sobota, 11 marca 2017

ROZDZIAŁ 17

- Co ty wyprawiasz?!- wściekła odciągnęłam brata od wystraszonego Zeklosa.
- Co ja wyprawiam?! Co ty robisz?! Gdybym nie ja, pocałowałabyś go. Czy ty to rozumiesz?
- Tak.- nie ugięłam się pod jego spojrzeniem.- A nawet jakbym go pocałowała, to co by było? Może właśnie tego chcę? Nie jestem małą dziewczynką i doskonale wiem, co chcę, a czego nie chcę. Ja nie zakazuję ci się całować, z kim tam chcesz.
- Ale to co innego!
- Dlaczego?- zaplotłam ręce na piersi.
- Wyrzuć go stąd, a porozmawiamy.
Westchnęłam ciężko i spojrzałam przepraszająco na Jack'a. Już się zdążył otrząsnąć.
- Nie. On ma rację Nastka. Nie zasługuję na taką cudowną kobietę jak ty. Życzę Ci, żebyś znalazła kogoś, z kim będziesz szczęśliwa.- pocałował mnie w policzek i wyszedł.
Brunet zatrzasnął za nim głośno drzwi.
- Felix!- spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
- Nie będziesz się z nim spotykać.- rozkazał.
- O nie! Sama decyduję z kim i kiedy będę się spotykać, a ty masz gówno do mówienia.
- Ja chcę tylko twojego dobra. To nie jest chłopak dla ciebie.
- Bo co? Bo ty tak uważasz? Nawet go nie znasz. Słyszałeś co mówił, teraz i wcześniej.
- Skąd wiesz, że mówił szczerze?! Może się założył i robi wszystko, aby cię przelecieć?
- On chce się zmienić...
- I myślisz, że dla ciebie?- prychnął.- Daj spokój.
- Jeszcze dwa dni temu sam chciałeś się zapytać, co on do mnie czuje, a teraz jak powiedział, to mu nie wierzysz!- rzuciłam oskarżycielsko.- A teraz powiem to tylko raz i dobitnie. KOCHAM GO i chcę się z nim spotykać, czy ci się to podoba, czy nie. A dopóki tego nie zaakceptujesz, masz się do mnie nie zbliżać.
Jeszcze nigdy nie byłam tak wściekła na brata. Ale nie żałowałam swoich słów. To prawda, kocham tego słodkiego blondynka z czarującym uśmiechem, przy którym pojawia się słodki dołek po lewej stronie. Skierowałam się do drzwi, ale zatrzymała mnie dłoń dampira.
- Nastka...- popatrzył na mnie jak zbity pies.
- Felix. Kocham cię i naprawdę liczę się z twoim zdaniem. Ale tym razem nie masz racji. Ja go naprawdę kocham i zależy mi na min, więc będę o to uczucie walczyć. A na razie jesteś przeszkodą.
- Dobrze.- mruknął.
- Słucham?- myślałam, że się przesłyszałam.
- Zgadzam się, okey? Ufam ci i nie chcę stać na drodze twojego szczęścia.
Otworzyłam szeroko oczy i rzuciłam się na niego. Ledwo mnie złapał, ale po chwili oboje upadliśmy na podłogę.
- Dziękuję! Dziękuję! Dziękuję! Kocham cię.- zaczęłam obcałowywać jego policzki ze szczęścia.
- Ale jeśli coś ci zrobi i zobaczę chodź jedną łzę, która poleci przez niego...
- Wiem, wiem. Wolałabym wtedy nie być w jego skórze. Ale i tak cię kocham.- zaśmialiśmy się.
Gdy się podnieśliśmy, zabrałam kartki, zginęłam ją i położyłam na biurku.
- Nawet jeśli musiałbym się zmusić, to zawiśnie w domu naszych rodziców.- uśmiechnął się cwanie, kiedy szliśmy do schodów.
- Nie byliśmy tam od urodzenia Diany.- westchnęłam melancholijnie.
- Za dużo wspomnień.- dampir wzruszył ramionami, ale wiedziałam, że również bał się tam wrócić. 
Na schodach doszła nas rozmowa dwóch osób. 
- Ty jesteś Jack?- spytała nasza młodsza siostra.
- Tak.- usłyszałam głos ukochanego.- A ty?
- Nazywam się Diana Hathaway.- uśmiechnęła się dumnie. Po chwili spojrzała na mnie.- Nastka!
Złapałam ją w locie, ale i tak nie uniknęłam upadku.
- Hej młoda.- uniosłam głowę, patrząc w jej jasno brązowe oczy.- Aż tak się stęskniłaś?
- Tak. A wiesz co?
- Co?- spytałam, podnosząc się i siadając na sofie, obok Jack'a.
- Dzwonił dziadek Abe i przywiezie nam dzisiaj Wisel.
Wisel jest to córka Bianki. Ta niestety zmarła, jak mieliśmy z bratem dwanaście lat. To był straszny czas. Tak samo śmierć Gwiazdki, rok temu. Ona na szczęście też zostawiła nam swojego potomka, Moona. Oboje z bratem uwielbiamy na nim jeździć i uczymy tego naszą siostrę.
- To super. Już się za nią stęskniłam.
- Ale bardzo też tęsknię za Bianką.- dziewczynka posmutniała.
Wzięłam ją na kolana i przytuliłam mocno.
- Wiem, była bardzo wierna i radosna. Ale pomysł, że teraz jest szczęśliwa w niebie, biegając sobie z innymi pieskami.
- Masz rację. A kiedy pójdziemy na konie?- od razu się uśmiechnęła.
To dziecko tryska ciągle radością. No ja nie wiem, czy jest coś, co by umiało wpędzić ją w dołek.
- Jak ciocia Lissa zaprosi nas na dwór. Przecież wiesz.- obok mnie usiadł brat, przejmując ode mnie siostrę.- A teraz chodź, bo oni chyba muszą pogadać.
- Przecież gadamy?- mała zmarszczyła brwi.
- Chodź słoneczko.
Razem poszli na górę, a my siedzieliśmy, nie patrząc na siebie. Nie lubię takiej ciszy, a zwłaszcza między nami. To już drugi raz dzisiaj.
- Nastka.
- Jack.- powiedziałam równo z nim.
Spojrzeliśmy na siebie, ale po chwili odwróciliśmy wzrok.
- Ja tak nie mogę.- wstałam przerywając kolejne minuty ciszy.
Spojrzał na mnie zaskoczony. Spuścił głowę jakby o czymś myślał, następnie sam się podniósł, patrząc mi hardo w oczy.
- Za godzinę masz być przegrana i gdzieś cię zabiorę.- powiedział głosem nie znoszącym sprzeciwu.
- To najpierw cię odprowadzę, a później po ciebie przyjdę gotowa.
- No dobra.
Uśmiechnęliśmy się do siebie szeroko i wyszliśmy z domu. Szliśmy placem głównym i spotkaliśmy Felicję z Tomasem.
- I jak?- spytałam.- Dzwoniłeś?
- Tak.- moroj przeczesał dłonią brązowe włosy.- Powiedzieli, że przyjadą za trzy dni i mam złe przeczucie.
- Wszystko będzie dobrze.- poklepałam go po ramieniu.
Nagle za nimi zauważyłam ciemny kształt w krzakach. Spięłam się, ale czekałam na rozwój wydarzeń. Jednak nic się nie wydarzyło i po pożegnaniu przyjaciół ruszyliśmy do dormitorium. Nagle się na mnie rzucił strażnik. Śledził nas. Szybko odparłam atak i sama zdałam cios. Wymienialiśmy się ciosami dobre dwadzieścia minut, póki nie powaliłam przeciwnika. Wbiłam sztylet.
- No nieźle, słoneczko.- zamaskowany mściciel zdjął kominiarkę.
- Wujek?!- zdziwiłam się.
- No wiesz, ja również pracuję w tej szkole.- uśmiechnął się i zapisał coś w notatniku.- Zajrzałem na tablicę i na razie masz trzecie miejsce, na równi z Oliwią, zaraz po Felixie i Alice.
- Brawo.- usłyszałam za sobą Zeklosa.
- A jeszcze takie pytanie. Gdzie to się było w czasie lekcji?- Pawka spojrzał na nas uważnie.
- Miał kaca, więc nie poszedł.- wzruszyłam ramionami.
- Sama mnie nie obudziła, a później uznała, że nie opłaca mi się iść na lekcje.- naskarżył moroj.
Dampir spojrzał na mnie ganiąco.
- Ja tylko robię za jego cień.- dalej udawałam, że co złego to nie ja.
-Oj Nastka, Nastka.- pokręcił zrezygnowany głową.- Dobra, młodzieży, już wam nie przeszkadzam. Pa.
- Pa.
- Do widzenia strażniku.
- Oby nie przed weekendem.- zaśmiałam się.

piątek, 10 marca 2017

ROZDZIAŁ 16

Z dedykacją dla G&G oraz Anity, które jako jedyne interesują dalsze losy Nastki, Felixa i reszty gromady i za zrozumienie. Oraz mam do Anity pytanko. Kiedy kolejny rozdział?( Tak, ja wciąż czekam 😁)
___________________________________________________________
Moroj zaczął rozglądać się po moim pokoju, podczas gdy ja wyciągałam wielką kartkę. Niestety na niej były inne rysunki i pospadały mi na głowę. Zaczęłam je zbierać, a chłopak szybko ukląkł i mi pomógł.
- Ty to rysowałaś?- otworzył szeroko oczy, przeglądając kartki.
- A takie tam bazgroły na zabicie czasu.- wyrwałam mu to i chciałam wrzuciłem na szafę.
- Żartujesz sobie.- zabrał mi je.- To jest wspaniałe. Takie szczegółowe.... Widzę, że lubisz wilki.
- Wilkołaki.- poprawiłam go.- Uwielbiam ogólnie książki fantasy. Rysuję smoki, gryfy, właśnie wilkołaki i różne inne.
- No no. Trzeba by to pokazać Colins. Idealnie wyglądałyby na wystawie.
- Nie.- zaprotestowałam i zabrałam mu rysunki, po czym zaczęłam skakać, aby odłożyć je na szafę.- Nie będą na żadnej wystawie.
- Ale zrozum.- blondyn wziął je i sam tam włożył.- One są za piękne, aby chować je na zakurzonej szafie. Jakbyś chociaż połowę powiesiła w pokoju, żeby samej sobie cieszyć oczy.
- Nie i koniec tematu. Mieliśmy robić drzewo genealogiczne.
Jack westchnął, ale kucnął i przytrzymał kartkę ręką.
- Od strony taty znam prababcie. To znaczy z opowiadań, bo zmarła nie wiele po naszych narodzinach. Miała męża, Rafaela. Później jest babcia Olena i dziadek Iwan.
- Czemu między nimi są kropki?- spytał mój towarzysz, wskazując przerywaną linię.
- Bo jest jej mężem, ale ojczymem mojego taty. Mój prawdziwy dziadek to Randall Iwaszkow. Ale krzywdził ich i nawet przyczepił się do naszej mamy. Tato go nienawidził.
- Czekaj. Czyli, że w pewnym stopniu jesteś spokrewniona z Ashem?- dotarło do niego.
- Jest moim kuzynem. A raczej synem kuzyna taty. Tu jest dziadek i babcia Iwaszkowa, tu jego rodzice, a tutaj on z siostrą.
- On ma siostrę?- zdziwił się.
- Od dawna wiadomo, że mamy deficyt w dampirach.- wzruszyła ramionami.- Wracając do taty. Ma trzy siostry, jedną starszą. Karolina, Sonia i Wiktoria. I ciocia Karolina ma syna, Pawkę i córkę Zoję. Za to ciocia Sonia ma syna Łukę. Męża najstarszej z sióstr jest Konrad, a Wiktorii- Mikołaj.
- Czekaj. Pawka jest twoim kuzynem.- próbował wszystko poskładać do kupy.- To czemu mówicie na niego wujek?
- Bo ożenił się z naszą ciocią i tak zostało.
- Ciocią?
- Spokojnie, powoli. Skończyliśmy tatę, teraz mama. Tu będzie też ciekawie.- uśmiechając się, przeszłam na drugą stronę kartki.- Znam moją praprababcię. Zmarła z osiem lat temu, więc dobrze się trzymała. Później jest prababcia no i dziadek Abe.
- A co z pradziadkiem i prapradziadkiem?- spytał Zeklos.
- Nie żyją, nie znałam ich, ani mama. To cud, że poznała w ogóle ojca.
- Czemu?
- Zazwyczaj dampiry dzielą się na dwie grupy. Z komuny, jak mój tata i miał świetne życie w shanbionej rodzinie. A moja mama reprezentuje dzieci sławnych strażniczek, dla których służba jest ważniejsza od dzieci. Matkę widziała raz na kilka lat i nic o nirej nie wiedziała. Gdyby nie ciocia Lissa, nie miałaby nikogo. Ale wracając...
- Nie wiedziałem. To dampiry mają chujowe życie.
- No dzięki.- prychnęłam.- Ale masz rację. Nasze życie nie jest bajką. Nasze pokolenie ma już lepiej, dzięki cioci. Dekret o związkach dampirów, domy adopcyjne i takie tam.
- To prawda. Lepszej królowej nie było od lat.
- No dobra. Ale mieliśmy coś robić. Od strony dziadka Abe'a, jego pięć braci, każdy ma żonę i z dwójkę dzieci. Babcia Janine ma dwie siostry. Później jest moja mama i jej trójka rodzeństwa. Ciocia Lili, żona Pawki, Wiktor i Amelia.
Później jesteśmy my. Ja, Felix i Diana. Felix jest z Alice i pewnie będą mieli jakieś dzieci. Musze zostać ciocią.
- Ale przecież oboje są dampirami.- blondyn zmarszczył czoło.
- Tak samo jak nasi rodzice. Dzięki Lunie oni mogli mieć ze sobą dzieci i my możemy z innymi dampirami.
- A jakbyś chciała nazwać swoje dzieci?- spytał, siadając obok i obejmując mnie ramieniem, po czym zabierając mi ołówek.
- Nie wiem. Nie myślałam nigdy o sobie, jak o matce.- spięłam lekko mięśnie , gdy znalazł się za blisko.
- Ja myślę, że byłabyś świetną mamą. Wyobraź sobie. Najpierw radość z noszenia tej małej istoty tutaj.- położył rękę na moim brzuchu, a mnie przeszedł dreszcz. Zaczęłam się rozluźniać.- Dbałbym o ciebie, rozpieszczał, robił wszystko, o co tylko poprosisz. A później trzymałbym cię za rękę, kiedy rodziłabyś nasze dzieci. Następnie wspólne, rodzinne spacery z wózkiem, pierwsze kroki. Pierwsze słowo "mama".- mówił coraz ciszej, co było podniecające.
Tak się rozmarzyłam, że nie zauważyłam, jak niebezpiecznie blisko jego usta znają się mojej twarzy.
- Nastka.- jego głos wyrwał mnie z tego dziwnego transu.
Spojrzałam na niego, a nasze usta dzieliło jedynie kilka centymetrów. Serce zabiło mi szybciej, ale nie ze strachu, bo w brzuchu mnie coś skisnęło. Czyżby to były te motylki? Czy ja się w nim naprawdę zakochałam? Tyle razy się całowałam, ale nigdy nie czułam tego co teraz.
- Ja... nie wiem co do ciebie czuję, ale nie chcę być tylko twoim przyjacielem.- szepnął mi w usta.
Mówił niepewnie, ale szczerze, patrząc mi prosto w oczy. Byłam pewna, że jestem pierwszą osobą, która mogła usłyszeć coś takiego z jego ust.
- Ja też nie.- powiedziałam szczerze.
Popatrzył na mnie zdziwiony. Po chwili spuścił wzrok na moje usta, a ja automatycznie ją przygryzłam. W jego oczach widziałam głód, ale się powstrzymywał. Na pewno jestem pierwsza, na którą się nie rzucił. Nie zgrywa też tak pewnego siebie. Wciągnęłam powietrze, gdy zmniejszył naszą odległość. Czułam intensywny zapach jego męskich perfum, których tak mało używa.
- Proszę, nie rób tak księżniczko, bo się na ciebie rzucę.
- A jeśli tego chcę?- uśmiechnęłam się kusząco, również się do niego przybliżając.
Przez chwilę był w szoku. Próbował przyswoić sobie moje słowa, szukając u mnie jakiejkolwiek oznaki kłamstwa czy żartu. Ale nie znalazł, bo mówiłam to całkiem szczerze. Jak wszystko od godziny. Jeszcze nigdy niczego nie pragnęłam tak bardzo. No oprócz tego, aby mama żyła i wrócił tato. Chłopak jeszcze bardziej się do mnie przysunął, kładąc swoją ciepłą dłoń na moim policzku. Zamknęłam oczy i tylko czekałam aż nasze wargi się złączą. Niecierpliwiłam się z każdą sekundą, która trwała dla mnie całą wieczność. Czułam na wargach jego ciepły oddech, a moje serce biło jak szalone. Musnął lekko moje usta i nagle usłyszałam trzask drzwi i wielką pustkę. Nie tylko na policzku, gdzie znajdowała się jeszcze przed chwilą dłoń moroja, ale również w sercu. Otworzyłam gwałtownie oczy i się przeraziłam. Zobaczyłam Felixa trzymające Jack'a za koszulę i wbijającego w niego mordercze spojrzenie. Ja go kiedyś zabiję.
___________________________________________________________
Jutro dodam z rozdziałem drzewo genealogiczne, żeby łatwiej było wam się w tym wszystkim zorientować.  Choć pewnie wam to jeszcze bardziej skomplikuje. 😂😂😂😘😉😍

czwartek, 9 marca 2017

ROZDZIAŁ 15

Siedzieliśmy w ciszy już dobre parę minut, wpatrując się tylko w siebie. Oboje chcieliśmy przerwać ciszę, ale chyba nie wiedzieliśmy jak.
- Co chciała od ciebie Karp?- w końcu odezwał się blondyn.
- Dostałam tatuaż.- odpowiedziałam krótko.
- Gratulu...
- Nie ma czego. Śmierć nie jest powodem do dumy.- przerwałam mu.
Zamilkł. Znowu ta niezręczna cisza.
- Nastka.- spojrzałam na niego.- To co mówiłem... nie wierzę, że nie mogłem... ja nie chciałem...
Domyśliłam się, co chce powiedzieć, a nie chciałam by się dłużej męczył.
- Okey. Rozumiem.- zachowałam obojętność, choć w środku było mi smutno.- Zapomnę o tym, tak jak ty to zrobiłeś.
- Nie o to mi chodziło.- powiedział, a ja spojrzałam na niego.- Po prostu nie wierzę, że jestem takim tchórzem. Musiałem być pijany, żeby to powiedzieć. Ja... naprawdę chcę się zmienić. To co mówiłaś przedwczoraj... nie miałem pojęcia, że robię tak straszne rzeczy. Wymagamy, żebyście nas chronili przed strzygami, podczas gdy to ja jestem potworem.- spuścił wzrok.
Podeszłam i usiadłam na łóżku, obok moroja.
- Nie jesteś potworem. Po prostu gdzieś się zgubiłeś.- pocieszyłam go.
- Wierzysz w to?- spytał z rezygnacją.
- Tak. I pomogę Ci, jeśli tylko sam będziesz chciał się zmienić.
- Chcę. Bardzo chcę.- zapewnił, patrząc na mnie wzrokiem pełnym nadziei.
- I dobrze. To co? Przyjaciele?- wyciągnęłam do niego dłoń.
- Wolałbym być dla ciebie kimś więcej.- powiedział z nieśmiałym uśmiechem, po czym spojrzał mi prosto w oczy.- To co mówiłem wczoraj było prawdą. Podobasz mi się, księżniczko.
W jego oczach widziałam szczerość. Ale czy te oczy mogą kłamać?
- Ty mi też.- powiedziałam pewnie, bo nie lubiłam niedomówień.- Ale jeszcze nie teraz. Najpierw przyjaciele.
Czytałam zbyt wiele romansów, aby wierzyć w to co się dzieje. W żadnym akcja nie toczyła się tak szybko. Dla mnie za szybko, a to się może źle skończyć. Najbardziej trwałe związki tworzą się z cierpliwości, wytrwałości i bez pośpiechu.
- Dobrze.- ścisnął moją wciąż wyciągniętą dłoń.- Poczekam.
Siedzieliśmy tak wpatrując się w siebie. Jednak ta cisza nadal była lekko nieswoja.
- Może się przejdziemy?- zaproponował w końcu chłopak.
- Jasne.- wzruszyłam ramionami i podeszłam do drzwi. 
Wyszliśmy i zaczęliśmy chodzić po terenie akademii.
- Opowiedz mi coś o sobie?- przerwałam ciszę.
- Jestem członkiem rodziny królewskiej, ktoś by mnie nazwał rozpieszczonym bachorem i zawsze mam wszystko co chcę.- zaśmialiśmy się.- A po za tym mam młodszą siostrę.
- Naprawdę?!-zdziwiłam się.- Ile ma lat?
- Pięć.
Czułam, że oczy zaczynają mi błyszczeć. Uwielbiam małe dzieci, a zwłaszcza pięcioletnie. To najlepszy wiek. Są mądre, zabójczo szczere, a jednocześnie niewinne. Pamiętam jak Diana miała pięć lat i zaczęła przy pewnym obiedzie pytając dziadka Abe'a, czy z babcią muszą się tak tłuc i krzyczeć w nocy. A najlepsze było, gdy wypytywała ich, czemu babcia krzyczy, że ma szybciej, a mama jak nocując u nas goście, to tak nie hałasuje. Ona oczywiście pękała ze śmiechu, patrząc na nieudolne próby tłumaczenia się jej całej czerwonej matki. Niestety od odpowiedzi uchronił ją płacz naszej cioci, Amelii. Jest to najmłodsza siostra naszej mamy i ma teraz osiem lat. Ma jeszcze brata, Wiktora, trzy lata młodszego ode mnie i mojego brata. Opowiadałam to wszystko Jack'owi.
- O matko. Musisz mi chyba narysować jakieś drzewo genealogiczne swojej rodziny.
- No trochę tego jest. Ale to nie zły pomysł.
- Może teraz to zrobimy?- zaproponował.- Od razu pokazałabyś mi swój pokój.- poruszył zabawnie brwiami.
Zaśmiałam się i pociągnęłam go do naszego domu. Przez cały czas opowiadaliśmy sobie śmieszne historie z dzieciństwa, co chwilę wybuchając śmiechem. Gdy byliśmy w środku, Zeklos zaczął rozglądać się dookoła.
- Przytulnie tu.- zauważył.
- Ciocia Lili się wykazała.- powiedziałam, wchodząc do kuchni.- Chcesz coś do picia?
- Zaskocz mnie.- odkrzyknął.
Sam się o to prosił. Ale nie będę wredna. Zrobię mu ulubiony napój rodziców. Czekoladę. Wróciłam do blondyna i dałam mu jeden kubek.
- Pyszne.- zachwycał się, gdy wchodziliśmy po schodach.
- Dzięki. Z receptury mojego ta...- zawahałam się wchodząc na korytarz.
Nagle zatrzymałam się, widząc dwoje dampirów przed moim pokojem. Rozpoznałam w nich Kendall i Kevina- strażników Tomasa oraz Felicja. Mój towarzysz też był zdziwiony. Dałam mu swój kubek i wparowałam do pokoju. To co tam zobaczyłam... Byłam w szoku. Oboje siedzieli na moim łóżku, przytuleni do siebie i tak zajęci zjadaniem sobie nawzajem twarzy, że nawet mnie nie zauważyli.
- Co tu się wyprawia?!- krzyknęłam, na co odskoczyli od siebie jak oparzeni.
- Na-Nadtka? A-ale... C-co ty tu-tutaj ro-robisz?- jąkała się morojka.
- Mieszkam chyba. A wy?- spytała wciąż w szoku.
- To nie tak, jak wygląda...- zaczął jej kuzyn.
- Tak? To powiem, jak mi to wygląda. Albo robicie za przyjaciół z korzyściami, albo naprawdę się kochacie.- patrzyłam na nich wyczekująco.
- To drugie.- mruknęli oboje spuszczając głowy.
Na mojej twarzy pojawił się uśmiech i przytuliłam ich.
- Jestem taka szczęśliwa!- krzyknęłam, prawie dusząc parę.
- Ale przecież my nie możemy.- ich zdziwienie zamieniło się na smutek.- Jesteśmy spokrewnieni.
- Musicie o tym powiedzieć rodzicom. Przecież to nie możliwe, żebyście się kochali, spokrewnieni.
- Co chcesz przez to powiedzieć?- Tomas zmarszczył brwi.
- Że macie porozmawiać z rodzicami. No już. A teraz sio. I więcej nie miziać się w moim pokoju. Aż boję się pomyśleć, co jeszcze tu robiliście.- wzdrygnęłam się z obrzydzenia.
Felicja zrobiła się cała czerwona.
- Spokojnie.- brunet uśmiechnął się szeroko i złapał kuzynkę za rękę.- Jeszcze do tego nie doszło. Poczekam.
Przytulił ją i pocałował w skroń. Oboje mnie pożegnali i wyszli po chwili do pokoju wszedł Jack.
- A im co? Tak się na mnie popatrzył, jakby zobaczyli ducha.
- Bo jak jeszcze miałam ochotę cię zabić, obiecałam, że tylko tak tu wejdziesz, a do mojego pokoju to nawet nie.
- A widzisz? Wciąż żyję.- zaśmialiśmy się, a on odłożył kubki na komodę obok drzwi i objął mnie ramionami, szepcząc mi do ucha.- Mam nadzieje, że zazwyczaj bardziej dotrzymujesz obietnic.
___________________________________________________________
Teraz jak na Polsat przystało, czas na reklamy. Zapraszam was serdecznie do, może nie tak świeżo upieczone, ale zaczynającej blogerki. Oczywiście temat: AW. Mam nadzieję, że chociaż zajrzycie i zostawicie po sobie jakiś ślad.  Zapraszam na: →https://wwwromitri.blogspot.com/?m=1←
No to chyba tyle. I dajcie spokój Romitri, cieszcie się Anastack lub Janastką. A może macie własne pomysły na Shipowanie? Czekam na fajne propozycje. 💖💖💖💖

środa, 8 marca 2017

ROZDZIAŁ 14

Po drodze rozmawialiśmy swobodnie, gdy usłyszałam brata.
- Ciocia Sonia nas wzywa.- oznajmił.
- To chodź tutaj, bo nie mam pretekstu się wyrwać.- poprosiłam.
- No i jak on zasnął, a raczej padł trupa, rozebraliśmy ich oboje, po czym położyliśmy w jednym łóżku. Zostawiliśmy im jedną część elektronicznej niańki z pokoju brata Dawida. Rano mieliśmy niezły ubaw, bo oboje rozkminiali, czy uprawiali sex.- zaczęłam się śmiać w głos.- No a my jeszcze bardziej ich wkręcaliśmy, rzucając teksty "Ciszej się nie dało?", "Ale były jęki słyszeć?", "Alex, szybciej!" Dziewczyna była czerwona jak pomidor, dała w twarz swojemu partnerowi "upojnej nocy" i wyszła trzaskając drzwiami oraz grożąc alimentami.
Teraz już ledwo stałam ze śmiechu. Nawet nie zauważyłam, kiedy znaleźliśmy się przed drzwiami pokoju moroja.
- Widzę, że ktoś tu ma dobry humor.- o ścianę stał oparty Felix.
- Patrz księżniczko. Nie tylko my zrobiliśmy sobie wagary.- uśmiechnął się kpiąco Jack.
- Radziłbym ci uważać, do kogo mówisz, bo bardzo kocham moją siostrę i zadbam, aby zdawała się w dobrym towarzystwie. Od ciebie zależy, za jakie ja cię uznam.- patrzył na niego przenikliwe.- A tak dokładnie to przyszedłem porwać Nastkę do dyrektorki.
- Okej, wezmę kilka rzeczy...
- Ty zostajesz.- przerwał mu brunet, patrząc na niego, jakby chciał przyszpilić go do ściany ostrzami z jego oczu.
- Ale...
- Jack, poczekaj w pokoju.- poprosiłam.
- Zgoda.- westchnął.- Ale wróć jak najszybciej. Nie chce mi się siedzieć samemu.
- Okey.- powiedziałam i poszłam za bratem.
- Chciałaś go pocałować.- zakończył ciszę między nami, kiedy byliśmy na dworze.
- Nie. Może.- poprawiłam się pod spojrzeniem Felixa.
Nie było sensu tego przed nim ukrywać. Zna mnie na wylot. Po za tym, wiedział o tym przez więź.
- Naprawdę na niego uważaj. Wiesz jaki on jest.
- A jeśli nie.- kopnęłam kamień pod moimi nogami.- Może wcale nic nie wiemy. Mam przeczucie, że on jest inny, niż nam się zdaje, tylko ukrywa to za maską przeszłości.
- Nawet jeśli, to nic nie zmienia. Po prostu nie chcę, żeby coś ci się stało.
- A jak tam randka, nerwusie.- zmieniłam temat, szturchając go łokciem.
- Wspaniale.- od razu się rozpromienił.- Ja się bałem, że nie będzie chciała, a to ona zaczęła grę wstępną. Uwierzysz?
- A mówiłam, że wszystko będzie dobrze? Z niej zawsze było niezłe ziółko.- zaśmialiśmy się.
- Rano był u nas Ash.- przerwał ciszę mój brat.
- Wiem.- wzruszyłam ramionami, obojętnie.
- Chciał cię przeprosić, ale cię nie zastał.- kontynuował nie zrażony.- Nastka. Naprawdę powinnaś z nim porozmawiać. On bardzo żałuje i chce to naprawić.
 - Też wiem. Przecież od razu dałeś mi znać.- spojrzałam znacząco na dampira, a on tylko się uśmiechnął.- Ale nie wiem, co z nim zrobić. Bardzo mnie skrzywdził wczoraj. Myślałam, że mnie zrozumie.
- Postaw się na jego miejscu. On wciąż cię kocha i po prostu miał nadzieję oraz kilka promili we krwi.
- Może masz rację? Pomyślę nad tym.- weszłam do pustej sali, gdy brunet otworzył mi drzwi.
W środku była już Oliwia z mamą.
- Hej ciociu.- przywitałam się z Sonią, na co ona nas przytuliła.
- Hej dzieciaki. Jak tam zajęcia polowe?- spytała uśmiechając się serdecznie.
- No super! A ze mną o tym nie chciałaś gadać.- oburzyła się nasza przyjaciółka.
- Kochanie.- dyrektorka przytuliła ją.- Już ci mówiłam, że nie mam na to wpływu. To są sprawy dampirów, a mi nie wolno w to ingerować. Niestety tobie Nastka też nie mogę pomóc.
- Mi nie potrzeba pomocy.- obie spojrzały na mnie zdziwione.- Coraz lepiej się z nim dogaduję.
- Ale za to masz problem z Ashem.- zauważyła dampirzyca, na co westchnęłam ciężko.
Na szczęście od odpowiedzi uratowała mnie morojka.
- Dobra, jeszcze zdążycie sobie poplotkować.- wtrąciła.- Po pierwsze, wiem co wczoraj zrobiła Anastazja. Za tymi drzwiami czeka już maszyna do tatuaży. Po drugie, co z naszymi ćwiczeniami?
- Nie chcę, aby nasi "podopieczni" wiedzieli o tym.- skrzywił się Felix.
Tak naprawdę wiedziałam, że chodzi mu głównie o Jack'a, ale nie kłóciłam się. Też tego nie chciałam. Przynajmniej nie teraz.
- Ćwiczymy to od urodzenia i umiemy już to kontrolować. Dwa miesiące nie zrobią różnicy. A później wrócimy do lekcji.- wtrąciłam.
- Eh... No dobrze.- uległa ciocia, choć nie wydawała się być za bardzo przekonana.
- Dadzą sobie radę mamo.- przytuliła ją Oliwia.
- To może ja już...- wskazałam na drugie drzwi i poszłam tam.
Zobaczyłam maszynę i jakiegoś dampira. Usiadłam i po kilku minutach miałam tatuaż. Dampir wytłumaczył mi jak zmieniać opatrunek i czyścić rany.
- Jesteś godna swojego nazwiska.- powiedział, gdy mu dziękowałam.- Dwadzieścia lat temu na tym miejscu siedziała twoja matka. Będziesz tak samo wspaniałą strażniczką jak ona, jeśli nie lepszą.
- Dziękuję. Liczę na to, ale wiem, że lepszą od niej nigdy nie będę.- odpowiedziałam uprzejmie i wyszłam, żegnając się.
- I jak się czujesz?- spytałam z pocieszającym uśmiechem dyrektorka.
- Dziwnie. Pozbawiłam kogoś życia.- dopiero teraz dotarło do mnie znaczenie wczorajszego dnia.
Wszyscy mnie przytulili.
- Będzie dobrze. Przyzwyczaisz się.- zapewniła mnie ciocia.- Każdy ukryty w strzydze, pragnie śmierci. Wiem to, bo sama taka byłam.
- Ale to też dowód, że można takie osoby uratować.
- Ohh, Anastazja...- przycisnęła mnie mocno do swojej piersi.- Jesteś zupełnie jak Rose. Też zawsze chciała zbawić cały świat. Ale nie da się zadowolić wszystkich.
- Wiem.- westchnęłam.- Już jest dobrze.
- Na pewno?- chciała się upewnić, więc kiwnęłam głową.- No dobra. To ja was dłużej nie zatrzymuję. Mnie samą obowiązki wzywają. Do zobaczenia.
Pomagała nam i wyszła. My również się pożegnaliśmy i każdy poszedł w swoją stronę. Gdy weszłam do pokoju Jack'a, po pomieszczeniu rozniosły się się ostatnie dźwięki z dyktafonu.
- ... niesz, tym szybciej porozmawiamy.
Następnie nastała cisza. Chłopak przetarł dłońmi, po czym spojrzał na mnie twarz. Między nami zapadła cisza, gdy oparłam się o drzwi.
- Chyba musimy porozmawiać.- zauważyłam.

wtorek, 7 marca 2017

ROZDZIAŁ 13

Następnego dnia obudziłam się dziwnie o zachodzie słońca. Nigdy wcześniej nie wstawałam tak wcześnie. Ale to nawet dobrze się składa. Wstałam, wygrzebałam z torby potrzebne rzeczy, po czym poszłam do łazienki. Po drodze zostawiłam pijakowi szklankę mikstury z przepisu babci na kaca. Po wczorajszej nocy, to na pewno mu się przyda. Po przebraniu się i umyciu zębów, wróciłam do pokoju. Blondyn wciąż spał, więc zostało mi czekać. Wyjęłam moją ulubioną książkę, zew lasu i zaczęłam czytać. Znam ją na pamięć, ale to nie powstrzymuje mnie przed kolejnym przeczytaniem. Mama zawsze powtarzała, że jestem tak sentymentalna, jak tato, a to mnie motywowało do dalszego czytania. Uwielbiam wszystkie powieści o wampirach, wilkołakach i inne fantasy. Tylko nie rozumiem, skąd teoria, że ci pierwsi się nienawidzą. Ja bym tam bardzo chętnie spotkała takiego, czarnego wilka, a najlepiej, gdyby był moim mate. To by było genialne. Taki szybki sposób na znalezienie miłości, która od razu będzie odwzajemniona, pełna troski i bez krzywdy dla żadnej ze stron. Mate jest to więź między przeznaczonymi sobie osobami, zazwyczaj wilkołakami, ale czasami i wampirami, jeśli występowały w takiej historii. Myślę, że jeśli istniałaby w naszym świecie, to nasi rodzice od razu byliby razem, bez żadnych przeszkód. Nikt nie sprzeciwia się mate.
- Auuu! Moja głowa!- usłyszałam jęk.
Podniosłam głowę z nad książki i spojrzałam na łóżko. Moroj skulił się, schowany pod kołdrą.
- I tak powinieneś cierpieć bardziej, przez swoją głupotę.- westchnęłam i się podniosłam.
- Nastka?!- chłopak odrzucił kołdrę, szczerze zdziwiony.
Po chwili skrzywił się, sycząc z bólu. Westchnęłam ze zrezygnowaniem.
- Napij się.- kiedy popatrzył na mnie nie rozumiejąc, wskazałam na kubek obok.
- Jasne.- prychnął.- I mnie otrujesz.
- Twoja sprawa. To ciebie boli głowa. Dłużej będziesz czekać, żeby odsłuchać, co robiliśmy w nocy.- uśmiechnęłam się lubieżnie.
- Co? Skąd ty? Czy ja cię przeleciałem i nic nie pamiętam?- popatrzył niepewnie na kubek, po czym wziął i to wypił.- Ohyda!
Uśmiechnęłam się złośliwie, gdy moroj wykrzywił twarz w grymasie.
- Ale jest mi wyraźnie lepiej. Co to jest?- spytał, patrząc w naczynie.
- Mieszanka ziołowa. Pomaga na różne dolegliwości i wzmacnia odporność. W rodzinie naszego taty stosuje się ją od zawsze. A teraz ty mi powiedz, PO JAKĄ CHOLERĘ, POSZEDŁEŚ DO TEGO KLUBU BEZ STRAŻNIKÓW?!
- Nie musisz tak krzyczeć.- lekko się skulił pod moim głosem.
- Tu się ciesz, że jeszcze ma kto na ciebie krzyczeć. Gdybym nie ja, dawno leżał byś bez kropli krwi.
Gdy tylko to powiedziałam, zakrztusił się napojem.
- Co? Jak to? Ostatnie co pamiętam, to że siedziałem przy barze i gadałem z barmanem.
- Co ty tam w ogóle robiłeś?- spytałam, krzyżując ręce na piersi.
- Nie twoja sprawa.- fuknął, lekko zmieszany.
- Nie ważne. Odsłuchaj nagranie.- wskazałam na dyktafon.- I tak nie opłaca ci się iść na zajęcia.
- A dasz mi chociaż coś zjeść?- rzucił zirytowany.
- No dobra, tylko już tak nie warcz.- przewróciłam oczami.
Zeklos zaczął się ubierać, a ja od wróciłam wzrok.
- Ha! - usłyszałam jego triumfalny okrzyk.- Wiedziałem, że się nie przespaliśmy. Inaczej byś się mnie nie wstydziła.
- Oj uwierz mi. Nie miałeś wczoraj skrupułów.- westchnęłam, podchodząc do drzwi.
- Co?- zmarszczył brwi.
- Nieważne. Odsłuchasz, to będziesz wiedział.
Razem wyszliśmy na korytarz i aż do stołówki, żadne z nas się nie odezwało.
- Ty możesz pierwsza.- blondyn odezwał się niepewnie.
- Czemu?- spojrzałam na niego podejrzliwie.
 - Na pewno jesteś bardziej głodna.- stwierdził... uprzejmie?
Może jednak co nie co pamięta z wczoraj. Wzruszyłam ramionami i wzięłam tackę. Nie żałowałam sobie śniadania, za to moroj cierpliwie czekał, aż zjem wszystko. Przez cały czas czułam a sobie jego intensywne spojrzenie. Popatrzyłam na niego, a on uśmiechnął się cwanie, jak to miał w zwyczaju.
- Jestem, gdzieś brudna?- spytałam, nie wytrzymując napięcia.
- Niestety nie.- udał zawiedzionego i znowu się uśmiechnął.
Przewróciłam oczami, kończąc ostatnią kanapkę. Gdy odniosłam talerz, razem poszliśmy do karmicieli. Nikogo po za nami nie było, bo już trwały poranne zajęcia, więc od razu weszliśmy.
- Jack, My lady.- przywitał nas mężczyzna z radosnymi, zielonymi oczami, o blond loczkach.- A co to nie w szkole?
- Hej Will.- uśmiechnęłam się promienie.- Twój pasożyt miał ciężką noc.
Zeklos tylko przewrócił oczami. Już się przyzwyczaił, że mówię tak o nim przy karmicielu. Jeśli chodzi o Willa, to bardzo go lubię. Jest szarmancki, miły, zabawny i zawsze fajnie nam się rozmawia, dopóki Jack nie przypomni, po co tu jesteśmy.
- Z kim dzisiaj?- spytał mężczyzna.- Ashley? Jennifer? A może ta kurwa Maddy?
- Nie. Anastazja.- wtrącił z dumą mój podopieczny, zanim zdążyłam otworzyć usta.
Zielonooki patrzył na mnie z niedowierzaniem, a ja próbowałam zabić moroja wzrokiem.
- On się tylko zgrywa.-warknęłam.- Wcale mnie nie "zaliczył". Po prostu uratowałam go przed prawdziwą strzygą w barze, a później doprowadziłam do pokoju i zostałam do rana, bo i tak musiałam się nim opiekować.
Blondyn pokiwał ze zrozumieniem głową.
- Chwila. Strzyga?! To jest to, przez co bym zginął? I ty ją zabiłaś?- spytał w szoku Zeklos.
- A co innego miało wyssać ci krew?- uderzyłam go otwartą dłonią w tył głowy.
- Au! No to chyba jestem ci winien i to dozgonne oddanie za uratowanie życia, księżniczko.- ukląkł przede mną i pochylił głowę.
- No właśnie.- udałam jego władczynię, unosząc wysoko głowę.- Więc zapomnij o swoich fantazjach.
- Oj, księżniczko.- zbliżył się i przytulił mnie od tyłu.- Kiedyś będzie i twoja kolej.- szepnął mi do ucha.
Przeszedł mnie dreszcz, którego bardziej się wystraszyłam, niż słów Zeklosa. Był bardzo przyjemny i wywołał ścisk w moim brzuchu. Uświadomiłam sobie, że moje ciało już go chce. Cholera! Co się ze mną dzieje? Ja nie chcę się w nim zakochać. W każdym tylko nie w nim.
- Zabierz te ręce, zanim ci je połamię.- ostrzegłam głosem, mówiącym, że nie żartuję.
Moroj zaśmiał się, ale odsunął.
- A jak tam zajęcia polowe? Widzę, że już nie macie ochoty zabić się nawzajem. No przynajmniej Jack ciebie.- uśmiechnął się Will.
- Postanowiliśmy na razie zakopać topór wojenny.- oznajmił wciąż w dobrym humorze Jack.- A teraz wybaczą państwo, że przerwę naszą rozmowę, ale przyszedłem tu z powodu głodu.
- Nie krępuj się.- pokazałam dłonią, że może działać.

poniedziałek, 6 marca 2017

ROZDZIAŁ 12

Podjechaliśmy pod bramę.
- Hej, Hathaway.- uśmiechnął się przyjaźnie strażnik, gdy otworzyłam okno.- A gdzie rodzinka?
- Hej Harry. Oni jeszcze zostali, a ja postanowiłam zaopiekować się pewnym uciekinierem.- wskazałam tylne siedzenie, gdzie chrapał Zeklos.
- Pewnie nawet nikt nie zauważył, że zniknął.- od razu się zmartwił, ale gdy spojrzał na mnie, znów się uśmiechnął.- Będziesz później do nich wracać?
- Nie. Jak na dziś wystarczy mi atrakcji.
- To daj mi je, a ktoś po nich przyjedzie tak po północy.- zaproponował.
- Mógłbyś?- spojrzałam na niego zadowolona.- To super. Dzięki.
Odjechałam samochodem za bramę i zaparkowałam przy samym murze. Wyszłam z pojazdu i zaczęłam budzić mojego pasażera. Gdy w końcu jako, taki się rozbudził, wyciągnęłam go z pojazdu, a kluczyki oddałam strażnikowi. Po drodze do dormitorium, chłopak zdążył się z cztery razy zhaftować. Ledwo weszliśmy do pokoju, a moroj zaczął się rozbierać. Najpierw patrzyłam na niego zszokowana, ale gdy został w samych bokserkach, odwróciłam się. Szlag! I teraz będzie mnie nawiedzał w snach. Usłyszałam cichy śmiech.
- Już możesz się odwrócić, księżniczko.
Ostrożnie na niego spojrzałam i odetchnęłam z ulgą. Miał na sobie granatową bluzkę z Rosyjskim napisem. Zaczęłam chichotać. Znam ojczysty język taty od zawsze. Czytać, pisać, mówić.
- Co cie tak śmieszy?- chłopak zmarszczył brwi.
- Wiesz, co to znaczy?- spytałam, wskazując na materiał.
- A co to ma niby znaczyć? Normalny napis po hebrajsku, czy arabsku.
- To jest Rosyjski cymbale.- wciąż się śmiałam.- I znaczy "Będę kiedyś taki jak tatuś".
Dopiero teraz, gdy powiedziałam to na głos, wybuchłam głośnym śmiechem. Zeklos wydawał się być zdezorientowany, po czym zdjął koszulkę i rzucił do śmieci. Od razu przestałam się śmiać. O matko! Ale klata. Jeszcze nie widziałam, żeby jakikolwiek moroj był aż tak, umięśniony. Zazwyczaj to dotyczyło dampirów, przez treningi, ale jak widać, on sobie nie szczędził na siłowni. Oczywiście rzuciły mi się wcześniej jego mięśnie w rękach, ale tego się nie spodziewałam. Idealnie ukształtowany kaloryfer i brzuch, że nie można oderwać oczu.
- Zrób zdjęcie. Będzie na dłużej.- uśmiechnął się do mnie zalotnie.
Wyciągnęłam telefon i po chwili, po pokoju rozniósł się dźwięk aparatu. Zdziwił się, nie powiem.
- Dzięki.- uśmiechnęłam się jak on i wysłałam mu całusa.
Szybko odzyskał rezon i podszedł do mnie.
- A może chcesz też dotknąć?- poruszył brwiami.
- Tak daleko, to ja z trzeźwymi nie zachodzę, a tym bardziej pijanymi.- wzięłam pierwszą lepszą bluzkę z szafy niedaleko i mu rzuciłam.- A teraz kładzie się spać.
- A jeśli ja nie chcę.- zaczął marudzić jak małe dziecko, ale mimo wszystko założył koszulkę. Jednak nie poszedł do łóżka.- Ładnie się śmiejesz. W ogóle jesteś ładna.
- Pewnie mówisz to każdej.- westchnęłam pchając go w stronę spania.
Ale i tak zrobiło mi się ciepło na sercu.
- Wcale, że nie. Z resztą to tylko szybki sex i pa. Ale ty jesteś inna. Mam dość tych wszystkich dziwek, pchających mi się tylko do łóżka lub portfela. Chcę znaleźć prawdziwą kobietę na resztę życia. Ej, skarbie, już tak szybko?- skończył, kiedy kazałam mu paść na pościel.
- To życzę powodzenia.- przykryłam go kołdrą i skierowałam się do drzwi.
- Anastazja.- odwróciłam się na całe moje imię.- Możesz zostać. Proszę. Chcę pogadać.
- Wiesz...- chciałam odmówić, ale jednak jego błagalne spojrzenie mi nie pozwoliło.- I tak od jutro będę musiała być przy tobie, więc w te czy we wte nie zrobi różnicy. Tylko pójdę do domu po rzeczy, okey?
Uśmiechnął się, ale nie tak chamsko, zwycięsko, a z wdzięcznością.
- W porządku. Poczekam.
Wyszłam i ruszyłam na dwór. Pakując się na cały tydzień, myślałam, co mnie opętało. Czemu tak łatwo się zgodziłam? Przecież my się nie cierpimy. Ale to co powiedział... mimo, że był pijany, jakaś część mnie wierzyła, że się zmieni, że naprawdę zacznie szukać miłości. A jeszcze większym policzkiem dla mnie było uświadomienie sobie, że widzę się w tej roli. Przecież ja go nienawidzę. A jednak mi się podoba. Zaczynam być jak te wszystkie laski, które latają za nim, a on je olewa. Nie. Nie mogę go do siebie dopuścić. Z tym postanowieniem, weszłam po cichu do pokoju podopiecznego. Zdenerwowałam się, bo on już spał. Po co tu przyszłam? Zaczęła się wycofywać, ale zdradziło mnie skrzypnięcie drzwi.
- Anastazja?- spytał, otwierając oczy.
Pewniej weszłam i zamknęłam drzwi. Położyłam torbę na podłodze, po czym zaczęłam zbierać koce i układać przy oknem. Cały czas czułam na sobie uważne spojrzenie Jack'a, ale się tym nie przejmowałam. Po drodze do łazienki, wyciągnęłam zieloną piżama i kosmetyczkę. Szybko się wykąpałam i usiadłam na prowizorycznym posłaniu. W końcu spojrzałam na łóżko. Blondyn nie spuszczające ze mnie wzroku wstał i usadowił się po turecku, na przeciwko mnie na kocach.
- Dlaczego to zrobiłaś?- spytał.
- Co?- zmarszczyłam brwi.
Lekko dekoncentrowała mnie jego bliskość, ale starałam się zachować obojętność.
- Uratowałaś mnie. I tym razem nie byłem jako twój podopieczny.
- A co? Miałam patrzeć, jak strzyga wysysa z ciebie krew. Przecież jestem strażniczką, moim obowiązkiem jest zabijanie strzyg, w obronie morojów. Do tego jestem szkolona od urodzenia.
- Ja myślę, co innego.
- To przestań.- przerwałam mu, kończąc temat.- Czemu tak nagle wrzuciłeś tą koszulkę?
Mimowolnie oboje spojrzeliśmy na mały śmietnik pod biurkiem
- Nie chcę być jak mój ojczulek od siedmiu boleści.- powiedział jadowicie.
Chciałam powiedzieć, że już taki jest, ale ugryzłam się w ostatniej chwili w język. Nie pozwolił mi na to ból w jego oczach. Sprawiał, że i ja cierpiałam, a za to stwierdzenie miałam ochotę strzelić sobie w twarz. On nie zasługuje na empatię.
- Wiem. Myślisz, że już taki jestem, ale mylisz się. Ty go nie znasz. Nikogo nie szanuje, ciągle się wywyższa i mnie poniża. Gdyby nie mama, pewnie bym dawno od nich uciekł. Nienawidzę go. Ja chcę być inny. Teraz jest ostatnia szansa. Chcę się zmienić. Zrozumiałem to dzięki tobie. Chcę się zmienić i chcę, żebyś mi pomogła.
- Wiesz,- spojrzałam na niego przenikliwie z uśmiechem.- Jesteś nawet fajny, gdy nie jesteś takim idiotą i dupkiem.
- To może zaczniemy od początku?- spytał, wyciągając do mnie dłoń.
Pokręciłam przecząco głową, na co jego uśmiech zgasł.
- Nie możemy. Jutro nic nie będziesz pamiętał. Szczerze mówiąc, wolę ciebie upitego.
- Mogę się częściej upijać.- poruszył brwiami, przesuwając się bliżej mnie.
- I urok zgasł.- westchnęłam, udając zawiedzenie, po czym zaśmiałam się, a on mi zawtórował.
- Ale mylisz się. Będę pamiętał każde nasze słowo.- podszedł do swoich spodni i wyciągnął małe urządzenie z kieszeni.
- Co to jest?- zmarszczyłam czoło.
- Dyktafon. To jak będzie?
- Ty wszystko nagrywasz?!- nie mogłam uwierzyć.
- Tak.- uśmiechnął się dumnie.- Więc?
- Pogadamy o tym, jak będziesz trzeźwy.
- Ale ja chcę teraz.- tupnął nogą, jak obrażone dziecko.
- Pomyśl, że czym prędzej zaśniesz, tym szybciej porozmawiamy.
Nie trzeba było mu powtarzać. Po chwili leżał pod kołdrą. Sama położyłam się na kocach i zasnęłam.

niedziela, 5 marca 2017

ROZDZIAŁ 11

Schowałam się za ścianą i z torebki wyciągnęłam lusterko. Wyciągnęłam je przed siebie i nakierowałam na bar.
Szlag! Zapomniałam, że strzygi nie odbijają się w lustrze. No cóż. Zostaje mi przyglądać się temu schlanemu idiocie. Najpewniej nie zabije go przy świadkach i zaciągnie do toalet lub za klub. Cierpliwie czekałam, aż wreszcie Jack zaczął się podnosić. Wychyliłam się zza rogu i zobaczyłam, że idą w moim kierunku. Szybko się schowałam, po czym przyjęłam obojętną postawę. Dla wiarygodności, wyciągnęłam papierosa. Ohyda! Ale co robić. Gdy mnie mijali, udawałam, że go zapalam. Kiedy byłam pewna, że mną zbytnio się nie zainteresowali, schowałam i zapalniczkę i fajkę. Mam to opakowanie od dwóch lat i szczerze mówiąc, pierwszy raz je użyłam. Dotarło do mnie również, że po raz pierwszy będę musiała zabić strzygę. Zorientowałam się, że ciągnie mojego podopiecznego do drzwi na końcu. Szybko napisałam wujkowi o sytuacji i nie czekając na odpowiedz poszłam za dwójką. Wyszłam na za nimi i owiało mnie zimne powietrze. Wszędzie było cicho i ciemno, ale moje wyostrzone zmysły wychwyciły szepty za śmietnikiem.
- Ej, lalunia. Ale to nie jest pokój.- zauważył moroj.
- Nie.- przyznała kobieta, podchodząc bliżej niego.
- Nie mam zamiaru się pieprzyć przy śmietnikach.- oburzył się.
- Och, ale my będziemy robić o wiele lepsze rzeczy.
Nie mogłam dłużej czekać. Przeskoczyłam przez barierę, lądując tuż za blondynką.
- Ej!- zwróciłam na siebie uwagę.- Jeśli chcesz go, najpierw musisz przejść przeze mnie.
Strzyga spojrzała na mnie i zaczęła się śmiać.
- Tak? A co ty mi możesz zrobić dziewczynko?- kpiący uśmiech nie schodził jej z ust.
- Oj, jeszcze się zdziwisz.- z torebki wyciągnęłam sztylet.
Dostałam go od mamy, gdy poszłam do liceum. Powiedziała, że godnie jej służył, póki nie dostała swojego od naszego taty. A teraz służy mi. Wampirzyca rzuciła się na mnie, a ja zrobiłam unik. Następnie zwarłyśmy się w śmiertelnym tańcu. Wymieniałyśmy ciosy między sobą błyskawicznie. Atak, obrona, atak. Jednak ona była doświadczona i nie obyło się bez kilku ran, podczas gdy, jej nawet ostrze nie dotknęło. Sfrustrowana atakowałam coraz zacieklej,jednak ona przed wszystkimi się broniła. Nagle, gdy chciałam ją kopnąć, złapała mnie za nogę i wyrzuciła z obrotu. Poczułam przeszywający mnie ból w plecach, któremu towarzyszył dźwięk uderzenia w blachę. Po chwili stałam, a raczej wisiałam, przygwożdżona do kontenera na śmieci.
- Dwa kąski jednego dnia.- oblizała wargi.
Jednak nie doceniła mnie. Z dołu zaczął unosić się dym. Kobieta poczuła go i zobaczyła linię ognia, między nami. W odruchu zrobiła dwa kroki w tył, przerażona, a wtedy, kazałam płomieniom ją otoczyć i się wznieść.
- Ty smarkulo. Nie. Nie zrobisz tego.- okrąg coraz bardziej się zmniejszał.- Mam wiadomość od waszego ojca.
Na raz znieruchomiałam. Ogień również. Zniżyłam jego wysokość, do jej szyi.
- Mów.- warknęłam.
- A jak nie?- uniosła brwi.
Pułapka trochę się powiększyła, po czym ścisnęła się tak, że kobieta gdyby potrzebowała oddychać, to by nie mogła. Za blisko ognia. Od razu stała prosto jak struna. Bała się
- Mów.- powtórzyłam przez zaciśnięte zęby.
Nagle uśmiechnęła się perfidnie.
- "Obserwuję was i nigdy mi nie uciekniecie."
 Moje dłonie samowolnie zacisnęły się w pięści. Przez pięknych dziesięć sekund mogłam podziwiać, jak strzyga się spala. W końcu pozostała po niej zaledwie kupka popiołu. Zmęczona oparłam się o kontener za mną. Nagle coś sobie uświadomiłam.
- Jack?- zaczęłam się rozglądać, ale nigdzie go nie było.- Jack!!
- Co się drzesz? Nawet odlać się nie można.
Odetchnęłam z ulgą, gdy chłopak wyszedł zza śmietnika.
- Chodź. Wracamy do akademii.- złapałam go za rękaw i pociągnęłam do drzwi.
Jednak, gdy tylko wmieszaliśmy się w tłum, pociągnął mnie na parkiet.
- Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł.- zatrzymałam się gwałtownie.
- Oj no tylko chwilę.- obrócił mnie tyłem do siebie i złapał z pasie, szepcząc do ucha.- Później pójdziemy gdzie tylko będziesz chciała.
- Strzyga zadałaby ci bezbolesną śmierć. Jeśli twoje dłonie zjadą choć kawałek niżej, niż powinny, miesiącami będziesz leżał w gipsie i wtedy już nikogo nie wyruchasz.
- Zadziorna.- przygryzł płatek mojego ucha, na co lekko zadrżałam.- To mi się najbardziej w tobie podoba. Nie dajesz się tak łatwo, jak wszystkie te dziwki.
O dziwo, zrobiło mi się jakoś tak cieplej. Nie, nie, nie! Ja nie mogę się w nim zakochać! Nie mogę! Odskoczyłam od blondyna, jak poparzona.
- Wystarczy. Chodź już.- pociągnęłam go w stronę stolika.
- A gdzie to się było tak długo?- spytał poważnie wujek, ale widziałam w jego oczach dumę.
Zrozumiałam, że wszystko widział.
- A zabijałam sobie strzygę. Muszę pokazać, że jestem córką mojej mamy.- zarzuciłam włosami do tyłu.
- Brawo młoda.- przytulił mnie Ash, a po nim całą reszta.
- Powiem o tej sytuacji Soni i dostaniesz znaki.- zapewniła ciocia.
- Super. Mogę kluczyki?- poprosiłam.
- To możemy już wszyscy wrócić.- zaczął się podnosić.
- Nie!- zaprzeczyłam trochę za szybko.- To znaczy, zostańcie sobie jeszcze, ja tylko...
- Ona chce pospędzać czas ze swoim Romeo. Póki jeszcze żyje.- zakpił Ash.
Zauważyłam, że wujek się spiął i miałam nadzieję, że przy tych wszystkich mrugających światłach nie widać moich rumieńców. Spojrzenia całej siódemki skierowały się na mnie.
- Uratowałam pijanego w cztery dupy Zeklosa przed strzygami, a teraz muszę go odwieść do akademii.- westchnęłam, obojętnie.
- I myślisz, że nie widziałem, jak się ściskacie na parkiecie?- rzucił chłodno zielonooki i odwrócił wzrok.
- To nie było tak.- czułam potrzebę wytłumaczenia się.- Poprosił mnie, po za tym i tak nie będzie nic pamiętał.
- Więc, po co to zrobiłaś?- spytał, przeszywając mnie lodowatym spojrzeniem.
Poczułam ukłucie w klatce piersiowej. Zabolało. Zawsze wierzył we mnie i myślałam, że jest po mojej stronie, a teraz mnie atakuje. Naraz pomyślałam, że może miał nadzieję, że jednak coś do niego poczuję. Ale to już nie mój problem, że nie może uporać sobie ze swoimi uczuciami. Przez całą naszą wymianę zdań, wszyscy patrzyli na nas zdziwieni.
- To mogę te kluczyki?- zwróciłam się obojętnie do wuja. Po chwili miałam je w ręce.- Dzięki. A ty Ash, byłeś ostatnią osobą, po której spodziewałabym się takiej sceny. Zawsze miałam cię za mojego najlepszego przyjaciela, który stanie po mojej stronie, ale jak widać, pomyliłam się. No. To tyle Życzę miłej zabawy.
Złapałam Jack'a za ramię i pociągnęłam do wyjścia.