Z bijącym sercem podeszłam do łóżka szpitalnego. Twarz strażnika była nienaturalnie blada, cała w siniakach i ranach. Jedną rękę miał w gipsie. Tak samo jak nogę. Na głowie miał bandaż. Co mu się stało? Usiadłam obok na krześle i złapałam ukochanego za zdrową dłoń. Z moich oczu na nowo popłynęły łzy.
- To wszystko moja wina.- szeptałam łamiącym się głosem.- To ja powinnam walczyć z Robertem. To ja powinnam tutaj leżeć. Przepraszam. Tak bardzo przepraszam.
- To nie twoja wina.- podskoczyłam na głos ojca.- Ty zrobiłaś to co musiałaś, a on zrobił to ,co czuł, że musi zrobić. Zrobił to dla ciebie, tak jak ty uratowałaś Lissę. Wiedziałaś, że inaczej Wiktor nie da wam żyć.
- Ale mogliśmy go po prostu odstawić do więzienia.
Nie odzywałam wzroku od zamkniętych powiek męża. Tak bardzo chciałam, żeby je podniósł, na nowo zatopić się w brązie jego tęczówek. Dopiero teraz zauważyłam jakie ma długie rzęsy. Pewnie dlatego, że zawsze zwracałam uwagę na jego oczy, a nie to co nad nimi. Nie jedna kobieta mogła takich pozazdrościuć. Dodawały mu atrakcyjności.
- Do tego, z którego pomogłaś mu uciec?- spytał ironicznie.
- Zrobiłam to dla Dymitra.- broniłam się.- A teraz mój mąż leży tu nieprzytomny.
- On też zrobił to dla ciebie. Teraz będziesz się obwiniać, tak jak on po odmienieniu?
Na tą uwagę uśmiechnęłam się smętnie.
- Od dawna uważam, że jesteśmy tacy sami. A jednocześnie tak różni.- mówiłam nieobecnym głosem. Jakbym była w transie.- Co się stało? Dlaczego dopiero teraz tu jest? Co z resztą?
- Nie wiem, córuś. Ale zaraz przyprowadzę kogoś, kto może odpowiedzieć na te pytania.- odpowiedział Abe i wyszedł.
Po chwili usłyszałam, jak drzwi znowu się otwierają. Po sali rozniosły się odgłosy uderzenia o posadzkę czegoś twardego. Nie chętnie oderwałam wzrok od nieprzytomnego męża i odwróciłam głowę w stronę gościa. Przez sekundę stałam w szoku z niedowierzaniem. Sekundę później rzuciłam się na przyjaciela i uwięziłam go w mocnym uścisku.
-Spokojnie. Może przeżyłem, ale zaraz mnie udusisz.- Mason przytulił mnie.
W końcu go puściłam. Nie wyglądał najlepiej, choć Bielikow ma gorzej. Noga w gipsie, a ręka w bandażu. Lekko zadrapany.
- Co tam się działo? Czemu nikt nie dawał znaków życia?- bombardowałam dampira pytaniami.
- Spokojnie. Wszystko ci opowiem. Ale może lepiej w kafejce na dole. Do Dymitra pewnie zaraz przyjdzie lekarz, który i tak nas wygoni.
Z trudem zgodziłam się. Złapałam męża za dłoń, pocałowałam w czoło i pogłaskałam po włosach. Następnie ruszyłam za Ashfordem.
- To co się tam stało?- spytałam zniecierpliwiona, gdy złożyliśmy zamówienie.
O tej porze na szczęście prawie nikogo nie było. Tylko jakieś dwie babcie w piżamach plotkowały, przy kubkach kawy. Kto normalny pije kawę o dwudziestej czasu ludzkiego? Kawiarnia była dość ładna, jak na szpital. Miała brązowe ściany, z których odpadała farba i leżała na półkach wystających ze ścian. W rogach postawione były różne kwiaty, jakby miało to dodać miejscu uroku. Jednak odniosło to przeciwny efekt. Paskudna mieszanka kolorów, pstrokacizna barw, jeszcze bardziej mnie dołowała. Na gwoździach wisiały poblakłe zdjęcia wnuków z dziadkami. Nie wiem co chcieli tym osiągnąć, ale chyba im się nie udało. Na starych i rozpadających się stołach leżały czyste białe obrusy i czerwone serwetki. W wazonach na każdym powkładane zostały tulipany, które dawno nie miały wymienionej wody. Na krzesłach aż strach siedzieć. Podsumowując: Myliłam się. Nigdy nie widziałam gorszego lokalu. Dziwne, że sanepid jeszcze tu nie dotarł. Nie zdziwiłby mnie widok zdechłego szczura i przeprowadzającej się rodzinki karaluchów.
- Akcja zaczęła się zgodnie z planem.- strażnik nachylił się w moją stronę i mówił szeptem.- Robert miał wykupionych kilku dampirów, jako strażników. Łatwo ich pokonaliśmy. Jednak piekło zaczęło się dopiero gdy go znaleźliśmy. Okazało się, że przekupił dużą część z naszych pomocników władających duchem. Więc ci po naszej stronie musieli walczyć nie tylko z nim, ale z resztą. Wtedy do pokoju w leciały strzygi. Walczyliśmy dzielnie, ale gdy Bielikow został pokonany, nasi żołnierze utracili wiarę. Przy życiu zostawili tylko ja, Dymitr, Tasza, Sydney, Iwaszkow oraz Sonia i Michaił, którzy uciekli. Naszą piątkę uwięzili. Resztę pozabijali. Cały oddział.- zamilkł, kiedy kelnerka przyniosła nam zamówienia.
Zabrakło mi słów. Tego się nie spodziewałam. Zabić wszystkich i na to patrzeć. To okropne.
- I co dalej? Jak uciekliście?- dopytywałam.
- Przez cały ten czas nas torturowali. Najbardziej cierpiał Bielikow. Doru mówił o tobie, póki ten się nie złamał. A bronił cię i twojego honoru jak lew. Moroj tworzył w jego głowie wizje cierpiącej, umierającej lub zostawiającej go ciebie. Do tego uderzenie gorącym drutem, zdzieranie skóry i takie tam. Nie wchodzimy w szczegóły. Po każdej sesji, Robert leczył jego rany. Chciał się zabawić każdym z nas. Ale po kolei. Nasza kolej byłaby po śmierci Dymitra. Jednak on trzymał się mocno. Nigdy nie uronił łzy przy nim. Nawet rzucał w niego najgorszymi przekleństwami i pluł w twarz. Dopiero gdy zostawał tylko z nami, pozwalał sobie na płacz. W celi był ze mną i Taszą. Mówił nam o wizjach, a później powtarzał w kółko jedno zdanie. "Dla Rozy, ona byłaby dzielna.". Raz po angielsku, raz po Rosyjsku. Bardzo Cię kocha. Cieszę się, że masz takiego męża.
"Cały Towarzysz"- pomyślałam. Na myśl że mogę go stracić, na nowo zaczęłam płakać. Mason złapał mnie za dłoń.
- Hej. Nie martw się. Jesteś Rose Hathaway-Bielikow. Nie poddajesz się i on też się nie podda.
- Wiem.- wciągnęłam zawartość nosa.- Jak udało wam się uciec?
- Sonia skontaktowała się z nami we śnie i pomogła uciec. Oczywiście Dymitr uparł się, że musi cię ochronić i zabił Roberta. Jednak wcześniej dostał w głowę. Po drodze strzygi złamały mi nogę, a Dymitra, jako już oszołomiony miał mniej skoordynowane ruchy i bardziej ucierpiał.
- A co z Adrianem i Sydney?- dopytywałam.
- Alchemiczka powiedziała coś na ucho Iwaszkowowi i pobiegli do innego samochodu. Nie wiadomo co się z nimi dzieje.
To jeszcze bardziej się o nich martwiłam.
Pożegnałam przyjaciela, spytałam o jego salę i chciałam wrócić do męża. Okazało się, że przenieśli go na obserwację. Mój kochany ojczulek załatwił mi i Lili możliwość zostania w szpitalu, dopóki się nie obudzi. Rzucając smutne spojrzenie na ukochanego, poszłam się myć. Ktoś przyniósł mi nowe rzeczy. Pewnie Abe z mamą. Szybko się wyszykowałam i położyłam na łóżku, łapiąc za chłodną dłoń mojej najukochańszej osoby na świecie. Pod palcami czułam rurki podłączone do różnych maszyn. Płacząc, odpłynęłam w objęcia Morfeusza. Jedyny stan, dający mi ukojenie.
"Nasz los od zawsze zapisany był w gwiazdach. To one poprowadziły mnie do Ciebie mimo tylu przeciwności, spójrz. Jesteśmy tu. Razem. Ty i ja Roza. Na zawsze."
wtorek, 19 lipca 2016
ROZDZIAŁ 197
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
poniedziałek, 18 lipca 2016
ROZDZIAŁ 196
- Lissa bardzo się martwię.- wyznałam przyjaciółce.
Właśnie siedziałyśmy w naszym, a raczej moim, mieszkaniu.
- Rose spokojnie, nie powinnaś się denerwować. Nie w swoim stanie.- próbowała mnie uspokoić.
- A ty byś się nie denerwowała?- moje pytanie zostało bez odpowiedzi.
Nie chciałam jej. Potrzebowałam tylko się komuś wyglądać, zmierzyć, poczuć, że nie jestem sama. A mam takie wrażenie od trzech dni.
- Tak bardzo tęsknię.- na nowo się rozpłakałam.- A jeśli już go nie zobaczę? Powinni już dawno wrócić. Najpóźniej dwa dni temu. Nie ma żadnych wieści o Dymitrze, Adrianine i Sydney, Masonie i reszcie. Sonia nie może z nikim się połączyć przez sen. Wiemy tylko, że ona z mężem uciekli z rozkazu Bielikowa. Nie wiem, co robić. Chciałabym mieć go tu przy sobie.
- Rose. Nie mogę ci nic zagwarantować, ale jeśli, Boże uchowaj, masz rację, nie pozostaje ci nic innego niż żyć pamiętając o nim. On na pewno nie chciałby, żebyś tak rozpaczała.
Jednak to mnie nie uspokoiło. Płakałam cały czas, aż ze zmęczenia zasnęłam.
Obudziłam się w moim łóżku. Jak co dzień sprawdziłam, czy to nie był tylko sen. Niestety. Z moich oczu popłynęły kolejne łzy. Zapowiada się kolejny dzień w łóżku, sam na sam z bólem i tęsknotą. Codziennie patrzyłam na zdjęcie na szafce nocnej. Było to selfi ze mną i moim mężem. Leżeliśmy przykryci kołdrą. Głowa strażnika spoczywała na moim już dużym brzuchu. Było robione gdzieś na początku stycznia. Byliśmy tacy szczęśliwi. Czemu coś zawsze musi niszczyć to szczęście. Z moich ust wydobył się kolejny szloch. Nagle drzwi mojego pokoju otworzyły się z hukiem. Usiadłam spanikowana, ściskając kołdrę. Jednak gdy przekonałam się, że to tylko Ozera, zignorowałam go i na nowo zatopiłam twarz w poduszce, zamierzając przespać kolejne dni samej w łóżku. Niestety nie dane było mi odpocząć.
- Hathaway, wstawaj.
- Christian, idź podręczyć swoim towarzystwem kogoś innego. Ja tu żałobę przeżywam.- zebrała cała swoją siłę i o dziwo mój głos się nie załamał. Dymitr byłby ze mnie dumny. Na tą myśl zaczęłam na nowo moczyć moją poduszkę. Ja się dziwię, że mam jeszcze czym.
- To ją zakończ, bo twój kochany mąż żyje.- po pokoju rozniosły się kroki Abe'a.
- Co?!- usiadłam i w patrzyłam na obu z niedowierzaniem.
Czekał tylko, aż ktoś wyjdzie z kamerą i powie: "Ale masz minę. Zostałaś w kręcona w najgorszy możliwy sposób przez swoich najbliższych. Ale to się nie wydarzyło. Okazało się, że mimo ogólnych myśli o stracie ukochanego, gdzieś głęboko wierzyłam, że on żyje. Mówią, że nadzieja umiera ostatnia.
- Czekamy w samochodzie przed pałacem.- oznajmił mój ojciec i oboje wyszli.
Dopiero gdy trzasnęły drzwi, dotarło do mnie, co się dzieje. On żyje. Zaraz go zobaczę. Pobiegłam do łazienki, łapiąc pierwsze lepsze ubrania. Wzięłam szybki prysznic i ubrałam się. Podarowałam sobie makijaż, bo i tak pewnie się rozmaże, gdy tylko zobaczę ukochanego. Tylko poprawiłam się w lusterku, bo wyglądałam jak zombie. Oczy czerwone, podpuchnięte z wielkimi worami, usta suche, popękane i całe w ranach, po zagryzaniu, a na głowie siano. Opłukałam twarz zimną wodą, nakremowałam ją, rozczesałam z grubsza włosy i umyłam zęby. Było trochę lepiej. Może nie wyglądałam jak miss Ameryki, ale był cień szansy, że na mój widok ludzie nie będą wołać: "Aaaaa! Żona Frankensteina!"
Czym prędzej wyszłam z mieszkania, zamykając je i wyszłam z pałacu. Wsiadłam do czarnego SUV-a, w którym siedzieli moi rodzice i siostra. Ojciec prowadził, a kobiety były z tyłu, razem ze mną. Matka złapała mnie za rękę. Bez zastanowienia wtuliłam się w nią i zaczęłam płakać. Janine spięła się, ale po chwili objęła mnie i zaczęła kołysać. Nic nie mówiła. Nie wymagała ode mnie obojętności strażniczki, ale też nie mówiła, że wszystko będzie dobrze. Po prostu mnie przytulała. Nagle poczułam jak coś ciężkiego przyczepia się do mojego boku. Popatrzyłam w tamtym kierunku. To była Lili. Nie wyglądała lepiej ode mnie. W jej oczach tył smutek. Przytuliłam ją do siebie. Też musiała to przeżyć, a przecież jest taka młoda. Może jednak powinna zostać u moich rodziców. Nasze życie jest zbyt niebezpieczne dla niej. Po raz kolejny w mojej głowie pojawiło się to samo pytanie, bez odpowiedzi: "Dlaczego my?".
Wreszcie dojechaliśmy. Wyskoczyłam czym prędzej z samochodu. Byliśmy pod jakimś szpitalem. Nie czekając na resztę, wbiegłam do środka. Pobiegłam do recepcji.
- Czy tutaj leży mój mąż, Dymitr Bielikow?
Pani patrzyła ze spokojem w ekran komputera. Jak ona może być tak opanowana? W myślach popędzałam ją. Jednak Dymitrowi udało się nauczyć mnie cierpliwości. Po sekundach, które wydawały mi się być wiecznością, wróciła do mnie wzrokiem.
- Tak. Jest teraz w trakcie operacji. Trzecie piętro, korytarzem na lewo.
Szybko udałam się w tamtą stronę. Po kilku krokach ktoś złapał mnie, wziął na ręce i biegł dalej.
- Puść mnie zboczeńcu. Jeśli zaraz tego nie zrobisz, policzy się z tobą mój ojciec.
- Tak się składa, panienko, że działam z polecenia Pana Mazura.- odezwał się niosący mnie goryl.
Od razu zrobiło mi się głupio, że tak na niego naskoczyłam.
Po chwili zobaczyłam obok nas biegnących rodziców i innego mięśniaka, niosącego Lili.
Zatrzymaliśmy się przed windą. Abe ciężko dyszał, opierając się o ścianę.
- To już nie te lata na takie bieganie.
Jednaj była ona na trzydziestym siódmym piętrze i nie zapowiadało się żeby szybko zjechała.
- Panie Mazur?- odezwał się mój nosiciel (zabrzmiało, jakbym była jakimś wirusem).- Może my z panienkami, pobiegniemy schodami? Będzie szybciej.
-Dobrze Dave. Tylko uważaj. Na swoich barkach masz też moje wnuki.
- Tak jest Panie Mazur.- odpowiedział dampir i wbiegł na schody.
Postawił mnie dopiero pod salą operacyjną. Jednak nie mogłam tam wejść. Usiadłam na krześle i zaczęłam płakać.
- Proszę.- spojrzałam w górę i zobaczyłam tego Dava, który mnie niósł. Trzymał plastikowy kubek z wodą.- Niech panienka Mazur się napije.
Wzięłam kubek z wiecznością i opróżniłam go. Nawet nie miałam pojęcia, jak jak bardzo chce mi się pić. W sumie ostatnim moim posiłkiem była wczorajsza kolacja, którą Lissa mi przyniosła do pokoju, bo nie dało się mnie z niego wyciągnąć.
- Dziękuję.- wychlipałam.- Ale mów mi Rose.
- Dave.- podał mi dłoń, którą ścisnęłam.- Chyba powinnaś coś zjeść.
Wstał zanim zdążyłam go powstrzymać i odszedł, chyba w stronę bufetu.
- Rose.- koło mnie usiadła moja siostra.- Czy z Dymitrem wszystko będzie dobrze?
- Na pewno.- starałam się brzmieć na pewniejszą, niż byłam.- On jest silny. Z większych problemów wychodził cało.
Objęłam mała ramieniem. Ona usiadła mi na kolanach i wtuliła się we mnie. Po chwili wrócił strażnik mojego ojca z kanapkami z szynką i warzywami oraz sokiem owocowym dla każdego. Po posiłku dalej siedzieliśmy w ciszy. Chciałam płakać, ulżyć swojemu cierpieniu, ale nie miałam już łez. Zostało nam czekać. Siedziałyśmy tak, póki z sali nie wywieziono Rosjanina, a za nim szedł lekarz. Każdy zerwał się z miejsca. Mój ojciec rozmawiał z doktorem, a ja z Lilianą, poszłyśmy za pielęgniarkami. Nie chciały nas wpuścić na salę, wiec jak to ja zrobiłam awanturę. W końcu skapitulowały i mogłam zobaczyć męża.
Właśnie siedziałyśmy w naszym, a raczej moim, mieszkaniu.
- Rose spokojnie, nie powinnaś się denerwować. Nie w swoim stanie.- próbowała mnie uspokoić.
- A ty byś się nie denerwowała?- moje pytanie zostało bez odpowiedzi.
Nie chciałam jej. Potrzebowałam tylko się komuś wyglądać, zmierzyć, poczuć, że nie jestem sama. A mam takie wrażenie od trzech dni.
- Tak bardzo tęsknię.- na nowo się rozpłakałam.- A jeśli już go nie zobaczę? Powinni już dawno wrócić. Najpóźniej dwa dni temu. Nie ma żadnych wieści o Dymitrze, Adrianine i Sydney, Masonie i reszcie. Sonia nie może z nikim się połączyć przez sen. Wiemy tylko, że ona z mężem uciekli z rozkazu Bielikowa. Nie wiem, co robić. Chciałabym mieć go tu przy sobie.
- Rose. Nie mogę ci nic zagwarantować, ale jeśli, Boże uchowaj, masz rację, nie pozostaje ci nic innego niż żyć pamiętając o nim. On na pewno nie chciałby, żebyś tak rozpaczała.
Jednak to mnie nie uspokoiło. Płakałam cały czas, aż ze zmęczenia zasnęłam.
Obudziłam się w moim łóżku. Jak co dzień sprawdziłam, czy to nie był tylko sen. Niestety. Z moich oczu popłynęły kolejne łzy. Zapowiada się kolejny dzień w łóżku, sam na sam z bólem i tęsknotą. Codziennie patrzyłam na zdjęcie na szafce nocnej. Było to selfi ze mną i moim mężem. Leżeliśmy przykryci kołdrą. Głowa strażnika spoczywała na moim już dużym brzuchu. Było robione gdzieś na początku stycznia. Byliśmy tacy szczęśliwi. Czemu coś zawsze musi niszczyć to szczęście. Z moich ust wydobył się kolejny szloch. Nagle drzwi mojego pokoju otworzyły się z hukiem. Usiadłam spanikowana, ściskając kołdrę. Jednak gdy przekonałam się, że to tylko Ozera, zignorowałam go i na nowo zatopiłam twarz w poduszce, zamierzając przespać kolejne dni samej w łóżku. Niestety nie dane było mi odpocząć.
- Hathaway, wstawaj.
- Christian, idź podręczyć swoim towarzystwem kogoś innego. Ja tu żałobę przeżywam.- zebrała cała swoją siłę i o dziwo mój głos się nie załamał. Dymitr byłby ze mnie dumny. Na tą myśl zaczęłam na nowo moczyć moją poduszkę. Ja się dziwię, że mam jeszcze czym.
- To ją zakończ, bo twój kochany mąż żyje.- po pokoju rozniosły się kroki Abe'a.
- Co?!- usiadłam i w patrzyłam na obu z niedowierzaniem.
Czekał tylko, aż ktoś wyjdzie z kamerą i powie: "Ale masz minę. Zostałaś w kręcona w najgorszy możliwy sposób przez swoich najbliższych. Ale to się nie wydarzyło. Okazało się, że mimo ogólnych myśli o stracie ukochanego, gdzieś głęboko wierzyłam, że on żyje. Mówią, że nadzieja umiera ostatnia.
- Czekamy w samochodzie przed pałacem.- oznajmił mój ojciec i oboje wyszli.
Dopiero gdy trzasnęły drzwi, dotarło do mnie, co się dzieje. On żyje. Zaraz go zobaczę. Pobiegłam do łazienki, łapiąc pierwsze lepsze ubrania. Wzięłam szybki prysznic i ubrałam się. Podarowałam sobie makijaż, bo i tak pewnie się rozmaże, gdy tylko zobaczę ukochanego. Tylko poprawiłam się w lusterku, bo wyglądałam jak zombie. Oczy czerwone, podpuchnięte z wielkimi worami, usta suche, popękane i całe w ranach, po zagryzaniu, a na głowie siano. Opłukałam twarz zimną wodą, nakremowałam ją, rozczesałam z grubsza włosy i umyłam zęby. Było trochę lepiej. Może nie wyglądałam jak miss Ameryki, ale był cień szansy, że na mój widok ludzie nie będą wołać: "Aaaaa! Żona Frankensteina!"
Czym prędzej wyszłam z mieszkania, zamykając je i wyszłam z pałacu. Wsiadłam do czarnego SUV-a, w którym siedzieli moi rodzice i siostra. Ojciec prowadził, a kobiety były z tyłu, razem ze mną. Matka złapała mnie za rękę. Bez zastanowienia wtuliłam się w nią i zaczęłam płakać. Janine spięła się, ale po chwili objęła mnie i zaczęła kołysać. Nic nie mówiła. Nie wymagała ode mnie obojętności strażniczki, ale też nie mówiła, że wszystko będzie dobrze. Po prostu mnie przytulała. Nagle poczułam jak coś ciężkiego przyczepia się do mojego boku. Popatrzyłam w tamtym kierunku. To była Lili. Nie wyglądała lepiej ode mnie. W jej oczach tył smutek. Przytuliłam ją do siebie. Też musiała to przeżyć, a przecież jest taka młoda. Może jednak powinna zostać u moich rodziców. Nasze życie jest zbyt niebezpieczne dla niej. Po raz kolejny w mojej głowie pojawiło się to samo pytanie, bez odpowiedzi: "Dlaczego my?".
Wreszcie dojechaliśmy. Wyskoczyłam czym prędzej z samochodu. Byliśmy pod jakimś szpitalem. Nie czekając na resztę, wbiegłam do środka. Pobiegłam do recepcji.
- Czy tutaj leży mój mąż, Dymitr Bielikow?
Pani patrzyła ze spokojem w ekran komputera. Jak ona może być tak opanowana? W myślach popędzałam ją. Jednak Dymitrowi udało się nauczyć mnie cierpliwości. Po sekundach, które wydawały mi się być wiecznością, wróciła do mnie wzrokiem.
- Tak. Jest teraz w trakcie operacji. Trzecie piętro, korytarzem na lewo.
Szybko udałam się w tamtą stronę. Po kilku krokach ktoś złapał mnie, wziął na ręce i biegł dalej.
- Puść mnie zboczeńcu. Jeśli zaraz tego nie zrobisz, policzy się z tobą mój ojciec.
- Tak się składa, panienko, że działam z polecenia Pana Mazura.- odezwał się niosący mnie goryl.
Od razu zrobiło mi się głupio, że tak na niego naskoczyłam.
Po chwili zobaczyłam obok nas biegnących rodziców i innego mięśniaka, niosącego Lili.
Zatrzymaliśmy się przed windą. Abe ciężko dyszał, opierając się o ścianę.
- To już nie te lata na takie bieganie.
Jednaj była ona na trzydziestym siódmym piętrze i nie zapowiadało się żeby szybko zjechała.
- Panie Mazur?- odezwał się mój nosiciel (zabrzmiało, jakbym była jakimś wirusem).- Może my z panienkami, pobiegniemy schodami? Będzie szybciej.
-Dobrze Dave. Tylko uważaj. Na swoich barkach masz też moje wnuki.
- Tak jest Panie Mazur.- odpowiedział dampir i wbiegł na schody.
Postawił mnie dopiero pod salą operacyjną. Jednak nie mogłam tam wejść. Usiadłam na krześle i zaczęłam płakać.
- Proszę.- spojrzałam w górę i zobaczyłam tego Dava, który mnie niósł. Trzymał plastikowy kubek z wodą.- Niech panienka Mazur się napije.
Wzięłam kubek z wiecznością i opróżniłam go. Nawet nie miałam pojęcia, jak jak bardzo chce mi się pić. W sumie ostatnim moim posiłkiem była wczorajsza kolacja, którą Lissa mi przyniosła do pokoju, bo nie dało się mnie z niego wyciągnąć.
- Dziękuję.- wychlipałam.- Ale mów mi Rose.
- Dave.- podał mi dłoń, którą ścisnęłam.- Chyba powinnaś coś zjeść.
Wstał zanim zdążyłam go powstrzymać i odszedł, chyba w stronę bufetu.
- Rose.- koło mnie usiadła moja siostra.- Czy z Dymitrem wszystko będzie dobrze?
- Na pewno.- starałam się brzmieć na pewniejszą, niż byłam.- On jest silny. Z większych problemów wychodził cało.
Objęłam mała ramieniem. Ona usiadła mi na kolanach i wtuliła się we mnie. Po chwili wrócił strażnik mojego ojca z kanapkami z szynką i warzywami oraz sokiem owocowym dla każdego. Po posiłku dalej siedzieliśmy w ciszy. Chciałam płakać, ulżyć swojemu cierpieniu, ale nie miałam już łez. Zostało nam czekać. Siedziałyśmy tak, póki z sali nie wywieziono Rosjanina, a za nim szedł lekarz. Każdy zerwał się z miejsca. Mój ojciec rozmawiał z doktorem, a ja z Lilianą, poszłyśmy za pielęgniarkami. Nie chciały nas wpuścić na salę, wiec jak to ja zrobiłam awanturę. W końcu skapitulowały i mogłam zobaczyć męża.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
niedziela, 17 lipca 2016
ROZDZIAŁ 195
Obudziło mnie zimno. Chciałam przytulić się do męża, ale nie było go w łóżku. Podniosłam się i zaczęłam rozglądać. Byłam pewna, że zasnęłam w jego ramionach. Zauważyłam go, jak zamykał okno. Wiatr musiał je otworzyć.
- Nie spisz?- ukochany położył się obok i przyciągnął mnie do siebie.
Wtuliłam się w niego mocno.
- Obudziło mnie zimno.
Gdy to powiedziałam, Rosjanin przykrył nas szczelniej kołdrą. On miał na sobie bokserki, a ja koszulę. Ale nie pamiętam, żebym ją zakładała. Próbowałam przypomnieć sobie co się wczoraj działo. Ostatnie co pamiętam, to jak jechaliśmy na Gwiazdce po mostku nad strumykiem w parku Anastazji Wielkiej. Tak dobrze pamiętacie, to ten nasz ulubiony.
- Co ja tu robię, towarzyszu?- spytałam.
- Spisz.- powiedział, śmiejąc się.
- Teraz to akurat leżę przytulona do męża. Ale bardziej mi chodzi o to, skąd się tu wzięłam.
- Podczas przejażdżki zauważyłem, że zasnęłaś. Musiał uśpić cię stukot kopyt i szum wody w rzeczce. Więc wyjechałem do stajni, zszedłem z klaczy i przywiązałem ją, tak jak poleciłaś węzłem łańcuszkowym, wziąłem cię na ręce i położyłem na sianie. Gdy zrobiłem wszystko przy Gwiazdce, zabrałem cię do mieszkania i przebrałem. Później zawołano mnie do GKS, a nie chciałem cie budzić. Zostawiłem ci kartkę, na wypadek, gdybyś wstała zanim ja zdążyłbym wrócić. Jednak tak się nie stało. Po drodze zajrzałem do Lili. Okazało się, że ma gościa.
- A tak. Zapomniałam ci powiedzieć. Jak ona miała na imię...- zaczęłam się zastanawiać.
- Jessica.- podsunął mi strażnik.
- No właśnie. I co dalej?- ponagliłam go.
- No i wróciłem, a ty dalej spałaś, więc zjadłem, umyłem się i dołączyłem do ciebie. Nie czekałem długo, aż mnie objęłaś i zasnąłem. A właśnie. Pewnie jesteś głodna.
Rosjanin już wstawał, ale powstrzymałam go, łapiąc za rękę. Uśmiechnęłam się do niego uroczo.
- Bez jednej kanapki wytrzymam do rana, ale bez ciebie... nie wiem, jak to będzie.- po chwili znów słyszałam równe bicie jego serca.- Czyli niosłeś mnie przez cały Dwór? Pewnie bardzo cię obśliniłam. Było mnie obudzić. I później też.
- Tak słodko wyglądasz jak spisz.
- Niech Ci będzie. Powiedz lepiej, co postanowiliście.
- Akcja zacznie się za tydzień. Sonia i Adrian mówią, że wtedy użytkownicy ducha z Tarasowa będą gotowi. Oprócz tego, wyślą tych strażników, którzy przeżyli akcję w Rosji. Zostali uznani jako mój zespół na akcje. Mamy umówione też kilka spotkań z Taszą. Mamy dylemat, czy puścić na akcję Sonię Karp. Na pewno pojedzie Michaił. Jego żona jest potężna w Duchu i chce zabić Roberta, ale jednak jest morojką.
- Co z tego? Ci z psychiatryka to też moroje.- nie rozumiałam.
- Dla nich to szansa na życie. Jeśli to się uda, będą mogli żyć jak normalni członkowie społeczeństwa. Będą wolni od szaleństwa i będą wiedzieli jak sobie z nim radzić. I wiele tego szaleństwa zostanie użyte przeciwko Robertowi więc...
- To tak nie działa.- przerwałam mu.- Mogą użyć go do walki, ale im to nie ulży. Lissa nie traciła mroku po torturach. Po prostu przejmował nad nią kontrolę. Ale to ból fizyczny lub nasza więź była tak jakby "uziemieniem". Ale może to coś da. Gdzie dokładnie odbędzie się akcja?
Dymitr zaczął się śmiać, a ja nie wiedziałam, co go tak rozśmieszyło.
- Nie wiem, czy powinienem ci mówić. Ostatnio pojechałaś za mną.- śmiał się cały czas.
- Jeśli będzie trzeba, to i w ogień za tobą skoczę. Bo na koniec świata już jechałam.
- I za to cię kocham. Wiesz, że ja bym dla ciebie najgorsze tortury wytrzymam, bo nie ma dla mnie nic gorszego niż utrata ukochanej osoby.
- Wiem. Po gdzie ta misja?- powtórzyłam pytanie.
- W Brazylii.
-No nie! To nie możliwe. Jadę z wami.- udawałam oburzenie.
Mój mąż się roześmiał. Najpiękniejszy dźwięk na świecie.
- Zapakujesz mnie w walizkę i nikt się nie zorientuje.- również się śmiałam.
- Roza. To tylko jeden dzień wielce niebezpiecznej misji zabicia pozbawionego litości szaleńca.
- Przyślij mi widokówkę.- zaśmiałam się.
- Zrobię ci zdjęcia pamiątkowe.- powiedział z sarkazmem, a ja wybuchłam jeszcze głośniejszym śmiechem.- Okej, czyli że masz głupawkę od hormonów. Dobra Roza idziemy spać.
- Nie chce mi się.- powiedziałam, jak małe dziecko, gdy w końcu się uspokoiłam.
- Ale musimy. Jutro mam służbę. Bardzo nie chcę zostawiać cię samą.
- To nie zostawiaj.- poprosiłam.- Obiecałeś, że nigdy mnie nie zostawisz.
- Skarbie. Chciałbym, ale wiesz, że nie mogę.- powiedział z żalem.
- Wiem.- westchnęłam smutno. Po chwili się ożywiłam.- W takim razie ja nie odstąpię cię i Lissy na krok.
- Roza. Powinnaś się oszczędzać.- upominał mnie Rosjanin.
- Będę.- zamrugałam niewinnie oczami.- Ale chcę być blisko ciebie. Nudno tak być samej.- wykrzywiłam usta w słodką moim zdaniem podkówkę.
- Nie zapominaj o Lili.
- Ona jest zajęta koleżankami. To jak będzie?- zrobiłam maślane oczka.
- Porozmawiamy o tym rano bo jesteś zmęczona i gadasz głupoty.
Chciałam zaprzeczyć, ale wpadłam na lepszy pomysł. Usiadłam na Bielikowie okrakiem i nachyliłam się nad jego twarzą. Czułam jak się spiął. Nie wiedział, co chciałam zrobić.
- To przez ciebie nie mogę się skupić. Bardzo mnie rozpraszasz.- szepnęłam mu do ucha.
Zaczęłam go całować po szyi i zostawiać malinki.
- Roza... naprawdę powinniśmy... jest późno.- strażnik miał problemy z wysławianiem się.
- Tym bardziej nikt nam nie przeszkodzi. Proszę. Dimi...- szeptałam zmysłowo.- Mi odmówisz?
Dalej go całowałam, zmysłowo kręcąc pupą. W pewnym momencie wyprostowałam się i ciągnęłam z siebie koszulę. Rzuciłam ją gdzieś w kąt. Oczywiście pod nią nic nie miałam, więc siedziałam na nim, jak mnie Pan Bóg stworzył ( nie żebym była wielce religijna.). Widziałam jak czekoladowe oczy ciemnieją, aż nie stały się całkiem czarne. Doskonale wiedziałam, że działam na niego jak nikt inny.
- Co... co robisz?- spytał, patrząc głodnym wzrokiem, na moje nagie ciało.
- Wiesz, po tym jak zamknąłeś okno, zrobiło mi się bardzo gorąco.
Po wróciłam do poprzedniego zajęcia, dodając dłonie jeżdżące po umięśnionym torsie strażnika. Wreszcie poczułam na tyłku ciepłą dłoń. Po chwili leżałam już pod jej właścicielem, który szybko pozbył się bokserek. Oboje byliśmy bardzo rozgrzani. Mąż więcej się nie sprzeciwiał i pocałował mnie namiętnie z pożądaniem. Nic nie mogło nas powstrzymać. Nagle poczułam jak we mnie wszedł. Jęknęłam z rozkoszy. Poruszał się raz szybko, raz wolniej. Przyspieszał i znowu zwalniał. Po kilku minutach doszliśmy. Oddychaliśmy ciężko. Myślałam, że położy się obok mnie, ale Rosjanin pociągnął mnie na siebie.
- To jeszcze nie koniec Rozza.- seksownie przedłużył moje imię, z rosyjskim akcentem.
Uśmiechnęłam się cwanie, co on odpowiedział. To będzie długa i ciekawa noc.
- Nie spisz?- ukochany położył się obok i przyciągnął mnie do siebie.
Wtuliłam się w niego mocno.
- Obudziło mnie zimno.
Gdy to powiedziałam, Rosjanin przykrył nas szczelniej kołdrą. On miał na sobie bokserki, a ja koszulę. Ale nie pamiętam, żebym ją zakładała. Próbowałam przypomnieć sobie co się wczoraj działo. Ostatnie co pamiętam, to jak jechaliśmy na Gwiazdce po mostku nad strumykiem w parku Anastazji Wielkiej. Tak dobrze pamiętacie, to ten nasz ulubiony.
- Co ja tu robię, towarzyszu?- spytałam.
- Spisz.- powiedział, śmiejąc się.
- Teraz to akurat leżę przytulona do męża. Ale bardziej mi chodzi o to, skąd się tu wzięłam.
- Podczas przejażdżki zauważyłem, że zasnęłaś. Musiał uśpić cię stukot kopyt i szum wody w rzeczce. Więc wyjechałem do stajni, zszedłem z klaczy i przywiązałem ją, tak jak poleciłaś węzłem łańcuszkowym, wziąłem cię na ręce i położyłem na sianie. Gdy zrobiłem wszystko przy Gwiazdce, zabrałem cię do mieszkania i przebrałem. Później zawołano mnie do GKS, a nie chciałem cie budzić. Zostawiłem ci kartkę, na wypadek, gdybyś wstała zanim ja zdążyłbym wrócić. Jednak tak się nie stało. Po drodze zajrzałem do Lili. Okazało się, że ma gościa.
- A tak. Zapomniałam ci powiedzieć. Jak ona miała na imię...- zaczęłam się zastanawiać.
- Jessica.- podsunął mi strażnik.
- No właśnie. I co dalej?- ponagliłam go.
- No i wróciłem, a ty dalej spałaś, więc zjadłem, umyłem się i dołączyłem do ciebie. Nie czekałem długo, aż mnie objęłaś i zasnąłem. A właśnie. Pewnie jesteś głodna.
Rosjanin już wstawał, ale powstrzymałam go, łapiąc za rękę. Uśmiechnęłam się do niego uroczo.
- Bez jednej kanapki wytrzymam do rana, ale bez ciebie... nie wiem, jak to będzie.- po chwili znów słyszałam równe bicie jego serca.- Czyli niosłeś mnie przez cały Dwór? Pewnie bardzo cię obśliniłam. Było mnie obudzić. I później też.
- Tak słodko wyglądasz jak spisz.
- Niech Ci będzie. Powiedz lepiej, co postanowiliście.
- Akcja zacznie się za tydzień. Sonia i Adrian mówią, że wtedy użytkownicy ducha z Tarasowa będą gotowi. Oprócz tego, wyślą tych strażników, którzy przeżyli akcję w Rosji. Zostali uznani jako mój zespół na akcje. Mamy umówione też kilka spotkań z Taszą. Mamy dylemat, czy puścić na akcję Sonię Karp. Na pewno pojedzie Michaił. Jego żona jest potężna w Duchu i chce zabić Roberta, ale jednak jest morojką.
- Co z tego? Ci z psychiatryka to też moroje.- nie rozumiałam.
- Dla nich to szansa na życie. Jeśli to się uda, będą mogli żyć jak normalni członkowie społeczeństwa. Będą wolni od szaleństwa i będą wiedzieli jak sobie z nim radzić. I wiele tego szaleństwa zostanie użyte przeciwko Robertowi więc...
- To tak nie działa.- przerwałam mu.- Mogą użyć go do walki, ale im to nie ulży. Lissa nie traciła mroku po torturach. Po prostu przejmował nad nią kontrolę. Ale to ból fizyczny lub nasza więź była tak jakby "uziemieniem". Ale może to coś da. Gdzie dokładnie odbędzie się akcja?
Dymitr zaczął się śmiać, a ja nie wiedziałam, co go tak rozśmieszyło.
- Nie wiem, czy powinienem ci mówić. Ostatnio pojechałaś za mną.- śmiał się cały czas.
- Jeśli będzie trzeba, to i w ogień za tobą skoczę. Bo na koniec świata już jechałam.
- I za to cię kocham. Wiesz, że ja bym dla ciebie najgorsze tortury wytrzymam, bo nie ma dla mnie nic gorszego niż utrata ukochanej osoby.
- Wiem. Po gdzie ta misja?- powtórzyłam pytanie.
- W Brazylii.
-No nie! To nie możliwe. Jadę z wami.- udawałam oburzenie.
Mój mąż się roześmiał. Najpiękniejszy dźwięk na świecie.
- Zapakujesz mnie w walizkę i nikt się nie zorientuje.- również się śmiałam.
- Roza. To tylko jeden dzień wielce niebezpiecznej misji zabicia pozbawionego litości szaleńca.
- Przyślij mi widokówkę.- zaśmiałam się.
- Zrobię ci zdjęcia pamiątkowe.- powiedział z sarkazmem, a ja wybuchłam jeszcze głośniejszym śmiechem.- Okej, czyli że masz głupawkę od hormonów. Dobra Roza idziemy spać.
- Nie chce mi się.- powiedziałam, jak małe dziecko, gdy w końcu się uspokoiłam.
- Ale musimy. Jutro mam służbę. Bardzo nie chcę zostawiać cię samą.
- To nie zostawiaj.- poprosiłam.- Obiecałeś, że nigdy mnie nie zostawisz.
- Skarbie. Chciałbym, ale wiesz, że nie mogę.- powiedział z żalem.
- Wiem.- westchnęłam smutno. Po chwili się ożywiłam.- W takim razie ja nie odstąpię cię i Lissy na krok.
- Roza. Powinnaś się oszczędzać.- upominał mnie Rosjanin.
- Będę.- zamrugałam niewinnie oczami.- Ale chcę być blisko ciebie. Nudno tak być samej.- wykrzywiłam usta w słodką moim zdaniem podkówkę.
- Nie zapominaj o Lili.
- Ona jest zajęta koleżankami. To jak będzie?- zrobiłam maślane oczka.
- Porozmawiamy o tym rano bo jesteś zmęczona i gadasz głupoty.
Chciałam zaprzeczyć, ale wpadłam na lepszy pomysł. Usiadłam na Bielikowie okrakiem i nachyliłam się nad jego twarzą. Czułam jak się spiął. Nie wiedział, co chciałam zrobić.
- To przez ciebie nie mogę się skupić. Bardzo mnie rozpraszasz.- szepnęłam mu do ucha.
Zaczęłam go całować po szyi i zostawiać malinki.
- Roza... naprawdę powinniśmy... jest późno.- strażnik miał problemy z wysławianiem się.
- Tym bardziej nikt nam nie przeszkodzi. Proszę. Dimi...- szeptałam zmysłowo.- Mi odmówisz?
Dalej go całowałam, zmysłowo kręcąc pupą. W pewnym momencie wyprostowałam się i ciągnęłam z siebie koszulę. Rzuciłam ją gdzieś w kąt. Oczywiście pod nią nic nie miałam, więc siedziałam na nim, jak mnie Pan Bóg stworzył ( nie żebym była wielce religijna.). Widziałam jak czekoladowe oczy ciemnieją, aż nie stały się całkiem czarne. Doskonale wiedziałam, że działam na niego jak nikt inny.
- Co... co robisz?- spytał, patrząc głodnym wzrokiem, na moje nagie ciało.
- Wiesz, po tym jak zamknąłeś okno, zrobiło mi się bardzo gorąco.
Po wróciłam do poprzedniego zajęcia, dodając dłonie jeżdżące po umięśnionym torsie strażnika. Wreszcie poczułam na tyłku ciepłą dłoń. Po chwili leżałam już pod jej właścicielem, który szybko pozbył się bokserek. Oboje byliśmy bardzo rozgrzani. Mąż więcej się nie sprzeciwiał i pocałował mnie namiętnie z pożądaniem. Nic nie mogło nas powstrzymać. Nagle poczułam jak we mnie wszedł. Jęknęłam z rozkoszy. Poruszał się raz szybko, raz wolniej. Przyspieszał i znowu zwalniał. Po kilku minutach doszliśmy. Oddychaliśmy ciężko. Myślałam, że położy się obok mnie, ale Rosjanin pociągnął mnie na siebie.
- To jeszcze nie koniec Rozza.- seksownie przedłużył moje imię, z rosyjskim akcentem.
Uśmiechnęłam się cwanie, co on odpowiedział. To będzie długa i ciekawa noc.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
sobota, 16 lipca 2016
ROZDZIAŁ 194
Weszłam do GKS zamyślona, wiec nie widziałam postaci idącej przede mną, dopóki nie zderzyłam się z umięśnionym torsem. Upadłabym, gdyby nie złapały mnie silne ramiona i nie przytulił do siebie. Na początku się przestraszyłam, no bo wpadacie na jakiegoś faceta, a on was przytula. Ale uspokoiłam się słysząc szept, wywołujący ciarki.
- Dokąd tak lecisz Roza.
- Wszystkie kobiety tak łapiesz, towarzyszu?- spytałam wtulając się w niego mocniej.
- Tylko te wyjątkowe. Ale jak na razie znalazłem zaledwie jedna.- udawał smutnego.
- I tyle ci wystarczy.- powiedziałam pewnie, odsuwając się od męża
- Roza zazdrosna?- zadrwił ze mnie.
- No jasne. Widziałeś te wszystkie kobiety, które się za tobą oglądają.
- Kiedy?- jego uśmiech zastąpiło zdziwienie.
- Zawsze. Gdziekolwiek się nie pojawimy. Widzę tylko te wygłodniałe spojrzenia kobiet, gotowych do rzucenia się na ciebie.
- Przesadzasz skarbie.
- Niech ci będzie.- wiedziałam, że wmawianie mu, jaki to on nie jest idealny i doskonały, nie ma sensu. Bo jednocześnie jest bardzo skromny.- A tak poza tym, gdzie twoja woda kolońska?
- Zapomniałem dzisiaj jej użyć. To gdzie ci tak śpieszno?
- Miałam iść do Hansa, ale skoro wyszedłeś to... w sumie nie wiem co to znaczy.- zaśmialiśmy się.
- Akurat Hans coś załatwia i powiedział, że mam wracać do domu. I ty też.
- No dobra.
Poszliśmy do domu, jednak po drodze zaczęłam ciągnąć go w stronę pałacu.
- Choć towarzyszu musisz to zobaczyć.- mówiłam.
Pewnie to wyglądało jakby prowadziła gdzieś wujka, a nie męża. Niekiedy przy Dymitrze zachowuję się jak pięciolatka. Nie wiem czemu. Może to przez hormony? Ciąża robi swoje.
Po chwili staliśmy przed dziełem dzieci.
- Ładne.- uznał strażnik.
- Ładne?!- nie dowierzałam.- Pokazuję ci szczegółową rzeźbę, zrobioną przez dzieciaki, a ty mówisz tylko "ładne"?! To jest wspaniałe, piękne, cudowne.
- Cieszę się, że ci się podoba. Ja po prostu nie widzę w tym...
- Nie wmawiaj mi czegoś, czego nie ma. Po prostu jeszcze nie umiesz zachwycać się takimi rzeczami.
- Jeszcze?!- mój ukochany uniósł jedną brew.
- Oczywiście. Jeśli myślisz, że pozwolę ci zostać zamkniętym na piękno świata, to się grubo mylisz.- oznajmiłam.
- Ależ Roza. Ja umiem cieszyć się z pięknych rzeczy.- powiedział obejmując mnie.
-Hej Rose, Dymitr.
Odwróciliśmy się w stronę głosu. W naszym kierunku szli Jill i Eddy. Dziewczyna niosła wielką pluszową zebrę.
- Hej,- odpowiedziałam, gdy podeszli bliżej.- Jak było w zoo?
Myślałam, że Bielikow mnie puści, ale on nadal trzymał mnie w objęciach. Brodę oparł na moim ramieniu.
- Fantastycznie. I patrz co mi Eddy kupił.- morojka wystawiła przed siebie wypchane zwierzę.
Widać, że jest bardzo szczęśliwa.
- Dla pięknej, delikatnej kobiety, powinno być na porządku dziennym dostawać prezenty.- mój przyjaciel pocałował ją w dłoń.
- Widzieliście co dzieciaki zrobiły?- wskazałam na smoka.
- Te dzieci ulepiły takie coś?- Dragomirówna otworzyła szeroko oczy.
- No, no.- dampir zagwizdał z zachwytu.- Mają talent.
- Widzisz?! Tak się reaguje na dzieło sztuki.- pouczyłam męża.
- Chcesz, żebym gwizdał?- spytał, po czym odsunął się ode mnie.
Nie ucieszyła mnie utrata źródła ciepła w ten chłodny dzień. Powietrze przeszył głośny gwizd. Po chwili zza zakrętu wyszła Gwiazdka.
- Bardzo śmieszne towarzyszu, przewróciłam oczami.-Hej mała.- pogłaskałam ją po chrapach.
- Czyj to koń?- spytał młodszy strażnik, rozglądając się dookoła.
- Mój.- oznajmił Rosjanin.
- Masz własnego konia?!- nie dowierzała Jill.
- Tak.- odpowiedział spokojnie. Klacz zaczęła go obwąchiwać i szturchać, rżąc z niezadowolenia.- Wybacz Gwiazdeczko. Nie mam marchewek.
- Ja mam.- księżniczka wyciągnęła z kieszeni woreczek pełen pomarańczowego warzywa.
Kary koń od podniósł głowę i pod kłusował do dziewczyny.
-Nosisz przy sobie marchew?- zdziwiłam się.
- Zdrowe odżywianie w szkole. Mogę?- spytała patrząc na Gwiazdkę.
- Jasne.- Bielilow pokiwał głową.
- Jeśli nie szkoda ci palców.- dopowiedziałam z uśmiechem.
Dragomirówna popatrzyła na mnie ze strachem, ale gdy zauważyła moją minę, zmienił się w radość. Podała klaczy dłoń z przysmakiem, głaszcząc ją po grzbiecie. Ta zjadła wszystko i lizała dalej księżniczkę. Jednak gdy zrozumiała, że nic nie dostanie, pokręciła nie zadowolona pyskiem i podeszła sprawdzić mojego przyjaciela. Na końcu podeszła do Dymitra.
- Dobra, my musimy już iść. Pa.- pomachałam przyjaciołom.- Hej, co robisz?- spytałam, gdy mój mąż wskoczył na grzbiet konia.
- Zabieram moją księżniczkę na przejażdżkę po dworze.- powiedział, podając mi dłoń.
- Ale wiesz, że...- zaczęłam.
- Będzie powoli. Nic wam się nie stanie, a Gwiazdce przyda nie trochę ruchu.
Z pomocą Dymitra wsiadłam na klacz. Po chwili jechaliśmy wolnym stepem przez Dwór. Jego mieszkańcy patrzyli na nas zdziwieni. Strażnik siedział za mną, dla bezpieczeństwa. Zaczęłam podziwiać wszystko dookoła. Dziwnie patrzy się na wszystko z góry.
- Może jak ona potrzebuje ruchu, to Lili będzie miała dwa treningi?- zaproponowałam.- Najpierw na Gwiazdce, a później walki.
- W sumie i tak nie mamy co robić, więc czemu nie.
Przez chwilę panowała przyjemna cisza, ale że nie lubię żadnej ciszy, musiałam ją przerwać. Właśnie wjeżdżaliśmy do parku.
- Porozmawiajmy o czymś.- poprosiłam, wtulając się w Bielikow
- O czym?- spytał.
- Nie wiem.- wzruszyłam ramionami.- O czymkolwiek.
- Twój plan zeswatania Jill i Eddiego udał się, jak zauważyłem.- zagadnął.
- Na to wygląda. Myślisz, że gdyby ktoś wymyślił taki plan dla nas, było nam łatwiej.
- Nam chyba nigdy nie byłoby łatwiej. Ty byś nie zrobiła nic, bo chciałaś zostać strażniczką Lissy, a ja dopiero przejrzałem na oczy podczas zajęć polowych.- w myślach przyznałam mu rację.- Po za tym można powiedzieć, że Daszkow uknuł taki plan.
- Raczej nie chodzi mi o plan zawładnięcia światem starożytnej rasy wampirów, w którym nasze, jeszcze nie do końca pewne uczucia, miały odciągnąć uwagę od głównego zamiaru.
- Ale bardzo cieszę się, że mogę codziennie czuć się jak podczas tego zaklęcia i nie muszę go przerywać.- przyznał.
- Ciesz się, póki możesz. Bo po porodzie będziemy musieli zrobić sobie przerwę.- ostrzegłam.
- Wiem, ale to nic. Przecież nie tylko na tym polega to miłość.
- Wiem.- wtuliłam się mocniej w tors ukochanego, z błogim uśmiechem i zamknęłam oczy, rozkoszując się tą chwilą.
___________________________________________________________
Wiem, długo się nie odzywałam, ale wracam z następnym rozdziałem. Oczywiście wczorajszy też nadrobię. I takie pytanie. Kto domyśla się jakie jest rozwinięcie skrótu GKS? Odpowiedzi piszcie w komentarzach. 💖
- Dokąd tak lecisz Roza.
- Wszystkie kobiety tak łapiesz, towarzyszu?- spytałam wtulając się w niego mocniej.
- Tylko te wyjątkowe. Ale jak na razie znalazłem zaledwie jedna.- udawał smutnego.
- I tyle ci wystarczy.- powiedziałam pewnie, odsuwając się od męża
- Roza zazdrosna?- zadrwił ze mnie.
- No jasne. Widziałeś te wszystkie kobiety, które się za tobą oglądają.
- Kiedy?- jego uśmiech zastąpiło zdziwienie.
- Zawsze. Gdziekolwiek się nie pojawimy. Widzę tylko te wygłodniałe spojrzenia kobiet, gotowych do rzucenia się na ciebie.
- Przesadzasz skarbie.
- Niech ci będzie.- wiedziałam, że wmawianie mu, jaki to on nie jest idealny i doskonały, nie ma sensu. Bo jednocześnie jest bardzo skromny.- A tak poza tym, gdzie twoja woda kolońska?
- Zapomniałem dzisiaj jej użyć. To gdzie ci tak śpieszno?
- Miałam iść do Hansa, ale skoro wyszedłeś to... w sumie nie wiem co to znaczy.- zaśmialiśmy się.
- Akurat Hans coś załatwia i powiedział, że mam wracać do domu. I ty też.
- No dobra.
Poszliśmy do domu, jednak po drodze zaczęłam ciągnąć go w stronę pałacu.
- Choć towarzyszu musisz to zobaczyć.- mówiłam.
Pewnie to wyglądało jakby prowadziła gdzieś wujka, a nie męża. Niekiedy przy Dymitrze zachowuję się jak pięciolatka. Nie wiem czemu. Może to przez hormony? Ciąża robi swoje.
Po chwili staliśmy przed dziełem dzieci.
- Ładne.- uznał strażnik.
- Ładne?!- nie dowierzałam.- Pokazuję ci szczegółową rzeźbę, zrobioną przez dzieciaki, a ty mówisz tylko "ładne"?! To jest wspaniałe, piękne, cudowne.
- Cieszę się, że ci się podoba. Ja po prostu nie widzę w tym...
- Nie wmawiaj mi czegoś, czego nie ma. Po prostu jeszcze nie umiesz zachwycać się takimi rzeczami.
- Jeszcze?!- mój ukochany uniósł jedną brew.
- Oczywiście. Jeśli myślisz, że pozwolę ci zostać zamkniętym na piękno świata, to się grubo mylisz.- oznajmiłam.
- Ależ Roza. Ja umiem cieszyć się z pięknych rzeczy.- powiedział obejmując mnie.
-Hej Rose, Dymitr.
Odwróciliśmy się w stronę głosu. W naszym kierunku szli Jill i Eddy. Dziewczyna niosła wielką pluszową zebrę.
- Hej,- odpowiedziałam, gdy podeszli bliżej.- Jak było w zoo?
Myślałam, że Bielikow mnie puści, ale on nadal trzymał mnie w objęciach. Brodę oparł na moim ramieniu.
- Fantastycznie. I patrz co mi Eddy kupił.- morojka wystawiła przed siebie wypchane zwierzę.
Widać, że jest bardzo szczęśliwa.
- Dla pięknej, delikatnej kobiety, powinno być na porządku dziennym dostawać prezenty.- mój przyjaciel pocałował ją w dłoń.
- Widzieliście co dzieciaki zrobiły?- wskazałam na smoka.
- Te dzieci ulepiły takie coś?- Dragomirówna otworzyła szeroko oczy.
- No, no.- dampir zagwizdał z zachwytu.- Mają talent.
- Widzisz?! Tak się reaguje na dzieło sztuki.- pouczyłam męża.
- Chcesz, żebym gwizdał?- spytał, po czym odsunął się ode mnie.
Nie ucieszyła mnie utrata źródła ciepła w ten chłodny dzień. Powietrze przeszył głośny gwizd. Po chwili zza zakrętu wyszła Gwiazdka.
- Bardzo śmieszne towarzyszu, przewróciłam oczami.-Hej mała.- pogłaskałam ją po chrapach.
- Czyj to koń?- spytał młodszy strażnik, rozglądając się dookoła.
- Mój.- oznajmił Rosjanin.
- Masz własnego konia?!- nie dowierzała Jill.
- Tak.- odpowiedział spokojnie. Klacz zaczęła go obwąchiwać i szturchać, rżąc z niezadowolenia.- Wybacz Gwiazdeczko. Nie mam marchewek.
- Ja mam.- księżniczka wyciągnęła z kieszeni woreczek pełen pomarańczowego warzywa.
Kary koń od podniósł głowę i pod kłusował do dziewczyny.
-Nosisz przy sobie marchew?- zdziwiłam się.
- Zdrowe odżywianie w szkole. Mogę?- spytała patrząc na Gwiazdkę.
- Jasne.- Bielilow pokiwał głową.
- Jeśli nie szkoda ci palców.- dopowiedziałam z uśmiechem.
Dragomirówna popatrzyła na mnie ze strachem, ale gdy zauważyła moją minę, zmienił się w radość. Podała klaczy dłoń z przysmakiem, głaszcząc ją po grzbiecie. Ta zjadła wszystko i lizała dalej księżniczkę. Jednak gdy zrozumiała, że nic nie dostanie, pokręciła nie zadowolona pyskiem i podeszła sprawdzić mojego przyjaciela. Na końcu podeszła do Dymitra.
- Dobra, my musimy już iść. Pa.- pomachałam przyjaciołom.- Hej, co robisz?- spytałam, gdy mój mąż wskoczył na grzbiet konia.
- Zabieram moją księżniczkę na przejażdżkę po dworze.- powiedział, podając mi dłoń.
- Ale wiesz, że...- zaczęłam.
- Będzie powoli. Nic wam się nie stanie, a Gwiazdce przyda nie trochę ruchu.
Z pomocą Dymitra wsiadłam na klacz. Po chwili jechaliśmy wolnym stepem przez Dwór. Jego mieszkańcy patrzyli na nas zdziwieni. Strażnik siedział za mną, dla bezpieczeństwa. Zaczęłam podziwiać wszystko dookoła. Dziwnie patrzy się na wszystko z góry.
- Może jak ona potrzebuje ruchu, to Lili będzie miała dwa treningi?- zaproponowałam.- Najpierw na Gwiazdce, a później walki.
- W sumie i tak nie mamy co robić, więc czemu nie.
Przez chwilę panowała przyjemna cisza, ale że nie lubię żadnej ciszy, musiałam ją przerwać. Właśnie wjeżdżaliśmy do parku.
- Porozmawiajmy o czymś.- poprosiłam, wtulając się w Bielikow
- O czym?- spytał.
- Nie wiem.- wzruszyłam ramionami.- O czymkolwiek.
- Twój plan zeswatania Jill i Eddiego udał się, jak zauważyłem.- zagadnął.
- Na to wygląda. Myślisz, że gdyby ktoś wymyślił taki plan dla nas, było nam łatwiej.
- Nam chyba nigdy nie byłoby łatwiej. Ty byś nie zrobiła nic, bo chciałaś zostać strażniczką Lissy, a ja dopiero przejrzałem na oczy podczas zajęć polowych.- w myślach przyznałam mu rację.- Po za tym można powiedzieć, że Daszkow uknuł taki plan.
- Raczej nie chodzi mi o plan zawładnięcia światem starożytnej rasy wampirów, w którym nasze, jeszcze nie do końca pewne uczucia, miały odciągnąć uwagę od głównego zamiaru.
- Ale bardzo cieszę się, że mogę codziennie czuć się jak podczas tego zaklęcia i nie muszę go przerywać.- przyznał.
- Ciesz się, póki możesz. Bo po porodzie będziemy musieli zrobić sobie przerwę.- ostrzegłam.
- Wiem, ale to nic. Przecież nie tylko na tym polega to miłość.
- Wiem.- wtuliłam się mocniej w tors ukochanego, z błogim uśmiechem i zamknęłam oczy, rozkoszując się tą chwilą.
___________________________________________________________
Wiem, długo się nie odzywałam, ale wracam z następnym rozdziałem. Oczywiście wczorajszy też nadrobię. I takie pytanie. Kto domyśla się jakie jest rozwinięcie skrótu GKS? Odpowiedzi piszcie w komentarzach. 💖
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
czwartek, 14 lipca 2016
ROZDZIAŁ 193
Po chwili byłyśmy przed restauracją. Kilka met dalej stał Eddy. Zaczęłyśmy głośniej rozmawiać. W pewnym momencie ja i Lissa po prostu wybuchłyśmy śmiechem, a Jill uśmiechnęła się delikatnie. Wtedy strażnik zwrócił na nas uwagę. Uśmiechnął się do nas, a gdy spojrzał na księżniczkę, lekki, ciepły wiatr podwiał jej sukienkę i rozwiał włosy. Morojka podtrzymała sobie dół ubioru, uśmiechając się promiennie. Do tego kamienie księżycowe błyszczały w promieniach naturalnego satelity. Wydawałoby się, że nie zrobiło to na naszym przyjacielu żadnego wrażenia, gdyby nie zaświeciły mu się oczy. Nie był tak dobry w maskowaniu uczuć jak Bielikow. Nie myślcie, że miałyśmy szczęście z tym wiatrem. Jako, że Lissa specjalizuje się w duchu oznacza, że panuje nad wszystkimi żywiołami. Zbliżyłyśmy się do dampira.
- Hej.- przywitał nas. Uścisnął mnie i królową, a z Jill chyba nie do końca wiedział co robić, co tylko na nią patrzył. A raczej subtelnie rozbierał ją wzrokiem, jak każdy facet.
- Hej, a ty masz tu warte?- spytałam, żeby zachować pozory.
- Tak. To znaczy kończę za pięć minut.
- O! A my chciałyśmy iść do zoo, ale najpierw wstąpimy do kawiarni.- powiedziała Lissa.- Może po służbie dołączysz do nas?
- Jasne zawsze miło spędzić czas, w towarzystwie uroczych dam.- powiedział, puszczając oczko do Jill.
Dziewczyna pewnie się lekko zarumieniła, ale na szczęście makijaż wszystko zakrył.
- To my zaczęłam w środku.- powiedziałam.
Jednak wejście królowej zrobiło większą sensację, niz sądziłyśmy. Wszyscy zaczęli się kłaniać i zapraszać nas do swojego stolika. Gdy w końcu usiadłyśmy na wolnej kanapie, zbiegli się wszyscy kelnerzy i sam szef kuchni, prosząc o zamówienie. Gdy w końcu się zdecydowałyśmy na cztery kubki czekolady i kawałki szarlotki z lodami, miałyśmy względny spokój. Nie licząc wścibskich spojrzeń klientów i obsługi lokalu.
- Nie zazdroszczę Ci.- szepnęłam do przyjaciółki.
- Wiem.- westchnęła cicho.- Ale nie jest tak źle. Wystarczy zamknąć się w pokoju i powiedzieć kogo chce się widzieć, a kogo nie.- zachichotała.
- Myślę, że już jutro będą rozprowadzać i promować kawiarnię, w której gościła sama królowa, księżniczka i najlepsza strażniczka będąca w ciąży i związku z najlepszym strażnikiem świata.- zaśmiała się Jill, a my jej zawtórowałyśmy.
- A zauważyłyście ten błysk w oczach Eddiego, gdy Cię zobaczył?- spytałam.
- Nie.- morojka wydawała się być zdezorientowana.
- No jasne. Oj jest w tobie zakochany na zabój.- uśmiechnęła się moja przyjaciółka.
- On będzie twój, ale musisz być odważniejsza. Pokaż, że jesteś pewna siebie, nawet jeśli tak nie jest.
Po chwili dostałyśmy zamówienia i w tym momencie wszedł nasz przyjaciel. Pomachałam, żeby nas zauważył. Usiadł koło młodszej Dragomirówny, naprzeciwko nas. Specjalnie tylko tam zostawiłyśmy wolne miejsce. Zaczęliśmy jeść ciasto i popijać czekoladą.
- A słyszałyście, że Mason również przyjechał na Dwór?- ciszę przerwał dampir.
- Naprawdę?! To zaraz musimy ich przywitać.- postanowiłam.
- Ale on przyjechał sam.- przerwał mi przyjaciel.
- Że co?! I zostawił Mię bez ochrony?- nie dowierzała królowa.
- Mówili, że to dla bezpieczeństwa innych. Ona dostała innego strażnika, a on jako lepszy pojawił się u nas.- kontynuował.
- Rozdzielenie ich jest niesprawiedliwe. Nie rozumiem jak mogli zmniejszyć ich ochronę.- Lissa zaczęła się wkurzać.
- Hej, jako królowa możesz zaprosić ich na Dwór.- podsunęłam.
- Jest jeszcze kilka wiadomości. I tym razem lepsze. Martin ma dziewczynę.
- No co ty?!- patrzyłam na każdego po kolei. Dziewczyny przytaknęły.
- To prawda.- Jill odłożyła filiżankę.- moi strażnicy, też planują założyć rodzinę.
- A ty Eddy?- spytałam.
Chłopak lekko się zmieszał. Pewnie to se względu na księżniczkę.
- No wiesz, jestem młody. Nie wiem.
- Ale nikt nie każe ci się od razu żenić.- dążyłam.- Nie ma żadnej dziewczyny, która ci się podoba?
- No jedna jest. Ale to nie ważne. To tylko marzenia.
- Opisz ją. Jaka jest?- pochwyciła młodsza Dragomirówna.
Nagle chłopakowi wydała się bardzo ciekawa filiżanka, już prawie pusta. Kręcił nią w dłoniach.
- Ma ciemne włosy, bardzo rzadkie piękne oczy, zgrabny nosek i słodki pieprzyk nad ustami. Jest miła, zawsze radosna, uśmiechnięta, uprzejma. A dzisiaj dowiedziałem się, że ładnie jej w niebieskim. Tylko szkoda, że mnie nie zauważa.-westchnął smutno.
- To może zwróć na siebie jej uwagę?- siostra królowej się rozkręciła.- Może to ona czeka na twój znak?
Eddy podniósł na nią wzrok. Jednak zaraz go spuścił.
- Nie to nie dla mnie. Ona jest morojką, a ja zwykłym strażnikiem.- westchnął ciężko.
- Ej, nie po to staram się o równouprawnienia, żebyś mi tak mówił.- na skoczyła na niego Lissa.
- Po za tym nie mierzy wszystkich tą samą miarą. Ja na przykład bardzo Cię Lubię.- księżniczka wzruszyła ramionami i upiła łyk słodkiego napoju.
-Naprawdę.- patrzył na nią.
- No pewnie. Jesteś zabawny, radosny, dobrze wykonujesz swoje obowiązki, przystojny.- przy tym na pewno się zarumieniła, ale nie spuściła z niego wzroku.- Zazdroszczę tej szczęściarze, która podbiła twoje serce.
- Nie musisz.- uśmiechnął się do niej i złapał ją za rękę.
- Szlag!- udałam zdenerwowanie. Wszyscy popatrzyli na mnie zdziwieni.- Za chwilę mam być w GKS.
- Odprowadzić cię?- spytała Jill.
- Nie trzeba. Mieliśmy iść do ZOO, ale pójdzie sami.
- Ja też niestety muszę wracać.- odezwała się Lissa, gdy zrozumiała, o co mi chodzi.- Moja przerwa się skończyła i dalej jestem królową.
- To co mam sama iść?- oburzyła się młoda.
- Ja mogę z tobą iść.- zaoferował strażnik.
Jill spojrzała na niego słodko.
- To odprowadzimy was do bramy.- moja przyjaciółka wstała prosząc o rachunek.
Po chwili przyszedł ktoś z obsługi.
- Wasza wysokość.- ukłonił się.- Dla waszej wysokości i jej przyjaciół na koszt firmy.
- Bardzo dziękuję. Wspaniała kawiarenka. Może będziemy tu wpadać częściej.- powiedziała z uniesioną dumnie głową.
- Zapraszamy królowo.- ukłonił się po raz kolejny, a my wyszliśmy.
Przy bramie się rozstaliśmy. Dalej poszłam z Lissą, odprowadzić ja do pałacu.
- JEST! Udało się.- cieszyłyśmy się.
- To było genialne. A tak na serio musisz iść do tej GSP?- spytała królowa.
- GKS.- poprawiłam ją.- Tak, ale kiedy chcę. Pójdę teraz i będę miała spokój.
- Niepokoi mnie, że ściąganie wszystkich strażników.
- Po prostu nam zaufaj. Nie pozwolimy, żeby coś wam się stało.
- No dobra.- westchnęła.
- Uwaga idą!- ktoś krzyknął.
Rozglądałam się czujnie. Mój wzrok zatrzymał się na tej samej grupie dzieci, co spotkaliśmy w drodze do sektora B14.
- Witam wasza wysokość.- zawołały chórem.
- Witajcie dzieci.
- Mamy dla ciebie królowo niespodziankę.- powiedziała jedna z dziewczynka.
Nagle maluchy rozsunęły się.
- O rany!- zabrakło nam słów.
Pod ścianą pałacu leżał smok ze śniegu. Piękny lodowy potwór. To to ukrywał pół godziny temu. Ale się napracowały. Potężne łapy i pysk ukazujące najmniejszą łuskę i mięsień. Ogon najeżony tysiącami szpikulców, zakończony strzałką. Paszcza z ostrymi zębami i oczy z podłużny źrenicami.
- No Lissa masz nowego strażnika. Kurcze bele. Teraz nikt z rady ci nie podskoczy.- zaczęłyśmy się śmiać.
-Kochane dzieciaki. To jest piękne, dziękuję wam.- królowa uścisnęła każdego z budowniczych.
po chwili koło mnie pojawiła się Lili.
- Rose. Czy Jessica mogłaby zostać u mnie na noc?- spytała,
- Jasne. Jestem z ciebie dumna.- powiedziałam, przytulając siostrę.
Cały czas wpatrzona byłam w śnieżną figurę, która będzie cieszyć oczy wielu osób, przez resztę chłodnych dni.
- Hej.- przywitał nas. Uścisnął mnie i królową, a z Jill chyba nie do końca wiedział co robić, co tylko na nią patrzył. A raczej subtelnie rozbierał ją wzrokiem, jak każdy facet.
- Hej, a ty masz tu warte?- spytałam, żeby zachować pozory.
- Tak. To znaczy kończę za pięć minut.
- O! A my chciałyśmy iść do zoo, ale najpierw wstąpimy do kawiarni.- powiedziała Lissa.- Może po służbie dołączysz do nas?
- Jasne zawsze miło spędzić czas, w towarzystwie uroczych dam.- powiedział, puszczając oczko do Jill.
Dziewczyna pewnie się lekko zarumieniła, ale na szczęście makijaż wszystko zakrył.
- To my zaczęłam w środku.- powiedziałam.
Jednak wejście królowej zrobiło większą sensację, niz sądziłyśmy. Wszyscy zaczęli się kłaniać i zapraszać nas do swojego stolika. Gdy w końcu usiadłyśmy na wolnej kanapie, zbiegli się wszyscy kelnerzy i sam szef kuchni, prosząc o zamówienie. Gdy w końcu się zdecydowałyśmy na cztery kubki czekolady i kawałki szarlotki z lodami, miałyśmy względny spokój. Nie licząc wścibskich spojrzeń klientów i obsługi lokalu.
- Nie zazdroszczę Ci.- szepnęłam do przyjaciółki.
- Wiem.- westchnęła cicho.- Ale nie jest tak źle. Wystarczy zamknąć się w pokoju i powiedzieć kogo chce się widzieć, a kogo nie.- zachichotała.
- Myślę, że już jutro będą rozprowadzać i promować kawiarnię, w której gościła sama królowa, księżniczka i najlepsza strażniczka będąca w ciąży i związku z najlepszym strażnikiem świata.- zaśmiała się Jill, a my jej zawtórowałyśmy.
- A zauważyłyście ten błysk w oczach Eddiego, gdy Cię zobaczył?- spytałam.
- Nie.- morojka wydawała się być zdezorientowana.
- No jasne. Oj jest w tobie zakochany na zabój.- uśmiechnęła się moja przyjaciółka.
- On będzie twój, ale musisz być odważniejsza. Pokaż, że jesteś pewna siebie, nawet jeśli tak nie jest.
Po chwili dostałyśmy zamówienia i w tym momencie wszedł nasz przyjaciel. Pomachałam, żeby nas zauważył. Usiadł koło młodszej Dragomirówny, naprzeciwko nas. Specjalnie tylko tam zostawiłyśmy wolne miejsce. Zaczęliśmy jeść ciasto i popijać czekoladą.
- A słyszałyście, że Mason również przyjechał na Dwór?- ciszę przerwał dampir.
- Naprawdę?! To zaraz musimy ich przywitać.- postanowiłam.
- Ale on przyjechał sam.- przerwał mi przyjaciel.
- Że co?! I zostawił Mię bez ochrony?- nie dowierzała królowa.
- Mówili, że to dla bezpieczeństwa innych. Ona dostała innego strażnika, a on jako lepszy pojawił się u nas.- kontynuował.
- Rozdzielenie ich jest niesprawiedliwe. Nie rozumiem jak mogli zmniejszyć ich ochronę.- Lissa zaczęła się wkurzać.
- Hej, jako królowa możesz zaprosić ich na Dwór.- podsunęłam.
- Jest jeszcze kilka wiadomości. I tym razem lepsze. Martin ma dziewczynę.
- No co ty?!- patrzyłam na każdego po kolei. Dziewczyny przytaknęły.
- To prawda.- Jill odłożyła filiżankę.- moi strażnicy, też planują założyć rodzinę.
- A ty Eddy?- spytałam.
Chłopak lekko się zmieszał. Pewnie to se względu na księżniczkę.
- No wiesz, jestem młody. Nie wiem.
- Ale nikt nie każe ci się od razu żenić.- dążyłam.- Nie ma żadnej dziewczyny, która ci się podoba?
- No jedna jest. Ale to nie ważne. To tylko marzenia.
- Opisz ją. Jaka jest?- pochwyciła młodsza Dragomirówna.
Nagle chłopakowi wydała się bardzo ciekawa filiżanka, już prawie pusta. Kręcił nią w dłoniach.
- Ma ciemne włosy, bardzo rzadkie piękne oczy, zgrabny nosek i słodki pieprzyk nad ustami. Jest miła, zawsze radosna, uśmiechnięta, uprzejma. A dzisiaj dowiedziałem się, że ładnie jej w niebieskim. Tylko szkoda, że mnie nie zauważa.-westchnął smutno.
- To może zwróć na siebie jej uwagę?- siostra królowej się rozkręciła.- Może to ona czeka na twój znak?
Eddy podniósł na nią wzrok. Jednak zaraz go spuścił.
- Nie to nie dla mnie. Ona jest morojką, a ja zwykłym strażnikiem.- westchnął ciężko.
- Ej, nie po to staram się o równouprawnienia, żebyś mi tak mówił.- na skoczyła na niego Lissa.
- Po za tym nie mierzy wszystkich tą samą miarą. Ja na przykład bardzo Cię Lubię.- księżniczka wzruszyła ramionami i upiła łyk słodkiego napoju.
-Naprawdę.- patrzył na nią.
- No pewnie. Jesteś zabawny, radosny, dobrze wykonujesz swoje obowiązki, przystojny.- przy tym na pewno się zarumieniła, ale nie spuściła z niego wzroku.- Zazdroszczę tej szczęściarze, która podbiła twoje serce.
- Nie musisz.- uśmiechnął się do niej i złapał ją za rękę.
- Szlag!- udałam zdenerwowanie. Wszyscy popatrzyli na mnie zdziwieni.- Za chwilę mam być w GKS.
- Odprowadzić cię?- spytała Jill.
- Nie trzeba. Mieliśmy iść do ZOO, ale pójdzie sami.
- Ja też niestety muszę wracać.- odezwała się Lissa, gdy zrozumiała, o co mi chodzi.- Moja przerwa się skończyła i dalej jestem królową.
- To co mam sama iść?- oburzyła się młoda.
- Ja mogę z tobą iść.- zaoferował strażnik.
Jill spojrzała na niego słodko.
- To odprowadzimy was do bramy.- moja przyjaciółka wstała prosząc o rachunek.
Po chwili przyszedł ktoś z obsługi.
- Wasza wysokość.- ukłonił się.- Dla waszej wysokości i jej przyjaciół na koszt firmy.
- Bardzo dziękuję. Wspaniała kawiarenka. Może będziemy tu wpadać częściej.- powiedziała z uniesioną dumnie głową.
- Zapraszamy królowo.- ukłonił się po raz kolejny, a my wyszliśmy.
Przy bramie się rozstaliśmy. Dalej poszłam z Lissą, odprowadzić ja do pałacu.
- JEST! Udało się.- cieszyłyśmy się.
- To było genialne. A tak na serio musisz iść do tej GSP?- spytała królowa.
- GKS.- poprawiłam ją.- Tak, ale kiedy chcę. Pójdę teraz i będę miała spokój.
- Niepokoi mnie, że ściąganie wszystkich strażników.
- Po prostu nam zaufaj. Nie pozwolimy, żeby coś wam się stało.
- No dobra.- westchnęła.
- Uwaga idą!- ktoś krzyknął.
Rozglądałam się czujnie. Mój wzrok zatrzymał się na tej samej grupie dzieci, co spotkaliśmy w drodze do sektora B14.
- Witam wasza wysokość.- zawołały chórem.
- Witajcie dzieci.
- Mamy dla ciebie królowo niespodziankę.- powiedziała jedna z dziewczynka.
Nagle maluchy rozsunęły się.
- O rany!- zabrakło nam słów.
Pod ścianą pałacu leżał smok ze śniegu. Piękny lodowy potwór. To to ukrywał pół godziny temu. Ale się napracowały. Potężne łapy i pysk ukazujące najmniejszą łuskę i mięsień. Ogon najeżony tysiącami szpikulców, zakończony strzałką. Paszcza z ostrymi zębami i oczy z podłużny źrenicami.
- No Lissa masz nowego strażnika. Kurcze bele. Teraz nikt z rady ci nie podskoczy.- zaczęłyśmy się śmiać.
-Kochane dzieciaki. To jest piękne, dziękuję wam.- królowa uścisnęła każdego z budowniczych.
po chwili koło mnie pojawiła się Lili.
- Rose. Czy Jessica mogłaby zostać u mnie na noc?- spytała,
- Jasne. Jestem z ciebie dumna.- powiedziałam, przytulając siostrę.
Cały czas wpatrzona byłam w śnieżną figurę, która będzie cieszyć oczy wielu osób, przez resztę chłodnych dni.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
środa, 13 lipca 2016
W SZPONACH MROZU
Oglądałeś film "Akademia Wampirów"? Podobało ci się? Chcesz oglądnąć inne części? Nie jesteś sam. Ale żeby to osiągnąć musimy to pokazać. Jak? Podpisanie petycji.
Wejdź tutaj i wypełnij.
↓
Razem możemy więcej. Liczę na was.💖💖💖💖
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
ROZDZIAŁ 192
- Hej Hans.- wpadłam do biura strażników bez pukania.- Witaj skarbie.- cmoknęłam Dymitra w policzek, na co się spiął, ale po chwili objął mnie ramieniem.
- Cholera! Rose pukać nie umiesz?!- wściekł się strażnik.
- Umiem, ale jestem zajęta. Ale Fina wydaje się być bardzo samotna.- odgryzłam się.
Patrzyli na mnie zszokowany, że mogłam coś takiego wymyślić.
- Hathaway. Nie zapominaj, że jestem twoim przełożonym.- pogroził mi wściekły Croft.
- Hathaway-Bielikow.- poprawiłam strażnika.
- Jednak ty Hans nie zapominaj, że Rose nie ma żadnych autorytetów i ją to nie obchodzi.- mój mąż zaśmiał się, przytulając mnie jeszcze bardziej.
Widać, że traktuje Hansa jak kogoś więcej niż kolegę z pracy.
- Eh... wytrzymuję z tą kobietą, tylko ze względu na ciebie Bielikow. Pamiętam co na wywijała od razu po skończeniu szkoły.
- Też pracy w archiwum nie wspominam najlepiej.- wzdrygnęłam się.
- Co nie zmienia faktu, że więcej zrobiłaś dobra niż zła.- mimo wszystko pochwalił mnie.
- Cała przyjemność po mojej stronie. Ale nie na pogaduszki tu przyszłam...
- Domyślam się.- przerwał mi starszy Dampir, a ja posłałam mu lodowate spojrzenie.
Rose Hathaway-Bielikow się nie przerywa. Chyba, że to Dymitr, Lissa lub Mason. Oni mają swego rodzaju przywileje wobec mojej osoby. Tak samo im jedynie pozwalam robić niespodzianki. No i mój ojciec, ale z nim nic się nie da zrobić.
- Wiesz, gdzie mogę znaleźć Eddiego?- spytałam.
Hans zaczął przewracać kartki w jakiejś teczce.
- Castile... Castile... Castile...- mruczał co chwilę.- O jest. Za trzydzieści osiem minut kończy obchód na sektorze B14.
- Doskonale.- uśmiechnęłam się przebiegle.
- A po co ci to?- spytał ciekawy.
- A takie babskie sprawy.- zrobiłam niewinną minę.
Chciałam już wychodzić, kiedy poczułam silne dłonie na biodrach. Dymitr przytulił mnie od tyłu.
- Co wy kombinujecie, Roza?- zadrżałam na jego aksamitny głos. I powiedział to tak seksownie.
- My?!- zdziwiłam się. Czyżby wiedział, że nie jestem sama?
- Okna stąd wychodzą na wejście. Widzę Dragomirówny.- oświadczył.
- No tak. Skoro już je zauważyłeś, to powinnam iść. Pewnie denerwują się, że jeszcze nie wróciłam. Bo ile można załatwiać jedną sprawę.- popatrzyłam na niego słodko, maślanymi oczkami. Jednak strażnik był nieugięty.
- Skoro pytasz o Castile, a Jill jest tak ładnie ubrana, zgaduję, że za waszą sprawą, to coś zaczyna mi świtać.- Bielikow zaczął się śmiać.
Szlag z tą jego dedykacją.
- Eddy to dobry chłopak, do tego odpowiedzialny strażnik.- zauważyłam.
- Zaraz, zaraz. Rose czy ty... Hathaway, przestań swatać mi strażników.- wtrącił się Hans.
- To nie narzekajcie na niedobór strażników.- wyszłam trzaskając drzwiami.
Pożegnałam się z sekretarką i wróciłam do dziewczyn.
- Co tak długo?- spytała zniecierpliwiona Lissa.
- Faceci.- powiedziałam i wszystkie się zaśmiałyśmy.- Dobra, idziemy do kawiarni przy mini ZOO. Tam za chwilę nasz cel kończy wartę.
- Dalej nie jestem przekonana.- powiedziała nie pewnie Jill.
- Posłuchaj mnie.- złapałam ją za ramiona.- Jesteś silną, piękną kobietą pochodząca z najlepszego i najdzielniejszego rodu. W twoich żyłach płynie krew Dragomirów. Najbardziej szanownej rodziny królewskiej. Twoja siostra, mimo że straciła rodzinę i miała tylko mnie, jest teraz królową. Wasi przodkowie, którzy zasiadali na tronie, są najlepiej wspominani. Dokonywali wielkich czynów, a ty nie chcesz do faceta zagadać.- pokręciłam głową, udając rozczarowanie.- Nie ładnie. Nie bałaś się stanąć przed całą salą morojów i wstawić za Lissę, jako jej siostra, a nie chcesz przyznać się do uczuć? Z własnego doświadczenia wiem, że to do niego dobrego nie prowadzi. Więc wyprostuj się, wypnij pierś i pokaż wszystkim, że jesteś godna nazwiska swego ojca.
Dziewczyna pokiwała głową, choć nie wydała się być przekonana.
- Już nie jesteś dziewczynką z podstawówki, zachwycająca się legendami. Teraz spraw, abyś sama się nie nią stała. Więc głową do góry i idziemy na podbój Dworu.
I poszłyśmy razem. Królowa po środku, a my tuż obok. Oczywiście ja i Lissa też jakoś lepiej się ubrałyśmy. Ja w czarne lśniące leginsy i czarną sukienkę ciążowa, a moja przyjaciółka została w swoim kolorze. Zielona sukienka. Wszystkie trzy miałyśmy na sobie identyczne czarne kozaczki i kurtki ze sztucznej skóry w odpowiednich kolorach. Buty księżniczki były na wyższym obcasie, jako że mogła sobie na to pozwolić. Jednak kurtki miałyśmy rozpięte. Nie było tak zimno. Mimo tego, że to połowa lutego, śnieg powoli topniał. Ale dzieci się tym nie przejmował i lepiły bałwany tam, gdzie ten biały puch jeszcze był. Najwięcej maluchów było przed pałacem. Teraz gdy go mijałyśmy, ich liczba powiększyła się o drugie tyle. Gdy nas zauważyły, ustawiły się, szczelnie zakrywając coś za nimi.
- Witaj wasza wysokość, witaj księżniczki. Dzień dobry strażniczko Hathaway-Bielikow.- powiedziały chórem, jak jakąś regułkę.
- Dzień dobry dzieci.- Lissa uśmiechnęła się do nich serdecznie. Zawsze lubiła dzieci.- A co wy tam chowacie za plecami?
- Nic Królowo.- odezwał się jeden z chłopców.
Chyba był najstarszy, bo nikt nie dorównywał mu wzrostem. Z pod czapki wystarała mu blond czupryna. Od razu widać, że jest morojem.
Nagle z tłumu wybiegła dziewczynka i przytuliła się do mnie. Po różowej kurtce i niebieskim szaliku poznałam w niej moją siostrę
- No dobrze, tylko bawcie się ostrożnie.- upomniała ich władczyni.
- Rose, nawet nie wiesz jaką będziecie mieli niespodziankę. A Wiktoria, ta dziewczyna z którą była dzisiaj jest bardzo miła. Ma wielu znajomych i chyba zostałam włączona do ich grona. A są tacy co im strasznie dokuczali, a ja ich pognałam gdzie pieprz rośnie. Wiesz, że jej rodzice ją zostawili na Dworze u dziadków, bo są zajęci pracą. Myślisz, że mogłybyśmy kiedyś być takimi przyjaciółkami jak wy? Chciałabym być jej strażniczką.- gadała jak nakręcona.
- Myślę, że jeśli będziecie dbać o tą przyjaźń i siebie nawzajem, kiedyś zrozumiecie, że możecie na sobie polegać w każdej sytuacji. A teraz leć do reszty, bo cię zabawa ominie.
I już jej nie było. A my ruszyłyśmy w dalszą drogę. Dzień była piękny. Księżyc w pełni rzucał na wszystko blade światło, sprawiając, że śnieg błyszczał magicznie. Panowała względna cisza, przerywana odgłosami nocnych zwierząt z lasu. Niebo było bezchmurne, więc nie trudno było zobaczyć gwiazdy. Pamiętam radość Bielikowa, gdy podczas urodzin rozsunął się dach i pokazał gwiazdy. Po chwili puszczono fajerwerki, które ułożył się w napis "Wszystkiego najlepszego Dimka." Ludzie zaczęli bić brawo i krzyczeć "gorzko!", więc solenizant nie miał wyboru i mnie pocałował. Ale zrobił to tak, że następne fajerwerki wybuchły we mnie, gdzieś głęboko w klatce piersiowej.
Nie wiem, czemu teraz o tym pomyślałam. Choć i tak wolę o tym, niż o oglądaniu gwiazd z Dymitrem-strzygą. Muszę to kiedyś powtórzyć, ale z moim mężem. Dampirem.
- Cholera! Rose pukać nie umiesz?!- wściekł się strażnik.
- Umiem, ale jestem zajęta. Ale Fina wydaje się być bardzo samotna.- odgryzłam się.
Patrzyli na mnie zszokowany, że mogłam coś takiego wymyślić.
- Hathaway. Nie zapominaj, że jestem twoim przełożonym.- pogroził mi wściekły Croft.
- Hathaway-Bielikow.- poprawiłam strażnika.
- Jednak ty Hans nie zapominaj, że Rose nie ma żadnych autorytetów i ją to nie obchodzi.- mój mąż zaśmiał się, przytulając mnie jeszcze bardziej.
Widać, że traktuje Hansa jak kogoś więcej niż kolegę z pracy.
- Eh... wytrzymuję z tą kobietą, tylko ze względu na ciebie Bielikow. Pamiętam co na wywijała od razu po skończeniu szkoły.
- Też pracy w archiwum nie wspominam najlepiej.- wzdrygnęłam się.
- Co nie zmienia faktu, że więcej zrobiłaś dobra niż zła.- mimo wszystko pochwalił mnie.
- Cała przyjemność po mojej stronie. Ale nie na pogaduszki tu przyszłam...
- Domyślam się.- przerwał mi starszy Dampir, a ja posłałam mu lodowate spojrzenie.
Rose Hathaway-Bielikow się nie przerywa. Chyba, że to Dymitr, Lissa lub Mason. Oni mają swego rodzaju przywileje wobec mojej osoby. Tak samo im jedynie pozwalam robić niespodzianki. No i mój ojciec, ale z nim nic się nie da zrobić.
- Wiesz, gdzie mogę znaleźć Eddiego?- spytałam.
Hans zaczął przewracać kartki w jakiejś teczce.
- Castile... Castile... Castile...- mruczał co chwilę.- O jest. Za trzydzieści osiem minut kończy obchód na sektorze B14.
- Doskonale.- uśmiechnęłam się przebiegle.
- A po co ci to?- spytał ciekawy.
- A takie babskie sprawy.- zrobiłam niewinną minę.
Chciałam już wychodzić, kiedy poczułam silne dłonie na biodrach. Dymitr przytulił mnie od tyłu.
- Co wy kombinujecie, Roza?- zadrżałam na jego aksamitny głos. I powiedział to tak seksownie.
- My?!- zdziwiłam się. Czyżby wiedział, że nie jestem sama?
- Okna stąd wychodzą na wejście. Widzę Dragomirówny.- oświadczył.
- No tak. Skoro już je zauważyłeś, to powinnam iść. Pewnie denerwują się, że jeszcze nie wróciłam. Bo ile można załatwiać jedną sprawę.- popatrzyłam na niego słodko, maślanymi oczkami. Jednak strażnik był nieugięty.
- Skoro pytasz o Castile, a Jill jest tak ładnie ubrana, zgaduję, że za waszą sprawą, to coś zaczyna mi świtać.- Bielikow zaczął się śmiać.
Szlag z tą jego dedykacją.
- Eddy to dobry chłopak, do tego odpowiedzialny strażnik.- zauważyłam.
- Zaraz, zaraz. Rose czy ty... Hathaway, przestań swatać mi strażników.- wtrącił się Hans.
- To nie narzekajcie na niedobór strażników.- wyszłam trzaskając drzwiami.
Pożegnałam się z sekretarką i wróciłam do dziewczyn.
- Co tak długo?- spytała zniecierpliwiona Lissa.
- Faceci.- powiedziałam i wszystkie się zaśmiałyśmy.- Dobra, idziemy do kawiarni przy mini ZOO. Tam za chwilę nasz cel kończy wartę.
- Dalej nie jestem przekonana.- powiedziała nie pewnie Jill.
- Posłuchaj mnie.- złapałam ją za ramiona.- Jesteś silną, piękną kobietą pochodząca z najlepszego i najdzielniejszego rodu. W twoich żyłach płynie krew Dragomirów. Najbardziej szanownej rodziny królewskiej. Twoja siostra, mimo że straciła rodzinę i miała tylko mnie, jest teraz królową. Wasi przodkowie, którzy zasiadali na tronie, są najlepiej wspominani. Dokonywali wielkich czynów, a ty nie chcesz do faceta zagadać.- pokręciłam głową, udając rozczarowanie.- Nie ładnie. Nie bałaś się stanąć przed całą salą morojów i wstawić za Lissę, jako jej siostra, a nie chcesz przyznać się do uczuć? Z własnego doświadczenia wiem, że to do niego dobrego nie prowadzi. Więc wyprostuj się, wypnij pierś i pokaż wszystkim, że jesteś godna nazwiska swego ojca.
Dziewczyna pokiwała głową, choć nie wydała się być przekonana.
- Już nie jesteś dziewczynką z podstawówki, zachwycająca się legendami. Teraz spraw, abyś sama się nie nią stała. Więc głową do góry i idziemy na podbój Dworu.
I poszłyśmy razem. Królowa po środku, a my tuż obok. Oczywiście ja i Lissa też jakoś lepiej się ubrałyśmy. Ja w czarne lśniące leginsy i czarną sukienkę ciążowa, a moja przyjaciółka została w swoim kolorze. Zielona sukienka. Wszystkie trzy miałyśmy na sobie identyczne czarne kozaczki i kurtki ze sztucznej skóry w odpowiednich kolorach. Buty księżniczki były na wyższym obcasie, jako że mogła sobie na to pozwolić. Jednak kurtki miałyśmy rozpięte. Nie było tak zimno. Mimo tego, że to połowa lutego, śnieg powoli topniał. Ale dzieci się tym nie przejmował i lepiły bałwany tam, gdzie ten biały puch jeszcze był. Najwięcej maluchów było przed pałacem. Teraz gdy go mijałyśmy, ich liczba powiększyła się o drugie tyle. Gdy nas zauważyły, ustawiły się, szczelnie zakrywając coś za nimi.
- Witaj wasza wysokość, witaj księżniczki. Dzień dobry strażniczko Hathaway-Bielikow.- powiedziały chórem, jak jakąś regułkę.
- Dzień dobry dzieci.- Lissa uśmiechnęła się do nich serdecznie. Zawsze lubiła dzieci.- A co wy tam chowacie za plecami?
- Nic Królowo.- odezwał się jeden z chłopców.
Chyba był najstarszy, bo nikt nie dorównywał mu wzrostem. Z pod czapki wystarała mu blond czupryna. Od razu widać, że jest morojem.
Nagle z tłumu wybiegła dziewczynka i przytuliła się do mnie. Po różowej kurtce i niebieskim szaliku poznałam w niej moją siostrę
- No dobrze, tylko bawcie się ostrożnie.- upomniała ich władczyni.
- Rose, nawet nie wiesz jaką będziecie mieli niespodziankę. A Wiktoria, ta dziewczyna z którą była dzisiaj jest bardzo miła. Ma wielu znajomych i chyba zostałam włączona do ich grona. A są tacy co im strasznie dokuczali, a ja ich pognałam gdzie pieprz rośnie. Wiesz, że jej rodzice ją zostawili na Dworze u dziadków, bo są zajęci pracą. Myślisz, że mogłybyśmy kiedyś być takimi przyjaciółkami jak wy? Chciałabym być jej strażniczką.- gadała jak nakręcona.
- Myślę, że jeśli będziecie dbać o tą przyjaźń i siebie nawzajem, kiedyś zrozumiecie, że możecie na sobie polegać w każdej sytuacji. A teraz leć do reszty, bo cię zabawa ominie.
I już jej nie było. A my ruszyłyśmy w dalszą drogę. Dzień była piękny. Księżyc w pełni rzucał na wszystko blade światło, sprawiając, że śnieg błyszczał magicznie. Panowała względna cisza, przerywana odgłosami nocnych zwierząt z lasu. Niebo było bezchmurne, więc nie trudno było zobaczyć gwiazdy. Pamiętam radość Bielikowa, gdy podczas urodzin rozsunął się dach i pokazał gwiazdy. Po chwili puszczono fajerwerki, które ułożył się w napis "Wszystkiego najlepszego Dimka." Ludzie zaczęli bić brawo i krzyczeć "gorzko!", więc solenizant nie miał wyboru i mnie pocałował. Ale zrobił to tak, że następne fajerwerki wybuchły we mnie, gdzieś głęboko w klatce piersiowej.
Nie wiem, czemu teraz o tym pomyślałam. Choć i tak wolę o tym, niż o oglądaniu gwiazd z Dymitrem-strzygą. Muszę to kiedyś powtórzyć, ale z moim mężem. Dampirem.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
wtorek, 12 lipca 2016
ROZDZIAŁ 191
Właśnie byliśmy w trakcie rozpakowywania w naszym starym mieszkaniu na dworze, gdy do pokoju wpadła Lissa.
- Rose!- rzuciła mi się na szyję.- Tak tęskniłam. Jak tylko dowiedziałam się, że przyjeżdżacie, musiałam się z tobą zobaczyć.
- To ja może zajrzę do Hansa.- mój ukochany kierował się do wyjścia.
- Ależ Dymitr, przecież masz urlop.- oburzyła się królowa.
Popatrzyliśmy na siebie niepewnie. Pokiwałam głową, na znak, że może iść, a ja porozmawiam z przyjaciółką. Pokłonił się i wyszedł.
- Nigdy nie zrozumiem twojego męża.- przyznała morojka.
- A ja nie zrozumiem czemu chcesz wyjść za Ozerę.- westchnęłam z rękoma wyciągniętymi w kierunku nieba, za co dostałam kuksańca w bok. Po chwili wybuchłyśmy śmiechem.
-Nasi chłopcy mają przerąbane z naszymi humorami.- próbowałam się uspokoić.
- Mów za siebie. Ja z Christianem nie kłóciliśmy się od dwóch tygodni. Tylko raz. Wyobraź sobie, że ten idiota chce nazwać naszą córkę Kleosin.
- Przynajmniej oryginalne- zaśmiałam się.
- Ta oryginalne.- Lissa się nastroszyła.- Gdy zapytałam o normalne to co usłyszałam? Tasza! Na pamięć wspaniałej cioci!
- Nienormalny?!- żachnęłam się.- Chociaż ciesz się, bo jakbyś spodziewała się chłopca, mógłby wymyślić Wiktor.
- Nawet tak nie mów. Nasza córeczka będzie miała na imię Rosalie.
- Pięknie.- przyznałam.
- A wasze?
- Uznaliśmy, że nazwiemy je po narodzinach.
- Dobra, a teraz do rzeczy. Co robicie na Dworze? Bo wątpię, że przyprowadziliście się tutaj tak o.
- No tak. Wiesz, nie chcę Cię okłamywać, ale skoro strażnicy ci nie powiedzieli, znaczy że nie musisz o tym wiedzieć, a nawet nie powinnaś ze względu na swój stan.
- Ale...
- Proszę Liss, zaufaj nam.- przerwałam jej.- Masz najlepszych strażników na świecie. Nic ci nie grozi.
- No dobrze.- przyjaciółka odpuściła i zmieniła temat.- A co tam u was? Dymitr znosi twoje humorki?
- Tak. Jest bardzo ugody i dba o mnie. Wczoraj tylko mieliśmy kłótnie, ale już się pogodziliśmy.
I to jak się godziliśmy. Ale tego nie powiedziałam, jednak musiałam się lekko zarumienić na wspomnienie nocy, bo przyjaciółka patrzyła na mnie z uśmiechem. Jeszcze bardziej się zawstydziłam. Królowa zaczęła się śmiać.
- Tak rzadko można zobaczyć cię czerwoną. Widzę, że strażnik Bielikow umie przeprosić.- śmiała się jeszcze głośniej.- Ale żeby najlepsze małżeństwo świata się kłóciło?!
- Każdy ma takie sprzeczki.
- Czekaj. Skoro wy tu jesteście to z wami jest też twoja siostra. Gdzie jest ta słodka brunetka?
- Dostała pokój obok.- uśmiechnęłam się.
Gdy skończyłam rozpakowywanie zaparzyłam nam herbaty. Gadałyśmy przez następne kilka godzin. W między czasie dołączyła do nas Jill. Różne plotki i pogłoski o mnie i mojej ciąży chodziły po Dworze. Na każdą wybuchałam śmiechem.
- A co jak dzieci w końcu się urodzą?- spytała młodsza morojka.
- Będziemy je wychowywać.- powiedziałam obojętnie.
- Będę mogła zostać chrzestną?- spytała podekscytowana Lissa.
- Przecież to oczywiste. Ty Jill też.
- Ale jak?- nie zrozumiała nastolatka.
- No jak będą bliźniaki, to potrzeba do każdego dwoje chrzestnych. Myślałam też o Masonie i Eddym.
- To ja mogę z Eddym.- zgłosiła się księżniczka, po czym się zarumieniła.
Obie z królową popatrzyłyśmy na nią. Dziewczyna spuściła głowę.
- No bo... my... ja...- dukała.
- Podoba ci się nas przyjaciel?- spytałam w prost.
Jill spuściła głowę cała czerwona i nerwowo bawiła się palcami. Na to zaczęłam się śmiać. Dragomirówna patrzyła zszokowana to na mnie, to na młodszą siostrę. Otwierała co chwilę buzię, ale zaraz po tym zamykała ją. Jednak w końcu odzyskała głos.
- Jill nie masz się czego wstydzić. Eddy to nasz dobry przyjaciel.
Morojka popatrzyła na nas smutno.
- Ale nie wiem czy ja mu się podobam.
- To zrobimy tak, żebyś się spodobała.
- Naprawdę?!- w jej oczach zabłysła nadzieja.
- Oczywiście. A zaczniemy od zaraz. Do garderoby.- zażądała królowa.
Zostawiłam Dymitrowi kartkę, gdzie poszłam i zakluczyłam mieszkanie. Po drodze wystąpiłyśmy do Lili. Okazało się, że po rozpakowaniu zaprosiła koleżankę.
Gdy weszłyśmy do garderoby omiemiałam. Było to pomieszczenie wielkości korytarzu w naszym domu. A wszędzie na wieszakach były suknie, sukienki, bluzki, bluzeczki, koszule, długi rękaw, krótki, trzy czwarte, spodnie, rybaczki, ogrodniczki, spódnice krótkie, długie, kurtki, katany, leginsy, rajstopy, kapelusze, peruki, stroje karnawałowe i maski, we wszystkich kolorach, wzorach i rozmiarach. Na podłodze, równo poustawiane leżały buty. Chyba nie ma na świecie części ubiory, której nie dałoby się znaleźć tutaj. Zaczęłyśmy szukać stroju panującego do dziewczyny.
- Może ta?- Lissa pokazała niebieską, zwiewną sukieneczkę.
- Nie!- zaprotestowałam.- A tej to mi nawet nie dotykaj.- powiedziałam gdy morojka sięgała po długą, różową suknię.- Ona nie idzie na bal, tylko poderwać chłopaka. Musi być obcisła i odważna, ale nie robiąc z niej dziwki. Ape zostańmy przy niebieskim. Ładnie ci w tym kolorze.
Po godzinie nadal nie znalazłyśmy odpowiedniej sukienki.
- A może to jest bezsensu? Na pewno mu się nie spodobam.- zaczęła marudzić Jill.
- Głową do góry. Jak nie spróbujesz, to się nie dowiesz.- powiedziałam, odwracając się w jej stronę.
Po drugiej stronie sukienki przerzucała królowa. Nagle ją zobaczyłam. Stanęłam koło Lissy i wyciągnęłam niebiesko-czarną sukienkę.
Moja przyjaciółka zaniemówiła, gdy spojrzała na moją zdobycz. Przyłożyłam ją do Dragomirówny.
- To jest to!- krzyknęła patrząc na kreacje.- Szybko, zakładaj ją.
Dziewczyna wykonała moje polecenie.
- WOW!- tylko tyle mogłam powiedzieć.
Sukienka do pasa w górę była czarna, a w dół rozkloszała się niebieska halka.(↓)
- To jest wspaniałe.- zachwycała się nasza modelka.
- Lissa wołaj makijażystki, a później poszukamy biżuterii.
Po chwili Jill siedziała na fotelu przed wielkim lustrem, a wokół niej kręciły się trzy panie: dwie kosmetyczki i fryzjerka.
W tym czasie ja i jej starsza siostra grzebałyśmy w szafce z naszyjnikami, bransoletkami i kolczykami.
W końcu zdecydowałyśmy się na naszyjnik i pierścionek z kamieniem księżycowy oraz szafirowe kolczyki i bransoletkę.(↓)
- Gotowe!- usłyszałyśmy za sobą. Odwróciłyśmy się i zamarłyśmy. Przed nami stała całkiem inna dziewczyna. Cienie i kreska powiększały jej oczy, szminka nadawała objętości jej krwistoczerwonych ust. Tusz wydłużył jej i tak już grube rzęsy. Róż na policzkach trochę łagodził bladość jej skóry. Jednocześnie wyglądała kusząco i subtelnie. Paznokcie miała granatowe, a na serdecznych palcach namalowaną miała srebrną lilię. Z boku, po ramieniu. spływały lekko pokręcone włosy, a między nimi zaplątał się samotny warkoczyki, spięty na górze mała gwiazdką.(↓)
- Wasza wysokość.- obie spojrzałyśmy na fryzjerkę.- Pozwoliłam sobie na ten dodatek, ale jeśli...
- Nie.- przerwała jej królowa.- Tak jest idealnie. Dziękuję panią.
Morojki ukłoniły się i wyszły.
- Rose!- rzuciła mi się na szyję.- Tak tęskniłam. Jak tylko dowiedziałam się, że przyjeżdżacie, musiałam się z tobą zobaczyć.
- To ja może zajrzę do Hansa.- mój ukochany kierował się do wyjścia.
- Ależ Dymitr, przecież masz urlop.- oburzyła się królowa.
Popatrzyliśmy na siebie niepewnie. Pokiwałam głową, na znak, że może iść, a ja porozmawiam z przyjaciółką. Pokłonił się i wyszedł.
- Nigdy nie zrozumiem twojego męża.- przyznała morojka.
- A ja nie zrozumiem czemu chcesz wyjść za Ozerę.- westchnęłam z rękoma wyciągniętymi w kierunku nieba, za co dostałam kuksańca w bok. Po chwili wybuchłyśmy śmiechem.
-Nasi chłopcy mają przerąbane z naszymi humorami.- próbowałam się uspokoić.
- Mów za siebie. Ja z Christianem nie kłóciliśmy się od dwóch tygodni. Tylko raz. Wyobraź sobie, że ten idiota chce nazwać naszą córkę Kleosin.
- Przynajmniej oryginalne- zaśmiałam się.
- Ta oryginalne.- Lissa się nastroszyła.- Gdy zapytałam o normalne to co usłyszałam? Tasza! Na pamięć wspaniałej cioci!
- Nienormalny?!- żachnęłam się.- Chociaż ciesz się, bo jakbyś spodziewała się chłopca, mógłby wymyślić Wiktor.
- Nawet tak nie mów. Nasza córeczka będzie miała na imię Rosalie.
- Pięknie.- przyznałam.
- A wasze?
- Uznaliśmy, że nazwiemy je po narodzinach.
- Dobra, a teraz do rzeczy. Co robicie na Dworze? Bo wątpię, że przyprowadziliście się tutaj tak o.
- No tak. Wiesz, nie chcę Cię okłamywać, ale skoro strażnicy ci nie powiedzieli, znaczy że nie musisz o tym wiedzieć, a nawet nie powinnaś ze względu na swój stan.
- Ale...
- Proszę Liss, zaufaj nam.- przerwałam jej.- Masz najlepszych strażników na świecie. Nic ci nie grozi.
- No dobrze.- przyjaciółka odpuściła i zmieniła temat.- A co tam u was? Dymitr znosi twoje humorki?
- Tak. Jest bardzo ugody i dba o mnie. Wczoraj tylko mieliśmy kłótnie, ale już się pogodziliśmy.
I to jak się godziliśmy. Ale tego nie powiedziałam, jednak musiałam się lekko zarumienić na wspomnienie nocy, bo przyjaciółka patrzyła na mnie z uśmiechem. Jeszcze bardziej się zawstydziłam. Królowa zaczęła się śmiać.
- Tak rzadko można zobaczyć cię czerwoną. Widzę, że strażnik Bielikow umie przeprosić.- śmiała się jeszcze głośniej.- Ale żeby najlepsze małżeństwo świata się kłóciło?!
- Każdy ma takie sprzeczki.
- Czekaj. Skoro wy tu jesteście to z wami jest też twoja siostra. Gdzie jest ta słodka brunetka?
- Dostała pokój obok.- uśmiechnęłam się.
Gdy skończyłam rozpakowywanie zaparzyłam nam herbaty. Gadałyśmy przez następne kilka godzin. W między czasie dołączyła do nas Jill. Różne plotki i pogłoski o mnie i mojej ciąży chodziły po Dworze. Na każdą wybuchałam śmiechem.
- A co jak dzieci w końcu się urodzą?- spytała młodsza morojka.
- Będziemy je wychowywać.- powiedziałam obojętnie.
- Będę mogła zostać chrzestną?- spytała podekscytowana Lissa.
- Przecież to oczywiste. Ty Jill też.
- Ale jak?- nie zrozumiała nastolatka.
- No jak będą bliźniaki, to potrzeba do każdego dwoje chrzestnych. Myślałam też o Masonie i Eddym.
- To ja mogę z Eddym.- zgłosiła się księżniczka, po czym się zarumieniła.
Obie z królową popatrzyłyśmy na nią. Dziewczyna spuściła głowę.
- No bo... my... ja...- dukała.
- Podoba ci się nas przyjaciel?- spytałam w prost.
Jill spuściła głowę cała czerwona i nerwowo bawiła się palcami. Na to zaczęłam się śmiać. Dragomirówna patrzyła zszokowana to na mnie, to na młodszą siostrę. Otwierała co chwilę buzię, ale zaraz po tym zamykała ją. Jednak w końcu odzyskała głos.
- Jill nie masz się czego wstydzić. Eddy to nasz dobry przyjaciel.
Morojka popatrzyła na nas smutno.
- Ale nie wiem czy ja mu się podobam.
- To zrobimy tak, żebyś się spodobała.
- Naprawdę?!- w jej oczach zabłysła nadzieja.
- Oczywiście. A zaczniemy od zaraz. Do garderoby.- zażądała królowa.
Zostawiłam Dymitrowi kartkę, gdzie poszłam i zakluczyłam mieszkanie. Po drodze wystąpiłyśmy do Lili. Okazało się, że po rozpakowaniu zaprosiła koleżankę.
Gdy weszłyśmy do garderoby omiemiałam. Było to pomieszczenie wielkości korytarzu w naszym domu. A wszędzie na wieszakach były suknie, sukienki, bluzki, bluzeczki, koszule, długi rękaw, krótki, trzy czwarte, spodnie, rybaczki, ogrodniczki, spódnice krótkie, długie, kurtki, katany, leginsy, rajstopy, kapelusze, peruki, stroje karnawałowe i maski, we wszystkich kolorach, wzorach i rozmiarach. Na podłodze, równo poustawiane leżały buty. Chyba nie ma na świecie części ubiory, której nie dałoby się znaleźć tutaj. Zaczęłyśmy szukać stroju panującego do dziewczyny.
- Może ta?- Lissa pokazała niebieską, zwiewną sukieneczkę.
- Nie!- zaprotestowałam.- A tej to mi nawet nie dotykaj.- powiedziałam gdy morojka sięgała po długą, różową suknię.- Ona nie idzie na bal, tylko poderwać chłopaka. Musi być obcisła i odważna, ale nie robiąc z niej dziwki. Ape zostańmy przy niebieskim. Ładnie ci w tym kolorze.
Po godzinie nadal nie znalazłyśmy odpowiedniej sukienki.
- A może to jest bezsensu? Na pewno mu się nie spodobam.- zaczęła marudzić Jill.
- Głową do góry. Jak nie spróbujesz, to się nie dowiesz.- powiedziałam, odwracając się w jej stronę.
Po drugiej stronie sukienki przerzucała królowa. Nagle ją zobaczyłam. Stanęłam koło Lissy i wyciągnęłam niebiesko-czarną sukienkę.
Moja przyjaciółka zaniemówiła, gdy spojrzała na moją zdobycz. Przyłożyłam ją do Dragomirówny.
- To jest to!- krzyknęła patrząc na kreacje.- Szybko, zakładaj ją.
Dziewczyna wykonała moje polecenie.
- WOW!- tylko tyle mogłam powiedzieć.
Sukienka do pasa w górę była czarna, a w dół rozkloszała się niebieska halka.(↓)
- To jest wspaniałe.- zachwycała się nasza modelka.
- Lissa wołaj makijażystki, a później poszukamy biżuterii.
Po chwili Jill siedziała na fotelu przed wielkim lustrem, a wokół niej kręciły się trzy panie: dwie kosmetyczki i fryzjerka.
W tym czasie ja i jej starsza siostra grzebałyśmy w szafce z naszyjnikami, bransoletkami i kolczykami.
W końcu zdecydowałyśmy się na naszyjnik i pierścionek z kamieniem księżycowy oraz szafirowe kolczyki i bransoletkę.(↓)
- Gotowe!- usłyszałyśmy za sobą. Odwróciłyśmy się i zamarłyśmy. Przed nami stała całkiem inna dziewczyna. Cienie i kreska powiększały jej oczy, szminka nadawała objętości jej krwistoczerwonych ust. Tusz wydłużył jej i tak już grube rzęsy. Róż na policzkach trochę łagodził bladość jej skóry. Jednocześnie wyglądała kusząco i subtelnie. Paznokcie miała granatowe, a na serdecznych palcach namalowaną miała srebrną lilię. Z boku, po ramieniu. spływały lekko pokręcone włosy, a między nimi zaplątał się samotny warkoczyki, spięty na górze mała gwiazdką.(↓)
- Wasza wysokość.- obie spojrzałyśmy na fryzjerkę.- Pozwoliłam sobie na ten dodatek, ale jeśli...
- Nie.- przerwała jej królowa.- Tak jest idealnie. Dziękuję panią.
Morojki ukłoniły się i wyszły.
- To teraz wytłumaczę wam plan.- uśmiechnęłam się chytrze.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






