poniedziałek, 17 października 2016

ROZDZIAŁ 293

Po chwili koło nas pojawili się rodzice pana młodego. Najpierw wyściskali świeżo upieczone małżeństwo, a później podeszli do nas. Niepewnie podnieśliśmy się ze swoich miejsc i odłożyliśmy dzieci. Daniela i Nathan uścisnęli nas serdecznie.
- Dobrze mieć takich krewnych.- uśmiechnął się moroj.
Pff.. a gdy byłam z Adrianem, to mu nie pasowałam.
- Wiedziałam, że i tak będziesz w naszej rodzinie.
Ucieszyłam się, że akceptują mnie, choć łączy nas dość dalekie pokrewieństwo. Impreza się rozkręciła nawet za bardzo, bo kilku zalanych facetów zaczęło się do mnie i Lissy przystawiać. Nasi mężowie uznali, że pora wracać. Pożegnaliśmy młodą parę i z dziećmi wyszliśmy na zewnątrz. Jednak spokojny powrót do domu nie był nam pisany. Gdy tylko nasi przyjaciele odeszli do samochodu po drugiej stronie, zaczęło się.
- A jednak to twoje dzieci.- zza zakrętu, z cienia wyszedł ojciec Dymitra.
Czego on jeszcze chce? Nie mógł sobie iść gdzieś, schlać się w cztery dupy i leżeć nieprzytomny do rana?
- Jeszcze ci mało połamanych części ciała?- warknęłam.
- Przyzwyczaiłem się. Wiele razy dostawałem za pieprzenie cudzych dziewczyn.- ja nie mogę. On się tym chwali, że zachęca kobiety do zdrady!- Żaden mężczyzna nie rozumie, że kiedyś kończy się jego kolej i zaczyna innego. A później kończy się jego i tak dalej. Ciebie też to czeka. I mam nadzieję, że to ja będę następnym.
- Po moim trupie!- krzyknęliśmy oboje.
Dzieci zaczęły płakać, więc wyciągnęliśmy je i przytuliliśmy.
- Dzięki, ale nekrofilia mnie nie obchodzi. Ej, czemu te dzieci są podobne do was obojga?
- A czemu ty nie możesz się od nas odpie....odwalić?- poprawiłam się.
- Cięty języczek. Ciekawe jak używasz go w łóżku?
Co za człowiek? Nie ma ani grama honoru, czy dobrego wychowania. Cała się gotowałam w środku.
- Roza, trzeba położyć dzieci w fotelikach, żeby się uspokoiły. Nie będziemy z nim rozmawiać przy nich.- szepnął mi Rosjanin.
- Moja pięść bardzo chętnie utnie sobie pogawędkę z jego gębą, a kolano z jajami, jeśli w ogóle je ma.- ukochany zachichotał na moje słowa i objął mnie ramieniem.
Nie zwracając uwagi na moroj po prostu odwróciliśmy się i poszliśmy do samochodu.
- Nie poznasz mnie nawet z moimi wnukami?- staraliśmy się ignorować.- Chyba, ze to nie są twoje dzieci synu. Widać twoja dziwka nie jest tak święta, jak sądzi.
Nie wytrzymałam. Stanęłam nagle, paląc się do walki. Nie wiem, czy to przez mrok, czy byłam aż tak zdenerwowana. A może jedno i drugie? Dymitr patrzył na mnie niepewnie. Oddałam mu Felixa.
- Roza?!- zdziwił się.
- Zabierz je do samochodu. Ja muszę się z kimś rozliczyć.
- To mój ojciec.- zauważył z nienawiścią.
- Ale mnie obraża.- spojrzał na mnie z czułością i lękiem.- Muszę zawalczyć o swój honor.
- Bądź ostrożna.- poprosił z troską.
- Spokojnie. Sam mnie uczyłeś walki. A w razie czego księżniczka ma swojego kowboja w brązowym płaszczu, niekiedy w kapeluszu na dzielnym, karym rumaku, na którego imię drżą okoliczne wioski, Gwiazdka. I pomoże swojej księżniczce zaatakowanej przez strasznego ogra o ego większym niż on sam?- z uśmiechem połaskotałam córeczkę. Nastka zaczęła się śmiać.
-Obroni ją zawsze i przed wszystkim.- mój mąż zakończył naszą rozmowę czułym pocałunkiem.
- Ej, gołąbeczki. Ja tu jestem. Pff... Gołąbeczki. Jedno to byk, a drugie sukowata kuropatwa. Czytaj: kurwa.
Dymitr zacisnął usta w cienką linię.
- Uspokój się. Dla dzieci. Zaraz go dorwiemy.- szepnęłam mu na ucho.
Zamknął oczy, a po chwili otworzył je już opanowany. Uśmiechnął się patrząc na mnie tak, że aż nogi mi zmiękły i musiałam się o niego oprzeć.
- Nie rób tego więcej.- oboje się zaśmialiśmy.
Zauważyłam, że Randall podszedł bliżej nas. Coś czułam, że traci cierpliwość. Bielikow też to zauważył. W jego oczach zauważyłam błysk.
- Uwielbiam jak na mnie działasz.- szepnął tak, żeby jego ojciec go usłyszał.
Chciał go sprowokować, pokazać swoją wyższość, że tylko on może mnie mieć.
- Tak? A jak to wykorzystasz?- odległość między nami, coraz bardziej się zmniejszała.
Odłożyłam dzieci do wózka.
- Lili!- zawołałam.
Dziewczynka podbiegła do nas. Pewnie czekała przy aucie. Zatrzymała się widząc nieznajomego. Chciała się przywitać, ale ją zatrzymałam.
- Nie podchodź do niego.- zaleciłam.- Weźmiesz dzieci do samochodu? My musimy się rozmówić z niegrzecznym morojem.
-Dobrze.- złapała wózek i poszła.
- No towarzyszu? Co mi odpowiesz?- złapałem męża za brzegi jego marynarki.
- To czego nie zdążyłem przed wyjściem.- już wolne dłonie położył na mojej tali. Zaczął całować mnie po szyi, szepcząc mi do ucha.- Będziemy się kochać całą noc. Raz szybciej, a raz wolniej, doprowadzając cię do szaleństwa. Zrobię ci tak dobrze, jak nikt inny nie potrafi.
Jego słowa całą mnie rozpaliły. Kątem oka zauważyłem, że Iwaszkow jest cały czerwony ze złości. Zacisnął pięści i podszedł do nas. Udawałam, że jestem pochłonięta pieszczotom i o nim zapomniałam. Moroj chwycił syna i chciał go odciągnąć, a wtedy rzuciliśmy się na niego. Ode mnie znowu dostał w nos, a Dymitr kopnął go w brzuch. Mój teść upadł, nie zdecydowany, za co się trzymać. Strażnik złapał go za kołnierz i podniósł na wysokość twarzy.
- Teraz mnie posłuchasz skurwielu.- warknął patrząc mu prosto w przerażone oczy.- Odpierdol się raz na zawsze od mojej rodziny, bo do niej nie należysz. A jeszcze raz usłyszę, że obraziłeś moją żonę, matkę lub jakąkolwiek ważną dla mnie osobę, znajdę cię i zabiję. Jasne?!
Jeszcze nigdy nie widziałam Dymitr w takim stanie. Był jak w transie, jak ja, gdy zawładnął mną mrok. Albo gdy groził Daszkowowi w areszcie, ale dziesięć razy bardziej wściekły. Nawet jako strzyga się tak nie zachowywał. Ale nie bałam się go. Wręcz podziwiałam. Był taki boski. W dodatku bronił mnie i naszą rodzinę.
- Ttt...ak..k.- wydusił przerażony Randall.
- Rose.- na mnie spojrzał już łagodnie.- Chcesz coś powiedzieć swojemu teściowi?
Podeszłam do nich ze złośliwym uśmieszkiem.
- Z największą przyjemnością.- dałam Iwaszkowowi policzek.- Dla twojego dobra, lepiej żebym nie spotkała ciebie nigdy więcej. To że po chodzisz z królewskiej rodziny, nie chroni cię przed niczym. Nic nie znaczysz, na tym świecie. Jesteś pieprzonym skurwysynem, a jedyne dobro, jakie jest powiedzmy skutkiem twojego istnienia, to to, że jest tu Dymitr, wychowywany przez swoją matkę i może sprać ci tą obleśną dupę. A jeśli chociaż na metr zbliżysz się do naszych dzieci obetnę ci wszystkie kończyny i będę patrzyła, jak się wykrwawiasz. A na koniec rzucę cię na pożarcie wilkom.- odetchnęłam i się uspokoiłam.
- To nie ja jestem synem kurwy.- Randall hardo patrzył w oczy syna i splunął nam krwią pod nogi. 

niedziela, 16 października 2016

ROZDZIAŁ 292

- Dimka, co za wesołe spotkanie.- znowu zaśmiał się obrzydliwie.- Wiedziałem, że to ty. Ale myślałem, że matka nauczyła cię dobrego zachowania. Zabrakło męskiej ręki. Ale to się poprawi. I czemu bronisz tej suki.
Wściekłam się. Strażnik również. Zasłonił mnie swoim ciałem, ale ja wyszłam zza niego. Umiem się obronić, a chciałam zobaczyć co będzie dalej. Tak jak inni. Wszyscy goście otoczyli nas i patrzyli. Tym czasem moroj wstał z podłogi. Ukochany złapał mnie za rękę.
- Tylko tkniesz moją mamę, albo jakąkolwiek kobietę w mojej rodzinie, a będzie to ostatnie, co zrobisz rękoma.
- Oj Dimka, Dimka. Ty nic nie rozumiesz. Jesteś za młody, za mało kobiet poznałeś. Niektóre potrafią dać w kość, więc lepiej już na początku pokazać im ich miejsce. Jak widać ty tego nie robisz.- spojrzał na mnie.
- Nie jestem tobą.- warknął Bielikow.
- A szkoda.- pokręcił zrezygnowany głową.
-A kim ty właściwie jesteś, żeby mówić mu jak żyć?- patrzyłam mu hardo w oczy ze skrzyżowanymi ramionami.
- Och! To ty nie wiesz. Widać, że przelotny romans, skoro nie znasz jego ojca.
Zamurowało mnie. Jego ojca?! Przypomniałam sobie, co mąż mi mówił o nim. Zaczęłam się śmiać drwiąco. 
- Kurwa! Ty masz być jego ojcem? Pfu.- splunęłam mu pod nogi.- Nie zasługujesz na to miano. Jakim w ogóle prawem się do niego odzywasz? Słyszałam co robiłeś Olenie. Osoby takie jak ty mają mniej serca i duszy niż strzygi. Nie zasługujesz choćby na jego spojrzenie. Jesteś tu tylko dlatego, że tak wypada. Dla nikogo nic nie znaczysz. Jesteś śmiechem, chujem i ostatnim dupkiem, który nie umie się zachować.- cedziłam przez zaciśnięte zęby.
- Zamknij się gówniaro. Od początku wydałaś mi się interesująca. A ty synu mógłbyś upiłować trochę tą swoją dziwkę. Ale mam nadzieję, że charakter wynagradza ci w łóżku.- chciał sprowokować nas.
I mu się udało. Bielikow chciał się na niego rzucić, ale... ja byłam pierwsza. Wytłumaczyłam mu na spokojnie kim jestem i nie będę się powtarzać. I nikt nie ma prawa nazywać mnie gówniarą. Biłam go pięściami, dopóki nie uciekł zakrwawiony do łazienki. Tam również bym za nim pobiegła, gdyby nie silne ramiona Rosjanina.
- Już, wystarczy Roza. Uciekł.
Uspokoiłam się pod jego ciepłym i miękkim głosem.
- Szlag! Pobrudził mi sukienkę!
- Spokojnie skarbie, zaraz to wytrzemy. Chodź do łazienki.
Na szczęście damskie były w odwrotną stronę niż męskie, więc nie narażaliśmy się na kolejne "miłe" spotkanie. Weszliśmy w tłum który zaczął klaskać i nam gratulować.
- Z tego wynika, że jesteśmy kuzynami.- Adrian poklepał Dymitra po plecach.- Witajcie w rodzinie.
- To chyba my powinniśmy powitać Sydney, jako że dopiero co do niej wstąpiła.- wyciągnęłam dłoń do alchemiczki. Ta wyszła i złapała mnie za nią, po czym przytuliła.- Dobra, dokończymy te czułości później, bo krew mi nie zejdzie z sukienki. A jeśli ktoś zobaczy tego sukinsyna, który właśnie uciekł piszcząc jak mała dziewczynka, niech go wywali z sali.
I przeszliśmy z mężem prze tłum do łazienki. Tam ukochany posadził mnie na blacie z umywalkami i zaczął czyścić kreację.
- Nie jesteś zły, za to jak go nazywałam?- spytałam niepewnie. Bądź co bądź to jego ojciec.
- Roza, jestem z ciebie dumny. Lepszej przemowy sam bym nie wymyślił. I stanęłaś w obronie mojej, naszej rodziny i swojego honoru.
- Nikt nie będzie obrażał, ani groził tak wspaniałym osobą, jak ty i kobiety z twojej strony rodziny, na czele z Oleną. Jak pomyślę, że ten oblech podnosił rękę na tą ciepłą i pełną miłości kobietę to aż yyyyyhhhh....- byłam wściekła.
- Wiem Roza. Ja też nie umiałem tego znieść. Dlatego go pobiłem.
- Wiedziałeś, że jesteś spokrewniony z Iwaszkowem?
- Tak.- odpowiedział wciąż pochłonięty czyszczeniem materiału.
- Czemu mi nie powiedziałeś?
- A co by to zmieniło?
Miał rację. Ale powinnam wiedzieć. W końcu jestem jego żoną.
- Chciałabym wiedzieć o tobie wszystko. Znać całkowicie twoją przeszłość i tą smutną, jak i wesołą. Więc masz teraz dwie opcje, towarzyszu.- spojrzał na mnie zaciekawiony.- Albo opowiesz mi o wszystkim co przeżyłeś z Randallem, albo poproszę o pomoc ojca, ale- dodała, gdy chciał coś powiedzieć.- za karę tydzień spisz na sofie.
- To szantaż.- sprzeciwił się.
- Może. To jak będzie?
- Dobrze, opowiem ci. Ale nie teraz.
- Spokojnie.- zeskoczyłam z blatu i zapałam go z rękę.- Ważne, żebyś był ze mną szczery i gotowy na tą rozmowę. Nigdzie nam się nie spieszy. A teraz chodź. Noc jeszcze młoda.- pociągnęłam go z powrotem do sali.
Wszyscy bawili się i tańczyli, jakby wydarzenia z przed kilku minut nie miały miejsca. Jedyna różnica to taka, że teraz wszyscy bawili się ze wszystkimi. Szybko odnalazłam młodą parę z naszymi dziećmi i resztą grupy znajomych. Lissa i Christian siedzieli wpatrzeni w swoją córeczkę, a Mason żywo dyskutował o czymś z Adrianem. Eddy pewnie tańczy gdzieś z Jill.
-Niezłe przedstawienie.- odezwała się mi głowie moja przyjaciółka.
-Dzięki. Musiałam zareagować.
Zauważono nas dopiero gdy wzięliśmy dzieci. Sydney pilnowała wózka.
- Rose, Dymitr, to było ekstra.- zachwycał się rudzielec.
- Mam nadzieję, że już go więcej nie spotkam w życiu.
- Na pewno nie tutaj.- powiedzieli dumnie Mason i Adrian.
- Ci dwaj tak go wyrzucili. A dokładnie poszli nad staw i wrzucili do wody.- opisał Ozera.- Mam to nagrane.- pomachał kamerką.
- Daj zobaczyć.- zrobiłam słodkie oczka.
- A co będę z tego miał?- spytał z wyższością.
- Nic.- wzruszyłam ramionami.- Po prostu masz mi to dać.
Prychnął.
- Ej, nie wystarczy ci mój wzrok szczeniaczka? Drugi raz możesz takiego nie zobaczyć.
Chciał coś powiedzieć, ale Lissa wyrwała mu z rąk urządzenie i podała mi. Ozerze wystawiłam język i z mężem oglądaliśmy film. Na początku mason przywalił morojowi tak, że stracił równowagę i upadł. Zanim się ogarnął, Adrian wziął wujka pod pachy, a rudzielec za nogi i choć ten się opierał, wynieśli go na zewnątrz. Cały tłum szedł za nimi, aż do fontanny w centrum miasta. Zaczęli liczyć do trzech i wrzucili go do wody. Ten się zerwał, cały ociekający wodą, a goście się śmiali. My również zaczęliśmy.
- Wyślij mi później ten film na laptopa. Muszę go mieć.- poprosiłam przyjaciółkę, próbując się uspokoić.

ROZDZIAŁ 291

Od razu ucichliśmy i spoważnieliśmy. Środkiem kościoła szla panna młoda w krótkiej, przylegającej sukience, z srebrnymi ozdobami na piersiach, prowadzona przez ojca. Dobrze jej w tej sukience. Taka nie tradycyjna. W sumie nie wyobrażam jej sobie w innej. A zwłaszcza długiej i bufiastej. Z włosów miała zapleciony piękny warkocz, opadający jej na prawe ramię. Przed nią szły dziewczynki w różowo beżowych sukieneczkach, w pasie przewiązanych złota wstążką. Za to druhny były całe w złocie. Wszystkie były ludzkimi kobietami. Jednak była bardzo podoba do panny młodej, więc musiała być jej siostrą. Tak samo świadkowa. Mówiła mi kiedyś, że ma dwie siostry. Carly starszą, która zapewne stoi teraz przy ołtarzu i młodszą Zoe, która trzyma jej welon. Reszta to musiały być... W sumie nie wiem kto to. Razem podeszli do Adriana. W garniturze mógł robić konkurencję Bielikowi, zwłaszcza z tym swoim artystycznym nieładem na głowie. Ale i tak Dymitr jest najlepszy. Ślub odbył się bez przeszkód. Od drugiej połowy uroczystości, czułam na sobie czyjeś palące spojrzenie. Rozglądałam się po sali, jednak nie mogłam ustalić jego właściciela. Nie uszło to uwadze Dymitrowi.
- Coś się dzieje?- szepnął zaniepokojony.
- Nie, nic. Coś mi się wydawało.- rzuciłam ostatnie spojrzenie za siebie i skupiłam się na młodej parze, wymieniającej się obrączkami.
Starałam się ignorować to wrażenie. Ceremonia odbyła się bez przeszkód, czego nie można było powiedzieć o weselu. Zaczynało się nawet uroczo. Lokal był kilka uliczek stąd, a Adrian dla swojej żony wynajął bryczkę pełną kwiatów, z dwoma białymi końmi, w brązowe plamki. Ale gdy wszyscy byli na miejscu i po pierwszych daniach zaczęło się tańcowanie, goście podzielili się na dwie grupy: ludzi i naszą rasę. To było okropnie niezręczne. Nie chodzi o to, że ludzie się nas bali (jedynie alchemicy), ale to arystokraci nie mieli zamiaru zadawać się z ludźmi. Lecz z czasem impreza jakoś tam się rozkręciła i po kilku kieliszka, bynajmniej mężczyzn, nie obchodziło czy tańczą z morojką, czy ludzką kobietą. Z ukochanym składaliśmy życzenia młodej parze. Później oni, a zwłaszcza Syd, zachwycali się naszymi maluchami. Dymitra chodził dumny jak paw przez pół godziny, gdy Iwaszkow powiedział, że na pewno będą tak wspaniałe, jak rodzice. Ach ci tatusiowie. W pewnym momencie mój mąż zostawił mnie, mówiąc, że idzie do toalety, Lili już zgubiła się w tłumie, zdobywając nowe znajomości. W tym czasie podszedł do mnie Iwaszkow.
- Cześć Mała dampirzyco, dawno się nie widzieliśmy.- zaczął rozmowę.
- No. Tak z dwie godziny temu.- zaśmiałam się.
Przez kolejne chwile żadne z nas się nie odezwało.
- Widzieliśmy twoje obrazy w domu kultury w parku.- przerwałam ciszę.
- Naprawdę?- chłopak się spiął.
- No. Muszę przyznać, że masz talent.- odetchnął z ulgą.- Kiedy narysowałeś ten szczególny?
- Namalowałem.- poprawił mnie.- A o który konkretnie ci chodzi?
- Nie udawaj głupiego, bo to i tak nic ci nie da. Doskonale wiesz, który najbardziej zwróciłby naszą uwagę. Zrobiłeś to pod wpływem złości?- doczekałam.
- W sumie są dwa, które powinny cię zainteresować. Jeden stworzyłem po naszym rozstaniu. Przedstawia różę w trumnie, przykrytą prochowcem. Twój Rusek je uwielbia.- zakpił.
- Adrian, nie przeginaj, bo nie chciałabym podbić ci oka na weselu, a myślę, że Sydney stanęła by po mojej stronie.
- Racja. Ach... co za kobieta.- rozmarzył się.
Na nowo wróciło wrażenie z kościoła. Zaczęłam się rozglądać.
- To co z tym obrazem.
- Chciałem dać ci go na urodziny, ale nie wiedziałem, czy to dobry pomysł, zwłaszcza, że Dymitra nie odzyskał pamięci.
Całkowicie straciłam zainteresowanie tajemniczym obserwatorem i spojrzałam zdziwiona na przyjaciela.
- Narysowałeś go dla mnie?!- nie dowierzałam.
- Tak.- spuścił głowę. Od kelnerki pochwycił kieliszek jakiegoś trunku i upił jego łyk.- Miało symbolizować waszą miłość. Wiem, jak bardzo o nią walczyłaś i ile dla ciebie znaczy. Zacząłem go malować po naszym spotkaniu w parku i szczerej rozmowie. To było moją inspiracją. W pełni zrozumiałem podjęta przez ciebie decyzję. I zacząłem to malować. Najpierw chciałem ci to dać, żebyś oglądała to codziennie i nadawała się waszym szczęściem, a później zapragnąłem, ukryć to przed tobą. Pewnie bym go spalił, ale Sydney uznała, że jest wspaniały i dodała do wystawy.- już całkowicie opróżnił kieliszek i sięgnął po następny.
-Mogłabym go od ciebie odkupić?- zachłysnął się, kiedy zdałam to pytanie.
- Naprawdę go chcesz?!- nie dowierzał.
W końcu znalazłam osobę, która wypalała we mnie dziurę wzrokiem.
- Jasne. Bardzo mi się spodobał.
- To oddam ci go za darmo. W końcu i tak miał być dla ciebie.
- E che. Jasne. Adrian, kto to jest?- wskazałam mu moroja, który nie spuszczał ze mnie wzroku.
Był on wysokim mężczyzną o brązowych włosach. Miał mocno zarysowane kości policzkowe. Był przystojny, a jednak coś mnie od niego odrzucało. Biła od niego niebezpieczna pewność siebie.
- To mój wujek, Randall. Uważaj na niego. Jest czarną owcą rodziny, lubuje się w dziwkach i nie umie zachować się przy kobietach. Musiałem go zaprosić, bo wypada.
- Ok. Będę ostrożna. A gdzie zgubiłeś pannę młodą?- zmieniłam temat.
- Rozmawia z rodzicami. A twój kowboj?
- Zgubił się gdzieś w drodze do toalety.- prychnęłam.
- Wiesz, skoro mój wujek się tobą interesuje, to pójdę go poszukać.- powiedział nerwowo.
Chciałam go powstrzymać i powiedzieć, że dam sobie radę, ale go już nie było. Po chwili obok stanął mój prześladowca.
- To nie wypada, aby tak piękna pani siedziała tu sama.- zaczął z cwanym uśmieszkiem.
Był nawet podobny do Iwaszkowa, ale bardziej do jego ojca. Było w nim też coś innego znajomego. Ale nie umiałam powiedzieć co.
- Nie jestem tu sama, a pan chyba za dużo wypił.- gożałom cuchnął na kilometr.
- To wesele. Pić można do woli. Tym bardziej tańczyć. Może się pani skusi?- był bardzo pewny siebie.
- Przykro mi, ale nie skorzystam.
- Proś, a gdy nie dają bierz sam.- mruknął i zaczął się do mnie niebezpiecznie zbliżać, aż uwięził mnie między sobą, a stołem.- Myszka uwięziona?- zaśmiał się.
Chciało mi się rzygać od samej jego bliskości, a śmiech miał jak osioł wymieszany ze świnią.
- Myszka może zaraz obić kotkowi ten brudny pysk.
- Nie uderzysz mnie. Zwykła dziwka krwi, bijąca arystokratę z szanownego rodu? Jak by to wyglądało. Pewnie byłaś jedną z zabaweczek mojego siostrzeńca.- oparł się na łokciu w zamyśleniu. Chciałam uciec, ale znów zostałam przez niego uwięziona.- Tak ładnie szedł w moje ślady. Aż tu ślub. Ajajaj... Tak sobie marnować życie.
Miałam już go dość. Co on w ogóle sobie myśli. Już rozumiem co Dymitr miał na myśli, gdy mówił, że nie wszyscy moroje są najważniejsi. Takiego to od razu należało by zamknąć i trzymać o chlebie i wodzie.
- Jestem bardziej szanowaną strażniczką, niż ty kiedykolwiek będziesz wśród swoich. A twoje nazwisko nie upoważnia cię do wszystkiego są granice, które nawet ty nie możesz przekroczyć.- dźgnęłam go palcem w pierś.
W jego oczach błysnęła wściekłość. Zamachnął się, żeby mnie uderzyć. Byłam gotowa do odparowania ciosu, który nigdy nie nastąpił.
- Łapy precz od niej!- pierwszy raz słyszałam taką wściekłość w głosie męża. Nie licząc czasu, gdy był strzygą.
Randall poleciał na podłogę. Podniósł wzrok, a gdy spotkał się z morderczym spojrzeniem Dymitra, uśmiechnął się bezczelnie. Czyżby się znali?
- Dimka, co za wesołe spotkanie.
___________________________________________________________
Dodam jeszcze dwa rozdziały dzisiaj, ale pod warunkiem, że pod poprzednimi będą 4 komy. Liczę na was. I nie liczy się, że jedna osoba wstawi więcej niż jeden.💖💖💖💖
Sukienka Syd
 Sukienki dziewczynek

 Sukienki Druhn

sobota, 15 października 2016

ROZDZIAŁ 290

Po kilku godzinach byliśmy pod kościołem. Państwo młodzi postanowili zrobić ślub w rodzinnym mieście alchemiczki. Jako, że jej rodzina żyje według ludzkiego czasu, uroczystości zaplanowano na dwunastą. Jest dopiero ósma, więc postanowiliśmy się przejść. Miasteczko nie było duże. Niedaleko kościoła był park. Weszliśmy do niego i chodziliśmy. Dzieci rozglądały się zaciekawione wokoło.
- Mogę iść się pobawić na plac zabaw?- spytała z nadzieją Lili.
- Nie skarbie, bo się pobrudzisz.- odpowiedział Dymitr.- Ale później jak się przebierzesz, to będziemy mogli tu wrócić.
- Dobrze.- zgodziła się młoda.
Dopiero teraz zwróciłam uwagę na jej ubiór. Miała na sobie piękną suknię od pasa w górę niebieską bez ramiączek, a w dół biała, okryta tiulem z niebieskimi kwiatkami po boku. Szliśmy dalej przed siebie. W centrum parku był jakiś dom sztuki, niedaleko amfiteatr, staw i fontanna. Mąż pociągnął nas do dużego budynku. Z jego białych ścian, patrzyły na nas różne postacie w różnych pozach. Wyżej w jednym szeregu, z dumnie wyciętymi piersiami, stały orły, a wokół nich latały sowy. Środek kontrastował z zewnętrzem. Ciemno brązowe ściany były puste, po bokach ustawiono szereg kolumn, a na środku stały wielkie schody, strzeżone przez dwa lwy. Na pół piętrze stało lustro i kolejne schody, prowadzące na pierwsze piętro, z dwóch stron. Do schodów prowadziła ta sama brązowa posadzka, ale ogrodzona od reszty podłogi, dwoma beżowym paskami. Weszliśmy na górę i chodziliśmy po kolei po pomieszczeniach. Oglądaliśmy różne obrazy, od tych znanych na całym świecie, po miejscowych artystów. Jeden mi się najbardziej podobał. Przedstawiał książkę, a na niej leżały róża i kapelusz kowbojski. Gdy pokazałam go mężowi, złapał moją dłoń i pocałował. Spojrzałam na autora i byłam w szoku. Adrian Iwaszkow. W sumie nie powinnam się dziwić. Zawsze miał duszę artysty. I teraz ją wykorzystuje. Dymitr też się zdziwił. Obraz był zatytułowany "Jej szczęście". Zaczęłam się zastanawiać, czy na pewno mi wybaczył. W sumie obraz nie był smutny, ale coś mnie w środku zabolało. Ukochany chyba zrozumiał, bo przytulił mnie do siebie. Dodało mi to trochę otuchy. Spojrzałam na ten obraz inaczej, jakby miał oznaczać, że cieszy się moim szczęściem. Patrząc na inne tabliczki, zauważyłam, że mają tu dużo jego obrazów.
- Jest teraz sławny i ludzie uwielbiają jego sztukę.- podskoczyłam na głos przyjaciółki.
Odwróciłam się i przytuliłam Sydney.
- A ty co tu robisz? I czemu się nie szykujesz na ślub?- spytałam.
- Do uroczystości jeszcze dużo czasu, a z moją rodziną nie mogę wytrzymać. Zawsze tutaj znajdowałam spokój. Tak tu cicho, że aż sam się człowiek wycisza. Dużo mam z tym miejscem wspomnień. Często bywaliśmy tu ze szkołą. Wystawialiśmy przedstawienia, lub organizowali konkursy na etapie miejskim. Muzyczne, recytatorskie, małej miss i sztuki. Do amfiteatru, tam z boku chodziłam z rodzicami i siostrami na koncerty i jakieś festyny, a park to było miejsce naszych spacerów od zawsze. Ale później wszystko się zmieniło. Zaczęli mnie przygotowywać na alchemiczkę. Ojciec stał się surowy, zawsze za dużo ode mnie wymagał, przez co czułam się gorszą od innych. Aż któregoś dnia pojawili się alchemicy i stałam się ich własnością.- posmutniała.
- A teraz jesteś w ciąży, o krok od wyjścia za miłość swojego życia i robienia co będziesz chciała.- próbowałam ją pocieszyć.
- Niestety nie do końca. Nadal jestem alchemiczką, bo jest się nią na zawsze, co dowodem jest to.- wskazała na swój policzek, ze złotym tatuażem w kształcie lilii.- Ale przynajmniej wiem, że moja siostra może być i robić co chce, bez ingerencji alchemików i...- przerwała nagle, ale wiedziałam, co chciała powiedzieć.
- I tych strasznych stworów nocy,- dokończyłam ze śmiechem, składając się do niej z szalonym wzrokiem.- chcących cię pożreć na każdym kroku?
Zaczęłyśmy się śmiać.
- To może pochodzimy tu jeszcze trochę, po oprowadzam was po najbliższej okolicy i wrócimy do kościoła?- zaproponowała Sydney.
Zgodziliśmy się i przez dwie godziny chodziliśmy po parku i wokół niego. Potem trzeba było wracać i się szykować. W drodze powrotnej kupiliśmy sobie lody. Jak jak zawsze czekoladowe. Mój ukochany uwielbia je tak samo jak ja. Następny dowód na to, jak bardzo jesteśmy do siebie dopasowani. W kościele się rozeszliśmy się. Sydney poszła za ołtarz, a my zajęliśmy sobie miejsce w ławce. Byliśmy sami, bo zostały jeszcze dwie godziny do uroczystości.
- A ty martwiłeś się, że będziemy spóźnieni.- zadrwiłam z niego.
- Bo byłem pewny, że to ja będę kierować. Ale muszę ci przyznać, że dobrze kierowałaś.
- Przecież mówiłam, że będę ostrożna.
- Wiem Roza.
Nagle dzieci zaczęły płakać. Zaczęłam wstawać, ale Rosjanin mnie powstrzymał.
- Ty się nimi zajmowałaś cały czas. Teraz moja kolej.- posłał mi uśmiech i wyszedł z wózkiem na zewnątrz.
Lili wykorzystała jego nieobecność i się we mnie wtuliła
- Co się dzieje?- spytałam, tuląc ją.
- Nic. Po prostu was kocham.
- Cierpisz na niedobór miłości?- zaśmiałam się, a siostra mi zawtórowała.
- Rose, a kiedy przyjedzie Pawka. No oczywiście z Łuką i Zoją.
- W na ostatnie dwa tygodnie wakacji. Kiedy będzie najcieplej.
- Już nie mogę się doczekać.- wyznała.
- Ja też.
Po chwili wrócił strażnik. Widząc, że jeden mój bok jest zajęty, zostawił nam wózek i poszedł z drugiej strony. Wtuliłam się w ukochanego. Zaczęliśmy rozmawiać i wspominać stare czasy, opowiadając je młodej. Tak się zagadaliśmy, że nie zauważyłam, że kościół cały się zapełnił. Do rzeczywistości przywróciły mnie dopiero dźwięki marsza weselnego.


piątek, 14 października 2016

ROZDZIAŁ 289

Nagle poczułam, że ktoś ściągnął mi ze stopy kapcia. Spojrzałam w dół i się uśmiechnęłam.
- Teraz przyszłaś do mamusi? Chodź mała.- posadziłam Nastkę na swoich nogach.
Zaciekawiła się moimi kosmetykami. Rozejrzałam się, ale nigdzie nie widziałam Rosjanina i Felixa.
- A gdzie zgubiłaś braciszka i tatę?- spytałam małą, która już wymazała się szminką.
Zaśmiałam się i kontynuowałam malowanie. Córeczka próbowała naśladować to co robię. Gdy skończyłam nakładać puder, ona pochwyciła brudny pędzelek i wsadziła sobie do ust.
- Nastka! Nie wolno.- szybko jej go wyrwałam i wszystko pochowałam do kosmetyczki.
Ta tylko się uśmiechnęła i chciała mnie przytulić.
- O nie skarbie.- podniosłam ją na wyciągniętych rękach.- Już wystarczy, że wybrudziłaś swoją sukieneczkę. Mamusia cię przytuli, gdy zmyjemy twój makijaż. Ale zróbmy to teraz bo inaczej mamusia będzie miała przechlapane. Oj! Chyba za późno.- usłyszałam kroki męża na korytarzu. Posadziłam ja na kolanach.- A teraz cii...
Po chwili do pokoju wszedł mój ukochany z synem. Posadził go na ziemi wśród zabawek i zaczął się rozglądać po pokoju. - Szukasz czegoś?- spytałam.
Czesałam się, żeby nie wzbudzić podejrzeń. Strażnik zajrzał do pokoju dzieci, ale tam też nie znalazł swojej zguby.
- Widziałaś gdzieś małą księżniczkę?
- Tak.- chciało mi się śmiać.
- Gdzie?- od razu do mnie podszedł. W tej chwili mała się zaśmiała- Tu jesteś gwiazdeczko.
Podniósł ją i się jej przyjrzał.
- Rose, co ty jej zrobiłaś?- spytał załamując ręce.
- Ja nic. Jestem niewinna.- broniłam się.- Ale myliłeś się. Ona już zaczęła się malować.
- Chodź kochanie. Zmyjemy ci to coś z twarzy.- poszedł z nią do łazienki.
Dołączyłam do nich, wcześniej zabierając Felixa.
- Bo powinieneś wiedzieć, że dzieci, a zwłaszcza tej diablicy nie zostawia się samej nawet na sekundę.
Kiedy strażnik próbował umyć córeczkę, ja robiłam sobie fryzurę. Chłopca postawiłam na podłodze, zamknęłam drzwi i zabrałam z jego zasięgu wszystko, co niebezpieczne. Dałam mu kilka klocków i już miał zajęcia. Podkręcając sobie włosy, patrzyłam jak mąż nie umie sobie poradzić z małą. W końcu straciłam cierpliwość.
- Pomogę ci.- odłożyłam falownicę.
Wyciągnęłam płatek kosmetyczny i nalałam na niego płyn do demakijażu. Na wyczyszczenie jej buźki wystarczyły trzy.
- Aż się błyszczy.- wzięłam ją na ręce i przytuliłam.- Nasze piękności.
- Teraz ja się nimi zajmij, a ty kończ szybko, bo się spóźnimy.- Dymitr zabrał dziewczynkę i wyszedł zostawiając otworzone drzwi.- Felix!
Chłopczyk wyszedł za tatusiem jak piesek, z czego chciało mi się śmiać. Szybko skończyłam fryzurę i wyszłam z łazienki, zamykając drzwi. Jednak nasza sypialnia była pusta. Tak samo pokój dzieci. Zaczęłam ich szukać w całym domu. U Lili też nic. Uznałam, że na gorze w ogóle ich nie ma i skierowałam się na schody. Na zakręcie zderzyłam się z ukochanym
- O! Już skończyłaś! Czekamy w samochodzie. Myślałem, że zdążę zanim się wyszukujesz.
- Następnym razem mów mi o takich rzeczach.- poprosiłam, omijając go i schodząc po schodach.
- Dobrze skarbie.
Gdy Dymitr zamykał drzwi na klucz, ja usiadłam na miejscu kierowcy i zapięłam się pasami. Teraz mnie nie ruszy. Przymierzałam się do kierownicy, gdy usłyszałam chrząknięcie nad sobą.
- Roza, co ty robisz?- Bielikow patrzył na mnie z góry, ze skrzyżowanymi rękoma na piersi.
- Siedzę.- odpowiedziałam z głupawym uśmiechem.
- A czemu tu?- ciągnął.
- Bo będę kierować.- stwierdziłam.
Uniósł jedną brew. Mówiłam już, jak bardzo chciałabym tak umieć?
- Ty będziesz kierować?- pokiwałam głową.- Coś mi się nie wydaje.
- Ale czemu? Dlaczego nigdy nie mogę poprowadzić?
- Bo oboje wiemy jak jeździsz.
- Nie. To ja wiem, a ty bazujesz na wiedzy z czasów akademii. A ja już nie jestem tą samą dziewczyną. Czemu nie możesz zrozumieć, że nie jestem już dzieckiem?!- zezłościłam się na niego.
- Nie traktuję cię jak dziecko...- zaczął.
- Więc daj mi poprowadzić.- przerwałam mu.
Rozważał to w myślach. Był taki seksowny, gdy myślał. I taki pociągający gdy walczył. Czy to ze strzygami, czy sobą samym. O czym ja myślę? Przecież jestem na niego zła. A mimo to, nie umiem odmówić mu boskości. W końcu westchnął ciężko, co było dobrą wróżbą.
- Ale będziesz jechać spokojnie.
- Z tyłu siedzą dzieci. Myślisz, że ta świadomość pozwoliłaby mi szaleć.- spojrzał na mnie znacząco. Przewróciłam oczami, wzdychając.- Tak, będę jechać spokojnie.
Rosjanin, już spokojny usiadł obok. Odpaliłam samochód i ruszyłam. Dymitr po jakimś czasie położył dłoń na moim kolanie. Niby niechcący strąciłam ją. Mąż popatrzył mnie zdziwiony, ale ja nie zwróciłam uwagi. On od razu wiedział o co chodzi.
- Roza, ja wcale nie traktuję cię jak dziecko.- przerwał milczenie.- Po prostu się o was martwię. Doskonale wiesz, jak łatwo zginąć w samochodzie. I nie chodzi mi o to, że spowodujesz wypadek, ale jak ktoś wiedzie na twój pas, ważna jest szybka reakcja. Po prostu nie chcę was stracić. Przepraszam, jeśli tak to odebrałaś.
- Sadzisz, że nie umiałabym szybko zareagować.
- Nie o to mi chodziło.- nabrał trochę ostrożności.- Po prostu jest ciemno i boję się o was. O ciebie.- szepnął, wracając ręką na moje kolano.
Tym razem jej nie strąciłam. Odetchnęłam głęboko. Jego gotyk działał na mnie kojąco.
- Ja też przepraszam. Nie powinnam się na ciebie złości. W końcu sama dałam wiele powodów być się martwił.- uśmiechnęłam się krzywo.
- To nie twoja wina, że kłopoty tak bardzo nas lubią.- pocieszył mnie.- Zauważyłem, że podczas ciąży byłaś jakaś taka łagodniejsza.
Zamurowało mnie. O co mu chodzi? Teraz mu się nie podobam? Wolał mnie tamtą? Nie wiedziałam co mu odpowiedzieć. Bałam się co z tego wyniknie. Czemu tak z tym wyskoczył. Przecież wiedział doskonale jaka jestem naprawdę. Może jednak te treningi to było za mało, aby mnie lepiej poznał? Czy teraz żałuję, że się ze mną ożenił?
- Ccc...cco masz na myśli?- cała byłam spięta.
- No, teraz łatwiej wyprowadzić cię z równowagi.
- To dobrze?- spytałam niepewnie.
Spojrzał na mnie zdziwiony. No tak. Jak może być dobre to, że bardziej się denerwuję? Głupia ja. Czułam, że jestem bliska płaczu. Nie poradzę sobie, jeśli mnie zostawi. Dymitr zaczął analizować przebieg naszej rozmowy. Chyba zrozumiał, jak zabrzmiało to co powiedział i jak to odebrałam, bo zerwał się, uderzając głową w dach samochodu. Zaczął masować obolałe miejsce.
- Jezu, Roza!- był szczerze wystraszony.- Nie o to mi chodziło! Kocham cię i zawsze będę kochał. Oświadczając ci się byłem w pełni świadomy jaka jesteś. Po prostu na czas ciąży trochę się zmieniłaś. Bardziej zastanawia mnie, że normalnie to hormony kobiet nie dają mężczyzną żyć, a ty miałaś całkowicie na odwrót.
Odetchnęłam z ulgą. Czego ja się bałam? Przecież doskonale wiem, że mnie kocha i jakby chciał zostawić, to zrobiłby to dawno.
- Też cię kocham.- wyznałam już całkowicie spokojna.
- Roza jesteś najważniejszą osobą w moim życiu. Nigdy o tym nie zapominaj.
- Wiem. Ty też.
Dalszą podróż odbyliśmy w spokojnej atmosferze.
___________________________________________________________
Macie tu drugi, za któryś dzień w tygodniu. Mam nadzieję, że się spodoba.😘😘

ROZDZIAŁ 288

Dni dłużą mi się niemiłosiernie. Na szczęście dzisiaj już sobota, a więc Dymitr ma wolne, ze względu, że zostaliśmy zaproszeni na.... Uwaga, uwaga!!
Ślub Adriana i Sydney.
Tan tara daj! Proszę państwa, oto ten dzień, gdy nasza alchemiczka zostanie Lady Iwaszkow. Teraz siedzę z dziećmi, gdy mąż się szykował. Z zamyślenia wyrwały mnie krzyki. Maluchy kłóciły się o pluszowego misia. W sumie to trwa od pół godziny, z przerwami.
- Dosyć tego. Nie umiecie się bawić oboje, to nie będzie go miało żadne.- zabrałam misia i położyłam na półkę, gdzie nie mogły dosięgnąć.
Nastka straciła zainteresowanie, ale widać, że Felixowi na nim zależy. Bawiłam się z córeczką jej lwem. Bardzo spodobało jej się, gdy mówię do niej przez maskotkę. Po kilku minutach zauważyłam, że chłopiec bawi się misiem, którego im zabrałam. Zdziwiłam się. Musiał się przewrócić. Dampirzyca zostawiła swoją zabawkę i znowu zaczęli się kłócić o maskotkę.
- Nie wiem, jak to możliwe. Może miś was lubi, ale nie chcę, żebyście się sprzeczali.- podniosłam pluszaka i położyłam głębiej ma tej samej półce. Teraz oboje się w niego wpatrywali mimo, że robiłam wszystko, aby odwrócić ich uwagę. Po chwili stało się coś niezwykłego. Miś dosłownie wyleciał ze swojego miejsca i poszybował na podłogę. Byłam w szoku. Synek na czworakach podszedł do niego i wziął w ręce. Jego siostra już chciała na nowo go zabrać, gdy chłopiec oddał jej go dobrowolnie. Myślę, że te dzieciaki skrywają więcej tajemnic, niż nam się wydaje.
- Ciekawe maluchy co jeszcze umiecie?- klęknęłam przy dwójce, bawiącej się w zgodzie zabawką.
Maluchy tylko uśmiechnęły się do mnie radośnie.
- Roza. Pomożesz mi?- do pokoju dzieci wszedł mój mąż.
- Chodź tu ty nieporadny mężczyzno.- wstałam i pomogłam mu zawiązać muchę. Odsunęłam się kawałek i przejrzałam ukochanemu.- Bardzo przystojny, nieporadny mężczyzno.
- Chętnie zrobiłbym z tobą, to co twoje spojrzenie robi ze mną, jednak nie mamy na to czasu.
- Ale na to mamy czas.- złapałam go za brzegi marynarki i wbiłam się w jego kuszące usta.
Od razu oddał pocałunek, podtrzymując mnie w tali. Przerwały nam krzyki maleństw. Znowu kłóciły się o misia.
- Ja z wami nie wytrzymam. Czemu nie pobawicie się nim wspólnie?
- Wystarczy zrobić tak Roza.- strażnik zabrał maluchom pluszaka i postawił tam, gdzie ja wcześniej.
Był z siebie bardzo dumny, jednak ja zdecydowałam mu tą pewność siebie zmniejszyć.
- Tak?!- skrzyżowałam ręce na piersi i spojrzałam mu pewnie w oczy.- To popatrz.
Trochę się zmieszał. Oboje patrzyliśmy na misia i dzieci. Po chwili Dymitr mógł dowiedzieć się tego, co ja. Oczy rozszerzyły mu się w szoku.
- Roza, ty też to widziałaś?- spytał z niedowierzaniem.
- Tak.- teraz ja byłam z siebie dumna.- Wiesz, jak sam zauważyłeś jest już późno, więc pójdę się szykować.- skierowałam się do wyjścia.
- I zostawisz mnie tu z nimi?- dotarło to do niego, gdy byłam już za progiem.
- Chyba nie powiesz mi towarzyszu, że boisz się własnych dzieci.- wychyliłam głowę z sypialni i popatrzyłam na niego.
- Nie no skąd.- żachnął się.
- To dobrze.
Poszłam do garderoby i zaczęłam szukać idealnej kreacji. Wybrałam żółtą sukienkę, na jednym ramiączku (↓). Zastawiłam ją na łóżku i skierowałam się do łazienki. Miałam już wejść do środka, kiedy usłyszałam krzyki.
- Felix wracaj tu.- zawołał mój mąż.
Po chwili z pokoju dzieci wyraczkował nasz synek i szybko znalazł się koło mnie. Podniosłam go, a on wtulił się we mnie. Następnie obok nas stanął Bielikow.
- Mówiłam, że będziesz za nim biegał.- uśmiechnęłam się triumfalnie.
- Jak ty sobie z nimi radzisz? Zostawiłem go tylko na chwilę, żeby przebrać naszą księżniczkę. Patrzę, a on już przy drzwiach. Wołam, żeby wracał, a nie mogłem jej tak zostawić. Musiałem ją do końca przebrać. One są niemożliwe.
- On to jest aniołek.- połaskotałam malca.- Nastka to prawdziwa diablica! Żebyś ty wiedział, co się przez ostatnie dni działo... A teraz muszę przeprosić państwa,- oddałam chłopca tatusiowi.- ale mamusia musi się szykować.
W końcu weszłam do łazienki na półce położyłam bieliznę i weszłam pod prysznic. Szybko się umyłam, razem z włosami, ogoliłam i nasmarowałam balsamem. Pachniałam kokosem z migdałami. Założyłam białą bieliznę i jedwabna szlafrok. Wróciłam do sypialni, gdzie siedział mój ukochany z dziećmi.
- Znudził im się pokój?- spytałam z uśmiechem.
Zdjęłam okrycie i przymierzyłam się do ubrania sukienki.
- Tak trochę.- odezwał się, dziwnym głosem.
Popatrzyłam w stronę męża. Tak jak ja wcześniej rozbierałam go wzrokiem, tak on teraz mnie nim pożera.
- Widzisz coś co ci się podoba, towarzyszu?- przybrałam kuszącą pozę.
- Nie prowokuj Roza.- ostrzegł zachrypniętym głosem, po czym odchrząknął.
Zaśmiałam się głośno i założyłam sukienkę. Dzieci nic sobie nie robiły z naszej rozmowy i dalej bawiły się klockami. Nastka była w pięknej, różowej sukieneczce, a Felix miał ten sam garnitur co tydzień temu. Usiadłam przy toaletce i zaczęłam się malować. W lusterku widziałam jak maluchy mi się przyglądają, a tatuś z nimi rozmawiał.
- Mamusia się maluje, jak inne kobiety, ale nie wiem po co, sporo jest i bez tego piękna?- szeptał pochylony nad nimi, ale nie spuszczał wzroku z mojego odbicia.
- Nie maluję się, żeby być piękną, a jedynie żeby to piękno podkreślić.
- Co nie zmienia faktu, że nasza księżniczka nie będzie się malować.- powiedział, biorąc Nastkę na kolana.
Felix był zazdrosny i również wdrapał się na niego. Dymitr zaczął się z obojgiem bawić.


Sukienka Rose
Sukienka Anastazji

czwartek, 13 października 2016

ROZDZIAŁ 287

Po dołożeniu dzieci, dołączyłam do dziewczynek. Nałożyłam każdej makaron i zalałam zupą. Zaczęliśmy jeść.
- Bardzo dobre.- przerwała ciszę Jessica.- Sama strażniczka gotowała?
- Tak. Dziękuję bardzo. Cieszę się, że ci smakuje.
Po tym zaczęliśmy rozmawiać. Morojka okazała się być bardzo dobrze wychowaną, miłą i żywą osobą. Bardzo chciała zobaczyć nasz trening, na co przystałam. Po obiedzie dziewczynki wróciły do pokoju Lili odrabiać lekcje, a ja kończyłam obierać ziemniaki. Zalałam je wodą, posoliłam i wstawiłam na kuchenkę. Gdy one się gotowała, ja robiłam mizerię. Po chwili surówka była gotowa i zostało tylko czekać na kartofle. W tym czasie poszłam bawić się z dziećmi. Pokazywały mi swoje zabawki i dawały do podtrzymania. Po kilku minutach byłam obładowana autami, klockami lalkami i maskotkami. Gdy chciałam je odłożyć, Anastazja okrzyczała mnie w swoim własnym języku.
- Ale skarbie, mamusi już się to nie mieści.- próbowałam ją przekonać.
Ona poraczkowała do mnie weszła na moje kolana i zaczęła wyrzucać wszystko, co miałam na rękach. Jak coś wypadło po za kojec, odzywało się uzależnienie Banki. Od razu po ro biegła, puszczała nad bramkami i czekała na kolejną zabawkę. Ale gdy złapała maskotkę w kształcie psa, poszła z nią do legowiska i położyła się, przytulając swoją zdobycz. Gdy już byłam wolna, córeczka, podpierając się o moją rękę, stanęła chwieje na nogach i przyłożyła swoje różowiutkie usteczka do mojego policzka, jakby chciała dać mi całusa, ale nie umiała. Odsunęła się ode mnie, a ja złapałam ją, bo zaczęła upadać. Poszłam sprawdzić ziemniaki. Były gotowe, więc zaczęłam je ugniatać. Nałożyła na trzy talerze ziemniaki, kurczaka i mizerię, po czym zawołałam Biankę. Ona była takim kurierem między mną i Lili, gdy byłyśmy od siebie oddalone, a nie mogłam zostawić dzieci samych. Na kartce napisałam, że zapraszam na drugie danie i przypięłam ją do obroży suczki.
- Gdzie pani? Szukaj! Szukaj Lili!- poleciłam.
Psina zaczęła węszyć i pobiegła na górę. Ja w tym czasie podałam do stołu. Do dzbanka nalałam sok z pomarańczy. Pomyślałam, że można by zrobić kompot z czerwonej pożyczki. Zajmę się tym po obiedzie. Moja matka potępiała taki tryb życia, jaki w tej chwili prowadzę, ale to nie znaczy, że jest to proste. Mam więcej obowiązków niż na służbie i muszę o wszystkim myśleć. Kładłam szklanki, kiedy na dół zeszły dziewczynki.
- Ale pachnie!- zachwycała się dampirzyca.- Nie wiedziałam, że aż tak się postarałaś.
- Nie mam co robić, więc gotuję.- powiedziałam siadając.- To co wy na to, żeby za pół godziny zrobić trening?
- Tak!- wykrzyknęły obie.
Tak też się stało. Po obiedzie dzieci upominały się o zmianę pieluchy. Później zabrałam je do ogrodu i położyłam na kocyku. Nie musiałam ich zamykać, bo Jessica zaoferowała się je popilnować. Po bieganiu i rozgrzewce pokazałam jej nowe chwyty, uniki i sposoby ataku. Po dwóch godzinach poszłyśmy się odświeżyć. Gdy wróciłam do ogrodu, dziewczynki bawiły się z maluchami.
- Dziękuję, że pilnowałyście te urwisy. Ja chcecie, to możecie się pobawić.
- Nie ma problemu. Możemy się jeszcze nimi zająć. Ma strażniczka urocze dzieci.- Jessica połaskotała Felixa, który siedział jej na kolanach.
- Właśnie.- poparła ją moja siostra.- Ty się nimi zajmujesz cały dzień, do tego myślisz o nas i zauważyłam, jak ładnie posprzątałaś. Pewnie jak Dymitr wróci, to nim też się zajmiesz. Teraz odpocznij, a my się z nimi pobawimy.
- Dziękuję. To miło z waszej strony.- ucałowałam Lili w czoło, a ona mnie przytuliła.
Poszłam na górę i wzięłam laptop z gabinetu męża, po czym wróciłam do ogrodu. Przeglądałam różne strony i portale społecznościowe, co chwila spoglądając na dziewczynki bawiące się z maluchami. Odchodziły kawałek od kocyka i wolały je po imionach, a te raczkowały do nich. Co chwilę też rzucały piłkę Gdy nie miałam już co robić w internecie, kontynuowałam rysowanie.
- Jakbyście chciały zrobić coś innego, to powiedzcie.- zawołałam do nich
- Rose, spokojnie. Odpocznij i niczym się nie martw.- w tym momencie Nastka się rozpłakała.- No może zamiast tego.
- Chodź do mamusi.- podeszłam co córki i wzięłam ją na ręce.
Od razu wiedziałam o co chodzi. Weszłam do ich pokoju, zmienić jej pieluszkę. Podczas tego zaczęła ziewać, więc przebrałam ją w piżamkę i położyłam w łóżeczku. Jednak nie chciała zasnąć, patrząc smutno na puste łóżeczko obok. Popatrzyła na mnie błagalnym wzrokiem.
- Okey, zaraz ci go przyniosę.- westchnęłam i wyszłam z pokoju.
Zeszłam na dół i poszłam do ogrodu.
- To teraz wam go zabieram.- powiedziałam do dziewczynek, podnosząc synka.
Od razu się we mnie wtulił, ziewając. Zanim wróciłam do jego siostry, już spał. Położyłam go do łóżeczka i przykryłam kołderką. Ucałowałam oboje w czółka, zostawiłam elektryczną nianię i wróciłam na dół. Z lodówki wyciągnęłam dzbanek lemoniady i poszłam z nim do dziewczynek. Te już bawiły się na placu zabaw.
- Dziewczynki! Chodźcie na lemoniade!- zawołałam.
Po chwili zabrały ze stołu dwie pełne szklanki lemoniady. Wtedy usłyszałam dzwonek do drzwi. Poszłam sprawdzić kto przyszedł. Była to para morojów.
- W czym mogę pomóc?- spytałam niepewnie.
- Witamy strażniczko. Jesteśmy rodzicami Jessicy.- odezwał się mężczyzna.
Teraz zauważyłam podobieństwo. Dziewczynka miała ciemne włosy po matce, a rysy i fioletowe oczy po ojcu.
- Proszę, niech państwo wejdą.- zrobiłam im miejsce, a później zaprowadziłam do salonu.- Może coś do picia?
- A dziękujemy.- morojka uśmiechnęła się przyjaźnie.
Zawołałam dziewczynki, które zdążyły już opróżnić szklanki i teraz bawiły się na placu zabaw. Wróciłam do salonu i usiadłam na fotelu, na przeciwko małżeństwa.
- Miło mi w końcu poznać rodziców przyjaciółki mojej siostry.
- To dla nas zaszczyt, że mogliśmy spotkać strażniczkę.- jej mąż również się uśmiechnął.
- Proszę mówić mi Rose. 
Oboje wstali, a ja poszłam w ich ślady.
- Artur Wold.- mężczyzna podał mi rękę, którą ucisnęłam.
- Melania.- to samo uczyniła kobieta.
Z powrotem zajęliśmy swoje miejsca. W tym momencie usłyszałam zamykane drzwi, a po chwili do pomieszczenia wszedł Rosjanin. Zatrzymał się na widok gości, lekko zdezorientowany, ale ogarnął się podszedł do mnie.
- Skarbie, to są rodzice Jessicy.- powiedziałam, patrząc na niego. Następnie zwróciłam wzrok na morojów.- To mój mąż, Dymitr.- przedstawiłam ich sobie.
- Miło mi.- wszyscy podali sobie dłonie.
Nagle do pokoju w biegła Jessica.
- Tatoooo!- wpadła w ramiona mężczyzny, który zaczął się z nią kręcić dookoła osi.
- Cześć kwiatuszku.- zatrzymał się i przytulił ją mocno do siebie.
Melania podeszła i dostała od córeczki całusa w policzek.
Mąż objął mnie ramieniem.
- Nasza rodzina też tak będzie wyglądała.- zapewnił.
- Już tak wygląda.- ścisnęłam jego dłoń.
___________________________________________________________
Wiem, że ostatnio rozdziały są nudne, ale potrzeba przerwy między strasznym wydarzeniami. Ale niedługo zacznie się dziać. Będzie trochę złości, później złości a na koniec rozpaczy. Dużo rozpaczy. Więc cierpliwości, a to wam się opłaci. 😘😘