Po kilku godzinach, ci co mogli byli nieźle wystawieni. W tym niestety i Dymitr.
- Skarbie, czas wracać.
- Je..jeszdze tro...trochę Roza.- prosił.
- Nie możemy. Dzieci są już zmęczone, a ty jutro nie będziesz mógł się podnieść.
- A...ale Roza...
- Żadnego "ale". Żegnamy się i do domu.
Szybko odnalazłam siostrę i powiedziałam, że pora do domu. Pożegnał się z koleżankami. Razem poszliśmy do młodej pary
- My się już zmywamy. Dymitr ma dość.
- Wca...wcale niet.- wydukał.
- Właśnie widzę.- morojka spojrzała na mnie współczująco.- To do zobaczenia następnym razem.
- My w sumie też moglibyśmy się gdzieś przenieść.- usłyszałam Ozerę, który zaczął całować ją po szyi.- Musimy jeszcze dokończyć rytuał ślubny.
- O rany.- westchnęłam.- Czyli czeka mnie bezcenna noc.
- Już ja o to zadbam Roza.- nagle mój ukochany się ożywił.
Westchnęłam zrezygnowana i pociągnęłam go do stolików. Kątem oka widziałam nowożeńców, wymykających się tylnymi drzwiami. Po chwili odnalazłam mamę.
- Widzę, że nie tylko ja będę miała problem na głowie.- odezwała się, gdy tylko nas zobaczyła.
- A gdzie staruszek?- zdziwiłam się.
W tym momencie dotarło do mnie chrapanie z dołu. Spod obrusu wystawały bytu Abe'a.
- No pięknie. To ja wam, a raczej tobie zabieram jeden kłopot. Pa.-Popchnęłam wózek do wyjścia.- Dymitr!- zawołałam strażnika, który się zaczął.
Na dworze trochę otrzeźwiał, choć było z trzydzieści stopni. W końcu to początek lipca. Posadziłam męża na siedzeniu pasażera i zapięłam pasem. Dzieci posadziłam w fotelikach, a Lili usiadła koło nich. Trochę męczyłam się z wózkiem, ale w końcu wsadziłam go do bagażnika. Wreszcie mogłam zasiąść za kierownicą.
- Roza.. je...jesteś pew...pewna...
- Ty towarzyszu za kółkiem nie usiądziesz. A nikt inny z nas uprawnień nie ma.
Chyba chciał coś powiedzieć, ale wtedy ruszyłam. Trzymałam się dozwolonej prędkości i po pół godzinie byliśmy na miejscu. Spojrzałam na dziwnie cichego Rosjanina. No pięknie. Zasnął. I co mam teraz zrobić.
- Lili, pomożesz mi zanieść dzieciaki na górę?- spytała siostry.
- Jasne. A co zrobisz z Dymitrem?- zagadnęła, gdy wysiadłyśmy z auta.
- Nie wiem.- westchnęłam ciężko.- Ale nie martw się. Poradzę sobie.
Przytuliłam ją. Młoda zaczęła ziewać.
- Już, tylko weźmiemy dzieci na górę i pójdziesz spać.- powiedziałam z uśmiechem.
- Chodź do cioci słodziaku.- podniosła Felixa, który się zaśmiał.
- No księżniczko. Koniec drogi.- wyciągnęłam córeczkę.
Jednak ona nie była tak wesoła. Zmartwiona patrzyła na śpiącego dampira. Pomachała rączką w jego stronę.
- Nie martw się tatusiem. On da sobie radę. Jest dorosłym mężczyzną i z małą pomocą położy się do łózia. Tak jak zaraz ty. No chodź.
Mała jeszcze chwilę patrzyła na Bielikowa, po czym się zaśmiała do mnie. Razem poszliśmy do drzwi. Ledwo je otworzyłam, a zaczęła skakać na nas Bianka szczekając i merdając ogonem.
- Hej, mała. Stęskniłaś się za nami? A wpuścisz nas do domu?
Weszliśmy do środka, a ta wesoło szła za nami, merdając ogonem. Odłożyłyśmy dzieci do łóżeczek i Lili poszła się myć. Bianka, jak zawsze położyła się pod drzwiami i czekała aż pani zejdzie.
- A ty mała nie jesteś głodna?- spytałam.
Suczka pomerdała ogonkiem i się podniosła. Razem poszłyśmy do kuchni i nasypałam jej do miski karmy. Gdy Bianka zajęła się jedzeniem, ja wróciłam na górę. Umyłam i przebrałam maluchy, po czym je nakarmiłam. Nasmarowałam dziąsła maścią i wróciły do łóżeczek. Bardzo szybko zasnęły, więc musiały być zmęczone. Gdy wracałam po męża, Lili wychodziła z łazienki.
- Już gotowa?- pokiwała głową.- To do łóżka.
Odprowadziłam ją, przykryłam kołdrą i pocałowałam w czoło.
- Dobranoc.- pożegnałam się.
- Dobranoc.- odpowiedziała, ziewając.
Zgasiłam światło i wyszłam. Na dole zauważyłam Biankę dobijającą się do drzwi na ogród. Wypuściłam ją i poszłam po ukochanego. Odpięłam mu pas i zaczęłam lekko szarpać. Na szczęście się przebudził.
- Już jesteśmy. Wysiadaj.
Z trudem, ale dzięki mojej pomocy, wysiadł. Jednak zachwiał się i pociągnął mnie na ziemię. W jego oczach zabłysło pożądanie, kiedy był nade mną.
- Roza...
- Nie czas i miejsce na Amory, towarzyszu. Jeśli chociaż dojdziesz do sypialni, to pomyślimy.
- Z tobą zawsze dojdę Roza.- no super. Upił się i już dwuznacznymi zdaniami rzuca.
- No to wstawaj.
Po chwili szliśmy już po domu.
- Tylko bądź cicho, bo dzieci śpią.- ostrzegłam.
Teraz najtrudniejsza przeszkoda. Schody. Pokonanie ich zajęło nam chyba dziesięć minut. Nagle koło nas znalazła się suczka.
- He...ej mał....mała.
Chciał ją pogłaskać, ale ona zaczęła na niego warczeć.
- Bianka, spokojnie. Dzieci śpią. Wiem, że Dymitr jest trochę nie swój, ale już spokojnie.
Suczka mnie posłuchała, ale i tak nieufnie patrzyła na strażnika. W końcu dotarliśmy do sypialni. Dymitr nie czekając, pocałował mnie. Tak namiętnie i z pożądaniem, że nie mogłam mu się oprzeć. Oddałam pocałunek i zaczęłam rozpiąć mu spodnie. Wolnymi krokami zbliżaliśmy się do łóżka.
- Pienkne wy....wyglondas w tej suk..sukience, a...ale bez niej jeszcze pienknej.- wydukał siadając już bez spodni na materacu.
Pociągnął mnie na swoje kolana, tak, że siedziałam na nim w rozkroku. Odnalazł zapięcie mojej sukienki, schodząc pocałunkami na moją szyję. Na chwilę przerwał, aby ściągnąć mi garderobę i znowu się do mnie przyssał. Ja w tym czasie pozbyłam go marynarki i koszuli. Gdy zostaliśmy w samej bieliźnie popchnęłam go do tyłu tak, żeby się położył. Sama zaczęłam schodzić pocałunkami na jego szyję, robiąc malinki. Oboje już płoneliśmy z pożądania. Mokrym szlakiem doszłam do jego bokserek i je ściągnęłam. Kiedy podniosłam się, aby zająć lepszą pozycję, zauważyłam, że gdzieś zniknął mój biustonosz. Nie przejmując się tym, wróciłam do jego męskości. Jęknął, gdy wzięłam go do buzi i zaczął się bawić moimi włosami. Ssałam go i lizałam, póki nie osiągnął spełnienia. Połknęłam wszystko i nie zwlekając na nic, usiadłam na nim tak, że wszedł we mnie. Dymitr zaskoczony otworzył szeroko oczy, ale gdy zaczęłam się na nim poruszać, przymknął je na chwilę. Położyłam się na jego klatce piersiowej, patrząc mu głęboko w oczy. Po chwili to on znalazł się nade mną. Całował mnie bardzo namiętnie i żarliwie. Po kilku minutach oboje doszliśmy, krzycząc swoje imiona. Szybko zasnęliśmy, mocno wtuleni w siebie.
"Nasz los od zawsze zapisany był w gwiazdach. To one poprowadziły mnie do Ciebie mimo tylu przeciwności, spójrz. Jesteśmy tu. Razem. Ty i ja Roza. Na zawsze."
wtorek, 4 października 2016
ROZDZIAŁ 277
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
poniedziałek, 3 października 2016
ROZDZIAŁ 276
Kiedy na nowo wbiegłam do kościoła, rozmowy ucichły. Wszystkie pary oczu zwróciły się w moją stronę. Podbiegłam do męża, dając znać panu młodemu, aby się nie martwił. W tedy ludzie się ożywił i zaczęli szeptać.
- Dymitr... Lissa ma taką dość nietypową prośbę....- powiedziałam, tak żeby tylko on mnie usłyszał.
- O co chodź?- spytał mnie na ucho.
- Chciałaby, abyś... em... poprowadził ją do ołtarza. Nie ma ojca, a ty jesteś jej najbliższym, który może to zrobić. Ona potrzebuje wsparcia.- zaczęłam tłumaczyć.
Strażnik pokiwał głową, uciszając mnie gestem dłoni. Poprosiłam rodziców, aby chwilę zajęli się wnukami. Mój ukochany wybiegł z kościoła, a ja podeszłam do ołtarza i wzięłam mikrofon.
- Proszę wszystkich o uwagę.- powiedziałam. Po chwili na sali zrobiło się zupełnie cicho.- Dziękuję. Mamy małe problemy techniczne, ale wszystko już jest gotowe. Za chwilę zacznie się ceremonia.
Odłożyłam urządzenie i podbiegłam w ślad za Rosjaninem. Czekał na mnie w połowie drogi do pałacu, z dala od tłumu przed świątynią. Później biegliśmy razem. Jednak Bielikow miał lepsze do tego buty.
- Zwolnij towarzyszy. W szpilkach nie tak łatwo biec.- zawołałam za nim.
Nim się obejrzałam, był przy mnie i wziął mnie na ręce. Zaczęłam się śmiać. Gdy tylko wrota pałacu zamknęły się za nami, postawił mnie przy ścianie i przygwoździł do niej, całując namiętnie. Trochę zaskoczona, bez wahania oddałam pieszczotę. Oderwał się ode mnie po kilku dobrych minutach.
- Nie mogłem się powstrzymać. Pięknie wyglądasz Roza. Tylko co zrobiłaś z włosami.- dotknął z żalem moich jasnych końcówek.
- Potrzebowałam jakiejś zmiany.
- I tak wyglądasz wspaniale.- cieszyłam się, że mimo wszystko mu się podoba.
- Ty też niczego sobie.- położyłam dłonie na jego torsie i wpatrywałam się w nie. Następnie podniosłam wzrok na twarz strażnika.- Bosko.
Oboje się uśmiechaliśmy. Wygładziłam sobie sukienkę, a on marynarkę. Złączyliśmy swoje dłonie i ruszyliśmy do komnaty królowej. Na straży wciąż stali Carl Enerds i Liam Dorke. Wpuścili nas, kiwając z szacunkiem głowami. Lissa była już gotowa.
- Pięknie.- pochwaliłam.- Gotowa przyszła Lady Ozera?
- Uff... mam nadzieję.- westchnęła ciężko.
- Dasz radę.- przytuliłam ją.- A teraz lecę dalej. Ale dzisiaj zabiegana jestem.- wszyscy się zaśmiali.- I bez wykrętów mi. Pamiętaj mam was na oku.
Pokazałam palcami, że ich obserwuję i wyszłam. Wróciłam do kościoła i stanęłam na swoim miejscu. Weszłam do głowy przyjaciółki.
- Czuję cię.- oznajmiła.
- Ostrzegałam.- odpowiedziałam.
- Ty tak na serio?- udała zniecierpliwienie.
- Tak. A teraz rusz tą bezową pupkę i już widzę cię na tym dywanie.
Królowa westchnęła zrezygnowana. Popatrzyła na mojego męża i go przytuliła.
- Dziękuję Dymitr, że się zgodziłeś.
- To dla mnie zaszczyt.- odwzajemnił uścisk.
Szczęśliwa wróciłam do siebie. Po następnych minutach na nowo rozbrzmiał marsz weselny, a widownia ucichła, zwracając wzrok na postacie, idące środkiem kościoła. Pierwsze szły dziewczynki, sypiąc błękitne płatki kwiatów, na czele z Lili w pięknej sukieneczce, wyróżniającej ją od reszty. Byłam z niej bardzo dumna. Za nimi szedł mój mąż prowadząc pannę młodą. Welon zasłaniał jej twarz. Druhny niosły ciągnący się za nią tren. Gdy błękitna procesja doszła do ołtarza, Dymitr oddał dłoń Lissy Christianowi. Moja przyjaciółka patrzyła swojemu ukochanemu w oczy. Bała się, że będzie na nią zły, za to, co zrobiła. W jej wspomnieniach wychwyciłam, że ostatnio zwierzała mu się ze swoich obaw. Moroj odebrał od strażnika jej dłoń i ucałował z wielką miłością, nie spuszczając z narzeczonej wzroku. Ta od razu się odprężyła i również dotarła do niej radość tego wydarzenia. W końcu zaraz złoży przysięgę wiecznej miłość swojemu ukochanemu.
Ceremonia przebiegła sprawnie i bez komplikacji. Młoda para wybiegła z kościoła w chórze oklasków i posypywani ryżem. Następnie wszyscy w procesji ruszyliśmy do sali bazowej numer 1. Największej. My, razem z dziećmi, jako strażnicy królewscy szliśmy zaraz po świeżej parze. Przed wrotami pałacu panna młoda rzucała bukiet i oczywiście złapała ją Sydney. Moja matka miała już obietnicę ślubu od Mii, dlatego nie brała już udziału w zabawie. Wesele zaczęło się od przekrojenia tortu. W pewnym momencie przyszedł czas na toasty. Jako świadek zaczęłam pierwsza.
- Nasza młoda para naprawdę jest młoda, a mimo to wiele przeżyli. Mieli swoje wzloty, upadki i kryzysy. Ale którą para ich nie ma. Oboje ich czeka przyszłość pełna odpowiedzialności. W końcu nie każdy zostaje władcami pradawnej rasy wampirów w wieku osiemnastu lat. Ale wierzę, że sobie poradzą, mimo nieudolności Ozery.- po sali poniósł się cichy chichot.
- Dzięki Hathaway.- odkrzyknął pan młody z udawaną obrazą. Mimo to sam się uśmiechnął.
- Do usług. Tak jak mówiła, wierzę w nich, bo mają siebie. Każda miłość jest wyjątkowa na swój sposób. Lissa od zawsze była dla mnie jak siostra i bardzo cieszy mnie, że odnalazła swoje szczęście. Christian na początku nie wydawał mi się najlepszym kandydatem dla niej. Przyznaję się, źle go oceniłam. Pomógł mojej przyjaciółce odnaleźć siebie. Teraz nie wyobrażam sobie jej z nikim innym. Ale i sam się zmienił, dzięki swojej żonie. W takim razie nikogo nie zdziwi, że życzę wam, aby ta miłość nigdy się nie skończyła i była na wieczność.
- Na wieczność.- krzyknęli wszyscy, unosząc kieliszki z alkoholem.
Wyjątkami były kobiety w ciąży, karmiące piersią i dzieci.
- Tylko pamiętaj, że jeśli ją skrzywdzisz, ja skrzywdzę ciebie.- ostrzegam na całą salę.
Po chwili zaczęła się prawdziwa impreza. Co jakiś czas widziała Parę młodą wirującą na parkiecie, zapatrzoną w siebie lub córeczkę w pięknej sukieneczce i tiarze. Dymitr podniósł Natkę, też w pięknej kreacji.
- I kto mi powie, że nie jesteś naszą księżniczką?- podniósł ją i przytulił. Dziewczynka zaśmiała się. Spojrzałam na synka, który nie był z tego zadowolony.
- Choć tu przystojniaczku.- podniosłam go.- Zatańczysz z mamusią?
Chłopiec za gaworzył wesoło co chyba miało znaczyć tak. Poszłam z nim na parkiet i zaczęłam się kołysać i wirować w rytm muzyki. Dampir co jakiś czas odwracał główkę za falującymi sukienkami pań. Po chwili obok mnie znalazł się mój mąż z naszą córeczką. Śmiała się i mocno tuliła tatusia. Gdzieniegdzie biegła Lili z dziewczynkami wygłupiały się wśród tańczących par.
- Odbijany.- poczułam, jak ojciec zabiera mi Felixa.
To samo zrobiła moja matka ze swoją wnuczką. Po chwili już wirowałam w rytm wolnej piosenki, razem z ukochanym. Zarzuciłam mu ręce na ramiona, gdy jego dłonie odnalazły moją talię. Straciłam kompletnie poczucie rzeczywistości, patrząc mu głęboko w oczy. Gdy zaczął się szybszy kawałek, tańczyliśmy normalnie, a Bielikow co jakiś czas obracał mnie wokół osi i na dalej kontynuował taniec. To była świetna zabawa.
- Dymitr... Lissa ma taką dość nietypową prośbę....- powiedziałam, tak żeby tylko on mnie usłyszał.
- O co chodź?- spytał mnie na ucho.
- Chciałaby, abyś... em... poprowadził ją do ołtarza. Nie ma ojca, a ty jesteś jej najbliższym, który może to zrobić. Ona potrzebuje wsparcia.- zaczęłam tłumaczyć.
Strażnik pokiwał głową, uciszając mnie gestem dłoni. Poprosiłam rodziców, aby chwilę zajęli się wnukami. Mój ukochany wybiegł z kościoła, a ja podeszłam do ołtarza i wzięłam mikrofon.
- Proszę wszystkich o uwagę.- powiedziałam. Po chwili na sali zrobiło się zupełnie cicho.- Dziękuję. Mamy małe problemy techniczne, ale wszystko już jest gotowe. Za chwilę zacznie się ceremonia.
Odłożyłam urządzenie i podbiegłam w ślad za Rosjaninem. Czekał na mnie w połowie drogi do pałacu, z dala od tłumu przed świątynią. Później biegliśmy razem. Jednak Bielikow miał lepsze do tego buty.
- Zwolnij towarzyszy. W szpilkach nie tak łatwo biec.- zawołałam za nim.
Nim się obejrzałam, był przy mnie i wziął mnie na ręce. Zaczęłam się śmiać. Gdy tylko wrota pałacu zamknęły się za nami, postawił mnie przy ścianie i przygwoździł do niej, całując namiętnie. Trochę zaskoczona, bez wahania oddałam pieszczotę. Oderwał się ode mnie po kilku dobrych minutach.
- Nie mogłem się powstrzymać. Pięknie wyglądasz Roza. Tylko co zrobiłaś z włosami.- dotknął z żalem moich jasnych końcówek.
- Potrzebowałam jakiejś zmiany.
- I tak wyglądasz wspaniale.- cieszyłam się, że mimo wszystko mu się podoba.
- Ty też niczego sobie.- położyłam dłonie na jego torsie i wpatrywałam się w nie. Następnie podniosłam wzrok na twarz strażnika.- Bosko.
Oboje się uśmiechaliśmy. Wygładziłam sobie sukienkę, a on marynarkę. Złączyliśmy swoje dłonie i ruszyliśmy do komnaty królowej. Na straży wciąż stali Carl Enerds i Liam Dorke. Wpuścili nas, kiwając z szacunkiem głowami. Lissa była już gotowa.
- Pięknie.- pochwaliłam.- Gotowa przyszła Lady Ozera?
- Uff... mam nadzieję.- westchnęła ciężko.
- Dasz radę.- przytuliłam ją.- A teraz lecę dalej. Ale dzisiaj zabiegana jestem.- wszyscy się zaśmiali.- I bez wykrętów mi. Pamiętaj mam was na oku.
Pokazałam palcami, że ich obserwuję i wyszłam. Wróciłam do kościoła i stanęłam na swoim miejscu. Weszłam do głowy przyjaciółki.
- Czuję cię.- oznajmiła.
- Ostrzegałam.- odpowiedziałam.
- Ty tak na serio?- udała zniecierpliwienie.
- Tak. A teraz rusz tą bezową pupkę i już widzę cię na tym dywanie.
Królowa westchnęła zrezygnowana. Popatrzyła na mojego męża i go przytuliła.
- Dziękuję Dymitr, że się zgodziłeś.
- To dla mnie zaszczyt.- odwzajemnił uścisk.
Szczęśliwa wróciłam do siebie. Po następnych minutach na nowo rozbrzmiał marsz weselny, a widownia ucichła, zwracając wzrok na postacie, idące środkiem kościoła. Pierwsze szły dziewczynki, sypiąc błękitne płatki kwiatów, na czele z Lili w pięknej sukieneczce, wyróżniającej ją od reszty. Byłam z niej bardzo dumna. Za nimi szedł mój mąż prowadząc pannę młodą. Welon zasłaniał jej twarz. Druhny niosły ciągnący się za nią tren. Gdy błękitna procesja doszła do ołtarza, Dymitr oddał dłoń Lissy Christianowi. Moja przyjaciółka patrzyła swojemu ukochanemu w oczy. Bała się, że będzie na nią zły, za to, co zrobiła. W jej wspomnieniach wychwyciłam, że ostatnio zwierzała mu się ze swoich obaw. Moroj odebrał od strażnika jej dłoń i ucałował z wielką miłością, nie spuszczając z narzeczonej wzroku. Ta od razu się odprężyła i również dotarła do niej radość tego wydarzenia. W końcu zaraz złoży przysięgę wiecznej miłość swojemu ukochanemu.
Ceremonia przebiegła sprawnie i bez komplikacji. Młoda para wybiegła z kościoła w chórze oklasków i posypywani ryżem. Następnie wszyscy w procesji ruszyliśmy do sali bazowej numer 1. Największej. My, razem z dziećmi, jako strażnicy królewscy szliśmy zaraz po świeżej parze. Przed wrotami pałacu panna młoda rzucała bukiet i oczywiście złapała ją Sydney. Moja matka miała już obietnicę ślubu od Mii, dlatego nie brała już udziału w zabawie. Wesele zaczęło się od przekrojenia tortu. W pewnym momencie przyszedł czas na toasty. Jako świadek zaczęłam pierwsza.
- Nasza młoda para naprawdę jest młoda, a mimo to wiele przeżyli. Mieli swoje wzloty, upadki i kryzysy. Ale którą para ich nie ma. Oboje ich czeka przyszłość pełna odpowiedzialności. W końcu nie każdy zostaje władcami pradawnej rasy wampirów w wieku osiemnastu lat. Ale wierzę, że sobie poradzą, mimo nieudolności Ozery.- po sali poniósł się cichy chichot.
- Dzięki Hathaway.- odkrzyknął pan młody z udawaną obrazą. Mimo to sam się uśmiechnął.
- Do usług. Tak jak mówiła, wierzę w nich, bo mają siebie. Każda miłość jest wyjątkowa na swój sposób. Lissa od zawsze była dla mnie jak siostra i bardzo cieszy mnie, że odnalazła swoje szczęście. Christian na początku nie wydawał mi się najlepszym kandydatem dla niej. Przyznaję się, źle go oceniłam. Pomógł mojej przyjaciółce odnaleźć siebie. Teraz nie wyobrażam sobie jej z nikim innym. Ale i sam się zmienił, dzięki swojej żonie. W takim razie nikogo nie zdziwi, że życzę wam, aby ta miłość nigdy się nie skończyła i była na wieczność.
- Na wieczność.- krzyknęli wszyscy, unosząc kieliszki z alkoholem.
Wyjątkami były kobiety w ciąży, karmiące piersią i dzieci.
- Tylko pamiętaj, że jeśli ją skrzywdzisz, ja skrzywdzę ciebie.- ostrzegam na całą salę.
Po chwili zaczęła się prawdziwa impreza. Co jakiś czas widziała Parę młodą wirującą na parkiecie, zapatrzoną w siebie lub córeczkę w pięknej sukieneczce i tiarze. Dymitr podniósł Natkę, też w pięknej kreacji.
- I kto mi powie, że nie jesteś naszą księżniczką?- podniósł ją i przytulił. Dziewczynka zaśmiała się. Spojrzałam na synka, który nie był z tego zadowolony.
- Choć tu przystojniaczku.- podniosłam go.- Zatańczysz z mamusią?
Chłopiec za gaworzył wesoło co chyba miało znaczyć tak. Poszłam z nim na parkiet i zaczęłam się kołysać i wirować w rytm muzyki. Dampir co jakiś czas odwracał główkę za falującymi sukienkami pań. Po chwili obok mnie znalazł się mój mąż z naszą córeczką. Śmiała się i mocno tuliła tatusia. Gdzieniegdzie biegła Lili z dziewczynkami wygłupiały się wśród tańczących par.
- Odbijany.- poczułam, jak ojciec zabiera mi Felixa.
To samo zrobiła moja matka ze swoją wnuczką. Po chwili już wirowałam w rytm wolnej piosenki, razem z ukochanym. Zarzuciłam mu ręce na ramiona, gdy jego dłonie odnalazły moją talię. Straciłam kompletnie poczucie rzeczywistości, patrząc mu głęboko w oczy. Gdy zaczął się szybszy kawałek, tańczyliśmy normalnie, a Bielikow co jakiś czas obracał mnie wokół osi i na dalej kontynuował taniec. To była świetna zabawa.
Sukienka Dziewczynek z kwiatami
Sukienka Lili
Sukienka Rosalie
Tiara Rosalie
Sukienka Anastazji
Diadem Anastazji
Garnitur Felixa
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
ROZDZIAŁ 275
Czas leciał, a dzieci szybko rosły. Mają już trzy miesiące i umieją siadać. Są bardzo rozkoszne. Już wszystko chwytają i trzeba pilnować, co biorą do rąk. Ich motto to co do rączek, to do buzi. Do tego, od kilku dni zaczęły ząbkowanie tak na serio. Nie wiemy co to było dwa miesiące temu, ale teraz co rusz trzeba dawać im schłodzone gryzaki, a na noc smarujemy im dziąsełka specjalną maścią. Ale jeszcze karmię je piersią. Dymitr ciągle pracuje, a Lili ma szkołę, więc przez całe dni jestem sama. Jednak dzieci i pies zajmują mi wolny czas. Często jeździłam na Dwór, spotkać się z przyjaciółkami. Z Lissą ciągle ćwiczymy "wychodzenie" z głowy i idzie jej bardzo dobrze. A miesiąc temu urodziła piękną dziewczynkę i tak jak mówiła, nazwała ją Rosalie. Jest zdrowa i podobna do ojca. Po królowej ma tylko oczy i włosy. Zostałam jej chrzestną, a Dymitr chrzestnym. W między czasie Lissa złączyła nasze królestwo z królestwem moonersów. Lili i Bianka bardzo się zaprzyjaźniły. Suczka ani na krok nie zostawia jej samej. Mała nauczyła ją aportować. Nasz ogród już ma trawę, rozłożony plac zabaw i basen. Ze sklepu przywieźli nam rzeczy po tygodniu. Z Lili zasadziłyśmy kwiaty tam, gdzie planowałam. Dymitr już zaczął budowę stajni, a ja mu w tym pomagam. A dzisiaj jest ślub pary królewskiej. Zjechali się wszystkie ważne osobistości naszego świata.
Właśnie siedziałyśmy przed lustrami, a stylistyki zajmowały się naszymi włosami. To był ten czas na podcięcie końcówek i zażyczyłam sobie umbrę. Obie mamy rozpuszczone, lekko pofalowane włosy. Gdy byłam gotowa, poczułam jak moja głowa jest lekka. Z nami były jej druhny. Są to Jill, Sydney, Mia i Sonia. Okazało się, że ta ostatnia również jest w ciąży. Dziewczyny mają piękne, niebieskie sukienki, w tali przywiązane wstęgą z kokardą po prawej stronie. W górnym lewym rogu przyczepione mają cekiny. Światkami będziemy ja i Mason. Na tą okazję wybrałam sobie turkusową sukienkę, na górze z koronką. Wolałam ubrać dość skromną, jak ma mnie, bo to święto Lissy. Ona wyglądała olśniewająco. Miała rozszerzają białą suknię, z tiulem opadającym lekką falą. Mimo pozornej skromności dawała wspaniały efekt. We włosach widziała piękna, srebrna tiara z szafirami.
- Denerwuję się Rose.- wyznała moja przyjaciółka.
- Spokojnie Lissa, to tylko kilka kroków po biało-niebieskim dywanie i wypowiedzenie przysięgi. Nic w tym strasznego. Poradzisz sobie.
- Mam nadzieję.
Przytuliłam ją dla otuchy.
- Dobra, ja muszę iść. Widzimy się przy ołtarzu.
Wyszłam i poszłam do kościoła. Stanęłam koło Masona i Christiana. W pierwszym rzędzie wychwyciłam spojrzenie męża. Wyglądał cudownie w błękitnym garniturze. W górnej kieszeni miał białą róże. Mu także podcięto przydługie włosy. Wyglądał jak młody bóg. Mój prywatny bóg. Gdyby nie ci wszyscy ludzie, rzuciłabym się na niego i zdarła te dopasowane ciuszki. Był taki pociągający. Sam mi się przyglądał z podziwem i pożądaniem. Musiał zauważyć, że również rozbieram go wzrokiem i uśmiechnął się. Odwzajemniłam gest. Po chwili ukochany zajrzał do dzieci, a ja w tym czasie rozejrzałam się po sali. W kolorach dominowała biel i delikatnie rzucający się w oczy błękit. Wszędzie na kolumnach były przyczepione białe bukieciki, a od jednego do drugiego prowadziła błękitna wstęgą. W białych ławkach zasiadły tłumy ludzi, ubranych w różne odcienie niebieskiego. Taki był motyw przewodni. Męska część publiki miała niebieskie garnitury lub koszule, z białymi dodatkami. Zazwyczaj są to wystające z kieszeni, złożone chusteczki. I z nich wszystkich wyróżnia się Christian w białym garniturze, z błękitną muchą, mankietami i koszulą. Głowę zdobiła mu złota korona. Ludzi było mnóstwo. Kościół pękał w szwach, a jestem pewna, że przynajmniej drugie tyle osób stoi przed kościołem i patrzy na telebimy. Każdy chciałby zobaczyć ślub samej królowej. Z zazdrością zauważyłam morojki, przyglądające się mojemu mężowi z uwielbieniem i pragnące, aby choć spojrzał na nie. Już ich nie lubię. Z rozmyślenia wyrwały mnie pierwsze dźwięki marsza weselnego. Patrzyłam w miejsce, gdzie powinna być Lissa. Ale jej nie było. Wśród gości zrobiło się zamieszanie. Muzyka ucichła.
- Wiedziałem, że tak będzie.- warknął pod nosem Ozera.
- Przyprowadzę ją.- obiecałam i wybiegłam z kościoła.
Za sobą słyszałam echo moich obcasów, szukających o marmur. Wybiegłam do pałacu, gdzie panowała kompletna cisza. Przy komnacie królowej stali strażnicy.
- Gdzie królowa?- spytałam.
- Siedzi tam i mówi, że nigdzie nie pójdzie.
Nie mam siły do tej kobiety. Weszłam do pokoju. Na łóżku pochlipywała wielka biała beza. Podeszłam do niej z chustką podniosłam twarz i zaczęłam wycierać rozmazany makijaż. Gdy zauważyła, że to ja, rzuciła mi się w ramiona.
- Rose, ja tak bardzo się boję, nie dam rady. To dla mnie za dużo. Jestem za młoda.
Przytuliłam ją mocno do siebie.
- Ciii... spokojnie, pamiętaj, że nie jesteś sama. Masz mnie, Christiana, który tam na ciebie czeka i Jill. Wiele osób, na które możesz liczyć. Nie bój się, bo nie ma czego.
- Tobie łatwo powiedzieć. Jesteś odważniejsza, niż ja.
- I mówi to dziewczyna, która głodziła się dla mojego dobra, walczyła z dampirem, choć nie miała o tym pojęcia, przebiła serce strzygi, przeszła wszystkie próby na królową i jeszcze nią została? Masz w sobie więcej siły niż myślisz. Pochodzisz od Dragomirów, najlepszego z rodów i masz imię po wielu wielkich kobietach naszego świata, które ostaną zapamiętane na zawsze. Ty również. A jeśli boisz się całej odpowiedzialności jaki żona Christiana, przypomnij sobie wszystkie wasze wspólnie chwile, za które go kochasz. Lepiej?
- Tak.- pociągnęła nosem.
- To nie jest odpowiedź królowej.
- Tak!- powtórzyła pewniej. Po chwili ma jej twarzy pojawił się uśmiech.- Dziękuję Rose. Kocham Cię.
- Ja ciebie też.
- Jest jeszcze taki mały...
- O co chodzi?- spytałam troskliwie.
- Zawsze chciałam, aby ojciec poprowadził mnie do ślubu.- przyznała smutno.
- Wiem, że ci ciężko. Mi też by brakowało moich...
- Rose, czy Dymitr mógłby poprowadzić mnie pod ołtarz?- spytała z nadzieją.
Nie powiem, zaskoczyła mnie jej próba. Gdy zobaczyła moją minę, spuściła głowę zaskoczona. Ale mi ten pomysł pasował. A nie powinien wzbudzać większej sensacji, jako że Bielikow jest jej strażnikiem. Uniosłam jej głowę do góry. Morojka unikała mojego wzroku.
- Myślę, że to byłby dla niego zaszczyt. Spytam go. A ty teraz marsz do tych swoich kosmetyczek i zrób się na bóstwo. Gdy wrócę, chcę widzieć silną, piękną, niezależną, odważną królową, a nie rozpłakaną beze.- zaśmiał się na moje słowa.
- Dziękuję Rose. Jesteś najlepsza.- przytuliła mnie.
Sukienki Druhen
Sukienka Rose
Suknia Lissy
Tiara Lissy
Korona Christiana
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
niedziela, 2 października 2016
ROZDZIAŁ 274
Pierwsze dni, kiedy Dymitr wrócił do pracy były trudne, ale radziłam sobie. Dzieci są bardzo ciekawskie świata, dlatego często wychodzę z nimi do ogrody. Ziemia jest już wyrównana, a ostatnio zasialiśmy trawę. Mojemu mężowi spodobał się mój plan na ogród. Co do ataku na nasz dom, to dalej nikt nie wie, co to miało być. Ale rany po nim szybko się zagoiły i nie został nawet ślad. Na początku strażnik upierał się, że zostanie ze mną w domu, ale ja kazałam mu iść do pracy. Dzisiaj jest sobota i postanowiłam zrobić ukochanemu niespodziankę. Za jakąś godzinę przyjedzie Jill z Eddym i Jessicą. Wkręciłam ich w niespodziankę. No i Lissę, która obiecała mi pomóc. Dzieci były już przewinięte, na karmione i bawiłam się z nimi w pokoju. Usłyszałam dzwonek do drzwi i zostawiłam maluchy w kojcu. Otworzyłam i wypuściłam gości.
- Hej.- przywitałam się.
- Hej.- Jill i Eddy mnie przytulili.
- Dzień dobry, strażniczko.- powiedziała grzecznie dziewczynka.
- Cześć młoda. No to czujecie się jak u siebie. Dzieci już są przygotowane, jakby co mleko jest w kuchni, a w lodówce jest obiad do ogrzania, jakbyście chcieli. Lili powinna być za jakieś pół godziny. Karma Bianki jest w szafce obok kuchenki na dole. Wodę ma wymienioną. Możecie też zabrać dzieci do ogrodu, tylko weźcie koc. Leży złożony na parapecie, obok drzwi. Jakby coś się działo dzwońcie.
- Rose, spokojnie, damy sobie radę.- zapewnił mnie dampir.
- Dobrze. Jeszcze raz dziękuję. Nawet nie wiecie, ile to dla mnie znaczy.- przytuliłam ich i poszłam się przegrać.
Założyłam na siebie szorty i czerwoną bluzkę w krótki rękaw. Do tego ubrałam starsy i wróciłam na dół.
- Pa słoneczka.- ucałowałam maluchy w główki.- Mamusia musi teraz iść, a wy zostaniecie z ciocią Jill i wujkiem Eddym.
- Dobra, leć bo się spóźnicie.
Ostatni raz wszystkich pożegnałam i wsiadłam do samochodu. Po pół godzinie byłam na dworze. Zostawiłam auto w garażu i pobiegłam do królowej.
- No myślałam, że już nigdy nie przyjdziesz.- westchnęła zniecierpliwiona.
- Wykorzystałam tyle czasu, ile potrzebowałam.- uścisnęłam przyjaciółkę.
- Wszystko już gotowe.- oznajmiła morojka.
- To dobrze.- podeszłam do męża.- Choć towarzyszu. Teraz masz wolne.
Ukochany popatrzył niepewnie na Lissę. Ta skinęła głową i poszedł za mną.
- Gdzie idziemy, Roza? A co z dziećmi? I jak tu przyjechałaś?
- Niespodzianka, są z nimi Jill i Eddy i samochodem.
- I nic nie powiesz?- próbował mnie przekonać.
Pokazałam mu zamykanie buzi na kłódkę i pociągnęłam na prywatne lotnisko Dworu. Wsiedliśmy w jedyny gotowy do startu samolot. Szukałam dobrego miejsca, gdy nagle stanęłam jak wryta.
- Co wy tu robicie?- spytałam, zbita z tropu.
- Twoja matka wymyśliła jakaś niespodziankę.- powiedział zdenerwowany Abe.- A wy?
- Chyba wpadłyśmy na ten sam pomysł.- zaśmiałam się, siadając naprzeciwko rodzicielki.
Dymitr usiadł obok nas. Między moimi rodzicami była napięta atmosfera. Widać, że to po ojcu nie lubię niespodzianki. Jedynie mogę je wybaczyć mężowi Lissie. Nikt inny nie ma do tego prawa. W pewnym momencie ukochany objął mnie ramieniem, a ja się w nie wtuliłam. Nagle Abe wstał i zaczął chodzić po pokładzie.
- Nie rozumiem, czemu jesteś taki spokojny?- rzucił oskarżycielsko w stronę Bielikowa.
- Bo wiem, że i tak nie dowiem się, gdzie nas wywożą, ale skoro Rose mówi, że mi się spodoba, to najpewniej tak będzie.- cmoknął mnie w skroń, a ja się bardziej w niego wtuliłam.
- Usiądź, bo się zmęczysz.- rzuciłam do ojca.
Myślałam, że mnie zabije, ale jednak zajął swoje miejsce.
- I przestań się złości na mamę, bo jak zobaczysz, co przygotowała, będziesz jej dziękował, że wciągnęła cię tu, pewnie siłą.
Abe nie wydawał się być przekonany, ale się uspokoił. Po chwili również objął narzeczoną i siedzieliśmy w miłej ciszy. Po kilku godzinach byliśmy na miejscu.
- To gdzie jesteśmy?- spytali równocześnie, a my parsknęłyśmy cichym śmiechem.
- Ja ci jeszcze nie powiem.- oświadczyłam.- A i musisz zasłonić oczy.
- To konieczne?- westchnął Rosjanin.
- Tak. Inaczej nie będzie niespodzianki.- poparła mnie Janine.
- Chyba nie chcesz powiedzieć, że ja też muszę?- żachnął się Abe.
- Kochanie nie przesadzaj. Będę trzymała cię za rączkę.- obie zaczęłyśmy się śmiać.
Dopiero teraz zauważyłam jak moja matka się zmieniła. Podobnie do Dymitra, zrzuciła z siebie trochę strażniczki. Panowie w końcu ulegli i zawiązaliśmy im apaszki na oczach. Wyszliśmy z lotniska, a strażniczka odnalazła zamówione auto. Pomogliśmy wejść panom do środka. Mojego ojca wyrzuciliśmy obok kierowcy, bo i tak był lekko na nas obrażony, a ja mogłam wtulić się w ukochanego i podziwiać widoki za oknem. Madryt wygląda pięknie nocą. Wszystko ciemne i tylko jasne punkciki układające się w jakiś budynek, most, albo cześć wesołego miasteczka. A najbardziej widowiskowy był stadion, przy którym się zatrzymaliśmy. Gdy opuściliśmy pojazd, zdjęłyśmy naszym mężczyzną apaszki.
- I co? Aż tak źle było?- spytałam, gdy nic nie powiedzieli.
- Roza, czy to...?
- Tak. Mecz o który się zakładaliśmy.- powiedziałam dumna.
Po chwili zostałam uwięziona w silnych ramionach.
- Jesteś najlepsza Roza.- ukochany podniósł mnie i zaczął się ze mną kręcić wokół własnej osi.
Gdy mnie odstawił, popatrzyliśmy na moich rodziców. Całowali się namiętnie, więc i tak wyszło na moje.
-Dziękuję Roza. Kocham cię.- mąż przytulił mnie od tyłu
Kiedy Abe przestał dziękować narzeczonej, poszliśmy zająć miejsca. Mecz trwał dwie godziny i Barcelona wygrała. Mój ojciec pysznił się jak paw. Szedł szczęśliwy z moją matką za rękę. Już się na nią nie gniewał.
- Głupie cipy nie umieją grać.- warknął strażnik.
- Ostatnio wygrał Madryt, z tego co pamiętam.- odezwał się wesoły Abe.
Przypomniałam sobie jak przed wigilią wróciłam z matką i Bielikównami z zakupów, a oni oglądali mecz. Wtedy mój ukochany wygrał zakład. Dobrze, że teraz się nie zakładali. I to staruszek przeklinał. Ile emocji może wywołać bieganie jedenastu ludzi za piłką.
- Nie martw się skarbie, następnym razem będzie lepiej. Nie ma co sobie nerwów strzępić na takie coś. I tak dobrze im szło.
- Masz rację Roza. Nie potrzebnie się denerwuję. I tak ta niespodzianka była cudowna. Dziękuję kochanie.- obrazu się uspokoił.
Zanim wsiedliśmy do samochodu, strażnik odciągnął mnie i pocałował namiętnie.
- Dziękuję Roza.
- Spokojnie towarzyszu. Podziękujesz mi, zaraz po tym jak będę cię pocieszać.- szepnęłam mu zmysłowo do ucha.
- A jak bardzo będziesz mnie pocieszać?- jego oczy zabłysły pożądaniem.
- To zależy, jak bardzo jest ci smutno.- przysunęłam się jeszcze bliżej męża.
- Oj to jest mi bardzo smutno.- złapał mnie za biodra.
Od następnego pocałunku zakręciło mi się w głowie. Przemawiało przez niego wiele pożądania, ale i miłości.
- Hej.- przywitałam się.
- Hej.- Jill i Eddy mnie przytulili.
- Dzień dobry, strażniczko.- powiedziała grzecznie dziewczynka.
- Cześć młoda. No to czujecie się jak u siebie. Dzieci już są przygotowane, jakby co mleko jest w kuchni, a w lodówce jest obiad do ogrzania, jakbyście chcieli. Lili powinna być za jakieś pół godziny. Karma Bianki jest w szafce obok kuchenki na dole. Wodę ma wymienioną. Możecie też zabrać dzieci do ogrodu, tylko weźcie koc. Leży złożony na parapecie, obok drzwi. Jakby coś się działo dzwońcie.
- Rose, spokojnie, damy sobie radę.- zapewnił mnie dampir.
- Dobrze. Jeszcze raz dziękuję. Nawet nie wiecie, ile to dla mnie znaczy.- przytuliłam ich i poszłam się przegrać.
Założyłam na siebie szorty i czerwoną bluzkę w krótki rękaw. Do tego ubrałam starsy i wróciłam na dół.
- Pa słoneczka.- ucałowałam maluchy w główki.- Mamusia musi teraz iść, a wy zostaniecie z ciocią Jill i wujkiem Eddym.
- Dobra, leć bo się spóźnicie.
Ostatni raz wszystkich pożegnałam i wsiadłam do samochodu. Po pół godzinie byłam na dworze. Zostawiłam auto w garażu i pobiegłam do królowej.
- No myślałam, że już nigdy nie przyjdziesz.- westchnęła zniecierpliwiona.
- Wykorzystałam tyle czasu, ile potrzebowałam.- uścisnęłam przyjaciółkę.
- Wszystko już gotowe.- oznajmiła morojka.
- To dobrze.- podeszłam do męża.- Choć towarzyszu. Teraz masz wolne.
Ukochany popatrzył niepewnie na Lissę. Ta skinęła głową i poszedł za mną.
- Gdzie idziemy, Roza? A co z dziećmi? I jak tu przyjechałaś?
- Niespodzianka, są z nimi Jill i Eddy i samochodem.
- I nic nie powiesz?- próbował mnie przekonać.
Pokazałam mu zamykanie buzi na kłódkę i pociągnęłam na prywatne lotnisko Dworu. Wsiedliśmy w jedyny gotowy do startu samolot. Szukałam dobrego miejsca, gdy nagle stanęłam jak wryta.
- Co wy tu robicie?- spytałam, zbita z tropu.
- Twoja matka wymyśliła jakaś niespodziankę.- powiedział zdenerwowany Abe.- A wy?
- Chyba wpadłyśmy na ten sam pomysł.- zaśmiałam się, siadając naprzeciwko rodzicielki.
Dymitr usiadł obok nas. Między moimi rodzicami była napięta atmosfera. Widać, że to po ojcu nie lubię niespodzianki. Jedynie mogę je wybaczyć mężowi Lissie. Nikt inny nie ma do tego prawa. W pewnym momencie ukochany objął mnie ramieniem, a ja się w nie wtuliłam. Nagle Abe wstał i zaczął chodzić po pokładzie.
- Nie rozumiem, czemu jesteś taki spokojny?- rzucił oskarżycielsko w stronę Bielikowa.
- Bo wiem, że i tak nie dowiem się, gdzie nas wywożą, ale skoro Rose mówi, że mi się spodoba, to najpewniej tak będzie.- cmoknął mnie w skroń, a ja się bardziej w niego wtuliłam.
- Usiądź, bo się zmęczysz.- rzuciłam do ojca.
Myślałam, że mnie zabije, ale jednak zajął swoje miejsce.
- I przestań się złości na mamę, bo jak zobaczysz, co przygotowała, będziesz jej dziękował, że wciągnęła cię tu, pewnie siłą.
Abe nie wydawał się być przekonany, ale się uspokoił. Po chwili również objął narzeczoną i siedzieliśmy w miłej ciszy. Po kilku godzinach byliśmy na miejscu.
- To gdzie jesteśmy?- spytali równocześnie, a my parsknęłyśmy cichym śmiechem.
- Ja ci jeszcze nie powiem.- oświadczyłam.- A i musisz zasłonić oczy.
- To konieczne?- westchnął Rosjanin.
- Tak. Inaczej nie będzie niespodzianki.- poparła mnie Janine.
- Chyba nie chcesz powiedzieć, że ja też muszę?- żachnął się Abe.
- Kochanie nie przesadzaj. Będę trzymała cię za rączkę.- obie zaczęłyśmy się śmiać.
Dopiero teraz zauważyłam jak moja matka się zmieniła. Podobnie do Dymitra, zrzuciła z siebie trochę strażniczki. Panowie w końcu ulegli i zawiązaliśmy im apaszki na oczach. Wyszliśmy z lotniska, a strażniczka odnalazła zamówione auto. Pomogliśmy wejść panom do środka. Mojego ojca wyrzuciliśmy obok kierowcy, bo i tak był lekko na nas obrażony, a ja mogłam wtulić się w ukochanego i podziwiać widoki za oknem. Madryt wygląda pięknie nocą. Wszystko ciemne i tylko jasne punkciki układające się w jakiś budynek, most, albo cześć wesołego miasteczka. A najbardziej widowiskowy był stadion, przy którym się zatrzymaliśmy. Gdy opuściliśmy pojazd, zdjęłyśmy naszym mężczyzną apaszki.
- I co? Aż tak źle było?- spytałam, gdy nic nie powiedzieli.
- Roza, czy to...?
- Tak. Mecz o który się zakładaliśmy.- powiedziałam dumna.
Po chwili zostałam uwięziona w silnych ramionach.
- Jesteś najlepsza Roza.- ukochany podniósł mnie i zaczął się ze mną kręcić wokół własnej osi.
Gdy mnie odstawił, popatrzyliśmy na moich rodziców. Całowali się namiętnie, więc i tak wyszło na moje.
-Dziękuję Roza. Kocham cię.- mąż przytulił mnie od tyłu
Kiedy Abe przestał dziękować narzeczonej, poszliśmy zająć miejsca. Mecz trwał dwie godziny i Barcelona wygrała. Mój ojciec pysznił się jak paw. Szedł szczęśliwy z moją matką za rękę. Już się na nią nie gniewał.
- Głupie cipy nie umieją grać.- warknął strażnik.
- Ostatnio wygrał Madryt, z tego co pamiętam.- odezwał się wesoły Abe.
Przypomniałam sobie jak przed wigilią wróciłam z matką i Bielikównami z zakupów, a oni oglądali mecz. Wtedy mój ukochany wygrał zakład. Dobrze, że teraz się nie zakładali. I to staruszek przeklinał. Ile emocji może wywołać bieganie jedenastu ludzi za piłką.
- Nie martw się skarbie, następnym razem będzie lepiej. Nie ma co sobie nerwów strzępić na takie coś. I tak dobrze im szło.
- Masz rację Roza. Nie potrzebnie się denerwuję. I tak ta niespodzianka była cudowna. Dziękuję kochanie.- obrazu się uspokoił.
Zanim wsiedliśmy do samochodu, strażnik odciągnął mnie i pocałował namiętnie.
- Dziękuję Roza.
- Spokojnie towarzyszu. Podziękujesz mi, zaraz po tym jak będę cię pocieszać.- szepnęłam mu zmysłowo do ucha.
- A jak bardzo będziesz mnie pocieszać?- jego oczy zabłysły pożądaniem.
- To zależy, jak bardzo jest ci smutno.- przysunęłam się jeszcze bliżej męża.
- Oj to jest mi bardzo smutno.- złapał mnie za biodra.
Od następnego pocałunku zakręciło mi się w głowie. Przemawiało przez niego wiele pożądania, ale i miłości.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
ROZDZIAŁ 273
Mała wyszła, a ja jeszcze zajrzałem do dzieci. Były już przebrane. Nagle zaczęły płakać. No tak. Czas karmienia. Wziąłem naszą księżniczkę i przytuliłem. Wtuliła się mocno we mnie. Widać, że się bała. Wziąłem jedną z butelek z wcześniej odciągniętym mlekiem. Zjadła wszystko, ale nie chciała, abym ją odkładał.
- Spokojnie księżniczko. Już jesteście bezpieczni. Daj mi jeszcze nakarmić brata.
W końcu się trochę uspokoiła. Nakarmiłem Felixa i go też przytulałem. Jednak gdy chciałem wyjść, zaczęły krzyczeć. Śledziły każdy mój krok, gdy podszedłem do łóżeczek. Włożyłem oboje do nosidełek i zaniosłem do sypialni. Czyli dzisiaj robimy grupowe spanie. Położyłem nosidełka na łóżku i ostrożnie podniosłem Rozę. Zabrałem ją do łazienki i położyłem w wannie. Ostrożnie ją rozebrałem, a później nalałem do miski wody. Nie za cieplej, ale i nie za zimnej. Wziąłem gąbkę z mydłem i ostrożnie umyłem żonę. Gdy byłem przy brzuchu, otworzyła nagle oczy, rozglądając się czujnie. Poczułem jak się cała spięła.
- Cii... to tylko ja.- na mój głos się odprężyła, zamykając oczy.
Kontynuowałem przerwaną czynność, aż znowu nie doszedłem do brzucha. Skrzywiła się prawie niezauważalnie. Ale nie umknęło to mojej uwadze.
- Boli cię tu?- zacząłem delikatnie badać miejsce, które przed chwilą myłem.
- Nie.- skrzywiła się, gdy ścisnąłem mocniej.- Może troszeczkę. Ale prawie nie czuję.- próbowała mnie przekonać słodkim uśmiechem.
- W ogóle. Och, Roza, Roza.- pokręciłem zrezygnowany głową.
Umyłem resztę jej ciała. Ranne ramię obmyłem jedynie delikatnie wodą. Następnie, skoro nie spała, spłukałem pianę prysznicem. Przez cały czas czułem jej uważne spojrzenie na sobie. Gdy je odwzajemniałem z uśmiechem, ona też się uśmiechała. Jednak chwilę później poważniała i dalej patrzyła. W pomieszczeniu panowała miła cisza, którą przerwała.
- Co z dziećmi?- spytała.
- Wszystko w porządku. Ale strasznie się wystraszyły, więc zrobimy sobie rodzinne spanie.
Moja odpowiedź ją uspokoiła. Sięgnąłem po miękki ręcznik i dokładnie osuszyłem ciało żony.
- Kocham Cię, towarzyszu.-odezwała się, kiedy ją podniosłem.
- Ja ciebie też Roza. I masz mnie więcej tak nie straszyć.- chciała objąć mnie za kark, ale ranne ramię jej nie pozwoliło.- Oszczędzaj je Roza. Możesz usiąść?- spytałem, sadzając ją na półce w ścianie.
- Aż taką kaleką nie jestem.
- Ale jesteś dość mocno poturbowana.- zauważyłem, ale i tak ją puściłem, sięgając po jej koszulę nocną i majtki.- Czemu w takich walkach, to zawsze ty najbardziej musisz ucierpieć?
- Bo ty jesteś bardziej doświadczony i nie idziesz na żywioł.- stwierdziła, gdy ją ubierałem.
- Znowu stawiasz mnie na piedestale.
- Tak. I nigdy nie przestanę. Jesteś dla mnie idealny, a ja pragnę taka być dla ciebie.- przyznała.
Nie lubiłem, gdy mnie tak wywyższa. Jestem tylko człowiekiem i jak każdy popełniam błędy. Nie chcę, aby uważała mnie za kogoś niepokonanego, bo taki nie jestem. Chcę być równy jej.
- Dla mnie taka jesteś. A z czasem i ty nabierzesz doświadczenia. Po za tym, niekiedy do szpitala trafiają osoby bardziej doświadczone, niż ja.
- W takim razie, masz więcej szczęścia niż ja.- stwierdziła, gdy znowu wziąłem ją w ramiona.
- Z jednym muszę się zgodzić. Mam największe szczęście, bo znalazłem najcudowniejszą kobietę na świecie. Kocham cię Roza.- pocałowałem ją w czubek głowy i zaniosłem do łóżka.
Przykryłem ukochaną kołdrą, a ta spojrzała na dzieci. Uśmiechały się szeroko na jej widok. Oboje wyciągnąłem z nosidełek i położyłem koło mamy. Roza przytuliła Felixa.
- Widzicie, mamusia obiecała, że wróci z tatusiem i wróciła. Kocham was skarby.
- Serce rośnie na wasz widok.- każdego pocałowałem w czoło.
Na koniec nałożyłem jej świeży opatrunek.
- A teraz tato pójdzie się myć.- oznajmiłem i wróciłem do łazienki.
Po pięciu minutach gotowy wyszedłem z pomieszczenia. Moja żona rozmawiała z maluchami i Lili. Była dziwnie rozpromieniona.
- Patrz towarzyszu. Reagują na swoje imiona. Nastka.- zademonstrowała.
Dziewczynka popatrzyła na nią z uśmiechem.
- Felix.- spróbowałem.
Synek popatrzył na mnie i również szeroko się uśmiechnął. Zakluczyłem drzwi i położyłem się z resztą rodziny. Objąłem Rozę, która położyła się na mojej piersi i Lili, przytulną do mnie z drugiej strony. Dzieci leżały między mną, a Rozą, na naszych piersiach. Byłem bardzo szczęśliwy, że mam ich tu wszystkich razem.
- Dobranoc.- pożegnałem moją rodzinę.
- Dobranoc.- odpowiedziały moje panie, które szybko zasnęły.
Maluchom szło to gorzej. Trochę bawiły się ubraniem mamy i moimi przydługimi włosami. Roza ma rację, że muszę iść do fryzjera, ale nie jestem przekonany, co do jej włosów. Myśląc o tym, dotknąłem jej kosmyków, napawając się ich delikatnością. Ale w końcu to jej wybór. Przecież nie mogę zabronić jej dbania o siebie.po chwili zauważyłem, że jako jedyny jeszcze nie zasnąłem. A jeszcze chciałem się odwdzięczyć Rozie, za to jak mnie pokonała. Byłem z niej naprawdę dumny, ale jej zwycięstwo za bardzo mnie podnieca. Nie żeby nie podobało mi się, co robiliśmy później pod prysznicem. Boże, jak ja kocham tą kobietę . Czuję to bardzo mocno, zwłaszcza patrząc na nią w śnie. Taka słodka, krucha i bezbronne, a tak naprawdę ma wielką siłę, którą nieliczni mogą się pochwalić. Wiem, że umie każdemu skopać tyłek. A mimo to pragnę chronić ją do końca życia. Wolałbym oddać życie dla niej, niż żyć bez niej. Kiedyś tak nie było, a teraz... z każdym dniem, miesiącem, rokiem, coraz bardziej się od niej uzależniam. Nie mam pojęcia jak mogłem wcześniej żyć bez tej kobiety. Przecież to istne źródło mojego istnienia. Dzisiaj, gdyby nie pomoc z Dworu, nie udałoby się nam. Tak dużo, w tak krótkim dniu może się przytrafić. Człowiek jest zdolny do odczuwania tak różnych emocji w czasie doby, a to tylko dwadzieścia cztery godziny. A jednak. Już bardzo długo tak rozmyślam. Powinienem iść spać, bo będę nie wyspany. Pojutrze kończę urlop i aż do listopada będę pracował bez mojej Różyczki. Jestem pewny, że sobie poradzi, mimo że sama w to nie wieży. Nie chcę jej zostawiać samych, ale ma Lili, a tak zobaczy, jaka dobra z niej matka. Ja wiem, że lepszej dl moich dzieci to nigdzie nie znajdę. To już po drugiej. Dobra, teraz powinienem już na prawdę zasnąć. W sumie jestem przyzwyczajony. Zazwyczaj tak długo rozmyślam, choć moja ukochana dawno śpi. Zamknąłem oczy i dzięki wyćwiczonej dawno umiejętności, szybko zasnąłem. Jedna z naszych zasad mówi: "Śpij kiedy możesz, bo nie wiadomo, kiedy znowu będziesz mógł."
- Spokojnie księżniczko. Już jesteście bezpieczni. Daj mi jeszcze nakarmić brata.
W końcu się trochę uspokoiła. Nakarmiłem Felixa i go też przytulałem. Jednak gdy chciałem wyjść, zaczęły krzyczeć. Śledziły każdy mój krok, gdy podszedłem do łóżeczek. Włożyłem oboje do nosidełek i zaniosłem do sypialni. Czyli dzisiaj robimy grupowe spanie. Położyłem nosidełka na łóżku i ostrożnie podniosłem Rozę. Zabrałem ją do łazienki i położyłem w wannie. Ostrożnie ją rozebrałem, a później nalałem do miski wody. Nie za cieplej, ale i nie za zimnej. Wziąłem gąbkę z mydłem i ostrożnie umyłem żonę. Gdy byłem przy brzuchu, otworzyła nagle oczy, rozglądając się czujnie. Poczułem jak się cała spięła.
- Cii... to tylko ja.- na mój głos się odprężyła, zamykając oczy.
Kontynuowałem przerwaną czynność, aż znowu nie doszedłem do brzucha. Skrzywiła się prawie niezauważalnie. Ale nie umknęło to mojej uwadze.
- Boli cię tu?- zacząłem delikatnie badać miejsce, które przed chwilą myłem.
- Nie.- skrzywiła się, gdy ścisnąłem mocniej.- Może troszeczkę. Ale prawie nie czuję.- próbowała mnie przekonać słodkim uśmiechem.
- W ogóle. Och, Roza, Roza.- pokręciłem zrezygnowany głową.
Umyłem resztę jej ciała. Ranne ramię obmyłem jedynie delikatnie wodą. Następnie, skoro nie spała, spłukałem pianę prysznicem. Przez cały czas czułem jej uważne spojrzenie na sobie. Gdy je odwzajemniałem z uśmiechem, ona też się uśmiechała. Jednak chwilę później poważniała i dalej patrzyła. W pomieszczeniu panowała miła cisza, którą przerwała.
- Co z dziećmi?- spytała.
- Wszystko w porządku. Ale strasznie się wystraszyły, więc zrobimy sobie rodzinne spanie.
Moja odpowiedź ją uspokoiła. Sięgnąłem po miękki ręcznik i dokładnie osuszyłem ciało żony.
- Kocham Cię, towarzyszu.-odezwała się, kiedy ją podniosłem.
- Ja ciebie też Roza. I masz mnie więcej tak nie straszyć.- chciała objąć mnie za kark, ale ranne ramię jej nie pozwoliło.- Oszczędzaj je Roza. Możesz usiąść?- spytałem, sadzając ją na półce w ścianie.
- Aż taką kaleką nie jestem.
- Ale jesteś dość mocno poturbowana.- zauważyłem, ale i tak ją puściłem, sięgając po jej koszulę nocną i majtki.- Czemu w takich walkach, to zawsze ty najbardziej musisz ucierpieć?
- Bo ty jesteś bardziej doświadczony i nie idziesz na żywioł.- stwierdziła, gdy ją ubierałem.
- Znowu stawiasz mnie na piedestale.
- Tak. I nigdy nie przestanę. Jesteś dla mnie idealny, a ja pragnę taka być dla ciebie.- przyznała.
Nie lubiłem, gdy mnie tak wywyższa. Jestem tylko człowiekiem i jak każdy popełniam błędy. Nie chcę, aby uważała mnie za kogoś niepokonanego, bo taki nie jestem. Chcę być równy jej.
- Dla mnie taka jesteś. A z czasem i ty nabierzesz doświadczenia. Po za tym, niekiedy do szpitala trafiają osoby bardziej doświadczone, niż ja.
- W takim razie, masz więcej szczęścia niż ja.- stwierdziła, gdy znowu wziąłem ją w ramiona.
- Z jednym muszę się zgodzić. Mam największe szczęście, bo znalazłem najcudowniejszą kobietę na świecie. Kocham cię Roza.- pocałowałem ją w czubek głowy i zaniosłem do łóżka.
Przykryłem ukochaną kołdrą, a ta spojrzała na dzieci. Uśmiechały się szeroko na jej widok. Oboje wyciągnąłem z nosidełek i położyłem koło mamy. Roza przytuliła Felixa.
- Widzicie, mamusia obiecała, że wróci z tatusiem i wróciła. Kocham was skarby.
- Serce rośnie na wasz widok.- każdego pocałowałem w czoło.
Na koniec nałożyłem jej świeży opatrunek.
- A teraz tato pójdzie się myć.- oznajmiłem i wróciłem do łazienki.
Po pięciu minutach gotowy wyszedłem z pomieszczenia. Moja żona rozmawiała z maluchami i Lili. Była dziwnie rozpromieniona.
- Patrz towarzyszu. Reagują na swoje imiona. Nastka.- zademonstrowała.
Dziewczynka popatrzyła na nią z uśmiechem.
- Felix.- spróbowałem.
Synek popatrzył na mnie i również szeroko się uśmiechnął. Zakluczyłem drzwi i położyłem się z resztą rodziny. Objąłem Rozę, która położyła się na mojej piersi i Lili, przytulną do mnie z drugiej strony. Dzieci leżały między mną, a Rozą, na naszych piersiach. Byłem bardzo szczęśliwy, że mam ich tu wszystkich razem.
- Dobranoc.- pożegnałem moją rodzinę.
- Dobranoc.- odpowiedziały moje panie, które szybko zasnęły.
Maluchom szło to gorzej. Trochę bawiły się ubraniem mamy i moimi przydługimi włosami. Roza ma rację, że muszę iść do fryzjera, ale nie jestem przekonany, co do jej włosów. Myśląc o tym, dotknąłem jej kosmyków, napawając się ich delikatnością. Ale w końcu to jej wybór. Przecież nie mogę zabronić jej dbania o siebie.po chwili zauważyłem, że jako jedyny jeszcze nie zasnąłem. A jeszcze chciałem się odwdzięczyć Rozie, za to jak mnie pokonała. Byłem z niej naprawdę dumny, ale jej zwycięstwo za bardzo mnie podnieca. Nie żeby nie podobało mi się, co robiliśmy później pod prysznicem. Boże, jak ja kocham tą kobietę . Czuję to bardzo mocno, zwłaszcza patrząc na nią w śnie. Taka słodka, krucha i bezbronne, a tak naprawdę ma wielką siłę, którą nieliczni mogą się pochwalić. Wiem, że umie każdemu skopać tyłek. A mimo to pragnę chronić ją do końca życia. Wolałbym oddać życie dla niej, niż żyć bez niej. Kiedyś tak nie było, a teraz... z każdym dniem, miesiącem, rokiem, coraz bardziej się od niej uzależniam. Nie mam pojęcia jak mogłem wcześniej żyć bez tej kobiety. Przecież to istne źródło mojego istnienia. Dzisiaj, gdyby nie pomoc z Dworu, nie udałoby się nam. Tak dużo, w tak krótkim dniu może się przytrafić. Człowiek jest zdolny do odczuwania tak różnych emocji w czasie doby, a to tylko dwadzieścia cztery godziny. A jednak. Już bardzo długo tak rozmyślam. Powinienem iść spać, bo będę nie wyspany. Pojutrze kończę urlop i aż do listopada będę pracował bez mojej Różyczki. Jestem pewny, że sobie poradzi, mimo że sama w to nie wieży. Nie chcę jej zostawiać samych, ale ma Lili, a tak zobaczy, jaka dobra z niej matka. Ja wiem, że lepszej dl moich dzieci to nigdzie nie znajdę. To już po drugiej. Dobra, teraz powinienem już na prawdę zasnąć. W sumie jestem przyzwyczajony. Zazwyczaj tak długo rozmyślam, choć moja ukochana dawno śpi. Zamknąłem oczy i dzięki wyćwiczonej dawno umiejętności, szybko zasnąłem. Jedna z naszych zasad mówi: "Śpij kiedy możesz, bo nie wiadomo, kiedy znowu będziesz mógł."
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
ROZDZIAŁ 272
DYMITR
Położyłem Rozę na sofie.
- Skarbie patrz na mnie.- błagałem.
Byłem cały roztrzęsiony. Gdyby nie wsparcie z Dworu, nigdy byśmy nie wygrali. Ale moja żona bardzo ucierpiała. Jej spojrzenie było oddalone i rozkojarzone. Ale nie poddawała się.
- Trzymaj się Kochanie. Wszystko będzie dobrze.- nie odrywałem od niej wzroku.
Klęczałem obok, trzymając jej zakrwawioną dłoń. Roza wciąż się uśmiechała, choć musiała bardzo cierpieć. Obok mnie ukląkł Clark Janes z apteczką. Chciałem mu ją zabrać, ale mi nie pozwolił.
- Lekarz nigdy nie leczy swojej rodziny. Jesteś cały roztrzęsiony, możesz jej jedynie zaszkodzić.
Miał rację. Roza patrzyła zdziwiona, to na mnie, to na dampira. Zrozumiałem o co jej chodzi.
- Skąd się tu wzięliście? Kto was powiadomił o ataku?- spytałem kolegę po fachu.
- To było dziwne, bo nagle do Główna Komenda Strażników wpadła królowa i kazała wysłać nas jak najszybciej do was.
Widać, że jest nowy na dworze, bo już po kilku miesiącach wszyscy używają skrótu GKS. Czyli, że królowa musiała wyczuć, co się dzieje, przez pocałunek cienia. Roza miała przytulne myślenie i nie od razu zrozumiała. Skrzywiła się, gdy dampir zaczął oczyszczać jej ranę. Oprócz rozerwanego ramienia, nie miała groźnych obrażeń. Trochę się uspokoiłem i również sięgnąłem po apteczką. Zająłem się tymi mniejszymi obrażeniami. Dotknąłem jej głowy, na co się skrzywiła. Szybko zabrałem dłoń. Będę musiał zabrać ją na tomografię. Gdy była już opatrzona, zaniosłem ją do sypialni. Nic jej nie groziło, tylko było strasznie wyglądało i dlatego zacząłem panikować. Położyłem ją na łóżku i chciałem odejść, gdy złapała mnie za dłoń. A raczej szturchnęła, bo była zbyt słaba, aby zacisnąć ręce. Pochyliłem się, łapiąc ją za dłoń i odgarniając z jej pięknej twarzy włosy.
- Nigdzie się nie wybieram Różyczko. Chcę tylko cię umyć.
Popatrzyła na mnie z miłością i lekko skinęła głową.
- Kocham cię.- cmoknąłem ją w czoło.
Poruszała ustami w bezgłośnej odpowiedzi, ale i tak ją zrozumiałem. W tej chwili ktoś zapukał do drzwi. Otworzyłem je. Do pokoju w biegła Lili i upadła na kolana obok Rose.
- Przyniosłem wam dzieci.- Aaron po drugiej stronie przejścia, podał mi dwa nosidełka.- Muszę ci o czymś powiedzieć. Miesiąc temu Królowa powiedziała o tym co się z wami stało. Chodzi o możliwość posiadania dzieci.
- Pczekaj.- wróciłem do środka i podszedłem do ukochanej.- Lili, zajmiesz się proszę dziećmi? Muszę coś załatwić, ale zaraz wracam.
Ostatni raz popatrzyłem na żonę i wyszedłem.
- Więc?- zachęciłem strażnika do kontynuowania, gdy schodziliśmy na dół.
- Tak jak mówiłem, wszyscy wiedzą o tym darze od sarny. Królowa przedstawiła pomysł zawarcia z nimi sojuszu.
- Jak na to zareagowali? To znaczy na mnie i Rose?- bałem się.
- Najpierw szokiem, a później uznali, że to nie normalne. Społeczeństwo podzieliło się na dwie grupy. Moroje chcą robić eksperymenty. Na was, dzieciach, a zwłaszcza Lunie. Ale Wassylisa zakazała tego. Dampiry pragną mieć dzieci, jednak plany pokrzyżował im sposób, w jaki mogą je zdobyć. Moroje chcą na pary dampirów nałożyć zakaz mienia dzieci, jeśli nie są w związku małżeńskim, a do przysięgi dołożyć ustęp, że będą chronić ich i uczyć tego samego dzieci. A za odejście ze służby przed emeryturą, kazać więzieniem. I są jeszcze inni, którzy uważają, że to kłamstwo i Rose cię zdradziła. Ale ich jest mało.
- To było kilka miesięcy temu. Co się dzieje teraz?
Dampir westchnął ciężko, pocierając dłonią twarz.
- Chcą zobaczyću was, dzieci i Sarnę. Królowa kazała mi też przekazać, ze jesteście potrzebni do zawarcia umowy z królestwem Luny bo jako jedyni ją rozumiecie, czy coś takiego. Myślę, że wkrótce wszystko ucichnie. Może uda się znaleźć dobre rozwiązanie. Ale mnie to nie interesuje. Wszystko już posprzątane, więc my będziemy się zbierać.
Razem podnieśliśmy się z kanapy. Aaron zebrał swoich ludzi, a ja każdego pożegnałem, dziękując za pomoc. Gdyby nie oni ,wszyscy bylibyśmy martwi. Wchodząc na górę, zastanawiałem się, jak powiedzieć o tym wszystkim Rozie i co ten atak znaczył. Zazwyczaj strzygi atakują pojedynczo lub w małych grupach. A tu było ich 48. Tak, policzyliśmy. To naprawdę podejrzane. Wszedłem do pokoju.Rose spała, tak gdzie ją zostawiłem, a Lili przy niej ciągle siedziała. Położyłem jej rękę na ramieniu. Dziewczynka odwróciła się i zobaczyłem, że płakała. Kucnąłem i ją przytuliłem. Na nowo się rozpłakała.
- To było straszne, Dymitr. Bałam się, bardzo się bałam.
- Spokojnie, już po wszystkim. Nikt nie zrobi ci krzywdy, nie pozwolę na to.
- Aż do kolejnego ataku? Myślałam, że stracę was jak mamę i znów zostanę sama.- ból w jej głosie łamał mi serce.
- Taki nasz zawód. Lili, obiecasz mi coś?- popatrzyła na mnie swoimi oczami.- Gdyby mi albo Rozie coś...coś się stało lub my... zgi....- nie chciało mi to przejść przez gardło.- nie wrócimy, zaopiekujesz się naszymi dziećmi?
Ciężko było mi prosić o to dziewięciolatkę, ale nigdy nie wiadomo co się stanie. Do jej oczu napływały nowe łzy, więc znowu ją przytuliłem.
- Będą dla mnie, jak własne.- wyszeptała.
Odsunąłem ją od siebie i popatrzyłem na jej twarz. Minę miała tak smutną, że aż sam poczułem pieczenie pod powiekami.
- Hej, kochanie, my tu jeszcze jesteśmy. Spokojnie nikt nie zrobi ci krzywdy, póki my żyjemy. Obiecuję ci to. Rozumiesz?
Pokiwała głową, a ja otarłem jej mokre policzki.
- Teraz idź się umyj, a ja w tym czasie wyszukuję nas do spania. Jesteś głodna?- zaprzeczyła głową.- Dobrze. Jak chcesz możesz spać z nami. A teraz przestań płakać, bo nic się nie dzieje.- cmoknąłem ją w czoło i wstałem.
Położyłem Rozę na sofie.
- Skarbie patrz na mnie.- błagałem.
Byłem cały roztrzęsiony. Gdyby nie wsparcie z Dworu, nigdy byśmy nie wygrali. Ale moja żona bardzo ucierpiała. Jej spojrzenie było oddalone i rozkojarzone. Ale nie poddawała się.
- Trzymaj się Kochanie. Wszystko będzie dobrze.- nie odrywałem od niej wzroku.
Klęczałem obok, trzymając jej zakrwawioną dłoń. Roza wciąż się uśmiechała, choć musiała bardzo cierpieć. Obok mnie ukląkł Clark Janes z apteczką. Chciałem mu ją zabrać, ale mi nie pozwolił.
- Lekarz nigdy nie leczy swojej rodziny. Jesteś cały roztrzęsiony, możesz jej jedynie zaszkodzić.
Miał rację. Roza patrzyła zdziwiona, to na mnie, to na dampira. Zrozumiałem o co jej chodzi.
- Skąd się tu wzięliście? Kto was powiadomił o ataku?- spytałem kolegę po fachu.
- To było dziwne, bo nagle do Główna Komenda Strażników wpadła królowa i kazała wysłać nas jak najszybciej do was.
Widać, że jest nowy na dworze, bo już po kilku miesiącach wszyscy używają skrótu GKS. Czyli, że królowa musiała wyczuć, co się dzieje, przez pocałunek cienia. Roza miała przytulne myślenie i nie od razu zrozumiała. Skrzywiła się, gdy dampir zaczął oczyszczać jej ranę. Oprócz rozerwanego ramienia, nie miała groźnych obrażeń. Trochę się uspokoiłem i również sięgnąłem po apteczką. Zająłem się tymi mniejszymi obrażeniami. Dotknąłem jej głowy, na co się skrzywiła. Szybko zabrałem dłoń. Będę musiał zabrać ją na tomografię. Gdy była już opatrzona, zaniosłem ją do sypialni. Nic jej nie groziło, tylko było strasznie wyglądało i dlatego zacząłem panikować. Położyłem ją na łóżku i chciałem odejść, gdy złapała mnie za dłoń. A raczej szturchnęła, bo była zbyt słaba, aby zacisnąć ręce. Pochyliłem się, łapiąc ją za dłoń i odgarniając z jej pięknej twarzy włosy.
- Nigdzie się nie wybieram Różyczko. Chcę tylko cię umyć.
Popatrzyła na mnie z miłością i lekko skinęła głową.
- Kocham cię.- cmoknąłem ją w czoło.
Poruszała ustami w bezgłośnej odpowiedzi, ale i tak ją zrozumiałem. W tej chwili ktoś zapukał do drzwi. Otworzyłem je. Do pokoju w biegła Lili i upadła na kolana obok Rose.
- Przyniosłem wam dzieci.- Aaron po drugiej stronie przejścia, podał mi dwa nosidełka.- Muszę ci o czymś powiedzieć. Miesiąc temu Królowa powiedziała o tym co się z wami stało. Chodzi o możliwość posiadania dzieci.
- Pczekaj.- wróciłem do środka i podszedłem do ukochanej.- Lili, zajmiesz się proszę dziećmi? Muszę coś załatwić, ale zaraz wracam.
Ostatni raz popatrzyłem na żonę i wyszedłem.
- Więc?- zachęciłem strażnika do kontynuowania, gdy schodziliśmy na dół.
- Tak jak mówiłem, wszyscy wiedzą o tym darze od sarny. Królowa przedstawiła pomysł zawarcia z nimi sojuszu.
- Jak na to zareagowali? To znaczy na mnie i Rose?- bałem się.
- Najpierw szokiem, a później uznali, że to nie normalne. Społeczeństwo podzieliło się na dwie grupy. Moroje chcą robić eksperymenty. Na was, dzieciach, a zwłaszcza Lunie. Ale Wassylisa zakazała tego. Dampiry pragną mieć dzieci, jednak plany pokrzyżował im sposób, w jaki mogą je zdobyć. Moroje chcą na pary dampirów nałożyć zakaz mienia dzieci, jeśli nie są w związku małżeńskim, a do przysięgi dołożyć ustęp, że będą chronić ich i uczyć tego samego dzieci. A za odejście ze służby przed emeryturą, kazać więzieniem. I są jeszcze inni, którzy uważają, że to kłamstwo i Rose cię zdradziła. Ale ich jest mało.
- To było kilka miesięcy temu. Co się dzieje teraz?
Dampir westchnął ciężko, pocierając dłonią twarz.
- Chcą zobaczyću was, dzieci i Sarnę. Królowa kazała mi też przekazać, ze jesteście potrzebni do zawarcia umowy z królestwem Luny bo jako jedyni ją rozumiecie, czy coś takiego. Myślę, że wkrótce wszystko ucichnie. Może uda się znaleźć dobre rozwiązanie. Ale mnie to nie interesuje. Wszystko już posprzątane, więc my będziemy się zbierać.
Razem podnieśliśmy się z kanapy. Aaron zebrał swoich ludzi, a ja każdego pożegnałem, dziękując za pomoc. Gdyby nie oni ,wszyscy bylibyśmy martwi. Wchodząc na górę, zastanawiałem się, jak powiedzieć o tym wszystkim Rozie i co ten atak znaczył. Zazwyczaj strzygi atakują pojedynczo lub w małych grupach. A tu było ich 48. Tak, policzyliśmy. To naprawdę podejrzane. Wszedłem do pokoju.Rose spała, tak gdzie ją zostawiłem, a Lili przy niej ciągle siedziała. Położyłem jej rękę na ramieniu. Dziewczynka odwróciła się i zobaczyłem, że płakała. Kucnąłem i ją przytuliłem. Na nowo się rozpłakała.
- To było straszne, Dymitr. Bałam się, bardzo się bałam.
- Spokojnie, już po wszystkim. Nikt nie zrobi ci krzywdy, nie pozwolę na to.
- Aż do kolejnego ataku? Myślałam, że stracę was jak mamę i znów zostanę sama.- ból w jej głosie łamał mi serce.
- Taki nasz zawód. Lili, obiecasz mi coś?- popatrzyła na mnie swoimi oczami.- Gdyby mi albo Rozie coś...coś się stało lub my... zgi....- nie chciało mi to przejść przez gardło.- nie wrócimy, zaopiekujesz się naszymi dziećmi?
Ciężko było mi prosić o to dziewięciolatkę, ale nigdy nie wiadomo co się stanie. Do jej oczu napływały nowe łzy, więc znowu ją przytuliłem.
- Będą dla mnie, jak własne.- wyszeptała.
Odsunąłem ją od siebie i popatrzyłem na jej twarz. Minę miała tak smutną, że aż sam poczułem pieczenie pod powiekami.
- Hej, kochanie, my tu jeszcze jesteśmy. Spokojnie nikt nie zrobi ci krzywdy, póki my żyjemy. Obiecuję ci to. Rozumiesz?
Pokiwała głową, a ja otarłem jej mokre policzki.
- Teraz idź się umyj, a ja w tym czasie wyszukuję nas do spania. Jesteś głodna?- zaprzeczyła głową.- Dobrze. Jak chcesz możesz spać z nami. A teraz przestań płakać, bo nic się nie dzieje.- cmoknąłem ją w czoło i wstałem.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
piątek, 30 września 2016
ROZDZIAŁ 271
- Lili, zbieraj się. Idziemy na trening.- oznajmił mój mąż.
Dziewczynka bardzo się ucieszyła. Szybko pobiegła na górę, przebrać się w strój do ćwiczeń, a my z dziećmi poszliśmy na górę. Nakarmiłam je, gdy Dymitr się przebierał, a później się zamieniliśmy i on usadził brzdące w nosidełkach. Szybko związałam włosy, założyłam leginsy oraz wygodną koszulkę i zeszliśmy na dół. Dampirzyca już czekała.
- To idziemy?- niecierpliwiła się.
- Jasne. Tylko mamy dla ciebie niespodziankę.- uśmiechnęłam się znacząco do strażnika.
Lili otworzyła szeroko oczy.
- Taki spóźniony prezent urodzinowy.- dodał Rosjanin.
Razem wyszliśmy na ogród.
- A co tu się stało?- wystraszyła się młoda.
- Spokojnie, wszystko jest zaplanowane.- uspokoiłam ją.- Tu będzie ogród, ale będziesz musiała nam pomóc przy niektórych rzeczach. A teraz czas na prezent.
Zaprowadziliśmy ją pod drzewo, zasłonięte prześcieradłami. Mój ukochany podszedł bliżej.
- A teraz uwaga! Wszystkiego najlepszego Lili- zawołał, ściągając zasłonę.
Gdy materiał spadł na ziemię, naszym oczom ukazał się domek w kolorze orzechu. Dampirzyca nie mogła wydobyć z siebie głosu. Patrzyła na to z otwartymi ustami. W końcu się ocknęła.
- Sami to zrobiliście? Jest śliczny. Dziękuję.- przytuliła nas mocno.- Kocham was.
Pobiegła w jego stronę.
- A trening?- spytał mój mąż.
Dziewczynka zatrzymała się w pół kroku i ze zwieszoną głową zaczęła wracać.
- No idź się bawić.- uśmiechnął się i mnie objął.
Lili na nowo odzyskała humor i weszła do domku i po chwili zapaliło się w nim światło. A my dołożyliśmy dzieci jak ostatnio na koc i sami na nim usiedliśmy.
- Nie ładnie się tak droczyć z małą dampirzycą. Zwłaszcza jeśli ma geny mojego ojca.- zaśmiałam się.
- I tak mi nic nie zrobi.- wzruszył ramionami, zabierając córeczce znaleziony kamyk.- Zostaw kamyczka. Kamyczek jest be.
- Kiedyś ci się za to odpłaci.- ostrzegłam go.- Słodko razem wyglądacie.
- Słyszałaś księżniczko? Tatuś ci pasuje.- Nastka się ucieszyła.
- Raczej to ona pasuje tatusiowi.- zaśmiałam się, a Dymitr mi zawtórował.
Po grzechotałam synowi grzechotką przed buźką. Chłopiec chciał ją złapać, ale ja odsuwałam zabawkę i przysuwałam,co jeszcze bardziej go bawiło. Nagle zrobiło mi się niedobrze. Wiedziałam co to znaczy.
- Strzygi.- szepnęłam.
Strażnik usłyszał. Zerwaliśmy się, wyciągając sztylety. Otoczyliśmy dzieci, które już się nie śmiały. Zdezorientowane i lekko przestraszone, rozglądały się dookoła. Światło w domku na drzewie zgasło, a do barierek wybiegła Lili. Gestem kazałam jej tam zostać. Zostaje mi mieć nadzieję, że posłucha. Mój żołądek kręcił coraz więcej fikołków.
- Ich jest dużo. Bezpieczniej będzie ukryć dzieci w domu.- podsunęłam.
Rosjanin kiwnął głową. Podnieśliśmy dzieci i wbiegliśmy do budynku. Położyliśmy je w kojcu i zamknęliśmy z psem.
- Bianka pilnuj.- rozkazałam.
Nie sądziłam, że posłucha, ale ona przybrała bojową postawę szczekając. Nie wiem ile z tego dociera do dzieci, ale one zaczęły płakać, patrząc na nas. Suczka się tym zainteresowała i zaczęła je lizać oraz przytulać.
- Spokojnie. Mamusia i tatuś wrócą. Obiecuję.- powiedziałam im.
- Rose.- zawołał mnie ukochany.
Na nowo dobyłam sztylet i pobiegłam za nim na dwór.
- Zostań tu, a ja pójdę do Lili.- zarządził, na co przytaknęłam.
Z lasu zaczęły wyłaniać się czerwone oczy. Mąż chciał iść, ale go złapałam za ramię. Popatrzył na mnie pytająco.
- Uważaj na siebie.- poprosiłam.
- Ty Roza też.- puściłam go i poszedł pod drzewo.
W napięciu czekałam na chwilę ataku. Myślałam, że kilka strzyg rzuci się na męża, a reszta na mnie, jednak się pomyliłam. Wszystkie od razu zaatakowały strażnika. Nie zwlekając pobiegłam w ich kierunku i zaatakowałam pierwszą z brzegu. Nie usłyszała mnie, więc od razu ją zabiłam, zanim zauważyła, że ktokolwiek ją atakuje. Szybko zaczęłam zabijać kolejne strzygi, zanim się spostrzegły, co się dzieje. Jednak inne zrozumiały, że są atakowane z dwóch frontów. Następni przeciwnicy już się bronili, lub atakowali po kilku na raz. Zauważyłam, że czym bardziej zagłębiałam się w grupę napastników, tym bardziej doświadczeni byli. Czyli, że Dymitr ma najsilniejszych przeciwników. Każda walka była coraz trudniejsza, nie tylko przez siłę wrogów, ale i moje własne zmęczenie. Potworów było chyba z trzydzieści. W końcu dotarłam pod drzewo. Mąż zobaczył mnie i poszedł walczyć na drugą stronę. Pojedynek z każą strzygą trwał dobre kilka minut. Jedna zaczęła wspinać się na drzewo.
- A ty gdzie się wybierasz?- ściągnęłam ją za ubranie na ziemię i obcięłam jej głowę, zanim się podniosła.
Nie wiem ile tak walczyliśmy, ale powoli traciłam siłę.
- Roza, nie damy rady ich pokonać.- mój mąż znalazł się za moimi plecami.
- A co innego mamy robić?- spytałam.
W tym momencie rzucił się na mnie jeden z potworów. Prawie się obroniłam. Prawie. Kopnął mnie w brzuch i powalił na ziemię. Chciałam się podnieść, ale jego pazury wbiły mi się w ramię i je rozdarło. Czułam ciepłą ciesz spływającą mi po ręce. Ból był niesamowity. Zacisnęłam zęby, aby go nie czuć i wstałam, zataczając się. Mój mąż już zabił mojego przeciwnika i w gniewie, zabijał resztę jak prawdziwy bóg. Po chwili odpoczynku, którą dał mi jego szał, wróciłam do walki. Tylko, że byłam osłabiona i zyskiwałam kolejne obrażenia. Po mocnym koniaku w brzuch, uderzyłam w drzewo i mroczki zaczęły latać mi przed oczami. Jak przez mgłę docierały do mnie obrazy walki i inne głosy. Kolorowe kleksy walczyły w kilku miejscach. Dymitr się podzielił, czy to strzygi walczą między sobą. Po chwili zobaczyłam piękne oczy, w które miałam ochotę widzieć do końca życia. Coś czuję, że do tego mi nie daleko. Ale nie mogę się poddawać. Dla tych oczu.
- Roza!- poczułam, że mnie podnosi.- Błagam nie zamykaj oczu!- krzyczał z desperacją.
Czemu on tak panikuje? Przecież żyje. Może trochę chce mi się spać, jednak wiem, że nie mogę.
- Kocham Cię towarzyszu.- wysiliłam się uśmiech, ale w jego oczach pojawił się strach i łzy.
- Nie żegnaj się ze mną, Roza. Będzie dobrze. Nie zostawisz mnie.- głos mu się łamał.
- Wiem.- szepnęłam, bo miałam coraz mniej siły.
- Ja tiebia liubliu Roza.- szepnął, patrząc mi głęboko w oczy.
W tym jednym zdaniu, przekazał mi siłę, miłość i moc. Wierzył we mnie. Muszę przeżyć. Dla niego i dzieci.
Dziewczynka bardzo się ucieszyła. Szybko pobiegła na górę, przebrać się w strój do ćwiczeń, a my z dziećmi poszliśmy na górę. Nakarmiłam je, gdy Dymitr się przebierał, a później się zamieniliśmy i on usadził brzdące w nosidełkach. Szybko związałam włosy, założyłam leginsy oraz wygodną koszulkę i zeszliśmy na dół. Dampirzyca już czekała.
- To idziemy?- niecierpliwiła się.
- Jasne. Tylko mamy dla ciebie niespodziankę.- uśmiechnęłam się znacząco do strażnika.
Lili otworzyła szeroko oczy.
- Taki spóźniony prezent urodzinowy.- dodał Rosjanin.
Razem wyszliśmy na ogród.
- A co tu się stało?- wystraszyła się młoda.
- Spokojnie, wszystko jest zaplanowane.- uspokoiłam ją.- Tu będzie ogród, ale będziesz musiała nam pomóc przy niektórych rzeczach. A teraz czas na prezent.
Zaprowadziliśmy ją pod drzewo, zasłonięte prześcieradłami. Mój ukochany podszedł bliżej.
- A teraz uwaga! Wszystkiego najlepszego Lili- zawołał, ściągając zasłonę.
Gdy materiał spadł na ziemię, naszym oczom ukazał się domek w kolorze orzechu. Dampirzyca nie mogła wydobyć z siebie głosu. Patrzyła na to z otwartymi ustami. W końcu się ocknęła.
- Sami to zrobiliście? Jest śliczny. Dziękuję.- przytuliła nas mocno.- Kocham was.
Pobiegła w jego stronę.
- A trening?- spytał mój mąż.
Dziewczynka zatrzymała się w pół kroku i ze zwieszoną głową zaczęła wracać.
- No idź się bawić.- uśmiechnął się i mnie objął.
Lili na nowo odzyskała humor i weszła do domku i po chwili zapaliło się w nim światło. A my dołożyliśmy dzieci jak ostatnio na koc i sami na nim usiedliśmy.
- Nie ładnie się tak droczyć z małą dampirzycą. Zwłaszcza jeśli ma geny mojego ojca.- zaśmiałam się.
- I tak mi nic nie zrobi.- wzruszył ramionami, zabierając córeczce znaleziony kamyk.- Zostaw kamyczka. Kamyczek jest be.
- Kiedyś ci się za to odpłaci.- ostrzegłam go.- Słodko razem wyglądacie.
- Słyszałaś księżniczko? Tatuś ci pasuje.- Nastka się ucieszyła.
- Raczej to ona pasuje tatusiowi.- zaśmiałam się, a Dymitr mi zawtórował.
Po grzechotałam synowi grzechotką przed buźką. Chłopiec chciał ją złapać, ale ja odsuwałam zabawkę i przysuwałam,co jeszcze bardziej go bawiło. Nagle zrobiło mi się niedobrze. Wiedziałam co to znaczy.
- Strzygi.- szepnęłam.
Strażnik usłyszał. Zerwaliśmy się, wyciągając sztylety. Otoczyliśmy dzieci, które już się nie śmiały. Zdezorientowane i lekko przestraszone, rozglądały się dookoła. Światło w domku na drzewie zgasło, a do barierek wybiegła Lili. Gestem kazałam jej tam zostać. Zostaje mi mieć nadzieję, że posłucha. Mój żołądek kręcił coraz więcej fikołków.
- Ich jest dużo. Bezpieczniej będzie ukryć dzieci w domu.- podsunęłam.
Rosjanin kiwnął głową. Podnieśliśmy dzieci i wbiegliśmy do budynku. Położyliśmy je w kojcu i zamknęliśmy z psem.
- Bianka pilnuj.- rozkazałam.
Nie sądziłam, że posłucha, ale ona przybrała bojową postawę szczekając. Nie wiem ile z tego dociera do dzieci, ale one zaczęły płakać, patrząc na nas. Suczka się tym zainteresowała i zaczęła je lizać oraz przytulać.
- Spokojnie. Mamusia i tatuś wrócą. Obiecuję.- powiedziałam im.
- Rose.- zawołał mnie ukochany.
Na nowo dobyłam sztylet i pobiegłam za nim na dwór.
- Zostań tu, a ja pójdę do Lili.- zarządził, na co przytaknęłam.
Z lasu zaczęły wyłaniać się czerwone oczy. Mąż chciał iść, ale go złapałam za ramię. Popatrzył na mnie pytająco.
- Uważaj na siebie.- poprosiłam.
- Ty Roza też.- puściłam go i poszedł pod drzewo.
W napięciu czekałam na chwilę ataku. Myślałam, że kilka strzyg rzuci się na męża, a reszta na mnie, jednak się pomyliłam. Wszystkie od razu zaatakowały strażnika. Nie zwlekając pobiegłam w ich kierunku i zaatakowałam pierwszą z brzegu. Nie usłyszała mnie, więc od razu ją zabiłam, zanim zauważyła, że ktokolwiek ją atakuje. Szybko zaczęłam zabijać kolejne strzygi, zanim się spostrzegły, co się dzieje. Jednak inne zrozumiały, że są atakowane z dwóch frontów. Następni przeciwnicy już się bronili, lub atakowali po kilku na raz. Zauważyłam, że czym bardziej zagłębiałam się w grupę napastników, tym bardziej doświadczeni byli. Czyli, że Dymitr ma najsilniejszych przeciwników. Każda walka była coraz trudniejsza, nie tylko przez siłę wrogów, ale i moje własne zmęczenie. Potworów było chyba z trzydzieści. W końcu dotarłam pod drzewo. Mąż zobaczył mnie i poszedł walczyć na drugą stronę. Pojedynek z każą strzygą trwał dobre kilka minut. Jedna zaczęła wspinać się na drzewo.
- A ty gdzie się wybierasz?- ściągnęłam ją za ubranie na ziemię i obcięłam jej głowę, zanim się podniosła.
Nie wiem ile tak walczyliśmy, ale powoli traciłam siłę.
- Roza, nie damy rady ich pokonać.- mój mąż znalazł się za moimi plecami.
- A co innego mamy robić?- spytałam.
W tym momencie rzucił się na mnie jeden z potworów. Prawie się obroniłam. Prawie. Kopnął mnie w brzuch i powalił na ziemię. Chciałam się podnieść, ale jego pazury wbiły mi się w ramię i je rozdarło. Czułam ciepłą ciesz spływającą mi po ręce. Ból był niesamowity. Zacisnęłam zęby, aby go nie czuć i wstałam, zataczając się. Mój mąż już zabił mojego przeciwnika i w gniewie, zabijał resztę jak prawdziwy bóg. Po chwili odpoczynku, którą dał mi jego szał, wróciłam do walki. Tylko, że byłam osłabiona i zyskiwałam kolejne obrażenia. Po mocnym koniaku w brzuch, uderzyłam w drzewo i mroczki zaczęły latać mi przed oczami. Jak przez mgłę docierały do mnie obrazy walki i inne głosy. Kolorowe kleksy walczyły w kilku miejscach. Dymitr się podzielił, czy to strzygi walczą między sobą. Po chwili zobaczyłam piękne oczy, w które miałam ochotę widzieć do końca życia. Coś czuję, że do tego mi nie daleko. Ale nie mogę się poddawać. Dla tych oczu.
- Roza!- poczułam, że mnie podnosi.- Błagam nie zamykaj oczu!- krzyczał z desperacją.
Czemu on tak panikuje? Przecież żyje. Może trochę chce mi się spać, jednak wiem, że nie mogę.
- Kocham Cię towarzyszu.- wysiliłam się uśmiech, ale w jego oczach pojawił się strach i łzy.
- Nie żegnaj się ze mną, Roza. Będzie dobrze. Nie zostawisz mnie.- głos mu się łamał.
- Wiem.- szepnęłam, bo miałam coraz mniej siły.
- Ja tiebia liubliu Roza.- szepnął, patrząc mi głęboko w oczy.
W tym jednym zdaniu, przekazał mi siłę, miłość i moc. Wierzył we mnie. Muszę przeżyć. Dla niego i dzieci.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






