wtorek, 10 stycznia 2017

ROZDZIAŁ 362

Kulig skończył się przed obiadem. Pożegnaliśmy wszystkich znajomych i wróciliśmy do domu. Iwan nie odstępował Oleny na krok, wciąż ją adorując i opowiadając jakieś historie, na które oboje parskają śmiechem. Po obiedzie, zrobiliśmy sobie chwilę odpoczynku i wszyscy usiedliśmy w salonie, a na dywanie bawiły się dzieci. Nagle Felix i Nastka zainteresowali się lalkami Barbie Zoji. Brały je do buzi, lub uderzały nimi o podłogę, a ich kuzynka zaczęła płakać. Szybko podeszłam i zabrałam córeczce lalkę, mówiąc, że nie można, że to fee. W tym samym czasie, mój ukochany wziął na kolana siostrzenicę i zaczął ją uspokajać. Jednak, gdy zabrałam bliźniakom zabawki, też zaczęły płakać. I nie chciały żadnej innej zabawki. W końcu zaczęliśmy z mężem je łaskotać, a ich płacz zmienił się w śmiech. Gdy się uspokoiły, dołączyliśmy z nimi do zabawy. W pewnym momencie wzięłam jedną z lalek i zaczęłam nią poruszać jakby chodziła. Maluchy patrzyły na nią jak zaczarowane. Następnie wzięłam szczotkę i czesałam sztuczne włosy. Prz okazji ciągle mówiłam co robię, że tak powinno się bawić i porównując to do ich życia codziennego. Po chwili oddałam lalkę Nastce i ona zaczęła ją czesać.
- Brawo! Właśnie tak.- zaklaskałam radości.
Mała też się roześmiała, dumna ze swojego postępu. Felix wziął mały samolocik i zaczął się nim bawić. Nagle Dymitr się zerwał, złapał chłopca i zaczął nim robić samolocik. Wszyscy się śmiali, a najbardziej nasz synek. Po tej chwili odpoczynku, znowu ubraliśmy się ciepło i wyszliśmy z dziećmi na dwór. Od razu przystąpiliśmy do lepienia bałwana. Najpierw toczyliśmy wielkie kule, ale jakiekolwiek by nie były, Zoja chciała większe i większe. W końcu była zadowolona, a ja się zastanawiałam, jak postawić na tym brzuchu tułów. Oczywiście pomogli nam mężczyźni. Nie dlatego, że są silniejsi, bo za wiele od nich nie odstaję, ale z powodu większego wzrostu. Gdy dwie kulki były już na swoim miejscu, Kola i Konrad poszli szukać ozdób dla bałwana, Pawka, Łuka i mój mąż toczyli mu głowę, a ja z dziewczynami kształciłyśmy to co miałyśmy, plus nogi i ręce. Nagle poczułam lekkie uderzenie w plecy. Odwróciłam się, szukając sprawcy. Niby było jak wcześniej, ale Dymitra zdradził jego delikatny uśmiech i chłopcy, zasłaniający buzie rączkami, żeby się nie śmiać. Wzięłam trochę śniegu, ulepiłam śnieżkę i odpłaciłam się ukochanemu. Szybko schowałam się za bałwana, patrząc jak strażnik zdezorientowany rozgląda się dookoła. Jednak gdy nasze spojrzenia się spotkały, byłam skończona. Złapał garść białego puchu i zbił ciasno, po czym rzucił. W ostatnim momencie się uchyliłam, a Sonia, koło której przeleciał pocisk krzyknęła i dołączyła do mnie. Reszta poszła w jej ślady. My chowałyśmy się za bałwanem, a chłopcy za małą kulką.
- Zoja!- zawołała Karolina.- Pomóż mi robić ze śniegu barykadę, ale się nie wychylaj.
Tak też zrobiła i obie zabrały się za budowanie osłon. Nasi przeciwnicy nie byli gorsi. Gdy wróciła pozostała dwójką, ze swoimi łupami, dołączyli do Rosjan. Ale wciąż miałyśmy przewagę liczebną 5: 6. Gorzej, ze zawołali Iwana. Zaczęła się prawdziwa wojna. Nagle z tyłu zauważyłam deski do spalenia i zawołałam Zoję.
- O cio chodzi, cjocju?- spytała słodko.
- Mam dla ciebie arcy ważne zadanie. Musisz iść jak najbliżej ziemi, do tamtej kupki, w linii prostej. Następnie znajdź dla każdej z nas taki kawałek, który mógłby być tarczą. I nie mogą cię trafić.- zaznaczyłam.- Jasne?
- Tiak.- odpowiedziała, jakby od jej zadania zależało bezpieczeństwo całego świata.
Wiki zaczęłam nam robić amunicję na zapas, więc nie traciłyśmy na to czasu i po chwili zasypałyśmy przeciwników ścieżkami. Po kilku minutach wróciła Zoja z drewnem. Reszcie dziewczyn wytłumaczył pomysł, żeby przystąpić do bezpośredniego ataku. Nagle Sonia wyciągnęła chustę trójkątną, a my spojrzałyśmy na nią jak na wariatkę.
- No co? Pracuję w aptece, więc takie wyposażenie to podstawa.- usprawiedliwiła się.
Już bez komentarzy przystąpiliśmy do działania. Mama blondynka wymyśliła, żeby porobić śnieżki i włożyć do chusty. Będziemy miały czym strzelać podczas ataku. Tak więc ona i Karolina rzucały kulkami w chłopców, a my napełniłyśmy materiał amunicją. Potem to atakujące chwyciły tkaninę i wszystkie poprawiłyśmy osłony. Niespodziewanie wyskoczyłyśmy zza barykady, krzycząc, rzucając ścieżkami i chowając się za drewnem.
- To nie sprawiedliwe!- sprzeciwiali się mężczyźni, gdy do nich dobiegłyśmy.
Rak ich atakowałyśmy, że skulili się tyłem do nas, zakrywając rękoma głowę i kark. Zaprzestałyśmy walki, ale oni wciąż byli skuleni. Gdy zaczęli powoli się prostować, wskoczyłam na męża, a dziewczyny poszły w moje ślady. Od razu się przewrócił i mogłam usiąść na nim z triumfalnym uśmiechem.
- Mam cię! I co teraz?- spytałam.
- Terlaź skończimi liepić balwana. Chodź ciocia.- Zoja pociągnęła nas do bialych kul, lekko zniszczonych naszą walką.- O nie!
- Nie martw się kochanie.- mama wzięła ją na rączki.- Da się go jeszcze jakiś uratować. Zobaczysz. Będzie jeszcze najpiękniejszy w całej wiosce. Po ciężkiej pracy bałwan stał w pełnej okazałości, a my poszliśmy ja kolację. Po posiłku wszyscy poszłaś nad miejscowy staw na łyżwy.
- Jak ja dawno nie jeździłam.- byłam bardzo podekscytowana.
- Cieszę się, że ci się podoba.-zachwycała się Olena.
- Zaraz mi kochanie pokażesz, co umiesz na tych dwóch szynach, a czego jeszcze mogę cię nauczyć.- szepnął mój ukochany, pchając wózek z maluchami.
- Żebyś się nie zdziwił, bo w jeździe na łyżwach jestem niezastąpiona. Umiałbyś powiedzieć w czym jeszcze?- poruszyłam brwiami.
- Dla mnie jesteś nie zastąpiona w całości.- objął mnie w pasie ramieniem, całując w skroń. ___________________________________________________________
Ogłoszenie Parafialne:
Rozdziały będą co dwa dni, może z wyjątkami, kiedy mam wenę, a z tą ostatnio krucho. I tak będą często, w porównaniu z innymi blogami i moje są dość długie. Zajmuje mi to dłużej czasu, bo chcę dać wam jak najlepszy rozdział. Mam nadzieję, że mnie zrozumiecie.

niedziela, 8 stycznia 2017

PÓŁ ROKU


Hej, wiem, że ostatnio rozdziały są różnie, ale mam dla was niespodziankę. Nie wiem czy w to wierzycie (bo ja nie), ale równo rok temu, 8.01.2016 o godzinie 22:31:00 na tym blogu pojawił się Prolog. Tak kochani. Jesteśmy razem cały okrągły rok. Dziękuję tym, którzy wciąż ze mną trwają i czytają, a jeszcze bardziej za tak wiele motywujących komentarzy. W ten jeden rok wspólnymi siłami daliście mi 100 tyś wyświetleń, 9 obserwatorów i 1645 komentarzy, za 361 rozdziałów. To chyba najlepszy prezent dla tego bloga. Dziękuję wam i dedykuję ten bonus wszystkim, którzy mnie czytają, a przede wszystkim Mańce, Oli i Sylwii. Mam nadzieję, że się spodoba. KOCHAM WAS💖💖💖💖
___________________________________________________________

Tydzień.

Tyle mi wystarczyło, bym zrozumiał swój największy błąd w życiu. Jednak było za późno, nic nie mogłem zrobić. Ale teraz jest inaczej.

Idę pustym korytarzem, oświetlonym jedynie promieniami słońca, wpadającymi przez okna. Dla morojów jest noc, więc uczniowie powinni słodko spać w pokojach.
Ona też.
Zatrzymałem się przed pokojem mojej miłości. Już miałem zapukać lecz dłoń zatrzymała mi się tuż przed drzwiami. W głowie zaczęły pojawiać się czarne myśli. Co jeśli to przeszłość? Nie widzieliśmy się trzy miesiące. Może ona kogoś ma? Może już mnie nie kocha? Nasze pożegnanie też nie należało do najprzyjemniejszych. Wciąż mi wstyd za to, jak ją potraktowałem. Chciałem, żeby poczuła się wyjątkowo, a sprawiłem, że mnie znienawidziła. Co jeśli nie chce mnie widzieć? Pewnie jest szczęśliwa, a ja nagle się pojawiam i wchodzę w jej życie z butami. To nie ma sensu.
- Nie ma jej tam.- podskoczyłem zaskoczony.
Nie spodziewałem się kogoś teraz spotkać. Jednak szybko się uspokoiłem i przybrałem maskę strażnika. Niedaleko o ścianę opierał się Lord Iwaszkow. Patrzył przed siebie, tak jakby nic do mnie nie powiedział. Za bardzo się nie zmienił. Czarne włosy wciąż układał w tak zwany artystyczny nieład. Na sobie miał ciemno zieloną bluzkę i granatowe jeansy. Różne plotki o nim chodzą, ale ja nie wiem w co wierzyć. Z ust wypuścił dym i dopiero teraz zauważyłem niedopałek w jego dłoni. Już miałem się się odezwać, ale moroj mnie uprzedził.
- Wiesz Bielikow, ty to masz tupet.- zaciągnął się.- Najpierw rozkochujesz w sobie Rose, później ciotkę Ozery, a biedną dampirzycę traktujesz jak dziwkę i wyjeżdżasz.- rzucił pet na podłogę i zdeptał, odwracając się przodem do mnie. - A teraz nagle pojawiasz się i co? Myślisz, że wpadnie ci w ramiona? Po tych wszystkich bezsennych i przepłakanych przez ciebie nocach.
Już sam jego widok zagotował mi krew w żyłach. Po co w ogóle się wtrąca w nie swoje sprawy? Jednak miał miał rację. Czego ja tu szukam? Bolało mnie to co on mówił. Przeze mnie płakała. A ona rzadko kiedy płacze. Nic tu po mnie. Minąłem Iwaszkowa bez słowa.
- Kocham ją.- na jego wyznanie zacisnąłem tylko pięści, nie zwalniając kroku.- Ale wiem, że nigdy nie będzie moja. Ona wciąż cię kocha.
Na jego ostatnie zdanie zatrzymałem się. Czyżby to było możliwe? Westchnąłem ciężko.
- Nigdy nie chciałem jej skrzywdzić.- odezwałem się pierwszy raz, odkąd tu przyszedł.- Chcąc ją od tego uchronić, sprawiłem jej większy ból.
- Mógłbym pozwolić ci odejść i udawać, że cię tu nie było. Ale możesz być jej teraz potrzebny.
Zrównał się ze mną i poszliśmy razem do wyjścia z dormitorium. To gdzie ona jest? Adrian mówi, że mogę być jej potrzebny. Co się stało? Chyba nie upadła, aż tak nisko?
Nie. Rose jest silna. To musi być coś innego.
- Co się dzieje?- spytałem w końcu.- I skąd o nas wiesz?
- Chyba nie chcesz mi wmówić, że to była taka tajemnica, jaką powinna być.- prychnął.- Gdy pierwszy raz spotkałem was razem, w tym ośrodku, było widać co was łączy.
Bardzo mnie to zaskoczyło. Jednak nie dałem tego, po sobie poznać.
- Po za tym, mała dampirzyca powiedziała nam o wszystkim, kiedy trochę się ogarnęła. Lissę dopadły wyrzuty sumienia, że nic nie zauważyła. Dobił ją fakt, że ja i Mason nie mieliśmy z tym problemu.
Zatrzymałem się nagle i odwróciłem, łapiąc go za ramie. Iwaszkow spojrzał na moją dłoń, którą natychmiast zabrałem.
- Jej chłopak wiedział?!- zdziwiłem się.
- Mason nigdy nie był jej chłopakiem.- odparł obojętnie i ruszył dalej.
Zganiłem się w myślach, że pokazałem mu swoje uczucia. Ale zaskoczyło mnie, że Mason,  mimo wiedzy o naszych uczuciach, zgodził się z nią "być". Jednak to Rose. Każdy chciałby mieć taką kobietę. Mądra, odważna, oddana przyjaciołom. I wybrała właśnie mnie. A ja głupi nie doceniałem swojego szczęścia, mało tego, odpychałem ją od siebie. Jednak miałem czas na przemyślenie tego wszystkiego i jeśli Roza się zgodzi, znalazłem sposób na wspólne życie. Trzymałem się tej nadziei jak koła ratunkowego. Tylko, żeby mi przebaczyła. Tak się zamysłem, że nie zauważyłem, kiedy wyszliśmy na dwór. Właśnie przekroczyliśmy próg dormitorium morojów. odetchnąłem z ulgą, gdy skręciliśmy w skrzydło dla dziewczyn. Podświadomie obawiałem się, że upadła za nisko, przez co miałem ochotę dać sobie w twarz. Zatrzymaliśmy się dopiero przed pokojem księżniczki Dragomir. Adrian zapukał w drzwi i dotarły do nas szepty. Po chwili ze środka wyszła Wasylissa. Przez szparę zdążyłem zobaczyć ukochaną. To trwało sekundę, ale i tak  nasze spojrzenia się spotkały. Widniał w nich ból i smutek, ale także dziwny błysk... Nie wiem czego. Nadziei? Radości? Czy będzie chciała ze mną porozmawiać, wysłuchać mnie?
- CO TY TU ROBISZ?!-wysyczała wściekła morojka.
- Ja...- zaciąłem się.
Jeszcze nigdy nie widziałem jej tak wkurzonej. Zwykle będąca ostoją spokoju, teraz zabijała mnie wzrokiem. Ale należało mi się.  Po chwili odzyskałem rezon. Ona jest jedyną przeszkodą do mojej miłości.
- Chciałem porozmawiać z Rose.- odpowiedziałem pewnie, choć przy imieniu dampirzycy, lekko zadrżał mi głos.
- Mało ją jeszcze skrzywdziłeś?!- krzyknęła.
- Lissa, spokojnie. Jest cisza nocna.- przypomniał księżniczkę Iwaszkow, ale umilkł pod jej morderczym spojrzeniem.
- Wiem, że źle zrobiłem. Bardzo tego żałuję. Dlatego tu jestem. I...- przetarłem dłonią twarz. Nie umiem otwierać się przed kimś innym niż Roza i najbliższa rodzina.- Ja na prawdę muszę się z nią zobaczyć.
Zmusiłem się do zdjęcia maski strażnika i pokazania swojego bólu. Morojka zaczęła mięknąć. W tej chwili zawołała ją moja ukochana.
Tak bardzo tęskniłem za jej głosem. Z pokoju dochodziły ich szepty. Nie słyszałem, co dokładnie mówią, ale wiedziałem, że od tej rozmowy zależy czy tam wejdę. Jeśli nie, to będę tu siedział, póki nie wyjdzie. Muszę z nią porozmawiać. Czułem się, jakbym czekał na wynik egzaminu. Mojego testu na szczęście. Sekundy dłużyły mi się niemiłosiernie. W końcu wyszła do nas Dragomirówna.
- Możesz wejść.- powiedziała zrezygnowana.
Te słowa były dla mnie zbawieniem. Skłoniłem jej głową i wszedłem do pokoju.
Zobaczyłem ją. Siedziała smutna na łóżku. Miała poczochrane włosy i mokre ślady na twarzy po łzach. Coraz bardziej mnie to wszystko niepokoiło. Co się stało? Na dźwięk zamykanych drzwi podniosła na mnie wzrok. W jej zaczerwienionych oczach, pod którymi widziały wielkie wory, odbijał się smutek, załamanie i... rezygnacja? Moja Roza nigdy się nie poddaje. Musiało stać się coś złego. Nie mogłem rozpoznać w niej silnej kobiety, w której się zakochałem. Wyglądała jakby nie spała od tygodnia.
- Roza, co się stało?  Ktoś cię skrzywdził?- wystraszony padłem przed nią na kolana.
Dziwne, że ja to mówię, skoro sam jej zrobiłem krzywdę. Wydawało mi się, że oczy brunetki lekko zabłysły, jednak wyraz jej twarzy nic nie wyrażał. Mimo to wcześniejsze słowa Adriana dały mi nadzieję, że jeszcze nie jest za późno.
- Po co tu przyjechałeś?- warknęła.- Tasza ci się znudziła?
- Nie miała jak mi się znudzić, ponieważ nigdy mnie nie interesowała.- wytłumaczyłem z żalem.- W moim sercu jest miejsce tylko dla ciebie.
- Akurat.- prychnęła z pogardą.- Wiesz, jak się poczułam? Wykorzystana, oszukana i porzucona
- Przepraszam Roza.- kontynuowałem, choć mnie to zabolało, ale wiedziałem, że sobie zasłużyłem.- Wiem, że jestem dupkiem, idiotą i bezwartościowym śmieciem, jeśli myślałem, że byle morojka mogłaby mi ciebie zastąpić. Nie powinienem był stąd wyjeżdżać. A nasze pożegnanie... to miało być całkiem inaczej. Chciałem, żeby Twoje ostatnie wspomnienia ze mną, były wyjątkowe. Ale byłem głupi. Teraz wiem, że to był mój drugi największy błąd w życiu.
-Żałujesz tego, że się ze mną kochałeś?- w jej głosie wyczułem ból.
- Nie!- złapałem ją za dłonie i spojrzałem w oczy, które tak bardzo kochałem.- Nigdy nie będę żałować żadnej chwili z tobą. Boli mnie, że stało się to w takich okolicznościach, czym cię skrzywdziłem. Mogłem postawić sprawę jasno.
- Mówiłeś, że to był drugi błąd. Jaki był pierwszy?- w jej oczach nie było już bólu, a smutek.
Dziękowałem w duchu, że zadała to pytanie i nie wyrwała swoich rąk. Zauważyłem, że nieświadomie pocieram swoimi palcami jej knykcie. Nie przestawałem, widząc, jaką przyjemność sprawia to mojej ukochanej. Czułem jak powoli się rozluźnia, jednak wiedziałem, że wciąż coś ją męczy.
- Zostawienie cię. Zrozumienie tego zajęło mi tydzień. O tydzień za dużo.- odwróciłem wzrok patrząc w nieistniejący punkt na drewnianej podłodze, ale po chwili wróciłem do oczu brunetki.- Kocham Cię Roza, ale jeśli niczego już do mnie nie czujesz, nie będę się narzucać.
Patrzyłem na nią z niepokojem i nadzieją. Jeśli jestem dampirzycy obojętny, nie mam czego szukać w jej sercu. Nagle dziewczyna rzuciła mi się w ramiona, płacząc. Zaskoczyła mnie i mało nie upadliśmy na podłogę. Zamknąłem ją w silnym uścisku.
- Kocham Cię. Kocham i nigdy nie przestanę.- szlochała w mój prochowiec.
Odetchnąłem z ulgą. Bałem się, że przez swoja głupotę ją stracę. Kamień spadł mi z serca. Jeszcze nigdy nie czułem tak wielkiej radości. Wstałem i usiadłem na łóżku, wciąż nie wypuszczając swojego szczęścia. To ona się odsunęła.
- Ale co z twoją służbą?- zmartwiła się.
- Porzuciłem ją. Wszystko dokładnie przemyślałem.- byłem podekscytowany i wstąpiła we mnie nowa energia.- Będę cię dalej uczył przez te ostatnie miesiące do egzaminu, a później podejmę służbę na dworze. Ty też tam będziesz, jako że Wasylissa jest ulubienicą królowej. Będziemy mieli więcej czasu dla siebie...- przerwała mi, kręcąc głową.
- Chcę, abyś został strażnikiem Lissy.
Zdziwiły mnie jej słowa. Kiedyś jeszcze rzuciłaby mi się bez opamiętania w ramiona, gdybym zgodził się z nią być. A teraz? Nic nie rozumiem...
- Nie chcesz ze mną być?
- Nie chce, żebyś marnować ze mną życie.- powiedziała gorzko.
- Ale kochanie,- zdziwiło ją, jak się do niej zwróciłem.- moje życie jest bezsensu, gdy ciebie nie ma. Wypełniasz całą moją głowę. Nie umiem się na niczym skupić. Pragnę zostać z tobą do śmierci.  Spełnisz swoje życzenie. , a ja zawsze będę obok.
- Dymitr, ja nie podejdę do egzaminu.-byłem w szoku.- Można powiedzieć, że dostaniesz Lissę w spadku.- uśmiechnęła się krzywo.
- Co ty pieprzysz?!- nie panowałem nad sobą, a ona aż podskoczyła.- W jakim spadku?! Roza, ty chyba nie chcesz się zabić?!
- Aż tak zdesperowana nie jestem.- wymusiła uśmiech, ale mi do śmiechu nie było.
- Roza nie baw się ze mną w kotka i myszkę. Powiedz co się dzieje. Martwię się o ciebie.
Westchnęła ciężko i zaczęła mówić
- W tamtym tygodniu byłam w szpitalu. Wywróciłam się, a Lissa narobiła hałasu i zabrali mnie na badania, czy nie mam wstrząśnienia mózgu. Wszystko z moją głową było nw porządku.- ułożyło mi, jednak nie na długo.- Ale nie za mną. Lekarzy zaniepokoiły wyniki badania krwi i wysłali mnie na dodatkowe badania. W sumie już wcześniej dziwnie się czułam, wciąż miałam zawroty głowy i takie tam.- mówiła beznamiętnie.
- Nic ci się nie stało?- oglądałem ją dookoła uważnie.- I masz te wyniki?
- Tak.- z oczu brunetki popłynęły łzy, więc przycisnąłem ją bardziej do swojego torsu.- Mam raka szpiku kości, inaczej zwanego Białaczką, w stopniu zaawansowanym. Dali mi pół roku życia.- odwróciła wzrok.
- Nie! To nie możliwe! Roza nie możesz mnie zostawić.- przytuliłem ją mocno, płacząc w jej ramię.- Nie teraz Roza.
Usłyszałem jej szloch, kiedy oddała uścisk. Już sam nie pamiętam kiedy ostatni raz płakałem. Chyba kiedy żegnałem się z rodziną. Chciałbym, aby poznały moją ukochaną. Byłem zrozpaczony.
- Nie pozwolę ci odejść. I już nigdy cię nie zostawię. Będę przy tobie na zawsze.
- Dymitr, nie powinieneś...- zaczęła przez szloch.
- Nie powinienem cię nigdy opuszczać i to dotrzymam.- obiecałem.
- Ale moroje...- znowu jej przerwałem.
- Nie obchodzą mnie. Ty jesteś najważniejsza.
Spojrzała mi głęboko w oczy, uśmiechając się przez łzy. Patrzyła na mnie z miłością i zanim się zorientowałem, co chce zrobić, wpiła się w moje usta mocno i namiętnie. Chciała przekazać mi tyko miłość, jednak czułem też strach i smutek. Bez wahania oddałem pocałunek, przekazując jej swoje uczucia, wiarę i siłę. Nie chcę jej opuszczać, aż do śmierci. To był moment, w którym postanowiłem, że jej się oświadczę. Nie wiem jak długo się całowaliśmy, ale oboje nas to uspokoiło.Gdy w końcu zabrakło nam powietrza, położyliśmy się na łóżku księżniczki, a moja ukochana wtuliła się we mnie. Zdziwiłem się, gdy podsunęła do góry moją koszulkę, jednak zaufałem jej i sam zdjąłem górną część garderoby. Ukochaną wtuliła się w mój nagi tors, a ja objąłem ją ciasno ramieniem i przykryłem nas kocem.
- Naprawdę nic się nie da zrobić.- głos mi się łamał, gdy szukałem najmniejszej nadziei.
- Chyba powinnam być dumna, że jednym zdaniem doprowadziłam nie wzruszonego strażnika Bielikowa do łez.- nie mogę uwierzyć, że mimo wszystko stać ją na żarty. Może to taki jej sposób na radzenie sobie z tą sytuacją?- Jest możliwość. Przeszczep. Ale mam bardzo rzadką grupę krwi i będzie trudno znaleźć dawcę. Matka chce odnowić kontakty z moim ojcem, ale nie wiem czy on pomoże. W końcu jest morojem. Co? Nagle zacznie go obchodzić umierająca córka?
- Jutro, z samego rana pojadę się zbadać. Nie dam ci sobie odebrać.
- Mogę jechać z tobą?- spytała z nadzieją.
- Wolę żebyś została tu i odpoczywała. Teraz jest ci to potrzebne.
- Nie jestem w ciąży.-oburzyła się.- I nie chcę zostawać tu sama. Lissa musi wracać do zajęć, a ja nie zamierzam na razie pokazywać się ludziom. Nigdy nie byliśmy razem we dwójkę.- patrzyła na mnie błagalnie, a ja wpadłem na pomysł.
- Zgoda, ale pod warunkiem, że później pójdziesz ze mną na randkę.-uśmiechnąłem się z nadzieją.
- No no. Tego się nie spodziewałam. Muszę zobaczyć w grafiku, ale powinnam mieć jutro czas.
- No ja myślę.- zaśmialiśmy się razem. Jak ja uwielbiam jej słodki śmiech.- A teraz śpij Kochanie.
- A zostaniesz ze mną?- spytała z nadzieją.
- Tak. Już nigdy nie opuszczę cię na krok.- cmoknąłem ją w czubek głowy.- Dobranoc Roza.
- Dobranoc Towarzyszu.- ułożyła się wygodnie na mnie.
Jak ja dawno nie słyszałem tego przezwiska. Tęskniłem za tym jak mnie nazywała, za jej pocałunkami, pięknymi oczami, za... za nią całą. Jest moim życiem i nigdy nikt jej nie zastąpi.  Leżałem, czekając aż jej oddech się uspokoi, co będzie znaczyło, że zasnęła. Wyglądała tak krucho i bezbronne w moich ramionach. Gdy miałem pewność, że pogrążyła się w śnie, wyplątałem się z jej objęć i ubrałem koszulkę. Nie czułem się tutaj swobodnie, nawet z ukochaną. Nie chcę też, żeby męczyli ją pytaniami i pielgrzymkami, co pewnie by było w jej pokoju. Postanowiłem zabrać ją do siebie. Dostałem z powrotem mój stary pokój. Zostawiłem księżniczce kartkę i podniosłem Rose. Była tak lekka, jak zapamiętałem. Ostrożnie wyszedłem z nią na korytarz i ruszyłem do wcześniej obranego celu. Na szczęście jest noc i udało mi się na nikogo nie wpaść. O dziwo mój pokój wcale się nie zmienił. Położyłem śpiącą brunetkę na łóżku. Jest jedyną osobą, oprócz mnie, która może na nim być. Dostała ten przywilej na początku zimy, gdy prawie się ze mną przespała. Bez skrępowania przegrałem ukochaną w swoją koszulkę. Uznałem, że tak będzie jej wygodniej. Zostawiłem na niej tylko bieliznę, a sam zostałem w bokserkach. Tak. Przy niej czuję się swobodnie. Zakluczyłem drzwi, aby nikt bez ostrzeżenia nie wszedł i nie zobaczył nas w tej jakże jednoznacznej sytuacji. Położyłem się obok mojej miłości, przytulając ją do siebie. Dampirzyca od razu się we mnie wtuliła. Cmoknąłem Rozę w czubek głowy, głaszcze ją po plecach i opadających na nie włosy. Były takie miękkie i gładkie. Końcówki trochę zniszczone, świadczą o tym, że dawno nie była u fryzjera, ale nie przejmuję się tym. Nawet to mnie cieszy. Jej włosy są tak ie piękne i cudowne. Chciałbym móc codziennie ich dotykać, czuć ich zapach, zasypiać z wtuloną w nie twarzą. Jeszcze nigdy nie zasypiałem tak szybko i łatwo, jak przy niej.

Na następny dzień, tak jak chciałem, oświadczyłem jej się. Zgodziła się, choć jej ojciec nie był do końca zadowolony. Jednak ona go przekonała, że będzie ze mną szczęśliwa i ślub mieliśmy miesiąc później. Cała moja rodzina ją pokochała od razu. Badania były poprawne i poddaliśmy się operacji. Jednak mój szpik się nie przyjął i wszystko zostało bez zmian. Zamieszkaliśmy w małym domku w Bai. Oczywiście był to pomysł mojej ukochanej. Całe pół roku żyliśmy tak normalnie. Ja dl niej i ona dla mnie. Każdy dzień był wypełniony naszą miłością. Napawaliśmy się naszym towarzystwem, bo byliśmy świadomi, że nie zostało nam za dużo czasu. Ona nie wiedziała, ale co noc patrzyłem na nią i płakałem. Płakałem ze smutku i złości na ten okropny los, który chciał nas na tak długo rozdzielić. Jednak spełniło się najsekretniejsze życzenie mojej żony. Umarła w walce ze strzygami. Było ich za dużo, ona była już słaba, a pomoc przyszła za późno. Po naszej stronie była jedną ofiara. Dla mnie za duża. Roza oddała życie w obronie Lissy, kiedy przyjechała odwiedzić nas z Christianem. Lekarze powiedzieli, że i tak zostało jej góra tydzień życia i niepotrzebnie by się męczył, ale dla mnie to był tydzień, o który więcej moje życie miałoby sens.

Tydzień.

Tyle mi wystarczyło, bym zrozumiał swój największy błąd w życiu. Teraz płacę za swoja głupotę. Może wcześniej bym wszystko zauważył, zmusił ja do badań, można by zacząć leczenie, a ona by nadal żyła. Może bylibyśmy na zawsze szczęśliwi, a ja nie byłbym wdowcem. Może... Od dwunastu lat żyję rutyną. Praca, jedzenie, cmentarz, sen. Tak wygląda mój dzień. Jestem u niej codziennie i codziennie przynoszę na jej grób różę podlewaną moimi łzami. Łzami tęsknoty. Tęsknię i czekam na dzień, gdy będę mógł do niej dołączyć. Na każdej akcji, w każdej walce daje z siebie wszystko, ale i tak pragnę, by znalazł się ktoś, kto mnie pokona. Ale na razie nikt tego nie dokonał. Ktoś inny byłby z tego dumny, ale nie ja. Zazdroszczę tym co polegli. Pragnę śmierci, bo będzie ona oznaczać moje szczęście. Tak od dwunastu lat żyje świadomością, że ona chce bym żył i dbał o Lissę. Robię to dla niej. Dla mojej Rozy.

sobota, 7 stycznia 2017

ROZDZIAŁ 361

Od razu po śniadaniu ubraliśmy się ciepło i wyszliśmy na dwór. Widok jaki tam zastałam był zachwycający. Sześć białych koni z jasnymi grzywami i ogonami było zaprzężonych do wielkich pięknych, niebieskich san, ozdobionych w śnieżynki, białe bombki i watę. Na przodzie siedział woźnica w stroju Dziadka Mróz, jak zdążyłam się dowiedzieć. Wśród pasażerów dostrzegłam kilka znajomych twarzy z ogniska. W oczy rzucili mi się machający Mark, Oksana, Ola i Witek. Z tyłu przyczepione były sanki z dziećmi.
- WOW!- zachwycałam się, gdy reszta pobiegła do pojazdu.
- Chodź.- popchnął mnie Dymitr.- Przysiądziemy się do nich, a Lili niech pójdzie z Pawką na sanki.
Dziewczynka chętnie przytaknęła i pobiegła za chłopcem, a my ruszyliśmy do wozu. Rosjanin pomógł mi wsiąść do środka, po czym sam wszedł. Usiedliśmy obok siebie na siedzeniach w czerwonych obciach, mocno przytuleni. Po chwili woźnica popędził konie i sanie zaczęły gładko sunąc po śniegu. Oczarowana oglądałam śnieżny świat w pełnym słońcu.
- WOW! Ostatni raz byłam na kuligu tak dawno, że nawet nie pamiętam.- westchnęłam.
- Byłaś już kiedyś na kuligu?- zasmucił się.
- Tak.- uśmiechnęłam się do niego.- A co? Chciałeś mnie zaskoczyć czymś nowym? Myślę, że jeszcze będziesz mieć okazję.
Słyszałam z tyłu głosy Oleny, Oksany, Marka i Iwana.
- Kupę lat, przyjacielu.- zawołał noszący pocałunek cienia.
- No trochę ich nam przybyło.- zaśmiał się nasz gość.- W ogóle to wiem, że ty mnie wrobiłeś.- zaśmiali się.
- Co tam u was?- spytała Ola, wtulona w chłopaka.
- A dobrze.- odpowiedziałam.
- A co te słodkie maleństwa urosły.- dampirzyca pochyliła się nad naszymi dziećmi?- Pamiętacie ciocię Olę?
Nastka od razu się roześmiała klaszcząc w rączki i wyciągając je do naszej przyjaciółki. Felix patrzył niepewnie, ale po chwili również się uśmiechnął. Podałam czarnowłosej synka, który zaczął bawić się suwakiem od jej kurtki. Góra, dół, góra, dół góra. Wincenty także pochylił się nad chłopcem, łaskocząc go.
- Ładnie wyglądacie z dzieckiem.- chlapnęłam bez zastanowienia.
Para delikatnie uśmiechnęła się do mnie.
- Próbuję ją namówić od dwóch miesięcy, ale ona nie chce.- poskarżył się moroj.
Nastka pociągnęła mnie za rączkę, a gdy na nią spojrzała, pokazywała mi guzik od płaszcza taty.
- To jest guziczek. One trzymają ubrania, żeby nie odkryły kawałeczków ciała i żeby tatuś nie zmarł.- wytłumaczyłam szeroko uśmiechającej się dziewczynce.
Mała radości machała rączkami, podskakując na kolanach strażnika. Wierciła się potwornie.
- Księżniczko, teraz nie możesz chodzić, bo wypadniesz z sań, a tatuś nie będzie Cię szukał w zaspie śniegu.- podniósł ją do góry i opuścił znowu na kolanka.
Mała chciała wstać, ale zauważyła, że teren jest nie stabilny i rozstała na czworakach. Przeszła na moje kolana i stanęła, podpierając się brzegu powozu. Złapałam ją w talii, żeby przypadkiem nie wypadła i razem oglądałyśmy zimowy krajobraz. Wjechaliśmy do lasu, po dość dużej ścieżce, pewnie już dawno wydeptanej przez ludzi i koła samochodów. Zimny wiatr smagał nam twarze, przez co dzieci miały lekko zaróżowione policzki. Okryłam szczelniej córeczkę szalikiem i czapką, ale za wiele to chyba nie pomogło. Na szczęście po chwili się zatrzymaliśmy przed jakimś drewnianym budynku w lesie.
- Co tu robimy?- spytałam zdezorientowana, gdy wszyscy zaczęli wychodzić z sań.
- To dom pewnej staruszki.- wytłumaczył mój mąż, pomagając mi wysiąść- Jest bardzo ciepłą i gościnną osobą. Tutaj zawsze jest przystanek na ciepłą czekoladę którą robi z córkami i wnuczkami. Taka tradycja jest od pokoleń. Jej mama dawała czekoladę jak babcia była młoda.
Razem w szóstkę ruszyliśmy do środka. Zajęliśmy stolik w rogu i chłopcy poszli po czekoladę dla nas i dzieci. Po chwili do siadły się do nas siostry Bielikowa z Dziećmi.
- A gdzie Olena i wasi mężczyźni?- zdziwiłam się.
- Olena jest zajęta sama wiesz kim, a panowie właśnie tu idzie.
W tym momencie do stolika podeszła czwórka naszych partnerów, każdy z dwoma kubkami, oprócz Dymitra, który miał tackę z pięcioma kubkami, dla mnie, Soni, Lili oraz Pawki i cztery butelki dla dzieci. We wszystkim była czekolada. Wzięłam sobie na kolana Anastazję, a mój ukochany Felixa.
Chciałam na nadgarstku sprawdzić temperaturę napoju, ale powstrzymał mnie ukochany.
- Jest w sam raz. Sam sprawdzałem.- uśmiechnął się do mnie.
- Jesteś kochany.- odwdzięczyłam się tym samym.
Przyłożyłam butelkę do małych usteczek córeczki. Zaczęła pić zachłannie, patrząc na mnie wielkimi oczami. Jak ja je kocham.
- Dobra czekolada? No na pewno.- uśmiechnęłam się do naszej małej słodkości.
Gdy już jej wystarczyło, odetchnęła butelkę ze skwaszoną miną.
- Dobrze, już dobrze. Dokończysz później.- wytarłam jej buźkę, bo lekko się pobrudziła.- No, chyba że zrobią się z tego lody. Tak, kochanie?
Uśmiechnęła się do mnie szeroko. Jej nigdy nie brakuje radości. Jest tak pozytywna, ze swoim śmiechem, zaraża każdego dookoła. Oba nigdy nie powinna zabijać i udawać obojętnej na uczucia strażniczki. Ale co poradzić. Nagle zaczął dzwonić telefon strażnika.
- Halo?- odebrał.
Nie miał przy sobie telefonu służbowego, a jedynie prywatny. Ma urlop i nikt nie może zawracać mu głowy, a jakby coś się działo takiego jak atak strzyg, to zobaczę to przez więź.
- Dymitr.- siedziałam blisko i Mason mówił na tyle głośno, że mogłam go usłyszeć.- Czy możesz mi dać do telefonu stoją uroczą żonę, bo mam ochotę ją zamordować, a jedynie mogę na nią na krzyczeć?
- A co takiego ci ona zrobiła?- Bielikow ledwo powstrzymywał śmiech.
- Po prostu mi ją daj.
- Hej, Mass.- zaczęłam, gdy dostałam urządzenie do ręki.- Co u ciebie?
- Rosemarie Hathaway-Bielikow! To niedopuszczalne i upokarzające!
- Ale o co chodzi?- doskonale wiedziałam, ale najnormalniej w świecie grałam głupią.
- O co chodzi?! Wracam sobie z żoną i córką do domu po śniadaniu z królową z prezentami i jednym nie rozpakowanym, bo mam to dopiero zrobić w domu. No więc w mieszkaniu to otwieram i co widzę? Wypchaną gumkami kosmetyczkę!
- Troszczę się o Twoje zdrowie psychiczne. Wiesz jak trudno wytrzymać ze zmiennymi humorami kobiety ciężarnej?
- Wiem! I teraz też wiem, co to znaczy jak siostra wycina ci taki numer, a twoja żona turla się ze śmiechu po podłodze.
- O to pozdrów ode mnie Mię i Alice.- i szybko się rozłączyłam.
Westchnęłam głęboko i wybuchłam śmiechem. Wszyscy przy stoliku dziwnie się na mnie patrzyli, ale gdy o powiedziałam im, co zrobiłam, dołączyli do mnie. Gdy skończyliśmy pić, wróciliśmy do sań na dalszą podróż.

czwartek, 5 stycznia 2017

ROZDZIAŁ 360

- A co z ich ojcem?- ponowił pytanie, a ja poczułam jak Bielikow się spiął.
- To zamknięty rozdział.- Olena zwiesiła głowę i wtuliła się w ukochanego.
Ten zaczął głaskać ją po włosach, mrucząc coś po rosyjsku. Po prostu Dymitr jak malowany.
- On nawet nie zasługuje na miano ojca.- warknął mój mąż.- Pojawiał się tu co roku i tylko bił mamę lub ją wykorzystać.
- Teraz uwziął się na Dimke i Rose.- dodała Wiki.- I groził im, że zrobi nam krzywdę.
- Rozumiem, że to dla tego tu jestem.- rzucił ze śmiechem Iwan, ale nie patrzył na nas.
Był zapatrzony w oczy ukochanej.
- To tak przy okazji, ale już to planowaliśmy od listopada. To wtedy się o wszystkim dowiedzieliśmy.- sprostowałam.
On jednak już nie słuchał, zajęty ustami mojej teściowej. Wszyscy uśmiechnęliśmy się szeroko, oprócz dzieci zajętych zabawkami. Po chwili para się od siebie odsunęła. Iwan przytulił ukochaną i głaskał ją po włosach.
- Ale z tym już dosyć. Teraz będę z wami. Już zawsze.- obiecał.
- Eghem...- naszą uwagę zwrócił Konrad.- Jeśli mówimy o rodzinie, to chciałbym coś powiedzieć. Kochanie.- spojrzał na Karolinę.- Jesteśmy ze sobą już wystarczająco dużo czasu. Kocham cię jak nikogo innego. Jesteś dla mnie najważniejsza, a Zoję i Pawkę traktuję jak własne dzieci. I chcę móc je tak nazywać, a ciebie swoją żonę. Ale to zależy od ciebie najdroższa.- ukląkł przed nią na jedno kolano, wyjmując małe, czerwone pudełeczko.- Karolino Emauelo Bielikow, czy uczynić mnie najszczęśliwszym mężczyzną mężczyzną na świecie i wyjdziesz za mnie?
Podczas jego przemowy, szturchnęłam męża, który podał mi aparat. Rozumieliśmy się bez słów. W tej chwili zaczęłam zrobić im zdjęcia. Cała serię.
- TAK!!- Karolina rzuciła mu się w ramiona.
On założył jej pierścionek i spojrzał w górę. My też to zrobiliśmy. Jemioła. Gdy wróciłam wzrokiem do narzeczeństwa, ci już byli zajęci sobą.
Po kolacji usiedliśmy w salonie. Nasze skarby już odpadły i słodko drzemały u Wiki i Oleny. Wszystkie wtuliłyśmy się w swoich partnerów.
- Sonia, tobie też załatwić chłopaka.- spytałam, a wszyscy się zaśmiali.
Nie mam pojęcia z czego, bo mówiłam to całkiem na serio. Po chwili się uspokoili, a ja ciągle patrzyłam wyczerpująco na kobietę.
- A! Ty tak na serio?- zdziwiła się.- Nie. Nie trzeba.
- Bo jak chcesz to mogę ci załatwić jakiegoś dampira lub moroja.
- Już spotkałam dwóch morojów, którzy powinni mnie kochać.- posmutniała.
- Nic na siłę, ale nie mierzy wszystkich tą samą miarą.
Przez kolejne godziny gadaliśmy o różnych bzdetach. Każdy z nas wspominał wydarzenia za czasów szkoły.
- Pamiętam, jak raz trafiłam do kliniki w akademii i Dymitr mnie odwiedził. Zaczął bawić się moimi włosami, po prostu wpadł w jakiś trans. A gdy się ocknął, zawstydził się jak mały chłopczyk, przyłapany na zabieraniu cukierków.- wszyscy zaczęli się śmiać, oprócz samego zainteresowanego.
- Lubię twoje włosy.- mruknął w moją szyję tak, żeby wszyscy usłyszeli.
- Lubisz?! Ty masz na ich punkcie obsesję.- powiedziałam, próbując nie wybuchnąć śmiechem.
- A to źle?- spytał.
- Nie. Lubię jak głaszczesz mnie po nich.
- Dobra dzieciaki. Czas spać. Jutro czeka nas dzień zabawy.- skończyła imprezę Olena.- A! Rose mogę cię prosić na słówko?
- Jasne.- odpowiedziałam niepewnie.
- To ja zabiorę naszą śpiącą królewnę. Chodź do tatusia.- mój mąż podniósł Nastkę, która się przebudziła i ze skwaszoną minką przecierała zasypane oczka.- No już. Zaraz się wykąpiemy, przebierzemy pieluszkę i tatuś poczyta na dobranoc.- pocałował ją w policzek i poszedł z nią na górę, a ja odprowadziłam ich wzrokiem.
- Jest dobrym ojcem.- zauważyła Wiki, stając obok mnie i też patrząc na odchodzących.
- Jest wspaniałym ojcem.- westchnęłam.
- To ja pójdę za nim, bo chyba zapomniał, że ma syna.- zaśmiała się.
Odwróciłam się do Felixa, siedzącego z ponurą miną u niej na rękach.
- Spokojnie. Tatuś o tobie nie zapomniał.- złapałam go za rączkę i zaczęłam nią machać.- Nigdy o tobie nie zapomni, bo bardzo Cię kocha. Tak jak mamusia.
Pocałowałam go w brzuszek i poszłam do kuchni. Tam już krzątała się Olena, sprzątające jedzenie. Pomogłam jej zbierać wszystko do lodówki.
- Zostanie tego na co najmniej miesiąc.- przerwałam ciszę.
- Patrząc na wasz apetyt i ilość osób, zniknie szybciej niż myślisz. Rose.- spojrzała na mnie.- Dziękuję. Za to co zrobiliście. Ja... nie wiem, co powiedzieć. Nie sądziłam, że jeszcze kiedyś go spotkam, a tym bardziej, że mamy szansę być ze sobą.
Zanim zdążyłam cokolwiek zrobić, zamknęła mnie w silnym uścisku.
- Nie ma za co mamo. Zasługujesz na to. Oboje na siebie zasługujecie.
- Jeszcze raz dziękuję. Ale jak wam się to udało?
- Wiesz, że jestem córeczką Abe'a Mazura.- uśmiechnęłyśmy się do siebie.- Dziewczyny wyciągnęły jego imię od Marka, a resztę załatwił mój ojciec.
- No tak. To teraz wracaj do mojego syna, bo się za tobą za bardzo stęskni. Widziałam jak na ciebie patrzył.
- Jak?- nie rozumiałam o co jej chodzi.
- Ładna sukienka.- zmieniła temat.
A może jednak nie. Szybko pojęłam o co jej chodzi.
- Dzięki.- powiedziałam z uśmiechem.- Myślisz, że Dymitr też tak uważa?
- Zdecydowanie.- zaśmiałyśmy się.
- Dobra, to do niego lecę. Dzisiaj się dużo wydarzyło i jestem trochę zmęczona. Dobranoc.- wyszłam.
- Dobranoc. I nie pogardzę wnukami.- usłyszałam jeszcze.
Gdy weszłam do pokoju, mój ukochany leżał już umyty w samych bokserkach na kołdrze i czytał western.
- Nie poczekałeś na mnie.- zrobiłam smutną minkę.- A tak bardzo chciałam zetrzeć z ciebie ten garniak.
Roześmiał się na moje słowa i podszedł do mnie, odkładając książkę i położył dłonie na mojej tali.
- Za to ja z przyjemnością zedrę z ciebie tą kieckę.- mruknął mi do ucha.
- No to na co czekasz tygrysie.- położyłam mu ręce na piersi.
Połączył nasze usta w gorącym pocałunku, a pół minuty później leżał w samej bieliźnie pod nim. Jednak zamiast pozbyć się również jej, rozgrzewał mnie jeszcze bardziej, chodź nie było mi to potrzebne.
- Nie baw się mną, tylko...- ledwo wydyszałam, gdy ustami musnął mój czuły punkt za uchem.
- Lubię cię taką niecierpliwą.- wyznał z urywanym oddechem.
- Miło.- jednym ruchem go przerzuciłam i znalazłam się nad nim.
Zdziwił się, ale mnie nie powstrzymał. Szybko zajęłam z siebie biżuterię i stanik. Oczy mu się powiększyły w pożądaniu, gdy wyciągnął dłoń do mojej talii. Objął mnie i przyciągnął do siebie, całując gorąco. Przez pocałunek zajęłam mu bokserki, a on moje majtki. O nie, nie, nie kolego. Teraz moja kolej. Zaczęłam się o niego ocierać. Za każdym razem jęczał, przymykając oczy.
- Roza...- poganiał mnie.
Nie ma tak łatwo. Zsunęłam się i wzięłam jego przyjaciela do buzi. Bawiłam się nim, póki nie poczułam, że jest blisko. Wtedy odsunęłam się i podniosłam na wysokość twarzy Rosjanina.
- Dobrze się bawiłaś?- spytał, przewracając nas.
Niestety łóżko się skończyło i wylądowaliśmy na miękkim dywanie.
- Bardzo.- uśmiechnęłam się triumfalnie, ale po chwili spoważniałam.- Ze mną się nie zadziera.
- Ze mną też.- nie podobał mi się jego uśmiech.
- O fuck.- sapnęłam z zaskoczenia, gdy Bielikow wszedł we mnie bez ostrzeżenia.

środa, 4 stycznia 2017

ROZDZIAŁ 359

- Iwniś.- w jej oczach pojawił się błysk i łzy.
- Tak. To ja najdroższa.- podszedł do Oleny, lecz ta się odsunęła.
- Po co tu przyjechałeś?- spytała łamiącym się głosem.- Już raz moje serce złapałeś.
- Prosić cię o wybaczenie.- padł przed nią na kolana.- To wszystko było inaczej niż myślisz, nigdy bym cię nie zostawił. Kochałem cię całym sercem. Kocham Cię nadal.
- Wtedy mówiłeś co innego.- nie ustępowała.
- Ona mnie szantażowała. Chciałem być z tobą do końca życia, ale Olga miała kompromitujące zdjęcia.
- Bałeś się o swoją karierę?- prychnęła.
- Nie. Ratowałem twój honor i dobre imię.- w jego tomie nie było grama złości.
Im dłużej się im przyglądałam, tym bardziej widziałam podobieństwo Iwana do Dymitra. Olena wychowała sobie kopię swojej miłości. Zawsze miała go przy sobie i pewnie ból był mniejszy. Niesamowite. Zastanawia mnie, czy jakby mój ukochany mnie zostawił wtedy w ferie i miałabym dziecko z kimś innym, czy byłoby drugim Bielikowem. No jeśli miałabym dziecko, w co wątpię. Zanim urodziły się bliźniaki, nie wierzyłam, że mogłabym być dobrą matką. Dopiero Rosjanin mnie przekonał. Z zamyślenia wyrwało mnie ramię samego zainteresowanego, obejmujące mnie i przyciskające do siebie. Automatycznie oddałam uścisk, rozglądając się dookoła. Dziewczyny tuliły swoich chłopaków, a Sonia syna. Nasze dzieci siedziały koło nas. Teraz jak zaczęły chodzić to będzie z nimi zamieszania. Zaciekawiło mnie, co wszystkich wprawiło w taki nastrój. Ale zrozumiałam to, gdy spojrzałam w stronę drzwi. Olena i Iwan mocno się przytulali, a ona płakała w jego ramię.
- Co jest Roza?- spytał z uśmiechem mój mąż.
- Nic. Zamyśliłam się i chyba coś mnie ominęło.- zachichotałam.
- Co ty od wczoraj taka zamyślona?
- Klimat świąt.- uśmiechnęłam się.
- A powiesz mi, o czym tak myślisz, pingwinku?- spytał z niewinnym uśmiechem.
- Możesz przestać mnie tak nazywać?
- Ciekawe, wiesz, że niecałe dwa lata temu spytałem cię o to samo. I do dzisiaj nazywasz mnie Towarzyszem, co widać na załączonym obrazku.- wskazał za swój nowy sweterek.
- Ładnie ci w nim i teraz możesz teraz wychodzić po bagaże bez prochowca.
- Och Roza. Co ja z tobą mam, Skarbie?
- Pełno miłości.- uśmiechnęłam się do niego najszerzej jak umiałam.
Zaśmiał się i przyciągnął mnie do siebie, aby połączyć nasze usta w słodkim i namiętnym pocałunku. Oderwaliśmy się od siebie, głośno dysząc.
- Ale nie myśl, że to wszystko załatwi.- doszedł do nas głos Oleny.
- Zrobię wszystko, abyś była znów moja. Już na zawsze.- powiedział patrząc im w oczy.
- Ktio tio jeśt?- spytał Łuka, pokazując na gościa.
Mężczyzna spojrzał na chłopca i podszedł do niego.
- Hej, młody. Jak się nazywasz?
- Jeśtem Luka Belikow. Cio chciesz od mojej babci?- spytał.
- Staram się, żeby zostać twoim dziadkiem.- powiedział z uśmiechem, a Olena się zarumieniła.
- Ale co my tu tak stoimy. Chodźmy do stołu.- zawołała, próbując ukryć... sama nie wiem co czuła. Wstyd? Zażenowanie?
Ale widziałam w niej szczęście i miłość. Szybko się pogodzą. Wszyscy wróciliśmy do stołu.
- Ale tu pięknie. I jak pachnie.- Iwan był zachwycony.
- Dziękuję.- powiedziała Olena.
Wydawało mi się, jakbym widziała całkiem inną osobę. Oboje zachowywali się jak dwoje nastolatków. To było urocze. Ja z Rosjaninem często tak mieliśmy.
- To powiedz, czym się interesujesz?- zaczęła Karolina w stronę gościa.
- Po za służbą?- zamyślił się.- Lubię czytać Horrory i oglądać filmy science-fiction. I czasami gram na gitarze.
- Umiesz grać?- oczy Bielikówn rozszerzyły się w zachwycie.
Sonia szturchnęła Wiki, a ta się zerwała i poleciała na górę. Zdziwiona powiodłam za nią wzrokiem, ale moją uwagę zwróciła Olena.
- O tak. Pamiętam jak zagrałeś mi serenadę na randce, po czym poprosiłeś mnie o chodzenie.- rozmarzyła się.
- Pamiętasz?!- jego oczy zabłysły.- Wtedy dopiero zaczynałem.
- Jak mogłabym nie pamiętać. Byłeś moją pierwszą i jedyną miłością.- spuściła wzrok, zarumieniona.
- A wasz ojciec?- powiódł zdziwione spojrzenie po jej dzieciach.
Dymitr już chciał odpowiedzieć, ale zanim nawet otworzył usta, na dole pojawiła się jego najmłodsza siostra z gitarą.
- Zagrasz nam coś?- spytała, dając mu instrument.
Mężczyzna odsunął się trochę od stołu i wziął go od dziewczyny, jak najcenniejszy kryształ, który w każdej chwili może się rozpaść. Patrzył na sprzęt z uwielbieniem. Delikatnie przejechał palcami po strunach, wydobywając z nich cichy dźwięk. Nastroił gitarę i zaczął grać. Robił to pięknie. Przymknął oczy, dając się pochłonąć zajęciu, z wielką pasją i zaangażowaniem. Widać było, ale kocha to co robi. Wszystkie patrzyłyśmy na niego oczarowane, a mężczyźni ze zdziwienia otworzyli buzie. Nawet dzieci się przy nim zebrały, słuchając pięknej melodii. Nagle Wiktorię olśniło i zaczęła śpiewać coś po rosyjsku. Reszta jej sióstr nieśmiało dołączyła do niej. Najbardziej gwiazdorzyła Zoja. Musi to być jakaś piosenka wszystkich Rosjan od kołyski. Widać, że Łuka nie do końca znał tekst, ale się starał. Po chwili dołączyli do nich chłopcy, ale mój ukochany tylko słuchał. Po chwili wstał i mnie pociągnął na środek salonu i zaczęliśmy tańczyć. Konrad i Kola poszli za jego przykładem z dziewczynami. Nawet Pawka wyciągnął Lili. Jego siostra złapała za rączki Felixa zaczęła z nim kręcić się w kółko, a Łuka zrobił to samo z Nastką, co bardzo cieszyło nasze dzieci. Nasze maluchy lekko chwiały się na nóżkach i cała czwórka się wywróciła ze śmiechem. Następnie Pawka zmienił starszego kuzyna, a Lili siostrę dotychczasowego partnera. Im łatwiej było utrzymać szkraby, bo byli więksi od nich więcej niż o głowę. W końcu Iwan przestał grać, a nasi partnerzy ukłonili nam się elegancko. Dzieci jęknęły zasmucone.
- Dajcie odpocząć naszemu gościowi.- powiedziałam ze śmiechem.
Zaczęliśmy klaskać. Dampir wstał i się ukłonił.
- Pięknie. Jestem pod wielkim wrażeniem.- uśmiechnęła się Olena, ocierając łzy.
- Dziękuję Oleńka.- odłożył gitarę i podszedł do niej.- Przepraszam, za wszystko, co się stało. Jestem beznadziejnym idiotą. Powinienem inaczej to załatwić, a nie zostawiać taki skarb.- smutny, spuścił wzrok.
- Byłeś młody. Wszyscy byliśmy. Ale wszystko ma jakiś cel. Gdyby nie nasze rozstanie, nie miałabym takiej wspaniałej rodziny. A teraz możemy wszyscy być jedną wielką rodziną. Poznasz jeszcze rodziców Rose, to będzie tak, jak zawsze powinno być.- uśmiechała się promiennie.
- A co z ich ojcem?- ponowił pytanie, a ja poczułam jak Bielikow się spiął.

poniedziałek, 2 stycznia 2017

ROZDZIAŁ 358

Od rana mieliśmy ręce pełne roboty Olena, Karolina i Sonia pracowały w kuchni, Dymitr, Konrad i Mikołaj ustawili choinkę i teraz pilnowali najmłodszych dzieci, a ja, Wiki, dzieci i nasi mężczyźni, ozdabialiśmy dom i drzewko. Felix i Nastka nam "pomagały". Chyba bombki, łańcuchy i wieńce były ciekawsze od innych zabawek. Bianka też zaciekawiona wsadzała wszędzie swój nos. Nawet kucała już przy choince, żeby nasikać, ale mój mąż na nią nakrzyczał i wyrzucił na dwór. Pół godziny drapała w drzwi skomląc, dopóki nie wypuściłam ją, gdy strażnik nie patrzył. Z Lili chciałyśmy to zrobić od razu, ale on był nie ugięty. Kiedy tylko drzwi się otworzyły, suczka pobiegła do pana i położyła mu się pod nogami z miną zabitego psa. Rosjanin westchnął tylko i podrapał ją za uchem, na co ona zaczęła merdać ogonem i go wylizała na wszystkie strony. Wyglądali uroczo. O 19 wszystko było gotowe, a my przebrani siedzieliśmy przy stole. Ja ubrałam tą sukienkę z randki, mój ukochany pięknie się prezentował w czarnym garniturze. Kola miał taki sam, a Konrad założył czerwoną koszulę, pod to niebieską koszulkę i bordowy krawat w ciemno fioletowe groszki. Olena przebrała się w czarną, długą spódnicę i błękitną bluzkę, Wiki w pudrową sukienkę, Sonia w białą, z zielonym obramowaniem na dekolcie i rękawach, a Karolina w czerwoną ze złotymi wzorami i ozdobami. Nasze szkraby też nie odstawały wyglądem. Nastka miała różową sukieneczkę z białymi rajstopkami, Zoja ciemno zieloną i kokardkę we włosach. Lili błyszczała z liliowej sukience z rękawkami 3/4 i wstążkami z nich zwisającymi. Pawka upodobnił się do ojczyma, a Łuka z Felixen do mojego ukochanego. Najstarsza obecna przy stole, wstała z opłatkiem.
- Bardzo się cieszę, że te święta spędzamy w tak licznym gronie i że to u nas najmłodsi członkowie rodziny poznają tak piękne święto, jak boże narodzenie. Przez ostatni rok wiele się wydarzyło. Były dni radości i smutku. Chciała bym wam dzieci życzyć szczęścia, zdrowia w nadchodzącym roku, radości i wiele miłości.
Zaczęliśmy między sobą chodzić i dzielić się opłatkiem. Felixa i Nastkę mało to interesowało, oprócz tego, że ten wafelek jest dobry i każdemu odłamywały ponad połowę, jeśli nie zabierały całego. Mieliśmy z nich niezły ubaw, gdy chłopiec złapał tatę za muszkę i go przyciągnął. Ten pozwolił sobie ją ściągnąć i po chwili wylądowała w buzi małego. Na domiar złego, siostra była zazdrosna i zaczęłam mu go zabierać. Kłóciły się, póki Pawka nie oddał kuzynce swojej muszki. Tym samym zapracował sobie na uścisk od Lili i zrobił się cały czerwony. Po składaniu życzeń usiedliśmy do kolacji. Były najróżniejsze potrawy, tak różniące się od Amerykańskich. Pierogi, barszcz czerwony z uszkami, sałatki, bigos, śledzie w śmietanie i oczywiście ciasta.
- Mamo, możemy już otworzyć prezenty?- spytał Pawka, błagalnie.
- No dobrze.- zgodziła się Karolina.
Wszystkie dzieci szczęśliwe odbiegły od stołu, a my postawiliśmy na podłodze nasze skarby. Jak rok temu jej syn i moja siostra czytali adresatów, a Łuka i Zoja je zanosiły. Pierwszy prezenty dostała karolina i były to od dziewczyn zestaw drogich kosmetyków, od nas karnet do spa, a od chłopaka torebkę z jedną różą. Trochę się rozczarowałam, ale jeśli ona też, to tego nie okazała. Następny prezent był dla Bianki. Tylko słysząc swoje imię pobiegła i zaczęłam obwąchiwać chłopca. Chwilę go polizała i zajęła się prezentami. Dostała od nas kość, a od reszty przysmaki dla psów.
- Będzie czym ją trenować.- zaśmiał się mój ukochany.
- A czego byś jej jeszcze nauczył.- zdziwiłam się.- Ona zrobi wszystko co powiesz.
Wtedy Lili zawołała Nastkę, a Pawka Felixa. Oboje poczworakowały po prezenty, ale gdy zobaczył, że biorą je Zoja i Łuka... wstały! Na własnych nogach! Wszyscy patrzyli na nie zaskoczeni, jak biegły do młodych Bielików. Oprócz nich samych. Ja i Dymitr poderwaliśmy się i podnieśliśmy nasze utalentowane skarby z podłogi, kręcąc się z nimi dookoła, a wszyscy zaczęliśmy im gratulować i chwalić. Byłam strasznie dumna. I patrząc na męża, wiedziałam, że on też.
- Brawo! To niesamowite! Kochane wy nasze skarby!- przekrzykiwali się, a suczka biegała dookoła, szczekając.
- Ale o co chodzi?- spytali zdezorientowani Zoja i Łuka.
- Bo nasze dzieci zrobiły pierwsze kroki. To niezwykłe osiągnięcie, tak jak pierwsze słowo.- wytłumaczyłam odstawiając córeczkę.
- I musi być udokumentowane.- zarządziła Olena z aparatem.- Uśmiech.
Stanęliśmy w grupie, tak, że każdy był widoczny, a nasze maleństwa stały rozglądając się lekko zdezorientowane. Aparat cyknął i wróciliśmy do prezentów. Maluchy za przykładem babci rozdarły papier ozdobny. Ona dostała nowy zestaw garnków od nas i zestaw filiżanek od córek. Za to każde z dzieci miało mnóstwo zabawek. Soni daliśmy książkę z różnymi ćwiczeniami sportowymi i mały zestaw do ich wykonywania, typu małe ciężarki. Wiki dostała od nas kosmetyki, a od kobiet jakąś wymarzoną książkę. My z mężem tym razem zdecydowaliśmy, że kupimy sobie skromne prezenty, ale żadne z nas się nie spodziewał, co z tego wyniknie. Dymitr dostał ode mnie czerwony sweter w renifery z napisem: "Ten Towarzysz jest już szeryfem w moim sercu.", a ja od niego dostałam... taki sam głoszący: "Moja Róża, mimo, że zerwana, wciąż jest piękna" zaczęliśmy się śmiać. Od dziewczyn dostałam kartę podarunkową w, jak powiedział mi strażnik, najlepszym sklepie w Rosji. On za to dostał też książkę. Nagle po domu rozniósł się dźwięk dzwonka do drzwi. Olena zdziwiona poszła otworzyć, a my za nią z uśmiechami na ustach. Wszyscy byli wtajemniczeni. Otworzyła drzwi, a za nimi stał mężczyzna w długim płaszczu i zaśnieżonym kapeluszu.
- W czymś mogę pomóc?- spytała niepewnie.
- A znajdzie się miejsce dla wędrownego?- spytał gość, ściągając nakrycie głowy.
- Oczywiście. Proszę.- wypuściła go.
Poszło łatwiej niż podejrzewałam.
- Jaka ładna rodzina. Zawsze wiedziałem, że byłabyś dobrą matką.- westchnął mężczyzna.
- Czy my się znamy?- kobieta była w lekki szoku.
- Nawet nie wiesz jak dobrze Oleńka.- odwrócił się w jej stronę i tylko ona mogła zobaczyć jak na nią spojrzał.
- Iwuś.- w jej oczach pojawił się błysk i łzy.