- Dymitr.- szepnęłam.
Od razu spojrzał w moją stronę. Jego nieobecny wzrok skupił się na mnie, w strachu i zdziwieniu.
- Roza, co ty tu robisz? Nie powinno cię tu być. Tak samo jak w moim życiu.- ostatnie zdanie powiedział z żalem, opadając z powrotem na pościel i patrząc w górę.
- Co ty mówisz? Dymitr ja cię kocham.
- Nie powinnaś.
Zamurowało mnie. Mężczyzna mojego życia mówi mi, że nie powinnam go kochać.
- To ja może zostawię państwa samych.- powiedział doktor i wyszedł.
- Dymitr popatrz na mnie.- zero reakcji.- Nie będę gadać do ściany.- nadal nic.- Dymitr proszę, powiedz mi co tam się stało?- dotknęłam dłonią jego ręki. Wystraszony odsunął się, ale spojrzał na mnie.- Proszę.- powtórzyłam z łzami w oczach.
- Roza. Proszę nie płacz.- chwycił moją dłoń i położył się na poprzednim miejscu. Nawet trochę bliżej mnie.- To był tamten pokój.- nie zrozumiałam.- Twój.
- Jak mój?- zdziwiłam się. Nagle zaczęłam mieć podejrzenia. Mocniej złapałam jego dłoń i spojrzałam ze strachem.- Dymitr, powiedz mi, gdzie mieliście tą ostatnią misję.
- Przygotowywałem się do nich cały tydzień. Nie tylko plany i ekwipunek, ale psychicznie. Chciałem przestać się dręczyć tym miejscem. To był dom Galiny.- wystraszyłam się. Jego wzrok był nieobecny.- Ale przechytrzyli nas. Atak miał rozpocząć się o wschodzie słońca i trwać najpóźniej do zachodu. Jednak to skrzygi nas zaatakowały. Kiedy wstał dzień, wiele z nich się spaliło, ale przed tym zabiło wielu naszych. I wszedłem do tego pokoju. Była tam jedna strzyga i Robert.- w jego głosie był jad.
Wstrzymałam powietrze. Robert! Wiedziałam, że nie będzie spokoju na długo. Ale nie przerywałam mu.
- W pewnym momencie walki, ten chój stworzył wizję w moim umyśle. Otoczenie zostało to samo, ale inny czas. Czas kiedy cię porwałem.- teraz jego wzrok skupił się na mnie. W oczach miał strach i żal. Wpatrywał się we mnie, szukając najmniejszej reakcji. A ja tylko słuchałam. Przeze mnie przetaczało się tyle emocji, że nie czułam nic. Ukochany postanowił kontynuować.- Po przemianie to wszystko było jak sen wspomnienia z lekka zamazane. Uświadamiały mi, że robiłem coś złego, ale to było nic, w porównaniu z tamtą chwilą. Wszystko było wyraźne, widziałem każdy szczegół. Wszystko, co nie powinno się wydarzyć. A jednak ty wciąż jesteś ze mną. Z tym potworem.
- Bo cię kocham.- odezwałam się po dłuższej chwili szeptem.
- Co mówiłaś?- spytał zdezorientowany.
- Kocham cię i zawsze będę kochać. Nie ważne co się stanie, bo ja wiem kogo kocham. Nigdy byś mnie nie zranił, a ja nigdy nie pozwolę ci odejść. Czy tak trudno jest to zrozumieć? Ja pamiętam dobrze co się stało i jestem z tobą. Wiem, że ty też mnie kochasz. I nie jesteś potworem.
- A jeśli jestem?- krzyczał w desperacji.- A może pewnego dnia obudzę się z żądzą mordu i nic mnie nie powstrzyma? Co wtedy?
- Dymitr, czy ty siebie słyszysz? Nic takiego nigdy się nie wydarzy. Mam ci to obiecać, żebyś przestał się zadręczać? Tyle razy ci tłumaczyłam. Nic złego się nie wydarzy. Bo ty to ty. I nikt inny. Każdy cię szanuje i podziwia. Oboje jesteśmy żywą legendą. Zmieniamy świat. A ta para, która dzięki tobie może być szczęśliwa? Oni się kochają. Mogłeś po prostu go zabić, ale ty im pomogłeś. Co z tego, że serce strzyg bije, skoro nie ma dla kogo. Twoje ma, więc pozwól tym, którzy cię kochają być blisko. I nie mów nigdy, że nie powinnam być w twoim życiu.
- Narażam cię ciągle na niebezpieczeństwo. Gdyby nie ja, nie byłoby cię tutaj. A tak mają czym mnie szantażować. Bo twoje bezpieczeństwa jest dla mnie najważniejsze.
- Tak było, jest i będzie. I nic tego już nie zmieni. Nawet jakbyś odleciał w kosmos, mogli by powiedzieć, że coś mi grozi. Czy wtedy byś się nie bał? Ja mam dokładnie to samo. Dlatego tu jestem.
- Właśnie Rose, czemu tu jesteś i co się stało?
- Powiem Ci, jeśli najpierw sobie wybaczysz.
- Nie mam czego.- kłamał.
- Masz.- powiedziałam stanowczo. Od razu spuścił głowę. Złapałam jego dłoń, drugą ręką.- Dymitr, mnie nie oszukasz. Możesz to wmawiać wszystkim dookoła, nawet samemu w to wierzyć, ale w głębi duszy wiesz, że to nie prawda. Cierpisz i nie chcesz, abym ja cierpiała. Ale mnie najbardziej boli, gdy się ode mnie odsuwasz.- podniosłam jego głowę palcami pod brodą, tak, żeby popatrzył mi w oczy.- Więc nie rób tego.
- Nie wiem Roza. To dla mnie trudne. Nie umiem zrozumieć, że ja nie byłem sobą. Doskonale widziałem swoje włosy, ciało, płaszcz. Nawet książki, które czytałem. Zawsze je kochałem.
- Pamiętasz, że Sonia Karp uwielbia sądzić kwiaty?- przytaknął.- Mówiła mi, że jako strzyg robiła to z przyzwyczajenia. Tak samo z czytaniem książek. To ci zabijało czas, ale nie wzbudzało w tobie takich uczuć jak teraz. A oczy, też nie były takie same. I charakter. Mam wymieniać dalej? Jest wiele różnic między tobą, a tamtym potworem. Proszę bardzo. Złośliwy, złowrogi uśmiech, którego u ciebie nigdy nie widziałam. Zimne, obojętne podejście. Jak pobiła mnie ta służąca, ty byś mnie pocieszył, podniósł na duchu, zmotywował do poprawienia umiejętności. A on mnie ochrzanił. Ty nigdy nie byłeś na mnie zły. Zawsze starałeś się mnie zrozumieć. Więc czemu teraz nie rozumiesz, jak bardzo jesteś dla mnie ważny i jak bardzo Cię kocham? Potrzebuje cię.- poczułam jak po policzkach spływają mi łzy, które już od pewnego czasu pchały mi się do oczu. Złapałam jego dłoń i przeniosłam na swój brzuch.- My cię potrzebujemy.
Dymitr przeniósł wzrok na mój brzuch, a później na twarz i śledził nim drogę każdej mojej łzy. Jemu samemu oczy Też się zaszkliły. Przysunął się bliżej mnie, a ja niego. Byliśmy podłączeni rurkami i kablami, ale nie miało dla nas znaczenia, teraz liczyliśmy się tylko my. Ukochany złapał moją twarz w dłonie i otarł mi łzy.
- Roza. Proszę nie płacz.- szepnął i pocałował mnie. Tak słodko i niewinnie. Jak ja bardzo tęskniłam za nim i jego ciepłem.
Od razu pogłębiłam pocałunek. Całowaliśmy się namiętnie i bez opanowania. W tej chwili przeważała miłość. To jest mój towarzysz.
_______________________________________________________
Jej! Dziękuję wszystkim za komentarze. Nie wiedziałam, że o pierwszej w nocy ktoś tu jeszcze wchodzi. To bardzo motywujące wiadomość, że aż tyle czekacie. Tak jak prosiliście rozdział jest wcześniej, niż ostatnio. Jeszcze raz dziękuję za wszystkie komentarze i pozdrawiam moich kochanych czytelników. :-*
"Nasz los od zawsze zapisany był w gwiazdach. To one poprowadziły mnie do Ciebie mimo tylu przeciwności, spójrz. Jesteśmy tu. Razem. Ty i ja Roza. Na zawsze."
niedziela, 8 maja 2016
ROZDZIAŁ 134
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
sobota, 7 maja 2016
ROZDZIAŁ 133
Wybaczcie, że tak późno, ale byłam poza domem i cierpiałam na brak internetu. A mimo przeszkód, rozdział jest jeszcze dziś. :-D
_________________________________________________________
ROSE
Pierwsze co poczułam to ból z tyłu głowy.
Leżałam na czymś miękkim. Powoli otworzyłam oczy. Spodziewałam się oślepiającej bieli, jednak w pomieszczeniu było ciemno. Nikłe światło, wpadające przez okienko w drzwiach, pozwoliło mi określić położenie. Znajdowałam się w pokoju o ścianach do połowy niebieskich, dalej do sufitu były białe, a tam, gdzie farby powinny się łączyć, przechodził żółty pas. Moje łóżko było białe, a przy nim stał niebieski stolik i krzesło. Jednak nie byłam sama. Pod ścianą stało drugie łóżko, ze smacznie śpiąca na nim dziewczynką. Zauważyłam, że jestem podłączona kabelkami i rurkami, do jakichś sprzętów. Po za wiercącą się obok dziewczynka, byłam sama. Tylko skąd ja się tu wzięłam. Pamiętam jakiś rozbłysk światła. Odmienienie strzygi. Następnie zadzwonił telefon.
- Dymitr!- krzyknęłam.
Dziewczynka się poruszyła. Wstała i rozejrzała się czujnie.
- Rose! Obudziłaś się!- uśmiechnęła się do mnie podbiegając i tuląc w ramionach. A raczej ja tuliłam ją. Teraz poznałam, że to Lili.
- Co się stało? Co ty tu tutaj robisz?- zasypywałam ją pytaniami.
- Nie chciałam zostawiać cię tu samej, więc dali mi łóżko i śpię z tobą. A do Dymitra jeszcze nikogo nie wpuszczają. Zaczną od jutra.
- Zawołaj proszę lekarza.
- Dobrze.
Dziewczynka wyszła przez drzwi wpuszczając na chwilę więcej światła. Po kilku minutach wróciła razem z lekarzem i ... Eddim?! No ciekawe.
- Jak się strażniczka czuje?- spytał doktor.
Był to moroj o czarnych włosach i piwnych oczach. Twarz miał wydłużoną, a nos lekko krzywy w prawo.
- Po prostu Rose. Dobrze. Trochę otępiała i głodna. A co z dziećmi
- Spokojnie, wszystko jest w porządku. To był tylko efekt stresu i nagłego zwiększenia ciśnienia krwi dostarczanej do mózgu. No cóż. Wszystkie wyniki badań są pozytywne, nie będziemy em.. cię męczyć. Zostaniesz dzień do trzech na obserwacji.
- A jeszcze jedno pytanie. Co ze strażnikiem Bielikowem? Mogę go zobaczyć?
- A jest pani kimś z rodziny?
- Żoną.
- Muszę sprawdzić czy jego lekarz zezwoli, ale nie widzę problemu. Chyba jest kilka pokoi dalej też na obserwacji. Z tego co wiem, wciąż jest nie przytomny.
Lekarz wyszedł na korytarz. W tym czasie na krześle obok usiadł mój przyjaciel.
- Wiesz, co się tam stało?- spytałam z nadzieją.
- Słyszałem co nie co.- zaczął.- Podobno został mu ostatnie piętro. Bielikow wziął czterech chłopaków. W tym czasie, gdy oni kończyli walkę, ich dowódca poszedł do ostatniego pokoju. Kiedy strzygi leżały martwe usłyszeli krzyk. Pobiegli do Dymitra i zobaczyli jak jeden potwór wypija jego krew. Od razu zabili bestię, a strażnika zabrali tutaj. Później do ciebie zadzwonili. Pożądanie walneła byś o podłogę, gdyby ten dampir, co tam mieszka, nie złapał cię...
- Mark!- przerwałam mu. Chłopak wzruszył ramionami. Nie znał go.
- Ten co pomógł tej morojce wbić sztylet strzydze.
- Oni są małżeństwem i połączeni pocałunkiem cienia.- powiadomiłam przyjaciela. Otworzył szeroko oczy.
- Ciekawe.- zamyślił się.- Kontynuując. Dowiedzieliśmy się, gdzie leży Bielikow i przywieźliśmy cię tutaj. A co ty tam właściwie robiłaś? Miałaś być na Dworze.
Westchnęłam z rezygnacją. Czy każdy musiał mnie pilnować? Wiem, że Dymitra się o mnie troszczy, ale to już lekka przesada. Umiem zadbać o zwoje bezpieczeństwo bez stałej kontroli osób trzecich.
- Nie chciało mi się siedzieć samej w domu, a Lili poznała rodzinę Dymitra.
W tym momencie, do sali wrócił lekarz. Jednak nic nie umiałam wyczytać z jego twarzy.
- Rose. Mam dwie wiadomości, dobrą i złą.
- Może najpierw dobra, tak dla odmiany.- stwierdziłam.
- Strażnik Bielikow się obudził, ale nie ma z nim kontaktu.
- Co to znaczy?- zaciekawił się Eddie.
- To znaczy, że nie odpowiada na żadne pytania, leży i wpatruje się w sufit nieobecnym wzrokiem, nie kontaktuje na nic i ciągle bełkocze coś pod nosem.
- A cha. Okey.- powiedziałam podnosząc się.
- Jak to okey... Co ty wyprawiasz?!- wystraszył się lekarz.
- Idę do męża.- odpięłam od siebie wszystkie kabelki i założyłam kapcie. Powoli wstałam by nie stracić równowagi.- Która to sala?
- Rose, proszę zostań. Musisz odpoczywać.
- Muszę to zobaczyć się ze strażnikiem Bielikowem. I albo mi Pan pomoże, albo utrudniał, ale i tak tam dojdę.- odezwałam się hardo.
- Rose,- zaczął ostrożnie Eddie.- może połóż się z powrotem, a pan doktor zrobi wszystko, abyście mieli razem jedną salę. Cała trójka.
Popatrzyłam z prośbą na lekarza.
- Jeśli będziesz leżała.- dał warunek.
- Jeśli nasze łóżka będą od siebie w odległości nie większej niż pół metra.
- Zgoda.- westchnął po jakimś czasie.
Zadowolona wróciłam na łóżko. Kilka minut zajęło pielęgniarką przygotowanie mnie do przenosin. W tym czasie pogrążyłam się w rozmowie z doktorem.
- Ciągle nie wierzę.- ekscytował się mężczyzna.- Pracuję w szpitalu na uboczu i mam za zadanie opiekować się żywą legendą. To wszystko co zrobiłaś ze strażnikiem Bielikowem, to niesamowite. Tyle w tym oddania morojom, a zwłaszcza dzisiejszej królowej.
- Oni są najważniejsi.- podsumowałam to naszą życiową zasadą.
- A ten dekret dotyczący par dampirów... Wspaniałe. A bez waszej dwójki to by się nie udało.
Gdy byłam gotowa do przeprowadzki lekarz doprowadził mnie korytarzem do sali ukochanego, nie przerywając rozmowy.
- To pan nie jest przeciwko? Dużej ilości morojów to się nie spodobało.
- Nie, skądże. Bardzo to popieram. Jest to krok do przodu, dla całej naszej rasy. A reszta to zaściankowe, którzy chcą kontrolować innych.- rzucił z pogardą.- Myślę, że nasza królowa będzie najlepsza. I niech nie boi się zmian. Zawsze znajdzie się ktoś, komu to się nie spodoba. Nie da się uszczęśliwić wszystkich, ale trzeba się rozwijać. O, to już tu.
Otworzył drzwi i wjechałam na łóżku do środka. Zobaczyłam Dymitra. Lekarz miał rację. Zero kontaktu. Ale doskonale rozumiałam co bełkocze.
- Roza, Roza, Roza...- powtarzał, nie odrywając wzroku od sufitu. Jakby szukał tam rozwiązana jakiejś zagadki. Nawet nie zareagował, gdy przystawili moje łóżko, tuż przy jego.
_________________________________________________________
ROSE
Pierwsze co poczułam to ból z tyłu głowy.
Leżałam na czymś miękkim. Powoli otworzyłam oczy. Spodziewałam się oślepiającej bieli, jednak w pomieszczeniu było ciemno. Nikłe światło, wpadające przez okienko w drzwiach, pozwoliło mi określić położenie. Znajdowałam się w pokoju o ścianach do połowy niebieskich, dalej do sufitu były białe, a tam, gdzie farby powinny się łączyć, przechodził żółty pas. Moje łóżko było białe, a przy nim stał niebieski stolik i krzesło. Jednak nie byłam sama. Pod ścianą stało drugie łóżko, ze smacznie śpiąca na nim dziewczynką. Zauważyłam, że jestem podłączona kabelkami i rurkami, do jakichś sprzętów. Po za wiercącą się obok dziewczynka, byłam sama. Tylko skąd ja się tu wzięłam. Pamiętam jakiś rozbłysk światła. Odmienienie strzygi. Następnie zadzwonił telefon.
- Dymitr!- krzyknęłam.
Dziewczynka się poruszyła. Wstała i rozejrzała się czujnie.
- Rose! Obudziłaś się!- uśmiechnęła się do mnie podbiegając i tuląc w ramionach. A raczej ja tuliłam ją. Teraz poznałam, że to Lili.
- Co się stało? Co ty tu tutaj robisz?- zasypywałam ją pytaniami.
- Nie chciałam zostawiać cię tu samej, więc dali mi łóżko i śpię z tobą. A do Dymitra jeszcze nikogo nie wpuszczają. Zaczną od jutra.
- Zawołaj proszę lekarza.
- Dobrze.
Dziewczynka wyszła przez drzwi wpuszczając na chwilę więcej światła. Po kilku minutach wróciła razem z lekarzem i ... Eddim?! No ciekawe.
- Jak się strażniczka czuje?- spytał doktor.
Był to moroj o czarnych włosach i piwnych oczach. Twarz miał wydłużoną, a nos lekko krzywy w prawo.
- Po prostu Rose. Dobrze. Trochę otępiała i głodna. A co z dziećmi
- Spokojnie, wszystko jest w porządku. To był tylko efekt stresu i nagłego zwiększenia ciśnienia krwi dostarczanej do mózgu. No cóż. Wszystkie wyniki badań są pozytywne, nie będziemy em.. cię męczyć. Zostaniesz dzień do trzech na obserwacji.
- A jeszcze jedno pytanie. Co ze strażnikiem Bielikowem? Mogę go zobaczyć?
- A jest pani kimś z rodziny?
- Żoną.
- Muszę sprawdzić czy jego lekarz zezwoli, ale nie widzę problemu. Chyba jest kilka pokoi dalej też na obserwacji. Z tego co wiem, wciąż jest nie przytomny.
Lekarz wyszedł na korytarz. W tym czasie na krześle obok usiadł mój przyjaciel.
- Wiesz, co się tam stało?- spytałam z nadzieją.
- Słyszałem co nie co.- zaczął.- Podobno został mu ostatnie piętro. Bielikow wziął czterech chłopaków. W tym czasie, gdy oni kończyli walkę, ich dowódca poszedł do ostatniego pokoju. Kiedy strzygi leżały martwe usłyszeli krzyk. Pobiegli do Dymitra i zobaczyli jak jeden potwór wypija jego krew. Od razu zabili bestię, a strażnika zabrali tutaj. Później do ciebie zadzwonili. Pożądanie walneła byś o podłogę, gdyby ten dampir, co tam mieszka, nie złapał cię...
- Mark!- przerwałam mu. Chłopak wzruszył ramionami. Nie znał go.
- Ten co pomógł tej morojce wbić sztylet strzydze.
- Oni są małżeństwem i połączeni pocałunkiem cienia.- powiadomiłam przyjaciela. Otworzył szeroko oczy.
- Ciekawe.- zamyślił się.- Kontynuując. Dowiedzieliśmy się, gdzie leży Bielikow i przywieźliśmy cię tutaj. A co ty tam właściwie robiłaś? Miałaś być na Dworze.
Westchnęłam z rezygnacją. Czy każdy musiał mnie pilnować? Wiem, że Dymitra się o mnie troszczy, ale to już lekka przesada. Umiem zadbać o zwoje bezpieczeństwo bez stałej kontroli osób trzecich.
- Nie chciało mi się siedzieć samej w domu, a Lili poznała rodzinę Dymitra.
W tym momencie, do sali wrócił lekarz. Jednak nic nie umiałam wyczytać z jego twarzy.
- Rose. Mam dwie wiadomości, dobrą i złą.
- Może najpierw dobra, tak dla odmiany.- stwierdziłam.
- Strażnik Bielikow się obudził, ale nie ma z nim kontaktu.
- Co to znaczy?- zaciekawił się Eddie.
- To znaczy, że nie odpowiada na żadne pytania, leży i wpatruje się w sufit nieobecnym wzrokiem, nie kontaktuje na nic i ciągle bełkocze coś pod nosem.
- A cha. Okey.- powiedziałam podnosząc się.
- Jak to okey... Co ty wyprawiasz?!- wystraszył się lekarz.
- Idę do męża.- odpięłam od siebie wszystkie kabelki i założyłam kapcie. Powoli wstałam by nie stracić równowagi.- Która to sala?
- Rose, proszę zostań. Musisz odpoczywać.
- Muszę to zobaczyć się ze strażnikiem Bielikowem. I albo mi Pan pomoże, albo utrudniał, ale i tak tam dojdę.- odezwałam się hardo.
- Rose,- zaczął ostrożnie Eddie.- może połóż się z powrotem, a pan doktor zrobi wszystko, abyście mieli razem jedną salę. Cała trójka.
Popatrzyłam z prośbą na lekarza.
- Jeśli będziesz leżała.- dał warunek.
- Jeśli nasze łóżka będą od siebie w odległości nie większej niż pół metra.
- Zgoda.- westchnął po jakimś czasie.
Zadowolona wróciłam na łóżko. Kilka minut zajęło pielęgniarką przygotowanie mnie do przenosin. W tym czasie pogrążyłam się w rozmowie z doktorem.
- Ciągle nie wierzę.- ekscytował się mężczyzna.- Pracuję w szpitalu na uboczu i mam za zadanie opiekować się żywą legendą. To wszystko co zrobiłaś ze strażnikiem Bielikowem, to niesamowite. Tyle w tym oddania morojom, a zwłaszcza dzisiejszej królowej.
- Oni są najważniejsi.- podsumowałam to naszą życiową zasadą.
- A ten dekret dotyczący par dampirów... Wspaniałe. A bez waszej dwójki to by się nie udało.
Gdy byłam gotowa do przeprowadzki lekarz doprowadził mnie korytarzem do sali ukochanego, nie przerywając rozmowy.
- To pan nie jest przeciwko? Dużej ilości morojów to się nie spodobało.
- Nie, skądże. Bardzo to popieram. Jest to krok do przodu, dla całej naszej rasy. A reszta to zaściankowe, którzy chcą kontrolować innych.- rzucił z pogardą.- Myślę, że nasza królowa będzie najlepsza. I niech nie boi się zmian. Zawsze znajdzie się ktoś, komu to się nie spodoba. Nie da się uszczęśliwić wszystkich, ale trzeba się rozwijać. O, to już tu.
Otworzył drzwi i wjechałam na łóżku do środka. Zobaczyłam Dymitra. Lekarz miał rację. Zero kontaktu. Ale doskonale rozumiałam co bełkocze.
- Roza, Roza, Roza...- powtarzał, nie odrywając wzroku od sufitu. Jakby szukał tam rozwiązana jakiejś zagadki. Nawet nie zareagował, gdy przystawili moje łóżko, tuż przy jego.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
piątek, 6 maja 2016
ROZDZIAŁ 132
ROSE
Siedzieliśmy u Oksany i Marka od obiadu i rozmawialiśmy o różnych rzeczach. Oni mówili mi o swojej podróży do Afryki, którą na rocznicę zafundował żonie dampir. Pytałam o to, co mnie interesowało na temat pocałunku cienia i mocy Ducha, jednak nie dowiedziałam się niczego nowego. W pewnym momencie zadzwonił do nich telefon. Jednak małżeństwo nie mogło odebrać i poprosili o to mnie. Głos który usłyszałam sprawił, że mnie zamurowało.
- Halo.- odezwałam się pierwsza.
- Roza?! Cholera, co ty tam robisz?!-usłyszałam dość zdenerwowany głos.
- Witaj towarzyszu. Czy coś się stało?- zmartwiłam się, słysząc odgłosy walki.
- Miałaś być na Dworze.- teraz był co najmniej zły.
- Powiedziałam, że będę w bezpiecznym miejscu. Nie mówiłam dokładnie gdzie.
- Ale po co? Nieważne. Porozmawiamy o tym później.- trochę kiepska sytuacja.- Posłuchaj po zachodzie słońca do Oksany przyjdzie czterech strażników ze strzygą i dziewczyną. Proszę niech go odmieni.- wręcz błagał. Wyczułam w jego głosie taką dziwną nutę.
- Nasza historia zatacza kółko.- bardziej stwierdziłam, niż spytałam.
- Wolałbym, żeby robiła to dalej od nas. Dobrze, to ja muszę kończyć.
- Uważaj na siebie.
- Dobrze Roza. Kocham cię.
- Ja ciebie też.- rozłączyłam się.
Tak jak powiedział Dymitr, słońce ledwo zaszło, a pod dom małżeństwa podjechał czarny SUV. Wcześniej wyjaśniłam Oksany co ma zrobić. Na początku nie była przekonana, ale jak porównałam parę do mnie i Bielikowa, a później ich samych, zgodziła się.
Z samochodu wysiadło czterech strażników, jakaś dziewczyna i strzyga.
- Hathaway?!- Zdziwili się.
- Tak, tak. Was też milo widzieć, ale może na czułości przyjdzie czas później. Trzymajcie go mocno.- zwróciłam się do Oksany i Marka stojących za mną.- Gotowi?- pokiwali głowami. Klasnęłam w dłonie.- No to do dzieła.
Pomysł był taki, że morojka trzyma sztylet, a jej mąż pomaga jej go wbić. Nie mieliśmy czasu nawet na przyspieszony kurs "Gdzie jest serce."
Obydwoje przygotowali się do ciosu.
- Stop.- zawołała dampirzyca i zaczęła nawijać po Rosyjsku.
Mimo moich lekcji z ukochanym mało co rozumiałam. Rozejrzałam się pytająco po obecnych tu mieszkańcach wioski.
- Mówi, że sama chce go zabić.- łaskawie przetłumaczył Pawka. Dopiero teraz zobaczyłam dzieci tulące się do siebie ze strachu. Podeszłam do nich i przywołałam dziewczynę.
- Wcale go nie zabijemy tylko odmienimy, żeby znowu stał się dampirem.
Lili od razu popatrzyła na mnie, przypominając sobie zapewne naszą opowieść. Chłopiec przetłumaczył moje słowa Rosjance. Ta popatrzyła na mnie jak na wariatkę.
- Posłuchaj, za chwilę na miejscu tego potwora będzie twój ukochany.- mówiłam do dziewczyny.- Najważniejsze, żebyś była przy nim, choćby nie wiem co. Inaczej popadnie w depresję.
Ona tylko pokiwała niepewnie głową.
- Wasza kolej.- krzyknęłam do małżeństwa.
Oksana kiwnęła głową, ale nie wydawała się być przekonana. Potwór ciągle się szarpał, więc strażnicy przyszpilili go do ściany. Mark szepnął coś do morojki i pocałował ją namiętnie. Następnie oboje popatrzyli się na strzygę i powoli ruszyli w jej kierunki. Gdy stali blisko bestii razem chwycili sztylet, wcześniej napełniony mocą ducha. Zamachnęli się i broń opadła na klatkę piersiową wampira, w miejsce, gdzie powinno być serce.
- Zasłońcie oczy!- krzyknęłam i sama to zrobiłam. W ostatniej chwili.
Zdążyłam jeszcze zobaczyć nagły blask a później ciemność. Ostrożnie zaczęłam otwierać oczy. Strażnicy trzymający wcześniej strzygę, rozglądali się nieprzytomnie wokół. Na podłodze kucała Oksana, głaszcząc po głowie dampira. Mark głaskał ją po ramieniu. Obok mnie stała oniemiała dziewczyna. Popchnełam ją delikatnie w stronę grupki. Podeszła niepewnie do ukochanego i uklękła na panelach. Kiedy go dotknęła, popatrzył na nią. Chciał się odsunąć, ale ona go objęła. Dampir rzucił się w jej objęcia. Potrzebował tego. Ten widok bardzo mnie wzruszył, jednak bardzo chciałam, żeby był tu Dymitr. Mark i Oksana odsunęli się od pary i również zachwycali się ich miłością w swoich objęciach. Nagle poczułam szarpie. Spojrzałam w dół. To byli Pawka i Lili. Kucnęłam przy nich i oboje się we mnie wtulili. Była to bardzo urocza scena, którą niestety przerwał dźwięk telefonu. Po chwili zorientowałam się, że należał do mnie. To Dymitr.
Odebrałam.
- Strażniczka Hathaway?- spytał nieznany mi głos.
- T..tak, to ja.- odpowiedziałam lekko zmartwiona.
- Akcja zakończyła się sukcesem,- odetchnęłam z ulgą.- ale strażnik Bielikow jest ranny.
Naraz zrobiło mi się zimno i gorąco. Dymitr. Ta jedna myśl kołotała mi się w głowie. Coś mu się stało. Usłyszałam jakieś głosy, ale nie umiałam ich rozpoznać. Obraz zaczął mi się rozmazywać przed oczami, a ziemia osuwac spod nóg. Ostatnie co pamiętam to czyjeś silne ramiona i...
- Dymitr...- szepnęłam chwilę przed zapadnięciem się w ciemność.
DYMITR
Choć misja kiepsko się zaczęła, to szala zwycięstwa przechylała się na naszą stronę. Jednak nadal mieliśmy opóźnienie czasowe. Z grupą kilku osób przemierzałem ostatni korytarz. Został mi ostatni pokój. Nie powinienem, a jednak się waham. Droga tutaj jest prosta. Nie zapomnę jej nigdy. To tutaj chodziłem codziennie, by zabawiać się kosztem ukochanej. Stałem przed nimi sam. Reszta kończyła robotę w poprzednich pokojach. Nie potrzebowali mnie, a ja poradzę sobie sam.
Wziąłem głęboki oddech i wydarzyłem drzwi. Za nimi był korytarz i następne, już wymarzone, ale od zewnątrz. Tak jak ja je wydarzyłem. Wszedłem do środka. Stała tam jedna strzyga i... Robert.
- Witaj Dymitrze.- odezwał się moroj.
- Ty skurwysynu. Zapłacisz za to co zrobiłeś Rozie.- rzuciłem się na niego.
Nagle poczułem silny ból i wygiąłem się w łuk. Najdziwniejsze jest to, że nie czułem tego bólu gdzieś. On nie miał swojego źródła. Ale jednak był. Z trudem łapałem oddech. Jednak znowu zaatakowałem, tym razem atak odebrała strzyga. Chciała kopnąć mnie w brzuch, ale złapałem mu nogę i obróciłem wampira wokół własnej osi. Sięgnąłem po sztylet i miałem go wbić w serce strzygi, kiedy znów poczułem wszechogarniający mnie ból. To na pewno stawka Doru. Nagle znalazłem się w innym czasie, lecz miejsce zostało to samo. Zobaczyłem moją Rozę i siebie. A jednak, to nie byłem ja. Z boku obserwowałem wszystkie chwile jakie spędziła tu moja ukochana. Nie mogłem znieść jej cierpienia. Nie. Ono było moje. Jednak nie potrafiłem się odwrócić, zamknąć oczu, ani pouczyć. Aż do jej ucieczki. Wtedy znowu poczułem ból. Ale tym razem, czułem go tylko w jednym miejscu. Przy szyi. Zobaczyłem Roberta szydzącego z mojej porażki. Chwilę później ogarnęła mnie niezwykła radość i euforia. Czułem się tak tylko przed przemianą. Nie wiem ile to trwało, ale w pewnym momencie strzyga przestała. Usłyszałem krzyk i kroki. To byli strażnicy. Ktoś pochylił się nade mną i coś mówił, jednak słowa nie docierały do mojej świadomości.
- Roza...- szepnąłem chwilę przed zapadnięciem się w ciemność.
Siedzieliśmy u Oksany i Marka od obiadu i rozmawialiśmy o różnych rzeczach. Oni mówili mi o swojej podróży do Afryki, którą na rocznicę zafundował żonie dampir. Pytałam o to, co mnie interesowało na temat pocałunku cienia i mocy Ducha, jednak nie dowiedziałam się niczego nowego. W pewnym momencie zadzwonił do nich telefon. Jednak małżeństwo nie mogło odebrać i poprosili o to mnie. Głos który usłyszałam sprawił, że mnie zamurowało.
- Halo.- odezwałam się pierwsza.
- Roza?! Cholera, co ty tam robisz?!-usłyszałam dość zdenerwowany głos.
- Witaj towarzyszu. Czy coś się stało?- zmartwiłam się, słysząc odgłosy walki.
- Miałaś być na Dworze.- teraz był co najmniej zły.
- Powiedziałam, że będę w bezpiecznym miejscu. Nie mówiłam dokładnie gdzie.
- Ale po co? Nieważne. Porozmawiamy o tym później.- trochę kiepska sytuacja.- Posłuchaj po zachodzie słońca do Oksany przyjdzie czterech strażników ze strzygą i dziewczyną. Proszę niech go odmieni.- wręcz błagał. Wyczułam w jego głosie taką dziwną nutę.
- Nasza historia zatacza kółko.- bardziej stwierdziłam, niż spytałam.
- Wolałbym, żeby robiła to dalej od nas. Dobrze, to ja muszę kończyć.
- Uważaj na siebie.
- Dobrze Roza. Kocham cię.
- Ja ciebie też.- rozłączyłam się.
Tak jak powiedział Dymitr, słońce ledwo zaszło, a pod dom małżeństwa podjechał czarny SUV. Wcześniej wyjaśniłam Oksany co ma zrobić. Na początku nie była przekonana, ale jak porównałam parę do mnie i Bielikowa, a później ich samych, zgodziła się.
Z samochodu wysiadło czterech strażników, jakaś dziewczyna i strzyga.
- Hathaway?!- Zdziwili się.
- Tak, tak. Was też milo widzieć, ale może na czułości przyjdzie czas później. Trzymajcie go mocno.- zwróciłam się do Oksany i Marka stojących za mną.- Gotowi?- pokiwali głowami. Klasnęłam w dłonie.- No to do dzieła.
Pomysł był taki, że morojka trzyma sztylet, a jej mąż pomaga jej go wbić. Nie mieliśmy czasu nawet na przyspieszony kurs "Gdzie jest serce."
Obydwoje przygotowali się do ciosu.
- Stop.- zawołała dampirzyca i zaczęła nawijać po Rosyjsku.
Mimo moich lekcji z ukochanym mało co rozumiałam. Rozejrzałam się pytająco po obecnych tu mieszkańcach wioski.
- Mówi, że sama chce go zabić.- łaskawie przetłumaczył Pawka. Dopiero teraz zobaczyłam dzieci tulące się do siebie ze strachu. Podeszłam do nich i przywołałam dziewczynę.
- Wcale go nie zabijemy tylko odmienimy, żeby znowu stał się dampirem.
Lili od razu popatrzyła na mnie, przypominając sobie zapewne naszą opowieść. Chłopiec przetłumaczył moje słowa Rosjance. Ta popatrzyła na mnie jak na wariatkę.
- Posłuchaj, za chwilę na miejscu tego potwora będzie twój ukochany.- mówiłam do dziewczyny.- Najważniejsze, żebyś była przy nim, choćby nie wiem co. Inaczej popadnie w depresję.
Ona tylko pokiwała niepewnie głową.
- Wasza kolej.- krzyknęłam do małżeństwa.
Oksana kiwnęła głową, ale nie wydawała się być przekonana. Potwór ciągle się szarpał, więc strażnicy przyszpilili go do ściany. Mark szepnął coś do morojki i pocałował ją namiętnie. Następnie oboje popatrzyli się na strzygę i powoli ruszyli w jej kierunki. Gdy stali blisko bestii razem chwycili sztylet, wcześniej napełniony mocą ducha. Zamachnęli się i broń opadła na klatkę piersiową wampira, w miejsce, gdzie powinno być serce.
- Zasłońcie oczy!- krzyknęłam i sama to zrobiłam. W ostatniej chwili.
Zdążyłam jeszcze zobaczyć nagły blask a później ciemność. Ostrożnie zaczęłam otwierać oczy. Strażnicy trzymający wcześniej strzygę, rozglądali się nieprzytomnie wokół. Na podłodze kucała Oksana, głaszcząc po głowie dampira. Mark głaskał ją po ramieniu. Obok mnie stała oniemiała dziewczyna. Popchnełam ją delikatnie w stronę grupki. Podeszła niepewnie do ukochanego i uklękła na panelach. Kiedy go dotknęła, popatrzył na nią. Chciał się odsunąć, ale ona go objęła. Dampir rzucił się w jej objęcia. Potrzebował tego. Ten widok bardzo mnie wzruszył, jednak bardzo chciałam, żeby był tu Dymitr. Mark i Oksana odsunęli się od pary i również zachwycali się ich miłością w swoich objęciach. Nagle poczułam szarpie. Spojrzałam w dół. To byli Pawka i Lili. Kucnęłam przy nich i oboje się we mnie wtulili. Była to bardzo urocza scena, którą niestety przerwał dźwięk telefonu. Po chwili zorientowałam się, że należał do mnie. To Dymitr.
Odebrałam.
- Strażniczka Hathaway?- spytał nieznany mi głos.
- T..tak, to ja.- odpowiedziałam lekko zmartwiona.
- Akcja zakończyła się sukcesem,- odetchnęłam z ulgą.- ale strażnik Bielikow jest ranny.
Naraz zrobiło mi się zimno i gorąco. Dymitr. Ta jedna myśl kołotała mi się w głowie. Coś mu się stało. Usłyszałam jakieś głosy, ale nie umiałam ich rozpoznać. Obraz zaczął mi się rozmazywać przed oczami, a ziemia osuwac spod nóg. Ostatnie co pamiętam to czyjeś silne ramiona i...
- Dymitr...- szepnęłam chwilę przed zapadnięciem się w ciemność.
DYMITR
Choć misja kiepsko się zaczęła, to szala zwycięstwa przechylała się na naszą stronę. Jednak nadal mieliśmy opóźnienie czasowe. Z grupą kilku osób przemierzałem ostatni korytarz. Został mi ostatni pokój. Nie powinienem, a jednak się waham. Droga tutaj jest prosta. Nie zapomnę jej nigdy. To tutaj chodziłem codziennie, by zabawiać się kosztem ukochanej. Stałem przed nimi sam. Reszta kończyła robotę w poprzednich pokojach. Nie potrzebowali mnie, a ja poradzę sobie sam.
Wziąłem głęboki oddech i wydarzyłem drzwi. Za nimi był korytarz i następne, już wymarzone, ale od zewnątrz. Tak jak ja je wydarzyłem. Wszedłem do środka. Stała tam jedna strzyga i... Robert.
- Witaj Dymitrze.- odezwał się moroj.
- Ty skurwysynu. Zapłacisz za to co zrobiłeś Rozie.- rzuciłem się na niego.
Nagle poczułem silny ból i wygiąłem się w łuk. Najdziwniejsze jest to, że nie czułem tego bólu gdzieś. On nie miał swojego źródła. Ale jednak był. Z trudem łapałem oddech. Jednak znowu zaatakowałem, tym razem atak odebrała strzyga. Chciała kopnąć mnie w brzuch, ale złapałem mu nogę i obróciłem wampira wokół własnej osi. Sięgnąłem po sztylet i miałem go wbić w serce strzygi, kiedy znów poczułem wszechogarniający mnie ból. To na pewno stawka Doru. Nagle znalazłem się w innym czasie, lecz miejsce zostało to samo. Zobaczyłem moją Rozę i siebie. A jednak, to nie byłem ja. Z boku obserwowałem wszystkie chwile jakie spędziła tu moja ukochana. Nie mogłem znieść jej cierpienia. Nie. Ono było moje. Jednak nie potrafiłem się odwrócić, zamknąć oczu, ani pouczyć. Aż do jej ucieczki. Wtedy znowu poczułem ból. Ale tym razem, czułem go tylko w jednym miejscu. Przy szyi. Zobaczyłem Roberta szydzącego z mojej porażki. Chwilę później ogarnęła mnie niezwykła radość i euforia. Czułem się tak tylko przed przemianą. Nie wiem ile to trwało, ale w pewnym momencie strzyga przestała. Usłyszałem krzyk i kroki. To byli strażnicy. Ktoś pochylił się nade mną i coś mówił, jednak słowa nie docierały do mojej świadomości.
- Roza...- szepnąłem chwilę przed zapadnięciem się w ciemność.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
ROZDZIAŁ 131
DYMITR
Nasza akcja powoli się kończy. Dzisiaj mamy ostatni dzień którego nie mam zamiaru marnować. Na samym początku wizyty podzieliłem moich towarzyszy i ochotników z całej Syberii na oddziały. Każdy miał patronować poszczególne dzielnice miasta. A ja, zawsze towarzyszyłem jednej z grup. Obserwowałem ich i oceniałem, przygotowując plan na ostatnią misję. I to było dziś.
Całą noc udoskonalałem szczegóły. Reszta moich kamratów miała czas na odpoczynek. Mieliśmy zacząć o wschodzie słońca, bo tak będzie bezpieczniej.
Codziennie dzwoniłem do mojej Rozy. Bardzo za nią tęsknię. Do raportów zawsze dołączam jakieś czułe lub sprośne zdania, a później cała tęsknotę wylewam na komputer i wysyłam kolejnego e-maila, z wyznaniem miłosnym. Tak bardzo marzę ją zobaczyć, dotknąć, przytulić, zasmakować słodyczy ust.
Obmyłem twarz zimną wodą, co mnie trochę ostudziło i orzeźwiło. Teraz muszę się skupić na zadaniu, nie mogę pozwolić, aby coś mnie rozpraszało. Obiecałem Rozie, że będę uważał. Nie mogę jej zostawić. Jej i naszych dzieci.
Dzisiaj najtrudniejsza akcja. Przede wszystkim dla mnie, bo zmierzyć się z przeszłością, do której nie chcę wracać. Ale to musi się skończyć. Strzygi posuwają się za daleko. Cel: Dawna willa Galiny.
ROSE
Właśnie idę do Marka i Oksany. Przez cały mój pobyt nic się nie wydarzyło. Wiedziałam! Jewa nie ma żadnych proroczych snów. Po prostu napiła się za dużo zielonej herbaty i tyle. W tym czasie bardzo zbliżyłam się do całej rodziny Dymitra, ale najbardziej do Łukiego. Codziennie budził mnie swoim gaworzeniem, podczas karmienia chciał bawić się ze mną, a od trzech dni tylko ja i Sonia umiałyśmy go położyć spać.
Dzisiaj babka mojego męża powiedziała, że muszę iść z Pawką do małżeństwa połączonego pocałunkiem cienia. No co poradzić?! I tak chciałam ich w końcu odwiedzić, ale nie było jak. Wczoraj wrócili z jakiejś podróży. Tak więc z chłopcem i moją siostrą, która uparła się, że musi iść z nami, poszliśmy do ich domu.
DYMITR
Zaparkowałem samochód w bezpiecznej odległości od naszego celu. Mój oddział wyskoczył z niego i schował się w krzakach, zajmując ustalone pozycje. Wszyscy wiedzieli co robić. Czekałem na sygnały, że inni też są gotowi.
- Piątka gotowa.- usłyszałem z krótkofalówki.- Dwójka gotowa. Ósemka gotowa.
Cisza. Po pięciu minutach usłyszałem trzask.
- Mają nas! To pułapka!- w głośniku usłyszałem dźwięki walki.
Cholera!
- Wszyscy do ataku!- rozkazałem.- Bez względu gdzie jesteście. Wkraczamy. Bez odbioru.
Dałem ostatnie polecenia i rady swoim towarzyszą i jak najciszej zaczęliśmy zbliżać się do ogrodu. Jeśli nas nie zauważyli, to trzeba to wykorzystać. Wcześnie pokazałem każdemu plan domu i labiryntu. Bez wahania biegliśmy między krzakami, wyuczonom trasą.
Szlag! Jeszcze tego nam brakowało. Skąd wiedzieli?! Nie mogę się teraz tym zajmować. Droga prowadzi przed drzwi frontowe. Na miejscu walczyły już dwa oddziały.
Nie! Nie! Nie! Miały być trzy. Reszta miała być przy drugich drzwiach, z tyłu budynku. Z atakiem mieliśmy zaczekać do wschodu słońca, ale byliśmy wcześnie, żeby przygotować się i bez zbędnego tracenia czasu przystąpić do planu a pierwszymi promieniami gwiazdy. Wszystko było zaplanowane tak, żeby zakończyć przed zmrokiem. A tu kicha. Cholera! Nic nie idzie po naszej myśli.
Wyciągnąłem radio z kieszonki w kamizelce.
- Cztery, jesteś tam?- spytałem cicho.
- Jestem.- usłyszałem odpowiedź.- Brakuje nam szóstki i ósemki. Walczymy.
- Trzymajcie się planu. Bez odbioru.
Już chciałem wybić w wir walki, gdy usłyszałem w głośniku.
- Tu ósemka! Złapali nas w labiryncie. Potrzebuję wsparcia! Powtarzam dajcie wsparcie!
- A nie dacie rady jakoś ich dopchać do wejścia?
- Zobaczę. Bez odbioru.
Ruszyliśmy do ataku. Wszystko nie tak. I co z szóstką i... Rozejrzałem się po walczących z przodu domu. Był tam Erik Albyt z piątki i Eddie Castile z siódemki. Brakuje jeszcze trójki. O pułapce poinformowała mnie Kate Varess. Miała dowodzić szóstką. Powalam strzygi jedną za drugą. Mimo wszystko to my mamy przewagę. Ale nie wiadomo jak jest w środku. Czy już wiedzieli o planie ataku i się przygotowali, czy jest to spontaniczna obrona? No nic. Trzeba walczyć dalej.
Liczba walczących szybko się zmniejszyła. Ciała na ziemi to w większości wampiry, ale kilka to również poległe dampiry. Kazałem Eddiemu zwołać swoją grupę, wziąłem kilku moich i weszliśmy do domu. W środku też leżeli zabici. Rozdzileliliśmy się, tak jak ustaliliśmy. Z piątką strażników pobiegłem na piętro i przeszukiwaliśmy pokoje. W jednym zobaczyłem coś, że mnie zamurowało. Nie to nie możliwe. A może to tylko sen. Wszystko jest jakieś podejrzane. Moi towarzysze mieli mnie i rzucili się na strzygę. Za życia był dampirem. Miał czarne włosy i zielone oczy z czerwonymi obwódkami.
- Nie! Przestańcie! Zostawcie go!- wolała po rosyjsku kobieta, która była z nim w pokoju.
Również była dampirzycą. Jej blond włosy opadły wokół porządnie opalonej twarzy.
Strażnicy złapali bestię i przygotowali się, do zabicia jej.
- Proszę. Pozwólcie mi go zabić. Ja powinnam to zrobić.- dziewczyna patrzyła na mnie błagalnie. Zobaczyłem w niej swoją Roze, a w wampirze siebie. Zabolało, ale teraz nie miałem na to czasu. Moi towarzysze patrzyli na mię wyczekująco. Podszedłem do nich i chwyciłem mocno wyrywającego się przeciwnika.
- Luis.- zwróciłem się do jednego z mojej grupy. - Niech do naszego samochodu przyjdą Wiktor, Erik, Gregory i Filip.- blondyn skinął głową i wyszedł.- Reszta trzymać go mocno i zaprowadzić do tego samego miejsca.- również przytakneli. W tym czasie napisałem na kartce adres.- Dajcie to Eddiemu i karzcie zawieść tam strzygę i dziewczynę. I nie zabijać, chyba że będzie taka konieczność.- następnie zwróciłem się do dampirzycy, zmieniając język.- Spokojnie, chcę wam pomóc. Nie zabiję twojego chłopaka, jeśli pojedziesz ze strażnikami, jasne?
- Ty..ta..tak- wyjąkała wystraszona. Tak bardzo różniła się od wybuchowej Rose.
Nasza akcja powoli się kończy. Dzisiaj mamy ostatni dzień którego nie mam zamiaru marnować. Na samym początku wizyty podzieliłem moich towarzyszy i ochotników z całej Syberii na oddziały. Każdy miał patronować poszczególne dzielnice miasta. A ja, zawsze towarzyszyłem jednej z grup. Obserwowałem ich i oceniałem, przygotowując plan na ostatnią misję. I to było dziś.
Całą noc udoskonalałem szczegóły. Reszta moich kamratów miała czas na odpoczynek. Mieliśmy zacząć o wschodzie słońca, bo tak będzie bezpieczniej.
Codziennie dzwoniłem do mojej Rozy. Bardzo za nią tęsknię. Do raportów zawsze dołączam jakieś czułe lub sprośne zdania, a później cała tęsknotę wylewam na komputer i wysyłam kolejnego e-maila, z wyznaniem miłosnym. Tak bardzo marzę ją zobaczyć, dotknąć, przytulić, zasmakować słodyczy ust.
Obmyłem twarz zimną wodą, co mnie trochę ostudziło i orzeźwiło. Teraz muszę się skupić na zadaniu, nie mogę pozwolić, aby coś mnie rozpraszało. Obiecałem Rozie, że będę uważał. Nie mogę jej zostawić. Jej i naszych dzieci.
Dzisiaj najtrudniejsza akcja. Przede wszystkim dla mnie, bo zmierzyć się z przeszłością, do której nie chcę wracać. Ale to musi się skończyć. Strzygi posuwają się za daleko. Cel: Dawna willa Galiny.
ROSE
Właśnie idę do Marka i Oksany. Przez cały mój pobyt nic się nie wydarzyło. Wiedziałam! Jewa nie ma żadnych proroczych snów. Po prostu napiła się za dużo zielonej herbaty i tyle. W tym czasie bardzo zbliżyłam się do całej rodziny Dymitra, ale najbardziej do Łukiego. Codziennie budził mnie swoim gaworzeniem, podczas karmienia chciał bawić się ze mną, a od trzech dni tylko ja i Sonia umiałyśmy go położyć spać.
Dzisiaj babka mojego męża powiedziała, że muszę iść z Pawką do małżeństwa połączonego pocałunkiem cienia. No co poradzić?! I tak chciałam ich w końcu odwiedzić, ale nie było jak. Wczoraj wrócili z jakiejś podróży. Tak więc z chłopcem i moją siostrą, która uparła się, że musi iść z nami, poszliśmy do ich domu.
DYMITR
Zaparkowałem samochód w bezpiecznej odległości od naszego celu. Mój oddział wyskoczył z niego i schował się w krzakach, zajmując ustalone pozycje. Wszyscy wiedzieli co robić. Czekałem na sygnały, że inni też są gotowi.
- Piątka gotowa.- usłyszałem z krótkofalówki.- Dwójka gotowa. Ósemka gotowa.
Cisza. Po pięciu minutach usłyszałem trzask.
- Mają nas! To pułapka!- w głośniku usłyszałem dźwięki walki.
Cholera!
- Wszyscy do ataku!- rozkazałem.- Bez względu gdzie jesteście. Wkraczamy. Bez odbioru.
Dałem ostatnie polecenia i rady swoim towarzyszą i jak najciszej zaczęliśmy zbliżać się do ogrodu. Jeśli nas nie zauważyli, to trzeba to wykorzystać. Wcześnie pokazałem każdemu plan domu i labiryntu. Bez wahania biegliśmy między krzakami, wyuczonom trasą.
Szlag! Jeszcze tego nam brakowało. Skąd wiedzieli?! Nie mogę się teraz tym zajmować. Droga prowadzi przed drzwi frontowe. Na miejscu walczyły już dwa oddziały.
Nie! Nie! Nie! Miały być trzy. Reszta miała być przy drugich drzwiach, z tyłu budynku. Z atakiem mieliśmy zaczekać do wschodu słońca, ale byliśmy wcześnie, żeby przygotować się i bez zbędnego tracenia czasu przystąpić do planu a pierwszymi promieniami gwiazdy. Wszystko było zaplanowane tak, żeby zakończyć przed zmrokiem. A tu kicha. Cholera! Nic nie idzie po naszej myśli.
Wyciągnąłem radio z kieszonki w kamizelce.
- Cztery, jesteś tam?- spytałem cicho.
- Jestem.- usłyszałem odpowiedź.- Brakuje nam szóstki i ósemki. Walczymy.
- Trzymajcie się planu. Bez odbioru.
Już chciałem wybić w wir walki, gdy usłyszałem w głośniku.
- Tu ósemka! Złapali nas w labiryncie. Potrzebuję wsparcia! Powtarzam dajcie wsparcie!
- A nie dacie rady jakoś ich dopchać do wejścia?
- Zobaczę. Bez odbioru.
Ruszyliśmy do ataku. Wszystko nie tak. I co z szóstką i... Rozejrzałem się po walczących z przodu domu. Był tam Erik Albyt z piątki i Eddie Castile z siódemki. Brakuje jeszcze trójki. O pułapce poinformowała mnie Kate Varess. Miała dowodzić szóstką. Powalam strzygi jedną za drugą. Mimo wszystko to my mamy przewagę. Ale nie wiadomo jak jest w środku. Czy już wiedzieli o planie ataku i się przygotowali, czy jest to spontaniczna obrona? No nic. Trzeba walczyć dalej.
Liczba walczących szybko się zmniejszyła. Ciała na ziemi to w większości wampiry, ale kilka to również poległe dampiry. Kazałem Eddiemu zwołać swoją grupę, wziąłem kilku moich i weszliśmy do domu. W środku też leżeli zabici. Rozdzileliliśmy się, tak jak ustaliliśmy. Z piątką strażników pobiegłem na piętro i przeszukiwaliśmy pokoje. W jednym zobaczyłem coś, że mnie zamurowało. Nie to nie możliwe. A może to tylko sen. Wszystko jest jakieś podejrzane. Moi towarzysze mieli mnie i rzucili się na strzygę. Za życia był dampirem. Miał czarne włosy i zielone oczy z czerwonymi obwódkami.
- Nie! Przestańcie! Zostawcie go!- wolała po rosyjsku kobieta, która była z nim w pokoju.
Również była dampirzycą. Jej blond włosy opadły wokół porządnie opalonej twarzy.
Strażnicy złapali bestię i przygotowali się, do zabicia jej.
- Proszę. Pozwólcie mi go zabić. Ja powinnam to zrobić.- dziewczyna patrzyła na mnie błagalnie. Zobaczyłem w niej swoją Roze, a w wampirze siebie. Zabolało, ale teraz nie miałem na to czasu. Moi towarzysze patrzyli na mię wyczekująco. Podszedłem do nich i chwyciłem mocno wyrywającego się przeciwnika.
- Luis.- zwróciłem się do jednego z mojej grupy. - Niech do naszego samochodu przyjdą Wiktor, Erik, Gregory i Filip.- blondyn skinął głową i wyszedł.- Reszta trzymać go mocno i zaprowadzić do tego samego miejsca.- również przytakneli. W tym czasie napisałem na kartce adres.- Dajcie to Eddiemu i karzcie zawieść tam strzygę i dziewczynę. I nie zabijać, chyba że będzie taka konieczność.- następnie zwróciłem się do dampirzycy, zmieniając język.- Spokojnie, chcę wam pomóc. Nie zabiję twojego chłopaka, jeśli pojedziesz ze strażnikami, jasne?
- Ty..ta..tak- wyjąkała wystraszona. Tak bardzo różniła się od wybuchowej Rose.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
środa, 4 maja 2016
ROZDZIAŁ 130
Sydney zauważyła, że jestem zmęczona i kazała mi również się zdrzemnąć. Po długiej wymianie zdań, dałam się przekonać. Noe wiem ile spałam, gdy obudził mnie telefon.
- Halo.- odezwałam się zaspanym głosem.
- Obudziłem cię Roza?- na sam jego głos zrobiło mi się gorąco. Uczucie potęgował fakt, że się o mnie martwił.
- Taka pobudka to sama rozkosz dla moich uszu. Choć wolałabym, abyś był przy mnie.
- Uwierz mi ja też.
- Jak minęła podróż?- ja też się o niego martwię, żeby nie było.
- A dobrze. Teraz mamy wolne. Przyjechaliśmy jakieś dziesięć minut temu. A akcję zaczynamy po zmroku, więc mam dla ciebie półtora godziny.
- To wspaniale, ale ledwo przyjechaliście, a już misja?
- Jak to mówią, służba nie drużba.- przewróciłam oczami. Cały Dymitr.- Rose, co to za hałas? Jesteś w samochodzie?
- A no tak.- zaraz zapyta o powód. Co tu powiedzieć? Prawdę? Będzie się martwił. Ale nie chcę go okłamywać.
- A gdzie jedziesz?- no i proszę. A nie mówiłam?
- Em... z Lili zrobiłyśmy sobie mała wycieczkę.- nie okłamałam go.
- A kto prowadzi?
- Sydney.
- A są jacyś strażnicy z wami?
- Kochanie, nie wiem czy wiesz, ale gdy na waszej Arktyce jest noc, to w Ameryce świeci piękne słoneczko.
- Ty jesteś najpiękniejszym i najbardziej promiennym słońcem, które rozjaśnia mój dzień. Chciałbym móc cię teraz przytulić i pocałować.
- Wiem, towarzyszu.- westchnęłam ciężko.- Tęsknię tak mocno jak ty. Ale za tydzień się zobaczymy.- próbowałam podnieść nas na duchu.
- Już nie mogę się doczekać.- w jego głosie usłyszałam coś takiego, że zrobiło mi się gorąco, a na policzki wyszedł lekki rumieniec.
- A wiesz już komu będziesz wysyłać raportu?- nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Byłam bardzo ciekawa jego reakcji.
- Tak. Będziesz miała zapchaną skrzynkę.
- Ej, Towarzyszu. Czyżbyś chciał mnie zapracować na śmierć?!- oburzyłam się.
- Spokojnie Roza. Tylko połowa będzie raportami. Ta druga umili ci czas.
- No to teraz ja nie mogę się doczekać.
Przez resztę drogi byłam tak pochłonięta rozmową z Bielikowem, że nie zauważyłam kiedy minął jego wolny czas.
- Tylko uważaj na siebie Kochanie. Pamiętaj, że to ja mam tendencję do przeżywania śmierci, nie ty. A nie chcę w wieku osiemnastu lat zostać wdową.
- Dobrze Roza. Ale ty też bądź ostrożna.
- Pa.- posłałam mu całusa.
- Pa.- zrobił to samo.
Kiedy się rozłączyłam, samochód się zatrzymał.
-Jesteśmy na miejscu.- oświadczyła alchemiczka.
Obudziłam Lili i razem wyszliśmy z auta. Oniemiała patrzyła na żółty domek, ogrodzony płotem. Musieli go pomalować niedawno. W środku, przez okna, było widoczne poruszenie. Sydney wyciągnęła nasze bagaże i mówiąc, że musi coś jeszcze załatwić, pożegnała się z nami i odjechała.
Pewnie podeszłam do drzwi, a Lili szła krok w krok za mną. Nawet nie zdążyłam zapukać w drzwi, kiedy się otworzyły i rzuciły się na mnie cztery dziewczyny.
- Rose, ale ty wyrosłaś.- odezwała się Olena.
- I zaokrągliła się tu i tam.- zauważyła, zaczerpnięte wiktoria.
- Wiecie już co to będzie?- zaciekawiła się Karolina.
- A gdzie nasza nowa siostra?- dopytywała Sonia.
- Hej, może pozwólcie im wejść do środka?- zaproponowała Olena. Wszystkie jak na zawołanie wycofały się w głąb domu.- Chodźcie dziewczęta.
Weszłyśmy do przedpokoju i zaczęłyśmy rozbierać się z kurtek. Już miałam wejść do salonu, gdzie wszyscy czekali, gdy moją nogę zaatakował mały chłopiec, a jego siostra ostrożnie, ale też radośnie stąpała w jego ślady.
- Ciocia Rose! Ciocia Rose!- krzyczały radośnie.
- Pawka.- kucnęłam i objęłam moją podobiznę Dymitra.- I Zoja. Choć do cioci.- zachęciłam dziewczynkę, na co szerzej się uśmiechnął i przyspieszyła kroku, wpadając mi w ramiona.
Po chwili chłopca zainteresowała osoba za mną.
- Pawka, to jest moja siostra Lili. Lili to siostrzeniec Dymitra Pawka.
- Hej.- mały z uśmiechem wyciągnął rękę do dziewczynki, która ona bardzo chętnie uścisnęła. Poczułam, że między nimi wytworzyła się jakaś nić porozumienia.
- Hej.- odpowiedziała. W tym czasie podeszła do niej córeczka Karoliny.
- A to jest moja siostra Zoja.- wytłumaczył mały Rosjanin.
- Zoja.- powtórzyła nowo poznana, wpatrując się w moją siostrę, brązowymi oczami. To było ich rodzinne podobieństwo.
- Nie. Ty masz na imię Zoja. A to jest Lili.- poprawił ją brat.
- Li..Lili.- lekko zająknęła się malutka.
- Może przejdziemy do reszty rodziny?- zaproponowałam. Wszyscy się zgodzili i pięć minut później, siedziałam między rodziną ukochanego. Wśród tych wszystkich bliskich mi osób i tak podobnych do strażnika, boleśniej odczułam jego brak.
Olena podała nam coś do zjedzenia i wypicia.
- Już wiem po kim Dymitr ma taki talent do kuchni.- skomentowała Lili, na co wszystkie wybuchłyśmy śmiechem.
- Rose, nawet nie wiesz jak cieszymy się z tego, że uczestniczysz w naszym życiu.- powiedziała Karolina, na co rozległ się zgodny pomruk.
Przez następne kilka godzin rozmawialiśmy o wszystkim, a Lili, Pawka i Zoja bawili się na dywanie. Chętnie odpowiadałam na pytania i sama je zadawałam. Tutaj czułam się tak swobodnie. Mogłam powiedzieć im o wszystkim, a miałam pewność, że nikt mnie nie będzie oceniać. Zawsze tu mogę liczyć na pomoc.
Nagle poczułam, że ktoś gramoli mi się na kolana. To była mała córeczka Karoliny. Przytuliła się do mojego brzuszka i zaczęła gaworzyć coś, w sobie tyło znanym języku. Przy okazji zainteresowały ją moje włosy, opadające luźno w lekkich falach. Za to Wiktoria była najbardziej z całego rodzeństwa zaabsorbowana moją siostrzyczką. Ale Pawka też nie odstępował jej na krok. Sonia na rękach trzymała małego Łukę, odkąd obudził go głód. Nagle Zoja zaczęła płakać, a mi coś w środku kazało się nią zająć. Zaczęłam ją kołysać, głaszcząc po główce z brązowymi włoskami, poskręcanymi jak u baranka. Trochę to ją uspokoiło, ale Karolina i tak musiała ją wziąć, bo mała zgłodniała. Sonia siedziała obok mnie, więc jej synek wykorzystał nieobecność kuzynki i zręcznie się przeczołgał na moje kolana. Od razu wyszczerzył się do mnie w bezzębnym uśmiechu. Odwzajemniłam gest i przytuliłam go do siebie. Wiktoria usiadła po drugiej mojej stronie, a Lili i Pawka kłócić się, kto usiądzie bliżej mnie. Wyszło na to, że chłopiec przytulił się do mojej ręki, a moja siostra uwaliła się na najmłodszą z rodzeństwa. Ale jej to nie przeszkadzało.
Jednak największe piekło rozpętało się, gdy wróciła Karolina. Jej córka wyraźnie pokazała, do kogo należy mój brzuch. Jednak Łuka nie miał zamiaru ruszać się ze swojego miejsca. Koniec końców podzielili się moimi kolanami. Gadaliśmy dość długo, co uświadomiły nam śpiące dzieci. Dziewczyny zajęły się swoimi, a później pomogły mi z Lili, jako że upały się, że muszę się oszczędzać. Razem z siostrą dostałam pokój Dymitra, który oficjalnie stał się naszym wspólnym. Poszłam się wykąpać i położyłam do łóżka. Nim się obejrzałam zasnęłam.
- Halo.- odezwałam się zaspanym głosem.
- Obudziłem cię Roza?- na sam jego głos zrobiło mi się gorąco. Uczucie potęgował fakt, że się o mnie martwił.
- Taka pobudka to sama rozkosz dla moich uszu. Choć wolałabym, abyś był przy mnie.
- Uwierz mi ja też.
- Jak minęła podróż?- ja też się o niego martwię, żeby nie było.
- A dobrze. Teraz mamy wolne. Przyjechaliśmy jakieś dziesięć minut temu. A akcję zaczynamy po zmroku, więc mam dla ciebie półtora godziny.
- To wspaniale, ale ledwo przyjechaliście, a już misja?
- Jak to mówią, służba nie drużba.- przewróciłam oczami. Cały Dymitr.- Rose, co to za hałas? Jesteś w samochodzie?
- A no tak.- zaraz zapyta o powód. Co tu powiedzieć? Prawdę? Będzie się martwił. Ale nie chcę go okłamywać.
- A gdzie jedziesz?- no i proszę. A nie mówiłam?
- Em... z Lili zrobiłyśmy sobie mała wycieczkę.- nie okłamałam go.
- A kto prowadzi?
- Sydney.
- A są jacyś strażnicy z wami?
- Kochanie, nie wiem czy wiesz, ale gdy na waszej Arktyce jest noc, to w Ameryce świeci piękne słoneczko.
- Ty jesteś najpiękniejszym i najbardziej promiennym słońcem, które rozjaśnia mój dzień. Chciałbym móc cię teraz przytulić i pocałować.
- Wiem, towarzyszu.- westchnęłam ciężko.- Tęsknię tak mocno jak ty. Ale za tydzień się zobaczymy.- próbowałam podnieść nas na duchu.
- Już nie mogę się doczekać.- w jego głosie usłyszałam coś takiego, że zrobiło mi się gorąco, a na policzki wyszedł lekki rumieniec.
- A wiesz już komu będziesz wysyłać raportu?- nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Byłam bardzo ciekawa jego reakcji.
- Tak. Będziesz miała zapchaną skrzynkę.
- Ej, Towarzyszu. Czyżbyś chciał mnie zapracować na śmierć?!- oburzyłam się.
- Spokojnie Roza. Tylko połowa będzie raportami. Ta druga umili ci czas.
- No to teraz ja nie mogę się doczekać.
Przez resztę drogi byłam tak pochłonięta rozmową z Bielikowem, że nie zauważyłam kiedy minął jego wolny czas.
- Tylko uważaj na siebie Kochanie. Pamiętaj, że to ja mam tendencję do przeżywania śmierci, nie ty. A nie chcę w wieku osiemnastu lat zostać wdową.
- Dobrze Roza. Ale ty też bądź ostrożna.
- Pa.- posłałam mu całusa.
- Pa.- zrobił to samo.
Kiedy się rozłączyłam, samochód się zatrzymał.
-Jesteśmy na miejscu.- oświadczyła alchemiczka.
Obudziłam Lili i razem wyszliśmy z auta. Oniemiała patrzyła na żółty domek, ogrodzony płotem. Musieli go pomalować niedawno. W środku, przez okna, było widoczne poruszenie. Sydney wyciągnęła nasze bagaże i mówiąc, że musi coś jeszcze załatwić, pożegnała się z nami i odjechała.
Pewnie podeszłam do drzwi, a Lili szła krok w krok za mną. Nawet nie zdążyłam zapukać w drzwi, kiedy się otworzyły i rzuciły się na mnie cztery dziewczyny.
- Rose, ale ty wyrosłaś.- odezwała się Olena.
- I zaokrągliła się tu i tam.- zauważyła, zaczerpnięte wiktoria.
- Wiecie już co to będzie?- zaciekawiła się Karolina.
- A gdzie nasza nowa siostra?- dopytywała Sonia.
- Hej, może pozwólcie im wejść do środka?- zaproponowała Olena. Wszystkie jak na zawołanie wycofały się w głąb domu.- Chodźcie dziewczęta.
Weszłyśmy do przedpokoju i zaczęłyśmy rozbierać się z kurtek. Już miałam wejść do salonu, gdzie wszyscy czekali, gdy moją nogę zaatakował mały chłopiec, a jego siostra ostrożnie, ale też radośnie stąpała w jego ślady.
- Ciocia Rose! Ciocia Rose!- krzyczały radośnie.
- Pawka.- kucnęłam i objęłam moją podobiznę Dymitra.- I Zoja. Choć do cioci.- zachęciłam dziewczynkę, na co szerzej się uśmiechnął i przyspieszyła kroku, wpadając mi w ramiona.
Po chwili chłopca zainteresowała osoba za mną.
- Pawka, to jest moja siostra Lili. Lili to siostrzeniec Dymitra Pawka.
- Hej.- mały z uśmiechem wyciągnął rękę do dziewczynki, która ona bardzo chętnie uścisnęła. Poczułam, że między nimi wytworzyła się jakaś nić porozumienia.
- Hej.- odpowiedziała. W tym czasie podeszła do niej córeczka Karoliny.
- A to jest moja siostra Zoja.- wytłumaczył mały Rosjanin.
- Zoja.- powtórzyła nowo poznana, wpatrując się w moją siostrę, brązowymi oczami. To było ich rodzinne podobieństwo.
- Nie. Ty masz na imię Zoja. A to jest Lili.- poprawił ją brat.
- Li..Lili.- lekko zająknęła się malutka.
- Może przejdziemy do reszty rodziny?- zaproponowałam. Wszyscy się zgodzili i pięć minut później, siedziałam między rodziną ukochanego. Wśród tych wszystkich bliskich mi osób i tak podobnych do strażnika, boleśniej odczułam jego brak.
Olena podała nam coś do zjedzenia i wypicia.
- Już wiem po kim Dymitr ma taki talent do kuchni.- skomentowała Lili, na co wszystkie wybuchłyśmy śmiechem.
- Rose, nawet nie wiesz jak cieszymy się z tego, że uczestniczysz w naszym życiu.- powiedziała Karolina, na co rozległ się zgodny pomruk.
Przez następne kilka godzin rozmawialiśmy o wszystkim, a Lili, Pawka i Zoja bawili się na dywanie. Chętnie odpowiadałam na pytania i sama je zadawałam. Tutaj czułam się tak swobodnie. Mogłam powiedzieć im o wszystkim, a miałam pewność, że nikt mnie nie będzie oceniać. Zawsze tu mogę liczyć na pomoc.
Nagle poczułam, że ktoś gramoli mi się na kolana. To była mała córeczka Karoliny. Przytuliła się do mojego brzuszka i zaczęła gaworzyć coś, w sobie tyło znanym języku. Przy okazji zainteresowały ją moje włosy, opadające luźno w lekkich falach. Za to Wiktoria była najbardziej z całego rodzeństwa zaabsorbowana moją siostrzyczką. Ale Pawka też nie odstępował jej na krok. Sonia na rękach trzymała małego Łukę, odkąd obudził go głód. Nagle Zoja zaczęła płakać, a mi coś w środku kazało się nią zająć. Zaczęłam ją kołysać, głaszcząc po główce z brązowymi włoskami, poskręcanymi jak u baranka. Trochę to ją uspokoiło, ale Karolina i tak musiała ją wziąć, bo mała zgłodniała. Sonia siedziała obok mnie, więc jej synek wykorzystał nieobecność kuzynki i zręcznie się przeczołgał na moje kolana. Od razu wyszczerzył się do mnie w bezzębnym uśmiechu. Odwzajemniłam gest i przytuliłam go do siebie. Wiktoria usiadła po drugiej mojej stronie, a Lili i Pawka kłócić się, kto usiądzie bliżej mnie. Wyszło na to, że chłopiec przytulił się do mojej ręki, a moja siostra uwaliła się na najmłodszą z rodzeństwa. Ale jej to nie przeszkadzało.
Jednak największe piekło rozpętało się, gdy wróciła Karolina. Jej córka wyraźnie pokazała, do kogo należy mój brzuch. Jednak Łuka nie miał zamiaru ruszać się ze swojego miejsca. Koniec końców podzielili się moimi kolanami. Gadaliśmy dość długo, co uświadomiły nam śpiące dzieci. Dziewczyny zajęły się swoimi, a później pomogły mi z Lili, jako że upały się, że muszę się oszczędzać. Razem z siostrą dostałam pokój Dymitra, który oficjalnie stał się naszym wspólnym. Poszłam się wykąpać i położyłam do łóżka. Nim się obejrzałam zasnęłam.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
wtorek, 3 maja 2016
ROZDZIAŁ 129
Lot był cholernie długi. Jeszcze nigdy mi się tak nie dłużył, a lecę z tego samego miejsca, z tą samą prędkością i w takim samym czasie już trzeci raz. Pewnie to dlatego, że za pierwszym razem nie spieszyło mi się na spotkanie z Dymitrem, a za drugim spałam, gdy mój ukochany czuwał. Od razu moje myśli przeniosły się do strażnika. Czy dotarli bezpiecznie, może mieli awaryjne lądowanie, albo musieli polecieć na inne lotnisko? A może bezpiecznie wylądowali i zmierzają czarnymi furgonetkami do bazy docelowej? Nie wiem, ale nie chciałam o tym myśleć. Przecież jakie są szanse, że coś źle pójdzie podczas lotu i to w dzień? A tylko niepotrzebnie się martwię.
Z lotniska wyszliśmy w środku nocy. Gdzieś tak o trzeciej rano. Nie wiem, bo mój zegarek działał według czasu w Ameryce. Abe powiedział, że pomoże nam ktoś od niego. Tak jak się spodziewałam, zza starego auta pomachała Sydney.
- Rose.- przytuliła mnie.- Słyszałam, że udajesz się na mały urlop.
- Można tak powiedzieć.- nie chciałam każdego wtajemniczać w motywy mojego wyjazdu. Nagle poczułam szarpanie z tyłu kurtki.- A! To jest moja siostra Lili.
Sydney przyklękła.
- Hej mała.
- Dzień dobry.- odpowiedziała nieśmiało.
Wsiadłyśmy do auta i alchemiczka ruszyła w drogę. Już po kilku minutach dziewczynka już spała. Pokręciłam zrezygnowana głową. Przecież cały lot spędziła skulona na fotelu. A teraz znowu odpłynęła. Sydney spojrzała na nią z uśmiechem, już nią oczarowana.
- Urocza. Trochę przypomina mi moją siostrę, gdy była mała.
- Ty masz siostrę?!- zdziwiłam się. Nigdy mi o niej nie mówiła.
- Tak. Dokładnie dwie. Jedna już studiuje, a druga jest młodsza. I robię wszystko, aby nie została zmuszona iść w moje ślady. A ta zero wdzięczności, tyło się na mnie rzuca.
- Ja mojej nie odsunę od służby. Podjęła decyzję i tak zostaje.
- Tak tylko wy możecie podjąć decyzję, a my nie.
- Ale popatrz na to pozytywnie. Gdyby nie to, nie poznała byś takiego "złego stwora ciemności" jak ja.- zaśmiałam się cicho. Dziewczyna też nie umiała powstrzymać uśmiechu.
- I Adriana.- westchnęła rozmarzona, chyba nie do końca świadoma, że powiedziała to na głos.
- Czy ja dobrze usłyszałam?!- spytałam z cwanym uśmieszkiem. Alchemiczka lekko się zarumieniła.
- Nie wiem, o co ci chodzi?- starała się ukryć zawstydzenie.
- Doskonale wiesz. Co łączy ciebie i Adriana?- nie odpuszczałam.
- A nic szczególnego. A jak się czujesz, przyszła mamusiu?
- Dobrze, ale nie zmieniaj tematu. Chcę to usłyszeć. I nie, nie dam ci spokoju.
- Jak Dymitr z tobą wytrzymuje?- alchemiczka westchnęła zrezygnowana.-Podoba mi się.- powiedziała to tak szybko i cicho, że ledwo usłyszałam.
- Powtórzysz proszę?- spytałam z niewinnym uśmieszkiem.
- Kocham Adriana. Zadowolona?- była wyraźnie zażenowana.
- Bardzo. Tylko nie wiem, czemu robisz z tego taką aferę. Przecież miłość to piękne uczucie.- pomyślałam o Dymitrze. To wspaniałe uczucie.
- Ponieważ jako człowiek, a tym bardziej alchemiczka, nie powinnam zbliżać się do wampira, a co dopiero kochać go. Jeśli moi przełożeni się o tym dowiedzą, wyślą mnie do ośrodka redukcyjnego i zrobią ze mnie bezmyślne zombie.
- Aaaa rozumiem.- zmrużyłam oczy.- Zakazana miłość. Też przez to przechodziłam.
- Tak, ale u was to jest już dozwolone. U nas to nie przejdzie z tymi zaściankowymi poglądami, że moroje to zło. Bo nikt z nich nie rozumie uczucia jakim jest miłość.- Sydney zacisnęła ręce na kierownicy tak mocno, że aż odpłynęła z nich krew. Jej zażenowanie przemieniło się w złość. Postanowiłam zmienić temat.
- To może opowiesz mi jak zbliżyłaś się do Iwaszkowa.- zaproponowała.
- No cóż... przez tą całą sprawę z czarownica często bywałam na Dworze i los chciał, że raz czy dwa wpadłam na niego, a później sam się przy mnie kręcił i pomagał. Jest bardzo miły i uprzejmy. Słyszałam o nim różne rzeczy, ale jak się go pozna bliżej, to nie jest taki zły. I tak się stało, że pewnego dnia musiałam zrobić przegląd w parku w pobliskim mieście. On zaoferował mi pomoc. Gdy byliśmy sami nagle, ni stąd ni zowąd, pocałował mnie. No a potem wyznał miłość. Ja oczywiście głupia na niego nakrzyczałam. Później nie widziałam go i uświadomiłam sobie, że brakuje mi jego towarzystwa. A nadszedł czas mojego wyjazdu. Zostałam wywieziona do Rio. Kiedyś go zobaczyłam w jednym z barów kompletnie znanego. Nie zdziwiło mnie to. Mówił mi, że ciągle gdzieś jeździ po Ameryce. Chciałam przejść obojętnie obok niego, ale chwycił mnie i powiedział, że to jego miłość do mnie tak go urządziła. A wyglądał okropnie. Ledwo chodził. Zrobiło mi się go żal i poczułam coś jeszcze. Nie umiem tego wyjaśnić. Po prostu musiałam go stamtąd wyciągnąć. Wsadziłam go do auta i zabrałam do mieszkania, które wynajmowałam. Tam walnął się na kanapę i spał. Przemyślałam całą tą sytuację i doszłam do wniosku, że go kocham. On rano oczywiście miał jednego wielkiego kaca. Zaopiekowałam się nim, a gdy spytał, dlaczego to robię, powiedziałam mu prawdę. Kilka dni później mieszkaliśmy w mieszkaniu dwupokojowym, które wynajął.
Wzruszyła mnie ta historia. Ale chwila. To się nie trzyma kupy. Przecież jeszcze wczoraj Adrian był u nas.
- Kiedy to było?- spytałam.
- Dwa tygodnie temu. Pewnie dziwi cię, że jestem teraz w Rosji.- przytaknełam.- Dostałam tu zlecenie w miniony weekend. I teraz tu siedzę.
- To muszę przyznać, Adrian rozpacza po tobie.- powiedziałam zdenerwowana, na wspomnienie naszego spotkania na Dworze.
- Znowu w coś się wpakował?- zadrwila.
- Nie będzie ci do śmiechu. Nazwał mnie dziwką, za co oberwał od Bielikowa.
Nie chciałam go oczerniać przed przyjaciółką, ale ona nie odpuszczała. W skrócie opowiedziałam jego zachowanie i wizytę kolejnego dnia. Trochę bałam się jej reakcji. W końcu go kocha. Zdziwiłam się gdy Sydney wybuchła śmiechem.
- Mówił mi o tym.- wytłumaczyła widząc moją minę.- Widzę, że jego wersja była dość okrojona. Oj pogadam z nim sobie.
- Teraz wolałam nie być w jego skórze.- zaśmiałam się, a alchemiczka mi zawturowała.
- No ja też nie.
Z lotniska wyszliśmy w środku nocy. Gdzieś tak o trzeciej rano. Nie wiem, bo mój zegarek działał według czasu w Ameryce. Abe powiedział, że pomoże nam ktoś od niego. Tak jak się spodziewałam, zza starego auta pomachała Sydney.
- Rose.- przytuliła mnie.- Słyszałam, że udajesz się na mały urlop.
- Można tak powiedzieć.- nie chciałam każdego wtajemniczać w motywy mojego wyjazdu. Nagle poczułam szarpanie z tyłu kurtki.- A! To jest moja siostra Lili.
Sydney przyklękła.
- Hej mała.
- Dzień dobry.- odpowiedziała nieśmiało.
Wsiadłyśmy do auta i alchemiczka ruszyła w drogę. Już po kilku minutach dziewczynka już spała. Pokręciłam zrezygnowana głową. Przecież cały lot spędziła skulona na fotelu. A teraz znowu odpłynęła. Sydney spojrzała na nią z uśmiechem, już nią oczarowana.
- Urocza. Trochę przypomina mi moją siostrę, gdy była mała.
- Ty masz siostrę?!- zdziwiłam się. Nigdy mi o niej nie mówiła.
- Tak. Dokładnie dwie. Jedna już studiuje, a druga jest młodsza. I robię wszystko, aby nie została zmuszona iść w moje ślady. A ta zero wdzięczności, tyło się na mnie rzuca.
- Ja mojej nie odsunę od służby. Podjęła decyzję i tak zostaje.
- Tak tylko wy możecie podjąć decyzję, a my nie.
- Ale popatrz na to pozytywnie. Gdyby nie to, nie poznała byś takiego "złego stwora ciemności" jak ja.- zaśmiałam się cicho. Dziewczyna też nie umiała powstrzymać uśmiechu.
- I Adriana.- westchnęła rozmarzona, chyba nie do końca świadoma, że powiedziała to na głos.
- Czy ja dobrze usłyszałam?!- spytałam z cwanym uśmieszkiem. Alchemiczka lekko się zarumieniła.
- Nie wiem, o co ci chodzi?- starała się ukryć zawstydzenie.
- Doskonale wiesz. Co łączy ciebie i Adriana?- nie odpuszczałam.
- A nic szczególnego. A jak się czujesz, przyszła mamusiu?
- Dobrze, ale nie zmieniaj tematu. Chcę to usłyszeć. I nie, nie dam ci spokoju.
- Jak Dymitr z tobą wytrzymuje?- alchemiczka westchnęła zrezygnowana.-Podoba mi się.- powiedziała to tak szybko i cicho, że ledwo usłyszałam.
- Powtórzysz proszę?- spytałam z niewinnym uśmieszkiem.
- Kocham Adriana. Zadowolona?- była wyraźnie zażenowana.
- Bardzo. Tylko nie wiem, czemu robisz z tego taką aferę. Przecież miłość to piękne uczucie.- pomyślałam o Dymitrze. To wspaniałe uczucie.
- Ponieważ jako człowiek, a tym bardziej alchemiczka, nie powinnam zbliżać się do wampira, a co dopiero kochać go. Jeśli moi przełożeni się o tym dowiedzą, wyślą mnie do ośrodka redukcyjnego i zrobią ze mnie bezmyślne zombie.
- Aaaa rozumiem.- zmrużyłam oczy.- Zakazana miłość. Też przez to przechodziłam.
- Tak, ale u was to jest już dozwolone. U nas to nie przejdzie z tymi zaściankowymi poglądami, że moroje to zło. Bo nikt z nich nie rozumie uczucia jakim jest miłość.- Sydney zacisnęła ręce na kierownicy tak mocno, że aż odpłynęła z nich krew. Jej zażenowanie przemieniło się w złość. Postanowiłam zmienić temat.
- To może opowiesz mi jak zbliżyłaś się do Iwaszkowa.- zaproponowała.
- No cóż... przez tą całą sprawę z czarownica często bywałam na Dworze i los chciał, że raz czy dwa wpadłam na niego, a później sam się przy mnie kręcił i pomagał. Jest bardzo miły i uprzejmy. Słyszałam o nim różne rzeczy, ale jak się go pozna bliżej, to nie jest taki zły. I tak się stało, że pewnego dnia musiałam zrobić przegląd w parku w pobliskim mieście. On zaoferował mi pomoc. Gdy byliśmy sami nagle, ni stąd ni zowąd, pocałował mnie. No a potem wyznał miłość. Ja oczywiście głupia na niego nakrzyczałam. Później nie widziałam go i uświadomiłam sobie, że brakuje mi jego towarzystwa. A nadszedł czas mojego wyjazdu. Zostałam wywieziona do Rio. Kiedyś go zobaczyłam w jednym z barów kompletnie znanego. Nie zdziwiło mnie to. Mówił mi, że ciągle gdzieś jeździ po Ameryce. Chciałam przejść obojętnie obok niego, ale chwycił mnie i powiedział, że to jego miłość do mnie tak go urządziła. A wyglądał okropnie. Ledwo chodził. Zrobiło mi się go żal i poczułam coś jeszcze. Nie umiem tego wyjaśnić. Po prostu musiałam go stamtąd wyciągnąć. Wsadziłam go do auta i zabrałam do mieszkania, które wynajmowałam. Tam walnął się na kanapę i spał. Przemyślałam całą tą sytuację i doszłam do wniosku, że go kocham. On rano oczywiście miał jednego wielkiego kaca. Zaopiekowałam się nim, a gdy spytał, dlaczego to robię, powiedziałam mu prawdę. Kilka dni później mieszkaliśmy w mieszkaniu dwupokojowym, które wynajął.
Wzruszyła mnie ta historia. Ale chwila. To się nie trzyma kupy. Przecież jeszcze wczoraj Adrian był u nas.
- Kiedy to było?- spytałam.
- Dwa tygodnie temu. Pewnie dziwi cię, że jestem teraz w Rosji.- przytaknełam.- Dostałam tu zlecenie w miniony weekend. I teraz tu siedzę.
- To muszę przyznać, Adrian rozpacza po tobie.- powiedziałam zdenerwowana, na wspomnienie naszego spotkania na Dworze.
- Znowu w coś się wpakował?- zadrwila.
- Nie będzie ci do śmiechu. Nazwał mnie dziwką, za co oberwał od Bielikowa.
Nie chciałam go oczerniać przed przyjaciółką, ale ona nie odpuszczała. W skrócie opowiedziałam jego zachowanie i wizytę kolejnego dnia. Trochę bałam się jej reakcji. W końcu go kocha. Zdziwiłam się gdy Sydney wybuchła śmiechem.
- Mówił mi o tym.- wytłumaczyła widząc moją minę.- Widzę, że jego wersja była dość okrojona. Oj pogadam z nim sobie.
- Teraz wolałam nie być w jego skórze.- zaśmiałam się, a alchemiczka mi zawturowała.
- No ja też nie.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
poniedziałek, 2 maja 2016
ROZDZIAŁ 128
Wróciłyśmy na parking. Już miałam otwierać samochód, gdy ktoś mnie zaczepił.
- Hathaway!- odwróciłam się w stronę, z której dochodził głos. Strażnik Croft patrzył na nas oparty o czarnego SUV-a.
- Hans?!- zdziwiłam się.- Myślałam, że poleciałeś z nimi.
- Nie. Bardziej potrzebny jestem na Dworze. Bielikow też musi się wykazać.- otworzył tylne drzwi.- Dymitr prosił bym was odwiózł, więc zapraszam.
Lili pobiegła chętnie i wsiadł na tyknie siedzenie. Przewróciłam oczami. Cały Dymitr. No ale co zrobić? Zajęłam miejsce z przodu obok kierowcy. Strażnik odpalił i ruszył.
- I jak tam życie jako pani Bielikow?- przerwał męcząca ciszę Hans.
- A dobrze. Mój mąż jest bardzo opiekuńczy.
- Czyli, że do wszystkiego się przykłada?- parsknął śmiechem.
- Tak, nie tylko do służby.- poczułam falę ciepła na wspomnienie wczorajszej nocy. Na długo ją zapamiętam.
Reszta drogi upłynęła nam na luźnej rozmowie. Nagle Hans o czymś sobie przypomniał.
- Powiem ci coś, co bardzo cię ucieszy, a o czym strażnik Bielikow nie wie, ale jak się dowie, to też się ucieszy.
- Może zamiast tyle gadać przejdziesz do sedna sprawy.
- Hathaway, cierpliwości nikt cię nie nauczył?
- Nie było na tyle zdolnych. Nikt tego nie zmieni.
- Nad twoim językiem też powinno się popracować.- mruknął, myśląc zapewne, że nie słyszałam. Wolałam zostawić go w tej błogiej nieświadomości.- W każdym razie, Dymitr będzie musiał codziennie składać raporty. A ty siedzisz w domu i nic nie robisz,- akurat będę lekko zajęta ratowaniem ukochanego, od nie-wiem-czego.- no a nam brakuje strażników.
- Czyżbyś proponował mi starą pracę?
- No mniej więcej. Tylko będziesz siedziała w domu i przez internet czytała i porządkowała raporty z akcji. Co ty na to?- popatrzył na mnie z prośbą. Jednak tylko przez chwilę, bo nadal jechał autem.
Chwilę się zastanawiałam. Dymitr pisał by mi o wszystkim co się stało. Nie miałby wyboru. I mielibyśmy ciągły kontakt.
- Zgadzam się.- W tym momencie zatrzymał się pod naszym domem
Zauważyłam, że Lili śpi. Chciałam ją obudzić, ale strażnik uznał, że słodko wygląda. Wniósł ja do pokoju i położył w łóżku.
- Dziękuję za pomoc. Nie musiałeś tego robić.- doprowadziłam go do drzwi
- Cała przyjemność po mojej stronie. A kiedy wracasz na Dwór?- zdziwiło mnie jego pytanie.
- Czy nasz kochany Bielikow poprosił cię również o tą podwózkę, czy o całodobowa kontrolę?
- No wiesz...- lekko się zmieszał.- nie nazwał bym to kontrolą, ale ochroną żony dobrego kolegi.
- To powiedz swojemu dobremu koledze, żeby przestał się mną martwić, bo ja jadę do ojca. Tam nie będę sama, a jeśli zechcę wyjść, nie zrobię skandalu na cały świat.
- No dobrze. Skoro tak, to chyba zakres moich możliwości się wyczerpał. Dobranoc Rose.
- Dobranoc Hans.- zamknęłam za nim drzwi.
Poszłam do kuchni coś zjeść. W lodówce były jeszcze resztki z obiadu, który przygotował mój ukochany. Ciekawe co u niego? Pewnie są jakieś dziesięć kilometrów nad ziemią. Ciekawe czy myśli o mnie?
Nawet nie zauważyłam kiedy zjadłam wszystko, co sobie nałożyłam. A było tego trochę. Następnie poszłam spakować siebie i Lili.
Nie mogłam się doczekać, kiedy będę na miejscu. Pokochałam tą rodzinę i wiem, że oni mnie też. Otoczyli opieką, której w tamtej chwili potrzebowałam. Wspierali mnie i nie krytykowali. No w większości. Trochę Jewa dała mi w kość, ale jestem jej za to wdzięczna. Przywołała mnie do porządku i przypomniała o celu podróży. Babcia. Nie! Nigdy nie będę tak do niej mówić.
Tak się zamyśliłam, że przerwałam swoje zajęcie. Szybko dokończyłam pakowanie i poszłam do siostry. Ostrożnie weszłam do pokoju, tak żeby jej nie obudzić. Spała twardym snem. Armia strzyg by jej nie zerwała z łóżka. Wyglądała uroczo. Drobne włoski powychodziły ze starannie zaplecionych warkoczyków. Przez sen znalazła i teraz mocno tuliła swoją tygrysicę... jak jej było? Chyba Glamour. Aż żal jej budzić. Dam jej pospać, póki Abe po nas nie przyjedzie. Spakowałam ją po cichu i zabrałam walizkę na korytarz. Chciałam znieść ją na dół, ale w głowie usłyszałam Bielikowa. No pięknie! Stał się moim sumieniem. Jednak muszę przyznać mu rację. Po pierwsze mój mąż nie byłby zadowolony, a po drugie mogłoby to zaszkodzić dzieciom. Naszym dzieciom. Ach co za wspaniałe uczucie, wiedzieć, że da się ukochanemu tego, czego najbardziej pragną dostać. Taki wymarzony prezent na urodziny. Właśnie. Za pół miesiąca święta, a później urodziny Dymitra. Dwudzieste szóste. Na co dzień nie czuję tej różnicy. A to przecież siedem lat.
Otrząsnęłam się z tych myśli. Teraz jesteśmy równi. On mi, ja jemu. Odeszła od pokoju małej, aby jej nie obudzić i zadzwoniłam do ojca. Odebrał po pierwszym sygnale.
- Hej, staruszku. Znowu was obudziłam?- zapytałam z uśmiechem.
- Nie Rose. I wszystko jest gotowe do podróży. Zgaduję, że Dymitr uniemożliwił ci samodzielny przyjazd?
- Dokładnie. To przyjedziesz po nas?
- Będę za godzinę.- rozliczył się.
Dobra mam czas na ostatnie poprawki i upewnienie się, czy wszystko wzięłam. Przez resztę czasu zdążyłam coś zjeść. Tak, znowu. Dzieci ostatnio są bardzo żarłoczne. W sumie mama mówiła, że ja sama nie umiałam się uspokoić i co róż zaglądała do lodówki. Czyli to rodzinne, tylko chyba po Abe'u. Może jako moroj mało je, ale kto wie... dopiero miałam studiować biologię i genetykę. Eh.. szkoda, że z tych planów nici. No ale za taką nagrodę warto odłożyć naukę na później. Może uda nam się jakoś dostać na uniwersytet po porodach.
- Słyszycie!- odezwałam się na głos, głaszcząc mój lekko zaokrąglony brzuch.- Wszystko się kręci wokół was. Wciąż trudno mi pojąć, ze za pięć miesięcy na świat wyjdą dwie, małe istotki, które są owocem miłości mojej i Dymitra.
Spojrzałam na zegarek. Powinni być za dziesięć minut. Wróciłam do Lili i ją obudziłam.
- Gdzie jesteśmy?- spytała mała, przecierając zasypane oczka piąstkami.
- W domu. Hans cię tu przyniósł. Ale zaraz przyjedzie tata i polecimy do Rosji.
- Naprawdę?! Po co?
- Hmn... jakby to powiedzieć? Mam złe przeczucie i lecimy odwiedzić rodzinę Dymitra.- w tym momencie rozległ się dźwięk klaksonu na podjeździe.- Przyjechali. Już Cię spakowałam, tylko ubierz kurtkę i zaczynamy podróż przez pół świata.
- Hathaway!- odwróciłam się w stronę, z której dochodził głos. Strażnik Croft patrzył na nas oparty o czarnego SUV-a.
- Hans?!- zdziwiłam się.- Myślałam, że poleciałeś z nimi.
- Nie. Bardziej potrzebny jestem na Dworze. Bielikow też musi się wykazać.- otworzył tylne drzwi.- Dymitr prosił bym was odwiózł, więc zapraszam.
Lili pobiegła chętnie i wsiadł na tyknie siedzenie. Przewróciłam oczami. Cały Dymitr. No ale co zrobić? Zajęłam miejsce z przodu obok kierowcy. Strażnik odpalił i ruszył.
- I jak tam życie jako pani Bielikow?- przerwał męcząca ciszę Hans.
- A dobrze. Mój mąż jest bardzo opiekuńczy.
- Czyli, że do wszystkiego się przykłada?- parsknął śmiechem.
- Tak, nie tylko do służby.- poczułam falę ciepła na wspomnienie wczorajszej nocy. Na długo ją zapamiętam.
Reszta drogi upłynęła nam na luźnej rozmowie. Nagle Hans o czymś sobie przypomniał.
- Powiem ci coś, co bardzo cię ucieszy, a o czym strażnik Bielikow nie wie, ale jak się dowie, to też się ucieszy.
- Może zamiast tyle gadać przejdziesz do sedna sprawy.
- Hathaway, cierpliwości nikt cię nie nauczył?
- Nie było na tyle zdolnych. Nikt tego nie zmieni.
- Nad twoim językiem też powinno się popracować.- mruknął, myśląc zapewne, że nie słyszałam. Wolałam zostawić go w tej błogiej nieświadomości.- W każdym razie, Dymitr będzie musiał codziennie składać raporty. A ty siedzisz w domu i nic nie robisz,- akurat będę lekko zajęta ratowaniem ukochanego, od nie-wiem-czego.- no a nam brakuje strażników.
- Czyżbyś proponował mi starą pracę?
- No mniej więcej. Tylko będziesz siedziała w domu i przez internet czytała i porządkowała raporty z akcji. Co ty na to?- popatrzył na mnie z prośbą. Jednak tylko przez chwilę, bo nadal jechał autem.
Chwilę się zastanawiałam. Dymitr pisał by mi o wszystkim co się stało. Nie miałby wyboru. I mielibyśmy ciągły kontakt.
- Zgadzam się.- W tym momencie zatrzymał się pod naszym domem
Zauważyłam, że Lili śpi. Chciałam ją obudzić, ale strażnik uznał, że słodko wygląda. Wniósł ja do pokoju i położył w łóżku.
- Dziękuję za pomoc. Nie musiałeś tego robić.- doprowadziłam go do drzwi
- Cała przyjemność po mojej stronie. A kiedy wracasz na Dwór?- zdziwiło mnie jego pytanie.
- Czy nasz kochany Bielikow poprosił cię również o tą podwózkę, czy o całodobowa kontrolę?
- No wiesz...- lekko się zmieszał.- nie nazwał bym to kontrolą, ale ochroną żony dobrego kolegi.
- To powiedz swojemu dobremu koledze, żeby przestał się mną martwić, bo ja jadę do ojca. Tam nie będę sama, a jeśli zechcę wyjść, nie zrobię skandalu na cały świat.
- No dobrze. Skoro tak, to chyba zakres moich możliwości się wyczerpał. Dobranoc Rose.
- Dobranoc Hans.- zamknęłam za nim drzwi.
Poszłam do kuchni coś zjeść. W lodówce były jeszcze resztki z obiadu, który przygotował mój ukochany. Ciekawe co u niego? Pewnie są jakieś dziesięć kilometrów nad ziemią. Ciekawe czy myśli o mnie?
Nawet nie zauważyłam kiedy zjadłam wszystko, co sobie nałożyłam. A było tego trochę. Następnie poszłam spakować siebie i Lili.
Nie mogłam się doczekać, kiedy będę na miejscu. Pokochałam tą rodzinę i wiem, że oni mnie też. Otoczyli opieką, której w tamtej chwili potrzebowałam. Wspierali mnie i nie krytykowali. No w większości. Trochę Jewa dała mi w kość, ale jestem jej za to wdzięczna. Przywołała mnie do porządku i przypomniała o celu podróży. Babcia. Nie! Nigdy nie będę tak do niej mówić.
Tak się zamyśliłam, że przerwałam swoje zajęcie. Szybko dokończyłam pakowanie i poszłam do siostry. Ostrożnie weszłam do pokoju, tak żeby jej nie obudzić. Spała twardym snem. Armia strzyg by jej nie zerwała z łóżka. Wyglądała uroczo. Drobne włoski powychodziły ze starannie zaplecionych warkoczyków. Przez sen znalazła i teraz mocno tuliła swoją tygrysicę... jak jej było? Chyba Glamour. Aż żal jej budzić. Dam jej pospać, póki Abe po nas nie przyjedzie. Spakowałam ją po cichu i zabrałam walizkę na korytarz. Chciałam znieść ją na dół, ale w głowie usłyszałam Bielikowa. No pięknie! Stał się moim sumieniem. Jednak muszę przyznać mu rację. Po pierwsze mój mąż nie byłby zadowolony, a po drugie mogłoby to zaszkodzić dzieciom. Naszym dzieciom. Ach co za wspaniałe uczucie, wiedzieć, że da się ukochanemu tego, czego najbardziej pragną dostać. Taki wymarzony prezent na urodziny. Właśnie. Za pół miesiąca święta, a później urodziny Dymitra. Dwudzieste szóste. Na co dzień nie czuję tej różnicy. A to przecież siedem lat.
Otrząsnęłam się z tych myśli. Teraz jesteśmy równi. On mi, ja jemu. Odeszła od pokoju małej, aby jej nie obudzić i zadzwoniłam do ojca. Odebrał po pierwszym sygnale.
- Hej, staruszku. Znowu was obudziłam?- zapytałam z uśmiechem.
- Nie Rose. I wszystko jest gotowe do podróży. Zgaduję, że Dymitr uniemożliwił ci samodzielny przyjazd?
- Dokładnie. To przyjedziesz po nas?
- Będę za godzinę.- rozliczył się.
Dobra mam czas na ostatnie poprawki i upewnienie się, czy wszystko wzięłam. Przez resztę czasu zdążyłam coś zjeść. Tak, znowu. Dzieci ostatnio są bardzo żarłoczne. W sumie mama mówiła, że ja sama nie umiałam się uspokoić i co róż zaglądała do lodówki. Czyli to rodzinne, tylko chyba po Abe'u. Może jako moroj mało je, ale kto wie... dopiero miałam studiować biologię i genetykę. Eh.. szkoda, że z tych planów nici. No ale za taką nagrodę warto odłożyć naukę na później. Może uda nam się jakoś dostać na uniwersytet po porodach.
- Słyszycie!- odezwałam się na głos, głaszcząc mój lekko zaokrąglony brzuch.- Wszystko się kręci wokół was. Wciąż trudno mi pojąć, ze za pięć miesięcy na świat wyjdą dwie, małe istotki, które są owocem miłości mojej i Dymitra.
Spojrzałam na zegarek. Powinni być za dziesięć minut. Wróciłam do Lili i ją obudziłam.
- Gdzie jesteśmy?- spytała mała, przecierając zasypane oczka piąstkami.
- W domu. Hans cię tu przyniósł. Ale zaraz przyjedzie tata i polecimy do Rosji.
- Naprawdę?! Po co?
- Hmn... jakby to powiedzieć? Mam złe przeczucie i lecimy odwiedzić rodzinę Dymitra.- w tym momencie rozległ się dźwięk klaksonu na podjeździe.- Przyjechali. Już Cię spakowałam, tylko ubierz kurtkę i zaczynamy podróż przez pół świata.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
niedziela, 1 maja 2016
ROZDZIAŁ 127
- Dymitr.- podszedł do nas Hans i klepnął mojego męża w plecy.- Już myślałem, że nie zaszczycisz nas swoim towarzystwem.- Teraz spojrzał na mnie.- I nasza piękna, odważna Rose. Przyszłaś pożegnać swojego Rosjanina?- zaśmiał się.
- Muszę się upewnić, że będzie bezpieczny. Przed strzygami i innymi dziewczynami.- teraz śmialiśmy się oboje.
- Spokojnie Hathaway. Nie będzie miał czasu na wyrywanie lasek. Po za tym pewnie o żadnej nie pomyśli. A jak się czujesz?- wymownie spojrzał na mój brzuch.
- Ty wiesz?!- zdziwiłam się.
- Tak. Dymitr mi powiedział. Wręcz to z niego wycisnąłem, choć bronił się dzielnie przez cały czas. Ale nikomu nie powiem. Wręcz wam gratuluję.
- Dzięki. Czuję się świetnie.
- Który to miesiąc?
Zaczęłam liczyć w pamięci. Nie byłam pewna. Jak dla mnie sam miesiąc miodowy mógł trwać tydzień lub dwa lata. Wyprzedził mnie mąż.
- Połowa czwartego.- no tak. On już liczy dni do porodu. No mniej więcej.
- To dobrze. No to co? Zostawię was teraz samych. Muszę sprawdzić czy chłopaki są gotowi do startu. Hej,- popatrzył na moje nogi. A dokładnie na kogoś za nimi.- a co to za urocza dziewczynka?
- To moja siostra Lili.- odsunęłam się i popchnęłam mała do przodu.
- Dzień dobry.- przywitała się grzecznie.
- Witaj kochanie. Zgaduję, że od strony ojca.- te słowa strażnik skierował do mnie.
- Tak. Kolejna panienka Mazur.- potwierdziłam.
- Może w przyszłości będziesz jedną z nas, co? Służba na Dworze u boku siostry.
- Tak.- oczy dziewczynki
- Tak.- oczy dziewczynki błysnęły, jakby znalazła cel w życiu. Mówiła głosem pełnym pewności siebie.- Będę kiedyś tak dobra jak Rose i Dymitr. A wtedy żadnej strzygi nie będę się bała.
- To wspaniale.- zadumał się na chwilę, przyglądając się małej z zainteresowaniem. Jak każdy zachwycił się nią. Miała w sobie jakiś urok osobisty, którym nawet największych twardzieli rozczulała i owijała wokół małego palca. W przyszłości złamie wiele chłopięcych serc.- Ciekawe czy na tak samo cięty język, jak siostra.
- Dla twojego dobra, uznam to za komplement.- wszyscy się roześmiali.
- Spokojne. Bielikow na pewno nie będzie miał mi za złe drobne żarty, prawda?
Jednak nie dałam ukochanemu szansy na odpowiedź.
- Ale mi wcale nie chodzi o Dymitra. Poczekaj tylko jak urodzę i wrócę do formy. Tak ci tyłek skopię, że się przez tydzień nie pozbierasz.- w tej chwili użyłam całej brawura Rose Hathaway.
- Radzę ci uważać chłopie. Wkurzona kobieta daje popalić.- powiedział mój mąż, udając strach. Chciałam posłać mu ostrzegawcze spojrzenie, ale nie wyszło mi. Trudno udawać zdenerwowanie z uśmiechem na twarzy.
- Hathaway! Pamiętaj, że jestem wyżej rangą.- pogroził, jednak ciągle się śmiejąc.
- A ty zapominasz, że to mnie najmniej obchodzi. A po tych dziesięciu miesiącach będę potrzebowała naprawdę się wyżyć w walce. Mam zaznaczyć, że zgłaszasz się na ochotnika?- udałam, że w dłoniach trzymam niewidzialny notatnik i długopis. Strażnik zmarszczył brwi i zmrużył oczy. Myślał nad czymś chwilę, aż w końcu stanął wyprostowany i skłonił mi się lekko.
- To byłby zaszczyt, przygwoździć tak sławną strażniczkę do ziemi.- zadrwił ze mnie.- Przyjmuję wyzwanie.
- Jesteś bardzo pewny siebie.- zauważyłam.
- Wiem. No to do zobaczenia za pięć miesięcy na sali.- krzyknął przez ramię, wracając do samolotu.
- Słyszałeś go?! Bezczelny. Ja mu pokażę.- myśli, że mnie pokona? Niech się przygotuje na porażkę.
- To teraz masz większą motywację, żeby dać mu nauczkę.- Rosjanin ścisnął mnie mocniej ramieniem, którym objął mnie na wysokości barek.
Gdy Hans odszedł na bezpieczną odległość, mój ukochany zabrał rękę i dłońmi złapał mnie za ramiona. Popatrzył mi głęboko w oczy. Wiedziałam, że to ta chwila. Nagle bardzo zainteresowały mnie moje buty. Bałam się, że jeśli spojrzę w czekoladowy brąz jego tęczówek, nie zatrzymam łez. Dymitr podniósł moją głowę, tak abym jednak popatrzyła. Uśmiechał się delikatnie i słodko, a w jego oczach nie było nic poza miłością i szczęściem. Ani cienia smutku. Nie mogłam się powstrzymać i także na moich ustach zatańczył blady uśmiech.
- O wiele lepiej Roza.- szepnął.- Jesteś taka piękna, a zwłaszcza gdy się uśmiechasz. Proszę cię, żebyś się nie zamartwiała za bardzo. Nic mi nie będzie. Damy radę. Nie mógłbym cię tak zostawić kochanie.
- Zawsze będę się martwić. Wiesz o tym.- dlatego lecę do Bai. Ale nie powiedziałam tego na głos.
- Wiem skarbie. I dlatego tak bardzo Cię kocham. Nawet nie wiesz, jak trudno mi cię tutaj zostawić.
Wspięłam się na palce i cmoknęłam w usta. Nie czekałam długi na reakcję. Mąż przytulił mnie do siebie mocno i pogłębił pocałunek. Przekrzywiałam głowę, raz w jedną, raz w drugą stronę tak, żeby doświadczyć całej przyjemności z pożegnania, jakie mogłam teraz dostać. Pocałunki były mocne, namiętne i zachłanne, jakbyśmy chcieli ukraść cześć siebie.
Gdy strażnik w końcu się odsunął, dalej nie wypuszczał mnie z objęć. Wtuliłam się w jego tors, a on oparł policzek o moją głowę, bawiąc się moimi włosami.
- Roza tak bardzo nie chcę jechać. Kocham Cię całym sobą i nie chcę stracić. Ale jeśli nie wrócę...
- Wrócisz. Ja w to wierzę. Czemu ty nie?
- Doskonale wiesz, że tam może zdarzyć się wszystko. Chcę, żebyś pamiętała, że cokolwiek się stanie, zawsze będę przy tobie. Ukradłaś moje serce i teraz bez ciebie nie mogę żyć.
Do moich oczu napłynęły łzy, których nie dało się zatrzymać.
- Nigdy nie przypuszczałam, że będę płakać, żegnając jakiegoś mężczyznę. Ale proszę wróć. Masz dla kogo.- zsunęłam jego drugą dłoń ze swojej tali na brzuch.
- Och Roza...- w jego głosie było wiele bólu.- Kocham Cię tak bardzo, że to aż boli. Ale nie zamienił bym tego na nic w świecie. Ja tiebia liubliu Roza.
- Ja tiebia toże liubliu.- starałam się, ale głos i tak mi się załamał.
Płakałam jak bóbr. Jak ja bez niego wytrzymam? Dymitr zaczął szeptać mi na ucho po Rosyjsku i jak zawsze to mnie uspokoiło. Spokojna byłam tylko w jego ramionach.
To było najdłuższe pożegnanie w dziejach, ale dla mnie było o wiele za krótkie. Nie chciałam, żeby się kończyło. Popatrzyłam na niego. Na policzkach miał mokre ścieżki naznaczone przez łzy. Dla niego to też trudna chwila. Chwyciłam jego twarz i starłam kolejne krople, po czym pocałowałam go. Wiem, na następny pocałunek muszę czekać tydzień. Nie wiadomo kiedy dokładnie skończy się akcja. Ani jak. Mój ukochany też miał tego świadomość i nie marnował naszych ostatnich minut razem. Oderwaliśmy się od siebie, gdy oboje byliśmy pewni, że żadne z nas nie rzuci się za drugim z płaczem.
Dymitr kucnął przy swojej młodej szwagierce. Ta wtuliła się w niego, jakby nigdy nie miała go puścić. I chyba tak było. Po kilku minutach w końcu go puściła.
- Bądź grzeczna i słuchaj się siostry. I uśmiechnij się.- zmusił się na uśmiech, na co dziewczynka odpowiedziała tak samo. Mój mąż zaśmiał się cicho, ale szczerze.- Tak łatwo was obie rozśmieszyć. Będę tęsknić.
Wziął małą na ręce i zakręcił się dookoła. Gdy się zatrzymał, dampirzyca cmoknęła go w policzek. Zdziwił się, ale oddał całusa. Następnie odstawił ją z powrotem na ziemi. Ostatni raz spojrzał na mnie, złapał w pasie i przyciągnął do siebie w namiętnym pocałunku. Zarzuciłam mu ręce na kark, a jego dłonie automatycznie zacisneły się na mojej tali.
- Kochanie, bądź ostrożny i uważaj na siebie. Nie chcę jechać do Rosji na twój drugi pogrzeb.- powiedziałam, gdy zdołaliśmy się od siebie odkleić.
- Dobrze Różyczko. A ty uważaj za kółkiem. Może przez ten czas zostaniecie na dworze? Tam są strażnicy. Będziecie bezpieczniejsze, a ja spokojniejszy. Mieszkanie wciąż należy do nas. Klucze są w moim biurze w biurku.
- Jeśli to cię uspokoi, to będę w bezpiecznym miejscu.
- Dziękuję Roza. Będę do ciebie dzwonił w każdej wolnej chwili.
- I dzisiaj, gdy tylko znajdziesz się w pokoju.- bardziej oznajmiła, niż zapytałam.
- Oczywiście. Ale jakby coś się działo, to też masz dzwonić. Zwłaszcza jeśli odezwał by się Robert.
- Będziesz wiedział pierwszy.- obiecałam.- A teraz idź, bo jeszcze chwila, a spakuję cię do samochodu i zabiorę prosto do domu.
Dymitr kiwnął głową. Pocałował mnie i Lili w czoło, po czym odwrócił się i poszedł do samolotu. Śledziłam uważnie każdy jego najmniejszy gest. Zanim zniknął w wejściu, odwrócił się i posłał mi całusa. Zrobiłam to samo i pomachałam mu. Moja siostra zrobiła to samo. Stałyśmy tam póki maszyna nie wystartowała.
- Muszę się upewnić, że będzie bezpieczny. Przed strzygami i innymi dziewczynami.- teraz śmialiśmy się oboje.
- Spokojnie Hathaway. Nie będzie miał czasu na wyrywanie lasek. Po za tym pewnie o żadnej nie pomyśli. A jak się czujesz?- wymownie spojrzał na mój brzuch.
- Ty wiesz?!- zdziwiłam się.
- Tak. Dymitr mi powiedział. Wręcz to z niego wycisnąłem, choć bronił się dzielnie przez cały czas. Ale nikomu nie powiem. Wręcz wam gratuluję.
- Dzięki. Czuję się świetnie.
- Który to miesiąc?
Zaczęłam liczyć w pamięci. Nie byłam pewna. Jak dla mnie sam miesiąc miodowy mógł trwać tydzień lub dwa lata. Wyprzedził mnie mąż.
- Połowa czwartego.- no tak. On już liczy dni do porodu. No mniej więcej.
- To dobrze. No to co? Zostawię was teraz samych. Muszę sprawdzić czy chłopaki są gotowi do startu. Hej,- popatrzył na moje nogi. A dokładnie na kogoś za nimi.- a co to za urocza dziewczynka?
- To moja siostra Lili.- odsunęłam się i popchnęłam mała do przodu.
- Dzień dobry.- przywitała się grzecznie.
- Witaj kochanie. Zgaduję, że od strony ojca.- te słowa strażnik skierował do mnie.
- Tak. Kolejna panienka Mazur.- potwierdziłam.
- Może w przyszłości będziesz jedną z nas, co? Służba na Dworze u boku siostry.
- Tak.- oczy dziewczynki
- Tak.- oczy dziewczynki błysnęły, jakby znalazła cel w życiu. Mówiła głosem pełnym pewności siebie.- Będę kiedyś tak dobra jak Rose i Dymitr. A wtedy żadnej strzygi nie będę się bała.
- To wspaniale.- zadumał się na chwilę, przyglądając się małej z zainteresowaniem. Jak każdy zachwycił się nią. Miała w sobie jakiś urok osobisty, którym nawet największych twardzieli rozczulała i owijała wokół małego palca. W przyszłości złamie wiele chłopięcych serc.- Ciekawe czy na tak samo cięty język, jak siostra.
- Dla twojego dobra, uznam to za komplement.- wszyscy się roześmiali.
- Spokojne. Bielikow na pewno nie będzie miał mi za złe drobne żarty, prawda?
Jednak nie dałam ukochanemu szansy na odpowiedź.
- Ale mi wcale nie chodzi o Dymitra. Poczekaj tylko jak urodzę i wrócę do formy. Tak ci tyłek skopię, że się przez tydzień nie pozbierasz.- w tej chwili użyłam całej brawura Rose Hathaway.
- Radzę ci uważać chłopie. Wkurzona kobieta daje popalić.- powiedział mój mąż, udając strach. Chciałam posłać mu ostrzegawcze spojrzenie, ale nie wyszło mi. Trudno udawać zdenerwowanie z uśmiechem na twarzy.
- Hathaway! Pamiętaj, że jestem wyżej rangą.- pogroził, jednak ciągle się śmiejąc.
- A ty zapominasz, że to mnie najmniej obchodzi. A po tych dziesięciu miesiącach będę potrzebowała naprawdę się wyżyć w walce. Mam zaznaczyć, że zgłaszasz się na ochotnika?- udałam, że w dłoniach trzymam niewidzialny notatnik i długopis. Strażnik zmarszczył brwi i zmrużył oczy. Myślał nad czymś chwilę, aż w końcu stanął wyprostowany i skłonił mi się lekko.
- To byłby zaszczyt, przygwoździć tak sławną strażniczkę do ziemi.- zadrwił ze mnie.- Przyjmuję wyzwanie.
- Jesteś bardzo pewny siebie.- zauważyłam.
- Wiem. No to do zobaczenia za pięć miesięcy na sali.- krzyknął przez ramię, wracając do samolotu.
- Słyszałeś go?! Bezczelny. Ja mu pokażę.- myśli, że mnie pokona? Niech się przygotuje na porażkę.
- To teraz masz większą motywację, żeby dać mu nauczkę.- Rosjanin ścisnął mnie mocniej ramieniem, którym objął mnie na wysokości barek.
Gdy Hans odszedł na bezpieczną odległość, mój ukochany zabrał rękę i dłońmi złapał mnie za ramiona. Popatrzył mi głęboko w oczy. Wiedziałam, że to ta chwila. Nagle bardzo zainteresowały mnie moje buty. Bałam się, że jeśli spojrzę w czekoladowy brąz jego tęczówek, nie zatrzymam łez. Dymitr podniósł moją głowę, tak abym jednak popatrzyła. Uśmiechał się delikatnie i słodko, a w jego oczach nie było nic poza miłością i szczęściem. Ani cienia smutku. Nie mogłam się powstrzymać i także na moich ustach zatańczył blady uśmiech.
- O wiele lepiej Roza.- szepnął.- Jesteś taka piękna, a zwłaszcza gdy się uśmiechasz. Proszę cię, żebyś się nie zamartwiała za bardzo. Nic mi nie będzie. Damy radę. Nie mógłbym cię tak zostawić kochanie.
- Zawsze będę się martwić. Wiesz o tym.- dlatego lecę do Bai. Ale nie powiedziałam tego na głos.
- Wiem skarbie. I dlatego tak bardzo Cię kocham. Nawet nie wiesz, jak trudno mi cię tutaj zostawić.
Wspięłam się na palce i cmoknęłam w usta. Nie czekałam długi na reakcję. Mąż przytulił mnie do siebie mocno i pogłębił pocałunek. Przekrzywiałam głowę, raz w jedną, raz w drugą stronę tak, żeby doświadczyć całej przyjemności z pożegnania, jakie mogłam teraz dostać. Pocałunki były mocne, namiętne i zachłanne, jakbyśmy chcieli ukraść cześć siebie.
Gdy strażnik w końcu się odsunął, dalej nie wypuszczał mnie z objęć. Wtuliłam się w jego tors, a on oparł policzek o moją głowę, bawiąc się moimi włosami.
- Roza tak bardzo nie chcę jechać. Kocham Cię całym sobą i nie chcę stracić. Ale jeśli nie wrócę...
- Wrócisz. Ja w to wierzę. Czemu ty nie?
- Doskonale wiesz, że tam może zdarzyć się wszystko. Chcę, żebyś pamiętała, że cokolwiek się stanie, zawsze będę przy tobie. Ukradłaś moje serce i teraz bez ciebie nie mogę żyć.
Do moich oczu napłynęły łzy, których nie dało się zatrzymać.
- Nigdy nie przypuszczałam, że będę płakać, żegnając jakiegoś mężczyznę. Ale proszę wróć. Masz dla kogo.- zsunęłam jego drugą dłoń ze swojej tali na brzuch.
- Och Roza...- w jego głosie było wiele bólu.- Kocham Cię tak bardzo, że to aż boli. Ale nie zamienił bym tego na nic w świecie. Ja tiebia liubliu Roza.
- Ja tiebia toże liubliu.- starałam się, ale głos i tak mi się załamał.
Płakałam jak bóbr. Jak ja bez niego wytrzymam? Dymitr zaczął szeptać mi na ucho po Rosyjsku i jak zawsze to mnie uspokoiło. Spokojna byłam tylko w jego ramionach.
To było najdłuższe pożegnanie w dziejach, ale dla mnie było o wiele za krótkie. Nie chciałam, żeby się kończyło. Popatrzyłam na niego. Na policzkach miał mokre ścieżki naznaczone przez łzy. Dla niego to też trudna chwila. Chwyciłam jego twarz i starłam kolejne krople, po czym pocałowałam go. Wiem, na następny pocałunek muszę czekać tydzień. Nie wiadomo kiedy dokładnie skończy się akcja. Ani jak. Mój ukochany też miał tego świadomość i nie marnował naszych ostatnich minut razem. Oderwaliśmy się od siebie, gdy oboje byliśmy pewni, że żadne z nas nie rzuci się za drugim z płaczem.
Dymitr kucnął przy swojej młodej szwagierce. Ta wtuliła się w niego, jakby nigdy nie miała go puścić. I chyba tak było. Po kilku minutach w końcu go puściła.
- Bądź grzeczna i słuchaj się siostry. I uśmiechnij się.- zmusił się na uśmiech, na co dziewczynka odpowiedziała tak samo. Mój mąż zaśmiał się cicho, ale szczerze.- Tak łatwo was obie rozśmieszyć. Będę tęsknić.
Wziął małą na ręce i zakręcił się dookoła. Gdy się zatrzymał, dampirzyca cmoknęła go w policzek. Zdziwił się, ale oddał całusa. Następnie odstawił ją z powrotem na ziemi. Ostatni raz spojrzał na mnie, złapał w pasie i przyciągnął do siebie w namiętnym pocałunku. Zarzuciłam mu ręce na kark, a jego dłonie automatycznie zacisneły się na mojej tali.
- Kochanie, bądź ostrożny i uważaj na siebie. Nie chcę jechać do Rosji na twój drugi pogrzeb.- powiedziałam, gdy zdołaliśmy się od siebie odkleić.
- Dobrze Różyczko. A ty uważaj za kółkiem. Może przez ten czas zostaniecie na dworze? Tam są strażnicy. Będziecie bezpieczniejsze, a ja spokojniejszy. Mieszkanie wciąż należy do nas. Klucze są w moim biurze w biurku.
- Jeśli to cię uspokoi, to będę w bezpiecznym miejscu.
- Dziękuję Roza. Będę do ciebie dzwonił w każdej wolnej chwili.
- I dzisiaj, gdy tylko znajdziesz się w pokoju.- bardziej oznajmiła, niż zapytałam.
- Oczywiście. Ale jakby coś się działo, to też masz dzwonić. Zwłaszcza jeśli odezwał by się Robert.
- Będziesz wiedział pierwszy.- obiecałam.- A teraz idź, bo jeszcze chwila, a spakuję cię do samochodu i zabiorę prosto do domu.
Dymitr kiwnął głową. Pocałował mnie i Lili w czoło, po czym odwrócił się i poszedł do samolotu. Śledziłam uważnie każdy jego najmniejszy gest. Zanim zniknął w wejściu, odwrócił się i posłał mi całusa. Zrobiłam to samo i pomachałam mu. Moja siostra zrobiła to samo. Stałyśmy tam póki maszyna nie wystartowała.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
Subskrybuj:
Posty (Atom)