nie wiem, jak można być tak wredną suką.- prychnęła Oliwia.
- Może nie byłaby aż tak źle, gdyby miej gadała.- zaoponował najmłodszy członek naszej grupy
Wszyscy popatrzyli się na niego dziwnie. Dopiero ja ogarnęłam o co chodzi i zaczęłam się śmiać.
- Jej chodziło o twoją kuzynkę.- wykrztusiłam przez śmiech.
- Aaaa...- zrozumiał, a reszta dołączyła do mnie.
Nagle poczułam ciepły oddech chłopaka, na którego kolanach siedziałam, przy uchu.
- Księżniczko, przejdziemy się?- spytał mój ukochany.
- Jasne.- wstałam.- Okey, to my już idziemy.
- Pa.- zawołali wszyscy.
Wyszliśmy i zaczęliśmy iść lasem, trzymając się za ręce. Żadne z nas się nie odzywało, bonie było to potrzebne. Przyjemnie przebywało nam się w swoim towarzystwie.
- Naści.- moroj spojrzał na mnie smutno.- Jutro będę musiał wcześnie rano wyjechać i nie będzie mnie do wieczora.
- Czemu?- zasmuciłam się.
- Ojciec chcą mnie zabrać na podpisanie jakiejś ważnej umowy, dla jego firmy, żebym się uczył.- westchnął ciężko.
- Mogę pojechać z tobą.- zaproponowałam.
- Nie, skarbie.- zatrzymał się i pogłaskał mnie po policzku.- Zostań tu, wrócę nim się obejrzysz. Tam będzie tylko jakieś pieprzenie o przepisach i paragrafach. Po za tym, przegapisz swoją lekcję z Karp.
- To nie jest dla mnie ważne.- zapewniłam.
- Spokojnie kochanie.- ucałował mnie w czoło.- To tylko jeden dzień. Wieczorem się zobaczymy.
- Na pewno?
- Tak. Obiecuję.
Chodziliśmy tak jeszcze z pół godziny, rozmawiając o wszystkim i o niczym, oraz napawając się budzącą się ze snu przyrodą. Później wróciliśmy do domu, dzięki wzięliśmy wspólny prysznic i położyliśmy się do łóżka.
- Dobranoc.- Jack cmoknął mnie w czubek głowy.
- Dobranoc.- wtuliłam się w klatkę piersiową chłopaka i szybko zasnęłam.

Obudziłam się dość wcześnie i przyciągnęłam swobodnie. Nie śpiesznie otworzyłam oczy, patrząc smutno na puste miejsce obok. Wtuliłam się w pachnącą blondynem poduszkę. Zaraz. Jest jeszcze ciepła. Może wciąż tu jest? Zerwałam się na równe nogi, co skutkowało lekkim zwrotem głowy. Otrząsnęłam się i szybko założyłam na tyłek krótką, zwiewną spódniczkę, którą noszę tylko po domu. Szybko zbiegłam na dół, mało co się nie zabijając. W kuchni słyszałam, że ktoś się kręci, więc przeczesałam dłonią włosy i weszłam do środka. Uśmiechnęłam się szeroko na widok, jaki ujrzałam. Mój ukochany odkładał na talerz kanapki z serem lub szynką i warzywami, a cały blat, jak i on był ubrudzony ketchupem i majonezem.
- Mój Kucharzyk musi jeszcze trochę poćwiczyć.- zachichotałam.
Aż podskoczył, łapiąc się za serce, gdy mnie usłyszał. Odwrócił się do mnie z niewinnym uśmiechem. Podeszłam, minęłam go i wzięłam jedną z upaćkanych kanapek, kręcąc seksownie pupom. Usłyszałam za sobą zduszone chrząknięcie, na co uśmiechnęłam się triumfalnie. Ugryzłam kromkę, po czym ją odłożyłam. Odwróciłam się i zanim chłopak zdążył zareagować, wzięłam rozbieg i wskoczyłam na niego. W ostatniej chwili rozłożył ramiona, łapiąc mnie w udach. Nie wiele myśląc, wpiłam się mu w usta. Szybko oddał pocałunek, prosząc o dostęp. Nie dałam mu go od razu, aby trochę się pomęczył. Nagle Zeklos ściągnął mój pośladek, na co jęknęłam gardłowo. Od razu to wykorzystał, gdy jego język wślizgnął się do moich rozchylonych ust. Poczułam, że ukochany posadził mnie na stole, opierając ręce po dwóch stronach mojego ciała i naparł na mnie mocniej, pogłębiając pocałunek. Zatopiłam palce w jego włosach, ciągnąć za nie i masując mu głowę. Co chwilę wydobywał z siebie jęk, zduszony moimi ustami. Oderwaliśmy się od siebie dopiero, gdy zabrakło nam powietrza. Oddychaliśmy szybko, stykają się czołami.
- Kocham Cię.- powiedzieliśmy równocześnie, patrząc sobie w oczy.
Po śniadaniu, wspólnym wysprzątaniu kuchni i przebraniu się, bo byliśmy cali mokry, przyszedł czas na pożegnanie.
- Chciałem tego uniknąć,- wyznał.- Bo obawiam się, że w ogóle stąd nie wyjadę.
- Mi by to nie przeszkadzało.- uśmiechnęłam się szeroko.
- Wiem, skarbie, ale nie mogę. To tylko kilka godzin.- nie wiem, kogo bardziej chciał pocieszyć, ale brzmi to lepiej niż cały dzień.
Po bardzo, bardzo, bardzo długiej wymianie śliny i pożeraniu sobie twarzy, wyjechał w bardziej poczochranej czuprynie, co dodawało mu seksapilu, a ja machałam mu, w pogniecionej koszulce i cała rozczochrana. Tuż za jego Mercedesem pojechał czarny SUV. Strażnicy. Po minucie od zniknięcia mi z oczu samochodów, wróciłam do domu. Przebrałam się w coś mniej domowego, to jest czerwoną bokserkę i czarne, krótkie spodenki. Resztę dnia zajęli mi przyjaciele i Felix. Wcale nie było tak źle jak myślałam. Przecież moi rodzice musieli wytrzymać bez siebie nie raz tygodnie, góra miesiące. A ja mam rozpaczać z powodu paru godzin? Tylko miałam dziwne uczucie, że ktoś mnie obserwuje. Głupoty gadam. Pewnie tylko panikuję. To ściśle chroniony obiekt i nie wiem, kto niby miałby zrobić mi krzywdę. Jednak odetchnęłam z ulgą, gdy z bratem i po raz pierwszy Dianą skończyliśmy lekcję u cioci Soni. Oni poszli do domu, a ja postanowiłam pójść na parking i czekać na ukochanego. Zatrzymała się przy drzewie, obserwując gniazdo z małymi ptaszkami w środku. Nie był to częsty widok tak blisko społeczności uczniowskiej. Nagle usłyszałam, że ktoś krzyczy moje imię. Odwróciła się w tamtą stronę i zobaczyłam Zeklosa. Ale on zamiast uśmiechu miał wypisany na twarzy strach . Później wszystko potoczyło się w parę sekund. Blondyn stanął za mną, a ja zdziwiona odwróciłam się idealnie, aby złapać jego upadające ciało. Zdezorientowana położyłam go na ziemi, z głową na moich kolanach. Poczułam jak krew odpływa mi z twarzy, gdy zauważyłam nóż wbity w brzuch blondyna i tworzącą się wokół czerwoną kałuże. 

wtorek, 11 kwietnia 2017

ROZDZIAŁ 46

Obudziło mnie odbijanie się do drzwi. Serio?! Nawet tutaj nie można się wyspać. Przetarłam twarz dłońmi, patrząc w bok, ale blondyna nigdzie nie było. Nagle do pokoju wparował Felix.
- Co to miało znaczyć?!- od razu się na mnie wydarł.
- O co ci chodzi?- zmarszczyłam brwi, podnosząc się.
- Ja wczoraj dwie godziny leżałem nieprzytomny, a ty się nawet nie zainteresowałaś, tylko zabawiałaś się z Zeklosem!- krzyczał.- Taką to jesteś siostrą?
- Przestań wrzeszczeć.- odparłam spokojnie.- Przecież nic ci nie jest.
- A gdyby było?
- Poczułabym.
- A gdybyśmy stracili więź?- nie odpuszczał.
- Też bym poczuła. O co ci chodzi?- miałam tego po woli dość. Nagle mnie olśniło.- Ty jesteś zazdrosny o Jack'a
- Nie!- naburmuszył się.
- Tak. Właśnie tak.- zrozumiałam.- Boisz się, że przestanę cię kochać. Że o tobie zapomnę.
On zwiesił tylko głowę, co było dla mnie jasną odpowiedzią. Poklepałam miejsce obok siebie, gdzie usiadł z westchnieniem, nie patrząc mi w twarz.
- Felix, spójrz na mnie.- dampir podniósł wzrok.- Kocham Cię i to nigdy się nie zmieni. Jesteś moim bratem i zawsze będziesz dla mnie najważniejszy, na równi z chłopakiem, rodzicami, wujostwem, Dianą i wszystkimi, którzy są blisko. To, że dam swoją miłość komuś innemu, nie znaczy, że zabiorę ją tobie. Zawsze będę obok ciebie. To tak jak ty i Alice. Jesteś z nią, ale wciąż kochasz nie. Nie masz się o co martwić. A teraz chodź mnie przytul.
Wyciągnąłem do niego ręce, a on mnie uścisnął.
- Dzięki siostra. I przepraszam za swój wybuch. Po prostu się martwię o ciebie oraz nasze relacje.
- Nie masz o co.- uspokoiłam go.- A tak właściwie, widziałeś mojego chłopaka?
- Czekaj na niego. Przyjdzie tu.- powiedział tylko i wyszedł.
A to niewdzięcznik. Zablokował się na mnie. Opadłam na poduszkę i wtuliłam się w nią. Postanowiłam jeszcze trochę się przespać. Już odpływałam, gdy do pokoju ktoś wszedł. Nawet się nie poruszyłam. Może jak będę udawać, że śpię, dadzą mi spokój. Usłyszałam skrzypienie sprężyn i poczułam znajomy zapach. Od razu wiedziałam, kto mnie zaszczycił swoją obecnością, ale dalej udawałam. Zadrżałam, gdy dłoń mojego gościa zaczęłam delikatnie głaskać mnie po gołym ramieniu.
- Czas wstawać księżniczko.- usłyszałam ciepły szept przy uchu.
Po chwili palce zostały zastąpione przez miękkie usta, składające mokre pocałunki na całej długości mojej ręki, aż po szyję. Nie mogłam powstrzymać mruknięcia rozkoszy. Poczułam jak się uśmiecha, jednak nie przerywał czynności. Skoro już mnie nakrył, nie ma sensu się ukrywać. Z tą myślą odchyliłam szyję dając mu większe pole do popisu. Wtedy on przeszedł do mojej twarz, aż skończył na ustach. Odwzajemniłam pocałunek prawie od razu. Niestety, wtedy mój ukochany się odsunął. Przeciągnęłam się leniwie, przecierając oczy, po czym uniosłam powieki. Ujrzałam uśmiechającego się szeroko moroja.
- Dzień dobry, księżniczko.- przywitał się, sięgając na półkę nocną.- Zrobiłem śniadanie.
- Mam się bać.- udałam wystraszoną, po czym parsknęłam śmiechem.
- Nie śmieszne.- skrzywił się.
- Oj przesadzasz. To co tam masz dobrego?- spytałam, zerkając na tacę.
Tosty! Mniam. Nawet nie przypalone. Wyciągnęłam już dłonie po talerz, ale w ostatniej chwili Jack ją odsunął po za mój zasięg. Szlag!
- Przeproś.- zarządził ze złośliwym uśmieszkiem.
- A dasz mi wtedy?- spytałam.
- Tak.- przytaknął na potwierdzenie swoich słów.
- To przepraszam...- wzięłam w końcu to śniadanie.- za to, że nie umiesz gotować.
Wystawiłam mu język i ugryzłam kawałek tosta. Był dobry. Blondyn popatrzył na mnie, udając obrażonego, ale po chwili pokręcił ze zrezygnowaniem głową, po czym wziął się za swoje śniadanie. Aby jeszcze trochę się z nim podroczyć, uniosłam siłą woli chleb tak, aby wylądował mu na twarzy. Zeklos patrzył zdziwiony na jedzenie, a ja zaczęłam się śmiać.
- Zapłacisz mi za to, słońce.- pogroził mi palcem.
- Ooo... już się boję.- udawałam przerażenie.
- Oj przekonasz się.
Po śniadaniu poszłam się wykąpać i ubrać. Założyłam dżinsowe spodnie i różową koszulkę, a na to czerwono-białą bluzę amerykańskiej drużyny footballowej. Włosy zaplotłam w niechlujny warkocz, po czym zeszłam do ogrodu. Felix i Diana już bawili się w berka na placu zabaw, a ciocia z wujkiem siedzieli na ławce, przytuleni. Na stole przed nimi stał kubek z kawą. Skrzywiłam się. Jak można pić to ohydztwo.
- Nie martw się. Twoja mama też nie cierpiała kawy.- Lili uśmiechnęła się, widząc moją minę.
- Serio?! Przecież ona od zawsze piła przynajmniej z dwa kubki dziennie.- przypomniałam sobie.
- Poprawka. Odkąd pamiętasz.- wtrącił się Pawka.- Zawsze kłóciła się z wują Dimką, że jak może to pić, że ona tego nigdy nie tknie... Pamiętam, jak po jednej nieprzespanej przez was nocy, wzięła od jego łyk, ale się skrzywiła. Wtedy dostała Rosyjską Czekoladę.( Tak nazywają mieszankę energetyczną.- dopis autorki.)
- To czemu później jej nie piła.
- Po urodzeniu Diany, wzięła na siebie więcej obowiązków, aby nie myśleć o waszym ojcu.- westchnęła ciocia.- Długo siedziała w pracy, a jak wracała, zajmowała się wami. Jest jej wdzięczna ponad połowa akademii. Za każdego była gotowa wziąć zmianę, a jednocześnie dla każdego miała czas. Musiała mieć dużo energii, ale pewnie to był jej sposób na odzyskanie chodź części męża.
- Aha...- pokiwałam ze zrozumieniem głową.- Nie wiedziałam, że aż tak się oddała pracy. Pewnie teraz szkole jej brakuje.
- Każdemu z nas. Każdemu...- Lili popatrzyła w dal.
- Tu mi uciekłaś, księżniczko.- na biodrach poczułam ciepłe ręce.- Ładnie ci w męskich ubraniach, ale wolałbym, gdyby były one moje.
- Jakbyś mi dał coś więcej od koszulek do spania, to może bym chodziła. A tak?- wzruszyłam bezradnie ramionami.
- To zrób miejsce w szafie, złotko.
- Dobra dzieciaki.- wujek się podniósł.- Za pół godziny jedziemy na Dwór. FELIX! DIANA!
Westchnęłam i wróciłam na górę. Przebrałam się w coś bardziej wyjściowego, po czym z zeszłam na dół. Wszyscy już czekali. Wisel została w domu, a my wsiedliśmy do auta i odjechaliśmy.

niedziela, 9 kwietnia 2017

ROZDZIAŁ 45

- Cze-czemu?- szepnęłam, dotykając zdezorientowana warg, które przed chwilą tak zachłannie całował.
Chciałam go teraz i tu! Nic na to nie poradzę, że tak go kocham. Ufam mu i wiem, że nie zrobi nic przeciw mnie. Bez niego już nie wyobrażam sobie życia. Przyzwyczaiłam się, że spędzamy ze sobą każdą chwilę. Uwielbiam jego pocałunki, zapach, dotyk, to, że jest zawsze, kiedy go potrzebuję i nawet jak mówię, że chcę zostać sama, on trwa przy mnie. Dzięki niemu nie muszę szukać ukojenia w lesie. On jest moim ukojenie i chcę żeby był tym pierwszym teraz i tu.
- Bo chcę, żeby to było dla ciebie wyjątkowe.- odpowiedział, nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Będzie, jeśli z tobą. Nie ważne gdzie.- sprzeciwiłam się.
- Cii...- uciszył mnie krótkim pocałunkiem.- Nie rozdziewiczę cię w salonie, gdzie każdy może wejść. Zrobimy to przy odpowiedniej atmosferze.
- No dobra.- westchnęłam.- Ale coś ci obiecałam, gdy znów zostawisz mnie podnieconą.
- A ja? Myślisz, że na mnie nie działasz?- naparł na mnie, tak żebym poczuła jego męskość.
Jęknęłam, przymrużając oczy. Nie wytrzymałam i przyciągnęłam go do siebie, całując po szyi. Z jego ust wydobyło się seksowne westchnienie, gdy przygryzłam mu płatek ucha.
- Więc lepiej, żebyśmy oboje coś z tym zrobili.- szepnęłam kusząco mu do ucha, delikatnie je muskając ustami.
Mogłam poczuć, jak zadrżał, a na jego skórze zrobiła się gęsia skórka.
- Cholera.- szepnął.
Chwycił swoją koszulkę i szybko założył ją na mnie. Mocno ścisnął moje pośladki, na co pisnęłam zaskoczona. Podniósł się razem ze mną i zaczął iść w kierunku schodów. Po drodze postanowiłam trochę się z nim podroczyć. Całowałam go namiętnie, obracając jego głowę we wszystkich kierunkach, co nie pomagało mu iść, ale trzymał się dzielnie. Gdy znaleźliśmy się na górze, próbował się odsunąć, ale ja mu nie pozwalałam.
- Anastazja! - wkurzył się.- Powiedz mi, gdzie mam iść, bo wrzucę się do pierwszego lepszego pokoju.
Wyczuliłam zmysły, aby wyczuć, gdzie jest reszta.
- Na moje lewo, ostatnie drzwi po prawej.- zarządziłam i wróciłam do jego ust.
Jak przez mgłę rejestrowałam, że się poruszamy we wskazanym kierunku. Gdy poczułam na plecach drewno, dłonią zaczęłam je oklepywać, póki nie natrafiłam na zimny metal. Naparłam na klamkę i po chwili znaleźliśmy się w środku. Jęczałam, gdy chłopak ściskał na przemian moje pośladki. Oddawałam każdy pocałunek z zaufaniem i oddaniem. Usłyszałam trzask zamykania drzwi, a sekundę później mój ukochany napierał na mnie, kiedy przyparł mnie do ściany. Zaczęłam się wić i wiercić. Nie wytrzymał długo i rzucił mnie na łóżko, zrywając ze mnie spodnie. Jednak zatrzymały się na butach. Ściągnął je szybko, a ja patrzyłam na niego, z rozwartymi ustami, łapiąc łapczywie powietrze. Dopiero teraz mogłam się nacieszyć jego torsem. To było coś pięknego. Wszedł na łóżko i przybliżył się szybko do mnie, jak drapieżnik do swojej ofiary. W oczach płonęły mu iskierki pożądania, gdy głodnym wzrokiem podziwiał moje ciało w samej bieliźnie. Wypięłam bardziej piersi, uśmiechając się kusząco. Oczy blondyna jeszcze bardziej pociemniały. Przyssał się do mojej szyi, niczym pijawka, a ja zaczęłam jęczeć, wiercąc się pod nim. Odchyliłam głowę do tyłu, dając mu lepszy dostęp i nieświadomie wędrowałam rękoma po ciele Jack'a. Tym razem pozwolił ściągnąć z siebie spodnie, za to mnie pozbawił stanika. Czułam się dziwnie, bo po raz pierwszy pozwoliłam rozbierać się facetowi. Ale nie przeszkadzało mi to. Z nim czułam się bezpiecznie i całkowicie mu ufałam. Wierzyłam, że nigdy mnie nie znani, ani nie skrzywdzi. Poczułam jego usta na lewej piersi i aż wygięłam się w łuk. Boże święty. Takiego czegoś jeszcze w życiu nie czułam. Jestem na maxa podniecona i jeśli teraz mnie nie przeleci, to osobiście mu jaja urwę. Co ja gadam? Sama już nie wiem. To mi zakłóca jasne myślenie. Topniałam pod dotykiem jego delikatnych dłoni i rozpływałam się z przyjemności. Ciągnęłam go uporczywie za włosy, przy akompaniamencie naszych wspólnych jęków przyjemności. Nim się obejrzałam, moroj już znaczył mokrymi pocałunkami drogę przez mój brzuch. Jednym ruchem pozbył się ostatniego kawałka materiału, jaki na sobie miałam. Czekał tylko, aż do mnie wróci i poczuję w sobie jego przyrodzenie. Jednak się nie doczekałam, za to pisnęłam zaskoczona, czując w sobie jego palec. Przez parę sekund nie mogłam złapać oddechu, ale serce i płuca przyspieszyły prace, gdy dołożył drugiego palca. Przy trzecim myślałam, że oszaleję, ale prawdziwe niebo zaczęło się, gdy do gry dołączyły usta. O Matko! Jego język czyni cuda. Wiłam się i jęczałam, zaciskając coraz mocniej dłonie na pościeli. Cofam wszystko co mówiłam. To najlepsze uczucie na świecie. Napięcie rosło we mnie, jakbym wspinała się na wielką górę. A ja już chciałam być na szczycie. Nosiło mnie i uciskało w podbrzusze. Czułam... czułam... Tego nie da się opisać. Chciałam zakończyć już tą słodką męczarnię. Aż nagle poczułam stan uniesienia. Całą mną wstrząsnął dreszcz, a ciepło rozlało się po organizmie. Bez odrobiny sił opadłam na materac, uspakajając oddech. To było niebiańskie uczucie. Dopiero teraz dotarło do mnie, co się stało. Właśnie przeżyłam swój własny orgazm. To było niesamowite. Ukochany położył się obok, przyciągając mnie do siebie.
- Jeszcze nie będę się z tobą kochał, skarbie.- ucałował moje czoło.- Ale mam nadzieję, że taka forma przyjemności ci wystarczy.
- O tak.- zmusiłam mięśnie do ruchu i wtuliłam się w tors chłopaka.- Dziękuję.
- Za co, księżniczko?- popatrzył na mnie ze zdziwieniem, ale i radością.
- Że jesteś, kiedy cię potrzebuję. Pocałujesz, przytulisz w chwilach smutku i zwątpienia i ogólnie, że jeszcze ode mnie nie uciekłeś.
- Jak bym mógł opuścić taki skarb?- uśmiechnął się.- To byłby największy błąd mojego życia.
- Cieszę się, że w pewnym sensie to ty byłeś tym pierwszym. Za ufałam ci i spełniłeś moje oczekiwania.- odpowiedzialna tak samo.
- To dobrze. A teraz idź spać. Był dzisiaj ciężki dzień.
- To prawda. Dobranoc.- wtuliłam się bardziej w ukochanego
- Dobranoc.- ucałował mnie w czoło, a ja od razu odpłynęłam. 

sobota, 8 kwietnia 2017

ROZDZIAŁ 44

- Coś mi w nim nie pasuje.- mruknął Jack, gdy już wracaliśmy do domu.
- Wiesz, że Felix tak samo podchodził do ciebie?- zauważyłam obruszona.
- Ale to co innego.
- Masz rację. On miał powody, aby tak sądzić. A ty o nim nic nie wiesz.
- Właśnie. Najgorszy wróg, to ten, którego nie znasz.
Pokręciłam tylko zrezygnowana głową. Do tego zazdrośnika nie da się dotrzeć. Ale i tak go kocham. Wreszcie doszliśmy do bramy, gdzie umówiliśmy się z wujostwem. Oni już czekali na nas w czarnym SUV-e.
- No w końcu. Ile można czekać?- powiedział zniecierpliwiony wujek.- Gdyby nie to, że jesteście najlepszymi dampirami w szkole i dziećmi dwójki najlepszych strażników na świecie, martwił bym się o was.
- A ja?- zwrócił na siebie uwagę blondyn.
- Nastka nie dałaby zrobić ci krzywdy.- Diana uśmiechnęła się szeroko.
- Było zadzwonić, bylibyśmy wcześniej.- zaproponowałam, wchodząc do auta.
- Dzwoniłam do ciebie cztery razy.- oznajmiła ciocia Lili, odwracając się w naszą stronę.
- Serio?!- spojrzałam na telefon.- A no, faktycznie. Zapomniałam dźwięk włączyć.
- Jakby to było pierwszy raz...- westchnęła, kręcąc głową.
Po chwili wyjechaliśmy z Dworu.
- Długo się tam jedzie?- spytał Zeklos.
- Pół godziny.- odpowiedziałam równo z bratem.
- Wiesz, że przegrałeś?- uśmiechnęłam się do chłopaka, gdy przypomniałam sobie zdarzenie w parki.
- Trudno. Ważne, że jesteś moja i reszta też o tym wie.- ukochany objął mnie ramieniem.
- Ehh... Co ja z tobą mam?- westchnęłam ciężko.
- Pełno miłości.- zamrugał uroczo oczami.
Pokręciłam tylko głową i zaczęłam oglądać widoki za oknem. Po kilkunastu minutach byliśmy już na miejscu. Wysiedliśmy przez drewnianym domkiem, wcale nie tak małym. Po obu stronach drzwi rosły rabatki, ale po tylu latach były tam tylko chwasty. Zrobiło mi się przykro, że tyle pracy rodziców poszło na marne. Aż bałam się wejść do ogrodu.
- WOW!- Diana i mój chłopak otworzyli szeroko oczy.
- Tu się wychowywaliście?- spytał Jach, gdy weszliśmy do środka.
Wszystko było zakurzone lub przykryte prześcieradłami. Meble stały puste, tak jak zapamiętałam, gdy się stąd wyprowadzaliśmy. Mimo tego, nic nie potrafiło zagłuszyć atmosfery ciepła i miłości rodzinnej.
- O matko.- młoda rozglądała się z zainteresowaniem wokoło.- Czemu się stąd wyprowadzaliśmy?
- Za dużo wspomnień.- mruknęłam, patrząc z utęsknieniem w stronę centrum salonu.
Pamiętam, jak tato bawił się ze nami i Bianką.

- Wyzej! Wyzej Felix.- wolałam skacząc po sofie.
Suczka biegała wokół nas, szczekają wesoło.
- Dzieci!- usłyszałam wołanie z góry.
Na schodach pojawili się rodzice.
- Felix! Nastka!- przeraziła się mama, podbiegając do nas.- Co wy robicie?
- Roza, spokojnie.- tato objął żonę i cmoknął ją w policzek.
Przestaliśmy skakać, patrząc na nich z uśmiechem.
- Spokojnie?!- załamała się kobieta.- Jak mam być spokojna, przecież coś mogło im się stać.
- Tata.- wyciągnęłam rączki ze słodkim uśmiechem.
- Chodź tu do mnie, księżniczko.- mężczyzna podniósł mnie po czym usiadł, sadzając mnie sobie na kolanach.- Powiedzieć ci coś w sekrecie?
- Tiaaaaaak!- wyrzuciłam rączki do góry.
Kobieta usiadła obok nas, a Felix szybko wykorzystał okazję i usiadł na nią, wtulając się w jej ciało, jak małpka.
- Bardzo kocham ciebie, twojego braciszka i waszą mamusię. I nie chcę, żeby coś kiedykolwiek się wam stało. Jesteście moimi skarbami. Dlatego proszę, nie skaczcie tak więcej.
- Ale pzieciez nić niam ne jeśt.- stwierdził chłopiec, wyciągając rączkę z buzi.
- Tak.- wtrącił mama.- Ale następnym razem możecie nie mieć tyle szczęścia. Chyba nie chcemy żeby ktoś z was wylądowało w szpitalu.
- Nie.- oboje od razu zbledliśmy.
Gdy mieliśmy trzy lata, podczas ataku strzyg, tato został bardzo ranny i pamiętam jak zatrzymała mu się akcja serca. Na szczęście uratowali go, ale od tamtej pory mamy lęk przed tym budynkiem. Widząc mój strach, strażnik zaczął mnie łaskotać, a mama przytuliła małego bruneta. Po chwili tato wstał i zaczął się z nami bawić, a mama wróciła na górę. Po pewnym czasie wróciła z ciocią Lili i pudełkiem zabawek.

- Już dobrze, księżniczko.- z wspomnień wyrwał mnie głos ukochanego.- Jestem tu.
Zauważyłam, że siedzę na jego kolanach na sofie. Reszta gdzieś się rozeszła, więc zostaliśmy sami.
- Tak bardzo tęsknię.- łkałam.
- Wiem... Widziałem to i czułem twój ból.- przyznał.
- Jak to wyglądało?- spojrzałam na niego zaciekawiona, opierając łzy.
- Popatrzyłaś się tutaj i nagle mocno złapałaś mnie za nadgarstek, biorąc nagły wdech, a później twój wzrok zrobił się taki... nieobecny? Nie wiem, jak to nazwać. Oczy zmieniły ci się na jarzące, świecące o kolorze bursztynu. Sekundę później Felix krzyknął z bólu, łapiąc się za głowę i upadł na kolana, kuląc się. Potem stracił przytomność. Wasze wujostwo wzięło go na górę, a Diana pobiegła za nimi. Tylko Wisel została.
Dopiero teraz zauważyłam suczkę, śpiącą koło nas. Na nowo skupiłam się na słowach Jack'a.
- Nagle zobaczyłem, że nie ma cię koło mnie. Za to jakieś rodzeństwo skakało na waszej sofie. To byliście wy, prawda?
Pokiwałam głową.
- To było nasze wspomnienie.- westchnęłam, przeczesując włosy.- Ja... to... chyba nigdy mi się coś takiego nie zdarzyło.
- Może to jakaś kolejna twoja moc.- uśmiechnął się z iskierkami.
- Może.- odwzajemniłam gest.- I zdolność. Bo moc to tak, jakbym była jakąś super bohaterką.
- Dla mnie zawsze będziesz moją bohaterką.- powiedział, patrząc mi z miłością i czułością prosto w oczy.
Nie mogłam się powstrzymać i wpiłam się w jego wargi. Był lekko zdziwiony, ale natychmiast oddał pocałunek. Wiedziona pożądaniem zaczęłam ciągnąć go za włosy, na co mruczał z uznaniem. Poczułam jego dłonie na pośladkach, które po chwili ścisnął. Jęknęłam mu prosto w usta, a nasze języki złączyły się w walce o dominację. Oddałam się bez opamiętania jego dłonią błądzącym po moim ciele. Zaczął ostrożnie wchodzić pod moją bluzkę, ale nie widząc sprzeciwu, ściągnął ją. Ja również pomogłam mu pozbyć się jego koszulki. Zeklos zadrżał, gdy dłońmi badałam mu idealny tors, zwalniając pracę ust. Przez spodnie czułam nabierającą na mnie jego męskość. Tym razem to ja schodziłam pocałunki mu po żuchwie do szyi. Usłyszałam cichy jęk, gdy lekko przygryzłam mu kawałek skóry. Po chwili podziwiałam zaczerwienienie w tamtym miejscu, po czym wróciłam do jego ust. Wiłam się na kolanach chłopaka, podczas gdy on badał dłońmi moje mięśnie brzucha.
- Kocham Cię.- szepnął między pocałunkami.
- Zamknij się i mnie całuj.- nie czekając na odpowiedz, pocałowałam go zachłannie.
Zaczęłam dobierać się za ciasnych spodni partnera, ale on złapał moje dłonie i ucałował ich wierzch. Patrzyłam na niego jak na kosmitę, gdy głaskał mnie po knykciach kciukami i patrzył mi głęboko w oczy. Wyglądało to dość komicznie, gdyż oboje szybko oddychaliśmy.
- Nie teraz, ani tu, księżniczko.- po raz kolejny pocałował moje dłonie.

piątek, 7 kwietnia 2017

ROZDZIAŁ 43

Przez kolejne kilka dni byliśmy dla siebie jak przyjaciele. Co chwilę oczywiście jedno, drugie kusiło, ale oboje byliśmy silni ostatnio wyszedł z łazienki przepasany samym ręcznikiem. Myślałam, że najpierw się na niego rzucę, a później go zabiję. Oliwia, po tym jak Maddy zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach(😂), dostała nowy przydział w postaci Angeli Canta. Nawet fajna dziewczyna. Pochodzi z królewskiego rodu, a jej dziadek jest księciem. Drobna blondynka z bursztynowymi oczami. Szybko się u nas zaaklimatyzowała, wciągając swojego brata, Miltona. Niby zwykły flirciarz, ale tak naprawdę szuka prawdziwej miłości. Zaczął kręcić z Oliwią, lecz ona upiera się, że chce być niezależną singielką. I tak przed miłością nie ucieknie. Co do naszej małej zabawy w wilki... skończyła się tak szybko, jak zaczęła. Z dnia na dzień uznali, że to dziecinne i dziwne. Ciocia Sonia nawet łatwo to wyjaśniła. Otóż. Wiadomo, że mam moc wpływu. I że magią można napełnić srebro. To ja tak jakby, napełniłam tą magią rysunki. Nieprawdopodobne, ale jak widać możliwe. Jak teraz się nad tym zastanawiam, to dość wytłumaczalne. Rysując, wkładałam w to całe serce i całkowicie skupiałam się na mojej miłości jaką są wilkołaki. Ale bal się odbędzie. Jedna z zalet przyjaźni z córką dyrektorki to to, że mamy imprezy z okazji urodzin. No i za cztery tygodnie, w sobotę wypadają moje. Akurat ostatni dzień zajęć polowych. Obecnie lądujemy na Dworze i spędzamy tu czas do końca tygodnia. Uznaliśmy, że ja, Felix, Diana, ciocia Lili, wujek Pawka i Jack będziemy spać w domu naszych rodziców. Ale póki co wyszliśmy na stały ląd, gdzie czekali już na nas królewskie małżeństwo z najmłodszymi dziećmi, które póki co nie chodzą jeszcze do Akademii oraz rodzice naszych przyjaciół, to jest Asha, Alice i Dominica. Zielonookiemu od razu w ramiona rzuciła się mała blondynka, moim zdaniem, kserokopia mamy, Eva. Chłopak od raxu ją uścisnął.
- Aśh.- zawołała.
- Hej skarbie.- cmoknął ja w policzek.- Też tęskniłem.
- Córuś.- Lord Ozera rozłożył ramiona.
- Mama! Tata!- Rozi rzuciła im się w objęcia.
Po chwili odsunęli się od siebie, a Królowa spojrzała na nas.
- Chodźcie tu dzieci.- wyciągnęła do nas ręce.
- Hej ciociu.- przytuliłam ją.
- Hej.- odpowiedziała głaszcząc mnie po plecach.- I ty Felix.
Przeniosła się na zaskoczonego bruneta.
- Jak się czujesz, mamo?- spytała z troską morojka.
- Wspaniale.- kobieta uśmiechnęła się szeroko, głaszcząc zaokrąglony brzuszek.
- Chciałam wam kogoś przedstawić.- Dragomirówna wyciągnęła dłoń do Dominica.
Chłopak nie pewnie podszedł i ukłonił się. Małżeństwo patrzyli na niego uważnie.
- Jak się nazywasz chłopcze.- Odezwała się w końcu królowa.
- Dominic Szelski.- ponownie się ukłonił.- Powinienem to zrobić wcześniej, ale nie było zbyt okazji. Chciałbym prosić o pozwolenie na związek z waszą córką.- popatrzył z miłością na blondynkę, która cała się rozpromieniła.
- Będę musiał się zastanowić...- zaczął wujek, ale przerwał, gdy ciocia uderzyła go w brzuch.
- Bardzo miło nam cię poznać. A skoro Rosalie tak cię kocha, to nie widzę przeciwwskazań.- wciąż promieniała dobrym humorem.- A tam, kto się chowa?
Odsunęłam się i dałam znak ukochanemu, żeby podszedł.
- To chłopak Nastki.- zachichotała Oliwia.
- Przyjaciel.- poprawiliśmy oboje.
- Tak? A kto o nim myśli 24 na dobę?- dodał Felix, a ja się zarumieniłam.
Obrażona odwróciłam się do nich plecami, za skrzyżowanymi ramionami.
- Witaj chłopcze.- zaciekawiona spojrzałam za siebie.- Jak się nazywasz?
Blondyn klęczał z nisko pochyloną głową, jakby chciał tym wynagrodzić swoje pochodzenie. Całą drogę się denerwował, bo wiedział jakie stosunki były między jego ojcem, a Królową.
- Jestem Jack Zeklos, Wasza Wysokość.- wciąż się nie podnosił.
Widziałam jak uśmiech znika z twarzy pary królewskiej. Wymienili niepewne spojrzenia, następnie patrząc na mnie. Miałam nadzieję, że nie pogonią go gdzie pieprz rośnie.
- Wstań.- powiedziała ciocia Lissa.- Co było to było. Przecież nie można obwiniać cię za błędy ojca. Skoro jesteś w tym gronie, znaczy to, że jesteś tego warty.
Po krótkim przywitanie, wszyscy rozeszli się do swoich rodzin. Ja z rodzeństwem i chłopa... przyjacielem, postanowiliśmy przejść się po Dworze, aż dotarliśmy do parku mojej imienniczki. Felix zaczął się bawić z Dianą między drzewami, a my stanęliśmy na mostku.
- To tu chodzili wasi rodzice?- zaczął temat moroj.
- Tak.- uśmiechnęłam się na liczne wspomnienia z tego miejsca.- Właśnie tutaj.
- Nie dziwię. Bardzo tu ładnie.- odetchnął głęboko nocnym powietrzem.- Nie było aż tak źle.
- Przecież mówiłam.- prychnęłam.
- Tak, wiem, wiem. Ty masz zawsze rację.- nabijał się ze mnie.
- Przecież to wiadomo.- wypięłam pierś do przodu.
On za to dźgnął mnie palcem w bok, na co od razu się skuliłam. Zaczął mnie łaskotać, a ja uciekać. Biegałam miedzy drzewami śmiejąc się w niebo głosy, aż wpadłam na coś twardego. Upadłabym, gdyby nie silne ramiona w sumie dwóch osób. Przed twarzą zobaczyłam chłopaka w blond czuprynie z szarymi oczami. Spojrzał na moroja, który złapał mnie od tyłu i odsunął się dwa kroki. Podczas tego puścił mnie, co pozwoliło mi na swobodne opadnięcie w ramiona Zeklosa.
- Przepraszam.- odchrząknęłam, gdy się podniosłam.
- Nic nie szkodzi. Powinienem bardziej uważać.- chłopak podrapał się po karku.- Ale gdzie moje maniery. Jestem Oliver Sarcozy.
Popatrzyliśmy na niego niepewnie.
- Jesteś w jakiś sposób spokrewniony z Maddy Sarcozy?- spytał chłopak z mojej lewej.
- Tak, jakby...- lekko się zmieszał.- To moja kuzynka. Czarna owca rodziny.
- Nie ona jedna, z tego co słyszałam.- mruknęłam, wspominając słowa mamy.
- Proszę, nie osadzajcie mnie ze względu na pokrewieństwo z osobą, na której zachowanie nie mam najmniejszego wpływu.
W sumie to nie wygląda na jakiegoś wrednego. Jack'owi dałam szansę, to z nim może da się zaprzyjaźnić.
- Anastazja Hathaway.- podałam mu dłoń.
- Nastka...- zdziwił się mój ukochany. 
Dźgnęłam go łokciem w bok, żeby się przymknął.
- A to Jack Zeklos. Mój...
- Chłopak.- dokończył za mnie moroj, obejmując mnie ramieniem w talii i podając dłoń świeżo poznanemu.
- Miło mi was poznać.- uśmiechnął się przyjaźnie Oliver, ściskając dłoń, po czym spojrzał na telefon.- O rany! Wybaczcie, ale muszę już iść.
Zanim zdążyliśmy coś powiedzieć, on już poszedł.

czwartek, 6 kwietnia 2017

ROZDZIAŁ 42

Pierwsze, co poczułam, to olbrzymi ból głowy. A obiecywałam sobie, nigdy więcej. I co? I się schlałam. Ostrożnie obróciłam się na plecy i otworzyłam oczy. Od razu zauważyłam, że to nie mój pokój i zaczęłam się rozglądać. Wygląda znajomo, ale to wciąż nie nasz dom. Spanikowana spojrzałam pod kołdrę. Co do cholery?! Czemu mam na sobie tylko majtki i za dużą bluzkę. Jednak zapach wydał mi się również znajomy. W końcu nabrałam odwagi spojrzeć na drugą połowę łóżka. Uspokoiłam się, widząc tak dobrze znaną mi twarz. Od razu zrozumiałam, że jestem w jego domu. Mimo, że wciąż się na niego gniewam, nie umiem zaprzeczyć, że słodko wygląda, kiedy śpi. Włosy latały mu po całej twarzy, a usta miał lekko rozchylone. Wyglądał tak uroczo, że miałam ochotę go pocałować. Ale nie mogę. Wciąż została kwestia, co ja tu robię. Zaczęłam go szturchać.
- Jack.- odchrząknęłam, aby wróciła mi dawna barwa głosu.- Jack.
On tylko coś mruknął i odwrócił się w moją stronę, poprawiając kołdrę. Nim zareagowałam, objął mnie w pasie, przyciskając do swojej klatki piersiowej.
- Jack.- nie odpuszczałam.- Weź się obudź.
- Wszystko jest dobrze księżniczko. Śpij.- mruknął,z wciąż zamkniętymi oczami.
- Do każdej tak mówisz?- spytałam chłodno.
- Wiesz, że tylko do ciebie, Anastazja.- w końcu podniósł powieki.- A teraz dasz mi pospać? Mamy za sobą ciężką noc.
- I ja właśnie co do niej mam pytania.- nie odpuszczałam.- Możesz minie puścić?
- Nie.
- Bo...- uniosłam jedną brew.
- Bo takich skarbów nie puszcza się nigdy.- cmoknął i uwalił się na mnie.
- Złaź.- próbowałam go zrzucić, ale trzymał się mocno.
- Kochanie, nie wierć się. Przecież nic ci nie zrobię.- mruknął zasypiając.
- Powiedz mi lepiej, co ja tu robię.- fuknęłam, wciąż się szarpiąc.
- Teraz? Przeszkadzasz mi spać.
- Oj, ale ty biedny.
- Co nie?- podniósł się i spojrzał na mnie, jakby był najbardziej pokrzywdzoną osobą na świecie.
Przewróciłam oczami.
- A tak ogólnie?- ciągnęłam.
- No dobra. Widzę, że i tak nie zasnę.- w końcu wrócił na swoją połowę.- Ale jesteś bardzo wygodną poduszką.
- Gadaj!- nie spuszczałam.z niego ostrego spojrzenia.
- Byłaś tak schlana, że zabrałem cię do mojego rodzinnego domu, bo był bliżej.
- A ty oczywiście byłeś trzeźwy?- prychnęłam.
- Otrzeźwiałem, gdy zaciągnęłaś mnie do łazienki na szybki numerek.- zaśmiał się.
Otworzyłam z niedowierzaniem oczy.
- Łżesz.- oskarżyłam go.
- Ani odrobinkę, kochanie.- podniósł ręce do góry, próbując się nie śmiać, ale nie wychodziło mu.
- Boże święty. Już nigdy więcej nie tknę alkoholu.
O cholera. Zażenowana ukryłam twarz w dłoniach. To nie może być prawda. Nie może. Przecież nie jestem taka głupia. A może? Poczułam, że ktoś zabrał moje dłonie z twarzy i swobodnie mogłam patrzeć w piwne tęczówki.
- Spokojnie. Do niczego nie doszło.- uśmiechnął się pocieszająco.
- Masz szczęście, bo inaczej byś nie miał czym panienki przelatywać.
- Nie chcę nikogo "przelatywać"- zaśmiał się, nie puszczając moich dłoni.- Chcę się tylko kochać z kobietą mojego życia.
- Przestań pieprzyć.- odwróciłam wzrok, aby nie utonąć w jego cudnych oczach.- Dwa dni temu pokazałeś, jak bardzo mnie kochasz.
- Cholera! Nastka! Wysłuchaj mnie chociaż. Wiem, że jestem kretynem i największym idiotom świata, ale chciałem to zrobić dla ciebie. Wiem ile ten medalion dla ciebie znaczy. Chciałem dobrze... Przepraszam. Za wszystko co ci zrobiłem. Jestem nic nie wartym śmiechem, ale błagam. Wybacz mi.- błagał mnie wręcz na kolanach.
Odwróciłam wzrok.
- Nie wiem. Zastanowię się. To dla mnie trudne. Pierwszy raz się tak czuję i boję się.
- Uwierz, że nigdy bym cię nie zdradził. Za bardzo mi na tobie zależy, gdybym tylko cofnął czas...- zwiesił głowę.
Patrzyłam na niego smutno. Kompletnie nie wiedziałam co zrobić. Widzę, jak mu zależy, ale boję się. Najzwyczajniej w świecie się boję. Że znowu coś się stanie, że znowu będziemy cierpieć, że następnym razem już się nie pozbieram. Nie chcę tracić już żadnej ważnej dla mnie osoby...
- Nie wiem.- szepnęłam.- Czy chcę być dalej twoją dziewczyną. Na razie to za trudne.- westchnął cicho.- Ale możemy zacząć od nowa, jako przyjaciele. Reszta może jakoś sama wyjdzie.
Spojrzał na mnie z niedowierzaniem, jakby szukał potwierdzenia, że nie żartuję. Po chwili rzucił mi się w objęcia.
- Dziękuję, dziękuję. Zrobię wszystko, wszystko, żebyś zobaczyła jak bardzo Cię Kocham i jak bardzo mi na tobie zależy. Jeszcze będziesz moja.- powiedział, patrząc mi prosto w oczy.
Nagle pochylił się i mnie... pocałował. Z początku zszokowana, po chwili oddałam pocałunek. Nie wiem co mną kierowało. Po prostu to było da mnie naturalne. Popchnął mnie delikatnie na pościel i zaczął pogłębiać pocałunek. Nie opierałam się, błądząc dłońmi po jego nagim torsie. Ukochany zszedł ustami na moją szyję. Cholera! Ja nie wytrzymam bez niego. Jęczałam cicho, ale trzeba to skończyć.
- Jack.- odsunęłam go od siebie.
Szybko ode mnie odskoczył. Oboje oddychaliśmy szybko.
- Przepraszam.
- Jack...- popatrzył na mnie.- Kocham Cię, ale jeszcze nie.
- Wiem księżniczko.- podszedł i mnie przytulił.- Już mówiłem, że poczekam na ciebie. Nawet całą wieczność. Bo też Cię Kocham.
- To teraz skoro wszystko sobie wyjaśniliśmy, ubieraj się i na trening.- zerwałam się z łóżka z szerokim uśmiechem.
- Nie tak prędko, słońce.- złapał mnie z rękę i pociągnął na swoje kolana.- Jeszcze nie wszystko wyjaśnione.
Zrzedła mi mina, bo podejrzewam, o co może mu chodzić.
- Co to było w sobotę?- uniósł brew.
Westchnęłam ciężko i usiadłam obok niego.
- Nie chciałam ci wcześniej mówić, bo bałam się, że mnie zostawisz, a później nas wydasz. Tak naprawdę nie urodziliśmy się dlatego, że tata był strzygą. To jest w ogóle inna historia.
I zaczęłam opowiadać. O tym jak tato poznał Lunę, co się stało podczas zaręczyn rodziców, a później co odkrywali, gdy z Felixem byliśmy mali, oraz o wymyśleniu tej całej bajeczki o strzygach.
- Mnie i jego łączy więź...
- Czyli, że on wie wszystko co ty i na odwrót?- spytał, zszokowany.
- Widzi, słyszy i czuje. Ale umiemy się wyłączyć na siebie. Do tego, mamy coś a'la moc ducha, ale bez negatywnych skutków. Doskonale panuję nad każdym żywiołem, magią wpływu i uleczaniem.
Odwróciłam wzrok.
- I za to miałbym cię zostawić?- przytulił mnie i cmoknął w policzek.- Niesamowite jakim jestem szczęściarzem. Mam bardzo niezwykłą dziewczynę.
- Przyjaciółkę.- poprawiłam.
- Oboje wiemy, że długo nie wytrzymasz.- był bardzo pewny siebie.
- Ja nie wytrzymam?! Okey. Zrobimy zakład? Do moich urodzin jesteśmy tylko przyjaciółmi. Kto pierwszy odpadnie, przegrywa.
- O co?- zmrużył oczy.
- Jeśli wygram, zabierzesz mnie na randkę na sam szczyt wieży Eiffla.- wystawiłam rękę.
- A jeśli ja wygram, na weekend zabierzesz mnie do waszego domu i będziesz mi usługiwać.
- Zgoda.
- Zgoda.
Uścisnęliśmy sobie dłonie, podczas czego szybko cmoknął mnie w usta.