poniedziałek, 8 stycznia 2018

To koniec - cz. 2

Z dedykacją dla Marty, bo bardzo na to czekała *sarkazm*, żeby miała serce i patrzyła w serce i jeszcze dla niej i Marzenki za te jedyne dwa komy pod poprzednią częścią (Tak, gardzę tymi, którzy wiem, że czytają, a nie komentują.) Miłego czytania 😚😚
_____________________________________________________________
Po skończonej zmianie udałem się do kafejki, gdzie miałem się spotkać z przyjaciółką. Od razu zauważyłem ją przy stoliku. Usiadłem naprzeciwko niej z uśmiechem.
- Witaj Taszo.
- Dimka, nawet nie wiesz, jak bardzo cieszę się na to spotkanie. Myślałam, że się na mnie obraziłeś.
- Nie, nic z tych rzeczy. Może trochę się obawiałem, że to ty nie chcesz mnie widzieć. Mam nadzieję, za mój związek z Rose nie zniszczy naszej przyjaźni, bo bardzo mi zależy na niej i tobie- dodałem z nadzieją
- Och, oczywiście, że nie - machnęła ręką. - Chciałam cię przeprosić. Na prawdę nie wiem, co we mnie wystąpiło na naszym ostatnim spotkaniu. To prawda, jestem zazdrosna o Rose, ale cieszę się twoim szczęściem. Po za tym, przecież nie zmuszę cię do miłości.
- Jestem pewny, że kiedyś znajdziesz swój ideał - złapałem ją za dłoń w geście wsparcia.
Podniosła wzrok i uśmiechnęła się do mnie miło.
- Mój ideał jest przede mną. Ale może kiedyś zechce mnie ktoś choć w połowie tak wspaniały jak ty.
Zaskoczyły mnie jej słowa i odwaga z jakimi je powiedziała. Każda dziewczyna by spuściła wzrok zawstydzona, a ona wciąż popatrzyła mi głęboko w oczy.
- Nie przesadzaj. Nie jestem idealny. Na pewno znajdziesz lepszego. Skończmy lepiej ten temat.
- No dobrze- odpuściła i zabrała dłoń.- Zamówiłam już nam kawę.
- O! Dzięki. Jak ty mnie dobrze znasz - zaśmiałem się.- Tak jak nad jeziorem te naście lat temu.
- O tak! - zaśmiałam się.- Nie tak łatwo mnie wrzucić do wody.
- Uważaj, następnym razem nawet magia Ci nie pomoże - pogroziłem jej rozbawionymi.
- Jeszcze zobaczymy, kto się skąpie. A będziemy mieli okazję sprawdzić, bo zamierzam za miesiąc wyjechać nad jezioro i przy okazji wziąć Christianka i Lissę. Więc ty i Rose też pojedziecie.
- To wspaniałe. Będzie jak za dawnych lat - ucieszyłem się.
- A nawet i lepiej- w tej chwili podali nam napoje.
***
ROSE
Dymitr od jakiegoś czasu jest inny. Zmienił się i to mnie martwi. Dalej jest kochany, ale nie wychodzi z inicjatywą pieszczot, już nie tak często obdarza mnie czułymi gestami, coraz rzadziej słyszę z jego ust wyznania miłości, ciągle jest jakiś zamyślony i nieobecny. A jak pytam, co się dzieje, to mnie zbywa, że to nic takiego, dużo pracy, że jest zmęczony. Już nie jest tak chętny na igraszki w łóżku, czy wspólne kąpiele. Częściej mnie przytula, niż całuje, a jeśli już, to nie tak długo, jak kiedyś. Nie wkłada w to tyle serca. Za to na spotkanie z Taszą, czy po powrocie uśmiech nie schodzi mu z ust. Ufam mu, ale jednak serce mi pęka, bo już nie śmieje się przy mnie jak dawniej. Jak przy niej. Tak, przyznaję się. Ja Rose Hathaway jestem zazdrosna o Nataszę Ozerę. Ale jaka kobieta by nie była? Muszę porozmawiać dzisiaj poważnie z Dymitrem o naszym związku. Usłyszałam zgrzyt kluczy w zamku. O wilku mowa. Podeszłam spokojnie na próg, patrząc, jak Dymitr ściąga buty. Tym razem nie był tak zadowolony. O proszę. Jakaś nowość. Za to zamyślenie ma po staremu. Spojrzał na mnie, a wtedy dostrzegłam w jego oczach żal i przeprosiny. Czyżby zrozumiał, że mnie zaniedbał? I tak czeka nas rozmowa.
- Dymitr, musimy porozmawiać.
- Tak, to prawda - przyznał ze skruchą.
Odwróciłam się do niego plecami i usiadłam na kanapie w salonie. Po chwili strażnik dołączy do mnie.
- Dymitr, ja mam już tego powoli dość. Wiem, że stęskniłeś się za przyjaciółką i chcesz nadrobić te lata, ale tak trochę czuje się odrzuca, odsunięta na bok. Nie chcę ci zabronić się z nią widzieć, ale tęsknię za Tobą i twoją miłością. Tak nie powinn...
- To koniec Roza - przerwał mi, zwieszając głowę.
- Co? Czego?- nie rozumiałam.
Podniósł głowę i spojrzał mi prosto w oczy, jednak nie umiałam nic wyczytać z jego twarzy.
- Nas- powiedział spokojnie, nie odwracając wzroku.
Byłam w szoku.
- S-słucham? Ale... jak to? Dymitr...
- Ja kocham Taszę - przyznał, tym razem spuszczając wzrok.
To było jak cios prosto w serce. Nie, to był cios w serce. Czułam jakby mi pękło. Złapałam się za klatkę piersiową, nie mogąc zaczerpnąć powietrza. Byłam w wielkim szoku.
- Na początku myślałem, że po prostu dobrze się czuje w jej towarzystwie. Ale to coś więcej. Sądziłem, że to ty jesteś tą jedyną, bo z nią nie miałem kontaktu. Jednak teraz wiem, że to ją kocham. Próbowałem temu zapobiec, zmuszałem się do okazywania tobie miłości, bo po tym wszystkim co przeszliśmy, musiałaś to być ty. Ale myliłem się. Już cię nie kocham Roza.
Każde słowo bolało, jakby przekręcał ostrze wbite mi wcześniej w serce. Nie mogłam pojąć tego co się działo. Szloch wstrząsnął moim ciałem, ale nie pozwoliłam polecieć łzą. Zgięłam się w pół, powstrzymując płacz.
- Roza? Coś ci jest?- spytał zmartwiony, wyciągając do mnie ręce.
- Nie dotykaj mnie!- wrzasnęłam nie swoim głosem, co go powstrzymało, bo zamarł w bezruchu.- Cały czas mnie okłamywałeś, oszukiwałeś.
- Roza, to nie...
- Milcz!- powiedziałam ostrym, zimnym głosem, prostując się i ostatkiem sił spojrzałam na niego bez uczuć.- Teraz pójdziesz na górę, spakujesz się i wypierdalasz z mojego życia. Nie chcę Cię więcej widzieć. Nigdy.
Pokornie, może trochę wystraszony wstał i skierował się na schody.
- A i jeszcze jedno - odezwałam się, gdy był już w ich połowie.- Nigdy więcej nie mów do mnie "Roza". Nie jestem już nią i nigdy nie będę.
Bez słowa poszedł na górę. Pociekły mi pierwsze łzy, Ale nie pozwoliłam sobie na histerię. Nie, dopóki jest w domu. Nie okażę słabości, nie pokaże jak bardzo mnie skrzywdził po raz kolejny. I po raz ostatni. Po dziesięciu minutach szedł z walizkami i położył klucze na stole. Nie spojrzałam na niego, kiedy wychodził z pokoju.
- Żegnaj Rose - to ostatnie co usłyszałam i to wywołało mój cichy płacz.
Następny dźwięk to trzask drzwi. Tym razem się nie powstrzymywałam. Wszystkie bariery pękły i zaczęłam ryczeć, skulona na kanapie. Straciłam go, odszedł. Już nigdy mnie nie przytuli, nie powie, jak bardzo kocha, nie pocałuje, nie będzie mnie kołysał po złym śnie. Już nigdy go nie będzie w moim życiu. A ja nie chcę nikogo innego. Tyle o nas walczyłam, a teraz to straciłam przez jego spotkania z "przyjaciółką". Jak ja jej nienawidzę. I jego. Ich. Teraz to oni są całością. A ja zostałam sama. Wciąż czuje jego zapach na kanapie. Wspomnienia uderzyły we mnie. Jak się przytulaliśmy, łaskotaliśmy, wydurnialiśmy, kochaliśmy.  Nie mogę, tu jest za dużo wspomnień. Wstałam, założyłam kapcie i szurając nogami, poszłam do kuchni. Od razu zobaczyłam wspomnienia, jak Rosjanin gotował, a ja mu pomagałam, podkradając jedzenie i jak się zawsze śmialiśmy. Pamiętam jak raz wstałam wcześniej od Dymitra i postanowiłam sama zrobić tosty na śniadanie. Nawet mi wychodziły. W pewnym momencie wszedł Dymitr w samych bokserka i zmarszczył nos.
- Czy coś się pali?- spytał, rozglądają się
dookoła.
- Tak, moja ochota na ciebie- mruknęłam, przejeżdżając spojrzeniem po jego umięśnionym torsie.
- Rose, toster się pali!- krzyknął, co mnie ostudziło i razem rzuciliśmy się na jego gaszenie. Po wszyskim wybuchliś śmiechem.
Zakryłam usta dłonią, choć to nie powstrzymało jęku żałości i rozpaczy. W łzach wzięłam lody z zamrażalnika i opuściłam kuchnię jak najprędzej. Wdrapałam się po schodach na górę i nie pewnie stanęłam przed naszą sypialnią. Po długim wahania weszłam do środka. Od razu uderzył mnie zapach naszych ciał i porannego sexu. Jeszce pół dna temu, mówił, że mnie kocha, a teraz... Cała zapłakana padłam na łóżko, odurzając się jego zapachem. Nie wiem ile tak leżałam. To mogły być minuty, godziny, a nawet lata. To dla mnie nie miało żadnego znaczenia. Nic nie ma znaczenia bez niego. Gdy już zabrakło mi łez, postanowiłam się jakoś ogarnąć. Wzięłam piżamę i poszłam wziąć prysznic. Jednak i on nie ukoił mojego cierpienia. Po opuszczeniu kabiny ubrałam się,  związałam włosy w kok i założyłam szlafrok. Spojrzałam w lustro, na swoją marną osobę. Blada skóra, opuchnięte powieki, usta spuchnięte od ciągłego ich gryzienia, oczy zagasłe, bez wyrazu i świeże ślady po łzach na policzku. Czułam się jak chodzący trup. Cała radość znikła z mojego życia. Zostawił mnie. Na zawsze. Już nigdy nie będzie tak jak dawniej. Bez jedno ramion jestem taka bezbronna, zagubiona. Pomocy! Zawyłam z rozpaczy na cały dom i pięścią rozbiłam lustro. Już nic nie mogę zrobić. Ta cholerna bezradność, gdy poświęcasz wszystko dla tej ukochanej osoby, a ona zostawia cię z niczym. Nie mam niczego. Powietrza, miłości, opieki, chcecie do życia. Wyszłam z łazienki, z ciężkim sercem oraz kroplami łez i krwi kapiącymi na ziemię, dowlokłam się do łóżka. Gdzie jest najwięcej wspomnień, zapachu, jego. Jak żyć? Sięgnęłam po lody i zaczęłam je jeść. W filmach tak robią. Czemu to dalej boli, czemu to nie przynosi ulgi, czemu dalej cierpię? W czym jestem gorsza od Taszy? Co ona ma, czego brakuje mi? To miała być moją bajka, Dymitr miał być moim księciem. A ona miała być okropnym, przebrzydłym gradem. A to ja wyszłam jako przeszkoda ich miłości. Aż mi się niedobrze robi. A niech zgniją gdzieś. Jeszcze mnie popamięta. Tak odebrać mi ukochanego... Nie ma szans. Zabiję sukę, zabiję... Ale skoro Dymitr jest z nią szczęśliwy... Kocham go i chcę dla niego jak najlepiej. Teraz będzie mógł z nią mieć dzieci. Będzie szczęśliwy, a tym się moja mała część cieszy. A cała reszta płacze. Jak ja go kocham. Tak bardzo chciałabym, żeby teraz tutaj wpadł, przeprosił mnie, zrozumiał, jaki błąd popełnił. A ja bym mu wybaczyła. Boże, wszysko bym wybaczyła, tylko niech wróci. Zrzuciłam już puste pudełko z łóżka i wtuliłam się w poduszkę, błagając o sen. Ale ten nie chciał nadejść. Nawet jak przestałam płakać, wierciłam się niemiłosiernie na łóżku. Tak mi go brakowało. Jest już środek nocy, a ja nie mogę zasnąć. Jutro na służbę będę nieprzytomna. Może wezmę wolne. Tak, przyda mi się. Wzięłam komórkę i napisałam Hansowi, że jutro nie mogę być w pracy, sytuacja kryzysowa i żeby nie mówił tego królowej, tylko coś wymyślił, że z Dymitrem gdzieś jadę, czy coś. Nie chcę jej martwić, a na razie chcę być sama. Chce tylko Dymitra. Mojego Towarzysza. Nie, nie zasnę. Nie ma szans. Chwila! Widziałam gdzieś tabletki nasenne. Tak. To moja nadzieja. Zewlekłam się z łóżka i poczłapałam do łazienki. Zaczęłam przeszukiwać półki, aż je znalazłam. Zaczęłam czytać na opakowaniu dawkę. Wysypałam na rękę dwie tabletki i już chciałam odłożyć pudełko, ale się zawahałam. Dwie, żeby zasnąć i się obudzić. A jakby się już więcej nie obudzić? Wiem, szaleństwo, ale... czemu nie? O Lissę się nie martwię. Ma innych strażników, ma Christiana. Poradzi sobie. A Dymitr ma Taszę, co mnie boli. Strasznie boli. Bez niego moje życie nie ma sensu. Ale czy na pewno? Jest tyle rzeczy, które mogę zrobić, poznać, w końcu podróżować po świecie. Czemu nawet w tych planach widzę obok mojego ukochanego? No tak, to z nim miałam to wszysko robić. A teraz, bez niego to nic nie znaczy. Ja nic nie znaczę. Wysypałam na dłoń pół opakowania i wróciłam do łóżka. Patrzyłam na to z niepewnością, bijąc się z myślami. Jak to zrobię, stracę wszysko. Ale czy już tak się nie stało, czy mam jeszcze cokolwiek? To była chwila, sekunda w której szala przesunęła się na jedną stronę. Sekunda, po której bym już tego nie zrobiła. Ale zrobiłam. Wsyłam wszyskie tabletki do ust i połknęłam. Położyłam się i czekałam na sen. Nagle zaczęło mnie palić w żołądku. To był niewyobrażalny ból. Zrobiło mi się słabo i poleciałam do toalety zwrócić obiad. Nie tak to miało wyglądać. Czując narastające zmęczenie, wróciłam do łóżka. Na reszcie to się skończy, będę miała spokój, nigdy więcej bólu i cierpienia. Zamknęłam oczy i zasnęłam snem wiecznym.

DYMITR

- I jak? - spytała zmartwiona Tasza, gdy usiadłem obok niej na ławce w parku.- Jak to zniosła?
- Ehh... - przeczesałem włosy dłonią.- Kiepsko.
- Och Dimka, to nie twoja wina.- złapała mnie za dłoń.- Najwidoczniej nie było wam dane być razem. Przyjdzie jej, uwierz mi. Każda kobieta by się załamała, ale tak będzie lepiej. Popłacze, popłacze i zapomni. Nie możesz się przecież zmuszać do miłości. Wtedy byście oboje cierpieli, a tak ma okazję poznać kogoś odpowiedniego dla siebie. Za to nam teraz nic nie stoi na przeszkodzie. Możemy być już razem. Zawsze.
- Na zawsze - dodałem łapiąc ją za dłonie i patrząc jej prosto w oczy.- Szkoda, że byłem tak ślepy i nie zauważyłem, że to ty jesteś moją jedyną miłością.
- Kocham cię Dimka.
- Ja Ciebie też Tasza.
Patrzyliśmy na siebie z miłością. Jak mogłem wybrać Rose, mając przed sobą takiego anioła? Przecież zawsze to ją kochałem. Jej twarz była coraz bliżej mojej, a mi to w ogóle nie przeszkadzało. Położyła dłonie na moim torsie i zaczęła nimi jechać wyżej, a moje idealnie się wpasowały do jej talii. Jakby tylko na to czekały. W końcu nasze usta spotkały się w słodkim pocałunku pełnym miłości. Tak długo na to czekałem. Mogłem to zrobić wczesnej, ale czułbym że zdradzam Rose, a na to nie zasługuje żadna kobieta. Jednak już jestem wolny i mogę robić co chcę. A teraz chcę rozkoszować się słodkim smakiem ust Taszy. Przygryzłem jej wargę, na co zamruczała rozkosznie. Boże, to najpiękniejszy dzień na świecie. Po chwili się od siebie oderwaliśmy, nie odsuwając się od siebie. Nigdy nie byłem tak szczęśliwy, jak teraz, gdy mam w ramionach tą kobietę.
- Dimka, to może zamieszkamy razem? W sumie i tak nie masz co z sobą zrobić - morojka wskazała na moje bagaże.
- Masz rację - zaśmiałem się.- Ale zmieścimy się?
- Oczywiście. Najwyżej będę spała na tobie. Mam nadzieję, że jesteś wygodny - dźgnęła mnie w brzuch.- Wow. Ale mięśnie.
Zaczęła mnie po nich dotykać, zafascynowana, co przyjemnie łechtało moje ego.
- To może już pójdziemy. Mam nadzieję, że masz pełną lodówkę, bo trochę zgłodniałem.
- Biedaku, ty pewnie od rana nic nie jadłeś- pogładziła mnie po policzku.- Chodź, czas się Tobą porządnie zająć.
Złączyliśmy nasze dłonie i poszliśmy do jej mieszkania. Było bardzo podobne do tego, które na początku dzielił z Rose, ale w innych kolorach. Zostawiłem torby w sypialni i zająłem się urzędowaniem w kuchni. Postanowiłem zrobić spaghetti. Wyciągnąłem wszystkie składniki i zacząłem przygotowywać sos.
- Od razu widać, że jesteś w swoim żywiole.- zaśmiała się morojka.
Dostałem nagle uczucia deja vu. Z miesiąc temu stałem w podobnej kuchni i akurat też robiłem to samo danie. Wtedy Rose pierwszy raz widziała jak gotuję. Powiedziała bardzo podobne słowa. "Od razu widać, że wiesz gdzie twoje miejsce"- usłyszałem w głowie jej głos. Poczułem ukucie w sercu z nie wyjaśnioną tęsknotą. Ale przecież kocham Taszę, mimo że jakiś cichy głosik z tyłu głowy temu zaprzecza. Tyle że bez niego doskonale wiem, co czuję. Wtedy też rzuciłem się za Rose i zacząłem ją łaskotać. Do Taszy jedynie się delikatnie uśmiechnąłem.
- Idę do karmicieli, ale wrócę za jakieś pół godziny. Muszę  wszysko załatwić na nasz wyjazd.
- Nasz wyjazd? - zdziwiłem się.
- No tak. Skoro mam ciebie już mogę w spokoju wracać. Mówiłam, że to za Tobą tęskniłam.
- No dobrze. Ale zaczekaj z tym jeszcze.
- Na co chesz czekać?- zdziwiła się.
- Muszę załatwić sobie zmianę przydziału, a nie wyjadę, nie będąc pewnym, że Christian ma odpowiednią ochronę.
- Cały Ty - pokręciła z uśmiechem głową.- Dobrze, dam ci jeszcze czas. Ale też nie za długo, bo chcę jeszcze znaleźć pracę.
- Oj nie skarbie- podszedłem do niej ze śmiechem, obejmując ją i całując w szyję.- Ty to będziesz siedzieć w domu i dzieci wychowywać. A ja będę nas utrzymywać.
- Co tu chcesz że mnie kurę domową zrobić- zaśmiała się.
- Ja gotuję, nie narzekaj.
- No już dobrze, już dobrze, ty mój mężczyzno przy garach - złapała mnie za kołnierz i przyciągnęła, obdarowując słodkim, ale krótkim pocałunkiem w usta.- To ja już pójdę.
- Idź, idź. Bo ci wszyskich karmicieli zjedzą. - klepnąłem ją w tyłek, na co podskoczyła zaskoczona, a ja posłałem jej piękny uśmiech.
- Dimka, ty... ty... ugh! Policzymy się jak wrócę - pogroziła mi palcem i wyszła, a ja zacząłem się śmiać.
Wziąłem się do robienia obiadu. W między czasie Tasza wróciła, ale zamknęła się w sypialni. Gdy sos i makaron się grały, postanowiłem zrobić klimat do kolacji. Była to w końcu nasza pierwsza wspólna noc. Wyciągnąłem zastawę, znalazłem gdzieś w szafkach obrus, świeczki i wino, po czym wszysko dałem na stół. Uczesałem się i polałem wodą kolońską, po czym podeszłem i zapukałem do sypialni. Po chwili drzwi się otworzyły, a ja zamarłem. Tasza miała piękną sukienkę syrenkę w arktcznym odcieniu niebieskiego, a włosy ułożyłam w piękne loki.
- Słucham? - oparła się o futrynę ze słodkim uśmiechem.
- Czy ma Pani zaszczyci mnie swoim towarzystwem na kolacji?- ukłoniłem się w pas.
- Co za szarmancja, strażniku- zachichotała i położyła swoją dłoń na mojej.
Poprowadziłam ja do stołu i pozwoliłem usiąść. Po chwili przyniosłem jedzenie i usiadłem obok morojki. Chciałem być jak najbliżej niej. Nałożyłem nam jedzenie i polałem wino. Przez całą kolację śmialiśmy się, wspominając dawne lata i i planując przyszłe. Całkowicie zapomniałem o sytuacji z Rose. Przy Taszy cały świat przetrwał istnieć. Przy jej uśmiechu, oczach, teraz tak błyszczących w blasku świec. To jak zgrabnie i z wdziękiem piła wino. Anioł nie kobieta. Skąd się takie istoty biorą na ziemi? Chyba tylko dla rozgrzeszenia takich grzeszników jak ja. Ale ja byłem ślepy...
- Słuchasz mnie?- uśmiechnęła się rozbawiona.
- Co? Eee... wybacz, zapatrzyłem się- okazałem skruchę.
- A na co? - oblizała seksownie wargi, a moje serce przyśpieszyło.
Złapałem jej dłoń i pocałowałem jej wewnętrzną stronę.
- Na cudowną kobietę, która otworzyła mi oczy - nie przestałem patrząc jej w oczy. Widziałem w nich, że chce tego co ja.
Oboje w tym samym czasie wstaliśmy i przywarliśmy do siebie ustami. Byliśmy spragnieni naszej bliskości. Przygryzłem jej wargę, prosząc o dostęp, ale ona się ze mną droczyła i gdy myślałam, że mi go da, nie dawała. W tym czasie zatopiła dłonie w moich włosach, ciągnąć za nie i drapiąc mnie w głowę. Straciłem cierpliwość i złapałem ją za pośladki. Jęknęła cicho dając mi to, co chciałem. Zaczęliśmy walkę o dominację, gdzie wpadliśmy na różne meble, aż nie przyparłem jej do ściany. Wtedy wygrałem nasza potyczkę, a jako nagrodę pozwoliłem sobie zdjąć jej sukienkę. Ona już dawno rzuciła moją koszulę gdzieś w kąt. Podniosłem ja za tyłek, a morojka oplotła mnie nogami w pasie. Zaniosłem ją do sypialni i położyłem na łóżku. Zacząłem całować jej nogi, ściągając z nich jej pończochy. Następnie znalazłem się nad nią i pocałowałem delikatne jej słodkie usta. W tym czasie Tasza zajęła się moimi spodniami. Pozbyłem się jej bielizny, tak jak ona i już było tak blisko, nasze ciała odnajdywały już wspólny rytm, gdy nagle...
To było jak uderzenie w twarz metalowym wiadrem z zimną wodą. Co się dzieje?!  Co ja do cholery robię?! Odskoczyłem od niej jak poparzony pod ścianę, dysząc.
- C- co się stało? - pyta zdziwiona morojka.
Otwierałem i zamykałem usta,gdy przypomniało mi się szybko, co się działo. Całe dnie z Taszą, to jak myślałem, że ją kocham. To jak zostawiłem Rozę. Boże! Czemu to zrobiłem? Przecież tylko ją kocham. Jakie szataństwo podsuwało mi te myśli... chwila! Zszokowany uniosłem wzrok. Czułem zdradę, wściekłości, nienawiść i zawiedzenie.
- To ty! Ty używałaś wpływu! Przez ciebie to wszysko. Zniszczyłaś mi życie- zacząłem pośpieszcie się ubierać.
- Dy-dymitr... Ale to nie tak....
- Milcz! Przez ciebie Roza mnie nienawidzi! A ja Ciebie!
Wybiegłem z mieszkania i udałem się do domu mojego i Rozy. Byłem nawet skory błagać ją o wybaczanie. Nawet czołgać się pod jej nogami. Wszysko, byle mi wybaczyła. Wszedłem do domu, o dziwo był otwarty. Nie było jej nigdzie na dole, więc pobiegłem na pierwsze piętro. Zatrzymałem się przy drzwiach od sypialni i się uspokoiłem. Zapukałem w nie. Nic. Nie chcę na razie tam wchodzić.
- Roza. Ja wiem, że nie chesz mnie widzieć, wiem, że Cię zraniłem. Mogę mówić, że to nie moja wina, ale to noc nie zmieni. Proszę skarbie, wybacz mi. Zrobię wszystko. Roza, proszę.
Dalej nic. Nasłuchuję, cisza. Może śpi. Cicho otwieram drzwi i rozglądam się po pokoju. Oddycham z ulgą, widząc ją śpiąca na łóżku. Musiała być tak zrozpaczona, że nawet nie miała sił pod kołdrę wejść. Może śpi na tyle mocno, że dałbym radę ją pod nią włożyć? Podeszłem do niej i delikatnie podniosłem ukochaną. Ale coś mnie zaniepokoiło. Przeglądałem się jej i miałem wrażenie, że nie oddycha. Wystraszony sprawdziłem puls. Nic nie wyczułem. Położyłem ja z powrotem i już przerażony sprawdzałem wszędzie. Serce mi biło jak szalone, a dłonie się trzęsły. Nie, to nie możliwe, ona nie mogła... co się stało? Nie zważając już na nic zacząłem RKO, jednocześnie wybrałem numer do królowej.
- Królowa Wasylisa, słucham -wyklepała formułkę sennym głosem.
- Lissa - odezwałem się drżacym, łamiącym się głosem. Nawet nie zauważyłem, kiedy po moich policzkach zaczął lecieć łzy.
- Dymitr?! - od razu się ożywiła.- Co się stało?
Usłyszałem jeszcze jakieś poruszenie i głos Christiana, pytającego, co się dzieje.
- Roza, ona nie oddycha... ja nie-nie wiem co się stało.
- Co? Zaraz tam jesteśmy!- rozłączyła się, a ja nie przestałem.
Nie wiem ile minęło czasu. Mogły to być sekundy, minuty, albo i godziny. Nawet na chwilę nie przestałem ratować mojej Rozy. Ona nie mogła umrzeć, nie mogła mnie zostawić. Wołałem żeby wstała, nie droczyła się ze mną. Żeby się obudziła. Ale ona nawet się nie poruszyła. Poczułem, że ktoś mnie odciąga, ale się nie dałem, byłem silniejszy. Nie zostawię Rozy. Poczułem delikatną dłoń na ramieniu.  Odwróciłem głowę i spotkałem się ze spokojnym, ale smutnym spojrzeniem zielonych oczu.
- Dymitr, zrobiłeś co mogłeś. Już dość. Daj teraz pracować innym.
Powoli wstałem i dałem się odciągnąć usiadłem z Lissa pod ścianą i patrzyłem jak ratownicy zajmują się Rozą. Zapłakany wtuliłem się w morojkę. Roza. Moja kochana Roza. Jak ona mogła mnie zostawić. Ale... to ja pierwszy ją zostawiłem. To wszystko moja wina. Jeszcze bardziej się rozpłakałem. Gdybym jej nie zostawił, nie zaniedbał... Ale czy to moja wina? Po co mam bronić i bać na siebie winny tej suki? To wszystko jej wina. Rozjebała mi życie. To przez nią Roza nie żyje. To jej wina. Podniosłem się i wybiegłem do siłowni. Zacząłem wyżywać się na worku treningowym, póki nie poczułem ulgi z bólu rąk. Wtedy padłem na kolana i zacząłem płakać. Po pewnym czasie wstałem i wróciłem do sypialni. Spojrzałem na łóżko, gdzie wciąż Kraka Roza. Tak piękna, jak pogrążona w śnie. W śnie z którego nigdy się nie obudzi. Wszedłem do łazienki i przemyłem twarz, chciałem spojrzeć w lustro, ale było ono zbite. Wręcz zobaczyłem, jak dampirzyca je rozbija. Po chwili, na półce pod lustrem dostrzegłem tabletki nasenne. Opakowanie było puste do połowy, a obok leżała oderwana zawleczka. Nie mogę uwierzyć, że to zrobiła. Wróciłem z tabletkami i upadłem przed łóżkiem na kolanach.
- Roza, czemu? Czemu ukarałaś mnie w tak okrutny sposób? Czy kiedykolwiek mi wybaczysz? Bo ja sobie już nigdy.
Ukryłem twarz w jej brzuchu, składając dłonie sio modlitwy. Płakałam, co chwilę przepraszając moją ukochaną. Boże, jak ją zawiniłem. Nie widzę swojego przebaczenia. Nie widzę.
- Dymitr- usłyszałem delikatny głos Lissy.
Stała w drzwiach z bólem w oczach. Już nie wyglądała tak idealnie i nienagannie jak zawsze jej twarz była zaczerwieniona, włosy potargane, o pogniecionych ubraniach już nie wspomnę. Ale ja pewnie też nie wyglądałem lepiej. To była też dla niej ważna osoba.
- Co powiedział lekarz?- spytałem, głaszcząc już zimny policzek Rozy.
- Zgon stwierdzili z 3 godziny temu. To było 10 minut przed twoim telefonem. Według pierwszych badań przedawkowała leki, ale to nie jest pewne. Chcą ją zabrać na sekcję zwłok.
- Niech, niech dadzą nam jeszcze trochę czasu- rozpłakałem się jeszcze bardziej.- Zabiję ją. Zabiję sukę. To wszystko jej wina.
- Kogo? Co się właściwie stało?- królową podeszła i usiadła obok mnie, starając się nie patrzeć na swoją strażniczkę.
- To wszystko przez Taszę Ozerę. Zaczęliśmy się spotykać, jak przyjaciele. Ale ona wpływem sprawiła, że się w niej zakochałem. Wtedy zostawiłem Rozę bo sądziłem, że to Taszę kocham. A to nie prawda. Moja jedyna i prawdziwą miłością jest i będzie Roza. Na zawsze. Nie spocznę, aż nie pomszczę jej śmierci.  Pożałuję tego, że się w ogóle urodziła. Zrobię jej piekło na ziemi. Przyrzekam Roza.
____________________________________
Tak w oto wielkim stylu skończyły się dwa lata tego bloga. Liczę na wasze komentarze, bo bardzo one motywują. Następny bonus postaram się dać 15, ale nic nie obiecuję, bo w piątek studniówka, a bonus ledwo zaczęły i nawet nie mam na niego do końca pomysłu. No i to zależy, czy przeżyję po tym bonusie. I nie, nie będzie kolejnej części. Kocham was i oszczędźcie mnie 💖💖💖💖

sobota, 30 grudnia 2017

Spotkanie - cz. 1

Z dedykacją dla mojej kochanej jubilatki z okazji 12 urodzin. Wszystkiego najlepszego skarbie😚😚😚
___________________________________________
Obudziłem się, gdy Roza jeszcze spała. Patrzyłem na nią oczarowany, wyglądała tak pięknie, pogrążona w słodkim śnie. Byłem taki szczęśliwy. Mam w ramionach kobietę swojego życia, po tylu trudnościach i przeciwnościach losu. Nie mogę w to uwierzyć. Tyle kłótni, obwiniania się, łez i bólu, a teraz? Uśmiechnąłem się jeszcze szerzej, poprawiając ją w swoich ramionach i odgarniając z czoła dampirzycy niesforny kosmyk włosów. Zacząłem okręcać go sobie wokół palca, po czym nachyliłem się i złożyłem na jej czole czuły pocałunek. Mruknęła cicho, wtulając się mocniej we mnie. Powtórzyłem gest i zacząłem całować Rozę po całej twarzy, przez policzki, szczękę aż do ust. Wtedy się poddała i oddała pocałunek. Po krótkiej walce oderwałem się od dziewczyny, na co mruknęła niezadowolona.
- Dzień dobry kochanie - z moich ust wydobył się krótki śmiech.
Podciągnęła się i otworzyła oczy.
- Hej - uśmiechnęła się błogo, wtulając we mnie.- Długo nie śpisz?
- Tylko chwilę. Słodko wyglądasz jak śpisz.
- Dziękuję. Może kiedyś ja będę mogła powiedzieć to o tobie.
- Myślę, że będziesz miała kilka okazji. Chciałbym z Tobą jeszcze trochę poleżeć, ale trzeba iść na służbę.
- Eh... Ty to umiesz popsuć chwilę - westchnęła i podniosła się.
- Zażalenia do królowej - zaśmiałem się.- A co moja królowa chcę na śniadanie? - złożyłem na jej ustach soczysty pocałunek.
- Mmm... jak słodko - uśmiechnęła się błogo.- Zaskocz mnie tygrysie.
Musiałem się bardzo powstrzymywać, żeby nie rzucić się na nią. Użyłem całej swojej silnej woli do założenia ubrań i wyjścia z pokoju, rzucając jej ostatnie spojrzenie pełne miłości. Zszedłem na dół i wszedłem do kuchni, przeczesując włosy. Co mogę zrobić? Dawno w sumie nie jedliśmy jajecznicy. Zabrałem się do robienia. Kiedy nakładałem jajka na talerze, w drzwiach pojawiła się Roza.
- Właśnie miałem cię wołać - uśmiechnąłem się.
Usiadła przy wysepce kuchennej, a ja postawiłem przed nią jedzenie i zająłem miejsce obok ukochanej. Niby mieliśmy dużą jadalnię, ale woleliśmy jeść tutaj. Jakoś tak nam lepiej, niż przy dużym, pustym stole. Cały dom dostaliśmy od Wasylisy, choć o niego nie poprosiliśmy. Podobało nam się małe, skromne mieszkanko w pałacu. Ale królową się uparła. Nie mam pojęcia, po co nam on aż tak duży. No dobrze, jak odwiedzają nas rodziny, może się przydać. Ale dla nich wtedy znalazłyby się mieszkania. Jednak Rose nie mogła jej odmówić, a gdy tylko zobaczyła dom, całkowicie odpuściła. A błysk w jej oczach przekonał i mnie.
Po zjedzeniu i sprzątnięciu, wyszliśmy z domu, zamykając dokładnie drzwi na zamek. Idąc w stronę pałacu, trzymaliśmy się za ręce, szeroko uśmiechnięci. Z dumą i wyższością patrzyłem na zazdrosnych mężczyzn, którzy śledzili nasze złączone dłonie i malinki na szyi mojej ukochanej. Zatrzymaliśmy się przed komnatą pary królewskiej. Spojrzałem w oczy Rozy i pocałowałem ją namiętnie. Oddała pocałunek, zarzucając mi ręce na ramiona i zaczęła bawić się moimi włosami. Ugryzłem ją delikatnie w wargę, gdy chciała ściągnąć mi z nich gumkę. Jęknęła cicho, co wywołało mój uśmiech. W końcu odsunąłem się od dampirzycy i złożyłem pocałunek na jej czole.
- Uważaj na siebie, Towarzyszu - poprosiła, głaszcząc z czułością mój policzek.
- Ty też Roza - wtuliłem się w jej dłoń.
Jak zawsze z wielkim trudem się rozdzieliliśmy. Nie spuszczałem jej z oczu, póki nie zniknęła w środku komnaty. Sam ruszyłem do gabinetu lorda Ozery. Bez pukania wkroczyłem do pomieszczenia i stanąłem pod ścianą, wyrzucając z większości myśli Rozę. Ale tylko większości. Nie powiem, że te godziny minęły szybko, ale byłem niezmiernie szczęśliwy, gdy po kilku godzinach mogłem wrócić do domu, do mojej Rozy. Ona pracuje 3 godziny krócej, bo jeszcze nie doszła do siebie po postrzale. Gdyby to ode mnie zależało, wciąż siedziała by w domu, ale nie miałem z nią szans. Uparła się i koniec. Postanowiłem iść na skróty przez park.
- Dimka - odwróciłem się na dobrze znajomy mi głos.
- Tasza? - zdziwiłem się. - Co tu robisz? Myślałem, że po koronacji wyjechałaś.
- Tak było - wzruszyła ramionami.- Ale wróciłam. Ciężko mi tam było.
- Pewnie zabolało cię to, co zrobiła twoja przyjaciółka- spojrzałem na nią ze współczuciem.
- Trochę. Przyprowadzasz taką sobie zwykłą morojkę, a ta ci morduje królową i jeszcze strzela do księżniczki. Ale trzeba przyznać, że Lissa jest o wiele lepszą królową.
- Tak, to prawda - przyznałem w zamyśleniu.
- Ale nie dlatego tu przyjechałam. Z tęsknoty do ciebie.
Wyprostowałem się, skupiając całą uwagę na niej. Podeszła i położyła dłonie na mojej klatce piersiowej. Złapałem ją za nadgarstki i lekko zdezorientowany zrobiłem krok w tył.
- Tasza, ja naprawdę rozumiem, ale...
- Cały czas o tobie myślę - mówiła spokojnie z uśmiechem.- Po prostu nie mogę przestać. Jesteś w mojej głowie na okrągło. I wiem, że ja w twojej też. Ciągle o mnie myślisz, przypominasz sobie mój głos, włosy, oczy, nos, twarz, ciało i budujesz mnie. Trzymasz ten obraz jak w więzieniu, pragniesz mnie znowu ujrzeć, tęsknisz.
Chciałem przetrwać jej, ale zaczynałem się zastanawiać. To prawda, czasami o niej myślę. Jak o każdym przyjacielu, którego dawno nie widziałem. Chociaż jej wspomnienie jest ze mną częściej. Myślę o niej czasami, przynajmniej raz dziennie. W sumie tęsknię za nią najbardziej. Chciałbym ją widzieć codziennie, spędzać z nią godzinny. Nie mogę się od tych wizji uwolnić całe dnie. Wciąż mi mało, nawet jak widzę ją teraz. Oczywiście jest jeszcze Rose... Ta myśl była jak kubeł zimnej wody. Potrząsnąłem głową. Co za głupoty się w mojej głowie tworzą. Przecież ja cały czas myślę tylko i wyłączne o Rozie, mojej kochanej różyczce. To od niej nie mogę się uwolnić na jawie i we śnie. Powinienem już do niej wracać. Zrobiłem jeszcze krok w tył, puszczając ręce morojki.
- Nataszo, ja rozumiem wszystko, ale wybacz mi. Nie czuje do Ciebie tego, co ty do mnie. Ja jestem szczęśliwy z Rose i jeśli naprawdę mnie kochasz, ciesz się moim szczęściem. Ja już muzę wracać, ale jeśli byś chciała się jeszcze spotkać, to zawsze możesz do mnie napisać lub zadzwonić. Żegnaj - uśmiechnąłem się przepraszająco i poszedłem do domu.
Z uśmiechem wszedłem do domu , gdzie na kanapie siedziała Rose, czytając jakieś czasopismo. Chyba mnie nie usłyszała. Po cichu podszedłem do niej i szybko przeskoczyłem oparcie, na co pisnęła krótko, wystraszona. Położyłem się tak, że Roza była zmuszona do leżenia się pode mną. Szybko ją uwięziłem i zacząłem łaskotać.
- Nie! Nie! Proszę, przestań! -  błagała przez śmiech.- Dymitr! Proszę!
Po chwili przestałem, po czym nachyliłem się i pocałowałem ją delikatnie.
- Hej skarbie - uśmiechnąłem się szeroko.
- Cześć kochanie. Jak tam służba?- pogłaskała mnie po policzku.
Zamknąłem oczy, mrucząc z przyjemności.
- Jak zwykle - wzruszyłem ramionami.- Nudno i smutno bez Ciebie.
Złapałem jej dłoń i pocałowałem jej wnętrze, patrząc głęboko w oczy dampirzycy. Uśmiechnęła się z miłością. Zszedłem z niej i usiadłem obok.
- Pójdę zrobić obiad, dobrze?
- Jasne - również usiadła.- Będę w ogrodzie.
Rozeszliśmy się. Pół godziny późnej przeniosłem jezdne do stolika na zewnątrz. Nie musiałem długo czekać, aż zapach przywabi Rozę. Poszła szybko umyć ręce i razem zasiedliśmy do jedzenia.
- A u królowej coś ciekawego? - spytałem, podczas jedzenia.
- Nieee - westchnęła. - Same papiery, dokumenty, jakieś listy... Na serio jej współczuję. Czasami mógłbyś coś tam szepnąć temu swojemu leniowi, bo niedługo będzie musiał swoją dziewczynę łowić wśród tych papierów.
- Zobaczę co da się zrobić - zaśmiałem się.- Ale on i tak mało roboty nie ma. Też i do niego przychodzi część dokumentów. Zapowiedzi wizyt, pokoje, jakie są zajęte i jakie zająć można, zapasy w kuchni czy dla sprzątaczek, ogrodników. I wszystkie inne sprawy organizacyjne Dworu. Więc też ma ręce pełne roboty.
- Cieszę się, że jesteśmy tylko strażnikami- zaśmiała się Rose.
- Tak, to o wiele lepsze - przyznałem jej rację.
Obiad skończyliśmy w ciszy, po czym razem kontynuowaliśmy pracę w ogrodzie. Dom był bardzo piękny, ale nikt go nie chciał kupić przez 2 lata i tył trochę zarósł. W tamtym tygodniu skończyliśmy odnawiać płot i szopę, a teraz zajęliśmy się resztą. Skosiłem już trawę, ściąłem niepotrzebne drzewa i zrobiłem z nich miejsce przy ognisku. Razem zaczęliśmy przekopywać miejsca, gdzieś Roza chciała mieć kwiaty. Dzisiaj przekopaliśmy kolejną część.
- Dobra, skarbie. Wracamy do domu- zarządziłem dwie godziny po wschodzie słońca.
- Już? - jęknęła rozczarowana.- Nie możemy jeszcze chwilę?
- Nie kochanie - przytuliłem ją od tyłu i pocałowałem w czubek głowy, patrząc na to, co zdążyła zdobić.- Jutro też jest dzień. A teraz chodź. Czas szykować się do spania.
Kiwnęła głową i dała się wprowadzić do domu. Pół godziny później leżeliśmy wtuleni w siebie na łóżku.
- Kolejny cudowny dzień za nami - Roza uśmiechnęła się promienie z zamkniętymi oczami.
- I całe życie, pełne takich dni przed nami.
- A nie znudzi nam się? - wdrapała się na mnie, patrząc mi w oczy z błyskiem.
- Nie. Już ja o to zadbam - również się uśmiechem, po czym obróciłem na bok, zarzucając z siebie dampirzycę i przytulając ją na łyżeczkę.- A teraz śpij Roza.
- Nie chcę mi się - odwróciła się do mnie przodem.
- Roza, spróbuj - nalegałem, całując czubek jej nosa.
- Eh, no dobrze. Dobranoc.
- Słodkich snów, skarbie.
Przytuliłem ją i jak zawsze sen przyszedł szybko.
***
Od mojego spotkania z Taszą minął tydzień. Szczerze, to zacząłem tęsknić za moją przyjaciółką. Miałem nadzieję, że może zadzwoni, żebyśmy się spotkali i pogadali, jak za dawnych lat. Byłoby fajnie. Wiem, że Roza nie miałaby nic przeciwko, bo rozmawiałem z nią. Wie, że jej nie zostawię i tylko ją kocham, a Natasza to tylko przyjaciółka. Siedziałem na łóżku i tak myślałem, wbijając wzrok w komórkę.
- No zadzwoń do niej- usłyszałem zniecierpliwiony głos ukochanej.
Szła właśnie do łazienki, a tak właściwie stała w jej progu, gotowa wziąć prysznic i myślałem, czy do niej nie dołączyć. Co z tego, że już jestem po? Higieny nigdy za dużo. Może Roza znajdzie jeszcze kilka brudnych miejsc. Na tę myśl wstałem i zacząłem do niej podchodzić z uśmiechem. 
- Nawet o tym nie myśl - zatrzymała mnie, opierając dłonie na mojej piersi. - Tym razem nie chcę zalać łazienki, bo potem i tak ja to muszę sprzątać.
- Ale Roza...- popatrzyłem na nią miną zbitego psa.
- Nie ma żadnego "Ale". Dzwoń, a ja szybko wezmę prysznic i jestem cała twoja.
Podałem się. Dampirzyca szybko mnie cmoknęła i zniknęła za drzwiami. Westchnął i wziąłem telefon. W kontaktach znalazłem numer Taszy, ale nie zadzwoniłem. Wahałem się. No ale przecież to tylko Tasza. Moja przyjaciółka. Wziąłem się w garść i wcisnąłem zieloną słuchawkę. Po chwili usłyszałem sygnał połączenia. Już nie ma odwrotu. Gdy tylko rozbrzmiał dźwięk odebrania, wstałem jak poproszony i zacząłem chodzić w kółko.
- Dimka - odezwała się uradowana.- Czym sobie zasłużyłam na ten zaszczyt?- zaśmiał się.
- Wiesz, skoro jesteś na dworze, moglibyśmy się spotkać. Co ty na to? Tak jak za dawnych lat.
- To świetny pomysł - szczerze się ucieszyła.
- To co powiesz na jutro? Kończę zmianę o 16.
-  A Rose nie będzie mieć nic przeciwko? - zmartwiła się.
- Nie, przecież to tylko spotkanie przyjacielskie.
W tym momencie drzwi do łazienki się otworzyły, a ja spojrzałem w tamtym kierunku i zamarłem. Roza stała w progu, w seksownej pozie i takiej samej, czarno-czerwonej bieliźnie. To był a'la gorset, bez ramiączek, z głębokim dekoltem tak, że piersi prawie jej wypływały. Do tego obcisłe stringi i  czarna narzutka, która zsunęła się z jej ramienia, odsłaniając je. Zmierzyłem ją głodnym spojrzeniem od czubka głowy, po stopy, nie skupiając się całkowicie na słowach morojki. Na nogach miała czarne rajstopy i czółenka, co wydłużało je. Przełknąłem gulę w gardle, gdy zaczęła podchodzić wolnym, kocim, krokiem, patrzeć na mnie kusząco i kołysząc biodrami.
- Co ty na to? - spytała entuzjastycznie kobieta po drugiej stronie połączenia.
- C-co? A tak. Jasne.- zgodziłem się, nawet nie wiem na co.
Roza zdążyła już podejść i złapać mnie zza rękę. Jej palce podążyły w górę, aż do karku, nie przestając patrzeć mi w oczy spod przymrużonych powiek. Serce biło mi w szalonym rytmem, a gorącą krew krążyła w żyłach. Jej dotyk zostawiał palącą ścieżkę tam, gdzie pieściła moją skórę. Gdy już jej dłoń spoczęła na moim karku, odwróciła się do mnie tyłem, nie odkrywając się ciałem od mojego i przeciągnęła się, mrucząc cicho. Cały płonąłem, a wszystko we mnie wołało do niej. Nogą "nie chcący" zahaczyła o wypukłość w moich spodniach. Wciągnąłem  gwałtownie powietrze, a ona uśmiechnęła się triumfalnie
- Cudownie to widzimy się jutro pod kafejką.- zdecydowała Tasza, ale to już nie było ważne. Chciałem jak najszybciej skończyć tą rozmowę.
- No dobrze - odchrząknąłem, aby odzyskać głos.- Wiesz, ja już będę kończył, bo mam jeszcze kilka ważnych spraw do... wypełnienia.- spojrzałem na Rozę znacząco, że to ona jest tymi sprawami.
- Dobrze, to ja ci już nie przeszkadzam. Do jutra i pozdrów Rose.
- Też Cię pozdrawiamy. Dobranoc Nataszo.
Rozłączyłem się i rzuciłem telefon na łóżko, po czym złapałem Rose w pasie i wręcz rzuciłem się na jej usta.
- Co masz tak ważnego do zdobienia?- szepnęła mi w usta.
- Ujarzmić pewną, nieziemsko seksowną dampirzycę - padłem z nią na łóżko.

piątek, 15 grudnia 2017

Wyjeżdżam- cz.4

Dedykuję to (znowu) Klauduś, sama wie, czemu. Mam nadzieję, że ci się spodoba słońce 💖💖💖💖
_________________________________________

Otworzyłam oczy, czując jego oddech łaskoczący  moją twarz. Wciągnęłam powietrze, kiedy zobaczyłam czekoladowe tęczówki milimetry ode mnie. Nawet nie usłyszałam,  kiedy znalazł się tak blisko mnie. Serce mi przyspieszyło, gdy drugą ręką złapał mnie w talii. Widziałam, co chce zrobić i nie miałam zamiaru się bronić. Zbliżył się jeszcze bardziej i lekko musnął wargami moje usta. Zadrżałam. Zaczęłam powoli poruszać ustami, oddając pocałunek. Delikatne przepychanki szybko zmieniły się w zawziętą walkę o dominację. Dłońmi badałam umięśnione ramiona ukochanego, póki nie złapał mnie za nadgarstki i nie przycisnął do ściany za nami, mocno napierając na moje ciało. Jęknęłam mu cicho w usta, co zagłuszył nasz pocałunek. Całowaliśmy się bez opamiętania. Tak bardzo za nim tęskniłam. Za smakiem jego ust. W nasz pocałunek przelaliśmy cały ból, tęsknotę, MIŁOŚĆ. Po chwili Dymitr odsunął się ode mnie, po czym schował twarz w zagłębieniu mojej szyi, dysząc ciężko. Mi samej trudno było złapać oddech. W końcu uwolnił mi ręce, swoimi ramionami obejmując mnie w talii i przyciskając bliżej siebie. Usłyszałam stłumiony szloch zza moich włosów, więc złapałam go za głowę, przytulając, żeby poczuł się bezpiecznie.
- Roza, tylko ty mnie umiesz zrozumieć, wiesz jaki byłem, wiesz co przeżyłem. Tylko ty możesz mnie zrozumieć, tylko tobie mogę się zwierzyć. To tak bardzo boli.
Zamknęłam oczy, wsłuchując się w jego umęczony głos. Wciąż mocno go trzymając zaczęłam cofać się w stronę łóżka. Pociągnęłam go na materac, gdzie się położyliśmy i on się we mnie wtulił, wciąż cicho pochlipując. Pozwoliłam mu uwolnić wszystkie uczucia, jakie tyle chował w sobie. Wypłakać, aż do ukojenia. Nie trwało to długo, jak leżał tylko we mnie wtulony, już nie płacząc, pogrążony w swoich myślach. Głaskałam go po włosach, gdy podniósł głowę i spojrzał na mnie wystraszony.
- Roza, co ja ma zrobić?
- Ciii... Spokojnie, wszystko się ułoży.- cmoknęłam go w głowę.- Musisz sam uwierzyć, że nie jesteś już strzygą, że to co było, się nie liczy.
- Ale jak?
Zastanowiłam się chwilę.
- Co dla strzygi jest ładne?- spytałam w końcu.
- Nic. One nie widzą piękna.- spuścił głowę.
Złapałam go za podbródek i zmusiłam, by spojrzał mi w oczy.
- A ty? Widzisz piękno? Udowodnij, nie mi, strażnikom, moroją, a sobie. Pokaż, że ten potwór w tobie już nie żyje. Znajdź jedną jedyną piękna rzecz. I ciesz się jej pięknem. Rozejrzyj się dookoła. Co jest dla ciebie piękne?
Uniósł się lekko i omiótł spojrzeniem pokój. Następnie znów zatrzymał go na mnie. Zrobiło mi się przyjemnie pod palącym dotykiem jego oczu.
- Widzę piękno. Ty jesteś piękna. Nie tylko ciałem, ale i charakterem. Tyle wycierpiałaś, tyle przeżyłaś, a wciąż jesteś silna, lepsza z każdą chwilą. Gdyby nie ty, nie byłoby mnie tutaj. Mimo wszystkich rzeczy, jakie ci robiłem, nie zostawiłaś mnie, nie uciekłaś, mało tego, walczyłaś jak lew o moje dobro. Byłaś przy mnie. Mimo tego, że Cię odrzucałem, nigdy się nie poddałaś. Jesteś najpiękniejszym co mi się przytrafiło. I nie chce cię nigdy stracić.
Jego słowa bardzo mnie wzruszyły. Podniosłam się lekko, zarzucając mu ręce na ramiona.
- Nie stracisz. Powiedz tylko słowo, a będę twoja na zawsze.- szepnęłam z łzami szczęścia.
- Kocham cię Roza.
Nim doszły do mojej świadomości jego słowa, już trwaliśmy w namiętnym pocałunki. Ten był inny, jedyny w swoim rodzaju. Opadliśmy na łóżko, napawając się tą chwilą. Chciałam wziąć z ukochanego jak najwięcej, na wypadek, jakby się chciał rozmyślić. Jednak nie zapowiadało się na to. Podczas gdy nasze języki złączył się w gorącym tańcu, na brzuchu poczułam ciepłe, smukłe dłonie. Nie trwało długo, jak oboje pozbyliśmy się naszych ubrań. To było cudowne kochać się z nim po tak długim czasie. Na nowo czuć jedność naszych ciał, to jak się dopełniamy, wiedzieć, że znów mam go tylko dla siebie. Leżeliśmy błogo zmęczeni, w swoich mocnych uściskach. Dymitr bawił się moimi włosami, a ja czułam się tak wspaniale w jego ramionach.
- Każda chwila z Tobą Roza jest dla mnie jak błogosławieństwo. Nie da się wyrazić, tego, jak bardzo jestem szczęśliwy. Roza... Jesteś sensem mojego życia. Czym ja jestem bez ciebie?
- Ja jestem pustką.- szepnęłam. - Tak bardzo za Tobą tęskniłam. Ale teraz... teraz jestem pełna. Z Tobą. Na prawdę mnie kochasz?
- Kocham. Sam w to nie wierzyłem, ale dwa dni....Tyle ci wystarczyło, abym na nowo uwierzył w swoje uczucia. Uratowałaś mnie.
- Jeszcze nie - posmutniałam.- Wiesz, że nie jesteś strzygą, kochasz mnie. Ale nie wierzysz w swoją niewinność.
- Roza...
- Nie. Nie mogę na to pozwolić. Będę blisko, ale jeśli sobie nie wybaczysz, nie będę mogła być z Tobą.
Przez chwilę trwała cisza.
- To nie jest takie proste...
- Nie powiedziałam, że jest. Od dawna wiem, że życie nie jest proste.
- Tak- zamyślił się.- Ale obiecuję ci Roza, że zrobię wszystko, żebyś była moja.

Jak obiecał, tak się stało. Jest dampirem już od tygodnia. Wybaczał sobie, powoli, stopniowo, aż był całkowicie wolny. Dostał się do straży królewskiej, za to ja dostałam pod ochronę Lissę. Zamieszkaliśmy nieoficjalnie razem, bo oficjalnie mieliśmy po prostu pokoje obok siebie. Ale każdy wiedział, że jeśli któregoś z nas nie ma w jego pokoju, musi go szukać w drugim. Chyba że nie ma nas nigdzie. To znaczy, że jesteśmy na randce. A ich mało nie jest. Prawie codziennie mnie zaskakuje licznymi wyjściami, kolacjami, atrakcjami. O dziwo Hans dość łaskawie na to patrzy. W sumie Lissa stara się przekonać Tatianę do związków dampirów i dobrze jej idzie. Jednak nie jestem pewna, czy to aktualne, bo Croft zaprosił Dymitra do biura. Strasznie się denerwowałam. Skąd wiem, że w naszej sprawie? Bo powiedział to Dymitrowi, a on mi, gdy tylko tu wpadł. Nie ma go już z dwie godziny i zaczynam się bardzo martwić. Nie! Dość! Wstałam i już chciałam wyjść, gdy do mieszkania wpadła mój ukochany.
- Roza!- złapał mnie w objęcia i mocno przytulił.
Czułam jak jego mieście się rozluźniają. Zaczęłam go głaskać po ramionach.
- Co się stało, kochanie?- spytałam łagodnie.
- Roza- spojrzał na mnie z żalem i tęsknotą.- Ja nie chcę, ale oni mi każą. Nie mam innego wyboru. Muszę wyjechać.
- Co? Gdzie? Czemu?
- Hans uznał, że za bardzo odnosimy się z naszym związkiem, co może zagrozić wprowadzeniu dekretu. Jutro lecę do Akademii św. Władimira.
- Już jutro?- jęknęłam, wtulając się w jego klatkę piersiową.
- Nie martw się Roza, wszystko będzie dobrze- cmoknął mnie w czubek głowy, lekko kołysząc.
- Jak? Znowu cię tracę.
- Obiecuję... nie! Ja przyrzekam, że jak tylko królowa zatwierdzi dekret o związkach dampirów, pobierzemy się i już nigdy się mnie nie pozbędziesz.
Uśmiechnęłam się i spojrzałam na niego.
- Czy mam to uznać, za oświadczyny?
Na moje słowa klęknął i wyciągnął pudełko z pięknym pierścionkiem. Musiał być bardzo drogi, bo błyszczał na kilometr. Zakryłam usta dłońmi, otwierając szeroko oczy.
- A zgodzisz się?- spytał z wyzywającym uśmiechem.
Na chwilę odebrało mi głos.
- Tak- odpowiedziałam w końcu.-TAK! TAK! TAK!
Rzuciłam się na niego, tak, że się przewróciliśmy. On zaczął się śmiać, ale nie długo, bo uciszyłam go pocałunkiem. Przez długie minuty nie potrafiliśmy się od siebie odsunąć.
- Kocham cię Roza. Obiecuję ci, że nigdy więcej cię nie zostawię. Zawsze możesz do mnie zadzwonić, a jedno twoje słowo i przyjadę do ciebie. Zawsze- mówiąc to, założył mi na palec serdeczne pierścionek.- I od dzisiaj już oficjalnie jesteś tylko moja.
- Zawsze byłam. Ślub to już będzie tylko formalność- zapewniłam.
Dopiero wypowiadając to, zrozumiałam, co to wszystko znaczy. Ślub. Będę czyjąś żoną. I to mojego ukochanego. Czy dam sobie radę? A czy to coś zmieni? Nie, na pewno nie. Jednak do tego czasu będziemy oddzielnie. Pomyśleć, że znowu będę spędzać noce w pustym łóżku, bez jego ciepłych ramion, wspaniałego zapachu, poczucia bezpieczeństwa. Bez wspólnych wieczorów przy filmach, gdy obrzucamy się popcornem i kończymy łaskocząc się na podłodze. Tego nie będziemy, bo on wyjedzie, znajdzie się kilometry ode mnie. Prawie po drugiej stronie stanu. Nawet nie zauważyłam kiedy po pomocy policzkach zaczęły lecieć łzy.
- Coś się stało Roza? Nie podoba ci się pierścionek?- zmartwił się mój narzeczony.
- Nie! Jest piękny, tylko...- szloch wstrząsnął moim ciałem.
- Tylko?
- Nie chcę ci znów stracić. Nie chcę żebyś wyjechał.
Zaniosłam się wielkim płaczem. Dymitr przyciągnął mnie do swojej piersi i kołysał uspakajająco. Doskonale wiedział, jak mnie pocieszyć.
- Roza, ja też chętnie bym został. Cholera, wszystko próbowałem zrobić, ale nie mogę. Jestem bezradny. Tak bardzo chciałbym zostać. Przy tobie, zawsze. Ale nie mogę- głos mu się łamał.
Podniosłam głowę i spojrzałam w oczy strażnika. Były zaszklone. Złapałam go za policzki i pocałowałam czułe. Oddał pocałunek z podwójną siłą, jakby chciał chłonąć mnie jak najwięcej. Ta rozłąka będzie ciężką próba dla nas obojga.
- Roza, chcesz iść na ostatni spacer że mną, zanim odjadę?- spytał Rosjanin, głaszcząc mnie po policzku.
Przymknęłam na chwile oczy.
- Nie - złapałam jego dłoń, patrząc mu prosto w oczy.- chcę tej ostatniej nocy mieć cię tu. Tylko dla siebie. Wykorzystać każdą naszą wspólną chwilę, póki tu jesteś.
- A gdzie dokładnie Roza?- wymruczał mi do ucha, całując moją szyję.
-Mrrr... ty już dobrze wiesz, gdzie.
Ścisnęłam go za rękę i pociągnęłam do sypialni.
***
Dymitr

Od dwóch tygodni uczę w akademii. Bardzo ciężko mi bez Rozy. Bez jej uśmiechu, miękkości skóry i pięknego zapachu. Codziennie rozmawiamy, co trochę łagodzi ból w sercu, ale nie do końca. Czegoś wciąż brakuje. Wszedłem na salę treningową i czekając na swoją grupę, wyciszyłem jedną komórkę. Miałem jeszcze drugą, która zawsze była naładowana i miała wyłączony dźwięk. Tak jak Roza. To nasze telefony awaryjne. Używamy je tylko w nagłych wypadkach. Jak do tej pory żadne  z nas nie musiało tego robić. Zacząłem się rozciągać, aż do sali weszli uczniowie. Była to miła grupa z podstawówki. Uwielbiam te dzieciaki. I nawet nieźle im idzie, więc nie dałem im za dużych forów. Świetnie sobie radzili. Kazałem im się rozciągać, a później pokazałem kilka nowych technik walki. Patrzyłem jak w dwójkach ćwiczą, wspominając treningi z Rozą. To były piękne czasy. Nagle rozdzwonił się mój telefon. Zdziwiony spojrzałem na wyciszoną komórkę i wtedy zrozumiałem, że to alarmowy. Szybko podszedłem do niego i odebrałem.
- Roza, coś się stało?- zacząłem, bez ogródek, zmartwiony.
- Dymitr...- wyszeptała przez szloch.
- Ty płaczesz? Coś się stało?- spytałem już wystraszony nie ma żarty.
- T-t - przełknęła łzy.- to nie rozmowa na komórkę. Możesz jutro przelecieć?
- Oczywiście kochanie. Zaraz wszystko załatwię...
- Nie musisz się spieszyć. To... nie ucieknie, a ja muszę pozbierać myśli.
- Roza...
- Dokończ swój dzisiejszy plan dnia, a jutro przyjedziesz.
- Jeszcze dzisiaj będę przy tobie Roza- oznajmił i rozłączyłem się, nie dając jej szansy na zaprzeczenie.
- Coś się stało strażnik?- spytał czternastoletni dampir.
Zauważyłem, że wszyscy przerwali ćwiczenia i patrzyli na mnie zmartwieni i zaniepokojeni.
- Nie, nie - uspokoiłam ich. - Wracajcie do ćwiczeń. A od jutra, nie wiem jak długo, będziecie mieli zastępstwo.
- Nieee...- dzieciaki zaczęły jęczeć
- Ale wróci strażnik do nas?- spytała mała brunetka o dużych oczach.
Często jak na nią patrzyłem, kojarzyła mi się z Rozą. Byłem pewny, że jakbyśmy mógł mieć dzieci, nasza córeczka tak by wyglądała. Spytałam na resztę dzieciaków. Nie chciałem ich oszukiwać.
- Nie wiem, na prawdę nie wiem.
Nie wiedziałem czego się spodziewać. Najchętniej już bym wyszedł i poleciał do Rose, ale jak mówi, że potrzebuje czasu, dam jej go.
- No ale co to za obijanie się. Już do ćwiczeń!
- Tak jest!- zasalutowały mi i na nowo zaczeli walczyć.
Po treningu od razu udałem się do dyrektorki. Zapukałem do drzwi.
- Proszę!- usłyszałem z drugiej strony i wszedłem.- O! Strażnik Bielikow. Właśnie miałam kogoś po strażnika posłać.
- Coś się stało?- spytałem.
- Dostaliśmy wiadomość z Dworu, żeby strażnik jak najszybciej tam dotarł. Samolot już czeka.
Zaskoczyło mnie to. Czyli, że to bardzo ważne.
- Tak jest - skinąłem głową i odwróciłem się do wyjścia.
Wróciłem do pokoju i spakowałem się. Coraz bardziej martwiłem się o Rozę. Jednocześnie chciałem jak najszybciej znaleźć się w jej ramionach. Wziąłem swoją torbę i wyszedłem z pokoju, mając cichą nadzieję, że więcej tu nie wrócę. W samolocie siedziałem jak na szpilkach, czekając na lądowanie. Gdy tylko opuściłem pokład, chciałem biec do Rozy. Jednak zatrzymał mnie orszak powitalny. Na czele stała księżniczka z Lordem Ozerą, a przy nich Eddy. Dampir podszedł i wziął ode mnie torbę.
- W parku - oznajmił.
Kiwnąłem mu z wdzięcznością głową. Schyliłem ją jeszcze przed Wasylisą, ale ona machnęła ręką i kazała mi iść. Czym szybciej popędziłem do naszego ulubionego parku. Tam zobaczyłem na ławce zamyśloną moją narzeczoną. Natychmiastowo znalazłem się przy niej.
- Roza, nic ci nie jest? - zacząłem ją dokładnie oglądać.
Gdy upewniłem się, że jest cała i zdrowa, zamknąłem ją w ramionach.
- Kochanie, tak bardzo tęskniłem. Co się stało?- spojrzałam na nią z troską i czułością.
- Dymitr, bo j-ja... to j-jest... ni-nie mam po-pojęcia ja-jak... no-no bo przecież... to nie-nie możliwe... a je-jednak się sta-stało... ja nieeeee wieeeeeem!- strasznie się denerwowała.
Złapałam ją za trzęsące się dłonie i zacząłem pocierać ich knykcie.
- Roza, spokojnie, powiedz po prostu co się stało.
- Ale jeśli nie będziesz mi przerywać- spojrzałam na mnie prosząco.
Kiwnąłem głową.
- Je-jestem w ciąży...
Na chwilę odebrało mi mowę. Pierwsza myśl: czy Roza mnie zdradziła? Na pewno. Innej możliwości nie ma. Ale chciałem ja wysłuchać. W sumie i tak kontynuowała, zanim dobrze to przemyślałem.
- ....Ale jestem na sto procent pewna, że z Tobą. Naprawdę ani cię nie zdradziłam, nikt mnie nie zgwałcił, nic. Jesteś jedyną osobą z którą współżyłam. Nie ma innej możliwości. Nie wiem jak, ale to ty jesteś ojcem. Wierzysz mi?
Spojrzałem jej w oczy i widziałem bezgraniczną miłość, nadzieję, zaufanie, ale i strach. Przecież ona nie mogłaby mnie zdradzić. Przyciągnął ją do siebie i pocałowałam.
- Wierzę ci Roza- zapewniłem i dopiero teraz do mnie dotarło.- Roza, będę ojcem! Będziemy rodzicami!
Wstałem z nią na rękach i zacząłem nas kręcić.
Śmiała się w moich ramionach przez łzy. W końcu ją postawiłem i spojrzałem głęboko w oczy dampirzycy, kładąc dłonie na jej talii.
- Tak bardzo Cię kocham Roza. Jesteś dla mnie najważniejszą osobą na świecie i jeszcze założymy razem rodzinę. Jeszcze tylko ślub i już nic nas nie rozdzieli- klęknąłem do jej brzucha i dotknęłam go z czcią oraz miłością.- Ciebie kruszynko też kocham i już nie mogę się doczekać, aż będziesz przy nas.
- Dymitr, a nie chciałbyś że mną iść do ginekologa - spytała z promienny uśmiechem.
- Zobaczyć nasz promyczek?- wstałem na równe nogi i złapałem ja za rękę.- Zawsze.
- I już nas nie zostawisz?
- Nigdy Roza. Zostanę z wami na zawsze.

piątek, 1 grudnia 2017

Pijana

Choć słońce widniało na samym środku nieboskłonu, Akademia św. Władimira od dawna pogrążona była we śnie. Nigdzie nie było widać najmniejszego śladu życia. Jednak jeśli ktoś się przyjrzy, zauważy ukryte w cieniu postacie, pilnujące porządku na terenie placówki, cienie szybko przemieszczające się przez oświetlony plac. To jedyne oznaki społeczność, żyjącej w zabytkowym zamku.
Przez gęstwiny koron drzew lasu, otaczającego uczelnię, przedzierały się wąskie promienie słońca, oświetlając ściółkę. W ciszy dnia i akompaniamencie dźwięków życia leśnego, między drzewami żwawo wkroczył młody mężczyzna, a jego długi płaszcz lekko muskał pokrytą liśćmi i igłami ziemię. Doskonale wiedział, dokąd zmierza. Szedł po śladach swojej uczennicy już trochę zasłonięte świeżą warstwą śniegu. Nie miał pojęcie, czemu to zrobiła, czemu tam poszła. Przecież sama mu mówiła, że chce stać się dorosła, odpowiedzialna. Przecież jakby ktoś inny ją nakrył, nie miałaby już szans na dalszą naukę. A czemu on na nią nie naskarży? Sam nie wie. Często nad tym myślał i zawsze używał tych samych argumentów. Jest mądra, trochę uparta, ale ma szczytny cel, do którego dąży. Dla księżniczki jest w stanie zrobić wszystko. Potrzebuje tylko, żeby ktoś ją naprowadził na dobrą drogę, wskazał kierunek w którym powinna iść. I jako jej mentor, podjął się tego zadania. Już z daleka usłyszał śmiechy i  hałas ze starej stróżówki. Nie zwlekając, otworzył szybko drzwi, a wszyscy zamilkli, patrząc na niego ze strachem. Nic dziennego, skoro patrzył na nich karcąco. Odnalazł też swoją uczennicę, kompletnie pijaną na kolanach młodego Zeklosa. Aż tak nie kontaktowała, że nawet nie spojrzała na strażnika. To tylko stworzyło jego gniew
- Od trzech godzin, chyba trwa cisza nocna - zauważył obojętnym tonem.
Cisza. Nikt nic nie powiedział, za to co poniektórzy spuszczali wzrok.
- Po za tym - kontynuował Dymitr.- Picie alkoholu na terenie akademii jest surowo zakazane. Macie szczęście, że nie nakryła was strażniczka Pietrowa, bo już wszyscy byście wylecieli. Ja nie powiem tego pani dyrektor, ale każdy z was dostanie solidną karę. A teraz wszyscy wracać do dormitorium.
Wszyscy wyszli, na łóżku została tylko jego uczennica.
- Rose - powiedział jej imię, może trochę za ostro.
Dampirzyca spróbowała wstać, ale już po pierwszym kroku zachwiała się i gdyby nie szybki refleks strażnika, wylądowałaby na podłodze. Dość mocno szepnął ja za ramię i wprowadził.
- Jesteś na mnie zły?- spytała po pewnym czasie.
- Zawiedziony - przyznał. - I zły trochę też. Co ci w ogóle odbiło, żeby tam iść? I do tego jesteś najbardziej pijana. Nie chcesz być strażniczką księżniczki?
- Chcę!- zatrzymała się naburmuszona.
- Choć i nie zachowuj się jak dziecko - warknął.
- To przestań mnie tak traktować - ruszyła za nim.
- Traktuję cię tak, jak na to zasługujesz. A dzisiejsze zachowanie wcale nie pokazało twojej dojrzałości.
- Jestem kobietą. Popełniłam czasem błędy, ale umiem w sytuacji zagrożenie zachować się dojrzale.
- Jakoś tego nie pokazujesz.
- Udowodnić ci to?- znowu się zatrzymała.
- Ciekawe w jaki sposób chcesz to zrobić?- również się zatrzymał, zakładając ręce na piersi.
Podeszła do niego i... pocałowała go. Zrobiła to tak szybko, że on się nawet tego nie spodziewał. Nie wiedział czemu, ale oddał pocałunek. Może dlatego, że się tego nie spodziewał? Coś mu kazało to zrobić. Stracił kontrolę nad swoim ciałem na jedną chwilę, w której przelał wszystko swoje emocje, w jeden pocałunek. Chciał tego. Poczuć jej usta, ich smak, to jak były miękkie. Jednak szybko się opamiętał o odsunął Rose od siebie. Oboje dyszeli ciężko.
- Nigdy więcej tego nie rób - spojrzał na nią groźnie.
Jednak dampirzyca nie zwracała na to uwagi, dotykając swoich ust.
- Co tym chciałaś udowodnić?- spytał.
- Co udowodnić? Że umiem jak każdą dojrzała kobieta wybierać dojrzałych mężczyzn. Że umiem na nich działać. Ale... ty odwzajemniłeś pocałunek. Czemu?
Bił się z myślami, czy jej powiedzieć. W sumie i tak nic nie będzie pamiętać, a mu będzie lżej, jak komuś powie.
- Bo mi się podobał- wzruszył ramionami udając obojętność.
- Podobam ci się? - była wyraźnie zaskoczona.
Westchnął. Co miał jej powiedzieć, jak sam nie wiedział co się u niego dzieje?
- Nie wiem Rose, ale to nie ma znaczenia.
- Jak to nie ma?
- Po prostu. Jestem twoim nauczycielem i nie mogę być nikim więcej. A ty i tak nie będziesz tego pamiętać.
- A jak będę?
- To wtedy porozmawiamy. A teraz oprowadzę cię do pokoju.
Dalej szli w ciszy, ale nie długo trwało, gdy Rose się odezwała.
- Będę miała karę?- bardziej stwierdziła niż  spytała.
- Myślę że kac na treningu będzie dostateczną karą.
- Co? Jutro też chcesz mi zrobić trening?- jęknęła.
- Dzień jak każdy inny. Nie widzę powodu, żeby nie było naszego treningu.
Nic więcej nie powiedziała, tylko coś tam burczała pod nosem. Strażnik zaprowadził ja do pokoju i napisał jej na kartce "Mam nadzieję, że zaszczycisz mnie dzisiaj swoją obecnością na treningu. Dymitr". Pożegnał się jeszcze z uczennicą i wrócił do swojego pokoju. Przez długi czas nie mógł zasnąć, ale w końcu zapał w sen.
Z samego rana, o samej kawie, podszedł na salę treningową. Czekał na swoją uczennice, myśląc, jak się czuje. Wpadła na salę spóźniona i wściekła jak osa. Jednak na treningu zachowywała się normalnie. Albo nie pamiętała, albo udawała. W końcu spojrzała na niego, już trochę spokojniejsza.
- Dymitr? Co się wczoraj wydarzyło? Słyszałam od znajomych że nas nakryłeś, ale nic nie pamiętam. Przepraszam, jeśli zrobiłam lub powiedziałam coś głupiego. I w ogóle za to, że tam poszłam. Miałam gorszy dzień i potrzebowałam tego, choć wiem, że to mnie nie usprawiedliwia.
- Nie zrobiłaś nic głupiego. Po prostu odprowadziłem cię do pokoju. To prawda, nie było to najmądrzejsze - przyznał
- Wiem i dlatego jestem gotowa wziąć za to odpowiedzialność - wypuściła ciężkie powietrze.
Chyba jednak źle ja ocenił. Na prawdę gdy trzeba, umie być dojrzała.
- Od kiedy to tak dojrzałe decyzje podejmujesz?- zaśmiał się, choć tak na prawdę był z niej bardzo dumny.- Myślę, że dzisiejszy trening i twój kac, to wystarczająca kara.
- I nie dasz mi nic więcej, żadnego pouczenia, lekcji zen?
- Rozumiesz swoją winę, więc nie widzę sensu w dołowaniu cię jeszcze bardziej. - wzruszył ramionami.
Z jednej strony to dobrze, że niczego nie pamięta, ale jednak Dymitr chciałby... On sam nie wie, czego chce. Jednak wie, że Rose w jakiś sposób jest dla niego ważna. Nie wie jak i czemu, ale wie, że to staje się niebezpieczne.

środa, 15 listopada 2017

Wybór- cz.3

W końcu weszłam do swojego pokoju, wykąpałam się i przebrałam. Wczoraj nie myślałam o tym, ale teraz wyraźnie czułam się brudna. Do tego, wciąż miałam na sobie ubrania w których walczyłam. Mam nadzieję, że ta krew się zmyje. Po godzinie wyszłam z budynku z weteranem i ubraniami dla Dymitra. Cudem wybłagałam od akademii pudło z jego rzeczami "aby oddać jego rodzinie". Ale tak na prawdę chciałam mieć choć cząstkę jego dla siebie. Słońce już świeciło. Ponieważ przyjechaliśmy tu w środku ludzkiego dnia, przespaliśmy całą noc. Zatrzymałam się widząc zbiorowisko nie daleko kościoła. Przyspieszyłam kroku, czując, że tam jest Lissa i po chwili przepchnęłam się przez tłum. W środku, na ławce siedziała księżniczka, Hans, a pomiędzy nimi Dymitr. Wyglądał na opanowanego, choć z jego oczu wyczytałam zagubienie, lekki strach i zrozumiałam że chce wrócić do celi. Nie dziwiłam mu się. Wszyscy obserwowali go jak tygrysa w cyrku. Gdy tylko mnie zauważył, wręcz krzyczał wzrokiem. Ale i bez tego bym podeszła. Tak bardzo pragnęłam przytulić go i uspokoić, jednak jedyne, co mogłam zrobić to usiąść między nim, a Hansem i dyskretnie chwycić go za dłoń. Czując to, ścisnął ją tak mocno, że aż poczułam ból. Ale nie ukazałam tego, żeby ani on, ani inni nie wystraszyli się. Czułam jego strach i panikę, mimo że nie pokazywał tego nikomu. Kciukiem potarłam delikatnie jego dłoń, na co lekką się odprężył.
- Co się dzieje?- spytałam Hansa.
On odchrząknął i podniósł się. Stanął na przeciwko nas z trójką morojów. Zrozumiałam, że czas na przesłuchanie. Pytali o to, czy światło ma na niego wpływ, o oczy, czy zmieniają kolor i inne brednie. Serio, te pytania były tak nie dorzeczne, że niektórzy ze strażników powstrzymywali śmiech, nawet Dymitr. Boże, co to było? Musiał nawet obiecać, że przyjdzie na jutrzejsze nabożeństwo. Następnie pytali go i Lissę o wczorajszą noc. Od razu zauważyłam, że Bielikowa wciąż gryzą wyrzuty sumienia za to co robił jako strzyga. Starałam się go uspakajać, gdy dłoń mu za bardzo drżała. To była jedyną część cięła, no i oczy, które pozwalały mi i tylko mi poczuć jego zdenerwowanie. Uspokoił się znacznie, gdy Lissa mówiła o walce w magazynie. Czułam między nimi tą nić porozumienia. On ja wprost ubóstwiał, za to co zrobiła. Gdyby nie ufam mi tak, jak ufa, mogłabym być zazdrosna. Ale nie jestem. Cieszę się, że przy nas czuje się bezpieczny. Były też pytania o jego przemianę i próba ze sztyletem. Udowodniono tylko, że jest... dampirem. Brawa dla nich.
- Czy ktoś ma jeszcze jakieś pytania?- spytał Hans.
- Ja.- wstałam puszczając dłoń Dymitra i odwracając się w jego stronę.
Dampir posłał mi zdziwione spojrzenie, ale wzrokiem pokazałam mu, żeby mi zaufał.
- Kiedy byłeś jedną ze strzyg- świadomie użyłam czasu przeszłego- miałeś kontakt z nimi wszystkimi. Wiedziałeś, gdzie przebywają strzygi w Rosji i Stanach, tak?
- Tak.
- Czy teraz także wiesz, gdzie są?
Lissa zmarszczyła czoło. Przestraszyła się, iż zamierzam dowieść, iż Dymitr nadal kontaktuje się za strzygami.
- Tak – przyznał. – O ile jeszcze się nie przeniosły. – Tym razem odpowiedział szybciej. Nie byłam pewna, czy zorientował się, do czego zmierzam, czy po prostu mi zaufał.
- Podzielisz się tymi informacjami ze strażnikami? – ciągnęłam. – Wskażesz nam kryjówki strzyg, żebyśmy mogli je zaatakować?
Dopięłam swego. Przejście do ofensywy w walce ze strzygami było gorąco dyskutowane i miało wielu zwolenników, podobnie jak przeciwników. Słuchałam reakcji w tłumie. Jedni twierdzili, że nawołuje do samobójczej walki, inni sądzili, że zyskalibyśmy cenną przewagę.
-Tak – oparł głośno i wyraźnie. – Powiem wam wszystko, co wiem o planach strzyg i ich kryjówkach. Będę walczył przeciwko nim razem z wami albo zostanę z tyłu, jeśli tego zażądacie.
Hans pochylił się do przodu. Był podekscytowany.
-To bezcenne informacje.
Przyznałam mu kolejny punkt.
Drugi moroj spurpurowiał z niezadowolenia. A może był to efekt promieni słonecznych? Moroje zamierzali sprawdzić, czy Dymitr spłonie w świetle dnia, lecz teraz słońce zaczynało im również doskwierać.
-Chwileczkę! – ten sam usiłował zapanować nad emocjonalnymi gapiami. – Nie prowadzimy takiej strategii. Poza tym on może kłamać…
Jego słowa zagłuszył krzyk kobiety. Mały chłopiec, moroj, najwyżej sześcioletni, wyrwał się z tłumu i biegł w naszą stronę. Wrzeszczała jego matka. Zagrodziłam mu drogę i złapałam za rękę. Nie bałam się, że Dymitr zrobi mu krzywdę, ale ona mogła dostać ataku serca ze strachu. Podeszła do mnie z wdzięcznością.
-Mam pytanie – zaczął dzielnie malec.
Matka zamierzała go zabrać, ale powstrzymałam ją ruchem ręki.
-Chwileczkę. – Uśmiechnęłam się do chłopca. – O co chcesz zapytać? Śmiało. – Matka zerkała z przestrachem na Dymitra. – Nie pozwolę, by coś mu się stało – zapewniłam ją szeptem, lecz nie wydawała się przekonana. W każdym razie została na miejscu.
Pierwszy moroj przewrócił oczami.
-To śmieszne…
-Skoro jesteś strzygą… - tym razem chłopiec przemówił głośniej – to dlaczego nie masz rogów? Mój kolega Jeffrey mówił, że strzygi są rogowate.
Dymitr znów popatrzył na mnie. Rozumieliśmy się. Odpowiedział chłopcu z łagodną, poważną miną.
-Strzygi nie mają rogów. A nawet gdyby tak było, to bez znaczenia, bo ja nie jestem strzygą.
-Strzygi mają czerwone oczy – wyjaśniłam. – Czy jego oczy są czerwone?
Chłopiec nachylił się bardziej.
-Nie. Są brązowe.
-Co jeszcze wiesz o strzygach? – ciągnęłam.
-Mają kły, jak my – odpowiedział rezolutnie.
-Masz kły? – spytałam radośnie Dymitra.
Dymitr uśmiechnął się – szerokim, cudownym uśmiechem, który całkowicie mnie zaskoczył. Tak rzadko to robił. Nawet gdy był rozbawiony albo szczęśliwy, uśmiechał się półgębkiem. Teraz pokazał wszystkie zęby, normalne jak u ludzi i dampirów. Nie miał kłów.
Mały był pod wrażeniem.
-No, Jonathanie – odezwała się niespokojnie jego matka. – Zadałeś pytanie, więc możemy już iść.
-Strzygi są supersilne. – Jonathan zapewne zamierzał kiedyś zostać prawnikiem. – Nic nie może ich zranić.
Tym razem nie odezwałam się w obawie, że zażąda, by serce Dymitra zostało przebite sztyletem. Właściwie byłam zdziwiona, że nikt z zebranych nie wpadł na ten pomysł. Chłopiec wbił wzrok w Dymitra.
-Jesteś supersilny? Można cię zranić?
-Oczywiście, że można – odparł pytany. – Jestem silny, ale odczuwam ból.
Nie byłabym sobą, gdybym nie zaproponowała malcowi czegoś, czego nie powinnam.
-Powinieneś go uderzyć i przekonać się na własne oczy.
Jego matka znów krzyknęła, ale Johnatan był szybszy i wyrwał się jej. Podbiegł do Dymitra, zanim ktokolwiek zdążył go złapać – no, ja zdążyłabym – i uderzył małą piąstką w kolano.
Dymitr zareagował błyskawicznie, jak wtedy, gdy unikał ciosów przeciwnika. Udał, że leci do tyłu, jakby Jonathan go znokautował. Chwycił się przy tym za kolano i jęknął z bólu.
Kilka osób się roześmiało i wtedy jeden ze strażników chwycił chłopca i oddał go matce, która nieomal wpadła w histerię. Odciągany zerknął jeszcze przez ramię na Dymitra.
-On chyba nie jest taki silny. Nie jest strzygą.
Wywołał tą uwagą jeszcze większe rozbawienie. Trzeci moroj biorący udział w przesłuchaniu nie odzywał się do tej pory, ale teraz wstał.
-Widziałem już wystarczająco dużo. Uważam, że nadal trzeba go pilnować, lecz nie jest strzygą. Przydzielcie mu mieszkanie i miejcie na oku. Zanim zapadną dalsze decyzje.
Pierwszy moroj zerwał się z miejsca.
-Ależ…
Tamten machnął ręką.
-Nie będziemy tracić czasu. Jest gorąco i chcę pójść do łóżka. Nie twierdzę, że rozumiem, co się stało, lecz to nasz najmniejszy problem. Członkowie Rady skaczą sobie do gardeł z powodu nowego dekretu. To, co dziś widzieliśmy, jest pozytywnym zjawiskiem, nawet cudownym. Może odmienić nasze życie. Założę się stosowny raport Jej Wysokości
Wszyscy zaczęli się rozchodzić, po za naszą trójką i strażnikami Dymitra. Bielikow posłał mi wdzięczny uśmiech. Dopiero teraz zauważył zrywkę, którą trzymałam. Zaciekawiony chciał mi ją zabrać, ale mu nie pozwoliłam.
- A, a, a- odsunęłam się z uśmiechem.- Dam ci to dopiero w łazience.
- Czyżbyś coś mi sugerowała?- spytał, unosząc jedną brew do góry.
Ale i tak poszliśmy razem ze strażnikami do budynku aresztu. To tam były łaźnie dla więźniów. Lissa pomachała nam, wiedząc, że zostawia go w dobrych rękach.
- Na przykład to, że wciąż masz na sobie ubrania z wczorajszej walki?- zauważyłam.
- Nie mam nic na zmianę.
Nic nie odpowiedziałam, powstrzymując śmiech. Dalej w ciszy szliśmy do łazienek. Przy prysznicach wcisnęłam Dymitrowi w ręce worek i wepchnęłam go do środka. Po chwili usłyszałam szelest.
- Rose, skąd ty masz moje ubrania?- spytał przez drzwi.
- W Akademii zostawiłeś i bardzo za Tobą tęskniły.
- Ale skąd ty je...
- Dymitr, pogadamy jak się wykąpiesz. Nie będę gadać z drzwiami.
Westchnął, ale nic więcej nie powiedział. Zaczęła lać się woda, a ja podeszłam do jego strażników.
- Niech później wróci do celi. Powiedzcie mu, że zaraz wrócę.
Kiwnęli mi głowami, a ja ruszyłam biegiem. Do pokoju. Wzięłam pieniądze jakie miałam i poszłam do baru niedaleko.
- Dzień dobry- usłyszałam gdy doszłam do lady.
- Dzień dobry.  Poproszę dwa razy obiad dnia, na wynos.
Zapłaciłam, a po dziesięciu minutach dostałam zrywkę z dwoma styropianowymi pudłkami. Wróciłam z nią do Dymitra.
- Proszę- podałam mu jego porcję i sztućce.
Otworzyłam swoje pudełko i uderzył mnie piękny zapach. Mmm... ryba z frytkami. Dopiero teraz zauważyłam, jak bardzo głodna jestem. Jednak Dymitr patrzył na to niepewnie. No tak. Przecież od kilku miesięcy nie jadł normalnego jedzenia.
- Spokojnie Towarzyszu, nie otrujesz się.- posłałam mu uśmiech.
Odwzajemnił go i pomału wziął jedną frytkę do ust. To był uroczy widok. Skojarzył mi się z dzieckiem, które uczy się nowych smaków i rzeczy. Po chwili oboje zajadaliśmy się obiadem.
- Umm... pycha!- westchnęłam z przyjemności.- Lepsze to chyba tylko w Bai jadłam. A właśnie!- spojrzałam na Rosjanina.- Nigdy nie mówiłeś, że gotujesz.
- Nie gotuje.
- Od twojej mamy słyszałam co innego.
- No może trochę- spojrzałam na niego znacząco.- No dobra, często jej pomagałem i gotowałem osobno dla siebie. Jestem strasznym głodomorem- zaśmiał się - Karolina zawsze mówiła, że w związku to ja będę kurą domową.
- Ja nie mam za dobrych kontaktów z kuchenką. Wiesz, różnice poglądów. Z mikrofalą jeszcze, ale kuchenka? Nigdy w życiu.
Oboje wybuchliśmy śmiechem.
- Jak wszystko się ułoży, mogę zaprosić cię na obiad.- powiedział, wybierając usta serwetką.
- Jeśli gotujesz tak dobrze jak reszta twojej rodziny, będę częstym gościem.
Dostrzegłam tęskne spojrzenia, jakie rzucał książce leżącej na prowizorycznym łóżku. Uśmiechnęłam się lekko.
- No już, czytaj- na jego niezrozumiały wzrok kiwnęłam na książkę.- Ja sobie popatrzę.
Niepewnie wstał i wziął książkę. Patrząc na mnie, jakby pytał, czy na pewno, otworzył na pierwszej stronie. Jednak nie musiałam czekać długo, aż lektura całkiem go wciągnęła. Oparł się o ścianę i czytał, przerzucając co chwilę strony. Nie sądziłam jak wciągające będzie patrzenie na niego. To jak w skupieniu jego oczy smagały tekst, jak czasami się uśmiechał, a innym razem przygryzał wargę w zastanowieniu. W tym wydaniu był jeszcze bardziej seksowny, niż zazwyczaj.
- Widzisz Coś, co ci się podoba, Roza?- spytał z uśmiechem, podnosząc na mnie wzrok.
- Oj dużo rzeczy.- ostentacyjnie przyjechałam wzrokiem po jego sylwetce od góry do dołu, zwilżając wargi.
- Wyglądasz, jakbyś zaraz miała się na mnie rzucić. - zaśmiał się, choć w jego oczach widziałam błysk fascynacji.
Oj nawet nie wiesz, jak chętnie bym to zrobiła. Jedno twoje słowo. Ale wiedziałam, że nie mogę tego powiedzieć. W sumie, nie wiedziałam, co powiedzieć. Od tego uratowały mnie kroki na korytarzu. Dymitr zaciekawiony wyprostował się i stanął na przeciwko krat w tej samej chwili, co nasz gość po przeciwnej stronie. Była to Tasza.
- Dimka!- uśmiechnęła się szeroko.
- Witaj Nataszo.- Rosjanin odpowiedział wesoło, aż mogłam sobie wyobrazić jego uśmiech.
Zabolało mnie to, co wiem, że będę musiała mu potem powiedzieć. Ale to będzie dla niego najlepsze, nawet jakbym miała go stracić na zawsze.
- Przyszłabym wcześniej, ale nie chcieli mnie wpuścić. Powtarzali w kółko, że wstęp mają tylko Lissa i Rose. A tak swoją drogą, ciekawe, gdzie ona jest? Od wczoraj młody Iwaszkow jej szuka- odwróciła głowę, jakby się nad czymś zastanawiała.
Musiała mnie nie zauważyć. Bielikow doszedł do tego samego wniosku. Odwrócił głowę w moją stronę, a ja zaczęłam mu pokazywać, że nie. Wolę żeby nie wiedziała, że tu jestem.
- No nieważne- podniosła głowę w chwili, kiedy Dymitr odwrócił wzrok znowu na nią.- Jak się czujesz?
- Bywało lepiej, ale nie jest źle.
- Mój ty biedaku.- pogłaskała go po policzku.
Widziałam jak ona patrzy na niego z czułością i miłością. Jestem pewna, że dampir czuję się dobrze w jej towarzystwie i nie mam zamiaru wyobrażać sobie co jeszcze. I tak to, że muszę na nich patrzeć, boli.
- Wiesz...- zaczęła, zabierając rękę.- pomyślałam sobie, że skoro już nie musisz uczyć w akademii, to może przemyślałbyś jeszcze raz moją propozycję z zimy? Żebyś był moi strażnikiem- dokończyła z uroczym uśmiechem.
I to niby ja chcę się na niego rzucić? Ona by się go nawet nie pytała.
- Nie wiem, Nataszo. Na razie jestem zagubiony, wiele rzeczy muszę sobie przemyśleć. Ale na pewno dam ci znać.
- Dobrze. Ja muszę już iść, bo jestem w trakcie przywracania godności mojej i Chrisa. I nie chwaląc się, dobrze mi idzie.
- To życzę ci powodzenia.
- Nie dziękuję, żeby nie zapeszyć. A ty pomyśl o mojej propozycji.- pocałowała go w policzek, na co odwróciłam wzrok, po czym usłyszałam oddalający się stukot jej obcasów na kamiennej posadzce.
DYMITR
Zszokowany odwróciłem się od krat, trzymając policzek. Nie miałem pojęcia co o tym myśleć. Spojrzałem na Rose i czułem, że serce mi pęka. Nie patrzyła na mnie, a na swoje stopy, opierając głowę o kolana. Czułem jej ból. Niby to Natasza mnie pocałowała, ale mimo wszystko, było mi z tym źle. Przetarłem dłońmi twarz i oparłem się ścianę, zjeżdżając po niej w dół.
- Powinieneś się zgodzić.- usłyszałem z boku.
Spojrzałem tam, ale Rose nie zmieniła pozycji. Nie mogłem uwierzyć. Wiem, że mnie kocha i widzę jak cierpi po mojej krótkiej rozmowie z morojką, a mimo wszystko chce, żebym był jej strażnikiem.
- To samo mówiłaś wtedy.- zauważyłem.
Wzrokiem wypalałem w niej dziurę, ale ona wciąż nie podniosła głowy.
- Wiem. I teraz to powtarzam, bo myślę  to samo co wtedy. Z nią będziesz szczęśliwy. Nie tylko ja i Lissa możemy ci pomóc.- w końcu podniosła wzrok.- Widziałam, jak na siebie patrzycie.
Choć starała się zachować spokój, jej uśmiech nie umiał zagłuszyć bólu wołającego z jej oczu. Mimo tego była gotowa wypuścić mnie, jeśli byłbym szczęśliwszy.
- Nie kocham jej.- zapewniłem.- Nikogo nie jestem w stanie kochać.
- Teraz. Ale to się zmieni, wierzę w to. A najlepiej będzie, jeśli twoje uczucia obudzą się do Taszy. Nie każ mi wymieniać powodów.
Nie kazałem, bo sam nawet nie mogłem o tym myśleć.
- Roza, pół roku temu jej odmówiłem.
- Bo kochałeś mnie. Teraz sam mówisz, że nie kochasz.
Nie kochałem, ale wyraźnie coś czułem. Już widziałem ją na moich obiadach, jak często byśmy spędzali czas. Nie widzę swojego życia bez niej, a tym bardziej z Taszą u boku. Nie wiem...
- Obiecaj mi, że się nad tym pożądanie zastanowisz.- poprosiła.
- Obiecuję.- uśmiechnął się.- Czemu Adrian cię szuka?
Wypuściła głośno powietrze.
- Już nie szuka. Spotkałam go rano. Musiałam z nim zerwać.
ROSE
- Byliście razem? Czemu z nim zerwałaś? Myślę, że byłabyś z nim szczęśliwa.
- Nie mogłam z nim być, skoro kocham ciebie. Proszę, nie rozmawiajmy o tym. Książka cię woła.- uśmiechnęłam się smutno patrząc na western leżący na posadzce.
- Nie ucieknie. Chodź tu do mnie- wyciągnął rękę, jakby chciał mnie wziąć pod swoje skrzydła.
Podeszłam i weszłam pod jego ramię. Objął mnie i przykrył prochowcem.
- To był męczący dzień- uznałam.
- Dziękuję, że przy mnie byłaś. Nawet nie wiesz jak mi pomogłaś.
- Obiecałam, że przy tobie będę. Po za tym, próbnie zostałam twoją strażniczką.
- Co to znaczy?- mogłam sobie wyobrazić, jak marszczy czoło.
- Byłam u Hansa, żeby przeniósł cię do jakichś bardziej cywilizowanych warunków. Za jakiś czas powinni tu po nas przyjść. Od razu pochwalił mnie za tą całą misję w magazynie. Mam szansę zostać strażniczką Lissy, ale muszę jeszcze się wykazać. Zasugerował, że jeśli będę cię pilnować, uda mi się. Ale i tak bym przy tobie była.
- Wiem Roza. Wierzę ci.
Siedzieliśmy tak w ciszy nie wiem ile, aż nie rozległy się kolejne, tym razem bardziej liczne odgłosy kroków. Poruszyłam się, a mój ukochany podniósł rękę. Doskonale się zrozumieliśmy. Wstaliśmy, równo z tym, jak Hans ze strażnikami wyszli zza ściany. Otworzono kraty i wyszliśmy. Po drodze Rosjanin podniósł swoją książkę.
- Możemy po drodze zajść do mojego pokoju?- spytałam Hansa.- Są tam rzeczy Dymitra z Akademii.
- Dobrze.- zgodził się po zastanowieniu Croft.
Do mojego mieszkania szybko doszliśmy. Rzeczy Bielikowa były w kartonie w pawlaczu. Wysoki strażnik pomógł mi to zdjąć, a jego właściciel sam je wziął. Zabrałam jeszcze kilka swoich rzeczy, takich jak piżamę i kosmetyki.
- Czy to moja koszulka?- podskoczyłam ze strachu.
Dymitr patrzył mi przez ramię do szafy.
- Nie strasz mnie tak. No tak. Czasami w niej spałam.- przyznałam, robiąc się cała czerwona.
- Czasami?- uniósł brew.
- Tak- wyciągnęłam ją i podałam mu.- Zapomniałam, że tu jest.
Tak na prawdę chciałam ją zachować dla siebie. Ale przecież mu tego nie powiem. Jednak musiał to... nie wiem, wyczytać z twarzy, domyślić się? Nie wie, ale oddał mi ją. Jeszcze bardziej czerwona, schowałam ją na swoje miejsce.
- Chciałbym Cię kiedyś w niej zobaczyć.- szepnął mi do ucha.
Poczułam jak robi mi się gorąco, a serce przyśpiesza bicie. Zaskoczył mnie, na prawdę. Jednak musiałam się uspokoić.
- Może kiedyś, jak niespodziewanie przyjedziesz do mnie rano. Ale wiedz, że będziesz musiał mi zrobić śniadanie.
- Z wielką przyjemnością bym ci gotował.
W końcu spakowałam się i poszliśmy do naszego pokoju tymczasowego. Nie różnił się za bardzo od innych. Prosto umeblowany z łóżkiem, biurkiem, regałem i szafkami. Usiedliśmy na łóżku, rzucając swoje rzeczy na podłogę. Oboje nie wiedzieliśmy co robić.
- Chyba powinniśmy szykować się do  spania.- odezwałam się w końcu.
- Ty możesz pierwsza.- wskazał na jedne drzwi.
Wzięłam swoje rzeczy i poszłam do łazienki. Prysznic z myciem głowy, na co nie miałam czasu wcześniej, zmycie makijażu ubranie piżamy zajęło mi godzinę. Jednak Dymitr chyba tego nie zauważył, bo nawet jak wyszłam nie zareagował, zaczytany w swój western.
- Towarzyszu.- zwróciłam jego uwagę.- Wolne.
Wstał szybko i wziął swoje rzeczy. W drodze do łazienki, stanął za mną.
- Miałem zobaczyć cię w czymś innym.- szepnął i zniknął za drzwiami.
O co mu chodzi? Czemu on to robi? Czemu się tak nade mną znęca? Usiadłam na łóżku, nie wiedząc, co o tym myśleć. Nie trwało długo, jak Rosjanin się wykąpał.  Uśmiechnął się szeroko, ale ja patrzyłam na niego poważnie.
- Czemu to robisz?- spytałam.
- Słucham?
- No to wszystko. To u mnie w mieszkaniu i zanim poszedłeś się myć. Wczoraj mówiłeś, że chcesz trzymać się ode mnie z daleka, później ta rozmowa z Taszą... co ty chcesz osiągnąć?- wstałam, stając na przeciwko dampira.-Nie wiem, udowodnić mi, czy sobie, że umiesz mnie pokochać?
- J-ja myślałem, że będzie ci miło. Sam nie wiem. Coś czuję w twojej obecności, pragnę cię!- powiedział rozpaczliwie.
- Rozumiem, że mnie pożądasz, ale to jeszcze nie jest miłość.
- Wiem.
- Nie chcę, żebyś robił coś dla mnie, a dla siebie.
- Jak mam coś robić dla siebie, skoro nie wiem, kim jestem?
Złapałam go za twarz, aby spojrzał na mnie.
- Jesteś najlepszym strażnikiem, wojownikiem , mężczyzną, jakiego znam. Każdemu chcesz pomóc, kochany przez całą rodzinę, honorowy, odpowiedzialny i zawsze przestrzegający reguł. Jeśli chcesz pokazać, że nie jesteś strzygą, pokochaj wszystko to, co ona nienawidzi. Piękno. Słońce. Doceniaj życie, póki je masz. Ciesz się z tego co masz.
- Cieszę się, ale to trudne, gdy pamiętam, co robiłem.
- To nie byłeś ty!- krzyknęłam zrozpaczona.
Na chwilę zapadła między nami cisza. Zamknęłam oczy, chcąc się uspokoić.
- Dużo myślałem pod prysznicem o moim wyborcze. Podjąłem decyzję.

___________________________________________________________________________
Wiem, wiem, jestem okropna. Następna i ostatnia część tego już 15 grudnia. Baaardzo dziękuję RozaDhampir za wskazanie głupich błędów mojej autokorekty, typu :"styropianowymi perełkami"
i "Oboje wyjechaliśmy śmiechem."


 Piękne zilustrowanie jej autorstwa.
I dla takich gworzań jak ona: zrywka=reklamówka foliowa,
Pawlacz- "schowek. Robisz go między szafa a sufitem żeby zapełnić miejsce i jest jakby wbudowane w ścianę bo to się robi jak szafa jest wbudowana w ścianę chociaż nie tylko, czasem jest wiszące nad drzwiami w suficie"
~Marta ;-)

wtorek, 31 października 2017

Halloween

Było mi to dość trudno umieścić w pasującym czasie, więc uznamy, że dla tego bonusu akcja Akademii wampirów zaczęła się dwa miesiące wcześniej i teraz jest po pierwszej części serii.
NIE MA POWIĄZANIA Z POPRZEDNIMI BONUSAMI!!!!
____________________________________
Ostatni raz spojrzałam w lustro, poprawiając swoje włosy, po czym opuściłam pokój. Szłam dobrze znanymi mi korytarzami, aż do drzwi na zewnątrz. Później skierowała się drogą, którą pokonuję dwa razy dziennie w tą i z powrotem. W końcu stanęła przed wielkimi drzwiami sali gimnastycznej. Weszłam do środka i wtopiłam się w tłum. Przedzierając się między przebierańcami, rozglądała się za przyjaciółką. Wiedziałam, gdzie jest i tam się zbliżałam. w końcu ujrzała koronę z pawich piór, a tym samym Lissę. Podeszłam do niej i lekko klepnęłam w ramie. Ona, w przeciwieństwie do mnie, nie miała pojęcia, co ubiorę. Dlatego też zdjęła maskę i patrzyła zszokowana na mój kostium, od brązowych kozaków, przez brązowo-białą sukienkę, z narzuconą kataną z frędzlami, po sam czubek głowy z luźnymi warkoczami, ozdobiony kowbojskim kapeluszem.
- Wow!- tylko tyle była w stanie wydusić. 
- No nieźle Hathaway- zza morojki wyłonił się Mason w czarno-czerwonej pelerynie i sztucznych kłach.- Wyglądasz jak bardzo sexi wieśniaczka.
- Jestem kowbojką, imbecylu- trzepnęłam go w bark.- I przynajmniej mam oryginalne przebranie.- wskazałam na Ozerę, który właśnie w tej chwili do nas dołączy.
Uśmiechał się szeroko, póki nie zauważył Masona. Byli w tanich samych strojach.
- Nie no, bez jaj- jęknął rudzielec.
- Ja przynajmniej nie muszę mieć sztucznych kłów- Christian uśmiechnął się szeroko, pokazując wszystkie zęby.
- Nie szpanuj tak, bo ci wypadną - prychnęłam, przywracając oczami.- A widział ktoś może Eddy'ego?
Wszyscy pokręcili przecząco głowami. No trudno, może się znajdzie. Szybko złapałam Lissę za dłonie i pociągnęłam w tłum tańczących ludzi, zanim zdążył zrobić to kruk chłopak. Tańczyliśmy dość długo, póki morojki nie porwał jej pseudo wampir. Jednak mnie szybko pod skrzydła wziął Mason i nie razem poruszaliśmy się w rytm. Nagle puścili wolną piosenkę, więc przytuliłam się do przyjaciela, w wręcz na nim uwiesiłam. Zachichotał, ale nic nie powiedział. Kiwaliśmy się lekko, co traktowałam jako odpoczynek. Chyba jednak tańczyliśmy dość długo, spoko już jestem zmęczona.
- Idę się napić- powiedziałam dampirowi na ucho.
On tylko mnie puścił i kiwnął z uśmiechem głową. Ruszyłam do stolika pod ścianą i nalałam sobie ponczu do szklanki. Oparłam się o blat i popijając, przeglądałam się tańczącym. No dobrze, szukałam jednej osoby. Dymitra. Ale nie było go nigdzie wśród strażników. Może nie ma dzisiaj warty i wolał zostać w pokoju, choć nie cieszyła mnie ta perspektywa. Specjalnie dla niego się tak przebrałam, w końcu uwielbia westerny. Chociaż co ja się łudzę. Oboje doskonale wiemy czemu nie możemy być razem. Pogrążona w myślach bawiłam się kubkiem, póki ktoś nie stanął przede mną. Był to mężczyzna w miętowym garniturze z białą muchą. Twarz miał przykrytą wielką maską wenecką w kształcie dzioba orła. Wyciągnął do mnie elokwentnie dłoń, jednak ja odmówiła. Przez myślenie o mentorze odechciało mi się filtrów. Jednak on nie odpuścił i podszedł bliżej, łapiąc mnie za nadgarstek. O dziwo, na ten dotyk przeszedł mnie dreszcz. Nasze spojrzenia na sekundę się spotkały i w jego zauważyłam coś znajomego. Chciałam wytrwać rękę, ale on był szybszy i pociągnął mnie do przodu, a sam stanął za mną.
- Że mną nie zatańczysz Roza?- spytał głęboki głos z rosyjskim akcentem.
Otworzyłam szeroko oczy.
- Dymitr - szepnęłam ledwie słyszalne, ale do niego to dotarło.
- Tak.- potwierdził, choć wcale tego nie potrzebowałam.
Popchnął mnie w tłum, nie oddalając się ode mnie na milimetr. W pewnym momencie obrócił mnie w swoją stronę i przysunął bliżej, łapiąc mnie w pasie. Akurat znowu leciała wolna piosenka i oboje szybko odnaleźliśmy się w rytmie. Zarzuciłam mu ręce na ramiona i napawałam się tą chwilą, patrząc mu głęboko w oczy. Podniosłam się na palcach, a on, jakby czytając w moich myślach schylił się do mnie.
- Myślałam, że to nie zabawa dla ciebie- szepnęłam mu do ucha.
Pochylił się bardziej, a jego oddech łaskotał mnie po szyi, gdy do mnie mówił.
- Wybacz mi Roza, nie chciałbym robić ci nadziei, ale nie mogłem się powstrzymać. Tak pięknie wyglądasz w tym stroju, kowbojeczko- odpowiedział głębokim głosem.
- Nie martw się. Rozumiem, czemu nie możemy być razem- dodałam trochę smutna, ale nie długo.
Nie pozwolę, żeby to popsuło mi tą chwilę. Nie wiem, ile tańczyliśmy, ale czułam, że mogę w jego ramionach spędzić resztę życia. W pewnym momencie już tylko kołysaliśmy się na boki w takt naszej własnej muzyki, słyszalnej tylko dla nas, mocno wtuleni w siebie. Nagle Dymitr się odsunął i zabrał jedną dłoń, a drugą przejechał po całej mojej ręce, aż nie doszedł do końca, łapiąc mnie. Spojrzałam na niego zdziwiona, ale on nic nie powiedział, tylko się uśmiechnął chytrze i pociągnął mnie za sobą przez tłum. Dałam się prowadzić, aż nie wyszliśmy na zewnątrz. Wcześniej mój mentor wziął swój płaszcz i zarzucił mi na ramiona. Mimo, że słońce już wstało, było dość chłodno. W końcu zaczął się listopad. Chwilę szliśmy w ciszy po pustym placu, napawają się słabymi promieniami słońca. Nawet nie zauważyłam, że wciąż trzymamy się za ręce.
- Bardzo ładne przebranie Rose- odezwał się w końcu strażnik.
Uśmiech nie schodził mu z twarzy.
- Miałam nadzieję, że ci się spodoba- przyznałam.
Weszliśmy między drzewa, zagłębiając się w las.
- Specjalnie dla mnie założyłaś strój kowbojki?
- Pomyślałam, że nie będziesz mógł oderwać ode mnie wzroku, jak od tych swoich westernów- uśmiechnęłam się, spoglądając na Bielikowa i stanęłam na przeciwko niego - I chyba mi się udało.
Podniosłam ręce i delikatne zdięłam mu maskę. Dymitr, równie z uśmiechem, założył sobie mój kapelusz i przyciągnął mnie do siebie, łącząc nasze usta. Zaskoczył mnie, nie powiem, ale od razu oddałam pocałunek, zarzucając mu ręce na kark. Znalazłam jego kucyk i uwolniłam z gumki, żeby za chwilę cieszyć się dotykiem aksamitnych włosów. W tym czasie mentor złapał mnie za biodra i przysunął bliżej siebie. To było niezwykłe, nie spotykane, inne. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie przeżyłam. Najcenniejszy pocałunek w całym moim życiu. To... nic nie jest w stanie wyrazić, jak wspaniałe czułam się będąc tak blisko niego. Chciałam, aby ta chwila trwała wiecznie, jednak tak nie mogło być. Odsunął się ode mnie, a ja cicho jęknęłam z niezadowolenia. Oboje mieliśmy urywany oddech. Z emocji zatoczyłam się do tyłu i oparłam o drzewo, patrząc na ukochanego. Włosy miał rozczochrane, a usta gorące i opuchnięte, tak kuszące. W jego oczach odbijały te same emocje, które ja czułam. A że odkąd zaprosił mnie do tańca nie jest sobą, nie próbował się powstrzymywać. Przycisnął mnie do drzewa, całując dziko, namiętnie, z pragnieniem. Jęknęłam znowu, tym razem z przyjemności, ale nie miałam szansy za bardzo się wypowiedzieć, ponieważ z łatwością uciszył mnie pocałunkiem. Pragnęłam go, tak bardzo chciałam go mieć dla siebie, na zawsze. Ale w tej chwili myślałam o jego umięśnionych ramionach, długich włosach, twardych plecach, których nie mogłam dotknąć, ponieważ trzymał mnie w nadgarstkach. W pewnym momencie je puścił, ale zanim zdążyłam cokolwiek zrobić, złapał mnie pod tyłkiem i uniósł. Oplotłam go w pasie nogami, przyciskając jeszcze mocniej siebie. Kapelusz już dawno leżał na ziemi obok maski. Ciepłe dłonie Dymitra jeździły po moich udach. Powoli pocałunkami zszedł niżej, na moją szyję. Przycisnęłam go do niej mocniej, a sama przymknęłam oczy, odchylając głowę
- Roza - wysapał strażnik.- Nawet nie wiesz, jak cię pragnę.
- Pokaż mi to - jęknęłam.- Zrób to! Teraz!
- Nie możemy Roza.
Złapałam go za rozgrzane policzki i zmusiłam żeby spojrzał na mnie. Dyszał, tak samo jak ja, usta miał spuchnięte, a wzrok rozkojarzony i rozbiegany, z krzyczącym podnieceniem.
- Chcesz tego tak samo jak ja. Ograniczają cię zasady, które mają się nijak do naszych uczuć. Kocham Cię Dymitr i nic tego nie zmieni. - wypaliłam bez zastanowienia.
Zawiesił głowę w zamyśleniu, ale nagle ja podniósł, patrząc na mnie dziwnie. Z niedowierzaniem i...nadzieją.
- Kochasz mnie?
- Tak- powiedziałam, zagryzając wewnętrzna stronę policzka.- Wiesz, że uczuć nie można powstrzymać. Kocham Cię i nie umiem przestać, choć...
W pół zdania przerwał mi pocałunkiem. Jeszcze nigdy mnie tak nie całował. To było inne, tak niezwykłe, że pewnie gdybym stała, nogi ugięły by się pode mną. Poczułam niesamowity ścisk w żołądku, a od ust przez całe ciało, aż do końcówek palców przeszła mnie fala gorąca. Pragnęłam, żeby nigdy nie przestawał, by to trwało w nieskończoność. To był najlepszy pocałunek świata.
- Ja też Cię kocham Roza. Kocham i nie mogę przestać. Nie chcę przestać. Chcę tylko ciebie i jedynie dla mnie. Masz rację, tak jak ty, chcę ciebie tu i teraz. Ale to wbrew zasadą.
- Tak samo, jak wszystko co robimy odkąd się tu znaleźliśmy- zauważyłam
- Roza, współżycie to poważna sprawa. Nie chcę tego robić byle gdzie. Każda kobieta zasługuje, by jej pierwszy raz był wyjątkowy.
- Bardziej wyjątkowy niż z Tobą nie będzie. Nie ważne gdzie. Nie ważne kiedy, ważne żeby z kimś, kogo się kocha. Dzięki tobie to zrozumiałam.
- I chcesz teraz na mnie przetestować mogą lekcje?- zaśmiał się.
- To jak będzie?- przejechałam dłonią po jego ramieniu, badając wszystkie mięśnie, nie przestając patrzeć mu w oczy.
- Czemu tak bardzo nie potrafię co się oprzeć, Roza?
- Bo mam daj przekonywania.
Oboje se zaśmialiśmy. Rosjanin postawił mnie na ziemi i złapał za dłoń. Zaczęliśmy iść głębiej w las.
- Dokąd idziemy Towarzyszu?- spytałam zaciekawiona.
- W bardziej ustronne i odpowiednie  miejsce - szepnął, a mi zrobiło się ciepło.
- No to prowadź. Ta noc będzie nasza.
- O tak Roza, tylko moja i twoja.
Wziął mnie na ręce i przeszedł przez krzaki, gdzie nagle drogą spadała w dół. Zbiegł i postawił mnie na płaskiej powierzchni. Przed nami była zasłona z gałązek płaczącej wierzby. Dymitr odsłonił kurtynę, a ja zapomniałam, jak się oddycha. Znaleźliśmy się na małej polance, ze świeżą zieloną trawą, otoczonej wierzbami. W promieniach słonecznych wszystko wyglądało na żywe i bajeczne. Na środku stało małe drzewko, którego liście były już żółte. Ale po za tym wszystko żyło zielenią. To aż dziwne, patrząc na to, że mamy już listopad. Ruszyliśmy na środek, gdzie stanęliśmy na przeciwko siebie. Nagle poczułam się głupio. Tak bardzo tego chciałam, ale nie wiedziałam co zrobić. Bałam się, na prawdę się bałam. Dymitr musiał to zauważyć, po przybliżył się do mnie i położył swoje silne dłonie mi na biodrach.
- Nie bój się Roza- powiedział melodyjne.
- Nie boję - chciałam brzmieć pewnie, ale chyba mi nie wyszło.
- Przecież widzę - roześmiał się i przyłożył swoje czoło do mojeg.- Spokojnie kochanie, zaufaj mi. Chyba że nie chcesz...
- Chcę!- zawołałam gwałtownie, po czym się uspokoiłam.- Chcę, ale jak sam zauważyłeś, to mój pierwszy raz i nie wiem co robić.
- Daj się ponieść chwili. Zobaczysz, że będziesz wiedziała.
Nie dał mi nic powiedzieć, bo pocałował mnie delikatnie i z uczuciem. Oddałam pocałunek, wkładając w to całą miłość i zaufanie, jakie do niego miałam. Zaczął mię całować coraz bardziej namiętnie. Przejechał językiem po mojej dolnej wadze, prosząc o dostęp, który mu bez wahania dałam. Zaczął jak w noc uroku podnosić moją sukienkę, aż jej nie ściągnął że mnie. Trzymał mnie teraz w ramionach prawie gołą, jedynie w bieliźnie. Czułam dreszcze ekscytacji i podniecenia. Sama przejęłam inicjatywę i zajęłam się guzikami jego marynarki. Zsunęłam ją mu z ramion i przeszłam do pozbywania się koszuli. Czułam, że Dymitr chcę jak najszybciej przybyć się reszty mojego ubioru, Ale czekał cierpliwie. Napawałam się dotykiem jego dłoni, błądzących po całym moim ciele. To było takie przyjemne i niezwykłe. Zdjęła mu ostatnią część górnej garderoby i mogłam cieszyć się ciepłem jego torsu. Przejechałam po nim dłońmi, aż na ramiona i przyciągnęłam bliżej siebie. Zaczęłam bawić się jego włosami, podczas gdy Rosjanin zajął się swoimo spodniami. Gdy był już tylko jak ja w butach i bieliźnie, wziął mnie na ręce i delikatnie posadził na trawie, nie przestając całować. Zaczął schodzić pocałunkami coraz niżej na szyję, dekolt. Od tyłu pozbył się pierwszej przeszkody na swojej drodze, po czym schodził dalej w dół. Oszczędził moje majtki i od razu przeszedł do rajstop. Powoli ściągał je milimetr po milimetrze, całując zaraz za nimi. Jego pocałunki mnie rozpalały. Zaczęłam szybciej oddychać i cicho pojękiwać. Gdy byliśmy już zupełnie nadzy, Dymitr pojawił się tuż nade mną.
- Jesteś pewna?- spojrzał na mnie z troską.
- Bardziej nie będę.
- Odpręż się. Jesteś bardzo piękna Roza.
To była ta chwilą. Ten moment, na który czekałam od dawna. Nie umiem tego opisać. Jeden wielki wybuch namiętności, miłości i rozkoszy. Świat przestał istnieć. Byliśmy tylko my. Nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje. Dymitr był idealny, ostrożny, ale dał się ponieść emocjom. Jak obiecał prowadził mnie z precyzją, jaką również wkładał w nasze treningi. Delikatnie wprowadził w ten nowy, nieznany mi świat kobiecości, intymności. Pokazał erotyczną stroje życia. To była moją najcudowniejsza chwilą w życiu, której nigdy mu nie zapomnę.