Przytuliłem ją do siebie, po czym czułem jak trzęsie się od płaczu. Nic nie mówiłem, tylko tuliłem ją i głaskałem po plecach. Gdy się uspokoiła, wróciliśmy do pokoju. Ja pierwszy poszedłem się myć, ona druga. W parku spędziliśmy całe popołudnie, a kolacji nie chcieliśmy jeść. Położyłem się na wielkim łóżku z białą pościelą, ozdobioną żółtymi, szerokimi paskami po obu bokach z motywem jesiennych liści. Całość dopełniono wzorami ze złotych nici. Calu pokój był zachowany w bieli z żółtymi lub pomarańczowym dodatkami, a na podłodze ułożono ciemne, brązowe panele. Po chwili wróciła Roza, białej koszuli nocnej. Na chwilę się zatrzymała przed balkonem i patrzyła na zachodzące słońce. Wyglądała jak anioł. Podszedłem do niej od tyłu i ją przytuliłem. Lekko się spięła, ale nie odsunęła. Gdy słońce już zniknęło, patrzyliśmy chwilę na nocne niebo. Nagle moja żona zaczęła pocierać dłońmi zmarznięte ramiona, więc pocałował jej szyję i poszedłem zamknąć drzwi balkonowe.
- Dlaczego to robisz?- spytała dampirzyca, siadając na łóżku.- Czemu wciąż tu jesteś?
- Jakbym nie mógł być. Kocham Cię i jesteś moim całym życiem.- ukląkłem przed nią i złapałem ją za dłonie.- Chcę być przy tobie zawsze i wszędzie. Ty też byłaś przy mnie, choć cię odpychałem. Nie poddałaś się i mnie uratowałaś. A ja uratuję ciebie. Obiecuję kochanie.- pocałowałem jej dłonie, nie spuszczając wzroku z brązowych oczu.
- Po tym co ci zrobiłam?
- Ja zrobiłem więcej, gorszych rzeczy. Względem ciebie i innych. Byłem strzygą około 4 miesiące, a ty tylko jeden. Zabiłem więcej osób, dłużej siałem postrach i dłużej ciebie więziłem. Codziennie piłem twoją krew, nawet nie pytając cię o zdanie, a ty niepewnie raz wypiłaś moją i jeszcze sam musiałem cię namówić. Uderzyłem cię, co jest już kompletnie nie wybaczalne. A ty mi to wybaczyłaś, dodatkowo mówiąc, że to nie moja wina. I to dzięki tobie następne lata były najlepszymi w moim życiu i będą takie kolejne. Obiecuję ci.
- Ale ty nie zdradzałeś mnie codziennie. Żadna suka nie dotykała cię tam, gdzie tyko ja mogę z trzy razy dziennie.
- Ale zdradziłem. To powiem to jeszcze raz. Cokolwiek nie zrobiła strzyga, to ci to wybaczam, ale to nie byłaś ty. Wierzę, że ty byś nigdy tego nie zrobiła, więc nie widzę problemu, aby udowodnić, że nie byłaś sobą.
Roza wyrwała się i podeszła do lustra.
- A jeśli byłam? A jeśli dalej jestem?- wpatrywała się w swoje odbicie.
- A czy ja jestem? A jeśli uważasz się za winną, to znaczy, że obwiniasz również mnie.
- Wcale, że nie.
- Albo jesteśmy oboje winni, albo niewinni.
- Ale ty jesteś w innej sytuacji.- zniecierpliwiona zaczęła na mnie krzyczeć.- Czy ty byłeś połączony pocałunkiem cienia? Albo miałeś więź ze mną za pomocą błogosławieństwa Chorsu? Nie! Nie wiadomo co się w takim przypadku stanie ze strzygą, nie mówiąc już o tym, że nie zostałam odmieniona mocą ducha.
- Ale ja cię odmieniłem moją miłością, a to najpotężniejsza moc.
- Nie widzisz ile na naszej drodze jest przeciwstawień. Może to wszystko są znaki? Może nie możemy być razem? I nie jesteśmy sobie przeznaczeni?
- Nawet tak nie mów.- wstałem i zbliżyłem się do niej.- Wiem, że jesteś moim przeznaczeniem. Chociażby to, że te przeszkody nas nie pokonały i jesteśmy razem, mamy piękny dom, dwójkę pięknych dzieci, psa i czego dusza zapragnie. Na to wszystko wspólnie zapracowaliśmy i musimy zawsze o to walczyć. Nie można się poddać.
- A jeśli będziesz szczęśliwy beze mnie?- szepnęła bardzo cicho, ale to usłyszałem.
Odwróciłem ją gwałtownie w swoją stronę i spojrzałem w jej piękne oczy.
- Moje szczęście jest tam, gdzie ty. Nie umiem już bez ciebie żyć. To życie byłoby szare, smutne, puste, wypełnione bólem i samotnością. A ja nie chcę takiego życia. I gdziekolwiek byś się nie ukryła, uciekła i tak cię znajdę. Chyba, że...- głos mi się załamał i odwróciłem wzrok.- że to ty będziesz szczęśliwa beze mnie.
Skierowała moją twarz na siebie.
- Ja bez ciebie nie istnieję.- szepnęła, patrząc mi w oczy i mnie pocałowała.
Wziąłem ją na ręce, oddając pocałunek i położyłem na łóżku. Następnie ułożyłem się obok niej i pocałowałem ją w czoło, gdy się we mnie wtuliła.
- Śpij Roza. Wszystko się ułoży.
- Dobranoc Towarzyszu.
Chwilę później jej oddech się uspokoił, a następnie sam zasnąłem.
Obudziłem się w środku nocy i przewróciłem się na bok, szukając Rozy. Ale jej nie było. Podniosłem się do siadu i zauważyłem zapalone światło w łazience. Usłyszałem szloch ukochanej, więc postanowiłem tam zajrzeć. To co zobaczyłem, sparaliżowało mnie. Ale tylko ma sekundę. Podbiegłem do dziewczyny, siedzącej na kafelkach i wyrwałem jej sztylet z rąk, odrzucając go w kąt. Gdy ją przytuliłem, rozpłakała się jeszcze bardziej i ja sam zacząłem płakać.
- Roza... dlaczego? Dlaczego chciałaś to zrobić? Zostawić mnie i dzieci? Aż tak mnie nienawidzisz?- głos mi się załamał.
- Ja... ja muszę. To... nie życie dla mnie...- szlochała.
- Różyczko, skarbie. Daj sobie czas. Żeby żyć, pokochaj wszystko, co nienawidzi strzyga. Bądź tym, czym ona nigdy nie będzie, ale nie zabijaj się bo i tam cię znajdę, szybciej niż myślisz.
- Dymitr...- Zaczęła.
- Nie! Nie chcę więcej słyszeć o tym. Przypomnij sobie naszą rozmowę w hotelu, gdy zabiłaś Daszkowa. Pozwalaj sobie na wyrzuty sumienia, opłakuj straty. Ale nie zamykaj się w klatce, nie karaj się za coś, czego nie zrobiłaś. Żyj całą sobą, ciesz się nową szansą i nie marnuj ja. I nie rób tego więcej. Nigdy nawet nie myśl, aby się pociąć. Nigdy.
Między nami zapadła cisza. Razem wspieraliśmy się nawzajem.
- Przepraszam.- szepnęła w końcu moja ukochana.
- Dlaczego Roza? Kochanie, dlaczego chciałaś to zrobić?- spytałem, patrząc jej w oczy.
- Śniło mi się... ja nie chciałam, żebyś był nieszczęśliwy.
- Gdybym cię nie powstrzymał, byłbym najbardziej nieszczęśliwy. Nie mogąc więcej zobaczyć twojego uśmiechu, dotknąć twoich włosów, poczuć twoich ciepłych rąk, cudownych perfum, miękkich pełnych warg.
- Przepraszam.- wtuliła się na nowo we mnie.
Zacząłem głaskać ją po plecach.
- Cii... już spokojnie, nic się nie stało. Jest już dobrze. Ale więcej tego nie rób.- zaniosłem ją do łóżka i mocno przytuliłem.- Teraz już mi nigdzie nie uciekniesz.
Uśmiechnęła się przez łzy.
- Dobranoc Towarzyszu.
- Dobranoc Roza. I SŁODKICH snów.- odpowiedziałem, na co zachichotała.
- Postaram się.- cmoknęła mnie w policzek i zasnęła.
Chwilę byłem się z myślami, później walczyłem z sennością, aż odurzony jej zapachem, zasnąłem.
"Nasz los od zawsze zapisany był w gwiazdach. To one poprowadziły mnie do Ciebie mimo tylu przeciwności, spójrz. Jesteśmy tu. Razem. Ty i ja Roza. Na zawsze."
środa, 15 lutego 2017
ROZDZIAŁ 390
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
wtorek, 14 lutego 2017
ROZDZIAŁ 389
Wylądowaliśmy ma dachu jakiegoś hotelu, o wiele niższego od tego należącego do strzyg, ale z większym terenem. Było tu wszystko. Od parku, przez basem, aquapark, spa i inne luksusowe usługi, po sklepy i siłownię. Okazało się, że Dymitr już nam zarezerwował pokój. Ostrożnie podeszłam do wyjścia i oślepiło mnie słońce. Bałam się. A co jeśli mnie spali? Tak dawno nie wychodziłam na nie. Jest takie piękne. Stanęłam przy samej krawędzi cienia i myślałam, co dalej.
- Spokojnie Roza. Nic się nie stanie.- Rosjanin szepnął mi do ucha, łapiąc mnie za dłoń.- Pomogę ci.
Powoli podniosłam drugą rękę i wsadziłam między promienie słoneczne. Podziwiałam jak pięknie oplatają moją dłoń i przedramię. Zachwycona i oczarowana, jednak wciąż nie pewna, zrobiłam krok i czekałam aż się spalę. Otworzyłam oczy i odetchnęłam z ulgą, gdy nie czułam palenia, a delikatne łaskotanie słońca. Zachowywałam się jak dziecko, które dopiero poznaje świat. Dymitr cierpliwie czekał. Nagle z chmur nad nami zaczął padać deszcz. Rozkoszowałam się delikatnymi kroplami, spadającymi na moją twarz i odkryte ręce. Było już trochę zimno, więc musiałam mieć na sobie coś więcej niż szorty i bokserkę. Zaczęłam, uradowana, kręcić się dookoła, ale na moje nieszczęście, poślizgnęłam się na już zmoczone powierzchni. Gdyby nie szybki refleks ukochanego leżałabym w kałuży, a tak miałam jego ramiona. W końcu weszliśmy do środka i zeszliśmy do naszego pokoju. Poukładaliśmy ubrania, które wziął mój mąż, do szafek, przebraliśmy się w suche rzeczy i zgodnie uznaliśmy, że pójdziemy na śniadanie, a raczej obiad. W restauracji był szwedzki stół. Wzięłam sobie kotleta mielonego z ryżem i trzy rodzaje surówek, do tego jakiś zasmażany makaron i cztery naleśniki z nutellą, powidłami śliwkowymi, serem białym z cukrem i dżemem brzoskwiniowym. Bielikow za to wziął rybę z frytkami, też kilka sałatek, kotlet schabowy i fasolkę szparagową z bułką tartą. Problem zaczął się, gdy miałam to zjeść. Tak, byłam głodna, ale ostatni raz jadłam coś miesiąc temu. Nie licząc krwi oczywiście. Zaczęłam od kotleta. Odkroiłam widelcem kawałek i nabiłam na niego. Patrzyłam nie pewnie, po czym w końcu wzięłam go do ust. Rozkoszowałam się tym smakiem. Mój mąż nie zaczął jeść, póki ja się nie przemogłam. Po chwili oboje zajadaliśmy się naszym jedzeniem. Ukochany zabrał mi jednego naleśnika, więc ja mu podkradałam frytki. Oczywiście zostawił mi pół swojego łupu. Wymienialiśmy się, a raczej podkradaliśmy sobie trochę wszystkiego, przy czym nie potrafiłam ukryć uśmiechu. Czułam się szczęśliwa. Ale i tak uważałam, że beze mnie będzie mu lepiej. Przecież nie można tak łatwo wszystkiego wybaczyć. Starałam się jak najdalej odsunąć od siebie myśl, że dwa i pół roku temu, sama mu wybaczyłam. Bałam się, że sama zwątpię w to, czy Dymitr nie jest potworem. A wiem, że nie jest. Wciąż w dość dobrym humorze i z lodami, opuściliśmy lokal.
- To gdzie teraz?- spytałam.
- Może do parku?- zaproponował, a ja się zgodziłam.
Spacerowaliśmy alejkami między drzewami, wielobarwnymi kwiatami i ozdobnie przystrzyżonymi krzewami, w całkowitej ciszy. Trochę przypominało mi to naszą ucieczkę. Też szliśmy, jedząc lody. Ale wtedy było ciepłej i byliśmy poszukiwani z nakazem zabicia. Odsunęłam od siebie te myśli i skupiłam się na otoczeniu. Nad nami unosił się świergot ptaków, tam pod drzewem pobiegła wiewiórka, a gdzie nie gdzie z liści spadały na mokrą ziemię krople deszczu, który przed chwilą przestał padać. W pewnej chwili mój towarzysz przerwał milczenie.
- Roza, powiedz mi co widzisz?- zaczął.
Spojrzałam na niego zdziwiona, ale on tylko się uśmiechnął zachęcająco. Westchnęłam.
- A co mogę widzieć? Drzewa, kwiaty, trawę. Mnóstwo zieleni.- wzruszyłam ramionami.
Podprowadził mnie do ławki i nie przejmując się, że jest mokra usiadł na niej. Widząc moje wahanie, pociągnął mnie na swoje kolana, usadzając bokiem do siebie.
- I jakie to budzi w tobie emocje?- ciągnął.
Aha. Wiedziałam, że to nie jest po prostu przerwanie ciszy. Zaczyna się temat, kim byłam, kim jestem, a kim nie. Mimo to postanowiłam mu nie utrudniać. Zastanowiłam się chwilę.
- Spokój, radość, wyciszenie. Tu po prostu jest pięknie.- rozejrzałam się dookoła.- Czuję się jakbym na nowo poznawała świat, po czasie szarości, złości i gniewu. Strzyga by tego nie czuła.
Spuściłam głowę, ale strażnik podniósł mi ją i skierował na siebie. Topniałam pod jego spojrzeniem.
- Roza... czy ty...- w jego oczach pojawił się strach, ale i nadzieja.- Czy na prawdę już mnie nie kochasz?
Kończąc, położył mi na brzuchu rękę, a ja znowu poczułam tam przyjemny ścisk. Spojrzałam przed siebie po czym spuściłam głowę. Wypuścił głośno powietrze, które poczułam na szyi.
- Nie wiem.- westchnęłam.- Coś do ciebie czuję. Silne przyciąganie, ale nie wiem, czy jestem w stanie kogokolwiek kochać. Nawet jeśli byłaby to miłość, nie powiem tych dwóch słów, bo nie jestem tego godna.
- Czego?- spytał.
Podniosłam głowę i spojrzałam mu w oczy.
- Kochać kogoś tak wspaniałego i idealnego jak ty.
- Nie ma ludzi idealnych.
- Dla mnie ty jesteś i zawsze będziesz.
Nagle Dymitr złapał mnie za policzki i przybliżył moją twarz do swojej. Jednak gdy nasze wargi były oddalone od siebie o milimetr zamknął oczy i oparł czoło o moje.
- Jeśli naprawdę tego nie chcesz, nie zrobię tego.
Chwilę myślałam i byłam się ze sobą, aż podjęłam decyzję.
- Spokojnie Roza. Nic się nie stanie.- Rosjanin szepnął mi do ucha, łapiąc mnie za dłoń.- Pomogę ci.
Powoli podniosłam drugą rękę i wsadziłam między promienie słoneczne. Podziwiałam jak pięknie oplatają moją dłoń i przedramię. Zachwycona i oczarowana, jednak wciąż nie pewna, zrobiłam krok i czekałam aż się spalę. Otworzyłam oczy i odetchnęłam z ulgą, gdy nie czułam palenia, a delikatne łaskotanie słońca. Zachowywałam się jak dziecko, które dopiero poznaje świat. Dymitr cierpliwie czekał. Nagle z chmur nad nami zaczął padać deszcz. Rozkoszowałam się delikatnymi kroplami, spadającymi na moją twarz i odkryte ręce. Było już trochę zimno, więc musiałam mieć na sobie coś więcej niż szorty i bokserkę. Zaczęłam, uradowana, kręcić się dookoła, ale na moje nieszczęście, poślizgnęłam się na już zmoczone powierzchni. Gdyby nie szybki refleks ukochanego leżałabym w kałuży, a tak miałam jego ramiona. W końcu weszliśmy do środka i zeszliśmy do naszego pokoju. Poukładaliśmy ubrania, które wziął mój mąż, do szafek, przebraliśmy się w suche rzeczy i zgodnie uznaliśmy, że pójdziemy na śniadanie, a raczej obiad. W restauracji był szwedzki stół. Wzięłam sobie kotleta mielonego z ryżem i trzy rodzaje surówek, do tego jakiś zasmażany makaron i cztery naleśniki z nutellą, powidłami śliwkowymi, serem białym z cukrem i dżemem brzoskwiniowym. Bielikow za to wziął rybę z frytkami, też kilka sałatek, kotlet schabowy i fasolkę szparagową z bułką tartą. Problem zaczął się, gdy miałam to zjeść. Tak, byłam głodna, ale ostatni raz jadłam coś miesiąc temu. Nie licząc krwi oczywiście. Zaczęłam od kotleta. Odkroiłam widelcem kawałek i nabiłam na niego. Patrzyłam nie pewnie, po czym w końcu wzięłam go do ust. Rozkoszowałam się tym smakiem. Mój mąż nie zaczął jeść, póki ja się nie przemogłam. Po chwili oboje zajadaliśmy się naszym jedzeniem. Ukochany zabrał mi jednego naleśnika, więc ja mu podkradałam frytki. Oczywiście zostawił mi pół swojego łupu. Wymienialiśmy się, a raczej podkradaliśmy sobie trochę wszystkiego, przy czym nie potrafiłam ukryć uśmiechu. Czułam się szczęśliwa. Ale i tak uważałam, że beze mnie będzie mu lepiej. Przecież nie można tak łatwo wszystkiego wybaczyć. Starałam się jak najdalej odsunąć od siebie myśl, że dwa i pół roku temu, sama mu wybaczyłam. Bałam się, że sama zwątpię w to, czy Dymitr nie jest potworem. A wiem, że nie jest. Wciąż w dość dobrym humorze i z lodami, opuściliśmy lokal.
- To gdzie teraz?- spytałam.
- Może do parku?- zaproponował, a ja się zgodziłam.
Spacerowaliśmy alejkami między drzewami, wielobarwnymi kwiatami i ozdobnie przystrzyżonymi krzewami, w całkowitej ciszy. Trochę przypominało mi to naszą ucieczkę. Też szliśmy, jedząc lody. Ale wtedy było ciepłej i byliśmy poszukiwani z nakazem zabicia. Odsunęłam od siebie te myśli i skupiłam się na otoczeniu. Nad nami unosił się świergot ptaków, tam pod drzewem pobiegła wiewiórka, a gdzie nie gdzie z liści spadały na mokrą ziemię krople deszczu, który przed chwilą przestał padać. W pewnej chwili mój towarzysz przerwał milczenie.
- Roza, powiedz mi co widzisz?- zaczął.
Spojrzałam na niego zdziwiona, ale on tylko się uśmiechnął zachęcająco. Westchnęłam.
- A co mogę widzieć? Drzewa, kwiaty, trawę. Mnóstwo zieleni.- wzruszyłam ramionami.
Podprowadził mnie do ławki i nie przejmując się, że jest mokra usiadł na niej. Widząc moje wahanie, pociągnął mnie na swoje kolana, usadzając bokiem do siebie.
- I jakie to budzi w tobie emocje?- ciągnął.
Aha. Wiedziałam, że to nie jest po prostu przerwanie ciszy. Zaczyna się temat, kim byłam, kim jestem, a kim nie. Mimo to postanowiłam mu nie utrudniać. Zastanowiłam się chwilę.
- Spokój, radość, wyciszenie. Tu po prostu jest pięknie.- rozejrzałam się dookoła.- Czuję się jakbym na nowo poznawała świat, po czasie szarości, złości i gniewu. Strzyga by tego nie czuła.
Spuściłam głowę, ale strażnik podniósł mi ją i skierował na siebie. Topniałam pod jego spojrzeniem.
- Roza... czy ty...- w jego oczach pojawił się strach, ale i nadzieja.- Czy na prawdę już mnie nie kochasz?
Kończąc, położył mi na brzuchu rękę, a ja znowu poczułam tam przyjemny ścisk. Spojrzałam przed siebie po czym spuściłam głowę. Wypuścił głośno powietrze, które poczułam na szyi.
- Nie wiem.- westchnęłam.- Coś do ciebie czuję. Silne przyciąganie, ale nie wiem, czy jestem w stanie kogokolwiek kochać. Nawet jeśli byłaby to miłość, nie powiem tych dwóch słów, bo nie jestem tego godna.
- Czego?- spytał.
Podniosłam głowę i spojrzałam mu w oczy.
- Kochać kogoś tak wspaniałego i idealnego jak ty.
- Nie ma ludzi idealnych.
- Dla mnie ty jesteś i zawsze będziesz.
Nagle Dymitr złapał mnie za policzki i przybliżył moją twarz do swojej. Jednak gdy nasze wargi były oddalone od siebie o milimetr zamknął oczy i oparł czoło o moje.
- Jeśli naprawdę tego nie chcesz, nie zrobię tego.
Chwilę myślałam i byłam się ze sobą, aż podjęłam decyzję.
DYMITR
Skarciłem się w myślach, że chciałem ją siłą pocałować. Ale na szczęście w ostatniej chwili się opamiętałem. To mogłoby zniszczyć, to wszystko co na razie mamy. Już nie narzeka, ze siedzi u mnie na kolanach, a jej oczy są pełne radości, gdy się uśmiecha. Kocham ją, ale jednocześnie wiem, że potrzeba jej czasu. Dlatego Rozie pozostawiłem decyzję, czy tego chce, czy nie. Byłem pewny, że się odsunie i znowu zaczniemy rozmawiać. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy na ustach poczułem jej miękkie, delikatne wargi, najpierw muskające delikatnie, a później już mocniej i pewniej. Zdziwiony uniosłem głowę i oddałem pocałunek. Pociągnąłem językiem po jej dolnej wardze, prosząc o dostęp. Po kilku sekundach go dostałem, a gdy zaczęliśmy walkę o dominację, jęk sam się jej wymknął. Całowaliśmy się gorąco i namiętnie, wyrażając całą swoją miłość i wdzięczność. Odsunęliśmy się od siebie, aby nabrać powietrza.
- Roza, sama musisz przyznać, że to mówiło wszystko.- mówiłem poważnie, spojrzałem jej prosto w oczy.- Kocham Cię i widzę, że ty też mnie kochasz. Sam byłem strzygą, wiem jak to jest po przemianie, więc poczekam. Ile tylko ci potrzeba.
Skarciłem się w myślach, że chciałem ją siłą pocałować. Ale na szczęście w ostatniej chwili się opamiętałem. To mogłoby zniszczyć, to wszystko co na razie mamy. Już nie narzeka, ze siedzi u mnie na kolanach, a jej oczy są pełne radości, gdy się uśmiecha. Kocham ją, ale jednocześnie wiem, że potrzeba jej czasu. Dlatego Rozie pozostawiłem decyzję, czy tego chce, czy nie. Byłem pewny, że się odsunie i znowu zaczniemy rozmawiać. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy na ustach poczułem jej miękkie, delikatne wargi, najpierw muskające delikatnie, a później już mocniej i pewniej. Zdziwiony uniosłem głowę i oddałem pocałunek. Pociągnąłem językiem po jej dolnej wardze, prosząc o dostęp. Po kilku sekundach go dostałem, a gdy zaczęliśmy walkę o dominację, jęk sam się jej wymknął. Całowaliśmy się gorąco i namiętnie, wyrażając całą swoją miłość i wdzięczność. Odsunęliśmy się od siebie, aby nabrać powietrza.
- Roza, sama musisz przyznać, że to mówiło wszystko.- mówiłem poważnie, spojrzałem jej prosto w oczy.- Kocham Cię i widzę, że ty też mnie kochasz. Sam byłem strzygą, wiem jak to jest po przemianie, więc poczekam. Ile tylko ci potrzeba.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
VALENTINES DAY
Kolejny bonusik. Dla kochanych czytelników z okazji walentynek. Wesołego Walentego.
___________________________________________________________
Biegłam między zaspami śniegu, które jako nieliczne ne poddały się słabemu słońcu. Nie wiem, po co to robię, storo i tak jestem spóźniona. Jeśli on karze mi jeszcze zrobić za karę 20 okrążeń, to płuca wypluję. Może Dymitr zrobi mi wtedy usta-usta? Otrząsnęłam się z tych niemożliwych, a jakże przyjemnych myśli, wbiegając na salę. Mój mentor już leżał ze swoją ukochaną książką ma macie. Na dźwięk moich kroków podniósł wzrok znad lektury. Mam nadzieję, że chociaż spodoba mu się sposób w jaki go
- Tak, wiem. Jestem spóźniona.- wręczyłam go w upominaniu mnie.
- Dobrze, że się rozumiemy. Dwadzieścia okrążeń.- uśmiechnął się triumfalnie.
Przysięgam, kiedyś go uduszę. Po przebiegnięciu, co o dziwo przeżyłam, przyszła pora na lekcję. Zajęło nam to kilka godzin, podczas których udało mi się niepostrzeżenie wcisnąć między kartki jego westernu walentynkę. Mam nadzieję, że się ucieszy. Co dziwne, mój ukochany był dzisiaj dość nieobecny.
- Co się dzieje, Towarzyszu?- spytałam, po treningu, upijając łyk wody.- Zazwyczaj to ja jestem ta rozkojarzona. Mam nadzieję, że do wieczornych zajęć się bardziej z dyscyplinujesz.
- Od kiedy to dysponujesz takim bogatym słownictwem.- zaśmiał się, a ja zmrużyłam oczy.- A właśnie, chciałem ci powiedzieć, że wieczorem nie mamy treningu. Idę na, można powiedzieć, randkę.
Na jego słowa zachłysnęłam się wodą. Odkaszlnęłam, żeby nie wyjść na zazdrosną małolatę. Ale przyznam, że zabolało. Nie rozumiałam go. Jeszcze parę dni temu mówił, że mnie kocha, a teraz idzie na randkę z inną? Czułam się zdradzona i oszukana. Mimo wszystko to jego życie i nadal chcę jego szczęścia.
- Aha.- mruknęłam tylko i wyszłam bez pożegnania.
Wiem, że i tak zachowałam się jak zazdrosna małolata, ale przynajmniej nie zrobiłam mu awantury. Przełknęłam łzy i poszłam na lekcje. Przez resztę dnia byłam smutna i rozkojarzona, ale pytania przyjaciół zbywałam, krótkim "mam gorszy dzień". Wracając do dormitorium, myślałam, co dzisiaj robić. Wcześniej nie miałam tego problemu, bo treningi zajmowały mi zbędny czas. Weszłam do pokoju i o mało co nie rozdeptałam różowej kartki, pachnącej moimi perfumami. Podniosłam ją i usiadłam do biurka, czytając ją.
Droga Rose.
Moich uczuć w żadne słowa ubrać się nie da. Choć nie okazję tego, jesteś w mojej głowie całe dnie i noce. Nie umiem już funkcjonować, jeśli przynajmniej raz dziennie Cię nie zobaczę. Pragnę Cię przytulać, ocierać łzy, których nikt nie widzi i być zawsze przy tobie, gdy tego potrzebujesz, a inni nie będą mogli. Może słowa w porównaniu z moimi uczuciami są słabe, nikt jednak nie wymyślił bardziej trafnego zdania, niż "Kocham Cię", dlatego i ja je dziś Tobie ofiaruję. Spotkajmy się wieczorem o 6 pod pomnikiem Władimira, abym mógł ci to powiedzieć i pokazać.
Wiem, że i tak zachowałam się jak zazdrosna małolata, ale przynajmniej nie zrobiłam mu awantury. Przełknęłam łzy i poszłam na lekcje. Przez resztę dnia byłam smutna i rozkojarzona, ale pytania przyjaciół zbywałam, krótkim "mam gorszy dzień". Wracając do dormitorium, myślałam, co dzisiaj robić. Wcześniej nie miałam tego problemu, bo treningi zajmowały mi zbędny czas. Weszłam do pokoju i o mało co nie rozdeptałam różowej kartki, pachnącej moimi perfumami. Podniosłam ją i usiadłam do biurka, czytając ją.
Droga Rose.
Moich uczuć w żadne słowa ubrać się nie da. Choć nie okazję tego, jesteś w mojej głowie całe dnie i noce. Nie umiem już funkcjonować, jeśli przynajmniej raz dziennie Cię nie zobaczę. Pragnę Cię przytulać, ocierać łzy, których nikt nie widzi i być zawsze przy tobie, gdy tego potrzebujesz, a inni nie będą mogli. Może słowa w porównaniu z moimi uczuciami są słabe, nikt jednak nie wymyślił bardziej trafnego zdania, niż "Kocham Cię", dlatego i ja je dziś Tobie ofiaruję. Spotkajmy się wieczorem o 6 pod pomnikiem Władimira, abym mógł ci to powiedzieć i pokazać.
Twój tajemniczy wielbiciel.
Przez jedną, jedyną sekundę, pomyślałam, że to Dymitr. Jednak od razy przypomniałam sobie, o jego randce i znów poczułam ukłucie w sercu. Ale szybko odepchnęłam od siebie tą myśl. Czyli to jakiś kolejny mój adorator. Czy tylko adorator? Mi to podchodzi pod obsesję. Ale nie pójdę. Kocham tylko mojego mentora. Już chciałam zgnieść i wyrzucić walentynkę, ale w ostatniej chwili się powstrzymałam. W sumie, czemu sama nie mogę się z kimś umówić? Mój ukochany jakoś nie miał oporów się z kimś spotkać. Jeśli jeszcze mogę go tak nazywać. Dość popadam w paranoję. Jego sprawa z kim się spotyka i moja z kim ja. Poza tym, chyba lepiej, żebym powiedziała adoratorowi w prost, że nie jestem zainteresowana. Nie miałam pojęcia co zrobić, aż nagle do mojego pokoju wpadła Lissa.
- To co? Szykujemy się na imprezę?- spytała entuzjastycznie.
Tak. Nasza szkoła wymyśliła sobie bal z okazji walentynek. Na pewno będzie mnóstwo serduszek, czerwieni i wolnych piosenek. Mdli mnie na samą myśl. To są imprezy na które single nie powinni mieć wejścia. Gdyby był ze mną Dymitr...
- No właśnie nie wiem.- podałam jej różową kartkę, kręcąc się na swoim krześle.
- Zmiana planów.- uśmiechnęła się, gdy ją przeczytała. - Podejrzewasz, kto to jest?
- Nie mam pojęcia. A ty?
- Też nie.- morojka pokręcił głową.
- W ogóle nie wiem, czy powinnam na to iść. To brzmi jak ktoś z obsesją na moim punkcie.
- Przesadzasz.- moja przyjaciółka machnęła ręką.- Powinnaś w końcu zapomnieć o swoim nieudanym związku z Masonem i dać innym szansę.
"Ale ja chcę dać szansę tylko jednej osobie.-pomyślałam.- A raczej samej ją dostać."
- A teraz chodź. Trzeba cię zrobić na bóstwo, a mamy tylko dwie godziny.-otworzyła moją szafę.
- Nic tam nie znajdziesz - mruknęłam, przenosząc się na łóżko.
- Tak myślałam. Dlatego wzięłam to.- podniosła z ziemi zieloną torbę.
zaczęłyśmy się na przemian szykować. Ona założyła zielono niebieską sukienkę z cekinami, a ja przylegająca, czerwoną z dużym dekoltem i dwoma czarnymi paskami skrzyżowanymi pod piersiami. Do tego założyłam grube rajstopy i narzuciłam skórzaną kurtkę. W końcu mamy połowę lutego. W końcu zaczęłyśmy robić sobie makijaż i fryzury. Ja pomalowałam przyjaciółkę delikatnie, podkreślając jej urodę z turkusowymi cieniami do oczu, a ona postawiła u mnie na mocny makijaż. Wyraźna czarna kreska, tusz do rzęs, ciemne cienie, a na policzki trochę różu. Usta przejechała mi krwisto czerwoną szminką. Włosy zostawiła mi rozpuszczone, za to ja, zrobiłam jej ładnego warkocza, trochę luźnego u podstawy. Założyłam czarne szpilki, a do ręki wciśnięta mi została czarna kopertówka. I byłam gotowa.
- Wyglądasz olśniewająco.- zachwycała się morojka.
- Ty też.- uśmiechnęłam się.- Powiedz mi gdy ten plant Ozera w końcu nie okaże się być ciotom i będziesz miała udaną randkę.
- Z nim randki zawsze są udane.- rozmarzyła się.
- Zwłaszcza te, na kaplicy.- prychnęłam, za co mi się oberwało kuksańca w bok.
- Jak się w końcu zakochasz, to sama się przekonasz, że w każdym miejscu jest cudownie, jeśli spędzasz czas z tą drugą osobą.
Pomyślałam o Dymitrze. Ma rację. Każdy nasz trening jest cudowny, gdy mogę na niego popatrzeć, posłuchać, dotknąć. A najlepiej jest, gdy choć na chwilę traci kontrolę i mam możliwość zasmakować jego ust. Ale jest to dość rzadko. Myśląc o nim, coraz bardziej wątpię, czy powinnam iść na tą randkę.
- Ale i ty masz mi opowiedzieć wszystko po spotkaniu, jasne?- z zamyślenia wyrwał mnie głos przyjaciółki.
- Jasne!- uścisnęłam ją i razem wyszłyśmy na zewnątrz.
Później się rozeszłyśmy. Ona na salę, a ja pod pomnik. Przez całą drogę myślałam, jak delikatnie dać do zrozumienia mojemu tajemniczemu adoratorowi, że nie szukam partnera. Czym byłam bliżej miejsca spotkania, tym bardziej się denerwowałam. Nie jestem osobą delikatną i nie chcę za bardzo zranić tego chłopaka, bo może jest spoko. Ale ja już mam swojego księcia. Już z daleka widziałam sylwetkę, o dziwo znajomą. Nie był to żaden chłopaczek, a mężczyzna. Stanęłam jak wryta, gdy zobaczyłam poruszający się na wietrze płaszcz. Przyspieszyłam kroku, stając tuż przed uśmiechniętym Dymitrem z bukietem czerwonych róż.
- Co ty tu robisz?- spytałam zaskoczona.
- Idę na randkę z najwspanialszą dziewczyną.- uśmiechnął się jeszcze szerzej. Nigdy wcześniej nie widziałam go w tak dobrym humorze.- To dla ciebie.
Spojrzałam na wyciągnięte w moja stronę kwiaty, jeszcze bardziej zaskoczona.
- To byłeś ty?- zrozumiałam, biorąc bukiet.- Dziękuję. Są piękne.
- Nie tak jak ty Roza. I dziękuję za walentynkę.
- I ja. Tylko czemu nie powiedziałeś, że to ze mną idziesz na randkę.
- Chciałem ci zrobić niespodziankę.
- I udało ci się. Naprawdę byłeś ostatnią osobą, którą bym podejrzewała. Jakbyś nie wspomniał rano o randce, byłbyś na pierwszym miejscu. To gdzie idziemy mój Tajemniczy wielbicielu?- spytałam.
- Przekonasz się, gdy będziemy na miejscu.- odparł tajemniczo.- Ale najpierw zrobię coś, o czy marzę, odkąd tylko wstałem.
Nim zdążyłam jakkolwiek zareagować, przyciągnął mnie do siebie i pocałował. I był to inny pocałunek niż dotychczas. Pełen miłość, troski, namiętności i nutki pożądania. Z chęcią go oddałam. Nie musieliśmy się martwić o widownię, bo wszyscy szli na bal, albo do lasu na własne walentynki. Lub po prostu siedzieli w pokojach. Oderwaliśmy się od siebie, po kilku dobrych minutach, gdy zabrakło nam powietrza. Spletliśmy swoje dłoni i ruszyliśmy na parking. Dymitr dżentelmeńsko otworzył przede mną drzwi od strony pasażera, a ja zajęłam wskazane miejsce. Po chwili strażnik siedział obok, odpalając silnik.
- Zapnij pasy.- polecił, ale tonem, którego dawno, jeśli w ogóle nie słyszałam. Na pewno nie używał go na treningach.
- Daleko jeszcze?- spytałam po jakiś dwóch godzinach, wpatrując się w pola, oświetlone słońcem, wiszącym tuż nad horyzontem.
- O to samo pytałaś pięć minut temu.- o dziwo w jego głosie nie rozbrzmiewało zniecierpliwienia, a jedynie rozbawienie.
- Nie pięć, a siedem. I co poradzę, że nienawidzę siedzieć w samochodach?
- Oj, uwierz, że warto.
- Warto, warto. Już samo to, że jadę z tobą sam na sam i to jeszcze na randkę. Ale wolę romantyczne spacery, niż przejażdżki autem.
- Jeszcze tylko pięć minut.- ścisnął ciepłą dłonią moje udo, na co przeszedł mnie przyjemny dreszcz.
- No dobra.- udawałam obojętność, choć dzisiaj tylko mnie zaskakiwał.
W końcu wiejskie domki zostały zastąpione przez ogromne wieżowce, a chwilę później zatrzymaliśmy się przed wesołym miasteczkiem. Ukochany pomógł mi wysiąść i poprowadził do wejścia. Ze względu na wczesną porę, kolejka nie była długa i w końcu Bielikow mógł zapłacić za bilety. W środku rozglądałam się zachwycona dookoła. Tam Diabelski Młyn, gdzie indziej młot, autka z poduszkami, wielka kolejka górska, różne karuzele, stoiska z nagrodami, z jedzeniem, trampoliny i jakieś atrakcje dla dzieci. Na pewno gdzieś głębiej jest tego jeszcze więcej.
- O rany. A myślałam, że takie rzeczy to tylko na filmach.- patrzyłam na wszystko z zachwytem.
- Nie byłaś nigdy w wesołym miasteczku?- zdziwił się.
Pokręciłam głową.
- A kto miał mnie zabrać? Akademia?- prychnęłam.
- To będziesz dziś miała swój pierwszy raz.- uśmiechnął się cwanie.
- Mam nadzieję, że nie jedyny z tobą.- rzuciłam kusząco.
- Może kiedyś. Zobaczy się Roza.- cmoknął mnie w czoło, a ja na niego patrzyłam, jakby powiedział, że przyleciał z Marsa, zrobić mnie swoją królową.
Nie spodziewałam się czegoś więcej, a on daje mi nadzieję. Myślałam, że odpowie bardziej zdystansowanie.
- Wowowo! A co się stało z tym poważnym strażnikiem i nie możemy być razem?
- Dziś jest dzień bez strażnika i jestem tylko dla ciebie.- przytulił mnie i pocałował w skroń.
- Czyli, że jutro już taki nie będziesz?- spytałam zawiedziona.
- Nie masz nawet co liczyć na ulgę podczas treningu. Moje wymagania się nie zmienią. Ale kto wie? Może jak mi się dzisiejszy dzień spodoba, będę Cię częściej porywać?- uśmiechnął.
- To chodź. Mamy cały dzień, abym cię przekonała.- pociągnęłam go do kolejki górskiej.
Tu również kolejka nie była długa. Wzięliśmy do pierwszego wagoniku i zaciągnęliśmy zabezpieczenia. Po chwili kolejka ruszyła ociężale w górę.
- Boisz się?- Dymitr droczył się ze mną.
- Oczywiście. Aż się cała trzęsę. Nie czujesz?- zachichotałam
- To daj. Potrzymam cię za rączkę.- oboje wybuchliśmy śmiechem, ale i tak chwyciliśmy się za dłonie.
Z samego szczytu kolejka poleciała w dół. Wszyscy pasażerowie krzyczeli ze strachu, a my z radości. Góra, dół, w lewo, prawo, do góry nogami, albo jeszcze jakąś inną wirówką.
- WOW! To było genialne.- ekscytowałam się jak mała dziewczynka.
- Cieszę się, że ci się podobało. Wygrać dla ciebie misia?- spojrzałam na stoisko do rzucania piłek w butelki, na poddaszu którego wisiał ogromny, różowy miś.
- Później. Nie będę chciało mi się go nosić przez całe miasteczko.
- Dobrze, to teraz ja wybieram atrakcję.- zostałam przez ukochanego pociągnięta do domu strachu.
I tak chodziliśmy od atrakcji do atrakcji. W ciągu całego dnia byliśmy wszędzie, a gdzie nie gdzie nawet po kilka razy. I tak jak strażnik obiecał, dostałam tego ogromnego misia.
- I jak się podobało?- spytał, gdy wracaliśmy do szkoły.
- Było wspaniale. Szkoda, że to już koniec. Dawno się tak dobrze nie bawiłam.- uśmiechnęłam się.
- Cieszę się, że jesteś szczęśliwa.
- Przy tobie zawsze taka jestem.- uśmiechnęłam się szeroko.- To kiedy kolejna randka?- spytałam niecierpliwie.
- Kiedy nie będziesz się jej spodziewać.
- To ja już się jej nie spodziewam.- zamknęłam oczy, a w uszach zadźwięczał mi jego piękny śmiech.
- Czyli, że spotkanie udane. Co ci się podobało najbardziej.
- Waham się między domem strachów, a tunelem miłości.- odpowiedziałam po chwili namysłu.
- Myślałem, że to drugie to nie dla ciebie.- był wyraźnie zaskoczony.
- No wiesz. To zależy z kim.
- Kocham Cię Roza.- popatrzył na mnie tak, że aż się rozpływałam.
- Ja ciebie też Towarzyszu. A tobie?- spytałam.
- Wszystko, gdzie byłem z tobą.
Zrobiło mi się tak ciepło na sercu. Boże, jak ja go kocham. Uśmiechnęłam się szeroko, chodź nie wiedziałam, że mogę szerzej.
- Ale tak najbardziej, najbardziej to diabelski młyn.
- No. Te pola wyglądały pięknie oświetlone przez zachodzące słońce.
- Bardziej chodziło mi o twój wygląd.
- O. Dziękuję.- zarumieniłam się.- Uważaj, bo pomyślę, że ktoś się z tobą zamienił ciałami i więcej całusa nie dostaniesz.
- Ja ciebie też poznaję z innej strony.- zauważył.- Nie tej Rose, dającej z siebie wszystko na treningach i pyskującej nauczycielom na lekcji, a mojej Rozy, która jest jak inne kobiety czasem potrzebuje miłości. Cieszę się, że to ja mogę ci ją dać.
Dalej jechaliśmy w ciszy. Ale nie takiej krępującej, a przyjemnej. Do Akademii wróciliśmy po zmroku. Lekcje były odwołane po imprezie, która musiała też skończyć się dość niedawno. Znając moich znajomych, to przedłużyli ją sobie w lesie. Więc oprócz nas i strażników, nie było żywej duszy. Dymitr doprowadził mnie do pokoju, ale nie poszedł od razu, jak myślałam, a wszedł tuż za mną i zamknął drzwi. Lekko się zdziwiłam. Myślałam, że po powrocie stanie się znów oficjalnym strażnikiem w swojej roli nauczyciela. Ale nie. Podszedł do mnie, złapał mnie za policzki i delikatnie musnął moje usta wargami. Od razu zarzuciłam mu ręce na kark i oddałam pieszczotę. On przeniósł dłonie na moją talię i przyciągnął mnie bliżej, zmniejszając jeszcze bardziej naszą odległość od siebie. Nasze pocałunki były spokojne i namiętne. Cieszyliśmy się ostatnimi chwilami w tych rolach. Od jutra znowu będziemy tylko uczennicą i nauczycielem. Nagle drzwi się otworzyły, a my na nie spojrzeliśmy, wciąż przytuleni. Lissa patrzyła na nas z szokiem, ale po chwili uśmiechnęła się szeroko, co odwzajemniłam.
- Jest, wiedziałam!- wybiegła, zamykając za sobą drzwi.
Jeszcze chwilę po korytarzu niósł się jej radosny głos. Wciąż uśmiechnięta spojrzałam w oczy mojej walentynki. Uspokoił się i sam uśmiechnął.
- Wesołego Walentego- szepnął.
- Wesołego.- odpowiedziałam, nie odsuwając się nawet na milimetr.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
poniedziałek, 13 lutego 2017
ROZDZIAŁ 388
W jednej chwili miałam ochotę tylko go zabić i przyłączyć na wieczność do siebie, a w następnej poczułam ukłucie. Odbierający tchu w płucach ból, trwał tylko sekundę a później zapadłam w ciemność. Po chwili zaczęłam widzieć jakieś obrazy. Strzygę zabijającą niewinnych ludzi, wspinającą się na szczyt hierarchii wśród innych i planującą spotkanie z Dymitrem. To... byłam ja. Byłam potworem. Jestem potworem. Chciałam przemienić go, dzieci, Lili. A Nigel... to co z nim robiłam, napełniało mnie obrzydzeniem do samej siebie. Nie powinnam tego robić. Boże, Dymitr mi tego nigdy nie wybaczy. Nie zasługuję na przebaczenie ani na tak piękną rodzinę, którą tylko krzywdzę. Ja nie mogę... nie potrafię... Jeszcze piłam jego krew, aż stracił przytomność, groziłam mu, zmusiłam prawie że do sexu. Nie zasługuję na niego. Gdy to wszystko widziałam, z oczu zaczęły mi lecieć łzy. Nie płakałam. Ja ryczałam. Po chwili poczułam obejmujące mnie ramiona i znajomy zapach.
O...odejdź.- wyszlochałam.
Chciałam się uwolnić, ale nie miałam tyle siły, aby za się za bardzo ruszać, więc mimo wszystko, moczyłam mu koszulkę.
- Nie Roza. Jestem tu z tobą, dla ciebie.- uniósł mój podbródek, tak, że widziałam jego piękne, czekoladowe oczy.- I zawsze będę. Nie zostawię cię.
Rozpłakałam się jeszcze bardziej i go przytuliłam mocno. Po tym wszystkim, co mu zrobiłam, on wciąż chce przy mnie być. Spełnić przysięgę małżeńską. Ale ja nie chcę, żeby się ze mną męczył bez miłości. Jeszcze to, jak mnie nazwał... Nie mogę być już jego Rozą. Ona jest czysta, dobra i niewinna, a ja... Nie mogę...
- Nie zasługuję na ciebie.- szepnęłam.
- Nie mów tak.- głos mu się łamał, więc płakał, pewnie przeze mnie. - Nigdy tak nie mów Różyczko.
Zaczął głaskać mnie po plecach, mówiąc coś po Rosyjsku. Nic nie rozumiałam, bo nie miałam siły, ale mimo wszystko trochę mnie to uspokoiło. Poczułam się bardzo senna. Nagle usłyszałam przyjaciółkę
- Rose, ty żyjesz.- radość mieszkała się z ulgą w głosie Lissy.
- Na to wygląda.- odpowiedziałam smutno.
- Nigdzie się nie ruszajcie. Wysyłam po was helikopter.
Ciekawe jak mielibyśmy uciec z hotelu pełnego strzyg. Przeze mnie. Czego mój mąż ode mnie chcę?
- Dymitr.- szepnęłam, na co przerwał mówić po Rosyjsku.- Dymitr, chce mi się spać.
- Ale najpierw musimy stąd się wydostać.- wciąż nie miał zamiaru mnie puścić.
- Na... na balkonie jest guzik.- zaczęłam tłumaczyć, walcząc z sennością.- On... otwiera on drabinę na dach. To miał być pokój dla prezydentów i zadbano o ich bezpieczeństwo. Na górze jest lądowisko. Lissa wyślę helikopter.
Niech chociaż on się uratuje i będzie szczęśliwy, a mnie zostawi. Nie zasługuję na nic więcej, niż być posiłkiem dla strzyg. Ale wiem, że tego nie zrobi, bo jest zbyt honorowy, aby pozwolić zabić kogoś niewinnego. Nie to co ja. Chciałam płakać dalej już nie miałam siły.
- Dobrze.- z zamyślenia wyrwał mnie jego aksamitny, delikatny głos z pięknym akcentem wschodnio-europejskim. Boże, jak ja go koch... Nie! Nie zasługuję aby go słyszeć, ani żeby nosić go w sercu.- A teraz odpocznij. Za niedługo wszystko wróci do normalności.
- Już nic nie będzie takie, jak dawniej.- szepnęłam i zapadłam w sen.
Obudziłam się na czymś miękkim i wygodnym. Przeciągnęłam się i otworzyłam oczy. Byłam w helikopterze, mocno uwięziona przez ramiona męża. Na pewno też był zmęczony. Spojrzałam na jego piękną twarz. Rysy idealne w każdym calu, jakby dopiero co zdjęte z posągu jakiegoś boga greckiego. Delikatne, różowiutkie, lekko rozchylone usta, jakby prosiły się o pocałunek. Ale ja nie mogłam. Nie zasługiwałam na takie boskie błogosławieństwo. Poczułam lekkie szczypanie pod powiekami, ale zignorowałam pierwsze łzy lecące po moich policzkach. Nos delikatny, a za razem surowy. Nie za duży i nie za mały. Idealny. Pod powiekami i krótkimi firankami rzęs ukrywały swój blask oczy, o kolorze cieplej, intensywnej czekolady, które tak bardzo kochałam. Ale czy dalej kocham? Czy jestem do tego zdolna. Moje ciało opanował szloch, gdy zrozumiałam, że nie mogę mu dać tego, co chce, czego oczekuje. I jego piękne włosy. Tak delikatne, jedyne w swoim rodzaju. Nikt takich nie ma. Nie za długie, nie za krótkie. Na brodzie były już pierwsze, króciutkie włoski zarostu. Był taki wspaniały, a ja... zakryłam usta, aby nie słyszał mojego szloch i chciałam uciec. Ale po każdym moim poruszeniu, wzmacniał uścisk coraz bardziej. Płacz wstrząsał moim ciałem, a łzy leciały jak szalone. Nie mogłam powstrzymać się, co obudziło strażnika.
- Cii.- wtulił moją głowę w swoją pierś.- Już dobrze. Jestem tu. I nigdy nie odejdę.
- Czemu?- wyszeptałam.- Po tym wszystkim, co ci zrobiłam...
- To nie byłaś ty. To nie twoja wina. Ty byś nigdy tego nie zrobiła.
- Skąd wiesz?- spojrzałam na niego przez łzy.- Przecież właśnie ja ich zabijałam, ja cię krzywdziłam. Ja...- głos mi się załamał.- Ja cię zdradzałam.
- Bo cię znam. I nie zamierzał odpuścić. Nawet jeśli miałbym umrzeć, wyjdziesz z tego. Ja ci pomogę, jak ty mi. Bo Cię Kocham, Roza.
Na jego wyznanie popłakałam się jeszcze bardziej. Ryczałam jak bóbr.
- A ja nawet nie umiem cię pokochać. Nie jestem zdolna do tego uczucia. Strzyga je we mnie zabiła. Dlatego ty też nie możesz.- krzyczałam, płacząc.
- Cii... skarbie, mogę, chcę i będę. Wiem co teraz czujesz ale to efekt przejściowy. Pomogę ci z tego wyjść i będziemy żyć tak jak wcześniej, w miłości. Nawet jeśli miałbym cię w sobie rozkochać na nowo, zrobię to. Bo Kocham Cię, Kocham Cię, Kocham Cię. I nigdy nie przestanę. Jesteś dla mnie najważniejsza i jakbym cię stracił, załamałbym się. Nigdy nie pozwolę ci odejść i wszędzie cię znajdę.
- Jestem potworem.- odwróciłam głowę.
- Wcale nie.- odwrócił mnie za podbródek w swoją stronę. Uśmiechał się z miłością i tymi swoimi iskierkami w oczach, a i poczułam ściągnięcie w podbrzuszu.- Jesteś delikatną, piękna dampirzycą, która zawsze znajdzie swoją drogę. A ja ci pomogę. Do kończymy tą rozmowę w hotelu.- przerwał mi, gdy chciałam się odezwać.
Pomimo moich protestów, nie puścił mnie do końca lotu.
O...odejdź.- wyszlochałam.
Chciałam się uwolnić, ale nie miałam tyle siły, aby za się za bardzo ruszać, więc mimo wszystko, moczyłam mu koszulkę.
- Nie Roza. Jestem tu z tobą, dla ciebie.- uniósł mój podbródek, tak, że widziałam jego piękne, czekoladowe oczy.- I zawsze będę. Nie zostawię cię.
Rozpłakałam się jeszcze bardziej i go przytuliłam mocno. Po tym wszystkim, co mu zrobiłam, on wciąż chce przy mnie być. Spełnić przysięgę małżeńską. Ale ja nie chcę, żeby się ze mną męczył bez miłości. Jeszcze to, jak mnie nazwał... Nie mogę być już jego Rozą. Ona jest czysta, dobra i niewinna, a ja... Nie mogę...
- Nie zasługuję na ciebie.- szepnęłam.
- Nie mów tak.- głos mu się łamał, więc płakał, pewnie przeze mnie. - Nigdy tak nie mów Różyczko.
Zaczął głaskać mnie po plecach, mówiąc coś po Rosyjsku. Nic nie rozumiałam, bo nie miałam siły, ale mimo wszystko trochę mnie to uspokoiło. Poczułam się bardzo senna. Nagle usłyszałam przyjaciółkę
- Rose, ty żyjesz.- radość mieszkała się z ulgą w głosie Lissy.
- Na to wygląda.- odpowiedziałam smutno.
- Nigdzie się nie ruszajcie. Wysyłam po was helikopter.
Ciekawe jak mielibyśmy uciec z hotelu pełnego strzyg. Przeze mnie. Czego mój mąż ode mnie chcę?
- Dymitr.- szepnęłam, na co przerwał mówić po Rosyjsku.- Dymitr, chce mi się spać.
- Ale najpierw musimy stąd się wydostać.- wciąż nie miał zamiaru mnie puścić.
- Na... na balkonie jest guzik.- zaczęłam tłumaczyć, walcząc z sennością.- On... otwiera on drabinę na dach. To miał być pokój dla prezydentów i zadbano o ich bezpieczeństwo. Na górze jest lądowisko. Lissa wyślę helikopter.
Niech chociaż on się uratuje i będzie szczęśliwy, a mnie zostawi. Nie zasługuję na nic więcej, niż być posiłkiem dla strzyg. Ale wiem, że tego nie zrobi, bo jest zbyt honorowy, aby pozwolić zabić kogoś niewinnego. Nie to co ja. Chciałam płakać dalej już nie miałam siły.
- Dobrze.- z zamyślenia wyrwał mnie jego aksamitny, delikatny głos z pięknym akcentem wschodnio-europejskim. Boże, jak ja go koch... Nie! Nie zasługuję aby go słyszeć, ani żeby nosić go w sercu.- A teraz odpocznij. Za niedługo wszystko wróci do normalności.
- Już nic nie będzie takie, jak dawniej.- szepnęłam i zapadłam w sen.
Obudziłam się na czymś miękkim i wygodnym. Przeciągnęłam się i otworzyłam oczy. Byłam w helikopterze, mocno uwięziona przez ramiona męża. Na pewno też był zmęczony. Spojrzałam na jego piękną twarz. Rysy idealne w każdym calu, jakby dopiero co zdjęte z posągu jakiegoś boga greckiego. Delikatne, różowiutkie, lekko rozchylone usta, jakby prosiły się o pocałunek. Ale ja nie mogłam. Nie zasługiwałam na takie boskie błogosławieństwo. Poczułam lekkie szczypanie pod powiekami, ale zignorowałam pierwsze łzy lecące po moich policzkach. Nos delikatny, a za razem surowy. Nie za duży i nie za mały. Idealny. Pod powiekami i krótkimi firankami rzęs ukrywały swój blask oczy, o kolorze cieplej, intensywnej czekolady, które tak bardzo kochałam. Ale czy dalej kocham? Czy jestem do tego zdolna. Moje ciało opanował szloch, gdy zrozumiałam, że nie mogę mu dać tego, co chce, czego oczekuje. I jego piękne włosy. Tak delikatne, jedyne w swoim rodzaju. Nikt takich nie ma. Nie za długie, nie za krótkie. Na brodzie były już pierwsze, króciutkie włoski zarostu. Był taki wspaniały, a ja... zakryłam usta, aby nie słyszał mojego szloch i chciałam uciec. Ale po każdym moim poruszeniu, wzmacniał uścisk coraz bardziej. Płacz wstrząsał moim ciałem, a łzy leciały jak szalone. Nie mogłam powstrzymać się, co obudziło strażnika.
- Cii.- wtulił moją głowę w swoją pierś.- Już dobrze. Jestem tu. I nigdy nie odejdę.
- Czemu?- wyszeptałam.- Po tym wszystkim, co ci zrobiłam...
- To nie byłaś ty. To nie twoja wina. Ty byś nigdy tego nie zrobiła.
- Skąd wiesz?- spojrzałam na niego przez łzy.- Przecież właśnie ja ich zabijałam, ja cię krzywdziłam. Ja...- głos mi się załamał.- Ja cię zdradzałam.
- Bo cię znam. I nie zamierzał odpuścić. Nawet jeśli miałbym umrzeć, wyjdziesz z tego. Ja ci pomogę, jak ty mi. Bo Cię Kocham, Roza.
Na jego wyznanie popłakałam się jeszcze bardziej. Ryczałam jak bóbr.
- A ja nawet nie umiem cię pokochać. Nie jestem zdolna do tego uczucia. Strzyga je we mnie zabiła. Dlatego ty też nie możesz.- krzyczałam, płacząc.
- Cii... skarbie, mogę, chcę i będę. Wiem co teraz czujesz ale to efekt przejściowy. Pomogę ci z tego wyjść i będziemy żyć tak jak wcześniej, w miłości. Nawet jeśli miałbym cię w sobie rozkochać na nowo, zrobię to. Bo Kocham Cię, Kocham Cię, Kocham Cię. I nigdy nie przestanę. Jesteś dla mnie najważniejsza i jakbym cię stracił, załamałbym się. Nigdy nie pozwolę ci odejść i wszędzie cię znajdę.
- Jestem potworem.- odwróciłam głowę.
- Wcale nie.- odwrócił mnie za podbródek w swoją stronę. Uśmiechał się z miłością i tymi swoimi iskierkami w oczach, a i poczułam ściągnięcie w podbrzuszu.- Jesteś delikatną, piękna dampirzycą, która zawsze znajdzie swoją drogę. A ja ci pomogę. Do kończymy tą rozmowę w hotelu.- przerwał mi, gdy chciałam się odezwać.
Pomimo moich protestów, nie puścił mnie do końca lotu.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
niedziela, 12 lutego 2017
ROZDZIAŁ 387
Nagle się zatrzymałem, a ona ze mną.
- Nie możemy poczekać do wschodu słońca?- spojrzałem na nią błagania.
- Ty to byś przedłużał w nieskończoność.- mruknęła i chciała mnie pociągnąć dalej, ale ja ani drgnąłem.
- Proszę.- zacisnąłem palce wokół jej nadgarstka i pociągnąłem tak, że teraz stała centymetr ode mnie.- Chcę ten ostatni raz rozkoszować się jego promieniami, z których nie korzystałem za wiele w życiu. Tak samo jak smakiem twoich ust.- dotknąłem jej pełnych warg.
Przymknęła oczy, a na mój gest, zamruczała.
- No dobrze.- westchnęła.- Zrobimy to o wschodzie słońca.
- Która godzina?- zacząłem się rozglądać, ale nigdzie nie było zegara.- A tak narzekałaś, że u nas nie ma jak sprawdzić godziny.
- Jakbyś nie pamiętał, to strzygi mają intuicyjną zdolność wyczuwalna godzin.- przewróciła oczami.- 3. Za trzy godziny wstanie słońce. A przez ten czas możemy zająć się sobą.
Podeszła do mnie i pocałowała namiętnie.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł...- zacząłem, ale od razu zmieniłem zdanie, gdy zdjęła bluzkę.- A może nic nie zaszkodzi.
Objąłem ją i przyciągnąłem do siebie, zanurzając się w słodyczy jej ust.
Trzy godziny później wciąż leżeliśmy na łóżku, przytuleni. Chciałem się nią nacieszyć, bo nie wiedziałem, co będzie dalej. Nagle Roza wstała i podeszła do okna.
- No Towarzyszu. Już czas.
Podążyłem za nią i przytuliłem ją od tyłu, zahaczając o sztylet. To dało mi nadzieję.
- Musimy?- spytałem bez sensu.
- Tak. Chcesz na stojąco, czy na łóżku.
- Chyba wolę patrząc w twoje oczy. Ale najpierw mnie pocałuj.- poprosiłem.
- Z największą przyjemnością.
Zbliżyła się do mnie, a ja złapałem ją w biodrach, blisko broni. Ręce zaczęły mi się pocić, ale zachowałem spokój. Kiedy nasze usta dzieliły milimetry, chwyciłem ostrze i szybko od niej odskoczyłem. Wyglądała na zdezorientowaną, ale zaraz jej oczy zabłysły złością. Rzuciła się na mnie, ale ja odparowałem atak. Walczyliśmy z jakieś dziesięć minut. Atak i obrona. Szala przewagi nie przechylała się na stronę żadnego z nas. Mieliśmy równe szanse.
Aż w końcu strzyga popełniła błąd, a ja go wykorzystałem.
- Kocham Cię Roza.- szepnąłem zanurzając sztylet w jej piersi.
Ciało mojej ukochanej opadło nieprzytomne na ziemię, a ja wypuściłem sztylet, który z brzdękiem upadł na podłogę. Pochyliłem się nad nią z płaczem. Nie uratowałem jej. Nie dałem rady. Teraz muszę uciąć jej głowę lub spalić. Ale nie mogę
- Przepraszam Kochanie.- szepnąłem bezgłośnie.
Przytuliłem ją, mocząc jej twarz, włosy i ubranie, łzami. Opłakiwałem ją tu i teraz, bo później nie będzie jak. Po raz kolejny ją skrzywdziłem, zawiodłem, nie byłem w stanie uchronić. To wszystko moja wina. Nagle moją uwagę przykuło białe światło. Wydobywało się z jej rany. Z serca. Uniosłem Rozę do siadu, nie wiedząc o co chodzi. Blask pulsował coraz mocniej i jaśniej, obejmując jej całe ciało. Nagle całe zniknęło, jakby zostało wchłonięte przez ranę, po czym eksplodowało na cały pokój. Lekko mnie zamroczyło, a gdy odzyskałem wzrok, zobaczyłem najpiękniejszy, a zarazem najsmutniejszy widok na świecie. Moja ukochana płakała, pochylona nad podłogą. MOJA ROZA! Nie strzyga, a dampirzyca. Nie zastanawiałem się, jak to możliwe po prostu ją przytuliłem, również płacząc, ze szczęścia.
- O...odejdź.- wyszlochała.
- Nie Roza. Jestem tu z tobą, dla ciebie.- uniosłem jej podbródek, aby spojrzeć w jej cudne, brązowe oczy. Wydawały się jaśniejsze, niż wcześniej.- I zawsze będę. Nie zostawię cię.
Patrzyłem na nią z miłością, ale ona tego nie odwzajemniła. Jej smutek i poczucie winy wręcz krzyczały z jej wzroku.
- Nie zasługuję na ciebie.- szepnęła.
- Nie mów tak.- głos mi się łamał, kiedy przycisnąłem ją mocno do siebie.- Nigdy tak nie mów Różyczko.- zacząłem głaskać ją po plecach, przerzucając się na Rosyjski.- Kocham cię i nigdy nie przestanę. To nie byłaś ty, to nie twoja wina. Jeśli ty zaczniesz się obwiniać, nie poradzę sobie.
- Dymitr.- szepnęła.- Dymitr, chce mi się spać.
- Ale najpierw musimy stąd się wydostać.- zauważyłem, wciąż nie zwalniając uścisku.
- Na... na balkonie jest guzik. On... otwiera on drabinę na dach. To miał być pokój dla prezydentów i zadbano o ich bezpieczeństwo. Na górze jest lądowisko. Lissa wyślę helikopter.
- Dobrze. A teraz odpocznij. Za niedługo wszystko wróci do normalności.
- Już nic nie będzie takie, jak dawniej.
Ma rację. Będzie lepiej. Już ja o to zadbam. Nie pozwolę jej się zadręczać. Teraz w końcu rozumiem, swoje zachowanie i zirytowanie Rozy. A mimo wszystko była ze mną, nawet jeśli nie chciałem. Gdy ja ją odrzucałem, ona robiła wszystko, aby nikt nie widział we mnie strzygi. I w niej nikt nie zobaczy. Będzie aniołem, moim małym aniołkiem. Zasnęła twardo, tak że nawet nie obudził jej huk wywarzanych drzwi. Strzygi są w salonie i zaraz będą tu. Bez wahania podbiegłem do do balkonu i otworzyłem go na oścież. Jednak wystające słońce nie było tak mocne, aby wypełnić całe pomieszczenie swoim blaskiem. Podniosłem śpiąca ukochaną, w chwili gdy członkowie elity wpadli do sypialni. Ruszyli w naszą stronę, a ja do balkonu. Brodaty mężczyzna już mnie miał, ale w ostatniej chwili wybiegłem na słońce, które poparzyło mu dłoń. Oparłem się o ścianę, zamykając oczy i oddychające głęboko. Jesteśmy bezpieczni. Znalazłem przycisk, a chwilę później już wspinałem się na dach, podtrzymując przerzuconą przez moje ramię żonę. Położyłem ją sobie na kolanach, czekając na transport. Wygląda tak pięknie. Jej policzki jak i reszta skóry odzyskała dawną barwę brązu od treningów na słońcu. Spała spokojnie, oddychające równomiernie. Ja też pierwszej nocy jeszcze nie miałem koszmarów. A później się zaczęło.
- Wyciągnę cię z tego Słoneczko. Jeszcze będziemy się cieszyć naszymi bliźniakami i kolejnymi dziećmi. Obiecuję.
Siedziałem tak kilka godzin i zaczęło się robić zimno. W końcu to początek listopada. Zostawiłem ją i zakradłem się do sypialni. Nikogo w niej nie było. Wziąłem z szafy cieplejsze ubrania i koc, po czym wróciłem do ukochanej. Chwilę później na dachu wylądował helikopter z Dworu
- Nie możemy poczekać do wschodu słońca?- spojrzałem na nią błagania.
- Ty to byś przedłużał w nieskończoność.- mruknęła i chciała mnie pociągnąć dalej, ale ja ani drgnąłem.
- Proszę.- zacisnąłem palce wokół jej nadgarstka i pociągnąłem tak, że teraz stała centymetr ode mnie.- Chcę ten ostatni raz rozkoszować się jego promieniami, z których nie korzystałem za wiele w życiu. Tak samo jak smakiem twoich ust.- dotknąłem jej pełnych warg.
Przymknęła oczy, a na mój gest, zamruczała.
- No dobrze.- westchnęła.- Zrobimy to o wschodzie słońca.
- Która godzina?- zacząłem się rozglądać, ale nigdzie nie było zegara.- A tak narzekałaś, że u nas nie ma jak sprawdzić godziny.
- Jakbyś nie pamiętał, to strzygi mają intuicyjną zdolność wyczuwalna godzin.- przewróciła oczami.- 3. Za trzy godziny wstanie słońce. A przez ten czas możemy zająć się sobą.
Podeszła do mnie i pocałowała namiętnie.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł...- zacząłem, ale od razu zmieniłem zdanie, gdy zdjęła bluzkę.- A może nic nie zaszkodzi.
Objąłem ją i przyciągnąłem do siebie, zanurzając się w słodyczy jej ust.
Trzy godziny później wciąż leżeliśmy na łóżku, przytuleni. Chciałem się nią nacieszyć, bo nie wiedziałem, co będzie dalej. Nagle Roza wstała i podeszła do okna.
- No Towarzyszu. Już czas.
Podążyłem za nią i przytuliłem ją od tyłu, zahaczając o sztylet. To dało mi nadzieję.
- Musimy?- spytałem bez sensu.
- Tak. Chcesz na stojąco, czy na łóżku.
- Chyba wolę patrząc w twoje oczy. Ale najpierw mnie pocałuj.- poprosiłem.
- Z największą przyjemnością.
Zbliżyła się do mnie, a ja złapałem ją w biodrach, blisko broni. Ręce zaczęły mi się pocić, ale zachowałem spokój. Kiedy nasze usta dzieliły milimetry, chwyciłem ostrze i szybko od niej odskoczyłem. Wyglądała na zdezorientowaną, ale zaraz jej oczy zabłysły złością. Rzuciła się na mnie, ale ja odparowałem atak. Walczyliśmy z jakieś dziesięć minut. Atak i obrona. Szala przewagi nie przechylała się na stronę żadnego z nas. Mieliśmy równe szanse.
Aż w końcu strzyga popełniła błąd, a ja go wykorzystałem.
- Kocham Cię Roza.- szepnąłem zanurzając sztylet w jej piersi.
Ciało mojej ukochanej opadło nieprzytomne na ziemię, a ja wypuściłem sztylet, który z brzdękiem upadł na podłogę. Pochyliłem się nad nią z płaczem. Nie uratowałem jej. Nie dałem rady. Teraz muszę uciąć jej głowę lub spalić. Ale nie mogę
- Przepraszam Kochanie.- szepnąłem bezgłośnie.
Przytuliłem ją, mocząc jej twarz, włosy i ubranie, łzami. Opłakiwałem ją tu i teraz, bo później nie będzie jak. Po raz kolejny ją skrzywdziłem, zawiodłem, nie byłem w stanie uchronić. To wszystko moja wina. Nagle moją uwagę przykuło białe światło. Wydobywało się z jej rany. Z serca. Uniosłem Rozę do siadu, nie wiedząc o co chodzi. Blask pulsował coraz mocniej i jaśniej, obejmując jej całe ciało. Nagle całe zniknęło, jakby zostało wchłonięte przez ranę, po czym eksplodowało na cały pokój. Lekko mnie zamroczyło, a gdy odzyskałem wzrok, zobaczyłem najpiękniejszy, a zarazem najsmutniejszy widok na świecie. Moja ukochana płakała, pochylona nad podłogą. MOJA ROZA! Nie strzyga, a dampirzyca. Nie zastanawiałem się, jak to możliwe po prostu ją przytuliłem, również płacząc, ze szczęścia.
- O...odejdź.- wyszlochała.
- Nie Roza. Jestem tu z tobą, dla ciebie.- uniosłem jej podbródek, aby spojrzeć w jej cudne, brązowe oczy. Wydawały się jaśniejsze, niż wcześniej.- I zawsze będę. Nie zostawię cię.
Patrzyłem na nią z miłością, ale ona tego nie odwzajemniła. Jej smutek i poczucie winy wręcz krzyczały z jej wzroku.
- Nie zasługuję na ciebie.- szepnęła.
- Nie mów tak.- głos mi się łamał, kiedy przycisnąłem ją mocno do siebie.- Nigdy tak nie mów Różyczko.- zacząłem głaskać ją po plecach, przerzucając się na Rosyjski.- Kocham cię i nigdy nie przestanę. To nie byłaś ty, to nie twoja wina. Jeśli ty zaczniesz się obwiniać, nie poradzę sobie.
- Dymitr.- szepnęła.- Dymitr, chce mi się spać.
- Ale najpierw musimy stąd się wydostać.- zauważyłem, wciąż nie zwalniając uścisku.
- Na... na balkonie jest guzik. On... otwiera on drabinę na dach. To miał być pokój dla prezydentów i zadbano o ich bezpieczeństwo. Na górze jest lądowisko. Lissa wyślę helikopter.
- Dobrze. A teraz odpocznij. Za niedługo wszystko wróci do normalności.
- Już nic nie będzie takie, jak dawniej.
Ma rację. Będzie lepiej. Już ja o to zadbam. Nie pozwolę jej się zadręczać. Teraz w końcu rozumiem, swoje zachowanie i zirytowanie Rozy. A mimo wszystko była ze mną, nawet jeśli nie chciałem. Gdy ja ją odrzucałem, ona robiła wszystko, aby nikt nie widział we mnie strzygi. I w niej nikt nie zobaczy. Będzie aniołem, moim małym aniołkiem. Zasnęła twardo, tak że nawet nie obudził jej huk wywarzanych drzwi. Strzygi są w salonie i zaraz będą tu. Bez wahania podbiegłem do do balkonu i otworzyłem go na oścież. Jednak wystające słońce nie było tak mocne, aby wypełnić całe pomieszczenie swoim blaskiem. Podniosłem śpiąca ukochaną, w chwili gdy członkowie elity wpadli do sypialni. Ruszyli w naszą stronę, a ja do balkonu. Brodaty mężczyzna już mnie miał, ale w ostatniej chwili wybiegłem na słońce, które poparzyło mu dłoń. Oparłem się o ścianę, zamykając oczy i oddychające głęboko. Jesteśmy bezpieczni. Znalazłem przycisk, a chwilę później już wspinałem się na dach, podtrzymując przerzuconą przez moje ramię żonę. Położyłem ją sobie na kolanach, czekając na transport. Wygląda tak pięknie. Jej policzki jak i reszta skóry odzyskała dawną barwę brązu od treningów na słońcu. Spała spokojnie, oddychające równomiernie. Ja też pierwszej nocy jeszcze nie miałem koszmarów. A później się zaczęło.
- Wyciągnę cię z tego Słoneczko. Jeszcze będziemy się cieszyć naszymi bliźniakami i kolejnymi dziećmi. Obiecuję.
Siedziałem tak kilka godzin i zaczęło się robić zimno. W końcu to początek listopada. Zostawiłem ją i zakradłem się do sypialni. Nikogo w niej nie było. Wziąłem z szafy cieplejsze ubrania i koc, po czym wróciłem do ukochanej. Chwilę później na dachu wylądował helikopter z Dworu
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
sobota, 11 lutego 2017
ROZDZIAŁ 386
DYMITR
Miałem nadzieję, że uda mi się ją odmienić. Nie wiem jak, ale to zrobię. Jej ostatnie zachowanie... Jak wcześniej była agresywną i najgroźniejszą strzygą, jaką kiedykolwiek widziałem, teraz nie była nią wcale. To zastanawiające i daje do myślenia. Może uda mi się coś wymyślić. Ale mam mało czasu. Jeśli nie zdążę będę musiał ją zabić.
Obudził mnie trzask drzwi. Podniosłem zdezorientowany głowę, aby po chwili zobaczyć wpadającą do sypialni jak burza Rozę. Zmarszczyłem brwi. Była wściekła i to bardzo. Już nie przypominała siebie z przed kilku godzin.
- Śpij dalej.- warknęła, przeszukując wszystkie szafki.- Cholera!
- Coś się stało?- spytałem, gdy zaczęłam wszystko wyrzucać z komody.
- Nie, kurwa! Wszystko jest w jak najlepszym porządku, kurwa.- wrzasnęła na mnie sarkastycznie.
- Spokojnie, po co tyle agresji.- wstałem i podszedłem do niej.
- Odejdź, jeśli nie chcesz skończyć bez głowy.
- A jeśli nie chcę odejść.- złapałem ją za biodra.
Sekundę później znalazłem się na ścianie, przyduszany przez strzygę.
- Mówiłam, żebyś się nie zbliżał.- wysyczała.- Jestem wkurwiona i nie mam ochoty na amory. Chcesz wiedzieć, co się stało? A kim ty jesteś, żebym ci się zwierzała?
Puściła mnie, a ja złapałem się za bolącą szyję. Każdy normalny skulił by się na łóżku i czekał, aż nie ochronie. Ale już dawno temu zaraziłem się od żony szaleństwem.
- Jeszcze pięć godzin temu się ze mną kochałaś.- zauważyłem.
- Nie kochaliśmy się, a uprawialiśmy sex, a to różnica, bo strzygi nie kochają.
- A ty?- spytałem.
Wiem, wiem, stąpam po cienkim lodzie, a wręcz nad lodowatą wodą, która zaraz mnie pokara, ale co poradzić?
- Jestem kurwa jego mać strzygą! Nie Kocham Cię!- wciąż krzyczała, a ja zachowywałem stoicki spokój.
- Skoro już to sobie wyjaśniliśmy, powiesz mi, co się stało.- nalegałem.
- Cholera, no co się mogło stać?! Najpierw dwie godziny męczyłam się z tymi chujami na auli, później okazało się, że zabrakło nam jedzenia, bo te debile nie umieją nawet liczyć. Poszłam sobie potrenować się wyżyć, a teraz jestem głodna. A w całym pieprzonym hotelu nie ma ani jednej butelki krwi, bo ostatnią chciało mi się rozbić na głowie Nigela.
No i pękła. Nie powiem, lekko się wystraszyłem. Wyglądała, jakby w każdej chwili była gotowa się na mnie rzucić. Nagle wybiegła i zatrzasnęła za sobą drzwi. Oparłem się o nie plecami, nie wiedząc co robić. Zobaczyłem drzwi na balkon i nie wiele myśląc otworzyłem je. Zasłoniłem oczy, gdy do środka wlało się światło dziennie, po czym ostrożnie wyszedłem na kafelki. Oparłem dłonie na poręczy, oddychające głęboko świeżym powietrzem. Z lasu dochodziły odgłosy ptaków i dzikich zwierząt. Rozkoszowałem się lekkim powiewem wiatru na ciele. Nie wiem, kiedy na znowu to wszystko zobaczę, jeśli w ogóle. Moją uwagę nagle zwróciło uderzenie w drzwi między sypialnią i salonem. Podszedłem do nich, przymykając wejście na balkon. W sąsiednim pomieszczeniu słyszałem hałas tłuczonych i zrzucanych przedmiotów. Bez wahania otworzyłem drzwi i ledwo uchyliłem się przed filiżanką.
- Roza.
Odwróciła się do mnie, a w jej oczach zobaczyłem furię. Jednak złagodniała siadając na sofie. Wokół walało się szkło, porcelana, podarte poduszki, powywracane lampy, pilot w kawałkach, szafki dołem do góry i wysypujące się z nich klamoty. Jakby ktoś tu wszedł, pomyślał by, że mieliśmy kłótnię stulecia. Ostrożnie, żeby o nic się nie pokaleczyć podszedłem do ukochanej i usiadłem obok niej.
- Nie przemienisz mnie teraz?- spytałem.
Wpadłem na bardzo, bardzo, bardzo, nic nie wyrazi jak bardo głupi pomysł. Ale nie mogłem tak na nią patrzeć, gdy się męczy. Kocham ją.
- Przez najbliższe sześć, siedem godzin nie będziemy mieli pożywienia, więc nie będzie jak cię nakarmić. Odpowiedź brzmi nie.- powiedziała już spokojniej.
I wtedy postanowiłem wdrożyć mój plan w życie. Zbliżyłem rękę do mojej żony.
- Zabierz, jeśli nie chcesz, żebym cię ugryzła.- ostrzegła, patrząc na mnie spod osłony włosów.
Wyglądała jak drapieżnik, patrzący na rywala. Serce zabiło mi szybciej i przełknąłem ślinę
- A jeśli chcę?
Spojrzała na mnie zaskoczona.
- Jesteś pewny?- spytała.
Teraz nie będzie odwrotu. Wahałem się, póki nie odpowiedziałem.
- Tak.
- To chodź.- podniosła się ciągnąć mnie za sobą.
Zatrzymała się tuż przed sypialnią.
- Otworzyłeś balkon?- spytałam podejrzliwie.
- Zaraz zamknę.
Nie czekając na odpowiedz, prześlizgnąłem się do środka i biorąc ostatni oddech świeżego powietrza, zamknąłem balkon.
- Już.- zawołałem, siadając na łóżku.
Roza od razu weszła i usiadła za mną.
- Jesteś pewny?- spytała, odgarniając moje włosy.- Jeszcze możesz się wycofać.
Zadrżałem pod wpływem jej chłodnych palców na karku. Serce biło mi jak szalone, ale nie wiem czy ze strachu, czy podniecenia. Pamiętam ostatnie razy, gdy byłem gryziony. Rozkosz przelewająca się przez moje żyły, wraz ze śliną morojki. Niebiańskie uczucie. Oblizałem wargi i zaschło mi w ustach.
- Tak.- odpowiedziałem.- Jestem pewny.
Zabrała mi włosy całkiem z prawej strony szyi i zbliżyła tam usta. Poczułem jej chłodny oddech i delikatne pocałunki. Jednocześnie zaczęła masować i głaskać ramiona. Rozluźniłem się, automatycznie odchylając głowę i w tym momencie poczułem ukłucie. Roza wypijała moją krew ostrożnie, a mnie opanowała radość. Strzygi mają o wiele silniejsze substancje endorfin w ślinie, niż moroje. Zaczęło dopadać mnie silne zmęczenie, z którym walczyłem, ale koniec końców, oczy mi się zamknęły, a ja odpłynąłem.
Otworzyłem oczy i ostrożnie się podniosłem. Leżałem na łóżku pod kołdrą. Lekko kręciło mi się w głowie, ale żyłem. Mój wzrok przykuła taca ze srebrną pokrywką i szklanka jakiegoś soku, leżące na stoliku przy łóżku. Nie widziałem dokładnie, jakiego, bo było za ciemno. Usiadłem, sięgając po srebro, po czym podniosłem pokrywkę. Na talerzu było z dziesięć tostów, z różnymi dodatkami, a których widok zaburczało mi w brzuchu i zacząłem jeść. Popiłem wszystko kompotem z wiśni. Ostrożnie wstałem i stwierdziłem, że czuję się już lepiej. Skierowałem się na balkon, jednak stanąłem sparaliżowany, widząc co jest za nim.
Ciemność i cisza. Las ukryty w mroku, ani najlżejszego podmuchu wiatru, a nawet księżyc i gwiazdy skryły się za chmurami. Dotarła do mnie straszna prawda: skończył mi się czas. A ja nic nie wymyśliłem. Choć mam nadzieję, że Roza jest jeszcze na polowaniu. Jednak znikła ona szybciej niż się pojawiła.
- Już czas Towarzyszu.- szepnęła mi strzyga, pojawiają się za mną i pociągnęła mnie do sypialni.
Miałem nadzieję, że uda mi się ją odmienić. Nie wiem jak, ale to zrobię. Jej ostatnie zachowanie... Jak wcześniej była agresywną i najgroźniejszą strzygą, jaką kiedykolwiek widziałem, teraz nie była nią wcale. To zastanawiające i daje do myślenia. Może uda mi się coś wymyślić. Ale mam mało czasu. Jeśli nie zdążę będę musiał ją zabić.
Obudził mnie trzask drzwi. Podniosłem zdezorientowany głowę, aby po chwili zobaczyć wpadającą do sypialni jak burza Rozę. Zmarszczyłem brwi. Była wściekła i to bardzo. Już nie przypominała siebie z przed kilku godzin.
- Śpij dalej.- warknęła, przeszukując wszystkie szafki.- Cholera!
- Coś się stało?- spytałem, gdy zaczęłam wszystko wyrzucać z komody.
- Nie, kurwa! Wszystko jest w jak najlepszym porządku, kurwa.- wrzasnęła na mnie sarkastycznie.
- Spokojnie, po co tyle agresji.- wstałem i podszedłem do niej.
- Odejdź, jeśli nie chcesz skończyć bez głowy.
- A jeśli nie chcę odejść.- złapałem ją za biodra.
Sekundę później znalazłem się na ścianie, przyduszany przez strzygę.
- Mówiłam, żebyś się nie zbliżał.- wysyczała.- Jestem wkurwiona i nie mam ochoty na amory. Chcesz wiedzieć, co się stało? A kim ty jesteś, żebym ci się zwierzała?
Puściła mnie, a ja złapałem się za bolącą szyję. Każdy normalny skulił by się na łóżku i czekał, aż nie ochronie. Ale już dawno temu zaraziłem się od żony szaleństwem.
- Jeszcze pięć godzin temu się ze mną kochałaś.- zauważyłem.
- Nie kochaliśmy się, a uprawialiśmy sex, a to różnica, bo strzygi nie kochają.
- A ty?- spytałem.
Wiem, wiem, stąpam po cienkim lodzie, a wręcz nad lodowatą wodą, która zaraz mnie pokara, ale co poradzić?
- Jestem kurwa jego mać strzygą! Nie Kocham Cię!- wciąż krzyczała, a ja zachowywałem stoicki spokój.
- Skoro już to sobie wyjaśniliśmy, powiesz mi, co się stało.- nalegałem.
- Cholera, no co się mogło stać?! Najpierw dwie godziny męczyłam się z tymi chujami na auli, później okazało się, że zabrakło nam jedzenia, bo te debile nie umieją nawet liczyć. Poszłam sobie potrenować się wyżyć, a teraz jestem głodna. A w całym pieprzonym hotelu nie ma ani jednej butelki krwi, bo ostatnią chciało mi się rozbić na głowie Nigela.
No i pękła. Nie powiem, lekko się wystraszyłem. Wyglądała, jakby w każdej chwili była gotowa się na mnie rzucić. Nagle wybiegła i zatrzasnęła za sobą drzwi. Oparłem się o nie plecami, nie wiedząc co robić. Zobaczyłem drzwi na balkon i nie wiele myśląc otworzyłem je. Zasłoniłem oczy, gdy do środka wlało się światło dziennie, po czym ostrożnie wyszedłem na kafelki. Oparłem dłonie na poręczy, oddychające głęboko świeżym powietrzem. Z lasu dochodziły odgłosy ptaków i dzikich zwierząt. Rozkoszowałem się lekkim powiewem wiatru na ciele. Nie wiem, kiedy na znowu to wszystko zobaczę, jeśli w ogóle. Moją uwagę nagle zwróciło uderzenie w drzwi między sypialnią i salonem. Podszedłem do nich, przymykając wejście na balkon. W sąsiednim pomieszczeniu słyszałem hałas tłuczonych i zrzucanych przedmiotów. Bez wahania otworzyłem drzwi i ledwo uchyliłem się przed filiżanką.
- Roza.
Odwróciła się do mnie, a w jej oczach zobaczyłem furię. Jednak złagodniała siadając na sofie. Wokół walało się szkło, porcelana, podarte poduszki, powywracane lampy, pilot w kawałkach, szafki dołem do góry i wysypujące się z nich klamoty. Jakby ktoś tu wszedł, pomyślał by, że mieliśmy kłótnię stulecia. Ostrożnie, żeby o nic się nie pokaleczyć podszedłem do ukochanej i usiadłem obok niej.
- Nie przemienisz mnie teraz?- spytałem.
Wpadłem na bardzo, bardzo, bardzo, nic nie wyrazi jak bardo głupi pomysł. Ale nie mogłem tak na nią patrzeć, gdy się męczy. Kocham ją.
- Przez najbliższe sześć, siedem godzin nie będziemy mieli pożywienia, więc nie będzie jak cię nakarmić. Odpowiedź brzmi nie.- powiedziała już spokojniej.
I wtedy postanowiłem wdrożyć mój plan w życie. Zbliżyłem rękę do mojej żony.
- Zabierz, jeśli nie chcesz, żebym cię ugryzła.- ostrzegła, patrząc na mnie spod osłony włosów.
Wyglądała jak drapieżnik, patrzący na rywala. Serce zabiło mi szybciej i przełknąłem ślinę
- A jeśli chcę?
Spojrzała na mnie zaskoczona.
- Jesteś pewny?- spytała.
Teraz nie będzie odwrotu. Wahałem się, póki nie odpowiedziałem.
- Tak.
- To chodź.- podniosła się ciągnąć mnie za sobą.
Zatrzymała się tuż przed sypialnią.
- Otworzyłeś balkon?- spytałam podejrzliwie.
- Zaraz zamknę.
Nie czekając na odpowiedz, prześlizgnąłem się do środka i biorąc ostatni oddech świeżego powietrza, zamknąłem balkon.
- Już.- zawołałem, siadając na łóżku.
Roza od razu weszła i usiadła za mną.
- Jesteś pewny?- spytała, odgarniając moje włosy.- Jeszcze możesz się wycofać.
Zadrżałem pod wpływem jej chłodnych palców na karku. Serce biło mi jak szalone, ale nie wiem czy ze strachu, czy podniecenia. Pamiętam ostatnie razy, gdy byłem gryziony. Rozkosz przelewająca się przez moje żyły, wraz ze śliną morojki. Niebiańskie uczucie. Oblizałem wargi i zaschło mi w ustach.
- Tak.- odpowiedziałem.- Jestem pewny.
Zabrała mi włosy całkiem z prawej strony szyi i zbliżyła tam usta. Poczułem jej chłodny oddech i delikatne pocałunki. Jednocześnie zaczęła masować i głaskać ramiona. Rozluźniłem się, automatycznie odchylając głowę i w tym momencie poczułem ukłucie. Roza wypijała moją krew ostrożnie, a mnie opanowała radość. Strzygi mają o wiele silniejsze substancje endorfin w ślinie, niż moroje. Zaczęło dopadać mnie silne zmęczenie, z którym walczyłem, ale koniec końców, oczy mi się zamknęły, a ja odpłynąłem.
Otworzyłem oczy i ostrożnie się podniosłem. Leżałem na łóżku pod kołdrą. Lekko kręciło mi się w głowie, ale żyłem. Mój wzrok przykuła taca ze srebrną pokrywką i szklanka jakiegoś soku, leżące na stoliku przy łóżku. Nie widziałem dokładnie, jakiego, bo było za ciemno. Usiadłem, sięgając po srebro, po czym podniosłem pokrywkę. Na talerzu było z dziesięć tostów, z różnymi dodatkami, a których widok zaburczało mi w brzuchu i zacząłem jeść. Popiłem wszystko kompotem z wiśni. Ostrożnie wstałem i stwierdziłem, że czuję się już lepiej. Skierowałem się na balkon, jednak stanąłem sparaliżowany, widząc co jest za nim.
Ciemność i cisza. Las ukryty w mroku, ani najlżejszego podmuchu wiatru, a nawet księżyc i gwiazdy skryły się za chmurami. Dotarła do mnie straszna prawda: skończył mi się czas. A ja nic nie wymyśliłem. Choć mam nadzieję, że Roza jest jeszcze na polowaniu. Jednak znikła ona szybciej niż się pojawiła.
- Już czas Towarzyszu.- szepnęła mi strzyga, pojawiają się za mną i pociągnęła mnie do sypialni.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
Subskrybuj:
Posty (Atom)