W sypialni postawił mnie na ziemi i wyszedł.
Zdziwiło mnie jego zachowanie. Wzruszyłam tylko ramionami i skierowałam się do łóżka. Może to tam poda mi obiad. Nagle przystanęłam, patrząc na turkusowy materiał na pościeli. Uznała bym go za jaką nową poduszkę, lub złożoną kołdrę, gdyby nie przyszyte do niego małe perełki i złoty łańcuszek. Po kilku minutach uświadomiłam sobie, że jest to jedna z moich sukienek. Co się ze mną dzieje? Jako strażniczka powinnam od razu kojarzyć fakty. Martwiło mnie, że coraz częściej łapię się na nieuwadze, którą mogłam przypłacić życiem swoim, a w najgorszym wypadku Lissy. Może to przez zmęczenie? Niewiele myśląc chwyciłam kieckę i poszłam do łazienki. Wzięłam szybki, ale dokładny prysznic. Tak jak liczyłam, orzeźwiająca woda obudziła mnie i moje czułe zmysły. Po wytarciu się do sucha założyłam sukienkę. Dostałam ją od wtedy jeszcze chłopaka, na jedną z randek. Była długa do ziemi, składająca się z ciemnego materiału przy ciele i kilku zwiewnych, tiulowych warstw. W pasie luźno zwisał złoty łańcuszek, miejscami przyszyty do tkaniny, tworząc wzór odwróconych łuków. Pod biustem i wzdłuż górnego brzegu sukienki przyczepione były, w równym rządku perełki. Całość trzymała się na cienkich ramiączkach z falbankami na szczycie. Na piersiach tiul był ciasno ściągnięty i jedna strona znikała pod drugą. Rozwiewały się dopiero od pasa w dół.
Rozpuściłam włosy, wysuszyłam i nasmarowałam różnymi kosmetykami. Dzięki temu stały się miękkie lśniące i ładnie pachniały. Mam nadzieję, że Dymitr też tak uzna. Spięłam je w ulubiony sposób męża. Na koniec makijaż (uznałam, że skoro mam urlop, mogę nałożyć trochę więcej perlistego cienia do oczu i różu na policzki) i perfumy. Jego ulubione. Specjalnie do nich dobrałam kosmetyki do włosów, tak żeby uzyskać zgodną kompozycję zapachów, współgrającą z wonią mojego ciała. Nie musiałam dużo używać. My dampiry mamy tak samo wrażliwe powonienie, jak wampiry. Wzięłam do serca uwagę Iwaszkowa o mocy zapachów z przed prawie roku. Wtedy, gdy prawie straciłam przyjaciół...
Odepchnęłam od siebie ponure myśli, zakładając na rękę czotki, znak strażnika rodziny Dragomir, i wróciłam do sypialni. Kąpiel zajęła mi pół godziny. Ale zanim zeszłam na dół, z szuflady wyjęłam medalion od Dymitra, podarowany mi na naszą rocznicę i zapięłam na szyi. Na końcu znalazłam kopertówkę pasującą do sukienki i spakowałam w nią komórkę i sztylet. Domyśliłam się, że dziś jemy po za domem.
Gdy upewniłam się, że jestem gotowa, zeszłam na dół. Jednak nic nie wskazywało na obecność mojego ukochanego. Żadnego odgłosu.
Cisza.
Nagle poczułam znajomy zapach mojego uosobienie ideału mężczyzny. A raczej jego wody kolońskiej. W tym samym momencie po biodrach zaczęły jeździć mi silne dłonie.
- Ładnie pachniesz.- Dymitr zaciągnął się mieszanką moich trzech zapachów. Jęknęłam z żalu, kiedy puścił mnie i odwrócił w swoją stronę. Ale nie zwrócił na to uwagi, zajęty podziwianiem mnie.- I jeszcze lepiej wyglądasz. Nie da się tego opisać... Po prostu bogini w pełnej okazałości.- jego oczy błyszczały podziwem i pożądaniem. Nagle padł przede mną na kolana, całując moje dłonie.- Moja własna bogini, którą pragnę wystawiać na każdym kroku i przez całe życie.
Sam nie wyglądał gorzej. Bogini musi mieć swojego boga. Mój właśnie klęczał przede mną w białych spodniach i niebieskiej koszuli. Ubrał się kolorystycznie do mojej sukienki. Uznałam, że trzeba podziękować królowej za służących, którzy opiekowali się domem pod naszą nieobecności. Gdyby nie oni, na kolanach ukochanego już gościły by czarne plamy. O czym ja myślę?! Mam osiemnaście lat i zamieniam się w kurę domową.
Po chwili mój mąż podniósł się i pocałował mnie tak namiętnie, że za kręciło mi się w głowie. Gdyby mnie nie podtrzymał, upadłabym. Nie wiem ile tak staliśmy złączeni w pocałunku. Dla mnie mogło to trwać nawet cały dzień.
Gdy byłam w stanie ustać na nogach złapał mnie za dłoń. Grzecznie poszłam za nim na dwór. To co, a raczej kogo zobaczyłam wprawiło mnie w zdziwienie.
- Witaj pani Bielikow.- uśmiech zagościł na dobrze znanej mi twarzy.
- Sid?! Co ty tu robisz?- przytuliłam przyjaciółkę.
- Z kilkoma innymi alchemikami zostaliśmy wezwani do tej sprawy na Dworze.- uśmiechnęła się słabo.- Mam nadzieję, że to nie doda nam obowiązków. I tak trudno chronić waszą tajemnice. Wiecie ile jest takich Rose, które biegają po mieście i zabijają strzygi, nie myśląc co by było gdyby ktoś znalazł ciała? Choć trzeba przyznać, że po dekrecie dotyczącym dampirów, znacząco zmniejszyła się ich ilość.
- Ok, a tutaj jesteś dlatego, że...?
- Zaprosiłem ja.- od tyłu przytulił mnie ukochany, który przez czas naszej małej wymiany zdań zamykał drzwi.- Jest dzisiaj naszym szoferem.
- Czyli, że chcesz dzisiaj zaszaleć?- pocałowałam go w policzek.
- Kieliszek, czy dwa wina nie zaszkodzą.- poprowadził mnie do samochodu. Usiedliśmy na tylnych siedzeniach, w czasie gdy Sydney odpaliła silnik. Siedzieliśmy mocno wtuleni, co jakiś czas szepcząc sobie słodkie słówka, za które dostawało się causa. Tak przeszły nam dwie godziny. Widać było, że Dymitr starannie wszystko przygotował. Inaczej pojechali byśmy do pierwszej lepszej restauracji.
Oglądałam z zaciekawieniem i podziwem wielkie budynki wielkiego miasta. Wszędzie było mnóstwo neonów i świecących witryn sklepowych. Zatrzymaliśmy się przy bardzo ekskluzywnej restauracji. Z Sydney umówiliśmy się za trzy godziny. Czyli, że to nie będzie krótki obiad. Ukochany wprowadził mnie przez drzwi i skierowaliśmy się do kelnerki. Po odszukaniu podanego nazwiska, zaprowadziła nas do stolika.
"Nasz los od zawsze zapisany był w gwiazdach. To one poprowadziły mnie do Ciebie mimo tylu przeciwności, spójrz. Jesteśmy tu. Razem. Ty i ja Roza. Na zawsze."
piątek, 18 marca 2016
ROZDZIAŁ 80
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
czwartek, 17 marca 2016
ROZDZIAŁ 79
Tą magiczną chwilę przerwał nam szelest. Dymitr też to usłyszał. Nagle zza drzewa wyskoczyła strzyga. Szybko wyciągnęłam sztylet z torebki, ale zanim zrobiłam jakikolwiek ruch, przeciwnik leżał martwy przed moim mężem.
- Roza wracamy!
Ukochany chwycił mnie za rękę i szybkim krokiem ruszył w stronę naszego domu. Po chwili znalazłam się w jego objęciach.
- Dymitr! Umiem jeszcze chodzić.- zaprotestowałam.
- Nie możesz się przemęczać, a tak będziemy szybciej.
- Ale jeśli nas zaatakują, nie będziesz miał jak się bronić.- wiedział, że mam rację, lecz nie obchodziło go to. Teraz liczyło się moje bezpieczeństwo.
Wtuliłam się mocno w pierś męża. Nie protestowałam więcej. Wiedziałam, że mnie obroni. Za nami zobaczyłam parę czerwonych oczu.
- Dymitr...- zadrżał mi głos.
- Mówiłem, że cię nie postawię.
- Za nami!
-Cholera!- zaklął.
Jednak postawił mnie przy drzewie i zasłonił własnym ciałem. Nim się obejrzałam strzyga leżała martwa.
Nagle na strażnika skoczył kolejny potwór. Bielikow przerzucił go sobie przez ramię, tak że przywalił mocno w ziemię. Jednak po chwili stanął i patrzył morderczym wzrokiem na mojego bohatera. Zaczął iść na lewo licząc, że zachęci go do okrążania się. Chyba narobiłam mu ochoty na ciepłą krew ciężarnej dampirki. Jednak mój ukochany nie zamierzał mnie zostawić i był gotowy na spotkanie z potworem. Gdy wampir zorientował się, że Bielikow nie odsłoni mnie, rzucił się na niego. Dymitr tylko na to czekał. Zaczęli walczyć. Strażnik nie zamierzał puścić go do mnie żywego, ale trafił na godnego przeciwnika. Strzyga musiała być już doświadczona. Kilka razy powaliła mojego męża, ale za każdym razem Dymitr natychmiast się podnosił. Co jakiś czas ostrze sztyletu drasnęło ciało przeciwnika. Po wielu minutach, które dla mnie były wiecznością, na ziemię padło martwe ciało.
- Roza!- Dymitr momentalnie był przy mnie i już po chwili niósł mnie do domu.
Postawił mnie dopiero w salonie. Następnie przytulił do siebie mocno. Czułam, jak powoli się uspokaja. Kiedy odprężył się całkowicie, odsunęłam się i obejrzałam go dokładnie. Na ręce i twarzy miał kilka zadrapań. Za to na nodze miał dość dużą ranę.
- Jesteś ranny.
- Nic mi nie jest.- uśmiechnął się.
- Siadaj!- wskazałam mu sofę.
Westchnął ciężko, ale więcej się nie sprzeciwiał. Ja w tym czasie poszłam do kuchni po apteczkę. Gdy wróciłam, Dymitr siedział już bez spodni. Pewnie uznał, że tak będzie mi wygodniej. Podeszłam i kucnęłam przed nim. Wyciągnęłam opatrunki i zaczęłam czyścić ranę.
- Umiem się opatrzyć.- chciał zabrać mi z rąk rzeczy.
- Siedź!- powiedziałam, trochę groźniej niż chciałam, aż strażnik się wzdrygnął. Więcej już się nie odezwał. Opatrzyłam tą i inne mniejsze rany. Nie chciałam, aż tak na niego syknąć, ale byłam zła. Nie do końca wiem na kogo. Może na strzygę, że nas zaatakowała, albo na Dymitra, że traktuje mnie jak dziecko. Rozumiem, że się o mnie martwi i troszczy, ale trochę przesadza. To robi się nie do wytrzymania.
Ale to chyba też nie to. Nie umiem się na niego gniewać. Jest moim światem i nie widzę swojego życia bez niego. W ogóle byłam wkurzona cała tą sytuacją.
Z zadowoleniem przeglądałam się swojemu dziełu.
- Byłeś bardzo dzielnym pacjentem, towarzyszu.- postanowiłam trochę rozluźnić atmosferę.- Nie martw się. Nikomu nie powiem o tym zwijaniu się z bólu.
- Jakim zwijaniu?!- oburzył się.- Nawet się nie skrzywiłem.
- Oczywiście kochanie.- droczyłam się z nim z sarkazmem.
Zauważyłam, że zachowuje dystans do mnie, więc usiadłam koło niego. Drgnął, jakby nie wiedział co zrobić. Chciał mnie przytulić, ale nie był pewny czy już się uspokoiłam.
- Strażniku Bielikow, czyżbyś nagle bał się własnej żony?- nie umiałam powstrzymać śmiechu. Przybliżyłam się do ukochanego i wtuliłam mocno. Dymitr objął mnie bez wahania, już pewniejszy.
- Roza, mówiłem ci kiedyś, że się ciebie boję. Tak dobrze mnie znasz. Przeraża mnie to.- mruknął mi do ucha.
- To co innego. Przepraszam, że tak krzyknęłam, ale ja też chcę czuć się potrzebna. Chcę się tobą opiekować. Nie jestem na tyle bezradna, żeby nic nie robić. Nie cierpię tego.
- Wiem skarbie.- pocałował mnie w czubek czoła.- po prostu się o was martwię.- uśmiechnął się i pogłaskał mój już porządnie zaokrąglony brzuch. Nie umiałam być na niego zła, on o tym wie.
- Kocham Cię mój szeryfie.
- Ja ciebie też, moja najpiękniejsza różyczko świata.
Próbowałam stłumić ziewnięcie, ale nie udało mi się. Oparłam się o pierś Dymitra.Dopiero teraz uświadomiłam sobie, jak bardzo męczący był ten dzień. Wtuliłam się mocniej w ukochanego.
Chwila! Przecież nawet nie jedliśmy obiadu.
- Która godzina?- spytałam sennym głosem.
- W pół do drugiej.- objął mnie mocniej.- Ale jeśli jesteś zmęczona, to zaniosę cię do sypialni.
- Nie.- zaprotestowałam. Spróbowałam się wyciągnąć lecz nie do końca mi to wyszło.- Tak też mi jest wygodnie. Ale szkoda dnia na spanie, skoro za kilka dni wracasz do służby.
- Wiesz, że jedno twoje słowo i zostanę w domu.
- Już chyba o tym rozmawialiśmy.- powoli się rozbudzałam.- Zostajesz przy Ozerze i kropka. Ja ciągle się z nim męczyłam w akademii. Teraz twoja kolej, towarzyszu.- Moje uszy rozpieścił cichy chichot.- A teraz pomóż mi wstać. Naprawdę nie zamierzam tak leżeć całe popołudnie. Po za tym umieram z głodu. Co na obiad?
Dymitr bez słowa wstał, biorąc mnie na ręce i zaczął nieść na górę. Nie lubiłam go takiego milczącego. Przypominał mi swoją postawę zamkniętego strażnika, który sam radzi sobie z problemami i nikogo do siebie nie dopuszcza. Jednak wystarczyło, że spojrzałam na jego czule uśmiechniętą twarz i oczy pełne miłości, a od razu gubiłam ten obraz wśród wspomnień naszych wspólnych chwil, sam na sam. Wtuliłam się mocniej w jego pierś, zarzucając mu ręce na kark.
- Kochanie, kuchnia jest w drugą stronę.- popatrzyła na drzwi, do których zmierzaliśmy.- Tam możemy iść później.- szepnęłam mu zmysłowym głosem, delikatnie zaczepiając jego ucho, czym wywołałam kolejny wybuch śmiechu.
- Roza wracamy!
Ukochany chwycił mnie za rękę i szybkim krokiem ruszył w stronę naszego domu. Po chwili znalazłam się w jego objęciach.
- Dymitr! Umiem jeszcze chodzić.- zaprotestowałam.
- Nie możesz się przemęczać, a tak będziemy szybciej.
- Ale jeśli nas zaatakują, nie będziesz miał jak się bronić.- wiedział, że mam rację, lecz nie obchodziło go to. Teraz liczyło się moje bezpieczeństwo.
Wtuliłam się mocno w pierś męża. Nie protestowałam więcej. Wiedziałam, że mnie obroni. Za nami zobaczyłam parę czerwonych oczu.
- Dymitr...- zadrżał mi głos.
- Mówiłem, że cię nie postawię.
- Za nami!
-Cholera!- zaklął.
Jednak postawił mnie przy drzewie i zasłonił własnym ciałem. Nim się obejrzałam strzyga leżała martwa.
Nagle na strażnika skoczył kolejny potwór. Bielikow przerzucił go sobie przez ramię, tak że przywalił mocno w ziemię. Jednak po chwili stanął i patrzył morderczym wzrokiem na mojego bohatera. Zaczął iść na lewo licząc, że zachęci go do okrążania się. Chyba narobiłam mu ochoty na ciepłą krew ciężarnej dampirki. Jednak mój ukochany nie zamierzał mnie zostawić i był gotowy na spotkanie z potworem. Gdy wampir zorientował się, że Bielikow nie odsłoni mnie, rzucił się na niego. Dymitr tylko na to czekał. Zaczęli walczyć. Strażnik nie zamierzał puścić go do mnie żywego, ale trafił na godnego przeciwnika. Strzyga musiała być już doświadczona. Kilka razy powaliła mojego męża, ale za każdym razem Dymitr natychmiast się podnosił. Co jakiś czas ostrze sztyletu drasnęło ciało przeciwnika. Po wielu minutach, które dla mnie były wiecznością, na ziemię padło martwe ciało.
- Roza!- Dymitr momentalnie był przy mnie i już po chwili niósł mnie do domu.
Postawił mnie dopiero w salonie. Następnie przytulił do siebie mocno. Czułam, jak powoli się uspokaja. Kiedy odprężył się całkowicie, odsunęłam się i obejrzałam go dokładnie. Na ręce i twarzy miał kilka zadrapań. Za to na nodze miał dość dużą ranę.
- Jesteś ranny.
- Nic mi nie jest.- uśmiechnął się.
- Siadaj!- wskazałam mu sofę.
Westchnął ciężko, ale więcej się nie sprzeciwiał. Ja w tym czasie poszłam do kuchni po apteczkę. Gdy wróciłam, Dymitr siedział już bez spodni. Pewnie uznał, że tak będzie mi wygodniej. Podeszłam i kucnęłam przed nim. Wyciągnęłam opatrunki i zaczęłam czyścić ranę.
- Umiem się opatrzyć.- chciał zabrać mi z rąk rzeczy.
- Siedź!- powiedziałam, trochę groźniej niż chciałam, aż strażnik się wzdrygnął. Więcej już się nie odezwał. Opatrzyłam tą i inne mniejsze rany. Nie chciałam, aż tak na niego syknąć, ale byłam zła. Nie do końca wiem na kogo. Może na strzygę, że nas zaatakowała, albo na Dymitra, że traktuje mnie jak dziecko. Rozumiem, że się o mnie martwi i troszczy, ale trochę przesadza. To robi się nie do wytrzymania.
Ale to chyba też nie to. Nie umiem się na niego gniewać. Jest moim światem i nie widzę swojego życia bez niego. W ogóle byłam wkurzona cała tą sytuacją.
Z zadowoleniem przeglądałam się swojemu dziełu.
- Byłeś bardzo dzielnym pacjentem, towarzyszu.- postanowiłam trochę rozluźnić atmosferę.- Nie martw się. Nikomu nie powiem o tym zwijaniu się z bólu.
- Jakim zwijaniu?!- oburzył się.- Nawet się nie skrzywiłem.
- Oczywiście kochanie.- droczyłam się z nim z sarkazmem.
Zauważyłam, że zachowuje dystans do mnie, więc usiadłam koło niego. Drgnął, jakby nie wiedział co zrobić. Chciał mnie przytulić, ale nie był pewny czy już się uspokoiłam.
- Strażniku Bielikow, czyżbyś nagle bał się własnej żony?- nie umiałam powstrzymać śmiechu. Przybliżyłam się do ukochanego i wtuliłam mocno. Dymitr objął mnie bez wahania, już pewniejszy.
- Roza, mówiłem ci kiedyś, że się ciebie boję. Tak dobrze mnie znasz. Przeraża mnie to.- mruknął mi do ucha.
- To co innego. Przepraszam, że tak krzyknęłam, ale ja też chcę czuć się potrzebna. Chcę się tobą opiekować. Nie jestem na tyle bezradna, żeby nic nie robić. Nie cierpię tego.
- Wiem skarbie.- pocałował mnie w czubek czoła.- po prostu się o was martwię.- uśmiechnął się i pogłaskał mój już porządnie zaokrąglony brzuch. Nie umiałam być na niego zła, on o tym wie.
- Kocham Cię mój szeryfie.
- Ja ciebie też, moja najpiękniejsza różyczko świata.
Próbowałam stłumić ziewnięcie, ale nie udało mi się. Oparłam się o pierś Dymitra.Dopiero teraz uświadomiłam sobie, jak bardzo męczący był ten dzień. Wtuliłam się mocniej w ukochanego.
Chwila! Przecież nawet nie jedliśmy obiadu.
- Która godzina?- spytałam sennym głosem.
- W pół do drugiej.- objął mnie mocniej.- Ale jeśli jesteś zmęczona, to zaniosę cię do sypialni.
- Nie.- zaprotestowałam. Spróbowałam się wyciągnąć lecz nie do końca mi to wyszło.- Tak też mi jest wygodnie. Ale szkoda dnia na spanie, skoro za kilka dni wracasz do służby.
- Wiesz, że jedno twoje słowo i zostanę w domu.
- Już chyba o tym rozmawialiśmy.- powoli się rozbudzałam.- Zostajesz przy Ozerze i kropka. Ja ciągle się z nim męczyłam w akademii. Teraz twoja kolej, towarzyszu.- Moje uszy rozpieścił cichy chichot.- A teraz pomóż mi wstać. Naprawdę nie zamierzam tak leżeć całe popołudnie. Po za tym umieram z głodu. Co na obiad?
Dymitr bez słowa wstał, biorąc mnie na ręce i zaczął nieść na górę. Nie lubiłam go takiego milczącego. Przypominał mi swoją postawę zamkniętego strażnika, który sam radzi sobie z problemami i nikogo do siebie nie dopuszcza. Jednak wystarczyło, że spojrzałam na jego czule uśmiechniętą twarz i oczy pełne miłości, a od razu gubiłam ten obraz wśród wspomnień naszych wspólnych chwil, sam na sam. Wtuliłam się mocniej w jego pierś, zarzucając mu ręce na kark.
- Kochanie, kuchnia jest w drugą stronę.- popatrzyła na drzwi, do których zmierzaliśmy.- Tam możemy iść później.- szepnęłam mu zmysłowym głosem, delikatnie zaczepiając jego ucho, czym wywołałam kolejny wybuch śmiechu.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
środa, 16 marca 2016
ROZDZIAŁ 78
Przez całą drogę do garażu ja i Dymitr nie odzywaliśmy się do siebie. Milczenie przerwałam dopiero w samochodzie.
- Co o tym myślisz?- popatrzyłam na kierowcę.
- Nie wiem Rose. To coś całkiem nowego, nieznanego nam. Trzeba uważać.
- Nie chcę się czepiać, ale my ciągle mamy do czynienia z takimi rzeczami.- oboje parsknęliśmy śmiechem.
- Masz rację.- powiedział przez śmiech.- Ale nie przeszkadza mi to. Życie z tobą jest bardzo ciekawe.
- Lepiej patrz przed siebie, jeśli nie chcesz, żeby się skończyło.- uśmiechnęłam się do niego.- Zawsze też możemy się zamienić miejscami. Wtedy nasze życie nabierze obrotów.
- Ty lepiej zostań tu gdzie jesteś.- uśmiechnął się, gasząc mój zapał.
Dalej jechaliśmy w ciszy. Zapatrzyłam się za okno, rozmyślając nad tym wszystkim.
- Pamiętasz, że pojutrze idziemy na obiad do twojego ojca?- przypomniał mi ukochany.
- Tak i nie mogę się doczekać.
- A ta propozycja ma jakiś ukryty motyw?
- Jego propozycje zawsze mają ukryty motyw.- przypomniałam.- Ale tym razem to ja mam do niego sprawę. A raczej oczekuję wyjaśnień.-powiedziałam Dymitrowi o naszej krótkiej wymowie zdań w samolocie.
- Hymn... To ciekawe.- ukochany zatrzymał auto przed domem. Po chwili wysiadł, odszedł go i pomógł mi wyjść.
- Nie chce mi się jeszcze wracać. Może przejdziemy się na spacer? Jest taka ładna noc.- poprosiłam.
- Dobrze Roza.- chwycił moją dłoń, a nasze palce splotły się.- Dla ciebie wszystko kotku.
- Coraz to ciekawiej mnie nazywasz, towarzyszu.- uśmiech sam pojawił mi się na ustach. On sam nie mógł powstrzymać się od uniesienia kącików ust w górę.
Popatrzył na mnie swoimi czekoladowymi oczami z miłością. Nachylił się w moją stronę i musnął delikatnie wargami moje wargi. Wolną ręką obiło mnie w pasie i przyciągnął bliżej siebie, pogłębiając pocałunek. Rozpływałam się w niemej rozkoszy. Kiedy odsunął się ode mnie, wtuliłam się w jego rękę i ruszyliśmy przed siebie.
Noc naprawdę była piękna. Na niebie nie było ani jednej chmurki. Nasz dom znajdował się daleko od jakiegokolwiek wielkiego miasta, czy ważniejsze drogi. Nigdzie nie było świateł, mogących przyćmić blask gwiazd i księżyca.
Patrzyłam na Dymitra maślanym wzrokiem. W świetle księżyca wydawał się jeszcze bardziej boski. Cała jego postać błyszczała w srebrnej poświacie. W oczach widziałam blask tysięcy gwiazd, jakby te na niebie były tylko marnym odbiciem srebrnego pyłu w jego czarnych źrenicach. A jednocześnie w swojej postaci miał odrobinę mroku, dopełniającego ten obraz o szczyptę tajemniczości i niebezpieczeństwa. Ale i bez tego budził strach, w każdym kto stanie mu na drodze. A zwłaszcza, jeśli zagrażał osobą, które są dla niego ważne. Pamiętam, jak kiedyś powiedział mi, że kocha mnie tak bardzo, że to aż boli. Obydwojgu nam sprawiało ból trzymanie się na odległość. W sumie powiedział mi wiele rzeczy, określających naszą relację. A ja wierzę w każde jego słowo, wypowiedziane z miłością i powagą. Oczywiście wolałam to pierwsze.
- Kocham Cię Roza.- objął mnie ramieniem.
- Wiem Dymitr.- westchnęłam.- Pomyśl, że za około siedem miesięcy będziemy rodzicami.
- Ciągle masz wątpliwości.- łatwo odgadł powód mojego zmartwienia.
- Moja matka była starsza, gdy się urodziłam, a mimo to oddała mnie.
- Ale nie miała wsparcia. Hej skarbie, pamiętaj, że zawsze masz przy sobie osoby, które Ci pomogą. Ja w pierwszej kolejności. Myślę, że na równi z Lissą. Każdy, dla kogo jesteś ważna. Nawet Adrian i Christian.
Dziwne, że poruszył temat Iwaszkowa. Właśnie, ciekawe co u niego? Ostatni raz widzieliśmy się w śnie, gdy zamieszkałam u ojca.
- Rose... słuchasz mnie?- przez moje myśli przedarł się głos ukochanego.
- Szczerze to nie. Zamyśliłam się. Co mówiłeś?
- Zastanawiam się czy magia Luny nie wpłynie jakoś na dzieci. Wiesz, specjalne moce, zdolności. Takie rzeczy...
- Tak, na przykład latanie, albo czytanie w myślach.- zaśmiałam się.
Jednak nie byłam pewna, czy to takie mało prawdopodobne. Helooł! Ja jestem w ciąży z dampirem. Dzieci w wersji superman? Czemu nie. W sumie po dzisiejszej rozmowie z gośćmi królowej, już chyba nic mnie nie zdziwi.
Dalej nie drążył tematu. Szliśmy powoli przez las w pobliżu naszego domu. Słychać było tylko szelest liści, poruszających się na wietrze. Niekiedy ciszę przerywało pohukiwanie sowy, lub inne odgłosy nocnego życia.
- Hej, a co się stało z Gwiazdką?- spytałam, bo miałam dość tej ciszy. Kocham go i chcę by zawsze był przy mnie. Ale to nie znaczy, że mamy się nie odzywać. A ja tak bardzo chciałam usłyszeć jego aksamitny głos z wspaniałym akcentem. Nie wiem czemu, ale potrzebny mi był ten dźwięk teraz.
- Jest w stajni na Dworze. Ma tam dobrą opiekę.
- Ona jest rasowa czy mieszaniec?
- Rasowa. Koń fryzyjski.- odparł z niekrytą dumą.- Nawet wygrałem z nią kilka zawodów.
- Przecież konie rasowe są bardzo drogie. I tak ci ją po prostu dali?
- Długo pracowałem w stajni, więc obniżyli mi cenę o połowę i później pracowałem charytatywnie. Nie dostawałem pieniędzy, do puki wartość mojej wykonanej pracy nie zrównała się z jej ceną.
- Musiałeś długo na nią zarabiać.
- To fakt, ale jest dla mnie ważna.- zatrzymał się i popatrzył na mnie z miłością.- A ja zawsze dbam i walczę o tych, którzy są dla mnie ważni.- mówiąc to pogłaskał mnie po policzku, zakładając mi jeden z moich niesfornych kosmyków za ucho.
Po długiej chwili patrzenia sobie w oczy, jego miękkie wargi znalazły się na moich ustach. Poczułam w podbrzuszu ciepło rozchodzące się po całym moim ciele.
- Co o tym myślisz?- popatrzyłam na kierowcę.
- Nie wiem Rose. To coś całkiem nowego, nieznanego nam. Trzeba uważać.
- Nie chcę się czepiać, ale my ciągle mamy do czynienia z takimi rzeczami.- oboje parsknęliśmy śmiechem.
- Masz rację.- powiedział przez śmiech.- Ale nie przeszkadza mi to. Życie z tobą jest bardzo ciekawe.
- Lepiej patrz przed siebie, jeśli nie chcesz, żeby się skończyło.- uśmiechnęłam się do niego.- Zawsze też możemy się zamienić miejscami. Wtedy nasze życie nabierze obrotów.
- Ty lepiej zostań tu gdzie jesteś.- uśmiechnął się, gasząc mój zapał.
Dalej jechaliśmy w ciszy. Zapatrzyłam się za okno, rozmyślając nad tym wszystkim.
- Pamiętasz, że pojutrze idziemy na obiad do twojego ojca?- przypomniał mi ukochany.
- Tak i nie mogę się doczekać.
- A ta propozycja ma jakiś ukryty motyw?
- Jego propozycje zawsze mają ukryty motyw.- przypomniałam.- Ale tym razem to ja mam do niego sprawę. A raczej oczekuję wyjaśnień.-powiedziałam Dymitrowi o naszej krótkiej wymowie zdań w samolocie.
- Hymn... To ciekawe.- ukochany zatrzymał auto przed domem. Po chwili wysiadł, odszedł go i pomógł mi wyjść.
- Nie chce mi się jeszcze wracać. Może przejdziemy się na spacer? Jest taka ładna noc.- poprosiłam.
- Dobrze Roza.- chwycił moją dłoń, a nasze palce splotły się.- Dla ciebie wszystko kotku.
- Coraz to ciekawiej mnie nazywasz, towarzyszu.- uśmiech sam pojawił mi się na ustach. On sam nie mógł powstrzymać się od uniesienia kącików ust w górę.
Popatrzył na mnie swoimi czekoladowymi oczami z miłością. Nachylił się w moją stronę i musnął delikatnie wargami moje wargi. Wolną ręką obiło mnie w pasie i przyciągnął bliżej siebie, pogłębiając pocałunek. Rozpływałam się w niemej rozkoszy. Kiedy odsunął się ode mnie, wtuliłam się w jego rękę i ruszyliśmy przed siebie.
Noc naprawdę była piękna. Na niebie nie było ani jednej chmurki. Nasz dom znajdował się daleko od jakiegokolwiek wielkiego miasta, czy ważniejsze drogi. Nigdzie nie było świateł, mogących przyćmić blask gwiazd i księżyca.
Patrzyłam na Dymitra maślanym wzrokiem. W świetle księżyca wydawał się jeszcze bardziej boski. Cała jego postać błyszczała w srebrnej poświacie. W oczach widziałam blask tysięcy gwiazd, jakby te na niebie były tylko marnym odbiciem srebrnego pyłu w jego czarnych źrenicach. A jednocześnie w swojej postaci miał odrobinę mroku, dopełniającego ten obraz o szczyptę tajemniczości i niebezpieczeństwa. Ale i bez tego budził strach, w każdym kto stanie mu na drodze. A zwłaszcza, jeśli zagrażał osobą, które są dla niego ważne. Pamiętam, jak kiedyś powiedział mi, że kocha mnie tak bardzo, że to aż boli. Obydwojgu nam sprawiało ból trzymanie się na odległość. W sumie powiedział mi wiele rzeczy, określających naszą relację. A ja wierzę w każde jego słowo, wypowiedziane z miłością i powagą. Oczywiście wolałam to pierwsze.
- Kocham Cię Roza.- objął mnie ramieniem.
- Wiem Dymitr.- westchnęłam.- Pomyśl, że za około siedem miesięcy będziemy rodzicami.
- Ciągle masz wątpliwości.- łatwo odgadł powód mojego zmartwienia.
- Moja matka była starsza, gdy się urodziłam, a mimo to oddała mnie.
- Ale nie miała wsparcia. Hej skarbie, pamiętaj, że zawsze masz przy sobie osoby, które Ci pomogą. Ja w pierwszej kolejności. Myślę, że na równi z Lissą. Każdy, dla kogo jesteś ważna. Nawet Adrian i Christian.
Dziwne, że poruszył temat Iwaszkowa. Właśnie, ciekawe co u niego? Ostatni raz widzieliśmy się w śnie, gdy zamieszkałam u ojca.
- Rose... słuchasz mnie?- przez moje myśli przedarł się głos ukochanego.
- Szczerze to nie. Zamyśliłam się. Co mówiłeś?
- Zastanawiam się czy magia Luny nie wpłynie jakoś na dzieci. Wiesz, specjalne moce, zdolności. Takie rzeczy...
- Tak, na przykład latanie, albo czytanie w myślach.- zaśmiałam się.
Jednak nie byłam pewna, czy to takie mało prawdopodobne. Helooł! Ja jestem w ciąży z dampirem. Dzieci w wersji superman? Czemu nie. W sumie po dzisiejszej rozmowie z gośćmi królowej, już chyba nic mnie nie zdziwi.
Dalej nie drążył tematu. Szliśmy powoli przez las w pobliżu naszego domu. Słychać było tylko szelest liści, poruszających się na wietrze. Niekiedy ciszę przerywało pohukiwanie sowy, lub inne odgłosy nocnego życia.
- Hej, a co się stało z Gwiazdką?- spytałam, bo miałam dość tej ciszy. Kocham go i chcę by zawsze był przy mnie. Ale to nie znaczy, że mamy się nie odzywać. A ja tak bardzo chciałam usłyszeć jego aksamitny głos z wspaniałym akcentem. Nie wiem czemu, ale potrzebny mi był ten dźwięk teraz.
- Jest w stajni na Dworze. Ma tam dobrą opiekę.
- Ona jest rasowa czy mieszaniec?
- Rasowa. Koń fryzyjski.- odparł z niekrytą dumą.- Nawet wygrałem z nią kilka zawodów.
- Przecież konie rasowe są bardzo drogie. I tak ci ją po prostu dali?
- Długo pracowałem w stajni, więc obniżyli mi cenę o połowę i później pracowałem charytatywnie. Nie dostawałem pieniędzy, do puki wartość mojej wykonanej pracy nie zrównała się z jej ceną.
- Musiałeś długo na nią zarabiać.
- To fakt, ale jest dla mnie ważna.- zatrzymał się i popatrzył na mnie z miłością.- A ja zawsze dbam i walczę o tych, którzy są dla mnie ważni.- mówiąc to pogłaskał mnie po policzku, zakładając mi jeden z moich niesfornych kosmyków za ucho.
Po długiej chwili patrzenia sobie w oczy, jego miękkie wargi znalazły się na moich ustach. Poczułam w podbrzuszu ciepło rozchodzące się po całym moim ciele.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
wtorek, 15 marca 2016
ROZDZIAŁ 77
Przez następne dwie godziny rozmawialiśmy z gośćmi o naszych światach i ewentualnej współpracy. W prawdzie nie znam się na polityce, ale Lissa zawsze mogła liczyć na moją radę.
- Bardzo dziękujemy za ciepłe powitanie i jeszcze raz przepraszamy za zamieszanie.- zaczęły żegnać się czarownice.- O wschodzie słońca prześlemy tu pierwszy oddział do naprawy. Jeśli będziemy pracować codziennie, za trzy dni nie będzie śladu po walce.
- To my dziękujemy za chęć pomocy. Może przygotować paniom pokoje?- moja przyjaciółka jest idealną królową.
- Nie trzeba. Musimy jeszcze wrócić i przygotować inne członkinie naszego zbioru.
- W takim razie, życzymy szczęśliwej podróży.- kobiety zaczęły kierować się do wyjścia.
- Moment.- może nie znam się na polityce, ale dzięki Abe poznałam podstawy dobrych interesów.- Jaką mamy gwarancję, że panie dotrzymają słowa?
- Nie ufasz nam?
- Nie ufam własnemu ojcu, a co dopiero kobietą, które znam dwie godziny. A mój ojciec to Ibrahim Mazur, nie wiem czy panie słyszały.
- Abe Mazur?!- nie ukrywały zdziwienia.
- Znają go panie?!- zdziwił się mój ukochany.
- Oczywiście.- potwierdziła kobieta w różowej sukni. Prawdopodobnie jest ona jakaś ich przywódczynią, ponieważ najczęściej się odzywała.- Prawdziwy człowiek interesu. I pani jest jego córką, tak? Ciekawe. Ale widać, że ma pani smykałkę do interesów. To jasne, że nie każdemu można ufać. Jednak czarownice dotrzymują obietnic. Ale dla pewności zostawimy zastaw.
Z torby wyjęła małe pudełko. Po chwili z szyi ściągnęła medalik, który miała ukryty pod ubraniem i włożyła go do pudełka.
- Jest to bardzo ważny element ubioru czarownicy. To on daje nam magię. Bez niego jesteśmy zwykłymi ludźmi. Poproszę o niego, gdy odbudowa zostanie zakończona. I dbaj o swoją strażniczkę. Nie jeden będzie ci jej zazdrościć, a wielu będzie chciało się jej pozbyć, ponieważ stoi im na drodze do ciebie.
- Dziękuję za radę. Będę o nią dbać.
Wszyscy pożegnaliśmy się z kobietami. Gdy zamknęły się za nimi drzwi, a Lissa upewniła się, że medalk został bezpiecznie schowany, moja przyjaciółka opadła zmęczona na sofę.
- Czarownice. Kto by pomyślał?- westchnęła, lekko zszokowana.
- Myślę, że teraz to mało istotne.- stanęłam nad nią z rękoma założonymi na piersi i czekam na wyjaśnienia.
- Masz rację.- spojrzała na Bielikowa z wyrzutem.- Dymitr. Miałeś jej tu nie przywozić.
- Nie miałem wyboru.- bronił się strażnik.- Inaczej sama by przyjechała.
- Liss. Czemu mi nie powiedziałaś?- nie ukrywałam żalu do przyjaciółki.
- Nie chciałam cię martwić. Nie wolno ci się denerwować.
- Bałam się o ciebie.- usiadłam obok niej. Po chwili przyłączył się do nas mój ukochany.- Pomyślałaś co bym zrobiła, gdyby coś ci się stało.
- Wiem, ale nic mi nie jest, a ty masz urlop. Nie możesz być przy mnie dwadzieścia cztery godziny na dobę. Są jeszcze inni strażnicy.
- Do tego byłam szkolna. Zawsze być czują i odpowiedzialną za ciebie.
- Rose, kocham Cię jak siostrę, za to, że zawsze można na ciebie liczyć. Ale dlatego wprowadziłam dekret dotyczący dampirów, żebyście też mieli prawo do prywatnego życia.
- Ale nie kosztem bezpieczeństwa morojów.- nie ustępowałam. Ona jednak tylko mnie przytuliła.
- Rose, dziękuję.
- Kocham cię blondyno.- uśmiechnęłam się.
- Hej, bo zacznę być zazdrosny.- w drzwiach stanął Christian.
- A co? Lissa nie poświęca ci tyle czasu ci kiedyś?
- Na pewno więcej niż tobie.
- Ale ja nie czuję się samotna.
- Ja też nie!
- Aha... Już ci wierzę. Liss,- zwróciłam się do przyjaciółki.- musisz zmienić grafik, bo twój zwierzaczek czuje się zaniedbany.
- Możecie przestać.- królowa przerwała naszą sprzeczkę.-Mamy ważniejsze rzeczy na głowie, niż wasze dziecinne kłótnie.
- Już dobrze. Uspokój się moja królewno.- Christian przytulił swoją dziewczynę.
- To my będziemy się zbierać.- powiedziałam, gdy zaczęli się delikatnie całować.- Jakbyś coś potrzebowała to dzwoń, nawet w środku nocy.
- Dobrze.- usłyszałam, pomiędzy cmokaniem coraz bardziej namiętnych pocałunków pary.
- I może przenieście się do sypialni. Tam będzie wam wygodniej.- zamknęłam za nami drzwi.
- Bardzo dziękujemy za ciepłe powitanie i jeszcze raz przepraszamy za zamieszanie.- zaczęły żegnać się czarownice.- O wschodzie słońca prześlemy tu pierwszy oddział do naprawy. Jeśli będziemy pracować codziennie, za trzy dni nie będzie śladu po walce.
- To my dziękujemy za chęć pomocy. Może przygotować paniom pokoje?- moja przyjaciółka jest idealną królową.
- Nie trzeba. Musimy jeszcze wrócić i przygotować inne członkinie naszego zbioru.
- W takim razie, życzymy szczęśliwej podróży.- kobiety zaczęły kierować się do wyjścia.
- Moment.- może nie znam się na polityce, ale dzięki Abe poznałam podstawy dobrych interesów.- Jaką mamy gwarancję, że panie dotrzymają słowa?
- Nie ufasz nam?
- Nie ufam własnemu ojcu, a co dopiero kobietą, które znam dwie godziny. A mój ojciec to Ibrahim Mazur, nie wiem czy panie słyszały.
- Abe Mazur?!- nie ukrywały zdziwienia.
- Znają go panie?!- zdziwił się mój ukochany.
- Oczywiście.- potwierdziła kobieta w różowej sukni. Prawdopodobnie jest ona jakaś ich przywódczynią, ponieważ najczęściej się odzywała.- Prawdziwy człowiek interesu. I pani jest jego córką, tak? Ciekawe. Ale widać, że ma pani smykałkę do interesów. To jasne, że nie każdemu można ufać. Jednak czarownice dotrzymują obietnic. Ale dla pewności zostawimy zastaw.
Z torby wyjęła małe pudełko. Po chwili z szyi ściągnęła medalik, który miała ukryty pod ubraniem i włożyła go do pudełka.
- Jest to bardzo ważny element ubioru czarownicy. To on daje nam magię. Bez niego jesteśmy zwykłymi ludźmi. Poproszę o niego, gdy odbudowa zostanie zakończona. I dbaj o swoją strażniczkę. Nie jeden będzie ci jej zazdrościć, a wielu będzie chciało się jej pozbyć, ponieważ stoi im na drodze do ciebie.
- Dziękuję za radę. Będę o nią dbać.
Wszyscy pożegnaliśmy się z kobietami. Gdy zamknęły się za nimi drzwi, a Lissa upewniła się, że medalk został bezpiecznie schowany, moja przyjaciółka opadła zmęczona na sofę.
- Czarownice. Kto by pomyślał?- westchnęła, lekko zszokowana.
- Myślę, że teraz to mało istotne.- stanęłam nad nią z rękoma założonymi na piersi i czekam na wyjaśnienia.
- Masz rację.- spojrzała na Bielikowa z wyrzutem.- Dymitr. Miałeś jej tu nie przywozić.
- Nie miałem wyboru.- bronił się strażnik.- Inaczej sama by przyjechała.
- Liss. Czemu mi nie powiedziałaś?- nie ukrywałam żalu do przyjaciółki.
- Nie chciałam cię martwić. Nie wolno ci się denerwować.
- Bałam się o ciebie.- usiadłam obok niej. Po chwili przyłączył się do nas mój ukochany.- Pomyślałaś co bym zrobiła, gdyby coś ci się stało.
- Wiem, ale nic mi nie jest, a ty masz urlop. Nie możesz być przy mnie dwadzieścia cztery godziny na dobę. Są jeszcze inni strażnicy.
- Do tego byłam szkolna. Zawsze być czują i odpowiedzialną za ciebie.
- Rose, kocham Cię jak siostrę, za to, że zawsze można na ciebie liczyć. Ale dlatego wprowadziłam dekret dotyczący dampirów, żebyście też mieli prawo do prywatnego życia.
- Ale nie kosztem bezpieczeństwa morojów.- nie ustępowałam. Ona jednak tylko mnie przytuliła.
- Rose, dziękuję.
- Kocham cię blondyno.- uśmiechnęłam się.
- Hej, bo zacznę być zazdrosny.- w drzwiach stanął Christian.
- A co? Lissa nie poświęca ci tyle czasu ci kiedyś?
- Na pewno więcej niż tobie.
- Ale ja nie czuję się samotna.
- Ja też nie!
- Aha... Już ci wierzę. Liss,- zwróciłam się do przyjaciółki.- musisz zmienić grafik, bo twój zwierzaczek czuje się zaniedbany.
- Możecie przestać.- królowa przerwała naszą sprzeczkę.-Mamy ważniejsze rzeczy na głowie, niż wasze dziecinne kłótnie.
- Już dobrze. Uspokój się moja królewno.- Christian przytulił swoją dziewczynę.
- To my będziemy się zbierać.- powiedziałam, gdy zaczęli się delikatnie całować.- Jakbyś coś potrzebowała to dzwoń, nawet w środku nocy.
- Dobrze.- usłyszałam, pomiędzy cmokaniem coraz bardziej namiętnych pocałunków pary.
- I może przenieście się do sypialni. Tam będzie wam wygodniej.- zamknęłam za nami drzwi.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
poniedziałek, 14 marca 2016
ROZDZIAŁ 76
Wróciłam, tak jak obiecałam. Mam nadzieję, że w wielkim stylu. Dziękuję za cierpliwość.
________________________________________________
Wszędzie walały się kamienie i kawałki drzew. Dostrzegałam kilka posągów wielkich władców, a raczej to co z nich zostało. Naliczyłam osiem kamiennych głów z dumnymi minami. Co tu się długo rozpisywać? Cały Dwór wyglądał jak pobojowisko. Jednak ucierpiały tylko niektóre budynki gospodarcze. Połowa spa, zniszczone biuro. Ale mieszkania stały nietknięte.
- Dymitr.- powiedziałam, kiedy odzyskałam głos. Jednak szybko zaczęłam go podnosić.- Co tu się, do jasnej cholery, stało?!
- Rose. Uspokój się. Nie wolno ci się denerwować.
- Jak mam się uspokoić, jeśli najbezpieczniejsza i najlepiej chroniona siedziba królowej wygląda jak po bombardowaniu?!
- Najważniejsze, że nic się nikomu nie stało.- skąd on ma tyle spokoju. Ja aż się trzęsłam ze złości. Ale na kogo? Na Lissę, że mi nie powiedziała? Na Dymitra? A może na siebie, że zostawiłam królową jak widać, bez odpowiedniej opieki. Chociaż, czy ja umiałabym ją przed tym uchronić?
Mój mąż zaparkował w garażu, a ja szybko wyskoczyłam z auta i pognałam do sali tronowej. Słyszałam krzyki ukochanego, ale nie zatrzymałam się. Nic do mnie nie docierało, a w głowie dudniła mi jedna myśl. "Oni są najważniejsi". Teraz najważniejsza była moja przyjaciółka.
Wparowałam do sali tronowej. Jako główna strażniczka królowej, mogłam wchodzić do wszystkich pomieszczeń w pałacu, bez zbędnego tłumaczenia się innym dampirom na służbie. Jednak tron był pusty. Już trochę spokojniejsza weszłam do pomieszczenia obok. To tutaj władcy zazwyczaj prowadzili rozmowy z osobami prywatnymi lub delegatami z innych krajów. Odetchnęłam z ulgą, kiedy ją zobaczyłam. Za mną, do pomieszczenia wpadł Dymitr.
- Przepraszam Waszą Wysokość, że przeszkadzamy.- ukłonił się nisko. Poszłam w jego ślady.
- Nic nie szkodzi strażniku Bielikow.- odpowiedziała królowa. Miała na sobie długą zieloną suknię, tą samą co na koronacji. W czasie, gdy przyjmowała gości, nie zwracała uwagi Dymitrowi, że ma do niej mówić po imieniu. A teraz miała gości. Były to trzy kobiety w krótkich, kręconych włosach i długich, jaskrawych sukniach. Zajęły miejsce na sofie, naprzeciwko Lissy. Ta która siedziała po lewej stronie, była ubrana na różowo, ta po prawej na niebiesko, a na środku siedziała kobieta w zielonej sukni. Wyglądały na jakieś 30 lat.
- Jesteśmy o wiele starsze niż myślisz, Rosemarie.- odezwała się kobieta po środku.
- Jak... skąd pani wie..?- w końcu wydobyłam z siebie głos, ale za wiele nie powiedziałam. Od samego początku czułam dziwną moc, bijącą od nich.
- Spokojnie Rose.- powiedziała morojka. Następnie zwróciła się do gości.- Nie będzie wam przeszkadzać jeśli oni zostaną. Rose jest moją najlepszą przyjaciółką, a Dymitr też jest ważną częścią naszej rodziny.
- Oczywiście, że nie.- uśmiechnęły się przyjaźnie. Razem z ukochanym zajęliśmy miejsca obok królowej.- Tak jak mówiłam, jest nam bardzo przykro za ten bałagan.- kobieta z lewej wskazała na okno. "A więc to one były odpowiedzialne za wszystkie zniszczenia!" pomyślałam. Kiedyś pewnie już bym wrzeszczała na o co chodzi. Ale zmieniłam się.
- Nie wiedziałyśmy, że tu coś jest.- dodała nieznajoma w zielonej sukni.- W prawdzie walka miała się odbyć daleko stąd, ale czarownice z drugiej strony gór poniosło i znaleźliśmy się tutaj.
- Chwila.- tym razem nie umiałam się opanować.- Powiedziała pani "Czarownice"?
- Tak. My też jesteśmy czarownicami.
- Nie wiedziałem o istnieniu czarownic.- odezwał się mój mąż.
- My też dopiero teraz dowiedziałyśmy się o wampirach.
________________________________________________
Wszędzie walały się kamienie i kawałki drzew. Dostrzegałam kilka posągów wielkich władców, a raczej to co z nich zostało. Naliczyłam osiem kamiennych głów z dumnymi minami. Co tu się długo rozpisywać? Cały Dwór wyglądał jak pobojowisko. Jednak ucierpiały tylko niektóre budynki gospodarcze. Połowa spa, zniszczone biuro. Ale mieszkania stały nietknięte.
- Dymitr.- powiedziałam, kiedy odzyskałam głos. Jednak szybko zaczęłam go podnosić.- Co tu się, do jasnej cholery, stało?!
- Rose. Uspokój się. Nie wolno ci się denerwować.
- Jak mam się uspokoić, jeśli najbezpieczniejsza i najlepiej chroniona siedziba królowej wygląda jak po bombardowaniu?!
- Najważniejsze, że nic się nikomu nie stało.- skąd on ma tyle spokoju. Ja aż się trzęsłam ze złości. Ale na kogo? Na Lissę, że mi nie powiedziała? Na Dymitra? A może na siebie, że zostawiłam królową jak widać, bez odpowiedniej opieki. Chociaż, czy ja umiałabym ją przed tym uchronić?
Mój mąż zaparkował w garażu, a ja szybko wyskoczyłam z auta i pognałam do sali tronowej. Słyszałam krzyki ukochanego, ale nie zatrzymałam się. Nic do mnie nie docierało, a w głowie dudniła mi jedna myśl. "Oni są najważniejsi". Teraz najważniejsza była moja przyjaciółka.
Wparowałam do sali tronowej. Jako główna strażniczka królowej, mogłam wchodzić do wszystkich pomieszczeń w pałacu, bez zbędnego tłumaczenia się innym dampirom na służbie. Jednak tron był pusty. Już trochę spokojniejsza weszłam do pomieszczenia obok. To tutaj władcy zazwyczaj prowadzili rozmowy z osobami prywatnymi lub delegatami z innych krajów. Odetchnęłam z ulgą, kiedy ją zobaczyłam. Za mną, do pomieszczenia wpadł Dymitr.
- Przepraszam Waszą Wysokość, że przeszkadzamy.- ukłonił się nisko. Poszłam w jego ślady.
- Nic nie szkodzi strażniku Bielikow.- odpowiedziała królowa. Miała na sobie długą zieloną suknię, tą samą co na koronacji. W czasie, gdy przyjmowała gości, nie zwracała uwagi Dymitrowi, że ma do niej mówić po imieniu. A teraz miała gości. Były to trzy kobiety w krótkich, kręconych włosach i długich, jaskrawych sukniach. Zajęły miejsce na sofie, naprzeciwko Lissy. Ta która siedziała po lewej stronie, była ubrana na różowo, ta po prawej na niebiesko, a na środku siedziała kobieta w zielonej sukni. Wyglądały na jakieś 30 lat.
- Jesteśmy o wiele starsze niż myślisz, Rosemarie.- odezwała się kobieta po środku.
- Jak... skąd pani wie..?- w końcu wydobyłam z siebie głos, ale za wiele nie powiedziałam. Od samego początku czułam dziwną moc, bijącą od nich.
- Spokojnie Rose.- powiedziała morojka. Następnie zwróciła się do gości.- Nie będzie wam przeszkadzać jeśli oni zostaną. Rose jest moją najlepszą przyjaciółką, a Dymitr też jest ważną częścią naszej rodziny.
- Oczywiście, że nie.- uśmiechnęły się przyjaźnie. Razem z ukochanym zajęliśmy miejsca obok królowej.- Tak jak mówiłam, jest nam bardzo przykro za ten bałagan.- kobieta z lewej wskazała na okno. "A więc to one były odpowiedzialne za wszystkie zniszczenia!" pomyślałam. Kiedyś pewnie już bym wrzeszczała na o co chodzi. Ale zmieniłam się.
- Nie wiedziałyśmy, że tu coś jest.- dodała nieznajoma w zielonej sukni.- W prawdzie walka miała się odbyć daleko stąd, ale czarownice z drugiej strony gór poniosło i znaleźliśmy się tutaj.
- Chwila.- tym razem nie umiałam się opanować.- Powiedziała pani "Czarownice"?
- Tak. My też jesteśmy czarownicami.
- Nie wiedziałem o istnieniu czarownic.- odezwał się mój mąż.
- My też dopiero teraz dowiedziałyśmy się o wampirach.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
środa, 9 marca 2016
UWAGA!!
Niestety ze względu braku czasu i wielu lekcji ogłaszam że nowy rozdział pojawi się najprędzej w przyszłym tygodniu. :-( Bardzo mi przykro, ale mam nadzieję, że rozumiecie. Liceum to nie zabawa. Przepraszam was i proszę o wyrozumiałość.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
wtorek, 8 marca 2016
ROZDZIAŁ 75
Niechętnie wstałam i poszłam do łazienki. Wzięłam szybki prysznic, a potem dołączyłam do ukochanego przy szafie. Przypomniała mi się jedna z naszych rozmów podczas rocznicy. Wyciągnęłam fioletową sukienkę na ramiączkach, do kolan. Od pasa była rozszerzana. Ale to nie były zwykle ramiączka. A przodu wyglądały normalnie, ale z tyłu się krzyżowały. Ciekawe jak sobie z tym poradzi. Podeszłam do męża.
- Nie wiem jak ci poszło wczoraj, ale jeśli za pierwszym razem ubierzesz mnie dobrze, dostaniesz szóstkę.
Podałam mu materiał.
- A co w nagrodę?- uśmiechnął się cwanie.
- A satysfakcja ci nie wystarczy?
- O nie kochanie. Coś muszę dostać dodatkowo.
- No dobra. Jutro będzie niespodzianka. Jeśli ci się uda.- Byłam pewna, że nie da rady.
- A jak mi się nie uda?
- Pocałunek na pocieszenie.
- Przyjmuję wyzwanie.
Wziął ode mnie sukienkę i trochę się jej przyglądał, próbując zrozumieć jej mechanizm. Po kilku minutach podszedł i przełożył mi ją przez głowę. Podeszłam do dużego lustra w rogu pokoju.
Szlak!
Udało mu się. No i teraz będę musiała coś wymyślić dla niego.
- No dobra. To co to za niespodzianka?- spytał niecierpliwie Dymitr.
- Spokojnie towarzyszu, wszystko w swoim czasie.- uśmiechnęłam się.- A teraz idź zrobić śniadanie, a ja tu posprzątam.
- Dobrze Roza. Tylko się nie przemęczaj.- powiedział poważnie.
- Dymitr, kochanie poradzę sobie. Nie martw się tak o mnie. Wiesz, że jestem silna.
- Wiem Roza. I za to Cię kocham.- posłał mi swój czarodziejski uśmiech, od którego zmiękły mi kolana i zniknął za drzwiami. Powoli zbliżyłam się do łóżka, uspokajając moje serce, które zwiększyło obroty na wspomnienie tego, co się rano działo w pościeli. Podniosłam kołdrę z podłogi i zaczęłam ścielić nasze posłanie.
Kiedy skończyłam, zaszłam na dół, prowadzona ładnym zapachem. Na stole stały dwa talerze jajecznicy i oczywiście dwa pokrojone i posmarowane bochenki chleba.
Śniadanie spędziliśmy w miłej atmosferze, śmiejąc się i wspominając czasy z akademii.
- A pamiętasz, jak spóźniłam się na lekcję i kazałeś mi zrobić dwadzieścia okrążeń.- spytałam, zagryzając jajecznicę chlebem.
- Kochanie, ty zawsze się spóźniłaś. Podaj jakieś szczegóły.
- Co przyszedł nas oglądać Stan.
- A i ty wywróciłaś się na środku sali.
- Specjalnie ze mnie kpił ze mnie. Więc nie wytrzymałam i rzuciłam się na niego.
- A jego mina, gdy po dziesięciu minutach leżał przygwożdżony przez ciebie do maty?
- Bezcenna.- zaśmialiśmy się.
- Ale muszę się przyznać, że byłem wtedy zazdrosny. Szalenie zazdrosny. Chciałem choć raz znaleźć się na jego miejscu. Ale nie mogłem dać ci wygrać, a było mało prawdopodobne, że mnie pokonasz.
- Nie ładnie. Było mieć więcej wiary we mnie. A tak nie doceniłeś moich umiejętności i leżałeś na dziedzińcu.
- I wtedy czułem się spełniony. Jako twój mentor i ukochany.
I tak minęła nam reszta śniadania.
Po sprzątnięciu naczyń, ubrałam się cieplej, bo noce stawały się coraz chłodniejsze. Zbliżała się zima. Wyszliśmy z domu i usiedliśmy w samochodzie. Dymitr prowadził, a ja zajęłam miejsce obok niego. Na początku dalej było miło, ale czym bardziej zbliżaliśmy się do siedziby morojów, tym bardziej mój ukochany się spinał.
- To powiesz mi co się stało, czy po czekasz aż dostanę szoku na widok Dworu.
- Czemu miałabyś dostać szoku.- ukochany nie odbywał wzroku od drogi. A może unikał mojego?
- Ponieważ z każdą chwilą, robisz się coraz bardziej zdenerwowany. To jak będzie.
Westchnął cicho w geście rezygnacji.
- Dokładnie nie wiem co się stało. Nie umiem tego opisać. Sama musisz to zobaczyć.
Sama zaczęłam się denerwować.
- Czyli to nie atak strzyg?- spytałam niepewnie. Brałam pod uwagę, taką możliwość. Ale mina męża starczyła mi za odpowiedź.
- Nie. To coś o wiele potężniejsze.
- Robert?
- Nie wiem. Jeśli on to ktoś musi mu pomagać. Ale nawet on nie jest tak potężny.
Teraz to już byłam przerażona. Ktoś potężniejszy od strzyg, czy Roberta? W takim razie co się stało? Po co zaatakował Dwór? Mimowolnie spięłam się na myśl o kolejnym silnym wrogu.
- Spokojnie Roza.- Dymitr spojrzał na mnie czułe, lecz po chwili jego wzrok wrócił na drogę.- Nie pozwolę, żeby coś wam się stało.
Dojeżdżaliśmy do bramy. Już z daleka widziałam wstęgi dymu unoszące się nad Dworem. Jednak, kiedy w jechaliśmy na teren pałacu, zamarłam. W okół nas był krajobraz wojenny.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
poniedziałek, 7 marca 2016
ROZDZIAŁ 74
"A więc to był tylko sen.- pomyślałam.- To dobrze. Rzeczywistość jest przyjemniejsza."
- Dzień dobry, towarzyszu.- odwróciłam się do niego i pocałowałam namiętnie- Przerwałeś mi ładny sen.
- A co ci się śniło?
- Ty i ja z czasów akademii. Jakieś dwa miesiące po ataku strzyg, ale nie zostałeś przemieniony.- starałam się odpowiednio dobierać słowa, żeby nie posmutniał. Trochę już uporał się z tym czym był, ale to wciąż drażliwy temat.
- I jak było?- spytał, nie tracąc dobrego humoru.
Opowiedziałam cały sen z najmniejszymi szczegółami. Kiedy doszłam do wydarzeń z chatki w lesie, zaczął głaskać mnie po gołym biodrze.
- A ja niedobry przerwałem nam w takim momencie?- drażnił się ze mną, nie przestając się uśmiechać.
- Wiesz, nic straconego. Myślę, że tamten Dymitr się nie pogniewa, jeśli skończysz to, co on zaczął.
- Wole jednak zacząć od początku.
- Jak widzę zdążyłeś już zacząć wczoraj.- popatrzył na mnie zdziwiony.- No nie wiem jak u was w Rosji, ale u nas zaczyna się od rozbierania.
- Rozbiera się wieczorem, a teraz jest dzień.
- To co proponujesz?- przysunęłam się bliżej, o ile się dało.
- Dzień dobry, towarzyszu.- odwróciłam się do niego i pocałowałam namiętnie- Przerwałeś mi ładny sen.
- A co ci się śniło?
- Ty i ja z czasów akademii. Jakieś dwa miesiące po ataku strzyg, ale nie zostałeś przemieniony.- starałam się odpowiednio dobierać słowa, żeby nie posmutniał. Trochę już uporał się z tym czym był, ale to wciąż drażliwy temat.
- I jak było?- spytał, nie tracąc dobrego humoru.
Opowiedziałam cały sen z najmniejszymi szczegółami. Kiedy doszłam do wydarzeń z chatki w lesie, zaczął głaskać mnie po gołym biodrze.
- A ja niedobry przerwałem nam w takim momencie?- drażnił się ze mną, nie przestając się uśmiechać.
- Wiesz, nic straconego. Myślę, że tamten Dymitr się nie pogniewa, jeśli skończysz to, co on zaczął.
- Wole jednak zacząć od początku.
- Jak widzę zdążyłeś już zacząć wczoraj.- popatrzył na mnie zdziwiony.- No nie wiem jak u was w Rosji, ale u nas zaczyna się od rozbierania.
- Rozbiera się wieczorem, a teraz jest dzień.
- To co proponujesz?- przysunęłam się bliżej, o ile się dało.
Mój ukochany nie tracił czasu i wbił się mocno w moje wargi. Jednak tym razem był cierpliwy. Powoli obrócił mnie na plecy, nie odrywając się od całowania. Jego usta zaczęły schodzić niżej i niżej, aż zatrzymały się dłużej przy moich piersiach. Po kilku minutach schodził jeszcze niżej. Zrzucił kołdrę, która plątała mu się między nogami i zasłaniała moje nagie ciało, na podłogę. Następny przystanek zrobił sobie na moim brzuchu. Jednak zamiast wracać do ust, wybrał drogę poniżej linii pępka. Teraz całował podbrzusze, delikatnie rozchylając moje ugięte nogi. Co on kombinuje? Chyba nie chce...?!
Zanim zdążyłam się zastanowić nad jego zamiarem, poczułam w sobie jego język. Jęknęłam cicho ze strachu i rozkoszy. Z trudem łapałam powietrze, podczas jego zabawy. Nie wiem ile tam spędził, ale dla mnie to trwało wieki. W końcu chyba mu się znudziło, albo nie chciał przesadzić jak na pierwszy raz i tą drogą, którą przyszedł, tą samą wrócił. Gdy znalazł się na wysokości moich ust, gwałtownie wbiłam się w jego wargi. Czułam, że się zdziwił mojej reakcji, ale po chwili tonął w rozkoszy moich ust. Całowałam z całą namiętnością i podnieceniem, jakie przyniosła ni jego zabawa. A teraz czas na naszą wspólną zabawę. Dymitr nie przerywając pocałunku, znalazł się centralnie nade mną. Nasze ciała utonęły w sobie. Byliśmy jednością, którą mieliśmy zostać na wieczność.
Po wszystkim wtuliłam się w nagi tors Dymitra, dochodząc do siebie.
- Po raz kolejny zaskoczyłeś mnie, towarzyszu.
- Ty mnie też.- dotknął swoich warg, jakby wciąż czuł tam dotyk moich ust.- Cudownie całujesz.
- Ty też. Ale to co zrobiłeś... Jestem w szoku.
- Przesadziłem?- spytał. W jego oczach ujrzałam zmartwienie i troskę. Pocałowałam go namiętnie.
Zanim zdążyłam się zastanowić nad jego zamiarem, poczułam w sobie jego język. Jęknęłam cicho ze strachu i rozkoszy. Z trudem łapałam powietrze, podczas jego zabawy. Nie wiem ile tam spędził, ale dla mnie to trwało wieki. W końcu chyba mu się znudziło, albo nie chciał przesadzić jak na pierwszy raz i tą drogą, którą przyszedł, tą samą wrócił. Gdy znalazł się na wysokości moich ust, gwałtownie wbiłam się w jego wargi. Czułam, że się zdziwił mojej reakcji, ale po chwili tonął w rozkoszy moich ust. Całowałam z całą namiętnością i podnieceniem, jakie przyniosła ni jego zabawa. A teraz czas na naszą wspólną zabawę. Dymitr nie przerywając pocałunku, znalazł się centralnie nade mną. Nasze ciała utonęły w sobie. Byliśmy jednością, którą mieliśmy zostać na wieczność.
Po wszystkim wtuliłam się w nagi tors Dymitra, dochodząc do siebie.
- Po raz kolejny zaskoczyłeś mnie, towarzyszu.
- Ty mnie też.- dotknął swoich warg, jakby wciąż czuł tam dotyk moich ust.- Cudownie całujesz.
- Ty też. Ale to co zrobiłeś... Jestem w szoku.
- Przesadziłem?- spytał. W jego oczach ujrzałam zmartwienie i troskę. Pocałowałam go namiętnie.
- Nie. Było wspaniale. Przy tobie tracę poczucie rzeczywistości. Przenosisz mnie do pustki, gdzie liczymy się tylko ty i ja.
- Wiem o czym mówisz.- przytulił mnie mocniej do siebie.- Ja przy tobie mam to samo.
- Nigdy nie sądziłam, że sex może być tak przyjemny. No do naszego pierwszego razu.
- Ja też. To było niesamowite. Nie wiem czemu tak na mnie działasz, ale z tobą czuję, że mogę wszystko. Tylko bądź obok.
- Zawsze i wszędzie.
Zapadła długa cisza. Taka miła. Rozluźniająca atmosferę po takiej rozkoszy. Napawałam się zapachem jego ciała. Usłyszałam, że Dymitr wciąga głośno powietrze. Wąchał moje włosy. Parsknęłam śmiechem.
- Uważaj, bo się udusisz.
- Umrzeć w twoich ramionach od tego pięknego zapachu twoich włosów? Najlepsza śmierć.
- Ty! Wybieranie sobie sposobów na śmierć zostaw na baaardzo daleką przyszłość. Takie sto lat. A może w twoim przypadku dwieście? Nie wiem jak jest z wami bogami o wpływach u aniołów.
- Ty jesteś moim aniołem.- przyciągnął mnie jeszcze bliżej, choć byliśmy już naprawdę blisko i oplótł swoimi nogami moje tak, żebym nie mogła się ruszyć. Wtuliłam się bardziej w jego nagi tors.
- Spokojnie kochanie, już Ci nigdy nie ucieknę. Jesteś na mnie skazany dożywotnio.- zaśmiałam się.
- Jakoś to przeżyję. Kocham Cię Roza. Ten zwrot wydaje mi się za słaby.- zamyślił się.
- Powinieneś wiedzieć, że nie ma słów mogących wyrazić to co nas łączy. To jest za silne i zbyt nieziemskie na ludzki umysł, a co bardziej język. Jeszcze nikt nie wymyślił dla tej więzi nazwy.- na jego klatce piersiowej kreśliłam palcem jakiś skomplikowany wzór.
- Wiem Roza. To co powiedziałaś, było bardzo głębokie i mądre. Ja tiebia liubliu.
Nagle coś mi się przypomniało. Zamarłam przerażona tym co mogło się wydarzyć. Mój mąż to zauważył, ale uprzedziłam jego pytanie.
- Dymitr, bo ja zasnęła na twoich kolanach w samolocie. Kompletnie naga! Co się później stało.
- Spokojnie. To prawda zasnęłaś na moich kolanach. Byłaś taka piękna, urocza. Jak zawsze, kiedy spisz. Przez jakiś czas napawałem się twoim widokiem, bliskością. Ale po godzinie ubrałem cię i poradziłem obok. Po wylądowaniu wziąłem cię na ręce i wsadziłem do auta. Następnie pojechaliśmy na Dwór- lekko zawahał się przy ostatnim słowie.- odebrać nasz samochód i przywiozłem cię tutaj. Więcej chyba podpowie ci twoja wyobraźnia. .- ostatnie zdanie wyszeptał mi zmysłowo do ucha. Jednak nie zabiło mnie to z tropu. Ale nie powie mi jak zapytam w prost. Postanowiłam zagrać inaczej.
- Czyli nie muszę się bać, że Abe cię ukatrupi?- zaśmiałam się.
- Nie. Twój ojciec nic nie wie.
Nastała chwila ciszy.
- Chcę pojechać na Dwór.- odezwałam się w pewnej chwili.- Wiesz, przywitać z Lissą, sprawdzić czy dobrze się nią opiekowali.
- Nie potrzeba.- spiął się lekko- Była wczoraj nas przywitać i trzyma się fantastycznie.
"Trzyma się fantastycznie"? Dymitr nigdy by tak nie powiedział.
- Dobra. Masz trzy opcje. A) powiesz mi o co chodzi. B) Zawieziesz mnie na Dwór. C) Puścisz mnie tam samą.
- A ja mam D). Zjemy śniadanie i się rozpatrujemy.
- Dymitr, o co chodzi? Czemu nie chcesz mi powiedzieć? Lissa to moja przyjaciółka. Muszę wiedzieć co się stało.
- Rose spokojnie, to dla twojego dobra. Wie możesz się denerwować, a nikomu nic się nie stało. Wszytko jest w porządku.
- To czemu nie chcesz mi powiedzieć?
- Bo wiem jak zareagujesz.- on jak zawsze zachowywał stoicki spokój, podczas gdy we mnie wszystko się gotowało.
- Czyli,że coś się stało.
- Rose uspokój się. Dobrze.- westchnął zrezygnowany- Jeśli bardzo chcesz to cię tam zabiorę po śniadaniu.
- Ale...- zaczęłam protestować.
- Żadnego "ale".- przerwał mi.- Musisz coś zjeść. Przecież nie powiesz mi, że nie jesteście głodni.- uśmiechnął się, głaszcząc mój już lekko zaokrąglony brzuch.
Uległam. Wiedziałam, że nie odpuści. Był taki sam jak ja.
_______________________________________________
Mam nadzieję, że nie przesadziłam.
Mam jeszcze jeno małe ogłoszenie .
zapraszam na nowo powstałego bloga <kliknij>i pozdrawiam jego autorkę DayDance. No i oczywiście moich czytelników. Wszystkich razem i każdego z osobna. :-*
- Wiem o czym mówisz.- przytulił mnie mocniej do siebie.- Ja przy tobie mam to samo.
- Nigdy nie sądziłam, że sex może być tak przyjemny. No do naszego pierwszego razu.
- Ja też. To było niesamowite. Nie wiem czemu tak na mnie działasz, ale z tobą czuję, że mogę wszystko. Tylko bądź obok.
- Zawsze i wszędzie.
Zapadła długa cisza. Taka miła. Rozluźniająca atmosferę po takiej rozkoszy. Napawałam się zapachem jego ciała. Usłyszałam, że Dymitr wciąga głośno powietrze. Wąchał moje włosy. Parsknęłam śmiechem.
- Uważaj, bo się udusisz.
- Umrzeć w twoich ramionach od tego pięknego zapachu twoich włosów? Najlepsza śmierć.
- Ty! Wybieranie sobie sposobów na śmierć zostaw na baaardzo daleką przyszłość. Takie sto lat. A może w twoim przypadku dwieście? Nie wiem jak jest z wami bogami o wpływach u aniołów.
- Ty jesteś moim aniołem.- przyciągnął mnie jeszcze bliżej, choć byliśmy już naprawdę blisko i oplótł swoimi nogami moje tak, żebym nie mogła się ruszyć. Wtuliłam się bardziej w jego nagi tors.
- Spokojnie kochanie, już Ci nigdy nie ucieknę. Jesteś na mnie skazany dożywotnio.- zaśmiałam się.
- Jakoś to przeżyję. Kocham Cię Roza. Ten zwrot wydaje mi się za słaby.- zamyślił się.
- Powinieneś wiedzieć, że nie ma słów mogących wyrazić to co nas łączy. To jest za silne i zbyt nieziemskie na ludzki umysł, a co bardziej język. Jeszcze nikt nie wymyślił dla tej więzi nazwy.- na jego klatce piersiowej kreśliłam palcem jakiś skomplikowany wzór.
- Wiem Roza. To co powiedziałaś, było bardzo głębokie i mądre. Ja tiebia liubliu.
Nagle coś mi się przypomniało. Zamarłam przerażona tym co mogło się wydarzyć. Mój mąż to zauważył, ale uprzedziłam jego pytanie.
- Dymitr, bo ja zasnęła na twoich kolanach w samolocie. Kompletnie naga! Co się później stało.
- Spokojnie. To prawda zasnęłaś na moich kolanach. Byłaś taka piękna, urocza. Jak zawsze, kiedy spisz. Przez jakiś czas napawałem się twoim widokiem, bliskością. Ale po godzinie ubrałem cię i poradziłem obok. Po wylądowaniu wziąłem cię na ręce i wsadziłem do auta. Następnie pojechaliśmy na Dwór- lekko zawahał się przy ostatnim słowie.- odebrać nasz samochód i przywiozłem cię tutaj. Więcej chyba podpowie ci twoja wyobraźnia. .- ostatnie zdanie wyszeptał mi zmysłowo do ucha. Jednak nie zabiło mnie to z tropu. Ale nie powie mi jak zapytam w prost. Postanowiłam zagrać inaczej.
- Czyli nie muszę się bać, że Abe cię ukatrupi?- zaśmiałam się.
- Nie. Twój ojciec nic nie wie.
Nastała chwila ciszy.
- Chcę pojechać na Dwór.- odezwałam się w pewnej chwili.- Wiesz, przywitać z Lissą, sprawdzić czy dobrze się nią opiekowali.
- Nie potrzeba.- spiął się lekko- Była wczoraj nas przywitać i trzyma się fantastycznie.
"Trzyma się fantastycznie"? Dymitr nigdy by tak nie powiedział.
- Dobra. Masz trzy opcje. A) powiesz mi o co chodzi. B) Zawieziesz mnie na Dwór. C) Puścisz mnie tam samą.
- A ja mam D). Zjemy śniadanie i się rozpatrujemy.
- Dymitr, o co chodzi? Czemu nie chcesz mi powiedzieć? Lissa to moja przyjaciółka. Muszę wiedzieć co się stało.
- Rose spokojnie, to dla twojego dobra. Wie możesz się denerwować, a nikomu nic się nie stało. Wszytko jest w porządku.
- To czemu nie chcesz mi powiedzieć?
- Bo wiem jak zareagujesz.- on jak zawsze zachowywał stoicki spokój, podczas gdy we mnie wszystko się gotowało.
- Czyli,że coś się stało.
- Rose uspokój się. Dobrze.- westchnął zrezygnowany- Jeśli bardzo chcesz to cię tam zabiorę po śniadaniu.
- Ale...- zaczęłam protestować.
- Żadnego "ale".- przerwał mi.- Musisz coś zjeść. Przecież nie powiesz mi, że nie jesteście głodni.- uśmiechnął się, głaszcząc mój już lekko zaokrąglony brzuch.
Uległam. Wiedziałam, że nie odpuści. Był taki sam jak ja.
_______________________________________________
Mam nadzieję, że nie przesadziłam.
Mam jeszcze jeno małe ogłoszenie .
zapraszam na nowo powstałego bloga <kliknij>i pozdrawiam jego autorkę DayDance. No i oczywiście moich czytelników. Wszystkich razem i każdego z osobna. :-*
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
niedziela, 6 marca 2016
Dymitr
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
ROZDZIAŁ 73
Wparowałam wściekła na salę. Dymitra jeszcze nie było, co mnie zdziwiło. No tak. Przecież trening mamy za jakieś pół godziny. Postanowiłam na początku się rozgrzać, a potem wyżyć na worku treningowym. Zrobiłam dziesięć okrążeń w siedem minut. Mój nowy rekord. Przez kolejne osiem minut rozciągałam się. No to został mi jeszcze kwadrans do przyjścia mentora. Zaczęłam z całych sił walić w wór, jakby to on odpowiadał za mój gniew. Nie byłam zła, byłam wkurwiona. Na Lissę i Adriana, że nic mi nie powiedzieli. Na Jessego i Ralfa, że są dupkami. W sumie to teraz byłam zła na cały świat. No i oczywiście, na tą sukę Tatianę.
Zignorowałam ból w ręce, mimo że syknęłam. Nie obchodziło mnie nic po za workiem i moim gniewem. Wzięłam kolejny zamach, po którym na pewno zaboli mnie ręka i uderzyła bym w niego, gdyby ktoś nie złapał mnie za rękę. Instynktownie chciałam stanąć do walki z przeciwnikiem, ale zorientowałam, że jest nim Dymitra. Tak zajęłam się ćwiczeniami, że nie zauważyłam, kiedy wszedł. Przeklęłam siebie za nieostrożność. Chociaż, czy teraz ma to znaczenie?
- A rozgrzewka była.- spytał z uśmiechem mój mentor. Więc dziś miał dobry humor, w przeciwności do mnie.
Jednak gdy zobaczył jaką mam minę, po uśmiechu nie było śladu. W jego oczach zobaczyłam troskę.
Kiedy puścił moją rękę, przytuliłam się do niego. Poczułam, że lekko się spiął, ale objął mnie ramionami i zaczął głaskać po włosach. Poczułam pieczenie pod powiekami, ale nie płakałam.
- Roza, co się dzieje? Dlaczego jesteś zła?- w jego głosie słyszałam troskę i czułość. Martwił się o mnie.
- Nie jestem zła.- odsunęłam się od niego.- Jestem wściekła!- wykrzyknęłam i po raz dwudziesty uderzyłam w worek. Poczułam przeszywający ból w nadgarstku, tak że zginęłam się w pół, ściskając obolałą rękę.
Dymitr lekko pociągnął mnie do ławki i kazał pokazać rękę.
- Nic mi nie jest.- zaprotestowałam, ale i tak podałam mu dłoń.
Chwilę ją badał. Potem poszedł do pokoju nauczycieli i wrócił z workiem lodu. Przyłożył mi go do nadgarstka i przywiązał bandażem.
- To nic takiego, ale dzisiaj już ci wystarczy. To powiesz mi, co się stało?- usiadł koło mnie.
- Chodzi o Liss.
- Pokłóciłyście się?- dopytywał.
- Jeszcze nie. Ale po treningu mam zamiar porządnie z nią pogadać.- poczułam wybierający się we mnie gniew.
- Spokojnie. Rose powiedz o co chodzi. Wiesz, że mi możesz zaufać.
- Jesse i Ralf powiedzieli mi, że królowa myśli nad innym przydziale dla mnie, a Lissa i Iwaszkow o wszystkim wiedzieli i mi nie powiedzieli. Jak ona tak mogła. Ja jej mówię...- zaczęłam się podnosić, ale Dymitr ściągnął mnie na dół. Powoli docierało do niego, to co powiedziałam.
- Jak to inny przydział?!- spytał zszokowany i może lekko przestraszony.
- Normalnie. Nasza kochana Tatiana- powiedziałam z sarkazmem.- uznała, że jestem dobrą wojowniczką, ale mam zły wpływ na księżniczkę, więc chce mnie od niej odsunąć. Tyle.
- I mówisz to z takim spokojem?!- sam starał się nie dać ponieść emocją. Dlaczego aż tak się tym przejął?
- A co mam wrzeszczeć na każdą osobę, że to nie sprawiedliwe? Co mi to da?
- Kiedyś byś tak zrobiła.- stwierdził.
- Kiedyś tak. Ale to nie ma sensu.
- To dlaczego jesteś taka zła?
- Dlatego, że nikt nie trudził się mi o tym powiedzieć. A zwłaszcza Lissa.
- A ty powiedziałaś jej o nas.
- Nie, ale to co innego.
- Dlaczego jej nie powiedziałaś?
- Nie chcę jej martwić. I tak ma dużo swoich spraw, więc czemu ma się przejmować naszym problemem?
- Pomyślałaś, że nią może kierować to samo?
- No dobra, ale moje uczucia jej nie dotyczą. A ona zataiła przede mną coś, co ma wpływ na moją przyszłość.
- Ona chciała dla ciebie dobrze.
- To powinna mi powiedzieć. Wiesz skoro nie mamy treningu to pójdę z nią porozmawiać.- wstałam i skierowałam się do wyjścia, gdy Dymitr złapał moją rękę i musiałam się zatrzymać.
- Jesteś wściekła. Nie pozwolę ci iść tak do księżniczki.
- Myślisz, że mogła bym ją skrzywdzić?!
- Nie. Myślę, że musisz się uspokoić. Chodź, przejdziemy się.- Więcej nie protestowałam.
Wyszliśmy z budynku i udaliśmy się do lasu. Tam nikt nie będzie nam przeszkadzać. Gdy byliśmy pewni, że jesteśmy sami i nikt nas nie widzi, Dymitr złapał mnie za dłoń. Poczułam ciepło rozchodzące się po moim ciele.
Był kwiecień. Początek wiosny. Na ziemi nie było już śladu po zimie, choć noce bywały jeszcze trochę chłodne. Na drzewach pojawiły się zielone liście, a gdzieniegdzie nawet kwiaty. Przyroda zaczęła budzić się ze snu. Za jakieś dwie godziny powinno wschodzić słońce. Na niebie nie było nawet chmurki. Jedyne co nam towarzyszyło to gwiazdy i księżyc.
Otoczenie i bliskość ukochanego uspokoiły mnie.
Usiedliśmy na jakiejś kłodzie, a ja wtuliłam się mocno w Dymitra. Nim się obejrzałam siedziałam na jego kolanach.
- Tęskniłem za tobą.- szepnął mi do ucha.
- Ja za tobą też.- pocałowałam go lekko. Ukochany pogłębił pocałunek, przyciągając mnie bliżej siebie. Całowaliśmy się tak dobre dziesięć minut.
- Chyba mamy nowy rekord. - uśmiechnął się.
- A czy to ważne.
- Najważniejsze, że jesteś przy mnie.
Po patrzyłam mu głęboko w oczy. Widziałam w nich miłość i rozkosz. Napawał się moją obecnością tak, jak ja jego. Jednak w jego spojrzeniu było coś jeszcze.
- Dymitr, coś cię meczy?
- Martwię się twoim przeniesieniem. Nie chcę cię stracić. Kocham Cię.
- Ja ciebie też, ale na to wpływu nie mamy. Zawsze zostaje argument, że Dragomirowie życzyli sobie, żebym to ja opiekowała się ich córką.
- Może to coś da.
- To dlatego tak gwałtownie zareagowałeś.- zrozumiałam.
- Roza. Jak mogłem nie zareagować? Kocham cię i nie chcę nigdy się z Tobą rozstawać. Mamy idealny plan i nie pozwolę, żeby ktokolwiek nam go zepsuł.
- Wiem kochanie.- zdziwiło go to, jak go nazwałam.- O co chodzi?- spytałam z cwanym uśmiechem.
- O nic skarbie. Widzę, że jesteśmy na etapie słodkich przezwisk.
- A czemu nie, towarzyszu. Czyżbyś się wstydził mówić "kochanie" do swojej dziewczyny.
- Dziewczyny?- uśmiechnął się cwanie.- A to coś nowego.
- A co? Nie jesteśmy razem? Z tego co pamiętam, to kochaliśmy się jakieś dwa miesiące temu. To chyba oczywiste, że jesteś moim chłopakiem.
- Tak, pamiętam. Ciągłe wracam do tego wspomnienia. I zawsze wiem, że podjąłem dobrą decyzję.- potarł nosem mój nos.
- To może ją powtórzymy?- spytałam z kuszącym uśmiechem, wkładając mu ręce pod bluzkę.
Nagle podniósł się ze mną w objęciach i zaczął nieść w dobrze znanym mi kierunku. Postawił mnie dopiero w środku stróżówki. Nie zwlekając dłużej, rzucił się na mnie. Wbił wargi w moje usta, jeżdżąc mi dłońmi po tali. Szybko pozbył się mojej bluzki. Ja zrobiłam to samo z jego koszulą i jako pierwsza zaczęłam zajmować się spodniami strażnika. Jednak on sukcesywnie mi to utrudniał, sam rozbierając mnie. Zanim rozpięłam jego rozporek, już stałam przed nim całkiem goła. Pożerał mnie swoim wzrokiem. Podszedł jeszcze bliżej i całują, zaniósł mnie do łóżka. Pochylił nie nade mną. Jego usta wylądowały na moim brzuchu i pięły się wyżej. Jednocześnie pospiesznie ściągał spodnie, od razu z bokserkami. Poczułam jego ciepłe wargi muskające mnie po szyi.
- Roza- powtarzał w kółko. - Roza.
Nagle coś się zmieniło. Dalej słyszałam swoje imię, nadal czułam ciepłe i mokre usta ukochanego na szyi i wciąż leżałam. Jednak bokiem, a do tego oplatały mnie ramiona męża.
- Dzień dobry, Różyczko.- mruknął mi do ucha aksamitnym głosem.
_________________________________________________
Dziękuję wszystkim za komentarze.
Droga DayDance!
miło mi że chcesz mojej rady. chętnie przeczytam twoje opowiadanie. Czy masz gdzieś swojego bloga, czy chcesz mi go przesłać na e-mail? Jeśli to drugie to mój adres jest pod rozdziałem 34 w komentarzu.
Jeszcze raz dziękuję za komentarze i proszę o więcej. To tak bardzo motywuje. :-*
O zapomniała bym! Jak niektórzy pewnie zauważyli, wczoraj nie było rozdziału, więc jak znajdę czas to w któryś dzień pojawią się dwa.
I ostatnia Wiadomość!( Tak wiem, dużo tego.:-P)
Dzisiaj miałam 10000-czne wejście!
Hurrrraaaaa!!!!!
Dziękuję, że jesteście zemną. Pozdrawiam wszystkich. *_*
Zignorowałam ból w ręce, mimo że syknęłam. Nie obchodziło mnie nic po za workiem i moim gniewem. Wzięłam kolejny zamach, po którym na pewno zaboli mnie ręka i uderzyła bym w niego, gdyby ktoś nie złapał mnie za rękę. Instynktownie chciałam stanąć do walki z przeciwnikiem, ale zorientowałam, że jest nim Dymitra. Tak zajęłam się ćwiczeniami, że nie zauważyłam, kiedy wszedł. Przeklęłam siebie za nieostrożność. Chociaż, czy teraz ma to znaczenie?
- A rozgrzewka była.- spytał z uśmiechem mój mentor. Więc dziś miał dobry humor, w przeciwności do mnie.
Jednak gdy zobaczył jaką mam minę, po uśmiechu nie było śladu. W jego oczach zobaczyłam troskę.
Kiedy puścił moją rękę, przytuliłam się do niego. Poczułam, że lekko się spiął, ale objął mnie ramionami i zaczął głaskać po włosach. Poczułam pieczenie pod powiekami, ale nie płakałam.
- Roza, co się dzieje? Dlaczego jesteś zła?- w jego głosie słyszałam troskę i czułość. Martwił się o mnie.
- Nie jestem zła.- odsunęłam się od niego.- Jestem wściekła!- wykrzyknęłam i po raz dwudziesty uderzyłam w worek. Poczułam przeszywający ból w nadgarstku, tak że zginęłam się w pół, ściskając obolałą rękę.
Dymitr lekko pociągnął mnie do ławki i kazał pokazać rękę.
- Nic mi nie jest.- zaprotestowałam, ale i tak podałam mu dłoń.
Chwilę ją badał. Potem poszedł do pokoju nauczycieli i wrócił z workiem lodu. Przyłożył mi go do nadgarstka i przywiązał bandażem.
- To nic takiego, ale dzisiaj już ci wystarczy. To powiesz mi, co się stało?- usiadł koło mnie.
- Chodzi o Liss.
- Pokłóciłyście się?- dopytywał.
- Jeszcze nie. Ale po treningu mam zamiar porządnie z nią pogadać.- poczułam wybierający się we mnie gniew.
- Spokojnie. Rose powiedz o co chodzi. Wiesz, że mi możesz zaufać.
- Jesse i Ralf powiedzieli mi, że królowa myśli nad innym przydziale dla mnie, a Lissa i Iwaszkow o wszystkim wiedzieli i mi nie powiedzieli. Jak ona tak mogła. Ja jej mówię...- zaczęłam się podnosić, ale Dymitr ściągnął mnie na dół. Powoli docierało do niego, to co powiedziałam.
- Jak to inny przydział?!- spytał zszokowany i może lekko przestraszony.
- Normalnie. Nasza kochana Tatiana- powiedziałam z sarkazmem.- uznała, że jestem dobrą wojowniczką, ale mam zły wpływ na księżniczkę, więc chce mnie od niej odsunąć. Tyle.
- I mówisz to z takim spokojem?!- sam starał się nie dać ponieść emocją. Dlaczego aż tak się tym przejął?
- A co mam wrzeszczeć na każdą osobę, że to nie sprawiedliwe? Co mi to da?
- Kiedyś byś tak zrobiła.- stwierdził.
- Kiedyś tak. Ale to nie ma sensu.
- To dlaczego jesteś taka zła?
- Dlatego, że nikt nie trudził się mi o tym powiedzieć. A zwłaszcza Lissa.
- A ty powiedziałaś jej o nas.
- Nie, ale to co innego.
- Dlaczego jej nie powiedziałaś?
- Nie chcę jej martwić. I tak ma dużo swoich spraw, więc czemu ma się przejmować naszym problemem?
- Pomyślałaś, że nią może kierować to samo?
- No dobra, ale moje uczucia jej nie dotyczą. A ona zataiła przede mną coś, co ma wpływ na moją przyszłość.
- Ona chciała dla ciebie dobrze.
- To powinna mi powiedzieć. Wiesz skoro nie mamy treningu to pójdę z nią porozmawiać.- wstałam i skierowałam się do wyjścia, gdy Dymitr złapał moją rękę i musiałam się zatrzymać.
- Jesteś wściekła. Nie pozwolę ci iść tak do księżniczki.
- Myślisz, że mogła bym ją skrzywdzić?!
- Nie. Myślę, że musisz się uspokoić. Chodź, przejdziemy się.- Więcej nie protestowałam.
Wyszliśmy z budynku i udaliśmy się do lasu. Tam nikt nie będzie nam przeszkadzać. Gdy byliśmy pewni, że jesteśmy sami i nikt nas nie widzi, Dymitr złapał mnie za dłoń. Poczułam ciepło rozchodzące się po moim ciele.
Był kwiecień. Początek wiosny. Na ziemi nie było już śladu po zimie, choć noce bywały jeszcze trochę chłodne. Na drzewach pojawiły się zielone liście, a gdzieniegdzie nawet kwiaty. Przyroda zaczęła budzić się ze snu. Za jakieś dwie godziny powinno wschodzić słońce. Na niebie nie było nawet chmurki. Jedyne co nam towarzyszyło to gwiazdy i księżyc.
Otoczenie i bliskość ukochanego uspokoiły mnie.
Usiedliśmy na jakiejś kłodzie, a ja wtuliłam się mocno w Dymitra. Nim się obejrzałam siedziałam na jego kolanach.
- Tęskniłem za tobą.- szepnął mi do ucha.
- Ja za tobą też.- pocałowałam go lekko. Ukochany pogłębił pocałunek, przyciągając mnie bliżej siebie. Całowaliśmy się tak dobre dziesięć minut.
- Chyba mamy nowy rekord. - uśmiechnął się.
- A czy to ważne.
- Najważniejsze, że jesteś przy mnie.
Po patrzyłam mu głęboko w oczy. Widziałam w nich miłość i rozkosz. Napawał się moją obecnością tak, jak ja jego. Jednak w jego spojrzeniu było coś jeszcze.
- Dymitr, coś cię meczy?
- Martwię się twoim przeniesieniem. Nie chcę cię stracić. Kocham Cię.
- Ja ciebie też, ale na to wpływu nie mamy. Zawsze zostaje argument, że Dragomirowie życzyli sobie, żebym to ja opiekowała się ich córką.
- Może to coś da.
- To dlatego tak gwałtownie zareagowałeś.- zrozumiałam.
- Roza. Jak mogłem nie zareagować? Kocham cię i nie chcę nigdy się z Tobą rozstawać. Mamy idealny plan i nie pozwolę, żeby ktokolwiek nam go zepsuł.
- Wiem kochanie.- zdziwiło go to, jak go nazwałam.- O co chodzi?- spytałam z cwanym uśmiechem.
- O nic skarbie. Widzę, że jesteśmy na etapie słodkich przezwisk.
- A czemu nie, towarzyszu. Czyżbyś się wstydził mówić "kochanie" do swojej dziewczyny.
- Dziewczyny?- uśmiechnął się cwanie.- A to coś nowego.
- A co? Nie jesteśmy razem? Z tego co pamiętam, to kochaliśmy się jakieś dwa miesiące temu. To chyba oczywiste, że jesteś moim chłopakiem.
- Tak, pamiętam. Ciągłe wracam do tego wspomnienia. I zawsze wiem, że podjąłem dobrą decyzję.- potarł nosem mój nos.
- To może ją powtórzymy?- spytałam z kuszącym uśmiechem, wkładając mu ręce pod bluzkę.
Nagle podniósł się ze mną w objęciach i zaczął nieść w dobrze znanym mi kierunku. Postawił mnie dopiero w środku stróżówki. Nie zwlekając dłużej, rzucił się na mnie. Wbił wargi w moje usta, jeżdżąc mi dłońmi po tali. Szybko pozbył się mojej bluzki. Ja zrobiłam to samo z jego koszulą i jako pierwsza zaczęłam zajmować się spodniami strażnika. Jednak on sukcesywnie mi to utrudniał, sam rozbierając mnie. Zanim rozpięłam jego rozporek, już stałam przed nim całkiem goła. Pożerał mnie swoim wzrokiem. Podszedł jeszcze bliżej i całują, zaniósł mnie do łóżka. Pochylił nie nade mną. Jego usta wylądowały na moim brzuchu i pięły się wyżej. Jednocześnie pospiesznie ściągał spodnie, od razu z bokserkami. Poczułam jego ciepłe wargi muskające mnie po szyi.
- Roza- powtarzał w kółko. - Roza.
Nagle coś się zmieniło. Dalej słyszałam swoje imię, nadal czułam ciepłe i mokre usta ukochanego na szyi i wciąż leżałam. Jednak bokiem, a do tego oplatały mnie ramiona męża.
- Dzień dobry, Różyczko.- mruknął mi do ucha aksamitnym głosem.
_________________________________________________
Dziękuję wszystkim za komentarze.
Droga DayDance!
miło mi że chcesz mojej rady. chętnie przeczytam twoje opowiadanie. Czy masz gdzieś swojego bloga, czy chcesz mi go przesłać na e-mail? Jeśli to drugie to mój adres jest pod rozdziałem 34 w komentarzu.
Jeszcze raz dziękuję za komentarze i proszę o więcej. To tak bardzo motywuje. :-*
O zapomniała bym! Jak niektórzy pewnie zauważyli, wczoraj nie było rozdziału, więc jak znajdę czas to w któryś dzień pojawią się dwa.
I ostatnia Wiadomość!( Tak wiem, dużo tego.:-P)
Dzisiaj miałam 10000-czne wejście!
Hurrrraaaaa!!!!!
Dziękuję, że jesteście zemną. Pozdrawiam wszystkich. *_*
z tej okazji mała niespodzianka.
A wy co byście wybrali? Dampir czy moroj?
Ja osobiście wolę Morojów. Może są słabsze, ale mają łatwiej w życiu, nie muszą zabijać innych i mają magiczne zdolności. A co wy sądzicie? Piszcie w komentarzach. chętnie poznam wasze opinie.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





