wtorek, 17 stycznia 2017

ROZDZIAŁ 365

- I jak to zrobimy?- spytał Dymitr, drapiąc się po karku.
Podążyłam za nim wzrokiem na pozostałą trójkę w salonie.
- Nie mam serca jej budzić.- westchnęłam, gdy dziewczynka przewróciła się na drugi bok.- Weź Lili na górę, a ja ją tam przebiorę. Ty w tym czasie możesz zacząć robić coś do jedzenia.
- Dobrze.
Jak powiedziałam, tak zrobiliśmy. Gdy mała spała już przebrana, zeszłym na dół po pozostałą dwójkę. W kuchni strażnik już coś robił, ale nie mogłam zobaczyć co.
- Co mój ulubiony kucharz tam pichci?- spytałam zalotnym głosem.
- O Roza!- odwrócił się nerwowo i prawie wepchnął mi do rąk dziecko, chyba nawet nie zauważając, że to jego księżniczka.- Już ci pomagam. W między czasie je nakarmiłem, więc będzie łatwiej je usypiać.
Obrócił mnie i popchnął do wyjścia. Po chwili wyszedł stamtąd z Felixem.
- A co to było Towarzyszu? Co tam chowasz?- spytałam podejrzliwie.
- Niespodzianka.- uśmiechnął się.
Ja tylko pokręciłam z rozbawieniem głową. Rosjanin zostawił synka u nas na łóżku i wrócił do kuchni. Umyłam maluchy, przebrałam w piżamki i próbowałam utulić do snu. Kołysałam ich łóżeczkami i śpiewałam kołysanki w rytm do grającej pozytywki nad nimi. One tylko się śmiały, coraz bardziej rozbawione, ale z satysfakcją zauważyłam, że ziewają i pocierają piąstkami oczka. Po kilku minutach już słodko spały. Przykryłam je szczelnie kocykami i ucałowałam każde w czółko. To takie wspaniałe uczucie mieć dzieci, które się samemu stworzyło, urodziło i teraz można je rozpieszczać. Oczarowana, wpatrywałam się w nie jakiś czas. Zauważyłam, że Nastka marszczy nosek, co wyglądało słodko i jeszcze bardziej otula się kocykiem. Musi być jej zimno. Szybko podeszłam do uchylonego okna i je zamknęłam. Rzucając ostatnie spojrzenie na dzieci, wzięłam seksowną bieliznę, szlafrok i poszłam do łazienki. Szybko się wykąpałam, nasmarowałam balsamem i założyłam na siebie wcześniej wzięte ubrania, jeśli tak to można powiedzieć. Czerwone figi z czarną koronką, od których były poprowadzone sznureczki do takich samych opasek na moich udach. W komplecie był również czarno czerwony stanik z przyczepioną ciemną, prześwitującą zasłoną, opadającą na mój brzuch. Włosy rozczesałam i wysuszyłam dokładnie. Nie lubię zasypiać z mokrą głową. Spryskałam się jeszcze perfumami i wróciłam do pokoju. Poskładane rzeczy z dzisiaj ułożyłam na krześle, popatrzyłam na dzieci i zeszłam na dół. Chciałam zaskoczyć ukochanego, ale jak weszłam stał oparty o blat. Gdy tylko mnie zobaczył, zaczął skanować moje ciało z pożądaniem. Już pewnie się spodziewa, co mam pod tym szlafroczkiem.
- Roza!- nie mógł oderwać ode mnie wzroku.- A jakby ktoś cię zobaczył?
 - Twoje siostry, czy mama?- usiadłam na blacie po drugiej stronie kuchenki.- Bo wątpię, aby miały coś przeciwko temu.
- Nie.- mąż podszedł do mnie i wsunął dłonie pod materiał na mój brzuch.- Bardziej myślałem o Iwanie, Koli i
Konradzie. A te widoki są zarezerwowane dla mnie.
Zadrżałam na jego dotyk.
- Przesadzasz. Myślę, że oni są zajęci czymś innym, co nas też czeka. A co tak cudnie pachnie?- zaciągnęłam się zapachem jakiegoś pieczonego ciasta.
- Chodzi ci o jedzenie,- zmniejszył odległości między nami.- czy te piękne perfumy?
Całkowicie traciłam jasność umysłu. Wstrzymałam oddech, czekając na jego ruch. Bielikow schował twarz w moje włosy, trącając mnie nosem w szyję. Jęknęłam cicho i odchyliłam głowę, gdy zaczął mnie tam całować, lizać i z lekka podgryzać. Pragnęłam go całego, chłonęłam każde, najmniejsze muśnięcie ciepłych palców. Napawałam się, że jest mój i tylko mój. Że to on jest moim szczęściem, każdym porankiem i nocą, że zawsze mogę na niego liczyć, lub sama mu pomóc. Że to on jest ojcem moich dzieci. Opuściłam dłonie, które nie wiem jak i kiedy znalazły się na karku strażnika, aby łatwiej było mu zrzucić mój szlafrok. Jednak przerwało nam burczenie w moim brzuchu. Rosjanin odsunął się z uśmiechem, a ja poczułam, że się rumienię. Na ten widok uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- A jednak jedzenie.- skomentował, za co trzepnęłam go w tył głowy.
- Jestem głodna, okey?- założyłam ręce na pierś.
Głodna kobieta, to zła kobieta.
- Spokojnie skarbie,- cmoknął mnie w czoło.- Zaraz będzie jedzenie, a później zaspokoimy nasz głód.
Czemu miałam wrażenie, że chodzi mu o coś innego, niż jedzenie. Zeszłam z blatu i opatuliłam się dość cienkim materiałem. Usiadłam do stołu z dwoma talerzami i szklankami z piciem. Po chwili na środku pojawił się spodek z panującymi parówkami w cieście francuskim i z warzywami. Mmm... Aż mi ślinka pociekła. Nałożyła sobie od razu trzy, podałam je ketchupem i zabrałam się za jedzenie. Dymitr zrobił to samo. Co jakiś czas czułam na sobie jego spojrzenie, ale ignorowałam to uczucie. No co? Mój pusty żołądek otrzymał upragniony posiłek i nic się nie liczy. Ale miło, że jem z samym Bogiem. I to moim. Gdy byłam już pełna, odsunęłam talerz z westchnieniem i oparłam się o oparcie krzesła.
- To było przepyszne.- spojrzałam na ukochanego mam nadzieję, że z miłością i wdzięcznością.- Uwielbiam twoją kuchnię.
- Cieszę się, że ci smakowało.- uśmiechnął się z miłością.
Głowę oparł na rękach z łokciami na stole i patrzył na mnie uważnie, nie przestając się uśmiechać.
- Jestem gdzieś brudna?- spytałam zmartwień, ocierając kąciki ust.
- Nie.- odpowiedział, nie przestając się uśmiechać.
- To czemu się tak mi się przeglądasz?- byłam ciekawa.
- Jesteś na prawdę piękną kobietą.- odparł.
- Dziękuję.- wytrzymałam jego palący wzrok.- To teraz ty idź się wykąp i spotkamy się w sypialni.
- Podoba mi się ten pomysł.- mruknął.
Oboje wstaliśmy w tym samym czasie. Wzięłam resztki i włożyłem do lodówki, a brudne naczynia do zmywarki. Kiedy pochylałam się do urządzenia, ukochany klepnął mnie w tyłek. Wyprostowałam się natychmiast, a on próbował powstrzymać śmiech.
- Towarzyszu, ty sobie uważaj, bo mogę cię nie puścić pod prysznic.- starałam się zabrzmieć groźnie, ale chyba mi się nie udało.
- Roza, to groźba, czy zachęta?- przeszedł mnie przyjemny dreszcz, gdy złapał mnie za biodra.
- Masz szczęście, że ja nie myślę tylko cipką. A teraz marsz do łazienki, bo jak teraz nie pójdziesz, to w ogóle tam nie dotrzesz. A ja ze śmierdziuszkiem spać nie będę.
- Czyżbyś, coś mi insynuowała?- uniósł jedną brew do góry.
- Czemu ja tak.nie umiem?- pomyślałam.
W chwili gdy jego czoło się zmarszczyło, dotarło do mnie, że powiedziałam to na głos. Po chwili przez jego twarz przeszedł cień zrozumienia.
- Przykro mi, ale tego cię nie nauczę.- zaśmiał się.- ale nie zmieniaj tematu.
- Ty też nie. Już mi pod prysznic.- klepnęłam go w pupę i uciekam na górę.

sobota, 14 stycznia 2017

ROZDZIAŁ 364

Na łyżwach byliśmy jeszcze z jakieś dwie godziny i trzeba było wracać. Wszystkie dzieci już spały, więc przynajmniej usypianie mamy z głowy. Dymitr niósł Lili, Kola Zoję Konrad Pawkę, a Sonia Łukę. Ja za to pchałam wózek z naszymi bliźniakami. Po drodze cicho rozmawialiśmy, chodź myślę, że maluchów to nawet pięćdziesiąt trąbiących pociągów by nie obudziło. Przynajmniej naszych. A jak już się przebudzą, to swoim płaczem i krzykiem umiałyby i zmarłego postawić na nogi. One są nie możliwe.
- A myślisz, że z Łuką jest inaczej?- uśmiechnęła się Sonia.- Umie całemu światu ogłosić, że jest głodny.
- Serio?!- zdziwiłam się.-Jak był mniejszy, to muszę przyznać, miał tą parę w płucach, ale teraz go nie słyszę.- zmarszczyłam czoło, myśląc nad tym.
- Bo raz mamusia powiedziała, żeby nie płakał, bo obudzi ciocię i wuję.- wtrąciła najstarsza z sióstr.- Od tamtego czasu, gdy jesteście w Bai, cisza.- ostatnie słowo wyszeptała i podkreśliła poziomym ruchem ręki.
- Masz na niego niezwykły wpływ i jesteś jego wzorem. Ciągle tylko "A ciocia Rose powiedziała to... zrobiła tamto... zgodziła by się ze mną." 
- Kochany aniołek.- pogłaskałam śpiącego zainteresowanego po policzku, a on wtulił się w moją dłoń z leniwym uśmieszkiem.
- Mam być zazdrosny?- aż podskoczyłam, gdy po mojej lewej pojawił się Bielikow.
- Boże, nie strasz mnie tak.- złapałam się za serce, próbując uspokoić jego szybkie bicie.
- Mów mi...- zaczął z uśmiechem, ale weszłam mu w słowo.
- Wiem, jak mam do ciebie mówić i będę tak mówiła, czy ci się to podoba, czy nie.
- Weźcie coś jej powiedzieć.-jęczał do sióstr.- Ciągle mnie idealizuje i nazywa Bogiem.
- Nie dziwię się.- Wiki wzruszyła ramionami.- U nas w szkole każdy tak o tobie mówi.
Mój mąż spojrzał na siostrę z otworzoną buzią.
- Widzisz, Towarzyszu?- uśmiechnęłam się triumfalnie.- Nie da się idealizować ideału. Nawet umiesz mnie zaskoczyć.
- A co? Już moja woda kolońska mnie nie zdradza?- spojrzał na mnie z cwanym uśmieszkiem.
- Po całym dniu trochę jej się ulotniło, a trochę się przyzwyczaiłam.
- Za to twoje perfumy wciąż czuć doskonale.- zaciągał się moim zapachem i cmoknął mnie w jakiś nie zakręty kawałek szyi, na co zadrżałam.- Idealne.
- No właśnie. Nie da się idealizować ideału.- otarłam się o niego, na co zamruczał zadowolony.
- Błagam, poczekajcie aż się znajdziecie w pokoju, zamknięci na cztery spusty.- moja szwagierka wystawiła język z geście obrzydzenia.
- No proszę. I mówi to ktoś, kto chciał nam wpakować do niego w samym środku stosunku.- zaśmiałam się.
- No to ona chciała.- wtrąciła Sonia.- Nam oszczędźcie tych tortur.
- Właśnie.- dodała jej starsza siostra.- Już dość się na oglądałam Dimkę, gdy latał nago po domu z matkami na głowie, krzycząc: "Jestem gaciomen!".- wysunęła rękę zaciśniętą w pięść, a drugą skuliła, udając super bohatera i parodiowała głos mojego ukochanego.
Zaczęliśmy chichotać, a on się zarumienił, szturchając siostrę łokciem.
- Spokojnie Towarzyszu. Dla mnie zawsze będziesz bohaterem. Nawet bez majtek.- uśmiechnęłam się dwu znacznie.
- O matko.- westchnęły dziewczyny.- Jesteś okropna.
- Tak?- strażnik udawał, że ich nie słyszy.- A bez czego jeszcze będę twoim bohaterem?
- Mamo.- zawołała Wiki.- Możemy przyspieszyć? Bo oni zaraz zaczną grę wstępną na środku wioski.
Olena zaczęła chichotać w objęciach Iwana.
- Co w tym złego?- spytał dampir.- Miłość to piękna rzecz, którą trzeba doceniać, bo nie wiadomo, gdy się ją straci.
- Ale myślę, że te kilka minut wytrzymają.- prychnęła Karolina.
- Spokój dzieci.- w końcu głos zabrała Olena.- Już jesteśmy w domu.
Jak na zawołanie, przed nami zaczął wyłaniać się żółty budynek z czatującym bałwanem. Po chwili już staliśmy w korytarzu, rozbierając siebie i dzieci.
- Ale się świetne bawiłam.- westchnęłam.- Szkoda, że ten dzień, już się kończy.
- Spokojnie Roza.- poczułam jak od tyłu oplatają mnie silne ramiona.- Dla nas jeszcze się nie skończył.
Zadrżałam, gdy Rosjanin zaczął całować mnie po szyi. Odchyliłam głowę, aby dać mu więcej miejsca.
- Wy tak na serio?!- obok nas pojawiła się jego najmłodsza siostra.- Pokój macie na górze, a tutaj jeszcze wasze dzieci czekają.
Za sobą ciągnęła Mikołaja. Tuż przed schodami pocałowali się namiętnie i weszli na górę. Poczułam, jak mój mąż się spina i westchnęłam rozbawiona. Po chwili ruszył za nimi z zaciśniętymi pięściami, ale złapałam go za ramię i pociągnęłam. Gdy odwrócił się w moją stronę, posłałam mu znaczące spojrzenie. Westchnął i został, co chwilę lukał na schody. Podeszłam do kanapy, gdzie zostali dołożeni Pawka i Lili. Zoja z Łuką i naszymi dziećmi spali na drugiej. To znaczy oni spali. Bliźniaki siedziały i bawiły się swoimi rączkami.
- Naprawdę?!- westchnęłam.- Nie mogliście spać dłużej?
Oni tylko spojrzeli się na mnie i roześmiali.
- Tak wiem, to bardzo zabawne.- połaskotałam oboje po brzuszku, a oni wyciągnęli rączki.
- Dobrze dzieci.- odezwała się Olena.- Weźcie dzieci na górę, bo wątpię, żebyście byli głodni.
- Ja jestem.- powiedziałam równocześnie z Bielikowem.
Wszyscy popatrzyli na nas zdziwieni, a my sami wymieniliśmy się uśmiechami i złączyliśmy swoje dłonie. Dzieci na ten widok zapiszczały radośnie, klaszcząc w rączki i podskakując w miejscu.
- Ale żeby nie robić problemu,- dodałam, wtulona w pierś ukochanego.- sami zrobimy sobie coś do jedzenia. Bo wy na pewno jesteście zmęczeni.
Po chwili wszyscy się rozeszli i zostaliśmy sami z naszymi dziećmi.

czwartek, 12 stycznia 2017

ROZDZIAŁ 363

Gdy zobaczyłam tafle lodu, byłam oczarowana. To nie był staw. To całe jezioro. Może i małe, w porównaniu z innymi, ale jako lodowisko to ogromne. Mimo wielu osób, każdy miał mnóstwo miejsca. Na lewo był ogrodzony teren dla dzieci z animatorami. Zoja i Łuka, ledwo ubrali łyżwy i tam poznały. Po chwili widziałam, jak oba brzdące przytulają się do nóg jednej z instruktorek. Spojrzałam pytająco na Bielikówny.
- To Nina. Ich ulubiona animatorka.- wytłumaczyła Karolina.
Pokiwałam zrozumiale głową i sama ubrałam łyżwy. Ostrożnie weszłam na lód. Dawno nie jeździłam i musiałam się przyzwyczaić. Chwilę poruszałam się niepewnie, kiedy tuż przede mną przemknęli Lili i Pawka. Zachwiałam się i byłam gotowa na spotkanie z twardym podłożem, gdy złapały mnie silne ramiona.
- To mówiłaś, że jaka jesteś na łyżwach? Niezastąpiona?- kpił ze mnie ukochany, pomagając mi wstać.
- Ja nie miałam okazji co roku ćwiczyć z Taszą.- odgryzłam się.
- Ała!- złapał się teatralne za serce.- Bolało. Ale to tajemnica, nikomu nie mów.- szepnął mi konspiracyjnie, rozglądając się dookoła.
Zachichotałam.
- Ale o potajemnych spotkaniach z Lady Ozerą, czy o tym, że boli cię nakrycie.
- A kto tu mówi o jakiś spotkaniach.- złapał mnie za ręce i zaczął jechać do tyłu.- No chyba, że z tobą. Wiesz Wartownia i te sprawy. A teraz pokaż zazdrośnico, na co Cię stać.
Puścił jedną moją dłoń i tak się obrócił, puszczając drugą, że poleciałam przed siebie. Z trudem utrzymałam równowagę, ale gdy już ją złapałam. Zaczęłam śmigać. Po chwili, w tłumie znalazłam strażnika i pojechałam do niego od tyłu w ostatniej chwili skręciłam, klepiąc go w ramię i odjeżdżając tyłem. Zdezorientowany zaczął się rozglądać, najpierw w prawo, gdzie go klepnęłam, później z tyłu, aż zaczął przeszukiwać tłum. Nie zajęło mu długo wypatrzenie mnie. Zaśmiałam się, posłałam mu całusa w powietrzu i machając, odwróciłam się i zaczęłam uciekać. Wiedziałam, że jedzie za mną. Uciekałam, mijając ludzi i robiąc slalomy między nimi. Jednak, gdy spojrzałam za siebie, nie dostrzegłam nigdzie Bielikowa. Nagle wpadłam na czyjś tors.
- Szukasz kogoś?- spytał aksamitnym głosem z silnie wyczuwalnym rosyjskim akcentem.
- Może.- uśmiechnęłam się do niego kokietywnie.- A powinnam?
- Już nie.- Dymitr pociągnął mnie na środek jeziora i zaczęliśmy się obracać, trzymając się za ręce.- Ale to ja cię znalazłem.
- Wmawiaj sobie.- prychnęłam.- Gdybym nie chciała, nigdy byś mnie nie dopadł.
- Jasne, jasne.- zaśmiał się.- Umiesz robić piruet?
- Dawno nie robiłam.- odpowiedziałam z zawahaniem.
- Nigdy się nie wahaj.- zaśmiał się, a ja mu wtórowałam. Jednak po chwili spojrzał na mnie z powagą.- Ufasz mi?
- Bezgranicznie.- odpowiedziałam od razu.- A za głupie pytania powinieneś dostać w tą swoją uroczą łepetynkę.
- To zaraz cię puszczę, a ty spróbujesz się odbić i obrócić. A ja będę cały czas obok. Dobrze?- nawet na chwilę nie nie przestawał patrzeć mi głęboko w oczy.
- Tak.
- Raz... Dwa... Trzy!
Tak jak mówił, puścił mnie i pojechałam przed siebie z dużą prędkością. Odbiłam się i zaczęłam obracać, ale źle to zrobiłam z zobaczyłam tylko zbliżającą się tafle lodu. Byłam gotowa na bolesny upadek, ale zamiast tego znalazłam się w ciepłych ramionach. Jednak siła uderzenia była tak mocna, że oboje znaleźliśmy się na ziemi.
- O Boże! Nic ci nie jest?- przestraszyłam się.
- Mów mi Dymitr, ewentualnie Towarzysz.- zaśmiał się.- Mówiłem, że Cię złapię.
- Dla mnie lepiej brzmi Bóg.- uśmiechnęłam się uroczo.
- Ja tiebia liubliu Roza.- spojrzał mi głęboko w oczy.
- Ja tiebia toże liubliu tovarishch.
Widziałam w jego oczach czego pragnie. Powoli zaczęłam się do niego zbliżać i gdy nasze usta dzieliły już tylko milimetry...
- Wiecie, że nie całuje się na mrozie?- obok nas zatrzymała się Wiki.
I czar prysł. Wstałam i pomogłam zrobić to ukochanemu.
- Nie masz lepszy zajęć, niż przerywanie nam słodkich chwil?- spytałam brunetki.
- Jeszcze lepszych? To jedynie wparowanie wam, podczas sexu.- zaśmiała się.
- A ty wiesz, że nie przeszkadza się bratu w całowaniu?- strażnik patrzył na siostrę, spod przymrużonych powiek.
- A czemu to, Dimka?- spytała zaczepnie.
- Bo wtedy jego żona robi się zła.- rzuciłam się na szwagierkę.
Jednak ta szybko zaczęła uciekać, a ja ją gonić. Ścigałyśmy się po całym jeziorze. W pewnym momencie odwróciła się i pokazała mi język. Jednak nie widziałam c jest za nią, a kiedy się odwróciła, było za późno.
- Kola!- krzyknęła, a chłopak, ledwo się odwrócił i leżał pod dziewczyną.
Lekko zwolniłam, żeby wyczuć odpowiedni moment i dać im chwilę dla siebie, po czym wskoczyłam na nich w chwili, gdy mieli się pocałować. Pode mną rozbrzmiały jęki bólu.
- Wiecie, że nie całuje się na mrozie?- zachichotałam.- Zemsta jest słodka.
Wstałam z nich i pomogłam im się podnieść.
- Już wiesz, co się wtedy dzieje.- zapytał, próbując powstrzymać śmiech, Rosjanin.
- A tylko spróbuj wejść do pokoju, przy scenie +18, a tak ci skopię tyłek, że ruski rok popamiętasz.- zagroziłam.
- Dobra, nie będę.- podniosła ręce w obronnym geście.
- Choć skarbie. Poćwiczymy jeszcze.- mąż odciągnął mnie z uśmiechem.
- Tak jak przed chwilą?- zawołała za nami młoda Bielikówna.
- Może.- odkrzyknął, po czym zwrócił się do mnie, gdy znowu zaczęliśmy się kręcić.- Przyznaj, że najwięcej czasu spędzałaś z nią.
- Nie wiem.- zmarszczyłam czoło, zastanawiając się, czy z Wiktorią częściej rozmawiałam, niż z innymi szwagierkami.- Miałyśmy dobry kontakt, ale czy lepszy niż z Sonią i Karoliną, nie wiem. A co?
- Masz na nią zły wpływ.- powiedział z uśmiechem.- Jest bardzo pyskata.
- No trzeba przyznać, ma dziewczyna charakterek, ale jest dobrze wychowana. Jak wy wszyscy.- zauważyłam.
- To dzięki mamie. A teraz skup się. Gotowa?
Kwnęłam głową i mnie wypuścił. Po kilku próbach w końcu mi się udało. Zrobiłam pełny obrót w powietrzu i z wdziękiem wylądowałam na jeden nodze, robiąc jaskółkę. Ukochany złapał mnie i zaczęliśmy się kręcić, po czym zatrzymaliśmy się.
- Udało mi się! Widziałeś?- cieszyłam się jak dziecko z nowej zabawki.
-Widziałem Roza.- zaśmiał się głębokim głosem.- Nie mogłem oderwać od ciebie wzroku. Jesteś bardzo piękna.- objął mnie w pasie.
- Dziękuję Towarzyszu.- przysunęłam się bliżej niego.
Złapałam go za szalik i przyciągnęłam do siebie, wpijając mu się w usta. Tym razem nie pozwoliłam nikomu przerwać naszej chwili.

wtorek, 10 stycznia 2017

ROZDZIAŁ 362

Kulig skończył się przed obiadem. Pożegnaliśmy wszystkich znajomych i wróciliśmy do domu. Iwan nie odstępował Oleny na krok, wciąż ją adorując i opowiadając jakieś historie, na które oboje parskają śmiechem. Po obiedzie, zrobiliśmy sobie chwilę odpoczynku i wszyscy usiedliśmy w salonie, a na dywanie bawiły się dzieci. Nagle Felix i Nastka zainteresowali się lalkami Barbie Zoji. Brały je do buzi, lub uderzały nimi o podłogę, a ich kuzynka zaczęła płakać. Szybko podeszłam i zabrałam córeczce lalkę, mówiąc, że nie można, że to fee. W tym samym czasie, mój ukochany wziął na kolana siostrzenicę i zaczął ją uspokajać. Jednak, gdy zabrałam bliźniakom zabawki, też zaczęły płakać. I nie chciały żadnej innej zabawki. W końcu zaczęliśmy z mężem je łaskotać, a ich płacz zmienił się w śmiech. Gdy się uspokoiły, dołączyliśmy z nimi do zabawy. W pewnym momencie wzięłam jedną z lalek i zaczęłam nią poruszać jakby chodziła. Maluchy patrzyły na nią jak zaczarowane. Następnie wzięłam szczotkę i czesałam sztuczne włosy. Prz okazji ciągle mówiłam co robię, że tak powinno się bawić i porównując to do ich życia codziennego. Po chwili oddałam lalkę Nastce i ona zaczęła ją czesać.
- Brawo! Właśnie tak.- zaklaskałam radości.
Mała też się roześmiała, dumna ze swojego postępu. Felix wziął mały samolocik i zaczął się nim bawić. Nagle Dymitr się zerwał, złapał chłopca i zaczął nim robić samolocik. Wszyscy się śmiali, a najbardziej nasz synek. Po tej chwili odpoczynku, znowu ubraliśmy się ciepło i wyszliśmy z dziećmi na dwór. Od razu przystąpiliśmy do lepienia bałwana. Najpierw toczyliśmy wielkie kule, ale jakiekolwiek by nie były, Zoja chciała większe i większe. W końcu była zadowolona, a ja się zastanawiałam, jak postawić na tym brzuchu tułów. Oczywiście pomogli nam mężczyźni. Nie dlatego, że są silniejsi, bo za wiele od nich nie odstaję, ale z powodu większego wzrostu. Gdy dwie kulki były już na swoim miejscu, Kola i Konrad poszli szukać ozdób dla bałwana, Pawka, Łuka i mój mąż toczyli mu głowę, a ja z dziewczynami kształciłyśmy to co miałyśmy, plus nogi i ręce. Nagle poczułam lekkie uderzenie w plecy. Odwróciłam się, szukając sprawcy. Niby było jak wcześniej, ale Dymitra zdradził jego delikatny uśmiech i chłopcy, zasłaniający buzie rączkami, żeby się nie śmiać. Wzięłam trochę śniegu, ulepiłam śnieżkę i odpłaciłam się ukochanemu. Szybko schowałam się za bałwana, patrząc jak strażnik zdezorientowany rozgląda się dookoła. Jednak gdy nasze spojrzenia się spotkały, byłam skończona. Złapał garść białego puchu i zbił ciasno, po czym rzucił. W ostatnim momencie się uchyliłam, a Sonia, koło której przeleciał pocisk krzyknęła i dołączyła do mnie. Reszta poszła w jej ślady. My chowałyśmy się za bałwanem, a chłopcy za małą kulką.
- Zoja!- zawołała Karolina.- Pomóż mi robić ze śniegu barykadę, ale się nie wychylaj.
Tak też zrobiła i obie zabrały się za budowanie osłon. Nasi przeciwnicy nie byli gorsi. Gdy wróciła pozostała dwójką, ze swoimi łupami, dołączyli do Rosjan. Ale wciąż miałyśmy przewagę liczebną 5: 6. Gorzej, ze zawołali Iwana. Zaczęła się prawdziwa wojna. Nagle z tyłu zauważyłam deski do spalenia i zawołałam Zoję.
- O cio chodzi, cjocju?- spytała słodko.
- Mam dla ciebie arcy ważne zadanie. Musisz iść jak najbliżej ziemi, do tamtej kupki, w linii prostej. Następnie znajdź dla każdej z nas taki kawałek, który mógłby być tarczą. I nie mogą cię trafić.- zaznaczyłam.- Jasne?
- Tiak.- odpowiedziała, jakby od jej zadania zależało bezpieczeństwo całego świata.
Wiki zaczęłam nam robić amunicję na zapas, więc nie traciłyśmy na to czasu i po chwili zasypałyśmy przeciwników ścieżkami. Po kilku minutach wróciła Zoja z drewnem. Reszcie dziewczyn wytłumaczył pomysł, żeby przystąpić do bezpośredniego ataku. Nagle Sonia wyciągnęła chustę trójkątną, a my spojrzałyśmy na nią jak na wariatkę.
- No co? Pracuję w aptece, więc takie wyposażenie to podstawa.- usprawiedliwiła się.
Już bez komentarzy przystąpiliśmy do działania. Mama blondynka wymyśliła, żeby porobić śnieżki i włożyć do chusty. Będziemy miały czym strzelać podczas ataku. Tak więc ona i Karolina rzucały kulkami w chłopców, a my napełniłyśmy materiał amunicją. Potem to atakujące chwyciły tkaninę i wszystkie poprawiłyśmy osłony. Niespodziewanie wyskoczyłyśmy zza barykady, krzycząc, rzucając ścieżkami i chowając się za drewnem.
- To nie sprawiedliwe!- sprzeciwiali się mężczyźni, gdy do nich dobiegłyśmy.
Rak ich atakowałyśmy, że skulili się tyłem do nas, zakrywając rękoma głowę i kark. Zaprzestałyśmy walki, ale oni wciąż byli skuleni. Gdy zaczęli powoli się prostować, wskoczyłam na męża, a dziewczyny poszły w moje ślady. Od razu się przewrócił i mogłam usiąść na nim z triumfalnym uśmiechem.
- Mam cię! I co teraz?- spytałam.
- Terlaź skończimi liepić balwana. Chodź ciocia.- Zoja pociągnęła nas do bialych kul, lekko zniszczonych naszą walką.- O nie!
- Nie martw się kochanie.- mama wzięła ją na rączki.- Da się go jeszcze jakiś uratować. Zobaczysz. Będzie jeszcze najpiękniejszy w całej wiosce. Po ciężkiej pracy bałwan stał w pełnej okazałości, a my poszliśmy ja kolację. Po posiłku wszyscy poszłaś nad miejscowy staw na łyżwy.
- Jak ja dawno nie jeździłam.- byłam bardzo podekscytowana.
- Cieszę się, że ci się podoba.-zachwycała się Olena.
- Zaraz mi kochanie pokażesz, co umiesz na tych dwóch szynach, a czego jeszcze mogę cię nauczyć.- szepnął mój ukochany, pchając wózek z maluchami.
- Żebyś się nie zdziwił, bo w jeździe na łyżwach jestem niezastąpiona. Umiałbyś powiedzieć w czym jeszcze?- poruszyłam brwiami.
- Dla mnie jesteś nie zastąpiona w całości.- objął mnie w pasie ramieniem, całując w skroń. ___________________________________________________________
Ogłoszenie Parafialne:
Rozdziały będą co dwa dni, może z wyjątkami, kiedy mam wenę, a z tą ostatnio krucho. I tak będą często, w porównaniu z innymi blogami i moje są dość długie. Zajmuje mi to dłużej czasu, bo chcę dać wam jak najlepszy rozdział. Mam nadzieję, że mnie zrozumiecie.

niedziela, 8 stycznia 2017

PÓŁ ROKU


Hej, wiem, że ostatnio rozdziały są różnie, ale mam dla was niespodziankę. Nie wiem czy w to wierzycie (bo ja nie), ale równo rok temu, 8.01.2016 o godzinie 22:31:00 na tym blogu pojawił się Prolog. Tak kochani. Jesteśmy razem cały okrągły rok. Dziękuję tym, którzy wciąż ze mną trwają i czytają, a jeszcze bardziej za tak wiele motywujących komentarzy. W ten jeden rok wspólnymi siłami daliście mi 100 tyś wyświetleń, 9 obserwatorów i 1645 komentarzy, za 361 rozdziałów. To chyba najlepszy prezent dla tego bloga. Dziękuję wam i dedykuję ten bonus wszystkim, którzy mnie czytają, a przede wszystkim Mańce, Oli i Sylwii. Mam nadzieję, że się spodoba. KOCHAM WAS💖💖💖💖
___________________________________________________________

Tydzień.

Tyle mi wystarczyło, bym zrozumiał swój największy błąd w życiu. Jednak było za późno, nic nie mogłem zrobić. Ale teraz jest inaczej.

Idę pustym korytarzem, oświetlonym jedynie promieniami słońca, wpadającymi przez okna. Dla morojów jest noc, więc uczniowie powinni słodko spać w pokojach.
Ona też.
Zatrzymałem się przed pokojem mojej miłości. Już miałem zapukać lecz dłoń zatrzymała mi się tuż przed drzwiami. W głowie zaczęły pojawiać się czarne myśli. Co jeśli to przeszłość? Nie widzieliśmy się trzy miesiące. Może ona kogoś ma? Może już mnie nie kocha? Nasze pożegnanie też nie należało do najprzyjemniejszych. Wciąż mi wstyd za to, jak ją potraktowałem. Chciałem, żeby poczuła się wyjątkowo, a sprawiłem, że mnie znienawidziła. Co jeśli nie chce mnie widzieć? Pewnie jest szczęśliwa, a ja nagle się pojawiam i wchodzę w jej życie z butami. To nie ma sensu.
- Nie ma jej tam.- podskoczyłem zaskoczony.
Nie spodziewałem się kogoś teraz spotkać. Jednak szybko się uspokoiłem i przybrałem maskę strażnika. Niedaleko o ścianę opierał się Lord Iwaszkow. Patrzył przed siebie, tak jakby nic do mnie nie powiedział. Za bardzo się nie zmienił. Czarne włosy wciąż układał w tak zwany artystyczny nieład. Na sobie miał ciemno zieloną bluzkę i granatowe jeansy. Różne plotki o nim chodzą, ale ja nie wiem w co wierzyć. Z ust wypuścił dym i dopiero teraz zauważyłem niedopałek w jego dłoni. Już miałem się się odezwać, ale moroj mnie uprzedził.
- Wiesz Bielikow, ty to masz tupet.- zaciągnął się.- Najpierw rozkochujesz w sobie Rose, później ciotkę Ozery, a biedną dampirzycę traktujesz jak dziwkę i wyjeżdżasz.- rzucił pet na podłogę i zdeptał, odwracając się przodem do mnie. - A teraz nagle pojawiasz się i co? Myślisz, że wpadnie ci w ramiona? Po tych wszystkich bezsennych i przepłakanych przez ciebie nocach.
Już sam jego widok zagotował mi krew w żyłach. Po co w ogóle się wtrąca w nie swoje sprawy? Jednak miał miał rację. Czego ja tu szukam? Bolało mnie to co on mówił. Przeze mnie płakała. A ona rzadko kiedy płacze. Nic tu po mnie. Minąłem Iwaszkowa bez słowa.
- Kocham ją.- na jego wyznanie zacisnąłem tylko pięści, nie zwalniając kroku.- Ale wiem, że nigdy nie będzie moja. Ona wciąż cię kocha.
Na jego ostatnie zdanie zatrzymałem się. Czyżby to było możliwe? Westchnąłem ciężko.
- Nigdy nie chciałem jej skrzywdzić.- odezwałem się pierwszy raz, odkąd tu przyszedł.- Chcąc ją od tego uchronić, sprawiłem jej większy ból.
- Mógłbym pozwolić ci odejść i udawać, że cię tu nie było. Ale możesz być jej teraz potrzebny.
Zrównał się ze mną i poszliśmy razem do wyjścia z dormitorium. To gdzie ona jest? Adrian mówi, że mogę być jej potrzebny. Co się stało? Chyba nie upadła, aż tak nisko?
Nie. Rose jest silna. To musi być coś innego.
- Co się dzieje?- spytałem w końcu.- I skąd o nas wiesz?
- Chyba nie chcesz mi wmówić, że to była taka tajemnica, jaką powinna być.- prychnął.- Gdy pierwszy raz spotkałem was razem, w tym ośrodku, było widać co was łączy.
Bardzo mnie to zaskoczyło. Jednak nie dałem tego, po sobie poznać.
- Po za tym, mała dampirzyca powiedziała nam o wszystkim, kiedy trochę się ogarnęła. Lissę dopadły wyrzuty sumienia, że nic nie zauważyła. Dobił ją fakt, że ja i Mason nie mieliśmy z tym problemu.
Zatrzymałem się nagle i odwróciłem, łapiąc go za ramie. Iwaszkow spojrzał na moją dłoń, którą natychmiast zabrałem.
- Jej chłopak wiedział?!- zdziwiłem się.
- Mason nigdy nie był jej chłopakiem.- odparł obojętnie i ruszył dalej.
Zganiłem się w myślach, że pokazałem mu swoje uczucia. Ale zaskoczyło mnie, że Mason,  mimo wiedzy o naszych uczuciach, zgodził się z nią "być". Jednak to Rose. Każdy chciałby mieć taką kobietę. Mądra, odważna, oddana przyjaciołom. I wybrała właśnie mnie. A ja głupi nie doceniałem swojego szczęścia, mało tego, odpychałem ją od siebie. Jednak miałem czas na przemyślenie tego wszystkiego i jeśli Roza się zgodzi, znalazłem sposób na wspólne życie. Trzymałem się tej nadziei jak koła ratunkowego. Tylko, żeby mi przebaczyła. Tak się zamysłem, że nie zauważyłem, kiedy wyszliśmy na dwór. Właśnie przekroczyliśmy próg dormitorium morojów. odetchnąłem z ulgą, gdy skręciliśmy w skrzydło dla dziewczyn. Podświadomie obawiałem się, że upadła za nisko, przez co miałem ochotę dać sobie w twarz. Zatrzymaliśmy się dopiero przed pokojem księżniczki Dragomir. Adrian zapukał w drzwi i dotarły do nas szepty. Po chwili ze środka wyszła Wasylissa. Przez szparę zdążyłem zobaczyć ukochaną. To trwało sekundę, ale i tak  nasze spojrzenia się spotkały. Widniał w nich ból i smutek, ale także dziwny błysk... Nie wiem czego. Nadziei? Radości? Czy będzie chciała ze mną porozmawiać, wysłuchać mnie?
- CO TY TU ROBISZ?!-wysyczała wściekła morojka.
- Ja...- zaciąłem się.
Jeszcze nigdy nie widziałem jej tak wkurzonej. Zwykle będąca ostoją spokoju, teraz zabijała mnie wzrokiem. Ale należało mi się.  Po chwili odzyskałem rezon. Ona jest jedyną przeszkodą do mojej miłości.
- Chciałem porozmawiać z Rose.- odpowiedziałem pewnie, choć przy imieniu dampirzycy, lekko zadrżał mi głos.
- Mało ją jeszcze skrzywdziłeś?!- krzyknęła.
- Lissa, spokojnie. Jest cisza nocna.- przypomniał księżniczkę Iwaszkow, ale umilkł pod jej morderczym spojrzeniem.
- Wiem, że źle zrobiłem. Bardzo tego żałuję. Dlatego tu jestem. I...- przetarłem dłonią twarz. Nie umiem otwierać się przed kimś innym niż Roza i najbliższa rodzina.- Ja na prawdę muszę się z nią zobaczyć.
Zmusiłem się do zdjęcia maski strażnika i pokazania swojego bólu. Morojka zaczęła mięknąć. W tej chwili zawołała ją moja ukochana.
Tak bardzo tęskniłem za jej głosem. Z pokoju dochodziły ich szepty. Nie słyszałem, co dokładnie mówią, ale wiedziałem, że od tej rozmowy zależy czy tam wejdę. Jeśli nie, to będę tu siedział, póki nie wyjdzie. Muszę z nią porozmawiać. Czułem się, jakbym czekał na wynik egzaminu. Mojego testu na szczęście. Sekundy dłużyły mi się niemiłosiernie. W końcu wyszła do nas Dragomirówna.
- Możesz wejść.- powiedziała zrezygnowana.
Te słowa były dla mnie zbawieniem. Skłoniłem jej głową i wszedłem do pokoju.
Zobaczyłem ją. Siedziała smutna na łóżku. Miała poczochrane włosy i mokre ślady na twarzy po łzach. Coraz bardziej mnie to wszystko niepokoiło. Co się stało? Na dźwięk zamykanych drzwi podniosła na mnie wzrok. W jej zaczerwienionych oczach, pod którymi widziały wielkie wory, odbijał się smutek, załamanie i... rezygnacja? Moja Roza nigdy się nie poddaje. Musiało stać się coś złego. Nie mogłem rozpoznać w niej silnej kobiety, w której się zakochałem. Wyglądała jakby nie spała od tygodnia.
- Roza, co się stało?  Ktoś cię skrzywdził?- wystraszony padłem przed nią na kolana.
Dziwne, że ja to mówię, skoro sam jej zrobiłem krzywdę. Wydawało mi się, że oczy brunetki lekko zabłysły, jednak wyraz jej twarzy nic nie wyrażał. Mimo to wcześniejsze słowa Adriana dały mi nadzieję, że jeszcze nie jest za późno.
- Po co tu przyjechałeś?- warknęła.- Tasza ci się znudziła?
- Nie miała jak mi się znudzić, ponieważ nigdy mnie nie interesowała.- wytłumaczyłem z żalem.- W moim sercu jest miejsce tylko dla ciebie.
- Akurat.- prychnęła z pogardą.- Wiesz, jak się poczułam? Wykorzystana, oszukana i porzucona
- Przepraszam Roza.- kontynuowałem, choć mnie to zabolało, ale wiedziałem, że sobie zasłużyłem.- Wiem, że jestem dupkiem, idiotą i bezwartościowym śmieciem, jeśli myślałem, że byle morojka mogłaby mi ciebie zastąpić. Nie powinienem był stąd wyjeżdżać. A nasze pożegnanie... to miało być całkiem inaczej. Chciałem, żeby Twoje ostatnie wspomnienia ze mną, były wyjątkowe. Ale byłem głupi. Teraz wiem, że to był mój drugi największy błąd w życiu.
-Żałujesz tego, że się ze mną kochałeś?- w jej głosie wyczułem ból.
- Nie!- złapałem ją za dłonie i spojrzałem w oczy, które tak bardzo kochałem.- Nigdy nie będę żałować żadnej chwili z tobą. Boli mnie, że stało się to w takich okolicznościach, czym cię skrzywdziłem. Mogłem postawić sprawę jasno.
- Mówiłeś, że to był drugi błąd. Jaki był pierwszy?- w jej oczach nie było już bólu, a smutek.
Dziękowałem w duchu, że zadała to pytanie i nie wyrwała swoich rąk. Zauważyłem, że nieświadomie pocieram swoimi palcami jej knykcie. Nie przestawałem, widząc, jaką przyjemność sprawia to mojej ukochanej. Czułem jak powoli się rozluźnia, jednak wiedziałem, że wciąż coś ją męczy.
- Zostawienie cię. Zrozumienie tego zajęło mi tydzień. O tydzień za dużo.- odwróciłem wzrok patrząc w nieistniejący punkt na drewnianej podłodze, ale po chwili wróciłem do oczu brunetki.- Kocham Cię Roza, ale jeśli niczego już do mnie nie czujesz, nie będę się narzucać.
Patrzyłem na nią z niepokojem i nadzieją. Jeśli jestem dampirzycy obojętny, nie mam czego szukać w jej sercu. Nagle dziewczyna rzuciła mi się w ramiona, płacząc. Zaskoczyła mnie i mało nie upadliśmy na podłogę. Zamknąłem ją w silnym uścisku.
- Kocham Cię. Kocham i nigdy nie przestanę.- szlochała w mój prochowiec.
Odetchnąłem z ulgą. Bałem się, że przez swoja głupotę ją stracę. Kamień spadł mi z serca. Jeszcze nigdy nie czułem tak wielkiej radości. Wstałem i usiadłem na łóżku, wciąż nie wypuszczając swojego szczęścia. To ona się odsunęła.
- Ale co z twoją służbą?- zmartwiła się.
- Porzuciłem ją. Wszystko dokładnie przemyślałem.- byłem podekscytowany i wstąpiła we mnie nowa energia.- Będę cię dalej uczył przez te ostatnie miesiące do egzaminu, a później podejmę służbę na dworze. Ty też tam będziesz, jako że Wasylissa jest ulubienicą królowej. Będziemy mieli więcej czasu dla siebie...- przerwała mi, kręcąc głową.
- Chcę, abyś został strażnikiem Lissy.
Zdziwiły mnie jej słowa. Kiedyś jeszcze rzuciłaby mi się bez opamiętania w ramiona, gdybym zgodził się z nią być. A teraz? Nic nie rozumiem...
- Nie chcesz ze mną być?
- Nie chce, żebyś marnować ze mną życie.- powiedziała gorzko.
- Ale kochanie,- zdziwiło ją, jak się do niej zwróciłem.- moje życie jest bezsensu, gdy ciebie nie ma. Wypełniasz całą moją głowę. Nie umiem się na niczym skupić. Pragnę zostać z tobą do śmierci.  Spełnisz swoje życzenie. , a ja zawsze będę obok.
- Dymitr, ja nie podejdę do egzaminu.-byłem w szoku.- Można powiedzieć, że dostaniesz Lissę w spadku.- uśmiechnęła się krzywo.
- Co ty pieprzysz?!- nie panowałem nad sobą, a ona aż podskoczyła.- W jakim spadku?! Roza, ty chyba nie chcesz się zabić?!
- Aż tak zdesperowana nie jestem.- wymusiła uśmiech, ale mi do śmiechu nie było.
- Roza nie baw się ze mną w kotka i myszkę. Powiedz co się dzieje. Martwię się o ciebie.
Westchnęła ciężko i zaczęła mówić
- W tamtym tygodniu byłam w szpitalu. Wywróciłam się, a Lissa narobiła hałasu i zabrali mnie na badania, czy nie mam wstrząśnienia mózgu. Wszystko z moją głową było nw porządku.- ułożyło mi, jednak nie na długo.- Ale nie za mną. Lekarzy zaniepokoiły wyniki badania krwi i wysłali mnie na dodatkowe badania. W sumie już wcześniej dziwnie się czułam, wciąż miałam zawroty głowy i takie tam.- mówiła beznamiętnie.
- Nic ci się nie stało?- oglądałem ją dookoła uważnie.- I masz te wyniki?
- Tak.- z oczu brunetki popłynęły łzy, więc przycisnąłem ją bardziej do swojego torsu.- Mam raka szpiku kości, inaczej zwanego Białaczką, w stopniu zaawansowanym. Dali mi pół roku życia.- odwróciła wzrok.
- Nie! To nie możliwe! Roza nie możesz mnie zostawić.- przytuliłem ją mocno, płacząc w jej ramię.- Nie teraz Roza.
Usłyszałem jej szloch, kiedy oddała uścisk. Już sam nie pamiętam kiedy ostatni raz płakałem. Chyba kiedy żegnałem się z rodziną. Chciałbym, aby poznały moją ukochaną. Byłem zrozpaczony.
- Nie pozwolę ci odejść. I już nigdy cię nie zostawię. Będę przy tobie na zawsze.
- Dymitr, nie powinieneś...- zaczęła przez szloch.
- Nie powinienem cię nigdy opuszczać i to dotrzymam.- obiecałem.
- Ale moroje...- znowu jej przerwałem.
- Nie obchodzą mnie. Ty jesteś najważniejsza.
Spojrzała mi głęboko w oczy, uśmiechając się przez łzy. Patrzyła na mnie z miłością i zanim się zorientowałem, co chce zrobić, wpiła się w moje usta mocno i namiętnie. Chciała przekazać mi tyko miłość, jednak czułem też strach i smutek. Bez wahania oddałem pocałunek, przekazując jej swoje uczucia, wiarę i siłę. Nie chcę jej opuszczać, aż do śmierci. To był moment, w którym postanowiłem, że jej się oświadczę. Nie wiem jak długo się całowaliśmy, ale oboje nas to uspokoiło.Gdy w końcu zabrakło nam powietrza, położyliśmy się na łóżku księżniczki, a moja ukochana wtuliła się we mnie. Zdziwiłem się, gdy podsunęła do góry moją koszulkę, jednak zaufałem jej i sam zdjąłem górną część garderoby. Ukochaną wtuliła się w mój nagi tors, a ja objąłem ją ciasno ramieniem i przykryłem nas kocem.
- Naprawdę nic się nie da zrobić.- głos mi się łamał, gdy szukałem najmniejszej nadziei.
- Chyba powinnam być dumna, że jednym zdaniem doprowadziłam nie wzruszonego strażnika Bielikowa do łez.- nie mogę uwierzyć, że mimo wszystko stać ją na żarty. Może to taki jej sposób na radzenie sobie z tą sytuacją?- Jest możliwość. Przeszczep. Ale mam bardzo rzadką grupę krwi i będzie trudno znaleźć dawcę. Matka chce odnowić kontakty z moim ojcem, ale nie wiem czy on pomoże. W końcu jest morojem. Co? Nagle zacznie go obchodzić umierająca córka?
- Jutro, z samego rana pojadę się zbadać. Nie dam ci sobie odebrać.
- Mogę jechać z tobą?- spytała z nadzieją.
- Wolę żebyś została tu i odpoczywała. Teraz jest ci to potrzebne.
- Nie jestem w ciąży.-oburzyła się.- I nie chcę zostawać tu sama. Lissa musi wracać do zajęć, a ja nie zamierzam na razie pokazywać się ludziom. Nigdy nie byliśmy razem we dwójkę.- patrzyła na mnie błagalnie, a ja wpadłem na pomysł.
- Zgoda, ale pod warunkiem, że później pójdziesz ze mną na randkę.-uśmiechnąłem się z nadzieją.
- No no. Tego się nie spodziewałam. Muszę zobaczyć w grafiku, ale powinnam mieć jutro czas.
- No ja myślę.- zaśmialiśmy się razem. Jak ja uwielbiam jej słodki śmiech.- A teraz śpij Kochanie.
- A zostaniesz ze mną?- spytała z nadzieją.
- Tak. Już nigdy nie opuszczę cię na krok.- cmoknąłem ją w czubek głowy.- Dobranoc Roza.
- Dobranoc Towarzyszu.- ułożyła się wygodnie na mnie.
Jak ja dawno nie słyszałem tego przezwiska. Tęskniłem za tym jak mnie nazywała, za jej pocałunkami, pięknymi oczami, za... za nią całą. Jest moim życiem i nigdy nikt jej nie zastąpi.  Leżałem, czekając aż jej oddech się uspokoi, co będzie znaczyło, że zasnęła. Wyglądała tak krucho i bezbronne w moich ramionach. Gdy miałem pewność, że pogrążyła się w śnie, wyplątałem się z jej objęć i ubrałem koszulkę. Nie czułem się tutaj swobodnie, nawet z ukochaną. Nie chcę też, żeby męczyli ją pytaniami i pielgrzymkami, co pewnie by było w jej pokoju. Postanowiłem zabrać ją do siebie. Dostałem z powrotem mój stary pokój. Zostawiłem księżniczce kartkę i podniosłem Rose. Była tak lekka, jak zapamiętałem. Ostrożnie wyszedłem z nią na korytarz i ruszyłem do wcześniej obranego celu. Na szczęście jest noc i udało mi się na nikogo nie wpaść. O dziwo mój pokój wcale się nie zmienił. Położyłem śpiącą brunetkę na łóżku. Jest jedyną osobą, oprócz mnie, która może na nim być. Dostała ten przywilej na początku zimy, gdy prawie się ze mną przespała. Bez skrępowania przegrałem ukochaną w swoją koszulkę. Uznałem, że tak będzie jej wygodniej. Zostawiłem na niej tylko bieliznę, a sam zostałem w bokserkach. Tak. Przy niej czuję się swobodnie. Zakluczyłem drzwi, aby nikt bez ostrzeżenia nie wszedł i nie zobaczył nas w tej jakże jednoznacznej sytuacji. Położyłem się obok mojej miłości, przytulając ją do siebie. Dampirzyca od razu się we mnie wtuliła. Cmoknąłem Rozę w czubek głowy, głaszcze ją po plecach i opadających na nie włosy. Były takie miękkie i gładkie. Końcówki trochę zniszczone, świadczą o tym, że dawno nie była u fryzjera, ale nie przejmuję się tym. Nawet to mnie cieszy. Jej włosy są tak ie piękne i cudowne. Chciałbym móc codziennie ich dotykać, czuć ich zapach, zasypiać z wtuloną w nie twarzą. Jeszcze nigdy nie zasypiałem tak szybko i łatwo, jak przy niej.

Na następny dzień, tak jak chciałem, oświadczyłem jej się. Zgodziła się, choć jej ojciec nie był do końca zadowolony. Jednak ona go przekonała, że będzie ze mną szczęśliwa i ślub mieliśmy miesiąc później. Cała moja rodzina ją pokochała od razu. Badania były poprawne i poddaliśmy się operacji. Jednak mój szpik się nie przyjął i wszystko zostało bez zmian. Zamieszkaliśmy w małym domku w Bai. Oczywiście był to pomysł mojej ukochanej. Całe pół roku żyliśmy tak normalnie. Ja dl niej i ona dla mnie. Każdy dzień był wypełniony naszą miłością. Napawaliśmy się naszym towarzystwem, bo byliśmy świadomi, że nie zostało nam za dużo czasu. Ona nie wiedziała, ale co noc patrzyłem na nią i płakałem. Płakałem ze smutku i złości na ten okropny los, który chciał nas na tak długo rozdzielić. Jednak spełniło się najsekretniejsze życzenie mojej żony. Umarła w walce ze strzygami. Było ich za dużo, ona była już słaba, a pomoc przyszła za późno. Po naszej stronie była jedną ofiara. Dla mnie za duża. Roza oddała życie w obronie Lissy, kiedy przyjechała odwiedzić nas z Christianem. Lekarze powiedzieli, że i tak zostało jej góra tydzień życia i niepotrzebnie by się męczył, ale dla mnie to był tydzień, o który więcej moje życie miałoby sens.

Tydzień.

Tyle mi wystarczyło, bym zrozumiał swój największy błąd w życiu. Teraz płacę za swoja głupotę. Może wcześniej bym wszystko zauważył, zmusił ja do badań, można by zacząć leczenie, a ona by nadal żyła. Może bylibyśmy na zawsze szczęśliwi, a ja nie byłbym wdowcem. Może... Od dwunastu lat żyję rutyną. Praca, jedzenie, cmentarz, sen. Tak wygląda mój dzień. Jestem u niej codziennie i codziennie przynoszę na jej grób różę podlewaną moimi łzami. Łzami tęsknoty. Tęsknię i czekam na dzień, gdy będę mógł do niej dołączyć. Na każdej akcji, w każdej walce daje z siebie wszystko, ale i tak pragnę, by znalazł się ktoś, kto mnie pokona. Ale na razie nikt tego nie dokonał. Ktoś inny byłby z tego dumny, ale nie ja. Zazdroszczę tym co polegli. Pragnę śmierci, bo będzie ona oznaczać moje szczęście. Tak od dwunastu lat żyje świadomością, że ona chce bym żył i dbał o Lissę. Robię to dla niej. Dla mojej Rozy.

sobota, 7 stycznia 2017

ROZDZIAŁ 361

Od razu po śniadaniu ubraliśmy się ciepło i wyszliśmy na dwór. Widok jaki tam zastałam był zachwycający. Sześć białych koni z jasnymi grzywami i ogonami było zaprzężonych do wielkich pięknych, niebieskich san, ozdobionych w śnieżynki, białe bombki i watę. Na przodzie siedział woźnica w stroju Dziadka Mróz, jak zdążyłam się dowiedzieć. Wśród pasażerów dostrzegłam kilka znajomych twarzy z ogniska. W oczy rzucili mi się machający Mark, Oksana, Ola i Witek. Z tyłu przyczepione były sanki z dziećmi.
- WOW!- zachwycałam się, gdy reszta pobiegła do pojazdu.
- Chodź.- popchnął mnie Dymitr.- Przysiądziemy się do nich, a Lili niech pójdzie z Pawką na sanki.
Dziewczynka chętnie przytaknęła i pobiegła za chłopcem, a my ruszyliśmy do wozu. Rosjanin pomógł mi wsiąść do środka, po czym sam wszedł. Usiedliśmy obok siebie na siedzeniach w czerwonych obciach, mocno przytuleni. Po chwili woźnica popędził konie i sanie zaczęły gładko sunąc po śniegu. Oczarowana oglądałam śnieżny świat w pełnym słońcu.
- WOW! Ostatni raz byłam na kuligu tak dawno, że nawet nie pamiętam.- westchnęłam.
- Byłaś już kiedyś na kuligu?- zasmucił się.
- Tak.- uśmiechnęłam się do niego.- A co? Chciałeś mnie zaskoczyć czymś nowym? Myślę, że jeszcze będziesz mieć okazję.
Słyszałam z tyłu głosy Oleny, Oksany, Marka i Iwana.
- Kupę lat, przyjacielu.- zawołał noszący pocałunek cienia.
- No trochę ich nam przybyło.- zaśmiał się nasz gość.- W ogóle to wiem, że ty mnie wrobiłeś.- zaśmiali się.
- Co tam u was?- spytała Ola, wtulona w chłopaka.
- A dobrze.- odpowiedziałam.
- A co te słodkie maleństwa urosły.- dampirzyca pochyliła się nad naszymi dziećmi?- Pamiętacie ciocię Olę?
Nastka od razu się roześmiała klaszcząc w rączki i wyciągając je do naszej przyjaciółki. Felix patrzył niepewnie, ale po chwili również się uśmiechnął. Podałam czarnowłosej synka, który zaczął bawić się suwakiem od jej kurtki. Góra, dół, góra, dół góra. Wincenty także pochylił się nad chłopcem, łaskocząc go.
- Ładnie wyglądacie z dzieckiem.- chlapnęłam bez zastanowienia.
Para delikatnie uśmiechnęła się do mnie.
- Próbuję ją namówić od dwóch miesięcy, ale ona nie chce.- poskarżył się moroj.
Nastka pociągnęła mnie za rączkę, a gdy na nią spojrzała, pokazywała mi guzik od płaszcza taty.
- To jest guziczek. One trzymają ubrania, żeby nie odkryły kawałeczków ciała i żeby tatuś nie zmarł.- wytłumaczyłam szeroko uśmiechającej się dziewczynce.
Mała radości machała rączkami, podskakując na kolanach strażnika. Wierciła się potwornie.
- Księżniczko, teraz nie możesz chodzić, bo wypadniesz z sań, a tatuś nie będzie Cię szukał w zaspie śniegu.- podniósł ją do góry i opuścił znowu na kolanka.
Mała chciała wstać, ale zauważyła, że teren jest nie stabilny i rozstała na czworakach. Przeszła na moje kolana i stanęła, podpierając się brzegu powozu. Złapałam ją w talii, żeby przypadkiem nie wypadła i razem oglądałyśmy zimowy krajobraz. Wjechaliśmy do lasu, po dość dużej ścieżce, pewnie już dawno wydeptanej przez ludzi i koła samochodów. Zimny wiatr smagał nam twarze, przez co dzieci miały lekko zaróżowione policzki. Okryłam szczelniej córeczkę szalikiem i czapką, ale za wiele to chyba nie pomogło. Na szczęście po chwili się zatrzymaliśmy przed jakimś drewnianym budynku w lesie.
- Co tu robimy?- spytałam zdezorientowana, gdy wszyscy zaczęli wychodzić z sań.
- To dom pewnej staruszki.- wytłumaczył mój mąż, pomagając mi wysiąść- Jest bardzo ciepłą i gościnną osobą. Tutaj zawsze jest przystanek na ciepłą czekoladę którą robi z córkami i wnuczkami. Taka tradycja jest od pokoleń. Jej mama dawała czekoladę jak babcia była młoda.
Razem w szóstkę ruszyliśmy do środka. Zajęliśmy stolik w rogu i chłopcy poszli po czekoladę dla nas i dzieci. Po chwili do siadły się do nas siostry Bielikowa z Dziećmi.
- A gdzie Olena i wasi mężczyźni?- zdziwiłam się.
- Olena jest zajęta sama wiesz kim, a panowie właśnie tu idzie.
W tym momencie do stolika podeszła czwórka naszych partnerów, każdy z dwoma kubkami, oprócz Dymitra, który miał tackę z pięcioma kubkami, dla mnie, Soni, Lili oraz Pawki i cztery butelki dla dzieci. We wszystkim była czekolada. Wzięłam sobie na kolana Anastazję, a mój ukochany Felixa.
Chciałam na nadgarstku sprawdzić temperaturę napoju, ale powstrzymał mnie ukochany.
- Jest w sam raz. Sam sprawdzałem.- uśmiechnął się do mnie.
- Jesteś kochany.- odwdzięczyłam się tym samym.
Przyłożyłam butelkę do małych usteczek córeczki. Zaczęła pić zachłannie, patrząc na mnie wielkimi oczami. Jak ja je kocham.
- Dobra czekolada? No na pewno.- uśmiechnęłam się do naszej małej słodkości.
Gdy już jej wystarczyło, odetchnęła butelkę ze skwaszoną miną.
- Dobrze, już dobrze. Dokończysz później.- wytarłam jej buźkę, bo lekko się pobrudziła.- No, chyba że zrobią się z tego lody. Tak, kochanie?
Uśmiechnęła się do mnie szeroko. Jej nigdy nie brakuje radości. Jest tak pozytywna, ze swoim śmiechem, zaraża każdego dookoła. Oba nigdy nie powinna zabijać i udawać obojętnej na uczucia strażniczki. Ale co poradzić. Nagle zaczął dzwonić telefon strażnika.
- Halo?- odebrał.
Nie miał przy sobie telefonu służbowego, a jedynie prywatny. Ma urlop i nikt nie może zawracać mu głowy, a jakby coś się działo takiego jak atak strzyg, to zobaczę to przez więź.
- Dymitr.- siedziałam blisko i Mason mówił na tyle głośno, że mogłam go usłyszeć.- Czy możesz mi dać do telefonu stoją uroczą żonę, bo mam ochotę ją zamordować, a jedynie mogę na nią na krzyczeć?
- A co takiego ci ona zrobiła?- Bielikow ledwo powstrzymywał śmiech.
- Po prostu mi ją daj.
- Hej, Mass.- zaczęłam, gdy dostałam urządzenie do ręki.- Co u ciebie?
- Rosemarie Hathaway-Bielikow! To niedopuszczalne i upokarzające!
- Ale o co chodzi?- doskonale wiedziałam, ale najnormalniej w świecie grałam głupią.
- O co chodzi?! Wracam sobie z żoną i córką do domu po śniadaniu z królową z prezentami i jednym nie rozpakowanym, bo mam to dopiero zrobić w domu. No więc w mieszkaniu to otwieram i co widzę? Wypchaną gumkami kosmetyczkę!
- Troszczę się o Twoje zdrowie psychiczne. Wiesz jak trudno wytrzymać ze zmiennymi humorami kobiety ciężarnej?
- Wiem! I teraz też wiem, co to znaczy jak siostra wycina ci taki numer, a twoja żona turla się ze śmiechu po podłodze.
- O to pozdrów ode mnie Mię i Alice.- i szybko się rozłączyłam.
Westchnęłam głęboko i wybuchłam śmiechem. Wszyscy przy stoliku dziwnie się na mnie patrzyli, ale gdy o powiedziałam im, co zrobiłam, dołączyli do mnie. Gdy skończyliśmy pić, wróciliśmy do sań na dalszą podróż.