sobota, 18 lutego 2017

ROZDZIAŁ 395

Po powrocie do domu, ledwo zamknęłam drzwi, a ukochany rzucił się żarłocznie na moje usta.
- Teraz jesteś moja.- powiedział między pocałunkami.
- A co z kolacją?- spytałam zadziornie.
- Zjesz na śniadanie.
Mimo wszystko go od siebie odsunęłam.
- Mam inny pomysł. Zrobimy sobie romantyczną kolację, weźmiemy wspólną kąpiel,- przesunęłam dłonią po jego umięśnionym ramieniu, ściszając seksownie głos.- a później już ci nie ucieknę.
Dymitr przewrócił oczami.
- Ubierz się ładnie.- mruknął, wymijając mnie i wychodząc.
Raz... dwa... trzy. W tej chwili drzwi się otworzyły. Mój mąż już miał lepszy humor. Podszedł do szafy i wyjął swoje ubrania.
- Przecież nie będę obsługiwał królowej w stroju kąpielowym.- uśmiechnął się szeroko i pocałował mnie przelotne.
- A kiedy tak awansowałam?- spytałam.
- Wtedy, gdy dałaś mi naszą księżniczkę.- uśmiechnął się szeroko.- Masz rację. Trzeba tu ściągnąć dzieciaki.
I wyszedł. Przewróciła oczami, podchodząc do szafy. W co tu się ubrać? Postanowiłam nie ułatwiać mu zadania i wybrałam najkrótszą i najbardziej obcisłą sukienkę jaką miałam. Uśmiechnęłam się diabelsko, wyobrażają sobie jego trakcję. W najgorszym wypadku będziemy się kochać na stole. Była ona pomarańczowa z czarnymi paskami pod piersiami i jednym na gorze. No i oczywiście nie ma ramiączek. Do tego mocny makijaż. Zrobiłam sobie kocie oczy i użyłam trochę pomarańczu. Gdy byłam gotowa wyszłam na balkon i oparłam się o drewnianą barierę, patrząc w gwiazdy. Tutaj jest tak pięknie. Ciekawe jak tam się mają dzieci. Dymitr mówi, że bardzo tęsknią. Nie widzieliśmy się cały miesiąc. Ciekawe czy bardzo urosły, może mówią już więcej. Na pewno są złe, że tak je "zostawiłam". Jeszcze nie rozumieją za dużo.
- Roza?- usłyszałam z głębi mieszkania.
- Tu jestem.- oznajmiłam, wracając do środka.
- Jeszcze mało ci gwiazd?- spytał, zapalając światło i od razu go zamurowało.- Wow. Roza wyglądasz... olśniewająco. Aż brak mi słów. Oddaję się pod twoją opiekę Królowo.- upadł przede mną na kolana.
- Wykorzystam to w jak największym celu.- zapewniłam, klękając przed nim.
- Nie liczyłem na nic innego.- cmoknął mnie w czoło i wstał.- Ubierz kurtkę.
Podał mi dłoń, abyśmy po chwili oboje stali. Podszedł do szafy.
- A co? Nie podobam ci się tak?- zrobiłam smutną minkę.
- Podobasz, to mało powiedziane. Swoim wyglądem zawaliłaś mnie z nóg. Z resztą sama widziałaś. Ale nie chcę żebyś zmarzła.- wyjął kurtkę z imitacji skóry.- ta będzie idealnie pasowała.
Swoimi słowami tylko bardziej mnie zaciekawił. Czemu mam zmarznąć? Gdzie idziemy? Jednak postanowiłam dać się porwać biegu wydarzeń, bez zbędnych pytań, na które i tak nie otrzymam odpowiedzi. Założyłam ubranie podaje przez męża i wyszliśmy. Zeszliśmy dwa piętra niżej i przechodząc przez szereg drzwi i pokoi, znaleźliśmy się na tarasie. Była to strona z widokiem na najpiękniejszy park w hotelu ze skalnym wodospadem. Cała podłoga posypane była różami, a na środku stał stół ze świecami.
- Zapraszam.- odsunął mi krzesło, na którym usiadłam.
Całą kolację spędziliśmy w wesołej atmosferze, śmiejąc się i wspominając.
- Jutro przyjadą Sydney i Adrian z dziećmi.- powiadomił, gdy wracaliśmy do pokoju.- Ponoć mają tu coś do załatwienia.
- Oni ciągle coś załatwiają na świecie. Takim to fajnie.
- A my za to mamy piękny domek w jednym miejscu ze stałymi przyjaciółmi. I nie oddałbym tego za żadną podróż, chodźby i dookoła świata.- spojrzał na mnie z miłością.
- Ja też nie.- stwierdziłam po namyśle.- To ciekawe, ze z Lissą jeździłyśmy po Stanach, szukając szczęścia i bezpieczeństwa, a znalazłyśmy je dopiero w domu. Ona miała to zawsze. Ja musiałam poczekać, ale warto było.
- Już powiedziałem obsłudze o dzieciach i wszystko już powinno być gotowe.
Gdy weszłam do  pokoju, okazało się, że to prawda. Pod ścianą stały dwa żółte łóżeczka, pasujące do wystroju całego pomieszczenia.
- Lili będzie spała z nami.- zauważyłam.
- Więc musimy nacieszyć się tą nocą, póki jest tylko nasza.- ukochany złapał mnie za biodra.
- Masz rację.- zarzuciłam mu ręce na ramiona.
Po chwili złączyliśmy wargi w delikatnym pocałunku. Szliśmy do łóżka, pozbywają się naszych kurtek. Zanim opadłam na materac, strażnik złapał mnie mocniej w tali i postawił na nogi, dając znać, że jeszcze nie. Przesunął mi dłonią po plecach, aż znalazł suwak i rozpiął sukienkę. Gdy byłam w samej bieliźnie, delikatnie położył mnie na pościeli.
- Jesteś pewna?- spytał.
- Jak ty tego nie zrobisz, to ja to zrobię.
Nie czekając dłużej zdjął swoją koszulkę. Zaczął całować mnie po szyi, podczas gdy ja badałam jego plecy. Oddychaliśmy szybko i gwałtownie, a nasze serca znowu biły tym samym rytmem. Wszystko było jak być powinno. Schodził coraz niżej, jednocześnie pozbywają się spodni i mojego stanika. Nie pominął żadnego skrawka mojej szyi, dekoltu, piersi i brzucha.
- Kocham Cię Roza. Zawsze będę.- szepnął, ściągając powoli moje majtki.
- Dymitr...- nie mogłam wydusić nic więcej.
- Wiem skarbie.
Jęknęłam, gdy poczułam w sobie jego palec. Bezlitośnie się mną bawił, gdy chciałam go dla siebie już teraz i w tej chwili. Podniecał mnie, póki nie uznał, że jestem gotowa. Wtedy wracał powoli do moich ust.
- Zabezpieczyłeś się?- spytałam, póki jeszcze jakoś myślałam, gdy przyssał się mi do lewej piersi.
Wygięłam się w łuk, kiedy mocniej ją zassał.
- Oczywiście skarbie.- zapewnił, przechodząc na moją szyję.
W końcu poczułam go w sobie. Wszedł gwałtownie, ale to mi nie wystarczyło. Zaczęłam bardziej na niego naciskać, aż przyspieszył. Jak zawsze doszliśmy, równo dysząc swoje imiona. Leżeliśmy, mocno wtuleni w swoje rozpalona ciała i dochodząc powoli do siebie.
- Tak bardzo za tym tęskniłem.- mruknął mi we włosy.
- Przecież jak byłam...- zaczęłam, ale nie dane było mi dokończyć.
- To nie było to samo. Nie było uczuć. Nie było twojej miłości.
Uśmiechnęłam się.
- Też za tym tęskniłam. I nie chcę więcej cię tracić.
- Nie stracisz.- zapewnił.- Zawsze będę tu.- wskazał na moje serce.
- A jeśli mi to nie wystarczy? Jeśli jesteś nieodłączną częścią mojej duszy? Ona mnie opuści, a ze mną zostanie tylko pustka. Będę rozbita, załamana. W moim sercu zrobi się dziura. W samym jego środku, przez co całe rozpadnie się na kawałki, przynosząc tylko ból i cierpienie. Nie chcę tego. Nigdy.- poczułam łzy spływające po moich policzkach.- Wiesz co to za uczucie? Czułam to gdy Cię straciłam pierwszy raz, a każdy kolejny był miliard razy gorszy od poprzedniego. Jak można to powstrzymać
- Po prostu musisz uwierzyć. Że wszystko będzie dobrze, że zawsze się odnajdziemy, że będę przy tobie, że dzieci będą miały wspaniałe dzieciństwo. Musimy wierzyć i...
- I żyć dalej? To chciałeś powiedzieć?
- Tak.- uśmiechnął się.- Żyć dalej z wiarą, póki los się nie uśmiechnie.

ROZDZIAŁ 394

- Obróć się, bo będziesz miała na plecach raczka.- zaśmiał się strażnik.
Zrobiłam to i wróciłam do lektury. Ta książka jest wspaniała. Opowiada o dziewczynie, w którą włożono inną duszę, ale jej umysł walczył z tą duszą. Cudowne. Nie do końca wiadomo, kto jest tym złym, bo duszę chcą tylko uwolnić świat od zła. Nie widzą jednak, że robią go więcej. Niezwykłe opowiadanie.
- Czyli fajna książka?- spytał mój ukochany.
- Cudowna. A twoja?- oderwałam wzrok od kartek i spojrzałam na niego.
- Wspaniała.- pokazał mi okładkę książki, którą kupiłam mu na nasze pierwsze, rodzinne święta.
Pokręciłam głową i wróciłam do swojej. Ile razy można czytać tą samą powieść? Pewnie zna ją już na pamięć. Więcej już żadne z nas się nie odezwał, zanurzeni we własnych lekturach.
- Na ile wypożyczyłeś łódkę?- spytałam, gdzie tak w porze obiadu.
- Na ile chcemy. A co?- spytał, nie odrywając wzroku od białych kartek.
- Głodna jestem.
- Już?- zdziwił się.
- Śniadanie
 było jakieś sześć godzin temu.- zauważyłam.
- O Boże. Ale ten czas leci. Chcesz coś zdrowego, czy nie?
- Coś tłustego i takiego, aby smak ma długo mi pozostał na języku.
- To zostań tu, chyba że wolisz mi pomóc. Wtedy zabierzemy wszystko, ubierzesz się...- na chwilę przerwał, przyglądając mi się.- albo się nie ubieraj.
- Jednak się ubiorę.
- Wstydzisz się mnie?- uniósł jedną brew do góry.
- Nie, ale nie chcę, żebyś zapatrzony we mnie, coś przypalił.- mrugnęłam mężowi okiem.
- A jest na co popatrzeć.
Od samego jego wzroku zrobiło mi się gorąco.
- Dobra, dosyć. Ty idziesz pichcić, a ja zostaję tu.
Po półtorej godziny wrócił.
- Zapraszam do stołu.
- Nareszcie. Myślałam, że umrę z głodu.
Wstałam, ubrałam się i zeszłym za nim na dół. Zobaczyłam po jednej stronie pomieszczenie z miękkim materacami, chyba robiącą za sypialnię, a naprzeciwko niej jadalnię. Podłoży stół pomiędzy miejscami do siedzenia. Na jego środku stały miski z ziemniakami, sałatą ze śmietaną i cukrem, oraz żeberkami w miodzie. Aż ślinka mi pociekła i zaburczało w brzuchu.
- Mów, kiedy jesteś głodna, bo oskarżą mnie o głodzenie.- zaśmiał się, choć w jego oczach widziałam, że mówi no serio. Przynajmniej tą pierwszą część.
- Dobrze.- odpowiedziałam z uśmiechem.
Usiedliśmy przy stole i zabraliśmy się do jedzenia. To było takie cudowne. Mięso aż samo dochodziło od kości, rozpływając się w ustach. Po chwili na naszych talerzach pozostały tylko kupki kości.
- To było przepyszne. Dziękuję.- uśmiechnęłam się do niego.
- Nie ma za co. Cieszę się, że ci smakowało.
Posprzątaliśmy i wróciliśmy na górę. Dymitr od razu stanął przy sterze.
- Co powiesz na małą kąpiel?- spytał, zatrzymując motorówkę i rzucając kotwicę na dno.
- Kto ostatni w wodzie ten Hans.- wskoczyłam na główkę do turkusowe oceanu.
Wynurzyłam się, a po chwili koło mnie zanurkował mój mąż.
- Nie ładnie. Nie dałaś nam równych szans.- zrobił smutną minę, łapiąc mnie w objęcia.
- Takie życie.- wzruszyłam ramionami.
Przez kolejne godziny trochę pływaliśmy, a trochę się opalaliśmy. Pod wieczór zaczęliśmy płynąć z powrotem tak, aby przed zmrokiem być w porcie. Ale zanim wróciliśmy do pokoju, urządziliśmy sobie spacer po plaży patrząc na gwiazdy.
- Patrz, tam jest gwiazdozbiór lwa.- wskazał.
- A tam łabędzie. Tak wiem.
- Właśnie nie wiesz. Bo łabędzie jest tam.- przesunął moją rękę pod innym kątem.- Inny kraj, inne niebo.
- A gdzie jest baran?- spytałam zafascynowana.
- Tam. O a tutaj Koziorożec.
- Nie są zbyt daleko od siebie.
- A my?- spojrzał na mnie.
- Nigdy nie będziemy.- ścisnęłam jego dłoń.
Dalej szliśmy w ciszy. W końcu położyliśmy się na piasku i wtuleni w siebie oraz wsłuchani w szum fal, patrzyliśmy na gwiazdy.
- Wiesz, teraz czuję się jakoś inaczej. Lepiej.- nagle odezwał się Rosjanin.
- Czemu?- oparłam się o jego klatkę piersiową.
- Jak mi powiedziałaś, że będę aniołem, pomyślałem o tobie. Czy wtedy będziemy rozdzieleni? A może będzie dane nam dalej być ze sobą? Ale widać, że los sam rozwiązał ten problem.
- Gdy się tego dowiedziałam, byłam z ciebie dumna i cieszyłam się twoim szczęściem. Jednak teraz, jak sama mam taką być, czuję się upokorzona. Jak jakieś dziecko specjalnej troski na specjalnym traktowaniu. Że nie zasługuję na to.
- Kiedyś sobie wybaczysz Roza, a wtedy...
- To już nie chodzi o to, bo sobie wybaczyłam.- usiadłam plecami do niego.- Po tym wszystkim, co robiłam, a wiem, że nie byłam aniołkiem, mam się stać jednym z nich. Ty to rozumiem, zawsze szlachetny odpowiedzialny i dobry, a ja...- spuściłam wzrok, bawiąc się piaskiem.
- Roza, nawet tak nie mów.- przytulił mnie i pocałował w kark.- Jesteś wspaniałą kobietą, która w obronie rodziny i przyjaciół zrobi wszystko, pragnie pomagać każdemu. Nie zostawiasz w potrzebie nikogo, nie ważne co zrobił. Obronisz go, bo wierzysz w słuszność. Robisz wszystko, co najlepsze, podejmujesz dobre decyzje, patrzysz na dobro ogółu. Zasługujesz na ten zaszczyt, jak nikt inny.
Usiadłam na jego kolanach, zarzucając mu ręce na kark.
- Dziękuję.- szepnęłam, czując łzy szczęścia i wzruszenia pod powiekami.- Kocham Cię, Towarzyszu.
- Ja ciebie też, Roza.- odwzajemnił uścisk.
Jeszcze chwilę tak siedzieliśmy, ale gdy zrobiło się chłodniej, zaczęliśmy wracać do pokoju, trzymając się mocno za ręce.
- Tylko tak z ciekawości, kiedy sobie wybaczyłaś?- zagadnął Dymitr.
- Już na motorówce. Mam dla kogo żyć i dla nich muszę sobie wybaczyć. Ale
zrozumiałam to dzięki twojemu wsparciu i szczerej rozmowie.
- Od zawsze byłaś silniejsza ode mnie. Tak samo wybuch na parkingu sobie wyłączyłaś po kilku godzinach, a ja potrzebowałem ponad tygodnia i miłość w twoich oczach tuż przed śmiercią. Czemu byłem taki uparty?
- Każdy jest inny i ma swój sposób. Ty jesteś bardziej honorowy, zamknięty w sobie i potrzebowałeś więcej czasu.
- Ale powinienem był zobaczyć twoją miłość wcześniej. To wszystko, co dla mnie robiłaś, to było z miłość. A ja byłem takie głupi i ślepy.- załamał się.
Zatrzymałam się i pociągnęłam go do siebie. Kiedy stanął na przeciwko mnie, złapałam go za obie dłonie i spojrzałam mu prosto w oczy.
- Wcale, że nie. Robiłeś to, co uważałeś za słuszne. Chciałeś dobrze, a to ja znowu pokrzyżowałam ci plany. Nigdy byś mnie umyślnie nie skrzywdził i wtedy odsunięcie się ode mnie było, z twojego punktu widzenia jedynie dla mojego dobra. Też dużą rolę w tym odegrał mój związek z Adrianem.- odwróciłam wzrok, ale tylko na chwilę.- Ty widziałeś moją miłość, ale nie chciałeś jej do siebie dopuścić. A wtedy...
- Wtedy poczułem to samo, co miesiąc temu i przy porodzie bliźniaków. Bałem się. Bałem, że nigdy więcej cię nie zobaczę. Że stracę cię na zawsze i doceniłem co mam. Stałem się otwarty na wszystko, co mi dajesz, bo bałem się, że więcej nie będę miał okazji dostać.- przytulił mnie mocno.- Tak bardzo Cię Kocham Roza. Nie zostawiaj mnie nigdy.
W świetle księżyca zobaczyłam pojedynczą łzę na jego policzku. Mi również jedna się zakręciła. Doskonale go rozumiem. To samo czułam, po akcji ratunkowej w jaskiniach przy Akademii. Ból i cierpienie duszy.
- Nigdzie nie nie wybieram.- powiedziałam łamiącym się głosem, głaszcząc go po plecach.
W moje ramiona wypłakiwał wszystkie uczucia tamtego dnia.
- Dziękuję Roza.- odsunął się i spojrzał mi w oczy.- Jak ty to robisz, że czytasz ze mnie, jak z otwartej książki?
- Po prostu znam ciebie, znam to uczucie, wiem jak to jest stracić kogoś ważnego. Jak trudno odsunąć od siebie miłość, dla szczęścia tej drugiej osoby.
- Ja tiebia liubliu Roza.
- Ja tiebia toże liubliu tovarishch.

piątek, 17 lutego 2017

ROZDZIAŁ 393

- Powiedz mi,- poprosiłam, kiedy weszliśmy na piasek.- Gdzie my tak właściwie jesteśmy?
- W Hiszpanii.
- I ty mówisz po hiszpańsku?- zdziwiłam się.
- Tak.- uśmiechnął się cwanie.
- A oni nie rozumieją po angielsku?- nie odpuszczałam.
- Rozumieją, ale ty też.- złapał mnie za dłoń i pociągnął wzdłuż wybrzeża.- A jaka to by była niespodzianka, gdybyś wiedziała co mówię?
- Zgaduję, że cel naszej wyprawy, to też tajemnica.
- Da.- uśmiechnął się, a ja tylko przewróciłam oczami.
Dalej szliśmy w ciszy, aż nie dotarliśmy do portu. Założyliśmy buty i weszliśmy na pomost. Zafascynowana patrzyłam na okazałe żaglówki. Jedne mniejsze, drugie ogromne, jak nasz cały dom.
- Umiesz tym pływać?- spytałam.
- Nie, ale mam patent motorowodniaka, więc sobie popływamy na silniku.- wszedł na coś po prawej stronie.
Spojrzałam tam i zaskoczona zrobiłam kto w tył. Przede mną stała wielka, czerwona motorówki z metalowymi barierkami.na dziobie miała coś a'la schodek i z małą pomocą Rosjanina, weszłam na pokład.
- Mówiłam już, nie nie przestajesz mnie zaskakiwać?- spytałam, rozglądając się po białym pokładzie.
Na środku stała kabina dla kierowcy, czy sternika. Nie znam się, nie orientuję. Przed nią było miejsce dla pasażerów z siedzeniami na brzegach. Co mnie zaskoczyło, na dole już stało wiadro z lodem i szampanem, a przy nim dwa kieliszki. Po obu stronach kabiny znajdowały się schody. Zaciekawiony chciałam tam iść, ale zatrzymał mnie głos ukochanego.
- Roza, złapiesz cumę?- poprosił.
- Tą linkę z przodu?- spytałam, sięgając po nią
- A podobno mieliście gości z wielkiej wody.- przypomniał kpiąco, po czym krzyknął coś po hiszpańsku.
Odpowiedział mu jakiś głos z dołu, na co ze strony strażnika poleciała kolejna komenda i odczepiono nas od pomostu, a Dymitr zaczął cofać.
- To było kilka lat temu. Chciałam się upewnić.- mruknęłam urażona.
- No już się nie obrażaj. Bym z chęcią cię przytulił, niestety muszę sterować. Ale jak chcesz, to sama tu przyjdź, a może dam ci popływać.
- Oj lepiej nie, bo jeszcze coś popsuję.- mimo to, podeszłam i przytuliłam go od tyłu.
- Przecież tu tyko wszystko ulepszasz.
- Ja?- oderwałam głowę od jego pleców i spojrzałam na niego zdziwiona.- A niby co?
- Najpierw świat morojów, odkrywając moc ducha, później świat dampirów, dzięki zezwoleniu na związki, a następnie mój, dając mi miłość i dzieci.- popatrzył na mnie z taką miłością, że aż poczułam ciepło rozlewające się po moim ciele od serca.
Jednak i z tym pojawiły się mroczne myśli, które zasłoniły mój dobry humor niczym chmury burzowe. Potarłam ramiona, na których pojawiła się gęsia skórka.
- I w świecie strzyg.- szepnęłam.
- Nie rozumiem?- Dymitr spojrzał na mnie pytająco.
- Na przykład przemienianie każdego, kogo się zjadło. Albo mój sztylet.
- Roza, to tylko znaczy, że jesteś wyjątkowa. Żadna struga wcześnie na to nie wpadła. Sam tego nie rozumiem. Ale to nie dla nas problem. Wszystko już jest dobrze, tak?
- No nie do końca.- podeszłam do wiaderka z szampanem i wzięłam napój.- To wiele zmienia. Jeśli strzygi opanują walkę mieczami, sami będziemy musieli się na nie przerzucić. Nowe bronie, nowe techniki, nowy program nauczania. Otworzysz?- podałam mu butelkę.
- Na pewno nie będzie tak źle. Skoro byłaś pierwsza, która na to wpadła w historii po dwóch tysiącach lat, to drugiej nie będzie jeszcze drugie tyle, jeśli w ogóle. Strzygi są zbyt próżne i...- wystrzelił korkiem.- dzikie. Kierują się tylko instynktem.
Kątem oka zobaczyłam, że mój mąż włączył autopilota i ruszył ze mną na środek pokładu.
- To dziwne.- nalałam napoju do dwóch kieliszków, z czego jeden podałam strażnikowi.- Z moich wspomnień z tego okresu, mało rzeczy pokrywa się z naszymi lekcjami i tym co mówiłeś.- położyłam się na pokładzie, a on na przeciwko mnie.- Ja... nie wiem jak to powiedzieć, ale jakbym była bardziej uparta i dlatego tak szybko zdobyłam władzę. Też to zastraszanie. I kiedyś mówiłeś, ze pamiętasz to jak przez mgłę, a ja pamiętam to dokładnie, ze szczegółami.
- Może masz rację. Na ciebie i twoje życie duży wpływ miała magia. Mogło się to odbić na tobie i mamy takie efekty.- pociągnął łyk.
- Może. Ale my tu gadu gadu, a słoneczko nam ucieka.
Wstałam i zrzuciłam z siebie sukienkę. Z torby wyciągnęłam olejek do opalania i podałam Rosjaninowi.
- No a góra?- spytał.
- Jaka góra?- nie rozumiałam.
- Miałaś ściągnąć też górę stroju.- uśmiechnął się wyczekująco.
- No chyba żartujesz?!
- Jestem absolutnie poważny.- uśmiech znikł, ale nie na więcej niż dziesięć sekund.
- Nie ma mowy. Jeszcze ktoś mnie zobaczy.- usiadłam obok niego.
- A niedawno szukałeś plaży dla nudystów. A ja ci specjalnie zapewniłem miejsce na opalanie topless. No Roza, mnie się wstydzisz. Rozejrzyj się, żywej duszy nie ma.
Miał rację. Westchnęłam i pociągnęłam za sznurki za plecami.
- Ale tylko stanik.- zastrzegłam.
- Na razie. Majtki będzie łatwo z ciebie ściągnąć.- uśmiechnął się, na co ja rzuciłam mu mordercze spojrzenie.- No wiesz, albo się opalasz cała, albo w ogóle. A takie białe ślady po stroju nie ładnie wyglądają.
- A kto mnie będzie tak oglądał?
- Ja.
- Przecież ciągle powtarzasz, że dla ciebie zawsze jestem piękną.- posłałam mu całusa.
Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale chyba nie wiedział co. Z torby wyciągnęłam ręcznik i książkę, po czym rozłożyłam się z tym na środku pokładu. Otworzyłam pierwszą stronę.
- Posmarujesz mnie, czy mam sama?- spytałam, niby od niechcenia.
- Z największą przyjemnością.
Już po chwili poczułam jego ciepłe ręce z chłodnym olejkiem, robiące mi masaż. To było boskie uczucie. Rozpływałam się pod jego dłońmi, aż nagle przestał.
- Ej, czemu przestałeś?- jęknęłam nie zadowolona.
- Bo już cię nasmarowałem.- zaśmiał się.
- A jeśli powiem, że za mało?- spojrzałam na niego kusząco.
- To wtedy- podszedł do mnie zmysłowym krokiem i pochylił się nad moimi plecami, szepcząc mi do ucha.- uznam, że nie chcesz się ocalić i zabiorę cię pod pokład.
Na ras zrobiło mi się gorąco. I czułam, że chcę tego. Już przestałam się zamartwiać tym co było. Szczere rozmowy z ukochanym mi pomogły. Ale byłam głupia. Omal nie zostawiłam go i dzieci. Wszystkich, których kocham i którzy mnie kochają. Dymitr ma rację. Wielu chciałoby mieć takie życie jak my. A ja chciałam to zostawić. Muszę sobie wybaczyć i żyć dalej. To wszystko co zawsze powtarzałam mężowi, czemu uwierzyłam w to, dopiero teraz, gdy moje słowa padły z ust Bielikowa? Nie wiem. Ale wybaczam sobie. Obwinianie się nic mi nie da. Trzeba żyć dalej.

ROZDZIAŁ 392

- Kiedy moglibyśmy zobaczyć się z dziećmi.- spytała przy śniadaniu.- Stęskniłam się za tymi rozrabiakami i Lili.
- Oni za tobą też. Ciągle tylko " kiedy mama wróci? A czemu do niej nie pojedziemy?"- uśmiechnął się, a mi zrobiło się ciepło na sercu.-Ale czy jesteś gotowa?
- Gdybym nie była, nie chciałabym widzieć ich na oczy.
To cudowne uczucie mieć dzieci, które cię kochają i za tobą tęsknią, nawet jak znikasz na parę godzin. Są od ciebie całkowicie uzależnione, a ty nie widzisz świata po za nimi. To cudowne doświadczenie. Cieszę się, że je mam.
- A jak Lili? Musiała to bardzo przeżyć.- zmartwiłam się.
- No to prawda. Ale bardzo mi pomogła. Wiesz co mi najbardziej utkwiło w pamięci?- patrzyłam na niego wyczekująco.- Gdy uciekaliśmy z domu do samochodu, ona się opierała. Nieźle mi się dostało, za zostawienie cię tam. Powiedziała zdanie, które bardzo mnie wzruszyło. Mianowicie: "Straciłam już jedną mamę, nie chcę stracić kolejnej."- przez cały czas patrzył mi głęboko w oczy.
Nie wiedziałam co powiedzieć. Ta słodka kruszynka traktuje mnie jak mamę. To... piękne. Poczułam pieczenie pod powiekami i po chwili na policzkach poczułam łzy. Naprawdę się wzruszyłam. Ona również jest dla mnie ważna. Szybko chwyciłam serwetkę, ale gdy podniosłam wzrok zamarłam. Dymitr nachylił się w moja stronę i starł mi łzy dłonią. Wtuliłam się w nią.
- Dobrze, że się dziś nie pomalowałam.- uśmiechnęłam się, osuszając oczy.
- Dla mnie to w ogóle głupota. I bez tej warstwy tapety wyglądasz olśniewająco.
- Dziękuję.
Gdyby ktoś patrzył na nas z boku, na pewno uznałby, że jesteśmy piękną parą na urlopie, a nie małżeństwem z dwuletnim stażem, dwójką, a nawet trójką dzieci, zmagającym się z wyrzutami sumienia i mrokami przeszłości.
- A wracając do naszej rozmowy...
- A tak!- na nowo wrócił do swojej pozycji.- Możemy wyjechać w każdej chwili.
- Ale po co od razu wyjeżdżać. No wiesz, urlop nam się przyda. A zwłaszcza rodzinny.- zauważyłam.
- Mogę coś na to poradzić.- mój mąż oparł się o krzesło, wrzucając na talerz serwetkę, którą chwilę wcześniej wytarł sobie twarz.
- Na to liczyłam.
Wstałam i podeszłam do niego kobiecym krokiem. Nachyliłam się, całując go w policzek i ruszyła do hotelu. Po chwili strażnik dogonił mnie, po czym złapał za ramię i przyciągnął do siebie tak, że uderzyłam w jego tors.
 - A dokąd to się pani wybiera.- spytał, przesuwając dłonie na moje biodra.
- Chętnie zaczerpnęła bym kąpieli słonecznej, a do tego potrzebny mi strój kąpielowy. Chyba, że znasz jakaś plaże dla nudystów z przystojnym ratownikami.- droczyłam się z nim.
- Przykro mi, ale nie posiadam takich informacji. Jednak znam miejsce, gdzie będziesz mogła opalać się topless, ze mną jedynym, jako ratownik.
- Uważasz, że jesteś dość przystojny?- spytałam z figlarnym uśmieszkiem.
- Tak. I nie będzie tam żadnych zboczeńców, gapiących się bezprawnie na moją kobietę.
- Patrzeć na świat nikomu nie zabroniono.- zauważyłam.
- Roza, nie przeginaj, bo jedyna twoja kąpiel będzie w naszej wannie.- pogroził.
Poddałam się i ruszyłam za nim do hotelu. Przypomniałam sobie, że nie may żadnych strojów kąpielowych. Otworzyłam szafę w poszukiwaniu czegoś na zastępstwo i wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy zobaczyłam nasze rzeczy, których wcześniej nie było.
- Poleciłem, żeby nam je przywieźli.- wytłumaczył mój ukochany, widząc, że od 5 minut wpatruję się w otwartą szafę.
Wzruszyłam ramionami i wzięłam niebieskie bikini z jaśniejszymi kółkami i dwoma metalowymi pierścieniami po obu stronach bioder. Na to założyłam białą, zwiewną sukienkę do kolan, na ramiączkach, a do tego białe sandały z korkowym spodem. Po chwili z łazienki wyszedł Rosjanin z niebieską koszulką na ramiączkach, idealnie przylegająca do jego umięśnionego brzucha i beżowych sportach. Wziął torbę i spakował tam ręczniki, mleczko do opalania, komórki i oczywiście jakiś swój western. Jednak pamiętając nasz miesiąc miodowy, wzięłam pierwszą lepszą książkę z półki, która nie była westernem i wcisnęłam mu przez ramię. Wyciągnął ją i spojrzał na tytuł.
- Będziesz czytać "Intruza"?- spytał, pokazując mi czarną okładkę z połową twarzy ze szczególnym zbliżeniem na oko.
- Książka jak każda inna.- wzruszyłam ramionami.
- Z nimi jest jak z kobietami.- uznał, wkładając lekturę do torby.- Z wierzchu niby wszystkie takie same, ale jak się wgłębisz w jej treść, zobaczysz, że każda jest inna.
Ruszyliśmy do wyjścia. Po drodze Bielikow sięgnął po dwa słomiane kapelusze z czego jeden założył mi na głowie. Ja za to wzięłam nam okulary przeciwsłoneczne.
- Mam nadzieję, że dziewczyn nie zmienisz za każdym razem, gdy poznasz ich historię.
- Staram się z każdą dobrą zachować kontakt, ale tylko jedna zostanie ba zawsze bliska memu sercu.- objął mnie ramieniem, a ja się w niego wtuliłam.
Po wyjściu skierowaliśmy się na plażę. Przy samym jej początku, zajęłam buty i rozkoszowałam się ciepłem małych drobinek piasku pod stopami. Jednak zamiast w stronę fal, szliśmy środkiem, wzdłuż wody. Ziarenka zaczęły mnie parzyć, kiedy zobaczyłam średniej wielkości budkę. Z ulgą stanęłam na drewnianym podejście przed nią i przeczytałam szyld, ogłaszający, że jesteśmy w wypożyczalni. Dymitr wymienił się uściskiem dłoni i kilkoma zdaniami z jakimś chłopakiem, około dwudziestu dwu letnim. Co mnie zaskoczyło, nie był to ani angielski, ani rosyjski, a mój mąż nawet się nie zająknął. Po chwili opalony blondyn wrócił do środka budki.
- Kiedy przestaniesz ukrywać swoje talenty Towarzyszu?- spojrzałam na niego, opierając się o ścianę budynku ze skrzyżowanymi rękoma.
- Nie przeczytałabyś książki, gdybym zdradził ci jej fabułę.- uśmiechnął się cwanie.
- Prędzej, niż gdybyś wyrwał z niej kilka stron.- odwróciłam się na pięcie i poszłam w stronę wody.
Poczułam ulgę, gdy chłodna fala obmyła mi nogi. Zamknęłam oczy, rozkoszując się zapachem i dźwiękami oceanu. Nagle ktoś wziął mnie w ramiona jak pannę młodą. Otworzyłam natychmiast oczy.
- O nie, nie, nie! Nie rób tego! Bielikow! Postaw mnie na ziemię, przy plaży.- krzyczałam, kiedy coraz bardziej oddalał się od brzegu.
- Nie muszę wyrywać kartek. Wystarczy, że zrobię zaskakujący zwrot akcji.- uśmiechnął się cwanie i mnie wypuścił.
W ostatniej chwili nabrałam powietrza, przed tym jak cała znałam się pod wodą. Stanęłam na piaszczystym dnie, wynurzyłam się, cała opierając wodą. Usłyszałam śmiech strażnika i rzuciłam się na niego. Chwilę się goniliśmy i bawiliśmy w wodzie, uśmiechając się szeroko.

czwartek, 16 lutego 2017

ROZDZIAŁ 391

Obudziłem się bardzo wypoczęty i zauważyłem, że Roza mi się przypatruje.
- Dzień dobry, kochanie.- uśmiechnąłem się do niej, przyciągając ręce, po czym na nowo uwięziłem ją w swoich ramionach.
- Hej Towarzyszu.- uśmiechnęła się.
- Ktoś ma tu dobry humor.- zauważyłem.
- Trochę przemyślałam wczorajszy dzień i masz rację. Może nie uda się od razu, ale spróbuję cieszyć się życiem.
- Nie martw się, ja już ci w tym pomogę.- zacząłem całować ją po szyi.
- Dymitr, nie.
Jednak się nie zraziłem i przełożyłem rękę i nogę tak, że była pode mną i... zacząłem ją łaskotać. Rzucała się ze śmiechu po całym łóżku.
- Dymitr! Wystarczy!-krzyczała między śmiechem, a ja przerwałem.- Już...już mam dosyć.
Oddychaliśmy głośno, a ja się pochyliłem i schowałem głowę w poduszce, na której porozrzucane były jej włosy, zaciągając się zapachem. Podnosząc się połaskotałem nosem, szyję mojej żony. Jak ja ją kocham. Pomogłem jej wstać.
- Ale jestem głodna.- słowa dampirzycy potwierdziło burczenie w brzuchu i oboje się zaśmialiśmy.
- Nie pozwolę ci więcej iść spać bez kolacji.- stwierdziłem.
Zaczęliśmy się ubierać.

ROSE
- Dymitr.- usiadłam obok strażnik na łóżku, zakładając spodnie.- Naprawdę myślisz, że jesteśmy sobie przeznaczeni?
- No pewnie. A ty w to wątpisz?- spojrzał na mnie.
- Nie wiem.- przyznałam, spuszczając głowę.
- Wierzysz słowom mojej babci?- spytał.
- Co mnie przeraża, z każdym coraz bardziej.
- Kiedyś mi powiedziała, że przeznaczone mi być z różą.- wspominał.- Nie brałem tego dosłownie. Jak jeszcze w młodszym wieku interesowały mnie dziewczyny, szukałem pięknej, delikatnej, ale i z charakterem. Głównie szukałem w morojkach, no bo wiesz.... wcześniej nie wiedziałem... chciałem dbać o nasz gatunek i...- słodkie było patrzenie jak się zmieszał.
Cmoknęłam go w policzek.
- Spokojnie, rozumiem.- zapewniłam go z uśmiechem, ściskając mu dłoń.- No i co dalej?- spytałam ciekawa.
- No i żadnej nie znalazłem. Albo miała tylko jedną z tych cech, albo coś nam nie wyszło. Pamiętam jak z przyjacielem próbowałem się przedostać pod balkon jednej takiej dziewczyny, Oli, chyba nie kojarzysz.- uśmiechnął się znacząco.- Przechodząc przez żywopłot, zahaczyłem się i spadłem w krzak róż. Wtedy Alan spytał, czy to o taką różę mi chodziło, a ja powiedziałem, że od mojej tyłek będzie mnie mniej boleć. - zachichotał, a ja mu zawtórowałam.- W końcu przestałem się zajmować dziewczynami, a zacząłem ćwiczyć, ćwiczyć i ćwiczyć, aż nie zostałem strażnikiem. I pewnego dnia dostałem zlecenie złapania dwóch uciekinierek. Gdy zobaczyłem twoje imię, wystraszyłem się. Wcześniej nie spotkałem na swojej drodze żadnej Rose, Rozy czy Róży. Błagałem tylko, abyś nie okazała się Tą Różą. Wtedy oznaczało to tylko kłopoty. Po pierwsze wiek, po drugie zawód, po trzecie jeden podopieczny. Sądziłem, że to za wiele przeszkód jak na przeznaczenie. Ale gdy Cię zobaczyłem na żywo, po całym dniu, w którym mogłem poznać twój charakter i dokonać pierwszej oceny, wiedziałem, że przepadłem z kretesem.
- Ach, ten urok osobisty.- zarzuciłam włosami.- Przyciąga tylu mężczyzn.
- Mój też musiał zadziałać, skoro to ja jestem... no prawie pierwszym.- uśmiechnął się.
- Czemu prawie?- zmarszczyłam brwi.
- Pierwszym, którego pokochałaś, z którym chodziłaś tak na serio, pierwszym z którym się kochałaś i pierwszym twoim mężem. Ale nie mogłem liczyć na twój pierwszy pocałunek.- rozmarzył się.
- Ale nasz pierwszy pocałunek, jak i każdy kolejny, był 100 razy lepszy od wszystkich moich poprzednich.
- I wymuszony.- zauważył.
- No wiesz. Zależy jak kto patrzy.- spojrzał na mnie zdziwiony.- Przynajmniej był z pełnymi emocjami. Tylko czemu wciąż zaliczasz to do złych wspomnień?
- Roza...- westchnął.- Obwiniam się, że gdyby nie Lissa w potrzebie, zapewne wtedy mielibyśmy swój pierwszy raz.
- Ale nic się nie stało.- powiedziałam dobitnie.
- Ale mogło się stać.- wstał i zaczął desperacko chodzić po pokoju.- Mogło, bo ja nie umiałem się temu przeciwstawić.
- To było silne zaklęcie, a to właśnie ty się odsunąłeś i wyrzuciłeś naszyjnik.- wstałam i stanęłam przed nim, zarzucając mu ręce na kark.- Gdyby nie ty, nie wiem, co by się stało z Lissą. Dziękuję.
Złączyłam nasze usta w delikatnym pocałunku i poczułam, że chichocze. Zaczął mówić między pocałunki
- Chyba trochę... spóźnione te... podziękowania.- odsunęłam się od niego.- Ale nie znaczy, że mi się nie podobają.
Przyciągnął mnie do siebie, obejmując w pasie i ponownie łącząc nasze usta. Powiem tyle, że gdyby mnie nie trzymał, miałabym bliskie spotkanie z podłogą. Jego pocałunki zwalają z nóg. Oddałam go, a gdy poprosił o dostęp, dałam mu go natychmiast. Pogłębił pocałunek, schodząc dłońmi coraz niżej. Zaczęłam czochrać jego włosy, drapiąc mu przy okazji głowę, na co zamruczał gardłowo. Złapał mnie za uda, a ja automatycznie oplotłam go nogami w pasie. Na plecach poczułam ścianę, gdy pocałunki stały się bardziej namiętne. Jednak kiedy chwycił za brzeg mojej bluzki, złapałam go za dłoń i przerzuciłam sobie przez ramię. Niestety zabrakło nam powietrza.
- Jeszcze nie teraz Towarzyszu...- próbowałam unormować oddech.- Jeszcze nie teraz.
- Dobrze Roza. Zaczekam.
Nie byłam jeszcze gotowa, po tym, jak go zdradzałam. Dalej nie mogę uwierzyć, że wszystko mi wybaczyć, ale już mi jakoś łatwiej tak żyć. Dzięki temu, że jest ze mną i pomaga mi przez to przejść. Postanowiłam to obrócić trochę w żart.
- To też, ale jestem potwornie głodna i mogłabym przy okazji cię zjeść.- zachichotałam.
- O nie! To musimy szybko nakarmić, tego potworka w tobie.- pociągnął mnie ze śmiechem do drzwi, ale przy nich zatrzymał się i położył na ścianie ręce, nie dając mi żadnej możliwości ucieczki.- Kocham Cię Roza.
Niesamowite z jaką łatwością odpowiedziałam. A jeszcze bardziej zaskakujące, że była to prawda.
- Też Cię Kocham Towarzyszu.- uśmiechnęłam się do niego promiennie.
Oczy mu się rozszerzyły ze zdziwienia. Nim zdążyłam cokolwiek zrobić, uwięził mnie w swoich ramionach i zaczął się ze mną kręcić. Był taki szczęśliwy.

środa, 15 lutego 2017

ROZDZIAŁ 390

Przytuliłem ją do siebie, po czym czułem jak trzęsie się od płaczu. Nic nie mówiłem, tylko tuliłem ją i głaskałem po plecach. Gdy się uspokoiła, wróciliśmy do pokoju. Ja pierwszy poszedłem się myć, ona druga. W parku spędziliśmy całe popołudnie, a kolacji nie chcieliśmy jeść. Położyłem się na wielkim łóżku z białą pościelą, ozdobioną żółtymi, szerokimi paskami po obu bokach z motywem jesiennych liści. Całość dopełniono wzorami ze złotych nici. Calu pokój był zachowany w bieli z żółtymi lub pomarańczowym dodatkami, a na podłodze ułożono ciemne, brązowe panele. Po chwili wróciła Roza, białej koszuli nocnej. Na chwilę się zatrzymała przed balkonem i patrzyła na zachodzące słońce. Wyglądała jak anioł. Podszedłem do niej od tyłu i ją przytuliłem. Lekko się spięła, ale nie odsunęła. Gdy słońce już zniknęło, patrzyliśmy chwilę na nocne niebo. Nagle moja żona zaczęła pocierać dłońmi zmarznięte ramiona, więc pocałował jej szyję i poszedłem zamknąć drzwi balkonowe.
- Dlaczego to robisz?- spytała dampirzyca, siadając na łóżku.- Czemu wciąż tu jesteś?
- Jakbym nie mógł być. Kocham Cię i jesteś moim całym życiem.- ukląkłem przed nią i złapałem ją za dłonie.- Chcę być przy tobie zawsze i wszędzie. Ty też byłaś przy mnie, choć cię odpychałem. Nie poddałaś się i mnie uratowałaś. A ja uratuję ciebie. Obiecuję kochanie.- pocałowałem jej dłonie, nie spuszczając wzroku z brązowych oczu.
- Po tym co ci zrobiłam?
- Ja zrobiłem więcej, gorszych rzeczy. Względem ciebie i innych. Byłem strzygą około 4 miesiące, a ty tylko jeden. Zabiłem więcej osób, dłużej siałem postrach i dłużej ciebie więziłem. Codziennie piłem twoją krew, nawet nie pytając cię o zdanie, a ty niepewnie raz wypiłaś moją i jeszcze sam musiałem cię namówić. Uderzyłem cię, co jest już kompletnie nie wybaczalne. A ty mi to wybaczyłaś, dodatkowo mówiąc, że to nie moja wina. I to dzięki tobie następne lata były najlepszymi w moim życiu i będą takie kolejne. Obiecuję ci.
- Ale ty nie zdradzałeś mnie codziennie. Żadna suka nie dotykała cię tam, gdzie tyko ja mogę z trzy razy dziennie.
- Ale zdradziłem. To powiem to jeszcze raz. Cokolwiek nie zrobiła strzyga, to ci to wybaczam, ale to nie byłaś ty. Wierzę, że ty byś nigdy tego nie zrobiła, więc nie widzę problemu, aby udowodnić, że nie byłaś sobą. 
Roza wyrwała się i podeszła do lustra.
- A jeśli byłam? A jeśli dalej jestem?- wpatrywała się w swoje odbicie.
- A czy ja jestem? A jeśli uważasz się za winną, to znaczy, że obwiniasz również mnie.
- Wcale, że nie.
- Albo jesteśmy oboje winni, albo niewinni.
- Ale ty jesteś w innej sytuacji.- zniecierpliwiona zaczęła na mnie krzyczeć.- Czy ty byłeś połączony pocałunkiem cienia? Albo miałeś więź ze mną za pomocą błogosławieństwa Chorsu? Nie! Nie wiadomo co się w takim przypadku stanie ze strzygą, nie mówiąc już o tym, że nie zostałam odmieniona mocą ducha.
- Ale ja cię odmieniłem moją miłością, a to najpotężniejsza moc.
- Nie widzisz ile na naszej drodze jest przeciwstawień. Może to wszystko są znaki? Może nie możemy być razem? I nie jesteśmy sobie przeznaczeni?
- Nawet tak nie mów.- wstałem i zbliżyłem się do niej.- Wiem, że jesteś moim przeznaczeniem. Chociażby to, że te przeszkody nas nie pokonały i jesteśmy razem, mamy piękny dom, dwójkę pięknych dzieci, psa i czego dusza zapragnie. Na to wszystko wspólnie zapracowaliśmy i musimy zawsze o to walczyć. Nie można się poddać.
- A jeśli będziesz szczęśliwy beze mnie?- szepnęła bardzo cicho, ale to usłyszałem.
Odwróciłem ją gwałtownie w swoją stronę i spojrzałem w jej piękne oczy.
- Moje szczęście jest tam, gdzie ty. Nie umiem już bez ciebie żyć. To życie byłoby szare, smutne, puste, wypełnione bólem i samotnością. A ja nie chcę takiego życia. I gdziekolwiek byś się nie ukryła, uciekła i tak cię znajdę. Chyba, że...- głos mi się załamał i odwróciłem wzrok.- że to ty będziesz szczęśliwa beze mnie.
Skierowała moją twarz na siebie.
- Ja bez ciebie nie istnieję.- szepnęła, patrząc mi w oczy i mnie pocałowała.
Wziąłem ją na ręce, oddając pocałunek i położyłem na łóżku. Następnie ułożyłem się obok niej i pocałowałem ją w czoło, gdy się we mnie wtuliła.
- Śpij Roza. Wszystko się ułoży.
- Dobranoc Towarzyszu.
Chwilę później jej oddech się uspokoił, a następnie sam zasnąłem.
Obudziłem się w środku nocy i przewróciłem się na bok, szukając Rozy. Ale jej nie było. Podniosłem się do siadu i zauważyłem zapalone światło w łazience. Usłyszałem szloch ukochanej, więc postanowiłem tam zajrzeć. To co zobaczyłem, sparaliżowało mnie. Ale tylko ma sekundę. Podbiegłem do dziewczyny, siedzącej na kafelkach i wyrwałem jej sztylet z rąk, odrzucając go w kąt. Gdy ją przytuliłem, rozpłakała się jeszcze bardziej i ja sam zacząłem płakać.
- Roza... dlaczego? Dlaczego chciałaś to zrobić? Zostawić mnie i dzieci? Aż tak mnie nienawidzisz?- głos mi się załamał.
- Ja... ja muszę. To... nie życie dla mnie...- szlochała.
- Różyczko, skarbie. Daj sobie czas. Żeby żyć, pokochaj wszystko, co nienawidzi strzyga. Bądź tym, czym ona nigdy nie będzie, ale nie zabijaj się bo i tam cię znajdę, szybciej niż myślisz.
- Dymitr...- Zaczęła.
- Nie! Nie chcę więcej słyszeć o tym. Przypomnij sobie naszą rozmowę w hotelu, gdy zabiłaś Daszkowa. Pozwalaj sobie na wyrzuty sumienia, opłakuj straty. Ale nie zamykaj się w klatce, nie karaj się za coś, czego nie zrobiłaś. Żyj całą sobą, ciesz się nową szansą i nie marnuj ja. I nie rób tego więcej. Nigdy nawet nie myśl, aby się pociąć. Nigdy.
Między nami zapadła cisza. Razem wspieraliśmy się nawzajem.
- Przepraszam.- szepnęła w końcu moja ukochana.
- Dlaczego Roza? Kochanie, dlaczego chciałaś to zrobić?- spytałem, patrząc jej w oczy.
- Śniło mi się... ja nie chciałam, żebyś był nieszczęśliwy.
- Gdybym cię nie powstrzymał, byłbym najbardziej nieszczęśliwy. Nie mogąc więcej zobaczyć twojego uśmiechu, dotknąć twoich włosów, poczuć twoich ciepłych rąk, cudownych perfum, miękkich pełnych warg.
- Przepraszam.- wtuliła się na nowo we mnie.
Zacząłem głaskać ją po plecach.
- Cii... już spokojnie, nic się nie stało. Jest już dobrze. Ale więcej tego nie rób.- zaniosłem ją do łóżka i mocno przytuliłem.- Teraz już mi nigdzie nie uciekniesz.
Uśmiechnęła się przez łzy.
- Dobranoc Towarzyszu.
- Dobranoc Roza. I SŁODKICH snów.- odpowiedziałem, na co zachichotała.
- Postaram się.- cmoknęła mnie w policzek i zasnęła.
Chwilę byłem się z myślami, później walczyłem z sennością, aż odurzony jej zapachem, zasnąłem.

wtorek, 14 lutego 2017

ROZDZIAŁ 389

Wylądowaliśmy ma dachu jakiegoś hotelu, o wiele niższego od tego należącego do strzyg, ale z większym terenem. Było tu wszystko. Od parku, przez basem, aquapark, spa i inne luksusowe usługi, po sklepy i siłownię. Okazało się, że Dymitr już nam zarezerwował pokój. Ostrożnie podeszłam do wyjścia i oślepiło mnie słońce. Bałam się. A co jeśli mnie spali? Tak dawno nie wychodziłam na nie. Jest takie piękne. Stanęłam przy samej krawędzi cienia i myślałam, co dalej.
- Spokojnie Roza. Nic się nie stanie.- Rosjanin szepnął mi do ucha, łapiąc mnie za dłoń.- Pomogę ci.
Powoli podniosłam drugą rękę i wsadziłam między promienie słoneczne. Podziwiałam jak pięknie oplatają moją dłoń i przedramię. Zachwycona i oczarowana, jednak wciąż nie pewna, zrobiłam krok i czekałam aż się spalę. Otworzyłam oczy i odetchnęłam z ulgą, gdy nie czułam palenia, a delikatne łaskotanie słońca. Zachowywałam się jak dziecko, które dopiero poznaje świat. Dymitr cierpliwie czekał. Nagle z chmur nad nami zaczął padać deszcz. Rozkoszowałam się delikatnymi kroplami, spadającymi na moją twarz i odkryte ręce. Było już trochę zimno, więc musiałam mieć na sobie coś więcej niż szorty i bokserkę. Zaczęłam, uradowana, kręcić się dookoła, ale na moje nieszczęście, poślizgnęłam się na już zmoczone powierzchni. Gdyby nie szybki refleks ukochanego leżałabym w kałuży, a tak miałam jego ramiona. W końcu weszliśmy do środka i zeszliśmy do naszego pokoju. Poukładaliśmy ubrania, które wziął mój mąż, do szafek, przebraliśmy się w suche rzeczy i zgodnie uznaliśmy, że pójdziemy na śniadanie, a raczej obiad. W restauracji był szwedzki stół. Wzięłam sobie kotleta mielonego z ryżem i trzy rodzaje surówek, do tego jakiś zasmażany makaron i cztery naleśniki z nutellą, powidłami śliwkowymi, serem białym z cukrem i dżemem brzoskwiniowym. Bielikow za to wziął rybę z frytkami, też kilka sałatek, kotlet schabowy i fasolkę szparagową z bułką tartą. Problem zaczął się, gdy miałam to zjeść. Tak, byłam głodna, ale ostatni raz jadłam coś miesiąc temu. Nie licząc krwi oczywiście. Zaczęłam od kotleta. Odkroiłam widelcem kawałek i nabiłam na niego. Patrzyłam nie pewnie, po czym w końcu wzięłam go do ust. Rozkoszowałam się tym smakiem. Mój mąż nie zaczął jeść, póki ja się nie przemogłam. Po chwili oboje zajadaliśmy się naszym jedzeniem. Ukochany zabrał mi jednego naleśnika, więc ja mu podkradałam frytki. Oczywiście zostawił mi pół swojego łupu. Wymienialiśmy się, a raczej podkradaliśmy sobie trochę wszystkiego, przy czym nie potrafiłam ukryć uśmiechu. Czułam się szczęśliwa. Ale i tak uważałam, że beze mnie będzie mu lepiej. Przecież nie można tak łatwo wszystkiego wybaczyć. Starałam się jak najdalej odsunąć od siebie myśl, że dwa i pół roku temu, sama mu wybaczyłam. Bałam się, że sama zwątpię w to, czy Dymitr nie jest potworem. A wiem, że nie jest. Wciąż w dość dobrym humorze i z lodami, opuściliśmy lokal.
- To gdzie teraz?- spytałam.
- Może do parku?- zaproponował, a ja się zgodziłam.
Spacerowaliśmy alejkami między drzewami, wielobarwnymi kwiatami i ozdobnie przystrzyżonymi krzewami, w całkowitej ciszy. Trochę przypominało mi to naszą ucieczkę. Też szliśmy, jedząc lody. Ale wtedy było ciepłej i byliśmy poszukiwani z nakazem zabicia. Odsunęłam od siebie te myśli i skupiłam się na otoczeniu. Nad nami unosił się świergot ptaków, tam pod drzewem pobiegła wiewiórka, a gdzie nie gdzie z liści spadały na mokrą ziemię krople deszczu, który przed chwilą przestał padać. W pewnej chwili mój towarzysz przerwał milczenie.
- Roza, powiedz mi co widzisz?- zaczął.
Spojrzałam na niego zdziwiona, ale on tylko się uśmiechnął zachęcająco. Westchnęłam.
- A co mogę widzieć? Drzewa, kwiaty, trawę. Mnóstwo zieleni.- wzruszyłam ramionami.
Podprowadził mnie do ławki i nie przejmując się, że jest mokra usiadł na niej. Widząc moje wahanie, pociągnął mnie na swoje kolana, usadzając bokiem do siebie.
- I jakie to budzi w tobie emocje?- ciągnął.
Aha. Wiedziałam, że to nie jest po prostu przerwanie ciszy. Zaczyna się temat, kim byłam, kim jestem, a kim nie. Mimo to postanowiłam mu nie utrudniać. Zastanowiłam się chwilę.
- Spokój, radość, wyciszenie. Tu po prostu jest pięknie.- rozejrzałam się dookoła.- Czuję się jakbym na nowo poznawała świat, po czasie szarości, złości i gniewu. Strzyga by tego nie czuła.
Spuściłam głowę, ale strażnik podniósł mi ją i skierował na siebie. Topniałam pod jego spojrzeniem.
- Roza... czy ty...- w jego oczach pojawił się strach, ale i nadzieja.- Czy na prawdę już mnie nie kochasz?
Kończąc, położył mi na brzuchu rękę, a ja znowu poczułam tam przyjemny ścisk. Spojrzałam przed siebie po czym spuściłam głowę. Wypuścił głośno powietrze, które poczułam na szyi.
- Nie wiem.- westchnęłam.- Coś do ciebie czuję. Silne przyciąganie, ale nie wiem, czy jestem w stanie kogokolwiek kochać. Nawet jeśli byłaby to miłość, nie powiem tych dwóch słów, bo nie jestem tego godna.
- Czego?- spytał.
Podniosłam głowę i spojrzałam mu w oczy.
- Kochać kogoś tak wspaniałego i idealnego jak ty.
- Nie ma ludzi idealnych.
- Dla mnie ty jesteś i zawsze będziesz.
Nagle Dymitr złapał mnie za policzki i przybliżył moją twarz do swojej. Jednak gdy nasze wargi były oddalone od siebie o milimetr zamknął oczy i oparł czoło o moje.
- Jeśli naprawdę tego nie chcesz, nie zrobię tego.
Chwilę myślałam i byłam się ze sobą, aż podjęłam decyzję.

DYMITR
Skarciłem się w myślach, że chciałem ją siłą pocałować. Ale na szczęście w ostatniej chwili się opamiętałem. To mogłoby zniszczyć, to wszystko co na razie mamy. Już nie narzeka, ze siedzi u mnie na kolanach, a jej oczy są pełne radości, gdy się uśmiecha. Kocham ją, ale jednocześnie wiem, że potrzeba jej czasu. Dlatego Rozie pozostawiłem decyzję, czy tego chce, czy nie. Byłem pewny, że się odsunie i znowu zaczniemy rozmawiać. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy na ustach poczułem jej miękkie, delikatne wargi, najpierw muskające delikatnie, a później już mocniej i pewniej. Zdziwiony uniosłem głowę i oddałem pocałunek. Pociągnąłem językiem po jej dolnej wardze, prosząc o dostęp. Po kilku sekundach go dostałem, a gdy zaczęliśmy walkę o dominację, jęk sam się jej wymknął. Całowaliśmy się gorąco i namiętnie, wyrażając całą swoją miłość i wdzięczność. Odsunęliśmy się od siebie, aby nabrać powietrza.
- Roza, sama musisz przyznać, że to mówiło wszystko.- mówiłem poważnie, spojrzałem jej prosto w oczy.- Kocham Cię i widzę, że ty też mnie kochasz. Sam byłem strzygą, wiem jak to jest po przemianie, więc poczekam. Ile tylko ci potrzeba.

VALENTINES DAY

Kolejny bonusik. Dla kochanych czytelników z okazji walentynek. Wesołego Walentego.
 ___________________________________________________________

Biegłam między zaspami śniegu, które jako nieliczne ne poddały się słabemu słońcu. Nie wiem, po co to robię, storo i tak jestem spóźniona. Jeśli on karze mi jeszcze zrobić za karę 20 okrążeń, to płuca wypluję. Może Dymitr zrobi mi wtedy usta-usta? Otrząsnęłam się z tych niemożliwych, a jakże przyjemnych myśli, wbiegając na salę. Mój mentor już leżał ze swoją ukochaną książką ma macie. Na dźwięk moich kroków podniósł wzrok znad lektury. Mam nadzieję, że chociaż spodoba mu się sposób w jaki go 
- Tak, wiem. Jestem spóźniona.- wręczyłam go w upominaniu mnie.
- Dobrze, że się rozumiemy. Dwadzieścia okrążeń.- uśmiechnął się triumfalnie.
Przysięgam, kiedyś go uduszę. Po przebiegnięciu, co o dziwo przeżyłam, przyszła pora na lekcję.  Zajęło nam to kilka godzin, podczas których udało mi się niepostrzeżenie wcisnąć między kartki jego westernu walentynkę. Mam nadzieję, że się ucieszy. Co dziwne, mój ukochany był dzisiaj dość nieobecny.
- Co się dzieje, Towarzyszu?- spytałam, po treningu, upijając łyk wody.- Zazwyczaj to ja jestem ta rozkojarzona. Mam nadzieję, że do wieczornych zajęć się bardziej z dyscyplinujesz.
- Od kiedy to dysponujesz takim bogatym słownictwem.- zaśmiał się, a ja zmrużyłam oczy.- A właśnie, chciałem ci powiedzieć, że wieczorem nie mamy treningu. Idę na, można powiedzieć, randkę.
Na jego słowa zachłysnęłam się wodą. Odkaszlnęłam, żeby nie wyjść na zazdrosną małolatę. Ale przyznam, że zabolało. Nie rozumiałam go. Jeszcze parę dni temu mówił, że mnie kocha, a teraz idzie na randkę z inną? Czułam się zdradzona i oszukana. Mimo wszystko to jego życie i nadal chcę jego szczęścia.
- Aha.- mruknęłam tylko i wyszłam bez pożegnania.
Wiem, że i tak zachowałam się jak zazdrosna małolata, ale przynajmniej nie zrobiłam mu awantury. Przełknęłam łzy i poszłam na lekcje. Przez resztę dnia byłam smutna i rozkojarzona, ale pytania przyjaciół zbywałam, krótkim "mam gorszy dzień". Wracając do dormitorium, myślałam, co dzisiaj robić. Wcześniej nie miałam tego problemu, bo treningi zajmowały mi zbędny czas. Weszłam do pokoju i o mało co nie rozdeptałam różowej kartki, pachnącej moimi perfumami. Podniosłam ją i usiadłam do biurka, czytając ją.

Droga Rose.
Moich uczuć w żadne słowa ubrać się nie da. Choć nie okazję tego, jesteś w mojej głowie całe dnie i noce. Nie umiem już funkcjonować, jeśli przynajmniej raz dziennie Cię nie zobaczę. Pragnę Cię przytulać, ocierać łzy, których nikt nie widzi i być zawsze przy tobie, gdy tego potrzebujesz, a inni nie będą mogli. Może słowa w porównaniu z moimi uczuciami są słabe, nikt jednak nie wymyślił bardziej trafnego zdania, niż "Kocham Cię", dlatego i ja je dziś Tobie ofiaruję. Spotkajmy się wieczorem o 6 pod pomnikiem Władimira, abym mógł ci to powiedzieć i pokazać.
Twój tajemniczy wielbiciel.

Przez jedną, jedyną sekundę, pomyślałam, że to Dymitr. Jednak od razy przypomniałam sobie, o jego randce i znów poczułam ukłucie w sercu. Ale szybko odepchnęłam od siebie tą myśl. Czyli to jakiś kolejny mój adorator. Czy tylko adorator? Mi to podchodzi pod obsesję. Ale nie pójdę. Kocham tylko mojego mentora. Już chciałam zgnieść i wyrzucić walentynkę, ale w ostatniej chwili się powstrzymałam. W sumie, czemu sama nie mogę się z kimś umówić? Mój ukochany jakoś nie miał oporów się z kimś spotkać. Jeśli jeszcze mogę go tak nazywać. Dość popadam w paranoję. Jego sprawa z kim się spotyka i moja z kim ja. Poza tym, chyba lepiej, żebym powiedziała adoratorowi w prost, że nie jestem zainteresowana. Nie miałam pojęcia co zrobić, aż nagle do mojego pokoju wpadła Lissa.
- To co? Szykujemy się na imprezę?- spytała entuzjastycznie.
Tak. Nasza szkoła wymyśliła sobie bal z okazji walentynek. Na pewno będzie mnóstwo serduszek, czerwieni i wolnych piosenek. Mdli mnie na samą myśl. To są imprezy na które single nie powinni mieć wejścia. Gdyby był ze mną Dymitr...
- No właśnie nie wiem.- podałam jej różową kartkę, kręcąc się na swoim krześle.
- Zmiana planów.- uśmiechnęła się, gdy ją przeczytała. - Podejrzewasz, kto to jest?
- Nie mam pojęcia. A ty?
- Też nie.- morojka pokręcił głową.
- W ogóle nie wiem, czy powinnam na to iść. To brzmi jak ktoś z obsesją na moim punkcie.
- Przesadzasz.- moja przyjaciółka machnęła ręką.- Powinnaś w końcu zapomnieć o swoim nieudanym związku z Masonem i dać innym szansę.
"Ale ja chcę dać szansę tylko jednej osobie.-pomyślałam.- A raczej samej ją dostać."
- A teraz chodź. Trzeba cię zrobić na bóstwo, a mamy tylko dwie godziny.-otworzyła moją szafę.
- Nic tam nie znajdziesz - mruknęłam, przenosząc się na łóżko.
- Tak myślałam. Dlatego wzięłam to.- podniosła z ziemi zieloną torbę.
zaczęłyśmy się na przemian szykować. Ona założyła zielono niebieską sukienkę z cekinami, a ja przylegająca, czerwoną z dużym dekoltem i dwoma czarnymi paskami skrzyżowanymi pod piersiami. Do tego założyłam grube rajstopy i narzuciłam skórzaną kurtkę. W końcu mamy połowę lutego. W końcu zaczęłyśmy robić sobie makijaż i fryzury. Ja pomalowałam przyjaciółkę delikatnie, podkreślając jej urodę z turkusowymi cieniami do oczu, a ona postawiła u mnie na mocny makijaż. Wyraźna czarna kreska, tusz do rzęs, ciemne cienie, a na policzki trochę różu. Usta przejechała mi krwisto czerwoną szminką. Włosy zostawiła mi rozpuszczone, za to ja, zrobiłam jej ładnego warkocza, trochę luźnego u podstawy. Założyłam czarne szpilki, a do ręki wciśnięta mi została czarna kopertówka. I byłam gotowa.
- Wyglądasz olśniewająco.- zachwycała się morojka.
- Ty też.- uśmiechnęłam się.- Powiedz mi gdy ten plant Ozera w końcu nie okaże się być ciotom i będziesz miała udaną randkę.
- Z nim randki zawsze są udane.- rozmarzyła się.
- Zwłaszcza te, na kaplicy.- prychnęłam, za co mi się oberwało kuksańca w bok.
- Jak się w końcu zakochasz, to sama się przekonasz, że w każdym miejscu jest cudownie, jeśli spędzasz czas z tą drugą osobą.
Pomyślałam o Dymitrze. Ma rację. Każdy nasz trening jest cudowny, gdy mogę na niego popatrzeć, posłuchać, dotknąć. A najlepiej jest, gdy choć na chwilę traci kontrolę i mam możliwość zasmakować jego ust. Ale jest to dość rzadko. Myśląc o nim, coraz bardziej wątpię, czy powinnam iść na tą randkę.
- Ale i ty masz mi opowiedzieć wszystko po spotkaniu, jasne?- z zamyślenia wyrwał mnie głos przyjaciółki.
- Jasne!- uścisnęłam ją i razem wyszłyśmy na zewnątrz.
Później się rozeszłyśmy. Ona na salę, a ja pod pomnik. Przez całą drogę myślałam, jak delikatnie dać do zrozumienia mojemu tajemniczemu adoratorowi, że nie szukam partnera. Czym byłam bliżej miejsca spotkania, tym bardziej się denerwowałam. Nie jestem osobą delikatną i nie chcę za bardzo zranić tego chłopaka, bo może jest spoko. Ale ja już mam swojego księcia. Już z daleka widziałam sylwetkę, o dziwo znajomą. Nie był to żaden chłopaczek, a mężczyzna. Stanęłam jak wryta, gdy zobaczyłam poruszający się na wietrze płaszcz. Przyspieszyłam kroku, stając tuż przed uśmiechniętym Dymitrem z bukietem czerwonych róż.
- Co ty tu robisz?- spytałam zaskoczona.
- Idę na randkę z najwspanialszą dziewczyną.- uśmiechnął się jeszcze szerzej. Nigdy wcześniej nie widziałam go w tak dobrym humorze.- To dla ciebie.
Spojrzałam na wyciągnięte w moja stronę kwiaty, jeszcze bardziej zaskoczona.
- To byłeś ty?- zrozumiałam, biorąc bukiet.- Dziękuję. Są piękne.
- Nie tak jak ty Roza. I dziękuję za walentynkę.
- I ja. Tylko czemu nie powiedziałeś, że to ze mną idziesz na randkę.
- Chciałem ci zrobić niespodziankę.
- I udało ci się. Naprawdę byłeś ostatnią osobą, którą bym podejrzewała. Jakbyś nie wspomniał rano o randce, byłbyś na pierwszym miejscu. To gdzie idziemy mój Tajemniczy wielbicielu?- spytałam.
- Przekonasz się, gdy będziemy na miejscu.- odparł tajemniczo.- Ale najpierw zrobię coś, o czy marzę, odkąd tylko wstałem.
Nim zdążyłam jakkolwiek zareagować, przyciągnął mnie do siebie i pocałował. I był to inny pocałunek niż dotychczas. Pełen miłość, troski, namiętności i nutki pożądania. Z chęcią go oddałam. Nie musieliśmy się martwić o widownię, bo wszyscy szli na bal, albo do lasu na własne walentynki. Lub po prostu siedzieli w pokojach. Oderwaliśmy się od siebie, po kilku dobrych minutach, gdy zabrakło nam powietrza. Spletliśmy swoje dłoni i ruszyliśmy na parking. Dymitr dżentelmeńsko otworzył przede mną drzwi od strony pasażera, a ja zajęłam wskazane miejsce. Po chwili strażnik siedział obok, odpalając silnik.
- Zapnij pasy.- polecił, ale tonem, którego dawno, jeśli w ogóle nie słyszałam. Na pewno nie używał go na treningach.
- Daleko jeszcze?- spytałam po jakiś dwóch godzinach, wpatrując się w pola, oświetlone słońcem, wiszącym tuż nad horyzontem.
- O to samo pytałaś pięć minut temu.- o dziwo w jego głosie nie rozbrzmiewało zniecierpliwienia, a jedynie rozbawienie.
- Nie pięć, a siedem. I co poradzę, że nienawidzę siedzieć w samochodach?
- Oj, uwierz, że warto.
- Warto, warto. Już samo to, że jadę z tobą sam na sam i to jeszcze na randkę. Ale wolę romantyczne spacery, niż przejażdżki autem.
- Jeszcze tylko pięć minut.- ścisnął ciepłą dłonią moje udo, na co przeszedł mnie przyjemny dreszcz.
- No dobra.- udawałam obojętność, choć dzisiaj tylko mnie zaskakiwał.
W końcu wiejskie domki zostały zastąpione przez ogromne wieżowce, a chwilę później zatrzymaliśmy się przed wesołym miasteczkiem. Ukochany pomógł mi wysiąść i poprowadził do wejścia. Ze względu na wczesną porę, kolejka nie była długa i w końcu Bielikow mógł zapłacić za bilety. W środku rozglądałam się zachwycona dookoła. Tam Diabelski Młyn, gdzie indziej młot, autka z poduszkami, wielka kolejka górska, różne karuzele, stoiska z nagrodami, z jedzeniem, trampoliny i jakieś atrakcje dla dzieci. Na pewno gdzieś głębiej jest tego jeszcze więcej.
- O rany. A myślałam, że takie rzeczy to tylko na filmach.- patrzyłam na wszystko z zachwytem.
- Nie byłaś nigdy w wesołym miasteczku?- zdziwił się.
Pokręciłam głową.
- A kto miał mnie zabrać? Akademia?- prychnęłam.
- To będziesz dziś miała swój pierwszy raz.- uśmiechnął się cwanie.
- Mam nadzieję, że nie jedyny z tobą.- rzuciłam kusząco.
- Może kiedyś. Zobaczy się Roza.- cmoknął mnie w czoło, a ja na niego patrzyłam, jakby powiedział, że przyleciał z Marsa, zrobić mnie swoją królową.
Nie spodziewałam się czegoś więcej, a on daje mi nadzieję. Myślałam, że odpowie bardziej zdystansowanie.
- Wowowo! A co się stało z tym poważnym strażnikiem i nie możemy być razem?
- Dziś jest dzień bez strażnika i jestem tylko dla ciebie.- przytulił mnie i pocałował w skroń.
- Czyli, że jutro już taki nie będziesz?- spytałam zawiedziona.
- Nie masz nawet co liczyć na ulgę podczas treningu. Moje wymagania się nie zmienią. Ale kto wie? Może jak mi się dzisiejszy dzień spodoba, będę Cię częściej porywać?- uśmiechnął.
- To chodź. Mamy cały dzień, abym cię przekonała.- pociągnęłam go do kolejki górskiej.
Tu również kolejka nie była długa. Wzięliśmy do pierwszego wagoniku i zaciągnęliśmy zabezpieczenia. Po chwili kolejka ruszyła ociężale w górę.
- Boisz się?- Dymitr droczył się ze mną.
- Oczywiście. Aż się cała trzęsę. Nie czujesz?- zachichotałam
- To daj. Potrzymam cię za rączkę.- oboje wybuchliśmy śmiechem, ale i tak chwyciliśmy się za dłonie.
Z samego szczytu kolejka poleciała w dół. Wszyscy pasażerowie krzyczeli ze strachu, a my z radości. Góra, dół, w lewo, prawo, do góry nogami, albo jeszcze jakąś inną wirówką.
- WOW! To było genialne.- ekscytowałam się jak mała dziewczynka.
- Cieszę się, że ci się podobało. Wygrać dla ciebie misia?- spojrzałam na stoisko do rzucania piłek w butelki, na poddaszu którego wisiał ogromny, różowy miś.
- Później. Nie będę chciało mi się go nosić przez całe miasteczko.
- Dobrze, to teraz ja wybieram atrakcję.- zostałam przez ukochanego pociągnięta do domu strachu.
I tak chodziliśmy od atrakcji do atrakcji. W ciągu całego dnia byliśmy wszędzie, a gdzie nie gdzie nawet po kilka razy. I tak jak strażnik obiecał, dostałam tego ogromnego misia.
- I jak się podobało?- spytał, gdy wracaliśmy do szkoły.
- Było wspaniale. Szkoda, że to już koniec. Dawno się tak dobrze nie bawiłam.- uśmiechnęłam się.
- Cieszę się, że jesteś szczęśliwa.
- Przy tobie zawsze taka jestem.- uśmiechnęłam się szeroko.- To kiedy kolejna randka?- spytałam niecierpliwie.
- Kiedy nie będziesz się jej spodziewać.
- To ja już się jej nie spodziewam.- zamknęłam oczy, a w uszach zadźwięczał mi jego piękny śmiech.
- Czyli, że spotkanie udane. Co ci się podobało najbardziej.
- Waham się między domem strachów, a tunelem miłości.- odpowiedziałam po chwili namysłu.
- Myślałem, że to drugie to nie dla ciebie.- był wyraźnie zaskoczony.
- No wiesz. To zależy z kim.
- Kocham Cię Roza.- popatrzył na mnie tak, że aż się rozpływałam.
- Ja ciebie też Towarzyszu. A tobie?- spytałam.
- Wszystko, gdzie byłem z tobą.
Zrobiło mi się tak ciepło na sercu. Boże, jak ja go kocham. Uśmiechnęłam się szeroko, chodź nie wiedziałam, że mogę szerzej.
- Ale tak najbardziej, najbardziej to diabelski młyn.
- No. Te pola wyglądały pięknie oświetlone przez zachodzące słońce.
- Bardziej chodziło mi o twój wygląd.
- O. Dziękuję.- zarumieniłam się.- Uważaj, bo pomyślę, że ktoś się z tobą zamienił ciałami i więcej całusa nie dostaniesz.
- Ja ciebie też poznaję z innej strony.- zauważył.- Nie tej Rose, dającej z siebie wszystko na treningach i pyskującej nauczycielom na lekcji, a mojej Rozy, która jest jak inne kobiety czasem potrzebuje miłości. Cieszę się, że to ja mogę ci ją dać.
Dalej jechaliśmy w ciszy. Ale nie takiej krępującej, a przyjemnej. Do Akademii wróciliśmy po zmroku. Lekcje były odwołane po imprezie, która musiała też skończyć się dość niedawno. Znając moich znajomych, to przedłużyli ją sobie w lesie. Więc oprócz nas i strażników, nie było żywej duszy. Dymitr doprowadził mnie do pokoju, ale nie poszedł od razu, jak myślałam, a wszedł tuż za mną i zamknął drzwi. Lekko się zdziwiłam. Myślałam, że po powrocie stanie się znów oficjalnym strażnikiem w swojej roli nauczyciela. Ale nie. Podszedł do mnie, złapał mnie za policzki i delikatnie musnął moje usta wargami. Od razu zarzuciłam mu ręce na kark i oddałam pieszczotę. On przeniósł dłonie na moją talię i przyciągnął mnie bliżej, zmniejszając jeszcze bardziej naszą odległość od siebie. Nasze pocałunki były spokojne i namiętne. Cieszyliśmy się ostatnimi chwilami w tych rolach. Od jutra znowu będziemy tylko uczennicą i nauczycielem. Nagle drzwi się otworzyły, a my na nie spojrzeliśmy,  wciąż przytuleni. Lissa patrzyła na nas z szokiem, ale po chwili uśmiechnęła się szeroko, co odwzajemniłam.
- Jest, wiedziałam!- wybiegła, zamykając za sobą drzwi.
Jeszcze chwilę po korytarzu niósł się jej radosny głos. Wciąż uśmiechnięta spojrzałam w oczy mojej walentynki. Uspokoił się i sam uśmiechnął.
- Wesołego Walentego- szepnął.
- Wesołego.- odpowiedziałam, nie odsuwając się nawet na milimetr.