niedziela, 25 grudnia 2016

ROZDZIAŁ 352

Po pokoju rozniósł się dźwięk telefonu.
- Skarbie, odbierzesz?- poprosiłam, zajęta dokumentami, jednak nie doczekała się żadnego odzewu.- Towarzyyyszuuu...Dymitr?
Rozejrzałam się po sypialni, ale go tu nie było. Dziwne. Jeszcze chwilę temu prosił mnie o spis naszych wart w tamtym tygodniu. Wstałam i odebrałam telefon, wychodząc na korytarz.
- Rose Hathaway-Bielikow.- powiedziałam, nie patrzą, kto dzwoni.
- Mam to o co prosiliście.- zawiadomił Abe.
- Dobrze. To dasz nam przy okazji oddania nam naszych dzieci.- są u moich rodziców od tygodnia.
- A jak tam sprawa z testami?- w jego głosie słyszałam troskę.
- Już trochę się uspokoiło, ale czuję, że to nie koniec.- westchnęła smutna.- Dobra, muszę kończyć, bo gdzieś mi mąż zginął. Pozdrów od nas mamę i nasze maleństwa.
Po drugiej stronie usłyszałam chichot. Zaczęłam schodzić po schodach do salonu.
- To powodzenia w poszukiwaniach córeczko. Wasze brzdące też za wami tęsknią.
- Uuu... nie dały się wam przekupić?!- udałam niedowierzanie.
- Wychodzi na to, że zabawki i słodycze przegrywają ze zwykłym uściskiem.
- Widzisz, Staruszku? Pieniądze to nie wszystko.- zaniepokoił mnie hałas w kuchni.
- Masz rację. Dobrze to już nie przeszkadzam.- w słuchawce usłyszałam dźwięk tłoczonego szkła.- Nastka! Czemu zbiłaś kotka dziadka.
Zachichotałam i się rozłączyłam. Poszłam w stronę kuchni i już miałam wejść do środka, gdy poczułam znajomy zapach i dłonie na biodrach.
- Tu jesteś, Towarzyszu.- odetchnęłam z ulgą.
- Skąd wiedziałaś?- wydał się zaskoczony.
- Twoja kochana woda kolońska cie zdradziła.- odwróciłam się do niego przodem i potarłam nosem, jego nos.- A po za tym, kto inny miałby to być?
W tej chwili usłyszałam w kuchni upadający garnek i soczyste przekleństwo. Spojrzałam pytająco na męża. Jednak on to zignorował.
- Miałaś siedzieć w pokoju i nigdzie nie wychodzić.- zasmucił się.- To miała być niespodzianka.
- Nic takiego nie mówiłeś. Nie lubię niespodzianek, ale poświęcę się ten jeden raz.- uśmiechnęłam się do niego, bo nie lubiłam, gdy się smuci.- To ja wrócę na górę i będę udawać, że o niczym nie wiem.- cmoknęłam go w kącik ust, wyminęłam i wróciłam do sypialni.
- Możesz zejść za dwie godziny.- usłyszałam jeszcze Rosjanina.
Z resztą dokumentów poradziłam sobie w pół godziny. Jeszcze chwilę popracowałam nad nowym rysunkiem, kiedy ocknęłam się, że mam pół godziny. Szlag! Zerwałam się na równe nogi i pobiegłam do łazienki. Prysznic zajął mi dziesięć minut. Dobrze, że umyłam głowę rano, chcąc mieć spokój wieczorem. Nałożyła balsam o zapachu róży. W garderobie spędziłam kolejne pięć minut. Zdecydowałam się na czarną do połowy sukienkę, bez ramiączek, z długimi rękawami. Od połowy była biała z czarnymi wzorami na dole(↓). Kupiłam ją specjalnie na święta, więc mam okazję zobaczyć jak w niej wyglądam i czy spodobam się ukochanemu. Pod spód ubrałam ciepłe, czarne rajstopy, bo pewnie będziemy gdzieś iść. Zostało mi piętnaście minut na makijaż i fryzurę. Mam coraz większą wprawę w szybkim szykowaniu się. Równo o trzeciej rozległo się pukanie do drzwi sypialni. Po chwili wszedł przez nie strażnik.
- A co jakbym była naga?- spytałam, udając oburzenie.
- Nie wiem, który widok byłby piękniejszy.- odpowiedział, mierząc mnie wzrokiem pełnym pożądania.- Ale to później. Teraz czas na niespodziankę.
Sam nie wyglądał gorzej. Żółta koszula, odpięta pod szyją, ciemne jeansy, rozpuszczone włosy i dokładnie ogolona broda. Szybko założyłam białe szpilki i popsikałam się perfumami.
- Jeśli liczysz na coś wieczorem, to cię rozczaruje. Dopiero pojutrze idę do Kathie.- wyszłam, po drodze łapiąc małą kopertówkę, a on za mną.
 Na korytarzu położył mi dłoń na dole pleców, a w drugą złapał moją.
- O nie!- był załamany.- Zacznę sobie kupować prezerwatywy na zapas.
Zeszliśmy na dół, a ja oniemiałam. Przez przeszkloną ścianę widziałam pięknie zastawiony stół ze świecami i bukietami róż. Wokół było ciemno, tylko nad nim migotały świąteczne lampy, a po na podłodze i meblach paliły się świeczki zapachowe. Te ustawione w dwa wężyki od schodów do drzwi jadalni były czerwone, a reszta zielone. Wokół unosił się zapach owoców leśnych i samego lasu. Bielikow, jak na dżentelmena przystało, otworzył przede mną drzwi, a następnie pomógł usiąść na jednym z dwóch krzeseł, które zostały. Resztę musiał wynieść.
- Sam to przygotowałeś.- rozglądam się dookoła ze wzruszeniem, nie dowierzając jak wszystko się zmieniło w zaledwie dwie godziny.- To jest przepiękne.
- Nie tak, jak ty najdroższa.- złapał moją dłoń i ucałował, patrząc mi z miłością w oczy.- Miałem małego pomocnika.
W tej chwili z kuchni wyszedł Nicko w garniturze z butelką wina. Pierwszy raz w życiu widziałam, żeby miał elegancko ułożone włosy, a nie każdy w inną stronę. Uśmiechnął się do mnie radośnie i dumnie, gdy napełniał nam kieliszki, a ja mu się odwzajemniłam tym samym. Odprowadziłam go wzrokiem aż do drzwi. Następnie spojrzałam na uśmiechniętego Dymitra.
- Przyznaj się, Towarzyszu, jak go do tego zmusiłeś?
- Powiedzmy, że miałem u niego dług wdzięczności.
- Przerażasz mnie. Jesteś coraz bardziej podobny do Abe'a.
- Nie bez powodu mówi się, że kobieta wybiera męża podobnego do ojca.- uśmiechnął się ze zmrużonymi oczami.
Zanim znowu się odezwałam, wrócił nasz kelner z jedzeniem. Przede mną pojawił się parujący filet z dorsza w panierce, ryż i sałatka warzywna. Napawałam się zapachem dania i poczułam jak bardzo zgłodniałam od czasu obiadu. Z ukochanym wzięliśmy się za jedzenie.
- Z jakiej to okazji?- spytałam, rozkoszując się delikatnym mięsem ryby, rozpływającym się w moich ustach.
- A czy musi być okazja, żebyśmy miło spędzili wieczór? Tylko we dwoje?- patrzyłam na niego przenikliwe, ale po chwili mój wzrok złagodniał.
- Nie. Nie musi.
- Każdy mój dzień jest warty świętowania, kiedy jesteś ze mną.
- Ale mi słodzisz.- zachichotałam, starając się ukryć zawstydzenie.
Nikt mnie nigdy tak nie zauroczył. Po prostu nie wiedziałam co powiedzieć. Myślę, że odkrył w jaki stan wprowadziły mnie jego słowa, bo uśmiechnął się dumny z siebie. Sama nie umiałam się nie uśmiechnąć. Wróciliśmy do jedzenia.
- Wracając do tematu Abe'a.- odezwałam się po chwili.- Za trzy dni dowiemy się czegoś o może twoim przyszłym ojczymie.
- Chciałbym, żeby moja mama była szczęśliwa.- w jego oczach zobaczyłam miłość, ale inną niż do mnie. Miłość dziecka do matki.
- Ja też. Dlatego to robimy.- uśmiechnęłam się do niego, szczęśliwa ze swojego życia.

sobota, 24 grudnia 2016

ROZDZIAŁ 351

Dymitr położył się obok mnie i już miał sięgać po komórkę, ale nie pozwoliłam mu, przetaczając się na niego i przyszpilając mu ręce do łóżka.
- Nie tak prędko, Towarzyszu. Sam mówiłeś, że teraz jestem twoja. Jak kocha to poczeka.
- Ale to może być coś ważnego.- ledwo wydusił patrząc na mój nagi biust.
- Teraz ważna jestem ja. Lissa jest bezpieczna i nic więcej nie powinno cię w tej sprawie interesować.
Nie czekając dłużej wpiłam się mężowi w usta. Telefon ucichł i mogliśmy się cieszyć chwilą dla siebie. Teraz to ja schodziłam pocałunkami mu na brzuch i zębami zerwałam z niego bokserki. Wróciłam do ust męża, przy czym czułam zwinne palce przy dolnej części mojej bielizny. Jednaj znowu nam coś przerwało.
- Cholera!- zaklęłam w usta ukochanego.
Na dźwięk dobrze znanej mi muzyczki zerwałam się z łóżka i niczym chmura burzowa podeszłam do telefonu.
- Czy choć raz nie możesz napisać SMSa "Hej, zadzwońcie w wolnej chwili."?- krzyknęłam prawie że po odebraniu.
Na telefony od ojca mam ustawiony osobny dzwonek z mojego ulubionego horroru Laleczka Chucki. Bo jeśli on dzwoni, zapowiada się prawdziwy horror.
- Czyżbym wam w czymś przeszkodził, Rose?- w głowie już widziałam ten jego perfidny uśmieszek, od którego aż skoczyło mi ciśnienie.
- Tak, więc streszczaj się.- warknęłam.
Jednak szybko się odprężyłam, gdy poczytam na biodrach ciepłe palce i pocałunki na ramionach. Odchyliłam głowę, aby dać strażnikowi większe pole do popisu.
- Widziałem, że Bielikow do mnie dzwonił, więc oddzwoniłem.
- W sumie to ja dzwoniłam z jego telefonu.
W tym momencie sam zainteresowany zaczął ciągnąć mnie do tyłu. Szłam, stawiając ostrożne kroki.
- Mam do ciebie sprawę.- zaczęłam.- Chcę wiedzieć dosłownie wszystko o Iwanie Gusewa. Od jego pra dziadków, przez ilość partnerek, do zabitych strzyg. Co, kiedy je.- Rosjanin pociągnął mnie, żebym usiadła na łóżku, między jego nogami i przytulił się do moich pleców, nie zaprzestając pocałunków.- Jego cały harmonogram dnia, przeszłość, planowaną przyszłość, spis uczniów, najbliższe otoczenie, co rowi w wolne dni, a nawet ile razy w tygodniu się kocha.- ukochany trafił w mój czuły punkt, a ja starałam się zdusić jęk, ale nie do końca mi to wyszło.
- Bielikow, przestań bałamucić moją córkę, gdy ze mną rozmawia!- Abe krzyknął tak, że z drugiego końca pokoju by usłyszał.
- Dzwoniłeś na własne ryzyko.- przesunęłam się bliżej Dymitra, dając mu do zrozumienia, że ma kontynuować.- Pozatym na razie tylko się migdalimy.
- Mniejsza z tym. Znajdę co chcesz, ale mam do ciebie zażalenie. W sumie to mamy z twoją mamą.
- O co chodzi?- coraz trudniej było mi się skupić.
- Chcemy wasze dzieci, a nasze wnuki, chociaż na jeden tydzień.
- Okey.- westchnęłam ciężko.- Możecie je zabrać za dwa dni, bo jutro idziemy robić testy na ojcostwo.
- Czyżby mój zięć wątpił w twoją wierność?
- Nigdy, Panie Mazur.- odpowiedział bez wahania Dymitr.
- On nie, ale arystokracja tak. W sumie to u was będą bezpieczniejsze.
Zrobiło mi się smutno, że chcą wykorzystać tak nasze dzieci. Każdy powinien się cieszyć cudem narodzin, a oni próbują nam tą radość odebrać.
- Nie martw się kochanie.- głos mojego ojca złagodniał.- Wszystko się ułoży. Zobaczysz.
- Mam nadzieję.- szepnęłam.
- To ja wam więcej nie przeszkadzam. A ty Bielikow rusz tyłek i pociesz moją córkę. Od tego chyba jes...- nie dokończył, bo mój mąż zamknął klapkę i pociągnął mnie za sobą na łóżko.
- Niekiedy mi się wydaje, że on podstępem podłączył nam tu jakieś kamery, albo podsłuch.- mruknął, całując moją szyję.- To na czym skończyliśmy?
- Nie ważne. Po prostu nie przestawaj.- na moje słowa cicho się zaśmiał, ale kontynuował.- Nie wiem, co, ani jak to robisz, ale błagam nie przestawaj.
Po chwili w końcu ściągnął ze mnie majtki i włożył we mnie palca.
- Tu nawet nie potrzeba gry wstępnej.- mruknął i wszedł we mnie.
- O Boże!- straciłam oddech, by zaraz powrócił z zdwojoną siłą.
Nasze urywane jęki zaczęły się mieszać ze sobą. Dymitr narzucił szybsze tępo, co mi pasowało. Oboje z niecierpliwością czekaliśmy na szczyt, który nie chciał nadejść. Kurczowo ściskałam jego włosy, aż się dziwię, że mu ich nie wyrwałam. W pewnej chwili moje dłonie zeszły na plecy ukochanego. Poruszał się we mnie coraz szybciej i mocniej, a ja zaczęłam mu wbijać paznokcie w skórę. Jęczeliśmy coraz głośniej, a ja sięgałam rękoma coraz dalej. Gdy w końcu osiągnęliśmy spełnienie opadliśmy na pościel.
- Co... to... było?-  wysapał strażnik.
- Nie wiem, ale podobało mi się.- uśmiechnęłam się błogo, patrząc mu w oczy.
- To co? Jeszcze jedna rundka?- poruszył zabawnie brwiami.
- Właśnie w tej chwili umarła moja wiara, że na ziemi istnieje choć jeden facet nie będący niewyżytym. Daj mi chwilę odpocząć i pogadaj ze mną.-bw tej chwili Rosjanin zaczął się podnosić ze mnie.- A ty gdzie?
- Myślałem, że jestem ciężki.- jednak został na swoim miejscu.
- Ja taki ciężar to mogę mieć całą noc.
- To o czym chcesz pogadać?- spytał, łapiąc jeden z  moich koskyków i obracając go sobie wokół palca.
- Jak myślisz, kim byłabym w prawdziwym świecie?- spojrzałam w sufit.
- To znaczy?- spytał zdziwiony, a ja spojrzałam znowu na niego.
- No wiesz. Bez służby, bez morojów i strzyg, gdybyśmy byli tylko ludźmi.
- Sądzę, że odziedziczyłabyś firmę po ojcu.
- O matko! Lubię nasze życie.- stwierdziłam, co wywołało śmiech mojego męża.
- I tak kiedyś ją odziedziczysz.- uznał, gdy się uspokoił.
- A skąd ta pewność? Sam słyszałeś, że planuje moje rodzeństwo. Je może zaangażować.
- Jednak coś tak sądzę, że to ty jesteś jego ulubienicą.
- Tylko dlatego, że jesteś moim mężem i mnie idealizujesz.
- Może. Ale mojego zdania nic nie zmieni. A co twoi zdaniem ja bym wtedy robił?
- Wszystko.- to było oczywiste.- A teraz do dzieła tygrysie, bo chcę się jutro wyspać.
- Do usług my lady.- podniósł się z pożądaniem w oczach. Pochylił się i wyszeptał mi do ucha.- Ale co do spania, nie byłbym taki pewny.
___________________________________________________________
Macie tak na szybko, bo mogą mi internet wyłączyć. Jeszcze raz Wesołych Świąt Kochani 💖💖💖💖

ROZDZIAŁ 350

Kolejnego dnia mieliśmy już normalną służbę. Było spokojnie, bo Lissa zakładała, że dalej będziemy się męczyć z papierami, więc nie miała za dużo obowiązków. Tylko najważniejsze spotkania, planowanie i audiencje. Po pracy, wracaliśmy autem do domu. Nagle zaczął zdziwić mój telefon. Jako, że kierowałam, odebrał mój mąż i włączył na głośnomówiący.
- Rose Hat...- nie było dane mi dokończyć, bo ze słuchawki odezwały się moje szwagierki.
- Mamy go!- zawołały chórem.
- Kto to?- ucieszyłam się, że w końcu coś zaczęliśmy.
- Iwan Gusewa.
- Iwan?- zdziwił się Dymitr.
- Znasz go?- spojrzałam na Rosjanina, ale po chwili przypomniałam sobie, że kieruję. 
- Uczy w mojej Akademii w Rosji. To znaczy uczył, gdy do niej chodziłem. Mieliśmy z nim nawet dobry kontakt. Teraz wiem, czemu tak dbał o moją naukę.
- Ale mówiłeś, że uczyła cię Galina.- zmarszczyłam czoło.
- Dobra, my będziemy kończyć.- przerwały nam dziewczyny.
- Okey, to pa. Widzimy się na Wigilii.- odpowiedział mój ukochany i się rozłączył.- Wracając do naszej rozmowy, on był moim pierwszym takim głównym trenerem. Sam mnie poprosił o dodatkowe zajęcia i zobaczył we mnie potencjał. Ale później dostał ucznia na wyłączność i musiał zakończyć nasze dodatkowe treningi. Ale dowiedziałem się, że to on wskazał mnie Galinie. W sumie to dzięki niemu jestem taki dobry.
- Skutkiem czego oboje jesteśmy najlepsi na świecie.- uśmiechnęłam się.- Jak to dobrze, że możemy mu się odwdzięczyć. Pamiętasz coś z jego życia prywatnego? Mówił coś? Wspominał? Odwoływał treningi, bo z kimś miał się spotkać?
Gdy zadawałam pytania, on kręcił głową.
- Nie. Nigdy. Zawsze dla nas obojga najważniejsza była walka. Nie wdawaliśmy się w dyskusję na temat naszego życia. To też nie było tak jak u nas. Ty byłaś, można powiedzieć, na warunkach i miałaś specjalne traktowanie. Musiałaś nadrobić materiał. A sama w sobie byłaś ciekawska.- uśmiechnął się do mnie.
- Jak wrócimy, dzwonię do ojca.- poinformowałam.
- Myślisz, że coś o nim wie?
- Jak nie to się dowie.
Kilka minut później byliśmy w domu. Zajęliśmy się dziećmi, nakarmiliśmy Biankę i zrobiliśmy trening z Lili. Gdy strażnik robił obiad, postanowiłam wcielić zamiary w życie. Jednak numer był zajęty. Ta. Jak potrzeba to go nigdy nie ma. Zaczęłam bawić się z dziećmi. Lekko je podnosiłam tak, żeby chodziły, ale nie umiały się jeszcze same utrzymać na nóżkach. Bianka kręciła się między nami i co chwila lizała któreś z maluchów, za co dostawała mocny uścisk. Po chwili zeszła do nas Lili.
- Skończyłaś lekcje?- spytałam.
- Tak. Tylko mam problem z jednym zadaniem.
- Pokaż.- wyciągnęłam do niej rękę.
Młoda usiadła obok mnie i pokazała książkę.
- No bo musimy nazwać zwierzęta. I delfin pływa w wodzie. Ale gdzieś mi się kojarzy, że nie jest rybą. I tak nie jestem pewna.
- Bo nie jest. Delfina zaliczamy do ssaków, ponieważ małe po urodzeniu piją mleko mamy.- zawsze interesowała mnie biologia.
- Aha.- zaznaczyła w zeszycie dobrą odpowiedz.- Ale to było tak przy okazji. Mam tu całe zadanie.- wskazała na następną stronę.- No i trzeba pod liśćmi napisać jakie to drzewa i jakie dają owoce.
Pomogłam jej i z tym zadaniem. Nastkę i Felixa zainteresowała książka mojej siostry i patrzyły w nią, z lekko rozchylonymi usteczkami.
- Spokojnie kochane. Wy też będziecie się tego uczyć.- powiedziałam, biorąc je na kolana.
Popatrzyły na mnie i się uśmiechnęły. Lili poszła odłożyć książkę i wróciła akurat na obiad.
- Proszę, oto spaghetti z klopsami.- na stole stała waza z sosem i makaronem.
- Brzmi pysznie.- dampirzyca usiadła do stołu.
- I na pewno tak samo dobrze smakuje.- dodałam, patrząc na ukochanego z miłością.
Miałam rację. Obiadokolacja była wspaniała, aż nie mogłam się ruszyć.
- To kto chce zrzucić zbędne kalorie na Gwiazdce?- spytał mój mąż.
- Ja! Ja!- ucieszyła się Lili.
- To ja druga. Trochę za bardzo się objadłam.
Gdy oni poszli ćwiczyć, ja posprzątałam po obiedzie i pilnowałam naszych skrzatów, zaopatrzonych w "Gdzie jest Nemo?" Po dwóch godzinach przyszła moja kolej.
- Hej, mała. Dawno nie miałam cię tylko dla siebie.- zauważyłam, głaszcząc klacz po harpiach.
Ta zarżała cicho i mnie przytuliła pyskiem. Weszłam na jej grzbiet i zaczęliśmy ćwiczyć. Po pół godziny Dymitr puścił lonżę i kazał mi przekłusować ogród. Przez kolejną część treningu ćwiczyłam z poleceniami mentora, już samodzielnie. To było super. Jednak mi zostało w obowiązku oporządzenie Gwiazdki po wszystkim. Lili poszła się szykować spać, a my z Bielikowem zajęliśmy się dziećmi. Gdy oboje spali, poszliśmy pożegnać małą. Dzisiaj ja czytałam jej bajkę. Po wszystkim sami się wykąpaliśmy.
- Teraz jesteś moją.- Dymitr wręcz skoczył na mnie.
- To do dzieła tygrysie.-zamruczałam z cwanym uśmieszkiem.
Nasze usta od razu się spotkały. Wszystko działo się szybko, a jednak czas zwolnił. Gdy byliśmy już w samej bieliźnie, ukochany zszedł pocałunkami na moją szyję i wędrował coraz niżej. Oboje byliśmy siebie spragnieni. Nie wiem, z czego to wynikało, w tej chwili o niczym nie chciałam myśleć. Skupiłam się tylko na rozkoszy, jaką dawały mi jego ciepłe dłonie na moich udach i mokre usta na pępku. Zanurzyłam palce w brązowych włosach Dymitr i lekko za nie ciągnęłam. Jednym ruchem ściągnął mój koronkowy stanik i dobierał się do takich samych majtek, kiedy po pomieszczeniu rozniósł się dźwięk jego telefonu. Szlag!
___________________________________________________________
Hej, jak tam święta? Ja mam pełno przygotowań, ale znalazłam chwilę na rozdział. Z okazji świąt Bożego Narodzenia chciałam życzyć wam wszystko najlepszego, zdrowia, szczęścia, rodzinnych świąt, dużo prezentów i Dymitra (lub Adriana. Jak kto woli😉) pod choinką. Na życzenie szczęśliwego Nowego Roku przyjdzie jeszcze czas. Będzie dzisiaj jeszcze jeden rozdział. Mam nadzieję, że pochwalicie się co wam Mikołaj przyniósł. 💖💖💖💖

czwartek, 22 grudnia 2016

ROZDZIAŁ 349

- Uff... wreszcie skończyliśmy.- Lissa zamknęła ostatnią księgę i oparła się o stos innych.
- Yhym..- chłopcy przyznali jej rację.
- Nigdy nie lubiłam tej roboty.- oświadczyłam, leżąc obok na podłodze.
- Dziękuję, że nam pomogliście. Inaczej pewnie siedzieli byśmy tu do rana.- dodała królowa
- No, muszę przyznać, że nawet Rose choć raz się do czegoś przydała.- zaśmiał się Christian.
- Przypomnieć ci, ile razy ta "bezużyteczna" Rose uratowała ci ten Ozerowski tyłek?- spojrzałam na niego gniewnie, między sterami papierów.
- Przykro mi chłopie, ale muszę przyznać jej rację.- westchnął z żalem Dymitr, kończąc wypełniać ostatni pergamin. Z nas wszystkich wyglądał na najmniej zmęczonego.
- Nie wiem, jak wam dziękować.- przyznała moja przyjaciółka.
- Bez przesady, Liss.- podniosłam się do siadu.- Przecież ciągle ci powtarzam, że na mnie zawsze możesz liczyć.- i znowu się położyłam.- Towarzyszu...
- Tak Roza?- spytał, dając papier do podpisu królowej.
- Nic mi się nie chce.
Reszta się zaśmiała. Po całym pokoju walały się dokumenty dotyczące ślubów, ustaw, ważnych wydarzeń, ogłoszeń i przemówień. Przed oczami latały mi litery, a wykaz strażników, organizacji i różnych tego typu zgromadzeń znałam chyba na pamięć.
- Raczej zostańcie tu na noc, bo dzieci i Lili śpią.- powiadomiła nas moja przyjaciółka.
- Pomóc wam je poukładać?- spytał mój ukochany.
- Bielikow, mało ci tych druczków?- spytał z niedowierzaniem Christian.
- Mi tam obojętne, a widzę, że wy ledwo  co się ruszacie. Więc to zrobię.- nie czekając na nic, zaczął przeglądać dokumenty i robić różne kupki.
- Tu mam budżet Dworu.- podałam mu najbliższą sobie kartkę i przeglądałam inne.- Spis ofiar w tym kwartale.
- Prośba o ślub.- dołączyła do mnie Blondyna.- I kilka kolejnych.
- Dobra, olać lenistwo, będę mężczyzną i pozbieram księgi.- mąż Królowej również się zmotywował do wysiłku.
I tak nasi mężczyźni latali po pokoju i wszystko zbierali, a my podawaliśmy im najbliższe dokumenty. Nie mogłam ukryć zmęczenia. Bo nawet na to nie miałam siły. Najwięcej papierów było przy Lissie, bo to ona wszystko podpisywała. Pół godziny później wszystko było posegregowane. Ziewnęłam leżąc z rękoma pod głową, a obok mnie położył się w ukochany.
- Jak tam?- spytał, uśmiechając się do mnie.- Wygodnie?
- Może być, ale lepiej było na tych papierach. Podłoga jest strasznie twarda.
Zobaczyłam, że Liss leży oparta na Christiane. Sama położyłam głowę na piersi Dymitra. On się tylko cicho zaśmiał i objął mnie ramionami. Zrobiło mi się tak ciepło i wygodnie, że oczy same mi opadły.
- Już lepiej?- spytał.
- Yhym.- tylko tyle mogłam powiedzieć.
- Coś mi się zdaje, że naprawdę zostaniemy na Dworze.- zachichotał.
- Nie trzęś się tak, bo spać nie mogę.- zmusiłam się do otworzenia oczu i od razu na moich ustach pojawił się uśmiech.- Zaniesiesz mnie do pokoju? Bo nie mam siły iść.
-Jasne Roza.- podniósł się, a ja jęknęłam z niezadowolenia.
Po chwili znalazłam się w ciepłych objęciach strażnika.
- Okey, to my już pójdziemy.- powiadomił małżeństwo Rosjanin.
- No to pa.- usłyszałam Ozerę i cichy pomruk Liss.
Pewnie jest w takim samym stanie co ja. Ukochany puścił mnie tylko, żeby otworzyć drzwi, a później nawet na chwilę nie zwolnił uścisku. Gdy wtuliłam się w niego, czułam się bezpieczna. Jak małe, zagubione dziecko, które w końcu odnalazło drogę. Ale nie byłam słaba, wręcz przeciwnie. To tylko dodawało mi siły. Miłość uskrzydla. Z tą myślą zasnęłam. Obudził mnie jakiś hałas. Dymitr zerwał się z łóżka i rozejrzał dookoła. Przysłoniłam się kołdrą, bo poczułam lekkie zimno. Zauważyłam, że strażnik się rozluźnił, czyli nie ma żadnego zagrożenia. Potrzebowałam chwili, aby rozeznać się w sytuacji. Musiałam zasnąć na rękach męża, a teraz leżę na łóżku w samej bieliźnie. Musiał mnie położyć i rozebrać. To nie nasza sypialna. To ale znajomy pokój. Nasze stare mieszkanie. A ten hałas? Nagle usłyszałam płacz Nastki, więc zrzuciłam z siebie okrycie i ignorując chłód podłogi, poszłam do łóżeczek. Wyciągnęłam małą i zaczęłam ją kołysać, aż się uspokoiła. W tym czasie podążałam wzrokiem za Bielikowem, który szedł w stronę okna. Było otwarte, więc mój ukochany je zamknął. Podniósł coś z ziemi i zaczął oglądać. Odłożyłam córeczkę, uśmiechając się do niej i chwilę zabawiając jej lewkiem. Gdy na nowo zasnęła, pocałowałam ją w główkę i przykryłam kocykiem, który zrzuciła. Pewnie chłód ją obudził. Upewniłam się, że oboje śpią i podeszłam do męża przy oknie. Czytał coś na pogiętej kartce. W drugiej ręce ważył cegłę.
- Jak to możliwe, że okno zamiast się zbić, to się otworzyło?- zdziwiłam się.
Dymitr zmarszczył czoło, jakby wyrwała go z wielkiej zadumy.
- Musiałem go nie dotknąć.- odpowiedział.
Nie spodobał mi się ton jego głosu. Coś go martwiło. Weszłam mu pod ramię i zabrałam list. W czasie, gdy czytałam, on mnie objął.


Drodzy Rose i Dymitr.

Nie myślcie, że tak łatwo się mnie pozbyć. Ale to, że mnie Dymitr nie zabiłeś od razu, będzie waszym przekleństwem. Kiedyś w końcu dorwę Rose i opłacę ci się synku za wszystko. Ale nie szukajcie mnie, bo tylko stracicie czas. Jak będę chciał, to się spotkamy. Pozdrówcie ode mnie Olenę i dziewczynki.
Randall


Za ostatnie zdanie miałam ochotę go dorwać i rozszarpać na strzępy. To była sugestia, że będą jego celem.
- Nie pozwolę mu nikogo skrzywdzić.- obiecał strażnik, całując mnie od tyłu w głowę.
- Dziewczyny muszą jak najszybciej wyciągnąć od Marka, kim jest pierwszy chłopak Oleny.- myślałam na głos.- On może je chronić cały czas.
- A jeśli naprawdę jej nie kocha?- podważył mój pomysł.
- Towarzyszu,- odwróciłam się do niego przodem.- ile razy, kiedy mówiłeś, że mnie nie kochasz, była to prawda?
- Ale nie możesz mierzyć wszystkich naszą miarą. Każdy jest inny.
- Ich mogę.- upierałam się.
- Czemu?
- Bo tak.
- Roza...
- O nie Towarzyszu. Ja wiem, że mam rację. Nie pytaj skąd. Kobieca intuicja, ale ty tego nie zrozumiesz.
- To choć teraz spać ty moja intuicjo.- mruknął mi do ucha, łapiąc za biodra.
Moja chłodna skóra na jego ciepłe dłonie zareagowała gęsią skórką.
- Widzę, że ktoś tu czuje niedosyt.- zachichotałam, gdy mnie podniósł i zaniósł do łóżka.
- Za ten tekst należy ci się kara. Gdyby dzieci byłyby w pokoju za dźwiękoszczelną ścianą, przeleciałbym cię tak, że przez cały dzień i pół następnego nie mogłabyś chodzić, a twoje krzyki słychać byłoby na drogim końcu Dworu.
- I ty liczysz, że po takim czymś spokojnie zasnę i wytrzymam do jutra?- jego słowa wywołały u mnie przyjemnu dreszcz podniecenia.
- Spokojnie. Wiesz, że ja nie rzucam słów na wiatr.
- Trzymam cię za słowo, Towarzyszu.

środa, 21 grudnia 2016

ROZDZIAŁ 348

Po chwili zostaliśmy sami z resztą strażników i Vanessą. Ta ostatnia wróciła do dzieci. Wszystkie emocje ze mnie opadły, ale zanim zdążyłam cokolwiek zrobić, znalazłam się w objęciach Bielikowa.
- To my was zostawimy.- poczułam na ramieniu delikatną dłoń morojki.- Przyjdźcie później do nas.
- Dobrze.- odpowiedział mój ukochany, bo ja nie miałam siły.
Gdy poszli, pozwoliłam wyjść smutkom na światło nocne. Poczułam swoje łzy i zaczęłam cicho szlochać.
- Cii... spokojnie Roza. Już po wszystkim.
- Nie!- uderzyłam go pięściami w klatkę piersiową, ale strażnik nawet się nie skrzywił. Patrzyłam mu w oczy, trochę rozmazane przez łzy.- Nic nie jest dobrze. Nie rozumiesz? Oni nigdy nie dadzą nam spokoju. Będą męczyć i dążyć, póki nie osiągną cel.- Na nowo się w niego wtuliłam, szukając ukojenia.- Boję się.- szepnęłam.
- Nie pozwolę, żeby coś wam się stało.- obiecał, chwytając moją twarz w dłonie.- Nigdy.
Kciukami starł mi mokre krople z policzków, po czym połączył nasze wargi. Pogłębiłam pocałunek, zarzucając mu ręce na kark. Po chwili odsunęliśmy się od siebie, aby zaczerpnąć powietrza. W tym czasie mąż przyciągnął mnie do siebie, schował twarz w moje włosy i nosem lekko połaskotał mnie w szyję, nieskrycie zaciągając się moim zapachem, co skwitowałam cichym chichotem przez łzy.
- Nigdy.- powtórzył bardzo poważnie.
- Dymitr?- spojrzał na mnie.- Możemy iść na salę treningową? Muszę wyżyć na czymś lub kimś swój gniew.
- I pewnie to ja mam być twoim workiem treningowym?- przewrócił oczami, ale złapał moją dłoń i pociągnął na zewnątrz.
- Cóż, nie pogardzę kolejną okazją na powalenie cię na łopatki.
- Przypominam, że ostatni pojedynek ja wygrałem.- zaśmiał się, przyciągają mnie bliżej siebie.
- Pff... Dałam ci fory.
- Wmawiaj sobie dalej skarbie.
Po pięciu minutach byliśmy na miejscu. W kilku salach i na siłowni ćwiczyły grupki strażników, ale my wzięliśmy wolną salę i zamknęliśmy. Nie chciałam, żeby ktokolwiek widział mnie w takim stanie. Oczywiście Rosjanin nie podarował mi rozgrzewki, ale trochę skrócił. Po pięciu okrążeniach i szybkim rozciąganiu, zaczęliśmy walczyć. Byłam jak w transie. Przelałam w to całą energię, złość, żal i inne targające mną negatywne emocje. To było okropne. Ci ludzie serca nie mają. Jak mogą chcieć krzywdzić takie małe, bezbronne dzieci? Przecież to barbarzyństwo. Atakowałam szybko i mocno, zaślepiona złością. Pokonała strażnika trzy razy i chciałam więcej, a on mnie jeszcze ani razu. W pewnej chwili złapał mnie za ręce, a gdy chciałam się wyrwać, przyszpilił mnie do ściany.
- Dosyć, Rose. Już dosyć.- powiedział i zamknął mnie w objęciach.
Nie mogłam tego nie odwzajemnić. Dopiero gdy adrenalina opadła, poczułam zmęczenie i bezsilność. Ale to wcale nie pomogło. Dalej byłam zła oraz przerażona. Cała się trzęsłam i zaczęłam na nowo płakać w ramię ukochanego.
- Na dzisiaj wystarczy, Skarbie. Spokojnie. Nic się złego nie wydarzy.
- Nigdy nie będzie dość.- krzyknęła, odsuwając się od niego.
Stanęłam na środku materaca i przyjęłam pozycję bojową.
- Rose, proszę cię.- na nowo mnie przytulił, ale ja zaczęłam się wyrywać.- Oboje jesteśmy zmęczeni. Wracamy.
- Nie! Chcę walczy. Pozbyć się tego wszystkiego. A najlepiej to byłoby dorwać tych zasranych morojów. Myślą, że są wielcy, ale zobaczymy co powiedzą, jak im obiję te arystokracie mordy.- już robiłam w głowie plan jak mu uciec, bo ani myślał mnie puścić.
Dymitr nagle się spiął, a ja popatrzyła m na niego. Wyglądał jakby dostał olśnienia, po czym popatrzył na mnie z troską.
- Wcale tak nie myślisz, prawda Rose?- spytał z niepokojem
- Myślę!- odpowiedziałam hardo.- I wiem, że ty też. Przecież oni chcieli skrzywdzić nasze maleństwa.- w oczach zebrały mi się łzy złości.
- Wcale, że nie. I ty też nie.- zaczął ciągnąć mnie do wyjścia.
Podobało mi się to i się nie opierałam. Gdy zwolni uścisk ucieknę mu. Jednak Bielikow nie zamierzał mnie puszczać. Wręcz przeciwnie. Im dalej szliśmy, tym mocniej mnie trzymał. Spróbowałam go zagadać i sprowokować.
- W takim razie mnie nie znasz towarzyszu.
Westchnął tylko i szedł dalej.
- Puść mnie. Umiem sama chodzić. Nie jestem małym dzieckiem, żeby musiał mnie za rączkę trzymał.
Nagle stanął i odwrócił się do mnie. Wystraszyłam się, bo jego oczy pojawiły się przed moją twarzą tak nagle.
- Skarbie, przestań krzyczeć, bo sprawisz wrażenie, że jestem ci niezbędny.- odezwał się z cwanym uśmiechem. Nawet w takiej sytuacji umie ukryć podtekst w zdaniu.- A trzymam cię dla twojego własnego bezpieczeństwa.
 - Umiem się obronić.- sprzeciwiłam się, gdy znowu mnie pociągnął.
- Przed sobą samą też. Rose, przejrzyj na oczy. Nie czujesz, że....- urwał nagle, przeklął pod nosem i ruszył dalej.
- Powiesz mi dlaczego jesteś dla mnie oziębły? I gdzie idziemy?
Nic nie odpowiedział, dopóki nie weszliśmy do naszego starego mieszkania. Za nami zamknął drzwi na klucz i schował go do kieszeni. Usiadłam na łóżku obrażona. Strażnik podszedł do mnie, klęknął, złapał moje dłonie i spojrzał mi w oczy, smutnym wzrokiem.
- Przepraszam kotku, ale musiałem. Nie chciałem zwracać się do ciebie tak chłodno, po prostu się o ciebie martwię. Roza, to nie jesteś ty.
Już chciałam zaprzeczyć, ale zdałam sobie sprawę z tego, że ma rację. Zwykle cztery słowa, które wskazują na jedno.
- Mrok.- szepnęłam odrętwiała.- To znowu on.
- Kochanie prosiłem cię, żebyś tego nie robiła.- popatrzył na mnie z żalem i troską.
- Ale to moja przyjaciółka. Ma szansę zmienić nasz świat. Jak mam pozwolić jej oszaleć? Ona jest Władimirem, a ja jestem jej Anną.- w oczach zebrały mi się łzy, które po chwili się uwolniły.- Tak musi być.
Rosjanin usiadł obok i wziął mnie na kolana. Wtuliłam się w niego, gdy on głaskał moje plecy. Od zawsze wiedziałam, musiałam być gotowa na śmierć w obronie przyjaciółki. Jednak teraz, gdy miałam prawdziwą rodzinę, trudno mi było myśleć o końcu. Nie mogę tego zrobić, choć nie wiadomo do jakiego stanu doprowadzi mnie Duch. Dymitr ma rację. Nie umiem się obronić przed sobą samą.
- Nie.- usłyszałam przy uchu cichy, ale stanowczy głos.- Nie musisz być Anną.
- Ale Lissa...- gdy zaczęłam protestować, mąż ucieszył mnie, kładąc mi palec na ustach.
- Nie o to mi chodzi. Jest między wami zasadnicza różnica. Ty masz mnie. Zawsze ci pomogę, nawet, a zwłaszcza z mrokiem. Tak jak teraz. Po za tym sama jesteś bardzo silna, więc dasz sobie z tym radę. Musisz. Masz dla kogo.
Był bardzo pewny swoich słów i tą pewnością zaraził mnie. Wierzył we mnie, a ja nie mogę go zawieść. Byłam mu wdzięczna za to, że jest i mnie wspiera mimo, że moje życie, a teraz nasze nie jest nigdy spokojne. Postanowiłam podziękować mu za to wszystko pocałunkiem. Ale na tym się nie skończyło. Tak samo jak w przypadku moich dwóch ostatnich "atakach", nie umieliśmy się sobie oprzeć.

wtorek, 20 grudnia 2016

ROZDZIAŁ 347

- Wow.- zaczęliśmy się śmiać.- Tego się nie spodziewałem.
- Chyba nikt się tego nie spodziewał, Towarzyszu.- w tej chwili minął nas adorator właścicielki.- Hej, Hans. Idziesz na ciastka?
- Tak, a co?- odwrócił się do nas.
- Pozdrów od nas Emi.- puściłam mu oczko.
Zmarszczył czoło w niezrozumieniu, ale po chwili zrozumiał aluzję. Otworzył szeroko oczy.
- Jeśli ktoś się dowie, dostaniesz nadgodziny w archiwum.- zagroził mi.
- Nie ma czego się wstydzić.- ukochany objął mnie w pasie i pocałował w skroń.- Miłość to piękne uczucie.
- Bielikow, naprawdę cię lubię. Nie psuj tego. I czy wy czasem nie musicie być na służbie. Już mi do królowej, jeśli chcecie mieć tu jeszcze do czego wracać.- odwrócił się i wszedł do kawiarni.
Po chwili oboje wybuchliśmy śmiechem.
- Chyba go zdenerwowaliśmy.- zauważył z uśmiechem strażnik.
- Nie martw się. Emilii go pocieszy. A od kiedy to jesteś taki zadziorny, Towarzyszu?
- Uczę się od mojej kobiety.- uśmiechnął się niewinnie.
- Ten ostatni zwrot cię ratuje.- spojrzałam na niego spod przymrużonych oczu.- A teraz chodź, bo już jesteśmy spóźnieni.
Minutę później byliśmy w gabinecie królowej, gdzie po kierowali nas inni. Zobaczyłam Lissę i Ozerę zawalonych stertą papierów. Nie zazdroszczę im.
- Rose, jak dobrze, że jesteś.- zawołała moja przyjaciółka, gdy tylko mnie zobaczyła.- Dzisiaj masz wolne, błagam pomóż mi z tym wszystkim.
- Ale co się stało?- spytałam, przytulając ją.
- Dymitr, ty też masz wolne.- oznajmił Christian, a my spojrzałyśmy na niego zdziwione.- No co? Nie tylko ty możesz przyjaźni się ze swoim strażnikiem.
Teraz zdziwiona popatrzyłam na męża, a ten tylko uśmiechnął się cwanie i podszedł do podopiecznego.
- Ale o co chodzi?- dopytywałam.
- O wszystko!- zaczęła histeryzować morojka.- Czarownice chcą jakiegoś układu, Luna prosi o kogoś zaufanego na powiernika tajemnicy, nie mam kogo wysyłać do domu dziecka, aby uczył maluchy walki, mamy za mało strażników, a rody królewskie domagają się przedziałów, coraz więcej par dampirów chce ślubów, a do tego muszę bronić wasze dzieci.- poczytam zimny dreszcz, na poruszenie tego tematu.- No i jeszcze Rosalie. Widział ktoś tą raczkującą diablicę?
- Tu jest, Wasza Wysokość.- któryś ze strażników podniósł małą, blondwłosą dziewczynkę, w biało-różowej sukieneczce z falbankami, białych rajstopkach i różowych butikach na rzepy.
- Ooo... Choć do cioci Rose.- wzięłam ją od Zacka. Mała od razu się do mnie uśmiechnęła.- A może nasza mała królewna chciałaby pobawić się z Felixem i Nastką?- mimo że pytanie kierowałam do małej, spojrzałam na jej mamę.
- Byłabym ci bardzo wdzięczna.- Lissa westchnęła ciężko.
Podeszłam z chsześnicą do niej, a one się pożegnały.
- Ej, to też moja córka!- zawołał Christian, gdy zbliżałam się do wyjścia.
- No dzięki, że mi przypomniałeś.- mruknęłam z sarkazmem.- A już zaczynałam ją lubić.
Podałam mu dziewczynkę, którą po czułym pożegnaniu oddał mi.
- Widzisz jak ojciec cię kocha?- udałam żal, patrząc na bobasa.- Nawet nie chce cię dłużej na rękach potrzymać. Ale ciocia cię przygarnie.
Wyszłam z pokoju i ruszyłam korytarzem do pokoju dziecięcego. Jednak zaniepokoił mnie hałas. To co zobaczyłam, sprawiło, że serce zabiło mi szybciej. Przed drzwiami stał tłum morojów i może kilka dampirów. Ale tych pierwszych było więcej. Przełknęłam wielką gule w gardle i zebrałam odwagę, aby się odezwać.
- Co tu się dzieje?
Na dźwięk mojego głosu, wszyscy zamilkli i zrobili mi przejście. Pod samymi drzwiami stała Vanessa.
- Rose.- wyraźnie ucieszył ją mój widok.- Oni chcą wejść, ale robię co mogę.- szepnęła mi.
- To dobrze. Dzięki.- odpowiedziałam i zwróciłam się do tłumu.- Czy mogę się dowiedzieć o co tu chodzi?
- Chcemy zobaczyć te dzieciaki!
- To mutanty!
- Dzieci strzygi!
- Dowody zdrady! - zaczęli się przekrzykiwać, a każde ich słowo mnie ranił.
- Cisza!- nie wytrzymałam.- Gówno wiecie. To są nasze dzieci, ale ich nie zobaczycie, bo na to nie pozwolę.
- A kim ty jesteś?- prychnął ktoś z tyłu.
- Ich matką.- na moje słowa uniosły się kolejne pomruki.- Chyba wiem, co w sobie nosiłam i co urodziłam.
Na nowo wybuchła wrzawa i zaczęli się pchać do wejścia. Wystraszona dziewczynka uczepiła się mojej bluzki i zaczęła płakać. Odwróciłam się bokiem do tłumu, aby ją osłonić.
- Wystarczy tego!- z tyłu grupy usłyszałam dostojny głos, a następnie zapadła całkowita cisza.
Ludzie się rozstąpili przed królową. Za nią dostrzegam męża i Ozerę. Mała, widząc mamę zaczęła wyciągać do niej rączki.
- Już skarbie.- Lissa wzięła ode mnie córeczkę.- Mama tu jest i nie pozwoli cię skrzywdzić. A teraz niech ktoś mi wytłumaczy o co chodzi.- zwróciła się do tłumu.
Stanęłam przed nią, co uczynili też Franklin Carl i Ima.
- Chcemy zobaczyć ich dzieci.- krzyknął ten sam mężczyzna co wcześniej spytam kim jestem.
Widziałam jak Dymitr zaciska pięści, aż mu knykcie zbielały.
- Przykro mi Lordzie Zeklos, ale to nie możliwe.- odpowiedziała spokojnie.- Jeśli matka nie wyraża zgody, noc nie mogę zrobić.
- To mutanty. Są zagrożeniem.- krzyknął ktoś inny.
Morojka już szykowała odpowiedz, ale mój ukochany był szybszy.
- Mogłaby pani to powtórzyć.- spytał, krzyżując ręce na piersi.- Myślę, że niczym się nie różnią od pani dzieci, oprócz tego, że są dampirami i chcą zostać odebrania rodzicom. A skąd możecie wiedzieć, czy to nie stanie się z innymi dziećmi. Dzisiaj nasze, a jutro będą chcieli zabrać wasze.
Po jego słowach zrobiło się lekkie zamieszanie. Poczułam, że mamy przewagę.
- Ale nasze dzieci miały prawo się pojawić.
- Nasze też.- włączyłam się do rozmowy.- Inaczej by ich nie było.
- A może to nie twoje dzieci.- pochwycił ktoś.- Zdradziła cię, ale chcesz bronić wasze honory i dobre imiona.
Miałam ochotę podejść i walnąć tego, kto to powiedział.
- Mogę zapewnić, że to moi potomkowie, z mojej krwi.- skąd w nim tyle cierpliwości.
- Czemu mamy wam wierzyć?
- Czy jeśli dostaniecie badania na ojcostwo, dacie nam spokój.- spytał, patrząc na mnie, aby poznać moje zdanie.
Delikatnie kiwnęłam głową. W tłumie odezwały się ciche pomruki zgody. Rosjanina to usatysfakcjonowało. Spojrzał na Lissę i lekko się skłonił.
- Wasza Wysokość, Lordzie Ozera, czy mogę w imieniu swoim i mojej żony prosić o wolne jutrzejszego dnia z przyczyn medycznych?
- Udzielam zgody.- odpowiedziała dumnie morojka.
- Ja też.- dodał jej mąż.
- A teraz proszę się rozejść.- powiedziała moja przyjaciółka, ale zgromadzeni trochę się ślimaczyli.
- Nie słyszeliście co powiedziała!- nie wytrzymał Christian.- Jazda mi stąd!
___________________________________________________________
Trochę taki rozdział pełen emocji, ale mam nadzieję, że się podoba. Wciąż zauważam spadek czytelników i nie wiem o co chodzi. Gdzie są te wszystkie osoby, które tak zawzięcie komentowały każdy rozdział? Zostały tylko Ola, Mańka, Kasia i Sylwia ( pozdrowienia dziewczyny😘). Czuję, że nie mam dla kogo pisać. Oczywiście nie przestanę, bo kocham to robić, ale chociaż pokażcie, że ktoś to czyta.
A i mam jeszcze jedną sprawę. Nie wiem, że inni widzieli, bo mało kto się wraca drugi raz do rozdziału, a tym bardziej do komów pod nimi. I dla tych wszystkich reklamuję nowy blog, wyżej wymienionej Sylwii ( mam nadzieję, że się nie obrazi 😉). Jest to, jak większość przeze mnie ogłaszanych, blog o dalszych losach naszego kochanego Romitri.  Znajdziesz gotutaj →Klik!← Zapraszam was serdecznie i polecam. Pozdrawiam Kochani💖

poniedziałek, 19 grudnia 2016

ROZDZIAŁ 346

- Dymitr?- zaczęłam ostrożnie.- A nie jest ci smutno, że Galina nie żyje? Fakt, że oboje byliście strzygami, ale ty dostałeś szansę, a ona nie? W końcu była twoim mentorem, jakaś nic porozumienia musiała się między wami wytworzyć.
- To prawda, była moją przyjaciółka.- przyznał, już czysty.- Ale taka jest kolej rzeczy. Jedni umierają, a inni się rodzą.- podszedł do mnie od tyłu i dotknął mojego brzucha.
- No, ale chyba mi nie powiesz, że nie tęsknisz za nią?- zagadnęłam, nakładając szminkę.
- Roza.- westchnął, odwracając mnie przodem do siebie.- Tęsknię za duża ilością osób. Nie wiesz nawet za jak duża. Ale utrata każdego przyjaciela, czy nawet znajomego, nauczyła mnie, żeby żyć dalej, nie patrząc na przeszłość. Najważniejsze dla mnie, że o nich pamiętam.
- Ja nie wiedziałam.- popatrzyłam niego wielkimi oczami.
Był smutny, więc go przytuliłam. Bez wahania mnie objął. Dawało mu to ukojenie. Jednocześnie zaczął docierać do mnie głębszy sens jego słów i spojrzałam na swoje życie inaczej. Z Liss ciągle pamiętamy o jej rodzicach i bracie, ale mam wrażenie, że niekiedy o nich zapominam, chodź nie powinnam. Byli dla mnie jak rodzina. Mason. Teraz żyje, ale wiem, że nigdy bym o nim nie zapomniała. Podczas ataku na Akademię zginęło bardzo wiele osób. Nie było zbytnio podczas walk o tym myśleć, a później przeżywałam swoją własną żałobę. I utrata ukochanego. Byłam silniejsza, bo miałam siłę odszukać go i sama zabić do końca. Mój mąż też nie miał za bardzo jak przejąć się śmiercią Galiny. Najpierw był strzygą, potem rozpaczał nad swoimi czynami, a później cały ten bałagan z oskarżeniem mnie o morderstwo królowej i ucieczka.
- Ale są osoby z których śmiercią nigdy bym się nie pogodził.- powiedział strażnik, patrząc mi w oczy.- Kocham Cię, Roza. Ciebie, nasze dzieci i Lili. Oni nie powinni umrzeć przed nami.
- Wiem, ale nikt nie może nam obiecać tego na pewno.
Poczułam pieczenie pod powiekami, na myśl o śmierci naszych kruszynek. Nawet nie poczułam jak pierwsza łza spłynęła mi po policzku. Dopiero usta Rosjanina mi to uświadomiły, scałowując ją ze mnie.
- Spokojnie, Kochanie. Jeszcze nic się nie stało. Póki nie zaczną walczyć, nie stanie im się żadna krzywda.
- Już dobrze.-szepnęłam.
- Na pewno?- spytał z troską, a ja przytaknęłam.- Mamy jeszcze chwilę, to może kupimy sobie coś słodkiego.
- A opowiesz mi ten swój sen?
- Któ...- przerwał, gdy zrozumiał.- Aż tak widać, że mnie męczy?- znowu przytaknęłam głową.- To nic takiego. Po prostu śniło mi się, że obudziłem się jako strzyga z żądzą krwi i zabiłem ciebie oraz... oraz dzieci. Ale to się nigdy nie zdarzy.
Był silny, ale nie chciałam, żeby ukrywał przede mną swojego bólu, chcę żaby odczuł ulgę. Nawet jeśli przez łzy. Usiadłam na kredensie z umywalkami i przyciągnęłam sobie jego głowę do piersi. Objął mnie mocno, szlochając po cichu.
- Spokojnie. To był tylko sen, nic takiego nigdy się nie wydarzy. Nie zrobisz tego. Już nigdy więcej nie będziesz mordować dla krwi. Obiecuję.- przez cały czas głaskałam go po włosach
- Skąd możesz to wiedzieć.-krzyknął, chcąc się odsunąć, ale mu nie pozwoliłam.- Byłem potworem i mogę się nim stać jeszcze raz. A ja tego nie chcę.
- Elizabeth sama powiedziała, że będziesz aniołem. Co oznacza, że nie ma możliwości, abyś stał się zły. Więc to jest równoznaczne z niemożliwością stania się strzygą. Po za tym ja zawsze cię obronię.- podniosłam mu głowę, patrząc w czekoladowy brąz tęczówek, wokół czarnych źrenice. Bez żadnej czerwonej obwódki.- Nikomu nie pozwolę cię skrzywdzić.
Ukochany uśmiechnął się do mnie przez łzy. Pocałował mnie mocno z całym bólem, miłością i wdzięcznością. Chętnie przyjmę na siebie każde jego zmartwienie, przykrość i wszystko co go męczy. Wolę sama cierpieć dwa razy mocniej, niż patrzeć jak coś go trapi. Po pocałunku na nowo go przytuliłam.
- Już dobrze.- szepnął.
- Na pewno.- spytała z troską. Zamieniliśmy się rolami.
- Tak.- cicho się zaśmiał.- A teraz chodź, bo zaraz się spóźnimy.
-Ale najpierw umyj twarz zimną wodą. Lepiej, żebym tylko ja widziała twoje łzy.
Jak powiedziałam, tak zrobił. Spojrzałam na zegarek ukochanego.
- Co mnie oszukujesz towarzyszu? Mamy jeszcze dziesięć minut. Spokojnie zdążymy do kawiarni.- pociągnęłam go na zewnątrz.
- Jak to? Zostawiliśmy dzieci dwadzieścia pięć minut temu?
- Wiem. Dla mnie też chwile z tobą zdają się być wiecznością.
Z prędkością huraganu wpadliśmy do kawiarni Emilii.
- Rose, Dymitr.- uścisnęła nas właścicielka.- Jak ja dawno was nie widziałam.
- Wiesz, jak to mówią, służba nie drużba.- uśmiechnął się Bielikow, na co wszyscy się zaśmialiśmy.
- Wiesz jak to jest. Dzieci, pies, koń, siostra.- wzruszyłam ramionami.
- Właśnie, czemu ja waszych dzieci jeszcze nie widziałam?
- Dzisiaj zobaczysz.- obiecałam.- A teraz podaj nam dwa razy te dobre ciasto, co mi zawsze dajesz. Ferrero?
- Raffaello. Ale byłaś blisko.- zaśmiał się i ukroiła nam po kawałku deseru.- Masz szczęście, bo z jakieś pięć minut temu wyszło z kuchni.
Były to dwie warstwy białego biszkoptu, przekładane masą kokosową i posypane wiórkami kokosa i migdałami. Już mi ślinka ciekła. Nie było ruchu, więc Emilii usiadła z nami do stolika.
- Mówcie, co tam u was.- zagadnęła, jedząc swój kawałek.
- A nic ciekawego. Lepiej mów co u ciebie słychać, że taka cała w skowronkach?- zagadnęłam.
- Aż tak bardzo to widać?- zarumieniła się.- No więc... poznałam kogoś.- spuściła wzrok, cała czerwona, a ja uśmiechnęłam się od ucha do ucha.
- A nie mówiłam, że na ciebie też przyjdzie pora. Mów, kto to jest?
- To znaczy, znałam go wcześniej, byliśmy przyjaciółmi i on mi się od dawna podobał, ale nie wiedziałam, że ja mu też. No i przyszedł tu jakiś czas temu, bo od czasu dekretu się nie pojawił, i zamówił ciasto. No i usiedliśmy razem, tak jak my teraz i gadaliśmy. Wspominaliśmy dawne czasy i powiedział, że zawsze byłam ładna, ale teraz jestem piękną.- uśmiechnęła się szeroko, a ja miałam wrażenie, że to nie koniec historii.- No i zaczął tu przychodzić częściej, prawić mi komplementy i ogólnie taki miły, niekiedy przypadkowo łapał mnie za dłoń i... wczoraj mnie pocałował.- prawie że skakał z radości.
- Ale kto to jest?- dopytywał mój mąż.
- Hans.
Zaczęłam krztusić się ciastem. Dymitr musiał poklepać mnie po plecach, żebym złapała oddech.
- Hans?!- nie dowierzałam.
Dziewczyna pokiwała głową, a ja zaczęłam się śmiać.
- No to nieźle. W takim razie wam gratuluję. Ale my już musimy spieszyć się na służbę.- dałam jej pieniądze i wyszliśmy.

niedziela, 18 grudnia 2016

ROZDZIAŁ 345

Po godzinie mała była padnięta. Tak jak prosiła, wymęczyliśmy ją za wszech czasy. Jeszcze ostatnie starcie między mną, a Dymitrem, które niestety przegrałam, i powrót do domu. Szybko się odświeżyliśmy, przebraliśmy w stroje służbowe i spakowaliśmy dzieci, po czym ruszyliśmy na Dwór. Na miejscu byliśmy pół godziny później. Pożegnaliśmy się z Lili, która poszła do szkoły, a my udaliśmy się do pokoju dziecięcego. Maluchy nie były zachwycone, że je zostawiamy. Zrobiły tak smutne buźki, że ukochany musiał mnie siłą wyciągnąć z pomieszczenia, żebym ich nie zabrała ze sobą. Oparłam się o ścianę obok drzwi i westchnęłam ciężko. Po chwili strażnik pochylił się nade mną, opierając dłonie po bokach mojej głowy. Oplótł sobie na palec jeden z moich kosmyków i chwilę na niego patrzył smutnym wzrokiem. Było mu równie ciężko.
- Też nie chcę się z nimi rozstawać.- zrobił pause, aby spojrzeć mi w oczy.- Ale nie możemy.
- Wiem.- westchnęłam znowu spuszczając głowę.
- Tu będą bezpieczne i będziemy mogli wrócić do nich, nim się obejrzysz. A teraz chodź, bo obawiam się, że zaraz, jeśli ty do nich nie wejdziesz, to ja to zrobię.
Uśmiechnęliśmy się do siebie, złączyliśmy nasze dłonie i ruszyliśmy do sali tronowej. Dzisiaj na szczęście mieliśmy na drugą zmianę, tak samo jak Lili w szkole.
- Jeśli tak dalej pójdzie, to ja nie pozwolę im chodzić do przedszkola.- zażartowałam.
- Maluchy byłyby wielce niepocieszone.- mój mąż udał zszokowanie, łapiąc się za serce, po czym oboje się roześmialiśmy.
- Kocham naszą rodzinkę.- westchnęłam.- Z wierzchu może wydawać się normalna, ale kto nas zna bliżej, ten wie, że nic w niej nie jest normalne.
- To zaskakujące, że ja mam z takimi rzeczami do czynienia od zawsze. Luna- zwykła sarna, a jednak nie. Gwiazdka też w jakiś sposób się wyróżnia, zwłaszcza inteligencją, jakby rozumiała wszystko co mówimy.
Słuchałam go uważnie, gdy szliśmy wolno do królowej. Nie spieszyło nam się, bo mieliśmy jeszcze czas. Nagle, nie wiem jak, znalazłam się przyszpilona przez Rosjanina do ściany. Lekko się wystraszyłam, ale uspokoiło mnie jego pełne miłości spojrzenie.
- I ty. Niby zwykła nastolatka, niepozorna dampirzyca, kolejna moja uczennica. Ale jeszcze nikt nie zawrócił mi tak w głowie, przy tym sama będąca wielką zagadką. Przeżyła to, co powinno ją zabić, poświęcała się i robiła to co pohańbione dlatego, że było to słuszne, wiedziała co czuje i myśli jej podopieczna, później widziała duchy i przez więź zabierała przyjaciółce mrok, znalazła sposób na ocalenie strzygi, samą siłą walki wygrała pojedynek ze śmiercią, znowu, a na końcu dała mi dzieci. Byłaś dla mnie wyzwaniem, a jednocześnie wielką niewiadomą. Im bliżej cię poznawałem, tym więcej chciałem o tobie wiedzieć. Te wszystkie tajemnice zaprzątały mi głowę. Być może to mnie w tobie pociągało. Choć i bez tego bym cię pokochał. Ale tym się najbardziej wyróżniasz i jesteś dla mnie wyjątkowa i jedyna. Kocham cię Roza.
Położyłam dłonie na jego tors, patrząc mu głęboko w oczy.
- Mogłabym powiedzieć podobnie o tobie. Od zawsze zamknięty w sobie, poważny strażnik. To wzbudziło moją ciekawość. Jakie ty ukrywasz tajemnice pod swoją kamienną maską. Chyba jeszcze nigdy nie spotkałam kogoś tak oddanego pracy. Ty nią żyłeś. Rzadko się uśmiechałeś, byłeś i nadal jesteś dla mnie wzorem idealnego strażnika. Aż na jednej z naszych lekcji się zaśmiałeś. Poczułam wtedy ogromną satysfakcję, jakbym co najmniej weszła na Mont Everest.- uśmiechnęliśmy się oboje.- Od tamtej chwili moim celem życiowym stało się zburzenie tego muru. I Chyba udało mi się. Nie od razu myślałam o takim efekcie, ale jestem szczęśliwa. To bardzo dobry koniec. Też Cię Kocham, Towarzyszu.
Bielikow przesunął się bliżej i nasze wargi się spotkały w czułym pocałunku. Automatycznie moje dłonie powędrowały do jego miękkich i aksamitnych włosów, które uwolniłam z gumki i zaczęłam przeczesywać palcami. W tym samym czasie poczułam ucisk na biodrach, wywołany dłońmi Dymitra, który jeszcze bardziej zbliżył nas do siebie i przycisnął mnie do ściany, pogłębiając pocałunek. Po chwili trzymał mnie za pośladki, a ja oplotłam go nogami. Z tego transu ocknęło nas czyjeś chrząknięcie. Ukochany momentalnie się ode mnie odsunął. Oboje ciężko oddychaliśmy. Strażnik poprawił ubranie i na nowo związał włosy. Rozglądając się, zauważyłam jakąś służąca, a raczej jej oddalające się plecy.
- Musimy popracować nad twoją samokontrolą Towarzy...- gdy na niego spojrzałam, wybuchłam śmiechem.
- O co chodzi, Roza?- spytał zbity z tropu.
- Zanim pójdziemy do królowej, musisz odwiedzić toaletę, skarbie.- uśmiechnęłam się do niego.
- Czyżbym miał na ustach to co ty?
- Jeśli chodzi ci o moją szminkę, to tak.
- Bardziej o rozmazaną szminkę.
- Cholera. To chyba razem odwiedzimy łazienkę.
- Mi to tam nie przeszkadza.- złapał mnie za rękę i pociągnął w sąsiedni korytarz.- A wracając do tematu, ty nie zostałaś mi dłużna i oddałaś pocałunek.
- Ale to ty go pogłębiłeś.- odparowałam.
- Tylko, że nie kazałem ci oplatać mnie nogami.
- Doskonale wiesz, że przy tobie przestaję racjonalnie myśleć. I tak to wszystko twoja wina.- wystawiłam mu język.
- Okey, to obiecuję, że to był ostatni pocałunek na Dworze. No po za naszym mieszkaniem.- uśmiechnął się złośliwie.
- Chyba żartujesz?!- spojrzałam na niego zszokowana. Jednak po chwili się uspokoiłam.- Nie dasz rady. Kiedyś mnie pocałujesz. Zakładam, że jeszcze w tym tygodniu, jeśli nie dzisiaj.
- Zobaczymy Roza.- cwany uśmieszek nie schodził z ust mojego męża.
Weszliśmy do toalety dla personelu. Gdy zobaczyłam się w lustrze, przyznałam mu rację. Usta miałam trzy razy większe niż w rzeczywistości. Oboje wzięliśmy papierowe ręczniki i zaczęliśmy się czyścić.

sobota, 17 grudnia 2016

ROZDZIAŁ 344

Obudziło mnie coś wilgotnego i zimnego na twarzy. Odgoniłam się ręką, ale po chwili poczułam coś bardziej mokrego i już ciepłego. Otarłam twarz i powoli otworzyłam oczy. Zobaczyłam wielką beżową plamę z trzema czarnymi punktami. Gdy wzrok mi się wyostrzył, zobaczyłam swój budzik.
- Bianka!- krzyknęła z niedowierzaniem.
Zepchnęłam ją na bok, a ona się przeturlała na drugą stronę łóżka, położyła na łapach, patrząc na mnie i merdając ogonem. Zaśmiałam się na ten widok i podrapałam ją pod brodą. Dopiero teraz zauważyłam, że jesteśmy same w sypialni.
- A może ty wiesz, gdzie są wszyscy?- spytałam suczkę.
Ona od razu wstała i wybiegł z pokoju. Po chwili wróciła i oparła łapy na łóżku, patrząc na mnie wyczekująco.
- No dobra. Tylko daj mi się ubrać.- powiedziałam zrzucając z siebie kołdrę.
Super, teraz zaczęłam gadać do psa. No ale jak mnie rozumie, to czemu nie. Wzięłam czystą bieliznę i poszłam do łazienki. Po szybkim prysznicu wróciłam do garderoby, przebrać się w strój strażniczki. Po rozczesaniu włosów i zrobieniu lekkiego makijażu, zeszłam z Bianką na dół. W jadalni mój ukochany właśnie kładł na stole stertę naleśników, a wokół nich były miski z owocami, bitą śmietaną, czekoladą i stropem klonowym. Lili w tym czasie karmiła maluchy. Sądząc po talerzu na jej miejscu, jeszcze nic nie jadła. Na pewno czekali na mnie.
- Hej.- powiedziałam, wchodząc przez szklane drzwi i wciągając cudowny zapach naleśników.- Ale pachnie...
- To siadaj, bo wystygnie.- w chwili między moimi nogami przebiegła suczka i zaczęła skakać wokół Dymitra.- Tak. Dobra psinka obudziła panią, tak? A teraz idź jeść.
Bianka popędziła pod ścianę i wręcz rzuciła się na miskę, jakby tydzień nic nie jadła. Rozbawiona podeszłam do męża, po drodze obdarzając każde z dzieci pocałunkiem w policzek. Bliźniaki dodatkowo zostały połaskotane po brzuszkach, na co uśmiechnęły się szeroko.
- Mam rozumieć, że to ty jesteś odpowiedzialny za moją pobudkę?- Rosjanin pokiwał głową, gdy zajęłam swoje miejsce.- Dziękuję. Lepszej nie miałam.
Uśmiechnął się, lecz po chwili dotarło do niego znaczenie moich słów.
- Ej! Moje pobudki nie są gorsze.- zaprzeczył, jak obrażony chłopiec.
- Jesteś pewny?- droczyłam się z nim.
- Tak.- powiedział pewnie.-Ale jutro tak cię obudzę, że nie będziesz chciała już innej pobudki.- usiadł obok mnie. 
- Już nie mogę się doczekać.- odpowiedziałam i wzięliśmy się za jedzenie.
Jak zawsze było pyszne. Po posiłku Bielikow i Lili zaczęli sprzątać, a ja wzięłam dzieci do mycia.
- Czy chodź raz może być więcej jedzenia w was niż na was?- spytałam, rozbierając Nastkę.
Na moje pytanie dzieci tylko się uśmiechnęły. Nagle usłyszałam pukanie. W przejściu pojawiła się głową Lili, która po chwili podeszła do nas.
- Hej, myszko.- objęłam ją ramieniem i cmoknęłam w skroń.- Coś się stało?
- Nie, tylko Dymitr uznał, że da sobie radę i posłał, abym ci pomogła. Choć kochanie.- z podłogi podniosła swojego siostrzeńca.
Podeszłam do stolika na którym leżała wanienka z ciepłą wodą.
- I po co ja was w nocy myłam?- zastanawiałam się na głos, gdy moja ciekawska córeczka bawiła się zabawki w pianie.
- Bo jesteś bardzo dobrą mamą.- odpowiedziała mi siostra, z gołym chłopcem na rękach.
- Nie podlizuj się. Pamiętam, że chciałaś wycisk na treningu.- zaśmiałyśmy się.
- Rose? A kiedy pojedziemy nad tamto jeziorko? Chciałam nauczyć się jeździć na łyżwach.
- A masz łyżwy?- spytałam myjąc małą. W tej chwili uderzyła rączką w wodę i ją rozlała.- Anastazja!
Bliźniaki się roześmiały.
- Nie.- przyznała Lili ze smutkiem.
Chyba mam pomysł na prezent dla niej. Szybko dokończyłam myć dziewczynkę i położyłam ją na ręczniki z boku. Następnie wzięłam od siostry Felixa, a ona zajęła się siostrzenicą. Cieszyłam się widząc z jaką miłością i troską opiekuje się naszymi dziećmi.
-Dzięki za pomoc.- przytuliłam brunetkę, gdy oboje byli już ubrani, a podłoga sucha.
W tej chwili do pokoju wszedł mój mąż, już przebrany na trening.
- Co tam rodzinko? Za dziesięć minut widzę was na sali.- zapowiedział i już chciał wyjść.
- Hola hola, Towarzyszu. Wracaj mi tu.- strażnik wrócił się, patrząc na mnie zdziwiony.- Jak my mamy się szykować, to ty bierzesz nasze dzieci.
Uśmiechnął się szeroko i wziął najpierw oczywiście swoją księżniczkę.
- Kiedyś Felix poczuje się odrzucony przez ciebie.- pokręciłam zrezygnowana głową i wyszłam do garderoby.
Lili pobiegła do pokoju, gdy tylko Dymitr wspomniał o treningu. Po chwili za mną pojawił się Bielikow z maluchami.
- Doskonale wiesz, że kocham was wszystkich tak samo. Jesteście całym moim życiem.
- Wiem skarbie.- cmoknęłam go i dzieci w policzki.
Szybko się przebrałam w różową bluzkę na ramiączkach i czarne leginsy. Zadowolona spojrzałam w lustro i związałam włosy w kucyk.
- Gotowa?- spytał ojciec naszych dzieci.
- Tak.- robiłam ostatnie poprawki przed zwierciadłem.
- Jesteś piękna Roza.- westchnął, widząc moje poczynania.
- Dla ciebie, chcę być idealna.- szepnęłam, mając nadzieję, że tego nie usłyszy, jednak się przeliczyłam.
- Dla mnie zawsze będziesz idealna. Pod warunkiem, że choć ten raz się nie spóźnisz.
- Wtedy nie byłabym sobą.- wzięłam na ręce córkę i wyszłam z pokoju.
Na dole na rzuciłam na siebie ciepłą bluzę i oczywiście prochowiec. Ale dzieci ubraliśmy w ciepłe kurteczki, czapki i rękawiczki. Po chwili dołączyła do nas Lili i też się ubrała. W sumie mieliście z pięć kroków do naszej sali. Odkąd zaczęliśmy służbę nie mieliśmy czasu budować, więc wynajęliśmy specjalną firmę i na podwórku stoi już budynek sportowy i stajnia. Weszliśmy do tego pierwszego. Przed nami rozpościera się korytarz. Po lewej są szatnie, toaleta i kilka sal, a reszta po prawej. Jedna z lustrami, inna z materacami i drabinkami, siłownia, na gry zespołowe z piłką, tenis stołowy, basen i magazyn ze sprzętami. Najpierw poszliśmy na największą, aby zacząć rozgrzewkę od biegania. Kwadrans później zaczęliśmy się rozciągać i przeszliśmy do sali z drabinkami. Tam z mężem odbyliśmy kilka starć z różnymi wynikami. Raz wygrałam ja, raz Rosjanin. Dzieciom chyba się podobało, bo ciągle się śmiały i przypatrywały uważnie naszym starciom.
- W końcu znalazłem godnego siebie przeciwnika, który nie leży na macie po pięciu ciosach.- uśmiechnął się mój ukochany, gdy szliśmy do toreb po picie.
- Sam mnie na taką wychowałeś.- zauważyłam, sięgając po bidon.
- Dobra młoda,- strażnik klasnął w dłonie.- twoja kolej.