Ten rozdział dedykuję Marcie, za to, że cierpliwie czekała na to, co się w nim wydarzy.😘
___________________________________________________________
Po efektywnym polowaniu, czułam tą siłę, rozlewająca się po moim ciele, razem z krwią. Znaleźliśmy grupkę dziesięciu moroji, więc nie dość, że dla każdego starczyło, dwóch porwaliśmy dla najnowszej strzygi.
- Czemu ten szczeniak dostanie dwa kąski, a my tylko po jednym.- narzekał Nigel.
Siedzieliśmy w trójkę z Vanessą, przy nieprzytomnym chłopaku. Miał kruczoczarne włosy i nienaturalnie czerwone usta. No super, trafiła nam się kurewna Śnieżka w męskiej odsłonie, zajebiście.
- Bo jeśli uznam, że przyda nam się w walce, będzie potrzebował dużo siły. I to będzie jego pierwszy posiłek. Po za tym, kurwa, czemu muszę ci się ze wszystkiego tłumaczyć.
- Budzi się.- zakomunikowała nasza towarzyszka.
Chłopak istotnie zaczął się poruszać otworzył oczy i zaczął się rozglądać dookoła. Jego ciałem wstrząsnął kasze i przewrócił się z łóżka na podłogę, kaszląc na czworakach. Spojrzał na dwa ciała, pachnące intensywnie krwią. Dla Świeżaków wszystkie zmysły są trudne do opanowania i najmniejszy odgłos, będzie jak krzyk. Dlatego zawsze przed przebudzeniem zanosimy ich do sali dźwiękoszczelnej. Czarno włosy rzucił się na zwłoki, odróżniając je z krwi. Najedzony oparł się o łóżko i rozglądał po pomieszczeniu. Na nas spojrzał nieufnie, ale widząc swoją dziewczynę znieruchomiał. W jego oczach widać było pożądanie.
- Chodź Nigel. Zostawmy tych dwoje samych.- wstałam, a chłopak za mną.- Masz godzinę, aby wszystko mu wytłumaczyć i robić co tylko se chcecie.
Wyszliśmy i w holu rozeszliśmy się, każdy w swoją stronę. Przez całą godzinę sprawdzałam, jak idą przygotowania. Później odpytałam Aarona, ale jednak postanowiłam zostawić go na miejscu z innymi, którzy będą pilnować hotelu. W końcu wsiedliśmy w samochody. Na miejscu byliśmy pół godziny przed północą. Wszyscy się ustawili na swoich pozycjach.
- Niech mi tylko ktoś spróbuję się poruszyć. Usłyszę jeden nadepnięty patyk, liść, albo odsunięty gałęzie, a szybciej niż mrugniecie okiem, winowajcy skręcę kark, jasne?- spytałam, stojąc na środku polany.
Odpowiedziała mi cisza, czegoś ie spodziewałam. Oparłam się o najbardziej wysunięte drzewo, bawiąc się sztyletem. Po kilku minutach usłyszałam zatrzymujący się samochód i dźwięk zamykanych drzwi. Jednych. Myśli, że uwierzę, iż przyszedł sam? Czy on mnie uważa za idiotę? Pff... w końcu ukazał się na polanie. Przystojny jak zawsze. Każdy najmniejszy mięsień miał napięty. Już nie mogłam się doczekać, aż go przemienimy. A późnej przez tydzień nie wypuszczę go z łóżka. Oj dużo jest mi winien. Strażnik uważnie rozglądał się dookoła.
- Kogoś szukasz, Towarzyszu?- spytałam.
Zaczął gwałtowniej machać głową w każdym kierunku.
- Roza? To ty?- spytał.
Coś mnie ukuło w sercu, gdy tak mnie nazwał. Dość. Jestem strzygą zimną jak lód i twardą jak głaz. Ja nie kocham. Przybrałam obojętny wyraz twarzy.
- Nie, święty Mikołaj.- prychnęłam i zeskoczyłam, lądując tuż obok niego.- Witaj Towarzyszu.
Pierwsze co mnie uderzyło, to zapach jego wody kolońskiej, silniejszy, niż gdy byłam tą pożal się Boże dampirzycą. Na moje słowa strażnik odwrócił się.
- Różyczko.- w jego oczach dostrzegłam ból, miłość i radość.
Z czego on się tak cieszy.
- Chciałaś się spotkać.- dodał bez uczuć, a raczej starał się.
Pff... i ja kiedyś mówiłam, że nic nie da się odczytać z jego twarzy? Przecież z niego można czytać, jak z otwartej księgi. I niby on jest najlepszym strażnikiem?
- Tak. A teraz chcę Cię porwać.- uśmiechnęłam się diabelsko, a on się spiął.
DYMITR
Pewnym krokiem wyszedłem na polanę. Ale nigdzie nikogo nie było. Czyżby mnie oszukała?
- Kogoś szukasz, Towarzyszu?- słyszałem jej głos, ale... jakiś inny.
Serce zabiło mi mocniej.
- Roza? To ty?- zacząłem jeszcze bardziej się rozglądać po polanie.
- Nie, święty Mikołaj.- odpowiedziała sarkastycznie, a ja odwróciłem się w jej stronę i zdążyłem zobaczyć jak z gracją ląduje na trawie.- Witaj Towarzyszu.- uśmiechnęła się złowrogo.
Nie mogłem uwierzyć. Moja Roza, kochana Roza.
- Różyczko.
Miałem ochotę ją przytulić, powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, pocałować. Zaznać słodyczy jej ust. Jak ja wytrzymałem ten miesiąc bez niej. Ale jednocześnie dostałem szoku. Przede mną stała moja ukochana, ale to już nie była ona. Dopiero teraz dotarło do mnie, że jest strzygą. Mordercą bez uczuć. Rozpoznałem to, nie tylko po czerwonych oczach czy blade cerze, ale po niej samej. Ona była pewna siebie, poruszała się jakby niczego się nie bała. W jej oczach nie było tego dawnego blasku życia, szczęścia i... miłości. Nie miała tych uczuć. Jej uśmiech był zimny i nieprzyjazny. To nie była już moja Roza. Ale niedługo.
- Chciałaś się spotkać.- przerwałem ciszę, zakładając maskę strażnika.
- Tak.- jej uśmiech się poszerzył, a ona zmrużyła oczy.- A teraz chcę Cię porwać.
- To najpierw będziesz musiała mnie pokonać. Stanąłem kilka kroków od niej i przybrałem postawę bojową.
Roześmiała się drwiąco.
- Skoro jak bardzo chcesz.
Rzuciła się na mnie, a ja odpierałem każdy jej cios. Próbowaliśmy się nawzajem podciąć, albo powalić, ale szala przewagi nie chciała się dla nikogo z nas przesunąć. Chciałem kopnąć ją w brzuch, ale ona była szybsza i złapała moją nogę. Pociągnęła, a ja upałem. Natychmiast usiadła na mnie z triumfalnym uśmiechem. Patrzyłem na nią z szeroko otworzonymi oczami. Jeszcze nigdy żadna strzyga nie pokonała mnie w otwartej walce, a ona zrobiła to w dwie minuty.
- Chyba mnie nie doceniłeś skarbie.- powiedziała, a zimny uśmiech nie schodził jej z ust.- A teraz pójdziesz ze mną.
- Nie tak prędko.- usłyszałem głos Eddyego.
Strzyga podniosła głowę, nie poluźniając uścisku.
- Oooo... widzę, że przyprowadziłeś kolegów. Strzygi.- warknęła.
Z lasu zaczęły wybierać potwory. Reszta rzuciła się w wir walki, a ja dalej byłem uwięziony przez Rose. Nagle została podniesiona przez dwóch strażników. Wściekła rzuciła się na nich i zanim zdarzyłem zareagować, jednemu urwała głowę, a z drugiego wypiła całą krew.
- Lucy, weź go!- zawołała nie spuszczając ze mnie wzroku.
A ja wciąż byłem w szoku. Podbiegła do nas jakaś dziewczyna z czerwonymi włosami.
- Tak, Pani.- strzyga ukłoniła się mojej Różyczce i zabrała ciało w las.
O co tu chodzi?
- Zdziwiony, że tyle czasu, a już się mnie słuchają?-zaśmiała się.- Ale zobaczysz jak mnie traktują w siedzibie, gdy będziesz ze mną królem.
"Nasz los od zawsze zapisany był w gwiazdach. To one poprowadziły mnie do Ciebie mimo tylu przeciwności, spójrz. Jesteśmy tu. Razem. Ty i ja Roza. Na zawsze."
niedziela, 5 lutego 2017
ROZDZIAŁ 380
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
sobota, 4 lutego 2017
ROZDZIAŁ 379
- O północy wyjdę tutaj.- pokazałam polane na mapie.- Moja grupa ukryje się tutaj,- wskazałam najbliższe krzaki.- A reszta tutaj.- zakreśliłam kółko szerzej.- On nie jest głupi. Będą z nim strażnicy i moroj z mocą ducha, czyli nasza kochana królowa od siedmiu boleści. Na mój znak, do ataku pójdzie pierwszy oddział. Gorzej, jeśli mnie pokonają i zawołają królową. Wtedy dam znak do odwrotu. Na geri çekilme druga grupa nie atakuje, a przebiega na drugą ich stronę i uciekają. W tym czasie my uciekamy do aut. Druga grupa rozbiega się po lesie, najlepiej w pojedynkę, najsłabsi w dwójkę, najwyżej w trójkę. Spotykamy się na szosie, o tu. Wszystko jasne.
- Tak jest! - zawołali jednym głosem.
- Pa...pani?- ostrożnie odezwał się wysoki szatyn o szarych oczach.
- Czego?- warknęłam.
- A... a c...co...- jąkał się.
- Wyduś to z siebie.- krzyknęłam.
- Chodzi mu o to, co znaczy to dziwne słowo.- odezwała się dziewczyna w czerwonych włosach i z piercingiem.
- A ciebie kto pytał o zdanie?- fuknęłam.
- Nikt Pani,- ukłoniła się, nie zdradzając strachu.- ale on by nigdy tego nie wydusił.
Przyglądałam jej się uważnie, szukając jakiejkolwiek oznaki obawy, ale jej nie znalazłam.
- Za pięć minut u mnie.- powiedziałam do niej bez uczuć.- A co do ciebie, to geri çekilme znaczy po turecku odwrót.
Odwróciłam się na pięcie. Jednak w drzwiach jeszcze się zatrzymałam.
- Za dwie godziny robimy polowanie. A teraz rozejść się.- warknęłam i zatrzasnęłam za sobą drzwi.
Stałam w ciemnościach przed czarną szybą w moim pokoju. Za oknem było już czarno, ale dzięki mojemu zmysłowi wzroku, mogłam dostrzec drzewa i krzaki. Księżyc w pełni świecił jasnym blaskiem.
Podeszłam do szklanych drzwi i wyszłam na balkon. Oparłam przedramiona na barierce pochylając się do przodu. On gdzieś tam jest. Już nie mogę się doczekać, aż będzie jednym z nas. Nie docenił mnie, gdy sam był strzygą. Uznał, że mam wielu wrogów wśród strzyg, a tym czasem sieję wśród nich postrach. Oj przekonasz się kochaniutki, jak się ustawiłam. Uśmiechnęłam się na tą myśl. Mój spokój przerwało pukanie.
- Kogo tam znowu niesie?
- Ta ja Pani.- do środka pewnym krokiem weszła czerwono włosa.
- Aha. Usiądź tutaj.- wyszłam do salonu wskazując jej pakowany fotel.
Ukłoniła się zadzierając granatową suknię i zajęła swoje miejsce. Ja usiadłam na sofie.
- Jak masz na imię?- spytałam.
- Lucyna.- powiedziała z niesmakiem.
- Lucy, spodobało mi się to, jak mi odpowiedziałaś. Mało kto umie tak ukryć strach. Jak dawno zostałaś przemieniona?
- Trzy lata temu.- odpowiedziała.
- Hymn... masz doświadczenie. Potowarzyszysz mi w polowaniu. Jak się wykażesz, zostaniesz moją pomocnicą, bo pewnie Vanessa dostanie dzisiaj awans.
- To będzie dla mnie zaszczyt.- ukłoniła się.
- Masz dwie godziny na przygotowanie się, a teraz odejdź.- wstałam i poszłam do sypialni, dając tym samym do zrozumienia, że to koniec.
Przez jakiś czas siedziałam w pokoju, ale znudzona udałam się do biura.
- Pani Hathaway-Bielikow.- przywitała mnie moja elita.
Należeli do niej, oczywiście Nigel, Dorian, Sebastian, Katrina i Wiktoria. Są tu najstarsi, ale wszyscy byli morojami, a ja byłam najlepszą strażniczką. Nie mieli ze mną szans.
- Doszły nas słuchy, że chcesz dołączyć do elity Vanessę.- odezwała się Ketrina.
Miała ona błąd włosy i długie kolczyki z piórkiem. Ubierała się w ciemno fioletowe sukienki, czarne buty i leginsy.
- A nawet jeśli, to co?- spytałam, siadając na fotelu.
Położyłam nogi na biurku i wyciągnęłam sztylet, którym zaczęłam podrzucić, tak jak kiedyś nauczył mnie Dymitr. Był dobrym nauczycielem, ale czas i mu dać parę lekcji.
- Nic, tylko chcieliśmy potwierdzić informację.- szybko odpowiedziała moja zabawka łóżkowa.
- Nie mam takiego zamiaru.- wzruszyłam ramionami, oglądając uważnie moją broń.- Już prędzej Lucynę. Ale ona i tak potrzebuje paru miesięcy próby. Vanessę mam zamiar wysłać do Rosji. Trzeba tam odbudować siły.
- To chyba nie nasz problem.- wzruszył ramionami szatyn o fiołkowych oczach, ubrany w zieleń. Dorian.
Ściągnęłam nogi z biurka i rzuciłam, w jego stronę ostrzem, sztylet. Zdążył się uchylić, a broń wbiła się w ścianę. Wszyscy patrzyli na mnie przerażeni, gdy podeszłam w dwie sekundy do mojego narzędzia i wyrwałam z już lekko ponakuwanej powierzchni. Następny ślad.
- Wszystko powinno nas obchodzić.- odwróciłam się do nich przodem.- Jeśli chcemy pozbyć się moroji, to musimy to zrobić wszędzie. Przecież ty sam, Sebastian, - wstałam na bruneta z lekkim zarostem, wyglądającego na jakieś trzydzieści lat.- przyjechałeś z Australii.
Nagle rozległo się pukanie.
- Czego?- krzyknęłam, a przez drzwi wyglądnęła blada twarz Vanessy.-A, to ty. Usiądź.
Zajęłam swoje poprzednie miejsce, a reszcie dałam znać, że mają zająć się swoimi sprawami. Każdy wziął kilka umów na nielegalne wyścigi, zakłady tatuaży, sprzedaż narkotyków czarny rynek i poszli do tyłu, usiąść przy swoich biurach.
- No więc złotko.- uśmiechnęłam się fałszywie.- Co masz mi do powiedzenia?
- Pani. Powinniśmy zapolować na Aarona, mojego chłopaka. Jest umięśniony, uczynny, może trochę nie przeciętny i uparty, ale doprowadzę go do porządku.- starała się mówić pewnie, ale nie do końca jej to wychodziło.
- Nie.- odpowiedziałam.
- Słucham?!- otworzyła szeroko usta i oczy.
- To co słyszałaś. Nie.- usiadłam normalnie i pochyliłam się do niej, opierając łokcie na blacie biurka.- Mało tego, nie zobaczysz go nigdy więcej.
Uśmiechałam się perfidnie.
- Jak Pani. Tak może. Wiesz co Rose? Jesteś perfidną Suką! Bo twojego księcia to planujecie upolować od miesiąca, a mojego to od razu skreślasz!- podniosła głos.- A ja nie dam się tak traktować. I chodź bym miała pić krew moroji miesiącami i literami, zniszczę cię. A potem z Aaronem będziemy rządzić tym chlewem.
Miałam obojętną minę, a ona zaczęła dyszeć ze zmęczenia i emocji. Usłyszałam, że moja elita wstała i idzie do nas. Zatrzymałam ich ruchem dłoni, a na moich ustach pojawił się uśmiech chorej satysfakcji.
- Pokażesz nam, gdzie on mieszka i go przemienisz.
- Naprawdę?!- nie mogła uwierzyć.
-Tak.- podniosłam się, okrążyłam biurko i usiadłam na jego brzegu.- Pokazałaś mi, że umiesz walczyć jeśli na czymś ci zależy. Jeśli tak samo dobrze spiszesz się na polowaniu, będę miała dla ciebie niespodziankę. A teraz idź się przygotować.
Ukłoniła mi się i wyszła.
- Masz ciekawe metody rządzenia.- Nigel objął mnie ramieniem.
- Ważne, że skuteczne.- odwróciłam się do niego.- Wiesz, zostało nam trochę czasu, a ja trochę się nudzę- uśmiechnęłam się kusząco.
- To chodźmy do ciebie.- wyprowadził mnie na korytarz.
- Tak jest! - zawołali jednym głosem.
- Pa...pani?- ostrożnie odezwał się wysoki szatyn o szarych oczach.
- Czego?- warknęłam.
- A... a c...co...- jąkał się.
- Wyduś to z siebie.- krzyknęłam.
- Chodzi mu o to, co znaczy to dziwne słowo.- odezwała się dziewczyna w czerwonych włosach i z piercingiem.
- A ciebie kto pytał o zdanie?- fuknęłam.
- Nikt Pani,- ukłoniła się, nie zdradzając strachu.- ale on by nigdy tego nie wydusił.
Przyglądałam jej się uważnie, szukając jakiejkolwiek oznaki obawy, ale jej nie znalazłam.
- Za pięć minut u mnie.- powiedziałam do niej bez uczuć.- A co do ciebie, to geri çekilme znaczy po turecku odwrót.
Odwróciłam się na pięcie. Jednak w drzwiach jeszcze się zatrzymałam.
- Za dwie godziny robimy polowanie. A teraz rozejść się.- warknęłam i zatrzasnęłam za sobą drzwi.
Stałam w ciemnościach przed czarną szybą w moim pokoju. Za oknem było już czarno, ale dzięki mojemu zmysłowi wzroku, mogłam dostrzec drzewa i krzaki. Księżyc w pełni świecił jasnym blaskiem.
Podeszłam do szklanych drzwi i wyszłam na balkon. Oparłam przedramiona na barierce pochylając się do przodu. On gdzieś tam jest. Już nie mogę się doczekać, aż będzie jednym z nas. Nie docenił mnie, gdy sam był strzygą. Uznał, że mam wielu wrogów wśród strzyg, a tym czasem sieję wśród nich postrach. Oj przekonasz się kochaniutki, jak się ustawiłam. Uśmiechnęłam się na tą myśl. Mój spokój przerwało pukanie.
- Kogo tam znowu niesie?
- Ta ja Pani.- do środka pewnym krokiem weszła czerwono włosa.
- Aha. Usiądź tutaj.- wyszłam do salonu wskazując jej pakowany fotel.
Ukłoniła się zadzierając granatową suknię i zajęła swoje miejsce. Ja usiadłam na sofie.
- Jak masz na imię?- spytałam.
- Lucyna.- powiedziała z niesmakiem.
- Lucy, spodobało mi się to, jak mi odpowiedziałaś. Mało kto umie tak ukryć strach. Jak dawno zostałaś przemieniona?
- Trzy lata temu.- odpowiedziała.
- Hymn... masz doświadczenie. Potowarzyszysz mi w polowaniu. Jak się wykażesz, zostaniesz moją pomocnicą, bo pewnie Vanessa dostanie dzisiaj awans.
- To będzie dla mnie zaszczyt.- ukłoniła się.
- Masz dwie godziny na przygotowanie się, a teraz odejdź.- wstałam i poszłam do sypialni, dając tym samym do zrozumienia, że to koniec.
Przez jakiś czas siedziałam w pokoju, ale znudzona udałam się do biura.
- Pani Hathaway-Bielikow.- przywitała mnie moja elita.
Należeli do niej, oczywiście Nigel, Dorian, Sebastian, Katrina i Wiktoria. Są tu najstarsi, ale wszyscy byli morojami, a ja byłam najlepszą strażniczką. Nie mieli ze mną szans.
- Doszły nas słuchy, że chcesz dołączyć do elity Vanessę.- odezwała się Ketrina.
Miała ona błąd włosy i długie kolczyki z piórkiem. Ubierała się w ciemno fioletowe sukienki, czarne buty i leginsy.
- A nawet jeśli, to co?- spytałam, siadając na fotelu.
Położyłam nogi na biurku i wyciągnęłam sztylet, którym zaczęłam podrzucić, tak jak kiedyś nauczył mnie Dymitr. Był dobrym nauczycielem, ale czas i mu dać parę lekcji.
- Nic, tylko chcieliśmy potwierdzić informację.- szybko odpowiedziała moja zabawka łóżkowa.
- Nie mam takiego zamiaru.- wzruszyłam ramionami, oglądając uważnie moją broń.- Już prędzej Lucynę. Ale ona i tak potrzebuje paru miesięcy próby. Vanessę mam zamiar wysłać do Rosji. Trzeba tam odbudować siły.
- To chyba nie nasz problem.- wzruszył ramionami szatyn o fiołkowych oczach, ubrany w zieleń. Dorian.
Ściągnęłam nogi z biurka i rzuciłam, w jego stronę ostrzem, sztylet. Zdążył się uchylić, a broń wbiła się w ścianę. Wszyscy patrzyli na mnie przerażeni, gdy podeszłam w dwie sekundy do mojego narzędzia i wyrwałam z już lekko ponakuwanej powierzchni. Następny ślad.
- Wszystko powinno nas obchodzić.- odwróciłam się do nich przodem.- Jeśli chcemy pozbyć się moroji, to musimy to zrobić wszędzie. Przecież ty sam, Sebastian, - wstałam na bruneta z lekkim zarostem, wyglądającego na jakieś trzydzieści lat.- przyjechałeś z Australii.
Nagle rozległo się pukanie.
- Czego?- krzyknęłam, a przez drzwi wyglądnęła blada twarz Vanessy.-A, to ty. Usiądź.
Zajęłam swoje poprzednie miejsce, a reszcie dałam znać, że mają zająć się swoimi sprawami. Każdy wziął kilka umów na nielegalne wyścigi, zakłady tatuaży, sprzedaż narkotyków czarny rynek i poszli do tyłu, usiąść przy swoich biurach.
- No więc złotko.- uśmiechnęłam się fałszywie.- Co masz mi do powiedzenia?
- Pani. Powinniśmy zapolować na Aarona, mojego chłopaka. Jest umięśniony, uczynny, może trochę nie przeciętny i uparty, ale doprowadzę go do porządku.- starała się mówić pewnie, ale nie do końca jej to wychodziło.
- Nie.- odpowiedziałam.
- Słucham?!- otworzyła szeroko usta i oczy.
- To co słyszałaś. Nie.- usiadłam normalnie i pochyliłam się do niej, opierając łokcie na blacie biurka.- Mało tego, nie zobaczysz go nigdy więcej.
Uśmiechałam się perfidnie.
- Jak Pani. Tak może. Wiesz co Rose? Jesteś perfidną Suką! Bo twojego księcia to planujecie upolować od miesiąca, a mojego to od razu skreślasz!- podniosła głos.- A ja nie dam się tak traktować. I chodź bym miała pić krew moroji miesiącami i literami, zniszczę cię. A potem z Aaronem będziemy rządzić tym chlewem.
Miałam obojętną minę, a ona zaczęła dyszeć ze zmęczenia i emocji. Usłyszałam, że moja elita wstała i idzie do nas. Zatrzymałam ich ruchem dłoni, a na moich ustach pojawił się uśmiech chorej satysfakcji.
- Pokażesz nam, gdzie on mieszka i go przemienisz.
- Naprawdę?!- nie mogła uwierzyć.
-Tak.- podniosłam się, okrążyłam biurko i usiadłam na jego brzegu.- Pokazałaś mi, że umiesz walczyć jeśli na czymś ci zależy. Jeśli tak samo dobrze spiszesz się na polowaniu, będę miała dla ciebie niespodziankę. A teraz idź się przygotować.
Ukłoniła mi się i wyszła.
- Masz ciekawe metody rządzenia.- Nigel objął mnie ramieniem.
- Ważne, że skuteczne.- odwróciłam się do niego.- Wiesz, zostało nam trochę czasu, a ja trochę się nudzę- uśmiechnęłam się kusząco.
- To chodźmy do ciebie.- wyprowadził mnie na korytarz.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
piątek, 3 lutego 2017
ROZDZIAŁ 378
Miałam iście królewski apartament. Salon w beżu z czarną plazmą, białym stolikiem i regałami i brązową, pikowaną sofą oraz fotelami przy niej. W "sypialni" meble były brązowe, albo bordowe. Na ścianach gościła krwawa czerwień, a panele były z mahoniu. A łazienka... Białe nieskazitelnie kafelki na podłodze i do połowy ścian. Druga połowa do sufitu była żółta. Bywały na ścianach pojedyncze, żółtawe, a bardziej barwy piasku kafelki z jakimiś zielonymi lub niebieskimi wzorami. cała armatura z białej porcelany, nie licząc kranów. W kącie pod jedną ścianą stał prysznic, a w drugim ogromną wanna trójkątna. Od jej wgłębienia do ścian była pusta przestrzeń, gdzie można było coś postawić. Pomiędzy wanną, a kabiną, w równych odległościach stał kosz na pranie. A że jak każda kobieta, jestem pieprzoną perfekcjonistką, służba musi od linijki sprawdzać, czy wszystko się zgadza. Mieli ze mną od początku urwanie głowy. Dlatego nad tym "spotkaniem" pracuję od trzech tygodni. I w końcu jesteśmy gotowi. Położyłam się na sofie, jak królowa i włączyłam plazmę. Leciał jakiś denny romans, więc przeskoczyłam ma wiadomości, ze świata tych zapalonych wampirów. Królowa dziwnie się nie odzywa od mojego przebudzenia. Czyżby nasza mała księżniczka na ziarnku grochu załamała się po stracie przyjaciółki? Uśmiechnęłam się na tą myśl. Może w końcu popełni samobójstwo. Tym razem nie mam zamiaru jej powstrzymywać. I ją będę miała spokój na całą wieczność i wywoła to popłoch wśród jej "poddanych". Ha! Nawet rządzić nimi nie umie. Ciągle tylko jej się sprzeciwiają. Tutaj są na moje jedno skinienie i nigdy nie zaprotestują moim wyborom. I kto jest lepszym władcą? Pokonanie tamtych durniów było proste. Najpierw ich skłóciłam ze sobą, bo kto widział, żeby jedną masą rządziło czterech władców. Oni byli słabsi, a ja rosłam w siłę. Do tego byłam nietykalna ze względu na mojego mężusia. No i zebrałam się ze niektórymi starszymi, ale słabszymi ode mnie, dawnymi morojami i dampirami, pokonaliśmy ich, zabiłam wszystkich, a następnie zwalczyłam swoich towarzyszy do poziomu psów. Reszta wypełniła się podczas polowań. Inne strzygi się dołączyły. A moi kompanie przerażeni tym, jak rozszarpuję ciało na części, siali plotki po hotelu, jaka to nie jestem niezwyciężona. I tak znalazłam się na samym szczycie. Z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk pukania w drewno.
- Wejść.- krzyknęłam, nie zmieniając nawet pozycji.
Po chwili obok mnie znalazła się Vanessa.
- Siadaj dziecko.- wskazałam na fotel.
Niby nie jest dużo młodsza ode mnie, ale jeśli kogoś nie nazwę robakiem, a w najlepszym wypadku psem, może czuć się zaszczycony.
- O dziękuję, Wielmożna Pani.- złapała za rogi sukni i skłoniła się nisko.
Na rozmowy ze mną kazałam się ubierać w suknie do ziemi, pasujące kolorystycznie i chusty na głowie. To pierwsze było symbolem zaszczytu, jaki je spotkał, a drugie uniżenia sługi względem władcy.
- Masz potencjał,- zaczęłam siadając i splotłam dłonie, podpierając łokcie na rozstawionych kolanach.- ale brakuje ci doświadczenia. Jesteś młodą strzygą i potrzebujesz przewodnictwa, a może kiedyś staniesz u mego boku.- dziewczyna nie wyrażała żadnych uczuć, czyli, że wzięła sobie do serca moją radę.- Musisz mi udowodnić, że umiesz walczyć o swoje. Masz czas do polowania na znalezienie wśród dawnych znajomych ofiarę godną zostania strzygą i przekonać mnie, czemu mamy na nią zapolować. To jakieś trzy godziny. Jasne.
- Tak, Pani.
- Na czas próby musisz zapomnieć kim jestem i mi wygarnąć.- kątem oka zauważyłam wchodzącego blondyna.- A teraz odejdź.
Ukłoniła się mi, a gdy mijała Nigela, ten klepnął ją w tyłek, posyłając strzydze lubieżny uśmiech. Gdy wyszła usiadł obok mnie.
- Nie rozsiadaj się tak.- wstałam i poszłam do sypialni.- Mamy robotę. Dzisiaj chcę szybko i mocno.
Nawet nie obejrzałam się za nim.
- Oczywiście Pani.- już widziałam jak się uśmiecha.
Sekundę później był przede mną i rzucił się na moje usta. Oboje szybko zdarliśmy z siebie ubrania i padliśmy na łóżko, abym znowu mogła wołać Dymitra. Pewne rzeczy nigdy się nie zmienią. Po skończonej zabawie, odesłałam dawnego dampira, a sama poszłam się kąpać. No cóż. Bielikow też będąc strzygą mnie zdradził. Nie czuję się winna. Wmawiałam mu głupstwa, że nie był sobą, ale teraz. Dopiero teraz wiem, że to on miał rację. Po przebudzeniu zaczyna się prawdziwe, wolne życie. Uwielbiam to. Wiatr we włosach, gdy biegnę nocą za ofiarą, bawiąc się z nią w kotka i myszkę. Jak słyszę jej serce, bijące dwa razy szybciej niż normalnie, napędzając ciepłą krew w żyłach, szybki oddech i panicznie strach, gdy znikąd pojawiam się tuż przed nią i porwę w cień mrocznej uliczki. Tam usłyszę ostatnie jej bicie serca. To jest prawdziwe życie. Czulsze zmysły powiększają radość życia. I ta siła wypełniająca ciało, wraz z krwią moroji...
Tak się rozmarzyłam, że straciłam rachubę czasu.
Cholera!
Szybko wybiegłam z łazienki, wytarłam ciało i się ubrałam w ciasne, ale wygodne rurki, ciemno zielony crop top, brązową, a raczej prawie czarną katanę ze skóry i glany. Wysuszyłam włosy, a same mi się podkręciły. W pasie spięłam się pasem z bronią, włożyłam za niego sztylet i wyszłam. Schodami zeszłam na sam dół i weszłam do wielkiej sali, gdzie była reszta. Weszła. Ja kopnęłam drzwi tak mocno, że dodatkowy łoskot narobiły oba skrzydła, odbijające się od ścian. Ale zdążyłam. Władza daje jednak swoje obowiązki, między innymi punktualność. Gdy byłam jeszcze tym parszywym pomiotem pieprzonej pracoholiczki i tego jakże łaskawie zapładniającego dampirzyce i ludzi (swoją drogą, ohyda upaść tak nisko...) mafioza, który myśli, że może wszystko, a nie może kurwa nic. Wracając. Gdy byłam ich dzieckiem, często się spóźniałam. I kolejna zaleta bycia nieśmiertelną bestią: szybkość. I nigdzie się nie spóźnię.
- Czy to już wszyscy?- spytałam, podchodząc do stołu na środku sali.
Strzygi rozstąpiły się przede mną, stojąc na baczność. Każdy, kogo mijałam, kłaniał mi się nisko.
- Jeszcze nie Wielmożna Pani Hathaway-Bielikow.
Spojrzałam na zegarek.
- Za dwie minuty zamknął wszystkie drzwi i otworzyć okna w całym hotelu.- rozkazałam.
- Ale Pani, słońce jeszcze nie zaszło.- usłyszałam z boku.- Oni spalą się.
Podeszłam do rudego mężczyzny, kiedyś był człowiekiem i złapałam go za szyję, podnosząc do góry.
- Czy nie wyraziłam się jasno?- ryknęłam.- Ostrzegałam, że spóźnienie zostanie przypłacone życiem, czyż nie?
On tylko pokiwał głową ze strachem.
- Czekaj, to ty byłeś u mnie godzinę temu.- bardziej stwierdziłam, niż spytałam.
Jego oczy jeszcze bardziej się rozszerzyły, kiedy uśmiechnęłam się diabelsko.
- Jak się nazywać?- spytałam.
- Meredith...- wydyszał, gdy jeszcze bardziej ścisnęłam mu krtań.
- Oj Merdi,- pokręciłam z udawanym zawiedzeniem.- Coraz bardziej mi się narażasz. Rób tak dalej, a twoje dni będą policzone.- puściłam go i odwróciłam się na pięcie.- Przez kolejne dwa miesiące będziesz czyścił łazienki.
Zniecierpliwiona popatrzyłam na zegarek. Kurwa koniec mojej cierpliwości.
- Zamknąć drzwi.- rozkazałam.- Ilu brakuje?
- Są wszyscy.- usłyszałam z tyłu.
- Macie szczęście.- warknęłam.
- Wejść.- krzyknęłam, nie zmieniając nawet pozycji.
Po chwili obok mnie znalazła się Vanessa.
- Siadaj dziecko.- wskazałam na fotel.
Niby nie jest dużo młodsza ode mnie, ale jeśli kogoś nie nazwę robakiem, a w najlepszym wypadku psem, może czuć się zaszczycony.
- O dziękuję, Wielmożna Pani.- złapała za rogi sukni i skłoniła się nisko.
Na rozmowy ze mną kazałam się ubierać w suknie do ziemi, pasujące kolorystycznie i chusty na głowie. To pierwsze było symbolem zaszczytu, jaki je spotkał, a drugie uniżenia sługi względem władcy.
- Masz potencjał,- zaczęłam siadając i splotłam dłonie, podpierając łokcie na rozstawionych kolanach.- ale brakuje ci doświadczenia. Jesteś młodą strzygą i potrzebujesz przewodnictwa, a może kiedyś staniesz u mego boku.- dziewczyna nie wyrażała żadnych uczuć, czyli, że wzięła sobie do serca moją radę.- Musisz mi udowodnić, że umiesz walczyć o swoje. Masz czas do polowania na znalezienie wśród dawnych znajomych ofiarę godną zostania strzygą i przekonać mnie, czemu mamy na nią zapolować. To jakieś trzy godziny. Jasne.
- Tak, Pani.
- Na czas próby musisz zapomnieć kim jestem i mi wygarnąć.- kątem oka zauważyłam wchodzącego blondyna.- A teraz odejdź.
Ukłoniła się mi, a gdy mijała Nigela, ten klepnął ją w tyłek, posyłając strzydze lubieżny uśmiech. Gdy wyszła usiadł obok mnie.
- Nie rozsiadaj się tak.- wstałam i poszłam do sypialni.- Mamy robotę. Dzisiaj chcę szybko i mocno.
Nawet nie obejrzałam się za nim.
- Oczywiście Pani.- już widziałam jak się uśmiecha.
Sekundę później był przede mną i rzucił się na moje usta. Oboje szybko zdarliśmy z siebie ubrania i padliśmy na łóżko, abym znowu mogła wołać Dymitra. Pewne rzeczy nigdy się nie zmienią. Po skończonej zabawie, odesłałam dawnego dampira, a sama poszłam się kąpać. No cóż. Bielikow też będąc strzygą mnie zdradził. Nie czuję się winna. Wmawiałam mu głupstwa, że nie był sobą, ale teraz. Dopiero teraz wiem, że to on miał rację. Po przebudzeniu zaczyna się prawdziwe, wolne życie. Uwielbiam to. Wiatr we włosach, gdy biegnę nocą za ofiarą, bawiąc się z nią w kotka i myszkę. Jak słyszę jej serce, bijące dwa razy szybciej niż normalnie, napędzając ciepłą krew w żyłach, szybki oddech i panicznie strach, gdy znikąd pojawiam się tuż przed nią i porwę w cień mrocznej uliczki. Tam usłyszę ostatnie jej bicie serca. To jest prawdziwe życie. Czulsze zmysły powiększają radość życia. I ta siła wypełniająca ciało, wraz z krwią moroji...
Tak się rozmarzyłam, że straciłam rachubę czasu.
Cholera!
Szybko wybiegłam z łazienki, wytarłam ciało i się ubrałam w ciasne, ale wygodne rurki, ciemno zielony crop top, brązową, a raczej prawie czarną katanę ze skóry i glany. Wysuszyłam włosy, a same mi się podkręciły. W pasie spięłam się pasem z bronią, włożyłam za niego sztylet i wyszłam. Schodami zeszłam na sam dół i weszłam do wielkiej sali, gdzie była reszta. Weszła. Ja kopnęłam drzwi tak mocno, że dodatkowy łoskot narobiły oba skrzydła, odbijające się od ścian. Ale zdążyłam. Władza daje jednak swoje obowiązki, między innymi punktualność. Gdy byłam jeszcze tym parszywym pomiotem pieprzonej pracoholiczki i tego jakże łaskawie zapładniającego dampirzyce i ludzi (swoją drogą, ohyda upaść tak nisko...) mafioza, który myśli, że może wszystko, a nie może kurwa nic. Wracając. Gdy byłam ich dzieckiem, często się spóźniałam. I kolejna zaleta bycia nieśmiertelną bestią: szybkość. I nigdzie się nie spóźnię.
- Czy to już wszyscy?- spytałam, podchodząc do stołu na środku sali.
Strzygi rozstąpiły się przede mną, stojąc na baczność. Każdy, kogo mijałam, kłaniał mi się nisko.
- Jeszcze nie Wielmożna Pani Hathaway-Bielikow.
Spojrzałam na zegarek.
- Za dwie minuty zamknął wszystkie drzwi i otworzyć okna w całym hotelu.- rozkazałam.
- Ale Pani, słońce jeszcze nie zaszło.- usłyszałam z boku.- Oni spalą się.
Podeszłam do rudego mężczyzny, kiedyś był człowiekiem i złapałam go za szyję, podnosząc do góry.
- Czy nie wyraziłam się jasno?- ryknęłam.- Ostrzegałam, że spóźnienie zostanie przypłacone życiem, czyż nie?
On tylko pokiwał głową ze strachem.
- Czekaj, to ty byłeś u mnie godzinę temu.- bardziej stwierdziłam, niż spytałam.
Jego oczy jeszcze bardziej się rozszerzyły, kiedy uśmiechnęłam się diabelsko.
- Jak się nazywać?- spytałam.
- Meredith...- wydyszał, gdy jeszcze bardziej ścisnęłam mu krtań.
- Oj Merdi,- pokręciłam z udawanym zawiedzeniem.- Coraz bardziej mi się narażasz. Rób tak dalej, a twoje dni będą policzone.- puściłam go i odwróciłam się na pięcie.- Przez kolejne dwa miesiące będziesz czyścił łazienki.
Zniecierpliwiona popatrzyłam na zegarek. Kurwa koniec mojej cierpliwości.
- Zamknąć drzwi.- rozkazałam.- Ilu brakuje?
- Są wszyscy.- usłyszałam z tyłu.
- Macie szczęście.- warknęłam.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
ROZDZIAŁ 377
ROSE
Miesiąc od przemiany nie tylko byłam gotowa do takiej walki, ale i przywódczynią strzyg. Nie było to trudne. Gdyby nie to, nigdy chyba nie pozwoliliby mi na udział w tej akcji. A gdy widziałam, jak te skurwysyny cokolwiek planują, krew mnie zalewała. Niekompetentne, szowinistyczne chuje. Musiałam coś zrobić. Nie usprawiedliwiam się, bo nawet nie mam z czego. Jak to mówią, "Debile z wozu, koniom lżej." Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Kazałam przemieniać każdą ofiarę, no chyba że na pierwszy rzut oka widać, że to życiowe ofermy do niczego niezdolne. Wyrobiłam sobie opinię bezwzględnej suki, bo taka jestem. Właśnie ustalałam szczegóły "spotkania", gdy usłyszałam zamykające się drzwi. Nawet nie podniosłam głowy.
- Wszystko gotowe Rose...- odezwał się ktoś.
Nie dałam mu dokończyć, bo rzuciłam się na niego, przyszpilając go za szyję do ściany. Złapał za mój nadgarstek, ale ja tylko wzmocniłam uścisk. W jego oczach widziałam strach, a w moich pewnie błyszczała żądza krwi i mordu.
- Jak mówiła, że macie się do mnie zwracać?!- ryknęłam.
- Wielka...- ledwo mógł mówić przez moją dłoń.- Hathaway-Bielikow.
Puściłam strzygę, a jej ciało opadły z łoskotem na ziemię.
- Jedz kurz robaku.- rzuciłam, wyciągając z pasa średniowieczny sztylet.
Tyle jest tutaj pięknej broni. Czemu nikt wcześnie nie wpadł na pomysł, aby jej użyć.
- A teraz wyjdź.- rozkazałam, bawiąc się narzędziem.
- Tak jest Pani.- ukłonił się i wyszedł.
Z westchnieniem opadłam na krzesło. Uwielbiam to życie. W końcu nikt nic mi nie karze, mogę robić co mi się chcę, jestem wolna i korzystam z życia. Do pełnego szczęścia brakuje mi tylko Dymitra. Ale już niedługo. I razem pokonamy tych "pseudo-wampirów". Nawet porządnie krwi nie umieją wypijać. Bez tych żałosnych imitacji świat byłby lepszy. Nawet ludzie nie chowają się za jakimiś strażnikami. A oni mają magię, osłony, to nie. Jeszcze im dampirów potrzeba. A połowa z nich, co ja gadam, siedem ósmych nie widziało na oczy strzygi. Ale już niedługo.
- Jesteś cała spięta Rose.- z cienia za mną wyszedł Nigel, kładąc dłonie na moich ramionach.- Może trochę cię odstresuję,- pocałował mnie w szyję, a ja ją odchyliłam, dając mu lepszy dostęp.- co ty na to, Różyczko?
Jak było mi przyjemnie, tak w jednej chwili zagotowało się we mnie. Ostatnie słowo powiedział po raz pierwszy, z lekkim wahania i zapewniam, że po raz ostatni. Zerwałam się i powaliłam go na ziemię, sięgając po sztylet. Przyłożyłam go mu do szyi.
- Mam teraz dobrą okazję do zabicia cię, skurwielu.- zaśmiałam się ze złowrogim uśmiechem.- Na za dużo sobie pozwalasz Nigeluś. I tak możesz więcej niż reszta, ze względu na to, że jesteś przystojny i dobry w łóżku. Ale to wkrótce się zmienić. Będziesz spieprzał stąd, jak wczorajsze ofiary losu. Więc jeśli chcesz się mną jeszcze nacieszyć, radzę ci tego nie powtarzać. Mówić do mnie może tak tylko jedna osoba.- wyszeptałam mu dobitnie przez zaciśnięte zęby.
Choć próbował to ukryć, w oceanicznych oczach z czerwonymi obwódkami blondyna widziałam strach, dający mi chore poczucie satysfakcji. Wstałam z podłogi i otrzepałam ręce.
- Ten twój Rusek?- zadrwił wyciągając do mnie dłoń, abym go podniosła.
Ja tylko prychnęłam i kręcąc tyłkiem podeszłam do półki z książkami. Strzyga westchnęła i sama się podniosła.
- Radzę ci uważać, bo będziesz pod rozkazami tego Ruska. O ile cię nie zajebie, za to co robiłeś.
- Pff... a kto tak powiedział?-podszedł do barku i wyciągnął kieliszek oraz flaszkę krwi.- Po za tym, nie musi się niczego dowiadywać.
Skrzywiłam się. O wiele bardziej wolę krew prosto z żył. Jest ciepła, więc ogrzewa organizm niczym herbata. Do tego dochodzi świadomość, że wysysasz z kogoś życie do ostatniej krwi. A smaku pierwszej nigdy się nie zapomina. Jak alkohol przyjemnie piekła moje nie przyzwyczajone gardło.
- Ja tak powiedziałam, kurwa,- uderzyłam pięścią w stół, przez co aż podskoczył, ochlapując się napojem.-, jeśli to jakiś problem. Pogódź się z tym, że jesteś tylko chwilową zabaweczką, na nudne dni, a mniej będzie bolało.- zaśmiałam się gardłowo.- Mimo, że teraz jesteś tu z nich wszystkich najlepszy, nie dorastasz Dymitrowi do pięt. Po to jest nam potrzebny, aby zniszczyć arystokrację. Ja i on będziemy niepokonani. A ty dołączysz do reszty naszych pupilków. Nie będziesz dla mnie ważniejszy niż lump ze śmietnika. No o ile cię nie zabije Bielikow. Bo co do drugiego pytania, osobiście mu o tym powiem.
- Nie ośmielisz się.- otworzył szeroko oczy.- Po tym wszystkim? To co nas łączy...
- Nic nas nie łączy, do cholery.- przerwałam mu ostro.- Żadnych strzyg nic nie łączy, po za interesami. Kurwa! Zrozum to wreszcie. Mnie i Dymitra też nic nie będzie łączyć po za pożądaniem i władzą.
- Znudzisz mu się.- wzruszył ramionami i wypił na raz cały kieliszek krwi.
Natychmiast stanęłam przed nim, przez co się zachłysnął.
- Ja pierdole! Nie znudzę mu się! Nawet o tym nie pomyśli skurwysynu. Zrozum, że nic mnie nie interesujesz, nie ma dla ciebie nadziei. Mógłbyś nawet sobie iść na słońce, chuj mnoe to obchodzi. Nie ma cię, trudno. Ktoś inny cię zastąpi. Mi zależy tylko na istnieniu Dymitra. Po za nim, nie ma ludzi niezastąpionych. I do kurwy nędzy przestań mi machać tu tą butelką!
Wyrwałam mu flaszkę i z obrzydzeniem rozbiłam mu na głowie. Zaczęła mu lecieć czerwona ciecz z rany, a sam się za nią złapał.
- Gdy przestaniesz robić z siebie ofermę, masz to posprzątać i się umyć. Czekam w pokoju.- rzuciłam wychodząc.
Po drodze złapałam młodszą strzygę. Była to szatynka z tatuażem w kształcie smoka na ręce. Miała z tydzień. W jej oczach widziałam strach.
- Vanessa. Powiedz reszcie że za godzinę zbieramy się w auli. Wszyscy! I niech mi się kurwa ktoś nie zjawi, a może mi się więcej nie pokazywać na oczy.
- Tak, Wielkowładna Hathaway-Bielikow.- ukłoniła się głęboko i chciała odejść.
Jednak złapałam ją za ramię i przejrzałam się jej uważnie.
- Podobasz mi się.- odezwałam się po chwili.- Masz potencjał i jesteś uległa. Jednak na treningu pokazujesz swoją siłę. Co robiłaś przed przebudzeniem?
- Byłam w szkolnej drużynie siatkarskiej i z chłopakiem często chodziliśmy na siłownię.
Budowa jej ciała potwierdzała to. Zastanowiłam się chwilę.
- Po przekazaniu rozkazu, przyjdź do mnie, a po radzie pójdziesz ze mną i elitą na polowanie. Pokaże ci prawdziwe życie.
- Naprawdę?- jej oczy zabłysły.
- Nie ekscytuj się tak, bo zmienię zdanie. Strzyga jest zimna jak lód i twarda jak skała.- po tych słowach skierowałam się do pokoju.
Miesiąc od przemiany nie tylko byłam gotowa do takiej walki, ale i przywódczynią strzyg. Nie było to trudne. Gdyby nie to, nigdy chyba nie pozwoliliby mi na udział w tej akcji. A gdy widziałam, jak te skurwysyny cokolwiek planują, krew mnie zalewała. Niekompetentne, szowinistyczne chuje. Musiałam coś zrobić. Nie usprawiedliwiam się, bo nawet nie mam z czego. Jak to mówią, "Debile z wozu, koniom lżej." Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Kazałam przemieniać każdą ofiarę, no chyba że na pierwszy rzut oka widać, że to życiowe ofermy do niczego niezdolne. Wyrobiłam sobie opinię bezwzględnej suki, bo taka jestem. Właśnie ustalałam szczegóły "spotkania", gdy usłyszałam zamykające się drzwi. Nawet nie podniosłam głowy.
- Wszystko gotowe Rose...- odezwał się ktoś.
Nie dałam mu dokończyć, bo rzuciłam się na niego, przyszpilając go za szyję do ściany. Złapał za mój nadgarstek, ale ja tylko wzmocniłam uścisk. W jego oczach widziałam strach, a w moich pewnie błyszczała żądza krwi i mordu.
- Jak mówiła, że macie się do mnie zwracać?!- ryknęłam.
- Wielka...- ledwo mógł mówić przez moją dłoń.- Hathaway-Bielikow.
Puściłam strzygę, a jej ciało opadły z łoskotem na ziemię.
- Jedz kurz robaku.- rzuciłam, wyciągając z pasa średniowieczny sztylet.
Tyle jest tutaj pięknej broni. Czemu nikt wcześnie nie wpadł na pomysł, aby jej użyć.
- A teraz wyjdź.- rozkazałam, bawiąc się narzędziem.
- Tak jest Pani.- ukłonił się i wyszedł.
Z westchnieniem opadłam na krzesło. Uwielbiam to życie. W końcu nikt nic mi nie karze, mogę robić co mi się chcę, jestem wolna i korzystam z życia. Do pełnego szczęścia brakuje mi tylko Dymitra. Ale już niedługo. I razem pokonamy tych "pseudo-wampirów". Nawet porządnie krwi nie umieją wypijać. Bez tych żałosnych imitacji świat byłby lepszy. Nawet ludzie nie chowają się za jakimiś strażnikami. A oni mają magię, osłony, to nie. Jeszcze im dampirów potrzeba. A połowa z nich, co ja gadam, siedem ósmych nie widziało na oczy strzygi. Ale już niedługo.
- Jesteś cała spięta Rose.- z cienia za mną wyszedł Nigel, kładąc dłonie na moich ramionach.- Może trochę cię odstresuję,- pocałował mnie w szyję, a ja ją odchyliłam, dając mu lepszy dostęp.- co ty na to, Różyczko?
Jak było mi przyjemnie, tak w jednej chwili zagotowało się we mnie. Ostatnie słowo powiedział po raz pierwszy, z lekkim wahania i zapewniam, że po raz ostatni. Zerwałam się i powaliłam go na ziemię, sięgając po sztylet. Przyłożyłam go mu do szyi.
- Mam teraz dobrą okazję do zabicia cię, skurwielu.- zaśmiałam się ze złowrogim uśmiechem.- Na za dużo sobie pozwalasz Nigeluś. I tak możesz więcej niż reszta, ze względu na to, że jesteś przystojny i dobry w łóżku. Ale to wkrótce się zmienić. Będziesz spieprzał stąd, jak wczorajsze ofiary losu. Więc jeśli chcesz się mną jeszcze nacieszyć, radzę ci tego nie powtarzać. Mówić do mnie może tak tylko jedna osoba.- wyszeptałam mu dobitnie przez zaciśnięte zęby.
Choć próbował to ukryć, w oceanicznych oczach z czerwonymi obwódkami blondyna widziałam strach, dający mi chore poczucie satysfakcji. Wstałam z podłogi i otrzepałam ręce.
- Ten twój Rusek?- zadrwił wyciągając do mnie dłoń, abym go podniosła.
Ja tylko prychnęłam i kręcąc tyłkiem podeszłam do półki z książkami. Strzyga westchnęła i sama się podniosła.
- Radzę ci uważać, bo będziesz pod rozkazami tego Ruska. O ile cię nie zajebie, za to co robiłeś.
- Pff... a kto tak powiedział?-podszedł do barku i wyciągnął kieliszek oraz flaszkę krwi.- Po za tym, nie musi się niczego dowiadywać.
Skrzywiłam się. O wiele bardziej wolę krew prosto z żył. Jest ciepła, więc ogrzewa organizm niczym herbata. Do tego dochodzi świadomość, że wysysasz z kogoś życie do ostatniej krwi. A smaku pierwszej nigdy się nie zapomina. Jak alkohol przyjemnie piekła moje nie przyzwyczajone gardło.
- Ja tak powiedziałam, kurwa,- uderzyłam pięścią w stół, przez co aż podskoczył, ochlapując się napojem.-, jeśli to jakiś problem. Pogódź się z tym, że jesteś tylko chwilową zabaweczką, na nudne dni, a mniej będzie bolało.- zaśmiałam się gardłowo.- Mimo, że teraz jesteś tu z nich wszystkich najlepszy, nie dorastasz Dymitrowi do pięt. Po to jest nam potrzebny, aby zniszczyć arystokrację. Ja i on będziemy niepokonani. A ty dołączysz do reszty naszych pupilków. Nie będziesz dla mnie ważniejszy niż lump ze śmietnika. No o ile cię nie zabije Bielikow. Bo co do drugiego pytania, osobiście mu o tym powiem.
- Nie ośmielisz się.- otworzył szeroko oczy.- Po tym wszystkim? To co nas łączy...
- Nic nas nie łączy, do cholery.- przerwałam mu ostro.- Żadnych strzyg nic nie łączy, po za interesami. Kurwa! Zrozum to wreszcie. Mnie i Dymitra też nic nie będzie łączyć po za pożądaniem i władzą.
- Znudzisz mu się.- wzruszył ramionami i wypił na raz cały kieliszek krwi.
Natychmiast stanęłam przed nim, przez co się zachłysnął.
- Ja pierdole! Nie znudzę mu się! Nawet o tym nie pomyśli skurwysynu. Zrozum, że nic mnie nie interesujesz, nie ma dla ciebie nadziei. Mógłbyś nawet sobie iść na słońce, chuj mnoe to obchodzi. Nie ma cię, trudno. Ktoś inny cię zastąpi. Mi zależy tylko na istnieniu Dymitra. Po za nim, nie ma ludzi niezastąpionych. I do kurwy nędzy przestań mi machać tu tą butelką!
Wyrwałam mu flaszkę i z obrzydzeniem rozbiłam mu na głowie. Zaczęła mu lecieć czerwona ciecz z rany, a sam się za nią złapał.
- Gdy przestaniesz robić z siebie ofermę, masz to posprzątać i się umyć. Czekam w pokoju.- rzuciłam wychodząc.
Po drodze złapałam młodszą strzygę. Była to szatynka z tatuażem w kształcie smoka na ręce. Miała z tydzień. W jej oczach widziałam strach.
- Vanessa. Powiedz reszcie że za godzinę zbieramy się w auli. Wszyscy! I niech mi się kurwa ktoś nie zjawi, a może mi się więcej nie pokazywać na oczy.
- Tak, Wielkowładna Hathaway-Bielikow.- ukłoniła się głęboko i chciała odejść.
Jednak złapałam ją za ramię i przejrzałam się jej uważnie.
- Podobasz mi się.- odezwałam się po chwili.- Masz potencjał i jesteś uległa. Jednak na treningu pokazujesz swoją siłę. Co robiłaś przed przebudzeniem?
- Byłam w szkolnej drużynie siatkarskiej i z chłopakiem często chodziliśmy na siłownię.
Budowa jej ciała potwierdzała to. Zastanowiłam się chwilę.
- Po przekazaniu rozkazu, przyjdź do mnie, a po radzie pójdziesz ze mną i elitą na polowanie. Pokaże ci prawdziwe życie.
- Naprawdę?- jej oczy zabłysły.
- Nie ekscytuj się tak, bo zmienię zdanie. Strzyga jest zimna jak lód i twarda jak skała.- po tych słowach skierowałam się do pokoju.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
czwartek, 2 lutego 2017
ROZDZIAŁ 376
Przekazaliśmy to reszcie. Jill szybko wróciła, odprowadzona z Eddym do komnaty, osłabiona wydarzeniami. Przez całą drogę biedna biadoliła, że Rose tyle dla niej zrobiła, a ta jej nie może pomóc. To prawda, Roza pomogła wielu osobą.
- To co teraz?- spytał Ozera.
Ja przez cały czas siedziałem skulony pod ścianą i wszystkiemu się przysłuchiwałem. Jednak w środku byłem zupełnie pusty. Tak, chciałem by została strzygą, żeby ją odmienić, ale w tej chwili to mnie wcale nie cieszyło. Ona jest taka piękna i dobra, zawsze chętna do pomocy. A teraz... będzie zabijać niewinnych dla krwi. Nie obwiniam jej, a jedynie boję się o nią. Co będzie z jej psychiką, gdy ją uratujemy? Czy wcześniej ktoś jej nie pokona. A jeśli będzie trzymana przez kolejne miesiące, albo lata, bez najmniejszej wiadomości. Ona wiedziała gdzie mnie szukać, a ja? Moja ukochana może być wszędzie. Co ja teraz zrobię bez niej? Co powiem dzieciom? Jak sobie poradzę? Jest moim światem. Czym będzie świat bez niej. Jak wielka szara plama, której jej śmiech nadaje barw. A miała wielkie plany. Chciała mieć kolejne dzieci. Dałbym je jej z największą przyjemnością. A teraz... nie wiem gdzie jest, ani jak ją znaleźć.
- Musimy czekać na ich ruch.- odpowiedziała Janine.- A później ją odmienimy.
- Nie wiem, czy dam radę.- zmieszał się Iwaszkow, a ja dostałem olśnienia.
- On ma ją odmienić?!- podniosłem się gwałtownie, wskazując oskarżycielsko na Adriana.
Nie mogę na to pozwolić. Wiem co czuje odmieniona strzyga, względem moroja, który ją odmienił. Dał jej szansę na nowe życie, lepszą przyszłość i odkupienie win. Jest mu wdzięczna za ratunek i KOCHA, może i rodzicielską miłością, ale zawsze to MIŁOŚĆ. Nie pozwolę, aby to uczucie łączyło Rozę z jej byłym. Nawet jeśli on ma żonę. To że nasze relacje się poprawiły, nie znaczy, że nie jestem zazdrosny. Tak. Ja Dymitr Bielikow jestem zazdrosny. Ale o taką kobietę, nie być to jak obraza.
- A masz jakiś inny pomysł?- moroj rzucił mi wzywające spojrzenie.
- Sonia Karp.- skrzyżowałem ręce na piersi, opierając się o ścianę.
- Przecież nie będziemy jej męczyć, gdy ma nową funkcję w Akademii i dzieci na wychowaniu.- zauważył Christian.
- On też ma dziecko.- zauważyłem.
- Ale jest z nami na miejscu. Bielikow, pogódź się z tym, że to ja ocalę Rose. To jedyny sposób.
- Więc ja będę uczył cię wbijać sztylet w serce strzygi.- postawiłem warunek.
Wszyscy się zgodzili i wróciliśmy do pokoi. Pierwsze co zrobiłem, to położyłem się na łóżku przy dzieciach i zasnąłem natychmiastowo.
- Strażniku Bielikow.- do ławki podbiegł młody chłopak.- Wszędzie strażnika szukam.
- Coś się stało, Alwin?- spytałem obojętnie.
Starałem się nie pokazać, jak każde wspomnienie mnie boli. Tym razem wybrałem inną strategię. Zamiast upić się w trupa i zapomnieć, odużam się jak największą liczbą wspomnień, aby o niej pamiętać i myśleć, co trudne nie jest. Dlatego codziennie na prawie cały dzień zaszywam się w NASZYM parku, na NASZEJ ławce i wspominam.
- Ktoś dostarczył strażnikom przy bramie list do strażnika.- podał mi kopertę.
Cholera! Zacząłem się uśmiechać jak głupi go sera. To staranne, lekko pochyłe i pełne zawijasów pismo należało do jednej jedynej osoby na świecie. Potwierdzał to zapach perfum mojej strojnisi. Ze szczęścia uścisnąłem zdezorientowanego dampira i pobiegłem do domu. Bez zabawy w szukanie noża do listów, rozciąłem sztyletem kopertę i wyciągnąłem różowy papier. Położyłem go ostrożnie na biurku, włączyłem światło, po czym zanurzyłem się w lekturze.
Drogi Towarzyszu,
Mam nadzieję, że czekasz na to spotkanie równie niecierpliwie jak ja. Ale już wkrótce skończy się nasze cierpienie. Spotkajmy się jutro o północy nad jeziorem, tym gdzie jeździliśmy na rowerach. Masz być sam. Chętnie zobaczyłabym też nasze dzieci, ale one jeszcze nie są gotowe. Ale ty masz doświadczenie, jakiego nam potrzeba. Czekam na ciebie i liczę na twój honor. To będziemy tylko ja i ty. Zobaczymy, kto tym razem wygra.
Czekałem długo na jej ruch i w końcu go mam.
- Już niedługo będziemy razem skarbie.- mruknąłem do siebie.
Nagle usłyszałem za sobą trzask drzwi i obok mnie pojawiły się bliźniaki.
- Tata.- zawołały, opierając się rękoma o fotel.
Wziąłem księżniczkę na ręce i zacząłem nią z nią kręcić wokół własnej osi, po czym opadłem z nią na kanapę. Dziewczynka śmiała się na moim brzuchu. Zaraz wspiął się na mnie również Felix.
- Cześć Lili.- uśmiechnąłem się do młodej znad małych główek dzieciaków.
- Hej.- odpowiedziała posępnie i przyjrzała mi się nieufnie.
- Kedy wlóći mama?- spytał synek.
- Niedługo, na pewno niedługo.- zapewniłem całując oboje w czoła.
Moja szwagierka miała wypisane niedowierzanie na twarzy. Wskazałem jej list na biurku. Dziewczynka sciągnęła tornister i zaczęła czytać, podczas gdy ja bawiłem się z naszymi skarbami.
- Zamierzasz tam iść?- spytała zdziwiona i wystraszona.
- Tak.- odpowiedziałem podrzucając brzdące.
- Sam?!- wytrzeszczyła oczy.
- Oczywiście, że nie.- usiadłem sadzając obok bliźniaki.- zaraz po obiedzie pójdę zanieść to Christianowi. Głupi nie jestem.- połaskotałem Felixa w brzuszek, na co się oboje odnośnie zaśmiali.
- Czyli, że jutro Rose będzie w domu?- ucieszyła się.
- Nie wiem, czy od razu będzie gotowa. Pamiętasz jak ci opowiadaliśmy, co było ze mną po odmianie.
- Ale ona nas nie zostawi?- spytała przestraszona.
- Nie odpuszczę do tego. Ale może nas nie być kilka dni.
Po obiedzie Lili miała odrobić lekcje, a później mogła wyjść do znajomych. Ja zabrałem dzieci do Rosalie, Alice i Asha- syna młodych Iwaszkowów, pod opieką Vanessy w pokoju dziecięcym. Sam pokazałem Christianowi list.
- Czas się szykować do starcia.- oznajmił i posłał po resztę.
- To co teraz?- spytał Ozera.
Ja przez cały czas siedziałem skulony pod ścianą i wszystkiemu się przysłuchiwałem. Jednak w środku byłem zupełnie pusty. Tak, chciałem by została strzygą, żeby ją odmienić, ale w tej chwili to mnie wcale nie cieszyło. Ona jest taka piękna i dobra, zawsze chętna do pomocy. A teraz... będzie zabijać niewinnych dla krwi. Nie obwiniam jej, a jedynie boję się o nią. Co będzie z jej psychiką, gdy ją uratujemy? Czy wcześniej ktoś jej nie pokona. A jeśli będzie trzymana przez kolejne miesiące, albo lata, bez najmniejszej wiadomości. Ona wiedziała gdzie mnie szukać, a ja? Moja ukochana może być wszędzie. Co ja teraz zrobię bez niej? Co powiem dzieciom? Jak sobie poradzę? Jest moim światem. Czym będzie świat bez niej. Jak wielka szara plama, której jej śmiech nadaje barw. A miała wielkie plany. Chciała mieć kolejne dzieci. Dałbym je jej z największą przyjemnością. A teraz... nie wiem gdzie jest, ani jak ją znaleźć.
- Musimy czekać na ich ruch.- odpowiedziała Janine.- A później ją odmienimy.
- Nie wiem, czy dam radę.- zmieszał się Iwaszkow, a ja dostałem olśnienia.
- On ma ją odmienić?!- podniosłem się gwałtownie, wskazując oskarżycielsko na Adriana.
Nie mogę na to pozwolić. Wiem co czuje odmieniona strzyga, względem moroja, który ją odmienił. Dał jej szansę na nowe życie, lepszą przyszłość i odkupienie win. Jest mu wdzięczna za ratunek i KOCHA, może i rodzicielską miłością, ale zawsze to MIŁOŚĆ. Nie pozwolę, aby to uczucie łączyło Rozę z jej byłym. Nawet jeśli on ma żonę. To że nasze relacje się poprawiły, nie znaczy, że nie jestem zazdrosny. Tak. Ja Dymitr Bielikow jestem zazdrosny. Ale o taką kobietę, nie być to jak obraza.
- A masz jakiś inny pomysł?- moroj rzucił mi wzywające spojrzenie.
- Sonia Karp.- skrzyżowałem ręce na piersi, opierając się o ścianę.
- Przecież nie będziemy jej męczyć, gdy ma nową funkcję w Akademii i dzieci na wychowaniu.- zauważył Christian.
- On też ma dziecko.- zauważyłem.
- Ale jest z nami na miejscu. Bielikow, pogódź się z tym, że to ja ocalę Rose. To jedyny sposób.
- Więc ja będę uczył cię wbijać sztylet w serce strzygi.- postawiłem warunek.
Wszyscy się zgodzili i wróciliśmy do pokoi. Pierwsze co zrobiłem, to położyłem się na łóżku przy dzieciach i zasnąłem natychmiastowo.
***
Już minął miesiąc od jej przemiany i nic. Ja nie wytrzymam długo. Tęsknię za jej uśmiechem, droczeniem się ze mną, poczuciem humoru i tym, że wszędzie było jej pełno. To okropne. Życie bez niej jest takie puste i bez znaczenia. Codziennie rano, budząc się, szukam ręką jej drobnego ciała i co czuję? Pieprzoną pustkę na łóżku i w sercu. Strzygi wydarły w nim dziurę, którą tylko ona jest w stanie zasklepić. Co do stanu królowej nic się nie zmieniło, a o jej nie dyspozycji wie tylko rada królewska i nasze skromne grono.- Strażniku Bielikow.- do ławki podbiegł młody chłopak.- Wszędzie strażnika szukam.
- Coś się stało, Alwin?- spytałem obojętnie.
Starałem się nie pokazać, jak każde wspomnienie mnie boli. Tym razem wybrałem inną strategię. Zamiast upić się w trupa i zapomnieć, odużam się jak największą liczbą wspomnień, aby o niej pamiętać i myśleć, co trudne nie jest. Dlatego codziennie na prawie cały dzień zaszywam się w NASZYM parku, na NASZEJ ławce i wspominam.
- Ktoś dostarczył strażnikom przy bramie list do strażnika.- podał mi kopertę.
Cholera! Zacząłem się uśmiechać jak głupi go sera. To staranne, lekko pochyłe i pełne zawijasów pismo należało do jednej jedynej osoby na świecie. Potwierdzał to zapach perfum mojej strojnisi. Ze szczęścia uścisnąłem zdezorientowanego dampira i pobiegłem do domu. Bez zabawy w szukanie noża do listów, rozciąłem sztyletem kopertę i wyciągnąłem różowy papier. Położyłem go ostrożnie na biurku, włączyłem światło, po czym zanurzyłem się w lekturze.
Drogi Towarzyszu,
Mam nadzieję, że czekasz na to spotkanie równie niecierpliwie jak ja. Ale już wkrótce skończy się nasze cierpienie. Spotkajmy się jutro o północy nad jeziorem, tym gdzie jeździliśmy na rowerach. Masz być sam. Chętnie zobaczyłabym też nasze dzieci, ale one jeszcze nie są gotowe. Ale ty masz doświadczenie, jakiego nam potrzeba. Czekam na ciebie i liczę na twój honor. To będziemy tylko ja i ty. Zobaczymy, kto tym razem wygra.
Z wyrazami miłości,
Roza.
Czekałem długo na jej ruch i w końcu go mam.
- Już niedługo będziemy razem skarbie.- mruknąłem do siebie.
Nagle usłyszałem za sobą trzask drzwi i obok mnie pojawiły się bliźniaki.
- Tata.- zawołały, opierając się rękoma o fotel.
Wziąłem księżniczkę na ręce i zacząłem nią z nią kręcić wokół własnej osi, po czym opadłem z nią na kanapę. Dziewczynka śmiała się na moim brzuchu. Zaraz wspiął się na mnie również Felix.
- Cześć Lili.- uśmiechnąłem się do młodej znad małych główek dzieciaków.
- Hej.- odpowiedziała posępnie i przyjrzała mi się nieufnie.
- Kedy wlóći mama?- spytał synek.
- Niedługo, na pewno niedługo.- zapewniłem całując oboje w czoła.
Moja szwagierka miała wypisane niedowierzanie na twarzy. Wskazałem jej list na biurku. Dziewczynka sciągnęła tornister i zaczęła czytać, podczas gdy ja bawiłem się z naszymi skarbami.
- Zamierzasz tam iść?- spytała zdziwiona i wystraszona.
- Tak.- odpowiedziałem podrzucając brzdące.
- Sam?!- wytrzeszczyła oczy.
- Oczywiście, że nie.- usiadłem sadzając obok bliźniaki.- zaraz po obiedzie pójdę zanieść to Christianowi. Głupi nie jestem.- połaskotałem Felixa w brzuszek, na co się oboje odnośnie zaśmiali.
- Czyli, że jutro Rose będzie w domu?- ucieszyła się.
- Nie wiem, czy od razu będzie gotowa. Pamiętasz jak ci opowiadaliśmy, co było ze mną po odmianie.
- Ale ona nas nie zostawi?- spytała przestraszona.
- Nie odpuszczę do tego. Ale może nas nie być kilka dni.
Po obiedzie Lili miała odrobić lekcje, a później mogła wyjść do znajomych. Ja zabrałem dzieci do Rosalie, Alice i Asha- syna młodych Iwaszkowów, pod opieką Vanessy w pokoju dziecięcym. Sam pokazałem Christianowi list.
- Czas się szykować do starcia.- oznajmił i posłał po resztę.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
ROZDZIAŁ 375
Po kolejnych godzinach wiercenia się w końcu zasnąłem. Obudziło mnie stukanie, a raczej walenie w drzwi. Spojrzałem na wyświetlacz telefonu. 4:30. Spałem z dwie godziny co się ma mnie odbije. Przetarłem oczy i rozejrzałem się dookoła, nie di końca wiedząc, gdzie jestem. I nagle wspomnienia wczorajszego dnia przygniotły mnie, odbierając mi zdolność jakiegokolwiek poruszenia się, a z oczu zaczęły mi lecieć łzy.
- Co się dzieje?- zapytała ospałym głosem Lili, lekko się podnosząc.
- Nic.- starałem się brzmieć pewnie.- Śpij spokojnie, a ja sprawdzę kto to.
Dziewczynka od razu opadła na poduszkę. Przetarłem twarz dłońmi i wstałem. Walenie nie ustawało.
- Idę, już idę.- zakomunikowałem, zakładając spodnie dresowe i pierwszą lepszą bluzkę, którą znalazłem.
Nareszcie zrobiło się cicho. Ucałowałem czoła trójki dzieci i otworzyłem drzwi. Za nimi stał Iwaszkow. Wyglądał na dość zdenerwowanego.
- Coś się stało, że dobijasz się o wpół do 5?- spytałem.
- Nie, po prostu tak se szukam w pierwsze napotkane drzwi, bo mi się nudzi.- mruknął zniecierpliwiony.
Jednak ja nie skomentowałem tego, tylko czekałem na ciąg dalszy z podniesionymi brwiami.
- Eh... królowa cię wzywa.- przeszedł do sedna sprawy.
Niepewnie obejrzałem się za siebie.
- To powiedz, że zaraz będę.- i nie czekając na odpowiedź, zamknąłem mu drzwi.
Może nie zachowałem się za bardzo kulturalnie, no ale spałem dwie godziny, a wcześniej porwali moją Różyczkę. To nie tak, że nie lubię Adriana, bo po jego ślubie zaczęliśmy się dogadywać. Przebrałem się w zwykłe, ciemne spodnie, napisałem Lili, gdzie jestem, żeby się nie martwiła, gdy się przebudzeniu, wziąłem prochowiec i oblawszy twarz kilka razy wodą, aby zmyć z siebie zmęczenie, wyszedłem. U królowej byłem pięć minut później. Co mnie zdziwiło, ona sama spała, a w komnacie, oprócz mojego dotychczasowego podopiecznego (bo na nieobecność Rozy przejdę opiekę nad Lissą, tak jak zawsze moja ukochana chciała.), byli również Sydney, Jill, Eddy, Mason i Mia.
- Nie najlepiej stary wyglądasz.- stwierdził zatroskany rudzielec.
- Dzięki.- rzuciłem sarkastycznie.- A co tu się dzieje?
- Musimy zaczekać ma resztę.
Zastanawiałem się, jaką resztę, gdy do komnaty wpadło małżeństwo Mazur, z Adrianem, zamykającym pochód. Abe od razu się na mnie rzucił.
- Jak mogłeś zostawić naszą córkę tam samą?!- wrzeszczał na mnie.- To przez ciebie. To twoja wina...
- Proszę pana o zachowanie spokoju, bo wezwę strażników.- powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu Ozera.
Ojciec Rozy mruknął coś w stylu "To nie będzie konieczne" i stanął pod ścianą, mierząc mnie morderczym spojrzeniem. Nie do końca kontaktowałem podczas jego "ataku", bo nie oszukujmy się, w najlepszej formie nie jestem. Dopiero teraz zaczęło do mnie docierać, co się stało. Miał rację. To moja wina. Jako mąż zapewnić jej dostatek i bezpieczeństwo. A tym czasem jest nie wiadomo gdzie i w jakim stanie zdrowia. Może ją torturują, żeby wyciągnąć jakieś informacje. A jeśli się nie podda i ją... Nawet nie umiałem o tym myśleć.
- Wszyscy z was wiedzą w jakiej jesteśmy sytuacji. To nie wina Dymitra, bo gdyby Rose nie kazała mu ratować dzieci, zapewne zostałby tam i został pokonany tak jak ona, a z dziećmi nie wiadomo co by się stało, więc niech pan się cieszy, bo dzięki niemu zostały panu wnuki, druga córka i szansa na uratowanie pierwszej.- zmierzyć mojego szwagra ostrym spojrzeniem.powiem był
Ten się nawet nie poruszył, ale przestał zabijać mnie wzrokiem.
- I tu mamy problem. Liss jako jedyna mogła wiedzieć, co się z nią dzieje. Ale teraz za dużo nam nie powie.
- J... jak to?- zająknęła się wystraszona Jill, wtulając się mocniej w Eddiego.- czy ona...
Krew odpłynęła mi z twarzy.
- Spokojnie, żyję.- wszyscy odetchnęli z ulgą.- Obudził mnie huk. zauważyłem, że w łazience świeci się światło, i tam znalazłem ją nieprzytomną. Mam przypuszczenia, że to może mieć coś wspólnego z pocałunkiem cieni.
- Myślisz...- przeraziłem się.
- Nie.- zaprzeczył szybko Adrian.- Gdyby Rose umarła, Lissa by tylko to odczuła. Jak przy zerwaniu więzi. Robert żył po śmierci naznaczonego jego pocałunkiem cienia.
- To co to może oznaczać?- Abe zadał pytanie, które męczyło nas wszystkich.
W pokoju zapanowała cisza. Po kilku minutach ją przerwałem.
- Kiedyś Rose powiedziała mi, jak się dowiedziała, że zostałem strzygą...- zacząłem.
- Sugerujesz, że nasza córka stała się potworem?- przerwał mi wściekły Abe.
- Wszystko mogło się wydarzyć i to już nie zależy od żadnego z nas.- zauważyłem.
Mój teść chciał już coś odpowiedzieć, ale powstrzymała go Janine.
- Panie Mazur,- wtrącił się Ozera.- każdego z nas boleśnie dotknęła strata Rose, każdemu była bliska. Ale nie czas szukać winnych i wyżywać się na Dymitrze, ponieważ on najbardziej to przeżył. Widział na oczy porwanie przez strzygi swojej żony i matki jego dzieci. Teraz powinniśmy się skupić na tym, jak ją odzyskać. Możemy?- Abe nic nie odpowiedział nadąsany.- Dziękuję. Dymitr?
- Wracając. Rose mówiła, że pobiegła za osłony i spytała ducha, który wtedy ją ostrzegał przed atakiem. My też możemy się dowiedzieć w taki sposób, co jest z Rose teraz.
Wszyscy spojrzeli na Jill. Ta lekko się wystraszyła. Eddy dla otuchy złapał ją za rękę.
- Spokojnie, jestem z tobą. Nie pozwolę cię skrzywdzić.- ucałował jej dłoń.
Ile bym teraz dał, żeby Roza była ze mną. Bym mógł ją przytulić, pocałować. Ale wtedy nie musielibyśmy siedzieć tutaj i to przeżywać. Słodko byśmy spali pod kołdrą, mocno przytuleni do siebie. Cholernie się o nią boję. Bo co ja zrobię w życiu bez niej. Na niczym nie mogę się skupić, wciąż myśląc o niej.
- Jest słońce, więc lepiej jak pójdzicie teraz.- zauważył Mason.
Oboje kiwnęli głowami i wyszli. Chciałem z resztą na nich poczekać, ale sekundy ciągnęły mi się w nieskończoność. Nie wytrzymałem i wybiegłem z komnaty, ignorując zdziwione spojrzenia. Dogoniłem parę na schodach.
- Mogę iść z wami?- poprosiłem.
- Jasne.
Wyszliśmy z pałacu na pełne słońce i skierowaliśmy się do b Jill szła dzielnie, chodź oboje z Eddym wiedzieliśmy, że się męczy. W połowie drogi zdjąłem swój prochowiec i podałem dziewczynie, aby się okryła. Była drobnej postawy, więc mój płaszcz dokładnie okrył jej ciało. Posłał mi wdzięczne spojrzenie, a ja się delikatnie uśmiechnąłem. Dziesięć minut później byliśmy pod bramą. Morojka wzięła głęboki oddech i przekroczyła granicę. Przeszliśmy jak najdalej od strażników. Następny oddech i dziewczyna chyba zdjęła osłony. Nie wiem. Nagle krzyknęła, upadając na kolana. Wystraszeni przykucnęliśmy przy niej. Pamiętam jak Roza się z tym męczyła. Strasznie się wtedy o nią bałem, bo nie wiedziałem, co się dzieje.
- Odejdźcie!- krzyknęła, a z jej twarzy znikł ból, a pojawiła się ulga.- Niech zostanie ten, kto może nam pomóc.
Wstała powoli i wzięła kilka głębokich oddechów.
- Czy Rose żyje?- spytała przestrzeń przed sobą.
Nagle zbladła, co mi się nie podobała. Przecież nie zareagowała by tak, gdyby usłyszała twierdzącą odpowiedz. Gdy to do mnie dotarło, poczułem ucisk w klatce piersiowej. Ona nie żyje?! Znowu. Ale jeśli teraz umarła ostatni raz. Nie! To nie może być prawda. Zrobiło mi się duszno i czułem, że nie mogę oddychać.
- Czy ona nie żyje?- spytała księżniczka i jeszcze bardziej zbladła.
- Cz...czy zosta...została...- zaczęła się trząść.- została... strzygą.
Ostatnie słowa ledwo wyszeptała, a po jej policzkach zaczęły lecieć łzy. Eddy przytulił ją, a ona ukryła twarz w jego piersi, zalewając koszulkę bruneta łzami. A ja wiedziałem co to oznacza.
Moja kochana Różyczka stała się krwiożerczą bestiom.
- Co się dzieje?- zapytała ospałym głosem Lili, lekko się podnosząc.
- Nic.- starałem się brzmieć pewnie.- Śpij spokojnie, a ja sprawdzę kto to.
Dziewczynka od razu opadła na poduszkę. Przetarłem twarz dłońmi i wstałem. Walenie nie ustawało.
- Idę, już idę.- zakomunikowałem, zakładając spodnie dresowe i pierwszą lepszą bluzkę, którą znalazłem.
Nareszcie zrobiło się cicho. Ucałowałem czoła trójki dzieci i otworzyłem drzwi. Za nimi stał Iwaszkow. Wyglądał na dość zdenerwowanego.
- Coś się stało, że dobijasz się o wpół do 5?- spytałem.
- Nie, po prostu tak se szukam w pierwsze napotkane drzwi, bo mi się nudzi.- mruknął zniecierpliwiony.
Jednak ja nie skomentowałem tego, tylko czekałem na ciąg dalszy z podniesionymi brwiami.
- Eh... królowa cię wzywa.- przeszedł do sedna sprawy.
Niepewnie obejrzałem się za siebie.
- To powiedz, że zaraz będę.- i nie czekając na odpowiedź, zamknąłem mu drzwi.
Może nie zachowałem się za bardzo kulturalnie, no ale spałem dwie godziny, a wcześniej porwali moją Różyczkę. To nie tak, że nie lubię Adriana, bo po jego ślubie zaczęliśmy się dogadywać. Przebrałem się w zwykłe, ciemne spodnie, napisałem Lili, gdzie jestem, żeby się nie martwiła, gdy się przebudzeniu, wziąłem prochowiec i oblawszy twarz kilka razy wodą, aby zmyć z siebie zmęczenie, wyszedłem. U królowej byłem pięć minut później. Co mnie zdziwiło, ona sama spała, a w komnacie, oprócz mojego dotychczasowego podopiecznego (bo na nieobecność Rozy przejdę opiekę nad Lissą, tak jak zawsze moja ukochana chciała.), byli również Sydney, Jill, Eddy, Mason i Mia.
- Nie najlepiej stary wyglądasz.- stwierdził zatroskany rudzielec.
- Dzięki.- rzuciłem sarkastycznie.- A co tu się dzieje?
- Musimy zaczekać ma resztę.
Zastanawiałem się, jaką resztę, gdy do komnaty wpadło małżeństwo Mazur, z Adrianem, zamykającym pochód. Abe od razu się na mnie rzucił.
- Jak mogłeś zostawić naszą córkę tam samą?!- wrzeszczał na mnie.- To przez ciebie. To twoja wina...
- Proszę pana o zachowanie spokoju, bo wezwę strażników.- powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu Ozera.
Ojciec Rozy mruknął coś w stylu "To nie będzie konieczne" i stanął pod ścianą, mierząc mnie morderczym spojrzeniem. Nie do końca kontaktowałem podczas jego "ataku", bo nie oszukujmy się, w najlepszej formie nie jestem. Dopiero teraz zaczęło do mnie docierać, co się stało. Miał rację. To moja wina. Jako mąż zapewnić jej dostatek i bezpieczeństwo. A tym czasem jest nie wiadomo gdzie i w jakim stanie zdrowia. Może ją torturują, żeby wyciągnąć jakieś informacje. A jeśli się nie podda i ją... Nawet nie umiałem o tym myśleć.
- Wszyscy z was wiedzą w jakiej jesteśmy sytuacji. To nie wina Dymitra, bo gdyby Rose nie kazała mu ratować dzieci, zapewne zostałby tam i został pokonany tak jak ona, a z dziećmi nie wiadomo co by się stało, więc niech pan się cieszy, bo dzięki niemu zostały panu wnuki, druga córka i szansa na uratowanie pierwszej.- zmierzyć mojego szwagra ostrym spojrzeniem.powiem był
Ten się nawet nie poruszył, ale przestał zabijać mnie wzrokiem.
- I tu mamy problem. Liss jako jedyna mogła wiedzieć, co się z nią dzieje. Ale teraz za dużo nam nie powie.
- J... jak to?- zająknęła się wystraszona Jill, wtulając się mocniej w Eddiego.- czy ona...
Krew odpłynęła mi z twarzy.
- Spokojnie, żyję.- wszyscy odetchnęli z ulgą.- Obudził mnie huk. zauważyłem, że w łazience świeci się światło, i tam znalazłem ją nieprzytomną. Mam przypuszczenia, że to może mieć coś wspólnego z pocałunkiem cieni.
- Myślisz...- przeraziłem się.
- Nie.- zaprzeczył szybko Adrian.- Gdyby Rose umarła, Lissa by tylko to odczuła. Jak przy zerwaniu więzi. Robert żył po śmierci naznaczonego jego pocałunkiem cienia.
- To co to może oznaczać?- Abe zadał pytanie, które męczyło nas wszystkich.
W pokoju zapanowała cisza. Po kilku minutach ją przerwałem.
- Kiedyś Rose powiedziała mi, jak się dowiedziała, że zostałem strzygą...- zacząłem.
- Sugerujesz, że nasza córka stała się potworem?- przerwał mi wściekły Abe.
- Wszystko mogło się wydarzyć i to już nie zależy od żadnego z nas.- zauważyłem.
Mój teść chciał już coś odpowiedzieć, ale powstrzymała go Janine.
- Panie Mazur,- wtrącił się Ozera.- każdego z nas boleśnie dotknęła strata Rose, każdemu była bliska. Ale nie czas szukać winnych i wyżywać się na Dymitrze, ponieważ on najbardziej to przeżył. Widział na oczy porwanie przez strzygi swojej żony i matki jego dzieci. Teraz powinniśmy się skupić na tym, jak ją odzyskać. Możemy?- Abe nic nie odpowiedział nadąsany.- Dziękuję. Dymitr?
- Wracając. Rose mówiła, że pobiegła za osłony i spytała ducha, który wtedy ją ostrzegał przed atakiem. My też możemy się dowiedzieć w taki sposób, co jest z Rose teraz.
Wszyscy spojrzeli na Jill. Ta lekko się wystraszyła. Eddy dla otuchy złapał ją za rękę.
- Spokojnie, jestem z tobą. Nie pozwolę cię skrzywdzić.- ucałował jej dłoń.
Ile bym teraz dał, żeby Roza była ze mną. Bym mógł ją przytulić, pocałować. Ale wtedy nie musielibyśmy siedzieć tutaj i to przeżywać. Słodko byśmy spali pod kołdrą, mocno przytuleni do siebie. Cholernie się o nią boję. Bo co ja zrobię w życiu bez niej. Na niczym nie mogę się skupić, wciąż myśląc o niej.
- Jest słońce, więc lepiej jak pójdzicie teraz.- zauważył Mason.
Oboje kiwnęli głowami i wyszli. Chciałem z resztą na nich poczekać, ale sekundy ciągnęły mi się w nieskończoność. Nie wytrzymałem i wybiegłem z komnaty, ignorując zdziwione spojrzenia. Dogoniłem parę na schodach.
- Mogę iść z wami?- poprosiłem.
- Jasne.
Wyszliśmy z pałacu na pełne słońce i skierowaliśmy się do b Jill szła dzielnie, chodź oboje z Eddym wiedzieliśmy, że się męczy. W połowie drogi zdjąłem swój prochowiec i podałem dziewczynie, aby się okryła. Była drobnej postawy, więc mój płaszcz dokładnie okrył jej ciało. Posłał mi wdzięczne spojrzenie, a ja się delikatnie uśmiechnąłem. Dziesięć minut później byliśmy pod bramą. Morojka wzięła głęboki oddech i przekroczyła granicę. Przeszliśmy jak najdalej od strażników. Następny oddech i dziewczyna chyba zdjęła osłony. Nie wiem. Nagle krzyknęła, upadając na kolana. Wystraszeni przykucnęliśmy przy niej. Pamiętam jak Roza się z tym męczyła. Strasznie się wtedy o nią bałem, bo nie wiedziałem, co się dzieje.
- Odejdźcie!- krzyknęła, a z jej twarzy znikł ból, a pojawiła się ulga.- Niech zostanie ten, kto może nam pomóc.
Wstała powoli i wzięła kilka głębokich oddechów.
- Czy Rose żyje?- spytała przestrzeń przed sobą.
Nagle zbladła, co mi się nie podobała. Przecież nie zareagowała by tak, gdyby usłyszała twierdzącą odpowiedz. Gdy to do mnie dotarło, poczułem ucisk w klatce piersiowej. Ona nie żyje?! Znowu. Ale jeśli teraz umarła ostatni raz. Nie! To nie może być prawda. Zrobiło mi się duszno i czułem, że nie mogę oddychać.
- Czy ona nie żyje?- spytała księżniczka i jeszcze bardziej zbladła.
- Cz...czy zosta...została...- zaczęła się trząść.- została... strzygą.
Ostatnie słowa ledwo wyszeptała, a po jej policzkach zaczęły lecieć łzy. Eddy przytulił ją, a ona ukryła twarz w jego piersi, zalewając koszulkę bruneta łzami. A ja wiedziałem co to oznacza.
Moja kochana Różyczka stała się krwiożerczą bestiom.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
wtorek, 31 stycznia 2017
ROZDZIAŁ 374
DYMITR
Tak bardzo nie chciałem zostawiać Rozy. Nie Wybacz sobie, jeśli zginie. Oby tylko ją przemienili, wtedy będzie jeszcze dla niej nadzieja. Chwila, gdy na nią patrzyłem zatrzymała czas. Liczyła się tylko ona i miłość w jej oczach. W ostatniej chwili zamknąłem drzwi i zdążyłem jeszcze zauważyć przez szybę, jak ją gryzą i jej opadające bezwiednie ciało. Nie chciałem widzieć więcej. Powstrzymując łzy podbiegłem i wziąłem moją księżniczkę na ręce.
- Dymitr, co się dzieje?- Lili była bardzo wystraszona.
- Weź Felixa. Musimy uciekać. Bianka.
Suczka od razu podbiegła, rozglądając się czujnie dookoła.
- Mama?- serce mi złamał płaczliwy głosik córeczki, szukającej mamy.
Spojrzała na mnie, a na uciekłem wzrokiem. Po jej małych policzkach zaczęły ciec łzy.
- Ale gdzie Rose?- spytała, podnosząc chłopca. Nie odpowiedziałem, spuszczając głowę.- Nie! To nie możliwe! I ty ją tam zostawisz?- krzyczała na mnie.
- Lili, zrozum, dla mnie to też nie jest łatwe.- tuliłem do siebie naszą księżniczkę.- Ona chce waszego bezpieczeństwa.- już nie mogłem powstrzymać płaczu.
Poszedłem do drzwi. Szybko przedostaliśmy się do samochodu. Na szczęście, dzięki ogrodzeniu mamy więcej czasu.
- Ale ja nie chcę.- zaprotestowała moja szwagierka, kiedy mieliśmy wsiadać do samochodu.- Straciłam już jedną mamę. Nie chcę stracić kolejnej.
Roza bardzo by się ucieszyła, gdyby mogła to usłyszeć. Ale nie usłyszy. Nagle strzygi zaczęły przedostawać się przez płot. Czas nas goni.
- Lili. zostać. Inaczej jej ofiara pójdzie na marne. Zrobiła to dla nas.
Dziewczynka szybko wsiadła koło płacących dzieci, Bianka wdrapała się na tylne siedzenia, a ja usiadłem za kółkiem. Odpaliłem i ruszyłem w ostatniej chwili. Jeszcze jeden potwór zdążył zbić okno od strony dzieci, na co pisnęły przestraszone i zaczęły płakać. Na szczęście suczka ugryzła potwora w nadgarstek, na co ten zabrał dłoń.
Pół godziny później byliśmy na Dworze. Przywitał nas Christian, biorąc na ręce Felixa. Ja podniosłem małą brunetkę. Oboje zmęczeni płaczem zasnęli. Lili szła za nami smutna, a słone krople ciekły z jej oczu na ziemię. Nikt nic nie mówił, bo nie było słów, które można by w tej chwili powiedzieć. Poszliśmy do komnaty małżeństwa. W środku siedziała zapłakana Lissa. Gdy nas zobaczyła, przytuliła mnie. Lekko ją od siebie odsunąłem i położyłem córeczkę na łóżku. Po chwili zamknąłem królową w silnym uścisku, również płacząc. Czułem się jak po przemianie. Wspólnie dodawaliśmy sobie otuchy.
- Ona żyje.- szepnęła.
Odsunąłem się od niej gwałtownie.
- Jesteś pewna?- spytałem z nadzieją.
Pokiwała głową i usiadła na łóżku. Przysiadłem obok niej, biorąc na kolana Lili. Ona też potrzebuje wsparcia. Przytuliłem ją mocno, aby mogła wypłakać się w moją koszulkę.
- Czuję więź. Nie... nie mogę się z nią połączyć, więc jest nieprzytomna, ale żyje.
Odetchnąłem głęboko z ulgi.
- To co teraz zrobimy?- spytała dziewczynka na moich kolanach.
- Musimy czekać, na jakąkolwiek informację.- westchnąłem ciężko.
Nie cierpię bezradności. Pragnąłem tylko ją zobaczyć, żeby tu była, przytuliła mnie i powiedziała, że wszystko jest w porządku. Ale tak nie będzie. Coś czuję, że nie za szybko poczuję jej drobne rączki, obejmujące mnie delikatnie, jej aksamitne włosy przelewające się między moimi palcami, jej ciepłe, miękkie usta, na moich wargach. Już tak bardzo za nią tęsknię. Ale nic nie mogę zrobić.
- Lili, pomożesz mi wyszukiwać bliźniaki spać. A później sami pójdziemy. To był męczący dzień.
Dziewczynka pokiwała głową i wstała ze mnie. Wziąłem na ręce wciąż śpiącą księżniczkę,i weszliśmy. Lili wzięła Felixa, a ja przez całą drogę do naszego mieszkania przyglądałem się córeczce. Wyglądała tak spokojnie, jakby nic się nie stało. Ale wiem, że jak tylko się obudzi, zada pytanie, które złamie mi serce. "Gdzie mama?" Na samą myśl poczułem supeł w brzuchu i gule w gardle. Delikatnie ucałowałem jej małe zamknięte oczka.
- Przepraszam.- szepnąłem, a jedna kropla moich łez spadła na jej policzek.
W pokoju musieliśmy ich obudzić.
- Gdze mama?- spytał Felix, smutny.
- Mama...- opanowałem głos, żeby mi nie drżał.- Mama musiała wyjechać.
- A wróci?- tym razem odezwała się dziewczynka.
Lili spojrzała na mnie wystraszona.
- Wróci, na pewno.- uśmiechnąłem się do nich.
- A ciemu places?- ciągnął chłopiec.
- Bo tatuś bardzo tęskni za mamusią.- wsparła mnie siostra Rozy.- On bardzo ją kocha i nawet chwili bez niej nie wytrzyma.
Cieszę się, że ją mamy. Dzięki charakterowi Rozy bardzo mnie wspiera i jest silniejsza. Tak samo umie się droczyć. Lili zaczęła je rozbierać, a ja napełniłem wanienkę wodą i specjalnym mydłem. Wszystko tu mamy, bo to tutaj się zbieramy przed lub po pracy. A niekiedy zdarza nam się zostawać na noc. Mimo, że mamy swój dom, Roza jest do tego mieszkanka przywiązana. Nic dziwnego, skoro to stąd pochodzą nasze wspomnienia, jakże krótkiego, ale i miłego okresu bycia parą. Móc nazywać ją swoją dziewczyną, było najlepszym co w życiu mnie spotkało, zanim się jej nie oświadczyłem. A później ślub. Uśmiechnąłem się na te wspomnienia, jednak sprawiły mi one również wielki ból. Znajdę Rozę i ją ocalę. Nie pozwolę jej zginąć. Po wymyciu obojga maluchów, nakarmieniu ich z jednoczesnym z jedzeniem kolacji (choć ledwo co mogłem przełknąć.) i ponownym umyciu (cała ta sytuacja źle działa na moje myślenie) sam poszedłem się myć. Zimny prysznic na trochę mnie otrzeźwił. Po mnie poszła Lili. Uznaliśmy, że dzisiaj wszyscy pójdziemy spać razem. Ułożyłem dzieci na środku łóżka i zacząłem im czytać. Zanim zasnęła dołączyła do nas młoda. Każdego ucałowałem w czoło i przytuliłem. Już po kilku minutach ich oddechy świadczyły o tym, że zasnęli. Tylko ja nie mogłem. Kręciłem się z boku na bok, szukając wygodnej pozycji, ale jej nie znalazłem. Brakowało mi Rozy. Czułem w sobie wielką pustkę. Dziurę w sercu, którą wyrwały mi strzygi, wraz z porwanie ukochanej. Gdy lekko przysypiałem, widziałem obrazy z ataku. Jej bezwładnie ciało ciągnięte przez las. W końcu nie wytrzymałem. Wstałem i podszedłem do okna. Bianka poniosła czujnie głowę, obserwując każdy mój ruch. Na horyzoncie pojawiało się szarzejące światło, świadczące o nadejściu ludzkiego poranka, a morojskiej nocy.
- Wiem, że gdzieś tam jesteś najdroższa. I ja cię znajdę. Przysięgam.
___________________________________________________________
Za bardzo was rozpieszczam, nieprawdaż?😂😂😂�
Liczę na komentarze i wróciła wena, czyli i ja wracam do codziennych rozdziałów. Trzymajcie się Romitrisiaki. 💖💖💖💖
Tak bardzo nie chciałem zostawiać Rozy. Nie Wybacz sobie, jeśli zginie. Oby tylko ją przemienili, wtedy będzie jeszcze dla niej nadzieja. Chwila, gdy na nią patrzyłem zatrzymała czas. Liczyła się tylko ona i miłość w jej oczach. W ostatniej chwili zamknąłem drzwi i zdążyłem jeszcze zauważyć przez szybę, jak ją gryzą i jej opadające bezwiednie ciało. Nie chciałem widzieć więcej. Powstrzymując łzy podbiegłem i wziąłem moją księżniczkę na ręce.
- Dymitr, co się dzieje?- Lili była bardzo wystraszona.
- Weź Felixa. Musimy uciekać. Bianka.
Suczka od razu podbiegła, rozglądając się czujnie dookoła.
- Mama?- serce mi złamał płaczliwy głosik córeczki, szukającej mamy.
Spojrzała na mnie, a na uciekłem wzrokiem. Po jej małych policzkach zaczęły ciec łzy.
- Ale gdzie Rose?- spytała, podnosząc chłopca. Nie odpowiedziałem, spuszczając głowę.- Nie! To nie możliwe! I ty ją tam zostawisz?- krzyczała na mnie.
- Lili, zrozum, dla mnie to też nie jest łatwe.- tuliłem do siebie naszą księżniczkę.- Ona chce waszego bezpieczeństwa.- już nie mogłem powstrzymać płaczu.
Poszedłem do drzwi. Szybko przedostaliśmy się do samochodu. Na szczęście, dzięki ogrodzeniu mamy więcej czasu.
- Ale ja nie chcę.- zaprotestowała moja szwagierka, kiedy mieliśmy wsiadać do samochodu.- Straciłam już jedną mamę. Nie chcę stracić kolejnej.
Roza bardzo by się ucieszyła, gdyby mogła to usłyszeć. Ale nie usłyszy. Nagle strzygi zaczęły przedostawać się przez płot. Czas nas goni.
- Lili. zostać. Inaczej jej ofiara pójdzie na marne. Zrobiła to dla nas.
Dziewczynka szybko wsiadła koło płacących dzieci, Bianka wdrapała się na tylne siedzenia, a ja usiadłem za kółkiem. Odpaliłem i ruszyłem w ostatniej chwili. Jeszcze jeden potwór zdążył zbić okno od strony dzieci, na co pisnęły przestraszone i zaczęły płakać. Na szczęście suczka ugryzła potwora w nadgarstek, na co ten zabrał dłoń.
Pół godziny później byliśmy na Dworze. Przywitał nas Christian, biorąc na ręce Felixa. Ja podniosłem małą brunetkę. Oboje zmęczeni płaczem zasnęli. Lili szła za nami smutna, a słone krople ciekły z jej oczu na ziemię. Nikt nic nie mówił, bo nie było słów, które można by w tej chwili powiedzieć. Poszliśmy do komnaty małżeństwa. W środku siedziała zapłakana Lissa. Gdy nas zobaczyła, przytuliła mnie. Lekko ją od siebie odsunąłem i położyłem córeczkę na łóżku. Po chwili zamknąłem królową w silnym uścisku, również płacząc. Czułem się jak po przemianie. Wspólnie dodawaliśmy sobie otuchy.
- Ona żyje.- szepnęła.
Odsunąłem się od niej gwałtownie.
- Jesteś pewna?- spytałem z nadzieją.
Pokiwała głową i usiadła na łóżku. Przysiadłem obok niej, biorąc na kolana Lili. Ona też potrzebuje wsparcia. Przytuliłem ją mocno, aby mogła wypłakać się w moją koszulkę.
- Czuję więź. Nie... nie mogę się z nią połączyć, więc jest nieprzytomna, ale żyje.
Odetchnąłem głęboko z ulgi.
- To co teraz zrobimy?- spytała dziewczynka na moich kolanach.
- Musimy czekać, na jakąkolwiek informację.- westchnąłem ciężko.
Nie cierpię bezradności. Pragnąłem tylko ją zobaczyć, żeby tu była, przytuliła mnie i powiedziała, że wszystko jest w porządku. Ale tak nie będzie. Coś czuję, że nie za szybko poczuję jej drobne rączki, obejmujące mnie delikatnie, jej aksamitne włosy przelewające się między moimi palcami, jej ciepłe, miękkie usta, na moich wargach. Już tak bardzo za nią tęsknię. Ale nic nie mogę zrobić.
- Lili, pomożesz mi wyszukiwać bliźniaki spać. A później sami pójdziemy. To był męczący dzień.
Dziewczynka pokiwała głową i wstała ze mnie. Wziąłem na ręce wciąż śpiącą księżniczkę,i weszliśmy. Lili wzięła Felixa, a ja przez całą drogę do naszego mieszkania przyglądałem się córeczce. Wyglądała tak spokojnie, jakby nic się nie stało. Ale wiem, że jak tylko się obudzi, zada pytanie, które złamie mi serce. "Gdzie mama?" Na samą myśl poczułem supeł w brzuchu i gule w gardle. Delikatnie ucałowałem jej małe zamknięte oczka.
- Przepraszam.- szepnąłem, a jedna kropla moich łez spadła na jej policzek.
W pokoju musieliśmy ich obudzić.
- Gdze mama?- spytał Felix, smutny.
- Mama...- opanowałem głos, żeby mi nie drżał.- Mama musiała wyjechać.
- A wróci?- tym razem odezwała się dziewczynka.
Lili spojrzała na mnie wystraszona.
- Wróci, na pewno.- uśmiechnąłem się do nich.
- A ciemu places?- ciągnął chłopiec.
- Bo tatuś bardzo tęskni za mamusią.- wsparła mnie siostra Rozy.- On bardzo ją kocha i nawet chwili bez niej nie wytrzyma.
Cieszę się, że ją mamy. Dzięki charakterowi Rozy bardzo mnie wspiera i jest silniejsza. Tak samo umie się droczyć. Lili zaczęła je rozbierać, a ja napełniłem wanienkę wodą i specjalnym mydłem. Wszystko tu mamy, bo to tutaj się zbieramy przed lub po pracy. A niekiedy zdarza nam się zostawać na noc. Mimo, że mamy swój dom, Roza jest do tego mieszkanka przywiązana. Nic dziwnego, skoro to stąd pochodzą nasze wspomnienia, jakże krótkiego, ale i miłego okresu bycia parą. Móc nazywać ją swoją dziewczyną, było najlepszym co w życiu mnie spotkało, zanim się jej nie oświadczyłem. A później ślub. Uśmiechnąłem się na te wspomnienia, jednak sprawiły mi one również wielki ból. Znajdę Rozę i ją ocalę. Nie pozwolę jej zginąć. Po wymyciu obojga maluchów, nakarmieniu ich z jednoczesnym z jedzeniem kolacji (choć ledwo co mogłem przełknąć.) i ponownym umyciu (cała ta sytuacja źle działa na moje myślenie) sam poszedłem się myć. Zimny prysznic na trochę mnie otrzeźwił. Po mnie poszła Lili. Uznaliśmy, że dzisiaj wszyscy pójdziemy spać razem. Ułożyłem dzieci na środku łóżka i zacząłem im czytać. Zanim zasnęła dołączyła do nas młoda. Każdego ucałowałem w czoło i przytuliłem. Już po kilku minutach ich oddechy świadczyły o tym, że zasnęli. Tylko ja nie mogłem. Kręciłem się z boku na bok, szukając wygodnej pozycji, ale jej nie znalazłem. Brakowało mi Rozy. Czułem w sobie wielką pustkę. Dziurę w sercu, którą wyrwały mi strzygi, wraz z porwanie ukochanej. Gdy lekko przysypiałem, widziałem obrazy z ataku. Jej bezwładnie ciało ciągnięte przez las. W końcu nie wytrzymałem. Wstałem i podszedłem do okna. Bianka poniosła czujnie głowę, obserwując każdy mój ruch. Na horyzoncie pojawiało się szarzejące światło, świadczące o nadejściu ludzkiego poranka, a morojskiej nocy.
- Wiem, że gdzieś tam jesteś najdroższa. I ja cię znajdę. Przysięgam.
___________________________________________________________
Za bardzo was rozpieszczam, nieprawdaż?😂😂😂�
Liczę na komentarze i wróciła wena, czyli i ja wracam do codziennych rozdziałów. Trzymajcie się Romitrisiaki. 💖💖💖💖
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
ROZDZIAŁ 373
Minął kolejny rok od naszego poznania. Trzy lata. A już mam męża, siedemnasto miesięczne dzieci, siostrę, moi rodzice latem wzięli ślub, no i jestem strażniczką królowej. Dla takich bilansów się żyje.
- Dziękuję za wczorajszy dzień.- mruknęłam, leżąc na brzuchu koło ukochanego.- Mam tylko wrażenie, że to za dużo.
Zrobiliśmy sobie piknik w ogrodzie. Dzieci bawiły się na placu zabaw, a my relaksowaliśmy się na trawie. W stroju kąpielowym korzystałam z ostatnich promieni słońca, które postanowiło zostać na trochę dłużej.
- Roza, nie ma czegoś takiego jak "za dużo", jeśli chodzi o odwdzięczenie się, że Cię mam.
- No ale cały dzień spa, później kosmetyczki, fryzjera, a na koniec potulne chodzenie ze mną po sklepach? Gdzie ty znalazłeś na to cierpliwość?- przewróciłam się na plecy, aby ocalić się równomiernie.
- Dla ciebie warto.- Rosjanin położył głowę na moim brzuchu, a ja zapatrzyłam się w jego czekoladowe oczy.- Po za tym, zwróciło mi się to w twoim wieczornym wyglądzie, Różyczko- palcami przejechał po moim tatuażu.
- Dymitr?- zaczęłam, bawiąc się jego włosami.
- Tak Roza?
- Czemu ich nie ściąłeś?
- A powinienem?- zmarszczył brwi, patrząc na mnie dziwnie.
- Nie!- krzyknęłam od razu.- Po prostu ciekawi mnie to.
Strażnik jakby z ulgą opadł na trawę, a ja się pochyliłam nad nim.
- Nigdy wcześniej nie widziałam mężczyzn z długimi włosami. No może czasami Rockmenów i Metalowców. Ale oni mają całe długie, a ty masz takie... w sam raz.
Bielikow zachichotał cicho.
- Nie wiem. Jakoś może mi się nie chciało. Ale też chciałem się wyróżniać.
- Tak. Bo twoja boska uroda i umiejętności nie wystarczyły.-stwierdziłam sarkastycznie.
- Może to taki mały, podświadomy bunt. Może jest za grzeczny.
- To ja też jestem buntowniczką.- przeczesałam dłońmi włosy.
Oboje zachichotaliśmy.
Gdy zaszło słońce, zebraliśmy się do domy, ciepłej się ubrać, a później wróciliśmy na dwór.
- Mamo. Mam kwatka.- Nastka pokazała mi mała stokrotkę.
- Bardzo ładna. A jest ich więcej?
- Tiak.- dziewczynka pokiwała główką.
- To przyniesie ich jak najwięcej, z jak najdłuższymi ogonkami.
Tak też zrobili, a ja zaczęłam robić wianki. Lili mi pomagała, więc szybciej się uporałyśmy. Swoje ozdoby miała już moja córeczka, mąż, Lili, a nawet Felix dał się przekonać. Zaczęłam robić swój, gdy zaczęło robić mi się nie dobrze.
- Mamusiu, cio siem dźieje?- zaniepokoił się brunet.
Ukochany spojrzał na mnie zatroskany. Już chciałam powiedzieć, że nic, ale nadeszła kolejna fala mdłości. Dawno ich nie czułam, ale oznaczały tylko jedno. Bianka niespokojnie podniosła głowę i zaczęła się rozgląda dookoła. Dzieci się bały. Wymieniłam spojrzenia ze strażnikiem, a on mnie zrozumiał od razu. Szybko złapaliśmy maluchy i wbiegliśmy do domu. Zostawiliśmy ich w salonie.
- Zajmij ich czymś.- poleciłam siostrze, biorąc z kredensu sztylet.- Jakby coś się działo, krzycz jak najgłośniej.
Pokiwała głową, wystraszona. Uklękłam przed nią.
- Spokojnie, wszystko będzie dobrze, nie martw się. Nic wam się nie stanie.
Przytuliła mnie.
- Uważajcie na siebie.- poprosiła.
- Będziemy.- uśmiechnęłam się pokrzepiająco, po czym wstałam.- Bianka pilnuj!
Odpowiedziało mi jej szczeknięcie, gdy szłam do ogrodu. To co tam zobaczyłam, przeraziło mnie. Dymitr walczył już z trzema przeciwnikami na raz, a z lasu wychodziły co nowe strzygi. Złapałam połączenie z Lissą.
- Rose, nie pokonanie ich.- szepnęła wystraszona.- Na Dworze nie ma kto wam pomóc.
Szlag! Dzisiaj miała być jakaś akcja. Cholera, to se bestie wybrały moment. Zauważyłam, że jedna ze strzyg chce się dobrać do strażnika od tyłu. O nie. Tak łatwo nie ma. Rzuciłam się na nią i przebiłam od tyłu. Byłam równie zdziwiona co wampir, zaraz przed tym, jak nie padł martwy. Jednocześnie poczułam w sobie nową siłę. I mrok. W końcu mam na czym go porządnie wyżyć. Szybko przybiegłam do męża i ustawiłam się plecami do jego pleców. Walczyłam zaślepiona złością i żądzą krwi. Miałam wrażenie, że mam więcej mroku, niż wcześniej. Lissa. Musiała mnie nim wesprzeć w walce. Przede mną pojawił się potężny dampir, a raczej były dampir, postury Dymitr. Nie będzie łatwo. Podczas walki oberwałam w brzuch i kilka razy w głowę. Jednak Walczyłam mimo mroczek przed oczami. W końcu wygrałam, ale zauważyłam, że oddaliłam się od Rosjanina. W głowie zabrzmiały mi jego słowa z przed roku. "Oni chcą mnie.". Ale go nie dostaną. Byłam bliżej lasu, więc osłabiałam armię dążącą do Bielikowa, ale na długo to nie wystarczy. Z każdą chwilą, między nami pojawiało się więcej potworów. Za późno zdałam sobie sprawę z mojej beznadziejnej pozycji. Trudno jest się bronić przed atakami dwóch strzyg na raz, a co dopiero trzech czy czterech. Miałam coraz więcej krwawiących ran, czerwona ciecz, wypływająca z mojego organizmu, osłabiała mnie. Czarne plamy zasłaniały mi coraz bardziej widok. Byłam przegrana. Jednak strażnik i dzieci mieli szansę. Czyżby o tym mówiła Jewa? Ale miałam oddać życie tylko za Nastkę? Może to było niedopwiedzenie? A czy to ważne? W końcu nie mogłam nawet zobaczyć ukochanego.
- Dymitr, weź dzieci i uciekajcie!- krzyknęłam w amoku.
- Nie zostawię cię!- odpowiedział mi aksamitny głos, z rosyjskim akcentem.- Obiecałem!
- Cholera!- krzyknęłam upadają. Poczułam ból w łydce.- Mnie nie uratujesz. A siebie i dzieci tak. Bielikow, choć raz nie bądź tak honorowy i pomyśl o kimś innym niż ja!- wrzeszczałam, natychmiast wstając.
Byłam mocno ranna i nie mogłam się za długo bronić. Spojrzałam na dom i zobaczyłam go na tarasie. Patrzył na mnie z bólem. Uśmiechnęłam się, chcąc przekazać mu, jak bardzo go kocham. Go i całą naszą rodzinkę. Nagle jakiś wampir mnie popchnął i upadłam. Widziałam jak większość biegnie w stronę domu.
- Biegnij do cholery!- krzyknęłam.
Dymitr ostatni raz spojrzał na mnie i zniknął za drzwiami. Potwory odbiły się od szyby. Kuloodporna. Punkt dla nas. Poczułam ugryzienie w nogę, a później rozchodzącą się po moim ciele falę euforii.
Wybacz Lissa.
I zapadłam w ciemność.
- Dziękuję za wczorajszy dzień.- mruknęłam, leżąc na brzuchu koło ukochanego.- Mam tylko wrażenie, że to za dużo.
Zrobiliśmy sobie piknik w ogrodzie. Dzieci bawiły się na placu zabaw, a my relaksowaliśmy się na trawie. W stroju kąpielowym korzystałam z ostatnich promieni słońca, które postanowiło zostać na trochę dłużej.
- Roza, nie ma czegoś takiego jak "za dużo", jeśli chodzi o odwdzięczenie się, że Cię mam.
- No ale cały dzień spa, później kosmetyczki, fryzjera, a na koniec potulne chodzenie ze mną po sklepach? Gdzie ty znalazłeś na to cierpliwość?- przewróciłam się na plecy, aby ocalić się równomiernie.
- Dla ciebie warto.- Rosjanin położył głowę na moim brzuchu, a ja zapatrzyłam się w jego czekoladowe oczy.- Po za tym, zwróciło mi się to w twoim wieczornym wyglądzie, Różyczko- palcami przejechał po moim tatuażu.
- Dymitr?- zaczęłam, bawiąc się jego włosami.
- Tak Roza?
- Czemu ich nie ściąłeś?
- A powinienem?- zmarszczył brwi, patrząc na mnie dziwnie.
- Nie!- krzyknęłam od razu.- Po prostu ciekawi mnie to.
Strażnik jakby z ulgą opadł na trawę, a ja się pochyliłam nad nim.
- Nigdy wcześniej nie widziałam mężczyzn z długimi włosami. No może czasami Rockmenów i Metalowców. Ale oni mają całe długie, a ty masz takie... w sam raz.
Bielikow zachichotał cicho.
- Nie wiem. Jakoś może mi się nie chciało. Ale też chciałem się wyróżniać.
- Tak. Bo twoja boska uroda i umiejętności nie wystarczyły.-stwierdziłam sarkastycznie.
- Może to taki mały, podświadomy bunt. Może jest za grzeczny.
- To ja też jestem buntowniczką.- przeczesałam dłońmi włosy.
Oboje zachichotaliśmy.
Gdy zaszło słońce, zebraliśmy się do domy, ciepłej się ubrać, a później wróciliśmy na dwór.
- Mamo. Mam kwatka.- Nastka pokazała mi mała stokrotkę.
- Bardzo ładna. A jest ich więcej?
- Tiak.- dziewczynka pokiwała główką.
- To przyniesie ich jak najwięcej, z jak najdłuższymi ogonkami.
Tak też zrobili, a ja zaczęłam robić wianki. Lili mi pomagała, więc szybciej się uporałyśmy. Swoje ozdoby miała już moja córeczka, mąż, Lili, a nawet Felix dał się przekonać. Zaczęłam robić swój, gdy zaczęło robić mi się nie dobrze.
- Mamusiu, cio siem dźieje?- zaniepokoił się brunet.
Ukochany spojrzał na mnie zatroskany. Już chciałam powiedzieć, że nic, ale nadeszła kolejna fala mdłości. Dawno ich nie czułam, ale oznaczały tylko jedno. Bianka niespokojnie podniosła głowę i zaczęła się rozgląda dookoła. Dzieci się bały. Wymieniłam spojrzenia ze strażnikiem, a on mnie zrozumiał od razu. Szybko złapaliśmy maluchy i wbiegliśmy do domu. Zostawiliśmy ich w salonie.
- Zajmij ich czymś.- poleciłam siostrze, biorąc z kredensu sztylet.- Jakby coś się działo, krzycz jak najgłośniej.
Pokiwała głową, wystraszona. Uklękłam przed nią.
- Spokojnie, wszystko będzie dobrze, nie martw się. Nic wam się nie stanie.
Przytuliła mnie.
- Uważajcie na siebie.- poprosiła.
- Będziemy.- uśmiechnęłam się pokrzepiająco, po czym wstałam.- Bianka pilnuj!
Odpowiedziało mi jej szczeknięcie, gdy szłam do ogrodu. To co tam zobaczyłam, przeraziło mnie. Dymitr walczył już z trzema przeciwnikami na raz, a z lasu wychodziły co nowe strzygi. Złapałam połączenie z Lissą.
- Rose, nie pokonanie ich.- szepnęła wystraszona.- Na Dworze nie ma kto wam pomóc.
Szlag! Dzisiaj miała być jakaś akcja. Cholera, to se bestie wybrały moment. Zauważyłam, że jedna ze strzyg chce się dobrać do strażnika od tyłu. O nie. Tak łatwo nie ma. Rzuciłam się na nią i przebiłam od tyłu. Byłam równie zdziwiona co wampir, zaraz przed tym, jak nie padł martwy. Jednocześnie poczułam w sobie nową siłę. I mrok. W końcu mam na czym go porządnie wyżyć. Szybko przybiegłam do męża i ustawiłam się plecami do jego pleców. Walczyłam zaślepiona złością i żądzą krwi. Miałam wrażenie, że mam więcej mroku, niż wcześniej. Lissa. Musiała mnie nim wesprzeć w walce. Przede mną pojawił się potężny dampir, a raczej były dampir, postury Dymitr. Nie będzie łatwo. Podczas walki oberwałam w brzuch i kilka razy w głowę. Jednak Walczyłam mimo mroczek przed oczami. W końcu wygrałam, ale zauważyłam, że oddaliłam się od Rosjanina. W głowie zabrzmiały mi jego słowa z przed roku. "Oni chcą mnie.". Ale go nie dostaną. Byłam bliżej lasu, więc osłabiałam armię dążącą do Bielikowa, ale na długo to nie wystarczy. Z każdą chwilą, między nami pojawiało się więcej potworów. Za późno zdałam sobie sprawę z mojej beznadziejnej pozycji. Trudno jest się bronić przed atakami dwóch strzyg na raz, a co dopiero trzech czy czterech. Miałam coraz więcej krwawiących ran, czerwona ciecz, wypływająca z mojego organizmu, osłabiała mnie. Czarne plamy zasłaniały mi coraz bardziej widok. Byłam przegrana. Jednak strażnik i dzieci mieli szansę. Czyżby o tym mówiła Jewa? Ale miałam oddać życie tylko za Nastkę? Może to było niedopwiedzenie? A czy to ważne? W końcu nie mogłam nawet zobaczyć ukochanego.
- Dymitr, weź dzieci i uciekajcie!- krzyknęłam w amoku.
- Nie zostawię cię!- odpowiedział mi aksamitny głos, z rosyjskim akcentem.- Obiecałem!
- Cholera!- krzyknęłam upadają. Poczułam ból w łydce.- Mnie nie uratujesz. A siebie i dzieci tak. Bielikow, choć raz nie bądź tak honorowy i pomyśl o kimś innym niż ja!- wrzeszczałam, natychmiast wstając.
Byłam mocno ranna i nie mogłam się za długo bronić. Spojrzałam na dom i zobaczyłam go na tarasie. Patrzył na mnie z bólem. Uśmiechnęłam się, chcąc przekazać mu, jak bardzo go kocham. Go i całą naszą rodzinkę. Nagle jakiś wampir mnie popchnął i upadłam. Widziałam jak większość biegnie w stronę domu.
- Biegnij do cholery!- krzyknęłam.
Dymitr ostatni raz spojrzał na mnie i zniknął za drzwiami. Potwory odbiły się od szyby. Kuloodporna. Punkt dla nas. Poczułam ugryzienie w nogę, a później rozchodzącą się po moim ciele falę euforii.
Wybacz Lissa.
I zapadłam w ciemność.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
poniedziałek, 30 stycznia 2017
ROZDZIAŁ 372
Lissa zablokowała więź, co mnie dodatkowo zmartwiło. I tym samym zmusiło do samodzielnych poszukiwań. W sali tronowej nikogo nie było, ani w pokoju delegacyjnym, więc poszliśmy do ich komnaty. Przy drzwiach stali wszyscy jej dzisiejsi strażnicy, czyli, że żaden nie jest w środku. Już kilka metrów od pokoju było słychać krzyki. Chciałam już otworzyć drzwi, ale drogę zagroził mi Zack.
- Lord Ozera prosił, aby nie wchodził.- spojrzał na mnie przepraszająco.
- Właśnie dlatego tam wejdę.- już bez problemów pchnęłam drewno, wpadając do środka.
Przeraziłam się. Lissa siedziała wystraszona na łóżku, a Christian krzyczał na nią, rzucając różnymi przedmiotami. Dookoła leżały kawałki szkła, porcelany zdeptane kwiaty, zbite doniczki. Gdy tylko weszłam, oboje spojrzeli na mnie, Ozera ze złością, a królowa z nadzieją. Szybko przygwoździłam moroja do ściany.
- Puść mnie!- szarpał się.
- Nie, dopóki się nie uspokoisz.
- Jak mam być spokojny, do kurwy nędzy! Czy ty wiesz, co ona przede mną ukryta?- wychylił się przez moje ramię, rzucając mordercze spojrzenie na wystraszoną żonę. Poczułam fale strachu od przyjaciółki.
- Ale krzyk nic nie pomoże. Nie widzisz, że ona się ciebie boi?
- Ty nic nie rozumie...- nagle zesztywniał.- Czekaj. Ty wiesz?! Kto jeszcze? Proszę! Kurwa, ale ja jestem naiwny.
Obok nas pojawił się mój mąż. Złapał go i lekko mnie odsunął.
- Chodźmy się przewietrzyć.- powiedział spokojnie, ciągnąc go za ramię.
- Dobra.- wyrwał mu się i sam ruszył do drzwi.
Usiadłam koło przyjaciółki. W progu chłopak jeszcze się odwrócił, patrząc na Lissę z gniewem i otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale ostatecznie machnął ręką i wyszedł. Gdy tylko drzwi się zamknęły za naszymi panami, morojka wybuchła płaczem.
- Już, ciii... spokojnie, przejdzie mu.- zapewniłam, tuląc ją do siebie.
Do pokoju wpadło dwóch strażników, ale pokazałam dłonią, żeby nie przeszkadzali. Wyszli cicho.
- On mi tego nigdy nie wybaczy.- szlochała.
- Na pewno wybaczy. Uwierz mi, jeszcze wszystko będzie dobrze.
- Skąd...- pociągnęła nosem.- skąd wiesz?
- Ja z Dymitrem też się często kłócimy.
- Ale....ale nig...nigdy nie ukryłaś przed...przed nim faktu..., że jego ciocia żyyyyjjjjeee...- zaniosła się większym płaczem.
- Ale zataiłam kilka rzeczy, zagrażających mojemu życiu, a nawet dzieci, gdy byłam w ciąży. A on mi to wybaczył, bo mnie kocha. I Christian też Cię Kocha. Dlatego się pogodzicie.
- Myślisz?- spojrzała na mnie z nadzieją, przełykając łzy.
- No pewnie. Przecież nie zostawi cię za taką błachostkę.
- A jeśli zażąda rozwodu? I stracę go przez taką głupotę?- zaczęła histeryzować.
- Uspokój się. Nic takiego nie będzie miało miejsca. Dymitr z nim pogada, ochłonie, może będzie trochę zły, ale mu przejdzie. Nie zostawi ani ciebie, ani waszej kruszynki.
- Już nie takiej kruszynki.- wymusiła uśmiech.
- No widzisz, o wiele lepiej. A teraz idź się ogarnij, zajmij czymś myśli i nie martw się.- uścisnęłam jej dłonie, z pocieszającym uśmiechem.
- Masz rację. Jesteś najlepszą siostrę, jaką mogę mieć. Kocham Cię.
- Ja ciebie też. To teraz idę, jakby wrócił mój mąż, powiedz, że jestem w naszym parku.
- Dobrze. To do zobaczenia jutro na warcie.- przytuliła mnie.
- Pa.
Wyszłam z komnaty i zabrałam dzieci strażnikom.
- Dzięki.- zaczęłam się rozglądać.- A gdzie Lili?
- Poszła do Bielikowów.-oznajmił Leo.
No dobra. Wzruszyłam ramionami i poszłam do parku Anastazji wielkiej. Usiadłam na ławce i patrzyłam jak dzieciaki biegają dookoła, ciekawe świata.
- Tylko uważajcie!- ostrzegam, gdy zbliżyły się do strumyka.
DYMITR
Wyprowadziłem młodego Ozerę na zewnątrz. Przez chwilę szliśmy w ciszy, zbierając myśli.
- Od jak dawna wiecie?- odezwał się w końcu Christian.
- To dość skomplikowane.- podrapałem się po karku.- Zacznijmy od początku. Myśleliśmy, że Tasza nie żyje, ale zaatakowała Rose w śnie. To wtedy powiedziałem wam o zaręczynach i jej ciąży.
- Ale jak?- zdziwił się moroj.
- Sprzymierzyła się z Doru, bo była zazdrosna o Rose. Zrobili to wchodząc do jej snu. Jeszcze podczas pobytu w Bai chcieli mnie zabić.
Chłopak wystraszył się.
- Nie wierzę, że ona jest zdolna do tego. Myślałem, że choć w niej znajdę porządnego członka rodziny.- mruknął ze zwieszoną głową, kopiąc pobliski kamyk.
Nie powiem, współczuję mu. Patrząc na nich wszystkich... Ja miałem normalną rodzinę... no może nie normalną, ale szczęśliwą. Niczego nigdy mi nie brakowało, ani nie odczułem w dzieciństwie krzywdy, czy świadomości, kim kiedyś będę. Żyłem szczęśliwie i beztrosko. A inni? Większość dzieci strażników nie miała takiego szczęścia. Wychowywali się jak Roza. To dampiry. Moroje mieli lepsze życie, ale Christian nie. Najpierw jego rodzice są strzygami, a później ciotka królobójczynią i niedoszłą morderczynią.
- Co było dalej?- spytał bez przekonania.
- Zabiłem ją trzy dni przed ślubem. Kiedy Rose ze mną "Zerwała" opracowaliśmy na nią zasadzkę.
- I tak po prostu ją zabiłeś?- patrzył na mnie z niedowierzaniem.
- Uwierz mi, to nie było takie proste. Ale byłem zły, że ciągle krzywdzi Rozę. Gdyby ktoś chciał zabić Lissę, sam byś tego kogoś zabił.
Moroj przyznał mi rację.
- Kontynuując. W lutym tamtego roku dostaliśmy tajemnicze zaproszenie. Okazało się, że Robert ożywił Taszę i byli połączeni pocałunkiem cienia. Jednak jego szaleństwo było dla niej nie do wytrzymania i chciała pomóc nam go zabić. Później słuch po niej zaginął. Ale jak dobrze ją znasz, nie na długo.
Chłopak uśmiechnął się.
- We wrześniu przyjechała do nad ze swoim obecnym narzeczonym.
- Nawet nie wiedziałem, że ma chłopaka i syna. Mi nie przyjechała się pochwalić.
- Nie miała się czym chwalić.- rzuciłem gorzko.- To nie dziecko Paula. Została zgwałcona.
Ozera przystanął w pół kroku.
- Ja...jak to?- ze zdziwienia otworzył usta i oczy.
- Tak to.- wzruszyłem ramionami ze złością.- Mozna nawet powiedzieć, że to dziecko łączy nasze rodziny.- jednak szyki dodałem, wiedząc, że mógł to opacznie zrozumieć.- Twój kuzyn jest moim bratem.
- Randall! Zabiję gnoja.- po chwili się opamiętał.- Wybacz stary.
- Nie szkodzi.- machnąłem ręką.- Od dawna nie jest moim ojcem i mam zamiar własnoręcznie go udusić. Ale nigdzie nie można go znaleźć.
- Kolejny Doru?- chłopak przewrócił oczami, na co się uśmiechnąłem.
- Miejmy nadzieję, że nie. A teraz wracajmy do pań. I nie bądź zły na Lissę. Chciała dobrze.- położyłem mu dłoń na ramieniu.
- Wiem.- moroj przetarł twarz dłońmi.-I nawet już nie jestem. Nie umiem się na nią długo gniewać.- uśmiechnął się.
- Wiem, co czujesz.- pomyślałem o Rozie.
I właśnie wtedy zauważyłem ją siedząca na ławce i nasze dzieci obok strumyka.
- To ja lecę.- pomachałem do niego.
- Pa.- odpowiedział i tyle go widzieli.
Podszedłem do mojej żony od tyłu i zakryłem jej oczy. Od razu się uśmiechnęła, więc i ja nie mogłem powstrzymać uśmiechu.
- Woda kolońska.- oznajmiła, na co zakląłem.
Uśmiechnęła się szerzej. Niech ma tą satysfakcję. Usiadłem obok niej i ją objąłem ramieniem. Przelotne się pocałowaliśmy w usta.
- Jak tam rozmowa?- spytała.
- Dobrze, a twoja?
- Też dobrze.
- To wracamy?- teraz to ja przerwałem ciszę.
- Okey. Tylko pożegnamy się z twoją rodziną i możemy ruszać.
A no, dzisiaj wyjeżdżają. Dlatego i tak i tak chcieliśmy jechać na Dwór.
- Lord Ozera prosił, aby nie wchodził.- spojrzał na mnie przepraszająco.
- Właśnie dlatego tam wejdę.- już bez problemów pchnęłam drewno, wpadając do środka.
Przeraziłam się. Lissa siedziała wystraszona na łóżku, a Christian krzyczał na nią, rzucając różnymi przedmiotami. Dookoła leżały kawałki szkła, porcelany zdeptane kwiaty, zbite doniczki. Gdy tylko weszłam, oboje spojrzeli na mnie, Ozera ze złością, a królowa z nadzieją. Szybko przygwoździłam moroja do ściany.
- Puść mnie!- szarpał się.
- Nie, dopóki się nie uspokoisz.
- Jak mam być spokojny, do kurwy nędzy! Czy ty wiesz, co ona przede mną ukryta?- wychylił się przez moje ramię, rzucając mordercze spojrzenie na wystraszoną żonę. Poczułam fale strachu od przyjaciółki.
- Ale krzyk nic nie pomoże. Nie widzisz, że ona się ciebie boi?
- Ty nic nie rozumie...- nagle zesztywniał.- Czekaj. Ty wiesz?! Kto jeszcze? Proszę! Kurwa, ale ja jestem naiwny.
Obok nas pojawił się mój mąż. Złapał go i lekko mnie odsunął.
- Chodźmy się przewietrzyć.- powiedział spokojnie, ciągnąc go za ramię.
- Dobra.- wyrwał mu się i sam ruszył do drzwi.
Usiadłam koło przyjaciółki. W progu chłopak jeszcze się odwrócił, patrząc na Lissę z gniewem i otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale ostatecznie machnął ręką i wyszedł. Gdy tylko drzwi się zamknęły za naszymi panami, morojka wybuchła płaczem.
- Już, ciii... spokojnie, przejdzie mu.- zapewniłam, tuląc ją do siebie.
Do pokoju wpadło dwóch strażników, ale pokazałam dłonią, żeby nie przeszkadzali. Wyszli cicho.
- On mi tego nigdy nie wybaczy.- szlochała.
- Na pewno wybaczy. Uwierz mi, jeszcze wszystko będzie dobrze.
- Skąd...- pociągnęła nosem.- skąd wiesz?
- Ja z Dymitrem też się często kłócimy.
- Ale....ale nig...nigdy nie ukryłaś przed...przed nim faktu..., że jego ciocia żyyyyjjjjeee...- zaniosła się większym płaczem.
- Ale zataiłam kilka rzeczy, zagrażających mojemu życiu, a nawet dzieci, gdy byłam w ciąży. A on mi to wybaczył, bo mnie kocha. I Christian też Cię Kocha. Dlatego się pogodzicie.
- Myślisz?- spojrzała na mnie z nadzieją, przełykając łzy.
- No pewnie. Przecież nie zostawi cię za taką błachostkę.
- A jeśli zażąda rozwodu? I stracę go przez taką głupotę?- zaczęła histeryzować.
- Uspokój się. Nic takiego nie będzie miało miejsca. Dymitr z nim pogada, ochłonie, może będzie trochę zły, ale mu przejdzie. Nie zostawi ani ciebie, ani waszej kruszynki.
- Już nie takiej kruszynki.- wymusiła uśmiech.
- No widzisz, o wiele lepiej. A teraz idź się ogarnij, zajmij czymś myśli i nie martw się.- uścisnęłam jej dłonie, z pocieszającym uśmiechem.
- Masz rację. Jesteś najlepszą siostrę, jaką mogę mieć. Kocham Cię.
- Ja ciebie też. To teraz idę, jakby wrócił mój mąż, powiedz, że jestem w naszym parku.
- Dobrze. To do zobaczenia jutro na warcie.- przytuliła mnie.
- Pa.
Wyszłam z komnaty i zabrałam dzieci strażnikom.
- Dzięki.- zaczęłam się rozglądać.- A gdzie Lili?
- Poszła do Bielikowów.-oznajmił Leo.
No dobra. Wzruszyłam ramionami i poszłam do parku Anastazji wielkiej. Usiadłam na ławce i patrzyłam jak dzieciaki biegają dookoła, ciekawe świata.
- Tylko uważajcie!- ostrzegam, gdy zbliżyły się do strumyka.
DYMITR
Wyprowadziłem młodego Ozerę na zewnątrz. Przez chwilę szliśmy w ciszy, zbierając myśli.
- Od jak dawna wiecie?- odezwał się w końcu Christian.
- To dość skomplikowane.- podrapałem się po karku.- Zacznijmy od początku. Myśleliśmy, że Tasza nie żyje, ale zaatakowała Rose w śnie. To wtedy powiedziałem wam o zaręczynach i jej ciąży.
- Ale jak?- zdziwił się moroj.
- Sprzymierzyła się z Doru, bo była zazdrosna o Rose. Zrobili to wchodząc do jej snu. Jeszcze podczas pobytu w Bai chcieli mnie zabić.
Chłopak wystraszył się.
- Nie wierzę, że ona jest zdolna do tego. Myślałem, że choć w niej znajdę porządnego członka rodziny.- mruknął ze zwieszoną głową, kopiąc pobliski kamyk.
Nie powiem, współczuję mu. Patrząc na nich wszystkich... Ja miałem normalną rodzinę... no może nie normalną, ale szczęśliwą. Niczego nigdy mi nie brakowało, ani nie odczułem w dzieciństwie krzywdy, czy świadomości, kim kiedyś będę. Żyłem szczęśliwie i beztrosko. A inni? Większość dzieci strażników nie miała takiego szczęścia. Wychowywali się jak Roza. To dampiry. Moroje mieli lepsze życie, ale Christian nie. Najpierw jego rodzice są strzygami, a później ciotka królobójczynią i niedoszłą morderczynią.
- Co było dalej?- spytał bez przekonania.
- Zabiłem ją trzy dni przed ślubem. Kiedy Rose ze mną "Zerwała" opracowaliśmy na nią zasadzkę.
- I tak po prostu ją zabiłeś?- patrzył na mnie z niedowierzaniem.
- Uwierz mi, to nie było takie proste. Ale byłem zły, że ciągle krzywdzi Rozę. Gdyby ktoś chciał zabić Lissę, sam byś tego kogoś zabił.
Moroj przyznał mi rację.
- Kontynuując. W lutym tamtego roku dostaliśmy tajemnicze zaproszenie. Okazało się, że Robert ożywił Taszę i byli połączeni pocałunkiem cienia. Jednak jego szaleństwo było dla niej nie do wytrzymania i chciała pomóc nam go zabić. Później słuch po niej zaginął. Ale jak dobrze ją znasz, nie na długo.
Chłopak uśmiechnął się.
- We wrześniu przyjechała do nad ze swoim obecnym narzeczonym.
- Nawet nie wiedziałem, że ma chłopaka i syna. Mi nie przyjechała się pochwalić.
- Nie miała się czym chwalić.- rzuciłem gorzko.- To nie dziecko Paula. Została zgwałcona.
Ozera przystanął w pół kroku.
- Ja...jak to?- ze zdziwienia otworzył usta i oczy.
- Tak to.- wzruszyłem ramionami ze złością.- Mozna nawet powiedzieć, że to dziecko łączy nasze rodziny.- jednak szyki dodałem, wiedząc, że mógł to opacznie zrozumieć.- Twój kuzyn jest moim bratem.
- Randall! Zabiję gnoja.- po chwili się opamiętał.- Wybacz stary.
- Nie szkodzi.- machnąłem ręką.- Od dawna nie jest moim ojcem i mam zamiar własnoręcznie go udusić. Ale nigdzie nie można go znaleźć.
- Kolejny Doru?- chłopak przewrócił oczami, na co się uśmiechnąłem.
- Miejmy nadzieję, że nie. A teraz wracajmy do pań. I nie bądź zły na Lissę. Chciała dobrze.- położyłem mu dłoń na ramieniu.
- Wiem.- moroj przetarł twarz dłońmi.-I nawet już nie jestem. Nie umiem się na nią długo gniewać.- uśmiechnął się.
- Wiem, co czujesz.- pomyślałem o Rozie.
I właśnie wtedy zauważyłem ją siedząca na ławce i nasze dzieci obok strumyka.
- To ja lecę.- pomachałem do niego.
- Pa.- odpowiedział i tyle go widzieli.
Podszedłem do mojej żony od tyłu i zakryłem jej oczy. Od razu się uśmiechnęła, więc i ja nie mogłem powstrzymać uśmiechu.
- Woda kolońska.- oznajmiła, na co zakląłem.
Uśmiechnęła się szerzej. Niech ma tą satysfakcję. Usiadłem obok niej i ją objąłem ramieniem. Przelotne się pocałowaliśmy w usta.
- Jak tam rozmowa?- spytała.
- Dobrze, a twoja?
- Też dobrze.
- To wracamy?- teraz to ja przerwałem ciszę.
- Okey. Tylko pożegnamy się z twoją rodziną i możemy ruszać.
A no, dzisiaj wyjeżdżają. Dlatego i tak i tak chcieliśmy jechać na Dwór.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
Subskrybuj:
Posty (Atom)