Przede mną stał dobrze zbudowany mężczyzna, którego od razu poznałam. Ciemne słowy do ramion, brązowe oczy, którymi sama patrze na świat i brązowy prochowiec, bez ktorego nigdy nie ruszał się z domu. Do tego rosyjski akcent, tak wyraźnie słyszalny w tym jednym słowie. Stał przede mną jak te dwanaście lat temu, jak się żegnaliśmy z radością i obawą w oczach, a po policzkach ciekły mu łzy. I nie był strzygą. Nie mogłam uwierzyć. A jeśli to wszystko sen? Nagle koło mnie pojawił się mój brat.
- Tata?- otworzył szeroko oczy.
- Felix?- odpowiedział
- Tata.- rzuciłam mu się w ramiona.
Strażnik przytulił mnie mocno i odkręcił wokół siebie. Zaczęłam cicho szlochać.
- To ty... to naprawdę ty... po tylu latach.- łkałam.
- Przepraszam Księżniczko. Nie płacz.- mu samemu głos się łamam.
- Kocham Cię. Tak bardzo tęskniłam.
Po chwili dołączył do nas brunet. Patrzyliś my na siebie w milczeniu, uśmiechając się z łzami w oczach.
- Obiecałeś, że wrócisz i dotrzymałeś słowa.- pocalowałam go mocno w policzek.
- Ale wy wyrośliście. A ja tyle straciłem.
- To nie twoja wina.
- A ze mną to już nikt się nie przywita?- znieruchomiałam na dźwięk tego głosu.
- Mama!- znowu pierwszy zareagował Felix, rzucając się kobiecie na czuję.
Sama też ją przytuliłam. Po chwili dołączył do nas tato. Znowu byliśmy pełną rodziną.
- Widzisz. Twoje życzenie się spełniło.- zauważył cały zapłakany mój bliźniak.
Miał rację. Chciałam mieć wszystkich których kocham i którzy mnie kochają. No i mam.
- Ale jak... jak to możliwe?- zająknęłam się.
- Cii...- szepnęła mama.- Wszystko w swoim czasie. A na razie chodźmy, bo czekają na nas.
Jednak w salonie było pusto. O dziwo mama pewnie poszłam aw stronę drzwi tarasowych. Zatrzymałam ją, stając przed nią.
- Czekaj, czekaj, czekaj. Ty wciąż masz więź z ciocią Lissą.- zrozumiałam.- Ona wiedział, że żyjesz? I nic nam nie powiedziała?
- Przepraszam kochanie. Ale wolałam, że jakbym miała zginąć, żebyście nie cierpieli z myślą, że jestem gdzieś daleko w jakiejś niewoli. Mogłam nie wrócić, a niebezpieczne byłoby, gdybyście chcieli mnie uwolnić.
- Nigdy nie pozwolił bym ci zginąć.- tata objął mamę od tyłu i pocałował ją w szyję.
Kiedy tak na nich patrzyłam, nie umiałam się gniewać. Ich miłość emanuowała na kilometry. W końcu weszliśmy do gwarnego ogrodu, gdzie wszyscy rozmawiali, jeden przez drugiego, czekając na mnie i Jacka. Będą mieli niespodziankę. Nagle zapadła całkowita cisza.
- Rose?!- zawołali jednocześnie Abe i Janine, po czym rzucili się na córkę i zięcia.
W ich ślad poszła całą resztą. Wszyscy bardzo za nimi tęsknili. Każdy ich przytulał i od razu chcieli znać szczegóły.
- A jednak będę musiał dalej się z tobą męczyć.- przewrócił oczami wujek Christian, ale i tak ich przytulił.
- Nie tak łatwo nas się pozbyć.
- Wuja.- ciocia Zoja i Łuka rzucili się na tatę.
- Hej, dzieciaki. Ale się pozmieniało.
- Usiądzie tam.- z bratem wskazaliście na szczyt stołów.
- A to chyba miejsce dla solenizantów.- zmieszał się tato.
- Ale tak będziecie obok.- zaoponowałam.
- I my będziemy mieć was obok.- dodał Felix, gdy ściągneliśmy ich na miejsca.
- I będziemy mieli innych obok.
- I wszyscy będą obok.- powiedzieliśmy jednocześnie.
Każdy zają swoje miejsce.
- Czekamy jeszcze na kogoś?- spytał tata, wskazując puste miejsce po mojej lewej.
- A... No tak.- zaczęłam bawić się palcami pod stołem.
Wiedziałam jacy są ojcowie córek. Zwłaszcza jak odzyskują ją po kilku latach. Oj, nie chcę być w skórę Jack'a. Zwłaszcza, że jest Zeklosem. Czułam, że mój brat sam się obawia jego reakcji.
- Tato, chcę żebyś wiedział, że ludzie są różni nie zależnie od pochodzenia i żebyś nie oceniał go pochopnie.- przełknęłam ślinę, podnosząc wzrok.
- Go?- strażnik podniósł jedną brew do góry.
- Dymitr!- skarciła go żona, uderzając w ramię.
- Och dzieciaki.- zaśmiał się dziadek.- A myślałem, że to ja będę męczył tego młodzieńca.
- Jednak, staruszku, na szczęście dla naszej córki jesteś zwolniony z tego obowiązku.
- Nie wiem czy to polepszyło ich sytuację.- popatrzył z przebiegłym uśmiechem na Rosjanina.
- Tato. Naprawdę on jest wspaniałym chłopakiem, który o mnie dba i przez te dwa miesiące wiele się wydarzyło, dzięki czemu jestem pewna uczucia między nami.
- Dwa miesiące to dość mało.- zauważył.
- Bielikow!- mama straciła cierpliwość.- To jej urodziny. Pogadacie o tym kiedy indziej, a teraz po prostu cieszmy się. O to nasze szczęście jest już dorosłe. Nie mogłam uwierzyć że je mam, a teraz nie wierzę, że je tracę.
- Mamo...- zaoponował Felix.- Wy nigdy nas nie stracicie.
- Właśnie.- wspomogłam brata.- Jesteście naszymi rodzicami i zawsze będziecie dla nas najważniejsi.
- Oooo...- po ogrodzie rózniósł się zgodny pomruk.
Nagle usłyszałam dźwięk dzwonka do drzwi. Specjalnie zamontowaliśmy dodatkowy głośnik, bo tu nie słychać jak ktoś dobija się do drzwi.
- Ja otworzę.- czym prędzej się ulotniłam.
Otworzyłam drzwi, a za nimi była wyczekiwana przeze mnie osoba. Wpadłam w objęcia ukochanego.
- Nie uwierzysz co się stało.- krzyknęłam od razu.
- Co?- spytał zaciekawiony.
- Moi rodzice wrócili.- pisnęłam i znowu go przytuliłam.
- Jak to?- otworzył szeroko oczy, a ja zaczęłam się śmiać z jego miny.
- Nie wiem. Po prostu z pół godziny temu zadzwonili do drzwi i jak otworzyłam drzwi, to oni tam byli.
- Twoja mama też?
- Właśnie też.- byłam cała w skowronkach.
- Oj to krucho.- podrapał się po karku.- Moi rodzice tu jadą.
Stanęłam jak wryta.
- Ja pierdole.- schowałam twarz w dłoniach- Oni się pozabijają.
- Może nie będzie tak źle.- chłopak próbował mnie pocieszyć.
- Ostatni raz jak się widzieli, to ciocia Lissa musiała ją z Eddym trzymać, żeby mu oczu nie wydłubała. Oskarża go i tą jego grupę o atak strzyg na akademię.
- No to jesteśmy w dupie.
- Nie do końca. Daj znać swoim rodzicom jaka jest sytuacja, a później powiemy moim jak cię poznają.
- Czekaj! To ja mam poznać twojego tatę?- zbladł.
- A co? Myślisz, że dałbyś radę w nieskończoność ukrywać się przed najlepszym strażnikiem na świecie?- starałam się zamaskować swój stres za maską śmiechu.
- No nie, no ale... No nie.
- No chodź. Czym szybciej to zrobimy, tym lepiej.- pociągnęłam go za sobą.
-Nastka.- zatrzymał nas.- Jeszcze coś.
Podszedł do auta z tyłu i wyciągnął coś. Po chwili oniemiałam ja widok wielkiego, różowego misia z bukietem czerwonych róż w łapce.
- Chciałem ci je dać osobiście, ale uparł się, że skoro ja daję go, to on też nie może przyjść do księżniczki z pustymi rękoma. A raczej łapkami.
- O Jejci. Jack. Nie musiałeś. On jest przepiękny.- przytuliłam mojego chłopaka, a następnie wzięłam misia i razem poszliśmy do ogrodu.
___________________________________________________________
No i macie. Niektórzy mnie rozgryźli. Mam nadzieję, że w końcu się cieszycie. I nieźle poradziliście sobie z tymi komentarzami. Brawo. 💖💖💖💖
"Nasz los od zawsze zapisany był w gwiazdach. To one poprowadziły mnie do Ciebie mimo tylu przeciwności, spójrz. Jesteśmy tu. Razem. Ty i ja Roza. Na zawsze."
niedziela, 16 kwietnia 2017
ROZDZIAŁ 52
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
ROZDZIAŁ 51
Jeszcze bardziej zaintrygowana wstałam i udałam się do szafy. Już wczoraj postanowiłam, co ubiorę na rodzinne spotkanie. Wyciągnęłam swoją ulubioną sukienkę do kolan w kolorze indygo z czarnymi groszkami i fioletową falbanką przy dekolcie, rękawach i dolnym brzegu. Na tali miała pasek w tym samym odcieniu co cała kreacja, ze złotą klamrą na środku. Z ubraniem udałam się do łazienki, gdzie spod prysznica wychodził Zeklos. Daliśmy sobie szybkiego buziaka, po czym sama weszłam do nagrzanej kabiny. Rozkoszowałam się gorącymi kroplami, ale kiedy mi się znudziło, zaczęłam się myć. Gdy płukałam głowę z szamponu, przeglądałam się ukochanemu, który układał włosy. Wyglądało to bardzie zabawnie, ponieważ stał tak blisko lustra, jakby zaraz chciał tam wejść i poprawić fryzurę własnemu odbiciu. Poruszył ustami, jakby coś mówił, ale nawet jeśli, to szum wody zagłuszył jego słowa. Po chwili odwrócił się w moją stronę, wciąż nie przestając majstrować przy blond kosmykach. Pomachałam mu z zalotnym uśmiechem, na co tylko westchnął rozbawiony i wrócił do poprzedniego zajęcia. Zapukałam w drzwi kabiny, a gdy na mnie spojrzał, na zapakowanym szkle narysowałam serce i posłałam mu całusa. Znowu coś powiedział, a ja znowu nie wiem co. Zakręciłam wodę i uchyliłam wejście.
- Coś mówiłeś?- spytałam niewinnie.
- Tak. Jeśli będziesz dalej mnie tak kusić, wejdę tam i zrobię to, co mam zaplanowane na naszą noc.
- Czy ja cie powstrzymuję?- zatrzepotałam rzęsami.
- Nie wiedziałem, że z ciebie taka kocia. Ale musisz jeszcze wytrzymać, piękna.- podszedł i cmoknął mnie w policzek.
Dokończyłam mycie i chciałam chwycić ręcznik, ale go nigdzie nie było. Wyszłam z kabiny, wprost w ramiona ukochanego, a dokładnie w mój ręcznik, który trzymał.
- Jack.- uśmiechnęłam się rozbawiona.- Co robisz?
- Dbam o moją księżniczkę, aby się nie przemęczała.
Zachichotałam, gdy on wycierał mnie do sucha. Na koniec ubrał mnie w szlafrok i wypchnął z łazienki. W pokoju były już Rozi, Oliwia, Felicja, Alice, Michele i Angela.
- Zostawiam ją wam.- powiedział dziewczynom siedzącym na moim łóżku.
Dopiero jak wychodził, mogłam zobaczyć jak jest ubrany. Miał na sobie beżowe rurki, a do tego czarna koszula, z odpiętymi, górnymi guzikami i czerwona kamizelka. Spojrzałam na dziewczyny wyczekująco, ale one tylko się uśmiechały znacząco.
- Możemy zaczynać?- spytałam z niecierpliwością.
- Oj już się tak nie denerwuj.- machnęła ręką blondynka.- Mam coś dla ciebie. Taki mały prezent urodzinowy.
Podeszłam do mnie i zza pleców wyciągnęła torebkę. Zajrzałam do środka i uśmiechnęłam się do siebie, widząc logo sklepu, na prostokątnym pudełku.
- Teraz Zeklos mi nie ucieknie.- mruknęłam.
Wyciągnęłam i położyłam na łóżko czerwoną bieliznę z koronki, a obok strój, jeśli można to tak nazwać. Na górze było coś jakby gorset ze sznureczkiem na całej długości, a na dole figi, od których zwisały szelki z obowiązkami na uda. Miały zapięcia na rzepy. I wszystko czerwono-czarne. To będzie nie zapomniana noc. Wzięłam pierwszy komplet i zamknęłam się w łazience. Po chwili wyszłam ubrana, a dziewczyny zagwizdały z uznaniem.
- Kobieto, ale ty masz brzuch.- zachwycała się podopieczna Oliwii.
- Godziny treningów.- wzruszyłam ramionami i zaczęłam ubierać swoją sukienkę.
Później dziewczyny posadziły mnie przed toaletką i zaczęły latać wokół. Oliwia robiła mi makijaż, Rozi fryzurę, Michele i Alice manicure, a Felicja i pedicure. Po godzinie byłam gotowa. Miałam fioletowe paznokcie, w tym serdeczny na każdej ręce z czarnymi kropkami, a włosy opadały mi idealną falą po lewym ramieniu. Założyłam medalion od rodziców i złote kolczyki i pierścionki z nefrytami. Miałam jeszcze złotą bransoletkę z wytłoczonymi gwiazdkami. Założyłam fioletowe obcasy i zeszłyśmy na dół. Od razu przytuliłam się do Lili i Pawki.
- Dziękuję.- szepnęłam.- Za wszystko.
- Nie ma za co skarbie.- ciocia pocałowała mnie w czoło.
- I wszystkiego najlepszego, młoda.- wujek wyciągnął zza pleców różową paczkę z niebieską wstążeczką.
- Śmiało.- uśmiechnęła się jego żona, gdy zobaczyła moją ciekawość.
Odeszli trochę dalej i przytulili się do siebie. Zaczęłam odwiązywać kokardkę i starannie, tak żeby nie porwać rozwinęłam papier. W środku było pudełko. Otworzyłam je i zaniemówiłam. Na jego dnie leżała sukienka, która bardzo mi się podobała, ale nie miałam tyle pieniędzy.
- Dziękuję.- rzuciłam się na nich i ich przytuliłam.
Po chwili zbiegł Felix.
- A ja? A ja?-rzucił się wprost na nas, przez co prawie upadliśmy.
- Dla ciebie też coś mamy.
Brunet zaczął dobierać się do prezentu. Oczy mu się zaświeciły, a ja zaczęłam chichotać. W środku było auto na pilota.
- Jeha!- podskoczył z radością, dał cioci i wujkowi całusa, po czym wybiegł do ogrodu.- Chłopaki, patrzcie co dostałem.
Po chwili było słychać rozemocjonowany głosy. Ach ci faceci. Gorzej niż dzieci.
- Nastka.- moją uwagę zwróciła ciocia.- Pomogłabyś mi?
- Jasne.
Wzięłam talerze oraz sztućce i zabrałam je na zewnątrz, gdzie stały już rozłożone w podkowę stół z obrusami. Zaczęłam rozkładać wszystko, patrząc na podjarany tłum mężczyzn. Jednak nigdzie nie widziałam mojego.
- Robi ci jakąś niespodziankę.- uśmiechnął się do mnie brat, próbując ogarnąć pada.
Zabrałam mu go i wyciągnęłam klapkę od baterii. Westchnęłam uderzona głupotą bliźniaka i włożyłem źródło energii, tak jak miało być.
- Na przyszłość plus do plusa, minus do minusa.- mrugnęłam do niego i wróciłam do kuchni.
Po drodze usłyszałam dzwonek do drzwi, a wiedząc, że żaden facet tyłka nie ruszy, sama poszła otworzyć.
- Hej skarbie.- przytuliła mnie dyrektorka.
Razem z nią i jej mężem przyszła reszta nauczycieli i strażników. Wszyscy pomagali mamie, więc ze wszystkimi się zżyliśmy. Nie długo po nich przyszła królowa z mężem, dziećmi i w sumie wszystkimi przyjaciółmi mamy. Nie zabrakło również Taszy i Pabla. W tym czasie dziewczyny już zanosiły jedzenie na stoły. Na końcu przyszła reszta rodziny, to jest prababcia Ewa, dziadkowie Abe, Janine, Olena i Iwan, ciocie Karolina, Sonia, Wiktoria, mała Amelia i Wiktor, kuzynostwo Łuka i Zoja. Do tego ciotki mojej mamy i ich rodziny. Zdziwiłam się, aż tak liczną grupą osób.
- U twojej mamy też byli wszyscy, ale na dziewiętnastych urodzinach z wiadomych przyczyn.- oznajmił dziadek.
Wyściskałam wszystkich, bo dość rzadko się widzimy. A niektórych widziałam trzy razy w całym życiu, podczas pobytu u ojca mamy.
Z pomocą wszystkich, obiad był gotowy w jakieś dwadzieścia minut.
- To może zaczynami?- zaproponował niecierpliwie dziadek Abe, zacierając w typowy dla siebie sposób.
- Jeszcze musimy poczekać na chłopaka Anastazji.- powiedziała ciocia Lili i w tym samym momencie zadzwonił dzwonek.
- To on.- zarwałam się i pobiegła na korytarz.
Zastanawiałam się, co on takiego wymyślił. Już wiem, że jego niespodzianki nie są byle jakie. Otworzyłam drzwi i oniemiałam.
- Księżniczko...
_________________________________________________
Jak myślicie, co przygotował Jack? A może to coś całkiem innego? Czy coś będzie w stanie zepsuć ten dzień nasze księżniczce? Czekam na wasze propozycje, a może jeszcze dziś wszystko się okaże.
- Coś mówiłeś?- spytałam niewinnie.
- Tak. Jeśli będziesz dalej mnie tak kusić, wejdę tam i zrobię to, co mam zaplanowane na naszą noc.
- Czy ja cie powstrzymuję?- zatrzepotałam rzęsami.
- Nie wiedziałem, że z ciebie taka kocia. Ale musisz jeszcze wytrzymać, piękna.- podszedł i cmoknął mnie w policzek.
Dokończyłam mycie i chciałam chwycić ręcznik, ale go nigdzie nie było. Wyszłam z kabiny, wprost w ramiona ukochanego, a dokładnie w mój ręcznik, który trzymał.
- Jack.- uśmiechnęłam się rozbawiona.- Co robisz?
- Dbam o moją księżniczkę, aby się nie przemęczała.
Zachichotałam, gdy on wycierał mnie do sucha. Na koniec ubrał mnie w szlafrok i wypchnął z łazienki. W pokoju były już Rozi, Oliwia, Felicja, Alice, Michele i Angela.
- Zostawiam ją wam.- powiedział dziewczynom siedzącym na moim łóżku.
Dopiero jak wychodził, mogłam zobaczyć jak jest ubrany. Miał na sobie beżowe rurki, a do tego czarna koszula, z odpiętymi, górnymi guzikami i czerwona kamizelka. Spojrzałam na dziewczyny wyczekująco, ale one tylko się uśmiechały znacząco.
- Możemy zaczynać?- spytałam z niecierpliwością.
- Oj już się tak nie denerwuj.- machnęła ręką blondynka.- Mam coś dla ciebie. Taki mały prezent urodzinowy.
Podeszłam do mnie i zza pleców wyciągnęła torebkę. Zajrzałam do środka i uśmiechnęłam się do siebie, widząc logo sklepu, na prostokątnym pudełku.
- Teraz Zeklos mi nie ucieknie.- mruknęłam.
Wyciągnęłam i położyłam na łóżko czerwoną bieliznę z koronki, a obok strój, jeśli można to tak nazwać. Na górze było coś jakby gorset ze sznureczkiem na całej długości, a na dole figi, od których zwisały szelki z obowiązkami na uda. Miały zapięcia na rzepy. I wszystko czerwono-czarne. To będzie nie zapomniana noc. Wzięłam pierwszy komplet i zamknęłam się w łazience. Po chwili wyszłam ubrana, a dziewczyny zagwizdały z uznaniem.
- Kobieto, ale ty masz brzuch.- zachwycała się podopieczna Oliwii.
- Godziny treningów.- wzruszyłam ramionami i zaczęłam ubierać swoją sukienkę.
Później dziewczyny posadziły mnie przed toaletką i zaczęły latać wokół. Oliwia robiła mi makijaż, Rozi fryzurę, Michele i Alice manicure, a Felicja i pedicure. Po godzinie byłam gotowa. Miałam fioletowe paznokcie, w tym serdeczny na każdej ręce z czarnymi kropkami, a włosy opadały mi idealną falą po lewym ramieniu. Założyłam medalion od rodziców i złote kolczyki i pierścionki z nefrytami. Miałam jeszcze złotą bransoletkę z wytłoczonymi gwiazdkami. Założyłam fioletowe obcasy i zeszłyśmy na dół. Od razu przytuliłam się do Lili i Pawki.
- Dziękuję.- szepnęłam.- Za wszystko.
- Nie ma za co skarbie.- ciocia pocałowała mnie w czoło.
- I wszystkiego najlepszego, młoda.- wujek wyciągnął zza pleców różową paczkę z niebieską wstążeczką.
- Śmiało.- uśmiechnęła się jego żona, gdy zobaczyła moją ciekawość.
Odeszli trochę dalej i przytulili się do siebie. Zaczęłam odwiązywać kokardkę i starannie, tak żeby nie porwać rozwinęłam papier. W środku było pudełko. Otworzyłam je i zaniemówiłam. Na jego dnie leżała sukienka, która bardzo mi się podobała, ale nie miałam tyle pieniędzy.
- Dziękuję.- rzuciłam się na nich i ich przytuliłam.
Po chwili zbiegł Felix.
- A ja? A ja?-rzucił się wprost na nas, przez co prawie upadliśmy.
- Dla ciebie też coś mamy.
Brunet zaczął dobierać się do prezentu. Oczy mu się zaświeciły, a ja zaczęłam chichotać. W środku było auto na pilota.
- Jeha!- podskoczył z radością, dał cioci i wujkowi całusa, po czym wybiegł do ogrodu.- Chłopaki, patrzcie co dostałem.
Po chwili było słychać rozemocjonowany głosy. Ach ci faceci. Gorzej niż dzieci.
- Nastka.- moją uwagę zwróciła ciocia.- Pomogłabyś mi?
- Jasne.
Wzięłam talerze oraz sztućce i zabrałam je na zewnątrz, gdzie stały już rozłożone w podkowę stół z obrusami. Zaczęłam rozkładać wszystko, patrząc na podjarany tłum mężczyzn. Jednak nigdzie nie widziałam mojego.
- Robi ci jakąś niespodziankę.- uśmiechnął się do mnie brat, próbując ogarnąć pada.
Zabrałam mu go i wyciągnęłam klapkę od baterii. Westchnęłam uderzona głupotą bliźniaka i włożyłem źródło energii, tak jak miało być.
- Na przyszłość plus do plusa, minus do minusa.- mrugnęłam do niego i wróciłam do kuchni.
Po drodze usłyszałam dzwonek do drzwi, a wiedząc, że żaden facet tyłka nie ruszy, sama poszła otworzyć.
- Hej skarbie.- przytuliła mnie dyrektorka.
Razem z nią i jej mężem przyszła reszta nauczycieli i strażników. Wszyscy pomagali mamie, więc ze wszystkimi się zżyliśmy. Nie długo po nich przyszła królowa z mężem, dziećmi i w sumie wszystkimi przyjaciółmi mamy. Nie zabrakło również Taszy i Pabla. W tym czasie dziewczyny już zanosiły jedzenie na stoły. Na końcu przyszła reszta rodziny, to jest prababcia Ewa, dziadkowie Abe, Janine, Olena i Iwan, ciocie Karolina, Sonia, Wiktoria, mała Amelia i Wiktor, kuzynostwo Łuka i Zoja. Do tego ciotki mojej mamy i ich rodziny. Zdziwiłam się, aż tak liczną grupą osób.
- U twojej mamy też byli wszyscy, ale na dziewiętnastych urodzinach z wiadomych przyczyn.- oznajmił dziadek.
Wyściskałam wszystkich, bo dość rzadko się widzimy. A niektórych widziałam trzy razy w całym życiu, podczas pobytu u ojca mamy.
Z pomocą wszystkich, obiad był gotowy w jakieś dwadzieścia minut.
- To może zaczynami?- zaproponował niecierpliwie dziadek Abe, zacierając w typowy dla siebie sposób.
- Jeszcze musimy poczekać na chłopaka Anastazji.- powiedziała ciocia Lili i w tym samym momencie zadzwonił dzwonek.
- To on.- zarwałam się i pobiegła na korytarz.
Zastanawiałam się, co on takiego wymyślił. Już wiem, że jego niespodzianki nie są byle jakie. Otworzyłam drzwi i oniemiałam.
- Księżniczko...
_________________________________________________
Jak myślicie, co przygotował Jack? A może to coś całkiem innego? Czy coś będzie w stanie zepsuć ten dzień nasze księżniczce? Czekam na wasze propozycje, a może jeszcze dziś wszystko się okaże.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
ROZDZIAŁ 50
To dziś. Właśnie nadszedł ten dzień. Pierwszy dzień w dorosłym życiu. Wszystko zaczęło się idealnie. Miałam piękny sen, że jestem księżniczką w pięknej sukni i mieszkałam w wielkim zamku z cukierków, otoczonej fosą z tofi. A najlepsze było to, że mogłam jeść ile chcę i nie tyłam, a na następny dzień zamek był nie naruszony i wszystko od nowa. W pewnej chwili, gdy piłam czekoladę z fontanny, waflowa brama się opuściła, a ja mogłam zobaczyć, jak między polami cukrowej trawy jedzie jednorożec, a na nim Jack w samych bokserkach. Na sam widok ślinka cieknie. Bez wahania wsiadłam na konia, przytulając się do ciepłych pleców blondyna i kładąc ręce na jego umięśnionym brzuchu. Rumak zaczął galopować po schodach, na najwyższą wierzę, po czym użył rogu do stworzenia tęczy. Wziął rozbieg i wylądował na niej. Tak razem ze swoim ukochanym jechałam na jednorożcu po wielobarwnej drodze wśród chmur z waty cukrowej. Pamiętam, że tak wyobrażałam sobie idealne życie, gdy miałam osiem lat. Oczywiście mój książę wtedy był w lśniącej zbroi, ale nie oszukujmy się. Jestem dorosłą, przyznam się, nie wyżytą seksualnie osiemnastolatką i jak każda kobieta, wolę to co rycerz ma pod tą kupą żelastwa. Jest cieplejsze i bardziej miękkie. Oczywiście co dobre, musi się kończyć, choć pobudka do najgorszych nie należała. Pierwsze co poczułam, gdy obraz się zakazał, po czym zrobił całkiem czarny, to ciepła dłoń na ramieniu. Następnie dołączyły do niej usta, na moim policzku, wargach, żuchwie, szyi, gdzie odchyliłam głowę, aby miał lepszy dostęp i na ramieniu. Nagle ukochany przewrócił mnie na plecy i usiadł w rozkroku na moich biodrach, chwytając mi ręce w nadgarstkach nad głową. Trzymał je jedną, a druga swobodnie wędrowała po moim ciele, podczas gdy ustami zabawiał moją szyję. Odchyliłam znowu głowę, cicho jęcząc i wiercąc się. Każdy jego ruch i gest rozpalał mnie powoli, czułam, że topię się w ramionach Zeklosa. W końcu, po wielkich męczarniach uwolnił mi ręce, które od razu zatopiłam w jasnych kosmykach, ciągnąć i przyciskając w rytm pocałunków na brzuchu. Odchyliłam głowę do tyłu z cichym nawoływaniem jego imienia, gdy jedną dłonią znalazł się na mojej piersi i zaczął ją ugniatać z wyczuciem. Ustami piął się wyżej, aż do miejsca, gdzie podwinęła mi się koszulka. Szybko się uniósł, złapał ją za brzeg i zdjął ze mnie. Wykorzystałam fakt, że oboje mniej więcej siedzimy i wpiłam się mu w usta. Od razu zaczął działać, gdy tylko dałam mu dostęp. Całowaliśmy się jak szaleni, a ja poczułam, że naparł na mnie tak, żebym musiałam na nowo się położyć. Nie odrywał rąk od moich piersi, pieszcząc mi szyję. Oddałam się całkowicie w jego władania. Nie kontrolowałam już siebie i swojego ciała, dając się ponieść fali pożądania. Jęczałam, gdy zaczął obsypywać pocałunkami całe moje ciało. A później już tylko zabrał mnie do nieba. Jego palce i język we mnie działały cuda. Jezu! Jakie to przyjemne. Czytałam wiele najróżniejszych romansów i myślałam, że wiem wszystko, a tak naprawdę, nie miałam pojęcia, co to za uczucie. Tego nie da się opisać żadnymi słowami. To trzeba przeżyć. Ukochany nie musiał długo czekać, aż dojdę. Leżałam spełniona, odprężona i próbowałam uspokoić oddech. Wtedy zaczął wspinaczkę w górę, a gdy nasze twarze były na przeciwko siebie, w jego oczach widziałam miłość wymieszaną z pożądaniem.
- Wszystkiego najlepszego, księżniczko.- uśmiechnął się słodko.
- Dziękuję. Taką pobudkę mogłabym mieć co dziennie.- odwzajemniłam gest.
- Poczekaj na nasz miesiąc miodowy.- nachylił się i mruknął mi do ucha.
Zadrżałam, gdy przy okazji zaczął całować mnie po szyi. Jęknęłam, odchylając głowę. Czułam na udzie jego twardą męskość, przebijającą się przez ciasne bokserki. Byłam od dawna gotowa na ten krok dalej, więc sama wpiłam się w jego usta. Jednak moroj delikatnie się ode mnie odsunął.
- Nie teraz skarbie.- powiedział, czule głaszcząc mój policzek.- Nie teraz.
- To kiedy?- oburzyłam się.
- Wieczorem ci nigdzie nie ucieknę. - obiecał, a ja poczułam ucisk w brzuchu, albo trochę niżej.
Zamruczałam mu do ucha, całując go w szyję i przy okazji zrobiłam mu malinkę. Popatrzył na mnie dziwnie.
- Czemu to zrobiłaś? Jak ja teraz to zasłonię.
- Oj, daj spokój ty mi zrobiłeś przynajmniej z pięć.- przewróciłam oczami.
- Osiem.- uśmiechnął się dumnie.
- Właśnie. To ja muszę ci zrobić chodź jedną, aby wszyscy wiedzieli, że jesteś mój.- odpowiedziałam triumfalnie.
- I za to cię kocham.- przyssał się do mojej skóry.
- Dziewiąta?- westchnęłam.
Jack wyszczerzył się w odpowiedzi.
- A teraz mały torcik.- zszedł ze mnie, a ja zaciekawiona podniosłam się.- Nie jest może najbardziej okazały, ale nie umiem tak świetnie piec.
Zza pleców wystawił talerz ze średniej wielkości babeczką. Lukrem była napisana osiemnastka, a na środku tkwiła paląca się świeczka. Po prostu objęło mi mowy.
- Sam to zrobiłeś?
- Tak.- powiedział lekko speszony.
- Jejciu, Jack, to jest takie urocze. Kocham Cię i dziękuję. Jesteś wspaniały.
- Podoba ci się?- spytał niepewnie
- Oczywiście. Na pewno włożyłeś w to sporo pracy. Postarałeś się.- cmoknęłam go w policzek.
Zauważyłam lekkie rumieńce na jego twarzy. Był całkiem innym chłopakiem, niż ten, którym zna go cała szkoła. Uświadomiłam sobie, że oboje nosimy maski trwaldzieli, a w środku jesteśmy wrażliwym romantykami. Kiedyś nie sądziłam, że mógłby coś takiego zrobić, a teraz uznałam, że mogłam się tego po nim spodziewać.
- Pomyśl życzenie.- z zamyślenia wyrwał mnie głos ukochanego.
"Chciałabym mieć zawsze przy sobie Tychy, których kocham i którzy mnie kochają."
Wzięłam głęboki wdech i zdmuchnęłam płomień. Przekroiliśmy ciasto na pół i wspólnie je zjedliśmy.
- To będzie najlepszy dzień w moim życiu.- westchnęłam.
- Nie wątpię. A teraz zbieraj się. Na dole już czekają.- uśmiechnął się tajemniczo.
___________________________________________________________
O to pierwszy rozdział wielkanocny i będzie jeszcze jeden. A jak dostanę pod oboma z cztery, pięć komentarzy to będzie i trzeci. Życzę wam wesołych Świąt i radosnego kurczaczka w trawie. 💖💖💖💖🐣🐣🐣🐣🐥🐥🐤🐤🐦🐦🐔🐔🐔🍳 🍳🍳
- Wszystkiego najlepszego, księżniczko.- uśmiechnął się słodko.
- Dziękuję. Taką pobudkę mogłabym mieć co dziennie.- odwzajemniłam gest.
- Poczekaj na nasz miesiąc miodowy.- nachylił się i mruknął mi do ucha.
Zadrżałam, gdy przy okazji zaczął całować mnie po szyi. Jęknęłam, odchylając głowę. Czułam na udzie jego twardą męskość, przebijającą się przez ciasne bokserki. Byłam od dawna gotowa na ten krok dalej, więc sama wpiłam się w jego usta. Jednak moroj delikatnie się ode mnie odsunął.
- Nie teraz skarbie.- powiedział, czule głaszcząc mój policzek.- Nie teraz.
- To kiedy?- oburzyłam się.
- Wieczorem ci nigdzie nie ucieknę. - obiecał, a ja poczułam ucisk w brzuchu, albo trochę niżej.
Zamruczałam mu do ucha, całując go w szyję i przy okazji zrobiłam mu malinkę. Popatrzył na mnie dziwnie.
- Czemu to zrobiłaś? Jak ja teraz to zasłonię.
- Oj, daj spokój ty mi zrobiłeś przynajmniej z pięć.- przewróciłam oczami.
- Osiem.- uśmiechnął się dumnie.
- Właśnie. To ja muszę ci zrobić chodź jedną, aby wszyscy wiedzieli, że jesteś mój.- odpowiedziałam triumfalnie.
- I za to cię kocham.- przyssał się do mojej skóry.
- Dziewiąta?- westchnęłam.
Jack wyszczerzył się w odpowiedzi.
- A teraz mały torcik.- zszedł ze mnie, a ja zaciekawiona podniosłam się.- Nie jest może najbardziej okazały, ale nie umiem tak świetnie piec.
Zza pleców wystawił talerz ze średniej wielkości babeczką. Lukrem była napisana osiemnastka, a na środku tkwiła paląca się świeczka. Po prostu objęło mi mowy.
- Sam to zrobiłeś?
- Tak.- powiedział lekko speszony.
- Jejciu, Jack, to jest takie urocze. Kocham Cię i dziękuję. Jesteś wspaniały.
- Podoba ci się?- spytał niepewnie
- Oczywiście. Na pewno włożyłeś w to sporo pracy. Postarałeś się.- cmoknęłam go w policzek.
Zauważyłam lekkie rumieńce na jego twarzy. Był całkiem innym chłopakiem, niż ten, którym zna go cała szkoła. Uświadomiłam sobie, że oboje nosimy maski trwaldzieli, a w środku jesteśmy wrażliwym romantykami. Kiedyś nie sądziłam, że mógłby coś takiego zrobić, a teraz uznałam, że mogłam się tego po nim spodziewać.
- Pomyśl życzenie.- z zamyślenia wyrwał mnie głos ukochanego.
"Chciałabym mieć zawsze przy sobie Tychy, których kocham i którzy mnie kochają."
Wzięłam głęboki wdech i zdmuchnęłam płomień. Przekroiliśmy ciasto na pół i wspólnie je zjedliśmy.
- To będzie najlepszy dzień w moim życiu.- westchnęłam.
- Nie wątpię. A teraz zbieraj się. Na dole już czekają.- uśmiechnął się tajemniczo.
___________________________________________________________
O to pierwszy rozdział wielkanocny i będzie jeszcze jeden. A jak dostanę pod oboma z cztery, pięć komentarzy to będzie i trzeci. Życzę wam wesołych Świąt i radosnego kurczaczka w trawie. 💖💖💖💖🐣🐣🐣🐣🐥🐥🐤🐤🐦🐦🐔🐔🐔🍳 🍳🍳
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
sobota, 15 kwietnia 2017
ROZDZIAŁ 49
Zalana łzami opadłam na ukochanego.
- Nastka...- zaczął Felix.
- Nie! Nie chcę słyszeć żadnych słów. Zostawcie mnie.- patrząc na nich, zobaczyłam, że się wahają.- Proszę.
W końcu ulegli i poszli niepewnie, co jakoś czas się odwracając. Wróciłam wzrokiem do zamkniętych oczu chłopaka. Z oczu znowu zaczęły lecieć mi łzy, gdy głaskałam go po policzku, aż do włosów. Wybuchłam szlochem pamiętając każdą scenę, każde czułe słowo, to jak obiecywał mi kochającą rodzinę i dom. Był taki młody. Nie mogłam uwierzyć. Czyli jednak nie jestem bohaterką popieprzonego romansu i nigdy nie będę mogła żyć z nim długo i szczęśliwie. To tak bardzo mnie raniło.
- Przepraszam.- wyszlochałam.- Miałam cię bronić, a nie zdołałam.
Nie wiem ile tak leżałam, gdy poczułam na plecach dłoń, która gładziła mnie delikatnie.
- Mówiłam, zostawić mnie!- warknęłam odwracając się.
Jednak za mną nikogo nie było. Nigdzie nikogo nie było. Jednak na mnie wciąż była czyjaś ręką. Bojąc się, że to nie prawda, spojrzałam na twarz Zeklosa.
- Liczyłem na cieplejsze powitanie, księżniczko.- wychrypiał z uśmiechem.
Nie wiele myśląc rzuciłam się na niego.
- Tak bardzo się bałam.- wychlipałam w jego ramię.- Nigdy więcej mi tego nie rób.
- Postaram się.- odwzajemnił uścisk, podnosząc się do siadu.
Ale ja nie miałam zamiaru go puścić. Prawie go straciłam. Było tak blisko...pragnęłam teraz się nim nacieszyć. Chłonęłam całą sobą jego zapach, który otępiał mi zmysły, głos, którym szeptał uspokajające słowa, ciepłe usta, którymi składał mi mokre pocałunki na ramieniu i dłonie, które delikatnie, ale stanowczo gładziły moje plecy. Po jakimś czasie odsunął mnie od siebie, abyśmy mogli spojrzeć sobie w oczy. Po policzkach wciąż ciekły mi łzy ulgi. Jack głaskał go dłonią aż do włosów, ścierając słone krople.
- Wiem skarbie. Tak samo bałem się o ciebie. Dlatego to zrobiłem. Kim on był?- głos mu się załamał, a wzrok wyrażał ból i gniew.- Kto chciał odebrać mi cały świat.
- Miałeś rację. Całkowitą rację co do Olivera?- zwiesiłam głowę.
- Zabiję sukinsyna.- zacisnął mocno zęby i dłonie.
- Prze-przepraszam.- nie miałam odwagi spojrzeć mu w oczy.- To wszystko moja wina. Naraziłam was wszystkich na nie bezpieczeństwo.- w końcu uniosłam wzrok.- Naraziłam ciebie.
Patrzyłam na niego, czekając na jakąkolwiek reakcję. Moroj uśmiechnął się do mnie czule, wracając dłonią na mój policzek.
- To nie twoja wina.- odezwał się wreszcie.- Chciałaś dobrze. Każdy dał się w pewnym sensie nabrać na tą jego słodką buźkę. Jesteś wspaniałą osobą, która mimo tyle zła zesłanego przez los, wciąż szuka dobra.
- Może do dlatego?- uśmiechnęłam się.
- W takim razie, czemu wciąż ciągnie cię do nieodpowiednich chłopców?- droczył się.
- Bo wiadomo, że łobuz kocha najbardziej.
Nie czekając na jakakolwiek odpowiedz, wpiłam się w usta blondyna. Całowaliśmy się zachłannie, wyłączając się na świat zewnętrzny. Był tylko on i ja. Chciałam chłonąć go kawałek po kawałku, jakbym miała już nigdy więcej tego nie zrobić. Nie chciałam tego nigdy tracić. On jest dla mnie wszystkim, moim narkotykiem. Tak bardzo go kocham. Niechętnie ukochany odsunął się ode mnie.
- Uratowałaś mi życie.- zauważył.- Dziękuję.
- Nie masz za co. To moja praca. Po za tym, ty mi też.- uśmiechnęłam się.
- Kocham Cię.
- A ja ciebie.- przytuliłam się do niego.- Wracamy?
- Ehem...- mruknął mi do ucha.
Wstałam i pomogłam to zrobić także jemu. Lekko się zachwiał, więc musiałam go podtrzymać. Jakoś wspólnie pokuśtykaliśmy do mojego domu. Od progu wszyscy zaczęli nas ściskać, dziewczyny z łzami w oczach. Oczywiście o wszystkim wiedzieli od Felixa. Usiedliśmy przy stole i zaczęliśmy pałaszować miodownik, który dzisiaj zrobiła ciocia Lili. Wie, że bardzo lubimy to ciasto. Do tego mieliśmy ciepłe herbaty, każdy jaką lubi.
- A co z Oliverem?- poruszył temat Zeklos.
- Oddaliśmy go strażnikom i lada dzień poleci na Dwór. Tam zostanie osadzony najpewniej za napaść i usiłowanie zabójstwa dampirzycy, oraz morderstwo moroja szlachetnej krwi.- odezwał się fachowo Ash.
Popatrzyliśmy na niego zdziwieni. On czując nasze spojrzenia, przestał jeść swój kawałek i rozejrzał się po nas.
- No co?- wzruszył ramionami.- Mój tato się tego uczył i wiem co nie co.
To prawda. Na początku wujek Adrian zarabiał jako malarz, ale nie dawało to wystarczających dochodów, więc poszedł na prawo. Nie jest może najbardziej znanym prawnikiem w kraju, czy choćby w mieście rodzinnym Asha, ale wystarczająco, aby zarabiać na życie swoje i rodziny oraz rozwijanie umiejętności artystycznej. Jednym słowem rodzina wyciągnęła go na prostą, a także nieźle ustawiła. Po chwili ciszy wróciliśmy do jedzenia.
- Najpewniej oboje zostaniecie wezwani jako ofiary i jedyni świadkowie wypadku.- Rozi wskazała na mnie i moroja.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł?- blondyn spojrzał niepewnie w moją stronę.
- Ty już się o mnie nie martw.- złożyłam usta w dziobek w jego kierunku.- Pragnę tylko, aby wykrzyczeć mu w twarz, jak bardzo jest wart swojej kuzynki.
- Zawsze się będę martwić.- popatrzył na mnie poważnie.
- Wiem.- uśmiechnęłam się, łącząc nasze dłonie.- Ja o ciebie też.
- No to trzeba to opić, bo wydarzył się kolejny cud w naszej rodzince.- wujek uniósł kieliszek z szampanem w górę.
- Założę się, że w poniedziałek usłyszę od Stana, że zajęcia polowe z udziałem Hathaway nigdy nie będą normalne.- zaśmiał się Felix.
- No. Już się pewnie trzęsie na myśl, że może dożyć waszych dzieci.- kpiłam z niego.- połączenie waszych charakterów to będzie mieszanka wybuchowa.
- I kto to mówi?- wykrzywił twarz w wyraz obrażenia.- Bleblebleble...
- Bleblebleble...- zaczęłam poruszać ustami z wystawionym językiem, tak jak on.
Robiliśmy tak, póki nie uspokoiła nas ciocia, po czym wszyscy się roześmialiśmy.
- Nie bój się skarbie.- ukochany objął mnie ramieniem.- Zrobię wszystko, aby Stan zapamiętał nasze nazwiskami na zawsze. Dzieci dadzą mu w kość.
- Dzieci?!- zakrztusiłam się.- To ile ty ich chcesz?
- Piątka przynajmniej.- powiedział pewnie, za co walnęłam go w tył głowy.
- Może zanim zaczniecie wymyślać imiona dzieci, to najpierw ją rozdziewicz.
- Wszystkie w swoim czasie.- blondyn uśmiechnął się zawiadacko.- Co ci się już spieszy?
- Bo już od jakiegoś czasu widzę, że przyda jej się małe odreagowanie i spuszczenie napięcia.- mruknął mój brat.
- A może my o czymś nie wiemy i nasz przyjaciel jest bi.- Tomas z szerokim uśmiechem oparł dłonie na oparciu fotela, na którym siedział brunet i pochylił się do przodu tak, aby spojrzeć mu w twarz.- Może chce się przekonać jak to jest z facetem?
- Gdyby to była prawda, poszedłbym do Lucjana- odburknął chłopak, zatapiając się głębiej w miękkie siedzenie.
Zaczęliśmy się śmiać, ale ostatecznie daliśmy biedakowi spokój.
- Nastka...- zaczął Felix.
- Nie! Nie chcę słyszeć żadnych słów. Zostawcie mnie.- patrząc na nich, zobaczyłam, że się wahają.- Proszę.
W końcu ulegli i poszli niepewnie, co jakoś czas się odwracając. Wróciłam wzrokiem do zamkniętych oczu chłopaka. Z oczu znowu zaczęły lecieć mi łzy, gdy głaskałam go po policzku, aż do włosów. Wybuchłam szlochem pamiętając każdą scenę, każde czułe słowo, to jak obiecywał mi kochającą rodzinę i dom. Był taki młody. Nie mogłam uwierzyć. Czyli jednak nie jestem bohaterką popieprzonego romansu i nigdy nie będę mogła żyć z nim długo i szczęśliwie. To tak bardzo mnie raniło.
- Przepraszam.- wyszlochałam.- Miałam cię bronić, a nie zdołałam.
Nie wiem ile tak leżałam, gdy poczułam na plecach dłoń, która gładziła mnie delikatnie.
- Mówiłam, zostawić mnie!- warknęłam odwracając się.
Jednak za mną nikogo nie było. Nigdzie nikogo nie było. Jednak na mnie wciąż była czyjaś ręką. Bojąc się, że to nie prawda, spojrzałam na twarz Zeklosa.
- Liczyłem na cieplejsze powitanie, księżniczko.- wychrypiał z uśmiechem.
Nie wiele myśląc rzuciłam się na niego.
- Tak bardzo się bałam.- wychlipałam w jego ramię.- Nigdy więcej mi tego nie rób.
- Postaram się.- odwzajemnił uścisk, podnosząc się do siadu.
Ale ja nie miałam zamiaru go puścić. Prawie go straciłam. Było tak blisko...pragnęłam teraz się nim nacieszyć. Chłonęłam całą sobą jego zapach, który otępiał mi zmysły, głos, którym szeptał uspokajające słowa, ciepłe usta, którymi składał mi mokre pocałunki na ramieniu i dłonie, które delikatnie, ale stanowczo gładziły moje plecy. Po jakimś czasie odsunął mnie od siebie, abyśmy mogli spojrzeć sobie w oczy. Po policzkach wciąż ciekły mi łzy ulgi. Jack głaskał go dłonią aż do włosów, ścierając słone krople.
- Wiem skarbie. Tak samo bałem się o ciebie. Dlatego to zrobiłem. Kim on był?- głos mu się załamał, a wzrok wyrażał ból i gniew.- Kto chciał odebrać mi cały świat.
- Miałeś rację. Całkowitą rację co do Olivera?- zwiesiłam głowę.
- Zabiję sukinsyna.- zacisnął mocno zęby i dłonie.
- Prze-przepraszam.- nie miałam odwagi spojrzeć mu w oczy.- To wszystko moja wina. Naraziłam was wszystkich na nie bezpieczeństwo.- w końcu uniosłam wzrok.- Naraziłam ciebie.
Patrzyłam na niego, czekając na jakąkolwiek reakcję. Moroj uśmiechnął się do mnie czule, wracając dłonią na mój policzek.
- To nie twoja wina.- odezwał się wreszcie.- Chciałaś dobrze. Każdy dał się w pewnym sensie nabrać na tą jego słodką buźkę. Jesteś wspaniałą osobą, która mimo tyle zła zesłanego przez los, wciąż szuka dobra.
- Może do dlatego?- uśmiechnęłam się.
- W takim razie, czemu wciąż ciągnie cię do nieodpowiednich chłopców?- droczył się.
- Bo wiadomo, że łobuz kocha najbardziej.
Nie czekając na jakakolwiek odpowiedz, wpiłam się w usta blondyna. Całowaliśmy się zachłannie, wyłączając się na świat zewnętrzny. Był tylko on i ja. Chciałam chłonąć go kawałek po kawałku, jakbym miała już nigdy więcej tego nie zrobić. Nie chciałam tego nigdy tracić. On jest dla mnie wszystkim, moim narkotykiem. Tak bardzo go kocham. Niechętnie ukochany odsunął się ode mnie.
- Uratowałaś mi życie.- zauważył.- Dziękuję.
- Nie masz za co. To moja praca. Po za tym, ty mi też.- uśmiechnęłam się.
- Kocham Cię.
- A ja ciebie.- przytuliłam się do niego.- Wracamy?
- Ehem...- mruknął mi do ucha.
Wstałam i pomogłam to zrobić także jemu. Lekko się zachwiał, więc musiałam go podtrzymać. Jakoś wspólnie pokuśtykaliśmy do mojego domu. Od progu wszyscy zaczęli nas ściskać, dziewczyny z łzami w oczach. Oczywiście o wszystkim wiedzieli od Felixa. Usiedliśmy przy stole i zaczęliśmy pałaszować miodownik, który dzisiaj zrobiła ciocia Lili. Wie, że bardzo lubimy to ciasto. Do tego mieliśmy ciepłe herbaty, każdy jaką lubi.
- A co z Oliverem?- poruszył temat Zeklos.
- Oddaliśmy go strażnikom i lada dzień poleci na Dwór. Tam zostanie osadzony najpewniej za napaść i usiłowanie zabójstwa dampirzycy, oraz morderstwo moroja szlachetnej krwi.- odezwał się fachowo Ash.
Popatrzyliśmy na niego zdziwieni. On czując nasze spojrzenia, przestał jeść swój kawałek i rozejrzał się po nas.
- No co?- wzruszył ramionami.- Mój tato się tego uczył i wiem co nie co.
To prawda. Na początku wujek Adrian zarabiał jako malarz, ale nie dawało to wystarczających dochodów, więc poszedł na prawo. Nie jest może najbardziej znanym prawnikiem w kraju, czy choćby w mieście rodzinnym Asha, ale wystarczająco, aby zarabiać na życie swoje i rodziny oraz rozwijanie umiejętności artystycznej. Jednym słowem rodzina wyciągnęła go na prostą, a także nieźle ustawiła. Po chwili ciszy wróciliśmy do jedzenia.
- Najpewniej oboje zostaniecie wezwani jako ofiary i jedyni świadkowie wypadku.- Rozi wskazała na mnie i moroja.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł?- blondyn spojrzał niepewnie w moją stronę.
- Ty już się o mnie nie martw.- złożyłam usta w dziobek w jego kierunku.- Pragnę tylko, aby wykrzyczeć mu w twarz, jak bardzo jest wart swojej kuzynki.
- Zawsze się będę martwić.- popatrzył na mnie poważnie.
- Wiem.- uśmiechnęłam się, łącząc nasze dłonie.- Ja o ciebie też.
- No to trzeba to opić, bo wydarzył się kolejny cud w naszej rodzince.- wujek uniósł kieliszek z szampanem w górę.
- Założę się, że w poniedziałek usłyszę od Stana, że zajęcia polowe z udziałem Hathaway nigdy nie będą normalne.- zaśmiał się Felix.
- No. Już się pewnie trzęsie na myśl, że może dożyć waszych dzieci.- kpiłam z niego.- połączenie waszych charakterów to będzie mieszanka wybuchowa.
- I kto to mówi?- wykrzywił twarz w wyraz obrażenia.- Bleblebleble...
- Bleblebleble...- zaczęłam poruszać ustami z wystawionym językiem, tak jak on.
Robiliśmy tak, póki nie uspokoiła nas ciocia, po czym wszyscy się roześmialiśmy.
- Nie bój się skarbie.- ukochany objął mnie ramieniem.- Zrobię wszystko, aby Stan zapamiętał nasze nazwiskami na zawsze. Dzieci dadzą mu w kość.
- Dzieci?!- zakrztusiłam się.- To ile ty ich chcesz?
- Piątka przynajmniej.- powiedział pewnie, za co walnęłam go w tył głowy.
- Może zanim zaczniecie wymyślać imiona dzieci, to najpierw ją rozdziewicz.
- Wszystkie w swoim czasie.- blondyn uśmiechnął się zawiadacko.- Co ci się już spieszy?
- Bo już od jakiegoś czasu widzę, że przyda jej się małe odreagowanie i spuszczenie napięcia.- mruknął mój brat.
- A może my o czymś nie wiemy i nasz przyjaciel jest bi.- Tomas z szerokim uśmiechem oparł dłonie na oparciu fotela, na którym siedział brunet i pochylił się do przodu tak, aby spojrzeć mu w twarz.- Może chce się przekonać jak to jest z facetem?
- Gdyby to była prawda, poszedłbym do Lucjana- odburknął chłopak, zatapiając się głębiej w miękkie siedzenie.
Zaczęliśmy się śmiać, ale ostatecznie daliśmy biedakowi spokój.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
czwartek, 13 kwietnia 2017
ROZDZIAŁ 48
Kilkanaście metrów od nas stał mój niedoszły zabójca, odziany całkowicie w czerń. Nie wiedziałam co się dzieje. W mojej głowie pojawiały się urywki zdań. "On chciał mnie zabić." "Jack mnie uratował." "Moja miłość umiera." Reszta nie zwlekając ruszyła ma napastnika, który próbował uciec. Nie wiem skąd się wziął tu Felix, Ash, Alice, Oliwia i Rozi, która uklękła koło mnie. Nie interesowało mnie to. Najważniejszy był chłopak, konający na moich kolanach. Szlochałam, nie próbując nawet zatrzymać łez. To wszystko się tak szybko potoczyło.
- Dlaczego?- zawyłam.- Czemu to zrobiłeś, idioto?!
- Ważne... że twój... idiota.- wycharczał, urywanym głosem moroj.
Po chwili zaczął kaszleć i spojrzał na swoje ciało. Ścisnęłam go za drżącą dłoń, a swoją drugą, głaskałam jego jasną czuprynę.
- Nie mogłem...- każde słowo sprawiało mu coraz większą trudność.- Nie mogłem pozwolić ci zginąć...
- A zostawić mnie możesz?- łapałam każdej możliwej deski ratunku.
Ukochany zaczął zamykać oczy, ale poklepałam go po policzkach co pomogło. Rozi siedziała obok i tylko mnie obejmowała. Słona woda leciała już ciurkiem po mojej twarzy. Blondyn z trudem uniósł dłoń i starł mi kilka kropel.
- Kocham cię księżniczko.- szepnął ledwie słyszalne.
Chwilę później zamknął oczy, tracąc całkowitą władzę nad ciałem. Zawyłam z bólu pękającego serca chowając twarz w jego klatce piersiowej. Serce wciąż biło, ale pomału zwalniało swoją pracę. Nie chciałam, nie mogłam... to nie dzieje się na prawdę. Czemu los zabiera mi wszystkich, których kocham. Poczułam wszech ogarniającą mnie nie koc i bezsilność. Nie trwało to jednak długo, gdy zamieniły się w gniew i chęć mordu. Akurat wrócił mały pościg z moim bratem na czele. Za nim szli Ash i Tomas z szarpiącym się chłopakiem.
- Leż psie.- warknął Felix.
Jeszcze nigdy nie słyszałam go tak wkurzonego. Nawet słowo wkurwiony nie opisuje jego stanu. Ale ja nie byłam lepsza.
- Kim on jest?- nie poznałam swojego głosu.
Oliwia bez zbędnych ceregieli zdjęła kominiarkę z twarzy leżącego, a my wstrzymaliśmy oddech.
- O ja pierdole.- wymsknęło się Iwaszkowi.
- Nie wierzę.- po chwili otrząsnęłam się z szoku i rzuciłam na chłopaka.
Podniosłam go za brzegi ubrania i przywaliłam prosto w nos. Upadł, skulając się w pozycji embrionalnej. Kopałam go gdzie popadnie.
- Czemu?! Czemu?!- wrzeszczałam.- Ufałam ci!
- W odwecie za Maddy.- Oliver uniósł głowę.- Wiemy, że to przez ciebie wylądowała w burdelu, gdzie gwałcą ją jakieś zboczone staruchy.
- Wiesz co? Brzydzę się tobą. Powinieneś tam trafić razem z nią.- plunęłam mu pod nogi i wróciłam do ciała ukochanego.
O dziwo wciąż dało się wyczuć puls. I dobrze.
- Co zamierzasz zrobić?- dołączyła do nas Oliwia.
- Ożywić go.- powiedziałam stanowczo.
Obie patrzyły na mnie jak na wariatkę.
- Nigdy tego nie robiłaś.- zauważyła ostrożnie blondyna.
- To jak leczenie...- uśmiechnęłam się krzywo.
- Tylko, że potrzebujesz więcej energii.- zauważyła Alice.- Myślisz, że dasz radę?
- Nie dam go sobie odebrać.- w desperacji złapałam ją za ubranie i potrząsnęłam.- Rozumiesz?! Nie dam!
Po chwili zalałam się na nowo łzami. Rudowłosa przytuliła mnie, głaszcząc moje plecy. Wtuliłam się w nią, znosząc się płaczem.
- Wiem, kochanie. Wszystko będzie dobrze.- mówiła uspokajającym głosem.
- Wiem.- oderwałam się od niej.- Tylko wyczuć odpowiednią chwilę.
Sprawdziłam mu puls i nic nie wyczułam, ale wciąż był ciepły. Postanowiłam działać. Uniosłam ręce nad raną i delikatnie dotknęłam zakrwawionego fragmentu ciała Jacka. Uwolniłam całą swoją moc, a gdy rana zaczęła się zarastać, szybko wyciągnęłam nóż. Był dość duży i mógł zrobić więcej szkód, niż myślałam. Mam nadzieję, że starczy mi sił. Chwilę później na brzuchu nie było nawet śladu po śmiertelnej ranie, tylko małą, jaśniejsza kreska. Ta blizna dodawała mu piękna. Mimo wszystko nie przerywałam przepływu magi, bo wiedziałam, że to nie koniec. Poczułam na dłoni uścisk, więc spojrzałam w stronę właściciela kolejnej pary rąk. Był to mój brat, dodając mi sił. Za drugą rękę złapała mnie Rozi, ją Dominik, go Ash, jego Alice, a ona zamknęła krąg, łącząc dłoń z moim bliźniakiem. Wszyscy mieliśmy wyciągnięte ręce nad jego ciałem. Nagle, tam gdzie była rana, przez skórę zaczął prześwitywać złoty blask i robił się coraz jaśniejszy. Podobny wytworzył się wokół naszych załączonych dłoni. Nagle przez ten mały okrąg, w niebo wystrzelił żółty promień, jakby prosto w księżyc. Następnie zaczął się mienić na niebiesko, a ja usłyszałam dość znany mi głos.
Oddał życie za ciebie, ty chcesz oddać za niego. To prawdziwa miłość, która przetrwa dłużej, niż najpotężniejsze mocarstwa. Reszta was jej pomaga, nie myśląc o konsekwencjach. To przyjąć, za którą każdy z was wskoczy w ogień. Przyjaźń, to rodzina z miłością. Razem te dwie miłości i wy jesteście siłą, mogącą pokonać śmierć. Ale tylko jedno zbudzi ożywione ze snu.
Gdy tylko głos ucichł, wszystko zniknęło. Nachyliłam się nad klatką piersiową Jacka, a z oczu popłynęły mi łzy. Łzy ulgi.
- On żyje.- szepnęłam.- Tylko czemu się nie budzi?
- Co to było?- dopiero teraz dotarło do Oliwii, co się stało.
- Pomogła nam Luna.- uśmiechnął się Felix.
- Tylko do cholery, czemu on się nie budzi.- zaczęłam potrzaskać Zeklosem.- Jack! Jack do cholery, nie drocz się ze mną i otwórz te pieprzone oczy.
- Cii... już spokojnie.- brat odciągnął mnie od niego, a ja się w niego wtuliłam.- Słyszałaś. Coś musi go obudzić.
- A-ale c-coo?
- Boże, Nastka!- Oliwia zaczęła mną potrząsać.- Uspokój się, bo ta panika przytępia ci myślenie. Czytamy tyle romansów, że powinnaś wiedzieć. Jakby to wszystko było książką, to co by najprawdopodobniej zrobić bohaterka, żeby go obudzić?
Patrzyłam niepewnie to na nieprzytomnego, to na przyjaciółkę.
- Nie no. Przecież to prawdziwe życie, a nie jakiś pieprzony śpiący królewicz.
- Co ci szkodzi?- przekonywał mnie Ash.- A nóż się uda.
Chwilę się wahałam, aż w końcu postanowiłam. Przybliżyłam się do ukochanego i nachyliłam nad nim. Ostrożnie uniosłam jego ciało i zbliżyłam wargi do niego. Poczułam jak spokojny, ciepły dech łaskocze moją skórę. Pełna nadziei złożyłam nasze usta. Zaczęłam nimi poruszać, czekając na ruch Jack'a. Ale niczego się nie doczekałam.
- Dlaczego?- zawyłam.- Czemu to zrobiłeś, idioto?!
- Ważne... że twój... idiota.- wycharczał, urywanym głosem moroj.
Po chwili zaczął kaszleć i spojrzał na swoje ciało. Ścisnęłam go za drżącą dłoń, a swoją drugą, głaskałam jego jasną czuprynę.
- Nie mogłem...- każde słowo sprawiało mu coraz większą trudność.- Nie mogłem pozwolić ci zginąć...
- A zostawić mnie możesz?- łapałam każdej możliwej deski ratunku.
Ukochany zaczął zamykać oczy, ale poklepałam go po policzkach co pomogło. Rozi siedziała obok i tylko mnie obejmowała. Słona woda leciała już ciurkiem po mojej twarzy. Blondyn z trudem uniósł dłoń i starł mi kilka kropel.
- Kocham cię księżniczko.- szepnął ledwie słyszalne.
Chwilę później zamknął oczy, tracąc całkowitą władzę nad ciałem. Zawyłam z bólu pękającego serca chowając twarz w jego klatce piersiowej. Serce wciąż biło, ale pomału zwalniało swoją pracę. Nie chciałam, nie mogłam... to nie dzieje się na prawdę. Czemu los zabiera mi wszystkich, których kocham. Poczułam wszech ogarniającą mnie nie koc i bezsilność. Nie trwało to jednak długo, gdy zamieniły się w gniew i chęć mordu. Akurat wrócił mały pościg z moim bratem na czele. Za nim szli Ash i Tomas z szarpiącym się chłopakiem.
- Leż psie.- warknął Felix.
Jeszcze nigdy nie słyszałam go tak wkurzonego. Nawet słowo wkurwiony nie opisuje jego stanu. Ale ja nie byłam lepsza.
- Kim on jest?- nie poznałam swojego głosu.
Oliwia bez zbędnych ceregieli zdjęła kominiarkę z twarzy leżącego, a my wstrzymaliśmy oddech.
- O ja pierdole.- wymsknęło się Iwaszkowi.
- Nie wierzę.- po chwili otrząsnęłam się z szoku i rzuciłam na chłopaka.
Podniosłam go za brzegi ubrania i przywaliłam prosto w nos. Upadł, skulając się w pozycji embrionalnej. Kopałam go gdzie popadnie.
- Czemu?! Czemu?!- wrzeszczałam.- Ufałam ci!
- W odwecie za Maddy.- Oliver uniósł głowę.- Wiemy, że to przez ciebie wylądowała w burdelu, gdzie gwałcą ją jakieś zboczone staruchy.
- Wiesz co? Brzydzę się tobą. Powinieneś tam trafić razem z nią.- plunęłam mu pod nogi i wróciłam do ciała ukochanego.
O dziwo wciąż dało się wyczuć puls. I dobrze.
- Co zamierzasz zrobić?- dołączyła do nas Oliwia.
- Ożywić go.- powiedziałam stanowczo.
Obie patrzyły na mnie jak na wariatkę.
- Nigdy tego nie robiłaś.- zauważyła ostrożnie blondyna.
- To jak leczenie...- uśmiechnęłam się krzywo.
- Tylko, że potrzebujesz więcej energii.- zauważyła Alice.- Myślisz, że dasz radę?
- Nie dam go sobie odebrać.- w desperacji złapałam ją za ubranie i potrząsnęłam.- Rozumiesz?! Nie dam!
Po chwili zalałam się na nowo łzami. Rudowłosa przytuliła mnie, głaszcząc moje plecy. Wtuliłam się w nią, znosząc się płaczem.
- Wiem, kochanie. Wszystko będzie dobrze.- mówiła uspokajającym głosem.
- Wiem.- oderwałam się od niej.- Tylko wyczuć odpowiednią chwilę.
Sprawdziłam mu puls i nic nie wyczułam, ale wciąż był ciepły. Postanowiłam działać. Uniosłam ręce nad raną i delikatnie dotknęłam zakrwawionego fragmentu ciała Jacka. Uwolniłam całą swoją moc, a gdy rana zaczęła się zarastać, szybko wyciągnęłam nóż. Był dość duży i mógł zrobić więcej szkód, niż myślałam. Mam nadzieję, że starczy mi sił. Chwilę później na brzuchu nie było nawet śladu po śmiertelnej ranie, tylko małą, jaśniejsza kreska. Ta blizna dodawała mu piękna. Mimo wszystko nie przerywałam przepływu magi, bo wiedziałam, że to nie koniec. Poczułam na dłoni uścisk, więc spojrzałam w stronę właściciela kolejnej pary rąk. Był to mój brat, dodając mi sił. Za drugą rękę złapała mnie Rozi, ją Dominik, go Ash, jego Alice, a ona zamknęła krąg, łącząc dłoń z moim bliźniakiem. Wszyscy mieliśmy wyciągnięte ręce nad jego ciałem. Nagle, tam gdzie była rana, przez skórę zaczął prześwitywać złoty blask i robił się coraz jaśniejszy. Podobny wytworzył się wokół naszych załączonych dłoni. Nagle przez ten mały okrąg, w niebo wystrzelił żółty promień, jakby prosto w księżyc. Następnie zaczął się mienić na niebiesko, a ja usłyszałam dość znany mi głos.
Oddał życie za ciebie, ty chcesz oddać za niego. To prawdziwa miłość, która przetrwa dłużej, niż najpotężniejsze mocarstwa. Reszta was jej pomaga, nie myśląc o konsekwencjach. To przyjąć, za którą każdy z was wskoczy w ogień. Przyjaźń, to rodzina z miłością. Razem te dwie miłości i wy jesteście siłą, mogącą pokonać śmierć. Ale tylko jedno zbudzi ożywione ze snu.
Gdy tylko głos ucichł, wszystko zniknęło. Nachyliłam się nad klatką piersiową Jacka, a z oczu popłynęły mi łzy. Łzy ulgi.
- On żyje.- szepnęłam.- Tylko czemu się nie budzi?
- Co to było?- dopiero teraz dotarło do Oliwii, co się stało.
- Pomogła nam Luna.- uśmiechnął się Felix.
- Tylko do cholery, czemu on się nie budzi.- zaczęłam potrzaskać Zeklosem.- Jack! Jack do cholery, nie drocz się ze mną i otwórz te pieprzone oczy.
- Cii... już spokojnie.- brat odciągnął mnie od niego, a ja się w niego wtuliłam.- Słyszałaś. Coś musi go obudzić.
- A-ale c-coo?
- Boże, Nastka!- Oliwia zaczęła mną potrząsać.- Uspokój się, bo ta panika przytępia ci myślenie. Czytamy tyle romansów, że powinnaś wiedzieć. Jakby to wszystko było książką, to co by najprawdopodobniej zrobić bohaterka, żeby go obudzić?
Patrzyłam niepewnie to na nieprzytomnego, to na przyjaciółkę.
- Nie no. Przecież to prawdziwe życie, a nie jakiś pieprzony śpiący królewicz.
- Co ci szkodzi?- przekonywał mnie Ash.- A nóż się uda.
Chwilę się wahałam, aż w końcu postanowiłam. Przybliżyłam się do ukochanego i nachyliłam nad nim. Ostrożnie uniosłam jego ciało i zbliżyłam wargi do niego. Poczułam jak spokojny, ciepły dech łaskocze moją skórę. Pełna nadziei złożyłam nasze usta. Zaczęłam nimi poruszać, czekając na ruch Jack'a. Ale niczego się nie doczekałam.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
środa, 12 kwietnia 2017
ROZDZIAŁ 47
Nasz pobyt minął szybko, za szybko. Tak samo pozostałe tygodnie. Aż nastał ten ostatni. Za tydzień już moje osiemnaste urodziny. Bardzo zaprzyjaźniliśmy się z Oliwerem, który przeniósł się do naszej szkoły. Co prawda, Jack nadal mu nie ufa, ale myślę, że po prostu jest zazdrosny. Zawsze się koło nas kręci i rozmawia, głównie ze mną. Myślę, że nie lubią się z wzajemnością, co jest bez sensu. Ja uważam, że jeśli tylko by się lepiej poznali, mogliby się zaprzyjaźnić. Mają podobne poczucie humoru kilka zainteresowań. Wcale .e jest taki, jak myślał mój chłopak. Kilka razy się o to pokłóciliśmy, ale nie umiem się długo na niego gniewać. Teraz siedzimy w warowni, słuchając muzyki i gadając o wszystkim i niczym. Oli bardzo szybko się wpasował w naszą ekipę i prawie wszyscy go polubili. Prawie. Co jakiś czas rzuca żartami i nawet sam Zeklos musi się powstrzymywać od wybuchnięcia śmiechem. Jednak nie wypuszczał mnie ze swoich objęć. Mówiłam. Zazdrosny.
- Raz poszedłem z Maddy do fryzjera, to ja usiadłem na pięć minut, a ona spędziła tam pół dnia, a jeszcze wszystko skrytykowała i wyszła bez płacenia.- wspominał blondyn.- Było mi żal tej fryzjerki, więc zapłaciłem, dając jej wysoki napiwek. Oczywiście mieliśmy też umówić się na kawę, ale prywatnie, to nawijała tyle, że sam miałem jej dość.
- Nie wiem, jak można być tak wredną suką.- prychnęła Oliwia.
- Może nie byłaby aż tak źle, gdyby miej gadała.- zaoponował najmłodszy członek naszej grupy
Wszyscy popatrzyli się na niego dziwnie. Dopiero ja ogarnęłam o co chodzi i zaczęłam się śmiać.
- Jej chodziło o twoją kuzynkę.- wykrztusiłam przez śmiech.
- Aaaa...- zrozumiał, a reszta dołączyła do mnie.
Nagle poczułam ciepły oddech chłopaka, na którego kolanach siedziałam, przy uchu.
- Księżniczko, przejdziemy się?- spytał mój ukochany.
- Jasne.- wstałam.- Okey, to my już idziemy.
- Pa.- zawołali wszyscy.
Wyszliśmy i zaczęliśmy iść lasem, trzymając się za ręce. Żadne z nas się nie odzywało, bonie było to potrzebne. Przyjemnie przebywało nam się w swoim towarzystwie.
- Naści.- moroj spojrzał na mnie smutno.- Jutro będę musiał wcześnie rano wyjechać i nie będzie mnie do wieczora.
- Czemu?- zasmuciłam się.
- Ojciec chcą mnie zabrać na podpisanie jakiejś ważnej umowy, dla jego firmy, żebym się uczył.- westchnął ciężko.
- Mogę pojechać z tobą.- zaproponowałam.
- Nie, skarbie.- zatrzymał się i pogłaskał mnie po policzku.- Zostań tu, wrócę nim się obejrzysz. Tam będzie tylko jakieś pieprzenie o przepisach i paragrafach. Po za tym, przegapisz swoją lekcję z Karp.
- To nie jest dla mnie ważne.- zapewniłam.
- Spokojnie kochanie.- ucałował mnie w czoło.- To tylko jeden dzień. Wieczorem się zobaczymy.
- Na pewno?
- Tak. Obiecuję.
Chodziliśmy tak jeszcze z pół godziny, rozmawiając o wszystkim i o niczym, oraz napawając się budzącą się ze snu przyrodą. Później wróciliśmy do domu, dzięki wzięliśmy wspólny prysznic i położyliśmy się do łóżka.
- Dobranoc.- Jack cmoknął mnie w czubek głowy.
- Dobranoc.- wtuliłam się w klatkę piersiową chłopaka i szybko zasnęłam.
Obudziłam się dość wcześnie i przyciągnęłam swobodnie. Nie śpiesznie otworzyłam oczy, patrząc smutno na puste miejsce obok. Wtuliłam się w pachnącą blondynem poduszkę. Zaraz. Jest jeszcze ciepła. Może wciąż tu jest? Zerwałam się na równe nogi, co skutkowało lekkim zwrotem głowy. Otrząsnęłam się i szybko założyłam na tyłek krótką, zwiewną spódniczkę, którą noszę tylko po domu. Szybko zbiegłam na dół, mało co się nie zabijając. W kuchni słyszałam, że ktoś się kręci, więc przeczesałam dłonią włosy i weszłam do środka. Uśmiechnęłam się szeroko na widok, jaki ujrzałam. Mój ukochany odkładał na talerz kanapki z serem lub szynką i warzywami, a cały blat, jak i on był ubrudzony ketchupem i majonezem.
- Mój Kucharzyk musi jeszcze trochę poćwiczyć.- zachichotałam.
Aż podskoczył, łapiąc się za serce, gdy mnie usłyszał. Odwrócił się do mnie z niewinnym uśmiechem. Podeszłam, minęłam go i wzięłam jedną z upaćkanych kanapek, kręcąc seksownie pupom. Usłyszałam za sobą zduszone chrząknięcie, na co uśmiechnęłam się triumfalnie. Ugryzłam kromkę, po czym ją odłożyłam. Odwróciłam się i zanim chłopak zdążył zareagować, wzięłam rozbieg i wskoczyłam na niego. W ostatniej chwili rozłożył ramiona, łapiąc mnie w udach. Nie wiele myśląc, wpiłam się mu w usta. Szybko oddał pocałunek, prosząc o dostęp. Nie dałam mu go od razu, aby trochę się pomęczył. Nagle Zeklos ściągnął mój pośladek, na co jęknęłam gardłowo. Od razu to wykorzystał, gdy jego język wślizgnął się do moich rozchylonych ust. Poczułam, że ukochany posadził mnie na stole, opierając ręce po dwóch stronach mojego ciała i naparł na mnie mocniej, pogłębiając pocałunek. Zatopiłam palce w jego włosach, ciągnąć za nie i masując mu głowę. Co chwilę wydobywał z siebie jęk, zduszony moimi ustami. Oderwaliśmy się od siebie dopiero, gdy zabrakło nam powietrza. Oddychaliśmy szybko, stykają się czołami.
- Kocham Cię.- powiedzieliśmy równocześnie, patrząc sobie w oczy.
Po śniadaniu, wspólnym wysprzątaniu kuchni i przebraniu się, bo byliśmy cali mokry, przyszedł czas na pożegnanie.
- Chciałem tego uniknąć,- wyznał.- Bo obawiam się, że w ogóle stąd nie wyjadę.
- Mi by to nie przeszkadzało.- uśmiechnęłam się szeroko.
- Wiem, skarbie, ale nie mogę. To tylko kilka godzin.- nie wiem, kogo bardziej chciał pocieszyć, ale brzmi to lepiej niż cały dzień.
Po bardzo, bardzo, bardzo długiej wymianie śliny i pożeraniu sobie twarzy, wyjechał w bardziej poczochranej czuprynie, co dodawało mu seksapilu, a ja machałam mu, w pogniecionej koszulce i cała rozczochrana. Tuż za jego Mercedesem pojechał czarny SUV. Strażnicy. Po minucie od zniknięcia mi z oczu samochodów, wróciłam do domu. Przebrałam się w coś mniej domowego, to jest czerwoną bokserkę i czarne, krótkie spodenki. Resztę dnia zajęli mi przyjaciele i Felix. Wcale nie było tak źle jak myślałam. Przecież moi rodzice musieli wytrzymać bez siebie nie raz tygodnie, góra miesiące. A ja mam rozpaczać z powodu paru godzin? Tylko miałam dziwne uczucie, że ktoś mnie obserwuje. Głupoty gadam. Pewnie tylko panikuję. To ściśle chroniony obiekt i nie wiem, kto niby miałby zrobić mi krzywdę. Jednak odetchnęłam z ulgą, gdy z bratem i po raz pierwszy Dianą skończyliśmy lekcję u cioci Soni. Oni poszli do domu, a ja postanowiłam pójść na parking i czekać na ukochanego. Zatrzymała się przy drzewie, obserwując gniazdo z małymi ptaszkami w środku. Nie był to częsty widok tak blisko społeczności uczniowskiej. Nagle usłyszałam, że ktoś krzyczy moje imię. Odwróciła się w tamtą stronę i zobaczyłam Zeklosa. Ale on zamiast uśmiechu miał wypisany na twarzy strach . Później wszystko potoczyło się w parę sekund. Blondyn stanął za mną, a ja zdziwiona odwróciłam się idealnie, aby złapać jego upadające ciało. Zdezorientowana położyłam go na ziemi, z głową na moich kolanach. Poczułam jak krew odpływa mi z twarzy, gdy zauważyłam nóż wbity w brzuch blondyna i tworzącą się wokół czerwoną kałuże.
- Raz poszedłem z Maddy do fryzjera, to ja usiadłem na pięć minut, a ona spędziła tam pół dnia, a jeszcze wszystko skrytykowała i wyszła bez płacenia.- wspominał blondyn.- Było mi żal tej fryzjerki, więc zapłaciłem, dając jej wysoki napiwek. Oczywiście mieliśmy też umówić się na kawę, ale prywatnie, to nawijała tyle, że sam miałem jej dość.
- Nie wiem, jak można być tak wredną suką.- prychnęła Oliwia.
- Może nie byłaby aż tak źle, gdyby miej gadała.- zaoponował najmłodszy członek naszej grupy
Wszyscy popatrzyli się na niego dziwnie. Dopiero ja ogarnęłam o co chodzi i zaczęłam się śmiać.
- Jej chodziło o twoją kuzynkę.- wykrztusiłam przez śmiech.
- Aaaa...- zrozumiał, a reszta dołączyła do mnie.
Nagle poczułam ciepły oddech chłopaka, na którego kolanach siedziałam, przy uchu.
- Księżniczko, przejdziemy się?- spytał mój ukochany.
- Jasne.- wstałam.- Okey, to my już idziemy.
- Pa.- zawołali wszyscy.
Wyszliśmy i zaczęliśmy iść lasem, trzymając się za ręce. Żadne z nas się nie odzywało, bonie było to potrzebne. Przyjemnie przebywało nam się w swoim towarzystwie.
- Naści.- moroj spojrzał na mnie smutno.- Jutro będę musiał wcześnie rano wyjechać i nie będzie mnie do wieczora.
- Czemu?- zasmuciłam się.
- Ojciec chcą mnie zabrać na podpisanie jakiejś ważnej umowy, dla jego firmy, żebym się uczył.- westchnął ciężko.
- Mogę pojechać z tobą.- zaproponowałam.
- Nie, skarbie.- zatrzymał się i pogłaskał mnie po policzku.- Zostań tu, wrócę nim się obejrzysz. Tam będzie tylko jakieś pieprzenie o przepisach i paragrafach. Po za tym, przegapisz swoją lekcję z Karp.
- To nie jest dla mnie ważne.- zapewniłam.
- Spokojnie kochanie.- ucałował mnie w czoło.- To tylko jeden dzień. Wieczorem się zobaczymy.
- Na pewno?
- Tak. Obiecuję.
Chodziliśmy tak jeszcze z pół godziny, rozmawiając o wszystkim i o niczym, oraz napawając się budzącą się ze snu przyrodą. Później wróciliśmy do domu, dzięki wzięliśmy wspólny prysznic i położyliśmy się do łóżka.
- Dobranoc.- Jack cmoknął mnie w czubek głowy.
- Dobranoc.- wtuliłam się w klatkę piersiową chłopaka i szybko zasnęłam.
Obudziłam się dość wcześnie i przyciągnęłam swobodnie. Nie śpiesznie otworzyłam oczy, patrząc smutno na puste miejsce obok. Wtuliłam się w pachnącą blondynem poduszkę. Zaraz. Jest jeszcze ciepła. Może wciąż tu jest? Zerwałam się na równe nogi, co skutkowało lekkim zwrotem głowy. Otrząsnęłam się i szybko założyłam na tyłek krótką, zwiewną spódniczkę, którą noszę tylko po domu. Szybko zbiegłam na dół, mało co się nie zabijając. W kuchni słyszałam, że ktoś się kręci, więc przeczesałam dłonią włosy i weszłam do środka. Uśmiechnęłam się szeroko na widok, jaki ujrzałam. Mój ukochany odkładał na talerz kanapki z serem lub szynką i warzywami, a cały blat, jak i on był ubrudzony ketchupem i majonezem.
- Mój Kucharzyk musi jeszcze trochę poćwiczyć.- zachichotałam.
Aż podskoczył, łapiąc się za serce, gdy mnie usłyszał. Odwrócił się do mnie z niewinnym uśmiechem. Podeszłam, minęłam go i wzięłam jedną z upaćkanych kanapek, kręcąc seksownie pupom. Usłyszałam za sobą zduszone chrząknięcie, na co uśmiechnęłam się triumfalnie. Ugryzłam kromkę, po czym ją odłożyłam. Odwróciłam się i zanim chłopak zdążył zareagować, wzięłam rozbieg i wskoczyłam na niego. W ostatniej chwili rozłożył ramiona, łapiąc mnie w udach. Nie wiele myśląc, wpiłam się mu w usta. Szybko oddał pocałunek, prosząc o dostęp. Nie dałam mu go od razu, aby trochę się pomęczył. Nagle Zeklos ściągnął mój pośladek, na co jęknęłam gardłowo. Od razu to wykorzystał, gdy jego język wślizgnął się do moich rozchylonych ust. Poczułam, że ukochany posadził mnie na stole, opierając ręce po dwóch stronach mojego ciała i naparł na mnie mocniej, pogłębiając pocałunek. Zatopiłam palce w jego włosach, ciągnąć za nie i masując mu głowę. Co chwilę wydobywał z siebie jęk, zduszony moimi ustami. Oderwaliśmy się od siebie dopiero, gdy zabrakło nam powietrza. Oddychaliśmy szybko, stykają się czołami.
- Kocham Cię.- powiedzieliśmy równocześnie, patrząc sobie w oczy.
Po śniadaniu, wspólnym wysprzątaniu kuchni i przebraniu się, bo byliśmy cali mokry, przyszedł czas na pożegnanie.
- Chciałem tego uniknąć,- wyznał.- Bo obawiam się, że w ogóle stąd nie wyjadę.
- Mi by to nie przeszkadzało.- uśmiechnęłam się szeroko.
- Wiem, skarbie, ale nie mogę. To tylko kilka godzin.- nie wiem, kogo bardziej chciał pocieszyć, ale brzmi to lepiej niż cały dzień.
Po bardzo, bardzo, bardzo długiej wymianie śliny i pożeraniu sobie twarzy, wyjechał w bardziej poczochranej czuprynie, co dodawało mu seksapilu, a ja machałam mu, w pogniecionej koszulce i cała rozczochrana. Tuż za jego Mercedesem pojechał czarny SUV. Strażnicy. Po minucie od zniknięcia mi z oczu samochodów, wróciłam do domu. Przebrałam się w coś mniej domowego, to jest czerwoną bokserkę i czarne, krótkie spodenki. Resztę dnia zajęli mi przyjaciele i Felix. Wcale nie było tak źle jak myślałam. Przecież moi rodzice musieli wytrzymać bez siebie nie raz tygodnie, góra miesiące. A ja mam rozpaczać z powodu paru godzin? Tylko miałam dziwne uczucie, że ktoś mnie obserwuje. Głupoty gadam. Pewnie tylko panikuję. To ściśle chroniony obiekt i nie wiem, kto niby miałby zrobić mi krzywdę. Jednak odetchnęłam z ulgą, gdy z bratem i po raz pierwszy Dianą skończyliśmy lekcję u cioci Soni. Oni poszli do domu, a ja postanowiłam pójść na parking i czekać na ukochanego. Zatrzymała się przy drzewie, obserwując gniazdo z małymi ptaszkami w środku. Nie był to częsty widok tak blisko społeczności uczniowskiej. Nagle usłyszałam, że ktoś krzyczy moje imię. Odwróciła się w tamtą stronę i zobaczyłam Zeklosa. Ale on zamiast uśmiechu miał wypisany na twarzy strach . Później wszystko potoczyło się w parę sekund. Blondyn stanął za mną, a ja zdziwiona odwróciłam się idealnie, aby złapać jego upadające ciało. Zdezorientowana położyłam go na ziemi, z głową na moich kolanach. Poczułam jak krew odpływa mi z twarzy, gdy zauważyłam nóż wbity w brzuch blondyna i tworzącą się wokół czerwoną kałuże.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
wtorek, 11 kwietnia 2017
ROZDZIAŁ 46
Obudziło mnie odbijanie się do drzwi. Serio?! Nawet tutaj nie można się wyspać. Przetarłam twarz dłońmi, patrząc w bok, ale blondyna nigdzie nie było. Nagle do pokoju wparował Felix.
- Co to miało znaczyć?!- od razu się na mnie wydarł.
- O co ci chodzi?- zmarszczyłam brwi, podnosząc się.
- Ja wczoraj dwie godziny leżałem nieprzytomny, a ty się nawet nie zainteresowałaś, tylko zabawiałaś się z Zeklosem!- krzyczał.- Taką to jesteś siostrą?
- Przestań wrzeszczeć.- odparłam spokojnie.- Przecież nic ci nie jest.
- A gdyby było?
- Poczułabym.
- A gdybyśmy stracili więź?- nie odpuszczał.
- Też bym poczuła. O co ci chodzi?- miałam tego po woli dość. Nagle mnie olśniło.- Ty jesteś zazdrosny o Jack'a
- Nie!- naburmuszył się.
- Tak. Właśnie tak.- zrozumiałam.- Boisz się, że przestanę cię kochać. Że o tobie zapomnę.
On zwiesił tylko głowę, co było dla mnie jasną odpowiedzią. Poklepałam miejsce obok siebie, gdzie usiadł z westchnieniem, nie patrząc mi w twarz.
- Felix, spójrz na mnie.- dampir podniósł wzrok.- Kocham Cię i to nigdy się nie zmieni. Jesteś moim bratem i zawsze będziesz dla mnie najważniejszy, na równi z chłopakiem, rodzicami, wujostwem, Dianą i wszystkimi, którzy są blisko. To, że dam swoją miłość komuś innemu, nie znaczy, że zabiorę ją tobie. Zawsze będę obok ciebie. To tak jak ty i Alice. Jesteś z nią, ale wciąż kochasz nie. Nie masz się o co martwić. A teraz chodź mnie przytul.
Wyciągnąłem do niego ręce, a on mnie uścisnął.
- Dzięki siostra. I przepraszam za swój wybuch. Po prostu się martwię o ciebie oraz nasze relacje.
- Nie masz o co.- uspokoiłam go.- A tak właściwie, widziałeś mojego chłopaka?
- Czekaj na niego. Przyjdzie tu.- powiedział tylko i wyszedł.
A to niewdzięcznik. Zablokował się na mnie. Opadłam na poduszkę i wtuliłam się w nią. Postanowiłam jeszcze trochę się przespać. Już odpływałam, gdy do pokoju ktoś wszedł. Nawet się nie poruszyłam. Może jak będę udawać, że śpię, dadzą mi spokój. Usłyszałam skrzypienie sprężyn i poczułam znajomy zapach. Od razu wiedziałam, kto mnie zaszczycił swoją obecnością, ale dalej udawałam. Zadrżałam, gdy dłoń mojego gościa zaczęłam delikatnie głaskać mnie po gołym ramieniu.
- Czas wstawać księżniczko.- usłyszałam ciepły szept przy uchu.
Po chwili palce zostały zastąpione przez miękkie usta, składające mokre pocałunki na całej długości mojej ręki, aż po szyję. Nie mogłam powstrzymać mruknięcia rozkoszy. Poczułam jak się uśmiecha, jednak nie przerywał czynności. Skoro już mnie nakrył, nie ma sensu się ukrywać. Z tą myślą odchyliłam szyję dając mu większe pole do popisu. Wtedy on przeszedł do mojej twarz, aż skończył na ustach. Odwzajemniłam pocałunek prawie od razu. Niestety, wtedy mój ukochany się odsunął. Przeciągnęłam się leniwie, przecierając oczy, po czym uniosłam powieki. Ujrzałam uśmiechającego się szeroko moroja.
- Dzień dobry, księżniczko.- przywitał się, sięgając na półkę nocną.- Zrobiłem śniadanie.
- Mam się bać.- udałam wystraszoną, po czym parsknęłam śmiechem.
- Nie śmieszne.- skrzywił się.
- Oj przesadzasz. To co tam masz dobrego?- spytałam, zerkając na tacę.
Tosty! Mniam. Nawet nie przypalone. Wyciągnęłam już dłonie po talerz, ale w ostatniej chwili Jack ją odsunął po za mój zasięg. Szlag!
- Przeproś.- zarządził ze złośliwym uśmieszkiem.
- A dasz mi wtedy?- spytałam.
- Tak.- przytaknął na potwierdzenie swoich słów.
- To przepraszam...- wzięłam w końcu to śniadanie.- za to, że nie umiesz gotować.
Wystawiłam mu język i ugryzłam kawałek tosta. Był dobry. Blondyn popatrzył na mnie, udając obrażonego, ale po chwili pokręcił ze zrezygnowaniem głową, po czym wziął się za swoje śniadanie. Aby jeszcze trochę się z nim podroczyć, uniosłam siłą woli chleb tak, aby wylądował mu na twarzy. Zeklos patrzył zdziwiony na jedzenie, a ja zaczęłam się śmiać.
- Zapłacisz mi za to, słońce.- pogroził mi palcem.
- Ooo... już się boję.- udawałam przerażenie.
- Oj przekonasz się.
Po śniadaniu poszłam się wykąpać i ubrać. Założyłam dżinsowe spodnie i różową koszulkę, a na to czerwono-białą bluzę amerykańskiej drużyny footballowej. Włosy zaplotłam w niechlujny warkocz, po czym zeszłam do ogrodu. Felix i Diana już bawili się w berka na placu zabaw, a ciocia z wujkiem siedzieli na ławce, przytuleni. Na stole przed nimi stał kubek z kawą. Skrzywiłam się. Jak można pić to ohydztwo.
- Nie martw się. Twoja mama też nie cierpiała kawy.- Lili uśmiechnęła się, widząc moją minę.
- Serio?! Przecież ona od zawsze piła przynajmniej z dwa kubki dziennie.- przypomniałam sobie.
- Poprawka. Odkąd pamiętasz.- wtrącił się Pawka.- Zawsze kłóciła się z wują Dimką, że jak może to pić, że ona tego nigdy nie tknie... Pamiętam, jak po jednej nieprzespanej przez was nocy, wzięła od jego łyk, ale się skrzywiła. Wtedy dostała Rosyjską Czekoladę.( Tak nazywają mieszankę energetyczną.- dopis autorki.)
- To czemu później jej nie piła.
- Po urodzeniu Diany, wzięła na siebie więcej obowiązków, aby nie myśleć o waszym ojcu.- westchnęła ciocia.- Długo siedziała w pracy, a jak wracała, zajmowała się wami. Jest jej wdzięczna ponad połowa akademii. Za każdego była gotowa wziąć zmianę, a jednocześnie dla każdego miała czas. Musiała mieć dużo energii, ale pewnie to był jej sposób na odzyskanie chodź części męża.
- Aha...- pokiwałam ze zrozumieniem głową.- Nie wiedziałam, że aż tak się oddała pracy. Pewnie teraz szkole jej brakuje.
- Każdemu z nas. Każdemu...- Lili popatrzyła w dal.
- Tu mi uciekłaś, księżniczko.- na biodrach poczułam ciepłe ręce.- Ładnie ci w męskich ubraniach, ale wolałbym, gdyby były one moje.
- Jakbyś mi dał coś więcej od koszulek do spania, to może bym chodziła. A tak?- wzruszyłam bezradnie ramionami.
- To zrób miejsce w szafie, złotko.
- Dobra dzieciaki.- wujek się podniósł.- Za pół godziny jedziemy na Dwór. FELIX! DIANA!
Westchnęłam i wróciłam na górę. Przebrałam się w coś bardziej wyjściowego, po czym z zeszłam na dół. Wszyscy już czekali. Wisel została w domu, a my wsiedliśmy do auta i odjechaliśmy.
- Co to miało znaczyć?!- od razu się na mnie wydarł.
- O co ci chodzi?- zmarszczyłam brwi, podnosząc się.
- Ja wczoraj dwie godziny leżałem nieprzytomny, a ty się nawet nie zainteresowałaś, tylko zabawiałaś się z Zeklosem!- krzyczał.- Taką to jesteś siostrą?
- Przestań wrzeszczeć.- odparłam spokojnie.- Przecież nic ci nie jest.
- A gdyby było?
- Poczułabym.
- A gdybyśmy stracili więź?- nie odpuszczał.
- Też bym poczuła. O co ci chodzi?- miałam tego po woli dość. Nagle mnie olśniło.- Ty jesteś zazdrosny o Jack'a
- Nie!- naburmuszył się.
- Tak. Właśnie tak.- zrozumiałam.- Boisz się, że przestanę cię kochać. Że o tobie zapomnę.
On zwiesił tylko głowę, co było dla mnie jasną odpowiedzią. Poklepałam miejsce obok siebie, gdzie usiadł z westchnieniem, nie patrząc mi w twarz.
- Felix, spójrz na mnie.- dampir podniósł wzrok.- Kocham Cię i to nigdy się nie zmieni. Jesteś moim bratem i zawsze będziesz dla mnie najważniejszy, na równi z chłopakiem, rodzicami, wujostwem, Dianą i wszystkimi, którzy są blisko. To, że dam swoją miłość komuś innemu, nie znaczy, że zabiorę ją tobie. Zawsze będę obok ciebie. To tak jak ty i Alice. Jesteś z nią, ale wciąż kochasz nie. Nie masz się o co martwić. A teraz chodź mnie przytul.
Wyciągnąłem do niego ręce, a on mnie uścisnął.
- Dzięki siostra. I przepraszam za swój wybuch. Po prostu się martwię o ciebie oraz nasze relacje.
- Nie masz o co.- uspokoiłam go.- A tak właściwie, widziałeś mojego chłopaka?
- Czekaj na niego. Przyjdzie tu.- powiedział tylko i wyszedł.
A to niewdzięcznik. Zablokował się na mnie. Opadłam na poduszkę i wtuliłam się w nią. Postanowiłam jeszcze trochę się przespać. Już odpływałam, gdy do pokoju ktoś wszedł. Nawet się nie poruszyłam. Może jak będę udawać, że śpię, dadzą mi spokój. Usłyszałam skrzypienie sprężyn i poczułam znajomy zapach. Od razu wiedziałam, kto mnie zaszczycił swoją obecnością, ale dalej udawałam. Zadrżałam, gdy dłoń mojego gościa zaczęłam delikatnie głaskać mnie po gołym ramieniu.
- Czas wstawać księżniczko.- usłyszałam ciepły szept przy uchu.
Po chwili palce zostały zastąpione przez miękkie usta, składające mokre pocałunki na całej długości mojej ręki, aż po szyję. Nie mogłam powstrzymać mruknięcia rozkoszy. Poczułam jak się uśmiecha, jednak nie przerywał czynności. Skoro już mnie nakrył, nie ma sensu się ukrywać. Z tą myślą odchyliłam szyję dając mu większe pole do popisu. Wtedy on przeszedł do mojej twarz, aż skończył na ustach. Odwzajemniłam pocałunek prawie od razu. Niestety, wtedy mój ukochany się odsunął. Przeciągnęłam się leniwie, przecierając oczy, po czym uniosłam powieki. Ujrzałam uśmiechającego się szeroko moroja.
- Dzień dobry, księżniczko.- przywitał się, sięgając na półkę nocną.- Zrobiłem śniadanie.
- Mam się bać.- udałam wystraszoną, po czym parsknęłam śmiechem.
- Nie śmieszne.- skrzywił się.
- Oj przesadzasz. To co tam masz dobrego?- spytałam, zerkając na tacę.
Tosty! Mniam. Nawet nie przypalone. Wyciągnęłam już dłonie po talerz, ale w ostatniej chwili Jack ją odsunął po za mój zasięg. Szlag!
- Przeproś.- zarządził ze złośliwym uśmieszkiem.
- A dasz mi wtedy?- spytałam.
- Tak.- przytaknął na potwierdzenie swoich słów.
- To przepraszam...- wzięłam w końcu to śniadanie.- za to, że nie umiesz gotować.
Wystawiłam mu język i ugryzłam kawałek tosta. Był dobry. Blondyn popatrzył na mnie, udając obrażonego, ale po chwili pokręcił ze zrezygnowaniem głową, po czym wziął się za swoje śniadanie. Aby jeszcze trochę się z nim podroczyć, uniosłam siłą woli chleb tak, aby wylądował mu na twarzy. Zeklos patrzył zdziwiony na jedzenie, a ja zaczęłam się śmiać.
- Zapłacisz mi za to, słońce.- pogroził mi palcem.
- Ooo... już się boję.- udawałam przerażenie.
- Oj przekonasz się.
Po śniadaniu poszłam się wykąpać i ubrać. Założyłam dżinsowe spodnie i różową koszulkę, a na to czerwono-białą bluzę amerykańskiej drużyny footballowej. Włosy zaplotłam w niechlujny warkocz, po czym zeszłam do ogrodu. Felix i Diana już bawili się w berka na placu zabaw, a ciocia z wujkiem siedzieli na ławce, przytuleni. Na stole przed nimi stał kubek z kawą. Skrzywiłam się. Jak można pić to ohydztwo.
- Nie martw się. Twoja mama też nie cierpiała kawy.- Lili uśmiechnęła się, widząc moją minę.
- Serio?! Przecież ona od zawsze piła przynajmniej z dwa kubki dziennie.- przypomniałam sobie.
- Poprawka. Odkąd pamiętasz.- wtrącił się Pawka.- Zawsze kłóciła się z wują Dimką, że jak może to pić, że ona tego nigdy nie tknie... Pamiętam, jak po jednej nieprzespanej przez was nocy, wzięła od jego łyk, ale się skrzywiła. Wtedy dostała Rosyjską Czekoladę.( Tak nazywają mieszankę energetyczną.- dopis autorki.)
- To czemu później jej nie piła.
- Po urodzeniu Diany, wzięła na siebie więcej obowiązków, aby nie myśleć o waszym ojcu.- westchnęła ciocia.- Długo siedziała w pracy, a jak wracała, zajmowała się wami. Jest jej wdzięczna ponad połowa akademii. Za każdego była gotowa wziąć zmianę, a jednocześnie dla każdego miała czas. Musiała mieć dużo energii, ale pewnie to był jej sposób na odzyskanie chodź części męża.
- Aha...- pokiwałam ze zrozumieniem głową.- Nie wiedziałam, że aż tak się oddała pracy. Pewnie teraz szkole jej brakuje.
- Każdemu z nas. Każdemu...- Lili popatrzyła w dal.
- Tu mi uciekłaś, księżniczko.- na biodrach poczułam ciepłe ręce.- Ładnie ci w męskich ubraniach, ale wolałbym, gdyby były one moje.
- Jakbyś mi dał coś więcej od koszulek do spania, to może bym chodziła. A tak?- wzruszyłam bezradnie ramionami.
- To zrób miejsce w szafie, złotko.
- Dobra dzieciaki.- wujek się podniósł.- Za pół godziny jedziemy na Dwór. FELIX! DIANA!
Westchnęłam i wróciłam na górę. Przebrałam się w coś bardziej wyjściowego, po czym z zeszłam na dół. Wszyscy już czekali. Wisel została w domu, a my wsiedliśmy do auta i odjechaliśmy.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
niedziela, 9 kwietnia 2017
ROZDZIAŁ 45
- Cze-czemu?- szepnęłam, dotykając zdezorientowana warg, które przed chwilą tak zachłannie całował.
Chciałam go teraz i tu! Nic na to nie poradzę, że tak go kocham. Ufam mu i wiem, że nie zrobi nic przeciw mnie. Bez niego już nie wyobrażam sobie życia. Przyzwyczaiłam się, że spędzamy ze sobą każdą chwilę. Uwielbiam jego pocałunki, zapach, dotyk, to, że jest zawsze, kiedy go potrzebuję i nawet jak mówię, że chcę zostać sama, on trwa przy mnie. Dzięki niemu nie muszę szukać ukojenia w lesie. On jest moim ukojenie i chcę żeby był tym pierwszym teraz i tu.
- Bo chcę, żeby to było dla ciebie wyjątkowe.- odpowiedział, nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Będzie, jeśli z tobą. Nie ważne gdzie.- sprzeciwiłam się.
- Cii...- uciszył mnie krótkim pocałunkiem.- Nie rozdziewiczę cię w salonie, gdzie każdy może wejść. Zrobimy to przy odpowiedniej atmosferze.
- No dobra.- westchnęłam.- Ale coś ci obiecałam, gdy znów zostawisz mnie podnieconą.
- A ja? Myślisz, że na mnie nie działasz?- naparł na mnie, tak żebym poczuła jego męskość.
Jęknęłam, przymrużając oczy. Nie wytrzymałam i przyciągnęłam go do siebie, całując po szyi. Z jego ust wydobyło się seksowne westchnienie, gdy przygryzłam mu płatek ucha.
- Więc lepiej, żebyśmy oboje coś z tym zrobili.- szepnęłam kusząco mu do ucha, delikatnie je muskając ustami.
Mogłam poczuć, jak zadrżał, a na jego skórze zrobiła się gęsia skórka.
- Cholera.- szepnął.
Chwycił swoją koszulkę i szybko założył ją na mnie. Mocno ścisnął moje pośladki, na co pisnęłam zaskoczona. Podniósł się razem ze mną i zaczął iść w kierunku schodów. Po drodze postanowiłam trochę się z nim podroczyć. Całowałam go namiętnie, obracając jego głowę we wszystkich kierunkach, co nie pomagało mu iść, ale trzymał się dzielnie. Gdy znaleźliśmy się na górze, próbował się odsunąć, ale ja mu nie pozwalałam.
- Anastazja! - wkurzył się.- Powiedz mi, gdzie mam iść, bo wrzucę się do pierwszego lepszego pokoju.
Wyczuliłam zmysły, aby wyczuć, gdzie jest reszta.
- Na moje lewo, ostatnie drzwi po prawej.- zarządziłam i wróciłam do jego ust.
Jak przez mgłę rejestrowałam, że się poruszamy we wskazanym kierunku. Gdy poczułam na plecach drewno, dłonią zaczęłam je oklepywać, póki nie natrafiłam na zimny metal. Naparłam na klamkę i po chwili znaleźliśmy się w środku. Jęczałam, gdy chłopak ściskał na przemian moje pośladki. Oddawałam każdy pocałunek z zaufaniem i oddaniem. Usłyszałam trzask zamykania drzwi, a sekundę później mój ukochany napierał na mnie, kiedy przyparł mnie do ściany. Zaczęłam się wić i wiercić. Nie wytrzymał długo i rzucił mnie na łóżko, zrywając ze mnie spodnie. Jednak zatrzymały się na butach. Ściągnął je szybko, a ja patrzyłam na niego, z rozwartymi ustami, łapiąc łapczywie powietrze. Dopiero teraz mogłam się nacieszyć jego torsem. To było coś pięknego. Wszedł na łóżko i przybliżył się szybko do mnie, jak drapieżnik do swojej ofiary. W oczach płonęły mu iskierki pożądania, gdy głodnym wzrokiem podziwiał moje ciało w samej bieliźnie. Wypięłam bardziej piersi, uśmiechając się kusząco. Oczy blondyna jeszcze bardziej pociemniały. Przyssał się do mojej szyi, niczym pijawka, a ja zaczęłam jęczeć, wiercąc się pod nim. Odchyliłam głowę do tyłu, dając mu lepszy dostęp i nieświadomie wędrowałam rękoma po ciele Jack'a. Tym razem pozwolił ściągnąć z siebie spodnie, za to mnie pozbawił stanika. Czułam się dziwnie, bo po raz pierwszy pozwoliłam rozbierać się facetowi. Ale nie przeszkadzało mi to. Z nim czułam się bezpiecznie i całkowicie mu ufałam. Wierzyłam, że nigdy mnie nie znani, ani nie skrzywdzi. Poczułam jego usta na lewej piersi i aż wygięłam się w łuk. Boże święty. Takiego czegoś jeszcze w życiu nie czułam. Jestem na maxa podniecona i jeśli teraz mnie nie przeleci, to osobiście mu jaja urwę. Co ja gadam? Sama już nie wiem. To mi zakłóca jasne myślenie. Topniałam pod dotykiem jego delikatnych dłoni i rozpływałam się z przyjemności. Ciągnęłam go uporczywie za włosy, przy akompaniamencie naszych wspólnych jęków przyjemności. Nim się obejrzałam, moroj już znaczył mokrymi pocałunkami drogę przez mój brzuch. Jednym ruchem pozbył się ostatniego kawałka materiału, jaki na sobie miałam. Czekał tylko, aż do mnie wróci i poczuję w sobie jego przyrodzenie. Jednak się nie doczekałam, za to pisnęłam zaskoczona, czując w sobie jego palec. Przez parę sekund nie mogłam złapać oddechu, ale serce i płuca przyspieszyły prace, gdy dołożył drugiego palca. Przy trzecim myślałam, że oszaleję, ale prawdziwe niebo zaczęło się, gdy do gry dołączyły usta. O Matko! Jego język czyni cuda. Wiłam się i jęczałam, zaciskając coraz mocniej dłonie na pościeli. Cofam wszystko co mówiłam. To najlepsze uczucie na świecie. Napięcie rosło we mnie, jakbym wspinała się na wielką górę. A ja już chciałam być na szczycie. Nosiło mnie i uciskało w podbrzusze. Czułam... czułam... Tego nie da się opisać. Chciałam zakończyć już tą słodką męczarnię. Aż nagle poczułam stan uniesienia. Całą mną wstrząsnął dreszcz, a ciepło rozlało się po organizmie. Bez odrobiny sił opadłam na materac, uspakajając oddech. To było niebiańskie uczucie. Dopiero teraz dotarło do mnie, co się stało. Właśnie przeżyłam swój własny orgazm. To było niesamowite. Ukochany położył się obok, przyciągając mnie do siebie.
- Jeszcze nie będę się z tobą kochał, skarbie.- ucałował moje czoło.- Ale mam nadzieję, że taka forma przyjemności ci wystarczy.
- O tak.- zmusiłam mięśnie do ruchu i wtuliłam się w tors chłopaka.- Dziękuję.
- Za co, księżniczko?- popatrzył na mnie ze zdziwieniem, ale i radością.
- Że jesteś, kiedy cię potrzebuję. Pocałujesz, przytulisz w chwilach smutku i zwątpienia i ogólnie, że jeszcze ode mnie nie uciekłeś.
- Jak bym mógł opuścić taki skarb?- uśmiechnął się.- To byłby największy błąd mojego życia.
- Cieszę się, że w pewnym sensie to ty byłeś tym pierwszym. Za ufałam ci i spełniłeś moje oczekiwania.- odpowiedzialna tak samo.
- To dobrze. A teraz idź spać. Był dzisiaj ciężki dzień.
- To prawda. Dobranoc.- wtuliłam się bardziej w ukochanego
- Dobranoc.- ucałował mnie w czoło, a ja od razu odpłynęłam.
Chciałam go teraz i tu! Nic na to nie poradzę, że tak go kocham. Ufam mu i wiem, że nie zrobi nic przeciw mnie. Bez niego już nie wyobrażam sobie życia. Przyzwyczaiłam się, że spędzamy ze sobą każdą chwilę. Uwielbiam jego pocałunki, zapach, dotyk, to, że jest zawsze, kiedy go potrzebuję i nawet jak mówię, że chcę zostać sama, on trwa przy mnie. Dzięki niemu nie muszę szukać ukojenia w lesie. On jest moim ukojenie i chcę żeby był tym pierwszym teraz i tu.
- Bo chcę, żeby to było dla ciebie wyjątkowe.- odpowiedział, nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Będzie, jeśli z tobą. Nie ważne gdzie.- sprzeciwiłam się.
- Cii...- uciszył mnie krótkim pocałunkiem.- Nie rozdziewiczę cię w salonie, gdzie każdy może wejść. Zrobimy to przy odpowiedniej atmosferze.
- No dobra.- westchnęłam.- Ale coś ci obiecałam, gdy znów zostawisz mnie podnieconą.
- A ja? Myślisz, że na mnie nie działasz?- naparł na mnie, tak żebym poczuła jego męskość.
Jęknęłam, przymrużając oczy. Nie wytrzymałam i przyciągnęłam go do siebie, całując po szyi. Z jego ust wydobyło się seksowne westchnienie, gdy przygryzłam mu płatek ucha.
- Więc lepiej, żebyśmy oboje coś z tym zrobili.- szepnęłam kusząco mu do ucha, delikatnie je muskając ustami.
Mogłam poczuć, jak zadrżał, a na jego skórze zrobiła się gęsia skórka.
- Cholera.- szepnął.
Chwycił swoją koszulkę i szybko założył ją na mnie. Mocno ścisnął moje pośladki, na co pisnęłam zaskoczona. Podniósł się razem ze mną i zaczął iść w kierunku schodów. Po drodze postanowiłam trochę się z nim podroczyć. Całowałam go namiętnie, obracając jego głowę we wszystkich kierunkach, co nie pomagało mu iść, ale trzymał się dzielnie. Gdy znaleźliśmy się na górze, próbował się odsunąć, ale ja mu nie pozwalałam.
- Anastazja! - wkurzył się.- Powiedz mi, gdzie mam iść, bo wrzucę się do pierwszego lepszego pokoju.
Wyczuliłam zmysły, aby wyczuć, gdzie jest reszta.
- Na moje lewo, ostatnie drzwi po prawej.- zarządziłam i wróciłam do jego ust.
Jak przez mgłę rejestrowałam, że się poruszamy we wskazanym kierunku. Gdy poczułam na plecach drewno, dłonią zaczęłam je oklepywać, póki nie natrafiłam na zimny metal. Naparłam na klamkę i po chwili znaleźliśmy się w środku. Jęczałam, gdy chłopak ściskał na przemian moje pośladki. Oddawałam każdy pocałunek z zaufaniem i oddaniem. Usłyszałam trzask zamykania drzwi, a sekundę później mój ukochany napierał na mnie, kiedy przyparł mnie do ściany. Zaczęłam się wić i wiercić. Nie wytrzymał długo i rzucił mnie na łóżko, zrywając ze mnie spodnie. Jednak zatrzymały się na butach. Ściągnął je szybko, a ja patrzyłam na niego, z rozwartymi ustami, łapiąc łapczywie powietrze. Dopiero teraz mogłam się nacieszyć jego torsem. To było coś pięknego. Wszedł na łóżko i przybliżył się szybko do mnie, jak drapieżnik do swojej ofiary. W oczach płonęły mu iskierki pożądania, gdy głodnym wzrokiem podziwiał moje ciało w samej bieliźnie. Wypięłam bardziej piersi, uśmiechając się kusząco. Oczy blondyna jeszcze bardziej pociemniały. Przyssał się do mojej szyi, niczym pijawka, a ja zaczęłam jęczeć, wiercąc się pod nim. Odchyliłam głowę do tyłu, dając mu lepszy dostęp i nieświadomie wędrowałam rękoma po ciele Jack'a. Tym razem pozwolił ściągnąć z siebie spodnie, za to mnie pozbawił stanika. Czułam się dziwnie, bo po raz pierwszy pozwoliłam rozbierać się facetowi. Ale nie przeszkadzało mi to. Z nim czułam się bezpiecznie i całkowicie mu ufałam. Wierzyłam, że nigdy mnie nie znani, ani nie skrzywdzi. Poczułam jego usta na lewej piersi i aż wygięłam się w łuk. Boże święty. Takiego czegoś jeszcze w życiu nie czułam. Jestem na maxa podniecona i jeśli teraz mnie nie przeleci, to osobiście mu jaja urwę. Co ja gadam? Sama już nie wiem. To mi zakłóca jasne myślenie. Topniałam pod dotykiem jego delikatnych dłoni i rozpływałam się z przyjemności. Ciągnęłam go uporczywie za włosy, przy akompaniamencie naszych wspólnych jęków przyjemności. Nim się obejrzałam, moroj już znaczył mokrymi pocałunkami drogę przez mój brzuch. Jednym ruchem pozbył się ostatniego kawałka materiału, jaki na sobie miałam. Czekał tylko, aż do mnie wróci i poczuję w sobie jego przyrodzenie. Jednak się nie doczekałam, za to pisnęłam zaskoczona, czując w sobie jego palec. Przez parę sekund nie mogłam złapać oddechu, ale serce i płuca przyspieszyły prace, gdy dołożył drugiego palca. Przy trzecim myślałam, że oszaleję, ale prawdziwe niebo zaczęło się, gdy do gry dołączyły usta. O Matko! Jego język czyni cuda. Wiłam się i jęczałam, zaciskając coraz mocniej dłonie na pościeli. Cofam wszystko co mówiłam. To najlepsze uczucie na świecie. Napięcie rosło we mnie, jakbym wspinała się na wielką górę. A ja już chciałam być na szczycie. Nosiło mnie i uciskało w podbrzusze. Czułam... czułam... Tego nie da się opisać. Chciałam zakończyć już tą słodką męczarnię. Aż nagle poczułam stan uniesienia. Całą mną wstrząsnął dreszcz, a ciepło rozlało się po organizmie. Bez odrobiny sił opadłam na materac, uspakajając oddech. To było niebiańskie uczucie. Dopiero teraz dotarło do mnie, co się stało. Właśnie przeżyłam swój własny orgazm. To było niesamowite. Ukochany położył się obok, przyciągając mnie do siebie.
- Jeszcze nie będę się z tobą kochał, skarbie.- ucałował moje czoło.- Ale mam nadzieję, że taka forma przyjemności ci wystarczy.
- O tak.- zmusiłam mięśnie do ruchu i wtuliłam się w tors chłopaka.- Dziękuję.
- Za co, księżniczko?- popatrzył na mnie ze zdziwieniem, ale i radością.
- Że jesteś, kiedy cię potrzebuję. Pocałujesz, przytulisz w chwilach smutku i zwątpienia i ogólnie, że jeszcze ode mnie nie uciekłeś.
- Jak bym mógł opuścić taki skarb?- uśmiechnął się.- To byłby największy błąd mojego życia.
- Cieszę się, że w pewnym sensie to ty byłeś tym pierwszym. Za ufałam ci i spełniłeś moje oczekiwania.- odpowiedzialna tak samo.
- To dobrze. A teraz idź spać. Był dzisiaj ciężki dzień.
- To prawda. Dobranoc.- wtuliłam się bardziej w ukochanego
- Dobranoc.- ucałował mnie w czoło, a ja od razu odpłynęłam.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
Subskrybuj:
Posty (Atom)