czwartek, 2 lutego 2017

ROZDZIAŁ 376

Przekazaliśmy to reszcie. Jill szybko wróciła, odprowadzona z Eddym do komnaty, osłabiona wydarzeniami. Przez całą drogę biedna biadoliła, że Rose tyle dla niej zrobiła, a ta jej nie może pomóc. To prawda, Roza pomogła wielu osobą.
- To co teraz?- spytał Ozera.
Ja przez cały czas siedziałem skulony pod ścianą i wszystkiemu się przysłuchiwałem. Jednak w środku byłem zupełnie pusty. Tak, chciałem by została strzygą, żeby ją odmienić, ale w tej chwili to mnie wcale nie cieszyło. Ona jest taka piękna i dobra, zawsze chętna do pomocy. A teraz... będzie zabijać niewinnych dla krwi. Nie obwiniam jej, a jedynie boję się o nią. Co będzie z jej psychiką, gdy ją uratujemy? Czy wcześniej ktoś jej nie pokona. A jeśli będzie trzymana przez kolejne miesiące, albo lata, bez najmniejszej wiadomości. Ona wiedziała gdzie mnie szukać, a ja? Moja ukochana może być wszędzie. Co ja teraz zrobię bez niej? Co powiem dzieciom? Jak sobie poradzę? Jest moim światem. Czym będzie świat bez niej. Jak wielka szara plama, której jej śmiech nadaje barw. A miała wielkie plany. Chciała mieć kolejne dzieci. Dałbym je jej z największą przyjemnością. A teraz... nie wiem gdzie jest, ani jak ją znaleźć.
- Musimy czekać na ich ruch.- odpowiedziała Janine.- A później ją odmienimy.
- Nie wiem, czy dam radę.- zmieszał się Iwaszkow, a ja dostałem olśnienia.
- On ma ją odmienić?!- podniosłem się gwałtownie, wskazując oskarżycielsko na Adriana.
Nie mogę na to pozwolić. Wiem co czuje odmieniona strzyga, względem moroja, który ją odmienił. Dał jej szansę na nowe życie, lepszą przyszłość i odkupienie win. Jest mu wdzięczna za ratunek i KOCHA, może i rodzicielską miłością, ale zawsze to MIŁOŚĆ. Nie pozwolę, aby to uczucie łączyło Rozę z jej byłym. Nawet jeśli on ma żonę. To że nasze relacje się poprawiły, nie znaczy, że nie jestem zazdrosny. Tak. Ja Dymitr Bielikow jestem zazdrosny. Ale o taką kobietę, nie być to jak obraza.
- A masz jakiś inny pomysł?- moroj rzucił mi wzywające spojrzenie.
- Sonia Karp.- skrzyżowałem ręce na piersi, opierając się o ścianę.
- Przecież nie będziemy jej męczyć, gdy ma nową funkcję w Akademii i dzieci na wychowaniu.- zauważył Christian.
- On też ma dziecko.- zauważyłem.
- Ale jest z nami na miejscu. Bielikow, pogódź się z tym, że to ja ocalę Rose. To jedyny sposób.
- Więc ja będę uczył cię wbijać sztylet w serce strzygi.- postawiłem warunek.
Wszyscy się zgodzili i wróciliśmy do pokoi. Pierwsze co zrobiłem, to położyłem się na łóżku przy dzieciach i zasnąłem natychmiastowo.
***
Już minął miesiąc od jej przemiany i nic. Ja nie wytrzymam długo. Tęsknię za jej uśmiechem, droczeniem się ze mną, poczuciem humoru i tym, że wszędzie było jej pełno. To okropne. Życie bez niej jest takie puste i bez znaczenia. Codziennie rano, budząc się, szukam ręką jej drobnego ciała i co czuję? Pieprzoną pustkę na łóżku i w sercu. Strzygi wydarły w nim dziurę, którą tylko ona jest w stanie zasklepić. Co do stanu królowej nic się nie zmieniło, a o jej nie dyspozycji wie tylko rada królewska i nasze skromne grono.
- Strażniku Bielikow.- do ławki podbiegł młody chłopak.- Wszędzie strażnika szukam.
- Coś się stało, Alwin?- spytałem obojętnie.
Starałem się nie pokazać, jak każde wspomnienie mnie boli. Tym razem wybrałem inną strategię. Zamiast upić się w trupa i zapomnieć, odużam się jak największą liczbą wspomnień, aby o niej pamiętać i myśleć, co trudne nie jest. Dlatego codziennie na prawie cały dzień zaszywam się w NASZYM parku, na NASZEJ ławce i wspominam.
- Ktoś dostarczył strażnikom przy bramie list do strażnika.- podał mi kopertę.
Cholera! Zacząłem się uśmiechać jak głupi go sera. To staranne, lekko pochyłe i pełne zawijasów pismo należało do jednej jedynej osoby na świecie. Potwierdzał to zapach perfum mojej strojnisi. Ze szczęścia uścisnąłem zdezorientowanego dampira i pobiegłem do domu. Bez zabawy w szukanie noża do listów, rozciąłem sztyletem kopertę i wyciągnąłem różowy papier. Położyłem go ostrożnie na biurku, włączyłem światło, po czym zanurzyłem się w lekturze.

Drogi Towarzyszu,
Mam nadzieję, że czekasz na to spotkanie równie niecierpliwie jak ja. Ale już wkrótce skończy się nasze cierpienie. Spotkajmy się jutro o północy nad jeziorem, tym gdzie jeździliśmy na rowerach. Masz być sam. Chętnie zobaczyłabym też nasze dzieci, ale one jeszcze nie są gotowe. Ale ty masz doświadczenie, jakiego nam potrzeba. Czekam na ciebie i liczę na twój honor. To będziemy tylko ja i ty. Zobaczymy, kto tym razem wygra.
Z wyrazami miłości,
Roza.

Czekałem długo na jej ruch i w końcu go mam.
- Już niedługo będziemy razem skarbie.- mruknąłem do siebie.
Nagle usłyszałem za sobą trzask drzwi i obok mnie pojawiły się bliźniaki.
- Tata.- zawołały, opierając się rękoma o fotel.
Wziąłem księżniczkę na ręce i zacząłem nią z nią kręcić wokół własnej osi, po czym opadłem z nią na kanapę. Dziewczynka śmiała się na moim brzuchu. Zaraz wspiął się na mnie również Felix.
- Cześć Lili.- uśmiechnąłem się do młodej znad małych główek dzieciaków.
- Hej.- odpowiedziała posępnie i przyjrzała mi się nieufnie.
- Kedy wlóći mama?- spytał synek.
- Niedługo, na pewno niedługo.- zapewniłem całując oboje w czoła.
Moja szwagierka miała wypisane niedowierzanie na twarzy. Wskazałem jej list na biurku. Dziewczynka sciągnęła tornister i zaczęła czytać, podczas gdy ja bawiłem się z naszymi skarbami.
- Zamierzasz tam iść?- spytała zdziwiona i wystraszona.
- Tak.- odpowiedziałem podrzucając brzdące.
- Sam?!- wytrzeszczyła oczy.
- Oczywiście, że nie.- usiadłem sadzając obok bliźniaki.- zaraz po obiedzie pójdę zanieść to Christianowi. Głupi nie jestem.- połaskotałem Felixa w brzuszek, na co się oboje odnośnie zaśmiali.
- Czyli, że jutro Rose będzie w domu?- ucieszyła się.
- Nie wiem, czy od razu będzie gotowa. Pamiętasz jak ci opowiadaliśmy, co było ze mną po odmianie.
- Ale ona nas nie zostawi?- spytała przestraszona.
- Nie odpuszczę do tego. Ale może nas nie być kilka dni.
Po obiedzie Lili miała odrobić lekcje, a później mogła wyjść do znajomych. Ja zabrałem dzieci do Rosalie, Alice i Asha- syna młodych Iwaszkowów, pod opieką Vanessy w pokoju dziecięcym. Sam pokazałem Christianowi list.
- Czas się szykować do starcia.- oznajmił i posłał po resztę.

ROZDZIAŁ 375

Po kolejnych godzinach wiercenia się w końcu zasnąłem. Obudziło mnie stukanie, a raczej walenie w drzwi. Spojrzałem na wyświetlacz telefonu. 4:30. Spałem z dwie godziny co się ma mnie odbije. Przetarłem oczy i rozejrzałem się dookoła, nie di końca wiedząc, gdzie jestem. I nagle wspomnienia wczorajszego dnia przygniotły mnie, odbierając mi zdolność jakiegokolwiek poruszenia się, a z oczu zaczęły mi lecieć łzy.
- Co się dzieje?- zapytała ospałym głosem Lili, lekko się podnosząc.
- Nic.- starałem się brzmieć pewnie.- Śpij spokojnie, a ja sprawdzę kto to.
Dziewczynka od razu opadła na poduszkę. Przetarłem twarz dłońmi i wstałem. Walenie nie ustawało.
- Idę, już idę.- zakomunikowałem, zakładając spodnie dresowe i pierwszą lepszą bluzkę, którą znalazłem.
Nareszcie zrobiło się cicho. Ucałowałem czoła trójki dzieci i otworzyłem drzwi. Za nimi stał Iwaszkow. Wyglądał na dość zdenerwowanego.
- Coś się stało, że dobijasz się o wpół do 5?- spytałem.
- Nie, po prostu tak se szukam w pierwsze napotkane drzwi, bo mi się nudzi.- mruknął zniecierpliwiony.
Jednak ja nie skomentowałem tego, tylko czekałem na ciąg dalszy z podniesionymi brwiami.
- Eh... królowa cię wzywa.- przeszedł do sedna sprawy.
Niepewnie obejrzałem się za siebie.
- To powiedz, że zaraz będę.- i nie czekając na odpowiedź, zamknąłem mu drzwi.
Może nie zachowałem się za bardzo kulturalnie, no ale spałem dwie godziny, a wcześniej porwali moją Różyczkę. To nie tak, że nie lubię Adriana, bo po jego ślubie zaczęliśmy się dogadywać. Przebrałem się w zwykłe, ciemne spodnie, napisałem Lili, gdzie jestem, żeby się nie martwiła, gdy się przebudzeniu, wziąłem prochowiec i oblawszy twarz kilka razy wodą, aby zmyć z siebie zmęczenie, wyszedłem. U królowej byłem pięć minut później. Co mnie zdziwiło, ona sama spała, a w komnacie, oprócz mojego dotychczasowego podopiecznego (bo na nieobecność Rozy przejdę opiekę nad Lissą, tak jak zawsze moja ukochana chciała.), byli również Sydney, Jill, Eddy, Mason i Mia.
- Nie najlepiej stary wyglądasz.- stwierdził zatroskany rudzielec.
- Dzięki.- rzuciłem sarkastycznie.- A co tu się dzieje?
- Musimy zaczekać ma resztę.
Zastanawiałem się, jaką resztę, gdy do komnaty wpadło małżeństwo Mazur, z Adrianem, zamykającym pochód. Abe od razu się na mnie rzucił.
- Jak mogłeś zostawić naszą córkę tam samą?!- wrzeszczał na mnie.- To przez ciebie. To twoja wina...
- Proszę pana o zachowanie spokoju, bo wezwę strażników.- powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu Ozera.
Ojciec Rozy mruknął coś w stylu "To nie będzie konieczne" i stanął pod ścianą, mierząc mnie morderczym spojrzeniem. Nie do końca kontaktowałem podczas jego "ataku", bo nie oszukujmy się, w najlepszej formie nie jestem.  Dopiero teraz zaczęło do mnie docierać, co się stało. Miał rację. To moja wina. Jako mąż  zapewnić jej dostatek i bezpieczeństwo. A tym czasem jest nie wiadomo gdzie i w jakim stanie zdrowia. Może ją torturują, żeby wyciągnąć jakieś informacje. A jeśli się nie podda i ją... Nawet nie umiałem o tym myśleć.
- Wszyscy z was wiedzą w jakiej jesteśmy sytuacji. To nie wina Dymitra, bo gdyby Rose nie kazała mu ratować dzieci, zapewne zostałby tam i został pokonany tak jak ona, a z dziećmi nie wiadomo co by się stało, więc niech pan się cieszy, bo dzięki niemu zostały panu wnuki, druga córka i szansa na uratowanie pierwszej.- zmierzyć mojego szwagra ostrym spojrzeniem.powiem był
Ten się nawet nie poruszył, ale przestał zabijać mnie wzrokiem.
- I tu mamy problem. Liss jako jedyna mogła wiedzieć, co się z nią dzieje. Ale teraz za dużo nam nie powie.
- J... jak to?- zająknęła się wystraszona Jill, wtulając się mocniej w Eddiego.- czy ona...
Krew odpłynęła mi z twarzy.
- Spokojnie, żyję.- wszyscy odetchnęli z ulgą.- Obudził mnie huk. zauważyłem, że w łazience świeci się światło, i tam znalazłem ją nieprzytomną. Mam przypuszczenia, że to może mieć coś wspólnego z pocałunkiem cieni.
- Myślisz...- przeraziłem się.
- Nie.- zaprzeczył szybko Adrian.- Gdyby Rose umarła, Lissa by tylko to odczuła. Jak przy zerwaniu więzi. Robert żył po śmierci naznaczonego jego pocałunkiem cienia.
- To co to może oznaczać?- Abe zadał pytanie, które męczyło nas wszystkich.
W pokoju zapanowała cisza. Po kilku minutach ją przerwałem.
- Kiedyś Rose powiedziała mi, jak się dowiedziała, że zostałem strzygą...- zacząłem.
- Sugerujesz, że nasza córka stała się potworem?- przerwał mi wściekły Abe.
- Wszystko mogło się wydarzyć i to już nie zależy od żadnego z nas.- zauważyłem.
Mój teść chciał już coś odpowiedzieć, ale powstrzymała go Janine.
- Panie Mazur,- wtrącił się Ozera.- każdego z nas boleśnie dotknęła strata Rose, każdemu była bliska. Ale nie czas szukać winnych i wyżywać się na Dymitrze, ponieważ on najbardziej to przeżył. Widział na oczy porwanie przez strzygi swojej żony i matki jego dzieci. Teraz powinniśmy się skupić na tym, jak ją odzyskać. Możemy?- Abe nic nie odpowiedział nadąsany.- Dziękuję. Dymitr?
- Wracając. Rose mówiła, że pobiegła za osłony i spytała ducha, który wtedy ją ostrzegał przed atakiem. My też możemy się dowiedzieć w taki sposób, co jest z Rose teraz.
Wszyscy spojrzeli na Jill. Ta lekko się wystraszyła. Eddy dla otuchy złapał ją za rękę.
- Spokojnie, jestem z tobą. Nie pozwolę cię skrzywdzić.- ucałował jej dłoń.
Ile bym teraz dał, żeby Roza była ze mną. Bym mógł ją przytulić, pocałować. Ale wtedy nie musielibyśmy siedzieć tutaj i to przeżywać. Słodko byśmy spali pod kołdrą, mocno przytuleni do siebie. Cholernie się o nią boję. Bo co ja zrobię w życiu bez niej. Na niczym nie mogę się skupić, wciąż myśląc o niej.
- Jest słońce, więc lepiej jak pójdzicie teraz.- zauważył Mason.
Oboje kiwnęli głowami i wyszli. Chciałem z resztą na nich poczekać, ale sekundy ciągnęły mi się w nieskończoność. Nie wytrzymałem i wybiegłem z komnaty, ignorując zdziwione spojrzenia. Dogoniłem parę na schodach.
- Mogę iść z wami?- poprosiłem.
- Jasne.
Wyszliśmy z pałacu na pełne słońce i skierowaliśmy się do b Jill szła dzielnie, chodź oboje z Eddym wiedzieliśmy, że się męczy. W połowie drogi zdjąłem swój prochowiec i podałem dziewczynie, aby się okryła. Była drobnej postawy, więc mój płaszcz dokładnie okrył jej ciało. Posłał mi wdzięczne spojrzenie, a ja się delikatnie uśmiechnąłem. Dziesięć minut później byliśmy pod bramą. Morojka wzięła głęboki oddech i przekroczyła granicę. Przeszliśmy jak najdalej od strażników. Następny oddech i dziewczyna chyba zdjęła osłony. Nie wiem. Nagle krzyknęła, upadając na kolana. Wystraszeni przykucnęliśmy przy niej. Pamiętam jak Roza się z tym męczyła. Strasznie się wtedy o nią bałem, bo nie wiedziałem, co się dzieje.
- Odejdźcie!- krzyknęła, a z jej twarzy znikł ból, a pojawiła się ulga.- Niech zostanie ten, kto może nam pomóc.
Wstała powoli i wzięła kilka głębokich oddechów.
- Czy Rose żyje?- spytała przestrzeń przed sobą.
Nagle zbladła, co mi się nie podobała. Przecież nie zareagowała by tak, gdyby usłyszała twierdzącą odpowiedz. Gdy to do mnie dotarło, poczułem ucisk w klatce piersiowej. Ona nie żyje?! Znowu. Ale jeśli teraz umarła ostatni raz. Nie! To nie może być prawda. Zrobiło mi się duszno i czułem, że nie mogę oddychać.
- Czy ona nie żyje?- spytała księżniczka i jeszcze bardziej zbladła.
- Cz...czy zosta...została...- zaczęła się trząść.- została... strzygą.
Ostatnie słowa ledwo wyszeptała, a po jej policzkach zaczęły lecieć łzy. Eddy przytulił ją, a ona ukryła twarz w jego piersi, zalewając koszulkę bruneta łzami. A ja wiedziałem co to oznacza.
Moja kochana Różyczka stała się krwiożerczą bestiom.

wtorek, 31 stycznia 2017

ROZDZIAŁ 374

DYMITR
Tak bardzo nie chciałem zostawiać Rozy. Nie Wybacz sobie, jeśli zginie. Oby tylko ją przemienili, wtedy będzie jeszcze dla niej nadzieja. Chwila, gdy na nią patrzyłem zatrzymała czas. Liczyła się tylko ona i miłość w jej oczach. W ostatniej chwili zamknąłem drzwi i zdążyłem jeszcze zauważyć przez szybę, jak ją gryzą i jej opadające bezwiednie ciało. Nie chciałem widzieć więcej. Powstrzymując łzy podbiegłem i wziąłem moją księżniczkę na ręce.
- Dymitr, co się dzieje?- Lili była bardzo wystraszona.
- Weź Felixa. Musimy uciekać. Bianka.
Suczka od razu podbiegła, rozglądając się czujnie dookoła.
- Mama?- serce mi złamał płaczliwy głosik córeczki, szukającej mamy.
Spojrzała na mnie, a na uciekłem wzrokiem. Po jej małych policzkach zaczęły ciec łzy.
- Ale gdzie Rose?- spytała, podnosząc chłopca. Nie odpowiedziałem, spuszczając głowę.- Nie! To nie możliwe! I ty ją tam zostawisz?- krzyczała na mnie.
- Lili, zrozum, dla mnie to też nie jest łatwe.- tuliłem do siebie naszą księżniczkę.- Ona chce waszego bezpieczeństwa.- już nie mogłem powstrzymać płaczu.
Poszedłem do drzwi. Szybko przedostaliśmy się do samochodu. Na szczęście, dzięki ogrodzeniu mamy więcej czasu.
- Ale ja nie chcę.- zaprotestowała moja szwagierka, kiedy mieliśmy wsiadać do samochodu.- Straciłam już jedną mamę. Nie chcę stracić kolejnej.
Roza bardzo by się ucieszyła, gdyby mogła to usłyszeć. Ale nie usłyszy. Nagle strzygi zaczęły przedostawać się przez płot. Czas nas goni.
- Lili.  zostać. Inaczej jej ofiara pójdzie na marne. Zrobiła to dla nas.
Dziewczynka szybko wsiadła koło płacących dzieci, Bianka wdrapała się na tylne siedzenia, a ja usiadłem za kółkiem. Odpaliłem i ruszyłem w ostatniej chwili. Jeszcze jeden potwór zdążył zbić okno od strony dzieci, na co pisnęły przestraszone i zaczęły płakać. Na szczęście suczka ugryzła potwora w nadgarstek, na co ten zabrał dłoń.
Pół godziny później byliśmy na Dworze. Przywitał nas Christian, biorąc na ręce Felixa. Ja podniosłem małą brunetkę. Oboje zmęczeni płaczem zasnęli. Lili szła za nami smutna, a słone krople ciekły z jej oczu na ziemię. Nikt nic nie mówił, bo nie było słów, które można by w tej chwili powiedzieć. Poszliśmy do komnaty małżeństwa. W środku siedziała zapłakana Lissa. Gdy nas zobaczyła, przytuliła mnie. Lekko ją od siebie odsunąłem i położyłem córeczkę na łóżku. Po chwili zamknąłem królową w silnym uścisku, również płacząc. Czułem się jak po przemianie. Wspólnie dodawaliśmy sobie otuchy.
- Ona żyje.- szepnęła.
Odsunąłem się od niej gwałtownie.
- Jesteś pewna?- spytałem z nadzieją.
Pokiwała głową i usiadła na łóżku. Przysiadłem obok niej, biorąc na kolana Lili. Ona też potrzebuje wsparcia. Przytuliłem ją mocno, aby mogła wypłakać się w moją koszulkę.
- Czuję więź. Nie... nie mogę się z nią połączyć, więc jest nieprzytomna, ale żyje.
Odetchnąłem głęboko z ulgi.
- To co teraz zrobimy?- spytała dziewczynka na moich kolanach.
- Musimy czekać, na jakąkolwiek informację.-  westchnąłem ciężko.
Nie cierpię bezradności. Pragnąłem tylko ją zobaczyć, żeby tu była, przytuliła mnie i powiedziała, że wszystko jest w porządku. Ale tak nie będzie. Coś czuję, że nie za szybko poczuję jej drobne rączki, obejmujące mnie delikatnie, jej aksamitne włosy przelewające się między moimi palcami, jej ciepłe, miękkie usta, na moich wargach. Już tak bardzo za nią tęsknię. Ale nic nie mogę zrobić.
- Lili, pomożesz mi wyszukiwać bliźniaki spać. A później sami pójdziemy. To był męczący dzień.
Dziewczynka pokiwała głową i wstała ze mnie. Wziąłem na ręce wciąż śpiącą księżniczkę,i weszliśmy. Lili wzięła Felixa, a ja przez całą drogę do naszego mieszkania przyglądałem się córeczce. Wyglądała tak spokojnie, jakby nic się nie stało. Ale wiem, że jak tylko się obudzi, zada pytanie, które złamie mi serce. "Gdzie mama?" Na samą myśl poczułem supeł w brzuchu i gule w gardle. Delikatnie ucałowałem jej małe zamknięte oczka.
- Przepraszam.- szepnąłem, a jedna kropla moich łez spadła na jej policzek.
W pokoju musieliśmy ich obudzić.
- Gdze mama?- spytał Felix, smutny.
- Mama...- opanowałem głos, żeby mi nie drżał.- Mama musiała wyjechać.
- A wróci?- tym razem odezwała się dziewczynka.
Lili spojrzała na mnie wystraszona.
- Wróci, na pewno.- uśmiechnąłem się do nich.
- A ciemu places?- ciągnął chłopiec.
- Bo tatuś bardzo tęskni za mamusią.- wsparła mnie siostra Rozy.- On bardzo ją kocha i nawet chwili bez niej nie wytrzyma.
Cieszę się, że ją mamy. Dzięki charakterowi Rozy bardzo mnie wspiera i jest silniejsza. Tak samo umie się droczyć. Lili zaczęła je rozbierać, a ja napełniłem wanienkę wodą i specjalnym mydłem. Wszystko tu mamy, bo to tutaj się zbieramy przed lub po pracy. A niekiedy zdarza nam się zostawać na noc. Mimo, że mamy swój dom, Roza jest do tego mieszkanka przywiązana. Nic dziwnego, skoro to stąd pochodzą nasze wspomnienia, jakże krótkiego, ale i miłego okresu bycia parą. Móc nazywać ją swoją dziewczyną, było najlepszym co w życiu mnie spotkało, zanim się jej nie oświadczyłem. A później ślub. Uśmiechnąłem się na te wspomnienia, jednak sprawiły mi one również wielki ból. Znajdę Rozę i ją ocalę. Nie pozwolę jej zginąć. Po wymyciu obojga maluchów, nakarmieniu ich z jednoczesnym z jedzeniem kolacji (choć ledwo co mogłem przełknąć.) i ponownym umyciu (cała ta sytuacja źle działa na moje myślenie) sam poszedłem się myć. Zimny prysznic na trochę mnie otrzeźwił. Po mnie poszła Lili. Uznaliśmy, że dzisiaj wszyscy pójdziemy spać razem. Ułożyłem dzieci na środku łóżka i zacząłem im czytać. Zanim zasnęła dołączyła do nas młoda. Każdego ucałowałem w czoło i przytuliłem. Już po kilku minutach ich oddechy świadczyły o tym, że zasnęli. Tylko ja nie mogłem. Kręciłem się z boku na bok, szukając wygodnej pozycji, ale jej nie znalazłem. Brakowało mi Rozy. Czułem w sobie wielką pustkę. Dziurę w sercu, którą wyrwały mi strzygi, wraz z porwanie ukochanej. Gdy lekko przysypiałem, widziałem obrazy z ataku. Jej bezwładnie ciało ciągnięte przez las. W końcu nie wytrzymałem. Wstałem i podszedłem do okna. Bianka poniosła czujnie głowę, obserwując każdy mój ruch. Na horyzoncie pojawiało się szarzejące światło, świadczące o nadejściu ludzkiego poranka, a morojskiej nocy.
- Wiem, że gdzieś tam jesteś najdroższa. I ja cię znajdę. Przysięgam.
___________________________________________________________
Za bardzo was rozpieszczam, nieprawdaż?😂😂😂�
Liczę na komentarze i wróciła wena, czyli i ja wracam do codziennych rozdziałów. Trzymajcie się Romitrisiaki. 💖💖💖💖

ROZDZIAŁ 373

Minął kolejny rok od naszego poznania. Trzy lata. A już mam męża, siedemnasto miesięczne dzieci, siostrę, moi rodzice latem wzięli ślub, no i jestem strażniczką królowej. Dla takich bilansów się żyje.
- Dziękuję za wczorajszy dzień.- mruknęłam, leżąc na brzuchu koło ukochanego.- Mam tylko wrażenie, że to za dużo.
Zrobiliśmy sobie piknik w ogrodzie. Dzieci bawiły się na placu zabaw, a my relaksowaliśmy się na trawie. W stroju kąpielowym korzystałam z ostatnich promieni słońca, które postanowiło zostać na trochę dłużej.
- Roza, nie ma czegoś takiego jak "za dużo", jeśli chodzi o odwdzięczenie się, że Cię mam.
- No ale cały dzień spa, później kosmetyczki, fryzjera, a na koniec potulne chodzenie ze mną po sklepach? Gdzie ty znalazłeś na to cierpliwość?- przewróciłam się na plecy, aby ocalić się równomiernie.
- Dla ciebie warto.- Rosjanin położył głowę na moim brzuchu, a ja zapatrzyłam się w jego czekoladowe oczy.- Po za tym, zwróciło mi się to w twoim wieczornym wyglądzie, Różyczko- palcami przejechał po moim tatuażu.
- Dymitr?- zaczęłam, bawiąc się jego włosami.
- Tak Roza?
- Czemu ich nie ściąłeś?
- A powinienem?- zmarszczył brwi, patrząc na mnie dziwnie.
- Nie!- krzyknęłam od razu.- Po prostu ciekawi mnie to.
Strażnik jakby z ulgą opadł na trawę, a ja się pochyliłam nad nim.
- Nigdy wcześniej nie widziałam mężczyzn z długimi włosami. No może czasami Rockmenów i Metalowców. Ale oni mają całe długie, a ty masz takie... w sam raz.
Bielikow zachichotał cicho.
- Nie wiem. Jakoś może mi się nie chciało. Ale też chciałem się wyróżniać.
- Tak. Bo twoja boska uroda i umiejętności nie wystarczyły.-stwierdziłam sarkastycznie.
- Może to taki mały, podświadomy bunt. Może jest za grzeczny.
- To ja też jestem buntowniczką.- przeczesałam dłońmi włosy.
Oboje zachichotaliśmy.
Gdy zaszło słońce, zebraliśmy się do domy, ciepłej się ubrać, a później wróciliśmy na dwór.
- Mamo. Mam kwatka.- Nastka pokazała mi mała stokrotkę.
- Bardzo ładna. A jest ich więcej?
- Tiak.- dziewczynka pokiwała główką.
- To przyniesie ich jak najwięcej, z jak najdłuższymi ogonkami.
Tak też zrobili, a ja zaczęłam robić wianki. Lili mi pomagała, więc szybciej się uporałyśmy. Swoje ozdoby miała już moja córeczka, mąż, Lili, a nawet Felix dał się przekonać. Zaczęłam robić swój, gdy zaczęło robić mi się nie dobrze.
- Mamusiu, cio siem dźieje?- zaniepokoił się brunet.
Ukochany spojrzał na mnie zatroskany. Już chciałam powiedzieć, że nic, ale nadeszła kolejna fala mdłości. Dawno ich nie czułam, ale oznaczały tylko jedno. Bianka niespokojnie podniosła głowę i zaczęła się rozgląda dookoła. Dzieci się bały. Wymieniłam spojrzenia ze strażnikiem, a on mnie zrozumiał od razu. Szybko złapaliśmy maluchy i wbiegliśmy do domu. Zostawiliśmy ich w salonie.
- Zajmij ich czymś.- poleciłam siostrze, biorąc z kredensu sztylet.- Jakby coś się działo, krzycz jak najgłośniej.
Pokiwała głową, wystraszona. Uklękłam przed nią.
- Spokojnie, wszystko będzie dobrze, nie martw się. Nic wam się nie stanie.
Przytuliła mnie.
- Uważajcie na siebie.- poprosiła.
- Będziemy.- uśmiechnęłam się pokrzepiająco, po czym wstałam.- Bianka pilnuj!
Odpowiedziało mi jej szczeknięcie, gdy szłam do ogrodu. To co tam zobaczyłam, przeraziło mnie. Dymitr walczył już z trzema przeciwnikami na raz, a z lasu wychodziły co nowe strzygi. Złapałam połączenie z Lissą.
- Rose, nie pokonanie ich.- szepnęła wystraszona.- Na Dworze nie ma kto wam pomóc.
Szlag! Dzisiaj miała być jakaś akcja. Cholera, to se bestie wybrały moment. Zauważyłam, że jedna ze strzyg chce się dobrać do strażnika od tyłu. O nie. Tak łatwo nie ma. Rzuciłam się na nią i przebiłam od tyłu. Byłam równie zdziwiona co wampir, zaraz przed tym, jak nie padł martwy. Jednocześnie poczułam w sobie nową siłę. I mrok. W końcu mam na czym go porządnie wyżyć. Szybko przybiegłam do męża i ustawiłam się plecami do jego pleców. Walczyłam zaślepiona złością i żądzą krwi. Miałam wrażenie, że mam więcej mroku, niż wcześniej. Lissa. Musiała mnie nim wesprzeć w walce. Przede mną pojawił się potężny dampir, a raczej były dampir, postury Dymitr. Nie będzie łatwo. Podczas walki oberwałam w brzuch i kilka razy w głowę. Jednak Walczyłam mimo mroczek przed oczami. W końcu wygrałam, ale zauważyłam, że oddaliłam się od Rosjanina. W głowie zabrzmiały mi jego słowa z przed roku. "Oni chcą mnie.". Ale go nie dostaną. Byłam bliżej lasu, więc osłabiałam armię dążącą do Bielikowa, ale na długo to nie wystarczy. Z każdą chwilą,  między nami pojawiało się więcej potworów. Za późno zdałam sobie sprawę z mojej beznadziejnej pozycji. Trudno jest się bronić przed atakami dwóch strzyg na raz, a co dopiero trzech czy czterech. Miałam coraz więcej krwawiących ran, czerwona ciecz, wypływająca z mojego organizmu, osłabiała mnie. Czarne plamy zasłaniały mi coraz bardziej widok. Byłam przegrana. Jednak strażnik i dzieci mieli szansę. Czyżby o tym mówiła Jewa? Ale miałam oddać życie tylko za Nastkę? Może to było niedopwiedzenie? A czy to ważne? W końcu nie mogłam nawet zobaczyć ukochanego.
 - Dymitr, weź dzieci i uciekajcie!- krzyknęłam w amoku.
- Nie zostawię cię!- odpowiedział mi aksamitny głos, z rosyjskim akcentem.- Obiecałem!
- Cholera!- krzyknęłam upadają. Poczułam ból w łydce.- Mnie nie uratujesz. A siebie i dzieci tak. Bielikow, choć raz nie bądź tak honorowy i pomyśl o kimś innym niż ja!- wrzeszczałam, natychmiast wstając.
Byłam mocno ranna i nie mogłam się za długo bronić. Spojrzałam na dom i zobaczyłam go na tarasie. Patrzył na mnie z bólem. Uśmiechnęłam się, chcąc przekazać mu, jak bardzo go kocham. Go i całą naszą rodzinkę. Nagle jakiś wampir mnie popchnął i upadłam. Widziałam jak większość biegnie w stronę domu.
- Biegnij do cholery!- krzyknęłam.
Dymitr ostatni raz spojrzał na mnie i zniknął za drzwiami. Potwory odbiły się od szyby. Kuloodporna. Punkt dla nas. Poczułam ugryzienie w nogę, a później rozchodzącą się po moim ciele falę euforii.
Wybacz Lissa.
I zapadłam w ciemność.

poniedziałek, 30 stycznia 2017

ROZDZIAŁ 372

Lissa zablokowała więź, co mnie dodatkowo zmartwiło. I tym samym zmusiło do samodzielnych poszukiwań. W sali tronowej nikogo nie było, ani w pokoju delegacyjnym, więc poszliśmy do ich komnaty. Przy drzwiach stali wszyscy jej dzisiejsi strażnicy, czyli, że żaden nie jest w środku. Już kilka metrów od pokoju było słychać krzyki. Chciałam już otworzyć drzwi, ale drogę zagroził mi Zack.
- Lord Ozera prosił, aby nie wchodził.- spojrzał na mnie przepraszająco.
- Właśnie dlatego tam wejdę.- już bez problemów pchnęłam drewno, wpadając do środka.
Przeraziłam się. Lissa siedziała wystraszona na łóżku, a Christian krzyczał na nią, rzucając różnymi przedmiotami. Dookoła leżały kawałki szkła, porcelany zdeptane kwiaty, zbite doniczki. Gdy tylko weszłam, oboje spojrzeli na mnie, Ozera ze złością, a królowa z nadzieją. Szybko przygwoździłam moroja do ściany.
- Puść mnie!- szarpał się.
- Nie, dopóki się nie uspokoisz.
- Jak mam być spokojny, do kurwy nędzy! Czy ty wiesz, co ona przede mną ukryta?- wychylił się przez moje ramię, rzucając mordercze spojrzenie na wystraszoną żonę. Poczułam fale strachu od przyjaciółki.
- Ale krzyk nic nie pomoże. Nie widzisz, że ona się ciebie boi?
- Ty nic nie rozumie...- nagle zesztywniał.- Czekaj. Ty wiesz?! Kto jeszcze? Proszę! Kurwa, ale ja jestem naiwny.
Obok nas pojawił się mój mąż. Złapał go i lekko mnie odsunął.
- Chodźmy się przewietrzyć.- powiedział spokojnie, ciągnąc go za ramię.
- Dobra.- wyrwał mu się i sam ruszył do drzwi.
Usiadłam koło przyjaciółki. W progu chłopak jeszcze się odwrócił, patrząc na Lissę z gniewem i otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale ostatecznie machnął ręką i wyszedł. Gdy tylko drzwi się zamknęły za naszymi panami, morojka wybuchła płaczem.
- Już, ciii... spokojnie, przejdzie mu.- zapewniłam, tuląc ją do siebie.
Do pokoju wpadło dwóch strażników, ale pokazałam dłonią, żeby nie przeszkadzali. Wyszli cicho.
- On mi tego nigdy nie wybaczy.- szlochała.
- Na pewno wybaczy. Uwierz mi, jeszcze wszystko będzie dobrze.
- Skąd...- pociągnęła nosem.- skąd wiesz?
- Ja z Dymitrem też się często kłócimy.
- Ale....ale nig...nigdy nie ukryłaś przed...przed nim faktu..., że jego ciocia żyyyyjjjjeee...- zaniosła się większym płaczem.
- Ale zataiłam kilka rzeczy, zagrażających mojemu życiu, a nawet dzieci, gdy byłam w ciąży. A on mi to wybaczył, bo mnie kocha. I Christian też Cię Kocha. Dlatego się pogodzicie.
- Myślisz?- spojrzała na mnie z nadzieją, przełykając łzy.
- No pewnie. Przecież nie zostawi cię za taką błachostkę.
- A jeśli zażąda rozwodu? I stracę go przez taką głupotę?- zaczęła histeryzować.
- Uspokój się. Nic takiego nie będzie miało miejsca. Dymitr z nim pogada, ochłonie, może będzie trochę zły, ale mu przejdzie. Nie zostawi ani ciebie, ani waszej kruszynki.
- Już nie takiej kruszynki.- wymusiła uśmiech.
- No widzisz, o wiele lepiej. A teraz idź się ogarnij, zajmij czymś myśli i nie martw się.- uścisnęłam jej dłonie, z pocieszającym uśmiechem.
- Masz rację. Jesteś najlepszą siostrę, jaką mogę mieć. Kocham Cię.
- Ja ciebie też. To teraz idę, jakby wrócił mój mąż, powiedz, że jestem w naszym parku.
- Dobrze. To do zobaczenia jutro na warcie.- przytuliła mnie.
- Pa.
Wyszłam z komnaty i zabrałam dzieci strażnikom.
- Dzięki.- zaczęłam się rozglądać.- A gdzie Lili?
- Poszła do Bielikowów.-oznajmił Leo.
No dobra. Wzruszyłam ramionami i poszłam do parku Anastazji wielkiej. Usiadłam na ławce i patrzyłam jak dzieciaki biegają dookoła, ciekawe świata.
- Tylko uważajcie!- ostrzegam, gdy zbliżyły się do strumyka.

DYMITR
Wyprowadziłem młodego Ozerę na zewnątrz. Przez chwilę szliśmy w ciszy, zbierając myśli.
- Od jak dawna wiecie?- odezwał się w końcu Christian.
- To dość skomplikowane.- podrapałem się po karku.- Zacznijmy od początku. Myśleliśmy, że Tasza nie żyje, ale zaatakowała Rose w śnie. To wtedy powiedziałem wam o zaręczynach i jej ciąży.
- Ale jak?- zdziwił się moroj.
- Sprzymierzyła się z Doru, bo była zazdrosna o Rose. Zrobili to wchodząc do jej snu. Jeszcze podczas pobytu w Bai chcieli mnie zabić.
Chłopak wystraszył się.
- Nie wierzę, że ona jest zdolna do tego. Myślałem, że choć w niej znajdę porządnego członka rodziny.- mruknął ze zwieszoną głową, kopiąc pobliski kamyk.
Nie powiem, współczuję mu. Patrząc na nich wszystkich... Ja miałem normalną rodzinę... no może nie normalną, ale szczęśliwą. Niczego nigdy mi nie brakowało, ani nie odczułem w dzieciństwie krzywdy, czy świadomości, kim kiedyś będę. Żyłem szczęśliwie i beztrosko. A inni? Większość dzieci strażników nie miała takiego szczęścia. Wychowywali się jak Roza. To dampiry. Moroje mieli lepsze życie, ale Christian nie. Najpierw jego rodzice są strzygami, a później ciotka królobójczynią i niedoszłą morderczynią.
- Co było dalej?- spytał bez przekonania.
- Zabiłem ją trzy dni przed ślubem. Kiedy Rose ze mną "Zerwała" opracowaliśmy na nią zasadzkę.
- I tak po prostu ją zabiłeś?- patrzył na mnie z niedowierzaniem.
- Uwierz mi, to nie było takie proste. Ale byłem zły, że ciągle krzywdzi Rozę. Gdyby ktoś chciał zabić Lissę, sam byś tego kogoś zabił.
Moroj przyznał mi rację.
- Kontynuując. W lutym tamtego roku dostaliśmy tajemnicze zaproszenie. Okazało się, że Robert ożywił Taszę i byli połączeni pocałunkiem cienia. Jednak jego szaleństwo było dla niej nie do wytrzymania i chciała pomóc nam go zabić. Później słuch po niej zaginął. Ale jak dobrze ją znasz, nie na długo.
Chłopak uśmiechnął się.
- We wrześniu przyjechała do nad ze swoim obecnym narzeczonym.
- Nawet nie wiedziałem, że ma chłopaka i syna. Mi nie przyjechała się pochwalić.
- Nie miała się czym chwalić.- rzuciłem gorzko.- To nie dziecko Paula. Została zgwałcona.
Ozera przystanął w pół kroku.
- Ja...jak to?- ze zdziwienia otworzył usta i oczy.
- Tak to.- wzruszyłem ramionami ze złością.- Mozna nawet powiedzieć, że to dziecko łączy nasze rodziny.- jednak szyki dodałem, wiedząc, że mógł to opacznie zrozumieć.- Twój kuzyn jest moim bratem.
- Randall! Zabiję gnoja.- po chwili się opamiętał.- Wybacz stary.
- Nie szkodzi.- machnąłem ręką.- Od dawna nie jest moim ojcem i mam zamiar własnoręcznie go udusić. Ale nigdzie nie można go znaleźć.
- Kolejny Doru?- chłopak przewrócił oczami, na co się uśmiechnąłem.
- Miejmy nadzieję, że nie. A teraz wracajmy do pań. I nie bądź zły na Lissę. Chciała dobrze.- położyłem mu dłoń na ramieniu.
- Wiem.- moroj przetarł twarz dłońmi.-I nawet już nie jestem. Nie umiem się na nią długo gniewać.- uśmiechnął się.
- Wiem, co czujesz.- pomyślałem o Rozie.
I właśnie wtedy zauważyłem ją siedząca na ławce i nasze dzieci obok strumyka.
- To ja lecę.- pomachałem do niego.
- Pa.- odpowiedział i tyle go widzieli.
Podszedłem do mojej żony od tyłu i zakryłem jej oczy. Od razu się uśmiechnęła, więc i ja nie mogłem powstrzymać uśmiechu.
- Woda kolońska.- oznajmiła, na co zakląłem.
Uśmiechnęła się szerzej. Niech ma tą satysfakcję. Usiadłem obok niej i ją objąłem ramieniem. Przelotne się pocałowaliśmy w usta.
- Jak tam rozmowa?- spytała.
- Dobrze, a twoja?
- Też dobrze.
- To wracamy?- teraz to ja przerwałem ciszę.
- Okey. Tylko pożegnamy się z twoją rodziną i możemy ruszać.
A no, dzisiaj wyjeżdżają. Dlatego i tak i tak chcieliśmy jechać na Dwór.

niedziela, 29 stycznia 2017

ROZDZIAŁ 371

Obudziły mnie czułe pocałunki na nogach, rękach, brzuchu, szyi i w końcu na twarzy. Przez cały czas nie otwierałam oczu, dopóki nie poczułam ciepłych warg męża na ustach. Momentalnie oddałam pocałunek, kładąc mu dłonie na karku.
- Dzień dobry Towarzyszu.- zamruczałam seksownie, mając wciąż w pamięci wczorajszą noc.
- Jeszcze ci mało Roza?- zaśmiał się.
- Z tobą? Zawsze.- znowu przyciągnęłam go do siebie.
- Nie mamy czasu.- mruknął z uśmiechem, gdy się od siebie oderwaliśmy.
- A co masz ciekawszego do roboty w dzień wolny, niż rozpieszczanie żony i dzieci?- spytałam ciekawa, wciąż nie pozwalając mu wstać.
- Obiad u Abe'a.- przypomniał.
Szlag. Kompletnie zapomniałam.
- Ale to dopiero za- spojrzałam na zegarek, po czym wróciłam do skanowania twarzy ukochanego.- sześć godzin. Mamy czas.
Widziałam jak toczy wewnętrzną walkę, aż w końcu mnie pocałował. Oddałam to z podwójną siłą, ale wtedy on wstał, ze mną na rękach i poszedł do łazienki.
- Połączymy konieczne z przyjemnym.- mruknął mi do ucha, przygryzając jego płatek.
Zamknął za nami drzwi i odkręcił wodę w wannie. Jak zawsze dodaj olejek zapachowy i płatki róż. Tym razem padło na zapach kokosowy. Gdy wanna była pełna, podniósł mnie i wszedł do gorącej wody. Odprężyłam się całkowicie, czekając na jego ruch. Ukochany delikatnie jeździł palcami po całym moim ciele, co z jednej strony było relaksujące, a z drugiej wywoływało u mnie co chwilę dreszcze i gęsią skórkę. Jego dłonie zatrzymały się na udach i kręciły kółka. Bardzo mnie to podniecało, przez co wierciłam się ciągle. Gdy z przyjemności nie miałam sił się ruszać, strażnik podniósł mnie i zamienił nas miejscami. Tylko, że tak jak ja byłam tyłem do niego, od teraz jest przodem do mnie. Oparłam głowę na krawędzi wanny i przymknęłam oczu. Czułam, że Dymitr popłynął do mnie i położył dłonie na moich kolanach. Gdy zjeżdżał nimi bliżej mojej kobiecości, otworzyłam oczy i podniosłam lekko głowę. Jego twarz była kilka centymetrów ode mnie i ten dystans wciąż się zmniejszał czułam dreszcze już nie z samej przyjemności, jaką sprawiały mi jego palce, bawiące się teraz moim czułym miejscem, przez co pojękiwałam od czasu do czasu, ale i niecierpliwość z jaką czekałam na smak jego ust. W końcu był milimetr od mojej twarzy. Dłonie położył na moje biodra.
- Kocham Cię, Różyczko.- szepnął mi w usta i nie dając mi szans na odpowiedź, pocałował mnie, jednocześnie we mnie wchodząc.
Mruknęłam mu w usta z uznaniem, a później zaczęłam jęczeć. Czułam, że z każdym jego pchnięciem, jestem bliżej szczytu. Wyzywałam podniesienie i oczekiwanie na jego ustach, w kładąc w pocałunki najwięcej siły i miłości ile miałam. Bielikow też się nie oszczędzał. Jego ruchy stały się szybsze i mocniejsze. W końcu oboje doszliśmy, ciężko dysząc. Siedzieliśmy, opierając swoje czoła o siebie. Patrzyłam w piękne oczy męża, z których znikło całe pożądanie, a została miłość i radość spełnienia.
- Też cię kocham Towarzyszku.- uśmiechnęła się, a on to odwzajemnił.
- Dymitr, chciałabym mieć kolejne dzieci.- oznajmiłam nieśmiało, gdy mnie mył.
Spojrzałam na niego, a on uśmiechnął się szeroko.
- Ale nie teraz.- dodałam szybko, wiedząc o czym myśli.- Jeszcze nie. Moje za pięć lat.
Teraz jego uśmiech stał się czuły.
- Wiesz, że ja zawsze poczekam. Tylko zaskoczyło mnie, że sama zaczęłaś ten temat. Co się stało?
- Chyba dorosłam do tej decyzji.- mruknęłam cicho.
- To teraz z ręką na sercu przysięgam ci, że za równo cztery lata będziesz w ciąży.- zaśmiałam się z jego miny.
Gdy w końcu się umyliśmy, wyszliśmy z letniej wody i Rosjanin zaniósł mnie do pokoju. Na jego środku leżała Bianka, z listami pod pyskiem. Gdy nas usłyszała, zerwała się i zaczęła wokół nas skakać. Po ubraniu się, Dymitr poszedł robić śniadanie, a ja obudziłam Lili i zajęłam się naszymi roczniakami.
- Mama.- przywitały mnie z uśmiechami.
Sama się uśmiechnęłam, przypominając sobie wczorajszy dzień.
- Hej słoneczka. Teraz was przebierzemy i pójdziemy na śniadanko, tak?- spytałam po raz pierwszy oczekując odpowiedzi.
- Tak!- ucieszyły się.
Zaczęłam od Felixa i położyłam go na podłodze. Następnie zajęłam się Nastką.
- Uhuhu. Od teraz uczymy się używać nocnika.- skomentowałam, na co oboje się zaśmiali.
Gdy byli gotowi pobiegli do drzwi, te jednak były zamknięte, więc czekały na mnie. Wzięłam listy i otworzyłam wejście. Dalej pobiegli do schodów, ale tutaj też się zatrzymały. Wiedziały, że mogą schodzić tylko i wyłącznie, kiedy któreś z nas jest przed nimi. Dołączyła do nas Liliana i razem zeszliśmy. Dzieci już świetnie chodziły, lecz zawsze mogły się wywrócić. Usiedliśmy do stołu i po chwili zajadaliśmy się naleśnikami. Maluchy dostały specjalnie już pokrojone.
- Nie za bardzo je rozpieszczasz?- spytałam, widząc jak dokładnie strażnik czyści im buźki z najmniejszego zabrudzenia, mimo że jeszcze nie skończyły jeść.- Od tego jest mój ojciec.
- Ja tylko się o nie troszczę.- bronił się.
Pokręciłam zrezygnowana głową i zaczęłam przeglądać pocztę. Oddzieliłam, rachunki i reklamy, po czym w dłoni zostały mi dwie koperty, ozdobione w złote listki i piękne pismo kaligraficzne. Zaciekawiona otworzyłam je. W jednej było zaproszenie na ślub, a w drugiej na chrzciny. Opuściłam widelec, gdy zobaczyłam, kto jest ich nadawcą.
- Coś się stało, Roza?- ukochany spojrzał na mnie troskliwie.
- Nie. Nic tylko dostaliśmy zaproszenie na chrzest twojego brata w sierpniu.- uśmiechnęłam się pod nosem.
Rosjanin zmarszczył brwi.
- Jakiego brata?
- Tomasa Bompensiero.- hymn... Pablo musiał podać się za ojca.
- Przykro mi, Rose, ale to nic mi nie mówi.
- Tasza.- westchnęłam z rezygnacją.
- Aaaa...- zrozumiał.
- No, aaa... Boże co ja z tobą mam.
- Pełno miłości.- uśmiechnął się do mnie maślanymi oczami.
Przewróciłam z uśmiechem oczami i spojrzałam na datę.
- To w sierpniu.- zagryzłam wargę.- Dwa dni przed ślubem moich rodziców.
- Pokaż.- podałam mężowi kartkę, której przyglądał się ze zmarszczonym czołem.
- A w lutym organizują ślub.- dodałam, otwierając drugą kartkę,
Dymitr spojrzał na mnie i znów spuścił wzrok na korespondencje. Zaczął nad czymś intensywnie myśleć, unosząc oczy do góry. Mimika jego twarzy wciąż się zmieniała, co wskazywało na różne myśli, zaprzątające jego głowę. Wpatrywałam się w niego, jakbym próbowała je odczytać.
- Myślę, że zdążymy. Wystarczy poprosić twojego ojca lub królową.- wzruszył ramionami i upił łyk kawy.
Nagle coś sobie uświadomiłam. Weszłam do głowy przyjaciółki.
- Liss, czy powiedziałaś Ozerze, ze jego ciocia żyję i ma się dobrze?- spytałam.
- Nie.- morojka wyraźnie się zmieszała.- Nie było jakoś okazji...
Na stole przed nią, wśród papierów dostrzegłam dwie koperty, te same, które dostaliśmy my. Nie dając jej dokończyć, zerwałam się na równe nogi.
- Jedziemy na Dwór.- oznajmiłam, idąc do przedpokoju.
- Coś się stało?- ukochany dorównał mi kroku z Nastką na rękach.
- Nie. Ale może się stać.
Gdy wszyscy byli gotowi usiadłam za kierownicą i ruszyłam najszybciej jak mogłam. Oczywiście biorąc pod uwagę dzieci.

piątek, 27 stycznia 2017

ROZDZIAŁ 370

Wyszłam z samochodu i pomogłam mężowi wyciągnął nasze dzieci z samochodu. Złapaliśmy je za ich małe rączki i ruszyliśmy do pałacu. Za nami wyszła Lili, prowadząc suczkę.
- Nie! Bianka, później sobie pozwiedzasz. Teraz idziemy tam.- szarpała się ze smyczą.
Gdy tylko drzwi zamknęły się za nami, szkraby wyrwały się i pobiegły przed siebie. Znały drogę do pokoju dziecięcego na pamięć, więc nie martwiliśmy się, że pomylą drogę. I tak nie oddalały się od nas za daleko tak, żebyśmy je widzieli. Moja siostra również straciła panowanie nad psem, który pobiegł za maluchami. Szczekał na nie radośnie, a one tylko się śmiały i szły dalej. Za to Lili się poddała i szła koło nas. Wykorzystaliśmy tą chwilę dla siebie. Ukochany podał mi ramię, które z przyjemnością chwyciłam, wtulając się w niego.
- To niesamowite, że są już z nami rok.- westchnęłam.
- Widzisz, a ty się martwiłaś, że nie damy sobie rady.- powiedział Rosjanin, z nie ukrywaną dumą.
- Do końca życia będziesz mi to wypominać?- przewróciłam oczami.- Po za tym co do ciebie nigdy nie miałam wątpliwości. To dzięki tobie mi się udało. Cieszę się, że to ja mogłam ci dać dzieci.- wtuliłam się w niego jeszcze mocniej.
- Ja też. Nie chciałbym ich z nikim innym. Gdzie bym znalazł kobietę taką jak ty?- cmoknął mnie w czubek głowy.
- Kocham Cię, Towarzyszu.
- Ja ciebie też Roza. A teraz zawołajmy te nasze skarby, bo nie wiedzą, że dzisiaj poszerzamy ich horyzonty.
- Felix, Nastka. Chodźcie tutaj.- kucnęłam i wystawiłam do nich rączki.
Dymitr zrobił to samo. Dzieci zatrzymały się i popatrzyły na nas. Uśmiechnęły się i pobiegły w naszym kierunku.
- No choć księżniczko do tatusia.
Oboje wpadli nam w ramiona. Przytuliliśmy ich, całując w policzki, po czym znowu złapaliśmy za rączki. Lili złapała Biankę i szliśmy teraz do sali balowej numer 3. Otworzyliśmy drzwi, gdzie byli już wszyscy nasi przyjaciele i rodzina. Abe podbiegł i uściskał nasze małe szkraby.
- Chodźcie do dziadka.- wziął na ręce Nastkę i przytulił.
Ucieszyła się i dała mu cmokasa w policzek. Uśmiech na jego twarzy się poszerzył, na co zachichotałam. Felix nie miał okazji czuć się zignorowany, bo oboje zostali otoczeni przez gości i on także znalazł czyjeś ramiona. Gdy w końcu wszyscy je przywitali, wjechały dwa identyczne, nie licząc koloru, torty. Jeden niebieski z czekoladowym napisem "Sto lat Felix." i fioletowy z "Sto lat Anastazja.". Na każdym była jedna paląca się świeczka. Wzięłam synka na ręce, a Dymitr Nastkę i podeszliśmy do ciast. Maluchy jak zaczarowane wpatrywały się a ogień na końcu knotów.
- Teraz macie okazję zdmuchnąć swoje świeczki.- powiedziałam do nich.
Popatrzyły na mnie zaciekawione, a później z powrotem na ogień. Wymieniły ze sobą radosne spojrzenia, po czym wpatrywały się w ogień. Zawitał leciutki wiaterek, który zgasił płomienie. Wszyscy którzy byli na sali, wiedzieli o ich zdolnościach. Dookoła rozległy się gromkie brawa. Byłam bardzo dumna z naszych dzieci, aż poczułam pieczenie pod powiekami. Rok. Od 12 miesięcy na świecie są te małe owoce naszej miłości. Coś, co nie miało prawa istnieć, tulę z całych sił do piersi. Poczułam ramię, oplatające mnie w pasie i przyciągające do siebie. Ukochany pocałował mnie w czubek czoła, co uwolniło jedną, jedyną łzę z moich oczu. Nie spodziewałam się, że to będzie dla mnie takim przeżyciem.
- Kocham was Roza.- powiedział Rosjanin.
- Ja też was kocham.- mruknęłam opierając policzek.- A one na pewno kochają nas. Prawda?- spojrzałam na synka i córeczkę.
- Na pewno.- po raz drugi mnie pocałował w głowę.
Postawiliśmy dzieci na ziemi, które od razu pobiegły do sterty pudełek w kącie sali. Sięgnęłam po nóż i zaczęłam kroić torty. Mąż przyszedł mi z pomocą i każdy dostał po kawałku. Zawołaliśmy maluchy na ciasto, a to jedno magiczne słowo sprawiło, że pojawiły się obok nas momentalnie.
- Tiatia.- Nastka wyciągnęła rączki do Dymitra.
Na sali zapanowała cisza. A my w szoku patrzyliśmy na córeczkę. Po chwili mój ukochany zerwał się i porwał dziewczynkę w ramiona.
- Moja mała księżniczka!- zawołał na cały głos.- Powtórz to słoneczko.
 Mała włożyła rączkę do buzi, a gdy ją wyciągnęła, odezwała się.
- Tiatia.- zaklaskała w rączki.
Wszyscy podbiegli i zgromadzili się wokół, ciesząc się i gratulując. A Bielikow wręcz pękał z dumy. Od pewnego czasu zastanawiałam się, co jeśli pierwszym słowem żadnego z moich dzieci nie będzie "mama". Może wydawać wam się to samolubne, ale jaka kobieta nie chciałaby usłyszeć, jak jej maluch woła ją po raz pierwszy. Założyłam, że pewni będę lekko rozczarowana i starałam się odsunąć od siebie tą myśl. Jednak teraz, gdy nadeszła ta chwila, czuję jedynie dumę i radość. Nie ważne co powiedziała, ważne, że się odezwała. Do przodu przesunął się Mason z kamerą.
- Uśmiech słonko.- powiedział, przysuwając urządzenie do dziewczynki.
Ta zakryła się rączkami z zawstydzeniem, na co kobiety zareagowały wspólnym "Oooooo...". Po chwili brzdąc zabrał dłonie i się uśmiechnął. Prawdziwa gwiazda. Po uściskach i pochwała, wróciliśmy do stołu. Felix zajadał się ciastem rączkami, a po chwili wylądował ono na mojej sukience. Spojrzałam na plamę i zaczęłam się śmiać. Wzięłam go i posadziłam na krześle, z którego sama wstałam. Zaczęłam iść do łazienki, wyczyścić się kiedy zatrzymał mnie piskliwy głosik.
- Mama.- zawołał chłopiec.
Momentalnie się odwróciłam, a plama nie miała znaczenia. Wzięłam go na ręce, gdy tym razem nas otoczyli z brawami i uściskami. Byłam cholernie dumna i tym razem po prostu się popłakałam ze szczęścia. Dymitr widząc to, zaśmiał się i otarł moje łzy, przytulając nas delikatnie do siebie. Po chwili podniósł Nastkę i się uśmiechnął.
- Patrz jaką nam niespodziankę zrobiły maluchy na swoje urodziny.- był równie szczęśliwy jak ja.
Nie wyobrażałam sobie nigdy, jakie to szczęście mieć dzieci. Kochać je, wychowywać i ocierać łzy. Nawet nie myślałam o bolesnym porodzie. Tylko myślałam, kiedy najszybciej moglibyśmy mieć kolejne. 

środa, 25 stycznia 2017

ROZDZIAŁ 369

- No w końcu jesteś.- od progu przywitał mnie zniecierpliwiony Dymitr.
- Tak, tak, wiem. Pięć okrążeń.- mruknęłam, mijając go i wbiegając głębiej.
Zdążyłam zauważyłam jak ze zrezygnowaniem kręci głową. Weszłam po schodach, przeskakując co drugi schodek. Hans mnie dłużej zatrzymał, mimo że wiedział o naszych planach. Na piętrze prawie zderzyłam się z Lili w pięknej, niebieskiej, a od połowy białej sukience z niebieskimi falbankami i kwiatuszkami. Na przejściu kolorów była tej samej barwy szarfa z białą różyczką. Do tego miała pasujące półbuty i opaskę w kolorze ubrania z kokardką, na opadających jej falami włosach(↓).
- Ślicznie wyglądasz.- powiedziałam, gdy poprawiała włosy w lustrze.
- Dziękuję Rose.- uśmiechnęła się do mnie.
Ruszyłam dalej aż wpadłam do naszego pokoju. Na puchatym dywanie bawiły się bliźniaki, już przebrane, co nie powiem, zaskoczyło mnie. Felix miał na sobie niebieską koszulę i beżowe spodnie, a Anastazja granatową sukienkę z motywem Krainy Lodu i małą opaskę, wśród średniej długości włosów. Sięgały jej już prawie do ramion, ale pewnie wyprostowane byłyby dłuższe. Jednak natura chciała inaczej i zwijały jej się w małe loczki. Gdy tylko mnie zobaczyły, uśmiechnęły się szeroko. Po chwili poczuła przyjemny zapach i silne dłonie na biodrach.
- Przebrałem je, bo tak coś czułem, że się spóźnisz.- mój mąż zachichotał mi przy uchu.
- Towarzyszu, dobrze wiesz, że w naszym zawodzie czas nie jest sprzymierzeńcem.- westchnęłam idąc do garderoby.
- Coś się stało?- spytał zmartwiony.
- Nie. Tylko Hans mnie zatrzymał. Akurat dzisiaj.- zaczęłam się rozbierać do samej bielizny.
- Co znowu przeskrobałaś?- oparł się o futrynę ze skrzyżowanymi rękoma.
- Czemu od razu zakładać, że coś zrobiłam?- zatrzepałam rzęsami, udając niewiniątko.
- Z tego co wiem, na herbatkę Croft nie zaprasza.- uśmiechnął się cwanie.
- Oj tak. Herbatka to nie była.- przymierzyłam do ciała jedną z sukienek.- Co o tym myślisz?
- We wszystkim wyglądasz pięknie.
- Faceci.- przewróciłam oczami.- Zapytać was o opinię.- przejrzałam się w lustrze.- Ale ta będzie idealna.
Wróciłam do pokoju, a Rosjanin za mną.
- To dowiem się?
- Oj no nic się nie stało. Po prostu wygarnęłam kilku morojkom, co o nich myślę. No i jakimś cudem dotarło to do Hansa.- zamknęłam się w łazience.
- Och Roza, Roza. Módl się, żeby dzieciaki miały choć w połowie moich cech.- usłyszałam zza drzwi.
- A to czemu?- spytałam, wchodząc pod prysznic.
- Bo będą mam sprawiać wiele kłopotów. Jak ty.
- Ja sprawiam ci kłopoty?- spytałam sarkastycznie.
- Od samego początku.- wiedziałam, że mimo wszystko, nie może powstrzymać uśmiechu.
Szybko skończyłam się myć i otworzyłam kabinę. Ledwo powstrzymałam krzyk, gdy przede mną pojawił się szeroko uśmiechnięty Bielikow z ręcznikiem.
- Przysięgam, kiedyś przez ciebie na zawał zejdę.- żaliłam się, kiedy on mnie wycierał.
- Oj, przesadzasz.- wziął mnie owiniętą w ręcznik, jak pannę młodą i zaniósł do sypialni.
- Ale ja jeszcze nie skończyłam.- pisnęłam.
- A co jeszcze?- spytał, przewracając oczami.
- Balsam, olejek, serum do włosów.- zaczęłam wyliczać.
Strażnik tylko westchnął i wrócił do łazienki. Po minucie wrócił ze wszystkim, po czym usiadł obok mnie. Wziął mnie na kolana i zaczął smarować najpierw balsamem, a później olejkiem.
- Tylko nie podnieć się za bardzo,- zaśmiałam się, kiedy doszedł do moich piersi i patrzył na nie z pożądaniem.- bo trochę nam brakuje czasu.
- Spokojnie Roza.- szepnął mi niskim głosem do ucha.- Jestem bardzo cierpliwy.
Zadrżałam, na ton jego głosu, gdy podgryzł płatek mojego ucha.
- Ale ja nie mam, więc mnie nie kuś.
Przez cały czas zerkaliśmy na dzieci, ale te grzecznie się bawiły i tylko czasami spoglądały na nas, a wtedy na ich pulchnych buźkach rozkwitał szeroki uśmiech. Na koniec usiadłam mężowi między nogami, odwrócona do niego tyłem, a on wcierał mi serum we włosy.
- Dymitr, wiem, że je lubisz...
- Uwielbiam.- szepnął mi do ucha.
- Uwielbiasz, ale mamy mało czasu. Obiecuję ci, że będziesz mi je smarować, po każdym myciu, ale nie teraz.
- Ech... no dobra.-westchnął i puścił mnie, składając delikatny pocałunek na moim karku.
Wzięłam sukienkę i założyłam ją na siebie. Była błyszcząca na niebiesko tak, że kojarzyła mu się z falami, od których odbija się światło. Nie miała ramiączek, a od pasa rozszerzała się w halkowaną falbankę. Nagle poczułam dłonie na talii.
- Czemu musisz wyglądać tak seksownie?- mruknął mi do ucha.
- Nie podobam ci się?- udałam smutek.
- Ja ciebie uwielbiam i bardzo mnie pociągasz, ale nienawidzę, gdy inni mężczyźni pozerają cię wzrokiem. Tylko ja tak mogę.- odwrócił mnie przodem do siebie, a w jego oczach widziałam pożądanie, miłość i... zazdrość. Na to ostatnie się uśmiechnęłam w duchu.- Jesteś tylko moja, Roza.
- A ty tylko mój, Towarzyszu.
Uniosłam się lekko na palcach, ale i tak nie dosięgałam do jego ust. Przewidując moje intencje, pochylił się w moją stronę. Poczułam końcówki jego miękkich, rozpuszczonych włosów, łaskoczące moje policzki. Przymknęłam oczy i czekałam. Po kilku sekundach, które ciągnęły mi się godzinami, lekko musnął ustami moje wargi. Bez pośpiechu oddałam pocałunek, a Dymitr przyciągnął mnie bliżej siebie, pogłębiając pieszczotę. Pewnie trwało by to dłużej, gdyby nie płacz Felixa.
- Tym razem ty go przebierasz.- mąż spojrzał na mnie ze strachem.
- A co? Już się znudziło?
Mimo wszystko podeszłam i wzięłam synka na rączki.
- Mam dosyć gonienia za tym golaskiem po całym pokoju.- powiedział stanowczo.- Dzisiaj już osiem razy mi uciekł.
- Oj, przesadzasz. Zmienimy brudną pieluszkę.- uśmiechnęłam się do bobaska i zabrałam do ich pokoju.
Pamiętam jak pierwszy raz przebierał Felixa w naszym domu. Siedziałam przy toaletce z Nastką na kolanach, a mój mąż robił z synem, to co ja teraz. I nagle z pokoju wybiegł nasz mały potomek, jak go Pan Bóg stworzył, a za nim mój zrozpaczony Rosjanin.
Tak się zamyśliłam, ze nie zauważyłam, kiedy malec był czyściutki. Wróciłam z nim do sypialni.
Sukienka Lili

Sukienka AnAnastazji
Sukienka Rose