Zerwałam się z nagłym krzykiem. Dyszałam ciężko, tętno miałam przyspieszone, a kosmyki włosów przykleiły mi się do mokrej twarzy. Siedziałam na łóżku w swoim pokoju.
Poprawka.
W naszym pokoju. Powoli uspokajałam oddech. Poczułam jak w tali oplatają mnie silne, ale równocześnie delikatne ręce. Tym razem były ciepłe. Odwróciłam się gwałtownie i wtuliłam mocno w pierś Dymitra. Z mojego gardła wydobył się szloch, stłumiony ciałem ukochanego. On zaczął głaskać mnie po plecach. Cała się trzęsłam. Potrzebowałam go. Był moim ukojeniem. Oazą spokoju.
- Spokojnie Roza.- szeptał mi czułe. W jego głosie nie było chłodu. Troszczył się o mnie.- to tylko sen. Jestem tu. Cii.. Roza. Cii... Ja cię obronie. Przed wszystkim.
- Dymitr.- popatrzyłam na niego. Mój głos był strasznie zachrypnięty.- Boję się.
Po policzkach ciekły mi łzy. W jego oczach, była troska i strach. Ale nie panikował. Podziwiam to. Jakby mu coś groziło, nie wiem czy umiała bym zachować taki spokój.
Posadził mnie sobie bokiem na kolanach i zaczął kołysać, szepcząc coś po rosyjsku. Pewnie wyłapałabym kilka słów, ale nie miałam na to siły. Już nie szlochałam, a mój oddech stał się równomierny, tak samo jak bicie serca. Jednak wciąż ciekły mi strumyk łez. To był najstraszniejszy sen jaki miałam. A skalę mam szeroką. To wszystko było takie realistyczne. Te duchy, Robert. I Dymitr strzyga.
Znowu wybuchłam niekontrolowanym płaczem. Muszę przestać o tym myśleć. Kiedy po raz kolejny się uspokoiłam, wsłuchałam się w słowa męża. Nie rozumiałam ich i nie chciałam. Przynosiły mi spokój i ukojenie. Czułam bijąc z nich miłość, troskę i siłę. Po chwili uświadomiłam sobie, że mówi je w rytm i że się rymują. To była jakaś piosenka, pewnie kołysanka. Pewnie Olena śpiewała mu ją jak był mały. Kilka razy usłyszałam "róża". Ciekawe czy to przypadek, czy to mój ukochany coś zmienił.
Gdy zauważył, że się uspokoiłam, zaśpiewał do końca zwrotkę i położył się. Pociągnął mnie za sobą i teraz leżałam obok niego. Przytulił mnie tak mocno, jakby się bał, że zaraz zniknę lub ucieknę. Ale na to nie miałam wcale ochoty. W końcu serce i rozum się dogadali. Jego ramiona dawały bezpieczeństwo. Pewnie chciałby dowiedzieć się, co mi się śniło. Otworzyłam usta, ale przerwały mi miękkie wargi Bielikowa. Poczułam ciepło promieniujące z jego ciała. Takie naturalne, dobre, wręcz namacalne.
- Jutro Roza. Jeśli będziesz chciała, to jutro. Teraz jest za wcześnie, kochanie.
- Powiedz to.- popatrzył na mnie zdziwiony.- Muszę to usłyszeć. Nie wątpię w prawdziwość tego zdania, ale muszę. Dlaczego chcesz mnie mieć na zawsze?
- Dla tego, że jesteś moim światem i...- zawahał się.- Ja tiebia liubliu Roza. To brzmi lepiej.
- Ja tiebia toże liubliu Dymitr. Wybacz ale nie będę zarabiać twojego imienia.
- Wiem, nie lubisz.- uśmiechnął się do mnie.- Ale to nie ważne jak mnie nazywasz. Tylko bądź przy mnie.
- Zawsze, skarbie.
- Idź jeszcze spać. Obiecuję do rana nie wypuszczę cie z ramion.
- Nie chce mi się spać.- starałam się, żeby mój głos zabrzmiał zwyczajnie.
To nie była prawda. Ale co miałam mu powiedzieć? Że boję się spać? Znowu zobaczyć ciemny las, szalonego Roberta, duchy i strzygi? Nie! Dla niego chciałam być silna. A to co było przed chwilą, to chwila słabości, szok. Jestem jedną z lepszych strażniczek. Nie mogę się rozklejać od byle wytworu mojej chorej wyobraźni.
Dymitr nie ciągnął dalej tematu. A ja postanowiłam go zmienić.
- A co to było, co mi śpiewałeś?- spytałam.
- Nie powiedział bym, że to był śpiew. Raczej nucenie.
- Oczywiście.- droczyłam się z nim.- To była jakaś kołysanka, którą śpiewała, przepraszam, nuciła ci mama?
- Bardzo śmieszne. Poczekam aż ty będziesz usypiała nasze dziecko.
- Nie chciał byś, bo by ogłuchło.- parsknęłam śmiechem.
- Masz taki piękny głos, na pewno ładnie śpiewasz.
- Jeśli liczysz, że zaraz wyjdę na środek i zacznę operę, to się rozczarujesz. Nie umiem śpiewać. A ty, nie odpowiedziałeś mi na pytanie.
- Skoro tak ładnie prosisz. Czy śpiewała mi ją matka? Nie. Poznałem ją od babci. Kazała mi się nauczyć jej na pamięć.
- Ona ma dziwne pomysły.- stwierdziłam.
- Uznałem,- zignorował moją uwagę.- że idealnie będzie pasować.
- Kilka razy wychwyciłam swoje imię. O czym jest.
- O róży.
- Tego sama się domyśliłam.
- Opowiada piękną historię o dziewczynie, którą zostawił chłopak. Gdy byli razem podarował jej wisiorek z różą. Po zerwaniu, wyrzuciła go na łąkę. Jednak chłopak wrócił do niej. Okazało się, że chciał się ustatkować, żeby się jej oświadczyć. Kiedy powiedział to dziewczynie, ta zaczęła płakać i powiedziała co zrobiła z symbolem ich miłości. Chłopiec szukał naszyjnika, ale łąka była duża, a trawa wysoka.- uważnie wsłuchiwałam się w jego słowa, od czasu do czasu ziewając. Powoli ogarniała mnie senność, ale byłam ciekawa co było dalej, więc starałam się nie zasnąć.- Szukał całymi dniami i nocami, miesiącami i latami. Kawałek po kawałku. Aż z chłopca stał się mężczyzną. Ale nic nie znalazł. Jednak nie poddawał się, szukał dalej. Dziewczyna mówiła mu, żeby przestał, że kupią drugi w sklepie. Ale on uparcie dążył do obranego celu, mimo że wszyscy zwątpili w niego. Brzmi znajomo, prawda moja Różyczko?
- Co było dalej?- wpatrywałam się w niego wyczekująco, szeroko otwartymi oczami.
Moją minę podsumował perlistym śmiechem. Uwielbiałam ten dźwięk. Czułem wtedy, że jestem ważną częścią jego życia. Rzadko kto umiał go rozśmieszyć. A na pewno nie uczennica. Już nią nie byłam, przy mnie nie musiał się kontrolować. Był naturalny. Był sobą.
Przytulił mnie mocniej i cmoknął w czoło.
- Mężczyzna szukał go i szukał, a trawa rosła i rosła. Było trudno. Najpierw były lata później dekady. A dziewczyna czekała. Zestarzała się w samotności, będąc wierna ukochanemu. Byli już bardzo starzy, gdy w końcu odnalazł się naszyjnik z róża. Mężczyzna pobiegł do domu swojej starej już i pokazał jej tak dawno nie widziany wisiorek. Drżącą ze starości i emocji dłonią, odgarnął jej siwe włosy i zapiął łańcuszek. Kiedy róża dotknęła jaj skóry, rozbłysło jasne światło i nastąpił wybuch. Odrzucił ich od siebie. Mężczyzna wstał ciężko z ziemi i popatrzył na dziewczynę leżącą niedaleko. Miała kruczoczarne włosy i piękne zielone oczy. Była to jego młoda ukochana. On sam wyglądał jakby od dnia rozpoczęcia poszukiwań, nie postarał się ani o dzień. Byli znowu młodzi i piękni. I szczęśliwi. Los, za cierpliwość chłopaka i wierność dziewczyny, dał im drugą szansę, na szczęście. Roza, spisz?- szepnął. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że zamknęłam oczy. Chciałam je otworzyć, ale powieki okazały się za ciężkie.
- Nie.- mruknęłam w odpowiedzi.- Ale wiem, kto będzie usypiał nasze dziecko.
- Śpij skarbie. Jutro ciężki dzień. Śpij.
I tak też zrobiłam.
"Nasz los od zawsze zapisany był w gwiazdach. To one poprowadziły mnie do Ciebie mimo tylu przeciwności, spójrz. Jesteśmy tu. Razem. Ty i ja Roza. Na zawsze."
środa, 23 marca 2016
ROZDZIAŁ 85
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
wtorek, 22 marca 2016
ROZDZIAŁ 84
Z rana udaliśmy się z Dymitrem na spacer.
- Może tym razem nikt nam nie przeszkodzi.- wyszeptał mi do ucha.
- Znając nasze szczęście, nie liczyła bym na to, towarzyszu.- zaśmiałam się.
- Nie przesadzaj. Jesteśmy w lesie, na kompletnym odludziu. Kto tu się może zapuszczać?
- No nie wiem. Może jakaś para nowożeńców, chcąca choć chwilę pobyć sama i nacieszyć się z ostatnich godzin samotności. Co o tym myślisz?
- Myślę,- zatrzymał się gwałtownie i popatrzył mi w oczy.- że bardzo Cię kocham i nie widzę poza Tobą świata.- pocałował mnie bardzo namiętnie. Jednak chwilę czułości, przerwał mi głos, którego nie spodziewałam się tu usłyszeć.
- Witaj mała dampirzyco. Widzę, że spotykamy się nie w porę. A tak bardzo chciałem z tobą pogadać.
- A nie mówiłam?- szepnęłam tak, żeby usłyszał mnie tylko ukochany.
- Możemy go zignorować.- strażnik odpowiedział w taki sam sposób.
- Nie przeszkadzajcie sobie. Mogę poczekać.
Potarłam nosem nos Bielikowa i zaczęłam odwracać się w stronę głosu.
- O co chodzi Adria...- zamurowało mnie, gdy popatrzyłam na mówcę.
- Ty skurwysynu.- Dymitr rzucił się na Roberta. Jednak moroj wykonał nieznaczny ruch ręką i na mojego męża rzuciły się strzygi.
- Dymitr!!- wrzasnęłam. Następnie skierowałam morderczy wzrok na Doru'a.- zostaw go. Czego ode mnie chcesz.
- To takie trudne. Zemsty.- wysyczał.- Zabiłaś mi brata, ja zabiję wszystkich, na których ci zależy.
Bielikow walczył dzielnie, ale nie pokona ich wszystkich chciałam mu pomóc, lecz nie byłam w stanie. To czwarty miesiąc.
- Roza uciekaj!- krzyczał w ferworze walki.- Ratuj siebie i dziecko.
Zaczęłam biec. Ucieczkę utrudniała mi szeroka suknia balowa. Po co ją ubrałam? Do tego zaczął pobolewać mnie brzuch. Cholera! Jeszcze dziecku coś się stanie.
Nagle poczułam jakieś parcie na moją lewą rękę i sekundę później moje plecy przeszły paraliżujący ból towarzyszący zderzeniu z drzewem. Chciałam biec dalej, ale z daleka zauważyłam zbliżające się strzygi. Odwróciła się. Tam były następne. Gdzie się nie odwróciłam, tam czerwone oczy. Byłam okrążona. O jedno z drzew niechlujnie opierał się Robert.
- Teraz już nawet twój Rusek cię nie ochroni.- zaśmiał się.- Jesteś znowu sama.
Zza drzewa obok, wyszła połyskująca postać. Serce, które biło w mojej piersi jak oszalałe, nagle zamarło.
Przede mną stał Wiktor Daszkow. A raczej jego duch.
- Miło Cię widzieć Rosemarie. Uprzedzałem, że kraina zmarłych się o ciebie upomni.- oparł się wygodnie koło brata, krzyżując ręce na piersi.- Od wypadku należysz do nas.
Strzygi coraz bardziej się zbliżały, oblizując kły na myśl o świeżej krwi. Pojawiało się coraz więcej sylwetek z kolorową poświatą. Szepty wypełniały moją głowę. "Należysz do nas.","Nie uciekaj, to nic nie da.", "czekaliśmy na ciebie zbyt długo.". Zauważyłam rodziców Lissy i jej brata. Były także duchy uwiezione w ciałach strzygi, które zabiłam.
Padłam na kolana, trzymając się za głowę. To strasznie bolało.
"Zostawcie mnie!" Krzyczałam, ale z moich ust nie wydobył się żaden dźwięk.
- Klęcz przed swoim władcą.- szydził ze mnie Robert.
- Pożałujesz dnia w którym się urodziłaś.- w hałasie rozpoznałam głos, aż ociekający jadem i nienawiścią. Kiedy podniosłam głowę, serce podeszło mi do gardła. Stałam viza'vi z bladą twarzą ducha Taszy.- Zabrałaś mi mojego Dimkę, to ja, tak jak obiecałam, odbiorę ci dziecko.- zaczęła kopać mnie po brzuchu. To chore. Duchy nie mogą kopać, co nie? Przecież są nie materialne. A ja czułam na brzuchu jej buty. Kozaki ze zwężanymi czubkami. I poczułam ostry ból w podbrzuszu. Nagle kopanie ustało. Wszystko zamilkło. Za plecami usłyszałam głos, który rozpoznała bym na końcu świata. I którego teraz potrzebowałam.
- Roza.- jedno słowo.
Rzuciłam się w objęcia Dymitra. Jednak nie był on tak ciepły jak zawsze. Wręcz lodowaty jak nigdy.
Nie, zaraz! Wróć. Kiedyś już był taki zimny. Popatrzyłam na jego twarz, bojąc się tego co zobaczę. Wpatrywał się we mnie oczami pełnymi pożądanie. Pożądania, jak jakiejś rzeczy, nie osoby. Oczami brązowymi z czerwonymi obwódkami.
- A mogliśmy być na zawsze razem.- szepnął z wyrzutem głosem zimnym jak lód
Patrzyłam z przerażeniem na kły, połyskujące w jego ustach i zbliżające się do mojej szyi. Delikatnie mnie w nią pocałował. Zamknęłam oczy w oczekiwaniu na nieuniknione. Przejechał zębami po mojej tętnicy, co mnie cholernie podnieciło. Nie wyrywałam się, nie protestowałam. To by nie miało sensu. Jestem zmęczona, wystraszona, pobita, najprawdopodobniej w najbliższym czasie poronię, a wokół nas zebrały się wszystkie strzygi i duchy z okolicy. Nie ucieknę im. A wszystko było tak idealnie. I jak zwykle musiało się spieprzyć. Byłabym wkurzona, gdyby nie usta i ręce wampira, który postanowił mnie jeszcze bardziej po torturować.
Jego zimna dłoń głaskała mnie po nodze, wspinając się coraz wyżej, pod sukienką. Przeszedł mnie dziwny dreszcz. Moje serce nie przyjmowało do wiadomości, że to nie jest mój Dymitra i wciąż pragnęło jego bliskości. Najwidoczniej mój rozum się wyłączył, ponieważ wtuliłam się mocniej w strzygę, ślepo wierząc, że mnie obroni. Przecież on sam jest teraz moim wrogiem. Ale jak mówiłam serce jest głupie i uważa, że wie lepiej. Dymitr złożył na moich ustach zimny, ale słodki pocałunek. Przy uchu poczułam chłodny oddech.
- Roza. Wieczność bez ciebie będzie taka samotna.- szepnął mi, nakładając nacisk na swój rosyjski akcent. Znowu ten dreszcz. Potwór zszedł ustami niżej. Zrozumiałam, że to było pożegnanie.
Poczułam ból, gdy kły przebiły się przez warstwy mojej skóry i dostały do krwi. Krzyknęłam cicho.
A potem moje ciało wypełniła rozkosz. Słodki stan upojenia. Narkotyk.
Traciłam siły. Czułam jak ucieka ze mnie życie.
Zginęłam w ramionach ukochanego, który został strzygą. Nie tak wyobrażałam sobie swój koniec.
Ostatnie co usłyszałam to głos Iwaszkowa:
- Słodkich snów, mała dampirzyco.
- Może tym razem nikt nam nie przeszkodzi.- wyszeptał mi do ucha.
- Znając nasze szczęście, nie liczyła bym na to, towarzyszu.- zaśmiałam się.
- Nie przesadzaj. Jesteśmy w lesie, na kompletnym odludziu. Kto tu się może zapuszczać?
- No nie wiem. Może jakaś para nowożeńców, chcąca choć chwilę pobyć sama i nacieszyć się z ostatnich godzin samotności. Co o tym myślisz?
- Myślę,- zatrzymał się gwałtownie i popatrzył mi w oczy.- że bardzo Cię kocham i nie widzę poza Tobą świata.- pocałował mnie bardzo namiętnie. Jednak chwilę czułości, przerwał mi głos, którego nie spodziewałam się tu usłyszeć.
- Witaj mała dampirzyco. Widzę, że spotykamy się nie w porę. A tak bardzo chciałem z tobą pogadać.
- A nie mówiłam?- szepnęłam tak, żeby usłyszał mnie tylko ukochany.
- Możemy go zignorować.- strażnik odpowiedział w taki sam sposób.
- Nie przeszkadzajcie sobie. Mogę poczekać.
Potarłam nosem nos Bielikowa i zaczęłam odwracać się w stronę głosu.
- O co chodzi Adria...- zamurowało mnie, gdy popatrzyłam na mówcę.
- Ty skurwysynu.- Dymitr rzucił się na Roberta. Jednak moroj wykonał nieznaczny ruch ręką i na mojego męża rzuciły się strzygi.
- Dymitr!!- wrzasnęłam. Następnie skierowałam morderczy wzrok na Doru'a.- zostaw go. Czego ode mnie chcesz.
- To takie trudne. Zemsty.- wysyczał.- Zabiłaś mi brata, ja zabiję wszystkich, na których ci zależy.
Bielikow walczył dzielnie, ale nie pokona ich wszystkich chciałam mu pomóc, lecz nie byłam w stanie. To czwarty miesiąc.
- Roza uciekaj!- krzyczał w ferworze walki.- Ratuj siebie i dziecko.
Zaczęłam biec. Ucieczkę utrudniała mi szeroka suknia balowa. Po co ją ubrałam? Do tego zaczął pobolewać mnie brzuch. Cholera! Jeszcze dziecku coś się stanie.
Nagle poczułam jakieś parcie na moją lewą rękę i sekundę później moje plecy przeszły paraliżujący ból towarzyszący zderzeniu z drzewem. Chciałam biec dalej, ale z daleka zauważyłam zbliżające się strzygi. Odwróciła się. Tam były następne. Gdzie się nie odwróciłam, tam czerwone oczy. Byłam okrążona. O jedno z drzew niechlujnie opierał się Robert.
- Teraz już nawet twój Rusek cię nie ochroni.- zaśmiał się.- Jesteś znowu sama.
Zza drzewa obok, wyszła połyskująca postać. Serce, które biło w mojej piersi jak oszalałe, nagle zamarło.
Przede mną stał Wiktor Daszkow. A raczej jego duch.
- Miło Cię widzieć Rosemarie. Uprzedzałem, że kraina zmarłych się o ciebie upomni.- oparł się wygodnie koło brata, krzyżując ręce na piersi.- Od wypadku należysz do nas.
Strzygi coraz bardziej się zbliżały, oblizując kły na myśl o świeżej krwi. Pojawiało się coraz więcej sylwetek z kolorową poświatą. Szepty wypełniały moją głowę. "Należysz do nas.","Nie uciekaj, to nic nie da.", "czekaliśmy na ciebie zbyt długo.". Zauważyłam rodziców Lissy i jej brata. Były także duchy uwiezione w ciałach strzygi, które zabiłam.
Padłam na kolana, trzymając się za głowę. To strasznie bolało.
"Zostawcie mnie!" Krzyczałam, ale z moich ust nie wydobył się żaden dźwięk.
- Klęcz przed swoim władcą.- szydził ze mnie Robert.
- Pożałujesz dnia w którym się urodziłaś.- w hałasie rozpoznałam głos, aż ociekający jadem i nienawiścią. Kiedy podniosłam głowę, serce podeszło mi do gardła. Stałam viza'vi z bladą twarzą ducha Taszy.- Zabrałaś mi mojego Dimkę, to ja, tak jak obiecałam, odbiorę ci dziecko.- zaczęła kopać mnie po brzuchu. To chore. Duchy nie mogą kopać, co nie? Przecież są nie materialne. A ja czułam na brzuchu jej buty. Kozaki ze zwężanymi czubkami. I poczułam ostry ból w podbrzuszu. Nagle kopanie ustało. Wszystko zamilkło. Za plecami usłyszałam głos, który rozpoznała bym na końcu świata. I którego teraz potrzebowałam.
- Roza.- jedno słowo.
Rzuciłam się w objęcia Dymitra. Jednak nie był on tak ciepły jak zawsze. Wręcz lodowaty jak nigdy.
Nie, zaraz! Wróć. Kiedyś już był taki zimny. Popatrzyłam na jego twarz, bojąc się tego co zobaczę. Wpatrywał się we mnie oczami pełnymi pożądanie. Pożądania, jak jakiejś rzeczy, nie osoby. Oczami brązowymi z czerwonymi obwódkami.
- A mogliśmy być na zawsze razem.- szepnął z wyrzutem głosem zimnym jak lód
Patrzyłam z przerażeniem na kły, połyskujące w jego ustach i zbliżające się do mojej szyi. Delikatnie mnie w nią pocałował. Zamknęłam oczy w oczekiwaniu na nieuniknione. Przejechał zębami po mojej tętnicy, co mnie cholernie podnieciło. Nie wyrywałam się, nie protestowałam. To by nie miało sensu. Jestem zmęczona, wystraszona, pobita, najprawdopodobniej w najbliższym czasie poronię, a wokół nas zebrały się wszystkie strzygi i duchy z okolicy. Nie ucieknę im. A wszystko było tak idealnie. I jak zwykle musiało się spieprzyć. Byłabym wkurzona, gdyby nie usta i ręce wampira, który postanowił mnie jeszcze bardziej po torturować.
Jego zimna dłoń głaskała mnie po nodze, wspinając się coraz wyżej, pod sukienką. Przeszedł mnie dziwny dreszcz. Moje serce nie przyjmowało do wiadomości, że to nie jest mój Dymitra i wciąż pragnęło jego bliskości. Najwidoczniej mój rozum się wyłączył, ponieważ wtuliłam się mocniej w strzygę, ślepo wierząc, że mnie obroni. Przecież on sam jest teraz moim wrogiem. Ale jak mówiłam serce jest głupie i uważa, że wie lepiej. Dymitr złożył na moich ustach zimny, ale słodki pocałunek. Przy uchu poczułam chłodny oddech.
- Roza. Wieczność bez ciebie będzie taka samotna.- szepnął mi, nakładając nacisk na swój rosyjski akcent. Znowu ten dreszcz. Potwór zszedł ustami niżej. Zrozumiałam, że to było pożegnanie.
Poczułam ból, gdy kły przebiły się przez warstwy mojej skóry i dostały do krwi. Krzyknęłam cicho.
A potem moje ciało wypełniła rozkosz. Słodki stan upojenia. Narkotyk.
Traciłam siły. Czułam jak ucieka ze mnie życie.
Zginęłam w ramionach ukochanego, który został strzygą. Nie tak wyobrażałam sobie swój koniec.
Ostatnie co usłyszałam to głos Iwaszkowa:
- Słodkich snów, mała dampirzyco.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
poniedziałek, 21 marca 2016
ROZDZIAŁ 83
Sydney siedziała w samochodzie. Koło niej, na siedzeniu pasażera leżało kilka toreb z zakupami. Ukochany pomógł mi wsiąść, a następnie usiadł obok mnie z drugiej strony.
- I jak tam randka?- spytała alchemiczka. Dymitr spiął się lekko na słowo "randka". Nie miał zwyczaju okazywać uczuć przy innych.
- Wspaniale!- powiedziałam z uśmiechem, patrząc głęboko w oczy męża. Strażnik odprężył się lekko i objął mnie ramieniem. Sidney odpaliła silnik.- A jak było na zakupach?
- Dobrze.- powiedziała jedynie.
- Będziesz musiała pokazać mi co kupiłaś.- stwierdziłam. Miałam dzisiaj bardzo dobry humor.
- Myślę, że jak zobaczysz moje zdobycze, pożałujesz, że ze mną nie poszłaś. Zapnijcie pasy.- poleciła.
Zdziwiłam się. Alchemiczka wybuchnęła śmiechem, więc musiałam mieć komiczną minę. Mój mąż z trudem powstrzymywał chichot, za co dostał kuksańca w bok. Oboje wykonaliśmy polecenie.
Ja to rozumiem, ostatnio jestem zakręcona, ale żeby Dymitr zapomniał o bezpieczeństwie?!
I jeszcze Sydney.
Takich słów spodziewałabym się po niej, gdyby wracała z jakiejś aukcji starych wozów, ale z centrum handlowego?! No tak, ona też jest kobietą, ale nie spodziewałam się, że tak ucieszą ją zakupy.
Droga powrotna minęła nam na rozmowie. Oczywiście uwadze przyjaciółki nie umknęło moje przebranie na wadze. Tak jak reszta zaufanych nam osób, dowiedziała się prawdy.
- No to gratulacje przyszła mamusiu.- uśmiechnęła się, choć widziałam, że wstrząsnęła nią ta wiadomość.
Ba, i to jak. Gdyby nie to ,że jest niedzielny poranek i na ulicy nie ma samochodów, mielibyśmy wypadek. Jak tylko dowiedziała się, że jestem w ciąży, zjechała na drugi pas. Przez resztę drogi rozmawialiśmy na neutralne tematy.
- Pewnie jakiś czas zostanę na Dworze.- oznajmiła, kiedy się żegnaliśmy.- Może przyjadę do ciebie w odwiedziny.
- Wpadaj kiedy chcesz. Nie uśmiecha mi się siedzieć samej w domu.- powiedziałam.
- Dziękuję za pomoc.- odezwał się mój ukochany.
- Nie ma za co. To ja wam nie będę dużej przeszkadzać.- przytuliła mnie na pożegnanie alchemiczka.
- Pa Syd.
- Pa Rose, Pa Dymitr.
- Dobrej nocy.- odpowiedział strażnik.
- Dla mnie to dzień.- uśmiechnęła się blado.
Odpaliła silnik i już znikała w tumanach kurzu. Machaliśmy jej póki nie zniknęła nam z oczu.
- Znowu jesteśmy sami, towarzyszu.- powiedziałam, kiedy znaleźliśmy się w salonie.- To co teraz robimy?
- Teraz Roza- szeptał głębokim, uwodzicielskim głosem, całując moją szyję.- pójdziemy się wykąpać i grzecznie spać. Jutro idziemy na obiad do twojego ojca.
Nie zadowoliła mnie ta odpowiedź. Nie po tym, co stało się na balu.
- Nie możemy chodzić na takie tańce.- narzekałam.- Musimy chodzić do klubów, takich jakie są w Rosji.
- A to czemu?- spytał. Jak na kogoś, kto chce iść grzecznie spać, bardzo trudno oderwać mu się od mojej szyi.
- Bo tam są pokoje i zamiast czekać, aż wrócimy do domu, już tam mogę zaspokoić swoje i twoje potrzeby.- usłyszałam śmiech bardzo blisko mojego ucha. Obróciłam się w jego stronę i wbiłam się w usta, których tak mocno pragnęła.- Mówiłeś, że nie będziesz uciekać. Nie zabieraj mi tej nocy. Od pojutrza będziesz wieczorem wracał zmęczony, jeśli nie będziesz miał warty w nocy.- przypomniałam z wyrzutem, gdy złapał moje dłonie, rozpinające guziki jego koszuli.
Więcej nie protestował. Wziął mnie na ręce i zaprowadził di sypialni. Położył delikatnie na łóżku, po czym wrócił do moich ust, lecz wcześniej dał zdjąć sobie koszulkę. Dymitr szybko pozbył się mojej sukienki i swoich spodni. Dzisiaj nie miał cierpliwości. Mi też jej brakowało. Pocałunki były namiętne i gorące, tak jak jego dotyk. Bawił się moimi włosami. Ja dłonie już dawno zatopiłam w jego aksamitnych kosmykach. Znowu zatraciliśmy się w tańcu, ale tym razem bardziej namiętnym, gorącym, zmysłowym, takim naszym osobistym. Muzyką były nasze jęki, tłumione pocałunki. Ostatnią nutą tej pięknej pieśni był nasz wspólny jęk spełnienia.
- Kocham Cię Roza.- wyznał, kiedy leżeliśmy wtuleni w siebie tak mocno, że nawet dźwig by nas od siebie nie oderwał.- Nigdy już nie będę się bał ciebie, tak jak dziś. No bo jak można lękać się kogoś,-popatrzył mi głęboko w oczy, zaczesując moje włosy za ucho- bez kogo nas nie ma. Nie przerażasz mnie. Nie w ten sposób. Wiem, że tylko się o mnie martwisz.
Następny pocałunek był słodki, delikatny i przepełniony czystą miłością, nie zadającą nic w zamian.
Nagle przypomniała mi się walka w lesie. Zaczęłam szukać pod kołdrą ciała ukochanego. Poczułam w dłoni jego biodro. Zeszłym nią na udo i głaskałam, póki nie poczułam miękkiego materiału. Bandaż. Dymitr z łatwością odpadł moje myśli.
- Spokojnie, zmieniłem go podczas twojej rozmowy z Sydney.- uprzedził moje pytanie.
- To dobrze. Kocham Cię. Tak martwię się, tym bardziej, że masz zostać ojcem. Nie myśl sobie, że tak łatwo się z tego wywiniesz.- uśmiechnęłam się.
- Wiem Rose. Nigdy więcej łatwych rozwiązań.
- Przypomnę ci to.I hej, co to znaczy? Chcesz nas zostawić?- udawałam oburzenie.
- Nie Roza. Nigdy.- pogłaskał mnie po brzuchu.
- Dymitr?- spojrzał mi prosto w oczy.- Jestem gruba.
- Nawet z brzuszkiem jesteś bardzo atrakcyjna i pociągająca. Myślisz, że czemu chcę cię tu zamknąć?- uśmiechnął się szeroko.
- Myślę, że jeśli byś mógł, zrobiłbyś ze mnie Roszpunkę.- zaśmiałam się.
- Włosy niedługo mogą wystarczyć. Tylko zamurować drzwi i okna. No dobra,- uległ pod moim wzrokiem.- zostawię ci jedno malutkie. I oczywiście jakieś wejście dla siebie. Jaka byłaby przyjemność z uwięzienia cię, jeśli sam nie miałbym do ciebie dostępu?
- Od razu zamknij mnie w więzieniu.- parsknęłam śmiechem. Trochę przestraszył mnie jego dźwięk. Skąd pojawił się u nas tak dziwny humor?- Na to samo wyjdzie.
- Nie. Ze mną miałabyś lepsze warunki. Byłabyś moją królową.
- Już jestem. Ale chodźmy spać. Jutro jest ciężki dzień, a my jesteśmy zmęczeni i głupoty gadamy. Kocham Cię i nie chcę, żebyś był o mnie zazdrosny, bo nie ma o co. Jestem i zawsze będę tylko twoja. Tylko czasami musisz mnie oddać Lissie.
- Dobrze Różyczko. Na to mogę ci pozwolić. Ale nie obiecam, że nie będę zazdrosny. Za dużo mężczyzn na ciebie patrzy tak, jak tylko ja mogę.
Zaciekawiło mnie to, ale zanim zdążyłam zastanowić się nad pytaniem, już spałam.
- I jak tam randka?- spytała alchemiczka. Dymitr spiął się lekko na słowo "randka". Nie miał zwyczaju okazywać uczuć przy innych.
- Wspaniale!- powiedziałam z uśmiechem, patrząc głęboko w oczy męża. Strażnik odprężył się lekko i objął mnie ramieniem. Sidney odpaliła silnik.- A jak było na zakupach?
- Dobrze.- powiedziała jedynie.
- Będziesz musiała pokazać mi co kupiłaś.- stwierdziłam. Miałam dzisiaj bardzo dobry humor.
- Myślę, że jak zobaczysz moje zdobycze, pożałujesz, że ze mną nie poszłaś. Zapnijcie pasy.- poleciła.
Zdziwiłam się. Alchemiczka wybuchnęła śmiechem, więc musiałam mieć komiczną minę. Mój mąż z trudem powstrzymywał chichot, za co dostał kuksańca w bok. Oboje wykonaliśmy polecenie.
Ja to rozumiem, ostatnio jestem zakręcona, ale żeby Dymitr zapomniał o bezpieczeństwie?!
I jeszcze Sydney.
Takich słów spodziewałabym się po niej, gdyby wracała z jakiejś aukcji starych wozów, ale z centrum handlowego?! No tak, ona też jest kobietą, ale nie spodziewałam się, że tak ucieszą ją zakupy.
Droga powrotna minęła nam na rozmowie. Oczywiście uwadze przyjaciółki nie umknęło moje przebranie na wadze. Tak jak reszta zaufanych nam osób, dowiedziała się prawdy.
- No to gratulacje przyszła mamusiu.- uśmiechnęła się, choć widziałam, że wstrząsnęła nią ta wiadomość.
Ba, i to jak. Gdyby nie to ,że jest niedzielny poranek i na ulicy nie ma samochodów, mielibyśmy wypadek. Jak tylko dowiedziała się, że jestem w ciąży, zjechała na drugi pas. Przez resztę drogi rozmawialiśmy na neutralne tematy.
- Pewnie jakiś czas zostanę na Dworze.- oznajmiła, kiedy się żegnaliśmy.- Może przyjadę do ciebie w odwiedziny.
- Wpadaj kiedy chcesz. Nie uśmiecha mi się siedzieć samej w domu.- powiedziałam.
- Dziękuję za pomoc.- odezwał się mój ukochany.
- Nie ma za co. To ja wam nie będę dużej przeszkadzać.- przytuliła mnie na pożegnanie alchemiczka.
- Pa Syd.
- Pa Rose, Pa Dymitr.
- Dobrej nocy.- odpowiedział strażnik.
- Dla mnie to dzień.- uśmiechnęła się blado.
Odpaliła silnik i już znikała w tumanach kurzu. Machaliśmy jej póki nie zniknęła nam z oczu.
- Znowu jesteśmy sami, towarzyszu.- powiedziałam, kiedy znaleźliśmy się w salonie.- To co teraz robimy?
- Teraz Roza- szeptał głębokim, uwodzicielskim głosem, całując moją szyję.- pójdziemy się wykąpać i grzecznie spać. Jutro idziemy na obiad do twojego ojca.
Nie zadowoliła mnie ta odpowiedź. Nie po tym, co stało się na balu.
- Nie możemy chodzić na takie tańce.- narzekałam.- Musimy chodzić do klubów, takich jakie są w Rosji.
- A to czemu?- spytał. Jak na kogoś, kto chce iść grzecznie spać, bardzo trudno oderwać mu się od mojej szyi.
- Bo tam są pokoje i zamiast czekać, aż wrócimy do domu, już tam mogę zaspokoić swoje i twoje potrzeby.- usłyszałam śmiech bardzo blisko mojego ucha. Obróciłam się w jego stronę i wbiłam się w usta, których tak mocno pragnęła.- Mówiłeś, że nie będziesz uciekać. Nie zabieraj mi tej nocy. Od pojutrza będziesz wieczorem wracał zmęczony, jeśli nie będziesz miał warty w nocy.- przypomniałam z wyrzutem, gdy złapał moje dłonie, rozpinające guziki jego koszuli.
Więcej nie protestował. Wziął mnie na ręce i zaprowadził di sypialni. Położył delikatnie na łóżku, po czym wrócił do moich ust, lecz wcześniej dał zdjąć sobie koszulkę. Dymitr szybko pozbył się mojej sukienki i swoich spodni. Dzisiaj nie miał cierpliwości. Mi też jej brakowało. Pocałunki były namiętne i gorące, tak jak jego dotyk. Bawił się moimi włosami. Ja dłonie już dawno zatopiłam w jego aksamitnych kosmykach. Znowu zatraciliśmy się w tańcu, ale tym razem bardziej namiętnym, gorącym, zmysłowym, takim naszym osobistym. Muzyką były nasze jęki, tłumione pocałunki. Ostatnią nutą tej pięknej pieśni był nasz wspólny jęk spełnienia.
- Kocham Cię Roza.- wyznał, kiedy leżeliśmy wtuleni w siebie tak mocno, że nawet dźwig by nas od siebie nie oderwał.- Nigdy już nie będę się bał ciebie, tak jak dziś. No bo jak można lękać się kogoś,-popatrzył mi głęboko w oczy, zaczesując moje włosy za ucho- bez kogo nas nie ma. Nie przerażasz mnie. Nie w ten sposób. Wiem, że tylko się o mnie martwisz.
Następny pocałunek był słodki, delikatny i przepełniony czystą miłością, nie zadającą nic w zamian.
Nagle przypomniała mi się walka w lesie. Zaczęłam szukać pod kołdrą ciała ukochanego. Poczułam w dłoni jego biodro. Zeszłym nią na udo i głaskałam, póki nie poczułam miękkiego materiału. Bandaż. Dymitr z łatwością odpadł moje myśli.
- Spokojnie, zmieniłem go podczas twojej rozmowy z Sydney.- uprzedził moje pytanie.
- To dobrze. Kocham Cię. Tak martwię się, tym bardziej, że masz zostać ojcem. Nie myśl sobie, że tak łatwo się z tego wywiniesz.- uśmiechnęłam się.
- Wiem Rose. Nigdy więcej łatwych rozwiązań.
- Przypomnę ci to.I hej, co to znaczy? Chcesz nas zostawić?- udawałam oburzenie.
- Nie Roza. Nigdy.- pogłaskał mnie po brzuchu.
- Dymitr?- spojrzał mi prosto w oczy.- Jestem gruba.
- Nawet z brzuszkiem jesteś bardzo atrakcyjna i pociągająca. Myślisz, że czemu chcę cię tu zamknąć?- uśmiechnął się szeroko.
- Myślę, że jeśli byś mógł, zrobiłbyś ze mnie Roszpunkę.- zaśmiałam się.
- Włosy niedługo mogą wystarczyć. Tylko zamurować drzwi i okna. No dobra,- uległ pod moim wzrokiem.- zostawię ci jedno malutkie. I oczywiście jakieś wejście dla siebie. Jaka byłaby przyjemność z uwięzienia cię, jeśli sam nie miałbym do ciebie dostępu?
- Od razu zamknij mnie w więzieniu.- parsknęłam śmiechem. Trochę przestraszył mnie jego dźwięk. Skąd pojawił się u nas tak dziwny humor?- Na to samo wyjdzie.
- Nie. Ze mną miałabyś lepsze warunki. Byłabyś moją królową.
- Już jestem. Ale chodźmy spać. Jutro jest ciężki dzień, a my jesteśmy zmęczeni i głupoty gadamy. Kocham Cię i nie chcę, żebyś był o mnie zazdrosny, bo nie ma o co. Jestem i zawsze będę tylko twoja. Tylko czasami musisz mnie oddać Lissie.
- Dobrze Różyczko. Na to mogę ci pozwolić. Ale nie obiecam, że nie będę zazdrosny. Za dużo mężczyzn na ciebie patrzy tak, jak tylko ja mogę.
Zaciekawiło mnie to, ale zanim zdążyłam zastanowić się nad pytaniem, już spałam.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
niedziela, 20 marca 2016
ROZDZIAŁ 82
W końcu weszliśmy przez drzwi. Widok zawarł mi dech w piersiach. Staliśmy na balkonie. Wszystko było w złoto białych kolorach z drewnianymi barierkami. Po prawej stronie były schody, wyłożone czerwonym dywanem. Prowadziły na dół. Balkon ciągnął się po obwodzie okrągłego pomieszczenia. Bardzo dużego. Z sufitu zwisł wielki kryształowy żyrandol i kilka mniejszych. Leciała głośno wolna muzyka. Wychyliłam się ostrożnie przez barierki. Na dole było wiele tańczących par. Długie suknie, o różnych kolorach i kształtach, ciągnęły się po posadzce. Krótsze wirowały przy obrotach tancerek, prowadzonych przez swoich partnerów. Pod ścianami ustawione zostały stoły z poczęstunkiem i piciem. To dziwne. W każdym naczyniu poncz był czerwony, a w jednym jedynym pomarańczowy. Wszystko wyjaśniło się gdy zeszłam z mężem po schodach.
Czułam się jak księżniczka ze swoim rycerzem w lśniącej zbroi. Szliśmy powoli, trzymając się za ręce. Nikt nie zwracał na nas uwagi, ale nie nie obchodziło mnie to. Nie chciałam być w centrum zainteresowania nikogo, po za Dymitrem. Tylko on się dla mnie liczy. Na sali były głównie moroje i kilka par dampirów, nie licząc strażników pod ścianą. Na dole mój rycerz stanął na przeciwko mnie i wykonał ukłon, całując moją dłoń. Następnie położył ją sobie na ramieniu, a swoją na mojej tali. Nasze drugie dłonie złączyły się ze sobą i zaczęliśmy taniec. Już na weselu uświadomiłam sobie, że wyszłam za wprawionego tancerza.
Poruszaliśmy się wolno w takt muzyki. Bielikow z gracją, a ja starałam się dorównać mu w tym, ale to trudne w prawie czwartym miesiącu ciąży. Mój brzuszek był już porządnie zaokrąglony, a do lekkich nie należał. Ukochany był ostrożny. Czułam że próbuje mnie tego niemo nauczyć. Prowadził mnie delikatnie i z wdziękiem. Poddałam się całkowicie jego dłonią, zapatrzona w piękne, duże, brązowe oczy, pełne miłości i troski. Jedno spojrzenie, a tyle mówi. Ciągle zaskakuje mnie potęga tego uczucia. Ile radości daje, ile wsparcia. Sprawia, że nawet najodważniejsi i najsilniejsi tracą moc. Stają się słabi i bezbronni w ramionach ukochanych, które dają im poczucie bezpieczeństwa. Nie wiem jak Dymitr, ale ja właśnie tak się teraz czułam. Wtuliłam się w jego pierś, szukając schronienia przed bezlitośnie szybkim czasem, który nie pozwoli cieszyć się nam tą chwilą tyle, ile byśmy chcieli ( czyli całą wieczność) i okrutnym światem, który chciałby nas rozdzielić na zawsze.
Pokonałam pokusę, żeby poprosić Dymitra o przedłużenie urlopu. Wiem, że to możliwe, ale mogłoby narazić dekret o związkach dampirów. Potwierdziło by obawy, że zaniedbamy bezpieczeństwo morojów.
Czułam wewnętrzny spokój i ukojenie. Poruszałam się z coraz większym wdziękiem, oczywiście na tyle, na ile pozwalał mi mój brzuch. Cieszyłam się ostatnimi dniami wolności męża. Od poniedziałku będę całymi dniami sama siedziała w domu, ukrywając fakt niedługiego przyjścia na świat naszego dziecka. Już teraz wyłapywałam kilka ciekawskich spojrzeń. Moja sukienka była poszerzana na dole, ale i tak nie dało się nie zauważyć wybrzuszenia. A niech sobie myślą co chcą. Kocham mojego męża i chciałam mieć z nim dzieci. Nie muszą wiedzieć, kto jest ich biologicznym ojcem. Myślę, że nawet nie podejrzewają, że to mój partner. Dampiry nie mogą mieć dzieci. Uśmiechnęłam się na tą myśl.
- Co cię tak cieszy Roza?- spytał zmysłowym szeptem mój ukochany. I ten jego boski akcent.
- Nasza niezwykła miłość.- odpowiedziałam mu tak samo do ucha. On pochylił się i delikatnie musnął ustami moje wargi, pozostawiając na nich niewyobrażalną tęsknotę. Westchnęłam z rozkoszy, jaką dał mi ten pocałunek.- Dorwę cię wieczorem, towarzyszu.
- Nie będę ci uciekał.- jeszcze bardziej zniżył głos. Po plecach przeszedł mi przyjemny dreszcz podniecenia.
On ma na moje ciało cholerny wpływ. Pragnienie powoli otępia mi zmysły. Zamknęłam oczy, żeby trochę uspokoić szalejące hormony. Kiedy je otworzyłam, na ustach strażnika zobaczyłam cwany uśmieszek. Jednak to jego oczy przykuł moją uwagę. W ich głębokim brązie nie było już cienia troski. Wypełniały je miłość i pożądanie. Sporo tego pożądania. Nie wiem ile już tu jesteśmy, ale na pewno długo już nie wytrzymamy.
- Może odpoczniemy.- spytał mój ukochany, myśląc zapewne o tym samym. Chętnie przystałam na tą propozycję.
Podeszliśmy do jedynego naczynia bez krwi. Był tam sok pomarańczowy. Dymitr nalał go do kubka i podał mi. Następnie napełnił drugi dla siebie.
- Za naszą miłość, nasze dzieci i wspólne szczęście.- podniósł swoje naczynie w toaście.
- I nasze małżeństwo, żeby każdy wolny dzień był tak wspaniały, jak ostatniego miesiąc.- stuknęliśmy się naszymi kubkami.
Opróżniliśmy je za jednym razem i złączyliśmy się w namiętnym pocałunku. Nie było braw, żadnych gwizdów, ale w mojej głowie wybuchło milion fajerwerk. Tylko on mógł mnie tak pocałować.
Popatrzyła na zegar ścienny. Był wielki, staromodny, ale okazały. Miał złote obramowanie ze zdobieniami, wykonanymi z czerwonego drewna. Wskazówki tworzył staranny odlew splecionych pędów, zwieńczonych sercami. Wyglądał jak z tych filmów o księżniczkach zakochujących się w książętach na balu. W sumie tak się czułam, z tą różnicą, że księcia znalazłam ponad rok temu.
Czemu wszystko mnie rozprasza.
STOP!
Rose weź się ogarnij. Weszliśmy tu o piątej, a jest szósta. Tańczyliśmy godzinę! Nic dziwnego, że się zmęczyłam.
- Wracamy do domu?- zaproponowałam.- Sydney zacznie się martwić, a ja dosłownie padam z nóg.
- Mamy jeszcze godzinę, ale jeśli jesteś zmęczona, to wracamy.
Wróciliśmy na górę. Już nie męczyły mnie wspomnienia z ferii zimowych. Między drzwiami od restauracji i sali bazowej, zrobiliśmy sobie przerwę, na długi, namiętny pocałunek, którego nie można było wykonywać na oczach innych. Na jakiś czas zaspokoił on nasze pożądanie, ale wiem, że w domu wróci z podwójną siłą.
Czułam się jak księżniczka ze swoim rycerzem w lśniącej zbroi. Szliśmy powoli, trzymając się za ręce. Nikt nie zwracał na nas uwagi, ale nie nie obchodziło mnie to. Nie chciałam być w centrum zainteresowania nikogo, po za Dymitrem. Tylko on się dla mnie liczy. Na sali były głównie moroje i kilka par dampirów, nie licząc strażników pod ścianą. Na dole mój rycerz stanął na przeciwko mnie i wykonał ukłon, całując moją dłoń. Następnie położył ją sobie na ramieniu, a swoją na mojej tali. Nasze drugie dłonie złączyły się ze sobą i zaczęliśmy taniec. Już na weselu uświadomiłam sobie, że wyszłam za wprawionego tancerza.
Poruszaliśmy się wolno w takt muzyki. Bielikow z gracją, a ja starałam się dorównać mu w tym, ale to trudne w prawie czwartym miesiącu ciąży. Mój brzuszek był już porządnie zaokrąglony, a do lekkich nie należał. Ukochany był ostrożny. Czułam że próbuje mnie tego niemo nauczyć. Prowadził mnie delikatnie i z wdziękiem. Poddałam się całkowicie jego dłonią, zapatrzona w piękne, duże, brązowe oczy, pełne miłości i troski. Jedno spojrzenie, a tyle mówi. Ciągle zaskakuje mnie potęga tego uczucia. Ile radości daje, ile wsparcia. Sprawia, że nawet najodważniejsi i najsilniejsi tracą moc. Stają się słabi i bezbronni w ramionach ukochanych, które dają im poczucie bezpieczeństwa. Nie wiem jak Dymitr, ale ja właśnie tak się teraz czułam. Wtuliłam się w jego pierś, szukając schronienia przed bezlitośnie szybkim czasem, który nie pozwoli cieszyć się nam tą chwilą tyle, ile byśmy chcieli ( czyli całą wieczność) i okrutnym światem, który chciałby nas rozdzielić na zawsze.
Pokonałam pokusę, żeby poprosić Dymitra o przedłużenie urlopu. Wiem, że to możliwe, ale mogłoby narazić dekret o związkach dampirów. Potwierdziło by obawy, że zaniedbamy bezpieczeństwo morojów.
Czułam wewnętrzny spokój i ukojenie. Poruszałam się z coraz większym wdziękiem, oczywiście na tyle, na ile pozwalał mi mój brzuch. Cieszyłam się ostatnimi dniami wolności męża. Od poniedziałku będę całymi dniami sama siedziała w domu, ukrywając fakt niedługiego przyjścia na świat naszego dziecka. Już teraz wyłapywałam kilka ciekawskich spojrzeń. Moja sukienka była poszerzana na dole, ale i tak nie dało się nie zauważyć wybrzuszenia. A niech sobie myślą co chcą. Kocham mojego męża i chciałam mieć z nim dzieci. Nie muszą wiedzieć, kto jest ich biologicznym ojcem. Myślę, że nawet nie podejrzewają, że to mój partner. Dampiry nie mogą mieć dzieci. Uśmiechnęłam się na tą myśl.
- Co cię tak cieszy Roza?- spytał zmysłowym szeptem mój ukochany. I ten jego boski akcent.
- Nasza niezwykła miłość.- odpowiedziałam mu tak samo do ucha. On pochylił się i delikatnie musnął ustami moje wargi, pozostawiając na nich niewyobrażalną tęsknotę. Westchnęłam z rozkoszy, jaką dał mi ten pocałunek.- Dorwę cię wieczorem, towarzyszu.
- Nie będę ci uciekał.- jeszcze bardziej zniżył głos. Po plecach przeszedł mi przyjemny dreszcz podniecenia.
On ma na moje ciało cholerny wpływ. Pragnienie powoli otępia mi zmysły. Zamknęłam oczy, żeby trochę uspokoić szalejące hormony. Kiedy je otworzyłam, na ustach strażnika zobaczyłam cwany uśmieszek. Jednak to jego oczy przykuł moją uwagę. W ich głębokim brązie nie było już cienia troski. Wypełniały je miłość i pożądanie. Sporo tego pożądania. Nie wiem ile już tu jesteśmy, ale na pewno długo już nie wytrzymamy.
- Może odpoczniemy.- spytał mój ukochany, myśląc zapewne o tym samym. Chętnie przystałam na tą propozycję.
Podeszliśmy do jedynego naczynia bez krwi. Był tam sok pomarańczowy. Dymitr nalał go do kubka i podał mi. Następnie napełnił drugi dla siebie.
- Za naszą miłość, nasze dzieci i wspólne szczęście.- podniósł swoje naczynie w toaście.
- I nasze małżeństwo, żeby każdy wolny dzień był tak wspaniały, jak ostatniego miesiąc.- stuknęliśmy się naszymi kubkami.
Opróżniliśmy je za jednym razem i złączyliśmy się w namiętnym pocałunku. Nie było braw, żadnych gwizdów, ale w mojej głowie wybuchło milion fajerwerk. Tylko on mógł mnie tak pocałować.
Popatrzyła na zegar ścienny. Był wielki, staromodny, ale okazały. Miał złote obramowanie ze zdobieniami, wykonanymi z czerwonego drewna. Wskazówki tworzył staranny odlew splecionych pędów, zwieńczonych sercami. Wyglądał jak z tych filmów o księżniczkach zakochujących się w książętach na balu. W sumie tak się czułam, z tą różnicą, że księcia znalazłam ponad rok temu.
Czemu wszystko mnie rozprasza.
STOP!
Rose weź się ogarnij. Weszliśmy tu o piątej, a jest szósta. Tańczyliśmy godzinę! Nic dziwnego, że się zmęczyłam.
- Wracamy do domu?- zaproponowałam.- Sydney zacznie się martwić, a ja dosłownie padam z nóg.
- Mamy jeszcze godzinę, ale jeśli jesteś zmęczona, to wracamy.
Wróciliśmy na górę. Już nie męczyły mnie wspomnienia z ferii zimowych. Między drzwiami od restauracji i sali bazowej, zrobiliśmy sobie przerwę, na długi, namiętny pocałunek, którego nie można było wykonywać na oczach innych. Na jakiś czas zaspokoił on nasze pożądanie, ale wiem, że w domu wróci z podwójną siłą.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
sobota, 19 marca 2016
TOZDZIAŁ 81
Kobieta zaprowadziła nas na górny taras.
Byliśmy sami. Widok był cudowny. W dali widziałam góry porośnięte gęstym lasem. Poniżej lśniła toń jeziora.
Przeglądaliśmy razem kartę dań. Ja zamówiłam spaghetti, kotleta schabowego, ryż i pięć sałatek.
- Zostaw sobie miejsce na deser.- uśmiechnął się mój ukochany, kiedy kelnerka odeszła.
- Spokojnie towarzyszu. Wszystko się zmieści. Chyba chcesz, żeby nasze dziecko było zdrowe?- pogłaskałam swój brzuch.
- Oczywiście skarbie.- przykrył swoją dłonią, moją leżącą na stole i ścisnął lekko moje palce.- Ja tiebia liubliu Roza.
Poczułam się jak we śnie. Wszystko znikło, był tylko on- całe moje szczęście. Odwzajemniłam jego uścisk, chcąc pokazać mu, jak bardzo go kocham. Nie musiałam, on to wie. Nie umiałam wydobyć z siebie głosu. Patrzyłam tylko w te cudne, brązowe oczy, pełne miłości i słuchałam jego wyznania
- Nawet nie wiesz jaką radość mi dajesz. Przy tobie ciesze się każdą najmniejszą rzeczą świata. Czuję, że dla ciebie mógł bym zrobić wszystko. Nie wiem jak mogłem żyć bez ciebie. Jesteś cudowną kobietą. Tylko ty miałaś na tyle sił i odwagi, żeby mnie uratować. Dla mnie jednego poświęciłaś tak wiele, a ja tylko cię krzywdziłem.- jego oczy posmutniały.- Tak bardzo Cię przepraszam. Za późno zrozumiałem, jak bardzo Cię kocham. Nigdy nie powinienem w to wątpić. Ty zawsze chciałaś dla mnie jak najlepiej. Nie zważając na wszystko, pragnęłaś mojego szczęścia. I osiągnęłaś swój cel. Dzięki tobie jestem szczęśliwy.
Westchnęłam. Dla takich chwil się żyje. Rozpływałam się pod wpływem jego wzroku, dotyku, brzmieniem słów i ich znaczenia.
- Dymitr...- zaczęłam, ale w tej chwili kelner podał nam jedzenie.
Mój mąż wybrał sobie coś z rosyjskiej kuchni. Następnie przyszedł inny kelner z winem, które wcześniej zamówił mój ukochany. Podziękowaliśmy i poczekaliśmy, aż zostawią nas samych
- Dymitr- zaczęłam ponownie. Dzięki obsłudze miałam czas na poukładanie w głowie słów.- ja też kilka razy zwątpiłam w naszą miłość, choć nie powinnam. Ty też zawsze chciałeś dla mnie dobrze. Odsuwałeś mnie żeby oszczędzić mi bólu. I za to najbardziej Cię kocham. Dla mojego dobra, sam cierpiałeś. Nie mogłam cię nie uratować. Wiedziałam, że nawet jeśli nam nie wyjdzie, będę dumna z tego, że miałam zaszczyt poznać i uczyć się pod okiem najlepszego strażnika, nauczyciela i mężczyzny na całym świecie. Pod okiem boga. Nie obchodziło mnie co będzie dalej. I dalej nie obchodzi. Nie wiem co będzie jutro, ale wiem, że chce tak jak kiedyś cieszyć się każdą chwilą, którą dane mi jest spędzić z moją drugą połówką duszy i mojego ja. Nawet nie wiesz jak się czułam, kiedy cię straciłam. I nie chcę, żebyś się przekonywał na własnej skórze. Kocham Cię i będę szczęśliwa tylko wiedząc, że ty taki jesteś.
- Z tobą zawsze Roza.- uśmiechnął się tak, że zmiękły mi kolana.
Zaczęliśmy jeść, jednak Dymitr nie puścił mojej dłoni. Czułam, że moja przemowa nie była tak dobra jak jego, ale ukochany popatrzył na mnie jeszcze czulej. Moje słowa chyba wiele dla niego znaczą. Przez resztę obiadokolacji rozmawialiśmy o naszym życiu.
- Skarbie.-powstrzymałam się od śmiechu.- to dopiero początek czwartego miesiąca, a ty już chcesz imiona wymyślać?
- Nie lubię czekać na ostatnią chwilę.- zaprotestował.
Jednak odpuścił i uznaliśmy, że imiona będą po porodzie.
Przez ostatni miesiąc poznałam całkiem innego Dymitra. Nigdy nie był tak wyluzowany. Żadnego zagrożenia, zmartwienia, problemu. Tylko my i nasza miłość. Trochę smuciła mnie myśl, że to się kończy. Od poniedziałku wróci doświadczony, zawsze czujny i ostrożny strażnik Bielikow. Tylko w domu będzie to mój ukochany, delikatny towarzysz. Jednak w tym momencie cieszyłam się z każdej chwili z nim.
Myślałam, że po deserze wrócimy do domu. Jednak Dymitr miał inny plan. Po zapłaceniu, zeszliśmy na dół lokalu. Ale nie wyszliśmy na dwór. Ukochany pociągnął mnie do jakiś drzwi z boku. Na wejściu widniał napis "NIEUPOWAŻNIONYM WSTĘP WZBRONIONY". Niepewnie patrzyłam jak dampir sięga ręką do klamki.
- A gdzie twój kowbojski kodeks?- wskazałam na tabliczkę.
- Spokojnie Roza. My jesteśmy upoważnieni.- uśmiechnął się cwanie, wskazując mi co jest za drzwiami.
To co zobaczyłam, przyprawiło mnie o gęsią skórkę. Były to schody prowadzące na dół. Niby nic, ale na sam widok, w mojej głowie pojawiły się straszne obrazy. Widziałam siebie schodzącą w dół. Nie samą, lecz nie towarzyszył mi ukochany, tylko Mason, Eddy, Mia i Christian. Następna scena to ściana z pierwszymi literami dwunastu rodów królewskich i krzyżyk.
Ścisnęłam mocniej rękę mojego towarzysza, wracając do rzeczywistości. Mąż patrzył na mnie ze strachem.
- Roza co się dzieje?- usłyszałam troskę w jego głosie, gdy odgarnął mi z twarzy włosy.
- Spoken.- jedno słowo, które tak wiele znaczy. Już po chwili znalazłam się w silnych ramionach.
- Roza, Różyczko moja. Nie płacz, proszę. Jestem tu. Roza kochanie, nigdy nie pozwolę, żeby coś ci się stało. Kocham Cię Roza. Tak bardzo kocham. Bądź silna. Dasz radę. Wiem, że to ciężko i że Cię boli, ale najważniejsze, że wyszliście z tego cało.- podniósł moją twarz. Nie miał racji, nie płakałam. Ręką przeczesał moje włosy.- Że ty wyszłaś z tego cało.- pochylił się i nasze wargi złączyły się w delikatnym pocałunku. On był moim ukojeniem, ratunkiem. Tylko przy Dymitrze czułam się silna. Dostawałam od niego pomoc, miłość i opiekę.
Powoli się uspokoiła. Wyprostowałam się hardo. Byłam gotowa na wszystko. Jednak zauważyłam, że nie jestem tam gdzie byłam. Przede mną były inne drzwi. Obejrzałam się za siebie. Zobaczyłam schody w górę. Po kilku minutach zrozumiałam, że to ukochany pomógł mi zejść, gdy byłam w niego wtulona. Popatrzyła mu głęboko w oczy. Widziałam w nich troskę i niepewność.
- Takie doświadczenia zawsze zostawiają blizny na osobowości.- powiedział z powagą.- Ale twoje tylko upiększają cię.
- Dziękuję kochanie za to, że jesteś ze mną, kiedy tego potrzebuję.
- Zawsze Roza.
Byliśmy sami. Widok był cudowny. W dali widziałam góry porośnięte gęstym lasem. Poniżej lśniła toń jeziora.
Przeglądaliśmy razem kartę dań. Ja zamówiłam spaghetti, kotleta schabowego, ryż i pięć sałatek.
- Zostaw sobie miejsce na deser.- uśmiechnął się mój ukochany, kiedy kelnerka odeszła.
- Spokojnie towarzyszu. Wszystko się zmieści. Chyba chcesz, żeby nasze dziecko było zdrowe?- pogłaskałam swój brzuch.
- Oczywiście skarbie.- przykrył swoją dłonią, moją leżącą na stole i ścisnął lekko moje palce.- Ja tiebia liubliu Roza.
Poczułam się jak we śnie. Wszystko znikło, był tylko on- całe moje szczęście. Odwzajemniłam jego uścisk, chcąc pokazać mu, jak bardzo go kocham. Nie musiałam, on to wie. Nie umiałam wydobyć z siebie głosu. Patrzyłam tylko w te cudne, brązowe oczy, pełne miłości i słuchałam jego wyznania
- Nawet nie wiesz jaką radość mi dajesz. Przy tobie ciesze się każdą najmniejszą rzeczą świata. Czuję, że dla ciebie mógł bym zrobić wszystko. Nie wiem jak mogłem żyć bez ciebie. Jesteś cudowną kobietą. Tylko ty miałaś na tyle sił i odwagi, żeby mnie uratować. Dla mnie jednego poświęciłaś tak wiele, a ja tylko cię krzywdziłem.- jego oczy posmutniały.- Tak bardzo Cię przepraszam. Za późno zrozumiałem, jak bardzo Cię kocham. Nigdy nie powinienem w to wątpić. Ty zawsze chciałaś dla mnie jak najlepiej. Nie zważając na wszystko, pragnęłaś mojego szczęścia. I osiągnęłaś swój cel. Dzięki tobie jestem szczęśliwy.
Westchnęłam. Dla takich chwil się żyje. Rozpływałam się pod wpływem jego wzroku, dotyku, brzmieniem słów i ich znaczenia.
- Dymitr...- zaczęłam, ale w tej chwili kelner podał nam jedzenie.
Mój mąż wybrał sobie coś z rosyjskiej kuchni. Następnie przyszedł inny kelner z winem, które wcześniej zamówił mój ukochany. Podziękowaliśmy i poczekaliśmy, aż zostawią nas samych
- Dymitr- zaczęłam ponownie. Dzięki obsłudze miałam czas na poukładanie w głowie słów.- ja też kilka razy zwątpiłam w naszą miłość, choć nie powinnam. Ty też zawsze chciałeś dla mnie dobrze. Odsuwałeś mnie żeby oszczędzić mi bólu. I za to najbardziej Cię kocham. Dla mojego dobra, sam cierpiałeś. Nie mogłam cię nie uratować. Wiedziałam, że nawet jeśli nam nie wyjdzie, będę dumna z tego, że miałam zaszczyt poznać i uczyć się pod okiem najlepszego strażnika, nauczyciela i mężczyzny na całym świecie. Pod okiem boga. Nie obchodziło mnie co będzie dalej. I dalej nie obchodzi. Nie wiem co będzie jutro, ale wiem, że chce tak jak kiedyś cieszyć się każdą chwilą, którą dane mi jest spędzić z moją drugą połówką duszy i mojego ja. Nawet nie wiesz jak się czułam, kiedy cię straciłam. I nie chcę, żebyś się przekonywał na własnej skórze. Kocham Cię i będę szczęśliwa tylko wiedząc, że ty taki jesteś.
- Z tobą zawsze Roza.- uśmiechnął się tak, że zmiękły mi kolana.
Zaczęliśmy jeść, jednak Dymitr nie puścił mojej dłoni. Czułam, że moja przemowa nie była tak dobra jak jego, ale ukochany popatrzył na mnie jeszcze czulej. Moje słowa chyba wiele dla niego znaczą. Przez resztę obiadokolacji rozmawialiśmy o naszym życiu.
- Skarbie.-powstrzymałam się od śmiechu.- to dopiero początek czwartego miesiąca, a ty już chcesz imiona wymyślać?
- Nie lubię czekać na ostatnią chwilę.- zaprotestował.
Jednak odpuścił i uznaliśmy, że imiona będą po porodzie.
Przez ostatni miesiąc poznałam całkiem innego Dymitra. Nigdy nie był tak wyluzowany. Żadnego zagrożenia, zmartwienia, problemu. Tylko my i nasza miłość. Trochę smuciła mnie myśl, że to się kończy. Od poniedziałku wróci doświadczony, zawsze czujny i ostrożny strażnik Bielikow. Tylko w domu będzie to mój ukochany, delikatny towarzysz. Jednak w tym momencie cieszyłam się z każdej chwili z nim.
Myślałam, że po deserze wrócimy do domu. Jednak Dymitr miał inny plan. Po zapłaceniu, zeszliśmy na dół lokalu. Ale nie wyszliśmy na dwór. Ukochany pociągnął mnie do jakiś drzwi z boku. Na wejściu widniał napis "NIEUPOWAŻNIONYM WSTĘP WZBRONIONY". Niepewnie patrzyłam jak dampir sięga ręką do klamki.
- A gdzie twój kowbojski kodeks?- wskazałam na tabliczkę.
- Spokojnie Roza. My jesteśmy upoważnieni.- uśmiechnął się cwanie, wskazując mi co jest za drzwiami.
To co zobaczyłam, przyprawiło mnie o gęsią skórkę. Były to schody prowadzące na dół. Niby nic, ale na sam widok, w mojej głowie pojawiły się straszne obrazy. Widziałam siebie schodzącą w dół. Nie samą, lecz nie towarzyszył mi ukochany, tylko Mason, Eddy, Mia i Christian. Następna scena to ściana z pierwszymi literami dwunastu rodów królewskich i krzyżyk.
Ścisnęłam mocniej rękę mojego towarzysza, wracając do rzeczywistości. Mąż patrzył na mnie ze strachem.
- Roza co się dzieje?- usłyszałam troskę w jego głosie, gdy odgarnął mi z twarzy włosy.
- Spoken.- jedno słowo, które tak wiele znaczy. Już po chwili znalazłam się w silnych ramionach.
- Roza, Różyczko moja. Nie płacz, proszę. Jestem tu. Roza kochanie, nigdy nie pozwolę, żeby coś ci się stało. Kocham Cię Roza. Tak bardzo kocham. Bądź silna. Dasz radę. Wiem, że to ciężko i że Cię boli, ale najważniejsze, że wyszliście z tego cało.- podniósł moją twarz. Nie miał racji, nie płakałam. Ręką przeczesał moje włosy.- Że ty wyszłaś z tego cało.- pochylił się i nasze wargi złączyły się w delikatnym pocałunku. On był moim ukojeniem, ratunkiem. Tylko przy Dymitrze czułam się silna. Dostawałam od niego pomoc, miłość i opiekę.
Powoli się uspokoiła. Wyprostowałam się hardo. Byłam gotowa na wszystko. Jednak zauważyłam, że nie jestem tam gdzie byłam. Przede mną były inne drzwi. Obejrzałam się za siebie. Zobaczyłam schody w górę. Po kilku minutach zrozumiałam, że to ukochany pomógł mi zejść, gdy byłam w niego wtulona. Popatrzyła mu głęboko w oczy. Widziałam w nich troskę i niepewność.
- Takie doświadczenia zawsze zostawiają blizny na osobowości.- powiedział z powagą.- Ale twoje tylko upiększają cię.
- Dziękuję kochanie za to, że jesteś ze mną, kiedy tego potrzebuję.
- Zawsze Roza.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
piątek, 18 marca 2016
ROZDZIAŁ 80
W sypialni postawił mnie na ziemi i wyszedł.
Zdziwiło mnie jego zachowanie. Wzruszyłam tylko ramionami i skierowałam się do łóżka. Może to tam poda mi obiad. Nagle przystanęłam, patrząc na turkusowy materiał na pościeli. Uznała bym go za jaką nową poduszkę, lub złożoną kołdrę, gdyby nie przyszyte do niego małe perełki i złoty łańcuszek. Po kilku minutach uświadomiłam sobie, że jest to jedna z moich sukienek. Co się ze mną dzieje? Jako strażniczka powinnam od razu kojarzyć fakty. Martwiło mnie, że coraz częściej łapię się na nieuwadze, którą mogłam przypłacić życiem swoim, a w najgorszym wypadku Lissy. Może to przez zmęczenie? Niewiele myśląc chwyciłam kieckę i poszłam do łazienki. Wzięłam szybki, ale dokładny prysznic. Tak jak liczyłam, orzeźwiająca woda obudziła mnie i moje czułe zmysły. Po wytarciu się do sucha założyłam sukienkę. Dostałam ją od wtedy jeszcze chłopaka, na jedną z randek. Była długa do ziemi, składająca się z ciemnego materiału przy ciele i kilku zwiewnych, tiulowych warstw. W pasie luźno zwisał złoty łańcuszek, miejscami przyszyty do tkaniny, tworząc wzór odwróconych łuków. Pod biustem i wzdłuż górnego brzegu sukienki przyczepione były, w równym rządku perełki. Całość trzymała się na cienkich ramiączkach z falbankami na szczycie. Na piersiach tiul był ciasno ściągnięty i jedna strona znikała pod drugą. Rozwiewały się dopiero od pasa w dół.
Rozpuściłam włosy, wysuszyłam i nasmarowałam różnymi kosmetykami. Dzięki temu stały się miękkie lśniące i ładnie pachniały. Mam nadzieję, że Dymitr też tak uzna. Spięłam je w ulubiony sposób męża. Na koniec makijaż (uznałam, że skoro mam urlop, mogę nałożyć trochę więcej perlistego cienia do oczu i różu na policzki) i perfumy. Jego ulubione. Specjalnie do nich dobrałam kosmetyki do włosów, tak żeby uzyskać zgodną kompozycję zapachów, współgrającą z wonią mojego ciała. Nie musiałam dużo używać. My dampiry mamy tak samo wrażliwe powonienie, jak wampiry. Wzięłam do serca uwagę Iwaszkowa o mocy zapachów z przed prawie roku. Wtedy, gdy prawie straciłam przyjaciół...
Odepchnęłam od siebie ponure myśli, zakładając na rękę czotki, znak strażnika rodziny Dragomir, i wróciłam do sypialni. Kąpiel zajęła mi pół godziny. Ale zanim zeszłam na dół, z szuflady wyjęłam medalion od Dymitra, podarowany mi na naszą rocznicę i zapięłam na szyi. Na końcu znalazłam kopertówkę pasującą do sukienki i spakowałam w nią komórkę i sztylet. Domyśliłam się, że dziś jemy po za domem.
Gdy upewniłam się, że jestem gotowa, zeszłam na dół. Jednak nic nie wskazywało na obecność mojego ukochanego. Żadnego odgłosu.
Cisza.
Nagle poczułam znajomy zapach mojego uosobienie ideału mężczyzny. A raczej jego wody kolońskiej. W tym samym momencie po biodrach zaczęły jeździć mi silne dłonie.
- Ładnie pachniesz.- Dymitr zaciągnął się mieszanką moich trzech zapachów. Jęknęłam z żalu, kiedy puścił mnie i odwrócił w swoją stronę. Ale nie zwrócił na to uwagi, zajęty podziwianiem mnie.- I jeszcze lepiej wyglądasz. Nie da się tego opisać... Po prostu bogini w pełnej okazałości.- jego oczy błyszczały podziwem i pożądaniem. Nagle padł przede mną na kolana, całując moje dłonie.- Moja własna bogini, którą pragnę wystawiać na każdym kroku i przez całe życie.
Sam nie wyglądał gorzej. Bogini musi mieć swojego boga. Mój właśnie klęczał przede mną w białych spodniach i niebieskiej koszuli. Ubrał się kolorystycznie do mojej sukienki. Uznałam, że trzeba podziękować królowej za służących, którzy opiekowali się domem pod naszą nieobecności. Gdyby nie oni, na kolanach ukochanego już gościły by czarne plamy. O czym ja myślę?! Mam osiemnaście lat i zamieniam się w kurę domową.
Po chwili mój mąż podniósł się i pocałował mnie tak namiętnie, że za kręciło mi się w głowie. Gdyby mnie nie podtrzymał, upadłabym. Nie wiem ile tak staliśmy złączeni w pocałunku. Dla mnie mogło to trwać nawet cały dzień.
Gdy byłam w stanie ustać na nogach złapał mnie za dłoń. Grzecznie poszłam za nim na dwór. To co, a raczej kogo zobaczyłam wprawiło mnie w zdziwienie.
- Witaj pani Bielikow.- uśmiech zagościł na dobrze znanej mi twarzy.
- Sid?! Co ty tu robisz?- przytuliłam przyjaciółkę.
- Z kilkoma innymi alchemikami zostaliśmy wezwani do tej sprawy na Dworze.- uśmiechnęła się słabo.- Mam nadzieję, że to nie doda nam obowiązków. I tak trudno chronić waszą tajemnice. Wiecie ile jest takich Rose, które biegają po mieście i zabijają strzygi, nie myśląc co by było gdyby ktoś znalazł ciała? Choć trzeba przyznać, że po dekrecie dotyczącym dampirów, znacząco zmniejszyła się ich ilość.
- Ok, a tutaj jesteś dlatego, że...?
- Zaprosiłem ja.- od tyłu przytulił mnie ukochany, który przez czas naszej małej wymiany zdań zamykał drzwi.- Jest dzisiaj naszym szoferem.
- Czyli, że chcesz dzisiaj zaszaleć?- pocałowałam go w policzek.
- Kieliszek, czy dwa wina nie zaszkodzą.- poprowadził mnie do samochodu. Usiedliśmy na tylnych siedzeniach, w czasie gdy Sydney odpaliła silnik. Siedzieliśmy mocno wtuleni, co jakiś czas szepcząc sobie słodkie słówka, za które dostawało się causa. Tak przeszły nam dwie godziny. Widać było, że Dymitr starannie wszystko przygotował. Inaczej pojechali byśmy do pierwszej lepszej restauracji.
Oglądałam z zaciekawieniem i podziwem wielkie budynki wielkiego miasta. Wszędzie było mnóstwo neonów i świecących witryn sklepowych. Zatrzymaliśmy się przy bardzo ekskluzywnej restauracji. Z Sydney umówiliśmy się za trzy godziny. Czyli, że to nie będzie krótki obiad. Ukochany wprowadził mnie przez drzwi i skierowaliśmy się do kelnerki. Po odszukaniu podanego nazwiska, zaprowadziła nas do stolika.
Zdziwiło mnie jego zachowanie. Wzruszyłam tylko ramionami i skierowałam się do łóżka. Może to tam poda mi obiad. Nagle przystanęłam, patrząc na turkusowy materiał na pościeli. Uznała bym go za jaką nową poduszkę, lub złożoną kołdrę, gdyby nie przyszyte do niego małe perełki i złoty łańcuszek. Po kilku minutach uświadomiłam sobie, że jest to jedna z moich sukienek. Co się ze mną dzieje? Jako strażniczka powinnam od razu kojarzyć fakty. Martwiło mnie, że coraz częściej łapię się na nieuwadze, którą mogłam przypłacić życiem swoim, a w najgorszym wypadku Lissy. Może to przez zmęczenie? Niewiele myśląc chwyciłam kieckę i poszłam do łazienki. Wzięłam szybki, ale dokładny prysznic. Tak jak liczyłam, orzeźwiająca woda obudziła mnie i moje czułe zmysły. Po wytarciu się do sucha założyłam sukienkę. Dostałam ją od wtedy jeszcze chłopaka, na jedną z randek. Była długa do ziemi, składająca się z ciemnego materiału przy ciele i kilku zwiewnych, tiulowych warstw. W pasie luźno zwisał złoty łańcuszek, miejscami przyszyty do tkaniny, tworząc wzór odwróconych łuków. Pod biustem i wzdłuż górnego brzegu sukienki przyczepione były, w równym rządku perełki. Całość trzymała się na cienkich ramiączkach z falbankami na szczycie. Na piersiach tiul był ciasno ściągnięty i jedna strona znikała pod drugą. Rozwiewały się dopiero od pasa w dół.
Rozpuściłam włosy, wysuszyłam i nasmarowałam różnymi kosmetykami. Dzięki temu stały się miękkie lśniące i ładnie pachniały. Mam nadzieję, że Dymitr też tak uzna. Spięłam je w ulubiony sposób męża. Na koniec makijaż (uznałam, że skoro mam urlop, mogę nałożyć trochę więcej perlistego cienia do oczu i różu na policzki) i perfumy. Jego ulubione. Specjalnie do nich dobrałam kosmetyki do włosów, tak żeby uzyskać zgodną kompozycję zapachów, współgrającą z wonią mojego ciała. Nie musiałam dużo używać. My dampiry mamy tak samo wrażliwe powonienie, jak wampiry. Wzięłam do serca uwagę Iwaszkowa o mocy zapachów z przed prawie roku. Wtedy, gdy prawie straciłam przyjaciół...
Odepchnęłam od siebie ponure myśli, zakładając na rękę czotki, znak strażnika rodziny Dragomir, i wróciłam do sypialni. Kąpiel zajęła mi pół godziny. Ale zanim zeszłam na dół, z szuflady wyjęłam medalion od Dymitra, podarowany mi na naszą rocznicę i zapięłam na szyi. Na końcu znalazłam kopertówkę pasującą do sukienki i spakowałam w nią komórkę i sztylet. Domyśliłam się, że dziś jemy po za domem.
Gdy upewniłam się, że jestem gotowa, zeszłam na dół. Jednak nic nie wskazywało na obecność mojego ukochanego. Żadnego odgłosu.
Cisza.
Nagle poczułam znajomy zapach mojego uosobienie ideału mężczyzny. A raczej jego wody kolońskiej. W tym samym momencie po biodrach zaczęły jeździć mi silne dłonie.
- Ładnie pachniesz.- Dymitr zaciągnął się mieszanką moich trzech zapachów. Jęknęłam z żalu, kiedy puścił mnie i odwrócił w swoją stronę. Ale nie zwrócił na to uwagi, zajęty podziwianiem mnie.- I jeszcze lepiej wyglądasz. Nie da się tego opisać... Po prostu bogini w pełnej okazałości.- jego oczy błyszczały podziwem i pożądaniem. Nagle padł przede mną na kolana, całując moje dłonie.- Moja własna bogini, którą pragnę wystawiać na każdym kroku i przez całe życie.
Sam nie wyglądał gorzej. Bogini musi mieć swojego boga. Mój właśnie klęczał przede mną w białych spodniach i niebieskiej koszuli. Ubrał się kolorystycznie do mojej sukienki. Uznałam, że trzeba podziękować królowej za służących, którzy opiekowali się domem pod naszą nieobecności. Gdyby nie oni, na kolanach ukochanego już gościły by czarne plamy. O czym ja myślę?! Mam osiemnaście lat i zamieniam się w kurę domową.
Po chwili mój mąż podniósł się i pocałował mnie tak namiętnie, że za kręciło mi się w głowie. Gdyby mnie nie podtrzymał, upadłabym. Nie wiem ile tak staliśmy złączeni w pocałunku. Dla mnie mogło to trwać nawet cały dzień.
Gdy byłam w stanie ustać na nogach złapał mnie za dłoń. Grzecznie poszłam za nim na dwór. To co, a raczej kogo zobaczyłam wprawiło mnie w zdziwienie.
- Witaj pani Bielikow.- uśmiech zagościł na dobrze znanej mi twarzy.
- Sid?! Co ty tu robisz?- przytuliłam przyjaciółkę.
- Z kilkoma innymi alchemikami zostaliśmy wezwani do tej sprawy na Dworze.- uśmiechnęła się słabo.- Mam nadzieję, że to nie doda nam obowiązków. I tak trudno chronić waszą tajemnice. Wiecie ile jest takich Rose, które biegają po mieście i zabijają strzygi, nie myśląc co by było gdyby ktoś znalazł ciała? Choć trzeba przyznać, że po dekrecie dotyczącym dampirów, znacząco zmniejszyła się ich ilość.
- Ok, a tutaj jesteś dlatego, że...?
- Zaprosiłem ja.- od tyłu przytulił mnie ukochany, który przez czas naszej małej wymiany zdań zamykał drzwi.- Jest dzisiaj naszym szoferem.
- Czyli, że chcesz dzisiaj zaszaleć?- pocałowałam go w policzek.
- Kieliszek, czy dwa wina nie zaszkodzą.- poprowadził mnie do samochodu. Usiedliśmy na tylnych siedzeniach, w czasie gdy Sydney odpaliła silnik. Siedzieliśmy mocno wtuleni, co jakiś czas szepcząc sobie słodkie słówka, za które dostawało się causa. Tak przeszły nam dwie godziny. Widać było, że Dymitr starannie wszystko przygotował. Inaczej pojechali byśmy do pierwszej lepszej restauracji.
Oglądałam z zaciekawieniem i podziwem wielkie budynki wielkiego miasta. Wszędzie było mnóstwo neonów i świecących witryn sklepowych. Zatrzymaliśmy się przy bardzo ekskluzywnej restauracji. Z Sydney umówiliśmy się za trzy godziny. Czyli, że to nie będzie krótki obiad. Ukochany wprowadził mnie przez drzwi i skierowaliśmy się do kelnerki. Po odszukaniu podanego nazwiska, zaprowadziła nas do stolika.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
czwartek, 17 marca 2016
ROZDZIAŁ 79
Tą magiczną chwilę przerwał nam szelest. Dymitr też to usłyszał. Nagle zza drzewa wyskoczyła strzyga. Szybko wyciągnęłam sztylet z torebki, ale zanim zrobiłam jakikolwiek ruch, przeciwnik leżał martwy przed moim mężem.
- Roza wracamy!
Ukochany chwycił mnie za rękę i szybkim krokiem ruszył w stronę naszego domu. Po chwili znalazłam się w jego objęciach.
- Dymitr! Umiem jeszcze chodzić.- zaprotestowałam.
- Nie możesz się przemęczać, a tak będziemy szybciej.
- Ale jeśli nas zaatakują, nie będziesz miał jak się bronić.- wiedział, że mam rację, lecz nie obchodziło go to. Teraz liczyło się moje bezpieczeństwo.
Wtuliłam się mocno w pierś męża. Nie protestowałam więcej. Wiedziałam, że mnie obroni. Za nami zobaczyłam parę czerwonych oczu.
- Dymitr...- zadrżał mi głos.
- Mówiłem, że cię nie postawię.
- Za nami!
-Cholera!- zaklął.
Jednak postawił mnie przy drzewie i zasłonił własnym ciałem. Nim się obejrzałam strzyga leżała martwa.
Nagle na strażnika skoczył kolejny potwór. Bielikow przerzucił go sobie przez ramię, tak że przywalił mocno w ziemię. Jednak po chwili stanął i patrzył morderczym wzrokiem na mojego bohatera. Zaczął iść na lewo licząc, że zachęci go do okrążania się. Chyba narobiłam mu ochoty na ciepłą krew ciężarnej dampirki. Jednak mój ukochany nie zamierzał mnie zostawić i był gotowy na spotkanie z potworem. Gdy wampir zorientował się, że Bielikow nie odsłoni mnie, rzucił się na niego. Dymitr tylko na to czekał. Zaczęli walczyć. Strażnik nie zamierzał puścić go do mnie żywego, ale trafił na godnego przeciwnika. Strzyga musiała być już doświadczona. Kilka razy powaliła mojego męża, ale za każdym razem Dymitr natychmiast się podnosił. Co jakiś czas ostrze sztyletu drasnęło ciało przeciwnika. Po wielu minutach, które dla mnie były wiecznością, na ziemię padło martwe ciało.
- Roza!- Dymitr momentalnie był przy mnie i już po chwili niósł mnie do domu.
Postawił mnie dopiero w salonie. Następnie przytulił do siebie mocno. Czułam, jak powoli się uspokaja. Kiedy odprężył się całkowicie, odsunęłam się i obejrzałam go dokładnie. Na ręce i twarzy miał kilka zadrapań. Za to na nodze miał dość dużą ranę.
- Jesteś ranny.
- Nic mi nie jest.- uśmiechnął się.
- Siadaj!- wskazałam mu sofę.
Westchnął ciężko, ale więcej się nie sprzeciwiał. Ja w tym czasie poszłam do kuchni po apteczkę. Gdy wróciłam, Dymitr siedział już bez spodni. Pewnie uznał, że tak będzie mi wygodniej. Podeszłam i kucnęłam przed nim. Wyciągnęłam opatrunki i zaczęłam czyścić ranę.
- Umiem się opatrzyć.- chciał zabrać mi z rąk rzeczy.
- Siedź!- powiedziałam, trochę groźniej niż chciałam, aż strażnik się wzdrygnął. Więcej już się nie odezwał. Opatrzyłam tą i inne mniejsze rany. Nie chciałam, aż tak na niego syknąć, ale byłam zła. Nie do końca wiem na kogo. Może na strzygę, że nas zaatakowała, albo na Dymitra, że traktuje mnie jak dziecko. Rozumiem, że się o mnie martwi i troszczy, ale trochę przesadza. To robi się nie do wytrzymania.
Ale to chyba też nie to. Nie umiem się na niego gniewać. Jest moim światem i nie widzę swojego życia bez niego. W ogóle byłam wkurzona cała tą sytuacją.
Z zadowoleniem przeglądałam się swojemu dziełu.
- Byłeś bardzo dzielnym pacjentem, towarzyszu.- postanowiłam trochę rozluźnić atmosferę.- Nie martw się. Nikomu nie powiem o tym zwijaniu się z bólu.
- Jakim zwijaniu?!- oburzył się.- Nawet się nie skrzywiłem.
- Oczywiście kochanie.- droczyłam się z nim z sarkazmem.
Zauważyłam, że zachowuje dystans do mnie, więc usiadłam koło niego. Drgnął, jakby nie wiedział co zrobić. Chciał mnie przytulić, ale nie był pewny czy już się uspokoiłam.
- Strażniku Bielikow, czyżbyś nagle bał się własnej żony?- nie umiałam powstrzymać śmiechu. Przybliżyłam się do ukochanego i wtuliłam mocno. Dymitr objął mnie bez wahania, już pewniejszy.
- Roza, mówiłem ci kiedyś, że się ciebie boję. Tak dobrze mnie znasz. Przeraża mnie to.- mruknął mi do ucha.
- To co innego. Przepraszam, że tak krzyknęłam, ale ja też chcę czuć się potrzebna. Chcę się tobą opiekować. Nie jestem na tyle bezradna, żeby nic nie robić. Nie cierpię tego.
- Wiem skarbie.- pocałował mnie w czubek czoła.- po prostu się o was martwię.- uśmiechnął się i pogłaskał mój już porządnie zaokrąglony brzuch. Nie umiałam być na niego zła, on o tym wie.
- Kocham Cię mój szeryfie.
- Ja ciebie też, moja najpiękniejsza różyczko świata.
Próbowałam stłumić ziewnięcie, ale nie udało mi się. Oparłam się o pierś Dymitra.Dopiero teraz uświadomiłam sobie, jak bardzo męczący był ten dzień. Wtuliłam się mocniej w ukochanego.
Chwila! Przecież nawet nie jedliśmy obiadu.
- Która godzina?- spytałam sennym głosem.
- W pół do drugiej.- objął mnie mocniej.- Ale jeśli jesteś zmęczona, to zaniosę cię do sypialni.
- Nie.- zaprotestowałam. Spróbowałam się wyciągnąć lecz nie do końca mi to wyszło.- Tak też mi jest wygodnie. Ale szkoda dnia na spanie, skoro za kilka dni wracasz do służby.
- Wiesz, że jedno twoje słowo i zostanę w domu.
- Już chyba o tym rozmawialiśmy.- powoli się rozbudzałam.- Zostajesz przy Ozerze i kropka. Ja ciągle się z nim męczyłam w akademii. Teraz twoja kolej, towarzyszu.- Moje uszy rozpieścił cichy chichot.- A teraz pomóż mi wstać. Naprawdę nie zamierzam tak leżeć całe popołudnie. Po za tym umieram z głodu. Co na obiad?
Dymitr bez słowa wstał, biorąc mnie na ręce i zaczął nieść na górę. Nie lubiłam go takiego milczącego. Przypominał mi swoją postawę zamkniętego strażnika, który sam radzi sobie z problemami i nikogo do siebie nie dopuszcza. Jednak wystarczyło, że spojrzałam na jego czule uśmiechniętą twarz i oczy pełne miłości, a od razu gubiłam ten obraz wśród wspomnień naszych wspólnych chwil, sam na sam. Wtuliłam się mocniej w jego pierś, zarzucając mu ręce na kark.
- Kochanie, kuchnia jest w drugą stronę.- popatrzyła na drzwi, do których zmierzaliśmy.- Tam możemy iść później.- szepnęłam mu zmysłowym głosem, delikatnie zaczepiając jego ucho, czym wywołałam kolejny wybuch śmiechu.
- Roza wracamy!
Ukochany chwycił mnie za rękę i szybkim krokiem ruszył w stronę naszego domu. Po chwili znalazłam się w jego objęciach.
- Dymitr! Umiem jeszcze chodzić.- zaprotestowałam.
- Nie możesz się przemęczać, a tak będziemy szybciej.
- Ale jeśli nas zaatakują, nie będziesz miał jak się bronić.- wiedział, że mam rację, lecz nie obchodziło go to. Teraz liczyło się moje bezpieczeństwo.
Wtuliłam się mocno w pierś męża. Nie protestowałam więcej. Wiedziałam, że mnie obroni. Za nami zobaczyłam parę czerwonych oczu.
- Dymitr...- zadrżał mi głos.
- Mówiłem, że cię nie postawię.
- Za nami!
-Cholera!- zaklął.
Jednak postawił mnie przy drzewie i zasłonił własnym ciałem. Nim się obejrzałam strzyga leżała martwa.
Nagle na strażnika skoczył kolejny potwór. Bielikow przerzucił go sobie przez ramię, tak że przywalił mocno w ziemię. Jednak po chwili stanął i patrzył morderczym wzrokiem na mojego bohatera. Zaczął iść na lewo licząc, że zachęci go do okrążania się. Chyba narobiłam mu ochoty na ciepłą krew ciężarnej dampirki. Jednak mój ukochany nie zamierzał mnie zostawić i był gotowy na spotkanie z potworem. Gdy wampir zorientował się, że Bielikow nie odsłoni mnie, rzucił się na niego. Dymitr tylko na to czekał. Zaczęli walczyć. Strażnik nie zamierzał puścić go do mnie żywego, ale trafił na godnego przeciwnika. Strzyga musiała być już doświadczona. Kilka razy powaliła mojego męża, ale za każdym razem Dymitr natychmiast się podnosił. Co jakiś czas ostrze sztyletu drasnęło ciało przeciwnika. Po wielu minutach, które dla mnie były wiecznością, na ziemię padło martwe ciało.
- Roza!- Dymitr momentalnie był przy mnie i już po chwili niósł mnie do domu.
Postawił mnie dopiero w salonie. Następnie przytulił do siebie mocno. Czułam, jak powoli się uspokaja. Kiedy odprężył się całkowicie, odsunęłam się i obejrzałam go dokładnie. Na ręce i twarzy miał kilka zadrapań. Za to na nodze miał dość dużą ranę.
- Jesteś ranny.
- Nic mi nie jest.- uśmiechnął się.
- Siadaj!- wskazałam mu sofę.
Westchnął ciężko, ale więcej się nie sprzeciwiał. Ja w tym czasie poszłam do kuchni po apteczkę. Gdy wróciłam, Dymitr siedział już bez spodni. Pewnie uznał, że tak będzie mi wygodniej. Podeszłam i kucnęłam przed nim. Wyciągnęłam opatrunki i zaczęłam czyścić ranę.
- Umiem się opatrzyć.- chciał zabrać mi z rąk rzeczy.
- Siedź!- powiedziałam, trochę groźniej niż chciałam, aż strażnik się wzdrygnął. Więcej już się nie odezwał. Opatrzyłam tą i inne mniejsze rany. Nie chciałam, aż tak na niego syknąć, ale byłam zła. Nie do końca wiem na kogo. Może na strzygę, że nas zaatakowała, albo na Dymitra, że traktuje mnie jak dziecko. Rozumiem, że się o mnie martwi i troszczy, ale trochę przesadza. To robi się nie do wytrzymania.
Ale to chyba też nie to. Nie umiem się na niego gniewać. Jest moim światem i nie widzę swojego życia bez niego. W ogóle byłam wkurzona cała tą sytuacją.
Z zadowoleniem przeglądałam się swojemu dziełu.
- Byłeś bardzo dzielnym pacjentem, towarzyszu.- postanowiłam trochę rozluźnić atmosferę.- Nie martw się. Nikomu nie powiem o tym zwijaniu się z bólu.
- Jakim zwijaniu?!- oburzył się.- Nawet się nie skrzywiłem.
- Oczywiście kochanie.- droczyłam się z nim z sarkazmem.
Zauważyłam, że zachowuje dystans do mnie, więc usiadłam koło niego. Drgnął, jakby nie wiedział co zrobić. Chciał mnie przytulić, ale nie był pewny czy już się uspokoiłam.
- Strażniku Bielikow, czyżbyś nagle bał się własnej żony?- nie umiałam powstrzymać śmiechu. Przybliżyłam się do ukochanego i wtuliłam mocno. Dymitr objął mnie bez wahania, już pewniejszy.
- Roza, mówiłem ci kiedyś, że się ciebie boję. Tak dobrze mnie znasz. Przeraża mnie to.- mruknął mi do ucha.
- To co innego. Przepraszam, że tak krzyknęłam, ale ja też chcę czuć się potrzebna. Chcę się tobą opiekować. Nie jestem na tyle bezradna, żeby nic nie robić. Nie cierpię tego.
- Wiem skarbie.- pocałował mnie w czubek czoła.- po prostu się o was martwię.- uśmiechnął się i pogłaskał mój już porządnie zaokrąglony brzuch. Nie umiałam być na niego zła, on o tym wie.
- Kocham Cię mój szeryfie.
- Ja ciebie też, moja najpiękniejsza różyczko świata.
Próbowałam stłumić ziewnięcie, ale nie udało mi się. Oparłam się o pierś Dymitra.Dopiero teraz uświadomiłam sobie, jak bardzo męczący był ten dzień. Wtuliłam się mocniej w ukochanego.
Chwila! Przecież nawet nie jedliśmy obiadu.
- Która godzina?- spytałam sennym głosem.
- W pół do drugiej.- objął mnie mocniej.- Ale jeśli jesteś zmęczona, to zaniosę cię do sypialni.
- Nie.- zaprotestowałam. Spróbowałam się wyciągnąć lecz nie do końca mi to wyszło.- Tak też mi jest wygodnie. Ale szkoda dnia na spanie, skoro za kilka dni wracasz do służby.
- Wiesz, że jedno twoje słowo i zostanę w domu.
- Już chyba o tym rozmawialiśmy.- powoli się rozbudzałam.- Zostajesz przy Ozerze i kropka. Ja ciągle się z nim męczyłam w akademii. Teraz twoja kolej, towarzyszu.- Moje uszy rozpieścił cichy chichot.- A teraz pomóż mi wstać. Naprawdę nie zamierzam tak leżeć całe popołudnie. Po za tym umieram z głodu. Co na obiad?
Dymitr bez słowa wstał, biorąc mnie na ręce i zaczął nieść na górę. Nie lubiłam go takiego milczącego. Przypominał mi swoją postawę zamkniętego strażnika, który sam radzi sobie z problemami i nikogo do siebie nie dopuszcza. Jednak wystarczyło, że spojrzałam na jego czule uśmiechniętą twarz i oczy pełne miłości, a od razu gubiłam ten obraz wśród wspomnień naszych wspólnych chwil, sam na sam. Wtuliłam się mocniej w jego pierś, zarzucając mu ręce na kark.
- Kochanie, kuchnia jest w drugą stronę.- popatrzyła na drzwi, do których zmierzaliśmy.- Tam możemy iść później.- szepnęłam mu zmysłowym głosem, delikatnie zaczepiając jego ucho, czym wywołałam kolejny wybuch śmiechu.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
środa, 16 marca 2016
ROZDZIAŁ 78
Przez całą drogę do garażu ja i Dymitr nie odzywaliśmy się do siebie. Milczenie przerwałam dopiero w samochodzie.
- Co o tym myślisz?- popatrzyłam na kierowcę.
- Nie wiem Rose. To coś całkiem nowego, nieznanego nam. Trzeba uważać.
- Nie chcę się czepiać, ale my ciągle mamy do czynienia z takimi rzeczami.- oboje parsknęliśmy śmiechem.
- Masz rację.- powiedział przez śmiech.- Ale nie przeszkadza mi to. Życie z tobą jest bardzo ciekawe.
- Lepiej patrz przed siebie, jeśli nie chcesz, żeby się skończyło.- uśmiechnęłam się do niego.- Zawsze też możemy się zamienić miejscami. Wtedy nasze życie nabierze obrotów.
- Ty lepiej zostań tu gdzie jesteś.- uśmiechnął się, gasząc mój zapał.
Dalej jechaliśmy w ciszy. Zapatrzyłam się za okno, rozmyślając nad tym wszystkim.
- Pamiętasz, że pojutrze idziemy na obiad do twojego ojca?- przypomniał mi ukochany.
- Tak i nie mogę się doczekać.
- A ta propozycja ma jakiś ukryty motyw?
- Jego propozycje zawsze mają ukryty motyw.- przypomniałam.- Ale tym razem to ja mam do niego sprawę. A raczej oczekuję wyjaśnień.-powiedziałam Dymitrowi o naszej krótkiej wymowie zdań w samolocie.
- Hymn... To ciekawe.- ukochany zatrzymał auto przed domem. Po chwili wysiadł, odszedł go i pomógł mi wyjść.
- Nie chce mi się jeszcze wracać. Może przejdziemy się na spacer? Jest taka ładna noc.- poprosiłam.
- Dobrze Roza.- chwycił moją dłoń, a nasze palce splotły się.- Dla ciebie wszystko kotku.
- Coraz to ciekawiej mnie nazywasz, towarzyszu.- uśmiech sam pojawił mi się na ustach. On sam nie mógł powstrzymać się od uniesienia kącików ust w górę.
Popatrzył na mnie swoimi czekoladowymi oczami z miłością. Nachylił się w moją stronę i musnął delikatnie wargami moje wargi. Wolną ręką obiło mnie w pasie i przyciągnął bliżej siebie, pogłębiając pocałunek. Rozpływałam się w niemej rozkoszy. Kiedy odsunął się ode mnie, wtuliłam się w jego rękę i ruszyliśmy przed siebie.
Noc naprawdę była piękna. Na niebie nie było ani jednej chmurki. Nasz dom znajdował się daleko od jakiegokolwiek wielkiego miasta, czy ważniejsze drogi. Nigdzie nie było świateł, mogących przyćmić blask gwiazd i księżyca.
Patrzyłam na Dymitra maślanym wzrokiem. W świetle księżyca wydawał się jeszcze bardziej boski. Cała jego postać błyszczała w srebrnej poświacie. W oczach widziałam blask tysięcy gwiazd, jakby te na niebie były tylko marnym odbiciem srebrnego pyłu w jego czarnych źrenicach. A jednocześnie w swojej postaci miał odrobinę mroku, dopełniającego ten obraz o szczyptę tajemniczości i niebezpieczeństwa. Ale i bez tego budził strach, w każdym kto stanie mu na drodze. A zwłaszcza, jeśli zagrażał osobą, które są dla niego ważne. Pamiętam, jak kiedyś powiedział mi, że kocha mnie tak bardzo, że to aż boli. Obydwojgu nam sprawiało ból trzymanie się na odległość. W sumie powiedział mi wiele rzeczy, określających naszą relację. A ja wierzę w każde jego słowo, wypowiedziane z miłością i powagą. Oczywiście wolałam to pierwsze.
- Kocham Cię Roza.- objął mnie ramieniem.
- Wiem Dymitr.- westchnęłam.- Pomyśl, że za około siedem miesięcy będziemy rodzicami.
- Ciągle masz wątpliwości.- łatwo odgadł powód mojego zmartwienia.
- Moja matka była starsza, gdy się urodziłam, a mimo to oddała mnie.
- Ale nie miała wsparcia. Hej skarbie, pamiętaj, że zawsze masz przy sobie osoby, które Ci pomogą. Ja w pierwszej kolejności. Myślę, że na równi z Lissą. Każdy, dla kogo jesteś ważna. Nawet Adrian i Christian.
Dziwne, że poruszył temat Iwaszkowa. Właśnie, ciekawe co u niego? Ostatni raz widzieliśmy się w śnie, gdy zamieszkałam u ojca.
- Rose... słuchasz mnie?- przez moje myśli przedarł się głos ukochanego.
- Szczerze to nie. Zamyśliłam się. Co mówiłeś?
- Zastanawiam się czy magia Luny nie wpłynie jakoś na dzieci. Wiesz, specjalne moce, zdolności. Takie rzeczy...
- Tak, na przykład latanie, albo czytanie w myślach.- zaśmiałam się.
Jednak nie byłam pewna, czy to takie mało prawdopodobne. Helooł! Ja jestem w ciąży z dampirem. Dzieci w wersji superman? Czemu nie. W sumie po dzisiejszej rozmowie z gośćmi królowej, już chyba nic mnie nie zdziwi.
Dalej nie drążył tematu. Szliśmy powoli przez las w pobliżu naszego domu. Słychać było tylko szelest liści, poruszających się na wietrze. Niekiedy ciszę przerywało pohukiwanie sowy, lub inne odgłosy nocnego życia.
- Hej, a co się stało z Gwiazdką?- spytałam, bo miałam dość tej ciszy. Kocham go i chcę by zawsze był przy mnie. Ale to nie znaczy, że mamy się nie odzywać. A ja tak bardzo chciałam usłyszeć jego aksamitny głos z wspaniałym akcentem. Nie wiem czemu, ale potrzebny mi był ten dźwięk teraz.
- Jest w stajni na Dworze. Ma tam dobrą opiekę.
- Ona jest rasowa czy mieszaniec?
- Rasowa. Koń fryzyjski.- odparł z niekrytą dumą.- Nawet wygrałem z nią kilka zawodów.
- Przecież konie rasowe są bardzo drogie. I tak ci ją po prostu dali?
- Długo pracowałem w stajni, więc obniżyli mi cenę o połowę i później pracowałem charytatywnie. Nie dostawałem pieniędzy, do puki wartość mojej wykonanej pracy nie zrównała się z jej ceną.
- Musiałeś długo na nią zarabiać.
- To fakt, ale jest dla mnie ważna.- zatrzymał się i popatrzył na mnie z miłością.- A ja zawsze dbam i walczę o tych, którzy są dla mnie ważni.- mówiąc to pogłaskał mnie po policzku, zakładając mi jeden z moich niesfornych kosmyków za ucho.
Po długiej chwili patrzenia sobie w oczy, jego miękkie wargi znalazły się na moich ustach. Poczułam w podbrzuszu ciepło rozchodzące się po całym moim ciele.
- Co o tym myślisz?- popatrzyłam na kierowcę.
- Nie wiem Rose. To coś całkiem nowego, nieznanego nam. Trzeba uważać.
- Nie chcę się czepiać, ale my ciągle mamy do czynienia z takimi rzeczami.- oboje parsknęliśmy śmiechem.
- Masz rację.- powiedział przez śmiech.- Ale nie przeszkadza mi to. Życie z tobą jest bardzo ciekawe.
- Lepiej patrz przed siebie, jeśli nie chcesz, żeby się skończyło.- uśmiechnęłam się do niego.- Zawsze też możemy się zamienić miejscami. Wtedy nasze życie nabierze obrotów.
- Ty lepiej zostań tu gdzie jesteś.- uśmiechnął się, gasząc mój zapał.
Dalej jechaliśmy w ciszy. Zapatrzyłam się za okno, rozmyślając nad tym wszystkim.
- Pamiętasz, że pojutrze idziemy na obiad do twojego ojca?- przypomniał mi ukochany.
- Tak i nie mogę się doczekać.
- A ta propozycja ma jakiś ukryty motyw?
- Jego propozycje zawsze mają ukryty motyw.- przypomniałam.- Ale tym razem to ja mam do niego sprawę. A raczej oczekuję wyjaśnień.-powiedziałam Dymitrowi o naszej krótkiej wymowie zdań w samolocie.
- Hymn... To ciekawe.- ukochany zatrzymał auto przed domem. Po chwili wysiadł, odszedł go i pomógł mi wyjść.
- Nie chce mi się jeszcze wracać. Może przejdziemy się na spacer? Jest taka ładna noc.- poprosiłam.
- Dobrze Roza.- chwycił moją dłoń, a nasze palce splotły się.- Dla ciebie wszystko kotku.
- Coraz to ciekawiej mnie nazywasz, towarzyszu.- uśmiech sam pojawił mi się na ustach. On sam nie mógł powstrzymać się od uniesienia kącików ust w górę.
Popatrzył na mnie swoimi czekoladowymi oczami z miłością. Nachylił się w moją stronę i musnął delikatnie wargami moje wargi. Wolną ręką obiło mnie w pasie i przyciągnął bliżej siebie, pogłębiając pocałunek. Rozpływałam się w niemej rozkoszy. Kiedy odsunął się ode mnie, wtuliłam się w jego rękę i ruszyliśmy przed siebie.
Noc naprawdę była piękna. Na niebie nie było ani jednej chmurki. Nasz dom znajdował się daleko od jakiegokolwiek wielkiego miasta, czy ważniejsze drogi. Nigdzie nie było świateł, mogących przyćmić blask gwiazd i księżyca.
Patrzyłam na Dymitra maślanym wzrokiem. W świetle księżyca wydawał się jeszcze bardziej boski. Cała jego postać błyszczała w srebrnej poświacie. W oczach widziałam blask tysięcy gwiazd, jakby te na niebie były tylko marnym odbiciem srebrnego pyłu w jego czarnych źrenicach. A jednocześnie w swojej postaci miał odrobinę mroku, dopełniającego ten obraz o szczyptę tajemniczości i niebezpieczeństwa. Ale i bez tego budził strach, w każdym kto stanie mu na drodze. A zwłaszcza, jeśli zagrażał osobą, które są dla niego ważne. Pamiętam, jak kiedyś powiedział mi, że kocha mnie tak bardzo, że to aż boli. Obydwojgu nam sprawiało ból trzymanie się na odległość. W sumie powiedział mi wiele rzeczy, określających naszą relację. A ja wierzę w każde jego słowo, wypowiedziane z miłością i powagą. Oczywiście wolałam to pierwsze.
- Kocham Cię Roza.- objął mnie ramieniem.
- Wiem Dymitr.- westchnęłam.- Pomyśl, że za około siedem miesięcy będziemy rodzicami.
- Ciągle masz wątpliwości.- łatwo odgadł powód mojego zmartwienia.
- Moja matka była starsza, gdy się urodziłam, a mimo to oddała mnie.
- Ale nie miała wsparcia. Hej skarbie, pamiętaj, że zawsze masz przy sobie osoby, które Ci pomogą. Ja w pierwszej kolejności. Myślę, że na równi z Lissą. Każdy, dla kogo jesteś ważna. Nawet Adrian i Christian.
Dziwne, że poruszył temat Iwaszkowa. Właśnie, ciekawe co u niego? Ostatni raz widzieliśmy się w śnie, gdy zamieszkałam u ojca.
- Rose... słuchasz mnie?- przez moje myśli przedarł się głos ukochanego.
- Szczerze to nie. Zamyśliłam się. Co mówiłeś?
- Zastanawiam się czy magia Luny nie wpłynie jakoś na dzieci. Wiesz, specjalne moce, zdolności. Takie rzeczy...
- Tak, na przykład latanie, albo czytanie w myślach.- zaśmiałam się.
Jednak nie byłam pewna, czy to takie mało prawdopodobne. Helooł! Ja jestem w ciąży z dampirem. Dzieci w wersji superman? Czemu nie. W sumie po dzisiejszej rozmowie z gośćmi królowej, już chyba nic mnie nie zdziwi.
Dalej nie drążył tematu. Szliśmy powoli przez las w pobliżu naszego domu. Słychać było tylko szelest liści, poruszających się na wietrze. Niekiedy ciszę przerywało pohukiwanie sowy, lub inne odgłosy nocnego życia.
- Hej, a co się stało z Gwiazdką?- spytałam, bo miałam dość tej ciszy. Kocham go i chcę by zawsze był przy mnie. Ale to nie znaczy, że mamy się nie odzywać. A ja tak bardzo chciałam usłyszeć jego aksamitny głos z wspaniałym akcentem. Nie wiem czemu, ale potrzebny mi był ten dźwięk teraz.
- Jest w stajni na Dworze. Ma tam dobrą opiekę.
- Ona jest rasowa czy mieszaniec?
- Rasowa. Koń fryzyjski.- odparł z niekrytą dumą.- Nawet wygrałem z nią kilka zawodów.
- Przecież konie rasowe są bardzo drogie. I tak ci ją po prostu dali?
- Długo pracowałem w stajni, więc obniżyli mi cenę o połowę i później pracowałem charytatywnie. Nie dostawałem pieniędzy, do puki wartość mojej wykonanej pracy nie zrównała się z jej ceną.
- Musiałeś długo na nią zarabiać.
- To fakt, ale jest dla mnie ważna.- zatrzymał się i popatrzył na mnie z miłością.- A ja zawsze dbam i walczę o tych, którzy są dla mnie ważni.- mówiąc to pogłaskał mnie po policzku, zakładając mi jeden z moich niesfornych kosmyków za ucho.
Po długiej chwili patrzenia sobie w oczy, jego miękkie wargi znalazły się na moich ustach. Poczułam w podbrzuszu ciepło rozchodzące się po całym moim ciele.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
wtorek, 15 marca 2016
ROZDZIAŁ 77
Przez następne dwie godziny rozmawialiśmy z gośćmi o naszych światach i ewentualnej współpracy. W prawdzie nie znam się na polityce, ale Lissa zawsze mogła liczyć na moją radę.
- Bardzo dziękujemy za ciepłe powitanie i jeszcze raz przepraszamy za zamieszanie.- zaczęły żegnać się czarownice.- O wschodzie słońca prześlemy tu pierwszy oddział do naprawy. Jeśli będziemy pracować codziennie, za trzy dni nie będzie śladu po walce.
- To my dziękujemy za chęć pomocy. Może przygotować paniom pokoje?- moja przyjaciółka jest idealną królową.
- Nie trzeba. Musimy jeszcze wrócić i przygotować inne członkinie naszego zbioru.
- W takim razie, życzymy szczęśliwej podróży.- kobiety zaczęły kierować się do wyjścia.
- Moment.- może nie znam się na polityce, ale dzięki Abe poznałam podstawy dobrych interesów.- Jaką mamy gwarancję, że panie dotrzymają słowa?
- Nie ufasz nam?
- Nie ufam własnemu ojcu, a co dopiero kobietą, które znam dwie godziny. A mój ojciec to Ibrahim Mazur, nie wiem czy panie słyszały.
- Abe Mazur?!- nie ukrywały zdziwienia.
- Znają go panie?!- zdziwił się mój ukochany.
- Oczywiście.- potwierdziła kobieta w różowej sukni. Prawdopodobnie jest ona jakaś ich przywódczynią, ponieważ najczęściej się odzywała.- Prawdziwy człowiek interesu. I pani jest jego córką, tak? Ciekawe. Ale widać, że ma pani smykałkę do interesów. To jasne, że nie każdemu można ufać. Jednak czarownice dotrzymują obietnic. Ale dla pewności zostawimy zastaw.
Z torby wyjęła małe pudełko. Po chwili z szyi ściągnęła medalik, który miała ukryty pod ubraniem i włożyła go do pudełka.
- Jest to bardzo ważny element ubioru czarownicy. To on daje nam magię. Bez niego jesteśmy zwykłymi ludźmi. Poproszę o niego, gdy odbudowa zostanie zakończona. I dbaj o swoją strażniczkę. Nie jeden będzie ci jej zazdrościć, a wielu będzie chciało się jej pozbyć, ponieważ stoi im na drodze do ciebie.
- Dziękuję za radę. Będę o nią dbać.
Wszyscy pożegnaliśmy się z kobietami. Gdy zamknęły się za nimi drzwi, a Lissa upewniła się, że medalk został bezpiecznie schowany, moja przyjaciółka opadła zmęczona na sofę.
- Czarownice. Kto by pomyślał?- westchnęła, lekko zszokowana.
- Myślę, że teraz to mało istotne.- stanęłam nad nią z rękoma założonymi na piersi i czekam na wyjaśnienia.
- Masz rację.- spojrzała na Bielikowa z wyrzutem.- Dymitr. Miałeś jej tu nie przywozić.
- Nie miałem wyboru.- bronił się strażnik.- Inaczej sama by przyjechała.
- Liss. Czemu mi nie powiedziałaś?- nie ukrywałam żalu do przyjaciółki.
- Nie chciałam cię martwić. Nie wolno ci się denerwować.
- Bałam się o ciebie.- usiadłam obok niej. Po chwili przyłączył się do nas mój ukochany.- Pomyślałaś co bym zrobiła, gdyby coś ci się stało.
- Wiem, ale nic mi nie jest, a ty masz urlop. Nie możesz być przy mnie dwadzieścia cztery godziny na dobę. Są jeszcze inni strażnicy.
- Do tego byłam szkolna. Zawsze być czują i odpowiedzialną za ciebie.
- Rose, kocham Cię jak siostrę, za to, że zawsze można na ciebie liczyć. Ale dlatego wprowadziłam dekret dotyczący dampirów, żebyście też mieli prawo do prywatnego życia.
- Ale nie kosztem bezpieczeństwa morojów.- nie ustępowałam. Ona jednak tylko mnie przytuliła.
- Rose, dziękuję.
- Kocham cię blondyno.- uśmiechnęłam się.
- Hej, bo zacznę być zazdrosny.- w drzwiach stanął Christian.
- A co? Lissa nie poświęca ci tyle czasu ci kiedyś?
- Na pewno więcej niż tobie.
- Ale ja nie czuję się samotna.
- Ja też nie!
- Aha... Już ci wierzę. Liss,- zwróciłam się do przyjaciółki.- musisz zmienić grafik, bo twój zwierzaczek czuje się zaniedbany.
- Możecie przestać.- królowa przerwała naszą sprzeczkę.-Mamy ważniejsze rzeczy na głowie, niż wasze dziecinne kłótnie.
- Już dobrze. Uspokój się moja królewno.- Christian przytulił swoją dziewczynę.
- To my będziemy się zbierać.- powiedziałam, gdy zaczęli się delikatnie całować.- Jakbyś coś potrzebowała to dzwoń, nawet w środku nocy.
- Dobrze.- usłyszałam, pomiędzy cmokaniem coraz bardziej namiętnych pocałunków pary.
- I może przenieście się do sypialni. Tam będzie wam wygodniej.- zamknęłam za nami drzwi.
- Bardzo dziękujemy za ciepłe powitanie i jeszcze raz przepraszamy za zamieszanie.- zaczęły żegnać się czarownice.- O wschodzie słońca prześlemy tu pierwszy oddział do naprawy. Jeśli będziemy pracować codziennie, za trzy dni nie będzie śladu po walce.
- To my dziękujemy za chęć pomocy. Może przygotować paniom pokoje?- moja przyjaciółka jest idealną królową.
- Nie trzeba. Musimy jeszcze wrócić i przygotować inne członkinie naszego zbioru.
- W takim razie, życzymy szczęśliwej podróży.- kobiety zaczęły kierować się do wyjścia.
- Moment.- może nie znam się na polityce, ale dzięki Abe poznałam podstawy dobrych interesów.- Jaką mamy gwarancję, że panie dotrzymają słowa?
- Nie ufasz nam?
- Nie ufam własnemu ojcu, a co dopiero kobietą, które znam dwie godziny. A mój ojciec to Ibrahim Mazur, nie wiem czy panie słyszały.
- Abe Mazur?!- nie ukrywały zdziwienia.
- Znają go panie?!- zdziwił się mój ukochany.
- Oczywiście.- potwierdziła kobieta w różowej sukni. Prawdopodobnie jest ona jakaś ich przywódczynią, ponieważ najczęściej się odzywała.- Prawdziwy człowiek interesu. I pani jest jego córką, tak? Ciekawe. Ale widać, że ma pani smykałkę do interesów. To jasne, że nie każdemu można ufać. Jednak czarownice dotrzymują obietnic. Ale dla pewności zostawimy zastaw.
Z torby wyjęła małe pudełko. Po chwili z szyi ściągnęła medalik, który miała ukryty pod ubraniem i włożyła go do pudełka.
- Jest to bardzo ważny element ubioru czarownicy. To on daje nam magię. Bez niego jesteśmy zwykłymi ludźmi. Poproszę o niego, gdy odbudowa zostanie zakończona. I dbaj o swoją strażniczkę. Nie jeden będzie ci jej zazdrościć, a wielu będzie chciało się jej pozbyć, ponieważ stoi im na drodze do ciebie.
- Dziękuję za radę. Będę o nią dbać.
Wszyscy pożegnaliśmy się z kobietami. Gdy zamknęły się za nimi drzwi, a Lissa upewniła się, że medalk został bezpiecznie schowany, moja przyjaciółka opadła zmęczona na sofę.
- Czarownice. Kto by pomyślał?- westchnęła, lekko zszokowana.
- Myślę, że teraz to mało istotne.- stanęłam nad nią z rękoma założonymi na piersi i czekam na wyjaśnienia.
- Masz rację.- spojrzała na Bielikowa z wyrzutem.- Dymitr. Miałeś jej tu nie przywozić.
- Nie miałem wyboru.- bronił się strażnik.- Inaczej sama by przyjechała.
- Liss. Czemu mi nie powiedziałaś?- nie ukrywałam żalu do przyjaciółki.
- Nie chciałam cię martwić. Nie wolno ci się denerwować.
- Bałam się o ciebie.- usiadłam obok niej. Po chwili przyłączył się do nas mój ukochany.- Pomyślałaś co bym zrobiła, gdyby coś ci się stało.
- Wiem, ale nic mi nie jest, a ty masz urlop. Nie możesz być przy mnie dwadzieścia cztery godziny na dobę. Są jeszcze inni strażnicy.
- Do tego byłam szkolna. Zawsze być czują i odpowiedzialną za ciebie.
- Rose, kocham Cię jak siostrę, za to, że zawsze można na ciebie liczyć. Ale dlatego wprowadziłam dekret dotyczący dampirów, żebyście też mieli prawo do prywatnego życia.
- Ale nie kosztem bezpieczeństwa morojów.- nie ustępowałam. Ona jednak tylko mnie przytuliła.
- Rose, dziękuję.
- Kocham cię blondyno.- uśmiechnęłam się.
- Hej, bo zacznę być zazdrosny.- w drzwiach stanął Christian.
- A co? Lissa nie poświęca ci tyle czasu ci kiedyś?
- Na pewno więcej niż tobie.
- Ale ja nie czuję się samotna.
- Ja też nie!
- Aha... Już ci wierzę. Liss,- zwróciłam się do przyjaciółki.- musisz zmienić grafik, bo twój zwierzaczek czuje się zaniedbany.
- Możecie przestać.- królowa przerwała naszą sprzeczkę.-Mamy ważniejsze rzeczy na głowie, niż wasze dziecinne kłótnie.
- Już dobrze. Uspokój się moja królewno.- Christian przytulił swoją dziewczynę.
- To my będziemy się zbierać.- powiedziałam, gdy zaczęli się delikatnie całować.- Jakbyś coś potrzebowała to dzwoń, nawet w środku nocy.
- Dobrze.- usłyszałam, pomiędzy cmokaniem coraz bardziej namiętnych pocałunków pary.
- I może przenieście się do sypialni. Tam będzie wam wygodniej.- zamknęłam za nami drzwi.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
Subskrybuj:
Posty (Atom)