piątek, 25 marca 2016

ROZDZIAŁ 89

 Mój ukochany położył Lili na tylnym siedzeniu i przykrył kocem. Ale nie pojechaliśmy. Staliśmy na ulicy w swoich myślach. Dymitr chyba już wszystko przemyślał, bo podszedł do mnie i pocałował w czoło. Przytuliłam się do niego.
- To takie przykre.- westchnęłam, powstrzymując łzy. Nie mogłam teraz płakać. Siostra mnie potrzebowała.
- Wiem Roza.- mu też było ciężko.- Dowiedziałaś się czegoś?
- Mieszkały z chłopakiem jej mamy. Dzisiaj się pokłócili i dlatego wyszły. Jest córką Abe'a. A ty coś wiesz o jej matce?
- Nazywała się Elizabeth Znole. Znalazłem adres chyba jej chłopaka.
- Musimy tam pojechać i zabrać jej rzeczy.- stwierdziłam.
- To jest niedaleko. Pójdę tam, a ty pilnuj jej.- kiwnęłam głową na zgodę. Pochylił się i pocałował mnie namiętnie. Ostatni pocałunek złożył na moim czole.- Uważajcie na siebie. Zaraz wrócę.
Pobiegł.
Wsiadłam do samochodu, koło Lili i położyłam jej małą główkę sobie ja kolanach. Zapięłam prasy i czekałam. Po godzinie wrócił mój ukochany. W rękach miał dwie małe walizki. Włożył je do bagażnika i usiadł za kierownicą. Odjechaliśmy. Przez całą drogę, żadne z nas się nie odezwał. Zatrzymaliśmy się pod domem Abe'a. Kolejna wielka willa. Obudziłam Lili Szła smutno za nami. Zadzwoniliśmy dzwonkiem i po chwili w drzwiach stanął sam gospodarz.
- O witajcie.- powiedział mój ojciec, jak zwykle radosny.
- Hej staruszku. Mam do ciebie pytanie. Pamiętasz nie jaką Elizabeth Znole?
- Hymn... Coś mi świta. A Ela! Była to dobra kobieta.
- Dobrze to ująłeś. Była. Poznaj oto jej córka Lili Znole. To również twoja córka. - popchnęłam do przodu siostrę. Abe patrzył zszokowany to na małą, to na nas.
- No, tą bezpośredniość ma po tobie.- usłyszałam głos, którego się nie spodziewałam usłyszeć.
- Mama?!- podeszłam do strażniczki i ją przytuliłam.- co tu tu robisz?
- Mieszkam.
***
Dziesięć minut później siedzieliśmy w salonie i wyjaśnialiśmy sobie wszystko, popijając herbatę. Liliana spała w jednym z pokoi. Zaczęli moi rodzice.
- Pamiętasz, że na weselu złapałam jeden z bukietów?- pokiwałam głową. To były kwiaty Mii.- Więc ja z twoim ojcem postanowiliśmy się pobrać.
Za nie mówiłam. Na szczęście Dymitr zachował zimną krew.
- Gratuluję państwu.
- Chwila. A co z księciem Szelskim? Przecież jesteś jego strażniczką.
- Już nie.- wtrącił się mój ojciec. Wyglądał na szczęśliwego. Oboje tak wyglądali.- Teraz to moja strażniczka.- bez skrępowania objął moją mamę ramieniem.
- Wow. No to co mogę powiedzieć? Gratulacje. Cieszę się z waszego szczęścia.- uśmiechnęłam się.
- Naprawdę?!- byli szczerze zdziwieni.
- No tak. Tylko uważać. Wystarczy mi już jedna siostra.
Mama chyba lekko się zawstydziła.
- Jak wolisz może być brat.- Abe siedział nie wzruszony.- A poza tym, my ci do łóżka nie wchodzimy.
- Z tym akurat bym się kłóciła.
I pewnie by tak było, gdyby nie podali obiadu.  Obudziliśmy Lilianę, żeby też coś zjadła, ale ona tylko podziabała widelcem w talerzu i wróciła do pokoju spać.
- To teraz wasza kolej.
Dymitr już otwierał usta, ale ja go uprzedziłam.
- Matkę Liliany zabiła strzyga. Mała uciekła, a my ją znaleźliśmy. Wszystkie jej rzeczy są w bagażniku. Teraz pytanie, kto ją będzie wychowywał.
- Poślijcie ją do Akademii.- podsunęła jak zwykle dobra matka Janine Hathaway.
- Żeby miała takie dzieciństwo jak ja?! Nie ma mowy.- oburzyłam się. Nie. Ta dziewczyna zasługuje na coś lepszego.- Jeśli nie chcecie się nią opiekować, my to możemy zrobić.
- Świetny pomysł.- uznał Abe.- No to problem z głowy.
- Żartujesz- powiedziałam jednocześnie ze strażniczką. Ale z zasadniczą różnicą. On nie dowierzała, że on na to pozwoli. A ja nie wierzyłam, że tak szybko się zgodzi.
- Przecież to młoda dampirzyca. Kiedyś będzie bronić morojów. Musi się tego nauczyć.
- Będzie, albo nie będzie.- staruszek podważył jej słowa. Oj po cienkim lodzie stąpa. W sumie to oboje stąpają. Przecież to Abe Mazur.- To zależy od niej. A znajdź mi lepszego nauczyciela niż strażnik Bielikow. Przecież to on nauczył naszą córkę tak walczyć. Jest najlepsza na całym Dworze.
- Miała do tego talent.- zaprzeczył mój mąż.- Nigdy nie spotkałem nikogo tak zdolnego, na takim poziomie wiedzy.- nie chciałam robić awantury, więc uznałam to za komplement.
- Talent zapewne ma po mamusi,- mój ojciec popatrzył na swoją nową strażniczkę szczenięcym wzrokiem, od czego ta zmiękła. Zrobiło mi się niedobrze. Nigdy do tego nie przywyknę. Podczas nieuwagi moroja, Dymitr ścisnął moją dłoń i popatrzył na mnie tak samo. Czułam, że się rozpływam.
- A uparta niczym tatuś.- odwdzięczyła mu się moja matka.
- Czyli, że się zgadzacie?- nie wierzyłam, że tak łatwo poszło.
- Tak.- powiedzieli jednocześnie i wróciliśmy do jedzenia.
W tym momencie zeszła mała i uznała, że jednak coś zje. Talerz wciąż na nią czekał. Usiadła między mną a Dymitrem.
- Lili.- Odezwałam się w końcu.- Po obiedzie pojedziesz z nami do domu, chyba, że chcesz bliżej poznać tatę.
- A ile mogła bym tu zostać?- spytała. Popatrzyłam na ojca.
- Ile tylko chcesz skarbie.- odezwał się.
Uzgodniliśmy, że dziewczynka przyjedzie tu na tydzień, ale to za tydzień. Najpierw zamieszka z nami. Teraz potrzebuje wsparcia, a czułam, że nam bardziej ufa. W końcu to my ją uratowaliśmy i będziemy się nią opiekować.
Po obiedzie rozmawialiśmy o różnych sprawach. Lili ani na chwilę nie chciała się ode mnie odkleić. Polubiłam ją. Cierpieniem było patrzeć, jak bardzo jest smutna. Siedzieliśmy tam jeszcze jakiś czas atmosfera trochę się rozluźniła. Przeszliśmy na bardziej neutralne tematy. Przede wszystkim omawialiśmy ślub. Mama poprosiła mnie na druhnę. Lili też, ale mała na razie jest niedostępna. Musiała przyzwyczaić się do nowej sytuacji. Po trzech godzinach uznaliśmy, że trzeba wracać. 

ROZDZIAŁ 88

W kinie byliśmy dwie godziny. Do spotkania z Abem zostały nam jeszcze dwie. Postanowiliśmy, że po zwiedzamy miasto. Choć trudno to nazwać miastem. Kino, teatr, jakieś restauracje i stare kamienice w centrum. Dalej majaczyły wieżowce, ale pewnie można było policzyć je na palcach jednej ręki. Reszta to domki jednorodzinne. No i kościoły. Całe "miasto".
Poszliśmy do parku. Minęliśmy plac zabaw dla dzieci i doszliśmy do stawu. Kaczki już spały, ale nie przeszkadzało nam to. I tak nie mieliśmy chleba dla nich.
Przez całą drogę rozmawialiśmy o wszystkim, oprócz mojego koszmaru, chociaż każde z nas o nim myślało. Wiedziałam to. Nie wiem jak. Po prostu czułam, że mu to ciąży.
Nagle Dymitr się zatrzymał.
- Co jest?- spytałam zaniepokojona.
- Nie słyszysz?
Skupiłam się bardziej. 
Tak. Teraz usłyszałam. Płacz. Wcześniej uznałam go za szelest. Kolejny dowód nie ostrożności. Co się ze mną dzieje? Będę musiała porozmawiać o tym z mężem. Zaczęliśmy zbliżać się do odgłosu. Ukochany już trzymał sztylet w ręce. Kazał mi zaczekać i pobiegł za drzewo. Usłyszałam krzyk dziecka.
- Roza. Chodź tutaj.- zawołał strażnik.
Podeszłam do niego. Klęczał przed wystraszoną dziewczynką, miała ciemne włosy, zaplecione w dwa warkocze i wielkie niebieskie oczy, które teraz patrzyły na nas ze strachem. Wyglądała na jakieś dziesięć lat.
- Hej,- powiedziałam spokojnym, przyjaznym głosem.- nie bój się. Nic ci nie zrobimy.
Nie wyglądała na przekonaną. Jej twarz połyskiwała od łez.
- Co się stało, dziewczynko? Dlaczego płaczesz?- wsparł mnie Bielikow.
Oczy dziewczynki otworzyły się jeszcze szerzej. Po policzkach zaczęły jej spływać łzy. Ale wzrok miała nieobecny, zapatrzony w jakiś niewidzialny punkt.
- Moja mama.- odezwała się w końcu.- Kazała mi uciekać. Zbliżał się do nas taki pan. Był... był bardzo szybki i podszedł do mojej mamy. Nie wiedziałam co... co się dzieje.- szlochała mała.
- Pamiętasz coś charakterystycznego?- spytałam.
- Był blady, miał czarną kurtkę, zieloną koszulkę i jasno niebieskie spodnie.- zdziwiło mnie, że aż tyle zobaczyła. Przecież jest ciemno.- A i jeszcze jakiś taki magiczny czerwony błysk w oczach. Pomożecie mi?
Dymitr sekundę później był na nogach, ze sztyletem w dłoni i rozglądał się uważnie.
- Gdzie to było?- spytałam kupując przy niej.
- Tam.- wskazała paluszkiem w stronę, w którą chcieliśmy iść. Dymitr już był w drodze.
- Spokojnie. Nie musisz się bać. Pomożemy Ci. Ja jestem Rose, a to był Dymitr.- uśmiechnęłam się przyjaźnie.
- Ja jestem Lili.- uśmiechnęła się niepewnie.
- Cześć Lili. Pójdziemy na spacer? Spokojnie Dymitr nas znajdzie.- dodałam widząc jej nie pewną minę. Pokiwała główką na zgodę.
Wyprostowałam się i podałam jej rękę. Chwyciła mnie za nią.
- A co robicie tak późno po za domem?- zaczęłam ją wypytywać. Musiałam dowiedzieć się o niej czegoś.
- Mama pokłóciła się z chłopakiem i on nas wyrzucił.- powiedziała smutno.
- On nie jest twoim tatą?
- Nie. Tata zostawił nas. Mama często o nim opowiada.
- A wiesz może gdzie mieszka, albo jak się nazywa, czym zajmuje.
- Ma jakieś dziwne imię. Mama często mówiła o nim Abe.- stanęłam jak wryta. To chyba jakiś żart? Nie, wiem mój umysł chce doprowadzić mnie do szaleństwa i to kolejny sen. Nie, jednak nie. To rzeczywistość. Uklękłam przed Brunetką.
- Lili a znasz nazwisko taty?- pokręciła przecząco głową.- Mama ci nie mówiła?
- Kiedyś mówiła, ale nie pamiętam. Było trudne.
- Czy jakbym ci je powiedziała, przypomniałabyś sobie?
- Może.
- Czy to był Ibrahim Mazur?- patrzyłam na nią wyczekująco. Na jej małej buźce malował się olśnienie.
- Tak, to właśnie on. Zna go pani?
- Tak. Powiem więcej. Witaj siostrzyczko.- uśmiechnęłam się do niej. Ta zaczęła piszczeć z radości i rzuciła mi się w ramiona. Zaskoczyła mnie tym.
- Zawsze chciałam mieć siostrę.- powiedziała uratowana.
- A powiedz mi, jak masz na nazwisko?
- Znole. Jestem Lili Znole.
Poszłyśmy dalej. Po chwili coś do mnie dotarło. Jej ojciec jest morojem. Ona nie jest morojką. Musi być dampirzycą! Dlatego tak dużo widziała w ciemności.
Podbiegł do nas Dymitr. Pocałował mnie w policzek, a do Liliany się uśmiechnął. Jednak nie był radosny. Dziewczynka powiedziała, że jest zmęczona. Mój mąż wziął ją na barana.
- A gdzie idziemy?- dopytywała sennie.
- Poznasz swojego tatę.
- A co z moją mamą?
Spojrzałam na ukochanego. Pokręcił smutno głową. To była strzyga. I zabiła jej mamę. Strażnik postawił moją nową siostrę na ziemi i spojrzał jej poważnie w oczy.
- Lili...- zaczęłam niepewnie. Nie byłam dobra w takich sprawach. Na szczęście Dymitr o tym wiedział i sam podjął inicjatywę.
- Lili teraz z nami pojedziesz do taty. Masz jeszcze jakąś rodzinę? Rodzeństwo, wujków, babcię?
- Mam siostrę.- uśmiechnęła się patrząc na mnie. Uśmiechnęłam się słabo.
- A oprócz mnie.- wtrąciłam. Dymitr spojrzał na mnie zdziwiony. Dziewczynka zaprzeczyła. Oboje popatrzyliśmy na nią poważnie. Wyczuła nasze zdenerwowanie i uśmiech znikł z jej twarzy.
- Lili. Przykro mi, ale twoja mama już nie przyjdzie.
- Co?! Nie! Nie!- krzyczała, a potem wybuchła płaczem i przytuliła się do mojego męża. Wyglądał na lekko zdezorientowany. Ale po chwili podniósł dziewczynkę i przytulał ją, kołysząc. Po chwili zasnęła. Po drodze nie zmieniliśmy nawet jednego słowa. Szliśmy ze spuszczonymi głowami. Było mi żal tej małej. Taka młoda, miała szansę na normalne życie, a nasz świat i tak się o nią upomniał. Tylko co my z nią zrobimy. Nie wiem czy Abe będzie chciał się nią zajmować.

czwartek, 24 marca 2016

ROZDZIAŁ 87

Oto drugi dzisiaj z okazji świąt. Nie wiem jak w kolejnych dniach. To zależy od potoku weny. Może się uda. 
_________________________________________________
- Kochanie uspokój się. Zapomniałeś, że to mój ojciec będzie się tłumaczył? Nie wiem czym się tak przejmujesz. Zachowujesz się jakbyś nie wiem co zrobił.
 Byliśmy po śniadaniu i mieliśmy jeszcze pół dnia do obiadu u Abe'a. Ale mój ukochany już chodził nerwowy po pokoju.
- Bo to dalej obiad z twoim ojcem.- przypomniał.
Eh...faceci. 
- Przesadzasz.- siedząc na sofie, patrzyłam jak mój mąż chodzi po całym salonie. W końcu moja cierpliwość się skończyła.- Dymitrze Bielikow. Jutro idziesz do pracy, więc może usiądziesz w końcu na tyłku i spędzisz te kilka godzin wolności na rozpieszczaniu swojej ciężarnej żony, a nie użalaniu się "jaki jestem biedny, bo idę na obiad do jej ojca, pod pretekstem JEGO tłumaczenia się".- i wybuchłam.
Dymitr sekundę później siedział obok i tulił mnie mocno.
- Przepraszam Roza. Masz rację, za bardzo się tym przejmuję. A przecież za niedługo możemy nie mieć dla siebie czasu.- no, nareszcie coś dotarło do tej jego, wypchanej westernami głowy.- Jestem fatalnym mężem.
- O nie. Możesz mówić i sądzić co chcesz. Że jesteś najgorszym strażnikiem, beznadziejnym synem, nauczycielem, cokolwiek. Oczywiście, że nie jest to dla mnie prawda. Ale nigdy, ale to nigdy nie wątp w to, że jesteś najlepszym mężem i boskim facetem, bo myślę, że nie pogardzili by twoim zdjęciem w gazecie z półnagimi mężczyznami.- zaśmiał się cicho. Już jakiś postęp.- Po za tym nikt nie umie tak zadbać o kobietę i spełnić jej potrzeb, jak ty. Mogę poświadczyć.- złapałem go za koszulę i przyciągnęłam do siebie. Nasze twarze znajdowały się jakieś dwa centymetr od siebie.- I tylko ja jasne.- popatrzyłam mu głęboko w oczy. Uśmiechnął się cwanie.
- Jak słońce.- musnął lekko ustami moich warg.
Objął mnie i wbił się mocniej w moje usta. Puściłam jego koszulę, prostując palce i wędrując dłońmi na jego ramiona. zarzuciłam ręce mu na kark i po chwili znalazłam się na kolanach męża.
- To co robimy?- spytałam po długim pocałunku.- Tylko błagam, bez spaceru, bo zawału dostanę.
- Oczywiście, skarbie. Słyszałem, że do kina wchodzi dziś dobry horror. Pójdziemy?
- Dobrze, ale daj mi godzinę na wyszykowanie się.
- Tylko uważaj, bo mogę cię nie wypuścić z domu, jak będziesz zbyt pociągająca. Wiesz, że ostatnio trudniej mi się przy tobie kontrolować.- mruknął mi do ucha, muskając wargami moją szyję i ucho. Przeszedł mnie przyjemny dreszcz podniecenia. 
- Jeśli ty to nazywasz kontrolą, to w Akademii uczył mnie ktoś inny.
- Nie sądzę.- chociaż bardzo się starał, to bez pomocy nie zostawił by mojej szyi w spokoju. Ale wcale nie miałam ochoty mu przeszkadzać. Było mi bardzo przyjemnie. I jeszcze ta jego ręką, po wewnętrznej stronie mojego uda. Rozpływałam się w jego ramionach.
- Dymitr.- mruknęłam z zadowolenia.- Zanim wyjdziemy, skaczą grać film.
- To nie teatr. Mamy czas.- zsunął mi ramiączko sukienki, którą miałam na sobie i zaczął mnie całować niżej.
- Nie zostawisz mi przyjemności na wieczór?
- Po tej nocy to mnie nie puścić do pracy. Obiecuję ci, że nigdy jej nie zapomnisz.
- Mhm...Strażniku Bielikow. Nie podejrzewałam pana o takie myśli.- coraz ciężej było mi składać słowa w zdania.
-Tylko ty tak na mnie działasz.
Chwilę później leżałam pod nim, w samej bieliźnie. Mój ukochany miał na sobie jeszcze spodnie. Zaczęłam rozpinać mu rozporek, kiedy nagle znalazłam się w jego objęciach.
- Roza. To, że mam słabość, nie znaczy, że nie umiem nad sobą panować.-postawił mnie przed sobą. Schylił się i podniósł moją sukienkę.
- Nie wyglądało na to, towarzyszu.- podniosłam ręce, aby ułatwić mu ubieranie mnie.- Przerwać w takim momencie.
- A gdzie twoja cierpliwość.
- Mówisz o tej, której nigdy nie miałam?- uśmiechnęłam się promienie.
- Tak Roza. Właśnie o tej.- odwzajemnił uśmiech, zakładając koszulkę.- Pamiętasz, że miałaś dla mnie jakaś niespodziankę?
- No pewnie. Wszystko mam już zaplanowane.- kłamałam. Nie wiedziałam, co zrobić. Postanowiłam zmienić temat.- Chodź już.- złapałam go za rękę i pociągnęłam do drzwi. Zdziwiony, poszedł za mną.
- To co? Już nie musisz się wyszykować?
Zatrzymałam się w pół kroku i poznałam na górę. Przebrałam się w pierwszą lepszą sukienkę i szybko pomalowałam. Zajęło mi to pół godziny. Po minie Dymitra wywnioskowałam, że wyszło mi to nie najgorzej.
- Chyba tylko ty umiesz w tak krótkim czasie, tak świetnie się wyszykować. Wyglądasz pięknie. Ale to chyba nie sprawia ci trudności.
- Dziękuję.- przejrzałam się mu. Mój mąż też już się przebrała i uczesał.- Ty też nie najgorzej. Ale jeden szczegół bym zmieniła.- podeszłam do niego i pocałowałam. Nawet pachniał wodą kolońską. Gdy ukochany tonął w moich ustach, ja przeczesałam mu włosy, uwalniając je z gumki. Kiedy się odsunął, popatrzyłam na niego z miłością i ułożyłam jego rozpuszczone, brązowe włosy. Uśmiechnęłam się, zadowolona z efektu.- O wiele lepiej, kowboju.
- Skoro tak mówisz, to tak musi być.- odwzajemnił uśmiech. Pochylił się w moją stronę i musnął moje usta swoimi miękkimi, ciepłymi wargami. Zrobiło mi się gorąco.
Nie wiem co jest przyjemniejsze: palące, głodne pocałunki pożądania, czy delikatne, słodkie, wyrażające jego miłość i troskę, pod wpływem których mogłam się całkowicie roztopić muśnięcia warg. Myślę, że tym drugim mógłby namówić mnie do wszystkiego. Taka karta kredytowa bez ograniczeń. Bo miłość nie ma ograniczeń.
- Kocham Cię Roza.- szepnął, chwytając mnie za dłoń. Nasze palce się splotły.- Chodźmy, bo jeszcze chcę dostać swoją niespodziankę przed obiadem z twoim ojcem.
- Nie. To będzie na poprawienie humoru. Ale do kina możemy już iść.

ROZDZIAŁ 86

Nie męczyły mnie już koszmary, ale śniłam. O cierpliwym chłopcu, którym był Dymitr i wiernej dziewczynie w mojej osobie, z naszyjnikiem z róża. A potem pojawiły się obrazy, z naszego życia, mające wpływ na naszą miłość. Pierwsze spotkanie, jego stawiennictwo za mnie, treningi, wyjazd do centrum handlowego z Lissą, bal, pokój Dymitr, naszyjnik, walka z Natalie, to jak mój ukochany mnie uratował, rozmowa w ośrodku, przed ucieczką do Spoken, odnalezienie nas, czułość Dymitra, wyznanie strażnika i odrzucenie propozycji Taszy, rozmowa gdy nie mogłam spać, w kaplicy, na tarasie, po ataku duchów, znowu obrona przed władzami szkoły, groźby wobec Wiktora, nasz pierwszy raz, wyznanie miłości i planowanie przyszłości, odmienienie Dymitra ze strzygi, ucieczka z aresztu, cała podróż, hotel, biblioteka, uliczka, dom Soni, dom rodziców Jill, ucieczka przed strażnikami, namiot, hotel, wyznanie Dymitra, nasz drugi raz, moje bliskie spotkanie ze śmiercią, jego widok przed straceniem świadomości i towarzystwo po obudzeniu. I każdy kolejny dzień. Randki, wizyta w Bai, zaręczyny, ślub, miesiąc miodowy, dzisiejszy dzień. W skrócie mówiąc ostatni rok i trzy tygodnie. Ale dużo się wydarzyło w tak krótkim czasie.
Obudziłam się wyspana i w dobrym humorze. Dymitr, tak jak obiecał, obejmował mnie mocno. Poruszyłam się nieznacznie, dając mu do zrozumienia, że już nie śpię. Oplótł mnie jeszcze mocniej, więżąc mnie swoimi nogami.
- Dzień dobry, królewno.- pocałował mnie w szyję.- Jak się spało? Myślę, że tym razem nic cię nie męczyło, sądząc po twoim uśmiechu.- pocałował mnie w czoło. Podsunęłam się trochę wyżej, na wysokość jego ust. Musnęłam je delikatnie swoimi. Dymitr objął mnie, pogłębiając pocałunek.
- To prawda miałam piękny sen.
Który tworzył kontrast do poprzedniego. Ale nie powiedziałam tego. Jednak zatrzęsłam się na wspomnienie lasu, pełnego strzyg. Mój mąż to zauważył.
- Roza, może chcesz zostać sama...
- Nie!-krzyknęłam chwytając go mocniej.- Zostań. Chcę z tobą o tym porozmawiać. Ale nie wiem, czy powinnam.
- Wiesz, że mi możesz zaufać.
- Tu nie chodzi o zaufanie. Boję się, że zrobi ci się smutno, znowu będziesz miał wyrzuty sumienia za coś czego nie zrobiłeś. I nie kłóć się.- powiedziałam, kiedy chciał zaprzeczyć.- Ja wiem, że nie miałeś nad tym kontroli i dla mnie to nie jest twoja wina. I nic mnie nie przekona, że jest inaczej.
- Kocham Cię Roza. Za twoją wiarę we mnie. Opowiedz mi.
- Dobrze. A później, dla poprawienia humoru, opowiem jeszcze drugi.
Tak jak powiedziałam, tak zrobiłam. Nie pominęłam żadnego szczegółu, który pamiętałem, choć zadawało mi to ból. Dymitr dla podniesienia mnie na duchu, muskał mnie po gołym udzie. W innych okolicznościach bardzo by mnie rozpraszało, ale gdy dochodziłam do fragmentu z duchami i Dymitrem-strzygą, czułam że pęknie mi serce. Gdy opisywałem co ze mną robił, ręka zamarła mu w połowie ruchu. Po policzkach zaczęły lecieć mi łzy. I tyle z mojej siły. Mój mąż nie wyrażał żadnych emocji. Z jego twarzy nie dało się nic wyczytać. Patrzył nieobecnym wzrokiem przed siebie. Czekałam na jakąkolwiek reakcję, ale niczego się nie doczekałam.
- Dymitr...- powiedziałam drżącym głosem. Jego spojrzenie skupiło się na mnie. Wszystkie jego uczucia wróciły z podwójną siłą. Widziałam w nim ból, wręcz rozpacz.- Wiedziałam!!- wrzasnęłam, zrywać się z łóżka.
- Roza...- patrzył na mnie smutno.
- Nie! Mam tego dość! Wiedziałam, że nie powinnam ci to mówić.- podnosiłam głos.- Ciągle się o to obwiniasz. Czuję się jakbym była tu sama. Znowu tworzysz wokół siebie barierę i odcinasz się od innych. Znowu odcinasz się ode mnie.
Nie wytrzymałam. Usiadłam na podłodze, tyłem do strażnika i zaniosłam się szlochem. Nagle poczułam, że ktoś mnie podnosi. Bielikow całował mnie po gołych plecach, szyi i ramionach, kładąc na łóżku. Uspokoiłam się. Materac ugiął się, gdy mój mąż położył się obok i objął mnie.
- Przepraszam Roza. Nie powinienem się tak zachować. To ty potrzebujesz wsparcia. Ale ciągle mnie to męczy. Bardzo. Potrzebuję cię. Pomagasz mi z tym walczyć. Tylko boli mnie, że ciągle śnisz o tym... Przepraszam.- popatrzyłam mu w oczy, które tak bardzo kocham.
- To ja przepraszam. Nie powinnam tak zareagować. Mi też jest ciężko.
- Nie masz za co przepraszać. Miałaś rację. Zaczynałem o tym myśleć. Wstrząsnęło mną to, ale to przeszłość. Nic nie znaczący fragment, w którym spałem. Kocham Cię i nie chcę, żebyś czuła się sam. Zawsze będę przy tobie.
- Kocham Cię.
- Ja ciebie też. To co? Opowiesz mi ten drugi sen?
Od razu poprawił mi się humor. Zaczęłam opowiadać. W międzyczasie Dymitr zaproponował, żebyśmy zaczęli się szykować. Razem poszliśmy się wykąpać. Tym razem nie było żadnych strasznych momentów, wiec dotyk ukochanego bardzo mnie rozpraszał. Tym bardziej pod prysznicem. Opowieść przedłużył także namiętny pocałunek. Następnie zaczęliśmy się ubierać. Moja opowieść skoczyła się w kuchni. Siedziałam na blacie, patrząc jak Dymitr nakłada na talerze omlety.

środa, 23 marca 2016

ROZDZIAŁ 85

Zerwałam się z nagłym krzykiem. Dyszałam ciężko, tętno miałam przyspieszone, a kosmyki włosów przykleiły mi się do mokrej twarzy. Siedziałam na łóżku w swoim pokoju.
Poprawka. 
W naszym pokoju. Powoli uspokajałam oddech. Poczułam jak w tali oplatają mnie silne, ale równocześnie delikatne ręce. Tym razem były ciepłe. Odwróciłam się gwałtownie i wtuliłam mocno w pierś Dymitra. Z mojego gardła wydobył się szloch, stłumiony ciałem ukochanego. On zaczął głaskać mnie po plecach. Cała się trzęsłam. Potrzebowałam go. Był moim ukojeniem. Oazą spokoju.
- Spokojnie Roza.- szeptał mi czułe. W jego głosie nie było chłodu. Troszczył się o mnie.- to tylko sen. Jestem tu. Cii.. Roza. Cii... Ja cię obronie. Przed wszystkim.
- Dymitr.- popatrzyłam na niego. Mój głos był strasznie zachrypnięty.- Boję się.
Po policzkach ciekły mi łzy. W jego oczach, była troska i strach. Ale nie panikował. Podziwiam to. Jakby mu coś groziło, nie wiem czy umiała bym zachować taki spokój.
Posadził mnie sobie bokiem na kolanach i zaczął kołysać, szepcząc coś po rosyjsku. Pewnie wyłapałabym kilka słów, ale nie miałam na to siły. Już nie szlochałam, a mój oddech stał się równomierny, tak samo jak bicie serca. Jednak wciąż ciekły mi strumyk łez. To był najstraszniejszy sen jaki miałam. A skalę mam szeroką. To wszystko było takie realistyczne. Te duchy, Robert. I Dymitr strzyga.
Znowu wybuchłam niekontrolowanym płaczem. Muszę przestać o tym myśleć. Kiedy po raz kolejny się uspokoiłam, wsłuchałam się w słowa męża. Nie rozumiałam ich i nie chciałam. Przynosiły mi spokój i ukojenie. Czułam bijąc z nich miłość, troskę i siłę. Po chwili uświadomiłam sobie, że mówi je w rytm i że się rymują. To była jakaś piosenka, pewnie kołysanka. Pewnie Olena śpiewała mu ją jak był mały. Kilka razy usłyszałam "róża". Ciekawe czy to przypadek, czy to mój ukochany coś zmienił.
Gdy zauważył, że się uspokoiłam, zaśpiewał do końca zwrotkę i położył się. Pociągnął mnie za sobą i teraz leżałam obok niego. Przytulił mnie tak mocno, jakby się bał, że zaraz zniknę lub ucieknę. Ale na to nie miałam wcale ochoty. W końcu serce i rozum się dogadali. Jego ramiona dawały bezpieczeństwo. Pewnie chciałby dowiedzieć się, co mi się śniło. Otworzyłam usta, ale przerwały mi miękkie wargi Bielikowa. Poczułam ciepło promieniujące z jego ciała. Takie naturalne, dobre, wręcz namacalne.
- Jutro Roza. Jeśli będziesz chciała, to jutro. Teraz jest za wcześnie, kochanie.
- Powiedz to.- popatrzył na mnie zdziwiony.- Muszę to usłyszeć. Nie wątpię w prawdziwość tego zdania, ale muszę. Dlaczego chcesz mnie mieć na zawsze?
- Dla tego, że jesteś moim światem i...- zawahał się.- Ja tiebia liubliu Roza. To brzmi lepiej.
- Ja  tiebia toże liubliu Dymitr. Wybacz ale nie będę zarabiać twojego imienia.
- Wiem, nie lubisz.- uśmiechnął się do mnie.- Ale to nie ważne jak mnie nazywasz. Tylko bądź przy mnie.
- Zawsze, skarbie.
- Idź jeszcze spać. Obiecuję do rana nie wypuszczę cie z ramion.
- Nie chce mi się spać.- starałam się, żeby mój głos zabrzmiał zwyczajnie.
To nie była prawda. Ale co miałam mu powiedzieć? Że boję się spać? Znowu zobaczyć ciemny las, szalonego Roberta, duchy i strzygi? Nie! Dla niego chciałam być silna. A to co było przed chwilą, to chwila słabości, szok. Jestem jedną z lepszych strażniczek. Nie mogę się rozklejać od byle wytworu mojej chorej wyobraźni.
Dymitr nie ciągnął dalej tematu. A ja postanowiłam go zmienić.
- A co to było, co mi śpiewałeś?- spytałam. 
- Nie powiedział bym, że to był śpiew. Raczej nucenie.
- Oczywiście.- droczyłam się z nim.- To była jakaś kołysanka, którą śpiewała, przepraszam, nuciła ci mama?
- Bardzo śmieszne. Poczekam aż ty będziesz usypiała nasze dziecko.
- Nie chciał byś, bo by ogłuchło.- parsknęłam śmiechem.
- Masz taki piękny głos, na pewno ładnie śpiewasz.
- Jeśli liczysz, że zaraz wyjdę na środek i zacznę operę, to się rozczarujesz. Nie umiem śpiewać. A ty, nie odpowiedziałeś mi na pytanie.
- Skoro tak ładnie prosisz. Czy śpiewała mi ją matka? Nie. Poznałem ją od babci. Kazała mi się nauczyć jej na pamięć.
- Ona ma dziwne pomysły.- stwierdziłam.
- Uznałem,- zignorował moją uwagę.- że idealnie będzie pasować.
- Kilka razy wychwyciłam swoje imię. O czym jest.
- O róży.
- Tego sama się domyśliłam.
- Opowiada piękną historię o dziewczynie, którą zostawił chłopak. Gdy byli razem podarował jej wisiorek z różą. Po zerwaniu, wyrzuciła go na łąkę. Jednak chłopak wrócił do niej. Okazało się, że chciał się ustatkować, żeby się jej oświadczyć. Kiedy powiedział to dziewczynie, ta zaczęła płakać i powiedziała co zrobiła z symbolem ich miłości. Chłopiec szukał naszyjnika, ale łąka była duża, a trawa wysoka.- uważnie wsłuchiwałam się w jego słowa, od czasu do czasu ziewając. Powoli ogarniała mnie senność, ale byłam ciekawa co było dalej, więc starałam się nie zasnąć.- Szukał całymi dniami i nocami, miesiącami i latami. Kawałek po kawałku. Aż z chłopca stał się mężczyzną. Ale nic nie znalazł. Jednak nie poddawał się, szukał dalej. Dziewczyna mówiła mu, żeby przestał, że kupią drugi w sklepie. Ale on uparcie dążył do obranego celu, mimo że wszyscy zwątpili w niego. Brzmi znajomo, prawda moja Różyczko?
- Co było dalej?- wpatrywałam się w niego wyczekująco, szeroko otwartymi oczami.
Moją minę podsumował perlistym śmiechem. Uwielbiałam ten dźwięk. Czułem wtedy, że jestem ważną częścią jego życia. Rzadko kto umiał go rozśmieszyć. A na pewno nie uczennica. Już nią nie byłam, przy mnie nie musiał się kontrolować. Był naturalny. Był sobą.
Przytulił mnie mocniej i cmoknął w czoło.
- Mężczyzna szukał go i szukał, a trawa rosła i rosła. Było trudno. Najpierw były lata później dekady. A dziewczyna czekała. Zestarzała się w samotności, będąc wierna ukochanemu. Byli już bardzo starzy, gdy w końcu odnalazł się naszyjnik z róża. Mężczyzna pobiegł do domu swojej starej już i pokazał jej tak dawno nie widziany wisiorek. Drżącą ze starości i emocji dłonią, odgarnął jej siwe włosy i zapiął łańcuszek. Kiedy róża dotknęła jaj skóry, rozbłysło jasne światło i nastąpił wybuch. Odrzucił ich od siebie. Mężczyzna wstał ciężko z ziemi i popatrzył na dziewczynę leżącą niedaleko. Miała kruczoczarne włosy i piękne zielone oczy. Była to jego młoda ukochana. On sam wyglądał jakby od dnia rozpoczęcia poszukiwań, nie postarał się ani o dzień. Byli znowu młodzi i piękni. I szczęśliwi. Los, za cierpliwość chłopaka i wierność dziewczyny, dał im drugą szansę, na szczęście. Roza, spisz?- szepnął. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że zamknęłam oczy. Chciałam je otworzyć, ale powieki okazały się za ciężkie.
- Nie.- mruknęłam w odpowiedzi.- Ale wiem, kto będzie usypiał nasze dziecko.
- Śpij skarbie. Jutro ciężki dzień. Śpij.
I tak też zrobiłam.

wtorek, 22 marca 2016

ROZDZIAŁ 84

Z rana udaliśmy się z Dymitrem na spacer.
- Może tym razem nikt nam nie przeszkodzi.- wyszeptał mi do ucha.
- Znając nasze szczęście, nie liczyła bym na to, towarzyszu.- zaśmiałam się.
- Nie przesadzaj. Jesteśmy w lesie, na kompletnym odludziu. Kto tu się może zapuszczać?
- No nie wiem. Może jakaś para nowożeńców, chcąca choć chwilę pobyć sama i nacieszyć się z ostatnich godzin samotności. Co o tym myślisz?
- Myślę,- zatrzymał się gwałtownie i popatrzył mi w oczy.- że bardzo Cię kocham i nie widzę poza Tobą świata.- pocałował mnie bardzo namiętnie. Jednak chwilę czułości, przerwał mi głos, którego nie spodziewałam się tu usłyszeć.
- Witaj mała dampirzyco. Widzę, że spotykamy się nie w porę. A tak bardzo chciałem z tobą pogadać.
- A nie mówiłam?- szepnęłam tak, żeby usłyszał mnie tylko ukochany.
- Możemy go zignorować.- strażnik odpowiedział w taki sam sposób.
- Nie przeszkadzajcie sobie. Mogę poczekać.
Potarłam nosem nos Bielikowa i zaczęłam odwracać się w stronę głosu.
- O co chodzi Adria...- zamurowało mnie, gdy popatrzyłam na mówcę.
- Ty skurwysynu.- Dymitr rzucił się na Roberta. Jednak moroj wykonał nieznaczny ruch ręką i na mojego męża rzuciły się strzygi.
- Dymitr!!- wrzasnęłam. Następnie skierowałam morderczy wzrok na Doru'a.- zostaw go. Czego ode mnie chcesz.
- To takie trudne. Zemsty.- wysyczał.- Zabiłaś mi brata, ja zabiję wszystkich, na których ci zależy.
Bielikow walczył dzielnie, ale nie pokona ich wszystkich chciałam mu pomóc, lecz nie byłam w stanie. To czwarty miesiąc.
- Roza uciekaj!- krzyczał w ferworze walki.- Ratuj siebie i dziecko.
Zaczęłam biec. Ucieczkę utrudniała mi szeroka suknia balowa. Po co ją ubrałam? Do tego zaczął pobolewać mnie brzuch. Cholera! Jeszcze dziecku coś się stanie.
Nagle poczułam jakieś parcie na moją lewą rękę i sekundę później moje plecy przeszły paraliżujący ból towarzyszący zderzeniu z drzewem. Chciałam biec dalej, ale z daleka zauważyłam zbliżające się strzygi. Odwróciła się. Tam były następne. Gdzie się nie odwróciłam, tam czerwone oczy. Byłam okrążona. O jedno z drzew niechlujnie opierał się Robert.
- Teraz już nawet twój Rusek cię nie ochroni.- zaśmiał się.- Jesteś znowu sama.
Zza drzewa obok, wyszła połyskująca postać. Serce, które biło w mojej piersi jak oszalałe, nagle zamarło.
Przede mną stał Wiktor Daszkow. A raczej jego duch.
- Miło Cię widzieć Rosemarie. Uprzedzałem, że kraina zmarłych się o ciebie upomni.- oparł się wygodnie koło brata, krzyżując ręce na piersi.- Od wypadku należysz do nas.
Strzygi coraz bardziej się zbliżały, oblizując kły na myśl o świeżej krwi. Pojawiało się coraz więcej sylwetek z kolorową poświatą. Szepty wypełniały moją głowę. "Należysz do nas.","Nie uciekaj, to nic nie da.", "czekaliśmy na ciebie zbyt długo.". Zauważyłam rodziców Lissy i jej brata. Były także duchy uwiezione w ciałach strzygi, które zabiłam.
Padłam na kolana, trzymając się za głowę. To strasznie bolało.
"Zostawcie mnie!" Krzyczałam, ale z moich ust nie wydobył się żaden dźwięk.
- Klęcz przed swoim władcą.- szydził ze mnie Robert.
- Pożałujesz dnia w którym się urodziłaś.- w hałasie rozpoznałam głos, aż ociekający jadem i nienawiścią. Kiedy podniosłam głowę, serce podeszło mi do gardła. Stałam viza'vi z bladą twarzą ducha Taszy.- Zabrałaś mi mojego Dimkę, to ja, tak jak obiecałam, odbiorę ci dziecko.- zaczęła kopać mnie po brzuchu. To chore. Duchy nie mogą kopać, co nie? Przecież są nie materialne. A ja czułam na brzuchu jej buty. Kozaki ze zwężanymi czubkami. I poczułam ostry ból w podbrzuszu. Nagle kopanie ustało. Wszystko zamilkło. Za plecami usłyszałam głos, który rozpoznała bym na końcu świata. I którego teraz potrzebowałam.
- Roza.- jedno słowo.
Rzuciłam się w objęcia Dymitra. Jednak nie był on tak ciepły jak zawsze. Wręcz lodowaty jak nigdy.
Nie, zaraz! Wróć. Kiedyś już był taki zimny. Popatrzyłam na jego twarz, bojąc się tego co zobaczę. Wpatrywał się we mnie oczami pełnymi pożądanie. Pożądania, jak jakiejś rzeczy, nie osoby. Oczami brązowymi z czerwonymi obwódkami.
- A mogliśmy być na zawsze razem.- szepnął z wyrzutem głosem zimnym jak lód
Patrzyłam z przerażeniem na kły, połyskujące w jego ustach i zbliżające się do mojej szyi. Delikatnie mnie w nią pocałował. Zamknęłam oczy w oczekiwaniu na nieuniknione. Przejechał zębami po mojej tętnicy, co mnie cholernie podnieciło. Nie wyrywałam się, nie protestowałam. To by nie miało sensu. Jestem zmęczona, wystraszona, pobita, najprawdopodobniej w najbliższym czasie poronię, a wokół nas zebrały się wszystkie strzygi i duchy z okolicy. Nie ucieknę im. A wszystko było tak idealnie. I jak zwykle musiało się spieprzyć. Byłabym wkurzona, gdyby nie usta i ręce wampira, który postanowił mnie jeszcze bardziej po torturować.
Jego zimna dłoń głaskała mnie po nodze, wspinając się coraz wyżej, pod sukienką. Przeszedł mnie dziwny dreszcz. Moje serce nie przyjmowało do wiadomości, że to nie jest mój Dymitra i wciąż pragnęło jego bliskości. Najwidoczniej mój rozum się wyłączył, ponieważ wtuliłam się mocniej w strzygę, ślepo wierząc, że mnie obroni. Przecież on sam jest teraz moim wrogiem. Ale jak mówiłam serce jest głupie i uważa, że wie lepiej. Dymitr złożył na moich ustach zimny, ale słodki pocałunek. Przy uchu poczułam chłodny oddech.
 - Roza. Wieczność bez ciebie będzie taka samotna.- szepnął mi, nakładając nacisk na swój rosyjski akcent. Znowu ten dreszcz. Potwór zszedł ustami niżej. Zrozumiałam, że to było pożegnanie.
Poczułam ból, gdy kły przebiły się przez warstwy mojej skóry i dostały do krwi. Krzyknęłam cicho.
A potem moje ciało wypełniła rozkosz. Słodki stan upojenia. Narkotyk.
Traciłam siły. Czułam jak ucieka ze mnie życie.
Zginęłam w ramionach ukochanego, który został strzygą. Nie tak wyobrażałam sobie swój koniec.
Ostatnie co usłyszałam to głos Iwaszkowa:
- Słodkich snów, mała dampirzyco.

poniedziałek, 21 marca 2016

ROZDZIAŁ 83

Sydney siedziała w samochodzie. Koło niej, na siedzeniu pasażera leżało kilka toreb z zakupami. Ukochany pomógł mi wsiąść, a następnie usiadł obok mnie z drugiej strony.
- I jak tam randka?- spytała alchemiczka. Dymitr spiął się lekko na słowo "randka". Nie miał zwyczaju okazywać uczuć przy innych.
- Wspaniale!- powiedziałam z uśmiechem, patrząc głęboko w oczy męża. Strażnik odprężył się lekko i objął mnie ramieniem. Sidney odpaliła silnik.- A jak było na zakupach?
- Dobrze.- powiedziała jedynie.
- Będziesz musiała pokazać mi co kupiłaś.- stwierdziłam. Miałam dzisiaj bardzo dobry humor.
- Myślę, że jak zobaczysz moje zdobycze, pożałujesz, że ze mną nie poszłaś. Zapnijcie pasy.- poleciła.
Zdziwiłam się. Alchemiczka wybuchnęła śmiechem, więc musiałam mieć komiczną minę. Mój mąż z trudem powstrzymywał chichot, za co dostał kuksańca w bok. Oboje wykonaliśmy polecenie.
Ja to rozumiem, ostatnio jestem zakręcona, ale żeby Dymitr zapomniał o bezpieczeństwie?!
I jeszcze Sydney.
Takich słów spodziewałabym się po niej, gdyby wracała z jakiejś aukcji starych wozów, ale z centrum handlowego?! No tak, ona też jest kobietą, ale nie spodziewałam się, że tak ucieszą ją zakupy.
Droga powrotna minęła nam na rozmowie. Oczywiście uwadze przyjaciółki nie umknęło moje przebranie na wadze. Tak jak reszta zaufanych nam osób, dowiedziała się prawdy.
- No to gratulacje przyszła mamusiu.- uśmiechnęła się, choć widziałam, że wstrząsnęła nią ta wiadomość.
Ba, i to jak. Gdyby nie to ,że jest niedzielny poranek i na ulicy nie ma samochodów, mielibyśmy wypadek. Jak tylko dowiedziała się, że jestem w ciąży, zjechała na drugi pas. Przez resztę drogi rozmawialiśmy na neutralne tematy.
- Pewnie jakiś czas zostanę na Dworze.- oznajmiła, kiedy się żegnaliśmy.- Może przyjadę do ciebie w odwiedziny.
- Wpadaj kiedy chcesz. Nie uśmiecha mi się siedzieć samej w domu.- powiedziałam.
- Dziękuję za pomoc.- odezwał się mój ukochany.
- Nie ma za co. To ja wam nie będę dużej przeszkadzać.- przytuliła mnie na pożegnanie alchemiczka.
- Pa Syd.
- Pa Rose, Pa Dymitr.
- Dobrej nocy.- odpowiedział strażnik.
- Dla mnie to dzień.- uśmiechnęła się blado.
Odpaliła silnik i już znikała w tumanach kurzu. Machaliśmy jej póki nie zniknęła nam z oczu.
- Znowu jesteśmy sami, towarzyszu.- powiedziałam, kiedy znaleźliśmy się w salonie.- To co teraz robimy?
- Teraz Roza- szeptał głębokim, uwodzicielskim głosem, całując moją szyję.- pójdziemy się wykąpać i grzecznie spać. Jutro idziemy na obiad do twojego ojca.
Nie zadowoliła mnie ta odpowiedź. Nie po tym, co stało się na balu.
- Nie możemy chodzić na takie tańce.- narzekałam.- Musimy chodzić do klubów, takich jakie są w Rosji.
- A to czemu?- spytał. Jak na kogoś, kto chce iść grzecznie spać, bardzo trudno oderwać mu się od mojej szyi.
- Bo tam są pokoje i zamiast czekać, aż wrócimy do domu, już tam mogę zaspokoić swoje i twoje potrzeby.- usłyszałam śmiech bardzo blisko mojego ucha. Obróciłam się w jego stronę i wbiłam się w usta, których tak mocno pragnęła.- Mówiłeś, że nie będziesz uciekać. Nie zabieraj mi tej nocy. Od pojutrza będziesz wieczorem wracał zmęczony, jeśli nie będziesz miał warty w nocy.- przypomniałam z wyrzutem, gdy złapał moje dłonie, rozpinające guziki jego koszuli.
Więcej nie protestował. Wziął mnie na ręce i zaprowadził di sypialni. Położył delikatnie na łóżku, po czym wrócił do moich ust, lecz wcześniej dał zdjąć sobie koszulkę. Dymitr szybko pozbył się mojej sukienki i swoich spodni. Dzisiaj nie miał cierpliwości. Mi też jej brakowało. Pocałunki były namiętne i gorące, tak jak jego dotyk. Bawił się moimi włosami. Ja dłonie już dawno zatopiłam w jego aksamitnych kosmykach. Znowu zatraciliśmy się w tańcu, ale tym razem bardziej namiętnym, gorącym, zmysłowym, takim naszym osobistym. Muzyką były nasze jęki, tłumione pocałunki. Ostatnią nutą tej pięknej pieśni był nasz wspólny jęk spełnienia.
- Kocham Cię Roza.- wyznał, kiedy leżeliśmy wtuleni w siebie tak mocno, że nawet dźwig by nas od siebie nie oderwał.- Nigdy już nie będę się bał ciebie, tak jak dziś. No bo jak można lękać się kogoś,-popatrzył mi głęboko w oczy, zaczesując moje włosy za ucho- bez kogo nas nie ma. Nie przerażasz mnie. Nie w ten sposób. Wiem, że tylko się o mnie martwisz.
Następny pocałunek był słodki, delikatny i przepełniony czystą miłością, nie zadającą nic w zamian.
Nagle przypomniała mi się walka w lesie. Zaczęłam szukać pod kołdrą ciała ukochanego. Poczułam w dłoni jego biodro. Zeszłym nią na udo i głaskałam, póki nie poczułam miękkiego materiału. Bandaż. Dymitr z łatwością odpadł moje myśli.
- Spokojnie, zmieniłem go podczas twojej rozmowy z Sydney.- uprzedził moje pytanie.
- To dobrze. Kocham Cię. Tak martwię się, tym bardziej, że masz zostać ojcem. Nie myśl sobie, że tak łatwo się z tego wywiniesz.- uśmiechnęłam się.
- Wiem Rose. Nigdy więcej łatwych rozwiązań.
- Przypomnę ci to.I hej, co to znaczy? Chcesz nas zostawić?- udawałam oburzenie.
- Nie Roza. Nigdy.- pogłaskał mnie po brzuchu.
- Dymitr?- spojrzał mi prosto w oczy.- Jestem gruba.
- Nawet z brzuszkiem jesteś bardzo atrakcyjna i pociągająca. Myślisz, że czemu chcę cię tu zamknąć?- uśmiechnął się szeroko.
- Myślę, że jeśli byś mógł, zrobiłbyś ze mnie Roszpunkę.- zaśmiałam się.
- Włosy niedługo mogą wystarczyć. Tylko zamurować drzwi i okna. No dobra,- uległ pod moim wzrokiem.- zostawię ci jedno malutkie. I oczywiście jakieś wejście dla siebie. Jaka byłaby przyjemność z uwięzienia cię, jeśli sam nie miałbym do ciebie dostępu?
- Od razu zamknij mnie w więzieniu.- parsknęłam śmiechem. Trochę przestraszył mnie jego dźwięk. Skąd pojawił się u nas tak dziwny humor?- Na to samo wyjdzie.
- Nie. Ze mną miałabyś lepsze warunki. Byłabyś moją królową.
- Już jestem. Ale chodźmy spać. Jutro jest ciężki dzień, a my jesteśmy zmęczeni i głupoty gadamy. Kocham Cię i nie chcę, żebyś był o mnie zazdrosny, bo nie ma o co. Jestem i zawsze będę tylko twoja. Tylko czasami musisz mnie oddać Lissie.
- Dobrze Różyczko. Na to mogę ci pozwolić. Ale nie obiecam, że nie będę zazdrosny. Za dużo mężczyzn na ciebie patrzy tak, jak tylko ja mogę.
Zaciekawiło mnie to, ale zanim zdążyłam zastanowić się nad pytaniem, już spałam.

niedziela, 20 marca 2016

ROZDZIAŁ 82

W końcu weszliśmy przez drzwi. Widok zawarł mi dech w piersiach. Staliśmy na balkonie. Wszystko było w złoto białych kolorach z drewnianymi barierkami. Po prawej stronie były schody, wyłożone czerwonym dywanem. Prowadziły na dół. Balkon ciągnął się po obwodzie okrągłego pomieszczenia. Bardzo dużego. Z sufitu zwisł wielki kryształowy żyrandol i kilka mniejszych. Leciała głośno wolna muzyka. Wychyliłam się ostrożnie przez barierki. Na dole było wiele tańczących par. Długie suknie, o różnych kolorach i kształtach, ciągnęły się po posadzce. Krótsze wirowały przy obrotach tancerek, prowadzonych przez swoich partnerów. Pod ścianami ustawione zostały stoły z poczęstunkiem i piciem. To dziwne. W każdym naczyniu poncz był czerwony, a w jednym jedynym pomarańczowy. Wszystko wyjaśniło się gdy zeszłam z mężem po schodach.
Czułam się jak księżniczka ze swoim rycerzem w lśniącej zbroi. Szliśmy powoli, trzymając się za ręce. Nikt nie zwracał na nas uwagi, ale nie nie obchodziło mnie to. Nie chciałam być w centrum zainteresowania nikogo, po za Dymitrem. Tylko on się dla mnie liczy. Na sali były głównie moroje i kilka par dampirów, nie licząc strażników pod ścianą. Na dole mój rycerz stanął na przeciwko mnie i wykonał ukłon, całując moją dłoń. Następnie położył ją sobie na ramieniu, a swoją na mojej tali. Nasze drugie dłonie złączyły się ze sobą i zaczęliśmy taniec. Już na weselu uświadomiłam sobie, że wyszłam za wprawionego tancerza.
 Poruszaliśmy się wolno w takt muzyki. Bielikow z gracją, a ja starałam się dorównać mu w tym, ale to trudne w prawie czwartym miesiącu ciąży. Mój brzuszek był już porządnie zaokrąglony, a do lekkich nie należał. Ukochany był ostrożny. Czułam że próbuje mnie tego niemo nauczyć. Prowadził mnie delikatnie i z wdziękiem. Poddałam się całkowicie jego dłonią, zapatrzona w piękne, duże, brązowe oczy, pełne miłości i troski. Jedno spojrzenie, a tyle mówi. Ciągle zaskakuje mnie potęga tego uczucia. Ile radości daje, ile wsparcia. Sprawia, że nawet najodważniejsi i najsilniejsi tracą moc. Stają się słabi i bezbronni w ramionach ukochanych, które dają im poczucie bezpieczeństwa. Nie wiem jak Dymitr, ale ja właśnie tak się teraz czułam. Wtuliłam się w jego pierś, szukając schronienia przed bezlitośnie szybkim czasem, który nie pozwoli cieszyć się nam tą chwilą tyle, ile byśmy chcieli ( czyli całą wieczność) i okrutnym światem, który chciałby nas rozdzielić na zawsze.
Pokonałam pokusę, żeby poprosić Dymitra o przedłużenie urlopu. Wiem, że to możliwe, ale mogłoby narazić dekret o związkach dampirów. Potwierdziło by obawy, że zaniedbamy bezpieczeństwo morojów.
Czułam wewnętrzny spokój i ukojenie. Poruszałam się z coraz większym wdziękiem, oczywiście na tyle, na ile pozwalał mi mój brzuch. Cieszyłam się ostatnimi dniami wolności męża. Od poniedziałku będę całymi dniami sama siedziała w domu, ukrywając fakt niedługiego przyjścia na świat naszego dziecka. Już teraz wyłapywałam kilka ciekawskich spojrzeń. Moja sukienka była poszerzana na dole, ale i tak nie dało się nie zauważyć wybrzuszenia. A niech sobie myślą co chcą. Kocham mojego męża i chciałam mieć z nim dzieci. Nie muszą wiedzieć, kto jest ich biologicznym ojcem. Myślę, że nawet nie podejrzewają, że to mój partner. Dampiry nie mogą mieć dzieci. Uśmiechnęłam się na tą myśl.
- Co cię tak cieszy Roza?- spytał zmysłowym szeptem mój ukochany. I ten jego boski akcent.
- Nasza niezwykła miłość.- odpowiedziałam mu tak samo do ucha. On pochylił się i delikatnie musnął ustami moje wargi, pozostawiając na nich niewyobrażalną tęsknotę. Westchnęłam z rozkoszy, jaką dał mi ten pocałunek.- Dorwę cię wieczorem, towarzyszu.
- Nie będę ci uciekał.- jeszcze bardziej zniżył głos. Po plecach przeszedł mi przyjemny dreszcz podniecenia.
On ma na moje ciało cholerny wpływ. Pragnienie powoli otępia mi zmysły. Zamknęłam oczy, żeby trochę uspokoić szalejące hormony. Kiedy je otworzyłam, na ustach strażnika zobaczyłam cwany uśmieszek. Jednak to jego oczy przykuł moją uwagę. W ich głębokim brązie nie było już cienia troski. Wypełniały je miłość i pożądanie. Sporo tego pożądania. Nie wiem ile już tu jesteśmy, ale na pewno długo już nie wytrzymamy.
- Może odpoczniemy.- spytał mój ukochany, myśląc zapewne o tym samym. Chętnie przystałam na tą propozycję.
Podeszliśmy do jedynego naczynia bez krwi. Był tam sok pomarańczowy. Dymitr nalał go do kubka i podał mi. Następnie napełnił drugi dla siebie.
- Za naszą miłość, nasze dzieci i wspólne szczęście.- podniósł swoje naczynie w toaście.
- I nasze małżeństwo, żeby każdy wolny dzień był tak wspaniały, jak ostatniego miesiąc.- stuknęliśmy się naszymi kubkami.
Opróżniliśmy je za jednym razem i złączyliśmy się w namiętnym pocałunku. Nie było braw, żadnych gwizdów, ale w mojej głowie wybuchło milion fajerwerk. Tylko on mógł mnie tak pocałować.
Popatrzyła na zegar ścienny. Był wielki, staromodny, ale okazały. Miał złote obramowanie ze zdobieniami, wykonanymi z czerwonego drewna. Wskazówki tworzył staranny odlew splecionych pędów, zwieńczonych sercami. Wyglądał jak z tych filmów o księżniczkach zakochujących się w książętach na balu. W sumie tak się czułam, z tą różnicą, że księcia znalazłam ponad rok temu.
Czemu wszystko mnie rozprasza.
STOP!
Rose weź się ogarnij. Weszliśmy tu o piątej, a jest szósta. Tańczyliśmy godzinę! Nic dziwnego, że się zmęczyłam.
- Wracamy do domu?- zaproponowałam.- Sydney zacznie się martwić, a ja dosłownie padam z nóg.
- Mamy jeszcze godzinę, ale jeśli jesteś zmęczona, to wracamy.
Wróciliśmy na górę. Już nie męczyły mnie wspomnienia z ferii zimowych. Między drzwiami od restauracji i sali bazowej, zrobiliśmy sobie przerwę, na długi, namiętny pocałunek, którego nie można było wykonywać na oczach innych. Na jakiś czas zaspokoił on nasze pożądanie, ale wiem, że w domu wróci z podwójną siłą.

sobota, 19 marca 2016

TOZDZIAŁ 81

Kobieta zaprowadziła nas na górny taras.
Byliśmy sami. Widok był cudowny. W dali widziałam góry porośnięte gęstym lasem. Poniżej lśniła toń jeziora.
Przeglądaliśmy razem kartę dań. Ja zamówiłam spaghetti, kotleta schabowego, ryż i pięć sałatek.
- Zostaw sobie miejsce na deser.- uśmiechnął się mój ukochany, kiedy kelnerka odeszła.
- Spokojnie towarzyszu. Wszystko się zmieści. Chyba chcesz, żeby nasze dziecko było zdrowe?- pogłaskałam swój brzuch.
- Oczywiście skarbie.- przykrył swoją dłonią, moją leżącą na stole i ścisnął lekko moje palce.- Ja tiebia liubliu Roza.
Poczułam się jak we śnie. Wszystko znikło, był tylko on- całe moje szczęście. Odwzajemniłam jego uścisk, chcąc pokazać mu, jak bardzo go kocham. Nie musiałam, on to wie. Nie umiałam wydobyć z siebie głosu. Patrzyłam tylko w te cudne, brązowe oczy, pełne miłości i słuchałam jego wyznania
- Nawet nie wiesz jaką radość mi dajesz. Przy tobie ciesze się każdą najmniejszą rzeczą świata. Czuję, że dla ciebie mógł bym zrobić wszystko. Nie wiem jak mogłem żyć bez ciebie. Jesteś cudowną kobietą. Tylko ty miałaś na tyle sił i odwagi, żeby mnie uratować. Dla mnie jednego poświęciłaś tak wiele, a ja tylko cię krzywdziłem.- jego oczy posmutniały.- Tak bardzo Cię przepraszam. Za późno zrozumiałem, jak bardzo Cię kocham. Nigdy nie powinienem w to wątpić. Ty zawsze chciałaś dla mnie jak najlepiej. Nie zważając na wszystko, pragnęłaś mojego szczęścia. I osiągnęłaś swój cel. Dzięki tobie jestem szczęśliwy. 
Westchnęłam. Dla takich chwil się żyje. Rozpływałam się pod wpływem jego wzroku, dotyku, brzmieniem słów i ich znaczenia.
- Dymitr...- zaczęłam, ale w tej chwili kelner podał nam jedzenie.
Mój mąż wybrał sobie coś z rosyjskiej kuchni. Następnie przyszedł inny kelner z winem, które wcześniej zamówił mój ukochany. Podziękowaliśmy i poczekaliśmy, aż zostawią nas samych
- Dymitr- zaczęłam ponownie. Dzięki obsłudze miałam czas na poukładanie w głowie słów.- ja też kilka razy zwątpiłam w naszą miłość, choć nie powinnam. Ty też zawsze chciałeś dla mnie dobrze. Odsuwałeś mnie żeby oszczędzić mi bólu. I za to najbardziej Cię kocham. Dla mojego dobra, sam cierpiałeś. Nie mogłam cię nie uratować. Wiedziałam, że nawet jeśli nam nie wyjdzie, będę dumna z tego, że miałam zaszczyt poznać i uczyć się pod okiem najlepszego strażnika, nauczyciela i mężczyzny na całym świecie. Pod okiem boga. Nie obchodziło mnie co będzie dalej. I dalej nie obchodzi. Nie wiem co będzie jutro, ale wiem, że chce tak jak kiedyś cieszyć się każdą chwilą, którą dane mi jest spędzić z moją drugą połówką duszy i mojego ja. Nawet nie wiesz jak się czułam, kiedy cię straciłam. I nie chcę, żebyś się przekonywał na własnej skórze. Kocham Cię i będę szczęśliwa tylko wiedząc, że ty taki jesteś.
- Z tobą zawsze Roza.- uśmiechnął się tak, że zmiękły mi kolana.
Zaczęliśmy jeść, jednak Dymitr nie puścił mojej dłoni. Czułam, że moja przemowa nie była tak dobra jak jego, ale ukochany popatrzył na mnie jeszcze czulej. Moje słowa chyba wiele dla niego znaczą. Przez resztę obiadokolacji rozmawialiśmy o naszym życiu.
- Skarbie.-powstrzymałam się od śmiechu.- to dopiero początek czwartego miesiąca, a ty już chcesz imiona wymyślać?
- Nie lubię czekać na ostatnią chwilę.- zaprotestował.
Jednak odpuścił i uznaliśmy, że imiona będą po porodzie.
Przez ostatni miesiąc poznałam całkiem innego Dymitra. Nigdy nie był tak wyluzowany. Żadnego zagrożenia, zmartwienia, problemu. Tylko my i nasza miłość. Trochę smuciła mnie myśl, że to się kończy. Od poniedziałku wróci doświadczony, zawsze czujny i ostrożny strażnik Bielikow. Tylko w domu będzie to mój ukochany, delikatny towarzysz. Jednak w tym momencie cieszyłam się z każdej chwili z nim.
Myślałam, że po deserze wrócimy do domu. Jednak Dymitr miał inny plan. Po zapłaceniu, zeszliśmy na dół lokalu. Ale nie wyszliśmy na dwór. Ukochany pociągnął mnie do jakiś drzwi z boku. Na wejściu widniał napis "NIEUPOWAŻNIONYM WSTĘP WZBRONIONY". Niepewnie patrzyłam jak dampir sięga ręką do klamki.
- A gdzie twój kowbojski kodeks?- wskazałam na tabliczkę.
- Spokojnie Roza. My jesteśmy upoważnieni.- uśmiechnął się cwanie, wskazując mi co jest za drzwiami.
To co zobaczyłam, przyprawiło mnie o gęsią skórkę. Były to schody prowadzące na dół. Niby nic, ale na sam widok, w mojej głowie pojawiły się straszne obrazy. Widziałam siebie schodzącą w dół. Nie samą, lecz nie towarzyszył mi ukochany, tylko Mason, Eddy, Mia i Christian. Następna scena to ściana z pierwszymi literami dwunastu rodów królewskich i krzyżyk.
Ścisnęłam mocniej rękę mojego towarzysza, wracając do rzeczywistości. Mąż patrzył na mnie ze strachem.
- Roza co się dzieje?- usłyszałam troskę w jego głosie, gdy odgarnął mi z twarzy włosy.
- Spoken.- jedno słowo, które tak wiele znaczy. Już po chwili znalazłam się w silnych ramionach.
- Roza, Różyczko moja. Nie płacz, proszę. Jestem tu. Roza kochanie, nigdy nie pozwolę, żeby coś ci się stało. Kocham Cię Roza. Tak bardzo kocham. Bądź silna. Dasz radę. Wiem, że to ciężko i że Cię boli, ale najważniejsze, że wyszliście z tego cało.- podniósł moją twarz. Nie miał racji, nie płakałam. Ręką przeczesał moje włosy.- Że ty wyszłaś z tego cało.- pochylił się i nasze wargi złączyły się w delikatnym pocałunku. On był moim ukojeniem, ratunkiem. Tylko przy Dymitrze czułam się silna. Dostawałam od niego pomoc, miłość i opiekę.
Powoli się uspokoiła. Wyprostowałam się hardo. Byłam gotowa na wszystko. Jednak zauważyłam, że nie jestem tam gdzie byłam. Przede mną były inne drzwi. Obejrzałam się za siebie. Zobaczyłam schody w górę. Po kilku minutach zrozumiałam, że to ukochany pomógł mi zejść, gdy byłam w niego wtulona. Popatrzyła mu głęboko w oczy. Widziałam w nich troskę i niepewność.
- Takie doświadczenia zawsze zostawiają blizny na osobowości.- powiedział z powagą.- Ale twoje tylko upiększają cię.
- Dziękuję kochanie za to, że jesteś ze mną, kiedy tego potrzebuję.
- Zawsze Roza.