czwartek, 21 lipca 2016

ROZDZIAŁ 200

Nie obudziłam się na łóżku szpitalnym. Tego jestem pewna. Poczułam jak wszystko się trzęsie. Powoli otworzyłam oczy. Zobaczyłam oparcie przednich foteli. Leżałam w samochodzie. Ale moja głowa była wyżej niż nogi. Popatrzyłam do góry. Leżałam na kolanach ukochanego. Patrzył na mnie z lekkim strachem i niepewnością. Nie chciałam, aby czuł się nieswojo. Z westchnieniem odniosłam się, żeby usiąść obok. Patrzyłam smutno za okno. Nie wiedziałam, jak mam się zachować, do czego mogę się posunąć. Między nami zapadła niezręczna cisza, którą mój ojciec i siostra chyba nie zauważyli. Postanowiłam ją przerwać.
- Jak się tu znalazłam?
- Przyniosłem cię.- odpowiedział strażnik.
- Mogliście mnie obudzić.- zauważyłam.
- Nie było potrzeby. Po za tym, byłaś bardzo zmęczona ostatnimi dniami.- tym razem odezwał się Abe.
Westchnęłam i znowu patrzyłam w okno. Musiałam długo spać, ponieważ za jakieś dziesięć minut będziemy na Dworze. Znam tą okolicę na pamięć. To był jeden z obowiązkowych kursów na strażniczkę królowej. Miałam go w tych pierwszych tygodniach po koronacji. Na inne jeszcze nie pozwolił mi iść nad opiekuńczy chłopak.
Tak jak zakładałam, po kilku minutach wjechaliśmy przez bramę Dworu. Rodzice pokazali karty zamieszkania. Po chwili znalazłam swoją i Bielikowa. Przepuszczono nas i Abe ruszył do garażu. W ciszy wysiedliśmy z samochodu. Pożegnaliśmy się z moimi rodzicami i poszliśmy do mieszkania. Za niedługo wschodzi słońce, wiec będziemy mieli możliwość odpocząć jeszcze. Zupełnie zapomniałam o stanie wyjątkowym, wprowadzonym na Dworze. Więc przez jakiś czas jeszcze tu zostaniemy. Lili poszła do swojej komnaty, żegnając nas. Z mężem weszliśmy do mieszkania i od razu poszłam do sypialni. Wtedy zauważyłam, że Dymitr stoi w drzwiach i trzyma się za głowę. Podprowadziłam go do łóżka, na którym usiadł.
- Dymitr co się dzieje?- spytałam gdy ból przeszedł.
- Coś sobie przypomniałem.- powiedział, co mnie ucieszyło.- Klęczałaś w łzach przy łóżku, ja cię obejmowałem, a przed nami leżał martwy kruk.
Patrzyłam przed siebie, wracając myślami do tamtego dnia.
- To było po tym jak wyszłam ze szpitala. Tasza i Robert, brat Wiktora, podrzucili nam zabitego kruka. Był pierwszym stworzeniem ożywionym przez Lissę. To była aluzja. Nosił pocałunek cienia, tak jak ja. Ale nie mówmy teraz o tym. Ty możesz spać w łóżku, a ja...
 - Rose, mówiłaś, że przy ucieczce spaliśmy razem. Może to mi pomoże.
- Taki zamknięte strażnik, jak ty chce spać ze swoją uczennicą.
- Już od dawna nie jesteś moją uczennicą.- zauważył z uśmiechem.
- Może zrobię nam coś do picia i opowiem ci co się wydarzyło.- wstałam i wyszłam z pokoju.- I nawet nie myśl o kawie towarzyszu. - krzyknęłam po Rosyjsku.
Włączyłam pełny czajnik elektryczny, a do kubków wrzuciłam torebki herbaty. Miętowa z żurawiną dla strażnika i owoce leśne dla mnie. Myślałam, że dostanę zawału, gdy odwracając się, zobaczyłam siedzącego przy stole męża.
- Skąd tak dobrze znasz Rosyjski?- spytał, kiedy usiadłam naprzeciwko.
- Sam mnie uczyłeś. Tak samo jazdy konnej.
- Jazdy konnej?!- zdziwił się.
- A Gwiazdkę pamiętasz?- spytałam z uśmiechem. Jego oczy zabłysły.- Razem z miłością, wróciło ci dawne życie. Twoja rodzina coraz częściej nas odwiedza lub my ich, Luna dała nam cudowny prezent, masz wielu znajomych, a nawet przyjaciół. Ola... to już bardziej skomplikowana sprawa, ale jest szczęśliwa. Więcej się śmiałeś, każdą wolną chwilę spędziliśmy ze sobą. O i masz nowe stare westerny od mojego ojca. A na urodziny nawet zorganizowałam ci spotkanie z twoim ulubionym autorem. I dzięki nam dampiry mogą wiązać się w pary, a nawet brać śluby. Bardzo dużo się zmieniło.- nie patrzyłam w dany punkt.
Dopiero teraz spojrzałam na męża. Uśmiechał się smętnie.
- Byłaś bardzo szczęśliwa.- zauważył.
- Dopiero dzięki tobie poznałam znaczenie tego słowa. Bez ciebie moje moje życie nie może być pełne i szczęśliwe.
- Roza...- westchnął nie patrząc na mnie.
Na nowo zamknął się w sobie. Czeka nas ciężka praca.
- Tak wiem. Masz tyle czasu ile będziesz potrzebował. Mam pytanie.
Rosjanin spojrzał na mnie. Jednak zaraz woda zaczęła bulgotać i wstał zalać herbatę. Gdy już położył kubki na stole, kontynuowałam temat.
- Czemu położyłeś mnie sobie na kolanach w samochodzie?
Spodziewałam się odpowiedzi i szczerze trochę się jej bałam. Ale jeśli mamy przeżyć tą próbę, musimy ustawić pewne zasady i wytłumaczyć niejasności.
- Jesteś moją żoną. Muszę się o ciebie troszczyć.- powiedział, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. I chyba taka jest, ale nie w tej sytuacji.
- Dymitr, nie chcę, żebyś się o mnie troszczył, bo musisz. Chcę, żebyś to czuł. Nie traktuj mnie jak żonę.
- Ale....- chciał się sprzeciwić.
- Żadne "Ale"! Nie wiem. Traktuj mnie jak przyjaciółkę, zwykłą dziewczynę, nawet dawną uczennicę. Ale nie jak żonę, bo na razie jestem nią tylko na papierach. Bo ty tego nie czujesz. Nie chcę żyć w fałszywym przeświadczeniu, że mnie kochasz, podczas gdy ty będziesz męczył się z poczuciem winy, o coś co nawet nie było twoją winą. I proszę, zrozum w końcu, że Cię Kocham mimo wszystko, co się zdarzyło, czy będzie się dziać. I nie mam czego ci wybaczać. Możesz myśleć, że się oszukuję, ale to nie prawda. Kocham cię towarzyszu.
Nic nie odpowiedział. Nie oczekiwałam tego.
- Przy tym stole kiedyś się pokłóciliśmy.- stwierdził, po czym upiciu łyka herbaty.- Mmm... moja ulubiona.
- Czemu sobie przypominasz same smutne rzeczy?- uśmiechnął się na moją uwagę.- Ale dobrze, że chociaż coś pamiętasz. Dwie rzeczy w ciągu pięciu godzin od obudzenia. Może nie będzie trzeba długo czekać na odzyskanie całej pamięci.
- Oby. Mam dosyć tego, że mówisz o czymś ważnym, a ja nic nie rozumiem.
Parsknęłam śmiechem, a mąż mi zawtórował.
- Wracając do tematu. Kłóciliśmy się o nasz pierwszy, wspólny wyjazd do Bai. Bałeś się spotkania z rodziną, bez podstawie po za tym. W końcu uznałam, że jak nie chcesz, to zostań, a ja pojadę. Ale i tak pojechaliśmy razem.
Uśmiechnęliśmy się.
- Już rozumiem, co miałaś na myśli, mówiąc, że więcej się uśmiechałem.- powiedział, po kolejnym łuku.- Będąc z tobą i nie walcząc, tylko po prostu rozmawiając, nie da się nie uśmiechnąć. Rozkochaj mnie w sobie, bo ja na pewno z własnej woli Cię nie zostawię.
- Mam nadzieję. Nie chcę po raz kolejny zostać postrzelona, tylko po to, żebyś sobie wybaczył.- aż się wzdrygnęłam na tą myśl.
- To było dzielne, jak na wzorową strażniczkę przystało. Ale nie pozwolę, żeby coś si się stało. Ale teraz chodźmy spać.
Pokiwałam głową na zgodę i poszłam pierwsza się myć. 

środa, 20 lipca 2016

ROZDZIAŁ 199

Mam 50 tyś wejść, było mnóstwo próśb o kolejny, a jutro będzie dwusetny rozdział. Z tej okazji łapcie kolejny dzisiaj. Dziękuję za to, że dalej tu jesteście mimo to, że ciągle niszczę ich życie, a was doprowadzam do płaczu (z czego nie powiem, jestem dumna). Jednak po każdym bólu przychodzi ulga. Kocham was.💖💖💖💖
___________________________________________________________
Jesteś szczęśliwa z Adrianem?- spytał mój ukochany.
Nie było w tym ani trochę szyderstwa czy ironii. Chciał szczerze wiedzieć, czy mi się układa.
- Przez te osiem miesięcy wiele się zdarzyło. Ale z Adrianem rozstałam się po kilku dniach od rozprawy.
- Rozstałaś się? Skrzywdził cię?- dopytywał.
- Nie ja skrzywdziłam jego.- spuściłam głowę. Gdy ją podniosłam w oczach Rosjanina widziałam szok.- Później wszystko ci opowiem.
- To czyje jest dziecko?- po chwili się zmieszał.- Wybacz. Nie powinienem pytać. W ogóle interesować się twoim życiem. A ciebie nie powinno tu być.
- Mylisz się towarzyszu. Bo to ty odgrywasz najważniejszą rolę. Popatrz na swoją prawą dłoń.
Wykonał polecenie.
- Obrączka?! Mam żonę?!- zdziwił się.- Kto mógł by pokochać takiego potwora, jak ja?
- Jeszcze większy potwór.- powiedziałam smutno, pokazując swoją dłoń.
Z niedowierzaniem patrzył na oba pierścionki.
- Nie jesteś potworem Roza.- powiedział po długiej ciszy.
- Ty też nie. Ale teraz czas na dzieci. Podnieś rękaw na lewej ręce.
Następne polecenie, które wykonał. Znamię w kształcie słońca. Pokazałam to samą u mnie, ale tam był półksiężyc.
- Oświadczyłeś mi się w Bai nad stawem w lesie. W czasie pełni i pokazałeś Lunę. Ona dała nam błogosławieństwo Chorsu. To ty jesteś ojcem moich... naszych dzieci.- powiedziałam.
- Jak...?! To... to nie możliwe...- dukał.
- Nie chcę namieszać ci z dużo w głowie, więc odniosę się do czegoś, co jeszcze pamiętasz. Przed zajęciami polowymi miałeś sen o mnie. Pomińmy to, że było ich kilka. Mówiłam ci o przyszłości. Naszej przyszłości. Teraz straciłeś w to wiarę, ale to wszystko było prawdą. Ucieczka, uliczka, biblioteka, Sonia Karp, Jill, nasza noc w hotelu.- lekko się zarumieniłam. Bałam się trochę, czy nie posunę się za daleko. Musze pamiętać, że on ma straszne poczucie winy.- To była prawda. teraz tak. Mamy własny dom na dworze i poza nim. Gdy wrócisz do siebie podejmiesz służbę. Obecnie chronisz Lissę, jako że ja jestem na urlopie. Możesz zamieszkać w naszym starym mieszkaniu lub ze mną i Lili w naszym domu. Ja pójdę do gościnnego na ten czas. Pomogę ci przejść, przez tą depresję. Bo wiem, że mnie kochasz. Nawet jeśli ty w to nie wierzysz. Masz czas do przemyślenia. Możesz też porozmawiać z Lili. Ja muszę iść na badania.- wstałam i ruszyłam do drzwi. Przed nimi coś mi się przypomniało.- W portfelu masz zdjęcia rodzinne.
I poszłam do ginekologa. Po drodze napisałam wszystkim, że Dymitr się obudził, ale ma zanik pamięci. Ojcu napisałam, żeby przyjechał po nas, chyba że ja mam prowadzić. Szybko dostałam odpowiedź.

Od: Staruszek.
Rose nawet mi się nie waż siadać za kółkiem. Będę za półtora godziny.

Tak się załatwia sprawy z Abem Mazurem. W końcu weszłam do gabinetu.
- Dzień dobry Judy.- przywitałam się ze swoją lekarką.
Nie była starsza od Dymitr, wiec kazała mi mówić po imieniu. Jest bardzo miła i uprzejma. Polubiłam ją.
- Witaj Rose. Jak samopoczucie? Jakaś taka radosna jesteś.
- Tak. Dymitr się przebudził i już dzisiaj wychodzimy. Czuję się dobrze, choć trochę się zestresowałam, bo okazało się, że mąż ma amnezję częściową.- usiadłam na kozetce.
- Oj! Bardzo ci współczuję. Ale chociaż część życia pamięta.
- Tak, chociaż tyle dobrze.- wymusiłam uśmiech.
- No dobrze. To teraz sprawdzimy co u naszych malutkich.
Na brzuch wycisnęła mi żel z tubki i zaczęła jeździć po nim kamerką. Wszystko było w porządku. Po badaniu wróciłam do sali. Dymitr mnie nie zauważył, wpatrzony w dwie kartki. Jedna była ze zdjęciem USG z przed spotkania z Taszą. Drugiego nie rozpoznałam. Podeszłam do jego łóżka i usiadłam na krześle. Teraz mogłam zobaczyć co tak pochłonęło mojego męża. Trzymał to samo zdjęcie, w które wpatrywałam się codziennie po jego wyjeździe. Dopiero teraz strażnik mnie zauważył.
- Byliśmy tacy szczęśliwi?- spytał wciąż wpatrzony w nasze podobizny.
- Jesteś moi największym szczęściem.- wyznałam.
- Rose. Ja nie wiem... mówisz, że sobie przebaczyłem, ale ja tego nie czuję.
- Spokojnie.- dotknęłam jego dłoni, która zaczęła się trząść.- Daj sobie czasu. Nie pamiętasz tego, co pomogło ci sobie wybaczyć, ale ja ci to przypomnę. Nie pozwolę ci ponownie mnie zostawić. Tylko potrzebujesz czasu.
- Dziękuję Rose. Ja tak bardzo Cię skrzywdziłem, a ty jesteś taka dobra dla mnie.
- Nawet nie wiesz ile ty zrobiłeś dobra dla mnie. Jaką podjąłeś decyzję?- spytałam.
- Zamieszkam z wami. Czuję, że jesteś ki potrzebna.
- Przez cały czas postaram się być twoją przyjaciółką, póki nie pozwolisz mi na coś więcej. No i oczywiście kontynuujemy zdejmowania ci maski strażnika.- Bielikow popatrzył na mnie, jak na wariatkę.- Dymitr, nie oszukujmy się. Od dawna jesteś zamknięty w sobie i nikogo do siebie nie dopuszczasz. Ja jedyna cię znam tak dobrze. Nie umiesz przy innych okazywać uczuć. I od kilku miesięcy z tym walczę. I coraz lepiej ci szło.- uśmiechnęłam się na wspomnienie naszej rozmowy w kawiarni.- Zaraz po powrocie na Dwór pójdziemy do naszej kawiarni. Mój ojciec będzie tak za godzinę. A gdzie Lili.
Zaczęłam się rozglądać.
- Mason zabrał ją na trening.
- A cha.
- Opowiesz mi wszystko co się zdarzyło od naszej kłótni w wczoraj... to znaczy wtedy co...
- Tak.- przerwałam mu.- Ale to już w domu, teraz odpoczywaj.
- Ty też powinnaś.
- Będę.- ucieszyłam się, że mimo wszystko martwi się o mnie.- Teraz będę spokojniejsza.
Nagle do sali wszedł lekarz.
- Przepraszam, że państwu przepraszam, ale muszę wziąć pacjenta na badania.
- Dobrze.- powiedzieliśmy jednocześnie.
Po chwili doktor zabrał mojego męża, a ja poczułam wielkie zmęczenie. W nocy nie spałam dobrze, a teraz zszedł cały stres ostatniego tygodnia. Położyłam się na łóżku, trochę poleżeć i nawet nie zauważyłam, kiedy zasnęłam.

ROZDZIAŁ 198

Ból. Cierpieć można na wiele sposobów. Jeszcze więcej można bólu zadać. Ja wiem co to smutek, rozpacz, a nawet tortury. Czułam co robili z Lissą, gdy porwał ją Daszkow, cierpiałam z nieszczęśliwej miłości i chorej zazdrości, płakałam po utraconym przyjacielu, upadłam na dno swojego jestestwa po stracie ukochanego, czułam smutek, gdy traciłam zaufanie osób, na których mi zależało i rozpacz, kiedy podjęłam decyzję o zabiciu Dymitra, męczyło mnie poczucie winy, że zmuszam przyjaciółkę do uwolnienia jej najgorszego wroga, rozczarowanie, gdy na nowo zostałam odrzucona dla Taszy, a miłość mojego życia pomaga mi tylko ze względu na obietnicę daną wybawicielce, żal, podczas depresji mojego towarzysza, zdołowanie i otępienie po zabiciu moroja, poczucie winy, że zdradziłam Adriana. Strach przed misją Dymitra, podczas każdej walki męża ze strzygą, bałam się, że znowu go stracę, że go przemienią lub co gorsza zabiją. Martwego wampira da się jeszcze uratować, ale martwego dampira... nie. Cierpiałam. Bardzo. Ból fizyczny po złamaniu kostki, ramach po ucieczce z domu Galiny, czy nawet rana postrzałowa nie mogą się z tym równać. Nawet razem wzięte. Najgorszy był okres, po przemianie Dymitra. Ból złamanego serca, rozpacz i łzy wypełniały każdy mój dzień. Jedzenie dostawałam od Lissy. Przynosiła mi ze stołówki. Ale i tak nie chciałam jeść, co do mnie nie podobne. Nie wiem, jak tłumaczyła moją nieobecność na lekcjach. Ale nie obchodziło mnie to. Nic mnie nie obchodziło. Chciałam tylko do końca życia siedzieć pod kołdrą i umrzeć. Ale zostało mi spełnienie przysięgi, danej ukochanemu. Czułam się bezradna. I teraz też się tak czuję. Każdy dzień to powtarzająca się rutyna. Wstaję i patrze na męża. Leży tak jak leżał. Tak samo blady i nieprzytomny. Rany się goją, gips mu całkiem zajęto, a on wciąż leży. Każdego dnia mówię do niego i całuję w czoło. Śniadanie przywozi mi Christian i codziennie pyta o Bielikowa oraz próbuje odciągnąć mnie od złych myśli. Pociesza mnie i nie dogryza. Ja też postanowiłam mu odpuścić. Lili trzyma się dobrze. Też została w szpitalu. Mason zabiera ją i trenuje w walce. To trochę zajmuje jej czas, którego nie liczy. Ja jednak nie zostawiam męża na krok. Jestem przy nim, rozmawiam, przyjmuję gości.
I tak już 7 dni.
168 godzin
10 080 minut
604 800 sekund, w których każda trwa wieczność.
Lekarze mówią, że już wszystko w porządku, tylko musi się wzbudzić. Już wtedy będzie mógł wyjść po dwóch godzinach. Ale tylko niech się obudzi. Adrian i Sydney nie dają znaku życia. Zapadli się jak pod ziemię. Nawet Ave nie umie ich znaleźć.
Z rozmyślań wyrwało mnie ściśnięcie dłoni. Nie wierzę. Może mi się tylko wydawało? Popatrzyłam z nadzieją na twarz ukochanego. Zaczął poruszać powiekami przez sekundę mogłam dostrzec brązowe oczy. Ale szybko je zamknął, oślepiony szpitalną bielą.
- Lili! Leć po lekarza! Budzi się!- zawołałam.
Dziewczynka pobiegła do wyjścia.
- Rose?!- mój ukochany mógł już otworzyć oczy.
Rzuciłam się mu na szyję, przytulając mocno.
- Dymitr. Tak się bałam. Nigdy więcej nie rób czegoś takiego. Tak potwornie się bałam.
Po chwili go puściłam. Patrzył na mnie zdziwionym wzrokiem.
- Ale o co ci chodzi, Rose? I czemu tu jesteś? Wypuścili cię z aresztu?
- Jakiego aresztu? Nie byłam w żadnym od początku lipca, przed naszą ucieczką.- nic nie rozumiałam.- I nie pamiętasz co się działo?
Zamyślił się.
- Ostatnie co pamiętam to oskarżenie cię o królobójstwo.
Poczułam że ziemia usuwa mi się z pod nóg. Opadłam ciężko na krzesło. Miałam ochotę wrzeszczeć na całe gardło. Mógł stracić pamięć całkiem, mógł do każdego fragmentu swojego boskiego życia, ale nie tego. Poczułam łzy na swoich policzkach. Dymitr z przyzwyczajenia chciał je zetrzeć, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. Ręka zawisła mu milimetrów przed moją twarzą. Jak kiedyś na sali, dzień po moim treningu z matką.
- Pamiętasz? Kiedyś zrobiłeś tak samo.- odezwałam się nie swoim głosem.- Jedna z nie wielu rzeczy które pamiętasz.
- O czym ty mówisz?- spytał zbity z tropu. 
- Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Ty, ja, nasi przyjaciele. Lissa została królową, ja jej strażniczką, a ty strażnikiem Ozery. Znalazłam siostrę.
- Rose? O czym ty mówisz?- ponowił pytanie.
- To było osiem miesięcy temu.- popatrzyłam na niego. Wcześniej wpatrywałam się w nieistniejący punkt przede mną.
Chciał coś powiedzieć, ale wtedy do sali wróciła moja siostra z lekarzem. Ten zadał kilka pytań mojemu mężowi i zbadał go.
- Mam dość smutną wiadomość. Ma pan amnezję częściową. Najwidoczniej uderzenie uszkodziło małą cześć mózgu. Możliwe, że przypomni pan sobie wszystko, ale kiedy? Nie wiem. Niekiedy trwa to dni, niekiedy lata. Za dwie godziny będzie mógł pan wyjść. A panią poproszę za chwilę na badania.
Przytaknęłam głową. Nie miałam chęci do kłótni. Lata. To może zająć lata. Ale nie poddam się. On jest mój. Raz sobie wybaczył, to drugi raz też da radę.
- Rose.- z zamyślenia wyrwał mnie ten cudny głos.- Powiesz mi, co się przez ten czas wydarzyło?
Chciałam coś powiedzieć, ale przerwało mi czyjeś wejście smoka.
- Rose Hathaway.- Adrian był nieźle wkurzony.
- Iwaszkow.- rzuciłam się i go przytuliłam.
Trochę go tym zaskoczyłam. Jednak po chwili go puściłam i... dałam w twarz. Głowa odskoczyła mu na bok.
- Za co to?- oburzył się.
- Za co?! Ty masz jeszcze czelność pytać?! Tydzień! Całe siedem dni bez znaku życia. Ukryłeś się gdzieś z Alchemiczką i nie wiadomo co robiłeś, a my się martwiliśmy i od zmysłów dochodzimy, co się z wami dzieje.
- No dobra zasłużyłem. Po prostu Sydney dowiedziała się, że nasze auto jest szpiegowane. Musieliśmy je podmienić. Później musieliśmy się zająć szpiegami. Chcieli odwetu za Roberta.- przyznał, trzymając się za czerwony policzek.- Ale ty też nie zgrywaj niewiniątka. Królowa mi powiedział, że cały tydzień siedziałaś tu przy Dymitrze i pewnie strasznie denerwowałaś. Wiesz, że w twoim stanie...
- I tak i tak bym się denerwowała.- przerwałam mu.- A tu jestem pod opieką lekarską.
- W twoim stanie?! - zdziwił się Bielikow. No tak. On nie wie, że możemy mieć dzieci.
Obróciłam się do niego przodem. Dopiero teraz musiał zauważyć mój brzuch.
- Och! - zdziwił się.- Gratulacje.
Nie umiałam nic wyczytać z jego twarzy. Ale po raz drugi w ciągu miesiąca uznał, że dziecko może być Adriana. Ludzie. Ja się z nim nawet nie kochałam. Raz było blisko, ale do niczego nie doszło.
- Komu?- spytał zdziwiony Iwaszkow.
- Dymitr ma częściowy zanik pamięci. Noe pamięta nic z przed naszej ucieczki z Dworu.- wyjaśniłam.
- Oł! Przykro mi.
Przytulił mnie i wyszedł. Usiadłam na nowo koło męża. Teraz muszę mu jakoś powiedzieć, że nim jest, a ja noszę jego dzieci.

wtorek, 19 lipca 2016

ROZDZIAŁ 197

Z bijącym sercem podeszłam do łóżka szpitalnego. Twarz strażnika była nienaturalnie blada, cała w siniakach i ranach. Jedną rękę miał w gipsie. Tak samo jak nogę. Na głowie miał bandaż. Co mu się stało? Usiadłam obok na krześle i złapałam ukochanego za zdrową dłoń. Z moich oczu na nowo popłynęły łzy.
- To wszystko moja wina.- szeptałam łamiącym się głosem.- To ja powinnam walczyć z Robertem. To ja powinnam tutaj leżeć. Przepraszam. Tak bardzo przepraszam.
- To nie twoja wina.- podskoczyłam na głos ojca.- Ty zrobiłaś to co musiałaś, a on zrobił to ,co czuł, że musi zrobić. Zrobił to dla ciebie, tak jak ty uratowałaś Lissę. Wiedziałaś, że inaczej Wiktor nie da wam żyć.
- Ale mogliśmy go po prostu odstawić do więzienia.
Nie odzywałam wzroku od zamkniętych powiek męża. Tak bardzo chciałam, żeby je podniósł, na nowo zatopić się w brązie jego tęczówek. Dopiero teraz zauważyłam jakie ma długie rzęsy. Pewnie dlatego, że zawsze zwracałam uwagę na jego oczy, a nie to co nad nimi. Nie jedna kobieta mogła takich pozazdrościuć. Dodawały mu atrakcyjności.
- Do tego, z którego pomogłaś mu uciec?- spytał ironicznie.
- Zrobiłam to dla Dymitra.- broniłam się.- A teraz mój mąż leży tu nieprzytomny.
- On też zrobił to dla ciebie. Teraz będziesz się obwiniać, tak jak on po odmienieniu?
Na tą uwagę uśmiechnęłam się smętnie.
- Od dawna uważam, że jesteśmy tacy sami. A jednocześnie tak różni.- mówiłam nieobecnym głosem. Jakbym była w transie.- Co się stało? Dlaczego dopiero teraz tu jest? Co z resztą?
- Nie wiem, córuś. Ale zaraz przyprowadzę kogoś, kto może odpowiedzieć na te pytania.- odpowiedział Abe i wyszedł.
Po chwili usłyszałam, jak drzwi znowu się otwierają. Po sali rozniosły się odgłosy uderzenia o posadzkę czegoś twardego. Nie chętnie oderwałam wzrok od nieprzytomnego męża i odwróciłam głowę w stronę gościa. Przez sekundę stałam w szoku z niedowierzaniem. Sekundę później rzuciłam się na przyjaciela i uwięziłam go w mocnym uścisku.
-Spokojnie. Może przeżyłem, ale zaraz mnie udusisz.- Mason przytulił mnie.
W końcu go puściłam. Nie wyglądał najlepiej, choć Bielikow ma gorzej. Noga w gipsie, a ręka w bandażu. Lekko zadrapany.
- Co tam się działo? Czemu nikt nie dawał znaków życia?- bombardowałam dampira pytaniami.
- Spokojnie. Wszystko ci opowiem. Ale może lepiej w kafejce na dole. Do Dymitra pewnie zaraz przyjdzie lekarz, który i tak nas wygoni.
Z trudem zgodziłam się. Złapałam męża za dłoń, pocałowałam w czoło i pogłaskałam po włosach. Następnie ruszyłam za Ashfordem.
- To co się tam stało?- spytałam zniecierpliwiona, gdy złożyliśmy zamówienie.
O tej porze na szczęście prawie nikogo nie było. Tylko jakieś dwie babcie w piżamach plotkowały, przy kubkach kawy. Kto normalny pije kawę o dwudziestej czasu ludzkiego? Kawiarnia była dość ładna, jak na szpital. Miała brązowe ściany, z których odpadała farba i leżała na półkach wystających ze ścian. W rogach postawione były różne kwiaty, jakby miało to dodać miejscu uroku. Jednak odniosło to przeciwny efekt. Paskudna mieszanka kolorów, pstrokacizna barw, jeszcze bardziej mnie dołowała. Na gwoździach wisiały poblakłe zdjęcia wnuków z dziadkami. Nie wiem co chcieli tym osiągnąć, ale chyba im się nie udało. Na starych i rozpadających się stołach leżały czyste białe obrusy i czerwone serwetki. W wazonach na każdym powkładane zostały tulipany, które dawno nie miały wymienionej wody. Na krzesłach aż strach siedzieć. Podsumowując: Myliłam się. Nigdy nie widziałam gorszego lokalu. Dziwne, że sanepid jeszcze tu nie dotarł. Nie zdziwiłby mnie widok zdechłego szczura i przeprowadzającej się rodzinki karaluchów.
- Akcja zaczęła się zgodnie z planem.- strażnik nachylił się w moją stronę i mówił szeptem.- Robert miał wykupionych kilku dampirów, jako strażników. Łatwo ich pokonaliśmy. Jednak piekło zaczęło się dopiero gdy go znaleźliśmy. Okazało się, że przekupił dużą część z naszych pomocników władających duchem. Więc ci po naszej stronie musieli walczyć nie tylko z nim, ale z resztą. Wtedy do pokoju w leciały strzygi. Walczyliśmy dzielnie, ale gdy Bielikow został pokonany, nasi żołnierze utracili wiarę. Przy życiu zostawili tylko ja, Dymitr, Tasza, Sydney, Iwaszkow oraz Sonia i Michaił, którzy uciekli. Naszą piątkę uwięzili. Resztę pozabijali. Cały oddział.- zamilkł, kiedy kelnerka przyniosła nam zamówienia.
Zabrakło mi słów. Tego się nie spodziewałam. Zabić wszystkich i na to patrzeć. To okropne.
- I co dalej? Jak uciekliście?- dopytywałam.
- Przez cały ten czas nas torturowali. Najbardziej cierpiał Bielikow. Doru mówił o tobie, póki ten się nie złamał. A bronił cię i twojego honoru jak lew. Moroj tworzył w jego głowie wizje cierpiącej, umierającej lub zostawiającej go ciebie. Do tego uderzenie gorącym drutem, zdzieranie skóry i takie tam. Nie wchodzimy w szczegóły. Po każdej sesji, Robert leczył jego rany. Chciał się zabawić każdym z nas. Ale po kolei. Nasza kolej byłaby po śmierci Dymitra. Jednak on trzymał się mocno. Nigdy nie uronił łzy przy nim. Nawet rzucał w niego najgorszymi przekleństwami i pluł w twarz. Dopiero gdy zostawał tylko z nami, pozwalał sobie na płacz. W celi był ze mną i Taszą. Mówił nam o wizjach, a później powtarzał w kółko jedno zdanie. "Dla Rozy, ona byłaby dzielna.". Raz po angielsku, raz po Rosyjsku. Bardzo Cię kocha. Cieszę się, że masz takiego męża.
"Cały Towarzysz"- pomyślałam. Na myśl że mogę go stracić, na nowo zaczęłam płakać. Mason złapał mnie za dłoń.
- Hej. Nie martw się. Jesteś Rose Hathaway-Bielikow. Nie poddajesz się i on też się nie podda.
- Wiem.- wciągnęłam zawartość nosa.- Jak udało wam się uciec?
- Sonia skontaktowała się z nami we śnie i pomogła uciec. Oczywiście Dymitr uparł się, że musi cię ochronić i zabił Roberta. Jednak wcześniej dostał w głowę. Po drodze strzygi złamały mi nogę, a Dymitra, jako już oszołomiony miał mniej skoordynowane ruchy i bardziej ucierpiał.
- A co z Adrianem i Sydney?- dopytywałam.
- Alchemiczka powiedziała coś na ucho Iwaszkowowi i pobiegli do innego samochodu. Nie wiadomo co się z nimi dzieje.
To jeszcze bardziej się o nich martwiłam.
Pożegnałam przyjaciela, spytałam o jego salę i chciałam wrócić do męża. Okazało się, że przenieśli go na obserwację. Mój kochany ojczulek załatwił mi i Lili możliwość zostania w szpitalu, dopóki się nie obudzi. Rzucając smutne spojrzenie na ukochanego, poszłam się myć. Ktoś przyniósł mi nowe rzeczy. Pewnie Abe z mamą. Szybko się wyszykowałam i położyłam na łóżku, łapiąc za chłodną dłoń mojej najukochańszej osoby na świecie. Pod palcami czułam rurki podłączone do różnych maszyn. Płacząc, odpłynęłam w objęcia Morfeusza. Jedyny stan, dający mi ukojenie.

poniedziałek, 18 lipca 2016

ROZDZIAŁ 196

- Lissa bardzo się martwię.- wyznałam przyjaciółce.
Właśnie siedziałyśmy w naszym, a raczej moim, mieszkaniu.
- Rose spokojnie, nie powinnaś się denerwować. Nie w swoim stanie.- próbowała mnie uspokoić.
- A ty byś się nie denerwowała?- moje pytanie zostało bez odpowiedzi.
Nie chciałam jej. Potrzebowałam tylko się komuś wyglądać, zmierzyć, poczuć, że nie jestem sama. A mam takie wrażenie od trzech dni.
- Tak bardzo tęsknię.- na nowo się rozpłakałam.- A jeśli już go nie zobaczę? Powinni już dawno wrócić. Najpóźniej dwa dni temu. Nie ma żadnych wieści o Dymitrze, Adrianine i Sydney, Masonie i reszcie. Sonia nie może z nikim się połączyć przez sen. Wiemy tylko, że ona z mężem uciekli z rozkazu Bielikowa. Nie wiem, co robić. Chciałabym mieć go tu przy sobie.
- Rose. Nie mogę ci nic zagwarantować, ale jeśli, Boże uchowaj, masz rację, nie pozostaje ci nic innego niż żyć pamiętając o nim. On na pewno nie chciałby, żebyś tak rozpaczała.
Jednak to mnie nie uspokoiło. Płakałam cały czas, aż ze zmęczenia zasnęłam.

Obudziłam się w moim łóżku. Jak co dzień sprawdziłam, czy to nie był tylko sen. Niestety. Z moich oczu popłynęły kolejne łzy. Zapowiada się kolejny dzień w łóżku, sam na sam z bólem i tęsknotą. Codziennie patrzyłam na zdjęcie na szafce nocnej. Było to selfi ze mną i moim mężem. Leżeliśmy przykryci kołdrą. Głowa strażnika spoczywała na moim już dużym brzuchu. Było robione gdzieś na początku stycznia. Byliśmy tacy szczęśliwi. Czemu coś zawsze musi niszczyć to szczęście. Z moich ust wydobył się kolejny szloch. Nagle drzwi mojego pokoju otworzyły się z hukiem. Usiadłam spanikowana, ściskając kołdrę. Jednak gdy przekonałam się, że to tylko Ozera, zignorowałam go i na nowo zatopiłam twarz w poduszce, zamierzając przespać kolejne dni samej w łóżku. Niestety nie dane było mi odpocząć.
- Hathaway, wstawaj.
- Christian, idź podręczyć swoim towarzystwem kogoś innego. Ja tu żałobę przeżywam.- zebrała cała swoją siłę i o dziwo mój głos się nie załamał. Dymitr byłby ze mnie dumny. Na tą myśl zaczęłam na nowo moczyć moją poduszkę. Ja się dziwię, że mam jeszcze czym.
- To ją zakończ, bo twój kochany mąż żyje.- po pokoju rozniosły się kroki Abe'a.
- Co?!- usiadłam i w patrzyłam na obu z niedowierzaniem.
Czekał tylko, aż ktoś wyjdzie z kamerą i powie: "Ale masz minę. Zostałaś w kręcona w najgorszy możliwy sposób przez swoich najbliższych. Ale to się nie wydarzyło. Okazało się, że mimo ogólnych myśli o stracie ukochanego, gdzieś głęboko wierzyłam, że on żyje. Mówią, że nadzieja umiera ostatnia.
- Czekamy w samochodzie przed pałacem.- oznajmił mój ojciec i oboje wyszli.
Dopiero gdy trzasnęły drzwi, dotarło do mnie, co się dzieje. On żyje. Zaraz go zobaczę. Pobiegłam do łazienki, łapiąc pierwsze lepsze ubrania. Wzięłam szybki prysznic i ubrałam się. Podarowałam sobie makijaż, bo i tak pewnie się rozmaże, gdy tylko zobaczę ukochanego. Tylko poprawiłam się w lusterku, bo wyglądałam jak zombie. Oczy czerwone, podpuchnięte z wielkimi worami, usta suche, popękane i całe w ranach, po zagryzaniu, a na głowie siano. Opłukałam twarz zimną wodą, nakremowałam ją, rozczesałam z grubsza włosy i umyłam zęby. Było trochę lepiej. Może nie wyglądałam jak miss Ameryki, ale był cień szansy, że na mój widok ludzie nie będą wołać: "Aaaaa! Żona Frankensteina!"
Czym prędzej wyszłam z mieszkania, zamykając je i wyszłam z pałacu. Wsiadłam do czarnego SUV-a, w którym siedzieli moi rodzice i siostra. Ojciec prowadził, a kobiety były z tyłu, razem ze mną. Matka złapała mnie za rękę. Bez zastanowienia wtuliłam się w nią i zaczęłam płakać. Janine spięła się, ale po chwili objęła mnie i zaczęła kołysać. Nic nie mówiła. Nie wymagała ode mnie obojętności strażniczki, ale też nie mówiła, że wszystko będzie dobrze. Po prostu mnie przytulała. Nagle poczułam jak coś ciężkiego przyczepia się do mojego boku. Popatrzyłam w tamtym kierunku. To była Lili. Nie wyglądała lepiej ode mnie. W jej oczach tył smutek. Przytuliłam ją do siebie. Też musiała to przeżyć, a przecież jest taka młoda. Może jednak powinna zostać u moich rodziców. Nasze życie jest zbyt niebezpieczne dla niej. Po raz kolejny w mojej głowie pojawiło się to samo pytanie, bez odpowiedzi: "Dlaczego my?".
Wreszcie dojechaliśmy. Wyskoczyłam czym prędzej z samochodu. Byliśmy pod jakimś szpitalem. Nie czekając na resztę, wbiegłam do środka. Pobiegłam do recepcji.
- Czy tutaj leży mój mąż, Dymitr Bielikow?
Pani patrzyła ze spokojem w ekran komputera. Jak ona może być tak opanowana? W myślach popędzałam ją. Jednak Dymitrowi udało się nauczyć mnie cierpliwości. Po sekundach, które wydawały mi się być wiecznością, wróciła do mnie wzrokiem.
- Tak. Jest teraz w trakcie operacji. Trzecie piętro, korytarzem na lewo.
Szybko udałam się w tamtą stronę. Po kilku krokach ktoś złapał mnie, wziął na ręce i biegł dalej.
- Puść mnie zboczeńcu. Jeśli zaraz tego nie zrobisz, policzy się z tobą mój ojciec.
- Tak się składa, panienko, że działam z polecenia Pana Mazura.- odezwał się niosący mnie goryl.
Od razu zrobiło mi się głupio, że tak na niego naskoczyłam.
Po chwili zobaczyłam obok nas biegnących rodziców i innego mięśniaka, niosącego Lili.
Zatrzymaliśmy się przed windą. Abe ciężko dyszał, opierając się o ścianę.
- To już nie te lata na takie bieganie.
Jednaj była ona na trzydziestym siódmym piętrze i nie zapowiadało się żeby szybko zjechała.
- Panie Mazur?- odezwał się mój nosiciel (zabrzmiało, jakbym była jakimś wirusem).- Może my z panienkami, pobiegniemy schodami? Będzie szybciej.
-Dobrze Dave. Tylko uważaj. Na swoich barkach masz też moje wnuki.
- Tak jest Panie Mazur.- odpowiedział dampir i wbiegł na schody.
Postawił mnie dopiero pod salą operacyjną. Jednak nie mogłam tam wejść. Usiadłam na krześle i zaczęłam płakać.
- Proszę.- spojrzałam w górę i zobaczyłam tego Dava, który mnie niósł. Trzymał plastikowy kubek z wodą.- Niech panienka Mazur się napije.
Wzięłam kubek z wiecznością i opróżniłam go. Nawet nie miałam pojęcia, jak  jak bardzo chce mi się pić. W sumie ostatnim moim posiłkiem była wczorajsza kolacja, którą Lissa mi przyniosła do pokoju, bo nie dało się mnie z niego wyciągnąć.
- Dziękuję.- wychlipałam.- Ale mów mi Rose.
- Dave.- podał mi dłoń, którą ścisnęłam.- Chyba powinnaś coś zjeść.
Wstał zanim zdążyłam go powstrzymać i odszedł, chyba w stronę bufetu.
- Rose.- koło mnie usiadła moja siostra.- Czy z Dymitrem wszystko będzie dobrze?
- Na pewno.- starałam się brzmieć na pewniejszą, niż byłam.- On jest silny. Z większych problemów wychodził cało.
Objęłam mała ramieniem. Ona usiadła mi na kolanach i wtuliła się we mnie. Po chwili wrócił strażnik mojego ojca z kanapkami z szynką i warzywami oraz sokiem owocowym dla każdego. Po posiłku dalej siedzieliśmy w ciszy. Chciałam płakać, ulżyć swojemu cierpieniu, ale nie miałam już łez. Zostało nam czekać. Siedziałyśmy tak, póki z sali nie wywieziono Rosjanina, a za nim szedł lekarz. Każdy zerwał się z miejsca. Mój ojciec rozmawiał z doktorem, a ja z Lilianą, poszłyśmy za pielęgniarkami. Nie chciały nas wpuścić na salę, wiec jak to ja zrobiłam awanturę. W końcu skapitulowały i mogłam zobaczyć męża.

niedziela, 17 lipca 2016

ROZDZIAŁ 195

Obudziło mnie zimno. Chciałam przytulić się do męża, ale nie było go w łóżku. Podniosłam się i zaczęłam rozglądać. Byłam pewna, że zasnęłam w jego ramionach. Zauważyłam go, jak zamykał okno. Wiatr musiał je otworzyć.
- Nie spisz?- ukochany położył się obok i przyciągnął mnie do siebie.
Wtuliłam się w niego mocno.
- Obudziło mnie zimno.
Gdy to powiedziałam, Rosjanin przykrył nas szczelniej kołdrą. On miał na sobie bokserki, a ja koszulę. Ale nie pamiętam, żebym ją zakładała. Próbowałam przypomnieć sobie co się wczoraj działo. Ostatnie co pamiętam, to jak jechaliśmy na Gwiazdce po mostku nad strumykiem w parku Anastazji Wielkiej. Tak dobrze pamiętacie, to ten nasz ulubiony.
- Co ja tu robię, towarzyszu?- spytałam.
- Spisz.- powiedział, śmiejąc się.
- Teraz to akurat leżę przytulona do męża. Ale bardziej mi chodzi o to, skąd się tu wzięłam.
- Podczas przejażdżki zauważyłem, że zasnęłaś. Musiał uśpić cię stukot kopyt i szum wody w rzeczce. Więc wyjechałem do stajni, zszedłem z klaczy i przywiązałem ją, tak jak poleciłaś węzłem łańcuszkowym, wziąłem cię na ręce i położyłem na sianie. Gdy zrobiłem wszystko przy Gwiazdce, zabrałem cię do mieszkania i przebrałem. Później zawołano mnie do GKS, a nie chciałem cie budzić. Zostawiłem ci kartkę, na wypadek, gdybyś wstała zanim ja zdążyłbym wrócić. Jednak tak się nie stało. Po drodze zajrzałem do Lili. Okazało się, że ma gościa.
- A tak. Zapomniałam ci powiedzieć. Jak ona miała na imię...- zaczęłam się zastanawiać.
- Jessica.- podsunął mi strażnik.
- No właśnie. I co dalej?- ponagliłam go.
- No i wróciłem, a ty dalej spałaś, więc zjadłem, umyłem się i dołączyłem do ciebie. Nie czekałem długo, aż mnie objęłaś i zasnąłem. A właśnie. Pewnie jesteś głodna.
Rosjanin już wstawał, ale powstrzymałam go, łapiąc za rękę. Uśmiechnęłam się do niego uroczo.
- Bez jednej kanapki wytrzymam do rana, ale bez ciebie... nie wiem, jak to będzie.- po chwili znów słyszałam równe bicie jego serca.- Czyli niosłeś mnie przez cały Dwór? Pewnie bardzo cię obśliniłam. Było mnie obudzić. I później też.
- Tak słodko wyglądasz jak spisz.
- Niech Ci będzie. Powiedz lepiej, co postanowiliście.
- Akcja zacznie się za tydzień. Sonia i Adrian mówią, że wtedy użytkownicy ducha z Tarasowa będą gotowi. Oprócz tego, wyślą tych strażników, którzy przeżyli akcję w Rosji. Zostali uznani jako mój zespół na akcje. Mamy umówione też kilka spotkań z Taszą. Mamy dylemat, czy puścić na akcję Sonię Karp. Na pewno pojedzie Michaił. Jego żona jest potężna w Duchu i chce zabić Roberta, ale jednak jest morojką.
- Co z tego? Ci z psychiatryka to też moroje.- nie rozumiałam.
- Dla nich to szansa na życie. Jeśli to się uda, będą mogli żyć jak normalni członkowie społeczeństwa. Będą wolni od szaleństwa i będą wiedzieli jak sobie z nim radzić. I wiele tego szaleństwa zostanie użyte przeciwko Robertowi więc...
- To tak nie działa.- przerwałam mu.- Mogą użyć go do walki, ale im to nie ulży. Lissa nie traciła mroku po torturach. Po prostu przejmował nad nią kontrolę. Ale to ból fizyczny lub nasza więź była tak jakby "uziemieniem". Ale może to coś da. Gdzie dokładnie odbędzie się akcja?
Dymitr zaczął się śmiać, a ja nie wiedziałam, co go tak rozśmieszyło.
- Nie wiem, czy powinienem ci mówić. Ostatnio pojechałaś za mną.- śmiał się cały czas.
- Jeśli będzie trzeba, to i w ogień za tobą skoczę. Bo na koniec świata już jechałam.
- I za to cię kocham. Wiesz, że ja bym dla ciebie najgorsze tortury wytrzymam, bo nie ma dla mnie nic gorszego niż utrata ukochanej osoby.
- Wiem. Po gdzie ta misja?- powtórzyłam pytanie.
- W Brazylii.
-No nie! To nie możliwe. Jadę z wami.- udawałam oburzenie.
Mój mąż się roześmiał. Najpiękniejszy dźwięk na świecie.
- Zapakujesz mnie w walizkę i nikt się nie zorientuje.- również się śmiałam.
- Roza. To tylko jeden dzień wielce niebezpiecznej misji zabicia pozbawionego litości szaleńca.
- Przyślij mi widokówkę.- zaśmiałam się.
- Zrobię ci zdjęcia pamiątkowe.- powiedział z sarkazmem, a ja wybuchłam jeszcze głośniejszym śmiechem.- Okej, czyli że masz głupawkę od hormonów. Dobra Roza idziemy spać.
- Nie chce mi się.- powiedziałam, jak małe dziecko, gdy w końcu się uspokoiłam. 
- Ale musimy. Jutro mam służbę. Bardzo nie chcę zostawiać cię samą.
- To nie zostawiaj.- poprosiłam.- Obiecałeś, że nigdy mnie nie zostawisz.
- Skarbie. Chciałbym, ale wiesz, że nie mogę.- powiedział z żalem.
- Wiem.- westchnęłam smutno. Po chwili się ożywiłam.- W takim razie ja nie odstąpię cię i Lissy na krok.
- Roza. Powinnaś się oszczędzać.- upominał mnie Rosjanin.
- Będę.- zamrugałam niewinnie oczami.- Ale chcę być blisko ciebie. Nudno tak być samej.- wykrzywiłam usta w słodką moim zdaniem podkówkę.
- Nie zapominaj o Lili.
- Ona jest zajęta koleżankami. To jak będzie?- zrobiłam maślane oczka.
- Porozmawiamy o tym rano bo jesteś zmęczona i gadasz głupoty.
Chciałam zaprzeczyć, ale wpadłam na lepszy pomysł. Usiadłam na Bielikowie okrakiem i nachyliłam się nad jego twarzą. Czułam jak się spiął. Nie wiedział, co chciałam zrobić.
- To przez ciebie nie mogę się skupić. Bardzo mnie rozpraszasz.- szepnęłam mu do ucha.
Zaczęłam go całować po szyi i zostawiać malinki.
- Roza... naprawdę powinniśmy... jest późno.- strażnik miał problemy z wysławianiem się.
- Tym bardziej nikt nam nie przeszkodzi. Proszę. Dimi...- szeptałam zmysłowo.- Mi odmówisz?
Dalej go całowałam, zmysłowo kręcąc pupą. W pewnym momencie wyprostowałam się i ciągnęłam z siebie koszulę. Rzuciłam ją gdzieś w kąt. Oczywiście pod nią nic nie miałam, więc siedziałam na nim, jak mnie Pan Bóg stworzył ( nie żebym była wielce religijna.). Widziałam jak czekoladowe oczy ciemnieją, aż nie stały się całkiem czarne. Doskonale wiedziałam, że działam na niego jak nikt inny. 
- Co... co robisz?- spytał, patrząc głodnym wzrokiem, na moje nagie ciało.
- Wiesz, po tym jak zamknąłeś okno, zrobiło mi się bardzo gorąco.
Po wróciłam do poprzedniego zajęcia, dodając dłonie jeżdżące po umięśnionym torsie strażnika. Wreszcie poczułam na tyłku ciepłą dłoń. Po chwili leżałam już pod jej właścicielem, który szybko pozbył się bokserek. Oboje byliśmy bardzo rozgrzani. Mąż więcej się nie sprzeciwiał i pocałował mnie namiętnie z pożądaniem. Nic nie mogło nas powstrzymać. Nagle poczułam jak we mnie wszedł. Jęknęłam z rozkoszy. Poruszał się raz szybko, raz wolniej. Przyspieszał i znowu zwalniał. Po kilku minutach doszliśmy. Oddychaliśmy ciężko. Myślałam, że położy się obok mnie, ale Rosjanin pociągnął mnie na siebie.
- To jeszcze nie koniec Rozza.- seksownie przedłużył moje imię, z rosyjskim akcentem.
Uśmiechnęłam się cwanie, co on odpowiedział. To będzie długa i ciekawa noc.

sobota, 16 lipca 2016

ROZDZIAŁ 194

Weszłam do GKS zamyślona, wiec nie widziałam postaci idącej przede mną, dopóki nie zderzyłam się z umięśnionym torsem. Upadłabym, gdyby nie złapały mnie silne ramiona i nie przytulił do siebie. Na początku się przestraszyłam, no bo wpadacie na jakiegoś faceta, a on was przytula. Ale uspokoiłam się słysząc szept, wywołujący ciarki.
- Dokąd tak lecisz Roza.
- Wszystkie kobiety tak łapiesz, towarzyszu?- spytałam wtulając się w niego mocniej.
- Tylko te wyjątkowe. Ale jak na razie znalazłem zaledwie jedna.- udawał smutnego.
- I tyle ci wystarczy.- powiedziałam pewnie, odsuwając się od męża
- Roza zazdrosna?- zadrwił ze mnie.
- No jasne. Widziałeś te wszystkie kobiety, które się za tobą oglądają.
- Kiedy?- jego uśmiech zastąpiło zdziwienie.
- Zawsze. Gdziekolwiek się nie pojawimy. Widzę tylko te wygłodniałe spojrzenia kobiet, gotowych do rzucenia się na ciebie.
- Przesadzasz skarbie.
- Niech ci będzie.- wiedziałam, że wmawianie mu, jaki to on nie jest idealny i doskonały, nie ma sensu. Bo jednocześnie jest bardzo skromny.- A tak poza tym, gdzie twoja woda kolońska?
- Zapomniałem dzisiaj jej użyć. To gdzie ci tak śpieszno?
- Miałam iść do Hansa, ale skoro wyszedłeś to... w sumie nie wiem co to znaczy.- zaśmialiśmy się. 
- Akurat Hans coś załatwia i powiedział, że mam wracać do domu. I ty też. 
- No dobra. 
Poszliśmy do domu, jednak po drodze zaczęłam ciągnąć go w stronę pałacu.
- Choć towarzyszu musisz to zobaczyć.- mówiłam.
Pewnie to wyglądało jakby  prowadziła gdzieś wujka, a nie męża. Niekiedy przy Dymitrze zachowuję się jak pięciolatka. Nie wiem czemu. Może to przez hormony? Ciąża robi swoje.
Po chwili staliśmy przed dziełem dzieci.
- Ładne.- uznał strażnik.
- Ładne?!- nie dowierzałam.- Pokazuję ci szczegółową rzeźbę, zrobioną przez dzieciaki, a ty mówisz tylko "ładne"?! To jest wspaniałe, piękne, cudowne.
- Cieszę się, że ci się podoba. Ja po prostu nie widzę w tym...
- Nie wmawiaj mi czegoś, czego nie ma. Po prostu jeszcze nie umiesz zachwycać się takimi rzeczami.
- Jeszcze?!- mój ukochany uniósł jedną brew.
- Oczywiście. Jeśli myślisz, że pozwolę ci zostać zamkniętym na piękno świata, to się grubo mylisz.- oznajmiłam.
- Ależ Roza. Ja umiem cieszyć się z pięknych rzeczy.- powiedział obejmując mnie.
-Hej Rose, Dymitr.
Odwróciliśmy się w stronę głosu. W naszym kierunku szli Jill i Eddy. Dziewczyna niosła wielką pluszową zebrę.
- Hej,- odpowiedziałam, gdy podeszli bliżej.- Jak było w zoo?
Myślałam, że Bielikow mnie puści, ale on nadal trzymał mnie w objęciach. Brodę oparł na moim ramieniu.
- Fantastycznie. I patrz co mi Eddy kupił.- morojka wystawiła przed siebie wypchane zwierzę.
Widać, że jest bardzo szczęśliwa.
- Dla pięknej, delikatnej kobiety, powinno być na porządku dziennym dostawać prezenty.- mój przyjaciel pocałował ją w dłoń.
- Widzieliście co dzieciaki zrobiły?- wskazałam na smoka.
- Te dzieci ulepiły takie coś?- Dragomirówna otworzyła szeroko oczy.
- No, no.- dampir zagwizdał z zachwytu.- Mają talent.
- Widzisz?! Tak się reaguje na dzieło sztuki.- pouczyłam męża.
- Chcesz, żebym gwizdał?- spytał, po czym odsunął się ode mnie.
Nie ucieszyła mnie utrata źródła ciepła w ten chłodny dzień. Powietrze przeszył głośny gwizd. Po chwili zza zakrętu wyszła Gwiazdka.
- Bardzo śmieszne towarzyszu, przewróciłam oczami.-Hej mała.- pogłaskałam ją po chrapach.
- Czyj to koń?- spytał młodszy strażnik, rozglądając się dookoła.
- Mój.- oznajmił Rosjanin.
- Masz własnego konia?!- nie dowierzała Jill.
- Tak.- odpowiedział spokojnie. Klacz zaczęła go obwąchiwać i szturchać, rżąc z niezadowolenia.- Wybacz Gwiazdeczko. Nie mam marchewek.
- Ja mam.- księżniczka wyciągnęła z kieszeni woreczek pełen pomarańczowego warzywa.
Kary koń od podniósł głowę i pod kłusował do dziewczyny.
-Nosisz przy sobie marchew?- zdziwiłam się.
- Zdrowe odżywianie w szkole. Mogę?- spytała patrząc na Gwiazdkę.
- Jasne.- Bielilow pokiwał głową.
- Jeśli nie szkoda ci palców.- dopowiedziałam z uśmiechem.
Dragomirówna popatrzyła na mnie ze strachem, ale gdy zauważyła moją minę, zmienił się w radość. Podała klaczy dłoń z przysmakiem, głaszcząc ją po grzbiecie. Ta zjadła wszystko i lizała dalej księżniczkę. Jednak gdy zrozumiała, że nic nie dostanie, pokręciła nie zadowolona pyskiem i podeszła sprawdzić mojego przyjaciela. Na końcu podeszła do Dymitra.
- Dobra, my musimy już iść. Pa.- pomachałam przyjaciołom.- Hej, co robisz?- spytałam, gdy mój mąż wskoczył na grzbiet konia.
- Zabieram moją księżniczkę na przejażdżkę po dworze.- powiedział, podając mi dłoń.
- Ale wiesz, że...- zaczęłam.
- Będzie powoli. Nic wam się nie stanie, a Gwiazdce przyda nie trochę ruchu.
Z pomocą Dymitra wsiadłam na klacz. Po chwili jechaliśmy wolnym stepem przez Dwór. Jego mieszkańcy patrzyli na nas zdziwieni. Strażnik siedział za mną, dla bezpieczeństwa. Zaczęłam podziwiać wszystko dookoła. Dziwnie patrzy się na wszystko z góry.
- Może jak ona potrzebuje ruchu, to Lili będzie miała dwa treningi?- zaproponowałam.- Najpierw na Gwiazdce, a później walki.
- W sumie i tak nie mamy co robić, więc czemu nie.
Przez chwilę panowała przyjemna cisza, ale że nie lubię żadnej ciszy, musiałam ją przerwać. Właśnie wjeżdżaliśmy do parku.
- Porozmawiajmy o czymś.- poprosiłam, wtulając się w Bielikow
- O czym?- spytał.
- Nie wiem.- wzruszyłam ramionami.- O czymkolwiek.
- Twój plan zeswatania Jill i Eddiego udał się, jak zauważyłem.- zagadnął.
- Na to wygląda. Myślisz, że gdyby ktoś wymyślił taki plan dla nas, było nam łatwiej.
- Nam chyba nigdy nie byłoby łatwiej. Ty byś nie zrobiła nic, bo chciałaś zostać strażniczką Lissy, a ja dopiero przejrzałem na oczy podczas zajęć polowych.- w myślach przyznałam mu rację.- Po za tym można powiedzieć, że Daszkow uknuł taki plan.
- Raczej nie chodzi mi o plan zawładnięcia światem starożytnej rasy wampirów, w którym nasze, jeszcze nie do końca pewne uczucia, miały odciągnąć uwagę od głównego zamiaru.
- Ale bardzo cieszę się, że mogę codziennie czuć się jak podczas tego zaklęcia i nie muszę go przerywać.- przyznał. 
- Ciesz się, póki możesz. Bo po porodzie będziemy musieli zrobić sobie przerwę.- ostrzegłam.
- Wiem, ale to nic. Przecież nie tylko na tym polega to miłość.
- Wiem.- wtuliłam się mocniej w tors ukochanego, z błogim uśmiechem i zamknęłam oczy, rozkoszując się tą chwilą.
___________________________________________________________
Wiem, długo się nie odzywałam, ale wracam z następnym rozdziałem. Oczywiście wczorajszy też nadrobię. I takie pytanie. Kto domyśla się jakie jest rozwinięcie skrótu GKS? Odpowiedzi piszcie w komentarzach. 💖

czwartek, 14 lipca 2016

ROZDZIAŁ 193

Po chwili byłyśmy przed restauracją. Kilka met dalej stał Eddy. Zaczęłyśmy głośniej rozmawiać. W pewnym momencie ja i Lissa po prostu wybuchłyśmy śmiechem, a Jill uśmiechnęła się delikatnie. Wtedy strażnik zwrócił na nas uwagę. Uśmiechnął się do nas, a gdy spojrzał na księżniczkę, lekki, ciepły wiatr podwiał jej sukienkę i rozwiał włosy. Morojka podtrzymała sobie dół ubioru, uśmiechając się promiennie. Do tego kamienie księżycowe błyszczały w promieniach naturalnego satelity. Wydawałoby się, że nie zrobiło to na naszym przyjacielu żadnego wrażenia, gdyby nie zaświeciły mu się oczy. Nie był tak dobry w maskowaniu uczuć jak Bielikow. Nie myślcie, że miałyśmy szczęście z tym wiatrem. Jako, że Lissa specjalizuje się w duchu oznacza, że panuje nad wszystkimi żywiołami. Zbliżyłyśmy się do dampira.
- Hej.- przywitał nas. Uścisnął mnie i królową, a z Jill chyba nie do końca wiedział co robić, co tylko na nią patrzył. A raczej subtelnie rozbierał ją wzrokiem, jak każdy facet.
- Hej, a ty masz tu warte?- spytałam, żeby zachować pozory.
- Tak. To znaczy kończę za pięć minut.
- O! A my chciałyśmy iść do zoo, ale najpierw wstąpimy do kawiarni.- powiedziała Lissa.- Może po służbie dołączysz do nas?
- Jasne zawsze miło spędzić czas, w towarzystwie uroczych dam.- powiedział, puszczając oczko do Jill.
Dziewczyna pewnie się lekko zarumieniła, ale na szczęście makijaż wszystko zakrył.
- To my zaczęłam w środku.- powiedziałam.
Jednak wejście królowej zrobiło większą sensację, niz sądziłyśmy. Wszyscy zaczęli się kłaniać i zapraszać nas do swojego stolika. Gdy w końcu usiadłyśmy na wolnej kanapie, zbiegli się wszyscy kelnerzy i sam szef kuchni, prosząc o zamówienie. Gdy w końcu się zdecydowałyśmy na cztery kubki czekolady i kawałki szarlotki z lodami, miałyśmy względny spokój. Nie licząc wścibskich spojrzeń klientów i obsługi lokalu.
- Nie zazdroszczę Ci.- szepnęłam do przyjaciółki.
- Wiem.- westchnęła cicho.- Ale nie jest tak źle. Wystarczy zamknąć się w pokoju i powiedzieć kogo chce się widzieć, a kogo nie.- zachichotała.
- Myślę, że już jutro będą rozprowadzać i promować kawiarnię, w której gościła sama królowa, księżniczka i najlepsza strażniczka będąca w ciąży i związku z najlepszym strażnikiem świata.- zaśmiała się Jill, a my jej zawtórowałyśmy.
- A zauważyłyście ten błysk w oczach Eddiego, gdy Cię zobaczył?- spytałam.
- Nie.- morojka wydawała się być zdezorientowana.
- No jasne. Oj jest w tobie zakochany na zabój.- uśmiechnęła się moja przyjaciółka.
- On będzie twój, ale musisz być odważniejsza. Pokaż, że jesteś pewna siebie, nawet jeśli tak nie jest.
Po chwili dostałyśmy zamówienia i w tym momencie wszedł nasz przyjaciel. Pomachałam, żeby nas zauważył. Usiadł koło młodszej Dragomirówny, naprzeciwko nas. Specjalnie tylko tam zostawiłyśmy wolne miejsce. Zaczęliśmy jeść ciasto i popijać czekoladą.
- A słyszałyście, że Mason również przyjechał na Dwór?- ciszę przerwał dampir.
- Naprawdę?! To zaraz musimy ich przywitać.- postanowiłam.
- Ale on przyjechał sam.- przerwał mi przyjaciel.
- Że co?! I zostawił Mię bez ochrony?- nie dowierzała królowa.
- Mówili, że to dla bezpieczeństwa innych. Ona dostała innego strażnika, a on jako lepszy pojawił się u nas.- kontynuował.
- Rozdzielenie ich jest niesprawiedliwe. Nie rozumiem jak mogli zmniejszyć ich ochronę.- Lissa zaczęła się wkurzać.
- Hej, jako królowa możesz zaprosić ich na Dwór.- podsunęłam.
- Jest jeszcze kilka wiadomości. I tym razem lepsze. Martin ma dziewczynę.
- No co ty?!- patrzyłam na każdego po kolei. Dziewczyny przytaknęły. 
- To prawda.- Jill odłożyła filiżankę.- moi strażnicy, też planują założyć rodzinę.
- A ty Eddy?- spytałam.
Chłopak lekko się zmieszał. Pewnie to se względu na księżniczkę.
- No wiesz, jestem młody. Nie wiem.
- Ale nikt nie każe ci się od razu żenić.- dążyłam.- Nie ma żadnej dziewczyny, która ci się podoba?
- No jedna jest. Ale to nie ważne. To tylko marzenia.
- Opisz ją. Jaka jest?- pochwyciła młodsza Dragomirówna.
Nagle chłopakowi wydała się bardzo ciekawa filiżanka, już prawie pusta. Kręcił nią w dłoniach.
- Ma ciemne włosy, bardzo rzadkie piękne oczy, zgrabny nosek i słodki pieprzyk nad ustami. Jest miła, zawsze radosna, uśmiechnięta, uprzejma. A dzisiaj dowiedziałem się, że ładnie jej w niebieskim. Tylko szkoda, że mnie nie zauważa.-westchnął smutno. 
- To może zwróć na siebie jej uwagę?- siostra królowej się rozkręciła.- Może to ona czeka na twój znak?
Eddy podniósł na nią wzrok. Jednak zaraz go spuścił.
- Nie to nie dla mnie. Ona jest morojką, a ja zwykłym strażnikiem.- westchnął ciężko.
- Ej, nie po to staram się o równouprawnienia, żebyś mi tak mówił.- na skoczyła na niego Lissa.
- Po za tym nie mierzy wszystkich tą samą miarą. Ja na przykład bardzo Cię Lubię.- księżniczka wzruszyła ramionami i upiła łyk słodkiego napoju.
-Naprawdę.- patrzył na nią.
- No pewnie. Jesteś zabawny, radosny, dobrze wykonujesz swoje obowiązki, przystojny.- przy tym na pewno się zarumieniła, ale nie spuściła z niego wzroku.- Zazdroszczę tej szczęściarze, która podbiła twoje serce.
- Nie musisz.- uśmiechnął się do niej i złapał ją za rękę.
- Szlag!- udałam zdenerwowanie. Wszyscy popatrzyli na mnie zdziwieni.- Za chwilę mam być w GKS.
- Odprowadzić cię?- spytała Jill.
- Nie trzeba. Mieliśmy iść do ZOO, ale pójdzie sami.
- Ja też niestety muszę wracać.- odezwała się Lissa, gdy zrozumiała, o co mi chodzi.- Moja przerwa się skończyła i dalej jestem królową.
- To co mam sama iść?- oburzyła się młoda.
- Ja mogę z tobą iść.- zaoferował strażnik.
Jill spojrzała na niego słodko.
- To odprowadzimy was do bramy.- moja przyjaciółka wstała prosząc o rachunek.
Po chwili przyszedł ktoś z obsługi.
- Wasza wysokość.- ukłonił się.- Dla waszej wysokości i jej przyjaciół na koszt firmy.
- Bardzo dziękuję. Wspaniała kawiarenka. Może będziemy tu wpadać częściej.- powiedziała z uniesioną dumnie głową.
- Zapraszamy królowo.- ukłonił się po raz kolejny, a my wyszliśmy.
Przy bramie się rozstaliśmy. Dalej poszłam z Lissą, odprowadzić ja do pałacu.
- JEST! Udało się.- cieszyłyśmy się.
- To było genialne. A tak na serio musisz iść do tej GSP?- spytała królowa.
- GKS.- poprawiłam ją.- Tak, ale kiedy chcę. Pójdę teraz i będę miała spokój.
- Niepokoi mnie, że ściąganie wszystkich strażników.
- Po prostu nam zaufaj. Nie pozwolimy, żeby coś wam się stało.
- No dobra.- westchnęła.
- Uwaga idą!- ktoś krzyknął.
Rozglądałam się czujnie. Mój wzrok zatrzymał się na tej samej grupie dzieci, co spotkaliśmy w drodze do sektora B14.
- Witam wasza wysokość.- zawołały chórem. 
- Witajcie dzieci.
- Mamy dla ciebie królowo niespodziankę.- powiedziała jedna z dziewczynka.
Nagle maluchy rozsunęły się.
- O rany!- zabrakło nam słów. 
Pod ścianą pałacu leżał smok ze śniegu. Piękny lodowy potwór. To to ukrywał pół godziny temu. Ale się napracowały. Potężne łapy i pysk ukazujące najmniejszą  łuskę i mięsień. Ogon najeżony tysiącami szpikulców, zakończony strzałką. Paszcza z ostrymi zębami i oczy z podłużny źrenicami.
- No Lissa masz nowego strażnika. Kurcze bele. Teraz nikt z rady ci nie podskoczy.- zaczęłyśmy się śmiać. 
-Kochane dzieciaki. To jest piękne, dziękuję wam.- królowa uścisnęła każdego z budowniczych.
po chwili koło mnie pojawiła się Lili.
- Rose. Czy Jessica mogłaby zostać u mnie na noc?- spytała,
- Jasne. Jestem z ciebie dumna.- powiedziałam, przytulając siostrę.
Cały czas wpatrzona byłam w śnieżną figurę, która będzie cieszyć oczy wielu osób, przez resztę chłodnych dni.