Staliśmy na brzegu rzeki. Po naszej prawej był średniej wysokości wodospad, do którego prowadziło wzniesienie, a na równi z nim zaczynał się las. Za to po lewej stronie też było kilka drzew, ale ze wszystkich stron otoczeni byliśmy łąkom. Pod naszymi nogami leżał koc i koszyk piknikowy. Usiedliśmy na nim, a blondyn zaczął wyciągać różne kanapki i sałatki. Po chwili, zajadaliśmy się tym wszystkim, podziwiając czerwony wschód słońca.
- I jak ci się podoba?- spytał, obejmując mnie ramieniem, po czym przyciągnął mnie bliżej siebie i cmoknął w skroń.
- To jest cudowne. Dziękuję.- pocałowałam go w policzek.- Sam to zrobiłeś?- wskazałam na koszyk.
- Chciałbym, ale miałem za mało czasu. Jak zadzwoniłem do rodziców z prośbą o samochód na randkę, bardzo się ucieszyli, bo od dawna żadnej dziewczyny nie zaprosiłem. Od razu dostałem najlepszy samochód, najlepszych strażników i jedzenie od kucharza.
Pokiwałam głową ze zrozumieniem. Uśmiechnęłam się na myśl, że traktuje mnie tak wyjątkowo. Nagle usłyszałam działanie silniczka aparatu. Spojrzałam zdziwiona na Jack'a, a ten tylko uśmiechnął się znad sprzętu. Był to Nikon, chyba dość profesjonalny.
- Nie tylko ty lubisz robić zdjęcia z zaskoczenia.- uśmiechnął się szeroko.- Jesteś bardzo ładna, gdy się uśmiechasz. Zwłaszcza w blasku wschodzącego słońca. Mogę porobić ci kilka zdjęć?
- Jasne.- uśmiechnęłam się.
Podniósł się, a ja chciałam za nim, ale pokazał mi, żebym została. Przez kolejne pół godziny, pozowałam mu, to na kocu, to w trawie, przy barierce nad wodospadem, albo i przy samej wodzie. Nawet do słoika złapałam trzy malutkie rybki. Ale wypuściła je, żeby się nie męczył. Podczas tego świetnie się bawiliśmy. W pewnym momencie ochlapałam chłopaka wodą. On najpierw był w szoku, a po chwili rzucił się w pogoń za mną. Dopadł mnie na wysokiej trawie i rzucił się na mnie. Leżałam pod nim, wciąż się śmiejąc i próbując uspokoić szybki oddech. Gdy oboje się uspokoiliśmy, popatrzeliśmy sobie w oczy. Jego czarne źrenice, otoczone piwnymi tęczówkami dokładnie skanowały moją twarz. Na chwilę zatrzymały się na moich ustach, a ja automatycznie przygryzłam dolną wargę. Położył swoją ciepłą dłoń na moim policzku, uwalniając miękki kawałek skóry spomiędzy zębów. Zapatrzył mi się w oczy i zaczął się powoli zbliżać. Serce mi przyspieszyło, a oddech rwał się. W jego oczach widziałam nadzieję, ale i niepewność. Jednak teraz nikt nam nie przeszkodzi. Zamknęłam swoje i lekko rozchyliłam usta. Przylegał do mnie całym swoim ciałem. Czułam jego dłonie na talii i ciepły oddech na wargach. Cały świat przestał istnieć, byliśmy tylko my. W końcu, bez żadnych przeszkód, nasze usta złączyły się, a mnie przeszedł przyjemny dreszcz, zmuszający mój żołądek do koziołkowania. To było cudowne uczucie. Całował mnie powoli i delikatnie, z każdą chwilą pogłębiając pocałunek. Nic już nie miało znaczenia. Tylko on i to, że jest ze mną. Teraz wiem, co znaczy prawdziwie kochać.
- Kocham Cię Anastazja.- szepnął mi do ucha, ciężko dysząc.
Poczułam ścisk między nogami, a serce zabiło mi szybciej ze szczęścia. Powiedział to! Powiedział, że mnie kocha. Nie wątpiłam w szczerość tych słów. Czułam się... to trudno opisać. Bardziej niż szczęśliwa. Można to porównać z tym, co czuje się podczas dotarcia na szczyt wielkiej góry. Mimo tylu niepewności i wysiłku zdobyłam szczyt. Pozytywne zmęczenie, jak po dobrym treningu. Satysfakcja z dobrze wykonanej roboty. I to wszystko razy dziesięć, do potęgi osiemnastej. Tak się teraz czułam. Jakby to był mój pierwszy pocałunek. Chciałam mu powiedzieć, że też go kocham, jednak nie dał mi dojść do słowa.
- Ale jeśli chcesz, mogę poczekać. Już dawno do żadnej dziewczyny nie czułem tego, co do ciebie.- spuścił głowę, jakby zbierał myśli, po czym znowu nasze spojrzenia się skrzyżowały.- Wiem, że nie byłem idealny, ale chcę się zmienić.
- A ja ci pomogę.- uśmiechnęłam się do niego.- Też cię kocham.
Otworzył szeroko oczy, po czym uśmiechnął się i mnie pocałował mocno. Siła tego pocałunku aż odebrała mi dech. Gdy się w końcu od siebie oderwaliśmy, zanurzył twarz w moje włosy i połaskotał mnie nosem w szyję.
- Jack.- przerwałam ciszę.
- Tak?- spojrzał na mnie, z uśmiechem.
- Kocham cię.
- Wiem księżniczko.- pocałował mnie w czubek nosa.
- Wróćmy na koc.- poprosiłam, robiąc słodką minę.
Niechętnie się podniósł, po czym podał mi dłoń. Skorzystałam z jego pomocy i przytuleni poszliśmy na piknik. Gdy usiedliśmy, chłopak spoważniał. Zauważyłam, że szuka coś w plecaku. W końcu położył obok kwadratowe pudełeczko i spojrzał na mnie, łapiąc mnie za dłonie.
- Nastka, już wiem, że moje uczucia są odwzajemnione. Teraz mam najważniejsze pytanie, na razie...
Wstrzymałam oddech. Teraz pewnie poprosi mnie o zostanie parą. No bo o co innego?
- Zostaniesz moją modelką?- uśmiechnął się szeroko.
Ja... ja... zdębiałam. Nie wiem, co czuję. Smutek? Rozczarowanie? Ale przecież sama chciałam zaczekać. Jednak po pocałunku i wyznaniu sobie miłości... Postanowiłam nie dawać po sobie poznać, że spodziewałam się czego innego. Chyba w genach po tacie mam opanowanie i uginanie uczuć pod własną wolę. Mama nazywała to maską strażników. Ach, jak ja bardzo za nimi tęsknię.
- Tak. Jasne.- uśmiechnęłam się szeroko.
- Cieszę się. Nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy. Ale mam też drugie pytanie. Najważniejsze dla NAS. Czy pozwolisz, że będziemy mówić do siebie słoneczko, kotku, kochanie, misiu, KSIĘŻNICZKO skarbie? Czy uczynisz mnie najszczęśliwszym chłopakiem na świecie i zostaniesz moją dziewczyną?- otworzył pudełko, w którym był piękny naszyjnik z bursztynem.
Oniemiałam. Ale po chwili rzuciłam się mu w ramiona.
- Tak! Tak! Oczywiście!- krzyczałam mu do ucha.
Byłam prze szczęśliwa. W końcu znalazłam miłość swojego życia. Chłopak zapiął mi naszyjnik, ja mu się przejrzałam. Na końcu złotego łańcuszka zwisała brązowa obręcz z małymi, żółtymi kryształkami, w środku był piękny, okrągły bursztyn z jakim małym owadem. Rozpromieniona spojrzałam na blondyna.
- Choć, księżniczko.- podniósł się i podał mi dłoń, którą złapałam.- Czas się zbierać, bo wątpię, żeby podarowali nam dwa dni nieobecność na zajęciach.
Pokiwałam tylko głową i szczęśliwa szłam z nim do samochodu. Może źle powiedziałam. Nie szłam, a wręcz tańczyłam, unosiłam się jak na skrzydłach, miałam ochotę całemu światu wykrzyczeć jak jest szczęśliwa. Jack śmiał się radośnie z mojego dość dziecinnego zachowania, ale grunt, że byliśmy szczęśliwi.
"Nasz los od zawsze zapisany był w gwiazdach. To one poprowadziły mnie do Ciebie mimo tylu przeciwności, spójrz. Jesteśmy tu. Razem. Ty i ja Roza. Na zawsze."
poniedziałek, 13 marca 2017
ROZDZIAŁ 19
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
niedziela, 12 marca 2017
ROZDZIAŁ 18
Tak jak ustaliliśmy, to ja miałam iść po moroja.
- I jak wyglądam?- spytałam po raz któryś, obracając się wokół własnej osi.
- Pięknie.- krzyknęła entuzjastycznie Diana.
- Prześliczne.- westchnął mój brat.- Przestań się tak stresować. Wszystko będzie dobrze. To on ma się bać, że coś tobie się nie spodoba.
- Udana randka zależy też od dziewczyny, gamoniu. Podtrzymanie tematu, współpraca i czy będzie się ładnie wyglądać.- podkreślając ostatnią pozycję wygładzeniem sukienki.
Wolałam nie przeginać na pierwszej randce. Miałam na sobie beżową sukienkę z rękawami trzy czwarte, czarnym paskiem w tali i falbanką poniżej niego. Do tego lekki makijaż, beżowe buty na obcasach. Narzuciła na siebie biały płaszcz i mogłam iść. Pod dormitorium już zobaczyłam Zeklosa przed samochodem. Ale jakim. Piękny, czarne lamborghini ze srebrnymi wstawkami i białym, skórzanym odbiciem. Chłopak miał na sobie pomarańczową koszulę i czarne, przylegające spodnie. Blond włosy ułożył na żel w bardzo seksowny sposób.
- Witaj piękna.- pocałował mnie w policzek, po czym przyjrzał mi się dokładnie.- Widzę, że trafiłem z kolorem.
Uśmiechnął się do mnie, co odwzajemniłam. Następnie zza pleców wyciągnął bukiet pomarańczowych róż. Nie powiem, zaskoczył mnie. Przyjęłam je i powąchałam.
- Dziękuję. Są cudowne, ale co ja teraz z nimi zrobię?- zmartwiłam się.
Nie chciałam, żeby się zniszczyły po drodze. Są takie ładne.
- Spokojne. Możemy wsadzić je do wody w moim pokoju.- zaproponował.
- Okey.
Jak powiedział, tak zrobiliśmy. Włożyłem kwiaty do wazonu, po czym wróciliśmy na dwór.
- Ale gdzie mnie zabierasz?- spytałam niepewnie, wsiadając do samochodu.
- To niespodzianka. Ale spokojnie. Nie zamierzam cię zgwałcić i zakopać w lesie.- uśmiechnął się do mnie szeroko, odpalając wóz.
- Tylko byś spróbował. Najpierw ja bym cię pobiła, a później czekałaby cie konfrontacja z Felixem.
- O matko! Mam już szukać wolnego terminu ma męską rozmowę?
- To nieuniknione.- udałam smutek.
- Twoje współczucie dla mnie jest równie szczere, co w urzędzie, kiedy okazuje się, że brakuje ci jednego, jedynego dokumentu i znowu musisz czekać w tej kilometrowej kolejce.
- Musiałeś wiele razy takie coś widzieć.- zaśmiałam się.
- Brat mamy pracował w urzędzie. Niekiedy brał mnie do pracy, bo rodzice nie mogli i dość często widziałem takie sytuacje.- wzruszył ramionami, wpatrzony w drogę.
Wyjechaliśmy za bramę, a za nami jeszcze jeden samochód, pewnie ze strażnikami.
- Kim są z zawodu twoi rodzice?- przerwałam ciszę.
- Mój ojciec jest księgowym, a mama właścicielką sieci sklepów kosmetycznych Rachelle.
- O! Ja tam kupuję. Mają naprawdę świetne produkty.
- Widzisz? Mogę załatwić ci zniżkę.- puścił mi oczko i znów skupił się na drodze.- Chcieliby cię poznać. Moi rodzice.- dodał, zauważając, że nie do końca zrozumiałam.
- Szybko się o nas dowiedzieli.
- O NAS? Myślałem, że nie chcesz żadnych NAS.- spojrzał na mnie kątem oka.
- Może jeszcze nie jesteśmy parą, ale jacyś MY jesteśmy.- uśmiechnęłam się.- No chyba, że nie chcesz.
- Chcę.- zapewnił gwałtownie, ale zaraz się opanował.- Na razie to mi wystarczy, bo szanuję twoją decyzję, ale kiedyś nie wytrzymam od razu będziesz musiała zostać moją żoną.- zaśmiał się, kładąc rękę na moim kolanie.
Po moim ciele rozlała się fala ciepła. Popatrzyłam na niego, ale on się tylko uśmiechnął, nie spuszczając oczu z jezdni.
- Sprzęgło masz obok.- zauważyłam.
- Wiem.- powiedział tylko, z uśmiechem.
Resztę drogi spędziliśmy w ciszy, ale takiej przyjemnej. Kiedyś byłoby to dla mnie nie do pomyślenia. Nie chodzi mi o randkę z Zeklosem, choć nie powiem, że kiedykolwiek bym się spodziewała takiej sytuacji. Zajęcia polowe, przed którymi tak się broniłam, zbliżyły nas do siebie. Ale mam na myśli tą ciszę. Nienawidzę ciszy. Wolę słyszeć wokół siebie jakieś rozmowy, czy muzykę, bo inaczej zaczynam wsłuchiwać się w ciszę i słyszę różne odgłosy, na siłę wyszukując zagrożenia. Oczywiście jako strażniczka muszę być czujna i ta dalej, ale w bezpiecznej szkole mogę sobie oszczędzić stresu. A teraz cisza mi się podoba. Jest taka spokojna i odprężająca. Mogę w spokoju podziwiać widoki za oknem oraz napawać się towarzystwem Jack'a.
- Hej, księżniczko. Nie śpij, bo cię okradną.- blondyn uśmiechnął się do mnie.
- C-co jest?- zaczęłam się rozglądać dookoła.
Samochód już stał, a chłopak był przy moich drzwiach. Musiałam tak się zamyślić, że nawet nie zauważyłam, kiedy się zatrzymaliśmy.
- Jesteśmy na miejscu.- moroj powstrzymywał się od wybuchnięcia śmiechem.
- Zamyśliłam się.- uśmiechnęłam się przepraszająco.
Zeklos wyciągnął do mnie dłoń, którą chętnie przyjęłam i wysiadłam z pojazdu. Jednak zanim zdążyłam się obejrzeć, zasłonił mi oczy czarną opaską. Lekko się spięłam, ale otuchy dodały mi ciepłe ręce na mojej talii i cichy szept przy uchu.
- Spokojnie, księżniczko. Zaufaj mi, a nic ci nie będzie.
Posłuchałam go i się odprężyłam. Nagle poczułam, że unoszę się do góry. Pisnęłam krótko, ale umilkłam, czując przedramiona pod kolanami i plecami. Zarzuciłam ręce na jego kark. Szkoda, że nic nie widzę.
- Jack. Ja umiem chodzić.- westchnęłam.
- Może, jednak księżniczki są od tego, aby je nosić.
- Ale ja jestem strażniczką. Już prędzej ty mógłbyś być księciem.- dodałam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.
- Mrrr...- zamruczał mi seksownie do ucha, na co przeszedł mnie dreszcz.- Kiedyś zobaczysz jakim jestem królem w łóżku.
- No nie wiem. Mówią, że ja umiem poskromić każdego tygrysa.- szepnęłam mu do ucha, lekko podgryzając jego płatek.
- Nastka.- zganił mnie.- Nie lubię zostawać z problemem, więc jeśli nie przestaniesz, wyrucham cie tu gdzie stoimy.
Jakoś się tego nie wystraszyłam, a jedynie cicho zachichotałam.
- A gdzie stoimy? Albo lepsze pytanie, gdzie idziemy?- spytałam.
- Mówiłem już, że to niespodzianka.
Westchnęłam tylko i czekałam, co dalej. Po kilku minutach znalazłam się na ziemi. Słyszałam dość blisko odgłos spadającej wody i pierwsze świergoty ptaków. Chciałam zdjąć opaskę, ale mój towarzysz mnie uprzedził, łapiąc moje dłonie.
- Co taka niecierpliwa? Daj mi też trochę radochy z robienia ci niespodzianki.- powiedział, całując moje dłonie.
Rozwiązał opaskę, ale nic nawet nie zobaczyłam, bo oczy zasłoniły mi jego dłonie. W duszy westchnęłam z niecierpliwością. Ale starałam się nie okazywać tego. Poczułam jego usta na karku.
- Niespodzianka kotku.- zabrał dłonie, a mi odebrało dech.
- I jak wyglądam?- spytałam po raz któryś, obracając się wokół własnej osi.
- Pięknie.- krzyknęła entuzjastycznie Diana.
- Prześliczne.- westchnął mój brat.- Przestań się tak stresować. Wszystko będzie dobrze. To on ma się bać, że coś tobie się nie spodoba.
- Udana randka zależy też od dziewczyny, gamoniu. Podtrzymanie tematu, współpraca i czy będzie się ładnie wyglądać.- podkreślając ostatnią pozycję wygładzeniem sukienki.
Wolałam nie przeginać na pierwszej randce. Miałam na sobie beżową sukienkę z rękawami trzy czwarte, czarnym paskiem w tali i falbanką poniżej niego. Do tego lekki makijaż, beżowe buty na obcasach. Narzuciła na siebie biały płaszcz i mogłam iść. Pod dormitorium już zobaczyłam Zeklosa przed samochodem. Ale jakim. Piękny, czarne lamborghini ze srebrnymi wstawkami i białym, skórzanym odbiciem. Chłopak miał na sobie pomarańczową koszulę i czarne, przylegające spodnie. Blond włosy ułożył na żel w bardzo seksowny sposób.
- Witaj piękna.- pocałował mnie w policzek, po czym przyjrzał mi się dokładnie.- Widzę, że trafiłem z kolorem.
Uśmiechnął się do mnie, co odwzajemniłam. Następnie zza pleców wyciągnął bukiet pomarańczowych róż. Nie powiem, zaskoczył mnie. Przyjęłam je i powąchałam.
- Dziękuję. Są cudowne, ale co ja teraz z nimi zrobię?- zmartwiłam się.
Nie chciałam, żeby się zniszczyły po drodze. Są takie ładne.
- Spokojne. Możemy wsadzić je do wody w moim pokoju.- zaproponował.
- Okey.
Jak powiedział, tak zrobiliśmy. Włożyłem kwiaty do wazonu, po czym wróciliśmy na dwór.
- Ale gdzie mnie zabierasz?- spytałam niepewnie, wsiadając do samochodu.
- To niespodzianka. Ale spokojnie. Nie zamierzam cię zgwałcić i zakopać w lesie.- uśmiechnął się do mnie szeroko, odpalając wóz.
- Tylko byś spróbował. Najpierw ja bym cię pobiła, a później czekałaby cie konfrontacja z Felixem.
- O matko! Mam już szukać wolnego terminu ma męską rozmowę?
- To nieuniknione.- udałam smutek.
- Twoje współczucie dla mnie jest równie szczere, co w urzędzie, kiedy okazuje się, że brakuje ci jednego, jedynego dokumentu i znowu musisz czekać w tej kilometrowej kolejce.
- Musiałeś wiele razy takie coś widzieć.- zaśmiałam się.
- Brat mamy pracował w urzędzie. Niekiedy brał mnie do pracy, bo rodzice nie mogli i dość często widziałem takie sytuacje.- wzruszył ramionami, wpatrzony w drogę.
Wyjechaliśmy za bramę, a za nami jeszcze jeden samochód, pewnie ze strażnikami.
- Kim są z zawodu twoi rodzice?- przerwałam ciszę.
- Mój ojciec jest księgowym, a mama właścicielką sieci sklepów kosmetycznych Rachelle.
- O! Ja tam kupuję. Mają naprawdę świetne produkty.
- Widzisz? Mogę załatwić ci zniżkę.- puścił mi oczko i znów skupił się na drodze.- Chcieliby cię poznać. Moi rodzice.- dodał, zauważając, że nie do końca zrozumiałam.
- Szybko się o nas dowiedzieli.
- O NAS? Myślałem, że nie chcesz żadnych NAS.- spojrzał na mnie kątem oka.
- Może jeszcze nie jesteśmy parą, ale jacyś MY jesteśmy.- uśmiechnęłam się.- No chyba, że nie chcesz.
- Chcę.- zapewnił gwałtownie, ale zaraz się opanował.- Na razie to mi wystarczy, bo szanuję twoją decyzję, ale kiedyś nie wytrzymam od razu będziesz musiała zostać moją żoną.- zaśmiał się, kładąc rękę na moim kolanie.
Po moim ciele rozlała się fala ciepła. Popatrzyłam na niego, ale on się tylko uśmiechnął, nie spuszczając oczu z jezdni.
- Sprzęgło masz obok.- zauważyłam.
- Wiem.- powiedział tylko, z uśmiechem.
Resztę drogi spędziliśmy w ciszy, ale takiej przyjemnej. Kiedyś byłoby to dla mnie nie do pomyślenia. Nie chodzi mi o randkę z Zeklosem, choć nie powiem, że kiedykolwiek bym się spodziewała takiej sytuacji. Zajęcia polowe, przed którymi tak się broniłam, zbliżyły nas do siebie. Ale mam na myśli tą ciszę. Nienawidzę ciszy. Wolę słyszeć wokół siebie jakieś rozmowy, czy muzykę, bo inaczej zaczynam wsłuchiwać się w ciszę i słyszę różne odgłosy, na siłę wyszukując zagrożenia. Oczywiście jako strażniczka muszę być czujna i ta dalej, ale w bezpiecznej szkole mogę sobie oszczędzić stresu. A teraz cisza mi się podoba. Jest taka spokojna i odprężająca. Mogę w spokoju podziwiać widoki za oknem oraz napawać się towarzystwem Jack'a.
- Hej, księżniczko. Nie śpij, bo cię okradną.- blondyn uśmiechnął się do mnie.
- C-co jest?- zaczęłam się rozglądać dookoła.
Samochód już stał, a chłopak był przy moich drzwiach. Musiałam tak się zamyślić, że nawet nie zauważyłam, kiedy się zatrzymaliśmy.
- Jesteśmy na miejscu.- moroj powstrzymywał się od wybuchnięcia śmiechem.
- Zamyśliłam się.- uśmiechnęłam się przepraszająco.
Zeklos wyciągnął do mnie dłoń, którą chętnie przyjęłam i wysiadłam z pojazdu. Jednak zanim zdążyłam się obejrzeć, zasłonił mi oczy czarną opaską. Lekko się spięłam, ale otuchy dodały mi ciepłe ręce na mojej talii i cichy szept przy uchu.
- Spokojnie, księżniczko. Zaufaj mi, a nic ci nie będzie.
Posłuchałam go i się odprężyłam. Nagle poczułam, że unoszę się do góry. Pisnęłam krótko, ale umilkłam, czując przedramiona pod kolanami i plecami. Zarzuciłam ręce na jego kark. Szkoda, że nic nie widzę.
- Jack. Ja umiem chodzić.- westchnęłam.
- Może, jednak księżniczki są od tego, aby je nosić.
- Ale ja jestem strażniczką. Już prędzej ty mógłbyś być księciem.- dodałam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.
- Mrrr...- zamruczał mi seksownie do ucha, na co przeszedł mnie dreszcz.- Kiedyś zobaczysz jakim jestem królem w łóżku.
- No nie wiem. Mówią, że ja umiem poskromić każdego tygrysa.- szepnęłam mu do ucha, lekko podgryzając jego płatek.
- Nastka.- zganił mnie.- Nie lubię zostawać z problemem, więc jeśli nie przestaniesz, wyrucham cie tu gdzie stoimy.
Jakoś się tego nie wystraszyłam, a jedynie cicho zachichotałam.
- A gdzie stoimy? Albo lepsze pytanie, gdzie idziemy?- spytałam.
- Mówiłem już, że to niespodzianka.
Westchnęłam tylko i czekałam, co dalej. Po kilku minutach znalazłam się na ziemi. Słyszałam dość blisko odgłos spadającej wody i pierwsze świergoty ptaków. Chciałam zdjąć opaskę, ale mój towarzysz mnie uprzedził, łapiąc moje dłonie.
- Co taka niecierpliwa? Daj mi też trochę radochy z robienia ci niespodzianki.- powiedział, całując moje dłonie.
Rozwiązał opaskę, ale nic nawet nie zobaczyłam, bo oczy zasłoniły mi jego dłonie. W duszy westchnęłam z niecierpliwością. Ale starałam się nie okazywać tego. Poczułam jego usta na karku.
- Niespodzianka kotku.- zabrał dłonie, a mi odebrało dech.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
sobota, 11 marca 2017
ROZDZIAŁ 17
- Co ty wyprawiasz?!- wściekła odciągnęłam brata od wystraszonego Zeklosa.
- Co ja wyprawiam?! Co ty robisz?! Gdybym nie ja, pocałowałabyś go. Czy ty to rozumiesz?
- Tak.- nie ugięłam się pod jego spojrzeniem.- A nawet jakbym go pocałowała, to co by było? Może właśnie tego chcę? Nie jestem małą dziewczynką i doskonale wiem, co chcę, a czego nie chcę. Ja nie zakazuję ci się całować, z kim tam chcesz.
- Ale to co innego!
- Dlaczego?- zaplotłam ręce na piersi.
- Wyrzuć go stąd, a porozmawiamy.
Westchnęłam ciężko i spojrzałam przepraszająco na Jack'a. Już się zdążył otrząsnąć.
- Nie. On ma rację Nastka. Nie zasługuję na taką cudowną kobietę jak ty. Życzę Ci, żebyś znalazła kogoś, z kim będziesz szczęśliwa.- pocałował mnie w policzek i wyszedł.
Brunet zatrzasnął za nim głośno drzwi.
- Felix!- spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
- Nie będziesz się z nim spotykać.- rozkazał.
- O nie! Sama decyduję z kim i kiedy będę się spotykać, a ty masz gówno do mówienia.
- Ja chcę tylko twojego dobra. To nie jest chłopak dla ciebie.
- Bo co? Bo ty tak uważasz? Nawet go nie znasz. Słyszałeś co mówił, teraz i wcześniej.
- Skąd wiesz, że mówił szczerze?! Może się założył i robi wszystko, aby cię przelecieć?
- On chce się zmienić...
- I myślisz, że dla ciebie?- prychnął.- Daj spokój.
- Jeszcze dwa dni temu sam chciałeś się zapytać, co on do mnie czuje, a teraz jak powiedział, to mu nie wierzysz!- rzuciłam oskarżycielsko.- A teraz powiem to tylko raz i dobitnie. KOCHAM GO i chcę się z nim spotykać, czy ci się to podoba, czy nie. A dopóki tego nie zaakceptujesz, masz się do mnie nie zbliżać.
Jeszcze nigdy nie byłam tak wściekła na brata. Ale nie żałowałam swoich słów. To prawda, kocham tego słodkiego blondynka z czarującym uśmiechem, przy którym pojawia się słodki dołek po lewej stronie. Skierowałam się do drzwi, ale zatrzymała mnie dłoń dampira.
- Nastka...- popatrzył na mnie jak zbity pies.
- Felix. Kocham cię i naprawdę liczę się z twoim zdaniem. Ale tym razem nie masz racji. Ja go naprawdę kocham i zależy mi na min, więc będę o to uczucie walczyć. A na razie jesteś przeszkodą.
- Dobrze.- mruknął.
- Słucham?- myślałam, że się przesłyszałam.
- Zgadzam się, okey? Ufam ci i nie chcę stać na drodze twojego szczęścia.
Otworzyłam szeroko oczy i rzuciłam się na niego. Ledwo mnie złapał, ale po chwili oboje upadliśmy na podłogę.
- Dziękuję! Dziękuję! Dziękuję! Kocham cię.- zaczęłam obcałowywać jego policzki ze szczęścia.
- Ale jeśli coś ci zrobi i zobaczę chodź jedną łzę, która poleci przez niego...
- Wiem, wiem. Wolałabym wtedy nie być w jego skórze. Ale i tak cię kocham.- zaśmialiśmy się.
Gdy się podnieśliśmy, zabrałam kartki, zginęłam ją i położyłam na biurku.
- Nawet jeśli musiałbym się zmusić, to zawiśnie w domu naszych rodziców.- uśmiechnął się cwanie, kiedy szliśmy do schodów.
- Nie byliśmy tam od urodzenia Diany.- westchnęłam melancholijnie.
- Za dużo wspomnień.- dampir wzruszył ramionami, ale wiedziałam, że również bał się tam wrócić.
Na schodach doszła nas rozmowa dwóch osób.
- Ty jesteś Jack?- spytała nasza młodsza siostra.
- Tak.- usłyszałam głos ukochanego.- A ty?
- Nazywam się Diana Hathaway.- uśmiechnęła się dumnie. Po chwili spojrzała na mnie.- Nastka!
Złapałam ją w locie, ale i tak nie uniknęłam upadku.
- Hej młoda.- uniosłam głowę, patrząc w jej jasno brązowe oczy.- Aż tak się stęskniłaś?
- Tak. A wiesz co?
- Co?- spytałam, podnosząc się i siadając na sofie, obok Jack'a.
- Dzwonił dziadek Abe i przywiezie nam dzisiaj Wisel.
Wisel jest to córka Bianki. Ta niestety zmarła, jak mieliśmy z bratem dwanaście lat. To był straszny czas. Tak samo śmierć Gwiazdki, rok temu. Ona na szczęście też zostawiła nam swojego potomka, Moona. Oboje z bratem uwielbiamy na nim jeździć i uczymy tego naszą siostrę.
- To super. Już się za nią stęskniłam.
- Ale bardzo też tęsknię za Bianką.- dziewczynka posmutniała.
Wzięłam ją na kolana i przytuliłam mocno.
- Wiem, była bardzo wierna i radosna. Ale pomysł, że teraz jest szczęśliwa w niebie, biegając sobie z innymi pieskami.
- Masz rację. A kiedy pójdziemy na konie?- od razu się uśmiechnęła.
To dziecko tryska ciągle radością. No ja nie wiem, czy jest coś, co by umiało wpędzić ją w dołek.
- Jak ciocia Lissa zaprosi nas na dwór. Przecież wiesz.- obok mnie usiadł brat, przejmując ode mnie siostrę.- A teraz chodź, bo oni chyba muszą pogadać.
- Przecież gadamy?- mała zmarszczyła brwi.
- Chodź słoneczko.
Razem poszli na górę, a my siedzieliśmy, nie patrząc na siebie. Nie lubię takiej ciszy, a zwłaszcza między nami. To już drugi raz dzisiaj.
- Nastka.
- Jack.- powiedziałam równo z nim.
Spojrzeliśmy na siebie, ale po chwili odwróciliśmy wzrok.
- Ja tak nie mogę.- wstałam przerywając kolejne minuty ciszy.
Spojrzał na mnie zaskoczony. Spuścił głowę jakby o czymś myślał, następnie sam się podniósł, patrząc mi hardo w oczy.
- Za godzinę masz być przegrana i gdzieś cię zabiorę.- powiedział głosem nie znoszącym sprzeciwu.
- To najpierw cię odprowadzę, a później po ciebie przyjdę gotowa.
- No dobra.
Uśmiechnęliśmy się do siebie szeroko i wyszliśmy z domu. Szliśmy placem głównym i spotkaliśmy Felicję z Tomasem.
- I jak?- spytałam.- Dzwoniłeś?
- Tak.- moroj przeczesał dłonią brązowe włosy.- Powiedzieli, że przyjadą za trzy dni i mam złe przeczucie.
- Wszystko będzie dobrze.- poklepałam go po ramieniu.
Nagle za nimi zauważyłam ciemny kształt w krzakach. Spięłam się, ale czekałam na rozwój wydarzeń. Jednak nic się nie wydarzyło i po pożegnaniu przyjaciół ruszyliśmy do dormitorium. Nagle się na mnie rzucił strażnik. Śledził nas. Szybko odparłam atak i sama zdałam cios. Wymienialiśmy się ciosami dobre dwadzieścia minut, póki nie powaliłam przeciwnika. Wbiłam sztylet.
- No nieźle, słoneczko.- zamaskowany mściciel zdjął kominiarkę.
- Wujek?!- zdziwiłam się.
- No wiesz, ja również pracuję w tej szkole.- uśmiechnął się i zapisał coś w notatniku.- Zajrzałem na tablicę i na razie masz trzecie miejsce, na równi z Oliwią, zaraz po Felixie i Alice.
- Brawo.- usłyszałam za sobą Zeklosa.
- A jeszcze takie pytanie. Gdzie to się było w czasie lekcji?- Pawka spojrzał na nas uważnie.
- Miał kaca, więc nie poszedł.- wzruszyłam ramionami.
- Sama mnie nie obudziła, a później uznała, że nie opłaca mi się iść na lekcje.- naskarżył moroj.
Dampir spojrzał na mnie ganiąco.
- Ja tylko robię za jego cień.- dalej udawałam, że co złego to nie ja.
-Oj Nastka, Nastka.- pokręcił zrezygnowany głową.- Dobra, młodzieży, już wam nie przeszkadzam. Pa.
- Pa.
- Do widzenia strażniku.
- Oby nie przed weekendem.- zaśmiałam się.
- Co ja wyprawiam?! Co ty robisz?! Gdybym nie ja, pocałowałabyś go. Czy ty to rozumiesz?
- Tak.- nie ugięłam się pod jego spojrzeniem.- A nawet jakbym go pocałowała, to co by było? Może właśnie tego chcę? Nie jestem małą dziewczynką i doskonale wiem, co chcę, a czego nie chcę. Ja nie zakazuję ci się całować, z kim tam chcesz.
- Ale to co innego!
- Dlaczego?- zaplotłam ręce na piersi.
- Wyrzuć go stąd, a porozmawiamy.
Westchnęłam ciężko i spojrzałam przepraszająco na Jack'a. Już się zdążył otrząsnąć.
- Nie. On ma rację Nastka. Nie zasługuję na taką cudowną kobietę jak ty. Życzę Ci, żebyś znalazła kogoś, z kim będziesz szczęśliwa.- pocałował mnie w policzek i wyszedł.
Brunet zatrzasnął za nim głośno drzwi.
- Felix!- spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
- Nie będziesz się z nim spotykać.- rozkazał.
- O nie! Sama decyduję z kim i kiedy będę się spotykać, a ty masz gówno do mówienia.
- Ja chcę tylko twojego dobra. To nie jest chłopak dla ciebie.
- Bo co? Bo ty tak uważasz? Nawet go nie znasz. Słyszałeś co mówił, teraz i wcześniej.
- Skąd wiesz, że mówił szczerze?! Może się założył i robi wszystko, aby cię przelecieć?
- On chce się zmienić...
- I myślisz, że dla ciebie?- prychnął.- Daj spokój.
- Jeszcze dwa dni temu sam chciałeś się zapytać, co on do mnie czuje, a teraz jak powiedział, to mu nie wierzysz!- rzuciłam oskarżycielsko.- A teraz powiem to tylko raz i dobitnie. KOCHAM GO i chcę się z nim spotykać, czy ci się to podoba, czy nie. A dopóki tego nie zaakceptujesz, masz się do mnie nie zbliżać.
Jeszcze nigdy nie byłam tak wściekła na brata. Ale nie żałowałam swoich słów. To prawda, kocham tego słodkiego blondynka z czarującym uśmiechem, przy którym pojawia się słodki dołek po lewej stronie. Skierowałam się do drzwi, ale zatrzymała mnie dłoń dampira.
- Nastka...- popatrzył na mnie jak zbity pies.
- Felix. Kocham cię i naprawdę liczę się z twoim zdaniem. Ale tym razem nie masz racji. Ja go naprawdę kocham i zależy mi na min, więc będę o to uczucie walczyć. A na razie jesteś przeszkodą.
- Dobrze.- mruknął.
- Słucham?- myślałam, że się przesłyszałam.
- Zgadzam się, okey? Ufam ci i nie chcę stać na drodze twojego szczęścia.
Otworzyłam szeroko oczy i rzuciłam się na niego. Ledwo mnie złapał, ale po chwili oboje upadliśmy na podłogę.
- Dziękuję! Dziękuję! Dziękuję! Kocham cię.- zaczęłam obcałowywać jego policzki ze szczęścia.
- Ale jeśli coś ci zrobi i zobaczę chodź jedną łzę, która poleci przez niego...
- Wiem, wiem. Wolałabym wtedy nie być w jego skórze. Ale i tak cię kocham.- zaśmialiśmy się.
Gdy się podnieśliśmy, zabrałam kartki, zginęłam ją i położyłam na biurku.
- Nawet jeśli musiałbym się zmusić, to zawiśnie w domu naszych rodziców.- uśmiechnął się cwanie, kiedy szliśmy do schodów.
- Nie byliśmy tam od urodzenia Diany.- westchnęłam melancholijnie.
- Za dużo wspomnień.- dampir wzruszył ramionami, ale wiedziałam, że również bał się tam wrócić.
Na schodach doszła nas rozmowa dwóch osób.
- Ty jesteś Jack?- spytała nasza młodsza siostra.
- Tak.- usłyszałam głos ukochanego.- A ty?
- Nazywam się Diana Hathaway.- uśmiechnęła się dumnie. Po chwili spojrzała na mnie.- Nastka!
Złapałam ją w locie, ale i tak nie uniknęłam upadku.
- Hej młoda.- uniosłam głowę, patrząc w jej jasno brązowe oczy.- Aż tak się stęskniłaś?
- Tak. A wiesz co?
- Co?- spytałam, podnosząc się i siadając na sofie, obok Jack'a.
- Dzwonił dziadek Abe i przywiezie nam dzisiaj Wisel.
Wisel jest to córka Bianki. Ta niestety zmarła, jak mieliśmy z bratem dwanaście lat. To był straszny czas. Tak samo śmierć Gwiazdki, rok temu. Ona na szczęście też zostawiła nam swojego potomka, Moona. Oboje z bratem uwielbiamy na nim jeździć i uczymy tego naszą siostrę.
- To super. Już się za nią stęskniłam.
- Ale bardzo też tęsknię za Bianką.- dziewczynka posmutniała.
Wzięłam ją na kolana i przytuliłam mocno.
- Wiem, była bardzo wierna i radosna. Ale pomysł, że teraz jest szczęśliwa w niebie, biegając sobie z innymi pieskami.
- Masz rację. A kiedy pójdziemy na konie?- od razu się uśmiechnęła.
To dziecko tryska ciągle radością. No ja nie wiem, czy jest coś, co by umiało wpędzić ją w dołek.
- Jak ciocia Lissa zaprosi nas na dwór. Przecież wiesz.- obok mnie usiadł brat, przejmując ode mnie siostrę.- A teraz chodź, bo oni chyba muszą pogadać.
- Przecież gadamy?- mała zmarszczyła brwi.
- Chodź słoneczko.
Razem poszli na górę, a my siedzieliśmy, nie patrząc na siebie. Nie lubię takiej ciszy, a zwłaszcza między nami. To już drugi raz dzisiaj.
- Nastka.
- Jack.- powiedziałam równo z nim.
Spojrzeliśmy na siebie, ale po chwili odwróciliśmy wzrok.
- Ja tak nie mogę.- wstałam przerywając kolejne minuty ciszy.
Spojrzał na mnie zaskoczony. Spuścił głowę jakby o czymś myślał, następnie sam się podniósł, patrząc mi hardo w oczy.
- Za godzinę masz być przegrana i gdzieś cię zabiorę.- powiedział głosem nie znoszącym sprzeciwu.
- To najpierw cię odprowadzę, a później po ciebie przyjdę gotowa.
- No dobra.
Uśmiechnęliśmy się do siebie szeroko i wyszliśmy z domu. Szliśmy placem głównym i spotkaliśmy Felicję z Tomasem.
- I jak?- spytałam.- Dzwoniłeś?
- Tak.- moroj przeczesał dłonią brązowe włosy.- Powiedzieli, że przyjadą za trzy dni i mam złe przeczucie.
- Wszystko będzie dobrze.- poklepałam go po ramieniu.
Nagle za nimi zauważyłam ciemny kształt w krzakach. Spięłam się, ale czekałam na rozwój wydarzeń. Jednak nic się nie wydarzyło i po pożegnaniu przyjaciół ruszyliśmy do dormitorium. Nagle się na mnie rzucił strażnik. Śledził nas. Szybko odparłam atak i sama zdałam cios. Wymienialiśmy się ciosami dobre dwadzieścia minut, póki nie powaliłam przeciwnika. Wbiłam sztylet.
- No nieźle, słoneczko.- zamaskowany mściciel zdjął kominiarkę.
- Wujek?!- zdziwiłam się.
- No wiesz, ja również pracuję w tej szkole.- uśmiechnął się i zapisał coś w notatniku.- Zajrzałem na tablicę i na razie masz trzecie miejsce, na równi z Oliwią, zaraz po Felixie i Alice.
- Brawo.- usłyszałam za sobą Zeklosa.
- A jeszcze takie pytanie. Gdzie to się było w czasie lekcji?- Pawka spojrzał na nas uważnie.
- Miał kaca, więc nie poszedł.- wzruszyłam ramionami.
- Sama mnie nie obudziła, a później uznała, że nie opłaca mi się iść na lekcje.- naskarżył moroj.
Dampir spojrzał na mnie ganiąco.
- Ja tylko robię za jego cień.- dalej udawałam, że co złego to nie ja.
-Oj Nastka, Nastka.- pokręcił zrezygnowany głową.- Dobra, młodzieży, już wam nie przeszkadzam. Pa.
- Pa.
- Do widzenia strażniku.
- Oby nie przed weekendem.- zaśmiałam się.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
piątek, 10 marca 2017
ROZDZIAŁ 16
Z dedykacją dla G&G oraz Anity, które jako jedyne interesują dalsze losy Nastki, Felixa i reszty gromady i za zrozumienie. Oraz mam do Anity pytanko. Kiedy kolejny rozdział?( Tak, ja wciąż czekam 😁)
___________________________________________________________
Moroj zaczął rozglądać się po moim pokoju, podczas gdy ja wyciągałam wielką kartkę. Niestety na niej były inne rysunki i pospadały mi na głowę. Zaczęłam je zbierać, a chłopak szybko ukląkł i mi pomógł.
- Ty to rysowałaś?- otworzył szeroko oczy, przeglądając kartki.
- A takie tam bazgroły na zabicie czasu.- wyrwałam mu to i chciałam wrzuciłem na szafę.
- Żartujesz sobie.- zabrał mi je.- To jest wspaniałe. Takie szczegółowe.... Widzę, że lubisz wilki.
- Wilkołaki.- poprawiłam go.- Uwielbiam ogólnie książki fantasy. Rysuję smoki, gryfy, właśnie wilkołaki i różne inne.
- No no. Trzeba by to pokazać Colins. Idealnie wyglądałyby na wystawie.
- Nie.- zaprotestowałam i zabrałam mu rysunki, po czym zaczęłam skakać, aby odłożyć je na szafę.- Nie będą na żadnej wystawie.
- Ale zrozum.- blondyn wziął je i sam tam włożył.- One są za piękne, aby chować je na zakurzonej szafie. Jakbyś chociaż połowę powiesiła w pokoju, żeby samej sobie cieszyć oczy.
- Nie i koniec tematu. Mieliśmy robić drzewo genealogiczne.
Jack westchnął, ale kucnął i przytrzymał kartkę ręką.
- Od strony taty znam prababcie. To znaczy z opowiadań, bo zmarła nie wiele po naszych narodzinach. Miała męża, Rafaela. Później jest babcia Olena i dziadek Iwan.
- Czemu między nimi są kropki?- spytał mój towarzysz, wskazując przerywaną linię.
- Bo jest jej mężem, ale ojczymem mojego taty. Mój prawdziwy dziadek to Randall Iwaszkow. Ale krzywdził ich i nawet przyczepił się do naszej mamy. Tato go nienawidził.
- Czekaj. Czyli, że w pewnym stopniu jesteś spokrewniona z Ashem?- dotarło do niego.
- Jest moim kuzynem. A raczej synem kuzyna taty. Tu jest dziadek i babcia Iwaszkowa, tu jego rodzice, a tutaj on z siostrą.
- On ma siostrę?- zdziwił się.
- Od dawna wiadomo, że mamy deficyt w dampirach.- wzruszyła ramionami.- Wracając do taty. Ma trzy siostry, jedną starszą. Karolina, Sonia i Wiktoria. I ciocia Karolina ma syna, Pawkę i córkę Zoję. Za to ciocia Sonia ma syna Łukę. Męża najstarszej z sióstr jest Konrad, a Wiktorii- Mikołaj.
- Czekaj. Pawka jest twoim kuzynem.- próbował wszystko poskładać do kupy.- To czemu mówicie na niego wujek?
- Bo ożenił się z naszą ciocią i tak zostało.
- Ciocią?
- Spokojnie, powoli. Skończyliśmy tatę, teraz mama. Tu będzie też ciekawie.- uśmiechając się, przeszłam na drugą stronę kartki.- Znam moją praprababcię. Zmarła z osiem lat temu, więc dobrze się trzymała. Później jest prababcia no i dziadek Abe.
- A co z pradziadkiem i prapradziadkiem?- spytał Zeklos.
- Nie żyją, nie znałam ich, ani mama. To cud, że poznała w ogóle ojca.
- Czemu?
- Zazwyczaj dampiry dzielą się na dwie grupy. Z komuny, jak mój tata i miał świetne życie w shanbionej rodzinie. A moja mama reprezentuje dzieci sławnych strażniczek, dla których służba jest ważniejsza od dzieci. Matkę widziała raz na kilka lat i nic o nirej nie wiedziała. Gdyby nie ciocia Lissa, nie miałaby nikogo. Ale wracając...
- Nie wiedziałem. To dampiry mają chujowe życie.
- No dzięki.- prychnęłam.- Ale masz rację. Nasze życie nie jest bajką. Nasze pokolenie ma już lepiej, dzięki cioci. Dekret o związkach dampirów, domy adopcyjne i takie tam.
- To prawda. Lepszej królowej nie było od lat.
- No dobra. Ale mieliśmy coś robić. Od strony dziadka Abe'a, jego pięć braci, każdy ma żonę i z dwójkę dzieci. Babcia Janine ma dwie siostry. Później jest moja mama i jej trójka rodzeństwa. Ciocia Lili, żona Pawki, Wiktor i Amelia.
Później jesteśmy my. Ja, Felix i Diana. Felix jest z Alice i pewnie będą mieli jakieś dzieci. Musze zostać ciocią.
- Ale przecież oboje są dampirami.- blondyn zmarszczył czoło.
- Tak samo jak nasi rodzice. Dzięki Lunie oni mogli mieć ze sobą dzieci i my możemy z innymi dampirami.
- A jakbyś chciała nazwać swoje dzieci?- spytał, siadając obok i obejmując mnie ramieniem, po czym zabierając mi ołówek.
- Nie wiem. Nie myślałam nigdy o sobie, jak o matce.- spięłam lekko mięśnie , gdy znalazł się za blisko.
- Ja myślę, że byłabyś świetną mamą. Wyobraź sobie. Najpierw radość z noszenia tej małej istoty tutaj.- położył rękę na moim brzuchu, a mnie przeszedł dreszcz. Zaczęłam się rozluźniać.- Dbałbym o ciebie, rozpieszczał, robił wszystko, o co tylko poprosisz. A później trzymałbym cię za rękę, kiedy rodziłabyś nasze dzieci. Następnie wspólne, rodzinne spacery z wózkiem, pierwsze kroki. Pierwsze słowo "mama".- mówił coraz ciszej, co było podniecające.
Tak się rozmarzyłam, że nie zauważyłam, jak niebezpiecznie blisko jego usta znają się mojej twarzy.
- Nastka.- jego głos wyrwał mnie z tego dziwnego transu.
Spojrzałam na niego, a nasze usta dzieliło jedynie kilka centymetrów. Serce zabiło mi szybciej, ale nie ze strachu, bo w brzuchu mnie coś skisnęło. Czyżby to były te motylki? Czy ja się w nim naprawdę zakochałam? Tyle razy się całowałam, ale nigdy nie czułam tego co teraz.
- Ja... nie wiem co do ciebie czuję, ale nie chcę być tylko twoim przyjacielem.- szepnął mi w usta.
Mówił niepewnie, ale szczerze, patrząc mi prosto w oczy. Byłam pewna, że jestem pierwszą osobą, która mogła usłyszeć coś takiego z jego ust.
- Ja też nie.- powiedziałam szczerze.
Popatrzył na mnie zdziwiony. Po chwili spuścił wzrok na moje usta, a ja automatycznie ją przygryzłam. W jego oczach widziałam głód, ale się powstrzymywał. Na pewno jestem pierwsza, na którą się nie rzucił. Nie zgrywa też tak pewnego siebie. Wciągnęłam powietrze, gdy zmniejszył naszą odległość. Czułam intensywny zapach jego męskich perfum, których tak mało używa.
- Proszę, nie rób tak księżniczko, bo się na ciebie rzucę.
- A jeśli tego chcę?- uśmiechnęłam się kusząco, również się do niego przybliżając.
Przez chwilę był w szoku. Próbował przyswoić sobie moje słowa, szukając u mnie jakiejkolwiek oznaki kłamstwa czy żartu. Ale nie znalazł, bo mówiłam to całkiem szczerze. Jak wszystko od godziny. Jeszcze nigdy niczego nie pragnęłam tak bardzo. No oprócz tego, aby mama żyła i wrócił tato. Chłopak jeszcze bardziej się do mnie przysunął, kładąc swoją ciepłą dłoń na moim policzku. Zamknęłam oczy i tylko czekałam aż nasze wargi się złączą. Niecierpliwiłam się z każdą sekundą, która trwała dla mnie całą wieczność. Czułam na wargach jego ciepły oddech, a moje serce biło jak szalone. Musnął lekko moje usta i nagle usłyszałam trzask drzwi i wielką pustkę. Nie tylko na policzku, gdzie znajdowała się jeszcze przed chwilą dłoń moroja, ale również w sercu. Otworzyłam gwałtownie oczy i się przeraziłam. Zobaczyłam Felixa trzymające Jack'a za koszulę i wbijającego w niego mordercze spojrzenie. Ja go kiedyś zabiję.
___________________________________________________________
Jutro dodam z rozdziałem drzewo genealogiczne, żeby łatwiej było wam się w tym wszystkim zorientować. Choć pewnie wam to jeszcze bardziej skomplikuje. 😂😂😂😘😉😍
___________________________________________________________
Moroj zaczął rozglądać się po moim pokoju, podczas gdy ja wyciągałam wielką kartkę. Niestety na niej były inne rysunki i pospadały mi na głowę. Zaczęłam je zbierać, a chłopak szybko ukląkł i mi pomógł.
- Ty to rysowałaś?- otworzył szeroko oczy, przeglądając kartki.
- A takie tam bazgroły na zabicie czasu.- wyrwałam mu to i chciałam wrzuciłem na szafę.
- Żartujesz sobie.- zabrał mi je.- To jest wspaniałe. Takie szczegółowe.... Widzę, że lubisz wilki.
- Wilkołaki.- poprawiłam go.- Uwielbiam ogólnie książki fantasy. Rysuję smoki, gryfy, właśnie wilkołaki i różne inne.
- No no. Trzeba by to pokazać Colins. Idealnie wyglądałyby na wystawie.
- Nie.- zaprotestowałam i zabrałam mu rysunki, po czym zaczęłam skakać, aby odłożyć je na szafę.- Nie będą na żadnej wystawie.
- Ale zrozum.- blondyn wziął je i sam tam włożył.- One są za piękne, aby chować je na zakurzonej szafie. Jakbyś chociaż połowę powiesiła w pokoju, żeby samej sobie cieszyć oczy.
- Nie i koniec tematu. Mieliśmy robić drzewo genealogiczne.
Jack westchnął, ale kucnął i przytrzymał kartkę ręką.
- Od strony taty znam prababcie. To znaczy z opowiadań, bo zmarła nie wiele po naszych narodzinach. Miała męża, Rafaela. Później jest babcia Olena i dziadek Iwan.
- Czemu między nimi są kropki?- spytał mój towarzysz, wskazując przerywaną linię.
- Bo jest jej mężem, ale ojczymem mojego taty. Mój prawdziwy dziadek to Randall Iwaszkow. Ale krzywdził ich i nawet przyczepił się do naszej mamy. Tato go nienawidził.
- Czekaj. Czyli, że w pewnym stopniu jesteś spokrewniona z Ashem?- dotarło do niego.
- Jest moim kuzynem. A raczej synem kuzyna taty. Tu jest dziadek i babcia Iwaszkowa, tu jego rodzice, a tutaj on z siostrą.
- On ma siostrę?- zdziwił się.
- Od dawna wiadomo, że mamy deficyt w dampirach.- wzruszyła ramionami.- Wracając do taty. Ma trzy siostry, jedną starszą. Karolina, Sonia i Wiktoria. I ciocia Karolina ma syna, Pawkę i córkę Zoję. Za to ciocia Sonia ma syna Łukę. Męża najstarszej z sióstr jest Konrad, a Wiktorii- Mikołaj.
- Czekaj. Pawka jest twoim kuzynem.- próbował wszystko poskładać do kupy.- To czemu mówicie na niego wujek?
- Bo ożenił się z naszą ciocią i tak zostało.
- Ciocią?
- Spokojnie, powoli. Skończyliśmy tatę, teraz mama. Tu będzie też ciekawie.- uśmiechając się, przeszłam na drugą stronę kartki.- Znam moją praprababcię. Zmarła z osiem lat temu, więc dobrze się trzymała. Później jest prababcia no i dziadek Abe.
- A co z pradziadkiem i prapradziadkiem?- spytał Zeklos.
- Nie żyją, nie znałam ich, ani mama. To cud, że poznała w ogóle ojca.
- Czemu?
- Zazwyczaj dampiry dzielą się na dwie grupy. Z komuny, jak mój tata i miał świetne życie w shanbionej rodzinie. A moja mama reprezentuje dzieci sławnych strażniczek, dla których służba jest ważniejsza od dzieci. Matkę widziała raz na kilka lat i nic o nirej nie wiedziała. Gdyby nie ciocia Lissa, nie miałaby nikogo. Ale wracając...
- Nie wiedziałem. To dampiry mają chujowe życie.
- No dzięki.- prychnęłam.- Ale masz rację. Nasze życie nie jest bajką. Nasze pokolenie ma już lepiej, dzięki cioci. Dekret o związkach dampirów, domy adopcyjne i takie tam.
- To prawda. Lepszej królowej nie było od lat.
- No dobra. Ale mieliśmy coś robić. Od strony dziadka Abe'a, jego pięć braci, każdy ma żonę i z dwójkę dzieci. Babcia Janine ma dwie siostry. Później jest moja mama i jej trójka rodzeństwa. Ciocia Lili, żona Pawki, Wiktor i Amelia.
Później jesteśmy my. Ja, Felix i Diana. Felix jest z Alice i pewnie będą mieli jakieś dzieci. Musze zostać ciocią.
- Ale przecież oboje są dampirami.- blondyn zmarszczył czoło.
- Tak samo jak nasi rodzice. Dzięki Lunie oni mogli mieć ze sobą dzieci i my możemy z innymi dampirami.
- A jakbyś chciała nazwać swoje dzieci?- spytał, siadając obok i obejmując mnie ramieniem, po czym zabierając mi ołówek.
- Nie wiem. Nie myślałam nigdy o sobie, jak o matce.- spięłam lekko mięśnie , gdy znalazł się za blisko.
- Ja myślę, że byłabyś świetną mamą. Wyobraź sobie. Najpierw radość z noszenia tej małej istoty tutaj.- położył rękę na moim brzuchu, a mnie przeszedł dreszcz. Zaczęłam się rozluźniać.- Dbałbym o ciebie, rozpieszczał, robił wszystko, o co tylko poprosisz. A później trzymałbym cię za rękę, kiedy rodziłabyś nasze dzieci. Następnie wspólne, rodzinne spacery z wózkiem, pierwsze kroki. Pierwsze słowo "mama".- mówił coraz ciszej, co było podniecające.
Tak się rozmarzyłam, że nie zauważyłam, jak niebezpiecznie blisko jego usta znają się mojej twarzy.
- Nastka.- jego głos wyrwał mnie z tego dziwnego transu.
Spojrzałam na niego, a nasze usta dzieliło jedynie kilka centymetrów. Serce zabiło mi szybciej, ale nie ze strachu, bo w brzuchu mnie coś skisnęło. Czyżby to były te motylki? Czy ja się w nim naprawdę zakochałam? Tyle razy się całowałam, ale nigdy nie czułam tego co teraz.
- Ja... nie wiem co do ciebie czuję, ale nie chcę być tylko twoim przyjacielem.- szepnął mi w usta.
Mówił niepewnie, ale szczerze, patrząc mi prosto w oczy. Byłam pewna, że jestem pierwszą osobą, która mogła usłyszeć coś takiego z jego ust.
- Ja też nie.- powiedziałam szczerze.
Popatrzył na mnie zdziwiony. Po chwili spuścił wzrok na moje usta, a ja automatycznie ją przygryzłam. W jego oczach widziałam głód, ale się powstrzymywał. Na pewno jestem pierwsza, na którą się nie rzucił. Nie zgrywa też tak pewnego siebie. Wciągnęłam powietrze, gdy zmniejszył naszą odległość. Czułam intensywny zapach jego męskich perfum, których tak mało używa.
- Proszę, nie rób tak księżniczko, bo się na ciebie rzucę.
- A jeśli tego chcę?- uśmiechnęłam się kusząco, również się do niego przybliżając.
Przez chwilę był w szoku. Próbował przyswoić sobie moje słowa, szukając u mnie jakiejkolwiek oznaki kłamstwa czy żartu. Ale nie znalazł, bo mówiłam to całkiem szczerze. Jak wszystko od godziny. Jeszcze nigdy niczego nie pragnęłam tak bardzo. No oprócz tego, aby mama żyła i wrócił tato. Chłopak jeszcze bardziej się do mnie przysunął, kładąc swoją ciepłą dłoń na moim policzku. Zamknęłam oczy i tylko czekałam aż nasze wargi się złączą. Niecierpliwiłam się z każdą sekundą, która trwała dla mnie całą wieczność. Czułam na wargach jego ciepły oddech, a moje serce biło jak szalone. Musnął lekko moje usta i nagle usłyszałam trzask drzwi i wielką pustkę. Nie tylko na policzku, gdzie znajdowała się jeszcze przed chwilą dłoń moroja, ale również w sercu. Otworzyłam gwałtownie oczy i się przeraziłam. Zobaczyłam Felixa trzymające Jack'a za koszulę i wbijającego w niego mordercze spojrzenie. Ja go kiedyś zabiję.
___________________________________________________________
Jutro dodam z rozdziałem drzewo genealogiczne, żeby łatwiej było wam się w tym wszystkim zorientować. Choć pewnie wam to jeszcze bardziej skomplikuje. 😂😂😂😘😉😍
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
czwartek, 9 marca 2017
ROZDZIAŁ 15
Siedzieliśmy w ciszy już dobre parę minut, wpatrując się tylko w siebie. Oboje chcieliśmy przerwać ciszę, ale chyba nie wiedzieliśmy jak.
- Co chciała od ciebie Karp?- w końcu odezwał się blondyn.
- Dostałam tatuaż.- odpowiedziałam krótko.
- Gratulu...
- Nie ma czego. Śmierć nie jest powodem do dumy.- przerwałam mu.
Zamilkł. Znowu ta niezręczna cisza.
- Nastka.- spojrzałam na niego.- To co mówiłem... nie wierzę, że nie mogłem... ja nie chciałem...
Domyśliłam się, co chce powiedzieć, a nie chciałam by się dłużej męczył.
- Okey. Rozumiem.- zachowałam obojętność, choć w środku było mi smutno.- Zapomnę o tym, tak jak ty to zrobiłeś.
- Nie o to mi chodziło.- powiedział, a ja spojrzałam na niego.- Po prostu nie wierzę, że jestem takim tchórzem. Musiałem być pijany, żeby to powiedzieć. Ja... naprawdę chcę się zmienić. To co mówiłaś przedwczoraj... nie miałem pojęcia, że robię tak straszne rzeczy. Wymagamy, żebyście nas chronili przed strzygami, podczas gdy to ja jestem potworem.- spuścił wzrok.
Podeszłam i usiadłam na łóżku, obok moroja.
- Nie jesteś potworem. Po prostu gdzieś się zgubiłeś.- pocieszyłam go.
- Wierzysz w to?- spytał z rezygnacją.
- Tak. I pomogę Ci, jeśli tylko sam będziesz chciał się zmienić.
- Chcę. Bardzo chcę.- zapewnił, patrząc na mnie wzrokiem pełnym nadziei.
- I dobrze. To co? Przyjaciele?- wyciągnęłam do niego dłoń.
- Wolałbym być dla ciebie kimś więcej.- powiedział z nieśmiałym uśmiechem, po czym spojrzał mi prosto w oczy.- To co mówiłem wczoraj było prawdą. Podobasz mi się, księżniczko.
W jego oczach widziałam szczerość. Ale czy te oczy mogą kłamać?
- Ty mi też.- powiedziałam pewnie, bo nie lubiłam niedomówień.- Ale jeszcze nie teraz. Najpierw przyjaciele.
Czytałam zbyt wiele romansów, aby wierzyć w to co się dzieje. W żadnym akcja nie toczyła się tak szybko. Dla mnie za szybko, a to się może źle skończyć. Najbardziej trwałe związki tworzą się z cierpliwości, wytrwałości i bez pośpiechu.
- Dobrze.- ścisnął moją wciąż wyciągniętą dłoń.- Poczekam.
Siedzieliśmy tak wpatrując się w siebie. Jednak ta cisza nadal była lekko nieswoja.
- Może się przejdziemy?- zaproponował w końcu chłopak.
- Jasne.- wzruszyłam ramionami i podeszłam do drzwi.
Wyszliśmy i zaczęliśmy chodzić po terenie akademii.
- Opowiedz mi coś o sobie?- przerwałam ciszę.
- Jestem członkiem rodziny królewskiej, ktoś by mnie nazwał rozpieszczonym bachorem i zawsze mam wszystko co chcę.- zaśmialiśmy się.- A po za tym mam młodszą siostrę.
- Naprawdę?!-zdziwiłam się.- Ile ma lat?
- Pięć.
Czułam, że oczy zaczynają mi błyszczeć. Uwielbiam małe dzieci, a zwłaszcza pięcioletnie. To najlepszy wiek. Są mądre, zabójczo szczere, a jednocześnie niewinne. Pamiętam jak Diana miała pięć lat i zaczęła przy pewnym obiedzie pytając dziadka Abe'a, czy z babcią muszą się tak tłuc i krzyczeć w nocy. A najlepsze było, gdy wypytywała ich, czemu babcia krzyczy, że ma szybciej, a mama jak nocując u nas goście, to tak nie hałasuje. Ona oczywiście pękała ze śmiechu, patrząc na nieudolne próby tłumaczenia się jej całej czerwonej matki. Niestety od odpowiedzi uchronił ją płacz naszej cioci, Amelii. Jest to najmłodsza siostra naszej mamy i ma teraz osiem lat. Ma jeszcze brata, Wiktora, trzy lata młodszego ode mnie i mojego brata. Opowiadałam to wszystko Jack'owi.
- O matko. Musisz mi chyba narysować jakieś drzewo genealogiczne swojej rodziny.
- No trochę tego jest. Ale to nie zły pomysł.
- Może teraz to zrobimy?- zaproponował.- Od razu pokazałabyś mi swój pokój.- poruszył zabawnie brwiami.
Zaśmiałam się i pociągnęłam go do naszego domu. Przez cały czas opowiadaliśmy sobie śmieszne historie z dzieciństwa, co chwilę wybuchając śmiechem. Gdy byliśmy w środku, Zeklos zaczął rozglądać się dookoła.
- Przytulnie tu.- zauważył.
- Ciocia Lili się wykazała.- powiedziałam, wchodząc do kuchni.- Chcesz coś do picia?
- Zaskocz mnie.- odkrzyknął.
Sam się o to prosił. Ale nie będę wredna. Zrobię mu ulubiony napój rodziców. Czekoladę. Wróciłam do blondyna i dałam mu jeden kubek.
- Pyszne.- zachwycał się, gdy wchodziliśmy po schodach.
- Dzięki. Z receptury mojego ta...- zawahałam się wchodząc na korytarz.
Nagle zatrzymałam się, widząc dwoje dampirów przed moim pokojem. Rozpoznałam w nich Kendall i Kevina- strażników Tomasa oraz Felicja. Mój towarzysz też był zdziwiony. Dałam mu swój kubek i wparowałam do pokoju. To co tam zobaczyłam... Byłam w szoku. Oboje siedzieli na moim łóżku, przytuleni do siebie i tak zajęci zjadaniem sobie nawzajem twarzy, że nawet mnie nie zauważyli.
- Co tu się wyprawia?!- krzyknęłam, na co odskoczyli od siebie jak oparzeni.
- Na-Nadtka? A-ale... C-co ty tu-tutaj ro-robisz?- jąkała się morojka.
- Mieszkam chyba. A wy?- spytała wciąż w szoku.
- To nie tak, jak wygląda...- zaczął jej kuzyn.
- Tak? To powiem, jak mi to wygląda. Albo robicie za przyjaciół z korzyściami, albo naprawdę się kochacie.- patrzyłam na nich wyczekująco.
- To drugie.- mruknęli oboje spuszczając głowy.
Na mojej twarzy pojawił się uśmiech i przytuliłam ich.
- Jestem taka szczęśliwa!- krzyknęłam, prawie dusząc parę.
- Ale przecież my nie możemy.- ich zdziwienie zamieniło się na smutek.- Jesteśmy spokrewnieni.
- Musicie o tym powiedzieć rodzicom. Przecież to nie możliwe, żebyście się kochali, spokrewnieni.
- Co chcesz przez to powiedzieć?- Tomas zmarszczył brwi.
- Że macie porozmawiać z rodzicami. No już. A teraz sio. I więcej nie miziać się w moim pokoju. Aż boję się pomyśleć, co jeszcze tu robiliście.- wzdrygnęłam się z obrzydzenia.
Felicja zrobiła się cała czerwona.
- Spokojnie.- brunet uśmiechnął się szeroko i złapał kuzynkę za rękę.- Jeszcze do tego nie doszło. Poczekam.
Przytulił ją i pocałował w skroń. Oboje mnie pożegnali i wyszli po chwili do pokoju wszedł Jack.
- A im co? Tak się na mnie popatrzył, jakby zobaczyli ducha.
- Bo jak jeszcze miałam ochotę cię zabić, obiecałam, że tylko tak tu wejdziesz, a do mojego pokoju to nawet nie.
- A widzisz? Wciąż żyję.- zaśmialiśmy się, a on odłożył kubki na komodę obok drzwi i objął mnie ramionami, szepcząc mi do ucha.- Mam nadzieje, że zazwyczaj bardziej dotrzymujesz obietnic.
___________________________________________________________
Teraz jak na Polsat przystało, czas na reklamy. Zapraszam was serdecznie do, może nie tak świeżo upieczone, ale zaczynającej blogerki. Oczywiście temat: AW. Mam nadzieję, że chociaż zajrzycie i zostawicie po sobie jakiś ślad. Zapraszam na: →https://wwwromitri.blogspot.com/?m=1←
No to chyba tyle. I dajcie spokój Romitri, cieszcie się Anastack lub Janastką. A może macie własne pomysły na Shipowanie? Czekam na fajne propozycje. 💖💖💖💖
- Co chciała od ciebie Karp?- w końcu odezwał się blondyn.
- Dostałam tatuaż.- odpowiedziałam krótko.
- Gratulu...
- Nie ma czego. Śmierć nie jest powodem do dumy.- przerwałam mu.
Zamilkł. Znowu ta niezręczna cisza.
- Nastka.- spojrzałam na niego.- To co mówiłem... nie wierzę, że nie mogłem... ja nie chciałem...
Domyśliłam się, co chce powiedzieć, a nie chciałam by się dłużej męczył.
- Okey. Rozumiem.- zachowałam obojętność, choć w środku było mi smutno.- Zapomnę o tym, tak jak ty to zrobiłeś.
- Nie o to mi chodziło.- powiedział, a ja spojrzałam na niego.- Po prostu nie wierzę, że jestem takim tchórzem. Musiałem być pijany, żeby to powiedzieć. Ja... naprawdę chcę się zmienić. To co mówiłaś przedwczoraj... nie miałem pojęcia, że robię tak straszne rzeczy. Wymagamy, żebyście nas chronili przed strzygami, podczas gdy to ja jestem potworem.- spuścił wzrok.
Podeszłam i usiadłam na łóżku, obok moroja.
- Nie jesteś potworem. Po prostu gdzieś się zgubiłeś.- pocieszyłam go.
- Wierzysz w to?- spytał z rezygnacją.
- Tak. I pomogę Ci, jeśli tylko sam będziesz chciał się zmienić.
- Chcę. Bardzo chcę.- zapewnił, patrząc na mnie wzrokiem pełnym nadziei.
- I dobrze. To co? Przyjaciele?- wyciągnęłam do niego dłoń.
- Wolałbym być dla ciebie kimś więcej.- powiedział z nieśmiałym uśmiechem, po czym spojrzał mi prosto w oczy.- To co mówiłem wczoraj było prawdą. Podobasz mi się, księżniczko.
W jego oczach widziałam szczerość. Ale czy te oczy mogą kłamać?
- Ty mi też.- powiedziałam pewnie, bo nie lubiłam niedomówień.- Ale jeszcze nie teraz. Najpierw przyjaciele.
Czytałam zbyt wiele romansów, aby wierzyć w to co się dzieje. W żadnym akcja nie toczyła się tak szybko. Dla mnie za szybko, a to się może źle skończyć. Najbardziej trwałe związki tworzą się z cierpliwości, wytrwałości i bez pośpiechu.
- Dobrze.- ścisnął moją wciąż wyciągniętą dłoń.- Poczekam.
Siedzieliśmy tak wpatrując się w siebie. Jednak ta cisza nadal była lekko nieswoja.
- Może się przejdziemy?- zaproponował w końcu chłopak.
- Jasne.- wzruszyłam ramionami i podeszłam do drzwi.
Wyszliśmy i zaczęliśmy chodzić po terenie akademii.
- Opowiedz mi coś o sobie?- przerwałam ciszę.
- Jestem członkiem rodziny królewskiej, ktoś by mnie nazwał rozpieszczonym bachorem i zawsze mam wszystko co chcę.- zaśmialiśmy się.- A po za tym mam młodszą siostrę.
- Naprawdę?!-zdziwiłam się.- Ile ma lat?
- Pięć.
Czułam, że oczy zaczynają mi błyszczeć. Uwielbiam małe dzieci, a zwłaszcza pięcioletnie. To najlepszy wiek. Są mądre, zabójczo szczere, a jednocześnie niewinne. Pamiętam jak Diana miała pięć lat i zaczęła przy pewnym obiedzie pytając dziadka Abe'a, czy z babcią muszą się tak tłuc i krzyczeć w nocy. A najlepsze było, gdy wypytywała ich, czemu babcia krzyczy, że ma szybciej, a mama jak nocując u nas goście, to tak nie hałasuje. Ona oczywiście pękała ze śmiechu, patrząc na nieudolne próby tłumaczenia się jej całej czerwonej matki. Niestety od odpowiedzi uchronił ją płacz naszej cioci, Amelii. Jest to najmłodsza siostra naszej mamy i ma teraz osiem lat. Ma jeszcze brata, Wiktora, trzy lata młodszego ode mnie i mojego brata. Opowiadałam to wszystko Jack'owi.
- O matko. Musisz mi chyba narysować jakieś drzewo genealogiczne swojej rodziny.
- No trochę tego jest. Ale to nie zły pomysł.
- Może teraz to zrobimy?- zaproponował.- Od razu pokazałabyś mi swój pokój.- poruszył zabawnie brwiami.
Zaśmiałam się i pociągnęłam go do naszego domu. Przez cały czas opowiadaliśmy sobie śmieszne historie z dzieciństwa, co chwilę wybuchając śmiechem. Gdy byliśmy w środku, Zeklos zaczął rozglądać się dookoła.
- Przytulnie tu.- zauważył.
- Ciocia Lili się wykazała.- powiedziałam, wchodząc do kuchni.- Chcesz coś do picia?
- Zaskocz mnie.- odkrzyknął.
Sam się o to prosił. Ale nie będę wredna. Zrobię mu ulubiony napój rodziców. Czekoladę. Wróciłam do blondyna i dałam mu jeden kubek.
- Pyszne.- zachwycał się, gdy wchodziliśmy po schodach.
- Dzięki. Z receptury mojego ta...- zawahałam się wchodząc na korytarz.
Nagle zatrzymałam się, widząc dwoje dampirów przed moim pokojem. Rozpoznałam w nich Kendall i Kevina- strażników Tomasa oraz Felicja. Mój towarzysz też był zdziwiony. Dałam mu swój kubek i wparowałam do pokoju. To co tam zobaczyłam... Byłam w szoku. Oboje siedzieli na moim łóżku, przytuleni do siebie i tak zajęci zjadaniem sobie nawzajem twarzy, że nawet mnie nie zauważyli.
- Co tu się wyprawia?!- krzyknęłam, na co odskoczyli od siebie jak oparzeni.
- Na-Nadtka? A-ale... C-co ty tu-tutaj ro-robisz?- jąkała się morojka.
- Mieszkam chyba. A wy?- spytała wciąż w szoku.
- To nie tak, jak wygląda...- zaczął jej kuzyn.
- Tak? To powiem, jak mi to wygląda. Albo robicie za przyjaciół z korzyściami, albo naprawdę się kochacie.- patrzyłam na nich wyczekująco.
- To drugie.- mruknęli oboje spuszczając głowy.
Na mojej twarzy pojawił się uśmiech i przytuliłam ich.
- Jestem taka szczęśliwa!- krzyknęłam, prawie dusząc parę.
- Ale przecież my nie możemy.- ich zdziwienie zamieniło się na smutek.- Jesteśmy spokrewnieni.
- Musicie o tym powiedzieć rodzicom. Przecież to nie możliwe, żebyście się kochali, spokrewnieni.
- Co chcesz przez to powiedzieć?- Tomas zmarszczył brwi.
- Że macie porozmawiać z rodzicami. No już. A teraz sio. I więcej nie miziać się w moim pokoju. Aż boję się pomyśleć, co jeszcze tu robiliście.- wzdrygnęłam się z obrzydzenia.
Felicja zrobiła się cała czerwona.
- Spokojnie.- brunet uśmiechnął się szeroko i złapał kuzynkę za rękę.- Jeszcze do tego nie doszło. Poczekam.
Przytulił ją i pocałował w skroń. Oboje mnie pożegnali i wyszli po chwili do pokoju wszedł Jack.
- A im co? Tak się na mnie popatrzył, jakby zobaczyli ducha.
- Bo jak jeszcze miałam ochotę cię zabić, obiecałam, że tylko tak tu wejdziesz, a do mojego pokoju to nawet nie.
- A widzisz? Wciąż żyję.- zaśmialiśmy się, a on odłożył kubki na komodę obok drzwi i objął mnie ramionami, szepcząc mi do ucha.- Mam nadzieje, że zazwyczaj bardziej dotrzymujesz obietnic.
___________________________________________________________
Teraz jak na Polsat przystało, czas na reklamy. Zapraszam was serdecznie do, może nie tak świeżo upieczone, ale zaczynającej blogerki. Oczywiście temat: AW. Mam nadzieję, że chociaż zajrzycie i zostawicie po sobie jakiś ślad. Zapraszam na: →https://wwwromitri.blogspot.com/?m=1←
No to chyba tyle. I dajcie spokój Romitri, cieszcie się Anastack lub Janastką. A może macie własne pomysły na Shipowanie? Czekam na fajne propozycje. 💖💖💖💖
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
środa, 8 marca 2017
ROZDZIAŁ 14
Po drodze rozmawialiśmy swobodnie, gdy usłyszałam brata.
- Ciocia Sonia nas wzywa.- oznajmił.
- To chodź tutaj, bo nie mam pretekstu się wyrwać.- poprosiłam.
- No i jak on zasnął, a raczej padł trupa, rozebraliśmy ich oboje, po czym położyliśmy w jednym łóżku. Zostawiliśmy im jedną część elektronicznej niańki z pokoju brata Dawida. Rano mieliśmy niezły ubaw, bo oboje rozkminiali, czy uprawiali sex.- zaczęłam się śmiać w głos.- No a my jeszcze bardziej ich wkręcaliśmy, rzucając teksty "Ciszej się nie dało?", "Ale były jęki słyszeć?", "Alex, szybciej!" Dziewczyna była czerwona jak pomidor, dała w twarz swojemu partnerowi "upojnej nocy" i wyszła trzaskając drzwiami oraz grożąc alimentami.
Teraz już ledwo stałam ze śmiechu. Nawet nie zauważyłam, kiedy znaleźliśmy się przed drzwiami pokoju moroja.
- Widzę, że ktoś tu ma dobry humor.- o ścianę stał oparty Felix.
- Patrz księżniczko. Nie tylko my zrobiliśmy sobie wagary.- uśmiechnął się kpiąco Jack.
- Radziłbym ci uważać, do kogo mówisz, bo bardzo kocham moją siostrę i zadbam, aby zdawała się w dobrym towarzystwie. Od ciebie zależy, za jakie ja cię uznam.- patrzył na niego przenikliwe.- A tak dokładnie to przyszedłem porwać Nastkę do dyrektorki.
- Okej, wezmę kilka rzeczy...
- Ty zostajesz.- przerwał mu brunet, patrząc na niego, jakby chciał przyszpilić go do ściany ostrzami z jego oczu.
- Ale...
- Jack, poczekaj w pokoju.- poprosiłam.
- Zgoda.- westchnął.- Ale wróć jak najszybciej. Nie chce mi się siedzieć samemu.
- Okey.- powiedziałam i poszłam za bratem.
- Chciałaś go pocałować.- zakończył ciszę między nami, kiedy byliśmy na dworze.
- Nie. Może.- poprawiłam się pod spojrzeniem Felixa.
Nie było sensu tego przed nim ukrywać. Zna mnie na wylot. Po za tym, wiedział o tym przez więź.
- Naprawdę na niego uważaj. Wiesz jaki on jest.
- A jeśli nie.- kopnęłam kamień pod moimi nogami.- Może wcale nic nie wiemy. Mam przeczucie, że on jest inny, niż nam się zdaje, tylko ukrywa to za maską przeszłości.
- Nawet jeśli, to nic nie zmienia. Po prostu nie chcę, żeby coś ci się stało.
- A jak tam randka, nerwusie.- zmieniłam temat, szturchając go łokciem.
- Wspaniale.- od razu się rozpromienił.- Ja się bałem, że nie będzie chciała, a to ona zaczęła grę wstępną. Uwierzysz?
- A mówiłam, że wszystko będzie dobrze? Z niej zawsze było niezłe ziółko.- zaśmialiśmy się.
- Rano był u nas Ash.- przerwał ciszę mój brat.
- Wiem.- wzruszyłam ramionami, obojętnie.
- Chciał cię przeprosić, ale cię nie zastał.- kontynuował nie zrażony.- Nastka. Naprawdę powinnaś z nim porozmawiać. On bardzo żałuje i chce to naprawić.
- Też wiem. Przecież od razu dałeś mi znać.- spojrzałam znacząco na dampira, a on tylko się uśmiechnął.- Ale nie wiem, co z nim zrobić. Bardzo mnie skrzywdził wczoraj. Myślałam, że mnie zrozumie.
- Postaw się na jego miejscu. On wciąż cię kocha i po prostu miał nadzieję oraz kilka promili we krwi.
- Może masz rację? Pomyślę nad tym.- weszłam do pustej sali, gdy brunet otworzył mi drzwi.
W środku była już Oliwia z mamą.
- Hej ciociu.- przywitałam się z Sonią, na co ona nas przytuliła.
- Hej dzieciaki. Jak tam zajęcia polowe?- spytała uśmiechając się serdecznie.
- No super! A ze mną o tym nie chciałaś gadać.- oburzyła się nasza przyjaciółka.
- Kochanie.- dyrektorka przytuliła ją.- Już ci mówiłam, że nie mam na to wpływu. To są sprawy dampirów, a mi nie wolno w to ingerować. Niestety tobie Nastka też nie mogę pomóc.
- Mi nie potrzeba pomocy.- obie spojrzały na mnie zdziwione.- Coraz lepiej się z nim dogaduję.
- Ale za to masz problem z Ashem.- zauważyła dampirzyca, na co westchnęłam ciężko.
Na szczęście od odpowiedzi uratowała mnie morojka.
- Dobra, jeszcze zdążycie sobie poplotkować.- wtrąciła.- Po pierwsze, wiem co wczoraj zrobiła Anastazja. Za tymi drzwiami czeka już maszyna do tatuaży. Po drugie, co z naszymi ćwiczeniami?
- Nie chcę, aby nasi "podopieczni" wiedzieli o tym.- skrzywił się Felix.
Tak naprawdę wiedziałam, że chodzi mu głównie o Jack'a, ale nie kłóciłam się. Też tego nie chciałam. Przynajmniej nie teraz.
- Ćwiczymy to od urodzenia i umiemy już to kontrolować. Dwa miesiące nie zrobią różnicy. A później wrócimy do lekcji.- wtrąciłam.
- Eh... No dobrze.- uległa ciocia, choć nie wydawała się być za bardzo przekonana.
- Dadzą sobie radę mamo.- przytuliła ją Oliwia.
- To może ja już...- wskazałam na drugie drzwi i poszłam tam.
Zobaczyłam maszynę i jakiegoś dampira. Usiadłam i po kilku minutach miałam tatuaż. Dampir wytłumaczył mi jak zmieniać opatrunek i czyścić rany.
- Jesteś godna swojego nazwiska.- powiedział, gdy mu dziękowałam.- Dwadzieścia lat temu na tym miejscu siedziała twoja matka. Będziesz tak samo wspaniałą strażniczką jak ona, jeśli nie lepszą.
- Dziękuję. Liczę na to, ale wiem, że lepszą od niej nigdy nie będę.- odpowiedziałam uprzejmie i wyszłam, żegnając się.
- I jak się czujesz?- spytałam z pocieszającym uśmiechem dyrektorka.
- Dziwnie. Pozbawiłam kogoś życia.- dopiero teraz dotarło do mnie znaczenie wczorajszego dnia.
Wszyscy mnie przytulili.
- Będzie dobrze. Przyzwyczaisz się.- zapewniła mnie ciocia.- Każdy ukryty w strzydze, pragnie śmierci. Wiem to, bo sama taka byłam.
- Ale to też dowód, że można takie osoby uratować.
- Ohh, Anastazja...- przycisnęła mnie mocno do swojej piersi.- Jesteś zupełnie jak Rose. Też zawsze chciała zbawić cały świat. Ale nie da się zadowolić wszystkich.
- Wiem.- westchnęłam.- Już jest dobrze.
- Na pewno?- chciała się upewnić, więc kiwnęłam głową.- No dobra. To ja was dłużej nie zatrzymuję. Mnie samą obowiązki wzywają. Do zobaczenia.
Pomagała nam i wyszła. My również się pożegnaliśmy i każdy poszedł w swoją stronę. Gdy weszłam do pokoju Jack'a, po pomieszczeniu rozniosły się się ostatnie dźwięki z dyktafonu.
- ... niesz, tym szybciej porozmawiamy.
Następnie nastała cisza. Chłopak przetarł dłońmi, po czym spojrzał na mnie twarz. Między nami zapadła cisza, gdy oparłam się o drzwi.
- Chyba musimy porozmawiać.- zauważyłam.
- Ciocia Sonia nas wzywa.- oznajmił.
- To chodź tutaj, bo nie mam pretekstu się wyrwać.- poprosiłam.
- No i jak on zasnął, a raczej padł trupa, rozebraliśmy ich oboje, po czym położyliśmy w jednym łóżku. Zostawiliśmy im jedną część elektronicznej niańki z pokoju brata Dawida. Rano mieliśmy niezły ubaw, bo oboje rozkminiali, czy uprawiali sex.- zaczęłam się śmiać w głos.- No a my jeszcze bardziej ich wkręcaliśmy, rzucając teksty "Ciszej się nie dało?", "Ale były jęki słyszeć?", "Alex, szybciej!" Dziewczyna była czerwona jak pomidor, dała w twarz swojemu partnerowi "upojnej nocy" i wyszła trzaskając drzwiami oraz grożąc alimentami.
Teraz już ledwo stałam ze śmiechu. Nawet nie zauważyłam, kiedy znaleźliśmy się przed drzwiami pokoju moroja.
- Widzę, że ktoś tu ma dobry humor.- o ścianę stał oparty Felix.
- Patrz księżniczko. Nie tylko my zrobiliśmy sobie wagary.- uśmiechnął się kpiąco Jack.
- Radziłbym ci uważać, do kogo mówisz, bo bardzo kocham moją siostrę i zadbam, aby zdawała się w dobrym towarzystwie. Od ciebie zależy, za jakie ja cię uznam.- patrzył na niego przenikliwe.- A tak dokładnie to przyszedłem porwać Nastkę do dyrektorki.
- Okej, wezmę kilka rzeczy...
- Ty zostajesz.- przerwał mu brunet, patrząc na niego, jakby chciał przyszpilić go do ściany ostrzami z jego oczu.
- Ale...
- Jack, poczekaj w pokoju.- poprosiłam.
- Zgoda.- westchnął.- Ale wróć jak najszybciej. Nie chce mi się siedzieć samemu.
- Okey.- powiedziałam i poszłam za bratem.
- Chciałaś go pocałować.- zakończył ciszę między nami, kiedy byliśmy na dworze.
- Nie. Może.- poprawiłam się pod spojrzeniem Felixa.
Nie było sensu tego przed nim ukrywać. Zna mnie na wylot. Po za tym, wiedział o tym przez więź.
- Naprawdę na niego uważaj. Wiesz jaki on jest.
- A jeśli nie.- kopnęłam kamień pod moimi nogami.- Może wcale nic nie wiemy. Mam przeczucie, że on jest inny, niż nam się zdaje, tylko ukrywa to za maską przeszłości.
- Nawet jeśli, to nic nie zmienia. Po prostu nie chcę, żeby coś ci się stało.
- A jak tam randka, nerwusie.- zmieniłam temat, szturchając go łokciem.
- Wspaniale.- od razu się rozpromienił.- Ja się bałem, że nie będzie chciała, a to ona zaczęła grę wstępną. Uwierzysz?
- A mówiłam, że wszystko będzie dobrze? Z niej zawsze było niezłe ziółko.- zaśmialiśmy się.
- Rano był u nas Ash.- przerwał ciszę mój brat.
- Wiem.- wzruszyłam ramionami, obojętnie.
- Chciał cię przeprosić, ale cię nie zastał.- kontynuował nie zrażony.- Nastka. Naprawdę powinnaś z nim porozmawiać. On bardzo żałuje i chce to naprawić.
- Też wiem. Przecież od razu dałeś mi znać.- spojrzałam znacząco na dampira, a on tylko się uśmiechnął.- Ale nie wiem, co z nim zrobić. Bardzo mnie skrzywdził wczoraj. Myślałam, że mnie zrozumie.
- Postaw się na jego miejscu. On wciąż cię kocha i po prostu miał nadzieję oraz kilka promili we krwi.
- Może masz rację? Pomyślę nad tym.- weszłam do pustej sali, gdy brunet otworzył mi drzwi.
W środku była już Oliwia z mamą.
- Hej ciociu.- przywitałam się z Sonią, na co ona nas przytuliła.
- Hej dzieciaki. Jak tam zajęcia polowe?- spytała uśmiechając się serdecznie.
- No super! A ze mną o tym nie chciałaś gadać.- oburzyła się nasza przyjaciółka.
- Kochanie.- dyrektorka przytuliła ją.- Już ci mówiłam, że nie mam na to wpływu. To są sprawy dampirów, a mi nie wolno w to ingerować. Niestety tobie Nastka też nie mogę pomóc.
- Mi nie potrzeba pomocy.- obie spojrzały na mnie zdziwione.- Coraz lepiej się z nim dogaduję.
- Ale za to masz problem z Ashem.- zauważyła dampirzyca, na co westchnęłam ciężko.
Na szczęście od odpowiedzi uratowała mnie morojka.
- Dobra, jeszcze zdążycie sobie poplotkować.- wtrąciła.- Po pierwsze, wiem co wczoraj zrobiła Anastazja. Za tymi drzwiami czeka już maszyna do tatuaży. Po drugie, co z naszymi ćwiczeniami?
- Nie chcę, aby nasi "podopieczni" wiedzieli o tym.- skrzywił się Felix.
Tak naprawdę wiedziałam, że chodzi mu głównie o Jack'a, ale nie kłóciłam się. Też tego nie chciałam. Przynajmniej nie teraz.
- Ćwiczymy to od urodzenia i umiemy już to kontrolować. Dwa miesiące nie zrobią różnicy. A później wrócimy do lekcji.- wtrąciłam.
- Eh... No dobrze.- uległa ciocia, choć nie wydawała się być za bardzo przekonana.
- Dadzą sobie radę mamo.- przytuliła ją Oliwia.
- To może ja już...- wskazałam na drugie drzwi i poszłam tam.
Zobaczyłam maszynę i jakiegoś dampira. Usiadłam i po kilku minutach miałam tatuaż. Dampir wytłumaczył mi jak zmieniać opatrunek i czyścić rany.
- Jesteś godna swojego nazwiska.- powiedział, gdy mu dziękowałam.- Dwadzieścia lat temu na tym miejscu siedziała twoja matka. Będziesz tak samo wspaniałą strażniczką jak ona, jeśli nie lepszą.
- Dziękuję. Liczę na to, ale wiem, że lepszą od niej nigdy nie będę.- odpowiedziałam uprzejmie i wyszłam, żegnając się.
- I jak się czujesz?- spytałam z pocieszającym uśmiechem dyrektorka.
- Dziwnie. Pozbawiłam kogoś życia.- dopiero teraz dotarło do mnie znaczenie wczorajszego dnia.
Wszyscy mnie przytulili.
- Będzie dobrze. Przyzwyczaisz się.- zapewniła mnie ciocia.- Każdy ukryty w strzydze, pragnie śmierci. Wiem to, bo sama taka byłam.
- Ale to też dowód, że można takie osoby uratować.
- Ohh, Anastazja...- przycisnęła mnie mocno do swojej piersi.- Jesteś zupełnie jak Rose. Też zawsze chciała zbawić cały świat. Ale nie da się zadowolić wszystkich.
- Wiem.- westchnęłam.- Już jest dobrze.
- Na pewno?- chciała się upewnić, więc kiwnęłam głową.- No dobra. To ja was dłużej nie zatrzymuję. Mnie samą obowiązki wzywają. Do zobaczenia.
Pomagała nam i wyszła. My również się pożegnaliśmy i każdy poszedł w swoją stronę. Gdy weszłam do pokoju Jack'a, po pomieszczeniu rozniosły się się ostatnie dźwięki z dyktafonu.
- ... niesz, tym szybciej porozmawiamy.
Następnie nastała cisza. Chłopak przetarł dłońmi, po czym spojrzał na mnie twarz. Między nami zapadła cisza, gdy oparłam się o drzwi.
- Chyba musimy porozmawiać.- zauważyłam.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
wtorek, 7 marca 2017
ROZDZIAŁ 13
Następnego dnia obudziłam się dziwnie o zachodzie słońca. Nigdy wcześniej nie wstawałam tak wcześnie. Ale to nawet dobrze się składa. Wstałam, wygrzebałam z torby potrzebne rzeczy, po czym poszłam do łazienki. Po drodze zostawiłam pijakowi szklankę mikstury z przepisu babci na kaca. Po wczorajszej nocy, to na pewno mu się przyda. Po przebraniu się i umyciu zębów, wróciłam do pokoju. Blondyn wciąż spał, więc zostało mi czekać. Wyjęłam moją ulubioną książkę, zew lasu i zaczęłam czytać. Znam ją na pamięć, ale to nie powstrzymuje mnie przed kolejnym przeczytaniem. Mama zawsze powtarzała, że jestem tak sentymentalna, jak tato, a to mnie motywowało do dalszego czytania. Uwielbiam wszystkie powieści o wampirach, wilkołakach i inne fantasy. Tylko nie rozumiem, skąd teoria, że ci pierwsi się nienawidzą. Ja bym tam bardzo chętnie spotkała takiego, czarnego wilka, a najlepiej, gdyby był moim mate. To by było genialne. Taki szybki sposób na znalezienie miłości, która od razu będzie odwzajemniona, pełna troski i bez krzywdy dla żadnej ze stron. Mate jest to więź między przeznaczonymi sobie osobami, zazwyczaj wilkołakami, ale czasami i wampirami, jeśli występowały w takiej historii. Myślę, że jeśli istniałaby w naszym świecie, to nasi rodzice od razu byliby razem, bez żadnych przeszkód. Nikt nie sprzeciwia się mate.
- Auuu! Moja głowa!- usłyszałam jęk.
Podniosłam głowę z nad książki i spojrzałam na łóżko. Moroj skulił się, schowany pod kołdrą.
- I tak powinieneś cierpieć bardziej, przez swoją głupotę.- westchnęłam i się podniosłam.
- Nastka?!- chłopak odrzucił kołdrę, szczerze zdziwiony.
Po chwili skrzywił się, sycząc z bólu. Westchnęłam ze zrezygnowaniem.
- Napij się.- kiedy popatrzył na mnie nie rozumiejąc, wskazałam na kubek obok.
- Jasne.- prychnął.- I mnie otrujesz.
- Twoja sprawa. To ciebie boli głowa. Dłużej będziesz czekać, żeby odsłuchać, co robiliśmy w nocy.- uśmiechnęłam się lubieżnie.
- Co? Skąd ty? Czy ja cię przeleciałem i nic nie pamiętam?- popatrzył niepewnie na kubek, po czym wziął i to wypił.- Ohyda!
Uśmiechnęłam się złośliwie, gdy moroj wykrzywił twarz w grymasie.
- Ale jest mi wyraźnie lepiej. Co to jest?- spytał, patrząc w naczynie.
- Mieszanka ziołowa. Pomaga na różne dolegliwości i wzmacnia odporność. W rodzinie naszego taty stosuje się ją od zawsze. A teraz ty mi powiedz, PO JAKĄ CHOLERĘ, POSZEDŁEŚ DO TEGO KLUBU BEZ STRAŻNIKÓW?!
- Nie musisz tak krzyczeć.- lekko się skulił pod moim głosem.
- Tu się ciesz, że jeszcze ma kto na ciebie krzyczeć. Gdybym nie ja, dawno leżał byś bez kropli krwi.
Gdy tylko to powiedziałam, zakrztusił się napojem.
- Co? Jak to? Ostatnie co pamiętam, to że siedziałem przy barze i gadałem z barmanem.
- Co ty tam w ogóle robiłeś?- spytałam, krzyżując ręce na piersi.
- Nie twoja sprawa.- fuknął, lekko zmieszany.
- Nie ważne. Odsłuchaj nagranie.- wskazałam na dyktafon.- I tak nie opłaca ci się iść na zajęcia.
- A dasz mi chociaż coś zjeść?- rzucił zirytowany.
- No dobra, tylko już tak nie warcz.- przewróciłam oczami.
Zeklos zaczął się ubierać, a ja od wróciłam wzrok.
- Ha! - usłyszałam jego triumfalny okrzyk.- Wiedziałem, że się nie przespaliśmy. Inaczej byś się mnie nie wstydziła.
- Oj uwierz mi. Nie miałeś wczoraj skrupułów.- westchnęłam, podchodząc do drzwi.
- Co?- zmarszczył brwi.
- Nieważne. Odsłuchasz, to będziesz wiedział.
Razem wyszliśmy na korytarz i aż do stołówki, żadne z nas się nie odezwało.
- Ty możesz pierwsza.- blondyn odezwał się niepewnie.
- Czemu?- spojrzałam na niego podejrzliwie.
- Na pewno jesteś bardziej głodna.- stwierdził... uprzejmie?
Może jednak co nie co pamięta z wczoraj. Wzruszyłam ramionami i wzięłam tackę. Nie żałowałam sobie śniadania, za to moroj cierpliwie czekał, aż zjem wszystko. Przez cały czas czułam a sobie jego intensywne spojrzenie. Popatrzyłam na niego, a on uśmiechnął się cwanie, jak to miał w zwyczaju.
- Jestem, gdzieś brudna?- spytałam, nie wytrzymując napięcia.
- Niestety nie.- udał zawiedzionego i znowu się uśmiechnął.
Przewróciłam oczami, kończąc ostatnią kanapkę. Gdy odniosłam talerz, razem poszliśmy do karmicieli. Nikogo po za nami nie było, bo już trwały poranne zajęcia, więc od razu weszliśmy.
- Jack, My lady.- przywitał nas mężczyzna z radosnymi, zielonymi oczami, o blond loczkach.- A co to nie w szkole?
- Hej Will.- uśmiechnęłam się promienie.- Twój pasożyt miał ciężką noc.
Zeklos tylko przewrócił oczami. Już się przyzwyczaił, że mówię tak o nim przy karmicielu. Jeśli chodzi o Willa, to bardzo go lubię. Jest szarmancki, miły, zabawny i zawsze fajnie nam się rozmawia, dopóki Jack nie przypomni, po co tu jesteśmy.
- Z kim dzisiaj?- spytał mężczyzna.- Ashley? Jennifer? A może ta kurwa Maddy?
- Nie. Anastazja.- wtrącił z dumą mój podopieczny, zanim zdążyłam otworzyć usta.
Zielonooki patrzył na mnie z niedowierzaniem, a ja próbowałam zabić moroja wzrokiem.
- On się tylko zgrywa.-warknęłam.- Wcale mnie nie "zaliczył". Po prostu uratowałam go przed prawdziwą strzygą w barze, a później doprowadziłam do pokoju i zostałam do rana, bo i tak musiałam się nim opiekować.
Blondyn pokiwał ze zrozumieniem głową.
- Chwila. Strzyga?! To jest to, przez co bym zginął? I ty ją zabiłaś?- spytał w szoku Zeklos.
- A co innego miało wyssać ci krew?- uderzyłam go otwartą dłonią w tył głowy.
- Au! No to chyba jestem ci winien i to dozgonne oddanie za uratowanie życia, księżniczko.- ukląkł przede mną i pochylił głowę.
- No właśnie.- udałam jego władczynię, unosząc wysoko głowę.- Więc zapomnij o swoich fantazjach.
- Oj, księżniczko.- zbliżył się i przytulił mnie od tyłu.- Kiedyś będzie i twoja kolej.- szepnął mi do ucha.
Przeszedł mnie dreszcz, którego bardziej się wystraszyłam, niż słów Zeklosa. Był bardzo przyjemny i wywołał ścisk w moim brzuchu. Uświadomiłam sobie, że moje ciało już go chce. Cholera! Co się ze mną dzieje? Ja nie chcę się w nim zakochać. W każdym tylko nie w nim.
- Zabierz te ręce, zanim ci je połamię.- ostrzegłam głosem, mówiącym, że nie żartuję.
Moroj zaśmiał się, ale odsunął.
- A jak tam zajęcia polowe? Widzę, że już nie macie ochoty zabić się nawzajem. No przynajmniej Jack ciebie.- uśmiechnął się Will.
- Postanowiliśmy na razie zakopać topór wojenny.- oznajmił wciąż w dobrym humorze Jack.- A teraz wybaczą państwo, że przerwę naszą rozmowę, ale przyszedłem tu z powodu głodu.
- Nie krępuj się.- pokazałam dłonią, że może działać.
- Auuu! Moja głowa!- usłyszałam jęk.
Podniosłam głowę z nad książki i spojrzałam na łóżko. Moroj skulił się, schowany pod kołdrą.
- I tak powinieneś cierpieć bardziej, przez swoją głupotę.- westchnęłam i się podniosłam.
- Nastka?!- chłopak odrzucił kołdrę, szczerze zdziwiony.
Po chwili skrzywił się, sycząc z bólu. Westchnęłam ze zrezygnowaniem.
- Napij się.- kiedy popatrzył na mnie nie rozumiejąc, wskazałam na kubek obok.
- Jasne.- prychnął.- I mnie otrujesz.
- Twoja sprawa. To ciebie boli głowa. Dłużej będziesz czekać, żeby odsłuchać, co robiliśmy w nocy.- uśmiechnęłam się lubieżnie.
- Co? Skąd ty? Czy ja cię przeleciałem i nic nie pamiętam?- popatrzył niepewnie na kubek, po czym wziął i to wypił.- Ohyda!
Uśmiechnęłam się złośliwie, gdy moroj wykrzywił twarz w grymasie.
- Ale jest mi wyraźnie lepiej. Co to jest?- spytał, patrząc w naczynie.
- Mieszanka ziołowa. Pomaga na różne dolegliwości i wzmacnia odporność. W rodzinie naszego taty stosuje się ją od zawsze. A teraz ty mi powiedz, PO JAKĄ CHOLERĘ, POSZEDŁEŚ DO TEGO KLUBU BEZ STRAŻNIKÓW?!
- Nie musisz tak krzyczeć.- lekko się skulił pod moim głosem.
- Tu się ciesz, że jeszcze ma kto na ciebie krzyczeć. Gdybym nie ja, dawno leżał byś bez kropli krwi.
Gdy tylko to powiedziałam, zakrztusił się napojem.
- Co? Jak to? Ostatnie co pamiętam, to że siedziałem przy barze i gadałem z barmanem.
- Co ty tam w ogóle robiłeś?- spytałam, krzyżując ręce na piersi.
- Nie twoja sprawa.- fuknął, lekko zmieszany.
- Nie ważne. Odsłuchaj nagranie.- wskazałam na dyktafon.- I tak nie opłaca ci się iść na zajęcia.
- A dasz mi chociaż coś zjeść?- rzucił zirytowany.
- No dobra, tylko już tak nie warcz.- przewróciłam oczami.
Zeklos zaczął się ubierać, a ja od wróciłam wzrok.
- Ha! - usłyszałam jego triumfalny okrzyk.- Wiedziałem, że się nie przespaliśmy. Inaczej byś się mnie nie wstydziła.
- Oj uwierz mi. Nie miałeś wczoraj skrupułów.- westchnęłam, podchodząc do drzwi.
- Co?- zmarszczył brwi.
- Nieważne. Odsłuchasz, to będziesz wiedział.
Razem wyszliśmy na korytarz i aż do stołówki, żadne z nas się nie odezwało.
- Ty możesz pierwsza.- blondyn odezwał się niepewnie.
- Czemu?- spojrzałam na niego podejrzliwie.
- Na pewno jesteś bardziej głodna.- stwierdził... uprzejmie?
Może jednak co nie co pamięta z wczoraj. Wzruszyłam ramionami i wzięłam tackę. Nie żałowałam sobie śniadania, za to moroj cierpliwie czekał, aż zjem wszystko. Przez cały czas czułam a sobie jego intensywne spojrzenie. Popatrzyłam na niego, a on uśmiechnął się cwanie, jak to miał w zwyczaju.
- Jestem, gdzieś brudna?- spytałam, nie wytrzymując napięcia.
- Niestety nie.- udał zawiedzionego i znowu się uśmiechnął.
Przewróciłam oczami, kończąc ostatnią kanapkę. Gdy odniosłam talerz, razem poszliśmy do karmicieli. Nikogo po za nami nie było, bo już trwały poranne zajęcia, więc od razu weszliśmy.
- Jack, My lady.- przywitał nas mężczyzna z radosnymi, zielonymi oczami, o blond loczkach.- A co to nie w szkole?
- Hej Will.- uśmiechnęłam się promienie.- Twój pasożyt miał ciężką noc.
Zeklos tylko przewrócił oczami. Już się przyzwyczaił, że mówię tak o nim przy karmicielu. Jeśli chodzi o Willa, to bardzo go lubię. Jest szarmancki, miły, zabawny i zawsze fajnie nam się rozmawia, dopóki Jack nie przypomni, po co tu jesteśmy.
- Z kim dzisiaj?- spytał mężczyzna.- Ashley? Jennifer? A może ta kurwa Maddy?
- Nie. Anastazja.- wtrącił z dumą mój podopieczny, zanim zdążyłam otworzyć usta.
Zielonooki patrzył na mnie z niedowierzaniem, a ja próbowałam zabić moroja wzrokiem.
- On się tylko zgrywa.-warknęłam.- Wcale mnie nie "zaliczył". Po prostu uratowałam go przed prawdziwą strzygą w barze, a później doprowadziłam do pokoju i zostałam do rana, bo i tak musiałam się nim opiekować.
Blondyn pokiwał ze zrozumieniem głową.
- Chwila. Strzyga?! To jest to, przez co bym zginął? I ty ją zabiłaś?- spytał w szoku Zeklos.
- A co innego miało wyssać ci krew?- uderzyłam go otwartą dłonią w tył głowy.
- Au! No to chyba jestem ci winien i to dozgonne oddanie za uratowanie życia, księżniczko.- ukląkł przede mną i pochylił głowę.
- No właśnie.- udałam jego władczynię, unosząc wysoko głowę.- Więc zapomnij o swoich fantazjach.
- Oj, księżniczko.- zbliżył się i przytulił mnie od tyłu.- Kiedyś będzie i twoja kolej.- szepnął mi do ucha.
Przeszedł mnie dreszcz, którego bardziej się wystraszyłam, niż słów Zeklosa. Był bardzo przyjemny i wywołał ścisk w moim brzuchu. Uświadomiłam sobie, że moje ciało już go chce. Cholera! Co się ze mną dzieje? Ja nie chcę się w nim zakochać. W każdym tylko nie w nim.
- Zabierz te ręce, zanim ci je połamię.- ostrzegłam głosem, mówiącym, że nie żartuję.
Moroj zaśmiał się, ale odsunął.
- A jak tam zajęcia polowe? Widzę, że już nie macie ochoty zabić się nawzajem. No przynajmniej Jack ciebie.- uśmiechnął się Will.
- Postanowiliśmy na razie zakopać topór wojenny.- oznajmił wciąż w dobrym humorze Jack.- A teraz wybaczą państwo, że przerwę naszą rozmowę, ale przyszedłem tu z powodu głodu.
- Nie krępuj się.- pokazałam dłonią, że może działać.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
