Po kilku godzinach drogi byliśmy na lotnisku. Podczas pożegnania jak zwykle polały się łzy. Zwłaszcza u dzieci.
- Spokojnie Aniołku. Przyjedziemy do was na święta, za miesiąc i znowu się zobaczymy. Obiecuję.- przytuliłam zapłakanego Łukiego do siebie.
W tym czasie Dymitr pocieszał siostrzenice. Gdy wszyscy już nas wyściskali, z trudem udaliśmy się do odprawy.
- Zawsze, kiedy wracamy z tej krainy sielanki, trudno mi się przestawić na niebezpieczna rzeczywistość i wszechobecne poczucie zagrożenia.- przyznałam, po wystartowaniu samolotu.
Felix już siedział na moich kolanach, bawiąc się moją dłonią. Uważnie się jej przyglądał i badał każdy mój palec. Gdzie i w jakim kierunku się zgina? Czemu jest taka sama jak moja? To zadziwiające, że dzieci bawią takie najprostsze rzeczy. Zastanawiają się nad czymś, co dla nas jest oczywiste, a jednocześnie wciąż nie odkryte.
- To prawda, Roza.- mąż objął mnie ramieniem, a ja się w niego wtuliłam.- W Bai jest o wiele bardziej bezpiecznie. Nie musimy się niczym przejmować, ani niczego obawiać. Jednocześnie moja mama otacza nas opieką i troską, a ba każdą z dziewczyn można zawsze liczyć. No i słodkie dzieci, których wszędzie jest pełno. Zawsze radosne i uśmiechnięte. Ich serca bez lęku, niewinne i ufne. Baja to taka oaza spokoju, bezpieczeństwa i miłości. Tam jest nasz...
- Dom.- dokończyłam, gdy nie mógł znaleźć słowa.
- Jeden. Drugi jest w Ameryce. Ale dom jest przede wszystkim, tam gdzie serce, a moje jest tylko w jednym miejscu.- dotknął mnie tam, gdzie sama mam serce.- No i z naszymi dziećmi. Nasza rodzina to mój dom.
- Mój też.- przyznałam.
Nagle usłyszałam płacz dziecka. Od razu poznałam, czyj on jest.
- Ja pójdę.- ukochany złapał mnie za udo, gdy zaczęłam się podnosić.- Jestem bardziej na wyjściu.
Nastka nie siedziała z nami, ale bawiła się z nią Lili. W czasie, kiedy strażnik poszedł po córeczkę, wyjęłam słoiczek z owocami na parze dla dzieci. Już po kilku dniach umiałam rozpoznać, który płacz jest na co. I teraz mała domagała się jedzenia. A jeśli ona coś chce, to Felix też to będzie chciał. Tak jak się spodziewałam mały zaczął cichutko kwilić.
- Już, spokojnie. Mama da zaraz am am.- przytuliłam go i pokazałam mały słoiczek.
Chłopiec od razu otworzył buźkę. Zachichotałam cicho i w tym momencie wrócił Rosjanin z córeczką i Lili.
- A mogłabym ja ją nakarmić?- spytała nieśmiało moja siostra.
- Jasne.- uśmiechnął się Bielikow.- Siadaj.
Młoda usiadła i po chwili na jej kolanach pojawiła się Nastka. Podałam jej jeden zestaw do karmienia i na przemian tłumaczyliśmy, co ma robić i w między czasie zakładałam śliniaczek synkowi. Dymitr otworzył słoiczek z papką ananasową i śliwkową. Najpierw daliśmy im do spróbowania każdej, jednocześnie pokazując Lili, jak ma to robić. Felixowi nie przypadł do gustu ananas, za to córce było obojętne. Ona zawsze jest otwarta na nowe smaki i doznania. Oboje są ciekawi świata, ale chłopiec jest bardziej wybredny i ostrożny. Gdy dzieci były już najedzone, zasnęły na naszych kolanach.
- Patrzcie.- szepnęła ucieszona dampirzyca.- Śpi. Zasnęła w moich objęciach.
- Wstań na chwilę.- poprosił ją mój mąż.
Dziewczynka go przepuściła. Gdy myślałam, że usiądzie na swoim miejscu, ale on podniósł mnie i usiadł na moim miejscu, sadzając mnie sobie na kolanach. Wtuliłam się w ukochanego, a Lili usiadła obok. Nie do końca pamiętam co było dalej, bo chyba zasnęłam.
Kiedy się przebudziłam, zobaczyłam, że strażnik i Lili jeszcze śpią. Nastka i Felix zawzięcie o czymś dyskutowali po swojemu. Gdy tylko chłopiec zobaczył, że nie śpię, uśmiechnął się do mnie promiennie.
- Hej, maluszki.- odezwałam się cicho.- Już się wyspałyście? Ja też.
Przez resztę lotu Bawiłam się z dziećmi, a pozostali spali przyszedł czas zapiąć pasy. Sama bym zeszła na siedzenie obok, bo już obudziłam Lili i dziewczynka zajęła swoje poprzednie miejsce. Ale uniemożliwiały mi to silne objęcia, którymi zostałam uwięziona na kolanach strażnika.
- Dobra skarby. Pomożecie mamusi obudzić tatę?
Przybliżyłam Nastkę do ukochanego. Śmieszniej będzie, gdy jego księżniczka przerwie mu sen. Córeczka zaczęła badać jego twarz, śmiejąc się z min, jakie robił przez sen. Sama się uśmiechnęłam. Gdy zobaczyłam, że zaczyna się budzić, przyłożyłam małą mu do piersi, w którą się wtuliła, a sama przywarłam do jego ust. Na początku był zdezorientowany, ale po chwili oddał pocałunek i zaczął mnie gładzić po udzie.
- Hej skarbie.- uśmiechnęłam się do niego.- Jak się spało?
Witaj Rodzinko.- cmoknął mnie i bobaski w czoła.- Muszę przyznać, że bardzo dobrze. A gdzie podziała się moja szwagierka?
Zaczął rozglądać się po samolocie, a ja w tym czasie zajęłam swoje miejsce.
- Tu jestem.- wychyliła się zza tylnego siedzenia, a późnej zaczęliśmy się śmiać.
- Pasażerowie są proszeni o zapięcie pasów.- rozległo się z głośników.
- Okey. Towarzyszu zapnij tam dzieci.- podałam mężowi maluchy, po czym sama się zapięłam.
- Oczywiście, kotku.
Wziął najpierw Nastkę i posadził ją przy oknie. Następnie koło niej posadził Felixa. Zapiął je pasami, a później siebie. Po kilku minutach samolot zatrzymał się, a my zaczęliśmy klaskać.
__________________________________________________________
Może nie jest najlepszy, napisałabym wręcz, że beznadziejny, gdybyście ostatnio, jak to zrobiłam mnie nie zbruzgali. Nie podoba mi się i całkowicie nie mam pomysłu na tą dziurę między wydarzeniami, ale coś tam nabazgrałam. Ogłaszam, że po drugich urodzinach maluchów skończę tą część i zacznę drugą. W między czasie może pojawić się ankieta, czy wolicie czytać ją na tym blogu, czy mam zrobić drugi? Ale do tego jeszcze mnóstwo czasu. Pozdrawiam wszystkich czytelników i mam nadzieję, że jeszcze ktoś to czyta, bo oglądalność strasznie spadła, nie mówiąc o komentarzach. Tęsknię za niektórymi osobami i ich tekstami. To bardzo motywuje. 💖💖💖💖 No i oczywiście pozdrawiam zawsze wierne Olę, Mańkę i Sylwię.
"Nasz los od zawsze zapisany był w gwiazdach. To one poprowadziły mnie do Ciebie mimo tylu przeciwności, spójrz. Jesteśmy tu. Razem. Ty i ja Roza. Na zawsze."
poniedziałek, 12 grudnia 2016
ROZDZIAŁ 341
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
sobota, 10 grudnia 2016
ROZDZIAŁ 340
Zapukałam do pokoju Oleny i weszłam, nie czekając na zaproszenie, bo i tak bym się go nie doczekała. Kobieta leżała na łóżku odwrócona do mnie tyłem, więc nie widziała, kto przyszedł.
- Dimka, naprawdę nie warto do tego wracać.- po głosie poznałam, że płacze.
Zrobiło mi się przykro, że przywołaliśmy jej złe wspomnienia, ale szybko wzięłam się w garść.
- Dlaczego?- spytałam łagodnie.
Odwróciła się na mój głos.
- To ty Rose.- usiadła smutna na brzegu łóżka.- Bo to co było między nami, już nie istnieje.
- Twoje zachowanie na to nie wskazuje.- usiadłam obok niej na łóżku.- Oleno, proszę powiedz mi. Kim on był? Jak to się stało, że nie jest z tobą? Skrzywdził cię?
Byłam zaskoczona, jak wiele troski było w moim głosie. To prawda, martwiłam się o nią. Kocham ją jak matkę.
- Nie fizycznie. Nigdy by tego nie zrobił żadnej kobiecie, jeśliby nie była strzygą.
Pierwsza informacje. Jest strażnikiem.
- Ale słowa ranią bardziej niż nóż.- kontynuowała.- Chciałam kiedyś być strażniczką, jak mama. Dlatego poszłam do Akademii św. Baltazara. Najlepszej akademii dla Dampirów.
- Tam czasem nie uczył się Dymitr?- coś mi się kojarzyło.
- Tak. To ta sama. I tam się spotkaliśmy. Chodziliśmy razem na większość wykładów. Był bardzo popularny, ale nie zachowywał się jak inni. Zawsze był uśmiechnięty, każdemu służył pomocą i zawsze można było na niego liczyć.- na jego wspomnienie od razu się rozpromieniła.- Spodobał mi się od samego początku, ale byłam zbyt nieśmiała, aby do niego podejść, więc zawsze tylko patrzyłam. Najgorzej mi szły treningi. Nigdy nie byłam dobra, choć bardzo się starałam. Bądźmy szczerzy. Byłam najgorsza w grupie i każdy mówił, że nawet moroj by mnie pokonał.
To przykre, jacy niektórzy umieją być okrutni. Ze wsparciem dotknęłam jej dłoni i przysunęłam się bliżej niej.
- I pewnego dnia trener kazał mu ćwiczyć ze mną w parze. Chciałam wypaść jak najlepiej, ale i tak leżałam na ziemi. Tylko czekałam, aż mnie poniży i zmiesza z błotem. Ale on pomógł mi wstać i wyszedł z propozycją, że mi pomoże. Od tamtego czasu na każdym treningu ćwiczył w parze ze mną. Odchodziliśmy na bok i dawał mi osobne lekcje od podstaw. Trener na to pozwalał, bo on był najlepszy, więc lekcje i tak mało mu dawały. Zaczęło mi lepiej wychodzić. On miał wprost anielską cierpliwość. Przez ten czas bardzo się do siebie zbliżyliśmy. Zapoznał mnie ze swoimi znajomymi, w tym z Markiem. Zaczęliśmy więcej czasu spędzać ze sobą, aż pewnego dnia... wyznał mi miłość.- lekko się zarumieniła i podejrzewałam, co mogło się dokładnie wydarzyć.- Od tamtego momentu byliśmy prawie nierozłączni. Wszyscy powtarzali, że jesteśmy dla siebie stworzeni. Zawsze tak samo myśleliśmy, mówiliśmy i w ogóle byliśmy bardzo zsynchronizowani. Wszystko co robiliśmy miało w sobie idealną harmonię. Wierzyłam, że razem możemy wszystko. On też mi to ciągle powtarzał. Ale wszystko co piękne, kiedyś się kończy.- posmutniała.- Nie miałam zbyt wiele czasu na treningi. Musiałam nauczyć się wszystko od podstaw w pół roku. Tyle zostało nam do egzaminu. Miesiąc przed nimi, on zaczął zachowywać się jakoś dziwnie. W mojej obecności stawał się czujny, ostrożny, czuł się nieswojo. Wmawiałam sobie, że stresuje się egzaminami, ale nie zbyt przekonująco. I stało się to, co przewidziałam. Nie zdałam egzaminu. Wtedy on powiedział mi, że nie możemy być razem. Że to od dłuższego czasu nie ma sensu, że on mnie nie kocha. Zostawił mnie dla swojej jakaś przyjaciółki z dzieciństwa. Morojki.
Wyraźnie czułam jad i żal w jej głosie. Nigdy nie spodziewałam się usłyszeć takiego tonu z ust tej cudownej i pełnej miłości kobiety.
- Ja... ja nie wiem, co powiedzieć. Bardzo mi przykro, nie wiedziałam. Mogłam nie poruszać tego tematu. Wybaczysz mi?- spuściłam głowę.
- Nie mam czego dziecko.- uniosłam na nią wzrok.- Skąd miałaś o tym wiedzieć. Cieszę się, że w końcu komuś to powiedziałam. Wcześniej wiedziała tylko moja mama. Nawet dzieciom tego nie mówiłam. Dziękuję za to, że przyszłaś. Ale teraz idź się szykować, bo mimo że bardzo chcę, lepiej żebyście nie spóźnili się na samolot.
Zrobiło mi się ciepło na sercu, że nie chce naszego wyjazdu. Posłałam jej delikatny uśmiech, wstałam i udałam się do drzwi. Jednak w przejściu jeszcze się odwróciłam.
- Oleno?- podniosła na mnie wzrok.- Kochasz go jeszcze?
Chwilę się zastanawiała!.
- Minęło wiele lat,- zaczęła.- ale myślę, że to nic nie zmieniło. Przynajmniej z mojej strony.
Zadowolona z odpowiedzi ruszyłam do naszego pokoju. W środku już czekał na mnie ukochany, chodząc po pokoju z córeczką, pokazując jej różne rzeczy, a później nazywając je po Angielsku i Rosyjsku. Oglądałam tą scenerię dłużej, gdyby nie zauważył mnie Felix. Zagaworzył i uśmiechnął się do mnie, czym zwrócił na siebie uwagę taty. Spojrzał on najpierw na chłopca, a później, podążając za jego wzrokiem na mnie.
- Dowiedziałaś się czegoś?- spytał z nadzieją.
- Wiem wszystko.- oznajmiłam z dumą.
- Jak się nazywa?
Zamilkłam. Cholera!
- Prawie wszystko.- Dymitr popatrzył na mnie z niedowierzaniem.- Ale sądzę, że i tak by mi nie powiedziała. Przez całą opowieść, mama nawet się nie zająknęła początkiem jego imienia. Trzeba innym sposobem.
- Jakim? Mamy mało czasu.
Zamyśliłam się. Nagle przypomniał mi się pewien szczegół.
- Mark!- zawołałam radośnie.- On wie. Byli razem w paczce.
Sięgnęłam po mniejszy prochowiec.
- Roza, gdzie idziesz?- spytał mój mąż.
- Jak to gdzie? Do Marka i Oksana.- to było oczywiste.
- Przykro mi skarbie, ale już nie zdążysz.- przytulił mnie od tyłu.- Za dziesięć minut musimy ruszać.
Zastanowiłam się chwilę i z nową determinacją zajęłam płaszcz. Bez słowa wyszłam na korytarz, a zmartwiony Dymitr ruszył z dziećmi za mną. Zapukałam do pokoju Soni.
- Za dwie minuty u Karoliny.- powiedziałam i wyszłam.
To samo zrobiłam u Wiktorii. Gdy już znalazłyśmy się w pokoju najstarszej z sióstr, opowiedziałam im, czego dowiedziałam się od Oleny.
- Musicie od Marka wyciągnąć jego imię i nazwisko za wszelką cenę. Nawet z użyciem noża. Od tego zależy, czy mama będzie szczęśliwa u boku swojego ukochanego.
- A co jeśli już nie żyję?- zagadnęła Karolina.
- Albo naprawdę jej nie kocha?- dodała Wiki.
- Lub jest żonaty.- skończyła ostatnia z moich szwagierek.
- Właśnie po to nam jego dane.- poparł mnie Rosjanin.- Nie będziemy nic o nim wiedzieć, jeśli nie zdobędziecie najważniejszej informacji. Potraktujcie to jako misję.
- Od samych strażników królowej.- dodałam.- To jak? Możemy na was liczyć?
Dziewczyny wymieniły między sobą spojrzenia. W końcu spojrzały na nas.
- Zawsze i wszędzie.- uśmiechnęła się najstarsza.
Pięć minut później wszyscy siedzieliśmy w autach, gotowi do drogi. Ja z mężem, wszystkimi dziećmi i Bianką w jednym, a reszta Bielikówn z Konradem i Kolą w drugim. Tak, Karolina wybaczyła swojemu chłopakowi i są szczęśliwą parą.
- Dimka, naprawdę nie warto do tego wracać.- po głosie poznałam, że płacze.
Zrobiło mi się przykro, że przywołaliśmy jej złe wspomnienia, ale szybko wzięłam się w garść.
- Dlaczego?- spytałam łagodnie.
Odwróciła się na mój głos.
- To ty Rose.- usiadła smutna na brzegu łóżka.- Bo to co było między nami, już nie istnieje.
- Twoje zachowanie na to nie wskazuje.- usiadłam obok niej na łóżku.- Oleno, proszę powiedz mi. Kim on był? Jak to się stało, że nie jest z tobą? Skrzywdził cię?
Byłam zaskoczona, jak wiele troski było w moim głosie. To prawda, martwiłam się o nią. Kocham ją jak matkę.
- Nie fizycznie. Nigdy by tego nie zrobił żadnej kobiecie, jeśliby nie była strzygą.
Pierwsza informacje. Jest strażnikiem.
- Ale słowa ranią bardziej niż nóż.- kontynuowała.- Chciałam kiedyś być strażniczką, jak mama. Dlatego poszłam do Akademii św. Baltazara. Najlepszej akademii dla Dampirów.
- Tam czasem nie uczył się Dymitr?- coś mi się kojarzyło.
- Tak. To ta sama. I tam się spotkaliśmy. Chodziliśmy razem na większość wykładów. Był bardzo popularny, ale nie zachowywał się jak inni. Zawsze był uśmiechnięty, każdemu służył pomocą i zawsze można było na niego liczyć.- na jego wspomnienie od razu się rozpromieniła.- Spodobał mi się od samego początku, ale byłam zbyt nieśmiała, aby do niego podejść, więc zawsze tylko patrzyłam. Najgorzej mi szły treningi. Nigdy nie byłam dobra, choć bardzo się starałam. Bądźmy szczerzy. Byłam najgorsza w grupie i każdy mówił, że nawet moroj by mnie pokonał.
To przykre, jacy niektórzy umieją być okrutni. Ze wsparciem dotknęłam jej dłoni i przysunęłam się bliżej niej.
- I pewnego dnia trener kazał mu ćwiczyć ze mną w parze. Chciałam wypaść jak najlepiej, ale i tak leżałam na ziemi. Tylko czekałam, aż mnie poniży i zmiesza z błotem. Ale on pomógł mi wstać i wyszedł z propozycją, że mi pomoże. Od tamtego czasu na każdym treningu ćwiczył w parze ze mną. Odchodziliśmy na bok i dawał mi osobne lekcje od podstaw. Trener na to pozwalał, bo on był najlepszy, więc lekcje i tak mało mu dawały. Zaczęło mi lepiej wychodzić. On miał wprost anielską cierpliwość. Przez ten czas bardzo się do siebie zbliżyliśmy. Zapoznał mnie ze swoimi znajomymi, w tym z Markiem. Zaczęliśmy więcej czasu spędzać ze sobą, aż pewnego dnia... wyznał mi miłość.- lekko się zarumieniła i podejrzewałam, co mogło się dokładnie wydarzyć.- Od tamtego momentu byliśmy prawie nierozłączni. Wszyscy powtarzali, że jesteśmy dla siebie stworzeni. Zawsze tak samo myśleliśmy, mówiliśmy i w ogóle byliśmy bardzo zsynchronizowani. Wszystko co robiliśmy miało w sobie idealną harmonię. Wierzyłam, że razem możemy wszystko. On też mi to ciągle powtarzał. Ale wszystko co piękne, kiedyś się kończy.- posmutniała.- Nie miałam zbyt wiele czasu na treningi. Musiałam nauczyć się wszystko od podstaw w pół roku. Tyle zostało nam do egzaminu. Miesiąc przed nimi, on zaczął zachowywać się jakoś dziwnie. W mojej obecności stawał się czujny, ostrożny, czuł się nieswojo. Wmawiałam sobie, że stresuje się egzaminami, ale nie zbyt przekonująco. I stało się to, co przewidziałam. Nie zdałam egzaminu. Wtedy on powiedział mi, że nie możemy być razem. Że to od dłuższego czasu nie ma sensu, że on mnie nie kocha. Zostawił mnie dla swojej jakaś przyjaciółki z dzieciństwa. Morojki.
Wyraźnie czułam jad i żal w jej głosie. Nigdy nie spodziewałam się usłyszeć takiego tonu z ust tej cudownej i pełnej miłości kobiety.
- Ja... ja nie wiem, co powiedzieć. Bardzo mi przykro, nie wiedziałam. Mogłam nie poruszać tego tematu. Wybaczysz mi?- spuściłam głowę.
- Nie mam czego dziecko.- uniosłam na nią wzrok.- Skąd miałaś o tym wiedzieć. Cieszę się, że w końcu komuś to powiedziałam. Wcześniej wiedziała tylko moja mama. Nawet dzieciom tego nie mówiłam. Dziękuję za to, że przyszłaś. Ale teraz idź się szykować, bo mimo że bardzo chcę, lepiej żebyście nie spóźnili się na samolot.
Zrobiło mi się ciepło na sercu, że nie chce naszego wyjazdu. Posłałam jej delikatny uśmiech, wstałam i udałam się do drzwi. Jednak w przejściu jeszcze się odwróciłam.
- Oleno?- podniosła na mnie wzrok.- Kochasz go jeszcze?
Chwilę się zastanawiała!.
- Minęło wiele lat,- zaczęła.- ale myślę, że to nic nie zmieniło. Przynajmniej z mojej strony.
Zadowolona z odpowiedzi ruszyłam do naszego pokoju. W środku już czekał na mnie ukochany, chodząc po pokoju z córeczką, pokazując jej różne rzeczy, a później nazywając je po Angielsku i Rosyjsku. Oglądałam tą scenerię dłużej, gdyby nie zauważył mnie Felix. Zagaworzył i uśmiechnął się do mnie, czym zwrócił na siebie uwagę taty. Spojrzał on najpierw na chłopca, a później, podążając za jego wzrokiem na mnie.
- Dowiedziałaś się czegoś?- spytał z nadzieją.
- Wiem wszystko.- oznajmiłam z dumą.
- Jak się nazywa?
Zamilkłam. Cholera!
- Prawie wszystko.- Dymitr popatrzył na mnie z niedowierzaniem.- Ale sądzę, że i tak by mi nie powiedziała. Przez całą opowieść, mama nawet się nie zająknęła początkiem jego imienia. Trzeba innym sposobem.
- Jakim? Mamy mało czasu.
Zamyśliłam się. Nagle przypomniał mi się pewien szczegół.
- Mark!- zawołałam radośnie.- On wie. Byli razem w paczce.
Sięgnęłam po mniejszy prochowiec.
- Roza, gdzie idziesz?- spytał mój mąż.
- Jak to gdzie? Do Marka i Oksana.- to było oczywiste.
- Przykro mi skarbie, ale już nie zdążysz.- przytulił mnie od tyłu.- Za dziesięć minut musimy ruszać.
Zastanowiłam się chwilę i z nową determinacją zajęłam płaszcz. Bez słowa wyszłam na korytarz, a zmartwiony Dymitr ruszył z dziećmi za mną. Zapukałam do pokoju Soni.
- Za dwie minuty u Karoliny.- powiedziałam i wyszłam.
To samo zrobiłam u Wiktorii. Gdy już znalazłyśmy się w pokoju najstarszej z sióstr, opowiedziałam im, czego dowiedziałam się od Oleny.
- Musicie od Marka wyciągnąć jego imię i nazwisko za wszelką cenę. Nawet z użyciem noża. Od tego zależy, czy mama będzie szczęśliwa u boku swojego ukochanego.
- A co jeśli już nie żyję?- zagadnęła Karolina.
- Albo naprawdę jej nie kocha?- dodała Wiki.
- Lub jest żonaty.- skończyła ostatnia z moich szwagierek.
- Właśnie po to nam jego dane.- poparł mnie Rosjanin.- Nie będziemy nic o nim wiedzieć, jeśli nie zdobędziecie najważniejszej informacji. Potraktujcie to jako misję.
- Od samych strażników królowej.- dodałam.- To jak? Możemy na was liczyć?
Dziewczyny wymieniły między sobą spojrzenia. W końcu spojrzały na nas.
- Zawsze i wszędzie.- uśmiechnęła się najstarsza.
Pięć minut później wszyscy siedzieliśmy w autach, gotowi do drogi. Ja z mężem, wszystkimi dziećmi i Bianką w jednym, a reszta Bielikówn z Konradem i Kolą w drugim. Tak, Karolina wybaczyła swojemu chłopakowi i są szczęśliwą parą.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
piątek, 9 grudnia 2016
ROZDZIAŁ 339
Tak jak mówiła Wiktoria, mieliśmy bardzo upojny poranek. Gdy oboje doznaliśmy spełnienia, wzięliśmy wspólną kąpiel i z trudem się ubraliśmy. Na dół zeszliśmy cali w skowronkach, trzymając się aa ręce. Dymitr przez cały czas szeptał mi sprośne żarty, a ja nie umiałam powstrzymać śmiechu. Usiedliśmy do stołu, wciąż nie puszczając swoich rąk.
- Mam nadzieję, że nie
hałasowaliśmy za bardzo.- spojrzałam wymownie na o rok młodszą szwagierkę.
- Może być, choć moglibyście trochę ciszej dochodzić.- narzekała.- Nawet ja tak nie krzyczę przy orgazmie.
Olena zakrztusiła się na na słowa córki, a jej siostry wymieniły ze sobą zszokowane spojrzenia. Tylko ja tłumiłam śmiech. Uwielbiam tą kobietę.
- Wiki!- zganiła ją mama.
- No co? Prawdę mówię.
- No widzisz,... - zaczęłam, grzebiąc łyżką w lewej ręce w misce z sałatką, bo prawa była w ciepłej, silnej dłoni, której nie zamierzałam puszczać.- Przy Dymitrze to nie jest takie proste. Twój brat jest taki boski, wspaniały, doprowadza mnie do szaleństwa, kiedy zaczyna...
-Dobra, skończ już.- przerwała mi Sonia.- Nie mam ochoty słuchać jaki to mój brat jest świetny w łóżku.
Razem z Wiki parsknęłyśmy śmiechem.
- A ciekawe jak zamierzacie jeść?- Karolina wskazała na nasze splecione pod stołem dłonie.
- Damy sobie radę.- zapewnił mój ukochany, posyłając mi porozumiewawcze spojrzenie.
Następnie każdy zabrał się za jedzenie. Miałam ochotę na tą sałatkę, co w niej grzebałam. Podniosłam się i w odruchu chciałam użyć obu rąk. Ale strażnik ani myślał mnie puścić. Podniósł się i drugą ręką pomógł mi. Idealnie się zgraliśmy i po chwili na talerzu miałam jedzenie. Trochę więcej niż chciałam, ale Dymitr uparł się, że muszę więcej jeść. No co poradzić. Następnie pomogłam mu zrobić sobie kanapkę. Zamieniliśmy się talerzami i zaczęliśmy nawzajem się karmić. Sałatkę jednak łatwiej jeść prawą ręką, a kanapka zawsze będzie obojętnie. Nie zawsze trafiliśmy, ale przynajmniej było dużo śmiechu. Gdy się ubrudziłam, mąż najpierw wytarł mi palcem kącik, ale nie mógł się powstrzymać i pocałował mnie. Kiedy się od siebie odsunęliśmy, zauważyłam, że jego siostry patrzą się na nas z otworzonymi ustami, nawet nie zaczynając posiłku. Olena nie patrzyła na nas zajęta posiłkiem, jednak wiedziałam jej delikatny uśmiech.
- Co jest? Nie smakuje wam?- spytałam powstrzymując śmiech.
Dziewczyny spojrzały na siebie porozumiewawczo i się uśmiechnęły.
- Jesteście niesamowici.- uznała Sonia.
- Czemu ja tak nie mam?- Wiki uniosła ręce do nieba, jakby licząc na odpowiedz.
Trochę zdziwiła mnie ich reakcja. Czyżbyśmy naprawdę byli aż tak wyjątkowi? Nie sądzę.
- Na pewno też tak będziesz miała. Potrzeba czasu.
- Tutaj czas na nic nie pomoże.- odezwała się Olena z westchnieniem.- Jesteście dla siebie stworzeni od zawsze. To bardzo niezwykłe. Jewa zawsze mówiła, że na całym świecie jest tylko jedna osoba pasująca do drugiej. Każdy ją ma, ale nie każdy ją spotka. To że wy się znaleźliście i przy sobie wytrwaliście jest niezwykłe i bardzo rzadkie.
- Powiedziałaś "wytrwaliście".- zauważył mój mąż.- Co w tym niezwykłego?
- Los łączy ludzi dopasowanych do siebie tak bardzo, że aż nie powinni według myślenia być ze sobą. Zawsze zdarzy się coś, co ich może rozdzielić. Was się nie udało. Jesteście dalej razem.- uśmiechnęła się, ale tak dziwnie.
Wyglądała na trochę smutno, a trochę na zamyśloną. Miałam nie odparte wrażenie, że to ściśle dotyczy również jej. Będę musiała z nią porozmawiać. Reszta też to zauważyła. Atmosfera przy stole stała się jakaś napięta, co odczuli wszyscy oprócz Zoji i Łukiego. Nawet Felix i Nastka. Patrzyli to na babcię, to na resztę nie pewne, co się dzieje.
- Co tak się patrzcie? Jeść, bo wam wysyłanie.- odezwała się ze swoim prawdziwym uśmiechem.
- Musimy pogadać, mamo.- odezwałam się równo z mężem.
- Wiem, dzieci.- westchnęła.- A teraz jeść.
Po śniadaniu, pomogliśmy Olenie posprzątać. To była dobra okazja do rozmowy. Tyle, że nie do końca wiedziałam, jak ją rozpocząć.
- Mamo...
- Kto był przed Randallem?- wyprzedził mnie ukochany, wybierając talerz, który mu podałam.
- Niestety było ich dużo.- westchnęła, siadając przy stole kuchennym.
- Mamo, wiesz o co mi chodzi. O kim mówiłaś przy stole?
- Nie chcę do tego wracać.- odwróciła wzrok.- To już przeszłość.
- Mamo.- Dymitr odłożył ścierkę i usiadł koło kobiety, łapiąc ją za dłonie.- Gdy komuś się wygadasz będzie ci lepiej. Kim on był?
- Ja...ja...- zaczęła się jąkać.- Dajcie mi spokój!
Wyrwała mu się i uciekła na górę. Wymieniłam ze strażnikiem zdziwione spojrzenia. Nie widziałam jej jeszcze w takim stanie. Sądząc po minie Bielikowa, on też. Trzeba jej pomóc.
- Myślę, że powinnaś z nią porozmawiać.- Rosjanin zaskoczył mnie swoimi słowami.
- Czemu ja? Przecież to twoja mama.
- Może właśnie dlatego. Może krępować ją rozmowa ze mną, o kimś, kto nie jest moim ojcem, a ona chciałaby by był.
Zamyśliłam się nad tym. Może ma rację? Mimo wszystko nie jestem jej córką i łatwiejsza będzie dla niej rozmowa ze mną. Po za tym też jestem zakochaną kobietą. Kiwnęłam głową na zgodę.
- Obserwowałem mamę, gdy się karmiliśmy.- złapał mnie za ramię i odezwał się, zanim zdążyłam zrobić krok. Jej wzrok mówił wszystko. Masz rację Roza, trzeba go znaleźć. Ona go potrzebuje. Zasługują na to.
Znowu przytaknęłam i poszłam na górę.
- Mam nadzieję, że nie
hałasowaliśmy za bardzo.- spojrzałam wymownie na o rok młodszą szwagierkę.
- Może być, choć moglibyście trochę ciszej dochodzić.- narzekała.- Nawet ja tak nie krzyczę przy orgazmie.
Olena zakrztusiła się na na słowa córki, a jej siostry wymieniły ze sobą zszokowane spojrzenia. Tylko ja tłumiłam śmiech. Uwielbiam tą kobietę.
- Wiki!- zganiła ją mama.
- No co? Prawdę mówię.
- No widzisz,... - zaczęłam, grzebiąc łyżką w lewej ręce w misce z sałatką, bo prawa była w ciepłej, silnej dłoni, której nie zamierzałam puszczać.- Przy Dymitrze to nie jest takie proste. Twój brat jest taki boski, wspaniały, doprowadza mnie do szaleństwa, kiedy zaczyna...
-Dobra, skończ już.- przerwała mi Sonia.- Nie mam ochoty słuchać jaki to mój brat jest świetny w łóżku.
Razem z Wiki parsknęłyśmy śmiechem.
- A ciekawe jak zamierzacie jeść?- Karolina wskazała na nasze splecione pod stołem dłonie.
- Damy sobie radę.- zapewnił mój ukochany, posyłając mi porozumiewawcze spojrzenie.
Następnie każdy zabrał się za jedzenie. Miałam ochotę na tą sałatkę, co w niej grzebałam. Podniosłam się i w odruchu chciałam użyć obu rąk. Ale strażnik ani myślał mnie puścić. Podniósł się i drugą ręką pomógł mi. Idealnie się zgraliśmy i po chwili na talerzu miałam jedzenie. Trochę więcej niż chciałam, ale Dymitr uparł się, że muszę więcej jeść. No co poradzić. Następnie pomogłam mu zrobić sobie kanapkę. Zamieniliśmy się talerzami i zaczęliśmy nawzajem się karmić. Sałatkę jednak łatwiej jeść prawą ręką, a kanapka zawsze będzie obojętnie. Nie zawsze trafiliśmy, ale przynajmniej było dużo śmiechu. Gdy się ubrudziłam, mąż najpierw wytarł mi palcem kącik, ale nie mógł się powstrzymać i pocałował mnie. Kiedy się od siebie odsunęliśmy, zauważyłam, że jego siostry patrzą się na nas z otworzonymi ustami, nawet nie zaczynając posiłku. Olena nie patrzyła na nas zajęta posiłkiem, jednak wiedziałam jej delikatny uśmiech.
- Co jest? Nie smakuje wam?- spytałam powstrzymując śmiech.
Dziewczyny spojrzały na siebie porozumiewawczo i się uśmiechnęły.
- Jesteście niesamowici.- uznała Sonia.
- Czemu ja tak nie mam?- Wiki uniosła ręce do nieba, jakby licząc na odpowiedz.
Trochę zdziwiła mnie ich reakcja. Czyżbyśmy naprawdę byli aż tak wyjątkowi? Nie sądzę.
- Na pewno też tak będziesz miała. Potrzeba czasu.
- Tutaj czas na nic nie pomoże.- odezwała się Olena z westchnieniem.- Jesteście dla siebie stworzeni od zawsze. To bardzo niezwykłe. Jewa zawsze mówiła, że na całym świecie jest tylko jedna osoba pasująca do drugiej. Każdy ją ma, ale nie każdy ją spotka. To że wy się znaleźliście i przy sobie wytrwaliście jest niezwykłe i bardzo rzadkie.
- Powiedziałaś "wytrwaliście".- zauważył mój mąż.- Co w tym niezwykłego?
- Los łączy ludzi dopasowanych do siebie tak bardzo, że aż nie powinni według myślenia być ze sobą. Zawsze zdarzy się coś, co ich może rozdzielić. Was się nie udało. Jesteście dalej razem.- uśmiechnęła się, ale tak dziwnie.
Wyglądała na trochę smutno, a trochę na zamyśloną. Miałam nie odparte wrażenie, że to ściśle dotyczy również jej. Będę musiała z nią porozmawiać. Reszta też to zauważyła. Atmosfera przy stole stała się jakaś napięta, co odczuli wszyscy oprócz Zoji i Łukiego. Nawet Felix i Nastka. Patrzyli to na babcię, to na resztę nie pewne, co się dzieje.
- Co tak się patrzcie? Jeść, bo wam wysyłanie.- odezwała się ze swoim prawdziwym uśmiechem.
- Musimy pogadać, mamo.- odezwałam się równo z mężem.
- Wiem, dzieci.- westchnęła.- A teraz jeść.
Po śniadaniu, pomogliśmy Olenie posprzątać. To była dobra okazja do rozmowy. Tyle, że nie do końca wiedziałam, jak ją rozpocząć.
- Mamo...
- Kto był przed Randallem?- wyprzedził mnie ukochany, wybierając talerz, który mu podałam.
- Niestety było ich dużo.- westchnęła, siadając przy stole kuchennym.
- Mamo, wiesz o co mi chodzi. O kim mówiłaś przy stole?
- Nie chcę do tego wracać.- odwróciła wzrok.- To już przeszłość.
- Mamo.- Dymitr odłożył ścierkę i usiadł koło kobiety, łapiąc ją za dłonie.- Gdy komuś się wygadasz będzie ci lepiej. Kim on był?
- Ja...ja...- zaczęła się jąkać.- Dajcie mi spokój!
Wyrwała mu się i uciekła na górę. Wymieniłam ze strażnikiem zdziwione spojrzenia. Nie widziałam jej jeszcze w takim stanie. Sądząc po minie Bielikowa, on też. Trzeba jej pomóc.
- Myślę, że powinnaś z nią porozmawiać.- Rosjanin zaskoczył mnie swoimi słowami.
- Czemu ja? Przecież to twoja mama.
- Może właśnie dlatego. Może krępować ją rozmowa ze mną, o kimś, kto nie jest moim ojcem, a ona chciałaby by był.
Zamyśliłam się nad tym. Może ma rację? Mimo wszystko nie jestem jej córką i łatwiejsza będzie dla niej rozmowa ze mną. Po za tym też jestem zakochaną kobietą. Kiwnęłam głową na zgodę.
- Obserwowałem mamę, gdy się karmiliśmy.- złapał mnie za ramię i odezwał się, zanim zdążyłam zrobić krok. Jej wzrok mówił wszystko. Masz rację Roza, trzeba go znaleźć. Ona go potrzebuje. Zasługują na to.
Znowu przytaknęłam i poszłam na górę.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
środa, 7 grudnia 2016
ROZDZIAŁ 338
Obudziłam się na plecach z Łukom na sobie. Patrzył na mnie wielkimi niebieskimi oczami, a gdy zauważył, że nie śpię, uśmiechnął się szeroko. Dymitr był w podobnej sytuacji z Zoją, tyle że oboje jeszcze śpią.
- Hej, aniołku.- poczochrałam mu włoski.-Już nie spisz
- Ciesc Ciocia. Tiak.- przytulił mnie mocniej, ale po chwili znowu na mnie spojrzał.- A tji i wuja beńdziecie jeście mieć dzieci?
Zaskoczyło mnie jego pytanie.
- A co? Już lubisz swoich kuzynów?
- Nio teź. Alie jieśtiem tiutiaj tiaki siamotni i moziecie mi niastiempnie odidiać, bio wiem, zie te śwoje jiuź kiochacie. A jia chciem mieć siem zi kim siem biawić.
Cicho zachichotałam rozbawiona. Co za urocze dziecko.
- To już nie wystarczy ci Pawka i Zoja?
- Nie.- zaprzeczył, robiąc smutną buźkę.
- Wiesz, wuja trochę mnie namawia, ale myślę, że jak będziemy mieli więcej dzieci, to już nie będą cię interesować.
- Ciemu?- spytał zdziwiony.
- Bo to będzie za kilka lat, a ty będziesz za duży na zainteresowanie się młodszym kuzynem.
- Nie!- zaprzeczył głośno.- Ziawsie bede je kiochał.- cmoknął mnie w odsłonięty brzuch.
Nie powiem, zaskoczyło mnie to. Po chwili się uśmiechnęłam i przytuliłam go mocno do siebie.
- Wuja mówił, zie tak się lobi.- wytłumaczył się, a ja się zaśmiałam.
- A jak się spało?- zmieniłam temat.
- Baldzo fajnie. Jeśteś baldzo wyglodna ciocia.
- Dziękuję skarbie.- pocałowałam go w czółko.
- Wiglondacie baldzo śłodko.- naszą uwagę zwrócił dziewczęcy głos.
Odwróciłam głowę w stronę córki Karolina. Okazało się, że oprócz niej, obudził się też strażnik. Ciekawe jak długo nas obserwują.
- Oooo... Wy też, kruszynko.- potargałam jej włosy. Były tak miękkie, jak u większości Bielikowów.
- Ciocia!- oburzyła się.- Nie lub mi tiak.
- Jak będę mogła tak robić, to cię uczeszę.- zaproponowałam.
- Źgodia.- uśmiechnęła się słodko.- A Wuja w niociy miał źły śień.
- Zojka! Miałaś nie mówić cioci!- zganił ją Dymitr, odzywając się po raz pierwszy.
Od początku nir patrzył mi w oczy. Wzrok wciąż miał utkwiony w Łuce, albo Zoji. Nie patrzył na mnie.
- Dymitr?- odezwałam się zmartwiona.
On tylko spuścił głowę. Chciałam jeszcze coś powiedzieć, ale przerwał mi płacz naszych dzieci. Oj czeka nas rozmowa. Lekko zrzuciłam z siebie chłopca, połaskotałam go i zajrzałam do dzieci. Musiałam robić dobrą minę do złej gry.
- Hej maleństwa, co się dzieje?- spytałam z uśmiechem pochylając się nad nimi.
Gdy tylko mnie zobaczyły, uspokoiły się, wyciągając rączki.
- Słoneczka chciały tylko trochę uwagi, tak?
Wyciągnęłam z łóżeczka Felixa, przytuliłam go i posadziłam na podłodze. To samo zrobiłam z córeczką i dałam im jakieś zabawki. Bardzo zainteresowały się interaktywnymi stolikiem i pieskiem.
- Ciocia, Wuja! Am am.- zawołał Łuka.
- Ja tieź.- dodała Zoja.
- To idźcie do pokoi się przebrać z piżamek i zejdzie na dół. Babcia na pewno już zrobiła śniadanko.
Dzieci grzecznie wybiegły z pokoju, a ja zamknęłam za nimi drzwi. Spojrzałam na męża. Leżał tyłem do mnie, wtulony w poduszkę. Nad czymś intensywnie myślał. Podeszłam do niego i usiadłam po jego stronie łóżka i delikatnie przesunęłam ręką mu po boku. Lekko drgnął, ale się nie odezwał. Przeszłam przez ukochanego i położyłam się naprzeciwko niego. Nie patrzył na mnie, więc uniosłam mu głowę za podbródek. Na sekundę nasze spojrzenia się skrzyżowały, zanim spuścił wzrok. W tej jednej chwili ujrzałam w jego oczach strach, niepewność, ból i troskę. Teraz złapałem jego twarz w dłonie i podniosłam tak, że musiał na mnie popatrzeć.
- Kocham Cię. Całym moim sercem. I cokolwiek ci się śniło, nie przejmuj się. Bo ja zawsze będę przy tobie i ci pomogę. Nic nam nie straszne, gdy będziemy razem. Dlatego tak jak ja cię nie zostawię, tak ty nie zostawiaj mnie. Jesteś mi potrzebny do życia. Bez ciebie nie umiem funkcjonować normalnie i nie nauczę się. Będę z tobą, albo w ogóle, rozumiesz?
Podczas mojego monologu, w gardle pojawiała się mi coraz większą gula, spowodowana przerażającą myślą, że mógłby mnie zostawić. Przy ostatnich słowach głos mi się łamał, a w oczach poczułam pieczenie.
Rosjanin pokiwał głową z zaszklonymi oczami. Bezgłośnie powiedział "Kocham Cię" i wtulił się w zagłębienie mojej szyi, mocno oplatając moje ciało ramionami. Jakby bał się, że zniknę lub ucieknę. Zaczął się trząść, ale dopiero cichy szloch, uświadomił mi, że płacze. Sama powstrzymałam płacz, mimo to pozwoliłam polecieć kilku łzom. Były oznaką ulgi.
- Dziękuję.- powiedzieliśmy w tym samym czasie.
Uśmiechnęłam się Uśmiechnęłam się delikatnie, czując jak bawi się moimi włosami. Nawet nie zauważyłam, że zamiast leżeć, klęczymy na przeciwko siebie, na łóżku Już się uspokoił. Po chwili chciał się odsunąć, ale przetrzymałam go dłużej. Nie sprzeciwiał się. Wiedziałam, że jeszcze trochę mu potrzeba mojej bliskości. Przez jego ramię zobaczyłam dzieci, patrzące na nas uważnie, trochę smutno, zmartwione. Bobasy szybko przejmują nastrój innych ludzi, a zwłaszcza rodziców. Uśmiechnęłam się do nich, co odwzajemniły i wróciły do zabawy. W końcu się od siebie odsunęliśmy i patrzyliśmy sobie w oczy. Dymitr zaczął ciepłą dłonią gładzić mój policzek, na co zamknęłam oczy z błogim uśmiechem. Powoli otworzyłam je.
- Powiesz mi?- spytałam.
- Ja... to było...- jąkał się.
- Nie musisz, jeśli nie chcesz. Poczekam.
- Dziękuję.- patrzył na mnie z wdzięcznością.
- Ale będziesz musiał to z siebie kiedyś wydusić.- ostrzegłam.
- Wiem. I powtarzam się, ale Kocham Cię.- uśmiechnął się delikatnie.
- Powtarzasz?- udałam zdziwienie.
Dymitr spojrzał na mnie, nic nie rozumiejąc.
- Ja myślałem... Ty nie...?- wydawał się być zdumiony i lekko zawiedziony.
Już nie umiałam ukryć uśmiechu i nagle wybuchłam śmiechem. A jego mina była bezcenna. Po chwili sam się uśmiechnął z niedowierzaniem.
Poprawić mu humor: Zaliczone
- Ty moja podstępna żono.- rzucił się na mnie tak, że upadliśmy na łóżko.
Mocno wbił się w moje wargi, łącząc nasze dłonie ze sobą. Całował mnie namiętnie, lekko natarczywie, ale z miłością. Nasze języki prowadziły zaciętą rywalizację o dominację, którą niestety przegrałam. Ale za to czekała mnie przyjemna nagroda pocieszenia. Gdy uwolnił moje dłonie, zanurzyłam je w jego gęstych, zdrowych włosach, przeszłam na plecy i badałam przez ubrania każdy skrawek jego ciała do którego dosięgałam. On robił to samo, tyle że był w lepszej sytuacji. Jednak chciał coś więcej, co pokazał mi schodząc pocałunkami na moją szyję. Na szczęście się opamiętałam, gdy tylko chwycił za brzeg mojej, to znaczy jego bluzki, robiącej za moją piżamę. Delikatnie odsunęłam go od siebie, na co spojrzał na mnie zdziwiony.
- Dzieci.- wymownie wskazałam głową na dwójkę bawiącą się na podłodze.
W tym momencie Felix wcisnął ma stoliczku jakiś przycisk.
- Niebo jest niebieskie.
Chłopiec spojrzał na nas z uśmiechem, co odwzajemniliśmy. Szybko jednak odwrócił głowę w stronę siostry, bawiącej się pieskiem. Ona uruchomiła w nim muzykę.
- WIKI!!- mojego męża było chyba słyszeć na drugim końcu wioski.
- Idę. Nie musisz się tak drzeć.- usłyszałam za drzwiami.
- Zabierz proszę swoich siostrzeńców na śniadanie.- poprosił z ładnym uśmiechem. Oczywiście wciąż znajdowaliśmy się w jednoznacznej pozycji.
- Okey. Chodźcie do cioci.- Podniosła je i zwróciła się do nas.- Rozumiem, że mamy nie czekać ze śniadaniem?
- Może nam to trochę zająć.- odpowiedział jej brat.
- Okey.- wyszła, ale na korytarzu krzyknęła do reszty tak, żebyśmy usłyszeli.- Przygotujcie sobie zatyczki do uszu, bo Rose i Dimka będą się sexić.
Zaśmiałam się na jej słowa. Strażnik pokręcił głową ze zrezygnowaniem, załamany bezpośredniością siostry, ale i on nie umiał powstrzymać uśmiechu. Po chwili wrócił do wcześniejszego zajęcia.
- Hej, aniołku.- poczochrałam mu włoski.-Już nie spisz
- Ciesc Ciocia. Tiak.- przytulił mnie mocniej, ale po chwili znowu na mnie spojrzał.- A tji i wuja beńdziecie jeście mieć dzieci?
Zaskoczyło mnie jego pytanie.
- A co? Już lubisz swoich kuzynów?
- Nio teź. Alie jieśtiem tiutiaj tiaki siamotni i moziecie mi niastiempnie odidiać, bio wiem, zie te śwoje jiuź kiochacie. A jia chciem mieć siem zi kim siem biawić.
Cicho zachichotałam rozbawiona. Co za urocze dziecko.
- To już nie wystarczy ci Pawka i Zoja?
- Nie.- zaprzeczył, robiąc smutną buźkę.
- Wiesz, wuja trochę mnie namawia, ale myślę, że jak będziemy mieli więcej dzieci, to już nie będą cię interesować.
- Ciemu?- spytał zdziwiony.
- Bo to będzie za kilka lat, a ty będziesz za duży na zainteresowanie się młodszym kuzynem.
- Nie!- zaprzeczył głośno.- Ziawsie bede je kiochał.- cmoknął mnie w odsłonięty brzuch.
Nie powiem, zaskoczyło mnie to. Po chwili się uśmiechnęłam i przytuliłam go mocno do siebie.
- Wuja mówił, zie tak się lobi.- wytłumaczył się, a ja się zaśmiałam.
- A jak się spało?- zmieniłam temat.
- Baldzo fajnie. Jeśteś baldzo wyglodna ciocia.
- Dziękuję skarbie.- pocałowałam go w czółko.
- Wiglondacie baldzo śłodko.- naszą uwagę zwrócił dziewczęcy głos.
Odwróciłam głowę w stronę córki Karolina. Okazało się, że oprócz niej, obudził się też strażnik. Ciekawe jak długo nas obserwują.
- Oooo... Wy też, kruszynko.- potargałam jej włosy. Były tak miękkie, jak u większości Bielikowów.
- Ciocia!- oburzyła się.- Nie lub mi tiak.
- Jak będę mogła tak robić, to cię uczeszę.- zaproponowałam.
- Źgodia.- uśmiechnęła się słodko.- A Wuja w niociy miał źły śień.
- Zojka! Miałaś nie mówić cioci!- zganił ją Dymitr, odzywając się po raz pierwszy.
Od początku nir patrzył mi w oczy. Wzrok wciąż miał utkwiony w Łuce, albo Zoji. Nie patrzył na mnie.
- Dymitr?- odezwałam się zmartwiona.
On tylko spuścił głowę. Chciałam jeszcze coś powiedzieć, ale przerwał mi płacz naszych dzieci. Oj czeka nas rozmowa. Lekko zrzuciłam z siebie chłopca, połaskotałam go i zajrzałam do dzieci. Musiałam robić dobrą minę do złej gry.
- Hej maleństwa, co się dzieje?- spytałam z uśmiechem pochylając się nad nimi.
Gdy tylko mnie zobaczyły, uspokoiły się, wyciągając rączki.
- Słoneczka chciały tylko trochę uwagi, tak?
Wyciągnęłam z łóżeczka Felixa, przytuliłam go i posadziłam na podłodze. To samo zrobiłam z córeczką i dałam im jakieś zabawki. Bardzo zainteresowały się interaktywnymi stolikiem i pieskiem.
- Ciocia, Wuja! Am am.- zawołał Łuka.
- Ja tieź.- dodała Zoja.
- To idźcie do pokoi się przebrać z piżamek i zejdzie na dół. Babcia na pewno już zrobiła śniadanko.
Dzieci grzecznie wybiegły z pokoju, a ja zamknęłam za nimi drzwi. Spojrzałam na męża. Leżał tyłem do mnie, wtulony w poduszkę. Nad czymś intensywnie myślał. Podeszłam do niego i usiadłam po jego stronie łóżka i delikatnie przesunęłam ręką mu po boku. Lekko drgnął, ale się nie odezwał. Przeszłam przez ukochanego i położyłam się naprzeciwko niego. Nie patrzył na mnie, więc uniosłam mu głowę za podbródek. Na sekundę nasze spojrzenia się skrzyżowały, zanim spuścił wzrok. W tej jednej chwili ujrzałam w jego oczach strach, niepewność, ból i troskę. Teraz złapałem jego twarz w dłonie i podniosłam tak, że musiał na mnie popatrzeć.
- Kocham Cię. Całym moim sercem. I cokolwiek ci się śniło, nie przejmuj się. Bo ja zawsze będę przy tobie i ci pomogę. Nic nam nie straszne, gdy będziemy razem. Dlatego tak jak ja cię nie zostawię, tak ty nie zostawiaj mnie. Jesteś mi potrzebny do życia. Bez ciebie nie umiem funkcjonować normalnie i nie nauczę się. Będę z tobą, albo w ogóle, rozumiesz?
Podczas mojego monologu, w gardle pojawiała się mi coraz większą gula, spowodowana przerażającą myślą, że mógłby mnie zostawić. Przy ostatnich słowach głos mi się łamał, a w oczach poczułam pieczenie.
Rosjanin pokiwał głową z zaszklonymi oczami. Bezgłośnie powiedział "Kocham Cię" i wtulił się w zagłębienie mojej szyi, mocno oplatając moje ciało ramionami. Jakby bał się, że zniknę lub ucieknę. Zaczął się trząść, ale dopiero cichy szloch, uświadomił mi, że płacze. Sama powstrzymałam płacz, mimo to pozwoliłam polecieć kilku łzom. Były oznaką ulgi.
- Dziękuję.- powiedzieliśmy w tym samym czasie.
Uśmiechnęłam się Uśmiechnęłam się delikatnie, czując jak bawi się moimi włosami. Nawet nie zauważyłam, że zamiast leżeć, klęczymy na przeciwko siebie, na łóżku Już się uspokoił. Po chwili chciał się odsunąć, ale przetrzymałam go dłużej. Nie sprzeciwiał się. Wiedziałam, że jeszcze trochę mu potrzeba mojej bliskości. Przez jego ramię zobaczyłam dzieci, patrzące na nas uważnie, trochę smutno, zmartwione. Bobasy szybko przejmują nastrój innych ludzi, a zwłaszcza rodziców. Uśmiechnęłam się do nich, co odwzajemniły i wróciły do zabawy. W końcu się od siebie odsunęliśmy i patrzyliśmy sobie w oczy. Dymitr zaczął ciepłą dłonią gładzić mój policzek, na co zamknęłam oczy z błogim uśmiechem. Powoli otworzyłam je.
- Powiesz mi?- spytałam.
- Ja... to było...- jąkał się.
- Nie musisz, jeśli nie chcesz. Poczekam.
- Dziękuję.- patrzył na mnie z wdzięcznością.
- Ale będziesz musiał to z siebie kiedyś wydusić.- ostrzegłam.
- Wiem. I powtarzam się, ale Kocham Cię.- uśmiechnął się delikatnie.
- Powtarzasz?- udałam zdziwienie.
Dymitr spojrzał na mnie, nic nie rozumiejąc.
- Ja myślałem... Ty nie...?- wydawał się być zdumiony i lekko zawiedziony.
Już nie umiałam ukryć uśmiechu i nagle wybuchłam śmiechem. A jego mina była bezcenna. Po chwili sam się uśmiechnął z niedowierzaniem.
Poprawić mu humor: Zaliczone
- Ty moja podstępna żono.- rzucił się na mnie tak, że upadliśmy na łóżko.
Mocno wbił się w moje wargi, łącząc nasze dłonie ze sobą. Całował mnie namiętnie, lekko natarczywie, ale z miłością. Nasze języki prowadziły zaciętą rywalizację o dominację, którą niestety przegrałam. Ale za to czekała mnie przyjemna nagroda pocieszenia. Gdy uwolnił moje dłonie, zanurzyłam je w jego gęstych, zdrowych włosach, przeszłam na plecy i badałam przez ubrania każdy skrawek jego ciała do którego dosięgałam. On robił to samo, tyle że był w lepszej sytuacji. Jednak chciał coś więcej, co pokazał mi schodząc pocałunkami na moją szyję. Na szczęście się opamiętałam, gdy tylko chwycił za brzeg mojej, to znaczy jego bluzki, robiącej za moją piżamę. Delikatnie odsunęłam go od siebie, na co spojrzał na mnie zdziwiony.
- Dzieci.- wymownie wskazałam głową na dwójkę bawiącą się na podłodze.
W tym momencie Felix wcisnął ma stoliczku jakiś przycisk.
- Niebo jest niebieskie.
Chłopiec spojrzał na nas z uśmiechem, co odwzajemniliśmy. Szybko jednak odwrócił głowę w stronę siostry, bawiącej się pieskiem. Ona uruchomiła w nim muzykę.
- WIKI!!- mojego męża było chyba słyszeć na drugim końcu wioski.
- Idę. Nie musisz się tak drzeć.- usłyszałam za drzwiami.
- Zabierz proszę swoich siostrzeńców na śniadanie.- poprosił z ładnym uśmiechem. Oczywiście wciąż znajdowaliśmy się w jednoznacznej pozycji.
- Okey. Chodźcie do cioci.- Podniosła je i zwróciła się do nas.- Rozumiem, że mamy nie czekać ze śniadaniem?
- Może nam to trochę zająć.- odpowiedział jej brat.
- Okey.- wyszła, ale na korytarzu krzyknęła do reszty tak, żebyśmy usłyszeli.- Przygotujcie sobie zatyczki do uszu, bo Rose i Dimka będą się sexić.
Zaśmiałam się na jej słowa. Strażnik pokręcił głową ze zrezygnowaniem, załamany bezpośredniością siostry, ale i on nie umiał powstrzymać uśmiechu. Po chwili wrócił do wcześniejszego zajęcia.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
wtorek, 6 grudnia 2016
ROZDZIAŁ 337
- Rose,- zaczęła moja siostra, siadając przy mnie.- za co kochasz Dymitra?
Zastanowiłam się chwilę nad odpowiedzą. Dziewczynka wtuliła się we mnie, a ja ją przytuliłam.
- Jest bardzo odważny, przystojny, dobry, uczciwy, zawsze mnie wspiera i wierzy we mnie. Jest moim wzorem do naśladowania. Wiem, że zawsze mogę na niego liczyć.
Po mojej odpowiedzi zapadła cisza. Już chciałam powiedzieć, żeby szła się szykować, kiedy znowu się odezwała.
- A czemu mnie kochasz?
- Bo jesteś moją siostrą i członkiem naszej rodziny.- odpowiedziałam po dłuższej chwili.- To dość trudno wyjaśnić. To tak jak kochasz tatę, mnie, Dymitra i swoją mamę.- wiedziałam, że wchodzę na delikatny temat.- Dlatego, że jesteśmy i zawsze dla ciebie będziemy.
- Mogę cię o coś prosić?- popatrzyła na mnie smutnym wzrokiem.
- Jasne myszko.- uśmiechnęłam się, aby dodać jej otuchy.
- Jak wrócimy, możemy pojechać na grób mamy?
- Jesteś pewna?- miałam wątpliwości, co do tego pomysłu.
- Tak.- była pewna i zdeterminowana.
- Skoro ci na tym zależy, to tak.
- Dziękuję. Jesteś wspaniała.- przytuliła mnie.- Kocham Cię.
- Ja ciebie też. I nigdy nie pozwolę, żeby coś ci się stało.
Umyciu się, położyliśmy się z mężem do łóżka i wtuliliśmy w siebie.
- Dzisiaj dużo się wydarzyło, nie uważasz Roza?- zaczął mój ukochany, głaszcząc mnie po brzuchu pod swoją bluzką. Od dawna służyła mi za cześć piżamy.
- To zależy, kiedy dla ciebie zaczęło się dzisiaj.
Zamyślił się na chwilę.
- Chyba od nocy.
- To tak. Dużo tego było. Aż szkoda, że stąd wyjeżdżamy.- westchnęłam.
- Wrócimy tu, nim się obejrzysz. Wciąż nie mogę uwierzyć w to, co zrobiłaś na cmentarzu. To było cudowne. Dziękuję Roza. Jesteś wspaniała.
- E tam. Należało jej się.- wzruszyłam ramionami.
W tej chwili do pokoju wbiegła dwójka roześmianych dzieci. Zoja miała śliczną niebieską piżamkę z misiem, a Łuka żółtą z wozem strażackim. Wskoczyły do łóżka, a my zrobiliśmy im miejsce pomiędzy nami.
- Może obejrzymy jakąś bajkę na dobranoc?- zaproponował mój mąż.
- Tak!- ucieszyły się.
Wstał i z torby wyciągnął laptop. Chwilę trwało, aż się uruchomił. Wszedł w internet i w wyszukiwarkę wpisał nazwę strony z filmami.
- To co oglądamy?- spytałam maluchy.
- Krainę Lodu.- zawołała dziewczynka.
- Auta.- w tej samej chwili zaproponował chłopiec.
- Hmm... to może 101 dalmatyńczyków.- zaproponowałam.
- Tak.
Po dwóch godzinach oboje zasnęli, przytuleni do nas.
- Mam być zazdrosna?-spytałam, patrząc na przytulną do Rosjanina Zoję.
- W niej płynie ta sama krew, co we mnie. To chyba ja powinienem czuć się zagrożony.- spojrzał na Łukę w moich objęciach i oboje zachichotaliśmy.- A teraz chodźmy spać. Jutro czeka nas długa podróż.
Wyciągnął w moją stronę rękę. Przysunęłam się, a ona znalazła się pod moją głową. Przerzuciłam rękę przez dzieci, kładąc ją na ukochanym. On przysunął mnie bliżej, uważając na siostrzeńców. Jednak noe zajmowali dużo miejsca.
- Twoja mama jest cudowna.- odezwałam się cicho po jakimś czasie.
- Bardzo ją kochamy.- przyznał Bielikow, z wciąż zamkniętymi oczami.
- Ona nie zasługuje na to.- podparłam głowę na łokciu, aby spojrzeć mu w twarz, a on popatrzył na mnie zdziwiony.- Na takie życie. Wydaje się być taka samotna.
Opadłam z powrotem na jego ramieniu, kreśląc wzorki na jego brzuchu i klatce piersiowej. Uśmiechnął się nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Wydaje ci się. Jest szczęśliwa. Ma Karolinę, Sonię, ich dzieci i Wiki.
- No ale patrz. Wiki wyjedzie, a dziewczyny są zajęte maluchami. Po za tym, one mają chłopaków, ciągle widzi naszą miłość, a ona jest sama.
-Acha! A więc to o to chodzi.-zrozumiał.- Roza wiem, że chcesz, ale nie uszczęśliwisz wszystkich. A nasza mama jest szczęśliwa i bez partnera.
-A skąd wiesz, co myśli? Może to ukrywać? Według mnie taka wspaniała kobieta, zasługuje na prawdziwą miłość.
- Nie jestem przekonany.- mój mąż zacisnął usta.
-Ale czemu? Pomyśl o nas. Jesteśmy bardzo szczęśliwi. Olena też może taka być. Do tego miałby kto jej pomagać. I w domu zawsze przyda się męska ręką.- wciąż się wahał, a wtedy mnie olśniło.- Ty się boisz!- podniosłam lekko głos i od razu się speszyłam, patrząc na dzieci. Na szczęście dalej spokojnie spały.- Nie chcesz, aby trafiła na drugiego Randalla.
Na imię ojca, spiął się. Westchnął ciężko.
- Takie blizny zostają na zawsze. Już dość się w życiu namęczyła.- spuścił smutno głowę.
- Wiem, że jest ci ciężko, ale nie wszyscy są tacy jak on. Większość jest lepsza.
- Myślisz, że ktoś by ją chciał? Patrząc na jej styl życia?- podniósł na mnie wzrok, pełny żalu.
- Na pewno. Olena jest wspaniałą kobietą o złotym sercu. Jej nie da się nie kochać. Musi tylko trafić na tego jedynego. A my jej pomożemy.
- O matko!- przewrócił oczami z uśmiechem.- No proszę. Co moja kochana żona wymyśliła?
- Jeszcze nic, ale na święta na pewno są ciekawe rzeczy w większych miastach. Coś, gdzie panie w swoim wieku, mogą poznać miłych panów. Myślałam nad jakimś strażnikiem. Oni raczej dbają o żony.- spojrzałam na Rosjanina z czułością.
- Ja tiebia liubliu Roza.- ucałował moją dłoń.
- Ja tiebia toże liubliu tovarishch.- uśmiechnęłam się do niego uroczo, ale przerwało mi ziewnięcie.
- Dokończymy tą rozmowę jutro, kochanie. Teraz idź spać.
- Dobranoc Towarzyszu.
- Dobranoc Roza.
- Ale to dziwne.- stwierdziłam.
- Co jest dziwne, słoneczko?
- Najpierw przez kilka miesięcy mówisz do mnie Roza, a później, gdy inni mówią do mnie Rose, czuję jakby zwracali się do kogoś innego.
Dymitr tylko się uśmiechnął i pocałował moją rękę.
- Choć tu skarbie bliżej, bo brakuje mi twoich ust.- zaczekał.
Podniosłam się na czworakach i przeszłam przez dzieci, siadając mu na brzuchu. Położyłam się na nim i cmoknęłam lekko jego wargi.
- Tak lepiej?- spytałam, nie zmieniając pozycji.
- Prawie.- przyciągnął mnie bliżej i wbił się mocno w moje wargi.
Oddałam pocałunek, gdy on wplutł dłonie w moje włosy. Po chwili się odsunęłam i położyłam obok. Przytuliłam do siebie Łukę, a mój ukochany Zoję i mnie. Po chwili pogrążyłam się w słodkim śnie.
Zastanowiłam się chwilę nad odpowiedzą. Dziewczynka wtuliła się we mnie, a ja ją przytuliłam.
- Jest bardzo odważny, przystojny, dobry, uczciwy, zawsze mnie wspiera i wierzy we mnie. Jest moim wzorem do naśladowania. Wiem, że zawsze mogę na niego liczyć.
Po mojej odpowiedzi zapadła cisza. Już chciałam powiedzieć, żeby szła się szykować, kiedy znowu się odezwała.
- A czemu mnie kochasz?
- Bo jesteś moją siostrą i członkiem naszej rodziny.- odpowiedziałam po dłuższej chwili.- To dość trudno wyjaśnić. To tak jak kochasz tatę, mnie, Dymitra i swoją mamę.- wiedziałam, że wchodzę na delikatny temat.- Dlatego, że jesteśmy i zawsze dla ciebie będziemy.
- Mogę cię o coś prosić?- popatrzyła na mnie smutnym wzrokiem.
- Jasne myszko.- uśmiechnęłam się, aby dodać jej otuchy.
- Jak wrócimy, możemy pojechać na grób mamy?
- Jesteś pewna?- miałam wątpliwości, co do tego pomysłu.
- Tak.- była pewna i zdeterminowana.
- Skoro ci na tym zależy, to tak.
- Dziękuję. Jesteś wspaniała.- przytuliła mnie.- Kocham Cię.
- Ja ciebie też. I nigdy nie pozwolę, żeby coś ci się stało.
Umyciu się, położyliśmy się z mężem do łóżka i wtuliliśmy w siebie.
- Dzisiaj dużo się wydarzyło, nie uważasz Roza?- zaczął mój ukochany, głaszcząc mnie po brzuchu pod swoją bluzką. Od dawna służyła mi za cześć piżamy.
- To zależy, kiedy dla ciebie zaczęło się dzisiaj.
Zamyślił się na chwilę.
- Chyba od nocy.
- To tak. Dużo tego było. Aż szkoda, że stąd wyjeżdżamy.- westchnęłam.
- Wrócimy tu, nim się obejrzysz. Wciąż nie mogę uwierzyć w to, co zrobiłaś na cmentarzu. To było cudowne. Dziękuję Roza. Jesteś wspaniała.
- E tam. Należało jej się.- wzruszyłam ramionami.
W tej chwili do pokoju wbiegła dwójka roześmianych dzieci. Zoja miała śliczną niebieską piżamkę z misiem, a Łuka żółtą z wozem strażackim. Wskoczyły do łóżka, a my zrobiliśmy im miejsce pomiędzy nami.
- Może obejrzymy jakąś bajkę na dobranoc?- zaproponował mój mąż.
- Tak!- ucieszyły się.
Wstał i z torby wyciągnął laptop. Chwilę trwało, aż się uruchomił. Wszedł w internet i w wyszukiwarkę wpisał nazwę strony z filmami.
- To co oglądamy?- spytałam maluchy.
- Krainę Lodu.- zawołała dziewczynka.
- Auta.- w tej samej chwili zaproponował chłopiec.
- Hmm... to może 101 dalmatyńczyków.- zaproponowałam.
- Tak.
Po dwóch godzinach oboje zasnęli, przytuleni do nas.
- Mam być zazdrosna?-spytałam, patrząc na przytulną do Rosjanina Zoję.
- W niej płynie ta sama krew, co we mnie. To chyba ja powinienem czuć się zagrożony.- spojrzał na Łukę w moich objęciach i oboje zachichotaliśmy.- A teraz chodźmy spać. Jutro czeka nas długa podróż.
Wyciągnął w moją stronę rękę. Przysunęłam się, a ona znalazła się pod moją głową. Przerzuciłam rękę przez dzieci, kładąc ją na ukochanym. On przysunął mnie bliżej, uważając na siostrzeńców. Jednak noe zajmowali dużo miejsca.
- Twoja mama jest cudowna.- odezwałam się cicho po jakimś czasie.
- Bardzo ją kochamy.- przyznał Bielikow, z wciąż zamkniętymi oczami.
- Ona nie zasługuje na to.- podparłam głowę na łokciu, aby spojrzeć mu w twarz, a on popatrzył na mnie zdziwiony.- Na takie życie. Wydaje się być taka samotna.
Opadłam z powrotem na jego ramieniu, kreśląc wzorki na jego brzuchu i klatce piersiowej. Uśmiechnął się nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Wydaje ci się. Jest szczęśliwa. Ma Karolinę, Sonię, ich dzieci i Wiki.
- No ale patrz. Wiki wyjedzie, a dziewczyny są zajęte maluchami. Po za tym, one mają chłopaków, ciągle widzi naszą miłość, a ona jest sama.
-Acha! A więc to o to chodzi.-zrozumiał.- Roza wiem, że chcesz, ale nie uszczęśliwisz wszystkich. A nasza mama jest szczęśliwa i bez partnera.
-A skąd wiesz, co myśli? Może to ukrywać? Według mnie taka wspaniała kobieta, zasługuje na prawdziwą miłość.
- Nie jestem przekonany.- mój mąż zacisnął usta.
-Ale czemu? Pomyśl o nas. Jesteśmy bardzo szczęśliwi. Olena też może taka być. Do tego miałby kto jej pomagać. I w domu zawsze przyda się męska ręką.- wciąż się wahał, a wtedy mnie olśniło.- Ty się boisz!- podniosłam lekko głos i od razu się speszyłam, patrząc na dzieci. Na szczęście dalej spokojnie spały.- Nie chcesz, aby trafiła na drugiego Randalla.
Na imię ojca, spiął się. Westchnął ciężko.
- Takie blizny zostają na zawsze. Już dość się w życiu namęczyła.- spuścił smutno głowę.
- Wiem, że jest ci ciężko, ale nie wszyscy są tacy jak on. Większość jest lepsza.
- Myślisz, że ktoś by ją chciał? Patrząc na jej styl życia?- podniósł na mnie wzrok, pełny żalu.
- Na pewno. Olena jest wspaniałą kobietą o złotym sercu. Jej nie da się nie kochać. Musi tylko trafić na tego jedynego. A my jej pomożemy.
- O matko!- przewrócił oczami z uśmiechem.- No proszę. Co moja kochana żona wymyśliła?
- Jeszcze nic, ale na święta na pewno są ciekawe rzeczy w większych miastach. Coś, gdzie panie w swoim wieku, mogą poznać miłych panów. Myślałam nad jakimś strażnikiem. Oni raczej dbają o żony.- spojrzałam na Rosjanina z czułością.
- Ja tiebia liubliu Roza.- ucałował moją dłoń.
- Ja tiebia toże liubliu tovarishch.- uśmiechnęłam się do niego uroczo, ale przerwało mi ziewnięcie.
- Dokończymy tą rozmowę jutro, kochanie. Teraz idź spać.
- Dobranoc Towarzyszu.
- Dobranoc Roza.
- Ale to dziwne.- stwierdziłam.
- Co jest dziwne, słoneczko?
- Najpierw przez kilka miesięcy mówisz do mnie Roza, a później, gdy inni mówią do mnie Rose, czuję jakby zwracali się do kogoś innego.
Dymitr tylko się uśmiechnął i pocałował moją rękę.
- Choć tu skarbie bliżej, bo brakuje mi twoich ust.- zaczekał.
Podniosłam się na czworakach i przeszłam przez dzieci, siadając mu na brzuchu. Położyłam się na nim i cmoknęłam lekko jego wargi.
- Tak lepiej?- spytałam, nie zmieniając pozycji.
- Prawie.- przyciągnął mnie bliżej i wbił się mocno w moje wargi.
Oddałam pocałunek, gdy on wplutł dłonie w moje włosy. Po chwili się odsunęłam i położyłam obok. Przytuliłam do siebie Łukę, a mój ukochany Zoję i mnie. Po chwili pogrążyłam się w słodkim śnie.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
niedziela, 4 grudnia 2016
ROZDZIAŁ 336
Mimo starań, Olena nie była w stanie mnie powstrzymać. Uparłam się i pomogłam jej z kolacją. W tym czasie Dymitr na górze nas pakował.
- Nie rozumiem, skąd ten pośpiech. Przecież urlop kończy wam się za dwa dni.
- Mamo, wiesz, że rano musimy wyjechać.- odpowiedziałam.- Po południu mamy samolot i pojutrze będziemy dopiero w Ameryce. Też nie chcemy wyjeżdżać, ale zobaczymy się za jakieś półtora miesiąca, na święta.
- Wiem, wiem.- westchnęła, a ja ją przytuliłam.
- Nam też nie jest łatwo. Bardzo lubię tu być, czuję się jak w prawdziwej rodzinie. Nie od strony męża, ale mojej własnej. Może krótko byliśmy ale i tak widzimy się częściej niż wy z Dymitrem wcześniej.
- To prawda. Czasami mam wrażenie, że to ty chcesz się z nami widzieć.
- Twój syn chciałby dla wszystkich dobrze, ale wybiera złe sposoby. Myśli, że im rzadziej będziemy się widzieć, tym mniej będziecie tęsknić. Wie, że będąc na służbie nie zawsze dostaniemy urlopu. Przez ten rok na naszą korzyść działała moja ciąża. On uwielbia tutaj być, nawet jeśli tego nie mówi, ja to widzę. Różnice w jego zachowaniu są ogromne. Tutaj zachowuje się swobodnie. Nie krępuje się przed nikim, a na Dworze ma opory, przed pokazywaniem swoich uczuć innym.
- Dimka?- zdziwiła się.- Najbardziej otwarty chłopiec w wiosce?
- Co?- zaskoczyła mnie.
- On od zawsze był gotowy na nowe znajomości. W każdym widział przyszłego przyjaciela. Otwarcie mówił co myśli i pokazywał co czuje. I nigdy nie przejmował się, co pomyślą inni. Był wesołym, zawsze uśmiechniętym dzieckiem pełnym energii i zawsze gotowy na nowe znajomości. Wszyscy go uwielbiali. Gdy coś proponował, jakąś zabawę, grę, to każdy się zgadzał. Poszliby za nim w ciemno. Pamiętam jak raz Dimka ze stołu ściągnął obrus, bo było na nim ciasto. To było w jego drugą w życiu Wielkanoc. Wszystko brudne, a on już był ubrany świątecznie. To nic, że jest cały w cieście, ważne, że mogę je jeść.- zachichotałam.- gdy tylko mnie zobaczył, uśmiechnął się i powiedział "pzeplasam". To było jego pierwsze słowo.- westchnęła melancholijnie.
Nawet jako małe dziecko, umiał się zachować. To zaskakujące jak bardzo się zmienił. Jak bardzo służba go zmieniła. To straszne. Jak wiele osób jest w jego sytuacji? Kiedyś wesołe dzieci, a teraz poważni strażnicy, nie zdolni nawet do słabego uśmiechu.
- Gdybyś powiedziała mi to na początku mojej znajomości z Dymitrem, nie uwierzyłabym ci. Od pierwszych treningów pokazywał się ze strony surowego, skupione na służbie strażnika. Nigdy nie pokazywał co czuje. Dopiero na moje komentarze zaczął się uśmiechać, lub załamywać z bezsilności.- uśmiechnęłam się na to wspomnienie.- Ale przy innych nie okazuje swoich uczuć. Ale pracuję nad tym, aby to się zmieniło. I idzie mi chyba dobrze. Nigdy nie pokazuje zmęczenia, zdenerwowania. Ma anielską cierpliwość, ale oprócz tego nauczył się wszystko ukrywać za, jak ja to nazywam, maską strażnika. W Akademii przy innych nic się nie dało wyczytać z jego twarzy. Była chyba bardziej kamienna od kamienia. Jednak ja go dobrze znałam i niekiedy umiałam coś wyczytać z jego oczu. Nad tym też pracujemy.
Nagle poczułam ręce, oplatające mnie od tyłu i usłyszałam głos przy uchu.
- I świetnie ci to wychodzi.- Rosjanin złożył drobny pocałunek ma moim karku.
- Ooo. Dziękuję Towarzyszu.- złapałam go za ręce, położone na moich ramionach, odwróciłam twarz i lekko pocałowałam go w usta.- Ja tiebia liubliu tovarishch.
- Ja tiebia toże liubliu Roza.
Nagle usłyszałam dźwięk robienia zdjęcia.
- Wybaczcie, ale musiałam.- uśmiechnęła się szeroko Wiki.- Tak słodko wyglądacie, że ustawię was sobie na tapecie.
Zaśmialiśmy się wszyscy.
- A teraz dzieci do jadalni i jeść.- rozkazał Olena.
Po chwili każdy siedział przy zastawionym stole i nakładał sobie jedzenie. Wzięliśmy też nasze maluchy, bo na pewno też już zgłodniały.
- Mamusiu.- zaczął siedzący obok mnie Łuka.- A dzisiaj bende mógł w końciu śpać ź ciociom i wujom?
- Jeśli nie mają nic przeciwko.- Sonia spojrzała na nas.
- Jasne maluchu.- potargałam mu blond czuprynkę, a on się uśmiechnął ukazując rozkoszne dołeczki.
- Mamo...- Zoja popatrzyła na Karolinę błagalnie.
Ona spojrzała na nas, a Dymitr skinął głową.
- Ty też kochanie.- ucałowała córeczkę w czoło.
Przez całą kolację próbowałam nakarmić Nastkę na wszystkie znane mi sposoby, ale dla niej ciekawsze było wszystko, tylko nie miska z kaszką.
- Kochanie, otwórz buźkę.- prosiłam, ale bez skutków.- Co ci takiego przeszkadza w tej kaszce?
Dziewczynka zamachnęła się i całe jedzenie znalazło się na nas dwóch. Wszyscy zaczęli się śmiać, ale gdy spojrzałam wilkiem na ukochanego, umilkł.
- No to teraz pójdziemy się umyć i przebrać. Siuuuuup.- podniosłam się z małą i poszła na górę.
Do wanienki nalałam ciepłej wody, trochę olejku i kilka zabawek. Rozebrałam córeczkę i ważyłam do wody, a ta od razu zaczęła się nią bawić i chlapać, zalewając całą łazienkę.
- Nie myśl kochanie, że ci odpuszczę. Musisz dużo jeść, bo jeszcze mi zemdlejesz z głodu i co będzie?- połaskotałam ją po brzuszku, na co ona zaśmiała się.
Po kąpieli osuszyłam ją ręcznikiem i wtarłam oliwkę dla dzieci. Ubrałam jej czyste ubranko i popatrzyła w piękne oczy.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham, skarbie.- przytuliłam ją do siebie.
Odłożyłam ją obok siebie i zaczęłam szukać coś na przebranie w walizce. Postanowiłam ubrać niebieską bluzkę na ramiączkach i białe, jeansowe spodenki do połowy uda. Nastka patrzyła na mnie uważnie.
- Co?- spytałam podnosząc ją.- Podoba się nowy strój mamusi?
Mała się uśmiechnęła i mnie przytuliła, gaworząc wesoło. Zeszłyśmy z powrotem na dół i zajęłam swoje miejsce. W końcu córeczka dała się nakarmić. Kiedy pomagałam Olenie sprzątać po kolacji, Dymitr poszedł porozmawiać z Karoliną o Konradzie. Mam nadzieję, że się pogodzą, bo są wspaniałą parą. Jeszcze chwilę porozmawialiśmy wszyscy w salonie, a dzieci bawiły się na podłodze. Dziewczyny powoli zaczęły się rozchodzić z dziećmi, żeby wyszukiwać je do spania. Też chciałam zająć się naszymi rozrabiakami, ale Bielikow uparł się, że sam to zrobi, bo ja więcej przy nich robię. Tak więc zostałam sama z Lili, która jeszcze nie poszła się szykować.
- Nie rozumiem, skąd ten pośpiech. Przecież urlop kończy wam się za dwa dni.
- Mamo, wiesz, że rano musimy wyjechać.- odpowiedziałam.- Po południu mamy samolot i pojutrze będziemy dopiero w Ameryce. Też nie chcemy wyjeżdżać, ale zobaczymy się za jakieś półtora miesiąca, na święta.
- Wiem, wiem.- westchnęła, a ja ją przytuliłam.
- Nam też nie jest łatwo. Bardzo lubię tu być, czuję się jak w prawdziwej rodzinie. Nie od strony męża, ale mojej własnej. Może krótko byliśmy ale i tak widzimy się częściej niż wy z Dymitrem wcześniej.
- To prawda. Czasami mam wrażenie, że to ty chcesz się z nami widzieć.
- Twój syn chciałby dla wszystkich dobrze, ale wybiera złe sposoby. Myśli, że im rzadziej będziemy się widzieć, tym mniej będziecie tęsknić. Wie, że będąc na służbie nie zawsze dostaniemy urlopu. Przez ten rok na naszą korzyść działała moja ciąża. On uwielbia tutaj być, nawet jeśli tego nie mówi, ja to widzę. Różnice w jego zachowaniu są ogromne. Tutaj zachowuje się swobodnie. Nie krępuje się przed nikim, a na Dworze ma opory, przed pokazywaniem swoich uczuć innym.
- Dimka?- zdziwiła się.- Najbardziej otwarty chłopiec w wiosce?
- Co?- zaskoczyła mnie.
- On od zawsze był gotowy na nowe znajomości. W każdym widział przyszłego przyjaciela. Otwarcie mówił co myśli i pokazywał co czuje. I nigdy nie przejmował się, co pomyślą inni. Był wesołym, zawsze uśmiechniętym dzieckiem pełnym energii i zawsze gotowy na nowe znajomości. Wszyscy go uwielbiali. Gdy coś proponował, jakąś zabawę, grę, to każdy się zgadzał. Poszliby za nim w ciemno. Pamiętam jak raz Dimka ze stołu ściągnął obrus, bo było na nim ciasto. To było w jego drugą w życiu Wielkanoc. Wszystko brudne, a on już był ubrany świątecznie. To nic, że jest cały w cieście, ważne, że mogę je jeść.- zachichotałam.- gdy tylko mnie zobaczył, uśmiechnął się i powiedział "pzeplasam". To było jego pierwsze słowo.- westchnęła melancholijnie.
Nawet jako małe dziecko, umiał się zachować. To zaskakujące jak bardzo się zmienił. Jak bardzo służba go zmieniła. To straszne. Jak wiele osób jest w jego sytuacji? Kiedyś wesołe dzieci, a teraz poważni strażnicy, nie zdolni nawet do słabego uśmiechu.
- Gdybyś powiedziała mi to na początku mojej znajomości z Dymitrem, nie uwierzyłabym ci. Od pierwszych treningów pokazywał się ze strony surowego, skupione na służbie strażnika. Nigdy nie pokazywał co czuje. Dopiero na moje komentarze zaczął się uśmiechać, lub załamywać z bezsilności.- uśmiechnęłam się na to wspomnienie.- Ale przy innych nie okazuje swoich uczuć. Ale pracuję nad tym, aby to się zmieniło. I idzie mi chyba dobrze. Nigdy nie pokazuje zmęczenia, zdenerwowania. Ma anielską cierpliwość, ale oprócz tego nauczył się wszystko ukrywać za, jak ja to nazywam, maską strażnika. W Akademii przy innych nic się nie dało wyczytać z jego twarzy. Była chyba bardziej kamienna od kamienia. Jednak ja go dobrze znałam i niekiedy umiałam coś wyczytać z jego oczu. Nad tym też pracujemy.
Nagle poczułam ręce, oplatające mnie od tyłu i usłyszałam głos przy uchu.
- I świetnie ci to wychodzi.- Rosjanin złożył drobny pocałunek ma moim karku.
- Ooo. Dziękuję Towarzyszu.- złapałam go za ręce, położone na moich ramionach, odwróciłam twarz i lekko pocałowałam go w usta.- Ja tiebia liubliu tovarishch.
- Ja tiebia toże liubliu Roza.
Nagle usłyszałam dźwięk robienia zdjęcia.
- Wybaczcie, ale musiałam.- uśmiechnęła się szeroko Wiki.- Tak słodko wyglądacie, że ustawię was sobie na tapecie.
Zaśmialiśmy się wszyscy.
- A teraz dzieci do jadalni i jeść.- rozkazał Olena.
Po chwili każdy siedział przy zastawionym stole i nakładał sobie jedzenie. Wzięliśmy też nasze maluchy, bo na pewno też już zgłodniały.
- Mamusiu.- zaczął siedzący obok mnie Łuka.- A dzisiaj bende mógł w końciu śpać ź ciociom i wujom?
- Jeśli nie mają nic przeciwko.- Sonia spojrzała na nas.
- Jasne maluchu.- potargałam mu blond czuprynkę, a on się uśmiechnął ukazując rozkoszne dołeczki.
- Mamo...- Zoja popatrzyła na Karolinę błagalnie.
Ona spojrzała na nas, a Dymitr skinął głową.
- Ty też kochanie.- ucałowała córeczkę w czoło.
Przez całą kolację próbowałam nakarmić Nastkę na wszystkie znane mi sposoby, ale dla niej ciekawsze było wszystko, tylko nie miska z kaszką.
- Kochanie, otwórz buźkę.- prosiłam, ale bez skutków.- Co ci takiego przeszkadza w tej kaszce?
Dziewczynka zamachnęła się i całe jedzenie znalazło się na nas dwóch. Wszyscy zaczęli się śmiać, ale gdy spojrzałam wilkiem na ukochanego, umilkł.
- No to teraz pójdziemy się umyć i przebrać. Siuuuuup.- podniosłam się z małą i poszła na górę.
Do wanienki nalałam ciepłej wody, trochę olejku i kilka zabawek. Rozebrałam córeczkę i ważyłam do wody, a ta od razu zaczęła się nią bawić i chlapać, zalewając całą łazienkę.
- Nie myśl kochanie, że ci odpuszczę. Musisz dużo jeść, bo jeszcze mi zemdlejesz z głodu i co będzie?- połaskotałam ją po brzuszku, na co ona zaśmiała się.
Po kąpieli osuszyłam ją ręcznikiem i wtarłam oliwkę dla dzieci. Ubrałam jej czyste ubranko i popatrzyła w piękne oczy.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham, skarbie.- przytuliłam ją do siebie.
Odłożyłam ją obok siebie i zaczęłam szukać coś na przebranie w walizce. Postanowiłam ubrać niebieską bluzkę na ramiączkach i białe, jeansowe spodenki do połowy uda. Nastka patrzyła na mnie uważnie.
- Co?- spytałam podnosząc ją.- Podoba się nowy strój mamusi?
Mała się uśmiechnęła i mnie przytuliła, gaworząc wesoło. Zeszłyśmy z powrotem na dół i zajęłam swoje miejsce. W końcu córeczka dała się nakarmić. Kiedy pomagałam Olenie sprzątać po kolacji, Dymitr poszedł porozmawiać z Karoliną o Konradzie. Mam nadzieję, że się pogodzą, bo są wspaniałą parą. Jeszcze chwilę porozmawialiśmy wszyscy w salonie, a dzieci bawiły się na podłodze. Dziewczyny powoli zaczęły się rozchodzić z dziećmi, żeby wyszukiwać je do spania. Też chciałam zająć się naszymi rozrabiakami, ale Bielikow uparł się, że sam to zrobi, bo ja więcej przy nich robię. Tak więc zostałam sama z Lili, która jeszcze nie poszła się szykować.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
piątek, 2 grudnia 2016
ROZDZIAŁ 335
Tak jak zapowiedziała kobieta o 17 wszyscy byli gotowi. Dzieci ciepło ubrane, na karmione przewinięte, dziewczyny i Kola w ciepłych kurtkach, a my z mężem w naszych prochowcach. Szliśmy między nagrobkami, oświetlonymi jedynie kolorowymi zniczami. Każdy z nas miał kilka. Jeden dla Jewy i jej męża, drugi za dampiry podległe w walce. Dołączyli do nas Oksana, Mark Ola i Wincenty. Oni też mieli komu je dać. Nasza mała procesja zatrzymała się przed grobem babci mojego męża. Najpierw uczciliśmy jej pamięć milczeniem, po czym każdy powiedział kilka słów od siebie.
- Początki naszej znajomości nie były za bardzo przyjazne.- zaczęłam po rosyjsku, gdy przyszła moja kolej. Uznałam, że zasługuje na to.- Była bardzo tajemniczą kobietą. Jakie było moje zdziwienie, kiedy powiedziała do mnie po angielsku.- uśmiechnęłam się smutno.- A teraz, patrząc na was, widzę wesołą, kochająca się i dobrze wychowaną rodzinę. Nie da się ukryć, że to jej zasługa. Dlatego cieszę się, że poznałam tak wspaniałą kobietę i mogę chwalić się, że należę do jej rodziny.
Kiedy skończyłam, zobaczyłam łzy w oczach zgromadzonych. Sama poczułam pieczenie pod powiekami. Dymitr przytulił mnie do siebie.
- Dziękuję Roza.- szepnął mi wzruszony.
- Przyjemność po mojej stronie.- odpowiedziałam szczerze, zanim się od siebie odsunęliśmy.- Ej, co to za miny. Ona na pewno nie chciałaby, żebyście się smucili. Teraz jest szczęśliwa.
Reszta uśmiechnęła się przez łzy. Wracając podeszliśmy do krzyża schowanego na uboczu. Był on poświęcony przemienionym w strzygi i strażnikom poległym w walce. Każdy z nas, jak poprzednio, postawiło pod nim znicz i zmówiło modlitwę. Przez ten czas myślałam o wszystkich, którzy nigdy nie wrócili z walki w Akademii. Do domu szliśmy w ciszy. Nastka zaczęła się wierci w spacerówce, więc Dymitr wziął ją na ręce. Ja to samo zrobiłam z synkiem. Dzieci rozglądały się ciekawe dookoła, z uśmiechami. Córeczka zaczęła dotykać różnych części twarzy mojego męża, a on wydawał różne dźwięki dla każdej, badanej przez nią rzeczy. To było bardzo zabawne i każdemu poprawiło humor. Oczywiście jak to z bliźniakami bywa, Felix też chciał. Ta więc maluchy molestowały nasze twarze, a reszta się śmiała. My w sumie też.
- My musimy już wracać do domu.- powiedziała w pewnym momencie Ola.- Ale może jeszcze się zdzwonimy i spotkamy gdzieś?
- Dobrze. To pa.- przytuliłam ją.
Wincenty wolał nawet się do mnie nie zbliżać, ale zmusiłam go do przytulenia mnie. Następnie całą rodzinką wróciliśmy do domu.
- Uch... robi się coraz zimniej.- westchnęła Olena, włączając ogrzewanie.- Zapowiada się sroga zima.
- Mmm... możemy wtedy pojechać w głąb Syberii i może Rose przestanie widzieć w Bai Arktyki.- zaśmiał się Dymitr, obejmując mnie.
- Przykro mi, towarzyszu, ale to mało prawdopodobne.
- Idźcie umyć ręce i podam zaraz kolację.- postanowiła moja teściowa, wchodząc do kuchni.
- A ja ci pomogę.- krzyknęłam i pobiegłam na górę tak, że kobieta nie zdążyła zaprzeczyć.
Po chwili dołączył do mnie ukochany. Dzieci były zmęczone, choć starannie to ukrywały. Ale szybko zasnęły przy bajce Rosjanina. Mi samej zachciało się spać. Miał taki melodyjny i spokojny głos, wręcz usypiający. Nie było na niego siły.
- A mi też poczytasz kiedyś na dobranoc?- spytałam w seksownej pozie i z niewinnym uśmiechem.
- Z tobą Roza mam ciekawsze zajęcie.- wstał z łóżka i odłożył książeczkę na półkę.
- A niby jakie?- zamknęłam za sobą drzwi.
- Powtarzamy przed snem bardzo istotne techniki różnych chwytów.- mruknął, podchodząc do mnie, kładąc dłonie mi na talii i pieszcząc moja szyję ustami.- W praktyce.
- Kotek wciąż spragniony mleczka?- zamruczałam mu do ucha.
- Tygrysy potrzebują go więcej. A ja mogę go kosztować nawet cały dzień.- w jego oczach zabłysło pożądanie.
Parsknęłam śmiechem.
- Typowy, wiecznie nie wyżyty facet.- westchnęła odsuwając go od siebie.
- Ja jednak wolę określenie "Tygrys". Jest takie bardziej...- szukał odpowiedniego słowa.
- Drapieżne, podniecające, łechtające wasze ego?- podsunęłam.
- Wcale nie mam wielkiego ego!- oburzył się.
- Tego nie powiedziałam. Ale i tak lubisz pochwały, ty mój Tygrysie. A teraz idę na dół, bo ja prawdę mam zamiar pomóc mamie.- oznajmiłam, odwracając się do drzwi.
- Lubię, jak ją tak nazywasz.- mąż objął mnie od tyłu.- Cieszę się, że tak szybko pokochałaś moją rodzinę. Z resztą ze wzajemnością.
- Od początku traktowały mnie jak rodzinę. Zwłaszcza Olena i Wiki. Po za tym są tak podobne do ciebie, że aż nie da się ich nie kochać.
- Mojemu ojcu się udała.- westchnął cicho.
- Bo on nikogo nigdy nie pokocha. Nie zasługuje na to uczucie.- odpowiedziałam i cmoknęłam go w policzek.- Wracając. Dziewczyny od razu rozpoznały, co nas łączyło i łączy.
- Ja tiebia liubliu Roza.- odwrócił mnie przodem do siebie.
- Ja tiebia toże liubliu tovarishch.- zarzuciłam mu ramiona na szyję i złączyłam nasze usta, wspinając się na palce.
Szybko odwzajemnił mój pocałunek, wkładając w to całą swoją miłość. Pogłębiłam go, dając mu dostęp, z którego bez wahania skorzystał. Podniósł mnie na uda i przyparł do drzwi. Automatycznie zaczęłam bawić się jego, luźno opadającymi z tyłu głowy włosami, przeczesując je palcami i delikatnie za nie ciągnąć. Oderwaliśmy się od siebie, gdy zabrakło nam powietrza, jednak wciąż byliśmy niezwykle blisko siebie. Dymitr ostrożnie mnie puścił, a ja stanęłam na własnych nogach. Uśmiechnęliśmy się do siebie, z miłością wpisaną w naszych oczach. Jak ja kocham ten czekoladowy brąz jego tęczówek, o intensywności zależnej od światła. W ciemnościach wyglądają jak gęsta masa kakaowe, w której aż chciałoby się zatopić. Za to w świetle przybierały barwę cieplej, mlecznej czekolady do picia. Następnie odsunęłam się od niego, cmoknęłam go w policzek i skierowałam się na korytarz.
- Roza.- zawołał gdy byłam już przy schodach, więc się odwróciłam.- Dziękuję. Za dzisiaj. Że byłaś z nami, za to co powiedziałaś, za to, że tu jesteśmy.
Uśmiechnęłam się do niego delikatnie i zaszłam na dół.
- Początki naszej znajomości nie były za bardzo przyjazne.- zaczęłam po rosyjsku, gdy przyszła moja kolej. Uznałam, że zasługuje na to.- Była bardzo tajemniczą kobietą. Jakie było moje zdziwienie, kiedy powiedziała do mnie po angielsku.- uśmiechnęłam się smutno.- A teraz, patrząc na was, widzę wesołą, kochająca się i dobrze wychowaną rodzinę. Nie da się ukryć, że to jej zasługa. Dlatego cieszę się, że poznałam tak wspaniałą kobietę i mogę chwalić się, że należę do jej rodziny.
Kiedy skończyłam, zobaczyłam łzy w oczach zgromadzonych. Sama poczułam pieczenie pod powiekami. Dymitr przytulił mnie do siebie.
- Dziękuję Roza.- szepnął mi wzruszony.
- Przyjemność po mojej stronie.- odpowiedziałam szczerze, zanim się od siebie odsunęliśmy.- Ej, co to za miny. Ona na pewno nie chciałaby, żebyście się smucili. Teraz jest szczęśliwa.
Reszta uśmiechnęła się przez łzy. Wracając podeszliśmy do krzyża schowanego na uboczu. Był on poświęcony przemienionym w strzygi i strażnikom poległym w walce. Każdy z nas, jak poprzednio, postawiło pod nim znicz i zmówiło modlitwę. Przez ten czas myślałam o wszystkich, którzy nigdy nie wrócili z walki w Akademii. Do domu szliśmy w ciszy. Nastka zaczęła się wierci w spacerówce, więc Dymitr wziął ją na ręce. Ja to samo zrobiłam z synkiem. Dzieci rozglądały się ciekawe dookoła, z uśmiechami. Córeczka zaczęła dotykać różnych części twarzy mojego męża, a on wydawał różne dźwięki dla każdej, badanej przez nią rzeczy. To było bardzo zabawne i każdemu poprawiło humor. Oczywiście jak to z bliźniakami bywa, Felix też chciał. Ta więc maluchy molestowały nasze twarze, a reszta się śmiała. My w sumie też.
- My musimy już wracać do domu.- powiedziała w pewnym momencie Ola.- Ale może jeszcze się zdzwonimy i spotkamy gdzieś?
- Dobrze. To pa.- przytuliłam ją.
Wincenty wolał nawet się do mnie nie zbliżać, ale zmusiłam go do przytulenia mnie. Następnie całą rodzinką wróciliśmy do domu.
- Uch... robi się coraz zimniej.- westchnęła Olena, włączając ogrzewanie.- Zapowiada się sroga zima.
- Mmm... możemy wtedy pojechać w głąb Syberii i może Rose przestanie widzieć w Bai Arktyki.- zaśmiał się Dymitr, obejmując mnie.
- Przykro mi, towarzyszu, ale to mało prawdopodobne.
- Idźcie umyć ręce i podam zaraz kolację.- postanowiła moja teściowa, wchodząc do kuchni.
- A ja ci pomogę.- krzyknęłam i pobiegłam na górę tak, że kobieta nie zdążyła zaprzeczyć.
Po chwili dołączył do mnie ukochany. Dzieci były zmęczone, choć starannie to ukrywały. Ale szybko zasnęły przy bajce Rosjanina. Mi samej zachciało się spać. Miał taki melodyjny i spokojny głos, wręcz usypiający. Nie było na niego siły.
- A mi też poczytasz kiedyś na dobranoc?- spytałam w seksownej pozie i z niewinnym uśmiechem.
- Z tobą Roza mam ciekawsze zajęcie.- wstał z łóżka i odłożył książeczkę na półkę.
- A niby jakie?- zamknęłam za sobą drzwi.
- Powtarzamy przed snem bardzo istotne techniki różnych chwytów.- mruknął, podchodząc do mnie, kładąc dłonie mi na talii i pieszcząc moja szyję ustami.- W praktyce.
- Kotek wciąż spragniony mleczka?- zamruczałam mu do ucha.
- Tygrysy potrzebują go więcej. A ja mogę go kosztować nawet cały dzień.- w jego oczach zabłysło pożądanie.
Parsknęłam śmiechem.
- Typowy, wiecznie nie wyżyty facet.- westchnęła odsuwając go od siebie.
- Ja jednak wolę określenie "Tygrys". Jest takie bardziej...- szukał odpowiedniego słowa.
- Drapieżne, podniecające, łechtające wasze ego?- podsunęłam.
- Wcale nie mam wielkiego ego!- oburzył się.
- Tego nie powiedziałam. Ale i tak lubisz pochwały, ty mój Tygrysie. A teraz idę na dół, bo ja prawdę mam zamiar pomóc mamie.- oznajmiłam, odwracając się do drzwi.
- Lubię, jak ją tak nazywasz.- mąż objął mnie od tyłu.- Cieszę się, że tak szybko pokochałaś moją rodzinę. Z resztą ze wzajemnością.
- Od początku traktowały mnie jak rodzinę. Zwłaszcza Olena i Wiki. Po za tym są tak podobne do ciebie, że aż nie da się ich nie kochać.
- Mojemu ojcu się udała.- westchnął cicho.
- Bo on nikogo nigdy nie pokocha. Nie zasługuje na to uczucie.- odpowiedziałam i cmoknęłam go w policzek.- Wracając. Dziewczyny od razu rozpoznały, co nas łączyło i łączy.
- Ja tiebia liubliu Roza.- odwrócił mnie przodem do siebie.
- Ja tiebia toże liubliu tovarishch.- zarzuciłam mu ramiona na szyję i złączyłam nasze usta, wspinając się na palce.
Szybko odwzajemnił mój pocałunek, wkładając w to całą swoją miłość. Pogłębiłam go, dając mu dostęp, z którego bez wahania skorzystał. Podniósł mnie na uda i przyparł do drzwi. Automatycznie zaczęłam bawić się jego, luźno opadającymi z tyłu głowy włosami, przeczesując je palcami i delikatnie za nie ciągnąć. Oderwaliśmy się od siebie, gdy zabrakło nam powietrza, jednak wciąż byliśmy niezwykle blisko siebie. Dymitr ostrożnie mnie puścił, a ja stanęłam na własnych nogach. Uśmiechnęliśmy się do siebie, z miłością wpisaną w naszych oczach. Jak ja kocham ten czekoladowy brąz jego tęczówek, o intensywności zależnej od światła. W ciemnościach wyglądają jak gęsta masa kakaowe, w której aż chciałoby się zatopić. Za to w świetle przybierały barwę cieplej, mlecznej czekolady do picia. Następnie odsunęłam się od niego, cmoknęłam go w policzek i skierowałam się na korytarz.
- Roza.- zawołał gdy byłam już przy schodach, więc się odwróciłam.- Dziękuję. Za dzisiaj. Że byłaś z nami, za to co powiedziałaś, za to, że tu jesteśmy.
Uśmiechnęłam się do niego delikatnie i zaszłam na dół.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
środa, 30 listopada 2016
ROZDZIAŁ 334
ROSE
- Dymitr?- spojrzał na mnie pytająco.- Naprawdę się bałeś?
Szliśmy, wtuleni w siebie mocno, w stronę domu. Miałam narzucony na siebie płaszcz ukochanego, bo nie wzięłam swojego ze starego domu. Wiki zadzwoniła do mnie i powiedziała, że go znalazła, oczywiście przerywając nam. Jakby inaczej. Ale dzięki temu zobaczyliśmy ile czasu nam zleciało. Spędziliśmy na sexie dwie godziny! To chyba nasz nowy rekord.
- Tak.- przyznał. Byłem przerażony. Dlatego dostałaś karę.- uśmiechnął się do mnie.- No i za te męczarnie.- wskazał na siebie.- Nie wierzę, że dałem się pomalować dwa razy w ciągu doby. Ale dalej nie wiem jak zrobiłyście te efekty.
- Co było najstraszniejsze?- zignorowałam jego pytanie.
- Czym dalej szliśmy, tym było gorzej.- odwrócił się i spojrzał na mnie z góry.- Ale wiedz, że jeśli w snach będzie nawiedzać mnie zjawa z korytarza, albo ty w formie narzeczonej Frankensteina, to tylko i jedynie twoja wina.
- Oczywiście, mój ty Frankensteinie.- oparłam mu dłonie na torsie i wspinając się na palce, cmoknęłam go w usta.
- A kto wychodził z tego ostatniego pokoju? Kim był ten jeździec?- spytał z dziwną miną.
Zaczęłam się śmiać.
- Czyżbyś był zazdrosny?- gdy zacisnął bardziej zęby, roześmiałam się jeszcze głośniej.- Och, towarzyszu, nie masz o co. Dla mnie liczy się tylko jeden kowboj.
Złapał mnie za talię i przysunął bliżej siebie, łącząc nasze wargi w zaborczym pocałunku.
- I masz o tym nie zapominać.- zastrzegł.
- Nie mogłabym. Już nie umiem. Jeśli kiedykolwiek stracę pamięć, ty będziesz tym, kogo zapamiętam. Już jesteś zapisany w moim sercu na zawsze.
Potarłam ramiona, bo robiło się chłodno. Choć różnica temperatur między Bają a Montaną nie jest duża, w okresie jesiennym czuć ją bardziej.
- Chodź moja zapisana w sercu, bo nie mam zamiaru przywozić do Ameryki kostki lodu.- mąż objął mnie ramieniem i szliśmy dalej.- Co bym powiedział królowej?
- Że zamarzłam.-wzruszyłam ramionami z uśmiechem.- Ale nie jest, aż tak zimno, nie przesadzaj.
- A więc to już nie jest dla ciebie Antarktyda?- zaśmiał się.
- No nie wiem. Może zaraz zza drzewa wyskoczy nam jakiś miś polarny. Uważaj!- wskazałam za siebie.
Dymitr odwrócił się gotowy do walki, a ja zaczęłam się śmiać. Zmierzył mnie spojrzeniem, a później tylko pokręcił głową z bezsilnością.
- Ej, przynajmniej nie jest nudno.- zauważyłam.
- To prawda, od tych dwóch lat, żaden dzień spędzony z tobą nie był bezczynny. A ile mi strachu przez ten czas napędziłaś, to tylko ja wiem.
- Przynajmniej nie jest nudno.- powtórzyłam ciszej, opierając na ramieniu Rosjanina głowę.
On nagle zdjął ze mnie płaszcz i bardziej mnie nim opatulił tak, że nie mogłabym iść. Ale wziął mnie na ręce i zaczął nieść. Dopiero teraz poczułam jak bardzo wymęczył mnie ten dzień i noc. Mogłam się kłócić, że sama umiem iść, ale obawiam się, że gdyby mnie teraz postawił, jednak bym nie umiała. Wtuliłam się w ciepłe ciało strażnika, wsłuchując się w jego równe kroki, skupiając się na lekkim podskakiwaniu w ich rytm, nasłuchując bicia jego serca, wdychając świeże, trochę chłodne powietrze, wymieszane z zapachem lasu i mojej ulubionej wody kolońskiej. Ten ostatni trochę wywietrzał przez noc, jednak byłam w idealnym miejscu, by napawać się jego resztkami. Nawet nie zauważyłam, kiedy zasnęłam.
- Dzień dobry Rose, na pewno jesteś głodna.- uśmiechnęła się.
- Dzień dobry mamo.- przytuliłam kobietę.- Może trochę. Ale nie kłopocz się, zrobię sobie coś do jedzenia.
- Nie wygłupiaj się i chodź za mną. Zupa jeszcze ciepła.-razem poszłyśmy do kuchni.- A gdzie mój syn?
- Jeszcze odsypia wczoraj.- odpowiedziałam, siadając do stołu.- Trochę z dziewczynami ich nastraszyliśmy. Aż się dziwię, że jeszcze żyjemy.
Przede mną wylądowała miska z dziwną zupą. Ostrożnie jej spróbowałam. Ummm.... Była pyszna. Zaczęłam ją jeść, jakbym tydzień nic w ustach nie miała. Wyczułam w niej warzywa i kasze gryczaną.
- Na pewno zrozumieli, że to tylko taki żart, a że was kochają, nie mają się o co gniewać. W końcu to był Halloween.
- Możliwe.- oderwałam się na chwilę od posiłku.- Co to jest? Smakuje wybornie.
- Krupnik. Cieszę się. Mogę dać ci przepis.- zaproponowała.
- Na pewno Dymitr mnie nauczy.- zapewniłam.
- Najpierw sam musi umieć.
- Nie umie?!- zdziwiłam się.
- Nie. Uznał, że nie dorówna mi i nawet nie chce próbować. To jego ulubiona zupa.
- No to muszę mieć ten przepis.- wstałam i włożyłam pusty talerz do zmywarki.
Razem wróciłyśmy do salonu. Do dziewczyn dołączyli Kola i Konrad. Usiadłam na podłodze, a gdy dzieci tylko mnie zobaczyły, zostawiły swoje zabawki i przyraczkowały do mnie.
- Hej, słoneczka. Mamusia też tęskniła.- objęłam je ramionami, gdy wtuliły się we mnie.
Felix wdrapał się na moje kolana, więc Nastka też chciała, ale nie miała miejsca. Zaczęli się kłócić, a ja cieszyłam się, że znowu mam je przy sobie. Nagle czyjeś dłonie podniosły małą i przytuliły do siebie.
- Ja cię przygarnę, księżniczko.- uśmiechnął się mój mąż, na co dampirzyca odpowiedziała śmiechem.
- Dzień dobry, towarzyszu.
- Hej, skarbie.- pochylił się i pocałował mnie lekko w usta.- Gdzie mi uciekłaś rano?
- Do dzieci. Bo chyba mi nie powiesz, że za nimi nie tęskniłeś.
Usiadł obok mnie i razem bawiliśmy się z dziećmi.
- Dimka, choć coś zjeść.- zawołała Olena.
- Dobrze mamo.- podał mi dziewczynkę, złożył opiekuńczy pocałunek na czołach naszej trójki i wstał.
- Pięknie wszyscy razem wyglądacie.- zachwycała się Wiki na kolanach Koli.
- Wy też. A im co się stało?- spojrzałam na smutnego Konrada, który wychodził i obrażoną Karolinę, w całkowitej separacji.
Dziewczyna nawet nie spojrzała na ukochanego.
- Pokłócili się.- westchnęła Sonia, z synkiem na kolanach.- Nawet nie wiadomo o co.
- Ja wiem.- uśmiechnął się Mikołaj, a my na niego spojrzałyśmy.- Konrad nie jest strażnikiem. Jeździł na studia medyczne.
Już chciała się odezwać, ale przeszkodził mi głos Oleny.
- Dzieci, o 17 idziemy na cmentarz.- zasmuciła się, a jej syn ją przytulił
- Dymitr?- spojrzał na mnie pytająco.- Naprawdę się bałeś?
Szliśmy, wtuleni w siebie mocno, w stronę domu. Miałam narzucony na siebie płaszcz ukochanego, bo nie wzięłam swojego ze starego domu. Wiki zadzwoniła do mnie i powiedziała, że go znalazła, oczywiście przerywając nam. Jakby inaczej. Ale dzięki temu zobaczyliśmy ile czasu nam zleciało. Spędziliśmy na sexie dwie godziny! To chyba nasz nowy rekord.
- Tak.- przyznał. Byłem przerażony. Dlatego dostałaś karę.- uśmiechnął się do mnie.- No i za te męczarnie.- wskazał na siebie.- Nie wierzę, że dałem się pomalować dwa razy w ciągu doby. Ale dalej nie wiem jak zrobiłyście te efekty.
- Co było najstraszniejsze?- zignorowałam jego pytanie.
- Czym dalej szliśmy, tym było gorzej.- odwrócił się i spojrzał na mnie z góry.- Ale wiedz, że jeśli w snach będzie nawiedzać mnie zjawa z korytarza, albo ty w formie narzeczonej Frankensteina, to tylko i jedynie twoja wina.
- Oczywiście, mój ty Frankensteinie.- oparłam mu dłonie na torsie i wspinając się na palce, cmoknęłam go w usta.
- A kto wychodził z tego ostatniego pokoju? Kim był ten jeździec?- spytał z dziwną miną.
Zaczęłam się śmiać.
- Czyżbyś był zazdrosny?- gdy zacisnął bardziej zęby, roześmiałam się jeszcze głośniej.- Och, towarzyszu, nie masz o co. Dla mnie liczy się tylko jeden kowboj.
Złapał mnie za talię i przysunął bliżej siebie, łącząc nasze wargi w zaborczym pocałunku.
- I masz o tym nie zapominać.- zastrzegł.
- Nie mogłabym. Już nie umiem. Jeśli kiedykolwiek stracę pamięć, ty będziesz tym, kogo zapamiętam. Już jesteś zapisany w moim sercu na zawsze.
Potarłam ramiona, bo robiło się chłodno. Choć różnica temperatur między Bają a Montaną nie jest duża, w okresie jesiennym czuć ją bardziej.
- Chodź moja zapisana w sercu, bo nie mam zamiaru przywozić do Ameryki kostki lodu.- mąż objął mnie ramieniem i szliśmy dalej.- Co bym powiedział królowej?
- Że zamarzłam.-wzruszyłam ramionami z uśmiechem.- Ale nie jest, aż tak zimno, nie przesadzaj.
- A więc to już nie jest dla ciebie Antarktyda?- zaśmiał się.
- No nie wiem. Może zaraz zza drzewa wyskoczy nam jakiś miś polarny. Uważaj!- wskazałam za siebie.
Dymitr odwrócił się gotowy do walki, a ja zaczęłam się śmiać. Zmierzył mnie spojrzeniem, a później tylko pokręcił głową z bezsilnością.
- Ej, przynajmniej nie jest nudno.- zauważyłam.
- To prawda, od tych dwóch lat, żaden dzień spędzony z tobą nie był bezczynny. A ile mi strachu przez ten czas napędziłaś, to tylko ja wiem.
- Przynajmniej nie jest nudno.- powtórzyłam ciszej, opierając na ramieniu Rosjanina głowę.
On nagle zdjął ze mnie płaszcz i bardziej mnie nim opatulił tak, że nie mogłabym iść. Ale wziął mnie na ręce i zaczął nieść. Dopiero teraz poczułam jak bardzo wymęczył mnie ten dzień i noc. Mogłam się kłócić, że sama umiem iść, ale obawiam się, że gdyby mnie teraz postawił, jednak bym nie umiała. Wtuliłam się w ciepłe ciało strażnika, wsłuchując się w jego równe kroki, skupiając się na lekkim podskakiwaniu w ich rytm, nasłuchując bicia jego serca, wdychając świeże, trochę chłodne powietrze, wymieszane z zapachem lasu i mojej ulubionej wody kolońskiej. Ten ostatni trochę wywietrzał przez noc, jednak byłam w idealnym miejscu, by napawać się jego resztkami. Nawet nie zauważyłam, kiedy zasnęłam.
***
Obudziłam się w miękkim, ciepłym łóżku, ale wciąż przytulona do Bielikowa. W pokoju było ciemno dzięki zasłonom. Najchętniej nie wychodziłabym stąd i spała dalej, ale stęskniłam się za dziećmi. One za nami pewni też. Ciekawe, która godzina? Sięgnęłam po telefon. 13!! Co innego, że spałam z jakieś 5 godzin. Powoli wyszłam spod kołdry tak, żeby nie obudzić męża. Byłam w samej bieliźnie. Spojrzałam znacząco na mojego śpiocha i uśmiechnęłam się pod nosem. Ubrałam na siebie błękitną bluzkę na ramiączkach i jasne jeansy. Po cichu wyszłam z pokoju i zeszłam na dół. Dziewczyny rozmawiały, w salonie, a na dywanie bawiły się dzieciaki. Gdy tylko mnie zobaczyły, uśmiechnęły się do mnie. Oprócz Oleny, która od razu się zerwała.- Dzień dobry Rose, na pewno jesteś głodna.- uśmiechnęła się.
- Dzień dobry mamo.- przytuliłam kobietę.- Może trochę. Ale nie kłopocz się, zrobię sobie coś do jedzenia.
- Nie wygłupiaj się i chodź za mną. Zupa jeszcze ciepła.-razem poszłyśmy do kuchni.- A gdzie mój syn?
- Jeszcze odsypia wczoraj.- odpowiedziałam, siadając do stołu.- Trochę z dziewczynami ich nastraszyliśmy. Aż się dziwię, że jeszcze żyjemy.
Przede mną wylądowała miska z dziwną zupą. Ostrożnie jej spróbowałam. Ummm.... Była pyszna. Zaczęłam ją jeść, jakbym tydzień nic w ustach nie miała. Wyczułam w niej warzywa i kasze gryczaną.
- Na pewno zrozumieli, że to tylko taki żart, a że was kochają, nie mają się o co gniewać. W końcu to był Halloween.
- Możliwe.- oderwałam się na chwilę od posiłku.- Co to jest? Smakuje wybornie.
- Krupnik. Cieszę się. Mogę dać ci przepis.- zaproponowała.
- Na pewno Dymitr mnie nauczy.- zapewniłam.
- Najpierw sam musi umieć.
- Nie umie?!- zdziwiłam się.
- Nie. Uznał, że nie dorówna mi i nawet nie chce próbować. To jego ulubiona zupa.
- No to muszę mieć ten przepis.- wstałam i włożyłam pusty talerz do zmywarki.
Razem wróciłyśmy do salonu. Do dziewczyn dołączyli Kola i Konrad. Usiadłam na podłodze, a gdy dzieci tylko mnie zobaczyły, zostawiły swoje zabawki i przyraczkowały do mnie.
- Hej, słoneczka. Mamusia też tęskniła.- objęłam je ramionami, gdy wtuliły się we mnie.
Felix wdrapał się na moje kolana, więc Nastka też chciała, ale nie miała miejsca. Zaczęli się kłócić, a ja cieszyłam się, że znowu mam je przy sobie. Nagle czyjeś dłonie podniosły małą i przytuliły do siebie.
- Ja cię przygarnę, księżniczko.- uśmiechnął się mój mąż, na co dampirzyca odpowiedziała śmiechem.
- Dzień dobry, towarzyszu.
- Hej, skarbie.- pochylił się i pocałował mnie lekko w usta.- Gdzie mi uciekłaś rano?
- Do dzieci. Bo chyba mi nie powiesz, że za nimi nie tęskniłeś.
Usiadł obok mnie i razem bawiliśmy się z dziećmi.
- Dimka, choć coś zjeść.- zawołała Olena.
- Dobrze mamo.- podał mi dziewczynkę, złożył opiekuńczy pocałunek na czołach naszej trójki i wstał.
- Pięknie wszyscy razem wyglądacie.- zachwycała się Wiki na kolanach Koli.
- Wy też. A im co się stało?- spojrzałam na smutnego Konrada, który wychodził i obrażoną Karolinę, w całkowitej separacji.
Dziewczyna nawet nie spojrzała na ukochanego.
- Pokłócili się.- westchnęła Sonia, z synkiem na kolanach.- Nawet nie wiadomo o co.
- Ja wiem.- uśmiechnął się Mikołaj, a my na niego spojrzałyśmy.- Konrad nie jest strażnikiem. Jeździł na studia medyczne.
Już chciała się odezwać, ale przeszkodził mi głos Oleny.
- Dzieci, o 17 idziemy na cmentarz.- zasmuciła się, a jej syn ją przytulił
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
wtorek, 29 listopada 2016
ROZDZIAŁ 333
- A co z dziećmi?- spytałem.
- One są bezpieczne, póki nie przekroczą wrót naszego nowego domu.- wyjaśniła, już swoim głosem.- No chyba, że ktoś znowu roześle plotkę o imprezie w środku lasu.
- To byliście wy?!- zdziwił się Kola.
- Tak kochanie.- usłyszałem młodszą siostrę.- A teraz cii...
Już więcej się nie odzywaliśmy. Bałem się, cholernie się bałem, ale ukrywałem to.
- Narkozę proszę.- odezwał się ktoś.
- Ja chcę to zrobić.- odezwał się kobiety.
- Zgoda.
Po chwili poczułem delikatną dłoń żony i ukucie na lewej ręce. Na stopnie jak ktoś, czymś ostrym jedzie mi po różnych częściach ciała. Cholera! Miałem nic nie czuć.
- Odpręż się.- Roza poczuła moje spięcie.- Jak zacznie działać, nie będziesz tego tak czuć.
Miała rację. Po chwili to wszystko zniknęło i wydawało się, jakby jeździł po mnie jakiś pędzelek. Jednak nie każdy był tak opanowany jak ja. Kola wrzeszczał na całą salę, a Konrad, spanikowany zadawał co chwilę jakieś pytania. W sumie sam się sobie dziwię, że jestem aż tak spokojny. Może to świadomość obecności Rozy. Ona nie zrobi mi krzywdę. Nie mogła by. Gdy przestałem czuć na sobie dotyk różnych rzeczy, zajęli mi opaskę. Ujrzałem piękna twarz mojej różyczki. Jej rany szybko się zagoiły i miała już tylko czarne szwy. Zakropiła mi czymś oczy i włożyła coś do nich. To było dziwne uczucie, a ja na chwilę straciłem ostrość widzenia. Jednak zanim ją odzyskałem, znowu zasłonięto mi twarz.
- Gotowe.- odpowiedziała po jakimś czasie.
- Wymiana serca w godzinę, za pierwszym razem?- zdziwił się ktoś.- To chyba nowy rekord. Piękna robota Rosemarie.
- Dziękuję Doktorze.
- To teraz zabierz go do sali.
- Tak doktorze.- odpowiedziała.- Wstań towarzyszu.
Wykonałem jej polecenie, a ona złapała mnie pod ramię.
- Teraz wszystkich ci przedstawię.- oznajmiła.
- Ale to koniec?- zdziwiłem się i usłyszałem jej cichy chichot.
- Tak. Sama byłam zaskoczona. Prawie nie ma różnicy.
Weszliśmy do jakiegoś zatłoczonego pomieszczenia. Wtedy zdjęła mi opaskę. Jedyna różnica polegała na tym, że miałem lekko zamglony wzrok. Ale po chwili się przyzwyczaiłem. Zacząłem się oglądać. Wszędzie miałem ślady krwi i szycia. To było dziwne, bo nie bałem się. Wszyscy w sali byli z naszej wioski. Jednak czym dalej szliśmy, Roza była coraz bardzie zniecierpliwiona. W końcu się zatrzymała.
- Nie wytrzymam!- zwróciła na siebie uwagę.
- O co chodzi, Skarbie?- spytałem zmartwiony.
- Tyle się starałam, wszyscy mi pomagali, a ty się nie boisz. Ciebie nie da się wystraszyć. Patrz, jak wszyscy strasznie wyglądają, a ta dwójka się trzęsie. A ty? Jesteś okropny.-odwróciła się do mnie tyłem, udając obrażoną.
Chwilę zajęło mi przyswojenie jej słów. Zaraz, zaraz...
- Ty to wszystko wymyśliłaś?!
- Tak! I to wszystko na nic.
- Och ty zła kobieto.- Złapałem ją w talii i przyciągnąłem do siebie.- Z tobą oszaleję.
Złączem nasze usta, a ona od razu oddala pocałunek. Każdy inny a moim miejscu zrobiłby jej awanturę, ale ja po prostu nie umiałem. Prawie dostaliśmy zawału, jednak to Halloween. No i mimo wszystko jestem z niej dumny. nie każdy umie mnie nastraszyć. To wyglądał tak realistycznie...
- Ja już szaleją za tobą.- powiedziała, patrząc mi w oczy.
- Kocham cię Roza.
- To teraz zaczynamy zabawę.- krzyknęła Wiki.
Z głośników poleciła muzyka i rozbłysły światła. Roza pociągnęła mnie ja parkiet i zaczęliśmy tańczyć.
- Wiesz, że za tą akcję, czeka cię kara?- szepnąłem jej do ucha, gdy ocierała się o mnie tyłem.
- Ooo... Mam wielką nadzieję.- odwróciła się do mnie przodem i wbiła się mocno w moje usta.
Bez wahania dała mi dostęp, kiedy językiem przejechałem po jej wardze. Wcześniej już ściągnęliśmy soczewki, bo oboje doszliśmy do wniosku, że wolimy patrzeć sobie w oczy ze źrenicami i tęczówkami. Po pocałunku pociągnęła mnie do stołów z poczęstunkiem. Chwilę mieszkała alkohole, po czym podała mi kieliszek.
- Ufasz mi?- zadała głupie pytania.
Wziąłem szkło i opróżniłem je jednym ruchem.
- Zawsze i wszędzie.- znowu ją pocałowałem.
Sama wypiła swój napój.
- Jak wy to wszystko zrobiłyście?- spytałem ciekawy.
- To wszytko efekty specjalne. Podziękuj Dawidowi.
- Rose!- z tłumu jak na zawołanie wyłonił się dampir.- O! Hej Dymitr.
- Cześć.- uścisnęliśmy sobie dłoni.
- Mam nagranie z dzisiejszej nocy.- podał Rozie płytę.
- Dzięki. Mamy komedię na zbyt długie wieczory.- zaśmiała się. Chyba zaczynały działać te wszystkie napoje alkoholowe różnej maści, które wypiła przez ostatnie dwie godziny.
- Dla mnie to nie było zabawne.- stwierdziłem, sącząc drinka i patrząc na szalejący tłum.
Bawili się nawet ci, których bym o to nie posądził.
- Czyżbym przestraszyła kotka, schowanego w moim tygrysie.- oparła się o mnie, ledwo stojąc.
- Dobra. Tobie już wystarczy.- Chciałem wziąć ją na ręce, ale mi nie pozwoliła.
- Zostańmy jeszcze.- prosiła.
- Jesteś pijana.
- Wcale, że nie!- spojrzałem na nią znacząco.- No może troszkę. Ale więcej już nie wypiję. Proszę. Ostatni taniec. Taki dla mnie.
Złożyła dłonie jak do modlitwy, przez co wyglądała jak dziewczynka, błagająca o nową zabawkę. Uśmiechnąłem się do niej.
- Dobrze, ostatni. A później cię zabieram i daję ci karę.
Ze szczęścia porzuciła mi się na szyję, oplatając mnie w pasie nogami
- Później będziesz mógł ze mną zrobić, co żywię ci się podoba.
Wpiła się w moje usta. Po kilku minutach, które dla mnie były wiecznością, ale wciąż za krótką, puściła się i spadłaby, gdybym jej nie złapał. Za dużo alkoholu. Kiedy ją postawiłem, dała mi małego całusa, po czym pociągnęła na parkiet. Już po pierwszej piosence zdałem sobie sprawę z niedomówienia.
- Rose, już piąta piosenka leci, miał być jeden, mały taniec.- starałem się przekrzyczeć tłum.
- To jest jeden. Ani na chwilę go nie przerwaliśmy, więc to ciągle ten sam. Nie lubisz ze mną tańczyć?- udała smutną minkę
- No dobra, dość!- wziąłem ją na ręce, jak pannę młodą.- Lubię, ale teraz pokażę ci inny taniec.
- Ale Towarzyszu...- zaczęła rozżalona.
- Żadnego "Ale", kotku. Czas na tego twojego tygrysa.- na mnie chyba też zaczyna działać alkohol.
Już więcej nie narzekała. Tylko poprowadziła mnie, jak wyjść. Na dworze, chciała, żebym ją postawił, ale nic sobie z tego nie robiłem.
- Gdzie idziemy?- spytała, gdy zauważyła, że zmierzamy w innym kierunku.
- Do starej leśniczówki. Chyba nie chcesz, żeby moja rodzina słyszała twoje jęki.- zaśmiałem się.
Zatrzymałem się dopiero w środku, kładąc Rozę na łóżku.
- One są bezpieczne, póki nie przekroczą wrót naszego nowego domu.- wyjaśniła, już swoim głosem.- No chyba, że ktoś znowu roześle plotkę o imprezie w środku lasu.
- To byliście wy?!- zdziwił się Kola.
- Tak kochanie.- usłyszałem młodszą siostrę.- A teraz cii...
Już więcej się nie odzywaliśmy. Bałem się, cholernie się bałem, ale ukrywałem to.
- Narkozę proszę.- odezwał się ktoś.
- Ja chcę to zrobić.- odezwał się kobiety.
- Zgoda.
Po chwili poczułem delikatną dłoń żony i ukucie na lewej ręce. Na stopnie jak ktoś, czymś ostrym jedzie mi po różnych częściach ciała. Cholera! Miałem nic nie czuć.
- Odpręż się.- Roza poczuła moje spięcie.- Jak zacznie działać, nie będziesz tego tak czuć.
Miała rację. Po chwili to wszystko zniknęło i wydawało się, jakby jeździł po mnie jakiś pędzelek. Jednak nie każdy był tak opanowany jak ja. Kola wrzeszczał na całą salę, a Konrad, spanikowany zadawał co chwilę jakieś pytania. W sumie sam się sobie dziwię, że jestem aż tak spokojny. Może to świadomość obecności Rozy. Ona nie zrobi mi krzywdę. Nie mogła by. Gdy przestałem czuć na sobie dotyk różnych rzeczy, zajęli mi opaskę. Ujrzałem piękna twarz mojej różyczki. Jej rany szybko się zagoiły i miała już tylko czarne szwy. Zakropiła mi czymś oczy i włożyła coś do nich. To było dziwne uczucie, a ja na chwilę straciłem ostrość widzenia. Jednak zanim ją odzyskałem, znowu zasłonięto mi twarz.
- Gotowe.- odpowiedziała po jakimś czasie.
- Wymiana serca w godzinę, za pierwszym razem?- zdziwił się ktoś.- To chyba nowy rekord. Piękna robota Rosemarie.
- Dziękuję Doktorze.
- To teraz zabierz go do sali.
- Tak doktorze.- odpowiedziała.- Wstań towarzyszu.
Wykonałem jej polecenie, a ona złapała mnie pod ramię.
- Teraz wszystkich ci przedstawię.- oznajmiła.
- Ale to koniec?- zdziwiłem się i usłyszałem jej cichy chichot.
- Tak. Sama byłam zaskoczona. Prawie nie ma różnicy.
Weszliśmy do jakiegoś zatłoczonego pomieszczenia. Wtedy zdjęła mi opaskę. Jedyna różnica polegała na tym, że miałem lekko zamglony wzrok. Ale po chwili się przyzwyczaiłem. Zacząłem się oglądać. Wszędzie miałem ślady krwi i szycia. To było dziwne, bo nie bałem się. Wszyscy w sali byli z naszej wioski. Jednak czym dalej szliśmy, Roza była coraz bardzie zniecierpliwiona. W końcu się zatrzymała.
- Nie wytrzymam!- zwróciła na siebie uwagę.
- O co chodzi, Skarbie?- spytałem zmartwiony.
- Tyle się starałam, wszyscy mi pomagali, a ty się nie boisz. Ciebie nie da się wystraszyć. Patrz, jak wszyscy strasznie wyglądają, a ta dwójka się trzęsie. A ty? Jesteś okropny.-odwróciła się do mnie tyłem, udając obrażoną.
Chwilę zajęło mi przyswojenie jej słów. Zaraz, zaraz...
- Ty to wszystko wymyśliłaś?!
- Tak! I to wszystko na nic.
- Och ty zła kobieto.- Złapałem ją w talii i przyciągnąłem do siebie.- Z tobą oszaleję.
Złączem nasze usta, a ona od razu oddala pocałunek. Każdy inny a moim miejscu zrobiłby jej awanturę, ale ja po prostu nie umiałem. Prawie dostaliśmy zawału, jednak to Halloween. No i mimo wszystko jestem z niej dumny. nie każdy umie mnie nastraszyć. To wyglądał tak realistycznie...
- Ja już szaleją za tobą.- powiedziała, patrząc mi w oczy.
- Kocham cię Roza.
- To teraz zaczynamy zabawę.- krzyknęła Wiki.
Z głośników poleciła muzyka i rozbłysły światła. Roza pociągnęła mnie ja parkiet i zaczęliśmy tańczyć.
- Wiesz, że za tą akcję, czeka cię kara?- szepnąłem jej do ucha, gdy ocierała się o mnie tyłem.
- Ooo... Mam wielką nadzieję.- odwróciła się do mnie przodem i wbiła się mocno w moje usta.
Bez wahania dała mi dostęp, kiedy językiem przejechałem po jej wardze. Wcześniej już ściągnęliśmy soczewki, bo oboje doszliśmy do wniosku, że wolimy patrzeć sobie w oczy ze źrenicami i tęczówkami. Po pocałunku pociągnęła mnie do stołów z poczęstunkiem. Chwilę mieszkała alkohole, po czym podała mi kieliszek.
- Ufasz mi?- zadała głupie pytania.
Wziąłem szkło i opróżniłem je jednym ruchem.
- Zawsze i wszędzie.- znowu ją pocałowałem.
Sama wypiła swój napój.
- Jak wy to wszystko zrobiłyście?- spytałem ciekawy.
- To wszytko efekty specjalne. Podziękuj Dawidowi.
- Rose!- z tłumu jak na zawołanie wyłonił się dampir.- O! Hej Dymitr.
- Cześć.- uścisnęliśmy sobie dłoni.
- Mam nagranie z dzisiejszej nocy.- podał Rozie płytę.
- Dzięki. Mamy komedię na zbyt długie wieczory.- zaśmiała się. Chyba zaczynały działać te wszystkie napoje alkoholowe różnej maści, które wypiła przez ostatnie dwie godziny.
- Dla mnie to nie było zabawne.- stwierdziłem, sącząc drinka i patrząc na szalejący tłum.
Bawili się nawet ci, których bym o to nie posądził.
- Czyżbym przestraszyła kotka, schowanego w moim tygrysie.- oparła się o mnie, ledwo stojąc.
- Dobra. Tobie już wystarczy.- Chciałem wziąć ją na ręce, ale mi nie pozwoliła.
- Zostańmy jeszcze.- prosiła.
- Jesteś pijana.
- Wcale, że nie!- spojrzałem na nią znacząco.- No może troszkę. Ale więcej już nie wypiję. Proszę. Ostatni taniec. Taki dla mnie.
Złożyła dłonie jak do modlitwy, przez co wyglądała jak dziewczynka, błagająca o nową zabawkę. Uśmiechnąłem się do niej.
- Dobrze, ostatni. A później cię zabieram i daję ci karę.
Ze szczęścia porzuciła mi się na szyję, oplatając mnie w pasie nogami
- Później będziesz mógł ze mną zrobić, co żywię ci się podoba.
Wpiła się w moje usta. Po kilku minutach, które dla mnie były wiecznością, ale wciąż za krótką, puściła się i spadłaby, gdybym jej nie złapał. Za dużo alkoholu. Kiedy ją postawiłem, dała mi małego całusa, po czym pociągnęła na parkiet. Już po pierwszej piosence zdałem sobie sprawę z niedomówienia.
- Rose, już piąta piosenka leci, miał być jeden, mały taniec.- starałem się przekrzyczeć tłum.
- To jest jeden. Ani na chwilę go nie przerwaliśmy, więc to ciągle ten sam. Nie lubisz ze mną tańczyć?- udała smutną minkę
- No dobra, dość!- wziąłem ją na ręce, jak pannę młodą.- Lubię, ale teraz pokażę ci inny taniec.
- Ale Towarzyszu...- zaczęła rozżalona.
- Żadnego "Ale", kotku. Czas na tego twojego tygrysa.- na mnie chyba też zaczyna działać alkohol.
Już więcej nie narzekała. Tylko poprowadziła mnie, jak wyjść. Na dworze, chciała, żebym ją postawił, ale nic sobie z tego nie robiłem.
- Gdzie idziemy?- spytała, gdy zauważyła, że zmierzamy w innym kierunku.
- Do starej leśniczówki. Chyba nie chcesz, żeby moja rodzina słyszała twoje jęki.- zaśmiałem się.
Zatrzymałem się dopiero w środku, kładąc Rozę na łóżku.
- Gotowa?
Uśmiechnęła się kusząco.
- Jak nigdy.- przyciągnęła mnie do siebie.
- I nie prawda...- wyspałem, gdy w pośpiechu pozbyliśmy się swoich ubrań.- że się nie boję... Dzisiaj cholernie się bałem
Poczułem jak uśmiechnęła się pod nosem. Już po dziesięciu minutach w najbliższej okolicy było słychać nasze krzyki.
Uśmiechnęła się kusząco.
- Jak nigdy.- przyciągnęła mnie do siebie.
- I nie prawda...- wyspałem, gdy w pośpiechu pozbyliśmy się swoich ubrań.- że się nie boję... Dzisiaj cholernie się bałem
Poczułem jak uśmiechnęła się pod nosem. Już po dziesięciu minutach w najbliższej okolicy było słychać nasze krzyki.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
Subskrybuj:
Posty (Atom)