piątek, 21 października 2016

ROZDZIAŁ 298

- Wejdziesz na kawę?- spytałam ojca.
- Bardzo bym chciał, chociażby dla tych skarbeńków,- połaskotał Nastkę na moich rękach. Mała zaśmiała się i złapała pstrokaty krawat dziadka.- no i oczywiście ciebie, Różyczko,- poprawił się widząc moje spojrzenie.- ale twoja mamusia na pewno się za mną stęskniła. Po za tym muszę jej przekazać dobrą nowinę.
- Życzę powodzenia.- zaśmiałam się.- I pamiętaj. Najpierw ślub.
- A podobno to ja jestem nadopiekuńczy.- westchnął.- No to ja lecę. Pa dzieciaki.
Cmoknął mnie w policzek, a Dymitrowi uścisnął dłoń. Wsiadł do auta które jechało za nami. Za kierownicą siedział Lary. Z tyłu dostrzegłam Dave. Pomachał mi, a ja mu odpowiedziałam tym samym. Bardzo się polubiliśmy. Może to jeszcze nie przyjaźń, ale blisko. Gdy pojechali, weszliśmy do domu. Już wszędzie biegły dzieciaki.
- Rose, mogę pokazać Pawce ogród?- spytała Lili.
- A nie jesteście głodni.
- Nie.- zaprzeczyła szybko dampirzyca.
- Ja bym tam coś zjadł.- odezwał się syn Karoliny.
Lili posmutniała.
- To wiecie co? Idźcie się pobawić, a my zrobimy obiad. Dobrze?
- Tak.- wszystkie dzieci pobiegły do ogrodu.
Wszystkie oprócz Zoji.
- A ty nie idziesz się bawić?- spytałam.
- Ciocia, dzisiaj jeśt tak bardzio gorońco.- narzekała.
- To idź się z nimi pobawić, a po obiedzie będzie niespodzianka.- obiecałam.
Mała ucieszyła się i dołączyła do reszty. Podszedł do mnie mąż i chciał mi zabrać Nastkę.
- Ja zajmę się dziećmi, a ty zacznij robić obiad.- poprosił.
- O nie, towarzyszu. Ja biorę maluchy, a ty masz do kuchni.- odsuwam się z córeczką i kieruję się do schodów.- Tylko zanieś proszę Felixa na górę.
- Ale skarbie, ty się nimi opiekowałaś cały miesiąc...
- I zaopiekuję się jeszcze teraz. Ja nie umiem gotować tak dobrze jak ty. Najwyżej mogę ci kotlety usmażyć. Wymyśl coś ciekawego.- poprosiłam go, wchodząc do pokoju dziecięcego. 
- No dobrze kotku.- odłożył synka do łóżeczka i wyszedł, całując mnie przelotne.
Podeszłam z córeczką do szafy i wzięłam jakieś wygodne ubranka. Położyłam małą na przewijaku i zaczęłam ją przebierać, gdy oboje się rozpłakały. Skończyłam ubierać Nastkę, dałam jej smoczka, a następnie włożyłam do łóżeczka. Wzięłam Felixa, aby mu również zmienić strój. Gdy oboje byli gotowi, wzięłam je (tak, użyłam tych szelek.) na dół, gdzie strażnik czekał już z mlekiem. Zaczął się śmiać, widząc mnie, ale bez słowa wziął ode mnie córeczkę, całując mnie w usta i zaczął ją karmić . Wyciągnęłam synka z szelek i dałam mu butelkę. Uwielbiam, gdy karmione, patrzą na nas z miłością. Wyglądają tak uroczo.
- Dymitr, po obiedzie zabierzemy dzieci nad wodospad?- poprosiłam, odkładając malucha na podłogę, obok siostry.
- Jasne, ale czy się zmieszczą?- zwątpił, wyciągając placki z piekarnika.
- Zoja może jeździć na tym małym rowerku w piwnicy, Łuka zmieści się do diabełków, a Pawka pojedzie na twoim. Zmieścicie się we dwójkę. A ci jest na obiad?- spytałam.
- Postawiłem na meksykańską kuchnię. Tortilla.
- Mniam. To co mogę zrobić?- spytałam.
- Pokrój te umyte warzywa. Tylko zostaw pomidory. Z nich zrobimy sos.
Zrobiłam tak jak mówił. Co jakiś czas patrzyłam czujnie na dzieci. Gdy wszystko zrobiłam, według wskazówek męża, część odłożyłam na talerz, a część wrzucić do garnka na płycie. Trwało to może pięć minut. O pięć minut za długo. Oboje obróciliśmy się na dźwięk tłuczonego naczynia. Podbiegliśmy do dzieci i zabraliśmy je. Nastka chyba chciała przenieść sobie słoik z blatu na podłogę, ale to nie jest pluszowy miś. Nie miała na tyle siły i ceramika spadła.
- Czy ty kiedykolwiek będziesz grzeczna w kuchni?- spytałam córeczkę.
- Ona po prostu się zaciekawiła.
- Piąty raz?- spojrzałam na niego wątpiąco.
- Jak piąty?- nie rozumiał.
- Przez ostatni miesiąc ciągle zrzucała ten słoik. Zawsze zdążyłam go złapać. A gdy zostawiłam go na ziemi, szukała czegoś innego do zabawy. One po prostu rozrabiają.
- Nie wiarygodne. Moja księżniczka?- popatrzył na nią karcąco, a ta się roześmiała.
- Niestety przeważa charakter mamusi.- zrozumiałam, że ze mną też pewnie nie było łatwo.
- Ja bardzo kocham twój charakter.- ukochany odłożył córeczkę w bezpiecznej odległości od potłuczonego naczynia, podszedł i zamknął mnie w uścisku.
- Bo nie musiałeś mnie wychowywać.- burknęłam.
- To teraz będę miał okazję. Po za tym nasze treningi można uznać za wychowywanie cię.
- Czyli, że wtedy patrzyłeś na mnie jak na dziecko.- oburzyłam się.
- Nie. Jak piękną, pełną energii kobietę, która tylko potrzebowała wskazówek, jak nią pokierować w dobry i pożyteczny sposób.
- Pięknie wybrnąłeś. dałam mu całusa.
Wcisnęłam mi mu syna i zaczęłam sprzątać ostre kawałki. W tym czasie Bielikow pilnował Nastki, by nawet nie zbliżyła się do mnie.
- Wiesz co?- westchnęłam, wyrzucając naczynie do śmieci.- Ty lepiej kończ ten obiad, a ja popilnuję dzieciaków w salonie.
- Nie Roza. Wiem co to znaczy opiekować się dziećmi, a z bliźniakami to zapewne dwa razy więcej roboty. Mam dwie młodsze siostry. Gotowanie przy tym, to pikuś. Ty robiłaś wszystko przez ostatnie miesiące. Teraz ja je zabiorę.- mąż pocałował mnie w czoło.
- Skarbie, najgorzej jest robić to wszystko na raz. Samo pilnowanie ich to nic trudnego. A ja wolę gdy ty gotujesz, towarzyszu.
- No dobrze, ale pod jednym warunkiem.- spojrzałam na niego wyczekująco.- Zostajecie tutaj. Nie po to brałem wolne, żeby siedzieć samemu.
Tak też zrobiłam. Zabawiałam dzieci i przyłapywałam ukochanego na podglądaniu nas. Pół godziny później obiad był gotowy. Zawołaliśmy dzieci, które nie chętnie przyszły. Umyły rączki i usiadł do stołu. Maluchom dałam na spróbowania kaszki na mleku Łuki. We trójkę siedzieli i się nią zajadali. Oczywiście my też obiadu mojego kucharza nie oszczędzaliśmy.
Po obiedzie powiedzieliśmy wszystkim o naszych planach i po długich ustaleniach, pojechaliśmy nad jezioro. Dzieci bardzo się ucieszyły i już po chwili wszyscy chlapaliśmy się wodą.

czwartek, 20 października 2016

ROZDZIAŁ 297

- Lili, pospiesz się, bo zaraz się spóźnimy.- zawołał nas Dymitr.
- Chwila!- odkrzyknęłam mu.- Ach ci faceci.
Wiem, że stęsknił się za dzieciakami, ale musi być cierpliwy. Przecież nie pozwolę mojej siostrze wyjść na miasto z jedną stronę splecioną w warkocz, a drugą rozpuszczoną. Miała na sobie piękną, białą sukienkę w niebieskie kwiatki. Ja ubrałam zwiewną z rękawami trzy czwarte w fioletowym kolorze. Na jej dole była ozdobiona czarnymi pędami z liśćmi. Sobie zrobiłam warkocz na boku i lekki makijaż. Lili błagała mnie, ale i tak jej nie pomalowałam. W końcu zeszłyśmy na dół.
- Pięknie wyglądacie.- pochwalił mój mąż.
Młodą ucałował w czoło, a mi wbił się w wargi. Po soczystym pocałunku wyszliśmy z domu. Nasze maluchy siedziały już w samochodzie, bawiąc się swoimi pluszakami i wymieniając ze sobą zapewne bardzo ciekawe uwagi. Bianka wskoczyła na ostatnie siedzenia i położyła się grzecznie. Ja usiadłam na miejscu pasażera i czekałam, aż ukochany zamknie drzwi. Już nie upierałam się, żeby kierować, bo w ostatnim miesiącu robiłam to cały czas, jeżdżąc na Dwór. Lissa prosiła mnie o pomoc w kilku rzeczach. Dwa tygodnie temu urządziła bal, na który również byłam zaproszona. Jednak Bielikow był w roli ochrony, więc głównie siedziałam, popijając soki i gadają z przyjaciółmi. Na chwilę zmienili Dymitra i zaprosił mnie do tańca, jednak tylko raz. Do tego Lissa chciała, żeby nasze dzieci się poznały, ale myślę, że był to pretekst, abym zaopiekowała się jej córeczką. Bycie królową, matką i żoną na raz nie jest łatwe. Mój mąż uważa to za wykorzystanie mnie, ale ja robiłam to z przyjemnością. Skoro nie mogę być jej strażniczką, to chociaż tak jej pomogę. Mała Dragomirówna jest bardzo urocza. Za dużo roboty z nią nie ma. Ma nie całe trzy miesiące i ledwo się uśmiechała. Nasze dzieci były nią zaciekawione i pokazywały bobaskowi swoje zabawki. Myślę, że kiedyś bardzo się zaprzyjaźnią.
- Co się dzieje Roza?- z zamyślenia wyrwał mnie głos strażnika.
Zamrugałam kilka razy i rozejrzałam się dookoła. Byliśmy już na lotnisku. Ale się zamyśliłam. Po chwili dotarło do mnie pytanie . Popatrzyłam na Rosjanina. Uśmiechał się do mnie z miłością, ale i troską.
- Nic. Po prosty wspominałam sobie ostatnie tygodnie. I trochę mnie to wciągnęło.- uśmiechnęłam się.
- Trochę?!- zaśmiał się.- Przez całą drogę siedziałaś wpatrzona w okno i nawet nie zareagowałaś, gdy położyłem dłoń na twoim kolanie. Mógłbym pomyśleć, że się na mnie obraziłaś, gdy nie to, że nie miałaś powodu.
- To ty myślisz, że muszę mieć powód do obrażania się?- parsknęłam śmiechem.
- No raczej.- odpowiedział niepewnie.- Tak powinno być.
- Oj skarbie, to ty jednak mało wiesz o kobietach. Ale przekonasz się, jak kiedyś spędzisz cały dzień ze mną podczas okresu.- zaśmiałam się i wysiadłam.
Dymitr po chwili do mnie dołączył. Wzięliśmy dzieci, a Lili prowadziła Biankę. Razem poszliśmy do budynku. Wszędzie było pełno ludzi. Wśród gwaru i tłumów podeszliśmy do tablicy lotów.
- Wylądowali.- mój mąż wskazał na ich lot.
Zaczęliśmy rozglądać się po lotnisku. Po chwili usłyszałam krzyki i tupot małych stopek.
- Ciocia! Wuja!- Zoja i Pawka przytulili się do nas.
Następnie chłopiec przytulił moją siostrę. Obok nas pojawił się Abe z Łuką na rękach. Malec wystawił do mnie rączki. W zamian za blondynka, dałam ojcu naszą córeczkę.
- Ciocia!- malec wtulił się we mnie.
- Też tęskniłam kochanie.
To niesamowite, jak bardzo można się zżyć z obcymi ludźmi. Teraz są mi bliżsi niż rodzice. Ale od samego początku, gdy tylko poznałam matkę i siostry Dymitra, wiedziałam, że będą mi bliskie. Skoro tak bardzo kocham człowieka, którego stworzyła ta rodzina, to i kocham ją. Tylko Lissę i Masona darzę miłością równą tej do Bielikówn.
- Piesio.- siostra Pawki podeszła do kudłatego olbrzyma.
Przytuliła Biankę, a ta polizała ją, merdając ogonkiem.
- Chodźmy do domu dzieciaki.- zarządził Abe, zapatrzony w wnuczkę.
Poszliśmy do auta. Nasze maluchy siedziały z moim ojcem za nami, a reszta z tyłu.
- Jak minęła podróż, staruszku?- spytałam, odrywając go od zabawy w bobasami.
- Spokojnie. Dzieci były zajęte zabawkami, a później zasnęły. Z tej Zoji to niezłe ziółko. Zaczęła się pytać, czym się zajmuje, kto później będzie miał firmę. Gdy powiedziałem, że najpewniej oddam ją tobie, dopytywała się o różne sprawy w twoim imieniu. Jak dużo będziesz miała zajęć, czy znajdziesz czas dla Dymitra i czy nie lepiej żebym to jej przepisał, bo ty musisz mieć czas wychowywać jej kuzynów i kuzynki. Chyba liczy, że założycie fabrykę dzieci. Ale nawet mi na taki pomysł nie wpadać. Najwyżej jeszcze trójka i więcej wam nie potrzeba.- przybrał groźną minę.
- Nie martw się. Dwójka nam wystarczy.- uspokoiłam go.
- Na razie Roza.- ukochany dotknął mojego kolana, patrząc na mnie znacząco.
- Z wielkim trudem, ale muszę przyznać rację zięciowi. Trzeba poszerzać kręgi dampirów.- odezwał się Abe.
- Chyba sobie nie myślicie, że będę sama latać dziurę demograficzną naszego gatunku.
- Spokojnie kotku,- mąż zaczął głaskać moją nogę.- ja ci pomogę. Piątka to co najmniej musi być.
- Tak?! To sam sobie noś przez dziewięć miesięcy w brzuchu dziecko, jedz więcej niż słoń, wyglądaj gorzej niż wieloryb w ciąży i siedź cały dzień w łóżku, nie mogąc się nawet ruszyć, a na końcu rodz je w bólu przez pięć godzin.- oburzona patrzyłam w okno.
- Skarbie nie mówię, że teraz. Za kilka lat. Czy to nie cudowne mieć takie małe istotki w domu? Pamiętasz, co czułaś, gdy po raz pierwszy wzięłaś na ręce Felixa. Bo ja dokładnie pamiętam twój uśmiech i łzy.- w szybie widziałam, uśmiechnął się na to wspomnienie i sama nie mogłam powstrzymać uśmiechu.
- Nie zgrywaj takiego twardziela, bo sam płakałeś, patrząc na Nastkę.- zauważyłam ze śmiechem.
- Takich łez żaden mężczyzna się nie wstydzi.- zacisnął mocniej dłoń na moim kolanie.
- A co z wami, staruszku? - spojrzałam na ojca.- Czemu cały obowiązek dampirzyc spada na mnie?
- Chciałabyś więcej rodzeństwa?- spytał uradowany.
- Nie mi sądzić o tym, czy będę ja miała. Na początku myślałam, że to zły pomysł, jednak zważając na to, co dzieje się z dampirami, przyda się. Ale pod jednym warunkiem.- spojrzałam na niego poważnie.- Obiecaj mi, że jeśli zrobicie mi rodzeństwo, nie oddacie go do Akademii, tak jak mnie.
- Uwierz mi, że gdybym cokolwiek o tym wiedział, nigdy bym do tego nie dopuścił. Ale Janine uciekła ode mnie, zostawiając list z prośbą o nieszukanie i wiadomości, że będę ojcem. Więc obiecuję zaopiekować się tym dzieckiem, razem z twoją matka.
- Ale też mi się nie spieszyć. Najpierw ślub.
- No maluszki, będziecie mieli ciocię młodszą od siebie.- wrócił do zabawy z wnukami i tak zostało aż pod sam dom.

ROZDZIAŁ 296

Po godzinie w końcu się podnieśliśmy, choć nie było to łatwe. Nawet przy ubieraniu, nie umieliśmy się od siebie oderwać. Ciągle jedno drugiemu kradło całusa, a gdy w końcu się ubraliśmy, szliśmy trzymając się za ręce.
- Wiesz, że tak samo zachowywaliśmy się po naszym pierwszym razie?- zauważyłam.
- Roza. Tego nie da się zapomnieć.- ucałował moją dłoń.
Najgorsze zaczęło się przy schodach.
- Roza, później sobie poćwiczysz. Chodź do mnie.- poprosił Rosjanin.
- Skarbie, szybko sprawdzisz co masz sprawdzić i sam do mnie przyjdziesz.- próbowałam zabrać mu swoją rękę.
W końcu mi się udało. Ukochany trochę smutny poszedł do gabinetu. Podbiegłam do niego od tyłu, objęłam i cmoknęłam go w policzek.
- Wolę jak się uśmiechasz.- szepnęłam i uciekam na dół.
Po krótkim biegu i rozgrzewce, zaczęłam ćwiczyć wykopy, ataki i uniki. Gdy się zmęczyłam, wróciłam do domu. W kuchni nalałam sobie wody i poszłam na górę się odświeżyć i przebrać. Wychodziłam z łazienki, gdy usłyszałam wołanie Bielikowa . Miałam złe przeczucia.
- Słucham towarzyszu.- zamknęłam za sobą drzwi.
Jego mina potwierdziła moje obawy.
- Rose, wytłumaczysz mi co to jest?- oparł się o oparcie krzesła, krzyżując ramiona na piersi i wskazał na komputer.
Podeszłam do niego i spojrzałam mu przez ramię. Szlag! Zgadł hasło. Mogłam trudniejsze ustawić.
- To jest bardzo ładny wodospad.- uśmiechnęłam się niewinnie.
- To ja widzę. A czy widziałaś cenę?- mojemu mężowi nie było do śmiechu.
- Cóż. Stać nas. A później, jak będziemy oszczędzać to...
- Oszczędzać?- poderwał się, przerywając mi i zaczął nerwowo chodzić po pokoju.- To nie jest mała suma. Na to będę musiał pracować z dwadzieścia lat.
- Nie przesadzaj. Najwyżej osiem....
- Tobie to łatwo ustalać, kupimy to, kupimy tamto, bo nie ty na to zarabiasz. Nie harujesz jak wół, nie bierzesz nadgodzin na swoje zachcianki. To wszystko ja. I co za to mam? Zamierzałaś w ogóleimi o tym powiedzieć?- denerwował się coraz bardziej.
-Tak...
- Jasne! Po fakcie dokonanym.- znowu mi przerwał.
- Czy możesz w końcu się zamknąć i dać mi powiedzieć,a nie ciągle mi przebywasz!- krzyknęłam wkurzona.
Dymitr spojrzał na mnie zaskoczony, jednak już się nie odezwał.
- Dziękuję. Od samego początku chciałam ci o tym powiedzieć, ale bałam się twojej reakcji, jak widać słusznie. Nie zamierzałam tego kupować bez twojej wiedzy. Wiem, że ciężko pracujesz, ale mi się spodobało i myślałam, że na spokojnie to omówimy i zastanowimy się co z tym zrobić. To moja wina, że nie mogę być na służbie? Powinieneś się liczyć z tym, że gdy pojawią się dzieci, oboje będziemy mieli więcej obowiązków. Myślisz, że ja to sobie leżę i odpoczywam? Przez cały dzień muszę pilnować maluchów, z którymi ty masz problem jednego poranka. Do tego czeka na ciebie ciepły obiad, czysty dom, a rano gotowe dokumenty do pracy. Robię to, bo cię kocham, ale tego nie widzisz. Ogród to był twój pomysł, a to ja ciągle myślę co zrobić, żeby jakoś wyglądał. Ale proszę. Już nie będę się wtrącać do TWOJEGO ogrodu. Po prostu chciałam dobrze.
Kiedy skończyłam mówić, skierowałam się do wyjścia. Ale zanim nacisnęłam klamkę, ukochany złapał mnie w ramiona.
- Nie o to chodzi Roza.- już był spokojny.- Widzę i doceniam to co robisz. To że nic nie mówię, nie znaczy, że tego nie dostrzegam. Jesteś wspaniałą żoną i matką.- usiadł na krześle, a mnie posadził sobie na kolanach.
- Naprawdę chciałam ci powiedzieć. Ale zawsze byłeś zmęczony, albo w złym humorze. W ogóle nie powinnam była tego zapisywać. Co ja głupia myślałam?- zamknęłam okno ze stroną wodospadu.
- Wcale nie jesteś głupia. To jest bardzo piękne, tak jak cały NASZ ogród.- zaakceptował przedostatni wyraz, otwierając na nowo zakładkę.- Po prostu przeraziła mnie ta cena. Bałem się, że chcesz to kupić bez mojej wiedzy. Może zbyt emocjonalnie zareagowałem? Przepraszam.
- Wybaczam ci.- cmoknęłam go w policzek.- Ale nie mogę uwierzyć, że zawsze opanowany strażnik Bielikow jest tak impulsywny.
- Twoje towarzystwo źle na mnie wpływa.- zaśmiał się i mnie mocno przytulił.- Ja tiebia liubliu Roza
- Ja tiebia toże liubliu tovarishch.- zachichotałam, gdy nosem połaskotał mnie w szyję.- To co z tym zrobimy?
- Mogę załatwić takie coś o wiele taniej.- oznajmił w moje włosy.
- Naprawdę?!- wyprostowałam się i spojrzałam mu w oczy.- Za ile?
- 100 tyś.- wzruszył ramionami.
- Wow! Ty to masz kontakty.
- No. Przypomniało mi się, że mój kolega jest kamieniarzem. Może sprzedać nam kilka nieobrobionych skał, a specjalnie wynajęta firma, odpowiednio je wkopie. Później zasadzimy rośliny, bluszcz i poczekamy, aż wyrośnie mech.
- A woda? I mostek, altanka?- dociekałam.
- Wszystko będzie.- pocałował mnie namiętnie.- Jak dasz mi chwilę, to załatwię to jeszcze dzisiaj.
- Dobrze.- zeszłam mu z kolan i odeszłam kawałek.
Mój mąż wziął telefon i wybrał numer. Ja w tym czasie usiadłam przy laptopie i przeglądałam różne strony. O uszy obijały mi się pojedyncze, rosyjskie słowa, ale nie zwracałam na to uwagi. Myślałam o nowych kwiatach wiosennych, które trzeba będzie posadzić na jesień. Nagle zauważyłam, że w pokoju jest dziwnie cicho. Podniosłam wzrok z nad ekranu i okazało się, że byłam sama w pokoju. Kończąc zamawiać cebulki i nasiona kwiatów, zamknęłam sprzęt i zaczęłam szukać Rosjanina. Nie było go w salonie, ani w pokoju dzieci. Gdy schodziłam, usłyszałam jego wołanie. Co znowu przeskrobałam?
- Roza, co to jest?- moja zguba potrząsnęła workiem, który trzymał w dłoni.
Od razu zgadłam, co to jest.
- W końcu jest.- podbiegłam i zabrałam mu paczuszkę.- Czekam na to od poniedziałku.
Otworzyłam ją i wyciągnęłam dwa zestawy szelek.
- Co to?- ponowił pytanie mój ukochany.
- Szelki. Dzięki nim jedno z nas będzie mogło, na raz nieść dwójkę dzieci. Albo każde z nas po jednym, a ręce zostają puste.
- Oj Roza. Jak ty coś wymyślisz...- objął mnie ramieniem i pocałował w czubek głowy.

środa, 19 października 2016

ROZDZIAŁ 295

Do domu wróciliśmy po zachodzie słońca. Lili już dawno spała. Dymitr zajął się nią, a ja zabrałam na górę ziewające dzieciaki. Zanim skończyłam przebierać Nastkę, obok pojawił się mój mąż z kawą.
- Po co ją pijesz?- zmarszczyłam brwi.- Masz zajęte ręce, a tak byś mi pomógł. I nie będziesz mógł zasnąć.
- Nie chcę spać. Muszę jeszcze załatwić kilka spraw.- powiedział, opierając się o futrynę drzwi.
-Kiedy wrócisz?- spytałam.
- Skąd?
- No z załatwiania tych spraw.- wzięłam córeczkę na ręce i wcisnęłam ją ukochanemu, zabierając kubek.- A teraz córeczka pójdzie do tatusia, a kawę zabierzemy bo jest bee..
Podniosłam syna i przebierałam go na przewijaku.
- Ale ja nigdzie nie jadę.- Dymitr usiadł na fotelu i zaczął karmić małą z butelki.- Mogę to zrobić w domu.
- A cha!- ułożyło mi.- Co śmieszku? Przestaniesz się wiercić i dasz mamusi cię ubrać? O! Pięknie. A teraz kolacyjka.
Usiadłam z nim obok strażnika i również dałam dziecku mleko. Gdy oboje już słodko spali, zamknęliśmy cicho ich pokój. Usiedliśmy na łóżku, patrząc na siebie. Nic więcej nie było nam trzeba. Napawaliśmy się swoim towarzystwem. Przytuliłam się do Rosjanina, a on objął mnie ramieniem. Zamknęłam oczy i napawałam się zapachem jego wody kolońskiej i alkoholu.
- Roza idź spać.- powiedział cicho.
Odsunęłam się od niego, kręcąc głową.
- Nie jestem zmęczona. Możesz iść po sprawdzać te swoje rzeczy, a ja się przebiorę i trochę poćwiczę sobie w ogrodzie.
- No dobrze. Chętnie pomogę ci się przebrać.- wziął mnie na kolana i zaczął całować moją szyję.
- O nie, towarzyszu! Oboje wiemy jak to się skończy.
- A przeszkadza ci to?- spytał seksownym głosem,a ja zaczęłam mu ulegać.
- Tak,- przerwał nagle.- bo oboje mamy co robić, a jeśli wylądujemy w łóżku, to już z niego nie wstaniemy.
- Oj przesadzasz skarbie.- na nowo przyssał się do mojej szyi.
Odprężyłam się i poddałam pieszczocie. Bielikow stał się mniej czujny, wierząc, że mu uległam. Wykorzystałam najkorzystniejszą chwilę, uciekłam mu z kolan i Zamknęłam się w garderobie.
- Roza!- zaśmiałam się na jego żałosne zawodzenie.
- Słucham.- powiedziałam przez śmiech, ściągając sukienkę.
- Chodź tu do mnie!- rozkazał.
- Poczekaj tylko się ubiorę, bo na razie jestem w samej bieliźnie.- droczyłam się z nim.
- Tak też możesz być. No chodź do mnie.
- Jest ciepło, prawda? To mogę ćwiczyć w biustonoszu sportowym.
- Roza!
- Źle? No dobra, to mogę bez.
Jednak odpowiedziała mi cisza. Wzruszyłam ramionami i zajęłam stanik, żeby go zmienić. Nagle poczułam ciepłe dłonie na tali, które obróciły mnie przodem do męża.
- Bez to możesz ze mną poćwiczyć.- w jego oczach płonęło pożądanie.
Przerzucił mnie sobie przez ramię i zaniósł do sypialni. A to jakaś nowość.
- Co z twoją samokontrolą, towarzyszu?
- Nie obowiązuje przy wolnym dniu z żoną.- położył mnie na łóżku.
Dopiero teraz zauważyłam, że nie miał koszulki. Z fascynacją dotknęłam jego nagiego torsu.
- A można wiedzieć, jak pan mąż dostał się do swojej żony?- spytałam.
- Od kiedy zamknęłaś się w gościnnym, dorobiłem klucze do wszystkich drzwi w domu.- uśmiechnął się chytrze pochylając się nade mną.
Po chwili oboje byliśmy zajęci sobą. Tak jak obiecałam, dałam mu poprowadzić. I po raz kolejny zaprowadził mnie prosto do nieba. Gdy skończyliśmy, leżeliśmy mocno wtuleni w siebie.
- Tak bardzo tęsknię za tym czasem, gdy tak wyglądały nasze każde wieczory.- przyznał ukochany.
- Ale teraz mamy dzieci, a ty pracujesz do późna.- nie ukrywałam żalu.
- Roza, robię to dla nas. Za niedługo zrozumiesz.- powiedział tajemniczo.
- Co planujesz towarzyszu?- popatrzyłam na niego uważnie.
- Niespodzianka.- cmoknął mnie w nos
- Nie powiesz mi?- popatrzyłam na niego oczami szczeniaczka.
- To ciekawe. Takie sami pytanie zadałem ci jakieś dwa miesiące temu. Pamiętasz co mi odpowiedziałaś?
- Jesteś okropny.- naburmuszyłam się.
Wyplątałam się z jego objęć i usiadłam na brzegu łóżka.
- Roza, co robisz?- spytał niepewny.
- Wstaję. W końcu many mnóstwo roboty.- powiedziałam, szukając bielizny.
- Chodź tu.- pociągnął mnie do siebie i zamknął w silnych ramionach.- Tak mało mamy dla siebie czasu i ne mam zamiaru tracić tak cennych minut. Poleżmy jeszcze chwilę.
- No dobrze.- uległam.
Kolejne pół godziny rozmawialiśmy o różnych rzeczach, wspomnieniach i przemyśleniach.
- Roza, pamiętasz jak podczas ucieczki byliśmy w Bibliotece?
- Takich chwil nie da się zapomnieć.
- I mówiłem wtedy o życiu i jego pięknu.- przytaknęłam głową.- Przypomniało mi się w tamtym momencie coś, dzięki czemu byłem bliżej zrozumienia, że żyję. Później jakoś to schowało się głęboko w moim umyśle. Zawsze kiedy mi się przypomniało nie było chwili, żeby o tym porozmawiać, aż do teraz.
Nie przerywałam mu, cierpliwie czekając, aż przejdzie do sedna. To była ważna dla nas chwila, obojgu nam pomogła zrozumieć życie.
- Pamiętam, że kiedyś mówiłaś mi o twojej rozmowie z Wiktorem w areszcie w Akademii, zanim pojawiła się Natalie. Że podobno odczuwasz silniej świat i uczucia, docenisz życie, bo już je straciłaś. Wtedy poczułem, że ja też tak mam. Byłem strzygą, dla której świat jest martwy. Później dla mnie ożył. Ale ze strachu przed jego utratą, wszystko jest dla mnie pełniejsze, pozytywne, piękniejsze. Nasza miłość. Oboje odczuwamy ją silniej, dlatego jest dla nas wyjątkowa. Korzystamy z każdego jej dobra, chwili razem i tęsknimy za nią, bo wiemy co to znaczy ją stracić.
Jak zawsze jego przemowa nakłoniła mnie do przemyśleń. Miał rację. Gdy oboje jesteśmy razem, czuję niewyobrażalne szczęście, namiętność unoszącą się w powietrzu, siłę przyciągania, jak nasze dusze wołają siebie na wzajem i potrzebują. To wszystko nie tylko przeznaczenie i silna miłość, ale i strach przed jej utratą. Utratą wszystkiego co piękne.
- To bardzo mądre i prawdziwe. Też to czuję. Tak samo, jak to, że nasza miłość wskoczyła na następny poziom.

wtorek, 18 października 2016

ROZDZIAŁ 294

Skąd nagle ma tyle odwagi? Jeszcze przed chwilą trząsł się ze strachu. W Rosjaninie coś pękło. Widziałam to w jego twarzy. Prawie niezauważalny cień. W dłoni mu błysnęło i w ostatniej chwili zatrzymałam jego rękę, zanim wbił sztylet w pierś ojca.
- Dymitr, już wystarczy! Nie możesz!- wystraszyłam się. 
Ale on mnie nie słuchał. Nie docierały do niego moje słowa. Dałam mu policzek i wtedy na mnie spojrzał.
- Już towarzyszu, wystarczy.- powiedziałam łagodnie.
Na chwilę zmarszczył brwi, analizując co przed chwilą się stało. Po chwili w jego oczach pojawił się strach. Upuścił sztylet i ojca.
- Uciekaj stąd. Już!- tupnęłam nogą, a on pobiegł, zakrwawiony, potykając się o własne nogi.
- Pozwę was do sądu!
Tego za wiele
Podbiegłam do niego. Chciał uciec, ale ja byłam szybsza. Gdy dogoniłam Randalla i przyparłam go do drzewa, Dziękowałam w duch za treningi, a których ukochany tak mnie męczył.
- Posłuchaj, nie wzniesiesz zaskarżenia, bo mamy wiele osób, które nas poprą, a po za tym, może znasz Abe'a Mazura?
- Myślisz, że żmij wam pomoże?- zadrwił, lecz w jego oczach widziałam lęk.
- Tak, bo jestem jego córką.- teraz wyraźnie się przeraził.- Ale nie mówię tego, żebyś się go obawiał. Masz się obawiać mnie.
Puściłam go i wróciłam do męża. Zamyślony siedział na ziemi, z twarzą zakrytą dłońmi. Kucnęłam przed nim i złapałam go za ręce, odsłaniając mu buzię. Podniósł na mnie wzrok pełen strachu, złości na siebie i smutku. Bez słowa przytuliłam go do siebie. Słysząc jego cichy szloch, zaczęłam głaskać go po plecach i głowie. Gdy trochę się uspokoił, chciałam go puścić, ale strażnik przycisnął mnie mocniej do siebie, pokazując, że w tej pozycji mu lepiej.
- Jestem potworem.- odezwał się.
- Wcale, że nie. Jesteś wspaniałym mężczyzną, który chroni swoją rodzinę.
Teraz on mnie odsunął i popatrzył mi prosto w oczy.
- Nie prawda Roza. Chciałem go zabić.
Na nowo go przytuliłam.
-Już po wszystkim skarbie. On uciekł cały i trochę poobijany.
- Dzięki tobie. Gdyby nie ty, to bym go zabił.- w jego głosie dźwięczał smutek.
- Do usług od ratowania życia.- usłyszałam jego cichy chichot. Znowu popatrzyliśmy sobie w oczy.- To on cię prowokował. Nie jesteś niczemu winny. Rozumiesz. Każdy by stracił cierpliwość, jedni szybciej inni później Ty na szczęście jesteś w grupie tych drugich.
-Może i tak, ale jak już to się stanie, to atakuje z większą mocą.
- Większą niż ja, gdy chciałam zabić Jessego, czy jak zabiłam Daszkowa?- na samo wspomnienie przeszedł mnie dreszcz.
- Nie. Ale też nie mniejszą. To co opisywałaś mi... Tak właśnie się czułem. Może to efekt sugestii? Boję się tego Roza. A jeśli kiedyś skrzywdzę ciebie?- odwrócił wzrok.
- Skarbie, spójrz na mnie. Kochanie. Dymitr. No towarzyszu nie bądź taki. Popatrz mi w oczy.- w końcu to zrobił.- Sam powiedziałeś, że nigdy byś mnie nie skrzywdził. I ja ci wierzę.
- A jeśli...
- Nie ma żadnego "jeśli". Kocham Cię, ty kochasz mnie i oboje żyjemy długo i szczęśliwie. A ty nigdy mnie nie skrzywdzisz, bo masz honor i szanujesz kobiety. Nie jesteś jak on. Po nim masz tylko boski wygląd.- powiedziałam, zanim ugryzłam się w język.
- Uważasz, że on jest boski?!- oburzył się.
- Nie!- żachnęłam się z obrzydzeniem.- Masz po nim większość wyglądu, tak jak twoje siostry, ale tylko ty wyglądasz bosko. A teraz wracajmy, bo Lili zacznie się niepokoić.
Dymitr wszystko analizował, aż się zatrzymał, a ja z nim.
- Ale skoro ja wyglądam bosko, to on też.- skrzyżował ręce na klatce piersiowej.
-Nie.- westchnęłam ciężko.- Czemu wymagasz ode mnie czegoś, co sam nie jesteś w stanie zrobić? Kocham, ubóstwiam i podziwiam tylko, zawsze i jedynie ciebie. Nikt nigdy nie będzie ważniejszy od ciebie. Zapamiętaj to i nigdy nie miej wątpliwości, co do mojej miłości.
- Wierzę ci Roza. Także Cię Kocham.- przyciągnął mnie do siebie i pocałował z miłością, czułością oraz wszystkimi uczuciami, które teraz w sobie skrywa.
- A teraz chodź, ty mój zazdrośniku.- złapałam go za rękę i pociągnęłam na parking miejski.
Przy naszym samochodzie stał wózek, a Lili i maluchy siedziały już w środku. Gdy moja siostra tylko nas zauważyła, wybiegł i wtuliła się we mnie. Ręką przyciągnęła Dymitra, który objął nas ramionami, dając poczucie bezpieczeństwa.
- Tak bardzo się martwiłam. Kim był ten człowiek? Czego od was chciał? Nic wam nie zrobił?- zaczęła trajkotać. To było takie urocze.
- Spokojnie, nic nam nie jest. Zabijamy strzygi, a byle moroj ma nas pokonać?- uśmiechnęłam się do niej na pocieszenie.
Ta tylko bardziej się wtuliła. Objęłam ją ramionami i głaskałam po głowie, całując co jakiś czas czubek jej głowy. Po chwili, uspokojona, odsunęła się i złapała nas obojga za ręce, ciągnąc do samochodu.
- To kim on był?- nie odpuszczała młoda.
- Moim ojcem.- Bielikow zawiesił głowę.
W jego głosie dało się słyszeć smutek, złość i wstyd. Dalej szliśmy w ciszy. Mój mąż już zaczął wciskać się na miejsce kierowcy, kiedy go odciągnęłam.
- O co chodzi, Roza?- zdziwił się.
- Nie pozwolę ci kierować. Przypominam ci, że wracamy z wesela, a nie jesteś abstynentem.
- Ale mało wypiłem, a dzięki ojcowi wytrzeźwiałem.- próbował mnie przekonać.
- Tak się nie da, skarbie. A to nawet jest drugi powód. Jesteś strasznie roztrzęsiony po tym spotkaniu.
- Ciebie też zdenerwował.- zauważył.
- Ale mi nie trzęsą się dłonie.- oboje spojrzeliśmy na ręce Rosjanina, które lekko drżały.- Robię to dla naszego dobra. Teraz będzie bezpieczniej, gdy to ja usiądę za kółkiem.
Mój ukochany w końcu się poddał i zajął miejsce pasażera, a ja usiadłam obok.
- Nie martw się. Wieczorem dam ci poprowadzić.- szepnęłam mu, a on się uśmiechnął.
Odpaliłam silnik i ruszyliśmy w drogę do domu.

poniedziałek, 17 października 2016

ROZDZIAŁ 293

Po chwili koło nas pojawili się rodzice pana młodego. Najpierw wyściskali świeżo upieczone małżeństwo, a później podeszli do nas. Niepewnie podnieśliśmy się ze swoich miejsc i odłożyliśmy dzieci. Daniela i Nathan uścisnęli nas serdecznie.
- Dobrze mieć takich krewnych.- uśmiechnął się moroj.
Pff.. a gdy byłam z Adrianem, to mu nie pasowałam.
- Wiedziałam, że i tak będziesz w naszej rodzinie.
Ucieszyłam się, że akceptują mnie, choć łączy nas dość dalekie pokrewieństwo. Impreza się rozkręciła nawet za bardzo, bo kilku zalanych facetów zaczęło się do mnie i Lissy przystawiać. Nasi mężowie uznali, że pora wracać. Pożegnaliśmy młodą parę i z dziećmi wyszliśmy na zewnątrz. Jednak spokojny powrót do domu nie był nam pisany. Gdy tylko nasi przyjaciele odeszli do samochodu po drugiej stronie, zaczęło się.
- A jednak to twoje dzieci.- zza zakrętu, z cienia wyszedł ojciec Dymitra.
Czego on jeszcze chce? Nie mógł sobie iść gdzieś, schlać się w cztery dupy i leżeć nieprzytomny do rana?
- Jeszcze ci mało połamanych części ciała?- warknęłam.
- Przyzwyczaiłem się. Wiele razy dostawałem za pieprzenie cudzych dziewczyn.- ja nie mogę. On się tym chwali, że zachęca kobiety do zdrady!- Żaden mężczyzna nie rozumie, że kiedyś kończy się jego kolej i zaczyna innego. A później kończy się jego i tak dalej. Ciebie też to czeka. I mam nadzieję, że to ja będę następnym.
- Po moim trupie!- krzyknęliśmy oboje.
Dzieci zaczęły płakać, więc wyciągnęliśmy je i przytuliliśmy.
- Dzięki, ale nekrofilia mnie nie obchodzi. Ej, czemu te dzieci są podobne do was obojga?
- A czemu ty nie możesz się od nas odpie....odwalić?- poprawiłam się.
- Cięty języczek. Ciekawe jak używasz go w łóżku?
Co za człowiek? Nie ma ani grama honoru, czy dobrego wychowania. Cała się gotowałam w środku.
- Roza, trzeba położyć dzieci w fotelikach, żeby się uspokoiły. Nie będziemy z nim rozmawiać przy nich.- szepnął mi Rosjanin.
- Moja pięść bardzo chętnie utnie sobie pogawędkę z jego gębą, a kolano z jajami, jeśli w ogóle je ma.- ukochany zachichotał na moje słowa i objął mnie ramieniem.
Nie zwracając uwagi na moroj po prostu odwróciliśmy się i poszliśmy do samochodu.
- Nie poznasz mnie nawet z moimi wnukami?- staraliśmy się ignorować.- Chyba, ze to nie są twoje dzieci synu. Widać twoja dziwka nie jest tak święta, jak sądzi.
Nie wytrzymałam. Stanęłam nagle, paląc się do walki. Nie wiem, czy to przez mrok, czy byłam aż tak zdenerwowana. A może jedno i drugie? Dymitr patrzył na mnie niepewnie. Oddałam mu Felixa.
- Roza?!- zdziwił się.
- Zabierz je do samochodu. Ja muszę się z kimś rozliczyć.
- To mój ojciec.- zauważył z nienawiścią.
- Ale mnie obraża.- spojrzał na mnie z czułością i lękiem.- Muszę zawalczyć o swój honor.
- Bądź ostrożna.- poprosił z troską.
- Spokojnie. Sam mnie uczyłeś walki. A w razie czego księżniczka ma swojego kowboja w brązowym płaszczu, niekiedy w kapeluszu na dzielnym, karym rumaku, na którego imię drżą okoliczne wioski, Gwiazdka. I pomoże swojej księżniczce zaatakowanej przez strasznego ogra o ego większym niż on sam?- z uśmiechem połaskotałam córeczkę. Nastka zaczęła się śmiać.
-Obroni ją zawsze i przed wszystkim.- mój mąż zakończył naszą rozmowę czułym pocałunkiem.
- Ej, gołąbeczki. Ja tu jestem. Pff... Gołąbeczki. Jedno to byk, a drugie sukowata kuropatwa. Czytaj: kurwa.
Dymitr zacisnął usta w cienką linię.
- Uspokój się. Dla dzieci. Zaraz go dorwiemy.- szepnęłam mu na ucho.
Zamknął oczy, a po chwili otworzył je już opanowany. Uśmiechnął się patrząc na mnie tak, że aż nogi mi zmiękły i musiałam się o niego oprzeć.
- Nie rób tego więcej.- oboje się zaśmialiśmy.
Zauważyłam, że Randall podszedł bliżej nas. Coś czułam, że traci cierpliwość. Bielikow też to zauważył. W jego oczach zauważyłam błysk.
- Uwielbiam jak na mnie działasz.- szepnął tak, żeby jego ojciec go usłyszał.
Chciał go sprowokować, pokazać swoją wyższość, że tylko on może mnie mieć.
- Tak? A jak to wykorzystasz?- odległość między nami, coraz bardziej się zmniejszała.
Odłożyłam dzieci do wózka.
- Lili!- zawołałam.
Dziewczynka podbiegła do nas. Pewnie czekała przy aucie. Zatrzymała się widząc nieznajomego. Chciała się przywitać, ale ją zatrzymałam.
- Nie podchodź do niego.- zaleciłam.- Weźmiesz dzieci do samochodu? My musimy się rozmówić z niegrzecznym morojem.
-Dobrze.- złapała wózek i poszła.
- No towarzyszu? Co mi odpowiesz?- złapałem męża za brzegi jego marynarki.
- To czego nie zdążyłem przed wyjściem.- już wolne dłonie położył na mojej tali. Zaczął całować mnie po szyi, szepcząc mi do ucha.- Będziemy się kochać całą noc. Raz szybciej, a raz wolniej, doprowadzając cię do szaleństwa. Zrobię ci tak dobrze, jak nikt inny nie potrafi.
Jego słowa całą mnie rozpaliły. Kątem oka zauważyłem, że Iwaszkow jest cały czerwony ze złości. Zacisnął pięści i podszedł do nas. Udawałam, że jestem pochłonięta pieszczotom i o nim zapomniałam. Moroj chwycił syna i chciał go odciągnąć, a wtedy rzuciliśmy się na niego. Ode mnie znowu dostał w nos, a Dymitr kopnął go w brzuch. Mój teść upadł, nie zdecydowany, za co się trzymać. Strażnik złapał go za kołnierz i podniósł na wysokość twarzy.
- Teraz mnie posłuchasz skurwielu.- warknął patrząc mu prosto w przerażone oczy.- Odpierdol się raz na zawsze od mojej rodziny, bo do niej nie należysz. A jeszcze raz usłyszę, że obraziłeś moją żonę, matkę lub jakąkolwiek ważną dla mnie osobę, znajdę cię i zabiję. Jasne?!
Jeszcze nigdy nie widziałam Dymitr w takim stanie. Był jak w transie, jak ja, gdy zawładnął mną mrok. Albo gdy groził Daszkowowi w areszcie, ale dziesięć razy bardziej wściekły. Nawet jako strzyga się tak nie zachowywał. Ale nie bałam się go. Wręcz podziwiałam. Był taki boski. W dodatku bronił mnie i naszą rodzinę.
- Ttt...ak..k.- wydusił przerażony Randall.
- Rose.- na mnie spojrzał już łagodnie.- Chcesz coś powiedzieć swojemu teściowi?
Podeszłam do nich ze złośliwym uśmieszkiem.
- Z największą przyjemnością.- dałam Iwaszkowowi policzek.- Dla twojego dobra, lepiej żebym nie spotkała ciebie nigdy więcej. To że po chodzisz z królewskiej rodziny, nie chroni cię przed niczym. Nic nie znaczysz, na tym świecie. Jesteś pieprzonym skurwysynem, a jedyne dobro, jakie jest powiedzmy skutkiem twojego istnienia, to to, że jest tu Dymitr, wychowywany przez swoją matkę i może sprać ci tą obleśną dupę. A jeśli chociaż na metr zbliżysz się do naszych dzieci obetnę ci wszystkie kończyny i będę patrzyła, jak się wykrwawiasz. A na koniec rzucę cię na pożarcie wilkom.- odetchnęłam i się uspokoiłam.
- To nie ja jestem synem kurwy.- Randall hardo patrzył w oczy syna i splunął nam krwią pod nogi. 

niedziela, 16 października 2016

ROZDZIAŁ 292

- Dimka, co za wesołe spotkanie.- znowu zaśmiał się obrzydliwie.- Wiedziałem, że to ty. Ale myślałem, że matka nauczyła cię dobrego zachowania. Zabrakło męskiej ręki. Ale to się poprawi. I czemu bronisz tej suki.
Wściekłam się. Strażnik również. Zasłonił mnie swoim ciałem, ale ja wyszłam zza niego. Umiem się obronić, a chciałam zobaczyć co będzie dalej. Tak jak inni. Wszyscy goście otoczyli nas i patrzyli. Tym czasem moroj wstał z podłogi. Ukochany złapał mnie za rękę.
- Tylko tkniesz moją mamę, albo jakąkolwiek kobietę w mojej rodzinie, a będzie to ostatnie, co zrobisz rękoma.
- Oj Dimka, Dimka. Ty nic nie rozumiesz. Jesteś za młody, za mało kobiet poznałeś. Niektóre potrafią dać w kość, więc lepiej już na początku pokazać im ich miejsce. Jak widać ty tego nie robisz.- spojrzał na mnie.
- Nie jestem tobą.- warknął Bielikow.
- A szkoda.- pokręcił zrezygnowany głową.
-A kim ty właściwie jesteś, żeby mówić mu jak żyć?- patrzyłam mu hardo w oczy ze skrzyżowanymi ramionami.
- Och! To ty nie wiesz. Widać, że przelotny romans, skoro nie znasz jego ojca.
Zamurowało mnie. Jego ojca?! Przypomniałam sobie, co mąż mi mówił o nim. Zaczęłam się śmiać drwiąco. 
- Kurwa! Ty masz być jego ojcem? Pfu.- splunęłam mu pod nogi.- Nie zasługujesz na to miano. Jakim w ogóle prawem się do niego odzywasz? Słyszałam co robiłeś Olenie. Osoby takie jak ty mają mniej serca i duszy niż strzygi. Nie zasługujesz choćby na jego spojrzenie. Jesteś tu tylko dlatego, że tak wypada. Dla nikogo nic nie znaczysz. Jesteś śmiechem, chujem i ostatnim dupkiem, który nie umie się zachować.- cedziłam przez zaciśnięte zęby.
- Zamknij się gówniaro. Od początku wydałaś mi się interesująca. A ty synu mógłbyś upiłować trochę tą swoją dziwkę. Ale mam nadzieję, że charakter wynagradza ci w łóżku.- chciał sprowokować nas.
I mu się udało. Bielikow chciał się na niego rzucić, ale... ja byłam pierwsza. Wytłumaczyłam mu na spokojnie kim jestem i nie będę się powtarzać. I nikt nie ma prawa nazywać mnie gówniarą. Biłam go pięściami, dopóki nie uciekł zakrwawiony do łazienki. Tam również bym za nim pobiegła, gdyby nie silne ramiona Rosjanina.
- Już, wystarczy Roza. Uciekł.
Uspokoiłam się pod jego ciepłym i miękkim głosem.
- Szlag! Pobrudził mi sukienkę!
- Spokojnie skarbie, zaraz to wytrzemy. Chodź do łazienki.
Na szczęście damskie były w odwrotną stronę niż męskie, więc nie narażaliśmy się na kolejne "miłe" spotkanie. Weszliśmy w tłum który zaczął klaskać i nam gratulować.
- Z tego wynika, że jesteśmy kuzynami.- Adrian poklepał Dymitra po plecach.- Witajcie w rodzinie.
- To chyba my powinniśmy powitać Sydney, jako że dopiero co do niej wstąpiła.- wyciągnęłam dłoń do alchemiczki. Ta wyszła i złapała mnie za nią, po czym przytuliła.- Dobra, dokończymy te czułości później, bo krew mi nie zejdzie z sukienki. A jeśli ktoś zobaczy tego sukinsyna, który właśnie uciekł piszcząc jak mała dziewczynka, niech go wywali z sali.
I przeszliśmy z mężem prze tłum do łazienki. Tam ukochany posadził mnie na blacie z umywalkami i zaczął czyścić kreację.
- Nie jesteś zły, za to jak go nazywałam?- spytałam niepewnie. Bądź co bądź to jego ojciec.
- Roza, jestem z ciebie dumny. Lepszej przemowy sam bym nie wymyślił. I stanęłaś w obronie mojej, naszej rodziny i swojego honoru.
- Nikt nie będzie obrażał, ani groził tak wspaniałym osobą, jak ty i kobiety z twojej strony rodziny, na czele z Oleną. Jak pomyślę, że ten oblech podnosił rękę na tą ciepłą i pełną miłości kobietę to aż yyyyyhhhh....- byłam wściekła.
- Wiem Roza. Ja też nie umiałem tego znieść. Dlatego go pobiłem.
- Wiedziałeś, że jesteś spokrewniony z Iwaszkowem?
- Tak.- odpowiedział wciąż pochłonięty czyszczeniem materiału.
- Czemu mi nie powiedziałeś?
- A co by to zmieniło?
Miał rację. Ale powinnam wiedzieć. W końcu jestem jego żoną.
- Chciałabym wiedzieć o tobie wszystko. Znać całkowicie twoją przeszłość i tą smutną, jak i wesołą. Więc masz teraz dwie opcje, towarzyszu.- spojrzał na mnie zaciekawiony.- Albo opowiesz mi o wszystkim co przeżyłeś z Randallem, albo poproszę o pomoc ojca, ale- dodała, gdy chciał coś powiedzieć.- za karę tydzień spisz na sofie.
- To szantaż.- sprzeciwił się.
- Może. To jak będzie?
- Dobrze, opowiem ci. Ale nie teraz.
- Spokojnie.- zeskoczyłam z blatu i zapałam go z rękę.- Ważne, żebyś był ze mną szczery i gotowy na tą rozmowę. Nigdzie nam się nie spieszy. A teraz chodź. Noc jeszcze młoda.- pociągnęłam go z powrotem do sali.
Wszyscy bawili się i tańczyli, jakby wydarzenia z przed kilku minut nie miały miejsca. Jedyna różnica to taka, że teraz wszyscy bawili się ze wszystkimi. Szybko odnalazłam młodą parę z naszymi dziećmi i resztą grupy znajomych. Lissa i Christian siedzieli wpatrzeni w swoją córeczkę, a Mason żywo dyskutował o czymś z Adrianem. Eddy pewnie tańczy gdzieś z Jill.
-Niezłe przedstawienie.- odezwała się mi głowie moja przyjaciółka.
-Dzięki. Musiałam zareagować.
Zauważono nas dopiero gdy wzięliśmy dzieci. Sydney pilnowała wózka.
- Rose, Dymitr, to było ekstra.- zachwycał się rudzielec.
- Mam nadzieję, że już go więcej nie spotkam w życiu.
- Na pewno nie tutaj.- powiedzieli dumnie Mason i Adrian.
- Ci dwaj tak go wyrzucili. A dokładnie poszli nad staw i wrzucili do wody.- opisał Ozera.- Mam to nagrane.- pomachał kamerką.
- Daj zobaczyć.- zrobiłam słodkie oczka.
- A co będę z tego miał?- spytał z wyższością.
- Nic.- wzruszyłam ramionami.- Po prostu masz mi to dać.
Prychnął.
- Ej, nie wystarczy ci mój wzrok szczeniaczka? Drugi raz możesz takiego nie zobaczyć.
Chciał coś powiedzieć, ale Lissa wyrwała mu z rąk urządzenie i podała mi. Ozerze wystawiłam język i z mężem oglądaliśmy film. Na początku mason przywalił morojowi tak, że stracił równowagę i upadł. Zanim się ogarnął, Adrian wziął wujka pod pachy, a rudzielec za nogi i choć ten się opierał, wynieśli go na zewnątrz. Cały tłum szedł za nimi, aż do fontanny w centrum miasta. Zaczęli liczyć do trzech i wrzucili go do wody. Ten się zerwał, cały ociekający wodą, a goście się śmiali. My również zaczęliśmy.
- Wyślij mi później ten film na laptopa. Muszę go mieć.- poprosiłam przyjaciółkę, próbując się uspokoić.

ROZDZIAŁ 291

Od razu ucichliśmy i spoważnieliśmy. Środkiem kościoła szla panna młoda w krótkiej, przylegającej sukience, z srebrnymi ozdobami na piersiach, prowadzona przez ojca. Dobrze jej w tej sukience. Taka nie tradycyjna. W sumie nie wyobrażam jej sobie w innej. A zwłaszcza długiej i bufiastej. Z włosów miała zapleciony piękny warkocz, opadający jej na prawe ramię. Przed nią szły dziewczynki w różowo beżowych sukieneczkach, w pasie przewiązanych złota wstążką. Za to druhny były całe w złocie. Wszystkie były ludzkimi kobietami. Jednak była bardzo podoba do panny młodej, więc musiała być jej siostrą. Tak samo świadkowa. Mówiła mi kiedyś, że ma dwie siostry. Carly starszą, która zapewne stoi teraz przy ołtarzu i młodszą Zoe, która trzyma jej welon. Reszta to musiały być... W sumie nie wiem kto to. Razem podeszli do Adriana. W garniturze mógł robić konkurencję Bielikowi, zwłaszcza z tym swoim artystycznym nieładem na głowie. Ale i tak Dymitr jest najlepszy. Ślub odbył się bez przeszkód. Od drugiej połowy uroczystości, czułam na sobie czyjeś palące spojrzenie. Rozglądałam się po sali, jednak nie mogłam ustalić jego właściciela. Nie uszło to uwadze Dymitrowi.
- Coś się dzieje?- szepnął zaniepokojony.
- Nie, nic. Coś mi się wydawało.- rzuciłam ostatnie spojrzenie za siebie i skupiłam się na młodej parze, wymieniającej się obrączkami.
Starałam się ignorować to wrażenie. Ceremonia odbyła się bez przeszkód, czego nie można było powiedzieć o weselu. Zaczynało się nawet uroczo. Lokal był kilka uliczek stąd, a Adrian dla swojej żony wynajął bryczkę pełną kwiatów, z dwoma białymi końmi, w brązowe plamki. Ale gdy wszyscy byli na miejscu i po pierwszych daniach zaczęło się tańcowanie, goście podzielili się na dwie grupy: ludzi i naszą rasę. To było okropnie niezręczne. Nie chodzi o to, że ludzie się nas bali (jedynie alchemicy), ale to arystokraci nie mieli zamiaru zadawać się z ludźmi. Lecz z czasem impreza jakoś tam się rozkręciła i po kilku kieliszka, bynajmniej mężczyzn, nie obchodziło czy tańczą z morojką, czy ludzką kobietą. Z ukochanym składaliśmy życzenia młodej parze. Później oni, a zwłaszcza Syd, zachwycali się naszymi maluchami. Dymitra chodził dumny jak paw przez pół godziny, gdy Iwaszkow powiedział, że na pewno będą tak wspaniałe, jak rodzice. Ach ci tatusiowie. W pewnym momencie mój mąż zostawił mnie, mówiąc, że idzie do toalety, Lili już zgubiła się w tłumie, zdobywając nowe znajomości. W tym czasie podszedł do mnie Iwaszkow.
- Cześć Mała dampirzyco, dawno się nie widzieliśmy.- zaczął rozmowę.
- No. Tak z dwie godziny temu.- zaśmiałam się.
Przez kolejne chwile żadne z nas się nie odezwało.
- Widzieliśmy twoje obrazy w domu kultury w parku.- przerwałam ciszę.
- Naprawdę?- chłopak się spiął.
- No. Muszę przyznać, że masz talent.- odetchnął z ulgą.- Kiedy narysowałeś ten szczególny?
- Namalowałem.- poprawił mnie.- A o który konkretnie ci chodzi?
- Nie udawaj głupiego, bo to i tak nic ci nie da. Doskonale wiesz, który najbardziej zwróciłby naszą uwagę. Zrobiłeś to pod wpływem złości?- doczekałam.
- W sumie są dwa, które powinny cię zainteresować. Jeden stworzyłem po naszym rozstaniu. Przedstawia różę w trumnie, przykrytą prochowcem. Twój Rusek je uwielbia.- zakpił.
- Adrian, nie przeginaj, bo nie chciałabym podbić ci oka na weselu, a myślę, że Sydney stanęła by po mojej stronie.
- Racja. Ach... co za kobieta.- rozmarzył się.
Na nowo wróciło wrażenie z kościoła. Zaczęłam się rozglądać.
- To co z tym obrazem.
- Chciałem dać ci go na urodziny, ale nie wiedziałem, czy to dobry pomysł, zwłaszcza, że Dymitra nie odzyskał pamięci.
Całkowicie straciłam zainteresowanie tajemniczym obserwatorem i spojrzałam zdziwiona na przyjaciela.
- Narysowałeś go dla mnie?!- nie dowierzałam.
- Tak.- spuścił głowę. Od kelnerki pochwycił kieliszek jakiegoś trunku i upił jego łyk.- Miało symbolizować waszą miłość. Wiem, jak bardzo o nią walczyłaś i ile dla ciebie znaczy. Zacząłem go malować po naszym spotkaniu w parku i szczerej rozmowie. To było moją inspiracją. W pełni zrozumiałem podjęta przez ciebie decyzję. I zacząłem to malować. Najpierw chciałem ci to dać, żebyś oglądała to codziennie i nadawała się waszym szczęściem, a później zapragnąłem, ukryć to przed tobą. Pewnie bym go spalił, ale Sydney uznała, że jest wspaniały i dodała do wystawy.- już całkowicie opróżnił kieliszek i sięgnął po następny.
-Mogłabym go od ciebie odkupić?- zachłysnął się, kiedy zdałam to pytanie.
- Naprawdę go chcesz?!- nie dowierzał.
W końcu znalazłam osobę, która wypalała we mnie dziurę wzrokiem.
- Jasne. Bardzo mi się spodobał.
- To oddam ci go za darmo. W końcu i tak miał być dla ciebie.
- E che. Jasne. Adrian, kto to jest?- wskazałam mu moroja, który nie spuszczał ze mnie wzroku.
Był on wysokim mężczyzną o brązowych włosach. Miał mocno zarysowane kości policzkowe. Był przystojny, a jednak coś mnie od niego odrzucało. Biła od niego niebezpieczna pewność siebie.
- To mój wujek, Randall. Uważaj na niego. Jest czarną owcą rodziny, lubuje się w dziwkach i nie umie zachować się przy kobietach. Musiałem go zaprosić, bo wypada.
- Ok. Będę ostrożna. A gdzie zgubiłeś pannę młodą?- zmieniłam temat.
- Rozmawia z rodzicami. A twój kowboj?
- Zgubił się gdzieś w drodze do toalety.- prychnęłam.
- Wiesz, skoro mój wujek się tobą interesuje, to pójdę go poszukać.- powiedział nerwowo.
Chciałam go powstrzymać i powiedzieć, że dam sobie radę, ale go już nie było. Po chwili obok stanął mój prześladowca.
- To nie wypada, aby tak piękna pani siedziała tu sama.- zaczął z cwanym uśmieszkiem.
Był nawet podobny do Iwaszkowa, ale bardziej do jego ojca. Było w nim też coś innego znajomego. Ale nie umiałam powiedzieć co.
- Nie jestem tu sama, a pan chyba za dużo wypił.- gożałom cuchnął na kilometr.
- To wesele. Pić można do woli. Tym bardziej tańczyć. Może się pani skusi?- był bardzo pewny siebie.
- Przykro mi, ale nie skorzystam.
- Proś, a gdy nie dają bierz sam.- mruknął i zaczął się do mnie niebezpiecznie zbliżać, aż uwięził mnie między sobą, a stołem.- Myszka uwięziona?- zaśmiał się.
Chciało mi się rzygać od samej jego bliskości, a śmiech miał jak osioł wymieszany ze świnią.
- Myszka może zaraz obić kotkowi ten brudny pysk.
- Nie uderzysz mnie. Zwykła dziwka krwi, bijąca arystokratę z szanownego rodu? Jak by to wyglądało. Pewnie byłaś jedną z zabaweczek mojego siostrzeńca.- oparł się na łokciu w zamyśleniu. Chciałam uciec, ale znów zostałam przez niego uwięziona.- Tak ładnie szedł w moje ślady. Aż tu ślub. Ajajaj... Tak sobie marnować życie.
Miałam już go dość. Co on w ogóle sobie myśli. Już rozumiem co Dymitr miał na myśli, gdy mówił, że nie wszyscy moroje są najważniejsi. Takiego to od razu należało by zamknąć i trzymać o chlebie i wodzie.
- Jestem bardziej szanowaną strażniczką, niż ty kiedykolwiek będziesz wśród swoich. A twoje nazwisko nie upoważnia cię do wszystkiego są granice, które nawet ty nie możesz przekroczyć.- dźgnęłam go palcem w pierś.
W jego oczach błysnęła wściekłość. Zamachnął się, żeby mnie uderzyć. Byłam gotowa do odparowania ciosu, który nigdy nie nastąpił.
- Łapy precz od niej!- pierwszy raz słyszałam taką wściekłość w głosie męża. Nie licząc czasu, gdy był strzygą.
Randall poleciał na podłogę. Podniósł wzrok, a gdy spotkał się z morderczym spojrzeniem Dymitra, uśmiechnął się bezczelnie. Czyżby się znali?
- Dimka, co za wesołe spotkanie.
___________________________________________________________
Dodam jeszcze dwa rozdziały dzisiaj, ale pod warunkiem, że pod poprzednimi będą 4 komy. Liczę na was. I nie liczy się, że jedna osoba wstawi więcej niż jeden.💖💖💖💖
Sukienka Syd
 Sukienki dziewczynek

 Sukienki Druhn