czwartek, 1 marca 2018

Do domu cz. 1

Gdy tylko Dymitr wyszedł na słońce, miałam ochotę na niego skoczyć i przytulić go mocno. Ale jedynie spojrzeniem mogłam mu przekazać, jak bardzo go kocham i cieszę się, że żyje. W odpowiedzi przez twarz Rosjanina przebiegł cień uśmiechu.
- Nie ma na co czekać- obok pojawiła się Alberta, zwracając się do wszystkich.- Wracamy do szkoły! Zaraz się ściemni i strzygi mogą zechcieć się zemścić! Już!
Wszyscy ruszyliśmy w stronę akademii. Czym ciemniej się robiło, tym szybciej biegłam. Reszta najwyraźniej też, bo nikogo nie wyprzedzałam. Po chwili wszyscy byliśmy bezpieczni w granicach chronionego terenu. Moroje próbowali unormować oddech, a ja tylko usiadłam pod drzewem tyłem do innych. Adrenalina odeszła i czułam, że nogi by już dłużej mnie nie utrzymały. Pozwoliłam, żeby z moich oczu pociekły łzy. Ale nie smutku, a radości, ulgi, że większość jest cała. I Dymitr oraz Janine, co najważniejsze. Poczułam, że ktoś usiadł obok mnie. Szybko wytarłam mokre policzki.
- Cieszę się, że nic ci nie jest- zdziwiłam się, słysząc głos matki.
- Ja też- odpowiedziałam, patrząc na nią.
Patrzyła w przestrzeń na przeciwko siebie, również oparta o drzewo.
- Byłaś bardzo dzielna- dodała po chwili.- Nie mówiłam ci tego często, ale widząc cię tam, czułam się dumna, że mam taką dzielną i utalentowaną córkę.
- Nigdy mi o tym nie mówiłaś- rzuciłam kąśliwie zanim zdążyłam ugryźć się w język.
Uśmiechnęła się smutno i w końcu spojrzała na mnie.
- Nie jestem najlepszą matką, ja wiem. Nie było mnie całe twoje życie i nie chcę teraz wyjść na taką, co nagle zaczęła się interesować. Ale po wydarzeniach w Spokane i dzisiaj, gdy mogłam cię stracić oraz gdy widzę na jaką wspaniałą strażniczkę wyrosłaś... po prostu żałuję, ze nie mogłam być przy tobie. Bałam się, że sobie nie poradzę, że to mnie przerośnie. Jednak teraz żałuję, że się poddałam. Ale czasu się nie cofnie. Jednak chciałabym naprawić naszą relację. Dasz mi szansę? Wybaczysz te wszystkie lata?
Wiedziałam, że otwieranie przed innymi sprawia jej trudność, a zwłaszcza przyznanie się do błędu. Zastanowiłam się. Czy naprawdę byłam na nią tak zła? To moja matka. Może jest mi smutno, że nie było jej całe moje życie, ale czy na jej miejscu postąpiłabym inaczej? Została sama, bała się. Sama nie wyobrażam sobie siebie w roli matki. Spojrzałam na strażniczkę i uśmiechnęłam się lekko.
- Tak, tak możemy- odchrząknęłam, aby odzyskać głos.- A powiedziałabyś mi coś o moim ojcu?
Spuściła wzrok.
- Wolałabym nie- mruknęła, odwracając wzrok.
- Czemu?- uniosłam głos, wstając, zdenerwowana, że ciągle zataja się przede mną informacje o moim pochodzeniu.
- To dla mnie trudny temat- również wstała, nie okazując emocji.
Nagle przeszła mnie przerażająca myśl. Pomyślałam o tym, co Dymitr mówił o swoim ojcu. Poczułam się źle, że tak na nią naskoczyłam.
- Był aż tak zły?- zmartwiłam się.- Bił cię?
- Nie! Był cudowny, choć miał charakterek- spojrzała na mnie i westchnął, lecz nic nie umiałam wczytać z jej twarzy.- Jesteś tak do niego podobna.
Przytuliła mnie i odeszła w stronę szkoły. Po chwili obok pojawił się Dymitr, a ja się otrząsnęłam z szoku.
- Co to było?- spytałam, choć wiedziałam, że nie odpowie mi na to.- To było dziwne.
Potrząsnęłam głową i również zaczęłam iść do szkoły. Po chwili Rosjanin dogonił mnie.
- Pogodziłyście się?- zagadnął
- Na to wygląda - zamyśliłam się.- Zapytałam też o ojca, a ona powiedziała, że nie chce o tym gadać, mimo że był cudowny. Nie powinna w takim razie mieć z nim miłe wspomnienia i do nich wracać?
- Może dlatego nie chce wracać. Bo są miłe.
Spojrzałam na niego, nic nie rozumiejąc. Po chwili zaczęłam to analizować. Przecież to bez sensu. Kochała go i nie chce go pamiętać? Porównałam to do mojej sytuacji. I zrozumiałam. Gdybym nagle straciła Dymitra, tęskniłabym za nim. Każda wspomnienie by mnie bolało, nie samo w sobie, ale to, że już nie wróci. Czy miłość moich rodziców była równie silna? Jak pomyślałam o tym wszystkim, co moja matka musiała przejść...
- Chciałabym go znaleźć- przerwałam ciszę, kopiąc kamyk. Spojrzałam na strażnika i spotkałam się z jego zaciekawionym wzrokiem.- Nie dla siebie, chociaż to też, ale głównie dla matki.
- Rodzinie zawsze lepiej w komplecie- uśmiechnął się melancholijnie, patrząc w przestrzeń przed sobą.
Musiałam mu przyznać rację. A on jest od niej daleko. Bardzo za nimi tęskni, a oni pewnie za nim.
- Ja pójdę do Lissy, sprawdzić, czy wszystko dobrze- przerwałam mu rozmyślania.
- Dobrze. A i zajęcia polowe zostaną przerwane. Dowiedziałem się wczoraj na radzie- dodał, widząc moje spojrzenie.- więc wracamy do treningów, kiedy będziesz gotowa.
- Od jutra- powiedziałam hardo- Dzisiejszy dzień pokazał mi, że nie ma na co tracić czasu.
- Jesteś pewna?- spytał, na co od razu przytaknęłam.- No to do jutra.
Pożegnałam się z nim i poszłam do pokoju przyjaciółki. Wiedziałam, że jest z nią Christian i czułam, że morojka bardzo się o mnie boi. Bez pukania weszła do środka z impetem. Oboje podskoczyli wystraszeni i spojrzeli w kierunku drzwi. Lissa od razu się  zerwała i przytuliła mnie mocno.
- Rose, ty żyjesz!- krzyknęła, płacząc w moje ramię. Czułam jej ulgę i radość.
- I wciąż tak samo niewychowana- Ozera podszedł i poklepał mnie w ramię.- Dobrze, że jesteś cała, ta buda byłaby nudna bez Ciebie.
- I jak? Udało się? Co z Eddym?- księżniczka zalała mnie pytaniami.
- Wszystko poszło zgodnie z planem, a Eddy jest cały i zdrowy, tylko lekko nakuty.
- Dzięki Hathaway- usłyszałam za sobą głos przyjaciela.
- Eddy!- tym razem to on został uwięziony w uścisku morojki.
- Ej, ale bez przesady z tymi czułościami- odciągnął ją od niego Ozera, gdy za długo się przytulali.
Razem z przyjaciółmi zaczęliśmy się śmiać z Christiana.
- Lissa, muszę z tobą porozmawiać- zwróciłam się poważnie do przyjaciółki. Rozejrzałam się i zauważyłem zdziwione i wyczekujące spojrzenia chłopców.- Na osobności. To babskie sprawy.
- O nie! To my idziemy- młody dampir zaczął ciągnąć moroja do drzwi.
- Co? Czemu?- ten zdezorientowany zaczął szybko mrugać.
Eddy złapał go za ramiona i spojrzał mu ze strachem w oczy.
- Ostatni raz, kiedy Rose powiedziała babskie sprawy, z Masonem popełniliśmy największy błąd życia. Zostaliśmy. Całe 5 godzin słuchania o okresie i narzekania, jaki to ból. 5 godzin. Za nic nie chciały nas wypuścić. Więc idziemy!- wyciąga Christiana na zewnątrz i zatrzasnął drzwi.
Zaśmiałyśmy się i usiadłyśmy na łóżku morojki.
- To o czym chciałaś pogadać?- złapała mnie za dłonie z miłością.
Wzięłam głęboki oddech, poważniejąc.
- Liss... to jest dla mnie bardzo ważne i chcę, żeby zostało między nami. Ja... Można powiedzieć, że mam chłopaka.
- Chłopaka?!- krzyknęła podekscytowana.
- Ci!- uciszyłam ją.- Nikt nie może o tym wiedzieć.
- Czemu?- popatrzyła na mnie zdziwiona.
- Bo my nie powinniśmy się kochać- spuściłam głowę. Myślałam, że łatwiej będzie mi to wydusić.
- Ale się kochacie?- unosi moją twarz za podbródek, patrząc łagodnie i z miłością w oczach.
- Tak- przygryzłam wargę.- Bardzo.
- Robiliście już to?- jej oczy zabłysły radością, a przez więź czułam jej ekscytację.
Spuściłam wzrok, czując ciepło na policzkach. Po chwili spojrzałam znów na podopieczną i przytaknęłam.
- Iiiiii!- zaczęła piszczeć i mnie przytuliła.- Jestem taka szczęśliwa. Moja mała Rose jest kobietą. No powiedz, kto jest tym szczęściarzem.
- Dymitr- szepnęłam prawie niesłyszalnie.
Przez więź czułam, że to też chce krzyknąć i w porę zakryłam jej usta
- Liss!- zganiłam ją szeptem.
- Przepraszam- powiedziała ze skruchą w moją dłoń.
Puściłam ją. Przez chwilę między nami panowała cisza.
- I co będzie dalej?- spytała, patrząc na mnie uważnie.
Wzruszyłam ramionami.
- Do końca szkoły będzie mnie uczył, a później...- westchnęłam.- Mamy plan, że on weźmie przydział ba Dworze, a ja będę tam często przyjeżdżać z tobą.
-Ehem...
W pokoju panowała cisza, lecz wciąż czułam nieugaszoną radość przyjaciółki. Uśmiechnęłam się i wyciągnęłam rękę.
- No chodź tu, przytul mnie.
Morojka rzuciła się na mnie i uścisnęła mocno.
- Nawet nie wiesz, jak się cieszę twoim szczęściem.
- Wiem- z uśmiechem wskazałam na głowę.
- No tak- zachichotała.- Ale ja nie wiem, co ty czujesz. Opowiadaj, wszysko, od początku.
- Przygotuj się na długą opowieść.
Przez kolejną godzinę opowiadałam przyjaciółce cały nasz pokręcone związek. Czułam się jak za dawnych lat, gdy siedziałyśmy przy herbacie i mogłyśmy gadać godzinami. Teraz obie mamy obowiązki związane z przyszłością i naszych wymarzonych mężczyzn. No powiedzmy. I coraz mniej czasu dla naszej przyjaźni. Ale wiem, że i tak możemy zawsze na siebie liczyć.
- Cieszę się twoim szczęściem- przyznała, gdy skończyłam, morojka, łapiąc mnie za dłoń.- Zawsze, gdy spędzałam czas z Christianem, miałam wyrzuty sumienia, że ty gdzieś tam się włuczysz sama. Ale teraz wiem, że nie potrzebnie.- uśmiechnęła się, a w jej oczach zobaczyłam figlarne ogniki.
- No, jak widzisz, świetnie sobie radziłam- uśmiechnęłam się szeroko.- Lissa... pamiętasz, jak mówiłam, że nie chcę nic na urodziny?
- Taaak?- patrzy na mnie podejrzliwie.
- Zmieniłam zdanie- uśmiechnęłam się cwanie.
***
- Hej Towarzyszu!- skoczyłam mu na plecy, gdy tylko zamknęły się za nami drzwi od sali gimnastycznej.
- Hej- wychwyciłam w jego głosie zaskoczenie i radość.- Skąd się tu wzięłaś? Byłaś przede mną?
- Nieee- zaśmiałam się, bo zaczął obracać się, próbując mnie z siebie ściągnąć- Postanowiłam się dzisiaj wyjątkowo nie spóźnić. A po drodze zobaczyłam cię i zaczęłam się za Tobą skradać. Na prawdę mnie nie zauważyłeś?- zeskoczyłam ze strażnika.
- Na prawdę- odwrócił się do mnie ze śmiechem.
- A wiesz, co to znaczy?- uśmiechnęłam się szeroko.- że jestem coraz lepsza.
- Albo ja byłem za bardzo zamyślony- spojrzał na mnie wyzywająco, krzyżując ramiona na piersi.
Udałam, że się zastanawiam.
- Nie- stwierdziłam, po czym parsknęłam śmiechem.
Nagle uśmiech Dymitra wyraźnie zmalał, a sam Rosjanin posmutniał.
- Co się stało?- spytała zmartwiona.- Wielki strażnik boi się, że uczennica będzie lepsza?- próbując poprawić mu nastrój, szturcham go.
Pomaga, bo lekko się uśmiecha, ale nie na długo. Wystraszyłam się nie na żarty.
- Wiesz- zaczął i wziął głęboki oddech.- Jutro nie mam z tobą treningu. I przez następne dwa tygodnie. Kazali mi wyjechać na przymusowy urlop.
Odetchnęłam w duchu, ale nie pokazałam tego. Za to udałam szok i niedowierzanie.
- Co? Ale jak to? Dlaczego?- staję na przeciwko niego.
- Nie wiem- patrzy w bok, wzruszając ramionami.- kazali mi wieczorem się spakować, a z samego rana mam wsiąść do samolotu i mnie wywiozą nie wiadomo gdzie. Myślisz, że coś podejrzewają?
Pokręciłam przecząco głową.
- Lissa by o tym wiedziała- westchnęłam.- Dobrze Towarzyszu. Skoro to nasz ostatni trening na jakiś czas, to nie ma co tracić czasu. Naucz mnie tak, żebym każdemu innemu skopała tyłek.
Zaśmiał się, ale zaczęliśmy trening. Po kilku godzinach skończyliśmy. Razem wracaliśmy do dormitorium, bo Dymitr uparł się, że mnie doprowadzi. Zatrzymujemy się przed moim pokojem.
- Nie będziemy się raczej widzieć do czasu mojego wyjazdu- zaczął.- Przykro mi, że nie będzie mnie w twoje urodziny.
- Nie szkodzi. To i tak nic szczególnego- wzruszyłam ramionami.
Musiałam udawać smutek ukryty za obojętnością, gdy w środku nie mogłam się doczekać, aż mnie zobaczy w samolocie. A to nie było proste. Powinnam dostać za to przynajmniej Oscara.
- Ej, nie mów tak. Osiemnastkę ma się raz w życiu- uśmiechnął się.
- Tak jak siedemnastę, dziewiętnastkę i wszysko inne. Będziesz jeszcze miał okazję zrobić mi tort.
- No ja myślę- uśmiechnął się do mnie ciepło, a mnie przeszedł dreszcz.- Nie zamykaj drzwi.
- Przyjdziesz mnie zgwałcić przez sen?- zaśmiałam się cicho.
- Może- zawtórował mi.- A teraz idź spać. Musisz mieć siłę, żeby nie przynieść mi wstydu.
- Oczywiście trenerze- zasalutowałam mu, pocałowałam go w policzek i weszłam do pokoju.
Oparłam się o drzwi, powstrzymując śmiech. Po kilku sekundach usłyszałam jak odchodzi.
Obudził mnie huk drzwi. Usiadłam gwałtownie.
- No dłużej tu nie mógł siedziec- odetchnęłam na głos przyjaciółki.
- Liss, co tu robisz?- złapałam się za serce- Przestraszyłaś mnie. I o kim mówisz?
- Jak to o kim? O twoim Romeo. Chyba z pół godziny tu siedział. I coś po sobie zostawił- wskazała mały pakunek na biurku.- A teraz wstawaj leniu. Trzeba cię przygotować. I mam mały dodatek do prezentu- podała mi paczkę.
- Nie trzeba było- wzięłam pudełko dość dużych rozmiarów i zaczęłam rozgrywać papier w misie.
Otworzyłam je i zobaczyłam mnóstwo ciemnej koronki. Wyciągnęłam ją i poczułam ciepłe pieczenie na policzkach. Szybko wsadziłam kreację do środka, gdzie jest więcej kompletów seksownej bielizny, a znając ją, każda bardziej skąpa od poprzedniej.
- Liss!
- Tylko powiedz mu, żeby nie porwał wszyskiego odrazu- zaśmiała się z mojej czerwonej twarzy.
- Lissa!- jeszcze bardziej czerwona złapałam poduszkę i wrzuciłam nią w morojkę.
Obie zaczęłyśmy się śmiać.
- Jeszce mi podziękujesz. No idź zobacz- wzdycha, a ja posyłam jej zdziwione spojrzenie.- Przecież widzę jak patrzysz na prezent od twojego kochasia.
- Przestań go tak nazywać- skrzywiłam się, wstając i podeszłam do biurka.
Wzięłam małe pudełeczko, owinięte w różowy papier i obwiązanę złotą wstążeczką. Ostrożnie to rozpakowałam i uniosłam wieczko. Otworzyłam szeroko usta i wyciągnęłam ostrożnie złotą bransoletkę z różą oraz literami R i D. Delikatnie położyłam ją na dłoni. Wydawała się taka krucha, drobna, jakby najmniejszy wiaterek mógł sprawić, że się rozpadnie w drobny pył. Lissa podeszła zaszokowana i zaskoczona. Wyjęła jakąś kartkę z tego pudełka i przeczytała na głos:
- " Wszystkiego najlepszego kocico, mam nadzieję, że na mój powrót będziesz gotowa i gorącą, jak wejdę w ciebie i będę się poruszał, że dostaniesz wytrysku na dwa metry. Twój gorący, spragniony Tygrys."
- O nie! Na pewno tak nie napisał!- wyrwałam jej kartkę i zaczęłam czytać, podczas gdy ona się śmiała do rozpuku.
"Żebyś zawsze o mnie pamiętała, czy będę blisko, czy daleko. Twój Twarzysz" patrzyłam na liścik i bransoletkę.
- Idiotka- zgromiłam przyjaciółką ze śmiechem i pacnęłam ją w ramie. Po chwili oboje się śmiałyśmy.
- Ale z niego romantyk- westchnęła Lissa, gdy już się uspokoiłyśmy.
- Tak. Mam szczęście. W co powinnam się ubrać?- zajrzałam do szafy
- Jesteś spakowana?
- Tak
- To idź się pomaluj, a ja zajmę się twoją garderobą- uśmiechnęła się, wpychając mnie do łazienki.
- Okey... tylko błagam, nie chcę wyglądać jak dziwka.
- Zaufaj mi- zamyka mi drzwi przed nosem.
Wzdycham i zaczynam się szykować. Wzięłam szybki prusznic i owinęłam się ręcznikiem. Zrobiłam sobie makijaż, nie za mocny, podkreślający moją urodę i kryjący niedoskonałości. Byłam tak bardzo podekscytowana, spędza tydzień w rodzinnych stronach ukochanego mężczyzny. Bez treningów, bez lekcji, bez obowiązków. Będziemy mogli poczuć się tak zwyczajnie, jak zwykli ludzie. Będę z nim spędzać każda chwilę. Na tą myśl poczułam dreszcz podniecenia. To takie... zakazane i nie realne. Musnęłam jeszcze szminką usta, cmoka do lustra i wyszłam ze spakowaną kosmetyczką. Pod ścianą stała uśmiechnięta blondynka. Podeszła i zabrała mi kosmetyczkę i wskazała w bok. Spojrzałam na łóżko i westchnęłam.
- To z twojego prezentu?- wskazałam na koronkowy komplet bielizny.
Przytaknęła głową z uśmiechem. Westchnęłam i założyłam ją. Na to dżinsowe spodnie, podkreślające mój tyłek i opinającą, rzucającą się w oczy czerwoną koszulkę z koliberem pijącym nektar z kwiata.
- Masz- podała mi czarną kurtkę z pseudo skóry.
Założyłam ją i obejrzałam się w lustrze. Zaczesałam włosy na bok, z uśmiechem.
- No, no, no. Ale z ciebie laska. Dymitr padnie- uśmiechnęła się zdecydowanie
- Tak myślisz?- uśmiechnęłam się do swojego odbicia.
- Na pewno. A teraz bierz wszyskie rzeczy i leć do swojego Tygrysa.
Założyłam na rękę bransoletkę i ścisnęłam przyjaciółkę.
- Uważaj na siebie.
- Jasne, ty też- oddała uścisk.- wesołego urlopu i urodzin.
- Dziękuję za wszysko- szepnęłam jej do ucha, wzięłam torbę i wybiegłam z pokoju.
Szybko znalazłam się na parkingu i wskoczyłam do pierwszego lepszego auta. Rzuciłam bagaż na tył samochodu, zepnęłam pasy, po czym ruszyłam z piskiem opon. Niby samolot beze mnie nie odleci, ale nie chciałam kazać Dymitrowi długo czekać. Sunęłam autostradą na największej prędkości, uderzając o kierownicę w rytm muzyki z radia. Czułam się wolna i szczęśliwa. Będziemy tylko my, razem, bez żadnego ukrywanie się. Po godzinie wyjechała na teren lotniska. Wyszłam z auta i ruszyłam prostu do samolotu. Widziałam zdziwioną twarz Dymitra w oknie i aż się uśmiechnęłam. Oddałam torbę obsłudze i weszłam do maszyny. Dumnym i pewnym siebie krokiem ruszyłam między siedzenia, prosto do strażnika, który czekał na mnie również na środku. Stanęłam dwa kroki przed nim.
- To ty?- spytał zdziwiony.
- Nie widać?- parsknęłam śmiechem.
- Oj widać- zmierzył mnie wzrokiem, po czym pokazał, że to ja mam usiąść przy oknie.
Zajęłam miejsce, a strażnik zaraz po mnie. Zapieliśmy pasy i złapaliśmy się za ręce. Po chwili znajdowaliśmy się w przestworzach i mogliśmy się odpiąć. Oparłam się głową o ramię strażnika.
- Mamy tu stu procentową prywatność- westchnęłam błogo z zamkniętymi oczami.
- Ty to wszysko zorganizowałaś?- spojrzał na mnie zaciekawiony.
- Lissa. To mój prezent na osiemnaste urodziny. Jak mówisz, ma się je tylko raz i trzeba je pożądanie przeżyć.
- I wybrałaś ze mną w... właśnie, gdzie lecimy?
- Niespodzianka. Która bardzo ci się spodoba- uśmiechnęłam się do niego promiennie.
- W sumie to i tak nie ma znaczenia. Ważne, że jesteś ze mną- objął mnie i pocałował. Po chwili się odsunął i spojrzał na nasze dłonie- I widzę, że znalazłaś prezent.
- Tak! Dziękuję, jest piękna- rzuciłam się mu na szyję i ucałowałam go w policzek.- I pewnie równie droga.
- To nie ma znaczenia. Cieszę się, że ci się podoba- uśmiechnął się do mnie ciepło.
- Bardzo. Tak samo jak perspektywa naszych dwóch tygodni.
- Oj tak- przytulił mnie.
Po wielu godzinach byliśmy na miejscu. Przez cały czas musiałam ciągnąć za sobą Dymitra, bo w szoku rozglądał się dookoła. Zatrzymaliśmy się przy SUV-e na parkingu.
- Dalej ty musisz prowadzić, bo ja nie znam drogi- zaśmiałam się z jego wciąż zszokowanej miny
- Jesteśmy w Rosji- dotarło do niego.- W Nowosybirsku. I jedziemy do Bai?
- Tak. Jedziemy do Twojego domu.
- Naszego domu- ścicnął moją dłoń. Po chwili znalazłam się w jego ramionach.- Dziękuję Roza, dziękuję! Kocham Cię. To najwspanialsza rzecz, jaką mogłem od ciebie dostać. Dziękuję.
- Cieszę się twoim szczęściem. To jak?- podeszłam do auta i otworzyłam drzwi.- Pokażesz mi swoją Rosję, która kochasz?

sobota, 27 stycznia 2018

Na wieczność

Siedzę w tym apartamencie nie wiadomo ile, nie wiadomo po co i nie wiadomo jakim cudem jeszcze żyję. A nie. To ostanie wiadomo. Żeby mnie przemienić. Ha! Dobre sobie. Nigdy nie stanę się dobrowolnie strzygą. Może pomarzyć. Więc mógłby mnie normalnie zabić, a nie sobie jeszcze jakieś nadzieje robi. Strzygą w ogóle jakieś ma? A czy to ma znaczenie? Straciłam mojego Towarzysza i już nigdy go nie odzyskam. Moje przemyślenie przerwało wejście Dymitra do pokoju.
- I jak, Roza, zmieniłaś zdanie?- spytał z cwanym uśmiechem.
Prychnęłam.
- Nie i nie zamierzam - powiedziałam hardo.
- Czemu tak uparcie przy tym trwasz? Pomyśl o zaletach tego.
- No, bo nie ma to jak być mordercą pozbawionym sumienia - zaśmiałam się bez kszty radości.
Zmrużył oczy
- Nie nazwał bym się mordercą. Po prostu próbuję przetrwać. Pomysł tylko- usiadł na kanapie, gdzie siedziałam z podkulonymi nogami.- Ty i ja, na zawsze razem. Przejmiemy władzę, albo uciekniemy stąd. Nic nie będzie już stało na przeszkodzie naszego związki.
- Nie mogę być z kimś, kto mnie nie kocha - fuknęłam.
- Roza, może nie dam ci miłości, ale gdy już będziesz strzygą, to nie będzie mało dla ciebie znaczenia. A pragnę Cię z równą siłą co zawsze. Będziesz silna, niezależna. Nikogo nie będziesz musiała bronić, za nikogo odpowiadać. A razem będziemy niepokonani. Zrozumiesz, że bycie strzygą nie jest złe. Wszyscy to wyolbrzymiają, bo nie znają prawdy. A ja jestem w stanie ci ją pokazać. Jestem taki sam. Nadal. Tylko mądrzejszy. Dotychczas pili z Ciebie, teraz ty będziesz mogła pić z innych. Będziesz najlepszą strzygą, na zawsze ze mną. Ty i ja. Wieczne. Niczego ci nie zabraknie, będziesz królową.
- A przyjaciele?- pytam niepewnie.
Nie powiem, kuszące, ale nie! Nie mogę! Nie zostawię Lissy.
- Przyjaciele - prychnął.- Jacy? Wasylisa, która sobie spokojnie siedzi w akademii, albo baluje na dworze? To jest miłość? Ty narażasz się, przez cały świat do mnie jechałaś, zawsze jesteś w stanie wszysko dla mnie i Lissy poświęcić. A ona nie dość, że nie pojechała z Tobą, to jeszcze chciała cię siłą zatrzymać. Ja nagrodzę cię Roza. Przyłącz się do mnie, zostań moją królową. - wyciągnął do mnie rękę, patrząc na mnie wyczekująco.
Już chciałam prychnąć i zaprotestować, ale się powstrzymałam. Może ma rację. On by nigdy tak nie zrobił na jej miejscu. By mnie wspierał, doradzał, pojechał ze mną. Zawsze był, gdy go potrzebowałam. Dalej jest, dba o mnie, mam wszysko co najlepsze. Czy mam jeszcze kogoś, po za nim? Lissa nawet się o mnie nie troszczy, tylko o to, czy będzie mieć strażniczkę, która odbierze jej mrok. Nie zastanawia się co u mnie, czy żyję. Ani razu nie zadzwoniła. Ma nową przyjaciółkę. W tym czasie Dymitr mnie znalazł, wziął tutaj i chroni przed innymi strzygami. Chce mnie przemienić. Bym była na zawsze z nim. Czy to będzie lepsze? Nie wiem. Będzie inne. Co mam do stracenia? Duszę, która jest pusta, odkąd straciłam tego mężczyznę. Patrzę na niego i widzę te same oczy, tylko małe, czerwone obwódki, ale czy to ważne? Te same włosy, to samo ciało. Nie myślą co robię, wyciągnęłam dłoń i pogłaskałam go po chłodnym policzku, aż do włosów. Przymknąć oczy i zamruczał. Kiedy je otworzył, nie widziałam miłości. Ale już to mnie nie obchodziło. Miał rację, cholerną rację. Jest moim wszystkim i jeśli go nie będzie, nie będę miała nic. Albo mogę mieć go na wieczność dla siebie.
- Zgadzam się - powiedziałam pewnie.- Chcę, żebyś mnie przemienił.
- Dobrze Roza - uśmiechnął się. - Chodź  do mnie.
Na czworakach podeszłam do niego i usiadłam między jego nogami, opierając się plecami o jego tors. Zadrżałam, gdy odgarniając mi włosy z szyi, musnął opuszkami palców moją skórę. Serce przyspieszyło swój rytm. Teraz już nie ma odwrotu. Bałam się tego, ale już podjęłam decyzję. Poczułam jego chłodny oddech i zamknęłam oczy. Przeszył mnie ból, który natychmiast zamienił się na przyjemność. To było cudowne. Choć pił moja krew już od jakiegoś czasu, wciąż tak samo na mnie działało. To było tysiąc razy silniejsze od ugryzienia moroja. Endorfiny całkowicie przejęły władzę nad moim umysłem. Po woli zaczęłam tracić kontrakt z rzeczywistością, aż nie pochłonęła mnie ciemność.

***

Obudziłam się na czymś miękkim. Coś się zmieniło. Słyszałam nowe dźwięki, czułam intensywniejsze zapachy, w tym zapach krwi. Otworzyłam oczy, biorąc głęboki oddech. Gardło miałam suche, jakbym tydzień nic nie piła. Odwróciła się na bok i zaczęłam kaszleć. Wzrokiem szybko odszukałam szklankę z czerwoną cieczą i wypiłam ją jednym haustem. Z ulgą usiadłam na łóżku, jednak wciąż było mi mało. Zaczęłam instynktownie szukać pożywienie. Dopiero teraz zauważyłam obok Bielikowa z chytrym uśmiechem, jednak olałam go. Wiedziałam, że gdzieś tu znajdę więcej krwi. Weszła do salonu, gdzie znalazłam to, co szukałam. W rogu siedziała wystraszona morojka. Nie trudziłam się na żadne pogaduszki, po prostu w szybkim tempie znalazłam się przy niej i wbiłam zęby w jej gardło, rozrywając je. Kw ciekła mi po brodzie, gdy wypijałam z niej życie. Gdy skończyłam, rzuciłam ciało w kąt i otarłam usta. Przeklnęłam głośno. Pobrudziłam ulubioną bluzkę. Odwróciła się, słysząc za sobą oklaski. W przejściu między salonem, a sypialnią o framugę opierał się Dymitr. Dopiero teraz mu się przejrzałam dokładniej. Nie czułam miłości, ale pożądanie jak najbardziej. Podeszłam do niego kocim krokiem, z kusicielskim uśmiechem. Złapał mnie za biodra, gdy tylko podeszłam i położyłam dłonie na jego torsie.
- I jak ci się podoba nowe, lepsze życie, Roza? - zamruczał, całując mnie po szyi.
- Cudownie - szepnęłam mu do ucha. - Ale chyba trochę za mało mi jeszcze wrażeń.
- Czego chcesz jeszcze od nie życia, skarbie?
- Ciebie we mnie- wzdycham z przyjemności, dając mu lepszy dostęp. - Za dużo czasu minęło pod naszego pierwszego razu.
- Też tak sądzę.
Podniósł mnie i zniósł do sypialni. To było coś cudownego. Tyle emocji, namiętności, czystego pożądania i zero delikatności. Jednak na tym się nie skończyło. Wciąż było mi go mało. Uprawialiśmy sex wszędzie, gdzie się dało. Raz on dominował, raz ja. I tak przez cały dzień. Nie zważając na nic. To był nasz czas, który wszysko wynagrodził. Po wielu godzinach, w końcu postanowiliśmy zakończyć zabawę. Znaczy na teraz. Dymitr jest tak świetny w łóżku, że jeszcze do tego wrócimy.
- Teraz Roza, musimy iść do Galiny - oświadczył Dymitr, gdy się ubieraliśmy.
- Nic nie musimy - prychnęłam rozzłoszczona. - Sam mówiłeś, że przejmiemy tu władzę. Pozwolisz, że zacytuję "razem będziemy niepokonani". Jestem niezależna i to ja decyduję, z kim się będę spotkać. I na pewno nie będzie to teraz Galina - usiadłam na kanapie i włączyłam telewizję.
- Roza - stanął za mną i zaczął masować mi ramiona.- Jeszcze ją zabjemy. Ale na razie musimy być jej posłuszni, kocico. Inaczej to dla nas to się źle skończy.
Westchnęłam i wstałam.
- Niech ci będzie - warknęłam.- Ale następnym razem nie będę tak potulna.
Idę do drzwi i nie czekając na Bielikowa wychodzę. Po chwili mnie dogania i obejmuje ramieniem. Wszystkie strzygi płci męskiej oglądali się za mną, ale szybko odwracali wzrok, gdy Dymitr na nich warczał. Bardzo łechtało to moje ego. Uśmiechnęła się, poprawiając sobie biust i zaczęłam bardzuej kręcić biodrami. Mężczyźni ślinili się na mój widok, a kobiety pękały z zazdrości. No i mój mentor. Przyciągnął mnie bliżej siebie, kładąc dłoń na moim biodrze.
- Coś nie tak, skarbie? - spytałam przesłodzonym głosem.
- Nie, skądże- mruknął tym samym głosem z sarkazmem.
- To dobrze- uśmiechnąłem się.
Nagle poczułam jego dłoń na tyłku.
- Nie zapędzasz się?- warknęłam, zabierając ją, ale po chwili znowu się tam pojawiła.
Strzyga wzmocniła uścisk.
- Jesteś moja i będę robił z Tobą co mi się podoba.
- Hola hola kowboju- zatrzymałam się i odwróciłam się w jego stronę, tworząc dystans między nami przez położenie dłoni na jego torsie.- To, że mnie przemieniłeś i że pieprzyliśmy się cały dzień nie czyni cię moim właścicielem. Jestem strzygą, jestem wolna i mogę robić co chcę.
Cofnął się dwa kroki ze skrzyżowanymi rękoma na piesi i uśmiechnął się cwanie. Nie takiej reakcji się spodziewałam. Przybrałam pozycję obronną.
- Skoro ty jesteś wolna, to ja też i też mogę robić co chcę?- zapytał.
- Tak?- odpowiedziałam nie pewna, do czego zmierza.
- Czyli nie pogniewasz się, jak tą noc siedzę z Adele?
- Słucham?!- ryknęłam.- Słuchaj no! Może jesteś strzygą, możemy robić co chcemy, ale jak tylko zobaczę cię z inną kobietą, zabije was bez zawahania. Oboje.
- Ciekawe- zaśmiał się.
Właśnie w tym momencie korytarzem szła strzyga. Kiedyś musiała być dampirzycą. Seksowną dampirzycą. Miała długie, czarne włosy, opadające miękkimi falami na jej plecy, które w dużej mierze pewne odsłaniała bluzka. Jej zaukrąglenia były takie, jakie powinny być i jesz bezwstydnie kołysały się przy każdym jej ruchu. No koszmar. W odsłoniętym pempku widniał kolczyk. A najgorsze, że Dymitr nie mógł od niej oderwać wzroku. To na mnie ma tak patrzeć! Gdy nas mijała, przyciągnął ją i pocałował namiętnie. A ona jeszcze oddała pieszczotę. No tego to za dużo! Wściekła złapała ja za włosy i z całej siły pociągnęłam, wyrywając jej głowę. Ciało  strzygi opadło  sztywne na ziemię, a głowę rzuciłam zaraz obok i zdeptałam. Rzuciłam ostre spojrzenie na Rosjanina, który uśmiechał się triumfalnie.
- To było ostrzeżenie- warknęłam jeszcze i ruszyłam przed siebie.
- To jak nie chesz, żebym wzbudzał twoja zazdrość, to ty nie wzbudzaj mojej- dogonił mnie.
- Jesteś o mnie zazdrosny?- zakpiłam, uśmiechając się.
- A ty nie?- na jego twarzy pojawiła się konsternacja
- Ja tylko dbam o to co moje - prychnęłam.
- Czyli, że Ty nie jesteś moja, a ja jestem twój?
- Słuchaj.- zatrzymałam się przed nim.- Przemieniłeś mnie, dlatego, że chciałam cię mieć tylko dla siebie i ty chciałeś mnie mieć. Jakbyś nie chciał, masz tu mnóstwo strzyg. Ale na to wychodzi, że najbardziej chesz mnie. Ale to nie znaczy, że ja nie mogę szukać czegoś u innych.
- Jak dla mnie to właśnie to znaczy. Ciałem cię mieć na zawsze tylko dla siebie. A u innych nie masz co szukać, bo nic lepszego nie znajdziesz.
- Wiesz, zawsze można to sprawdzić.
Nagle zostałam przyszpilona do ściany i zmuszona do patrzenia w czerwone oczy Rosjanina.
- Nie przeginaj smarkulo. Jeśli chesz zostać tu razem ze mną i rządzić, to masz się mnie słuchać. Przemieniłem cię, powinnaś być wdzięczna, a nie się jeszcze stawiasz. Od teraz masz być grzeczna - warknął i pociągnął mnie za sobą.
Szłam za nim naburmuszona. Co za buc! "Od teraz masz być grzeczna" Pff... I czego jeszcze. Przemienił mnie, to niech się teraz męczy. W końcu doszliśmy do wielkich drzwi. Dymitr zatrzymał się i spojrzał na mnie. Wciąż byłam zła i on dobrze o tym wiedział. Przetarł twarz dłońmi. Zapukał do drzwi i spojrzał na mnie.
- Roza, błagam Cię. Z Galiną nie ma żartów, ona nie będzie tak wyrozumiała dla ciebie jak ja. Nie popuści żadnej zniewagi. Proszę Cię, nie narób nam kłopotów. Już samo to, że mogłem cię przemienić, było aktem łaski z jej strony. Musisz być posłuszna. Ten jeden raz schowaj dumę do kieszeni. Później pójdziemy na polowanie i będziesz mogła się wyżyć. Ale teraz błagam Cię, zachowuj się.
Westchnęłam. Z pokoju doszło nas obojętne "wejść"
- Niech ci będzie. Ale jeśli mnie sprowokuje, nie ręczę za siebie- ostrzegłam i otworzyłam drzwi.
Próg przekroczyłam dumnie, z uniesioną głową. Gdy tylko Galina mnie zobaczyła, wstała z uśmiechem.
- A więc to ty jesteś tą dampirzycą, o którą Dimka tak walczył?- spytała, obchodząc  mnie dookoła i oglądając jak jakiś nowy nabytek.- Wyglądasz nawet nieźle, masz styl, a już po samej twojej minie widać, że nie dajesz sobie w kaszę dmuchać. Nie jesteś za wysoka, ale pozory czasem mylą. Słyszałam, że dobrze walczysz - znowu stanęła przede mną.- Zaatakuj mnie!
- Z przyjemnością - uśmiechnęła się i rzuciłam na nią.
To był ten czas. Teraz ją zniszczę. Jednak już po dziesięciu minutach, okazało się, że szybciej ona zniszczy mnie. Stałam pod ścianą bez możliwości ruchu, uwięziona przez strzygę. Puściła mnie, a ja upokożona wróciłam na poprzednie miejsce.
- Bardzo dobrze. Jesteś naprawdę świetna. Rzadło zdarza się tak dobry przeciwnik. Wyśmienicie, że mam Cię w swoich szeregach.
- Przecież cię nie pokonałam- nie rozumiałam.
- Och dziecko - zaśmiała się kpiąco.- Nikt mnie nigdy nie pokonał.
- Nawet Dymitr?- otworzyłam szeroko oczy ze zdziwienia.
- Nawet on. W końcu sama go kiedyś szkoliłam. A do tego jestem strzygą od kilku dobrych lat. Ale nie martw się, jak na strzygę, która ma kilka godzin jesteś naprawdę silna. A teraz możecie odejść- usiadła znowu na fotelu i wróciła do swoich spraw tak, jakby nad tu w ogóle nie było.
Dymitr złapał mnie za ramię i wyciągnął z pokoju. Zaczął biec, łącząc nasze dłonie, a ja za nim. To take cudowne, czułam się, jakbym leciała. Moje nogi same niosły mnie, omijając wszelkie przeszkody. Zrównałam się z Rosjaninem i w oka mgnieniu znaleźliśmy się na dworze, ale nie zwolniliśmy. Tym razem on biegł trochę z przodu, prowadząc mnie przez labirynt, a ja starała się zapamiętać każdy zakręt. W końcu znaleźliśmy się na w lesie i dopiero teraz zaczęła się zabawa. Dymitr puścił mnie i zaczął biec szybciej. Chociaż starałam się, on oddalał się coraz bardziej. Gdy straciłam go z oczu, ztrzymałam się na polanie, nie mając pojęcia gdzie pobiegł . Uspokoiłam się i użyłam swoich zmysłów. Nie słyszałam nic prócz szelestu liści na wietrze i nocnych zwierząt. Gdzieś w oddali szumiał jeszcze strumyk, ale to bardzo cicho. Postanowiłam złapać jego zapach. Wyciągnęłam powietrze i uderzyło we mnie setki zapachów. Drzew, krzaków, ziół, kwiatów, zwierząt, ziemi i mchu. Oraz ta jedna, charakterystyczna woń. Z uśmiechem zaczęłam za nią podążać. Biegłam, rozkoszując się nocą, omijałam przeszkody i rejestrowałem wszystkie bodźce naokoło. Życie strzygi jest cudowne. Ale ja byłam głupia. Nagle zgubiłam trop. Znowu się zatrzymałam i zacząłem rozglądać, jednak to nic mi nie dało. Nagle usłyszałam trzask nad sobą. Spojrzałam w górę i zobaczyłam na drzewie Dymitra. Zdążyłam zrobić unik, dzięki czemu skoczył jakieś pół metra ode mnie. Zaczęliśmy walkę. Wymieniliśmy na wzajem ciosy i się broniliśmy. Ktoś z boku mógł nad porównać do walczących lwów o podobnej sile i zręczności. Nikt nie był lepszy. Byliśmy na równi. Jednak mimo wszysko byłam młodą strzygą, jeszcze nie umiałam do końca panować nad swoimi zdolnościami,  nad swoim ciałem. To ja popełniłam błąd i po chwili już stałam przygwożdżona do drzewa. Jednak nie podałam się. Została mi ostania broń w walce z Rosjaninem i postanowiłam ją wykorzystać. Pocałowałam go. Nikogo chyba nie zdziwi to, że oddał pocałunek, poluźniając uścisk. Dłonie zrzuciłam mu na kark, bawiąc się jego włosami, a on swoją jedną dłoń, przeniósł na moje biodro. Wykorzystałam tą chwilę nieuwagi, no bo po to ją stworzyłam. Zjechała dłonią w dół, zabrałam jego z mojej tali i załapałam za nią Dymitra. Wzmocniłam uścisk i po chwili zrobiłam dźwignię, powalając go na ziemię. Szybko usiadłam mu na biodrach, a ręce przyszpiliłam mu w nadgarstkach do ziemi. Uśmiechnęłam się triumfalnie.
- Proszę, proszę, oto już drugi raz pokonałam wielkiego wojownika, Dymitra Bielikow.
- A policzyć ci, ile razy ja Cię pokonałam? - uśmiechnął się chytrze, a mi miną zrzedła.
- Nie musisz - warknęłam. Jednak po chwili się nad czymś zastanowiła i przybrałam zalotną minę.- Czy mam rozumieć, że znowu będziesz moim mentorem, Towarzyszu?
- Tak - uśmiechnął się zadziornie.
- Ale czy to nie oznacza, że nie powinno łączyć nas nic po za treningami?- pochyliłam się bliżej jego ust, ocierając się o jego męskość.
Jęknął, patrząc na mnie z czystym pożądaniem. Pochyliłam się i złapałam zębami za wargę rosjanina, ciągnąć ją. Kolejny jęk. Zaczynam całować go po szczęście, a późnej po szyi, jednocześnie unosząc jego bluzkę do góry.
- Co robisz?- spytał, przez śmiech.- A co z polowaniem?
On sam zaczął mnie rozbierać. Jego zimny dotyk rozpalał mnie.
- Jeśli zaraz mnie nie przelecisz, jest dość duże prawdopodobieństwo, że zgwałcę swoją przyszłą ofiarę.
Jeszcze raz się zaśmiał i obrucił nas tak, że to ją byłam na dole. Całował mnie po szyi, jeżdżąc dłońmi wzdłuż mojej talii. Szybko pozbyliśmy się naszych ubrań lecz jeszcze się nie złączyliśmy. Dymitr zaczął się nade mną zlecać. Sprawiało mi to dużo przyjemności i podniecało, jednak przypominało mi jak daleko jestem od szczytu.
- Dymitr - sapnęłam.- Błagam!
- O co Roza?- czułam, że się uśmiecha.
- Zrób to!- jęczałam.- Teraz. 
Uśmiechnął się całując moją szyję, po czym wszedł we mnie niespodziewanie. Jęknęłam przeciągle, zamykając oczy i odchylając głowę. Po chwil westchnęłam i próbowałam uspokoić szybki oddech. Jednak wtedy zaczął się we mnie poruszać, a każdy jego ruch wywoływał nasze jęki. Cale moje ciało płonęło zywym ogniem, wywołanym przez jego dotyk. Zaciskałam się na nim boleśnie, pragnąc spełnienia. On Napierała na mnie coraz mocniej i szybciej, sapiąc. Oboje szczytowaliśmy w tym samym czasie, krzycząc swoje imiona, ale widziałam, że to jeszcze nie koniec. Nie wiem ile trwało zanim nie ubraliśmy się z powrotem. Przy 5 turze przestałam liczyć. Ale może było ich z 8? Gdy już się ubraliśmy, złapał mnie w pasie i przyciągnął do siebie. W jego oczach nadal było pożądanie.
- I co Roza?- szepnął, wciąż ciężko oddychając.- Dalej uważasz, że ktoś byłby w staje mnie tobie zastąpić.
- Nie. Inaczej by mnie tu nie było- popchnęłam go na drzewo i znowu zaczęłam się do niego dobierać.
***
Od mojej przemiany minął już miesiąc. Dymitr wszyskiego mnie nauczył. Zasad życia strzyg, używania nowych zdolności w walce, polowania oraz nawigacji korzystając z nocnego nieba. Nawet stoczyliśmy w dwójkę walkę ze strażnikami dość licznej rodziny morojów. Ale to była wyżerka. Galina nam ufa i daje najważniejsze misję. I dobrze. Jesteśmy coraz bliżej niej. A dzisiaj zaatakujemy. Wszysko mamy zaplanowane. Idziemy w nocy na grupowe polowanie. Dymitr jako swój test ma je poprowadzić. Szybko podzielił grupy, gdzie ja, on i "przywódczyni" jesteśmy razem w jednej i atakujemy dom z królewskiego rodu: Tarus. Nie najlepsze sobie wybrali miejsce na wakacje. Uśmiechnęłam się szatańsko na tą myśl. Ale najpierw Galina. Wyjechaliśmy po zmroku dziesięcioma autami. Nie długo po wyjeździe do miasta, wszyskie się rozjechały w różne strony. Za nami jechało tylko jedne z resztą naszej grupy. Zatrzymaliśmy się dwie ulice dalej i zakradliśmy pod tylnie drzwi. Dymitr dowodził i zatrzymał się przy drzwiach od kuchni, ja byłam tuż za nim, a po drugiej stronie drzwi stała Galiną. Rosjanin uznał, że jako najsilniejsza idzie pierwsza, późnej reszta strzyg, a my zamykamy pochód. Tak też zrobiliśmy. Kobieta wywarzyła drzwi i wpadła do środka, a za nią reszta strzyg, my na końcu. Mieliśmy przewagę, ale mimo to rozpętało się piekło. Mimo początkowej fali zwycięstwa, o której świadczyły dwa martwe ciała, moroja i dampira, teraz strzygi padały jak muchy.  Jeden strażnik rzucił się na mnie, ale po kilku minutach, to ja pozbawiłam go życia i wypiłam całą jego krew. Dymitr patrzył na mnie z dumą. Oboje wymieniliśmy spojrzenia i pobiegliśmy na górę. Wywarzyliśmy drzwi od dwóch pierwszych pokoi po przeciwnych stronach.  Niestety ja wpadłam do mieszkania strażnika. Nie było łatwo i kilka razy posłał mnie na ścianę, ale odwiedziłam się mu złamaniem karku. Jednak nie wyszłam całkiem bez szfanku, bo udało mu się wcześniej mnie drasnąć sztyletem w ramię. Piekło jak cholera, Ale da się przeżyć. Wyszłam i zobaczyłam zakrwawionego, ale zadowolone Dymitra.
- Zostawiłem ci tam morojkę, przy da ci się dużo siły- wskazał za siebie.
Spragniona wepchnęłam się do pokoju i weszła na łóżko, gdzie leżały dwa ciała. Jedno już było wysuszone, ale drugie... Bezzwłocznie nachyliłam się i wbiłam trupowi w szyję. Od razu poczułam słodko smak i płynącą z niego siłę. Tak dawno nie piłam krwi morojów, a świadomość, że to królewski ród jeszcze bardziej mnie upaja. To była najcenniejsza słodycz na świecie. Czego chcieć więcej. Niestety wszystko co dobre kiedyś się konczy. Wstałam i podeszłam do mężczyzny czekającego na mnie w progu.
- Wiesz, gdy tak na ciebie patrzyłem, dałaś mi pomysł na świętowanie naszego zwycięstwa 
- przyciągnął mnie do siebie i złączy nasze usta w pocałunku z krwią.
- Też mam kilka wizji, tygrysie, które pragnę spełnić- szepnęłam mu do ucha, ocierając się o jego męskość - Z Tobą w roli głównej, oczywiście.
Odwróciłam się od niego i ruszyłam w głąb korytarza, jednak czułam na sobie jego pożądliwe spojrzenie.
Przeszukaliśmy resztę pokoi, jednak nikogo więcej nie było. Idealnie. Razem z Dymitrem weszliśmy do ostatniego pokoju. Rosjanin schował się za otworzonymi na oścież do środka drzwiami, a ja stanęła pod oknem na przeciw wejścia.
- Galina, chodź tu!- zawołałam ni to przestraszona, ni zaciekawiona.
- Co jest?- weszła po chwili.
Zaczęła się rozglądać, ale w tej samej chwili Dymitr zamknął drzwi i tak zostaliśmy sami, odcięci od reszty strzyg. Przyjęliśmy postawy obronne i zaczęliśmy ją okrążać, jak ofiarę.
- Co się dzieje? Co wy robicie?- patrzyła czujnie, gotowa na atak, to na mnie, to na mężczyznę.
- Przejmujemy władzę- uśmiechnęłam się chytrze.
- Ha! Powodzenia.- zakpiła.- Musicie mnie zabić, jeśli chcecie władzy, a jeszcze żadna strzyga mnie nie pokonała, a co dopiero mówić o zabiciu.
- Tak, tylko, że teraz jesteśmy we dwoje. A ty jesteś ciut osłabiona, nie prawdasz?- z uśmiechem wskazuje na ranę w jej nodze.
- Małe draścięcie- mimo pewności w jej głosie, zauważyłam niepokój w oczach strzygi.
W tej chwili rzucił się na nią Dymitr, ale błyskawicznie się odwróciła i odparła atak, rzucając go na ścianę. Teraz moja kolej. Wymieniałyśmy ciosy, jeden po drogim, aż dostałam w twarz i mnie odrzuciło. Wściekła, rzuciłam sie na nia jeszcze raz, jednak tym razem z Rosjaninem. Musiała walczyć na dwa fronty i czuliśmy, jak się męczy. Nagle mnie pochłonęła na ścianę, a drugiej strzydze skręciła kark.
- Nie!- ryknęłam, choć wiedziałam, że to go nie zabiło, a jedynie pozbawiło przytomności.
Mimo wszystko poczułam wielką wściekłość. Rzuciłam się na nią i po zaciętej walce z całą swoją dzikością rzuciłam ją na ścianę.
- Ostanie słowo?- uśmiechnęłam się szalenie.
- Pieprz się dziwko- warknęła.
Z moich ust wydobył się cichy niski warkot, a po chwili na ziemię upadło sztywne ciało Galiny, za to jej głową została w moich dłoniach.
- Sama się pieprz- pluje w kierunku trupa.- Z diabłem.
Podeszłam do Dymitra. Za szybko się nie obudzi. Wzięłam go na ręce i zniosłam na dół. Wszyskie strzygi patrzyły na mnie, szukając Galiny. Nieprzytomną strzygę położyła na kanapie i z głową w rękach wkroczyłam na stolik od kawy w salonie.
- Wszyscy mnie słuchać! Galina nie żyje i teraz my jesteśmy waszymi przywódcami- pokazuje swoje trofeum- Macie się nas słuchać bez zająknięcia. Każdy kto się sprzeciwi, czy zawaha, straci głowę w sekundę. Zero litości.
Gdy schodziłam z "podium" dalej była cisza. Strzygi patrzyły na mnie w szoku i z pokorą.
- Na co jeszcze czekacie? Na strażników czy słońce? Już do aut!- wydarłam się na nie.
Wybiegły szybciej niż tu w wbiegły. Gdy ostatnia wyszła, podeszła do Bielikow. Chciałam już go wziąć, gdy ten się obudził. Otworzył czujnie oczy i zaczął rozglądać się dookoła.
- Co się stało? Gdzie Galina?- spytał zdezorientowany.
- Miejmy nadzieję, że w najgłębszej otchłani piekieł.
- Nie żyje?- podnosi się i patrzy na mnie z niedowierzaniem.
- Tak- uśmiecham się złowieszczo- Teraz my tu rządzimy.
 On również się uśmiecha.
- Oj na miejscu tych pseudowampiów już bym się trząsł. Świat nas popamięta.

poniedziałek, 8 stycznia 2018

To koniec - cz. 2

Z dedykacją dla Marty, bo bardzo na to czekała *sarkazm*, żeby miała serce i patrzyła w serce i jeszcze dla niej i Marzenki za te jedyne dwa komy pod poprzednią częścią (Tak, gardzę tymi, którzy wiem, że czytają, a nie komentują.) Miłego czytania 😚😚
_____________________________________________________________
Po skończonej zmianie udałem się do kafejki, gdzie miałem się spotkać z przyjaciółką. Od razu zauważyłem ją przy stoliku. Usiadłem naprzeciwko niej z uśmiechem.
- Witaj Taszo.
- Dimka, nawet nie wiesz, jak bardzo cieszę się na to spotkanie. Myślałam, że się na mnie obraziłeś.
- Nie, nic z tych rzeczy. Może trochę się obawiałem, że to ty nie chcesz mnie widzieć. Mam nadzieję, za mój związek z Rose nie zniszczy naszej przyjaźni, bo bardzo mi zależy na niej i tobie- dodałem z nadzieją
- Och, oczywiście, że nie - machnęła ręką. - Chciałam cię przeprosić. Na prawdę nie wiem, co we mnie wystąpiło na naszym ostatnim spotkaniu. To prawda, jestem zazdrosna o Rose, ale cieszę się twoim szczęściem. Po za tym, przecież nie zmuszę cię do miłości.
- Jestem pewny, że kiedyś znajdziesz swój ideał - złapałem ją za dłoń w geście wsparcia.
Podniosła wzrok i uśmiechnęła się do mnie miło.
- Mój ideał jest przede mną. Ale może kiedyś zechce mnie ktoś choć w połowie tak wspaniały jak ty.
Zaskoczyły mnie jej słowa i odwaga z jakimi je powiedziała. Każda dziewczyna by spuściła wzrok zawstydzona, a ona wciąż popatrzyła mi głęboko w oczy.
- Nie przesadzaj. Nie jestem idealny. Na pewno znajdziesz lepszego. Skończmy lepiej ten temat.
- No dobrze- odpuściła i zabrała dłoń.- Zamówiłam już nam kawę.
- O! Dzięki. Jak ty mnie dobrze znasz - zaśmiałem się.- Tak jak nad jeziorem te naście lat temu.
- O tak! - zaśmiałam się.- Nie tak łatwo mnie wrzucić do wody.
- Uważaj, następnym razem nawet magia Ci nie pomoże - pogroziłem jej rozbawionymi.
- Jeszcze zobaczymy, kto się skąpie. A będziemy mieli okazję sprawdzić, bo zamierzam za miesiąc wyjechać nad jezioro i przy okazji wziąć Christianka i Lissę. Więc ty i Rose też pojedziecie.
- To wspaniałe. Będzie jak za dawnych lat - ucieszyłem się.
- A nawet i lepiej- w tej chwili podali nam napoje.
***
ROSE
Dymitr od jakiegoś czasu jest inny. Zmienił się i to mnie martwi. Dalej jest kochany, ale nie wychodzi z inicjatywą pieszczot, już nie tak często obdarza mnie czułymi gestami, coraz rzadziej słyszę z jego ust wyznania miłości, ciągle jest jakiś zamyślony i nieobecny. A jak pytam, co się dzieje, to mnie zbywa, że to nic takiego, dużo pracy, że jest zmęczony. Już nie jest tak chętny na igraszki w łóżku, czy wspólne kąpiele. Częściej mnie przytula, niż całuje, a jeśli już, to nie tak długo, jak kiedyś. Nie wkłada w to tyle serca. Za to na spotkanie z Taszą, czy po powrocie uśmiech nie schodzi mu z ust. Ufam mu, ale jednak serce mi pęka, bo już nie śmieje się przy mnie jak dawniej. Jak przy niej. Tak, przyznaję się. Ja Rose Hathaway jestem zazdrosna o Nataszę Ozerę. Ale jaka kobieta by nie była? Muszę porozmawiać dzisiaj poważnie z Dymitrem o naszym związku. Usłyszałam zgrzyt kluczy w zamku. O wilku mowa. Podeszłam spokojnie na próg, patrząc, jak Dymitr ściąga buty. Tym razem nie był tak zadowolony. O proszę. Jakaś nowość. Za to zamyślenie ma po staremu. Spojrzał na mnie, a wtedy dostrzegłam w jego oczach żal i przeprosiny. Czyżby zrozumiał, że mnie zaniedbał? I tak czeka nas rozmowa.
- Dymitr, musimy porozmawiać.
- Tak, to prawda - przyznał ze skruchą.
Odwróciłam się do niego plecami i usiadłam na kanapie w salonie. Po chwili strażnik dołączy do mnie.
- Dymitr, ja mam już tego powoli dość. Wiem, że stęskniłeś się za przyjaciółką i chcesz nadrobić te lata, ale tak trochę czuje się odrzuca, odsunięta na bok. Nie chcę ci zabronić się z nią widzieć, ale tęsknię za Tobą i twoją miłością. Tak nie powinn...
- To koniec Roza - przerwał mi, zwieszając głowę.
- Co? Czego?- nie rozumiałam.
Podniósł głowę i spojrzał mi prosto w oczy, jednak nie umiałam nic wyczytać z jego twarzy.
- Nas- powiedział spokojnie, nie odwracając wzroku.
Byłam w szoku.
- S-słucham? Ale... jak to? Dymitr...
- Ja kocham Taszę - przyznał, tym razem spuszczając wzrok.
To było jak cios prosto w serce. Nie, to był cios w serce. Czułam jakby mi pękło. Złapałam się za klatkę piersiową, nie mogąc zaczerpnąć powietrza. Byłam w wielkim szoku.
- Na początku myślałem, że po prostu dobrze się czuje w jej towarzystwie. Ale to coś więcej. Sądziłem, że to ty jesteś tą jedyną, bo z nią nie miałem kontaktu. Jednak teraz wiem, że to ją kocham. Próbowałem temu zapobiec, zmuszałem się do okazywania tobie miłości, bo po tym wszystkim co przeszliśmy, musiałaś to być ty. Ale myliłem się. Już cię nie kocham Roza.
Każde słowo bolało, jakby przekręcał ostrze wbite mi wcześniej w serce. Nie mogłam pojąć tego co się działo. Szloch wstrząsnął moim ciałem, ale nie pozwoliłam polecieć łzą. Zgięłam się w pół, powstrzymując płacz.
- Roza? Coś ci jest?- spytał zmartwiony, wyciągając do mnie ręce.
- Nie dotykaj mnie!- wrzasnęłam nie swoim głosem, co go powstrzymało, bo zamarł w bezruchu.- Cały czas mnie okłamywałeś, oszukiwałeś.
- Roza, to nie...
- Milcz!- powiedziałam ostrym, zimnym głosem, prostując się i ostatkiem sił spojrzałam na niego bez uczuć.- Teraz pójdziesz na górę, spakujesz się i wypierdalasz z mojego życia. Nie chcę Cię więcej widzieć. Nigdy.
Pokornie, może trochę wystraszony wstał i skierował się na schody.
- A i jeszcze jedno - odezwałam się, gdy był już w ich połowie.- Nigdy więcej nie mów do mnie "Roza". Nie jestem już nią i nigdy nie będę.
Bez słowa poszedł na górę. Pociekły mi pierwsze łzy, Ale nie pozwoliłam sobie na histerię. Nie, dopóki jest w domu. Nie okażę słabości, nie pokaże jak bardzo mnie skrzywdził po raz kolejny. I po raz ostatni. Po dziesięciu minutach szedł z walizkami i położył klucze na stole. Nie spojrzałam na niego, kiedy wychodził z pokoju.
- Żegnaj Rose - to ostatnie co usłyszałam i to wywołało mój cichy płacz.
Następny dźwięk to trzask drzwi. Tym razem się nie powstrzymywałam. Wszystkie bariery pękły i zaczęłam ryczeć, skulona na kanapie. Straciłam go, odszedł. Już nigdy mnie nie przytuli, nie powie, jak bardzo kocha, nie pocałuje, nie będzie mnie kołysał po złym śnie. Już nigdy go nie będzie w moim życiu. A ja nie chcę nikogo innego. Tyle o nas walczyłam, a teraz to straciłam przez jego spotkania z "przyjaciółką". Jak ja jej nienawidzę. I jego. Ich. Teraz to oni są całością. A ja zostałam sama. Wciąż czuje jego zapach na kanapie. Wspomnienia uderzyły we mnie. Jak się przytulaliśmy, łaskotaliśmy, wydurnialiśmy, kochaliśmy.  Nie mogę, tu jest za dużo wspomnień. Wstałam, założyłam kapcie i szurając nogami, poszłam do kuchni. Od razu zobaczyłam wspomnienia, jak Rosjanin gotował, a ja mu pomagałam, podkradając jedzenie i jak się zawsze śmialiśmy. Pamiętam jak raz wstałam wcześniej od Dymitra i postanowiłam sama zrobić tosty na śniadanie. Nawet mi wychodziły. W pewnym momencie wszedł Dymitr w samych bokserka i zmarszczył nos.
- Czy coś się pali?- spytał, rozglądają się
dookoła.
- Tak, moja ochota na ciebie- mruknęłam, przejeżdżając spojrzeniem po jego umięśnionym torsie.
- Rose, toster się pali!- krzyknął, co mnie ostudziło i razem rzuciliśmy się na jego gaszenie. Po wszyskim wybuchliś śmiechem.
Zakryłam usta dłonią, choć to nie powstrzymało jęku żałości i rozpaczy. W łzach wzięłam lody z zamrażalnika i opuściłam kuchnię jak najprędzej. Wdrapałam się po schodach na górę i nie pewnie stanęłam przed naszą sypialnią. Po długim wahania weszłam do środka. Od razu uderzył mnie zapach naszych ciał i porannego sexu. Jeszce pół dna temu, mówił, że mnie kocha, a teraz... Cała zapłakana padłam na łóżko, odurzając się jego zapachem. Nie wiem ile tak leżałam. To mogły być minuty, godziny, a nawet lata. To dla mnie nie miało żadnego znaczenia. Nic nie ma znaczenia bez niego. Gdy już zabrakło mi łez, postanowiłam się jakoś ogarnąć. Wzięłam piżamę i poszłam wziąć prysznic. Jednak i on nie ukoił mojego cierpienia. Po opuszczeniu kabiny ubrałam się,  związałam włosy w kok i założyłam szlafrok. Spojrzałam w lustro, na swoją marną osobę. Blada skóra, opuchnięte powieki, usta spuchnięte od ciągłego ich gryzienia, oczy zagasłe, bez wyrazu i świeże ślady po łzach na policzku. Czułam się jak chodzący trup. Cała radość znikła z mojego życia. Zostawił mnie. Na zawsze. Już nigdy nie będzie tak jak dawniej. Bez jedno ramion jestem taka bezbronna, zagubiona. Pomocy! Zawyłam z rozpaczy na cały dom i pięścią rozbiłam lustro. Już nic nie mogę zrobić. Ta cholerna bezradność, gdy poświęcasz wszystko dla tej ukochanej osoby, a ona zostawia cię z niczym. Nie mam niczego. Powietrza, miłości, opieki, chcecie do życia. Wyszłam z łazienki, z ciężkim sercem oraz kroplami łez i krwi kapiącymi na ziemię, dowlokłam się do łóżka. Gdzie jest najwięcej wspomnień, zapachu, jego. Jak żyć? Sięgnęłam po lody i zaczęłam je jeść. W filmach tak robią. Czemu to dalej boli, czemu to nie przynosi ulgi, czemu dalej cierpię? W czym jestem gorsza od Taszy? Co ona ma, czego brakuje mi? To miała być moją bajka, Dymitr miał być moim księciem. A ona miała być okropnym, przebrzydłym gradem. A to ja wyszłam jako przeszkoda ich miłości. Aż mi się niedobrze robi. A niech zgniją gdzieś. Jeszcze mnie popamięta. Tak odebrać mi ukochanego... Nie ma szans. Zabiję sukę, zabiję... Ale skoro Dymitr jest z nią szczęśliwy... Kocham go i chcę dla niego jak najlepiej. Teraz będzie mógł z nią mieć dzieci. Będzie szczęśliwy, a tym się moja mała część cieszy. A cała reszta płacze. Jak ja go kocham. Tak bardzo chciałabym, żeby teraz tutaj wpadł, przeprosił mnie, zrozumiał, jaki błąd popełnił. A ja bym mu wybaczyła. Boże, wszysko bym wybaczyła, tylko niech wróci. Zrzuciłam już puste pudełko z łóżka i wtuliłam się w poduszkę, błagając o sen. Ale ten nie chciał nadejść. Nawet jak przestałam płakać, wierciłam się niemiłosiernie na łóżku. Tak mi go brakowało. Jest już środek nocy, a ja nie mogę zasnąć. Jutro na służbę będę nieprzytomna. Może wezmę wolne. Tak, przyda mi się. Wzięłam komórkę i napisałam Hansowi, że jutro nie mogę być w pracy, sytuacja kryzysowa i żeby nie mówił tego królowej, tylko coś wymyślił, że z Dymitrem gdzieś jadę, czy coś. Nie chcę jej martwić, a na razie chcę być sama. Chce tylko Dymitra. Mojego Towarzysza. Nie, nie zasnę. Nie ma szans. Chwila! Widziałam gdzieś tabletki nasenne. Tak. To moja nadzieja. Zewlekłam się z łóżka i poczłapałam do łazienki. Zaczęłam przeszukiwać półki, aż je znalazłam. Zaczęłam czytać na opakowaniu dawkę. Wysypałam na rękę dwie tabletki i już chciałam odłożyć pudełko, ale się zawahałam. Dwie, żeby zasnąć i się obudzić. A jakby się już więcej nie obudzić? Wiem, szaleństwo, ale... czemu nie? O Lissę się nie martwię. Ma innych strażników, ma Christiana. Poradzi sobie. A Dymitr ma Taszę, co mnie boli. Strasznie boli. Bez niego moje życie nie ma sensu. Ale czy na pewno? Jest tyle rzeczy, które mogę zrobić, poznać, w końcu podróżować po świecie. Czemu nawet w tych planach widzę obok mojego ukochanego? No tak, to z nim miałam to wszysko robić. A teraz, bez niego to nic nie znaczy. Ja nic nie znaczę. Wysypałam na dłoń pół opakowania i wróciłam do łóżka. Patrzyłam na to z niepewnością, bijąc się z myślami. Jak to zrobię, stracę wszysko. Ale czy już tak się nie stało, czy mam jeszcze cokolwiek? To była chwila, sekunda w której szala przesunęła się na jedną stronę. Sekunda, po której bym już tego nie zrobiła. Ale zrobiłam. Wsyłam wszyskie tabletki do ust i połknęłam. Położyłam się i czekałam na sen. Nagle zaczęło mnie palić w żołądku. To był niewyobrażalny ból. Zrobiło mi się słabo i poleciałam do toalety zwrócić obiad. Nie tak to miało wyglądać. Czując narastające zmęczenie, wróciłam do łóżka. Na reszcie to się skończy, będę miała spokój, nigdy więcej bólu i cierpienia. Zamknęłam oczy i zasnęłam snem wiecznym.

DYMITR

- I jak? - spytała zmartwiona Tasza, gdy usiadłem obok niej na ławce w parku.- Jak to zniosła?
- Ehh... - przeczesałem włosy dłonią.- Kiepsko.
- Och Dimka, to nie twoja wina.- złapała mnie za dłoń.- Najwidoczniej nie było wam dane być razem. Przyjdzie jej, uwierz mi. Każda kobieta by się załamała, ale tak będzie lepiej. Popłacze, popłacze i zapomni. Nie możesz się przecież zmuszać do miłości. Wtedy byście oboje cierpieli, a tak ma okazję poznać kogoś odpowiedniego dla siebie. Za to nam teraz nic nie stoi na przeszkodzie. Możemy być już razem. Zawsze.
- Na zawsze - dodałem łapiąc ją za dłonie i patrząc jej prosto w oczy.- Szkoda, że byłem tak ślepy i nie zauważyłem, że to ty jesteś moją jedyną miłością.
- Kocham cię Dimka.
- Ja Ciebie też Tasza.
Patrzyliśmy na siebie z miłością. Jak mogłem wybrać Rose, mając przed sobą takiego anioła? Przecież zawsze to ją kochałem. Jej twarz była coraz bliżej mojej, a mi to w ogóle nie przeszkadzało. Położyła dłonie na moim torsie i zaczęła nimi jechać wyżej, a moje idealnie się wpasowały do jej talii. Jakby tylko na to czekały. W końcu nasze usta spotkały się w słodkim pocałunku pełnym miłości. Tak długo na to czekałem. Mogłem to zrobić wczesnej, ale czułbym że zdradzam Rose, a na to nie zasługuje żadna kobieta. Jednak już jestem wolny i mogę robić co chcę. A teraz chcę rozkoszować się słodkim smakiem ust Taszy. Przygryzłem jej wargę, na co zamruczała rozkosznie. Boże, to najpiękniejszy dzień na świecie. Po chwili się od siebie oderwaliśmy, nie odsuwając się od siebie. Nigdy nie byłem tak szczęśliwy, jak teraz, gdy mam w ramionach tą kobietę.
- Dimka, to może zamieszkamy razem? W sumie i tak nie masz co z sobą zrobić - morojka wskazała na moje bagaże.
- Masz rację - zaśmiałem się.- Ale zmieścimy się?
- Oczywiście. Najwyżej będę spała na tobie. Mam nadzieję, że jesteś wygodny - dźgnęła mnie w brzuch.- Wow. Ale mięśnie.
Zaczęła mnie po nich dotykać, zafascynowana, co przyjemnie łechtało moje ego.
- To może już pójdziemy. Mam nadzieję, że masz pełną lodówkę, bo trochę zgłodniałem.
- Biedaku, ty pewnie od rana nic nie jadłeś- pogładziła mnie po policzku.- Chodź, czas się Tobą porządnie zająć.
Złączyliśmy nasze dłonie i poszliśmy do jej mieszkania. Było bardzo podobne do tego, które na początku dzielił z Rose, ale w innych kolorach. Zostawiłem torby w sypialni i zająłem się urzędowaniem w kuchni. Postanowiłem zrobić spaghetti. Wyciągnąłem wszystkie składniki i zacząłem przygotowywać sos.
- Od razu widać, że jesteś w swoim żywiole.- zaśmiała się morojka.
Dostałem nagle uczucia deja vu. Z miesiąc temu stałem w podobnej kuchni i akurat też robiłem to samo danie. Wtedy Rose pierwszy raz widziała jak gotuję. Powiedziała bardzo podobne słowa. "Od razu widać, że wiesz gdzie twoje miejsce"- usłyszałem w głowie jej głos. Poczułem ukucie w sercu z nie wyjaśnioną tęsknotą. Ale przecież kocham Taszę, mimo że jakiś cichy głosik z tyłu głowy temu zaprzecza. Tyle że bez niego doskonale wiem, co czuję. Wtedy też rzuciłem się za Rose i zacząłem ją łaskotać. Do Taszy jedynie się delikatnie uśmiechnąłem.
- Idę do karmicieli, ale wrócę za jakieś pół godziny. Muszę  wszysko załatwić na nasz wyjazd.
- Nasz wyjazd? - zdziwiłem się.
- No tak. Skoro mam ciebie już mogę w spokoju wracać. Mówiłam, że to za Tobą tęskniłam.
- No dobrze. Ale zaczekaj z tym jeszcze.
- Na co chesz czekać?- zdziwiła się.
- Muszę załatwić sobie zmianę przydziału, a nie wyjadę, nie będąc pewnym, że Christian ma odpowiednią ochronę.
- Cały Ty - pokręciła z uśmiechem głową.- Dobrze, dam ci jeszcze czas. Ale też nie za długo, bo chcę jeszcze znaleźć pracę.
- Oj nie skarbie- podszedłem do niej ze śmiechem, obejmując ją i całując w szyję.- Ty to będziesz siedzieć w domu i dzieci wychowywać. A ja będę nas utrzymywać.
- Co tu chcesz że mnie kurę domową zrobić- zaśmiała się.
- Ja gotuję, nie narzekaj.
- No już dobrze, już dobrze, ty mój mężczyzno przy garach - złapała mnie za kołnierz i przyciągnęła, obdarowując słodkim, ale krótkim pocałunkiem w usta.- To ja już pójdę.
- Idź, idź. Bo ci wszyskich karmicieli zjedzą. - klepnąłem ją w tyłek, na co podskoczyła zaskoczona, a ja posłałem jej piękny uśmiech.
- Dimka, ty... ty... ugh! Policzymy się jak wrócę - pogroziła mi palcem i wyszła, a ja zacząłem się śmiać.
Wziąłem się do robienia obiadu. W między czasie Tasza wróciła, ale zamknęła się w sypialni. Gdy sos i makaron się grały, postanowiłem zrobić klimat do kolacji. Była to w końcu nasza pierwsza wspólna noc. Wyciągnąłem zastawę, znalazłem gdzieś w szafkach obrus, świeczki i wino, po czym wszysko dałem na stół. Uczesałem się i polałem wodą kolońską, po czym podeszłem i zapukałem do sypialni. Po chwili drzwi się otworzyły, a ja zamarłem. Tasza miała piękną sukienkę syrenkę w arktcznym odcieniu niebieskiego, a włosy ułożyłam w piękne loki.
- Słucham? - oparła się o futrynę ze słodkim uśmiechem.
- Czy ma Pani zaszczyci mnie swoim towarzystwem na kolacji?- ukłoniłem się w pas.
- Co za szarmancja, strażniku- zachichotała i położyła swoją dłoń na mojej.
Poprowadziłam ja do stołu i pozwoliłem usiąść. Po chwili przyniosłem jedzenie i usiadłem obok morojki. Chciałem być jak najbliżej niej. Nałożyłem nam jedzenie i polałem wino. Przez całą kolację śmialiśmy się, wspominając dawne lata i i planując przyszłe. Całkowicie zapomniałem o sytuacji z Rose. Przy Taszy cały świat przetrwał istnieć. Przy jej uśmiechu, oczach, teraz tak błyszczących w blasku świec. To jak zgrabnie i z wdziękiem piła wino. Anioł nie kobieta. Skąd się takie istoty biorą na ziemi? Chyba tylko dla rozgrzeszenia takich grzeszników jak ja. Ale ja byłem ślepy...
- Słuchasz mnie?- uśmiechnęła się rozbawiona.
- Co? Eee... wybacz, zapatrzyłem się- okazałem skruchę.
- A na co? - oblizała seksownie wargi, a moje serce przyśpieszyło.
Złapałem jej dłoń i pocałowałem jej wewnętrzną stronę.
- Na cudowną kobietę, która otworzyła mi oczy - nie przestałem patrząc jej w oczy. Widziałem w nich, że chce tego co ja.
Oboje w tym samym czasie wstaliśmy i przywarliśmy do siebie ustami. Byliśmy spragnieni naszej bliskości. Przygryzłem jej wargę, prosząc o dostęp, ale ona się ze mną droczyła i gdy myślałam, że mi go da, nie dawała. W tym czasie zatopiła dłonie w moich włosach, ciągnąć za nie i drapiąc mnie w głowę. Straciłem cierpliwość i złapałem ją za pośladki. Jęknęła cicho dając mi to, co chciałem. Zaczęliśmy walkę o dominację, gdzie wpadliśmy na różne meble, aż nie przyparłem jej do ściany. Wtedy wygrałem nasza potyczkę, a jako nagrodę pozwoliłem sobie zdjąć jej sukienkę. Ona już dawno rzuciła moją koszulę gdzieś w kąt. Podniosłem ja za tyłek, a morojka oplotła mnie nogami w pasie. Zaniosłem ją do sypialni i położyłem na łóżku. Zacząłem całować jej nogi, ściągając z nich jej pończochy. Następnie znalazłem się nad nią i pocałowałem delikatne jej słodkie usta. W tym czasie Tasza zajęła się moimi spodniami. Pozbyłem się jej bielizny, tak jak ona i już było tak blisko, nasze ciała odnajdywały już wspólny rytm, gdy nagle...
To było jak uderzenie w twarz metalowym wiadrem z zimną wodą. Co się dzieje?!  Co ja do cholery robię?! Odskoczyłem od niej jak poparzony pod ścianę, dysząc.
- C- co się stało? - pyta zdziwiona morojka.
Otwierałem i zamykałem usta,gdy przypomniało mi się szybko, co się działo. Całe dnie z Taszą, to jak myślałem, że ją kocham. To jak zostawiłem Rozę. Boże! Czemu to zrobiłem? Przecież tylko ją kocham. Jakie szataństwo podsuwało mi te myśli... chwila! Zszokowany uniosłem wzrok. Czułem zdradę, wściekłości, nienawiść i zawiedzenie.
- To ty! Ty używałaś wpływu! Przez ciebie to wszysko. Zniszczyłaś mi życie- zacząłem pośpieszcie się ubierać.
- Dy-dymitr... Ale to nie tak....
- Milcz! Przez ciebie Roza mnie nienawidzi! A ja Ciebie!
Wybiegłem z mieszkania i udałem się do domu mojego i Rozy. Byłem nawet skory błagać ją o wybaczanie. Nawet czołgać się pod jej nogami. Wszysko, byle mi wybaczyła. Wszedłem do domu, o dziwo był otwarty. Nie było jej nigdzie na dole, więc pobiegłem na pierwsze piętro. Zatrzymałem się przy drzwiach od sypialni i się uspokoiłem. Zapukałem w nie. Nic. Nie chcę na razie tam wchodzić.
- Roza. Ja wiem, że nie chesz mnie widzieć, wiem, że Cię zraniłem. Mogę mówić, że to nie moja wina, ale to noc nie zmieni. Proszę skarbie, wybacz mi. Zrobię wszystko. Roza, proszę.
Dalej nic. Nasłuchuję, cisza. Może śpi. Cicho otwieram drzwi i rozglądam się po pokoju. Oddycham z ulgą, widząc ją śpiąca na łóżku. Musiała być tak zrozpaczona, że nawet nie miała sił pod kołdrę wejść. Może śpi na tyle mocno, że dałbym radę ją pod nią włożyć? Podeszłem do niej i delikatnie podniosłem ukochaną. Ale coś mnie zaniepokoiło. Przeglądałem się jej i miałem wrażenie, że nie oddycha. Wystraszony sprawdziłem puls. Nic nie wyczułem. Położyłem ja z powrotem i już przerażony sprawdzałem wszędzie. Serce mi biło jak szalone, a dłonie się trzęsły. Nie, to nie możliwe, ona nie mogła... co się stało? Nie zważając już na nic zacząłem RKO, jednocześnie wybrałem numer do królowej.
- Królowa Wasylisa, słucham -wyklepała formułkę sennym głosem.
- Lissa - odezwałem się drżacym, łamiącym się głosem. Nawet nie zauważyłem, kiedy po moich policzkach zaczął lecieć łzy.
- Dymitr?! - od razu się ożywiła.- Co się stało?
Usłyszałem jeszcze jakieś poruszenie i głos Christiana, pytającego, co się dzieje.
- Roza, ona nie oddycha... ja nie-nie wiem co się stało.
- Co? Zaraz tam jesteśmy!- rozłączyła się, a ja nie przestałem.
Nie wiem ile minęło czasu. Mogły to być sekundy, minuty, albo i godziny. Nawet na chwilę nie przestałem ratować mojej Rozy. Ona nie mogła umrzeć, nie mogła mnie zostawić. Wołałem żeby wstała, nie droczyła się ze mną. Żeby się obudziła. Ale ona nawet się nie poruszyła. Poczułem, że ktoś mnie odciąga, ale się nie dałem, byłem silniejszy. Nie zostawię Rozy. Poczułem delikatną dłoń na ramieniu.  Odwróciłem głowę i spotkałem się ze spokojnym, ale smutnym spojrzeniem zielonych oczu.
- Dymitr, zrobiłeś co mogłeś. Już dość. Daj teraz pracować innym.
Powoli wstałem i dałem się odciągnąć usiadłem z Lissa pod ścianą i patrzyłem jak ratownicy zajmują się Rozą. Zapłakany wtuliłem się w morojkę. Roza. Moja kochana Roza. Jak ona mogła mnie zostawić. Ale... to ja pierwszy ją zostawiłem. To wszystko moja wina. Jeszcze bardziej się rozpłakałem. Gdybym jej nie zostawił, nie zaniedbał... Ale czy to moja wina? Po co mam bronić i bać na siebie winny tej suki? To wszystko jej wina. Rozjebała mi życie. To przez nią Roza nie żyje. To jej wina. Podniosłem się i wybiegłem do siłowni. Zacząłem wyżywać się na worku treningowym, póki nie poczułem ulgi z bólu rąk. Wtedy padłem na kolana i zacząłem płakać. Po pewnym czasie wstałem i wróciłem do sypialni. Spojrzałem na łóżko, gdzie wciąż Kraka Roza. Tak piękna, jak pogrążona w śnie. W śnie z którego nigdy się nie obudzi. Wszedłem do łazienki i przemyłem twarz, chciałem spojrzeć w lustro, ale było ono zbite. Wręcz zobaczyłem, jak dampirzyca je rozbija. Po chwili, na półce pod lustrem dostrzegłem tabletki nasenne. Opakowanie było puste do połowy, a obok leżała oderwana zawleczka. Nie mogę uwierzyć, że to zrobiła. Wróciłem z tabletkami i upadłem przed łóżkiem na kolanach.
- Roza, czemu? Czemu ukarałaś mnie w tak okrutny sposób? Czy kiedykolwiek mi wybaczysz? Bo ja sobie już nigdy.
Ukryłem twarz w jej brzuchu, składając dłonie sio modlitwy. Płakałam, co chwilę przepraszając moją ukochaną. Boże, jak ją zawiniłem. Nie widzę swojego przebaczenia. Nie widzę.
- Dymitr- usłyszałem delikatny głos Lissy.
Stała w drzwiach z bólem w oczach. Już nie wyglądała tak idealnie i nienagannie jak zawsze jej twarz była zaczerwieniona, włosy potargane, o pogniecionych ubraniach już nie wspomnę. Ale ja pewnie też nie wyglądałem lepiej. To była też dla niej ważna osoba.
- Co powiedział lekarz?- spytałem, głaszcząc już zimny policzek Rozy.
- Zgon stwierdzili z 3 godziny temu. To było 10 minut przed twoim telefonem. Według pierwszych badań przedawkowała leki, ale to nie jest pewne. Chcą ją zabrać na sekcję zwłok.
- Niech, niech dadzą nam jeszcze trochę czasu- rozpłakałem się jeszcze bardziej.- Zabiję ją. Zabiję sukę. To wszystko jej wina.
- Kogo? Co się właściwie stało?- królową podeszła i usiadła obok mnie, starając się nie patrzeć na swoją strażniczkę.
- To wszystko przez Taszę Ozerę. Zaczęliśmy się spotykać, jak przyjaciele. Ale ona wpływem sprawiła, że się w niej zakochałem. Wtedy zostawiłem Rozę bo sądziłem, że to Taszę kocham. A to nie prawda. Moja jedyna i prawdziwą miłością jest i będzie Roza. Na zawsze. Nie spocznę, aż nie pomszczę jej śmierci.  Pożałuję tego, że się w ogóle urodziła. Zrobię jej piekło na ziemi. Przyrzekam Roza.
____________________________________
Tak w oto wielkim stylu skończyły się dwa lata tego bloga. Liczę na wasze komentarze, bo bardzo one motywują. Następny bonus postaram się dać 15, ale nic nie obiecuję, bo w piątek studniówka, a bonus ledwo zaczęły i nawet nie mam na niego do końca pomysłu. No i to zależy, czy przeżyję po tym bonusie. I nie, nie będzie kolejnej części. Kocham was i oszczędźcie mnie 💖💖💖💖

sobota, 30 grudnia 2017

Spotkanie - cz. 1

Z dedykacją dla mojej kochanej jubilatki z okazji 12 urodzin. Wszystkiego najlepszego skarbie😚😚😚
___________________________________________
Obudziłem się, gdy Roza jeszcze spała. Patrzyłem na nią oczarowany, wyglądała tak pięknie, pogrążona w słodkim śnie. Byłem taki szczęśliwy. Mam w ramionach kobietę swojego życia, po tylu trudnościach i przeciwnościach losu. Nie mogę w to uwierzyć. Tyle kłótni, obwiniania się, łez i bólu, a teraz? Uśmiechnąłem się jeszcze szerzej, poprawiając ją w swoich ramionach i odgarniając z czoła dampirzycy niesforny kosmyk włosów. Zacząłem okręcać go sobie wokół palca, po czym nachyliłem się i złożyłem na jej czole czuły pocałunek. Mruknęła cicho, wtulając się mocniej we mnie. Powtórzyłem gest i zacząłem całować Rozę po całej twarzy, przez policzki, szczękę aż do ust. Wtedy się poddała i oddała pocałunek. Po krótkiej walce oderwałem się od dziewczyny, na co mruknęła niezadowolona.
- Dzień dobry kochanie - z moich ust wydobył się krótki śmiech.
Podciągnęła się i otworzyła oczy.
- Hej - uśmiechnęła się błogo, wtulając we mnie.- Długo nie śpisz?
- Tylko chwilę. Słodko wyglądasz jak śpisz.
- Dziękuję. Może kiedyś ja będę mogła powiedzieć to o tobie.
- Myślę, że będziesz miała kilka okazji. Chciałbym z Tobą jeszcze trochę poleżeć, ale trzeba iść na służbę.
- Eh... Ty to umiesz popsuć chwilę - westchnęła i podniosła się.
- Zażalenia do królowej - zaśmiałem się.- A co moja królowa chcę na śniadanie? - złożyłem na jej ustach soczysty pocałunek.
- Mmm... jak słodko - uśmiechnęła się błogo.- Zaskocz mnie tygrysie.
Musiałem się bardzo powstrzymywać, żeby nie rzucić się na nią. Użyłem całej swojej silnej woli do założenia ubrań i wyjścia z pokoju, rzucając jej ostatnie spojrzenie pełne miłości. Zszedłem na dół i wszedłem do kuchni, przeczesując włosy. Co mogę zrobić? Dawno w sumie nie jedliśmy jajecznicy. Zabrałem się do robienia. Kiedy nakładałem jajka na talerze, w drzwiach pojawiła się Roza.
- Właśnie miałem cię wołać - uśmiechnąłem się.
Usiadła przy wysepce kuchennej, a ja postawiłem przed nią jedzenie i zająłem miejsce obok ukochanej. Niby mieliśmy dużą jadalnię, ale woleliśmy jeść tutaj. Jakoś tak nam lepiej, niż przy dużym, pustym stole. Cały dom dostaliśmy od Wasylisy, choć o niego nie poprosiliśmy. Podobało nam się małe, skromne mieszkanko w pałacu. Ale królową się uparła. Nie mam pojęcia, po co nam on aż tak duży. No dobrze, jak odwiedzają nas rodziny, może się przydać. Ale dla nich wtedy znalazłyby się mieszkania. Jednak Rose nie mogła jej odmówić, a gdy tylko zobaczyła dom, całkowicie odpuściła. A błysk w jej oczach przekonał i mnie.
Po zjedzeniu i sprzątnięciu, wyszliśmy z domu, zamykając dokładnie drzwi na zamek. Idąc w stronę pałacu, trzymaliśmy się za ręce, szeroko uśmiechnięci. Z dumą i wyższością patrzyłem na zazdrosnych mężczyzn, którzy śledzili nasze złączone dłonie i malinki na szyi mojej ukochanej. Zatrzymaliśmy się przed komnatą pary królewskiej. Spojrzałem w oczy Rozy i pocałowałem ją namiętnie. Oddała pocałunek, zarzucając mi ręce na ramiona i zaczęła bawić się moimi włosami. Ugryzłem ją delikatnie w wargę, gdy chciała ściągnąć mi z nich gumkę. Jęknęła cicho, co wywołało mój uśmiech. W końcu odsunąłem się od dampirzycy i złożyłem pocałunek na jej czole.
- Uważaj na siebie, Towarzyszu - poprosiła, głaszcząc z czułością mój policzek.
- Ty też Roza - wtuliłem się w jej dłoń.
Jak zawsze z wielkim trudem się rozdzieliliśmy. Nie spuszczałem jej z oczu, póki nie zniknęła w środku komnaty. Sam ruszyłem do gabinetu lorda Ozery. Bez pukania wkroczyłem do pomieszczenia i stanąłem pod ścianą, wyrzucając z większości myśli Rozę. Ale tylko większości. Nie powiem, że te godziny minęły szybko, ale byłem niezmiernie szczęśliwy, gdy po kilku godzinach mogłem wrócić do domu, do mojej Rozy. Ona pracuje 3 godziny krócej, bo jeszcze nie doszła do siebie po postrzale. Gdyby to ode mnie zależało, wciąż siedziała by w domu, ale nie miałem z nią szans. Uparła się i koniec. Postanowiłem iść na skróty przez park.
- Dimka - odwróciłem się na dobrze znajomy mi głos.
- Tasza? - zdziwiłem się. - Co tu robisz? Myślałem, że po koronacji wyjechałaś.
- Tak było - wzruszyła ramionami.- Ale wróciłam. Ciężko mi tam było.
- Pewnie zabolało cię to, co zrobiła twoja przyjaciółka- spojrzałem na nią ze współczuciem.
- Trochę. Przyprowadzasz taką sobie zwykłą morojkę, a ta ci morduje królową i jeszcze strzela do księżniczki. Ale trzeba przyznać, że Lissa jest o wiele lepszą królową.
- Tak, to prawda - przyznałem w zamyśleniu.
- Ale nie dlatego tu przyjechałam. Z tęsknoty do ciebie.
Wyprostowałem się, skupiając całą uwagę na niej. Podeszła i położyła dłonie na mojej klatce piersiowej. Złapałem ją za nadgarstki i lekko zdezorientowany zrobiłem krok w tył.
- Tasza, ja naprawdę rozumiem, ale...
- Cały czas o tobie myślę - mówiła spokojnie z uśmiechem.- Po prostu nie mogę przestać. Jesteś w mojej głowie na okrągło. I wiem, że ja w twojej też. Ciągle o mnie myślisz, przypominasz sobie mój głos, włosy, oczy, nos, twarz, ciało i budujesz mnie. Trzymasz ten obraz jak w więzieniu, pragniesz mnie znowu ujrzeć, tęsknisz.
Chciałem przetrwać jej, ale zaczynałem się zastanawiać. To prawda, czasami o niej myślę. Jak o każdym przyjacielu, którego dawno nie widziałem. Chociaż jej wspomnienie jest ze mną częściej. Myślę o niej czasami, przynajmniej raz dziennie. W sumie tęsknię za nią najbardziej. Chciałbym ją widzieć codziennie, spędzać z nią godzinny. Nie mogę się od tych wizji uwolnić całe dnie. Wciąż mi mało, nawet jak widzę ją teraz. Oczywiście jest jeszcze Rose... Ta myśl była jak kubeł zimnej wody. Potrząsnąłem głową. Co za głupoty się w mojej głowie tworzą. Przecież ja cały czas myślę tylko i wyłączne o Rozie, mojej kochanej różyczce. To od niej nie mogę się uwolnić na jawie i we śnie. Powinienem już do niej wracać. Zrobiłem jeszcze krok w tył, puszczając ręce morojki.
- Nataszo, ja rozumiem wszystko, ale wybacz mi. Nie czuje do Ciebie tego, co ty do mnie. Ja jestem szczęśliwy z Rose i jeśli naprawdę mnie kochasz, ciesz się moim szczęściem. Ja już muzę wracać, ale jeśli byś chciała się jeszcze spotkać, to zawsze możesz do mnie napisać lub zadzwonić. Żegnaj - uśmiechnąłem się przepraszająco i poszedłem do domu.
Z uśmiechem wszedłem do domu , gdzie na kanapie siedziała Rose, czytając jakieś czasopismo. Chyba mnie nie usłyszała. Po cichu podszedłem do niej i szybko przeskoczyłem oparcie, na co pisnęła krótko, wystraszona. Położyłem się tak, że Roza była zmuszona do leżenia się pode mną. Szybko ją uwięziłem i zacząłem łaskotać.
- Nie! Nie! Proszę, przestań! -  błagała przez śmiech.- Dymitr! Proszę!
Po chwili przestałem, po czym nachyliłem się i pocałowałem ją delikatnie.
- Hej skarbie - uśmiechnąłem się szeroko.
- Cześć kochanie. Jak tam służba?- pogłaskała mnie po policzku.
Zamknąłem oczy, mrucząc z przyjemności.
- Jak zwykle - wzruszyłem ramionami.- Nudno i smutno bez Ciebie.
Złapałem jej dłoń i pocałowałem jej wnętrze, patrząc głęboko w oczy dampirzycy. Uśmiechnęła się z miłością. Zszedłem z niej i usiadłem obok.
- Pójdę zrobić obiad, dobrze?
- Jasne - również usiadła.- Będę w ogrodzie.
Rozeszliśmy się. Pół godziny późnej przeniosłem jezdne do stolika na zewnątrz. Nie musiałem długo czekać, aż zapach przywabi Rozę. Poszła szybko umyć ręce i razem zasiedliśmy do jedzenia.
- A u królowej coś ciekawego? - spytałem, podczas jedzenia.
- Nieee - westchnęła. - Same papiery, dokumenty, jakieś listy... Na serio jej współczuję. Czasami mógłbyś coś tam szepnąć temu swojemu leniowi, bo niedługo będzie musiał swoją dziewczynę łowić wśród tych papierów.
- Zobaczę co da się zrobić - zaśmiałem się.- Ale on i tak mało roboty nie ma. Też i do niego przychodzi część dokumentów. Zapowiedzi wizyt, pokoje, jakie są zajęte i jakie zająć można, zapasy w kuchni czy dla sprzątaczek, ogrodników. I wszystkie inne sprawy organizacyjne Dworu. Więc też ma ręce pełne roboty.
- Cieszę się, że jesteśmy tylko strażnikami- zaśmiała się Rose.
- Tak, to o wiele lepsze - przyznałem jej rację.
Obiad skończyliśmy w ciszy, po czym razem kontynuowaliśmy pracę w ogrodzie. Dom był bardzo piękny, ale nikt go nie chciał kupić przez 2 lata i tył trochę zarósł. W tamtym tygodniu skończyliśmy odnawiać płot i szopę, a teraz zajęliśmy się resztą. Skosiłem już trawę, ściąłem niepotrzebne drzewa i zrobiłem z nich miejsce przy ognisku. Razem zaczęliśmy przekopywać miejsca, gdzieś Roza chciała mieć kwiaty. Dzisiaj przekopaliśmy kolejną część.
- Dobra, skarbie. Wracamy do domu- zarządziłem dwie godziny po wschodzie słońca.
- Już? - jęknęła rozczarowana.- Nie możemy jeszcze chwilę?
- Nie kochanie - przytuliłem ją od tyłu i pocałowałem w czubek głowy, patrząc na to, co zdążyła zdobić.- Jutro też jest dzień. A teraz chodź. Czas szykować się do spania.
Kiwnęła głową i dała się wprowadzić do domu. Pół godziny później leżeliśmy wtuleni w siebie na łóżku.
- Kolejny cudowny dzień za nami - Roza uśmiechnęła się promienie z zamkniętymi oczami.
- I całe życie, pełne takich dni przed nami.
- A nie znudzi nam się? - wdrapała się na mnie, patrząc mi w oczy z błyskiem.
- Nie. Już ja o to zadbam - również się uśmiechem, po czym obróciłem na bok, zarzucając z siebie dampirzycę i przytulając ją na łyżeczkę.- A teraz śpij Roza.
- Nie chcę mi się - odwróciła się do mnie przodem.
- Roza, spróbuj - nalegałem, całując czubek jej nosa.
- Eh, no dobrze. Dobranoc.
- Słodkich snów, skarbie.
Przytuliłem ją i jak zawsze sen przyszedł szybko.
***
Od mojego spotkania z Taszą minął tydzień. Szczerze, to zacząłem tęsknić za moją przyjaciółką. Miałem nadzieję, że może zadzwoni, żebyśmy się spotkali i pogadali, jak za dawnych lat. Byłoby fajnie. Wiem, że Roza nie miałaby nic przeciwko, bo rozmawiałem z nią. Wie, że jej nie zostawię i tylko ją kocham, a Natasza to tylko przyjaciółka. Siedziałem na łóżku i tak myślałem, wbijając wzrok w komórkę.
- No zadzwoń do niej- usłyszałem zniecierpliwiony głos ukochanej.
Szła właśnie do łazienki, a tak właściwie stała w jej progu, gotowa wziąć prysznic i myślałem, czy do niej nie dołączyć. Co z tego, że już jestem po? Higieny nigdy za dużo. Może Roza znajdzie jeszcze kilka brudnych miejsc. Na tę myśl wstałem i zacząłem do niej podchodzić z uśmiechem. 
- Nawet o tym nie myśl - zatrzymała mnie, opierając dłonie na mojej piersi. - Tym razem nie chcę zalać łazienki, bo potem i tak ja to muszę sprzątać.
- Ale Roza...- popatrzyłem na nią miną zbitego psa.
- Nie ma żadnego "Ale". Dzwoń, a ja szybko wezmę prysznic i jestem cała twoja.
Podałem się. Dampirzyca szybko mnie cmoknęła i zniknęła za drzwiami. Westchnął i wziąłem telefon. W kontaktach znalazłem numer Taszy, ale nie zadzwoniłem. Wahałem się. No ale przecież to tylko Tasza. Moja przyjaciółka. Wziąłem się w garść i wcisnąłem zieloną słuchawkę. Po chwili usłyszałem sygnał połączenia. Już nie ma odwrotu. Gdy tylko rozbrzmiał dźwięk odebrania, wstałem jak poproszony i zacząłem chodzić w kółko.
- Dimka - odezwała się uradowana.- Czym sobie zasłużyłam na ten zaszczyt?- zaśmiał się.
- Wiesz, skoro jesteś na dworze, moglibyśmy się spotkać. Co ty na to? Tak jak za dawnych lat.
- To świetny pomysł - szczerze się ucieszyła.
- To co powiesz na jutro? Kończę zmianę o 16.
-  A Rose nie będzie mieć nic przeciwko? - zmartwiła się.
- Nie, przecież to tylko spotkanie przyjacielskie.
W tym momencie drzwi do łazienki się otworzyły, a ja spojrzałem w tamtym kierunku i zamarłem. Roza stała w progu, w seksownej pozie i takiej samej, czarno-czerwonej bieliźnie. To był a'la gorset, bez ramiączek, z głębokim dekoltem tak, że piersi prawie jej wypływały. Do tego obcisłe stringi i  czarna narzutka, która zsunęła się z jej ramienia, odsłaniając je. Zmierzyłem ją głodnym spojrzeniem od czubka głowy, po stopy, nie skupiając się całkowicie na słowach morojki. Na nogach miała czarne rajstopy i czółenka, co wydłużało je. Przełknąłem gulę w gardle, gdy zaczęła podchodzić wolnym, kocim, krokiem, patrzeć na mnie kusząco i kołysząc biodrami.
- Co ty na to? - spytała entuzjastycznie kobieta po drugiej stronie połączenia.
- C-co? A tak. Jasne.- zgodziłem się, nawet nie wiem na co.
Roza zdążyła już podejść i złapać mnie zza rękę. Jej palce podążyły w górę, aż do karku, nie przestając patrzeć mi w oczy spod przymrużonych powiek. Serce biło mi w szalonym rytmem, a gorącą krew krążyła w żyłach. Jej dotyk zostawiał palącą ścieżkę tam, gdzie pieściła moją skórę. Gdy już jej dłoń spoczęła na moim karku, odwróciła się do mnie tyłem, nie odkrywając się ciałem od mojego i przeciągnęła się, mrucząc cicho. Cały płonąłem, a wszystko we mnie wołało do niej. Nogą "nie chcący" zahaczyła o wypukłość w moich spodniach. Wciągnąłem  gwałtownie powietrze, a ona uśmiechnęła się triumfalnie
- Cudownie to widzimy się jutro pod kafejką.- zdecydowała Tasza, ale to już nie było ważne. Chciałem jak najszybciej skończyć tą rozmowę.
- No dobrze - odchrząknąłem, aby odzyskać głos.- Wiesz, ja już będę kończył, bo mam jeszcze kilka ważnych spraw do... wypełnienia.- spojrzałem na Rozę znacząco, że to ona jest tymi sprawami.
- Dobrze, to ja ci już nie przeszkadzam. Do jutra i pozdrów Rose.
- Też Cię pozdrawiamy. Dobranoc Nataszo.
Rozłączyłem się i rzuciłem telefon na łóżko, po czym złapałem Rose w pasie i wręcz rzuciłem się na jej usta.
- Co masz tak ważnego do zdobienia?- szepnęła mi w usta.
- Ujarzmić pewną, nieziemsko seksowną dampirzycę - padłem z nią na łóżko.

piątek, 15 grudnia 2017

Wyjeżdżam- cz.4

Dedykuję to (znowu) Klauduś, sama wie, czemu. Mam nadzieję, że ci się spodoba słońce 💖💖💖💖
_________________________________________

Otworzyłam oczy, czując jego oddech łaskoczący  moją twarz. Wciągnęłam powietrze, kiedy zobaczyłam czekoladowe tęczówki milimetry ode mnie. Nawet nie usłyszałam,  kiedy znalazł się tak blisko mnie. Serce mi przyspieszyło, gdy drugą ręką złapał mnie w talii. Widziałam, co chce zrobić i nie miałam zamiaru się bronić. Zbliżył się jeszcze bardziej i lekko musnął wargami moje usta. Zadrżałam. Zaczęłam powoli poruszać ustami, oddając pocałunek. Delikatne przepychanki szybko zmieniły się w zawziętą walkę o dominację. Dłońmi badałam umięśnione ramiona ukochanego, póki nie złapał mnie za nadgarstki i nie przycisnął do ściany za nami, mocno napierając na moje ciało. Jęknęłam mu cicho w usta, co zagłuszył nasz pocałunek. Całowaliśmy się bez opamiętania. Tak bardzo za nim tęskniłam. Za smakiem jego ust. W nasz pocałunek przelaliśmy cały ból, tęsknotę, MIŁOŚĆ. Po chwili Dymitr odsunął się ode mnie, po czym schował twarz w zagłębieniu mojej szyi, dysząc ciężko. Mi samej trudno było złapać oddech. W końcu uwolnił mi ręce, swoimi ramionami obejmując mnie w talii i przyciskając bliżej siebie. Usłyszałam stłumiony szloch zza moich włosów, więc złapałam go za głowę, przytulając, żeby poczuł się bezpiecznie.
- Roza, tylko ty mnie umiesz zrozumieć, wiesz jaki byłem, wiesz co przeżyłem. Tylko ty możesz mnie zrozumieć, tylko tobie mogę się zwierzyć. To tak bardzo boli.
Zamknęłam oczy, wsłuchując się w jego umęczony głos. Wciąż mocno go trzymając zaczęłam cofać się w stronę łóżka. Pociągnęłam go na materac, gdzie się położyliśmy i on się we mnie wtulił, wciąż cicho pochlipując. Pozwoliłam mu uwolnić wszystkie uczucia, jakie tyle chował w sobie. Wypłakać, aż do ukojenia. Nie trwało to długo, jak leżał tylko we mnie wtulony, już nie płacząc, pogrążony w swoich myślach. Głaskałam go po włosach, gdy podniósł głowę i spojrzał na mnie wystraszony.
- Roza, co ja ma zrobić?
- Ciii... Spokojnie, wszystko się ułoży.- cmoknęłam go w głowę.- Musisz sam uwierzyć, że nie jesteś już strzygą, że to co było, się nie liczy.
- Ale jak?
Zastanowiłam się chwilę.
- Co dla strzygi jest ładne?- spytałam w końcu.
- Nic. One nie widzą piękna.- spuścił głowę.
Złapałam go za podbródek i zmusiłam, by spojrzał mi w oczy.
- A ty? Widzisz piękno? Udowodnij, nie mi, strażnikom, moroją, a sobie. Pokaż, że ten potwór w tobie już nie żyje. Znajdź jedną jedyną piękna rzecz. I ciesz się jej pięknem. Rozejrzyj się dookoła. Co jest dla ciebie piękne?
Uniósł się lekko i omiótł spojrzeniem pokój. Następnie znów zatrzymał go na mnie. Zrobiło mi się przyjemnie pod palącym dotykiem jego oczu.
- Widzę piękno. Ty jesteś piękna. Nie tylko ciałem, ale i charakterem. Tyle wycierpiałaś, tyle przeżyłaś, a wciąż jesteś silna, lepsza z każdą chwilą. Gdyby nie ty, nie byłoby mnie tutaj. Mimo wszystkich rzeczy, jakie ci robiłem, nie zostawiłaś mnie, nie uciekłaś, mało tego, walczyłaś jak lew o moje dobro. Byłaś przy mnie. Mimo tego, że Cię odrzucałem, nigdy się nie poddałaś. Jesteś najpiękniejszym co mi się przytrafiło. I nie chce cię nigdy stracić.
Jego słowa bardzo mnie wzruszyły. Podniosłam się lekko, zarzucając mu ręce na ramiona.
- Nie stracisz. Powiedz tylko słowo, a będę twoja na zawsze.- szepnęłam z łzami szczęścia.
- Kocham cię Roza.
Nim doszły do mojej świadomości jego słowa, już trwaliśmy w namiętnym pocałunki. Ten był inny, jedyny w swoim rodzaju. Opadliśmy na łóżko, napawając się tą chwilą. Chciałam wziąć z ukochanego jak najwięcej, na wypadek, jakby się chciał rozmyślić. Jednak nie zapowiadało się na to. Podczas gdy nasze języki złączył się w gorącym tańcu, na brzuchu poczułam ciepłe, smukłe dłonie. Nie trwało długo, jak oboje pozbyliśmy się naszych ubrań. To było cudowne kochać się z nim po tak długim czasie. Na nowo czuć jedność naszych ciał, to jak się dopełniamy, wiedzieć, że znów mam go tylko dla siebie. Leżeliśmy błogo zmęczeni, w swoich mocnych uściskach. Dymitr bawił się moimi włosami, a ja czułam się tak wspaniale w jego ramionach.
- Każda chwila z Tobą Roza jest dla mnie jak błogosławieństwo. Nie da się wyrazić, tego, jak bardzo jestem szczęśliwy. Roza... Jesteś sensem mojego życia. Czym ja jestem bez ciebie?
- Ja jestem pustką.- szepnęłam. - Tak bardzo za Tobą tęskniłam. Ale teraz... teraz jestem pełna. Z Tobą. Na prawdę mnie kochasz?
- Kocham. Sam w to nie wierzyłem, ale dwa dni....Tyle ci wystarczyło, abym na nowo uwierzył w swoje uczucia. Uratowałaś mnie.
- Jeszcze nie - posmutniałam.- Wiesz, że nie jesteś strzygą, kochasz mnie. Ale nie wierzysz w swoją niewinność.
- Roza...
- Nie. Nie mogę na to pozwolić. Będę blisko, ale jeśli sobie nie wybaczysz, nie będę mogła być z Tobą.
Przez chwilę trwała cisza.
- To nie jest takie proste...
- Nie powiedziałam, że jest. Od dawna wiem, że życie nie jest proste.
- Tak- zamyślił się.- Ale obiecuję ci Roza, że zrobię wszystko, żebyś była moja.

Jak obiecał, tak się stało. Jest dampirem już od tygodnia. Wybaczał sobie, powoli, stopniowo, aż był całkowicie wolny. Dostał się do straży królewskiej, za to ja dostałam pod ochronę Lissę. Zamieszkaliśmy nieoficjalnie razem, bo oficjalnie mieliśmy po prostu pokoje obok siebie. Ale każdy wiedział, że jeśli któregoś z nas nie ma w jego pokoju, musi go szukać w drugim. Chyba że nie ma nas nigdzie. To znaczy, że jesteśmy na randce. A ich mało nie jest. Prawie codziennie mnie zaskakuje licznymi wyjściami, kolacjami, atrakcjami. O dziwo Hans dość łaskawie na to patrzy. W sumie Lissa stara się przekonać Tatianę do związków dampirów i dobrze jej idzie. Jednak nie jestem pewna, czy to aktualne, bo Croft zaprosił Dymitra do biura. Strasznie się denerwowałam. Skąd wiem, że w naszej sprawie? Bo powiedział to Dymitrowi, a on mi, gdy tylko tu wpadł. Nie ma go już z dwie godziny i zaczynam się bardzo martwić. Nie! Dość! Wstałam i już chciałam wyjść, gdy do mieszkania wpadła mój ukochany.
- Roza!- złapał mnie w objęcia i mocno przytulił.
Czułam jak jego mieście się rozluźniają. Zaczęłam go głaskać po ramionach.
- Co się stało, kochanie?- spytałam łagodnie.
- Roza- spojrzał na mnie z żalem i tęsknotą.- Ja nie chcę, ale oni mi każą. Nie mam innego wyboru. Muszę wyjechać.
- Co? Gdzie? Czemu?
- Hans uznał, że za bardzo odnosimy się z naszym związkiem, co może zagrozić wprowadzeniu dekretu. Jutro lecę do Akademii św. Władimira.
- Już jutro?- jęknęłam, wtulając się w jego klatkę piersiową.
- Nie martw się Roza, wszystko będzie dobrze- cmoknął mnie w czubek głowy, lekko kołysząc.
- Jak? Znowu cię tracę.
- Obiecuję... nie! Ja przyrzekam, że jak tylko królowa zatwierdzi dekret o związkach dampirów, pobierzemy się i już nigdy się mnie nie pozbędziesz.
Uśmiechnęłam się i spojrzałam na niego.
- Czy mam to uznać, za oświadczyny?
Na moje słowa klęknął i wyciągnął pudełko z pięknym pierścionkiem. Musiał być bardzo drogi, bo błyszczał na kilometr. Zakryłam usta dłońmi, otwierając szeroko oczy.
- A zgodzisz się?- spytał z wyzywającym uśmiechem.
Na chwilę odebrało mi głos.
- Tak- odpowiedziałam w końcu.-TAK! TAK! TAK!
Rzuciłam się na niego, tak, że się przewróciliśmy. On zaczął się śmiać, ale nie długo, bo uciszyłam go pocałunkiem. Przez długie minuty nie potrafiliśmy się od siebie odsunąć.
- Kocham cię Roza. Obiecuję ci, że nigdy więcej cię nie zostawię. Zawsze możesz do mnie zadzwonić, a jedno twoje słowo i przyjadę do ciebie. Zawsze- mówiąc to, założył mi na palec serdeczne pierścionek.- I od dzisiaj już oficjalnie jesteś tylko moja.
- Zawsze byłam. Ślub to już będzie tylko formalność- zapewniłam.
Dopiero wypowiadając to, zrozumiałam, co to wszystko znaczy. Ślub. Będę czyjąś żoną. I to mojego ukochanego. Czy dam sobie radę? A czy to coś zmieni? Nie, na pewno nie. Jednak do tego czasu będziemy oddzielnie. Pomyśleć, że znowu będę spędzać noce w pustym łóżku, bez jego ciepłych ramion, wspaniałego zapachu, poczucia bezpieczeństwa. Bez wspólnych wieczorów przy filmach, gdy obrzucamy się popcornem i kończymy łaskocząc się na podłodze. Tego nie będziemy, bo on wyjedzie, znajdzie się kilometry ode mnie. Prawie po drugiej stronie stanu. Nawet nie zauważyłam kiedy po pomocy policzkach zaczęły lecieć łzy.
- Coś się stało Roza? Nie podoba ci się pierścionek?- zmartwił się mój narzeczony.
- Nie! Jest piękny, tylko...- szloch wstrząsnął moim ciałem.
- Tylko?
- Nie chcę ci znów stracić. Nie chcę żebyś wyjechał.
Zaniosłam się wielkim płaczem. Dymitr przyciągnął mnie do swojej piersi i kołysał uspakajająco. Doskonale wiedział, jak mnie pocieszyć.
- Roza, ja też chętnie bym został. Cholera, wszystko próbowałem zrobić, ale nie mogę. Jestem bezradny. Tak bardzo chciałbym zostać. Przy tobie, zawsze. Ale nie mogę- głos mu się łamał.
Podniosłam głowę i spojrzałam w oczy strażnika. Były zaszklone. Złapałam go za policzki i pocałowałam czułe. Oddał pocałunek z podwójną siłą, jakby chciał chłonąć mnie jak najwięcej. Ta rozłąka będzie ciężką próba dla nas obojga.
- Roza, chcesz iść na ostatni spacer że mną, zanim odjadę?- spytał Rosjanin, głaszcząc mnie po policzku.
Przymknęłam na chwile oczy.
- Nie - złapałam jego dłoń, patrząc mu prosto w oczy.- chcę tej ostatniej nocy mieć cię tu. Tylko dla siebie. Wykorzystać każdą naszą wspólną chwilę, póki tu jesteś.
- A gdzie dokładnie Roza?- wymruczał mi do ucha, całując moją szyję.
-Mrrr... ty już dobrze wiesz, gdzie.
Ścisnęłam go za rękę i pociągnęłam do sypialni.
***
Dymitr

Od dwóch tygodni uczę w akademii. Bardzo ciężko mi bez Rozy. Bez jej uśmiechu, miękkości skóry i pięknego zapachu. Codziennie rozmawiamy, co trochę łagodzi ból w sercu, ale nie do końca. Czegoś wciąż brakuje. Wszedłem na salę treningową i czekając na swoją grupę, wyciszyłem jedną komórkę. Miałem jeszcze drugą, która zawsze była naładowana i miała wyłączony dźwięk. Tak jak Roza. To nasze telefony awaryjne. Używamy je tylko w nagłych wypadkach. Jak do tej pory żadne  z nas nie musiało tego robić. Zacząłem się rozciągać, aż do sali weszli uczniowie. Była to miła grupa z podstawówki. Uwielbiam te dzieciaki. I nawet nieźle im idzie, więc nie dałem im za dużych forów. Świetnie sobie radzili. Kazałem im się rozciągać, a później pokazałem kilka nowych technik walki. Patrzyłem jak w dwójkach ćwiczą, wspominając treningi z Rozą. To były piękne czasy. Nagle rozdzwonił się mój telefon. Zdziwiony spojrzałem na wyciszoną komórkę i wtedy zrozumiałem, że to alarmowy. Szybko podszedłem do niego i odebrałem.
- Roza, coś się stało?- zacząłem, bez ogródek, zmartwiony.
- Dymitr...- wyszeptała przez szloch.
- Ty płaczesz? Coś się stało?- spytałem już wystraszony nie ma żarty.
- T-t - przełknęła łzy.- to nie rozmowa na komórkę. Możesz jutro przelecieć?
- Oczywiście kochanie. Zaraz wszystko załatwię...
- Nie musisz się spieszyć. To... nie ucieknie, a ja muszę pozbierać myśli.
- Roza...
- Dokończ swój dzisiejszy plan dnia, a jutro przyjedziesz.
- Jeszcze dzisiaj będę przy tobie Roza- oznajmił i rozłączyłem się, nie dając jej szansy na zaprzeczenie.
- Coś się stało strażnik?- spytał czternastoletni dampir.
Zauważyłem, że wszyscy przerwali ćwiczenia i patrzyli na mnie zmartwieni i zaniepokojeni.
- Nie, nie - uspokoiłam ich. - Wracajcie do ćwiczeń. A od jutra, nie wiem jak długo, będziecie mieli zastępstwo.
- Nieee...- dzieciaki zaczęły jęczeć
- Ale wróci strażnik do nas?- spytała mała brunetka o dużych oczach.
Często jak na nią patrzyłem, kojarzyła mi się z Rozą. Byłem pewny, że jakbyśmy mógł mieć dzieci, nasza córeczka tak by wyglądała. Spytałam na resztę dzieciaków. Nie chciałem ich oszukiwać.
- Nie wiem, na prawdę nie wiem.
Nie wiedziałem czego się spodziewać. Najchętniej już bym wyszedł i poleciał do Rose, ale jak mówi, że potrzebuje czasu, dam jej go.
- No ale co to za obijanie się. Już do ćwiczeń!
- Tak jest!- zasalutowały mi i na nowo zaczeli walczyć.
Po treningu od razu udałem się do dyrektorki. Zapukałem do drzwi.
- Proszę!- usłyszałem z drugiej strony i wszedłem.- O! Strażnik Bielikow. Właśnie miałam kogoś po strażnika posłać.
- Coś się stało?- spytałem.
- Dostaliśmy wiadomość z Dworu, żeby strażnik jak najszybciej tam dotarł. Samolot już czeka.
Zaskoczyło mnie to. Czyli, że to bardzo ważne.
- Tak jest - skinąłem głową i odwróciłem się do wyjścia.
Wróciłem do pokoju i spakowałem się. Coraz bardziej martwiłem się o Rozę. Jednocześnie chciałem jak najszybciej znaleźć się w jej ramionach. Wziąłem swoją torbę i wyszedłem z pokoju, mając cichą nadzieję, że więcej tu nie wrócę. W samolocie siedziałem jak na szpilkach, czekając na lądowanie. Gdy tylko opuściłem pokład, chciałem biec do Rozy. Jednak zatrzymał mnie orszak powitalny. Na czele stała księżniczka z Lordem Ozerą, a przy nich Eddy. Dampir podszedł i wziął ode mnie torbę.
- W parku - oznajmił.
Kiwnąłem mu z wdzięcznością głową. Schyliłem ją jeszcze przed Wasylisą, ale ona machnęła ręką i kazała mi iść. Czym szybciej popędziłem do naszego ulubionego parku. Tam zobaczyłem na ławce zamyśloną moją narzeczoną. Natychmiastowo znalazłem się przy niej.
- Roza, nic ci nie jest? - zacząłem ją dokładnie oglądać.
Gdy upewniłem się, że jest cała i zdrowa, zamknąłem ją w ramionach.
- Kochanie, tak bardzo tęskniłem. Co się stało?- spojrzałam na nią z troską i czułością.
- Dymitr, bo j-ja... to j-jest... ni-nie mam po-pojęcia ja-jak... no-no bo przecież... to nie-nie możliwe... a je-jednak się sta-stało... ja nieeeee wieeeeeem!- strasznie się denerwowała.
Złapałam ją za trzęsące się dłonie i zacząłem pocierać ich knykcie.
- Roza, spokojnie, powiedz po prostu co się stało.
- Ale jeśli nie będziesz mi przerywać- spojrzałam na mnie prosząco.
Kiwnąłem głową.
- Je-jestem w ciąży...
Na chwilę odebrało mi mowę. Pierwsza myśl: czy Roza mnie zdradziła? Na pewno. Innej możliwości nie ma. Ale chciałem ja wysłuchać. W sumie i tak kontynuowała, zanim dobrze to przemyślałem.
- ....Ale jestem na sto procent pewna, że z Tobą. Naprawdę ani cię nie zdradziłam, nikt mnie nie zgwałcił, nic. Jesteś jedyną osobą z którą współżyłam. Nie ma innej możliwości. Nie wiem jak, ale to ty jesteś ojcem. Wierzysz mi?
Spojrzałem jej w oczy i widziałem bezgraniczną miłość, nadzieję, zaufanie, ale i strach. Przecież ona nie mogłaby mnie zdradzić. Przyciągnął ją do siebie i pocałowałam.
- Wierzę ci Roza- zapewniłem i dopiero teraz do mnie dotarło.- Roza, będę ojcem! Będziemy rodzicami!
Wstałem z nią na rękach i zacząłem nas kręcić.
Śmiała się w moich ramionach przez łzy. W końcu ją postawiłem i spojrzałem głęboko w oczy dampirzycy, kładąc dłonie na jej talii.
- Tak bardzo Cię kocham Roza. Jesteś dla mnie najważniejszą osobą na świecie i jeszcze założymy razem rodzinę. Jeszcze tylko ślub i już nic nas nie rozdzieli- klęknąłem do jej brzucha i dotknęłam go z czcią oraz miłością.- Ciebie kruszynko też kocham i już nie mogę się doczekać, aż będziesz przy nas.
- Dymitr, a nie chciałbyś że mną iść do ginekologa - spytała z promienny uśmiechem.
- Zobaczyć nasz promyczek?- wstałem na równe nogi i złapałem ja za rękę.- Zawsze.
- I już nas nie zostawisz?
- Nigdy Roza. Zostanę z wami na zawsze.