Obudziły mnie mokre pocałunki składane na moim karku i niżej na plecy. Zaczęłam mruczeć.
- Roza wstawaj.- przy uchu usłyszałam aksamitny głos.
- Jeszcze pięć minutek.
- Roza, nie mamy tyle. Zaraz będzie śniadanie, a nikt nie wie, że się obudziłaś. Więc lepiej się wyszukuj, jeśli nie chcesz, żeby moje siostry tu wparowały i rzuciły na ciebie, tak jak leżysz.
- Wybacz towarzyszu, ale mnie kręcą mężczyźni.- na moją uwagę zaśmiał się krótko, a u mnie na twarzy zawitał triumfalny uśmiech, gdy obróciłam się plecami do męża.
- Roza. Bo zaraz dzieci będą głodne, a wiem, że ty sama dawno nie jadłaś. Pomyśl. Mnóstwo kanapek z warzywami, mięsem, serem żółtym, sałatą i pysznym pomidorkiem. Do tego ciepła herbata.
Aż mi zaburczało w brzuchu.
- A niech cię Bielikow. Po tak ciężkim dniu i nocy, nie dać mi się nawet wyspać.- wstałam i sięgnęłam po walizkę.
Ubrałam brązową bluzkę w krótki rękaw i jeansowe rurki. Cieszyłam się, że w końcu mogę ubrać coś normalnego. Dzieci ciągle się uśmiechały.
- A te śpioszki idealnie do ciebie pasują.- powiedziałam do córki.
W nocy trzeba było trzy razy do nich wstawać. Najpierw Anastazji wymienić pieluchę, bo Dymitr nie umie. Tłumaczy się, że jak Sonia i Wiki były małe, pomagał mamie i Soni przy nich, ale pieluch trzymał się z daleka. Następnie okazało się, że się wierciła i kocyk był obok niej. Więc ją przykryłam i na wszelki wypadek, zamknęłam okno. Trzeci raz to uczyłam ukochanego zakładać pieluchę na Felixie. Tak więc ani jedno, ani drugie nie dało nam się wyspać. Wzięłam z kosmetyczki lusterko i się przejrzałam.
- Boże! Jak ja wyglądam?!- przeraziłam się.
Skórę miałam jeszcze trochę bladą po domniemanej śmierci, pod oczami ślady nieprzespanej nocy, a na głowie gniazdo.
- Roza. Ty zawsze wyglądasz przepięknie.- Rosjanin objął mnie od tyłu.
- Oprócz dzisiaj.- sięgnęłam po szczotkę i próbowałam uratować moją fryzurę.
Następnie zrobiłam delikatny makijaż, aby zakryć zmęczenie twarzy.
- Gotowa?- spytał ukochany.
- Tak.- już mieliśmy wyjść, gdy rozległ się płacz.- Znowu. Co tym razem?
Podeszliśmy do dzieci.
- Myślę, że są głodne.
- To weźmiemy je na dół, bo póki ja czegoś nie zjem, to one też. Choć do mamusi.- pochyliłam się nad córeczką, która wystawiła do mnie rączki, patrząc błagalnie.
Dymitr podniósł chłopca i razem zeszliśmy na dół. Wszyscy już tam byli. Tak jak przypuszczał mój mąż, otoczyły mnie dziewczyny.
- Rose tak się bałyśmy! Nie strasz nas tak więcej! Nic ci nie jest? Jak się czujesz?- przekrzykiwały się jedna przez drugą.
- Ej spokojnie. Nic mi nie jest i czuję się świetnie. A z tobą to sobie później porozmawiam.- popatrzyłam na Lissę.
Przyjaciółka uśmiechnęła się niewinnie. Usiedliśmy przy stole.
- A może przedstawicie nam te szkraby.- Olena wskazała na trzymane przez nas dzieci.
- Oto najmłodsi członkowie rodziny. Anastazja i Felix Bielikow.- powiedziałam z dumą.
- Bielikow?!- zdziwił się strażnik.
- A jak?- popatrzyłam na niego, nie rozumiejąc.
- Roza moja rodzina jest duża.- wskazał na siostry i ich dzieci.- Szkoda, żeby ród Hathaway zamarł.
- Czyli Hathaway?- chciałam się upewnić.
- Hathaway.- potwierdził i zaczęliśmy jeść.
- Ciocia Rose.- zawołał Łuka wyciągając do mnie rączki.- Juź mnie nie kochaś?- zadrżała mu dolna warga.
- Kocham słoneczko. Zawsze będę kochać.- złapałam go za rączki.
- Ale maś telaz śwoje dźieci. Po ćo ci my.- zauważył.
- Kocham i swoje dzieci i was. Bo jesteśmy jedną rodziną.
Po śniadaniu usiedliśmy w salonie. Lissa dostała ważny telefon i z Christianem poszli do przeznaczonego im pokoju. Lili wyciągnęła Dymitra do ogrodu na trening, a Pawka zaciekawiony wyszedł za wujkiem, więc zostałam z teściową, szwagierkami i dziećmi.
- Wiki, pomożesz mi?- poprosiłam.
- Jasne.- ochoczo pokiwała głową i usiadła obok mnie.
- Potrzymaj Nastkę, bo dwójki na raz nie będę karmić.
Podałam jej dziewczynkę i zaczęłam karmić syna. Nie wstydziłam się. W końcu są tu same kobiety. Gdy był już najedzony, oklepałam go i wymieniłam się ze szwagierką. Z córką zrobiłam to samo.
- Rose.- popatrzyłam na Sonię.- Mogę ją potrzymać?- spytała niepewnie.
- Pewnie. W końcu to wasze bratanki.- podałam jej bobaska.
Łuka wykorzystał to i wdrapał się na moje kolana. Zaczął dotykać mój brzuch z niezadowoloną miną.
- Gdzie?- spytał naburmuszony.
- Ciocia urodziła i ciocia już nie ma brzuszka. A co? Już mnie nie kochasz?- spytałam udając smutną.
- Kiocham.- przytulił mnie mocno.
Siedzieliśmy tak, a blondynek bawił się moimi włosami. Gdy już wszystkie Bielikówny po rozczulały się mad moimi dziećmi, dostałam Anastazję do rąk, bo podobno z nią wyglądam przesłodko. Łuka odwrócił się przodem do kuzynki, opierając się plecami o mój brzuch. Patrzyli na siebie z zainteresowaniem.
- To twoja nowa kuzynka.
Chłopiec dotknął jej rączki, a ta się zaśmiała.
- Śłodka. Ja teź taki byłem.- wypiął dumnie pierś, a my się zaśmialiśmy. Pewności siebie mu nigdy nie zabraknie.
- Chodź tu ty mój słodki.- Sonia zabrała mi go z kolan.- może wyjdziemy na dwór. Jest taka ładna pogoda.- popatrzyła na wszystkie, trzymając synka na rękach.
Dziewczyny przytaknęły.
- To idźcie, a ja je cieplej ubiorę i dołączymy. Prawda kochanie?- potarłam nosem, nosek córeczki, na co się zaśmiała.
- Pomogę ci.- zaproponowała Wiki,wciąż trzymając swojego najmłodszego bratanka
- Jeśli chcesz, to chodź.- i razem poszłyśmy na górę. Zaczęłyśmy przeszukiwać torbę dzieci.
- Ale słodkie.- dziewczyna zaczęła się zachwycać pudrowym, miękkim. bezrękawnikiem z kapturem z uszami kotka.- Ubierz w to Nastkę.
Musiałam przyznać jej rację. Położyłam na łóżku niebieską bluzkę w długi rękaw, białe rajstopki, jasno różową spódniczkę i bezrękawnik, a na podłodze małe, różowe butki na rzepy. Wiki zaczęła szukać ubranka dla chłopca,a ja wyciągnęłam naszą księżniczkę z łóżeczka, w które włożyłem ją i brata. Położyłam ja na łóżku, ostrożnie rozpięłam jej ubranko i ściągnęłam je. Następnie założyłam na nią przygotowane wcześniej rzeczy. Wyglądała wspaniale. Patrzyłam na naszą córeczkę z zachwytem, a ona cały czas ssała kciuka. Puściła go i za gaworzyła szczęśliwa, a ja w tym czasie poczułam dłonie na tali i tak dobrze mi znany zapach wody kolońskiej. Otarłam się o męża, gdy oplótł mnie ramionami.
- Mała, wydałaś mnie.- uśmiechnął się.
- Mylisz się, towarzyszu. Jak zawsze to był twój zapach.
Patrzyliśmy na Anastazję, a obok nas pojawiła się Lili.
- Jest piękna po mamusi.- uznał mój ukochany.
- I urocza po tatusiu.- dodałam.
- Pobawimy się razem?- spytała moja siostra.
Chciałam powiedzieć, że nie mamy czasu, ale na szczęście wyprzedził mnie strażnik.
- Jasne. Tylko przebierzemy Felixa. Chcesz wybrać mu ubranka?- i razem poszli do torby.
Byłam mu wdzięczna. Znowu bym powiedziała coś bez zastanowienia, a potem tego żałowała. Zganiłam się w myślach, za brak psychologicznego podejścia. Lili nie może czuć się odrzucona i zastąpiona przez nasze dzieci. Jest równie dla nas ważna. Wzięłam córkę na ręce i razem patrzyłyśmy na dwójkę, przy biurku z tobą.
- To twoja rodzina, a ja zrobię wszystko, abyś z bratem czuła się w niej dobrze.- powiedziałam, zwracając wzrok na nią z powagą.
Wydawała się mówić spojrzeniem, że mi wieży mi i ufa. Po chwili znowu się cieszyła. Pewnie wyobraźnia płata mi figle. Ona jest taka radosna i pełna energii. Już widzę, jak wykorzystuje ją na treningach. Trochę przeraża mnie myśl, że nasza księżniczka będzie walczyć, ale takie już jej przeznaczenie. Lecz na to ma czas. I mam zamiar wypełnić go miłymi chwilami. Będzie miała lepsze dzieciństwo ode mnie.
"Nasz los od zawsze zapisany był w gwiazdach. To one poprowadziły mnie do Ciebie mimo tylu przeciwności, spójrz. Jesteśmy tu. Razem. Ty i ja Roza. Na zawsze."
czwartek, 1 września 2016
ROZDZIAŁ 233
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
ROZDZIAŁ 232
Podeszłam do łóżeczka po lewej stronie. Leżał w niej mały bobasek w różowych śpioszkach "Jestem grzeczną dziewczynką, ale tylko gdy rodzice patrzą."
- Dymitr, to jest dziewczynka.- zawiadomiłam, płacząc ze szczęścia. To moje dzieci. Nasze dzieci.
Ukochany stanął obok mnie, a na rękach trzymał naszego syna. Córeczka wpatrywała się w nas szeroko otworzonymi oczkami. Miała je po tacie. Za to ciemne, lekko pofalowane włosy były moją cechą. Zmarszczyła nosek, taki sam, jaki mogę podziwiać w lusterku. Zaśmiała się i uznałam, że złamie tym nie jedno serce, tak jak tatuś. Popatrzyłam na chłopca. On był przeciwieństwem siostry. Moje usta i oczy, a włosy i nos mojego męża.
Nagle dziewczynka zaczęła płakać.
- Ej, spokojnie.- mówiłam delikatnie.- Co się dzieje?
Pogłaskałam jej główkę, lecz to nie pomagało. Na domiar złego, brat poszedł w jej ślady. Zaczęłam panikować.
- Chyba są głodne.- podsunął strażnik.
- To trzeba je nakarmić.
Czym karmić takie małe dzieci? Mam kompletną pustkę w głowie.
- Roza, mleko.- uśmiechnął się Rosjanin.
No tak! Ale ze mnie idiotka.
- Muszę ją wziąć na ręce, prawda?- popatrzyłam niepewnie na delikatną jak laleczka istotkę.
- Nie inaczej. Spokojnie Roza. Poradzisz sobie.- wspierał mnie ukochany
- No dobrze.
Wyciągnęłam po nią ręce, nie wiedząc jak złapać. Cholera! Z Łuką jakoś dawałam radę. Nagle coś mnie olśniło.
- Poczekaj tu chwilę.- wyszłam, nie czekając na odpowiedź. Poszłam do naszego pokoju i wciągnęłam walizkę. Przebrałam się w luźną bluzkę i dresy, po czym, wróciłam do pokoju z dziećmi.
- Musiałam się przygotować.- podeszłam do łóżeczka córeczki.- Karmienie, podejście drugie.
Niepewnie złapałam ją za boki i podniosłam. Dziewczynka zdziwiona popatrzyła na mnie i dalej płakała. Ułożyłam ją sobie wygodnie na rękach i usiadłam na łóżku. Podwinęłam bluzkę i wsadziłam córce pierś do buzi. Od razu zaczęła ssać, patrząc na mnie pięknymi oczkami. Pod powiekami poczułam pieczenie. Trzymam na rękach i karmię moje własne dziecko. Jest taka śliczna. Nosiłam ją pod sercem całe dziewięć miesięcy. Podniosłam wzrok na męża. Patrzył na nas wzruszony, z miłością. Też płakał. Gdy już się najadła, mąż podał mi chłopca i usiadł z dziewczynką obłok mnie. Nas synek miał na sobie niebieskie śpioszki, ozdobione brązową wstawką w kształcie jaja, z biało czarnymi łatami na brzuchu. Zrobiłam z nim to samo, ale na drugiej piersi. W tym czasie, Dymitr położył sobie córkę na ramieniu i poklepywał ją po pleckach, póki jej się nie odbiło. Następnie wylądowała na jego kolanach, a on dotykał jej małych rączek. Po pokoju roznosił się jej słodki śmiech. Strażnik podniósł małą i na pierdział jej ustami w brzuszek. Ta jeszcze bardziej się zaśmiała. W tej chwili chłopiec uznał, że już się na jadł. Próbowałam zrobić tak samo, jak mój mąż z dziewczynką.
- Możesz trochę mocniej. Spokojnie. Nic mu się nie stanie.- ukochany złapał mi dłoń w nadgarstku i pokazał z jaką siłą mogę uderzać.
Przez ten krótki moment poczułam się podczas treningu w akademii. Chłopcu w końcu się odbiło, wiec sama zaczęłam się z nim bawić. Nagle coś mi się przypomniało.
- Zemdlałeś.- zaśmiałam się.
- Słucham?!- Rosjanin wydał się lekko zdezorientowany.
- Podczas porodu. Największy zakapiora na świecie mdleje, bo urodził mu się syn.- śmiałam się, a dzieci razem ze mną, jakby rozumiały, o czym rozmawiamy.
- Co innego zabijać, a co innego być świadkiem cudu narodzin.
- I to podwójne go cudu.- oparłam się o męża.- Trzeba wybrać im imiona.
- Masz jakieś propozycje?
- Niech on ma Amerykańskie, a ona Rosyjskie.
- To dobry pomysł. Proponuję, żeby to był John.
- Nie.- skrzywiłam się.- Od pewnego czasu się zastanawiam i może Lukas?
- Źle mi się kojarzy.- wyznał mój ukochany.
- Wspomnienia?
- Tak. To może... Gregory?
- Nie podoba mi się. Mu chyba też nie.- pokazałam na małego, wiercącego się na moich kolanach.- Może Felix?
- Mi się podoba.
- To teraz jesteś Felix.- podniosłam synka i poparłam nosem o jego nosek. Zaśmiał się, a Rosjanin patrzył na nas czule.
Córeczka upomniała się o uwagę, wierzgając nóżkami i trącając tatusia.
- O! Komuś już udziela się charakterek mamusi.- połaskotał ją.- A jak nazwać tą piękność?
- Nie znam tylu Rosyjskich imion, więc ty coś wymyśl.
- Co powiesz na Anastazję?
- Takie królewskie.- zauważyłam.
- Bo to będzie nasza mała księżniczka.- powiedział, podrzucając ją w powietrze i łapiąc. Dziewczynka zaśmiała się radością.
Jeszcze nigdy nie widziałam męża tak bardzo szczęśliwego. Co dziwne, że mówię to przynajmniej trzeci raz, odkąd jesteśmy razem, a to nie cały rok. I mam nadzieję, że jeszcze nie raz tak pomyślę. Nie powiem, pochlebia mi to. I teraz jesteśmy szczęśliwą rodziną w całości. Ta radość jest warta każdego cierpienia. Nagle zrobiłam się senna. Dopiero teraz, gdy już te emocje upadły, czuję jak bardzo jestem zmęczona. Przymknęłam oczy, opierając się o ukochanego. Jednak nie powstrzymałam ziewnięcia, które nie uszło jego uwadze.
- Dobra dzieci. Koniec zabawy, bo mamusia i tatuś mieli ciężki dzień i muszą iść spać.- powiedział, wstając i kładąc naszą ślicznotkę w łóżeczku.
Ja również wstałam, ale nie poszłam w ślady strażnika.
- Dymitr.- popatrzył na mnie pytająco.- Wolę żeby stały z nami w pokoju. Będę się lepiej czuła.
- Dobrze Roza.- podniósł puste łóżeczko i ruszył do wyjścia.- Dla ciebie wszystko.
Nie było duże, ani ciężkie, więc ta czynność nie wymagała wielkiej siły. Poszłam z Felixem za nim, a gdy mebel już stał, włożyłam do niego synka i przykryłam kocykiem. Na dobranoc jeszcze pocałowałam go w czółko, gdy zaczął ssać kciuk. Ostatni raz na niego popatrzyłam i wróciłam do poprzedniego pomieszczenia. Wyciągnęłam Nastkę, a mąż wziął jej łóżeczko. Zrobiłam z nią, tak samo jak z chłopcem. Następnie oboje dostali po buziaku od taty. Nie mogliśmy się od nich oderwać. Nie wierzę, że te dwa szkraby są owocem naszej miłości.
- Roza, idź pierwsza się kąp.
- Bo ty chcesz dłużej pobyć z dziećmi.- wystawiłam mu język, ale wyciągnęłam z walizki koszulę oraz kosmetyczkę i poszłam do łazienki.
Kąpiel po tym wszystkim była wspaniała. Czułam jak się relaksuję. Ale gdy zaczęłam przysypiać, dokończyłam mycie, wytarłam się, rozczesałam mokre włosy z odżywką i umyłam zęby. Weszłam do pokoju i zobaczyłam bardzo uroczą scenę. Dymitr siedział na krześle, przy łóżeczkach i czytał dzieciom bajkę. Jednak one nie wyglądały na bardzo zmęczone.
- Twoja kolej. Ja cię zastąpię.- dotknęłam jego ramienia.
- Dobrze Roza.- pocałował mnie przelotne w usta i wyszedł z pokoju, a ja zajęłam jego poprzednie miejsce.
- Na czym to ten wasz tatuś skończył?- spytałam jakby miały mi odpowiedzieć. Zamiast tego, uśmiechały się radośnie, patrząc na mnie wielkimi oczkami. Znalazłam fragment, który usłyszałam, gdy weszłam.- Owieczka Beti poszła odwiedzić swoje przyjaciółki świnki. Świnki, tak jak owieczki mieszkają na farmie Sary. Prosiaczki, czyli małe świnki bardzo lubią bawić się w błocie...
I tak mniej więcej wyglądała cała książka. Zanim skończyłam czytać, maluchy słodko spały. Schowałam książeczkę do ich torby. W środku były głównie pieluchy, ubranka i kosmetyki dla dzieci. Okryłam maleństwa szczelniej kocykami i uchyliłam okno, bo zrobiło się ciepło. Położyłam się do łóżka i w tej chwili wszedł mój mąż. Sprawdził jak dzieci i położył się koło mnie.
- Cieszę się, że już są z nami. Nie mogę w to uwierzyć.- ekscytowałam się.
- Ja też Roza. To jest zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe.
- Piękne rzeczy też się zdarzają towarzyszu.
- Masz rację Roza. A teraz dobranoc.
- Dobranoc Towarzyszu.- ziewnęłam i odpłynęłam do krainy morfeusza.
- Dymitr, to jest dziewczynka.- zawiadomiłam, płacząc ze szczęścia. To moje dzieci. Nasze dzieci.
Ukochany stanął obok mnie, a na rękach trzymał naszego syna. Córeczka wpatrywała się w nas szeroko otworzonymi oczkami. Miała je po tacie. Za to ciemne, lekko pofalowane włosy były moją cechą. Zmarszczyła nosek, taki sam, jaki mogę podziwiać w lusterku. Zaśmiała się i uznałam, że złamie tym nie jedno serce, tak jak tatuś. Popatrzyłam na chłopca. On był przeciwieństwem siostry. Moje usta i oczy, a włosy i nos mojego męża.
Nagle dziewczynka zaczęła płakać.
- Ej, spokojnie.- mówiłam delikatnie.- Co się dzieje?
Pogłaskałam jej główkę, lecz to nie pomagało. Na domiar złego, brat poszedł w jej ślady. Zaczęłam panikować.
- Chyba są głodne.- podsunął strażnik.
- To trzeba je nakarmić.
Czym karmić takie małe dzieci? Mam kompletną pustkę w głowie.
- Roza, mleko.- uśmiechnął się Rosjanin.
No tak! Ale ze mnie idiotka.
- Muszę ją wziąć na ręce, prawda?- popatrzyłam niepewnie na delikatną jak laleczka istotkę.
- Nie inaczej. Spokojnie Roza. Poradzisz sobie.- wspierał mnie ukochany
- No dobrze.
Wyciągnęłam po nią ręce, nie wiedząc jak złapać. Cholera! Z Łuką jakoś dawałam radę. Nagle coś mnie olśniło.
- Poczekaj tu chwilę.- wyszłam, nie czekając na odpowiedź. Poszłam do naszego pokoju i wciągnęłam walizkę. Przebrałam się w luźną bluzkę i dresy, po czym, wróciłam do pokoju z dziećmi.
- Musiałam się przygotować.- podeszłam do łóżeczka córeczki.- Karmienie, podejście drugie.
Niepewnie złapałam ją za boki i podniosłam. Dziewczynka zdziwiona popatrzyła na mnie i dalej płakała. Ułożyłam ją sobie wygodnie na rękach i usiadłam na łóżku. Podwinęłam bluzkę i wsadziłam córce pierś do buzi. Od razu zaczęła ssać, patrząc na mnie pięknymi oczkami. Pod powiekami poczułam pieczenie. Trzymam na rękach i karmię moje własne dziecko. Jest taka śliczna. Nosiłam ją pod sercem całe dziewięć miesięcy. Podniosłam wzrok na męża. Patrzył na nas wzruszony, z miłością. Też płakał. Gdy już się najadła, mąż podał mi chłopca i usiadł z dziewczynką obłok mnie. Nas synek miał na sobie niebieskie śpioszki, ozdobione brązową wstawką w kształcie jaja, z biało czarnymi łatami na brzuchu. Zrobiłam z nim to samo, ale na drugiej piersi. W tym czasie, Dymitr położył sobie córkę na ramieniu i poklepywał ją po pleckach, póki jej się nie odbiło. Następnie wylądowała na jego kolanach, a on dotykał jej małych rączek. Po pokoju roznosił się jej słodki śmiech. Strażnik podniósł małą i na pierdział jej ustami w brzuszek. Ta jeszcze bardziej się zaśmiała. W tej chwili chłopiec uznał, że już się na jadł. Próbowałam zrobić tak samo, jak mój mąż z dziewczynką.
- Możesz trochę mocniej. Spokojnie. Nic mu się nie stanie.- ukochany złapał mi dłoń w nadgarstku i pokazał z jaką siłą mogę uderzać.
Przez ten krótki moment poczułam się podczas treningu w akademii. Chłopcu w końcu się odbiło, wiec sama zaczęłam się z nim bawić. Nagle coś mi się przypomniało.
- Zemdlałeś.- zaśmiałam się.
- Słucham?!- Rosjanin wydał się lekko zdezorientowany.
- Podczas porodu. Największy zakapiora na świecie mdleje, bo urodził mu się syn.- śmiałam się, a dzieci razem ze mną, jakby rozumiały, o czym rozmawiamy.
- Co innego zabijać, a co innego być świadkiem cudu narodzin.
- I to podwójne go cudu.- oparłam się o męża.- Trzeba wybrać im imiona.
- Masz jakieś propozycje?
- Niech on ma Amerykańskie, a ona Rosyjskie.
- To dobry pomysł. Proponuję, żeby to był John.
- Nie.- skrzywiłam się.- Od pewnego czasu się zastanawiam i może Lukas?
- Źle mi się kojarzy.- wyznał mój ukochany.
- Wspomnienia?
- Tak. To może... Gregory?
- Nie podoba mi się. Mu chyba też nie.- pokazałam na małego, wiercącego się na moich kolanach.- Może Felix?
- Mi się podoba.
- To teraz jesteś Felix.- podniosłam synka i poparłam nosem o jego nosek. Zaśmiał się, a Rosjanin patrzył na nas czule.
Córeczka upomniała się o uwagę, wierzgając nóżkami i trącając tatusia.
- O! Komuś już udziela się charakterek mamusi.- połaskotał ją.- A jak nazwać tą piękność?
- Nie znam tylu Rosyjskich imion, więc ty coś wymyśl.
- Co powiesz na Anastazję?
- Takie królewskie.- zauważyłam.
- Bo to będzie nasza mała księżniczka.- powiedział, podrzucając ją w powietrze i łapiąc. Dziewczynka zaśmiała się radością.
Jeszcze nigdy nie widziałam męża tak bardzo szczęśliwego. Co dziwne, że mówię to przynajmniej trzeci raz, odkąd jesteśmy razem, a to nie cały rok. I mam nadzieję, że jeszcze nie raz tak pomyślę. Nie powiem, pochlebia mi to. I teraz jesteśmy szczęśliwą rodziną w całości. Ta radość jest warta każdego cierpienia. Nagle zrobiłam się senna. Dopiero teraz, gdy już te emocje upadły, czuję jak bardzo jestem zmęczona. Przymknęłam oczy, opierając się o ukochanego. Jednak nie powstrzymałam ziewnięcia, które nie uszło jego uwadze.
- Dobra dzieci. Koniec zabawy, bo mamusia i tatuś mieli ciężki dzień i muszą iść spać.- powiedział, wstając i kładąc naszą ślicznotkę w łóżeczku.
Ja również wstałam, ale nie poszłam w ślady strażnika.
- Dymitr.- popatrzył na mnie pytająco.- Wolę żeby stały z nami w pokoju. Będę się lepiej czuła.
- Dobrze Roza.- podniósł puste łóżeczko i ruszył do wyjścia.- Dla ciebie wszystko.
Nie było duże, ani ciężkie, więc ta czynność nie wymagała wielkiej siły. Poszłam z Felixem za nim, a gdy mebel już stał, włożyłam do niego synka i przykryłam kocykiem. Na dobranoc jeszcze pocałowałam go w czółko, gdy zaczął ssać kciuk. Ostatni raz na niego popatrzyłam i wróciłam do poprzedniego pomieszczenia. Wyciągnęłam Nastkę, a mąż wziął jej łóżeczko. Zrobiłam z nią, tak samo jak z chłopcem. Następnie oboje dostali po buziaku od taty. Nie mogliśmy się od nich oderwać. Nie wierzę, że te dwa szkraby są owocem naszej miłości.
- Roza, idź pierwsza się kąp.
- Bo ty chcesz dłużej pobyć z dziećmi.- wystawiłam mu język, ale wyciągnęłam z walizki koszulę oraz kosmetyczkę i poszłam do łazienki.
Kąpiel po tym wszystkim była wspaniała. Czułam jak się relaksuję. Ale gdy zaczęłam przysypiać, dokończyłam mycie, wytarłam się, rozczesałam mokre włosy z odżywką i umyłam zęby. Weszłam do pokoju i zobaczyłam bardzo uroczą scenę. Dymitr siedział na krześle, przy łóżeczkach i czytał dzieciom bajkę. Jednak one nie wyglądały na bardzo zmęczone.
- Twoja kolej. Ja cię zastąpię.- dotknęłam jego ramienia.
- Dobrze Roza.- pocałował mnie przelotne w usta i wyszedł z pokoju, a ja zajęłam jego poprzednie miejsce.
- Na czym to ten wasz tatuś skończył?- spytałam jakby miały mi odpowiedzieć. Zamiast tego, uśmiechały się radośnie, patrząc na mnie wielkimi oczkami. Znalazłam fragment, który usłyszałam, gdy weszłam.- Owieczka Beti poszła odwiedzić swoje przyjaciółki świnki. Świnki, tak jak owieczki mieszkają na farmie Sary. Prosiaczki, czyli małe świnki bardzo lubią bawić się w błocie...
I tak mniej więcej wyglądała cała książka. Zanim skończyłam czytać, maluchy słodko spały. Schowałam książeczkę do ich torby. W środku były głównie pieluchy, ubranka i kosmetyki dla dzieci. Okryłam maleństwa szczelniej kocykami i uchyliłam okno, bo zrobiło się ciepło. Położyłam się do łóżka i w tej chwili wszedł mój mąż. Sprawdził jak dzieci i położył się koło mnie.
- Cieszę się, że już są z nami. Nie mogę w to uwierzyć.- ekscytowałam się.
- Ja też Roza. To jest zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe.
- Piękne rzeczy też się zdarzają towarzyszu.
- Masz rację Roza. A teraz dobranoc.
- Dobranoc Towarzyszu.- ziewnęłam i odpłynęłam do krainy morfeusza.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
środa, 31 sierpnia 2016
ROZDZIAŁ 231
Zdecydowanie za bardzo was rozpieszczam. No ale niech będzie. Łapcie.
___________________________________________________________
Dobra, muszę się skupić. Siadam na ziemi i podkurczam nogi pod brodę. Dymitr. Co może mi mówić to imię? Na pewno jest niesamowity. I przystojny. Dymitr. Imię chyba z Rosji. Więc czemu kojarzy mi się z dzikim zachodem? Dymitr. Kowboj. Strażnik Teksasu. Tak go chyba kiedyś nazwałam. TOWARZYSZ. Tak. To też on. Widzę jakieś obrazy. Piękne brązowe oczy, uśmiechające się i patrzące na mnie z miłością i uwielbieniem.
Dymitr. Mój Dymitr. On tam na mnie czeka, a ja siedzę tu i marnują czas. Zrywam się na równe nogi i rozglądam się dookoła, ale nadal jest ciemno.
- Dymitr! Dyyyyyymmiiiiiiiiitr!!!- krzyczę na całe gardło.
- Roza.- słyszę głos i biegnę w jego kierunku.
Tylko, że nie było żadnego jego źródła. Rozchodził się dookoła i nigdzie. Był taki aksamitny, delikatny, z Rosyjskim akcentem, ale jednocześnie przepełniony bólem i cierpieniem. To przeze mnie?
- Dymitr!
- Czemu Roza? Czemu nas zostawiłaś?- rozniósł się echem.
- Nie chciałam. Jestem tu. Dymitr.
- Dlaczego tak wcześnie? Nie poradzę sobie bez ciebie. Wróć do nas skarbie. Wróć. Błagam.
- Wrócę. Zrobię wszystko by wrócić. Obiecuję. Nie chcę tego wszystkiego, chcę tylko do was wrócić.- zdarłam z siebie sukienkę, zalana łzami.
Byłam naga, ale nikogo oprócz mnie nie było. Rzuciłam ją na posadzkę. Tylko czemu zabrzęczała przy spotkaniu z marmurem. Upadłam przy niej i zaczynam przeszukiwać materiał. Jest coś twardego. Z fald ubrania wyciągam sztylet. Cofam się o kilka kroków z bronią w dłoniach. Pamiętam. Dostałam go od Dymitra na święta. Muszę do niego wrócić. Zwróciłam ostrze w swoją pierś. Czy jestem w stanie to zrobić. Muszę. Dla Dymitra. Mojego ukochanego. Zamknęłam oczu i wbiłam sztylet. Zgięłam się w pół. To ból. Wielki ból. Chciałam krzyczeć, ale nie mogłam. Przebiłam sobie serce. Dymitr. Wszystko znikło. Zrobiło się jeszcze ciemniej, o ile to w ogóle możliwe. Nagle straciłam podłoże. Zaczęłam spadać na plecy. Nie byłam w stanie oddychać. Nie bałam się. Zamknęłam oczy i myślałam tylko o Dymitrze. Tuż przed zderzeniem z podłożem zawisłam w powietrzu i opadłam na miękkie łóżko. Nie czułam już bólu. Coś leżało na moim brzuchu. Z trudem zmusiłam ręce do pracy. Dłonią dotknęłam tego czegoś. Poczułam aksamitne włosy. Otworzyłam oczy. Skrzywiłam się i zamknęłam powieki, bo światło poraziła mnie w oczy. Była niby noc, a świeciła tylko lampka przy biurku, ale w porównaniu z poprzednią ciemnością, to był niebiański blask. Po woli ponowiłam próbę zobaczenia czegoś. Udało się. Na swoim brzuchu zobaczyłam śpiącego Dymitra. Był taki piękny. Bardzo chciało mi się pić, aż nie mogłam się odezwać. Zaczęłam szturchać męża. Bardzo twardo spał. Zaczęłam go mocniej uderzać.
- Zostawcie mnie.- powiedział gorzko.
Musiał bardzo cierpieć. Właściwie co się stało? Pamiętam atak na dom Bielikowa. Później zaczęłam rodzić, a potem ciemność. Zaczęłam drapać męża po głowie.
- Cholera, nie mówię po angielsku.- podniósł głowę i zabijał wszystkich wzrokiem.
Gdy nasze spojrzenia się spotkały, popatrzyłam na niego czule z miłością. Jednak strażnik odsuwa się ode mnie jak poparzony. W jego oczach widać strach, jakby zobaczył ducha. Czy naprawdę aż tak źle wyglądam?
- To sen, tak? Chce mnie omamić, sprawić więcej bólu?
Zaprzeczyłam, kręcąc głową, bo nie byłam w stanie wydobyć głosu.
- To nie możliwe. T...ty nie żyjesz. Czemu nic nie mówisz?
Żyję- chciałam powiedzieć a jedynie poruszałam bezdźwięcznie ustami. Od wysiłku zabolało mnie gardło. Złapałam się za nie i zaczęłam kaszleć.
- Wody.- udało mi się odezwać.
Dymitr spanikowany, rozglądał się po pokoju. Nie znalazłszy nic do picia wybiegł z pokoju. Po chwili wrócił ze szklanką. Podszedł do łóżka i drżącymi rękoma przyłożył mi ją do warg. Piłam łapczywie, a każdy łyk, był jak balsam dla bolącego gardła. Gdy opróżniłam naczynie, mąż je odłożył.
- Dziękuję.- odchrząknęłam, aby przywrócić głos do normalnego brzmienia.
- Ale jak to możliwe. Doktor mówiła, że zrobili wszystko, jednak nie dali rady. A teraz siedzisz tu cała i zdrowa.
Przytulił mnie, a z jego oczu ciekły łzy ulgi. Objęłam go, kołysząc na boki.
- Tak bardzo Cię kocham Roza. Nigdy mnie nie zostawiaj. Nie umiem żyć bez ciebie. Gdyby nie obietnice, które ci złożyłem, już dawno bym się zabił.- wyznał.
Aż się zatrzęsłam na jego słowa. Chyba pomyślał, że to z zimna, bo przykrył mnie kołdrą, na której leżałam. Dopiero teraz zauważyłam sukienkę, którą mam na sobie. Była niebieska z koronką na górze, rozkloszowana od pasa przed kolana.
- Ale co się stało?- spytałam, gdy położył się koło mnie.
Przyciągnęłam go do siebie, kładąc jego głowę, na swojej piersi. Teraz to on potrzebuje mojej bliskości. Ręką objął mnie w pasie, jakby bał się, że gdzieś mu ucieknę. Wtulił się we mnie, jak wystraszone dziecko do mamy. Dzieci! Co z nimi?
- Były jakieś powikłania nie wiem dokładnie.- wyjaśnił.
- A co z dziećmi?
- Były w ciężkim stanie, ale królowa i Oksana je uzdrowiły.
Lissa! No jasne. Chociaż wtedy nie miałyby siły pomóc dzieciom.
- Co się stało Roza?- Rosjanin patrzył na mnie uważnie. Musiał zauważyć moje nagłe ożywienie.
- Nic. Pomyślałam, że może Lissa mnie ożywiła, ale nie miała by siły nawet rany zasklepić, a co dopiero dziecko uleczyć.
- To ma sens...- zamyślił się strażnik.
- Jak to?- przecież przed chwilą powiedziałam, że to nie możliwe.
- Gdy byłem w szoku, powiedziała, że muszę wybrać między dziećmi. Ja się nie zgodziłem i powiedziałam, żeby się napiła. Tyle, że nie miała skąd więc...- pokazał mi dłoń, na której widniały ślady kłów.
- Dałeś się jej ugryźć?!- byłam w szoku.
- Dla was to ja bym nawet życie oddał. Ty zrobiłaś to samo, gdy Lissa chciała uratować Ozerę, pogryzionego przez psycho-ogary. I podziwiam Cię. Ja miałem styczność ze śliną moroja lub strzygi i już pomału się uzależniam. A ty przez całe dwa lata karmiłaś Królową, a później gdy Cię więziłem.- zaopatrzył się w jakiś odległy punkt.- Jesteś niezwykła Roza.
Pocałował mnie namiętnie, z uczuciem i tęsknotą.
- Mi też na początku jest trudno. I czuję to oczekiwanie zawsze, gdy zęby dotykają mojej tętnicy.- dotknęłam ręką wspomniane miejsce.- Dymitr. Chcę zobaczyć nasze dzieci.- powiedziałam.
- Ja też.- uśmiechnął się, schodząc z łóżka.
Pomógł mi się podnieść. Po chwili szliśmy ostrożnie do drzwi, żebym się nie wyrzuciła.
- Tylko cicho, bo wszyscy śpią. Nie rozumiem jak oni mogą spokojnie odpoczywać, gdy ja od zmysłów odchodziłem.
- A mnie interesuje ile osób wie co zrobiła Lissa i tylko czeka, aż się obudzę. Czekaj, to teraz znowu mamy więź.
- A czujesz ją?- spytał mój mąż, szczerze zainteresowany.
- Nie wiem. Skoro Lissa śpi, to nie mogę mieć pewności, że tak jest.
- Martwię się o ciebie.- wyznał.
- Mi nic nie będzie. Ale Lissa użyła dużo mocy. Duch jej się za to odwdzięczy.- skrzywiłam się na tą myśl.
- Roza.- Dymitr stanął naprzeciwko mnie.- Obiecaj mi, że nie będziesz zabierała od niej za dużo mroku. Nie chcę Cię stracić.
- Póki będziesz obok, będę bezpieczna. Nawet, albo zwłaszcza przed sobą.
- To prawda, Roza. Przy mnie, włos ci z głowy nie spadnie. Ale i tak nie chcę, żebyś zbyt się narażała.
- Dobrze.- popatrzył na mnie znacząco.- No obiecuję.- przewróciłam oczami.
Strażnik dumny z siebie, wziął mnie za rękę i poszliśmy do pokoju najbliżej naszego. Po cichu weszliśmy i naszym oczom ukazały się dwa łóżeczka.
___________________________________________________________
Dobra, muszę się skupić. Siadam na ziemi i podkurczam nogi pod brodę. Dymitr. Co może mi mówić to imię? Na pewno jest niesamowity. I przystojny. Dymitr. Imię chyba z Rosji. Więc czemu kojarzy mi się z dzikim zachodem? Dymitr. Kowboj. Strażnik Teksasu. Tak go chyba kiedyś nazwałam. TOWARZYSZ. Tak. To też on. Widzę jakieś obrazy. Piękne brązowe oczy, uśmiechające się i patrzące na mnie z miłością i uwielbieniem.
Dymitr. Mój Dymitr. On tam na mnie czeka, a ja siedzę tu i marnują czas. Zrywam się na równe nogi i rozglądam się dookoła, ale nadal jest ciemno.
- Dymitr! Dyyyyyymmiiiiiiiiitr!!!- krzyczę na całe gardło.
- Roza.- słyszę głos i biegnę w jego kierunku.
Tylko, że nie było żadnego jego źródła. Rozchodził się dookoła i nigdzie. Był taki aksamitny, delikatny, z Rosyjskim akcentem, ale jednocześnie przepełniony bólem i cierpieniem. To przeze mnie?
- Dymitr!
- Czemu Roza? Czemu nas zostawiłaś?- rozniósł się echem.
- Nie chciałam. Jestem tu. Dymitr.
- Dlaczego tak wcześnie? Nie poradzę sobie bez ciebie. Wróć do nas skarbie. Wróć. Błagam.
- Wrócę. Zrobię wszystko by wrócić. Obiecuję. Nie chcę tego wszystkiego, chcę tylko do was wrócić.- zdarłam z siebie sukienkę, zalana łzami.
Byłam naga, ale nikogo oprócz mnie nie było. Rzuciłam ją na posadzkę. Tylko czemu zabrzęczała przy spotkaniu z marmurem. Upadłam przy niej i zaczynam przeszukiwać materiał. Jest coś twardego. Z fald ubrania wyciągam sztylet. Cofam się o kilka kroków z bronią w dłoniach. Pamiętam. Dostałam go od Dymitra na święta. Muszę do niego wrócić. Zwróciłam ostrze w swoją pierś. Czy jestem w stanie to zrobić. Muszę. Dla Dymitra. Mojego ukochanego. Zamknęłam oczu i wbiłam sztylet. Zgięłam się w pół. To ból. Wielki ból. Chciałam krzyczeć, ale nie mogłam. Przebiłam sobie serce. Dymitr. Wszystko znikło. Zrobiło się jeszcze ciemniej, o ile to w ogóle możliwe. Nagle straciłam podłoże. Zaczęłam spadać na plecy. Nie byłam w stanie oddychać. Nie bałam się. Zamknęłam oczy i myślałam tylko o Dymitrze. Tuż przed zderzeniem z podłożem zawisłam w powietrzu i opadłam na miękkie łóżko. Nie czułam już bólu. Coś leżało na moim brzuchu. Z trudem zmusiłam ręce do pracy. Dłonią dotknęłam tego czegoś. Poczułam aksamitne włosy. Otworzyłam oczy. Skrzywiłam się i zamknęłam powieki, bo światło poraziła mnie w oczy. Była niby noc, a świeciła tylko lampka przy biurku, ale w porównaniu z poprzednią ciemnością, to był niebiański blask. Po woli ponowiłam próbę zobaczenia czegoś. Udało się. Na swoim brzuchu zobaczyłam śpiącego Dymitra. Był taki piękny. Bardzo chciało mi się pić, aż nie mogłam się odezwać. Zaczęłam szturchać męża. Bardzo twardo spał. Zaczęłam go mocniej uderzać.
- Zostawcie mnie.- powiedział gorzko.
Musiał bardzo cierpieć. Właściwie co się stało? Pamiętam atak na dom Bielikowa. Później zaczęłam rodzić, a potem ciemność. Zaczęłam drapać męża po głowie.
- Cholera, nie mówię po angielsku.- podniósł głowę i zabijał wszystkich wzrokiem.
Gdy nasze spojrzenia się spotkały, popatrzyłam na niego czule z miłością. Jednak strażnik odsuwa się ode mnie jak poparzony. W jego oczach widać strach, jakby zobaczył ducha. Czy naprawdę aż tak źle wyglądam?
- To sen, tak? Chce mnie omamić, sprawić więcej bólu?
Zaprzeczyłam, kręcąc głową, bo nie byłam w stanie wydobyć głosu.
- To nie możliwe. T...ty nie żyjesz. Czemu nic nie mówisz?
Żyję- chciałam powiedzieć a jedynie poruszałam bezdźwięcznie ustami. Od wysiłku zabolało mnie gardło. Złapałam się za nie i zaczęłam kaszleć.
- Wody.- udało mi się odezwać.
Dymitr spanikowany, rozglądał się po pokoju. Nie znalazłszy nic do picia wybiegł z pokoju. Po chwili wrócił ze szklanką. Podszedł do łóżka i drżącymi rękoma przyłożył mi ją do warg. Piłam łapczywie, a każdy łyk, był jak balsam dla bolącego gardła. Gdy opróżniłam naczynie, mąż je odłożył.
- Dziękuję.- odchrząknęłam, aby przywrócić głos do normalnego brzmienia.
- Ale jak to możliwe. Doktor mówiła, że zrobili wszystko, jednak nie dali rady. A teraz siedzisz tu cała i zdrowa.
Przytulił mnie, a z jego oczu ciekły łzy ulgi. Objęłam go, kołysząc na boki.
- Tak bardzo Cię kocham Roza. Nigdy mnie nie zostawiaj. Nie umiem żyć bez ciebie. Gdyby nie obietnice, które ci złożyłem, już dawno bym się zabił.- wyznał.
Aż się zatrzęsłam na jego słowa. Chyba pomyślał, że to z zimna, bo przykrył mnie kołdrą, na której leżałam. Dopiero teraz zauważyłam sukienkę, którą mam na sobie. Była niebieska z koronką na górze, rozkloszowana od pasa przed kolana.
- Ale co się stało?- spytałam, gdy położył się koło mnie.
Przyciągnęłam go do siebie, kładąc jego głowę, na swojej piersi. Teraz to on potrzebuje mojej bliskości. Ręką objął mnie w pasie, jakby bał się, że gdzieś mu ucieknę. Wtulił się we mnie, jak wystraszone dziecko do mamy. Dzieci! Co z nimi?
- Były jakieś powikłania nie wiem dokładnie.- wyjaśnił.
- A co z dziećmi?
- Były w ciężkim stanie, ale królowa i Oksana je uzdrowiły.
Lissa! No jasne. Chociaż wtedy nie miałyby siły pomóc dzieciom.
- Co się stało Roza?- Rosjanin patrzył na mnie uważnie. Musiał zauważyć moje nagłe ożywienie.
- Nic. Pomyślałam, że może Lissa mnie ożywiła, ale nie miała by siły nawet rany zasklepić, a co dopiero dziecko uleczyć.
- To ma sens...- zamyślił się strażnik.
- Jak to?- przecież przed chwilą powiedziałam, że to nie możliwe.
- Gdy byłem w szoku, powiedziała, że muszę wybrać między dziećmi. Ja się nie zgodziłem i powiedziałam, żeby się napiła. Tyle, że nie miała skąd więc...- pokazał mi dłoń, na której widniały ślady kłów.
- Dałeś się jej ugryźć?!- byłam w szoku.
- Dla was to ja bym nawet życie oddał. Ty zrobiłaś to samo, gdy Lissa chciała uratować Ozerę, pogryzionego przez psycho-ogary. I podziwiam Cię. Ja miałem styczność ze śliną moroja lub strzygi i już pomału się uzależniam. A ty przez całe dwa lata karmiłaś Królową, a później gdy Cię więziłem.- zaopatrzył się w jakiś odległy punkt.- Jesteś niezwykła Roza.
Pocałował mnie namiętnie, z uczuciem i tęsknotą.
- Mi też na początku jest trudno. I czuję to oczekiwanie zawsze, gdy zęby dotykają mojej tętnicy.- dotknęłam ręką wspomniane miejsce.- Dymitr. Chcę zobaczyć nasze dzieci.- powiedziałam.
- Ja też.- uśmiechnął się, schodząc z łóżka.
Pomógł mi się podnieść. Po chwili szliśmy ostrożnie do drzwi, żebym się nie wyrzuciła.
- Tylko cicho, bo wszyscy śpią. Nie rozumiem jak oni mogą spokojnie odpoczywać, gdy ja od zmysłów odchodziłem.
- A mnie interesuje ile osób wie co zrobiła Lissa i tylko czeka, aż się obudzę. Czekaj, to teraz znowu mamy więź.
- A czujesz ją?- spytał mój mąż, szczerze zainteresowany.
- Nie wiem. Skoro Lissa śpi, to nie mogę mieć pewności, że tak jest.
- Martwię się o ciebie.- wyznał.
- Mi nic nie będzie. Ale Lissa użyła dużo mocy. Duch jej się za to odwdzięczy.- skrzywiłam się na tą myśl.
- Roza.- Dymitr stanął naprzeciwko mnie.- Obiecaj mi, że nie będziesz zabierała od niej za dużo mroku. Nie chcę Cię stracić.
- Póki będziesz obok, będę bezpieczna. Nawet, albo zwłaszcza przed sobą.
- To prawda, Roza. Przy mnie, włos ci z głowy nie spadnie. Ale i tak nie chcę, żebyś zbyt się narażała.
- Dobrze.- popatrzył na mnie znacząco.- No obiecuję.- przewróciłam oczami.
Strażnik dumny z siebie, wziął mnie za rękę i poszliśmy do pokoju najbliżej naszego. Po cichu weszliśmy i naszym oczom ukazały się dwa łóżeczka.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
ROZDZIAŁ 230
Odeszła od nas. Na zawsze. Już nigdy jej nie zobaczę. Nawet nie byłem u niej. Bałem się. Bałem się tego co zobaczę. Moja ukochana. Mój skarb.
Niedawno mówiłem jej jak bardzo ją kocham, a teraz jej nie ma. Tyle zmieniła w moim życiu. Dzięki niej stałem się lepszy. A co jeśli bez niej znów stanę się zimnym, zamkniętym w sobie strażnikiem? Ona sprawiała, że pasowałem do tego świata. Teraz on jest pusty. Czuję się jakbym wirował w pustce między życiem, a jego iluzją. Ona leży gdzieś obok w którymś pokoju i pewnie wygląda jakby spała. Zasnęła na zawsze, wśród obcych ludzi. Powinienem być przy niej, wspierać ją. Dzieci też nie widziałem. Z imionami czekam. Na co? Natchnienia? Cud? Sam nie wiem. Nic nie ma sensu. Odkąd wróciliśmy, leżę zamknięty w naszym pokoju i myślę. Gdzie zrobiliśmy błąd? Czemu nie ma jej z nami? Tak mało przeżyła, tyle się wycierpiała. Tak walczyła o zostanie strażniczką, a nawet dnia nie spędziła na służbie. Zawsze chciała umrzeć w walce, a nie na szpitalnym łóżku. To nie był jej czas. Jeszcze nie. Więc czemu? Moje światełko. Kilka razy rozmawialiśmy, co jeśli umrę. Ale to co teraz czuję... Tego nie da się opisać. Czy Roza też tak cierpiała? Płaczę od pieprzonych dwudziestu czterech godzin. Nie robię nic innego, tylko płaczę. Użalam się nad sobą. Nawet pozycji nie zmieniłem. Potrzebuje pomocy. Jakoś się odstresować. Bez wahania dołączyłbym do niej, gdyby nie dzieci i obietnica złożona jej za życia. Mam pilnować Lissy.lDla mojej kruszyny wszystko. Cieszę się, że chociaż ten ostatni rok mogłem dać jej szczęście, na jakie zasługiwała całe życie. Korci mnie, aby się upić, ale to wcale nie pomaga. Boli jeszcze bardziej, a później kac. A Roza nie była by zadowolona. W końcu się zebrałem. Poszedłem do łazienki i umyłem twarz. Wszedłem do gościnnego. Siedziała tam Lissa i Sonia. Obie podniosły się na mój widok.
- Zostawcie nas samych.- nie poznawałem swojego głosu.
Dziewczyny przytaknęły i wyszły, zamykając drzwi. Na chwiejnych nogach podszedłem do łóżka. Leżała tam moja księżniczka. Była taka piękna. Ubrana w przepiękną sukienkę. Błękitny materiał sięgał jej od piersi do pasa, a dalej rozchodził się w halkę. Od biustu szła koronką, okrywająca jej ramiona.(↓) Padłem przed łóżkiem na kolana, jak do modlitwy. Z moich oczu ciekły łzy. Złapałem jej rękę i się w nią wtuliłem. Następnie położyłem się na łóżku, przytulając jej bezwładnie ciało. Już nigdy nie poczuję jej uścisku, pocałunków.
- Czemu Roza?- pytałem, jakby miała mi odpowiedzieć.- Czemu nas zostawiłaś? Dlaczego tak wcześnie? Nie poradzę sobie bez ciebie. Wróć do nas skarbie. Wróć. Błagam.- pocałowałem jej usta.- Zrobię cokolwiek pragniesz, tylko wróć.
Dalej ją całował składałem pocałunki na jej błahych dłoniach, nogach, brzuchu, twarzy. Sukienka już była mokra od moich słonych łez. Wyglądała jak anioł. Mój anioł. I tak wtulony w jej ciało zasnąłem. Nic dziwnego, skoro nie śpię z dwie doby. Sny miałem spokojne, o niej. Jak mogłem to wszystko zapomnieć. Czemu los odebrał światu takiego anioła. A babcia mnie uprzedzała. Jednak amnestia nie dała mi szans na psychiczne przygotowanie. Jednak, czy ta się przygotować na takie coś? Taką śmierć? Bo ja umarłem razem z nią. I tylko cząstka mnie musi żyć, bo ma dla kogo.
JA
Jestem w... W sumie nie wiem gdzie jestem. Jest tu tak ciemno. Nic nie pamiętam. Kim jestem? Co się stało? Skąd się tu wzięłam? Czuję jakbym była tu od zawsze, a jednak dotarłam tu przed chwilą. W mojej głowie są słowa i obrazy, ale nic nie znaczą. Oprócz dwóch. DYMITR i ROZA. wywołują u mnie emocje. Szybsze bicie serca, przyjemne dreszcze. Idę po czarnej marmurowej posadzce. Wszystko jest czarne, ale gdy spoglądam w dół, widzę swoje odbicie. Mam na sobie długą do ziemi, bufiastą, zieloną suknię. Na rozpuszczonych, ciemnych, opadających falami włosach widziała tiara z szmaragdami. Otaczał mnie zielony blask(↓). Czy jestem jakaś księżniczką? Bo tak się czuję. Na ręce miałam bransoletkę z wizerunkiem smoka. Była dla mnie ważna. Tak jak medalion na szyi. Czemu? Nie wiem. Westchnęłam cicho i ruszyłam dalej. Może tutaj znajdę odpowiedz na moje pytania. Nie wiem ile tak idę. Nogi zaczynają mnie boleć od tych butów. Postanowiłam je zdjąć. Gdy podniosłam suknię, oniemiałam. Diamentowe pantofle. Na pewno jestem kimś ważnym. Ale kim.
- Dokąd idziesz?- podskoczyłam na dźwięk nowego głosu. Myślałam, że jestem sama.
Spojrzałam na jego właścicielkę. Była to młoda kobieta. Od niej bił księżycowy blask, odpowiadający kolorowi jej sukni, która opadała luźno wzdłuż zgrabnego ciała, sprawiając, że nie wyglądała jak będą, a nawet dodawała jej wzrostu. Jednak bardzo zdziwiły mnie poroża, rosnące jej na głowie. Cerę miała bladą jak śnieg, a włosy niebieskie, jak suknia. Za to usta czerwone jak krew, a oczy czarne.
- Nie wiem.- poczułam się jak pięciolatka, która zgubiła rodziców.- A może ty wiesz gdzie jestem. I kim?
- To nie ma znaczenia. I tak jak wszystko wróci do normy, przypomnisz sobie wszystko i zapomnisz, że tu byłaś.
- Ale jak przywrócić to do normy. Ja nawet nie wiem co jest moją normą.
- Tego chyba nikt nie wie.- zaśmiała się. Jednak po chwili na nowo spoważniała.- Musisz tam wrócić. Twoja przyjaciółka zrobiła co mogła. Teraz ty musisz walczyć by to nie poszło na marne.
- Moja przyjaciółka?- nic nie pamiętam.
- Lissa. Czekają tam też inni. Lili, Sonia, Wiki, Karolina, Olena, Oksana, Zoja, Pawka, Łuka. Nawet Christian.- najgorsze, że te imiona nic mi nie mówią.- I oczywiście Dymitr.
DYMITR! Tak! To znam. Chcę wrócić do Dymitra, kimkolwiek jest. Ja go... kocham go! Tak! To miłość.
- Jak mam tam wrócić?- pytałam gorączkowo.- Jak wrócić do Dymitra.
- Myśl. Myśl o nim, aż będziesz go pamiętać.- oczy kobiety zabłysnęły.
Później wydało mi się, że aura wokół niej migocze, a następnie kobieta znikła, w białym świetle.
- Czekaj! Jak się nazywasz?- krzyknęłam zanim się rozpłynęła.
Luna- zabrzmiało mi w głowie.
___________________________________________________________
Pierwsza sukienka Rose
Druga suknia Rose
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
ROZDZIAŁ 229
Nie trzeba było mu dwa razy powtarzać. Podniósł mnie jak pannę młodą i szybko pobiegł do samochodu. Oddychałam szybko, krzycząc, co ja mówię, drąc się na całe gardło. Położył mnie ja tylnych siedzeniach i już chciał wsiąść z przodu, ale wyprzedziła go Karolina.
- Jesteś w szoku i możesz spowodować wypadek. Po za tym, ona bardziej cię potrzebuje z tyłu.
Pochwali pod głową czułam kolana. Mąż złapał mnie za dłoń.
- Oddychaj skarbie.- popatrzył na mnie czule.
- Staram się.- powiedziałam ciężko.
- Nie da się szybciej?- spytał siostry.
- Robię co mogę. Nie prze teleportujemy się tam od tak.
- Rose, co ile czujesz skurcze?- nawet nie zauważyłam, że Wiki też wsiadła.
Cieszyłam się, że jedzie z nami. Ale masakrycznie boli. Niech to się skończy. Wzięłam zegarek ukochanego. 1...2...3...
- Trzy i pół minuty.
- Trzymajcie się, prawie jesteśmy.
Dłużej tak nie wytrzymam. To trwa wieczność. Nagle samochód zatrzymał się z piskiem opon. Strażnik wyskoczył i wziął mnie na ręce.
- Dajcie wózek. Kobieta rodzi.- wrzeszczał.
W końcu wybiegły jakieś pielęgniarki z wózkiem inwalidzkim. Mąż posadził mnie w nim.
- Szybko na porodówkę.- powiedziała jakaś lekarka.
Tam położono mnie na łóżku i jakimś cudem przegrali w koszulę. Bielikow usiadł koło mnie i złapał moją dłoń.
Przy każdym skurczu ściskałam ją mocno. Z trudnością łapałam oddech.
- Spokojnie, zaraz zaczniemy.- powiedziała ta sama lekarka.- Rozwarcie odpowiednie. Teraz proszę oddychać głęboko.- pokiwałam głową.- Uwaga! I przyj!
Zaczęłam rodzic. Leżałam tam nie wiem, jak długo, a końca nie było widać
- Dasz radę Roza.- aksamitny głos dodawał mi otuchy.
- Już widać główkę. Jeszcze trochę.
To był wielki ból. Cała się lepiłam od potu. Cholera, czemu to tak długo trwa. Nagle po sali rozniósł się płacz.
- Odciąć pępowinę.- krótkie polecenie.- Chłopczyk.
Chłopczyk. Mam syna. Nie mogę uwierzyć.
- Сын (syn).- szepnął Rosjanin i zemdlał.
I taka pomoc ze strony mężczyzn. Wielki strażnik zemdlał przy porodzie żony. Zaśmiałabym się, gdyby nie wielce ogarniające mnie zmęczenie. A to jeszcze nie koniec. Następny skurcz.
- Pani doktor, jeszcze jedno.- poinformowała pielęgniarka.
- Dobrze. Proszę tego pana zabrać i dać mu jakąś wodę.
- Tak jest.
Następny skurcz. I znowu godziny bólu.
- Widać głowę.
Jednak nie mogłam złapać oddechu.
- Co się dzieje? Co to jest? Krew?! Cholera Jasna.
Przed oczami zaczęły latać mi mroczki i straciłam przytomność.
DYMITR
- Halo, proszę pana.- poczułem lekkie uderzenia na policzku.
- Mam syna.- powiedziałem szczęśliwy, błądząc nieprzytomny wzrokiem.
- Gratuluję panu. A teraz proszę się napić.- młoda pielęgniarka podała mi wody.
Wypiłem wszystko jednym chaustem i zgniotłem posty kubeczek.
- Mam syna.
- Siostro. Potrzebna pomoc.- z sali Rozy wybiegła inna pielęgniarka, a ta stojąca przy mnie pobiegła.
Roza. Moja Roza. Szybko się podniosłem, co było wielkim błędem. Zaczęło wirować mi w głowie. Gdy świat się w końcu zatrzymał, ruszyłem szybko do sali. Jednak przed drzwiami zostałem zatrzymany.
- Nie może pan tam wejść.- to była pielęgniarka
- Jak to, nie mogę tam wejść?! Moja żona tam rodzi, do cholery!- wkurzyłem się.
- Proszę się uspokoić. Stan pana żony jest ciężki. Czy pacjentka skarżyła się ostatnio na coś niepokojącego?- spytała.
Jednak nie dotarło to do mnie. Mojej Rozie coś jest?! Zrobiło mi się słabo i poparłem się ściany. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że kobieta czeka na odpowiedz.
- N...nie. Nie pamiętam, żeby coś było nie tak.
- Mówiła, że co jakiś czas miała takie skurcze.- odezwała się moja matka.
Reszta jechała dwoma samochodami za nami. Jednym moich sióstr, drugi Marka i Oksana. Dlatego nasza grupa powiększyła się o dwie osoby. Zdziwiłem się. Czemu Roza mi nic nie powiedziała? Może nie chciała mnie martwić? Ale cholera jasna! Choć raz mogła by pomyśleć o dzieciach. To mogło być coś niebezpiecznego. Moja kochana Roza.
- Muszę ją zobaczyć.
- Nie może pan.
- Ale to moja żona.
- Dymitr.- moją uwagę zwróciła królowa.- Uspokój się, bo tak niczego nie załatwisz. Musimy czekać.- mówiła łagodnie, takim delikatnym głosem.
Miała rację. Nic tak nie załatwię. Powinienem dać pracować lekarzom. Usiadłem i czekałem. Nie wiem ile. Czas nie ma znaczenia. Liczy się moja Roza. Jest całym moim życiem. Ukryłem twarz w dłoniach.
Lissa usiadła przy mnie.
- Wiem, że ci ciężko. Tak samo się o nią boję.
Popatrzyłem na nią zbolałym wzrokiem.
- Ona tam cierpi. Ja to wiem i jest zupełnie sama. Boję się.- wyznałem.
Królowa objęła mnie, a ja schowałem twarz w jej ramieniu. Trochę mnie to uspokoiło. Czułem, że po odmienieniu, łączy nas taka dziwna więź. Bardziej była mi jak matka. Dała mi drugą szansę. Szansę na lepsze życie. Będę jej za to wiecznie wdzięczny.
- Użyłaś na mnie wpływu.- zauważyłem, odsuwając się od niej.
- Tak.- westchnęła ciężko.- Nie lubię tego robić, ale inaczej byś się nie uspokoił. W twojej aurze... musiałam to zrobić.
Nie dopytywałem dalej. Siedzieliśmy tak wtuleni w siebie i pocieszający się nawzajem. Obok nas usiadła Lili. Ona też to przeżywa. Pawka przytulił ją mocno. Nikt się nie odezwał. Nawet Łuka tylko patrzył smutnym wzrokiem w ciszy. Nagle z sali wyszła lekarka. Jej mina nie zwiastowała nic dobrego. Razem z Dragomirówną zerwaliśmy się z krzeseł.
- Nie mam najlepszych wieści. Dzieci są w ciężkim stanie, a matka...- pokręciła głową.- Robiliśmy co w naszej mocy.
- To znaczy, że ona...- nie mogłem dokończyć. Nie umiałem.
- Przykro mi.
Zrobiło mi się słabo. Oparłem się o ścianę. Dziewczyny i dzieci zaczęły płakać. Po całym szpitalu rozniósł się ich lament. A ja. Siedziałem patrząc pusto w ścianę. Wróciło. Wszystko wróciło. Pamiętam najmniejszy szczegół ostatnich dziesięciu miesięcy. Ale co z tego? Moja Różyczka nie żyje. Umarła. A moje serce z nią.
- Oksana, mogę cię prosić.-z sali wybiegła Lissa. Musiała wiec chwilę po dowiedzeniu się.
- Dymitr.- usłyszałem gdzieś z daleka.
- Roza?- spytałem nieprzytomnie.
- Nie to ja Lissa.
- Roza? Gdzie moja Roza?- zacząłem płakać.Straciłem swój świat. Już nigdy nie usłyszę jej śmiechu, żadnej kąśliwej uwagi, nie zobaczę pięknych oczu, nie dotknę włosów, nie poczuję perfum.
- Tak ładnie paaaachniaaaaałaaaaa.- zawyłem.
- Dymitr proszę skup się. Tu chodzi cholera o Twoje dzieci.
Dzieci. Ja mam dzieci. Mieliśmy my mieć dzieci, a teraz zostałem ze wszystkim sam.
- Ona była taka młoda. Za dużo wycierpiała.
Nagle poczułem uderzenie i pieczenie na policzku. Mój wzrok się skupił i zobaczyłem roztrzęsioną morojkę.
- Wybacz Dymitr, ale choć na chwilę się skup. Chcemy uratować twoje dzieci, ale brakuje nam sił. Przykro mi, ale musisz wybrać.
Wybrać?! Mam stracić drogą najważniejszą osobę?! Czy ona żartuje.
- Nie będę wybierać! Uratuje oboje!
- Nie mam siły. Przykro mi.
- A nie możesz się napić.
- Karmiciele nie zdążą na czas.
O nie. Nie zabierzesz mi następnej osoby. Co na moim miejscu zrobiłaby Roza? Wiedziałem co. Coś tak szalonego, że aż potępionego. Ale robiła to, by uratować życie bliskiej osoby. Ja też. Próbowałem odpiąć guziki mankietów, ale nie dałem rady, więc podałem rękawy. Królowa patrzyła na mnie zszokowana.
- Pij.- podałem jej rękę.
- Dymitr, jesteś pewny...
- Tu chodzi o moje dzieci.
Zamknąłem oczy, czekając na ugryzienie. Poczułem na ręce delikatne dłonie morojki, a następnie ból przewijania skóry. Jednak szybko zastąpiła go radość i stan uniesienia. Czułem to trzeci raz i przeraża mnie tęsknota za tym. Zaczynam się uzależniać. Nagle to wszystko znikło. Królowa poszła, a ja zacząłem płakać.
___________________________________________________________
Mam nadzieję, że mnie za to nie zabijecie. Na co ja się łudzę. Ale może udobrucha was trzeci rozdział wieczorem. Mam nadzieję. Kocham was.💖💖💖💖
- Jesteś w szoku i możesz spowodować wypadek. Po za tym, ona bardziej cię potrzebuje z tyłu.
Pochwali pod głową czułam kolana. Mąż złapał mnie za dłoń.
- Oddychaj skarbie.- popatrzył na mnie czule.
- Staram się.- powiedziałam ciężko.
- Nie da się szybciej?- spytał siostry.
- Robię co mogę. Nie prze teleportujemy się tam od tak.
- Rose, co ile czujesz skurcze?- nawet nie zauważyłam, że Wiki też wsiadła.
Cieszyłam się, że jedzie z nami. Ale masakrycznie boli. Niech to się skończy. Wzięłam zegarek ukochanego. 1...2...3...
- Trzy i pół minuty.
- Trzymajcie się, prawie jesteśmy.
Dłużej tak nie wytrzymam. To trwa wieczność. Nagle samochód zatrzymał się z piskiem opon. Strażnik wyskoczył i wziął mnie na ręce.
- Dajcie wózek. Kobieta rodzi.- wrzeszczał.
W końcu wybiegły jakieś pielęgniarki z wózkiem inwalidzkim. Mąż posadził mnie w nim.
- Szybko na porodówkę.- powiedziała jakaś lekarka.
Tam położono mnie na łóżku i jakimś cudem przegrali w koszulę. Bielikow usiadł koło mnie i złapał moją dłoń.
Przy każdym skurczu ściskałam ją mocno. Z trudnością łapałam oddech.
- Spokojnie, zaraz zaczniemy.- powiedziała ta sama lekarka.- Rozwarcie odpowiednie. Teraz proszę oddychać głęboko.- pokiwałam głową.- Uwaga! I przyj!
Zaczęłam rodzic. Leżałam tam nie wiem, jak długo, a końca nie było widać
- Dasz radę Roza.- aksamitny głos dodawał mi otuchy.
- Już widać główkę. Jeszcze trochę.
To był wielki ból. Cała się lepiłam od potu. Cholera, czemu to tak długo trwa. Nagle po sali rozniósł się płacz.
- Odciąć pępowinę.- krótkie polecenie.- Chłopczyk.
Chłopczyk. Mam syna. Nie mogę uwierzyć.
- Сын (syn).- szepnął Rosjanin i zemdlał.
I taka pomoc ze strony mężczyzn. Wielki strażnik zemdlał przy porodzie żony. Zaśmiałabym się, gdyby nie wielce ogarniające mnie zmęczenie. A to jeszcze nie koniec. Następny skurcz.
- Pani doktor, jeszcze jedno.- poinformowała pielęgniarka.
- Dobrze. Proszę tego pana zabrać i dać mu jakąś wodę.
- Tak jest.
Następny skurcz. I znowu godziny bólu.
- Widać głowę.
Jednak nie mogłam złapać oddechu.
- Co się dzieje? Co to jest? Krew?! Cholera Jasna.
Przed oczami zaczęły latać mi mroczki i straciłam przytomność.
DYMITR
- Halo, proszę pana.- poczułem lekkie uderzenia na policzku.
- Mam syna.- powiedziałem szczęśliwy, błądząc nieprzytomny wzrokiem.
- Gratuluję panu. A teraz proszę się napić.- młoda pielęgniarka podała mi wody.
Wypiłem wszystko jednym chaustem i zgniotłem posty kubeczek.
- Mam syna.
- Siostro. Potrzebna pomoc.- z sali Rozy wybiegła inna pielęgniarka, a ta stojąca przy mnie pobiegła.
Roza. Moja Roza. Szybko się podniosłem, co było wielkim błędem. Zaczęło wirować mi w głowie. Gdy świat się w końcu zatrzymał, ruszyłem szybko do sali. Jednak przed drzwiami zostałem zatrzymany.
- Nie może pan tam wejść.- to była pielęgniarka
- Jak to, nie mogę tam wejść?! Moja żona tam rodzi, do cholery!- wkurzyłem się.
- Proszę się uspokoić. Stan pana żony jest ciężki. Czy pacjentka skarżyła się ostatnio na coś niepokojącego?- spytała.
Jednak nie dotarło to do mnie. Mojej Rozie coś jest?! Zrobiło mi się słabo i poparłem się ściany. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że kobieta czeka na odpowiedz.
- N...nie. Nie pamiętam, żeby coś było nie tak.
- Mówiła, że co jakiś czas miała takie skurcze.- odezwała się moja matka.
Reszta jechała dwoma samochodami za nami. Jednym moich sióstr, drugi Marka i Oksana. Dlatego nasza grupa powiększyła się o dwie osoby. Zdziwiłem się. Czemu Roza mi nic nie powiedziała? Może nie chciała mnie martwić? Ale cholera jasna! Choć raz mogła by pomyśleć o dzieciach. To mogło być coś niebezpiecznego. Moja kochana Roza.
- Muszę ją zobaczyć.
- Nie może pan.
- Ale to moja żona.
- Dymitr.- moją uwagę zwróciła królowa.- Uspokój się, bo tak niczego nie załatwisz. Musimy czekać.- mówiła łagodnie, takim delikatnym głosem.
Miała rację. Nic tak nie załatwię. Powinienem dać pracować lekarzom. Usiadłem i czekałem. Nie wiem ile. Czas nie ma znaczenia. Liczy się moja Roza. Jest całym moim życiem. Ukryłem twarz w dłoniach.
Lissa usiadła przy mnie.
- Wiem, że ci ciężko. Tak samo się o nią boję.
Popatrzyłem na nią zbolałym wzrokiem.
- Ona tam cierpi. Ja to wiem i jest zupełnie sama. Boję się.- wyznałem.
Królowa objęła mnie, a ja schowałem twarz w jej ramieniu. Trochę mnie to uspokoiło. Czułem, że po odmienieniu, łączy nas taka dziwna więź. Bardziej była mi jak matka. Dała mi drugą szansę. Szansę na lepsze życie. Będę jej za to wiecznie wdzięczny.
- Użyłaś na mnie wpływu.- zauważyłem, odsuwając się od niej.
- Tak.- westchnęła ciężko.- Nie lubię tego robić, ale inaczej byś się nie uspokoił. W twojej aurze... musiałam to zrobić.
Nie dopytywałem dalej. Siedzieliśmy tak wtuleni w siebie i pocieszający się nawzajem. Obok nas usiadła Lili. Ona też to przeżywa. Pawka przytulił ją mocno. Nikt się nie odezwał. Nawet Łuka tylko patrzył smutnym wzrokiem w ciszy. Nagle z sali wyszła lekarka. Jej mina nie zwiastowała nic dobrego. Razem z Dragomirówną zerwaliśmy się z krzeseł.
- Nie mam najlepszych wieści. Dzieci są w ciężkim stanie, a matka...- pokręciła głową.- Robiliśmy co w naszej mocy.
- To znaczy, że ona...- nie mogłem dokończyć. Nie umiałem.
- Przykro mi.
Zrobiło mi się słabo. Oparłem się o ścianę. Dziewczyny i dzieci zaczęły płakać. Po całym szpitalu rozniósł się ich lament. A ja. Siedziałem patrząc pusto w ścianę. Wróciło. Wszystko wróciło. Pamiętam najmniejszy szczegół ostatnich dziesięciu miesięcy. Ale co z tego? Moja Różyczka nie żyje. Umarła. A moje serce z nią.
- Oksana, mogę cię prosić.-z sali wybiegła Lissa. Musiała wiec chwilę po dowiedzeniu się.
- Dymitr.- usłyszałem gdzieś z daleka.
- Roza?- spytałem nieprzytomnie.
- Nie to ja Lissa.
- Roza? Gdzie moja Roza?- zacząłem płakać.Straciłem swój świat. Już nigdy nie usłyszę jej śmiechu, żadnej kąśliwej uwagi, nie zobaczę pięknych oczu, nie dotknę włosów, nie poczuję perfum.
- Tak ładnie paaaachniaaaaałaaaaa.- zawyłem.
- Dymitr proszę skup się. Tu chodzi cholera o Twoje dzieci.
Dzieci. Ja mam dzieci. Mieliśmy my mieć dzieci, a teraz zostałem ze wszystkim sam.
- Ona była taka młoda. Za dużo wycierpiała.
Nagle poczułem uderzenie i pieczenie na policzku. Mój wzrok się skupił i zobaczyłem roztrzęsioną morojkę.
- Wybacz Dymitr, ale choć na chwilę się skup. Chcemy uratować twoje dzieci, ale brakuje nam sił. Przykro mi, ale musisz wybrać.
Wybrać?! Mam stracić drogą najważniejszą osobę?! Czy ona żartuje.
- Nie będę wybierać! Uratuje oboje!
- Nie mam siły. Przykro mi.
- A nie możesz się napić.
- Karmiciele nie zdążą na czas.
O nie. Nie zabierzesz mi następnej osoby. Co na moim miejscu zrobiłaby Roza? Wiedziałem co. Coś tak szalonego, że aż potępionego. Ale robiła to, by uratować życie bliskiej osoby. Ja też. Próbowałem odpiąć guziki mankietów, ale nie dałem rady, więc podałem rękawy. Królowa patrzyła na mnie zszokowana.
- Pij.- podałem jej rękę.
- Dymitr, jesteś pewny...
- Tu chodzi o moje dzieci.
Zamknąłem oczy, czekając na ugryzienie. Poczułem na ręce delikatne dłonie morojki, a następnie ból przewijania skóry. Jednak szybko zastąpiła go radość i stan uniesienia. Czułem to trzeci raz i przeraża mnie tęsknota za tym. Zaczynam się uzależniać. Nagle to wszystko znikło. Królowa poszła, a ja zacząłem płakać.
___________________________________________________________
Mam nadzieję, że mnie za to nie zabijecie. Na co ja się łudzę. Ale może udobrucha was trzeci rozdział wieczorem. Mam nadzieję. Kocham was.💖💖💖💖
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
ROZDZIAŁ 228
- Dymitr choć szybciej, bo się spóźnimy.- poganiałam męża.
- Skarbie, to królewski samolot. Na niego nie da się spóźnić.- powiedział wychodząc z kuchni i biorąc w pośpiechu walizki.
- Ale da się spóźnić na spotkanie z królową.
- Lepiej sprawdzić czy wszystko jest wyłączone i się spóźnić, niż nie mieć do czego wracać.
Wyszliśmy i ukochany zamknął dom.
- Przecież i tak Jill z Eddym mają przychodzić i podlewać kwiaty.
- Pozorny ubezpieczony.- wsadził walizki do bagażnika i usiadł obok mnie za kierownicą.
- Niech ci będzie. Lili zapnij pasy.- przypomniałam siostrze, sama to robiąc.- No to Rosjo. Nadchodzimy.
Na Dworskim lotnisku już na nas czekała królowa i jej pachołek Christian. Oczywiście była też reszta ich świty. W sumie my też nią jesteśmy
- Hej. Gotowi w podróż na Arktykę.- zażartowałam.
Dymitr tylko pokręcił głową obejmując mnie w pasie.
- Bez przesady.- zaoponowała Sydney.- Ten rejon Syberii nie jest aż tak zimny.
- Odkąd pamiętam, wyobrażenie Rose o moim domu, to skuta lodem ziemia, z mnóstwem iglo.- wszyscy się zaśmialiśmy.
- Jak wrócić chcę widzieć małe Rose lub Dymitry.- przytulił mnie Jill.
- No wiadomo. Bez tego to mi się nawet nie pokazuj na oczy.- dodała Mia.
- Powodzenia mała dampirzyco.- następnym żegnającym okazał się Adrian.
- Hathaway tylko, żeby więcej rozumu od mamy miały.- Mason zamknął mnie w niedźwiedzim uścisku.
Gdy tylko się odsunął, trzepnęłam go w głowę.
- Mam więcej rozumu, niż ci się zdaje.- prychnęłam.
- Jasne.- mruknął Eddy i również oberwał.
Wszyscy zaczęli się śmiać. Nawet mój mąż nie powstrzymał chichotu. Szybko odwróciłam się do niego, a on się spiął.
- I ty przeciwko mnie Brutusie?- skrzyżowałam ręce na piersiach.
- Nie, no Roza. Ja nie śmieje się z ciebie...- zaczął się gorączkowo bronić.
- Tylko z tego co o mnie mówią. Dość kolego. Za karę siadamy osobno.- odwróciłam się do niego tyłem.
- Ale Roza...- wystraszył się.
- Żadnego ale.- wzięłam Lissę pod ramię i pociągnęłam do samolotu. Po kilku krokach przystanęłam i zwróciłam się przez ramię do oszołomiony przyjaciół.- A co do dzieci, to nie zależy ode mnie.- i poszłyśmy dalej.
Lissa zaczęła chichotać, a gdy byłyśmy już na pokładzie obie wybuchłyśmy śmiechem.
- Ty tak na serio?- spytała morojka.
- Nie wiem. Na razie tak. Chodź.- pociągnęłam ją na siedzenie dwuosobowe.
Lissa usiadła pod oknem, bo ja pewnie i tak zasnę, a tak nie będzie mogła się zamienić z Dymitrem. Nie przemyślałam jednak innej opcji. Już przysypiałam, kiedy ktoś odpiął mi pasy. Zanim zdążyłam się zorientować co się dzieje wisiałam w powietrzu na ramieniu strażnika i patrzyłam na Ozerę, któremu chytry uśmiech nie schodził z ust.
- Dzięki Bielikow.- pomachał mi i zajął moje poprzednie miejsce.
- Towarzyszu, lepiej mnie puść.- zaczęłam go bić po plecach, na co tylko się zaśmiał.
- Skoro sobie tak życzysz.
Posadził mnie po drugiej stronie samolotu, pod oknem, a sam usiadł obok mnie. Odwróciłam się do niego tyłem, udając, że jestem zła. Dymitr próbował mnie udobruchać, ale ja go zbywałam, a później zasnęłam. Nie wiem kiedy się obudziłam, ale wiem gdzie. W ramionach męża. Zaczęłam go szturchać, ale spał jak kamień.
- Towarzyszu.- szeptałam ,ale nadal nic.- Dymitr.- głośniej.- Bielikow wstawaj!!- wrzasnęłam na cały samolot.
Aż się para królewska na nas popatrzyła. Strażnik aż podskoczył, rozglądając się dookoła.
- Roza co się dzieje?- spytał zaskoczony. Słodko wygląda taki świeżo obudzony.
- Nie tylko pytam się co do cholery tu robię. Bo z tego co pamiętam, to zasnęłam tam.- wskazałam na siedzenie obok.
- Ale tylko tak mogłem się w ciebie wtulić.- powiedział przeciągając się.- Tylko po to mnie obudziłaś?
- Nie. Jeśli nie mamy opóźnienia, to za chwilę lądujemy.- odparłam.
- Okey.
Tak jak mówiła, wylądowaliśmy o czasie. Na lotnisku już czekało na nas auto. Wsiedliśmy do niego, ja z Rosjaninem z przodu, a Reszta z tyłu. Oczywiście znowu, to nie mi było dane kierować. Po kilku godzinach jazdy, staliśmy na podjeździe do rodzinnego domu Bielikowa. Już chciałam wysiąść i wyprostować nogi, ale zatrzymał mnie strażnik.
- Zostańcie w aucie. Coś tu jest nie tak.
Sama zaczęłam się rozglądać. Było cicho i jakoś pusto. Mimo, że to mała wioska, nawet w nocy tętni życiem. Zauważyłam jedno zapalone światło w domu. Po chwili zgasło. Siedzieliśmy w skupieni. Serce biło mi jak oszalałe, od adrenaliny. Nagle ktoś pojawił się w szybie po mojej strony. Krzyknęliśmy.
- Ciii!!! To ja- szepnęła moja szwagierka.
- Wiki?! Czemu nas tak straszysz?- oburzył się jej brat, wysiadając.
- W wiosce są strzygi.- krótkie zdanie, a sprawiło, że z Dymitrem się spięliśmy.- Na razie walki są ma obrzeżach, ale w każdej chwili mogą się tu pojawić. Chodźcie do domu.
Wsiedliśmy. Mój mąż szedł z przodu, a Wiki z tyłu, żeby nas osłaniać. Weszliśmy do budynku i przywitała nas reszta rodziny.
- Ja śię boję.- Zoja przyczepiła się do mojej nogi.
Przykucnęłam przed wystraszoną dziewczynką.
- Nie bój się. Wuja Dimka nas obroni.- zapewniłam, a ona się przytuliła.
Nagle ktoś uderzył w drzwi. Dzieci krzyknęły.
- Wszyscy ja górę.- rozkazał strażnik.
Ruszyliśmy do schodów.
- Szybciej!- ponaglała nas Olena.
Gdy skończyliśmy wspinaczkę, rozległ się trzask drewna i odgłosy walki.
Zamknęłyśmy się w "naszym" pokoju. Zoja wtulała się w mamę, Pawka i Lili w siebie, a Łuka kręcił się niespokojnie na kolanach Soni, płacząc.
- Mogą nas usłyszeć. Ucisz go.- poprosiła Karolina, przysługujących się, co słychać za drzwiami.
- Próbuję, ale to nie jest łatwe.- odpowiada jej młodsza siostra.
Siadam przy niej i dziecku. Blondynek płacząc, wyciąga do mnie rączki. Biorę go na kolana, a on wtula się w mój brzuch. Widać, że to go uspokaja. W końcu zmęczony paniką, zasypia. Oddaję go szwagierce i idę do okna. Wszędzie są walczący. Ale chyba uda im się odeprzeć atak. Nagle łapie mnie straszny skurcz. Akurat teraz sobie znalazły czas. Zginam się w pół i zacisnęłam mocno zęby
- Cisza. - ucieszyła się starsza Bielikówna.- Koniec walki. Chyba wygrali.
Reszta odetchnęła z ulgą.
- Rose, co się dzieje?- wystraszyła się Lissa.
- Nic.- próbowałam złapać oddech.- To tylko skurcz.
- Może radzisz.- wystraszyła się Sonia.
-Wątpię. Co jakiś czas mnie łapią. Po za tym, termin mam za dwa tygodnie.
Następny. Syknęłam z bólu.
- Rose urodziłam czwórkę dzieci i nigdy nie miałam skurczy.- zaniepokoiła się Olena.
Wszystkie patrzyły na mnie zmartwione.
Po chwili tak mnie zabolało, że mój krzyk słyszała chyba cała wioska. Na nogach poczułam coś mokrego.
- Ciocia śię posiusiała.- zaśmiała się Zoja.
Popatrzyłam wystraszona na kałuże pod sobą, a później na zszokowane miny reszty. Nagle do pokoju wpadł wystraszony Dymitr.
- Roza, słyszałem krzyk. Co się dzieje?
- Ja rodzę.
- Skarbie, to królewski samolot. Na niego nie da się spóźnić.- powiedział wychodząc z kuchni i biorąc w pośpiechu walizki.
- Ale da się spóźnić na spotkanie z królową.
- Lepiej sprawdzić czy wszystko jest wyłączone i się spóźnić, niż nie mieć do czego wracać.
Wyszliśmy i ukochany zamknął dom.
- Przecież i tak Jill z Eddym mają przychodzić i podlewać kwiaty.
- Pozorny ubezpieczony.- wsadził walizki do bagażnika i usiadł obok mnie za kierownicą.
- Niech ci będzie. Lili zapnij pasy.- przypomniałam siostrze, sama to robiąc.- No to Rosjo. Nadchodzimy.
Na Dworskim lotnisku już na nas czekała królowa i jej pachołek Christian. Oczywiście była też reszta ich świty. W sumie my też nią jesteśmy
- Hej. Gotowi w podróż na Arktykę.- zażartowałam.
Dymitr tylko pokręcił głową obejmując mnie w pasie.
- Bez przesady.- zaoponowała Sydney.- Ten rejon Syberii nie jest aż tak zimny.
- Odkąd pamiętam, wyobrażenie Rose o moim domu, to skuta lodem ziemia, z mnóstwem iglo.- wszyscy się zaśmialiśmy.
- Jak wrócić chcę widzieć małe Rose lub Dymitry.- przytulił mnie Jill.
- No wiadomo. Bez tego to mi się nawet nie pokazuj na oczy.- dodała Mia.
- Powodzenia mała dampirzyco.- następnym żegnającym okazał się Adrian.
- Hathaway tylko, żeby więcej rozumu od mamy miały.- Mason zamknął mnie w niedźwiedzim uścisku.
Gdy tylko się odsunął, trzepnęłam go w głowę.
- Mam więcej rozumu, niż ci się zdaje.- prychnęłam.
- Jasne.- mruknął Eddy i również oberwał.
Wszyscy zaczęli się śmiać. Nawet mój mąż nie powstrzymał chichotu. Szybko odwróciłam się do niego, a on się spiął.
- I ty przeciwko mnie Brutusie?- skrzyżowałam ręce na piersiach.
- Nie, no Roza. Ja nie śmieje się z ciebie...- zaczął się gorączkowo bronić.
- Tylko z tego co o mnie mówią. Dość kolego. Za karę siadamy osobno.- odwróciłam się do niego tyłem.
- Ale Roza...- wystraszył się.
- Żadnego ale.- wzięłam Lissę pod ramię i pociągnęłam do samolotu. Po kilku krokach przystanęłam i zwróciłam się przez ramię do oszołomiony przyjaciół.- A co do dzieci, to nie zależy ode mnie.- i poszłyśmy dalej.
Lissa zaczęła chichotać, a gdy byłyśmy już na pokładzie obie wybuchłyśmy śmiechem.
- Ty tak na serio?- spytała morojka.
- Nie wiem. Na razie tak. Chodź.- pociągnęłam ją na siedzenie dwuosobowe.
Lissa usiadła pod oknem, bo ja pewnie i tak zasnę, a tak nie będzie mogła się zamienić z Dymitrem. Nie przemyślałam jednak innej opcji. Już przysypiałam, kiedy ktoś odpiął mi pasy. Zanim zdążyłam się zorientować co się dzieje wisiałam w powietrzu na ramieniu strażnika i patrzyłam na Ozerę, któremu chytry uśmiech nie schodził z ust.
- Dzięki Bielikow.- pomachał mi i zajął moje poprzednie miejsce.
- Towarzyszu, lepiej mnie puść.- zaczęłam go bić po plecach, na co tylko się zaśmiał.
- Skoro sobie tak życzysz.
Posadził mnie po drugiej stronie samolotu, pod oknem, a sam usiadł obok mnie. Odwróciłam się do niego tyłem, udając, że jestem zła. Dymitr próbował mnie udobruchać, ale ja go zbywałam, a później zasnęłam. Nie wiem kiedy się obudziłam, ale wiem gdzie. W ramionach męża. Zaczęłam go szturchać, ale spał jak kamień.
- Towarzyszu.- szeptałam ,ale nadal nic.- Dymitr.- głośniej.- Bielikow wstawaj!!- wrzasnęłam na cały samolot.
Aż się para królewska na nas popatrzyła. Strażnik aż podskoczył, rozglądając się dookoła.
- Roza co się dzieje?- spytał zaskoczony. Słodko wygląda taki świeżo obudzony.
- Nie tylko pytam się co do cholery tu robię. Bo z tego co pamiętam, to zasnęłam tam.- wskazałam na siedzenie obok.
- Ale tylko tak mogłem się w ciebie wtulić.- powiedział przeciągając się.- Tylko po to mnie obudziłaś?
- Nie. Jeśli nie mamy opóźnienia, to za chwilę lądujemy.- odparłam.
- Okey.
Tak jak mówiła, wylądowaliśmy o czasie. Na lotnisku już czekało na nas auto. Wsiedliśmy do niego, ja z Rosjaninem z przodu, a Reszta z tyłu. Oczywiście znowu, to nie mi było dane kierować. Po kilku godzinach jazdy, staliśmy na podjeździe do rodzinnego domu Bielikowa. Już chciałam wysiąść i wyprostować nogi, ale zatrzymał mnie strażnik.
- Zostańcie w aucie. Coś tu jest nie tak.
Sama zaczęłam się rozglądać. Było cicho i jakoś pusto. Mimo, że to mała wioska, nawet w nocy tętni życiem. Zauważyłam jedno zapalone światło w domu. Po chwili zgasło. Siedzieliśmy w skupieni. Serce biło mi jak oszalałe, od adrenaliny. Nagle ktoś pojawił się w szybie po mojej strony. Krzyknęliśmy.
- Ciii!!! To ja- szepnęła moja szwagierka.
- Wiki?! Czemu nas tak straszysz?- oburzył się jej brat, wysiadając.
- W wiosce są strzygi.- krótkie zdanie, a sprawiło, że z Dymitrem się spięliśmy.- Na razie walki są ma obrzeżach, ale w każdej chwili mogą się tu pojawić. Chodźcie do domu.
Wsiedliśmy. Mój mąż szedł z przodu, a Wiki z tyłu, żeby nas osłaniać. Weszliśmy do budynku i przywitała nas reszta rodziny.
- Ja śię boję.- Zoja przyczepiła się do mojej nogi.
Przykucnęłam przed wystraszoną dziewczynką.
- Nie bój się. Wuja Dimka nas obroni.- zapewniłam, a ona się przytuliła.
Nagle ktoś uderzył w drzwi. Dzieci krzyknęły.
- Wszyscy ja górę.- rozkazał strażnik.
Ruszyliśmy do schodów.
- Szybciej!- ponaglała nas Olena.
Gdy skończyliśmy wspinaczkę, rozległ się trzask drewna i odgłosy walki.
Zamknęłyśmy się w "naszym" pokoju. Zoja wtulała się w mamę, Pawka i Lili w siebie, a Łuka kręcił się niespokojnie na kolanach Soni, płacząc.
- Mogą nas usłyszeć. Ucisz go.- poprosiła Karolina, przysługujących się, co słychać za drzwiami.
- Próbuję, ale to nie jest łatwe.- odpowiada jej młodsza siostra.
Siadam przy niej i dziecku. Blondynek płacząc, wyciąga do mnie rączki. Biorę go na kolana, a on wtula się w mój brzuch. Widać, że to go uspokaja. W końcu zmęczony paniką, zasypia. Oddaję go szwagierce i idę do okna. Wszędzie są walczący. Ale chyba uda im się odeprzeć atak. Nagle łapie mnie straszny skurcz. Akurat teraz sobie znalazły czas. Zginam się w pół i zacisnęłam mocno zęby
- Cisza. - ucieszyła się starsza Bielikówna.- Koniec walki. Chyba wygrali.
Reszta odetchnęła z ulgą.
- Rose, co się dzieje?- wystraszyła się Lissa.
- Nic.- próbowałam złapać oddech.- To tylko skurcz.
- Może radzisz.- wystraszyła się Sonia.
-Wątpię. Co jakiś czas mnie łapią. Po za tym, termin mam za dwa tygodnie.
Następny. Syknęłam z bólu.
- Rose urodziłam czwórkę dzieci i nigdy nie miałam skurczy.- zaniepokoiła się Olena.
Wszystkie patrzyły na mnie zmartwione.
Po chwili tak mnie zabolało, że mój krzyk słyszała chyba cała wioska. Na nogach poczułam coś mokrego.
- Ciocia śię posiusiała.- zaśmiała się Zoja.
Popatrzyłam wystraszona na kałuże pod sobą, a później na zszokowane miny reszty. Nagle do pokoju wpadł wystraszony Dymitr.
- Roza, słyszałem krzyk. Co się dzieje?
- Ja rodzę.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

