- No chodź tu!- krzyk poniósł się po lesie.
Roza.
To na pewno ona. Tego głosu nigdy bym nie pomylił. W ogień bym za nim poszedł. Biegliśmy w jej kierunku, więc przyspieszyłem.
- ... żeby nikt nic nie znalazł.- mój ojciec roześmiał się obrzydliwe.
- Trzymaj się Kochanie.- powiedziałem sam do siebie, biegnąc jeszcze szybciej.
Jeszcze chyba nigdy w życiu tak nie biegłem. Adrenalina dodała mi sił. W mroku dostrzegłem zarysy dwóch sylwetek. Gdy wyłoniłem się z pośród drzew, nie miałem najmniejszych wątpliwości. Przybyłem w ostatnim czasie. Nieprzytomna Roza leżała w łapskach tego skurwiela, a on chciał ją wygodniej sobie położyć i zabrać mi. Niedoczekane. Z impetem wpadłem na niego. Przewrócił się, wypuszczając moją żonę, którą złapałem w ostatniej chwili. Gdy odłożyłem ją na ziemię, Bianka rzuciła się na moroja.
- Spadaj kundlu!- próbował ją kopnąć i zawył z bólu, kiedy wbiła mu kły w nogę.
- No proszę. I jak to jest być dziwką sprzedającą krew?-zadrwiłem, dając znać suczce, aby poszła do Rozy.
- Spytaj swojej Rossi.- wysyczał przez zaciśnięte z bólu zęby.
- Cofnij to!- rozkazałem, unosząc go za poły marynarki.- Kurwa, cofnij każde złe słowo na jej temat.
- Nie.- oświadczył, patrząc mi w oczy, z których na pewno biła rządza mordu, bo to było coś, o czym myślę odkąd się pojawił na nowo w moim życiu.
Moim i Rozy.
Zacząłem go okładać pięściami, dopóki nie mógł ustać na nogach. Jeszcze raz podniosłem moroja na wysokość twarzy.
- Nie zasługiwałeś na moją matkę, moja kobietę, ani na żadną inną. Upadłeś tak nisko, że nic mnie nie powstrzymuje przed zabiciem ciebie.- w oczach tego śmiecia w końcu pojawił strach, gdy do szyi przycisnąłem mu sztylet.
Nagle rozległo się wycie wilków i inne dźwięki, jakby czyjegoś biegu biegu. Spojrzałem zaniepokojony na ukochaną, nie odsówając ostrza od gardła Randalla. Najpierw pobladła, a następnie jej twarz nabrała zielonkawy odcień. Wiedziałem co to znaczy. Strzygi. Nie zapuszczają się za blisko wioski, ale to my jesteśmy w głębi lasu. Uśmiechnąłem się cwanie.
- Ale nie będę sobie brudził rąk. Zrobi to za mnie ktoś inny.
Przejechałem mu sztyletem wzdłuż ręki, aż pociekła z rany krew. Iwaszkow krzyknął, a gdy go puściłem, próbował zatamować krwawienie.
- Nie możesz mnie tu zostawić.- odezwał się, kiedy podniosłem nieprzytomną Rozę- Jestem morojem, z arystokracji i twoim ojcem.
- To że jesteś ze szlachetnego rodu nie pozwala ci na wszystko. Zostawiam cię w lesie, a ty nie masz żadnych świadków do zarzutów. Za to ja mam czym cię obciążyć. I przysięgałem chronić was przed strzygami, a żadnej tu nie widzę. A ojca nie mam i nigdy nie miałem.
Odwróciłem się i zacząłem odchodzić, patrząc z troską na swoją żonę.
- Że też sumienie ci na to pozwala.- fuknął jeszcze za mną.
- Sumienie każe mi bronić tych, których kochamy, a ty jesteś tu zagrożeniem. Więc adios Bianka.-zawołałem suczkę.
Ta wstała i warknęła na niego, pokazując wachlarz ostrych kłów, po czym pobiegła za nami. Roza poruszyła się niespokojnie.
- Cii... już dobrze kotek. Jestem przy tobie.- odezwałem się łagodnie, przyspieszając kroku, aż do truchtu.
Musimy się jak najszybciej stąd wydostać, strzygi za szybko zwęszyły krew. Dobrze, że w dzieciństwie często chodziłem tu z Alanem i Sergiejem, bo znam połowę lasu na pamięć. Po kwadransie, zdyszany wszedłem do domu.
- W końcu... O Boże! Co jej się stało?
Wiki wystraszona zerwała się z kanapy, ale ja poszedłem na górę, położyć ukochaną w naszej sypialni. Moja siostra, podbiegła i kucnęła przy łóżku, łapiąc dampirzycę za dłoń.
- Ten chuj przyłożył jej jakiś środek usypiający na ścierce.- powiedziałem, chodząc niespokojnie po pokoju.- Mam nadzieję, że zginie marnie. Sam najchętniej bym go udusił.
Dzieci w łóżeczkach zaczęły się niespokojnie poruszać. Wiktoria podeszła do nich, wzięła na ręce Felixa i zaczęła go kołysać.
- Cii już spokojnie.- ucałowała chłopca w główkę, co go uspokoiło.
Następnie ułożyła go z powrotem na poduszce, przykrywając szczelnie kocykiem. Przyglądałem się temu uważnie, z podziwem i wzruszeniem. Moja mała siostrzyczka dorosła. Jest przecież tylko o rok młodsza od Rozy. Ale dla mnie zawsze będzie małą dziewczynką bawiącą się lalkami w ogrodzie. Jednak mimo wszystko muszę uświadomić sobie, że ona mimo wszystko kiedyś będzie chciała się usamodzielnić, a ja jej będę mógł tylko pozwolić i zapewnić, że zawsze będzie miała we mnie wsparcie. Jeśli kogoś kochasz, pozwól mu odejść. Była to smutna myśl, jednak patrząc na jej zachowanie, delikatność w najmniejszym geście, troskę w oczach, nie umiałem się nie uśmiechnąć.
- Byłabyś dobra matką.- odezwałem się.
- Nie zmieniaj tematu.- spojrzała na mnie zmrużonymi oczami.- Naprawdę tak myślisz?- spytała już z niepewnością w oczach- W sumie to i tak nie ważne. Przecież nie możemy mieć dzieci.
Serce mi się krajało, gdy patrzyłem na jej smutną minę. Podszedłem do niej i zamknąłem w ramionach.
- A co jak Kola mnie zostawi dla jakiejś morojki.- zaczęła szybciej oddychać.
Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że ona płacze. Wziąłem młodą na ręce, położyłem na łóżku obok mojej Rozy i pozwoliłem siostrze wtulić się w swoje ciało, jak te lata temu, gdy miała koszmary.
- To będzie idiotą, który nigdy na ciebie nie zasługiwał. A później również bezzębny.- zaśmiała się przez łzy.- Ale wierzę, że to się nigdy nie stanie, bo z tego co słyszałem od Rose, to jest w tobie zakochany na zabój.- podniosłem jej głowę za podbródek, a ta, zarumieniona spuściła ją na dół. Pocałowałem ją w czubek głowy i jeszcze szczelniej zamknąłem w uścisku.- Ja i Rose też tak myśleliśmy. Że nie będziemy mieli dzieci. A jednak mamy.
- Ale wy to wy. Nikt wam nie dorównuje. Macie wszystko. Mimo tylu przeszkód i barier, jesteście najbardziej idealnym małżeństwem chyba na całym świecie.
Zaskoczyło mnie, że aż tak nas podziwia. Jak dla mnie każdy może kochać tak jak my i być równie szczęśliwym. Nawet ona i Mikołaj.
- Każdy jest wyjątkowy na swój sposób. Zawsze macie też adopcję. Tylko mi się nie spieszyć. Macie całe życie przed sobą.
- Jakoś wiek Rose ci nie przeszkadzał, gdy zaszła w ciążę.- odparła z ironią.
- To było dla nas zaskoczenie i nie mieliśmy większego wyboru. Po za tym, ja jestem dorosły i ją wspieram. A wy... Tu nie chodzi o ciebie, bo widzę, że ty jesteś gotowa.-dodałem szybko widząc jej minę.- Ale Kola jest młody i może nie podołać. Przerazić się odpowiedzialności. Najpierw skończcie szkoły i się ustawcie. To kolejny argument co do naszych dzieci. Oboje mamy wysokie stanowiska z dobrą płacą. To też ważna kwestia.
- Może masz rację. Ale koniec o tym. Teraz mów, co się dzisiaj stało, kogo chcesz zamordować i co z naszym... ojcem.
Wyczułem jej niepewność. Zacząłem opowiadać, a z jej oczu płynęły łzy. Gdy zasnęła, zaniosłem ją do jej pokoju. I wróciłem do Różyczki. Po kilk minutach rozebrałem ja i siebie, po czym położyłem się obok, tuląc ją mocno do siebie. Dużo myślałem o ostatnich godzinach. Ale ze mnie idiota. Jak mogłem chcieć pozbyć się kwiatu, ożywiającego moją duszę? Już nigdy nie zażądam od niej rozwodu. Co mi strzeliło do głowy? Przecież to całe moje życie. Nie przemyślałem tego do końca. Był to impuls chwili, wywołany strachem o nią i dzieci. Nie zastanowiłem się nad tym. Więc robiłem to teraz, aż nie zasnąłem.
"Nasz los od zawsze zapisany był w gwiazdach. To one poprowadziły mnie do Ciebie mimo tylu przeciwności, spójrz. Jesteśmy tu. Razem. Ty i ja Roza. Na zawsze."
sobota, 19 listopada 2016
ROZDZIAŁ 324
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
czwartek, 17 listopada 2016
ROZDZIAŁ 323
Poczułam silną dłoń przerzuconą przez moje ciało. Uspokoiłam się, ponieważ była bardzo znajoma. Nigdy bym nie pomyliła tego dotyku, z żadnym innym. Głowa jej właściciela spoczęła na mojej piersi tek, że byłam uwięziona w mocnym uścisku. Zauważyłam, że jestem w samej bieliźnie, ale w obecnej sytuacji mi to nie przeszkadzało. Po mojej głowie zaczęły krążyć pytania. Czy długo tu leżę? Jak Dymitr mnie znalazł? Czy zaraz po tym jak zasnęłam? Czy już gdzie mnie Randall zawiózł? I co się z nim stało? Nienawidzę go. Naprawdę. Ale nikomu nie rzeczy się śmierci. No po za strzygami, dla których jest to ratunek duszy. Zanurzyłam, dłoń we włosach ukochanego, a ten zerwał się patrząc na mnie z ulgą i miłością.
- Roza.- zawołał, a przyzwyczajona już do ciemności, zobaczyłam jego zaszklone oczy.- Różyczko kochana. Tak bardzo się bałem. Przepraszam, za wszystko. To moja wina.
- Ci... już spokojnie, jestem tu.- przycisnęłam go do swojej piersi.- To nie twoja wina. Nie powinnam była wybiegać. Mogłam zostać i z tobą porozmawiać.
Wtulił się we mnie mocno, kładąc głowę pod moimi piersiami. Zaczął kreśli kółka po moim brzuchu i rękach, zapatrzony smutno w ścianę obok.
- Chciałem zapewnić wam bezpieczeństwo, a tylko bardziej cię naraziłem.- w jego głosie słychać było żal i smutek.
- Nie mogłeś wiedzieć, że to się tak skończy.- uniosłam mu głowę za podbródek i spojrzałam prosto w czekoladowe tęczówki.- A jeśli chcesz naszego bezpieczeństwa to nigdy nas nie zostawiaj.
- Nie zostawię. Przepraszam. Byłem głupi. Jak mogłem choć przez chwilę myśleć o życiu bez ciebie. Przecież ono nie istnieje. Nie mogę uwierzyć, że was mam. Po tym wszystkim los się do mnie uśmiechnął.
- Dymitr, a co się właściwie stało?- spytałam niepewnie.
Poczułam, że się spiął.
DYMITR
Rozbawiło mnie to, że Roza nawet podczas kłótni umiała takie coś powiedzieć. Ułożyło mi i miałem nadzieję, że to koniec naszego sporu. I tak się stało, ale inaczej niż sądziłem. Uświadomił mi to dźwięk zamykanych drzwi. A jednaj wyszła. Sam również szybko się ubrałem i wybiegłem. Zajrzałem do pokoju najmłodszej siostry, która jeszcze nie spała, bo paliło się światło.
- Wiki popilnujesz naszych dzieci?- wręcz błagałem, gorączkowo.
- Jasne, ale o co chodzi?- zdenerwowana odłożyła książkę obok.
- Po prostu masz brata kretyna.- odpowiedziałem i chciałem wyjść, ale zatrzymał mnie jej głos.
- Dimka, wiesz że Cię Kocham, ale jeśli Rose jest dla mnie jak siostra i jeśli przez ciebie będzie cierpieć, to urwę ci pewną bardzo przydatną mężczyźnie cześć ciała. Więc się pilnuj, jeśli chcesz mieć jeszcze dzieci.
- Nie jesteś pierwszą osobą, od której to słyszę.- mruknąłem
- To leć za nią w tej chwili!
Szybko się ogarnąłem i opuściłem dom. Nie mogła odbiec daleko, chociaż z nią to nigdy nic nie wiadomo. Pobiegłem kilka minut do przodu, kiedy uświadomiłem sobie, że to za proste. Cholera! Zawsze umiałem ją znaleźć. Tak samo jak uciekła z pierwszego hotelu, wybrała mniej oczywistą drogę. Zawróciłem i podążyłem za dom. Biegłem przed siebie, póki nie dobiegłem do lasu. Oby Roza tam nie wbiegła. Szukałem jej dalej. Nagle usłyszałem za sobą kroki i przez chwilę myślałem, że to moja ukochana, ale się pomyliłem.
- Witaj synu. Postanowiliście wrócić na stare śmieci? A gdzie twoja przepiękna żona? Chętnie bym się z nią przywitał- powiedział z obleśnie lubieżnym uśmiechem.
Zacisnąłem dłonie w pięści, warcząc na niego wściekle. Zapragnąłem zetrzeć mu go z twarzy. Niech tylko spróbuję spojrzeć na moją ukochaną, a skręcę mu kark.
- Tylko ją tknij, a to będzie ostatnią rzeczą, jaką zrobisz.
- Umrzeć w jej ramionach?- udał zamyślenie.- To na pewno coś niesamowitego. Na pewno jest dobra w łóżku.- oczy mu niebezpiecznie zabłysły.
- Już jedną ważną dla mnie osobę zgwałciłeś. Na więcej ci nie pozwolę.- zacząłem się do niego zbliżać.
- O czym ty pieprzysz?- zmarszczył brwi. Nagle na jego twarzy pojawiło się zrozumienie, a zaraz po nim powrócił uśmiech.- A! Pewnie chodzi ci o tę morojkę we Włoszech. Masz gust do "koleżanek".- nie podobał mi się sposób w jaki powiedział ostatnie słowo.- To pewnie po tatusiu.
Wściekły, podszedłem do niego, wymyślając tysiąc sposób na jego śmierć. Co kolejny to bardziej bolesny. Ale on odwrócił się na pięcie i odbiegł.
"Tchórz."- pomyślałem z pogardą. Odwróciłem się z zamiarem dalszych poszukiwań, ale usłyszałem jeszcze jego głos.
- Radzę ci znaleźć tą swoją dziwkę, zanim ja to zrobię.
Odwróciłem się, ale jedyne co zobaczyłem to chmura piasku, a on pewnie już uciekł do lasu. Jak ja nienawidzę jego mocy. Niby najmniej szkodliwa, a to nią torturowali Lissę. Ruszyłem na dalsze poszukiwania. Po godzinie dalej byłem w czarnej... Przecież nie mogła zapaść się pod ziemię. Nagle usłyszałem dzwonek komórki. Nie spoglądając na wyświetlacz, odebrałem.
- Bielikow.- odpowiedziałem gniewnie.
- Dymitr, gdzie ty jesteś do cholery!- musiałem odstawić komórkę od ucha, żeby nie ogłuchnąć.
Jeszcze chyba nigdy nie słyszałem królowej takiej wściekłej. Zacząłem się obawiać, że zabije mnie prze urządzenie.
- Eee... Szukam żony.- po chwili mnie olśniło.- Wiesz gdzie ona jest?
- Nie do końca. Była przy cerkwi i tam znalazł ją twój ojciec. Zaczął się do niej dobierać,- krew się we mnie zanotowała.- ale ona go skopała i uciekła w las. Nie ma bladego pojęcia gdzie jest, ale on jej szuka.
Poczułem, że krew odpływa mi z twarzy. Szybko się rozłączyłem i wróciłem do domu. Był tylko jeden sposób aby znaleźć moją Rozę w środku lasu. Wpadłem do domu jak huragan.
- Znalazłeś ją?- na wejściu zaatakowała mnie siostra.
- Nie! Nasz kochany tatuś zagonił ją do lasu.- prawie wywarczałem.
- Tatuś?!- powtórzyła, a ja zesztywniałem.
Cholera! I po co ja się w ogóle odzywam.
- Później porozmawiamy. Teraz muszę ratować żonę.
Wbiegłem na górę i zatrzymałem się przed pokojem szwagierki. Wszedłem do niego prawie bezszelestnie. Jej suczka, leżąca na podłodze przy łóżku.
- Choć Bianka.- rzuciłem szeptem.
Pies poszedł za mną. Na dole zapiąłem jej smycz i wyszliśmy na zewnątrz. Pobiegliśmy pod cerkiew i skręciłem w stronę lasu.
- Szukaj Rose. Gdzie pani? Szukaj.
Dwa razy nie było trzeba jej mówić. Z nosem nisko przy ziemi szukała tropu. Złapała i pobiegła w głąb, ciągnąć mnie za sobą.
___________________________________________________________
Wiem, że myśleliście, a niektórzy nawet liczyli na porwanie z torturami, ale na to jeszcze nie czas. Mam nadzieję, że trochę was uspokoiłam. Jednak nie łam się Anita, jeszcze nie raz ich spokój zostanie zaburzony w najgorszym momencie w najgorszy sposób. 😂😂😂 Mam nadzieję, że się rozdział podobał. Kocham was i dziękuję, że jesteście ze mną. 😘
- Roza.- zawołał, a przyzwyczajona już do ciemności, zobaczyłam jego zaszklone oczy.- Różyczko kochana. Tak bardzo się bałem. Przepraszam, za wszystko. To moja wina.
- Ci... już spokojnie, jestem tu.- przycisnęłam go do swojej piersi.- To nie twoja wina. Nie powinnam była wybiegać. Mogłam zostać i z tobą porozmawiać.
Wtulił się we mnie mocno, kładąc głowę pod moimi piersiami. Zaczął kreśli kółka po moim brzuchu i rękach, zapatrzony smutno w ścianę obok.
- Chciałem zapewnić wam bezpieczeństwo, a tylko bardziej cię naraziłem.- w jego głosie słychać było żal i smutek.
- Nie mogłeś wiedzieć, że to się tak skończy.- uniosłam mu głowę za podbródek i spojrzałam prosto w czekoladowe tęczówki.- A jeśli chcesz naszego bezpieczeństwa to nigdy nas nie zostawiaj.
- Nie zostawię. Przepraszam. Byłem głupi. Jak mogłem choć przez chwilę myśleć o życiu bez ciebie. Przecież ono nie istnieje. Nie mogę uwierzyć, że was mam. Po tym wszystkim los się do mnie uśmiechnął.
- Dymitr, a co się właściwie stało?- spytałam niepewnie.
Poczułam, że się spiął.
DYMITR
Rozbawiło mnie to, że Roza nawet podczas kłótni umiała takie coś powiedzieć. Ułożyło mi i miałem nadzieję, że to koniec naszego sporu. I tak się stało, ale inaczej niż sądziłem. Uświadomił mi to dźwięk zamykanych drzwi. A jednaj wyszła. Sam również szybko się ubrałem i wybiegłem. Zajrzałem do pokoju najmłodszej siostry, która jeszcze nie spała, bo paliło się światło.
- Wiki popilnujesz naszych dzieci?- wręcz błagałem, gorączkowo.
- Jasne, ale o co chodzi?- zdenerwowana odłożyła książkę obok.
- Po prostu masz brata kretyna.- odpowiedziałem i chciałem wyjść, ale zatrzymał mnie jej głos.
- Dimka, wiesz że Cię Kocham, ale jeśli Rose jest dla mnie jak siostra i jeśli przez ciebie będzie cierpieć, to urwę ci pewną bardzo przydatną mężczyźnie cześć ciała. Więc się pilnuj, jeśli chcesz mieć jeszcze dzieci.
- Nie jesteś pierwszą osobą, od której to słyszę.- mruknąłem
- To leć za nią w tej chwili!
Szybko się ogarnąłem i opuściłem dom. Nie mogła odbiec daleko, chociaż z nią to nigdy nic nie wiadomo. Pobiegłem kilka minut do przodu, kiedy uświadomiłem sobie, że to za proste. Cholera! Zawsze umiałem ją znaleźć. Tak samo jak uciekła z pierwszego hotelu, wybrała mniej oczywistą drogę. Zawróciłem i podążyłem za dom. Biegłem przed siebie, póki nie dobiegłem do lasu. Oby Roza tam nie wbiegła. Szukałem jej dalej. Nagle usłyszałem za sobą kroki i przez chwilę myślałem, że to moja ukochana, ale się pomyliłem.
- Witaj synu. Postanowiliście wrócić na stare śmieci? A gdzie twoja przepiękna żona? Chętnie bym się z nią przywitał- powiedział z obleśnie lubieżnym uśmiechem.
Zacisnąłem dłonie w pięści, warcząc na niego wściekle. Zapragnąłem zetrzeć mu go z twarzy. Niech tylko spróbuję spojrzeć na moją ukochaną, a skręcę mu kark.
- Tylko ją tknij, a to będzie ostatnią rzeczą, jaką zrobisz.
- Umrzeć w jej ramionach?- udał zamyślenie.- To na pewno coś niesamowitego. Na pewno jest dobra w łóżku.- oczy mu niebezpiecznie zabłysły.
- Już jedną ważną dla mnie osobę zgwałciłeś. Na więcej ci nie pozwolę.- zacząłem się do niego zbliżać.
- O czym ty pieprzysz?- zmarszczył brwi. Nagle na jego twarzy pojawiło się zrozumienie, a zaraz po nim powrócił uśmiech.- A! Pewnie chodzi ci o tę morojkę we Włoszech. Masz gust do "koleżanek".- nie podobał mi się sposób w jaki powiedział ostatnie słowo.- To pewnie po tatusiu.
Wściekły, podszedłem do niego, wymyślając tysiąc sposób na jego śmierć. Co kolejny to bardziej bolesny. Ale on odwrócił się na pięcie i odbiegł.
"Tchórz."- pomyślałem z pogardą. Odwróciłem się z zamiarem dalszych poszukiwań, ale usłyszałem jeszcze jego głos.
- Radzę ci znaleźć tą swoją dziwkę, zanim ja to zrobię.
Odwróciłem się, ale jedyne co zobaczyłem to chmura piasku, a on pewnie już uciekł do lasu. Jak ja nienawidzę jego mocy. Niby najmniej szkodliwa, a to nią torturowali Lissę. Ruszyłem na dalsze poszukiwania. Po godzinie dalej byłem w czarnej... Przecież nie mogła zapaść się pod ziemię. Nagle usłyszałem dzwonek komórki. Nie spoglądając na wyświetlacz, odebrałem.
- Bielikow.- odpowiedziałem gniewnie.
- Dymitr, gdzie ty jesteś do cholery!- musiałem odstawić komórkę od ucha, żeby nie ogłuchnąć.
Jeszcze chyba nigdy nie słyszałem królowej takiej wściekłej. Zacząłem się obawiać, że zabije mnie prze urządzenie.
- Eee... Szukam żony.- po chwili mnie olśniło.- Wiesz gdzie ona jest?
- Nie do końca. Była przy cerkwi i tam znalazł ją twój ojciec. Zaczął się do niej dobierać,- krew się we mnie zanotowała.- ale ona go skopała i uciekła w las. Nie ma bladego pojęcia gdzie jest, ale on jej szuka.
Poczułem, że krew odpływa mi z twarzy. Szybko się rozłączyłem i wróciłem do domu. Był tylko jeden sposób aby znaleźć moją Rozę w środku lasu. Wpadłem do domu jak huragan.
- Znalazłeś ją?- na wejściu zaatakowała mnie siostra.
- Nie! Nasz kochany tatuś zagonił ją do lasu.- prawie wywarczałem.
- Tatuś?!- powtórzyła, a ja zesztywniałem.
Cholera! I po co ja się w ogóle odzywam.
- Później porozmawiamy. Teraz muszę ratować żonę.
Wbiegłem na górę i zatrzymałem się przed pokojem szwagierki. Wszedłem do niego prawie bezszelestnie. Jej suczka, leżąca na podłodze przy łóżku.
- Choć Bianka.- rzuciłem szeptem.
Pies poszedł za mną. Na dole zapiąłem jej smycz i wyszliśmy na zewnątrz. Pobiegliśmy pod cerkiew i skręciłem w stronę lasu.
- Szukaj Rose. Gdzie pani? Szukaj.
Dwa razy nie było trzeba jej mówić. Z nosem nisko przy ziemi szukała tropu. Złapała i pobiegła w głąb, ciągnąć mnie za sobą.
___________________________________________________________
Wiem, że myśleliście, a niektórzy nawet liczyli na porwanie z torturami, ale na to jeszcze nie czas. Mam nadzieję, że trochę was uspokoiłam. Jednak nie łam się Anita, jeszcze nie raz ich spokój zostanie zaburzony w najgorszym momencie w najgorszy sposób. 😂😂😂 Mam nadzieję, że się rozdział podobał. Kocham was i dziękuję, że jesteście ze mną. 😘
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
środa, 16 listopada 2016
ROZDZIAŁ 322
- Że co?!- nie rozumiałam.- Chcesz się ze mną rozstać przez jakieś głupie strzygi? Coś, na co byliśmy przygotowani całe życie? Przecież zawsze będą nas atakować, nie ważne gdzie i z kim jesteśmy. To jest wpisane w nasz zawód.- wstałam z jego kolan i spojrzałam na niego z góry, krzyżując ręce na piersi.
Wyglądał na zmęczonego. Kulił się pod ciężarem problemu, oczy miał zaczerwienione, usta wykrzywione w grymasie, a skóra zbladła. Dodało mu to trochę lat, których nie miał. Widać, że bardzo go to meczy. Przecież on sam nie chce mnie zostawiać. Ale czuje, że powinien, a ja mu to utrudniam. I nie zamierzam przestać. Nie pozwolę mu.
- Nie o to chodzi.- westchnął.
- A o co?- powoli traciłam cierpliwość.
- Znowu zaatakowali nasz dom.- spojrzałam na niego z niedowierzaniem.- To już drugi raz w ciągu roku. A nawet czwarty licząc te na Dwór. Nigdy nie atakowały, w tak licznych oddziałach. Oni chcą mnie z powrotem. Chcą mnie przemienić.
- I tak im się po prostu dasz?- położyłam ręce na swoich biodrach, przenosząc ciężar ciała na drugą nogę.- We dwoje mamy większe szanse.
- Jesteście w niebezpieczeństwie. Moja przeszłość będzie mnie prześladować do końca życia.
- Tak samo jak ja.- westchnął, mrucząc coś pod nosem.- Ja nie żartuję, Dymitr. Nawet jakbyś uciekał, to znajdę cię na końcu świata. Wiesz to. A co jak cię przemienią? Wtedy będziemy bezpieczni?- spytałam ironicznie.
- Rose, nie chcę, żebyś mnie szukała.
- Nie będę, bo nigdzie nie odejdziesz.
- Och, Roza. Porozmawiamy o tym kiedy indziej, bo nie chce się już z tobą kłócić. I chodź spać, bo jesteś na pewno zmęczona.
- Jeśli obiecasz, że mnie nie zostawisz. Nigdy!
- Rose...
- Obiecaj.- byłam nie ugięta.
- Porozmawiamy jutro....
- Obiecaj, albo będę tu stała do rana.
- Roza...
- Dlaczego nie chcesz tego obiecać? Dlaczego aż tak mnie ranisz? W ogóle nie liczysz się z moimi uczuciami. Mam tego dość.
Podeszłam do szafy.
- Roza, co ty robisz?- spytał zmartwiony.
- Idę się przejść.- powiedziałam, jakby wychodzenie o 10 w nocy było czymś normalnym i wyciągnęłam spodnie dresy.
- Nigdzie nie pójdziesz. Jest już późno.
Usiadłam na łóżku i zaczęłam się ubierać.
- Teraz nagle się martwisz? Z resztą nie ważne. Potrzebuję pomyśleć w samotności.- wstałam i sięgnęłam po swój prochowiec.- Nie szukaj mnie, chyba że do rana nie wrócę.
Sama nie wiedziałam ile tam będę, ale muszę ochłonąć. Nerwy tu wcale nie pomogą.
- Nigdzie nie pójdziesz.- powiedział, czule łapiąc mnie za ramię.- Możesz myśleć tutaj, będę cicho udawał, że mnie nie ma. Lubię patrzeć jak myślisz.- uśmiechnął się ro mnie, co zagłuszyło mój gniew.
- Nie wiem, czy będę umiała się skupić pod twoim palącym wzrokiem.- dopiero słysząc śmiech ukochanego, zorientowałam się, że powiedziałam to na głos.
Korzystając z jego nieuwagi wyszłam z pokoju i szybko wybiegłam z domu. Oczywiście każdy pobiegłby przed siebie, więc ja skręciłam za dom o pobiegłam. Zawsze najlepiej mi się myślało ćwicząc, wiec postanowiłam sobie pobiegać po wiosce, ale na wszelki wypadek z dala od domu Bielikowa. Nie wiem ile już biegnę, ale z pięć razu okrążyłam domy na obrzeżach, czasami w biegając w las. Już bardzo dobrze znałam tą okolicę, bo i tak nie była zbyt wielka. Minęłam właśnie cerkiew i wbiegłam do lasu, gdy upadłam na ziemię. Ale nie sama. Nie zdążyłam się nawet ogarnąć, a już czułam na sobie ciężar czyjegoś ciała.
- Mniej delikatny, to już nie mogłeś być.- fuknęłam, poznając zapach wody kolońskiej.
-Staram się jak mogę.- mruknął mi do ucha głęboki głos.
Zamarłam, a moje ciało przeszedł dreszcz. To w cale nie był Dymitr.
- Czego chcesz?!- warknęłam patrząc z nienawiścią w zielone oczy Randalla.
- Nie martw się Rossi. Tym razem mój synuś nam nie przeszkodzi.
- Rose.- poprawiłam go.- I sama umiem o siebie zadbać.
Zaczęłam się wyrywać, korzystając ze swojej przewagi siłowej. Kolanem uderzyłam go w krocze. Gdy on zgiął się w pół, zerwałam się i uciekam w głąb lasu. Biegłam z pół godziny, aż nie poczułam się bezpieczna. Jednak to szybko minęła, kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że się zgubiłam. Wszystkie drzewa wyglądały tak samo. Nagle z daleka doszło mnie wycie wilka. Nie bałam się ich, ale miałam w sobie zalążek niepokoju. Nic nie widziałam po za drzewami. Pora dnia wcale nie ułatwia mi sprawy. Nie wiedziałam co zrobić. Mogłabym błądzić dalej, mając nadzieję, że zamiast zagłębiać się w gąszcz, znajdę z niego wyjście, albo czekać do rana. Może Dymitr mnie znajdzie. Gorzej jeśli jego ojciec zrobi to pierwszy. Raz mu uciekam, ale jestem zmęczona i nie wiem, czy drugi raz dam radę. Nagle pomyślałam o Lunie. Musi gdzieś być. Nabrałam powietrza, żeby krzyknąć, ale powstrzymał mnie głos, niosący się wśród szelestu liści drzew.
- Rossi!!!!
O nie! Wstrzymam oddech, a serce mi przyspieszyło. Poczułam napływ adrenaliny i chciałam uciekać.
- Stój!- rozkazała mi Lissa.- Dymitr cię szuka. Musisz dać jakiś znak, gdzie jesteś.
- No chodź tu!- krzyknęłam na całe gardło, mając nadzieję, że Bielikow mnie usłyszy.
- Nie mądrze, tak się wystawiać. Jesteśmy w środku lasu.- między drzewami pojawiła się sylwetka wstrętnego właściciela głosu.
- To prawda. Nikt nie znajdzie twojego ciała.- odpowiedziałam, odwzajemniając jego cwany uśmiech.
Randall roześmiał się obrzydliwie.
- Oj skarbie, ale tutaj nic ci nie zrobię. Już cię szukają, a ja dopilnuję, żeby nikt nic nie znalazł.
Wściekła, rzuciłam się na niego, ale nagle przede mną pojawiła się chmura piasku. Gdy opadła, przede mną nikogo nie było. Następnie wiatr powiał mi w plecy, lecz zanim zdążyłam się odwrócić, moroj złapał mnie od tyłu ręką przez całą długość mojej klatki piersiowej i złapał za ramię po drugiej stronie. Jednocześnie przycisnął mi do twarzy jakąś szmatką i zapadłam w ciemność...
Gdy się ocknęłam, leżałam na jakimś łóżku w ciemnym pokoju.
Wyglądał na zmęczonego. Kulił się pod ciężarem problemu, oczy miał zaczerwienione, usta wykrzywione w grymasie, a skóra zbladła. Dodało mu to trochę lat, których nie miał. Widać, że bardzo go to meczy. Przecież on sam nie chce mnie zostawiać. Ale czuje, że powinien, a ja mu to utrudniam. I nie zamierzam przestać. Nie pozwolę mu.
- Nie o to chodzi.- westchnął.
- A o co?- powoli traciłam cierpliwość.
- Znowu zaatakowali nasz dom.- spojrzałam na niego z niedowierzaniem.- To już drugi raz w ciągu roku. A nawet czwarty licząc te na Dwór. Nigdy nie atakowały, w tak licznych oddziałach. Oni chcą mnie z powrotem. Chcą mnie przemienić.
- I tak im się po prostu dasz?- położyłam ręce na swoich biodrach, przenosząc ciężar ciała na drugą nogę.- We dwoje mamy większe szanse.
- Jesteście w niebezpieczeństwie. Moja przeszłość będzie mnie prześladować do końca życia.
- Tak samo jak ja.- westchnął, mrucząc coś pod nosem.- Ja nie żartuję, Dymitr. Nawet jakbyś uciekał, to znajdę cię na końcu świata. Wiesz to. A co jak cię przemienią? Wtedy będziemy bezpieczni?- spytałam ironicznie.
- Rose, nie chcę, żebyś mnie szukała.
- Nie będę, bo nigdzie nie odejdziesz.
- Och, Roza. Porozmawiamy o tym kiedy indziej, bo nie chce się już z tobą kłócić. I chodź spać, bo jesteś na pewno zmęczona.
- Jeśli obiecasz, że mnie nie zostawisz. Nigdy!
- Rose...
- Obiecaj.- byłam nie ugięta.
- Porozmawiamy jutro....
- Obiecaj, albo będę tu stała do rana.
- Roza...
- Dlaczego nie chcesz tego obiecać? Dlaczego aż tak mnie ranisz? W ogóle nie liczysz się z moimi uczuciami. Mam tego dość.
Podeszłam do szafy.
- Roza, co ty robisz?- spytał zmartwiony.
- Idę się przejść.- powiedziałam, jakby wychodzenie o 10 w nocy było czymś normalnym i wyciągnęłam spodnie dresy.
- Nigdzie nie pójdziesz. Jest już późno.
Usiadłam na łóżku i zaczęłam się ubierać.
- Teraz nagle się martwisz? Z resztą nie ważne. Potrzebuję pomyśleć w samotności.- wstałam i sięgnęłam po swój prochowiec.- Nie szukaj mnie, chyba że do rana nie wrócę.
Sama nie wiedziałam ile tam będę, ale muszę ochłonąć. Nerwy tu wcale nie pomogą.
- Nigdzie nie pójdziesz.- powiedział, czule łapiąc mnie za ramię.- Możesz myśleć tutaj, będę cicho udawał, że mnie nie ma. Lubię patrzeć jak myślisz.- uśmiechnął się ro mnie, co zagłuszyło mój gniew.
- Nie wiem, czy będę umiała się skupić pod twoim palącym wzrokiem.- dopiero słysząc śmiech ukochanego, zorientowałam się, że powiedziałam to na głos.
Korzystając z jego nieuwagi wyszłam z pokoju i szybko wybiegłam z domu. Oczywiście każdy pobiegłby przed siebie, więc ja skręciłam za dom o pobiegłam. Zawsze najlepiej mi się myślało ćwicząc, wiec postanowiłam sobie pobiegać po wiosce, ale na wszelki wypadek z dala od domu Bielikowa. Nie wiem ile już biegnę, ale z pięć razu okrążyłam domy na obrzeżach, czasami w biegając w las. Już bardzo dobrze znałam tą okolicę, bo i tak nie była zbyt wielka. Minęłam właśnie cerkiew i wbiegłam do lasu, gdy upadłam na ziemię. Ale nie sama. Nie zdążyłam się nawet ogarnąć, a już czułam na sobie ciężar czyjegoś ciała.
- Mniej delikatny, to już nie mogłeś być.- fuknęłam, poznając zapach wody kolońskiej.
-Staram się jak mogę.- mruknął mi do ucha głęboki głos.
Zamarłam, a moje ciało przeszedł dreszcz. To w cale nie był Dymitr.
- Czego chcesz?!- warknęłam patrząc z nienawiścią w zielone oczy Randalla.
- Nie martw się Rossi. Tym razem mój synuś nam nie przeszkodzi.
- Rose.- poprawiłam go.- I sama umiem o siebie zadbać.
Zaczęłam się wyrywać, korzystając ze swojej przewagi siłowej. Kolanem uderzyłam go w krocze. Gdy on zgiął się w pół, zerwałam się i uciekam w głąb lasu. Biegłam z pół godziny, aż nie poczułam się bezpieczna. Jednak to szybko minęła, kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że się zgubiłam. Wszystkie drzewa wyglądały tak samo. Nagle z daleka doszło mnie wycie wilka. Nie bałam się ich, ale miałam w sobie zalążek niepokoju. Nic nie widziałam po za drzewami. Pora dnia wcale nie ułatwia mi sprawy. Nie wiedziałam co zrobić. Mogłabym błądzić dalej, mając nadzieję, że zamiast zagłębiać się w gąszcz, znajdę z niego wyjście, albo czekać do rana. Może Dymitr mnie znajdzie. Gorzej jeśli jego ojciec zrobi to pierwszy. Raz mu uciekam, ale jestem zmęczona i nie wiem, czy drugi raz dam radę. Nagle pomyślałam o Lunie. Musi gdzieś być. Nabrałam powietrza, żeby krzyknąć, ale powstrzymał mnie głos, niosący się wśród szelestu liści drzew.
- Rossi!!!!
O nie! Wstrzymam oddech, a serce mi przyspieszyło. Poczułam napływ adrenaliny i chciałam uciekać.
- Stój!- rozkazała mi Lissa.- Dymitr cię szuka. Musisz dać jakiś znak, gdzie jesteś.
- No chodź tu!- krzyknęłam na całe gardło, mając nadzieję, że Bielikow mnie usłyszy.
- Nie mądrze, tak się wystawiać. Jesteśmy w środku lasu.- między drzewami pojawiła się sylwetka wstrętnego właściciela głosu.
- To prawda. Nikt nie znajdzie twojego ciała.- odpowiedziałam, odwzajemniając jego cwany uśmiech.
Randall roześmiał się obrzydliwie.
- Oj skarbie, ale tutaj nic ci nie zrobię. Już cię szukają, a ja dopilnuję, żeby nikt nic nie znalazł.
Wściekła, rzuciłam się na niego, ale nagle przede mną pojawiła się chmura piasku. Gdy opadła, przede mną nikogo nie było. Następnie wiatr powiał mi w plecy, lecz zanim zdążyłam się odwrócić, moroj złapał mnie od tyłu ręką przez całą długość mojej klatki piersiowej i złapał za ramię po drugiej stronie. Jednocześnie przycisnął mi do twarzy jakąś szmatką i zapadłam w ciemność...
Gdy się ocknęłam, leżałam na jakimś łóżku w ciemnym pokoju.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
wtorek, 15 listopada 2016
ROZDZIAŁ 321
Weszłam do pokoju szwagierki, dalej myśląc o sytuacji, która miała miejsce kilka minut temu. Czy on naprawdę jest zazdrosny? Nie spodziewałam się po nim takiego zachowania. A może coś się dzieje? On NIGDY by się tak nie zachował. Jestem tego pewna. W takim razie coś ukrywa i próbuje odwrócić od tego moją uwagę. Ale kłótnią? To i tak do niego nie podobne. Może ktoś mi go podmienił? Automatycznie zaśmiałam się ze swojej myśli. Przecież od razu bym to wiedziała. A może wiem?
- Coś się stało?- spytała zmartwiona Wiki.
- Co? A... nie, nic. Wszystko w porządku.- uśmiechnęłam się bez przekonania, ale nie dała się zbyć.- Mała sprzeczka. Nie ważne. Chciałaś porozmawiać.- zmieniłam szybko temat, siadając obok niej na łóżku.
- A no tak.- jeszcze bardziej sposępniała. W końcu zaczęła- Chodzi o Kole...
- Zerwał z tobą?- spytałam z niedowierzaniem.
- Nie!- uspokoiła mnie gorączkowo.- Nie. Po prostu...- wzięła głęboki wdech i wypuściła powietrze.- On chce, żebym z nim zamieszkała i za niego wyszła. Mówi że kupi nam mieszkanie i wszystko załatwi, ale ja nie wiem. Chciałabym, ale czy to dobre. Karolina ma chłopaka, a mieszka z nami. Wiem, że Dimka się wyprowadził, ale to zupełnie inna sytuacja. Jednocześnie o niczym innym nie marzę, jak mieć go tylko dla siebie. I tak całymi nocami mnie nie ma. Mimo to, jest to bardzo ważna decyzja i nie wiem co zrobić.- skończyła patrząc na mnie.
Trochę mnie to zaskoczyło. Nie spodziewałam się czegoś takiego. No ale liczy na mnie.
- Masz rację, ja i Dymitr to co innego. Jeśli nie czujesz się gotowa powiedz mu o tym. A jeśli chcesz i bardzo ci zależy to zgódź się.- zaproponowałam.
- Ale mama i Dimka...
A więc o to chodzi. Boi się konfrontacji z bliskimi. Nie chce, żeby ją znienawidzili.
- Posłuchaj. Twój brat się bardzo o ciebie troszczy i na początku może nie być tym zadowolony. Po prostu będzie potrzebował czasu, żeby się z tym oswoił. Dla niego zawsze będziesz młodszą siostrzyczką, ale w końcu zrozumie, że dorastasz i potrzebujesz więcej swobody. A Olena będzie chciała dla ciebie jak najlepiej, bo jesteś jej córką. Wiem z własnego doświadczenia. Reszta dziewczyn powinna się cieszyć i na pewno będzie was odwiedzać.
Bielikówna lekko się zamieszkała i jeszcze bardziej posmutniała. Zaczęła wpatrywać się w swoje dłonie, którymi się bawiła. Zmartwiło mnie to.
- Wiki, co jest? Powiedziałam coś nie tak?- spytam spoglądając na nią.
- Nie. Tylko...- zamilkła
- Tylko?- zachęciłam ją.
- On dostał przydział. W Szwecji.
Również zamilkłam. To dość daleko. Ale my mamy jeszcze dalej.
- To nic.- odezwałam się w reszcie.- Przecież do nas też nie jest najbliżej. Naprawdę niczym się nie martw. Tylko zastanów się, czy na pewno tego chcesz.
- Jestem pewna, ale z wami było łatwiej. Ty nigdy nie byłaś związana tak z rodziną. A ja nie będę tam znała nikogo, oprócz Mikołaja.
- A Dymitr też wyjeżdżał. I on nikogo nie znał. Wy będziecie tam razem. To tak jakby dłuższy rok w szkole.
- No niby tak. Masz rację.- uspokoiła się moja szwagierka i rzuciłam mi się na szyję.- Dziękuję Rose. Jesteś najlepszą siostrą na świecie.
- Spokojnie, bo mnie udusisz.- zaśmiałam się razem z nią.- Dobra, ja wracam, bo jest już późno.
- Dobrze. Przepraszam, że tak cię przetrzymałam.
- Nic nie szkodzi. Tak rzadko się widzimy, że godzina gadania to nie dużo.
- Godzina?!- zdziwiła się i popatrzyła na zegarek.- O! Faktyczne. To dobranoc.
- Dobranoch. Zastanów się nad naszą rozmową i jutro mi powiesz, co postanowiłaś.
- Dobrze.
Wróciłam do męża.
- No w końcu.- burknął.
Zmarszczyłam brwi. O co mu chodzi.
- Dymitr, zaczynam się martwić. Nigdy tak się nie zachowywałeś. Jak tak dalej pójdzie to...- zawahałam się.
No właśnie, co wtedy? Nie zostawię go, za bardzo jestem zakochana. Bez słowa usiadłam na brzegu łóżka i wypuściłam głośno powietrze.
- Nie wiem, co się z tobą dzieje. Ale chcę, żebyś wiedział, że zawsze będę z tobą.- uśmiechnęłam się do niego i dotknęłam jego dłoni.
O dziwo strażnik zabrał rękę i usiadł obok mnie. Zabolało. Bałam się tego co powie.
- Rose, musimy się rozwieść.- nawet na mnie nie spojrzał.
- Co?- nie wierzę, że to powiedział. W gardle poczułam wielką gulę.- Cze...czemu? Dlatego, że poszłam porozmawiać z twoją siostrą?
- Nie...- zaczął, ale mu przerwałam.
- Jeśli myślisz, że pozwolę ci od tak mnie zostawić, to grubo się mylisz. I nawet nie waż mi się mówić, że się odkochałeś, bo w to nie uwierzę. Obiecałeś być ze mną na zawsze.
- Tak będzie lepiej.
- Co ty pieprzysz Bielikow!!- krzyknęłam.
Poczułam pieczenie pod powiekami.
- Uspokój się.- poprosił łagodnie.
- Jak mam się uspokoić, do cholery?! Nagle mówisz, że ode mnie odchodzisz po zaledwie roku małżeństwa. Obiecałeś być ze mną na zawsze. ZAWSZE! Czy ty kurwa nie rozumiesz znaczenia tych słów?
Nagle pociągnął mnie na kolana. Zaczęłam się wyrywać i bić go pięściami, a om mnie tylko przytulał, aż się nie zmęczyłam. Wtuliłam się w niego i dopiero teraz zauważyłam, że płaczę. Co ja robię, do cholery? Biję mężczyznę, którego chcę przy sobie zachować.
- Kocham Cię Roza. Kocham najmocniej na świecie. I dlatego muszę odejść.- wyszeptał w moje włosy.
- Dlaczego? Pomyślałeś o dzieciach?
- Pomyślałem robię to dla nich. I dla ciebie.- nic z tego nie rozumiałam.- Dla waszego bezpieczeństwa.- wydusił.
- Nie zostawię cię, słyszysz?- powiedziałam głosem zniekształconym przez płacz.- Nigdy. Cokolwiek się dzieje, nie pozwolę ci odejść. Tylko ty możesz sprawić, że poczuję się bezpieczna, a co ważniejsze potrzebna. Jeśli chcesz naszego bezpieczeństwa, zostań. Błagam.
Załkałam, gdy ukochany starł mi łzy z policzków. Jego oczy również się zaszkliły. Wtuliłam się w szyję Rosjanina i dalej płakałam.
- Ty nic nie rozumiesz.- jego głos się łamał.
- To mi wytłumacz.- popatrzyłam mu w oczy.
Westchnął ciężko.
- To nie takie proste.
- Dla ciebie nic nie jest proste, a i tak wybierasz łatwiejszą drogę.- odwróciłam się od niego obrażona.
- Gdy ci powiem, to mnie nie zostawisz.
- I tak i tak cię nie zostawię, więc nie masz wyjścia.- już nie płakałam i powiedziałam to, patrząc mu wyzywająco w oczy.
- Te strzygi przychodzą po mnie...
- Coś się stało?- spytała zmartwiona Wiki.
- Co? A... nie, nic. Wszystko w porządku.- uśmiechnęłam się bez przekonania, ale nie dała się zbyć.- Mała sprzeczka. Nie ważne. Chciałaś porozmawiać.- zmieniłam szybko temat, siadając obok niej na łóżku.
- A no tak.- jeszcze bardziej sposępniała. W końcu zaczęła- Chodzi o Kole...
- Zerwał z tobą?- spytałam z niedowierzaniem.
- Nie!- uspokoiła mnie gorączkowo.- Nie. Po prostu...- wzięła głęboki wdech i wypuściła powietrze.- On chce, żebym z nim zamieszkała i za niego wyszła. Mówi że kupi nam mieszkanie i wszystko załatwi, ale ja nie wiem. Chciałabym, ale czy to dobre. Karolina ma chłopaka, a mieszka z nami. Wiem, że Dimka się wyprowadził, ale to zupełnie inna sytuacja. Jednocześnie o niczym innym nie marzę, jak mieć go tylko dla siebie. I tak całymi nocami mnie nie ma. Mimo to, jest to bardzo ważna decyzja i nie wiem co zrobić.- skończyła patrząc na mnie.
Trochę mnie to zaskoczyło. Nie spodziewałam się czegoś takiego. No ale liczy na mnie.
- Masz rację, ja i Dymitr to co innego. Jeśli nie czujesz się gotowa powiedz mu o tym. A jeśli chcesz i bardzo ci zależy to zgódź się.- zaproponowałam.
- Ale mama i Dimka...
A więc o to chodzi. Boi się konfrontacji z bliskimi. Nie chce, żeby ją znienawidzili.
- Posłuchaj. Twój brat się bardzo o ciebie troszczy i na początku może nie być tym zadowolony. Po prostu będzie potrzebował czasu, żeby się z tym oswoił. Dla niego zawsze będziesz młodszą siostrzyczką, ale w końcu zrozumie, że dorastasz i potrzebujesz więcej swobody. A Olena będzie chciała dla ciebie jak najlepiej, bo jesteś jej córką. Wiem z własnego doświadczenia. Reszta dziewczyn powinna się cieszyć i na pewno będzie was odwiedzać.
Bielikówna lekko się zamieszkała i jeszcze bardziej posmutniała. Zaczęła wpatrywać się w swoje dłonie, którymi się bawiła. Zmartwiło mnie to.
- Wiki, co jest? Powiedziałam coś nie tak?- spytam spoglądając na nią.
- Nie. Tylko...- zamilkła
- Tylko?- zachęciłam ją.
- On dostał przydział. W Szwecji.
Również zamilkłam. To dość daleko. Ale my mamy jeszcze dalej.
- To nic.- odezwałam się w reszcie.- Przecież do nas też nie jest najbliżej. Naprawdę niczym się nie martw. Tylko zastanów się, czy na pewno tego chcesz.
- Jestem pewna, ale z wami było łatwiej. Ty nigdy nie byłaś związana tak z rodziną. A ja nie będę tam znała nikogo, oprócz Mikołaja.
- A Dymitr też wyjeżdżał. I on nikogo nie znał. Wy będziecie tam razem. To tak jakby dłuższy rok w szkole.
- No niby tak. Masz rację.- uspokoiła się moja szwagierka i rzuciłam mi się na szyję.- Dziękuję Rose. Jesteś najlepszą siostrą na świecie.
- Spokojnie, bo mnie udusisz.- zaśmiałam się razem z nią.- Dobra, ja wracam, bo jest już późno.
- Dobrze. Przepraszam, że tak cię przetrzymałam.
- Nic nie szkodzi. Tak rzadko się widzimy, że godzina gadania to nie dużo.
- Godzina?!- zdziwiła się i popatrzyła na zegarek.- O! Faktyczne. To dobranoc.
- Dobranoch. Zastanów się nad naszą rozmową i jutro mi powiesz, co postanowiłaś.
- Dobrze.
Wróciłam do męża.
- No w końcu.- burknął.
Zmarszczyłam brwi. O co mu chodzi.
- Dymitr, zaczynam się martwić. Nigdy tak się nie zachowywałeś. Jak tak dalej pójdzie to...- zawahałam się.
No właśnie, co wtedy? Nie zostawię go, za bardzo jestem zakochana. Bez słowa usiadłam na brzegu łóżka i wypuściłam głośno powietrze.
- Nie wiem, co się z tobą dzieje. Ale chcę, żebyś wiedział, że zawsze będę z tobą.- uśmiechnęłam się do niego i dotknęłam jego dłoni.
O dziwo strażnik zabrał rękę i usiadł obok mnie. Zabolało. Bałam się tego co powie.
- Rose, musimy się rozwieść.- nawet na mnie nie spojrzał.
- Co?- nie wierzę, że to powiedział. W gardle poczułam wielką gulę.- Cze...czemu? Dlatego, że poszłam porozmawiać z twoją siostrą?
- Nie...- zaczął, ale mu przerwałam.
- Jeśli myślisz, że pozwolę ci od tak mnie zostawić, to grubo się mylisz. I nawet nie waż mi się mówić, że się odkochałeś, bo w to nie uwierzę. Obiecałeś być ze mną na zawsze.
- Tak będzie lepiej.
- Co ty pieprzysz Bielikow!!- krzyknęłam.
Poczułam pieczenie pod powiekami.
- Uspokój się.- poprosił łagodnie.
- Jak mam się uspokoić, do cholery?! Nagle mówisz, że ode mnie odchodzisz po zaledwie roku małżeństwa. Obiecałeś być ze mną na zawsze. ZAWSZE! Czy ty kurwa nie rozumiesz znaczenia tych słów?
Nagle pociągnął mnie na kolana. Zaczęłam się wyrywać i bić go pięściami, a om mnie tylko przytulał, aż się nie zmęczyłam. Wtuliłam się w niego i dopiero teraz zauważyłam, że płaczę. Co ja robię, do cholery? Biję mężczyznę, którego chcę przy sobie zachować.
- Kocham Cię Roza. Kocham najmocniej na świecie. I dlatego muszę odejść.- wyszeptał w moje włosy.
- Dlaczego? Pomyślałeś o dzieciach?
- Pomyślałem robię to dla nich. I dla ciebie.- nic z tego nie rozumiałam.- Dla waszego bezpieczeństwa.- wydusił.
- Nie zostawię cię, słyszysz?- powiedziałam głosem zniekształconym przez płacz.- Nigdy. Cokolwiek się dzieje, nie pozwolę ci odejść. Tylko ty możesz sprawić, że poczuję się bezpieczna, a co ważniejsze potrzebna. Jeśli chcesz naszego bezpieczeństwa, zostań. Błagam.
Załkałam, gdy ukochany starł mi łzy z policzków. Jego oczy również się zaszkliły. Wtuliłam się w szyję Rosjanina i dalej płakałam.
- Ty nic nie rozumiesz.- jego głos się łamał.
- To mi wytłumacz.- popatrzyłam mu w oczy.
Westchnął ciężko.
- To nie takie proste.
- Dla ciebie nic nie jest proste, a i tak wybierasz łatwiejszą drogę.- odwróciłam się od niego obrażona.
- Gdy ci powiem, to mnie nie zostawisz.
- I tak i tak cię nie zostawię, więc nie masz wyjścia.- już nie płakałam i powiedziałam to, patrząc mu wyzywająco w oczy.
- Te strzygi przychodzą po mnie...
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
poniedziałek, 14 listopada 2016
ROZDZIAŁ 320
Z mężem weszliśmy na górę, do naszego pokoju. Zdziwiłam się, gdy zobaczyłam, że jest przystosowany dla dwójki dzieci. Chyba to u Bieikowów w genach, że są na wszystko przygotowani. Odstawiliśmy walizki na podłogę i wróciliśmy na dół. Akurat dziewczyny nakrywały do stołu. Chcieliśmy pomóc, ale Olena nawet nas do kuchnie nie wpuściła. To znaczy Dymitr jakoś się tam wkręcił. Mimo to nie miałam zamiaru siedzieć bezczynnie i czekać na gotowe. Poszłam do salonu, a tam zauważyłam Łukę, Zoję i nasze dzieci, bawiące się na podłodze. Pilnowała ich Wiktoria. Uklękłam przy gromadce i bawiłam się z nimi. Felix i Nastka od razu polubili ten dom. Może to obecność trójki dzieci, które znały z niedawnej wizyty,a może to ta atmosfera, która sprawiła, że i ja czułam się tu bezpiecznie i kochana. Od samego początku.
- Rose.- koło mnie usiadła niepewnie Wiki.- Dziękuję, że załatwiliście mi ten rok w szkole.
- Nie ma za co.- uśmiechnęłam się do niej.- A jak tam Twoje sprawy miłosne?
Szturchnęłam ją w ramię. Uśmiechnęła się słabo, po czym posmutniała. Cały czas wzrok miała utkwiony w dłoniach. Wyraźnie coś ją gryzło.
- Właśnie o tym chciałam porozmawiać...- zaczęła, ale przeszkodziło jej wołanie mamy.
- Dziewczynki, jedzenie na stole.
Gdy mówiła takim łagodnym i troskliwym głosem, naprawdę czułam się jak mała dziewczynka. Wstałyśmy, biorąc ze sobą dwójkę dzieci, ona Felixa, a ja małego aniołka Soni. Po chwili z pomocą przyszli nam mój ukochany po Zoję i Karolina podnosząc Nastkę.
- Porozmawiamy później.- szepnęłam jej, kiedy nikt nie słyszał.
Usiadłam na moim stałym miejscu, koło strażnika. Każdy sobie nałożył, ile czego chciał i zaczęliśmy jeść. Ja również karmiłam siostrzeńca, tak jak każdy, kto trzymał jakieś małe dziecko. Było to coś dziwnego. Pomarańczowa kapusta z kawałkami kiełbasy. Nie za bardzo przepadam za kapustą kiszoną, ale to było nadzwyczaj dobre. Mój mąż zaśmiał się, widząc jak najpierw ostrożnie próbuję dania, a później wcinam, aż mi się uszy trzęsą.
- Ummm... pycha.- skwitowałam, odsuwając pusty talerz.- Co to jest?
Kuchnia rosyjska zaciekawiła mnie odkąd byłam tu pierwszy raz. W końcu jeśli miałam być z Dymitrem, wypadałoby coś wiedzieć o jego kraju. Potrawy, tradycje, zwyczaje i takie tam. Ale mało kiedy miałam na to czas, więc takiego czegoś jeszcze nie odkryłam.
- Bigos.- odpowiedzi udzieliła mi teściowa.
- Spokojnie Roza, nauczę cię go robić.
Już chciałam odejść, ale Olena mnie zatrzymała.
- Jeszcze ciasto.- na chwilę zniknęła w kuchni.
Miło było, że aż tak się postarała. Jest wspaniałą kobietą, która ma równie wspaniałe dzieci. Cieszę się, że to właśnie ja mogę siedzieć obok jej syna i cieszyć się pozytywną energią, jaką zaraża wszystkich dookoła oraz napełnia cały dom. Bielikowa wróciła z jeszcze ciepłym makowcem. Każdy wziął po kawałku i popijał kompotem z agrestu.
Mam tak jakby wiadomość? Ogłoszenie?- zaczęła mama.- Bez różnicy. Chcemy was zaprosić na wigilię do nas.
- To będzie dla nas czysta przyjemność.- odpowiedział za nas strażnik, po czym uścisnął moją dłoń i spojrzał na mnie, szukając potwierdzenia.
Skinęłam ledwie zauważalnie głową, ale on to zauważył i odprężony utkwił wzrok w starszej kobiety.
- To cudownie.- klasnęła w dłonie.
- Ciocia.- blondynek pociągnął mnie za ubranie.- A ty i Felix i Naśtka pójdźiecie z niami nia Halloween?
- I wuja?- dodała Zoja, zanim zdążyłam choćby otworzyć usta.
- No i Lili.- zawołał Pawka.
W oczach siostry widziałam niemom prośbę.
- Jasne, byłoby super, ale nie mamy przebrań.- zauważyłam, zawiedziona.
- My też nie mieliśmy. Zawsze babcia nam robiła.
- To pewnie ma dużo roboty...- zaczęłam.
- To żaden problem, moja droga.- przerwała mi Olena.- Uszyję co tylko zechcecie.
- W takim razie zgoda.- odpowiedział mój mąż.
Halloween. Dawno się w to nie bawiłam. W sumie to nigdy, bo w Akademii robili nam jakaś zabawę z tańcami, łowieniem jabłek i inne takie, a to nie to samo. I tylko w przedszkolu. W większości ten zwyczaj znałam z filmów i trochę od Nicka. Jako jedyny nie chodził do żadnej Akademii dla morojów, a do zwykłej szkoły.
- To teraz, jeśli pozwolicie, pójdziemy się rozpakować i odpocząć po podróży.- oznajmił mój ukochany.
- Dobrze. Śpijcie dobrze, dzieci.- pożegnała nas najstarsza kobieta.
Łuka pociągnął mnie za ubranie, nakazując, żebym się schyliła.
- Ciociu, a mogie śpać z wami?- spytał szeptem.
- Jeśli mama się zgodzi, nie widzę przeszkód.-odpowiedziałam tak samo.
Chłopiec zaskoczył z moich kolan i pobiegł do Soni. Razem z Bielikowem wstaliśmy od stołu, po czym zabraliśmy kobietą nasze dzieci.
- Nawet nie dadzą się nacieszyć.- poskarżyła się Wiki.
- Będziesz miała jeszcze ich dość.- zapewniłam ją.
- Przecież to istne aniołki.- Karolina była zauroczona dziewczynką.
- Raczej diabełki. Choć do mamusi.- zabrałam małą i po pożegnaniu z innymi, poszliśmy na górę.
Gdy ja nas rozpakowywałam, Rosjanin brał kąpiel. Później się zamieniliśmy.
- Możemy mieć gościa na noc.- powiedzieliśmy jednocześnie, gdy szłam do łazienki i się zaśmialiśmy.
Bez słowa już wyszłam. Czyli Zoja też chętna. Kiedy już byłam czyściutka, na korytarzu ktoś złapał mnie za rękę. Wystraszona chciałam zaatakować, ale powstrzymałam się, widząc, kto to jest.
- Wiktoria, nigdy nie zachodzi strażnika od tyłu.
- Wybacz.- powiedziałam ze skruchą.- Miałabyś czas?
- Ee... jasne, tylko odłożę rzeczy i powiem Dymitrowi, bo inaczej całą wioskę postawi na nogi w moim poszukiwaniu.- zaśmiałam się.
- Okey. To poczekam u siebie.- przytuliła mnie i poszła.
Weszłam do pokoju i położyłam złożone ubrania z kosmetyczką na krześle.
- Jeszcze na chwilę pójdę do Wiki, bo chciała ze mną porozmawiać.- oznajmiłam i chciałam wyjść, ale zatrzymał mnie głos męża.
- Myślałem, że spędzimy trochę czasu razem?- był naprawdę zawiedziony.- Ostatnio tak mało go dla siebie mamy.
- Kochanie, mamy cały tydzień urlopu. A to mi naprawdę długo nie zajmie.
- Zawsze tak mówisz,- podniósł się w łóżku, oparty na łokciach.- a schodzi wam kilka godzin.
No nie. On jest zazdrosny o własną siostrę. Ostatnio go nie poznaję.
- Towarzyszu, nie przesadzaj. Przecież to twoja rodzina w tym domu. Nie ucieknę ci. Nawet nie wiem gdzie, na tej pustyni lodu.
Nie uśmiechnął się na mój żart. Mi też sposępniała mina. - Ja ci nie zabraniam spotykać się ze znajomymi.
- Ale się z nimi nie spotykam.
- No to już nie moja wina.- podniosłam głos, jednak po chwili się uspokoiłam.
- Prawda nie twoja, ale jesteś dla mnie ważniejsza.
- Jednak nie jedyna. Chodzi mi o to, żebyś ty też mi nie zabraniał. Też potrzebuję kontakt z innymi ludźmi i nie dam się więzić. Ja jeśli jego nie rozumiesz to bardzo mi przykro.- wyszłam i oparłam się o zamknięte drzwi, wypuszczając głośno powietrze.
Co tak właściwie przed chwilą się wydarzyło?
- Rose.- koło mnie usiadła niepewnie Wiki.- Dziękuję, że załatwiliście mi ten rok w szkole.
- Nie ma za co.- uśmiechnęłam się do niej.- A jak tam Twoje sprawy miłosne?
Szturchnęłam ją w ramię. Uśmiechnęła się słabo, po czym posmutniała. Cały czas wzrok miała utkwiony w dłoniach. Wyraźnie coś ją gryzło.
- Właśnie o tym chciałam porozmawiać...- zaczęła, ale przeszkodziło jej wołanie mamy.
- Dziewczynki, jedzenie na stole.
Gdy mówiła takim łagodnym i troskliwym głosem, naprawdę czułam się jak mała dziewczynka. Wstałyśmy, biorąc ze sobą dwójkę dzieci, ona Felixa, a ja małego aniołka Soni. Po chwili z pomocą przyszli nam mój ukochany po Zoję i Karolina podnosząc Nastkę.
- Porozmawiamy później.- szepnęłam jej, kiedy nikt nie słyszał.
Usiadłam na moim stałym miejscu, koło strażnika. Każdy sobie nałożył, ile czego chciał i zaczęliśmy jeść. Ja również karmiłam siostrzeńca, tak jak każdy, kto trzymał jakieś małe dziecko. Było to coś dziwnego. Pomarańczowa kapusta z kawałkami kiełbasy. Nie za bardzo przepadam za kapustą kiszoną, ale to było nadzwyczaj dobre. Mój mąż zaśmiał się, widząc jak najpierw ostrożnie próbuję dania, a później wcinam, aż mi się uszy trzęsą.
- Ummm... pycha.- skwitowałam, odsuwając pusty talerz.- Co to jest?
Kuchnia rosyjska zaciekawiła mnie odkąd byłam tu pierwszy raz. W końcu jeśli miałam być z Dymitrem, wypadałoby coś wiedzieć o jego kraju. Potrawy, tradycje, zwyczaje i takie tam. Ale mało kiedy miałam na to czas, więc takiego czegoś jeszcze nie odkryłam.
- Bigos.- odpowiedzi udzieliła mi teściowa.
- Spokojnie Roza, nauczę cię go robić.
Już chciałam odejść, ale Olena mnie zatrzymała.
- Jeszcze ciasto.- na chwilę zniknęła w kuchni.
Miło było, że aż tak się postarała. Jest wspaniałą kobietą, która ma równie wspaniałe dzieci. Cieszę się, że to właśnie ja mogę siedzieć obok jej syna i cieszyć się pozytywną energią, jaką zaraża wszystkich dookoła oraz napełnia cały dom. Bielikowa wróciła z jeszcze ciepłym makowcem. Każdy wziął po kawałku i popijał kompotem z agrestu.
Mam tak jakby wiadomość? Ogłoszenie?- zaczęła mama.- Bez różnicy. Chcemy was zaprosić na wigilię do nas.
- To będzie dla nas czysta przyjemność.- odpowiedział za nas strażnik, po czym uścisnął moją dłoń i spojrzał na mnie, szukając potwierdzenia.
Skinęłam ledwie zauważalnie głową, ale on to zauważył i odprężony utkwił wzrok w starszej kobiety.
- To cudownie.- klasnęła w dłonie.
- Ciocia.- blondynek pociągnął mnie za ubranie.- A ty i Felix i Naśtka pójdźiecie z niami nia Halloween?
- I wuja?- dodała Zoja, zanim zdążyłam choćby otworzyć usta.
- No i Lili.- zawołał Pawka.
W oczach siostry widziałam niemom prośbę.
- Jasne, byłoby super, ale nie mamy przebrań.- zauważyłam, zawiedziona.
- My też nie mieliśmy. Zawsze babcia nam robiła.
- To pewnie ma dużo roboty...- zaczęłam.
- To żaden problem, moja droga.- przerwała mi Olena.- Uszyję co tylko zechcecie.
- W takim razie zgoda.- odpowiedział mój mąż.
Halloween. Dawno się w to nie bawiłam. W sumie to nigdy, bo w Akademii robili nam jakaś zabawę z tańcami, łowieniem jabłek i inne takie, a to nie to samo. I tylko w przedszkolu. W większości ten zwyczaj znałam z filmów i trochę od Nicka. Jako jedyny nie chodził do żadnej Akademii dla morojów, a do zwykłej szkoły.
- To teraz, jeśli pozwolicie, pójdziemy się rozpakować i odpocząć po podróży.- oznajmił mój ukochany.
- Dobrze. Śpijcie dobrze, dzieci.- pożegnała nas najstarsza kobieta.
Łuka pociągnął mnie za ubranie, nakazując, żebym się schyliła.
- Ciociu, a mogie śpać z wami?- spytał szeptem.
- Jeśli mama się zgodzi, nie widzę przeszkód.-odpowiedziałam tak samo.
Chłopiec zaskoczył z moich kolan i pobiegł do Soni. Razem z Bielikowem wstaliśmy od stołu, po czym zabraliśmy kobietą nasze dzieci.
- Nawet nie dadzą się nacieszyć.- poskarżyła się Wiki.
- Będziesz miała jeszcze ich dość.- zapewniłam ją.
- Przecież to istne aniołki.- Karolina była zauroczona dziewczynką.
- Raczej diabełki. Choć do mamusi.- zabrałam małą i po pożegnaniu z innymi, poszliśmy na górę.
Gdy ja nas rozpakowywałam, Rosjanin brał kąpiel. Później się zamieniliśmy.
- Możemy mieć gościa na noc.- powiedzieliśmy jednocześnie, gdy szłam do łazienki i się zaśmialiśmy.
Bez słowa już wyszłam. Czyli Zoja też chętna. Kiedy już byłam czyściutka, na korytarzu ktoś złapał mnie za rękę. Wystraszona chciałam zaatakować, ale powstrzymałam się, widząc, kto to jest.
- Wiktoria, nigdy nie zachodzi strażnika od tyłu.
- Wybacz.- powiedziałam ze skruchą.- Miałabyś czas?
- Ee... jasne, tylko odłożę rzeczy i powiem Dymitrowi, bo inaczej całą wioskę postawi na nogi w moim poszukiwaniu.- zaśmiałam się.
- Okey. To poczekam u siebie.- przytuliła mnie i poszła.
Weszłam do pokoju i położyłam złożone ubrania z kosmetyczką na krześle.
- Jeszcze na chwilę pójdę do Wiki, bo chciała ze mną porozmawiać.- oznajmiłam i chciałam wyjść, ale zatrzymał mnie głos męża.
- Myślałem, że spędzimy trochę czasu razem?- był naprawdę zawiedziony.- Ostatnio tak mało go dla siebie mamy.
- Kochanie, mamy cały tydzień urlopu. A to mi naprawdę długo nie zajmie.
- Zawsze tak mówisz,- podniósł się w łóżku, oparty na łokciach.- a schodzi wam kilka godzin.
No nie. On jest zazdrosny o własną siostrę. Ostatnio go nie poznaję.
- Towarzyszu, nie przesadzaj. Przecież to twoja rodzina w tym domu. Nie ucieknę ci. Nawet nie wiem gdzie, na tej pustyni lodu.
Nie uśmiechnął się na mój żart. Mi też sposępniała mina. - Ja ci nie zabraniam spotykać się ze znajomymi.
- Ale się z nimi nie spotykam.
- No to już nie moja wina.- podniosłam głos, jednak po chwili się uspokoiłam.
- Prawda nie twoja, ale jesteś dla mnie ważniejsza.
- Jednak nie jedyna. Chodzi mi o to, żebyś ty też mi nie zabraniał. Też potrzebuję kontakt z innymi ludźmi i nie dam się więzić. Ja jeśli jego nie rozumiesz to bardzo mi przykro.- wyszłam i oparłam się o zamknięte drzwi, wypuszczając głośno powietrze.
Co tak właściwie przed chwilą się wydarzyło?
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
niedziela, 13 listopada 2016
ROZDZIAŁ 319
Obudziłam się, nie wiem po jakim czasie, ale lekko zesztywniała. Moje ręce i nogi wręcz błagały, abym się przeciągnęła, ale obecne położenie mi na to nie pozwalało. Może fotele nie są najgorsze, jednak przywykłam do pozycji leżącej, na naszym wygodnym łóżku. Jedna przynajmniej rzecz się zgadzała. Siedziałam na kolanach drzemiącego męża. Nie chciałam go budzić, jednak wyglądał tak słodko z lekko rozchylonymi ustami, że nie mogłam się powstrzymać. Jednak nawet nie drgnął, gdy palcem przejechałam po jego dolnej wardze. Zdziwiło mnie to, ponieważ zwykle śpi czujnie i lekko. Popchnięta większą odwagą i przekonana o swobodzie swoich działań, odgarnęłam mu za ucho, luźno opadający na twarz kosmyk włosów, zagłębiając się w nie dłonią, aż palcami nie dotarłam do skóry. Usłyszałam mruknięcie, wydobywające się z tych słodkich ust, gdy zaczęłam masować mu głowę, przeczesując grube włosy. Napawałam się ich dotykiem, dopóki mój ukochany nie otworzył oczu. Od razu utonęłam w jego tęczówkach, o kolorze rozpuszczonej czekolady. Wokół oczu zrobiły mu się małe pajączki, kiedy się uśmiechnął. Patrzył na mnie zaspanym, jeszcze nie skupionym wzrokiem pełnym miłości i Radości.
- Dzień dobry, Towarzyszu.- również się uśmiechnęłam.- Nie chciałam cię obudzić.
- Takie pobudki mógłbym mieć codziennie, Roza.- nachylił się i delikatnie mnie pocałował.
Oddałam pocałunek, z równą lekkością i rozkoszowałam się miękkością jego ust.- Witaj Skarbie.
Przeciągnęłam się, tak jak prosiły mnie wszystkie części ciała i wtuliłam się w ciepły tors Rosjanina. Wsłuchiwałam się w równe i spokojne bicie jego serca, napawając się spokojem i wspólnymi chwilami, których brakowało nam przez ostatnie dwa miesiące. Ale przez ten tydzień mamy czas. A ja go na pewno nie zmarnuję. Siedziałam przodem do okna, tym samym do siedzenia naszych dzieci. Dymitr przesiadł się na moje miejsce, a na brzegu siedziała Lili, dalej rysując. Maluchy też już nie stały. Felix ciekawy wyglądał przez okno, a Nastka spoglądała na nas, dużymi oczami. Gdy zauważyła, że my również na nią patrzymy, uśmiechnęła się, klaszcząc w rączki. Złapałam ją za rączkę i zaczęłam delikatnie nią bujać na różne strony.
- Hej, księżniczko. Wyspała się?- spytał z uśmiechem strażnik.
Ona odpowiedziała mu śmiechem i mamrocząc coś pod noskiem, zaczęła się na nas wspinać. Puściłam jej dłoń i sama ją podniosłam, a następnie posadziłam na swoich kolanach. Wtuliła się we mnie, a ja pocałowałam ją w główkę, bawiąc się jej włosami. Coś ją musiało zaciekawić, bo uniosła skupiona wzrok na tatusia. Zaczęła wstawać przytrzymując się mnie, więc złapałam ją w pasie i lekko uniosłam. Zaczęła małymi rączkami badać twarz Bielikowa, po czym pociągnęła go za uszy. On zacisnął mocno powieki i z uśmiechem wysunął z ust język, który po chwili schował. Obie się z niego zaśmiałyśmy. Nastka powtórzyła ruch, a on zrobił to samo, co wcześniej. Małą to bardzo cieszyło. Nagle poczułam małą rączkę na kolanie. Synek patrzył na mnie wzrokiem mówiącym: "Mama, jeść.". No tak, zbliża się pora karmienia. Wstałam, położyłam córeczkę na kolana męża i uśmiałam przy oknie, z synkiem na kolanach. Z torby podróżnej wyciągnęłam śliniaczek, kawałek ręcznika papierowego na swoje kolana, mokre chusteczki, słoiczek babki jabłkowej i małą plastikową łyżeczkę. Dziewczynka, widząc na co się zapowiada, straciła całkowicie zainteresowanie śmiesznymi minami taty i również zaczęła domagać się obiadu. Wyciągnęłam z torby drugi taki zestaw z papką marchewkową i podałam ukochanemu. Odkręciłam wieczko i zaczęłam karmić synka. To nic, że jedna trzecia zostawała mu na buźce. Co jakiś czas wycierałam ją wilgotnymi chusteczkami. Gdy oboje opróżniły już swoje słoiczki, wzięłam wszystkie chusteczki, brudne ręczniki oraz śliniaczki i włożyłam do osobnej kieszonki. Dalej bawiliśmy się z maluchami, do samego lądowania. W Rosji była noc, więc jeszcze zdążymy się wyspać. Na lotnisku dostaliśmy naszego psa i wyszliśmy na zewnątrz. Czekał tam już na nas wynajęty samochód. Na początku prowadził Rosjanin, ale w połowie drogi się zmieniliśmy. W końcu zatrzymaliśmy się na podjeździe, koło rodzinnego domu Dymitra.
- Kto gotowy odwiedzić babcię, ciocie i kuzynostwo?- spytałam odwracając się do maluchów.
- Myślę, że trochę za późno na pytanie ich o zdanie.- zauważył rozbawiony strażnik.
- Skarbie, to było pytanie retoryczne.- spojrzałam na niego z udawanym politowaniem i oboje zaczęliśmy się śmiać.
Maluchy zawtórowały nam radośnie.
- No dobra. Koniec tych śmiechów. Komu w drogę, temu w czas.- wyszłam z auta i wyciągnęłam Felixa.
Dymitr zrobił to samo z Nastką, a w wolne ręce wzięliśmy walizki. Lili starała się utrzymać na smyczy Biankę, która zaczęła się wszędzie rozglądać i oznaczać teren. Zanim zrobiliśmy choć jeden krok, z kierunku domu usłyszałam wesołe krzyki, a po chwili moja noga zrobiła się o jedno, ponad roczne dziecko cięższa.
- Ciocia, wuja.- wolała gromadka.
- Lili!- Pawka rzucił się w objęcia przyjaciółki i razem wylądowali na ziemi, śmiejąc się w głos.
My również zaczęliśmy się śmiać. Suczka podbiegła do młodych i zaczęła je lizać.
- Dimka, Rose.- z domu wyszła reszta domowników.
Pierwsza podbiegła Wiki i mocno nas uściskała. Mój mąż złapał najmłodszą siostrę i okręcił się z nią wokół osi.
- Miło was znowu widzieć w domu, braciszku.- Karolina poklepała go po plecach.
- Wybaczcie im, ale już nie mogły się doczekać i wybiegły.- przytulił nas Olena.
- Nic nie szkodzi, mamo.- zaskoczyła mnie łatwość z jaką powiedziałam ostatnie słowo. Kucnęłam przed chłopcem, wciąż uczepionym mojej nogi.- Cześć młody.
- Łuka, zejdź z cioci.- zawołała Sonia.
Chłopiec zszedł. Felix wyciągnął do niego rączki, a ten go przytulił. Jego mama również nas przywitała.
- Dajcie mi te słodziaki. Choć do babci.- najstarsza kobieta wzięła od Dymitra wnuczkę.- Ale śliczności nam wyrosło. Ile to już mamy?
- Pół roku.- Rosjanin nie posiadał się z dumy.
- Wyglądają na starsze.- zmartwiła się Sonia.
- Wiemy, też to zauważyliśmy.- odpowiedziałam.- Ale to nic takiego. Luna uprzedzała nas, że mogą się różnić od innych dzieci.
- A tutaj jest nasza czwarta siostra i przyszła szwagierka.- teraz dziewczyny upatrzyły sobie na ofiarę Lili.
- Dobrze dzieci, chodźcie do domu. Na pewno jesteście zmęczeni i głodni po podróży.
Wszyscy posłusznie poszliśmy za panią domu.
- Dzień dobry, Towarzyszu.- również się uśmiechnęłam.- Nie chciałam cię obudzić.
- Takie pobudki mógłbym mieć codziennie, Roza.- nachylił się i delikatnie mnie pocałował.
Oddałam pocałunek, z równą lekkością i rozkoszowałam się miękkością jego ust.- Witaj Skarbie.
Przeciągnęłam się, tak jak prosiły mnie wszystkie części ciała i wtuliłam się w ciepły tors Rosjanina. Wsłuchiwałam się w równe i spokojne bicie jego serca, napawając się spokojem i wspólnymi chwilami, których brakowało nam przez ostatnie dwa miesiące. Ale przez ten tydzień mamy czas. A ja go na pewno nie zmarnuję. Siedziałam przodem do okna, tym samym do siedzenia naszych dzieci. Dymitr przesiadł się na moje miejsce, a na brzegu siedziała Lili, dalej rysując. Maluchy też już nie stały. Felix ciekawy wyglądał przez okno, a Nastka spoglądała na nas, dużymi oczami. Gdy zauważyła, że my również na nią patrzymy, uśmiechnęła się, klaszcząc w rączki. Złapałam ją za rączkę i zaczęłam delikatnie nią bujać na różne strony.
- Hej, księżniczko. Wyspała się?- spytał z uśmiechem strażnik.
Ona odpowiedziała mu śmiechem i mamrocząc coś pod noskiem, zaczęła się na nas wspinać. Puściłam jej dłoń i sama ją podniosłam, a następnie posadziłam na swoich kolanach. Wtuliła się we mnie, a ja pocałowałam ją w główkę, bawiąc się jej włosami. Coś ją musiało zaciekawić, bo uniosła skupiona wzrok na tatusia. Zaczęła wstawać przytrzymując się mnie, więc złapałam ją w pasie i lekko uniosłam. Zaczęła małymi rączkami badać twarz Bielikowa, po czym pociągnęła go za uszy. On zacisnął mocno powieki i z uśmiechem wysunął z ust język, który po chwili schował. Obie się z niego zaśmiałyśmy. Nastka powtórzyła ruch, a on zrobił to samo, co wcześniej. Małą to bardzo cieszyło. Nagle poczułam małą rączkę na kolanie. Synek patrzył na mnie wzrokiem mówiącym: "Mama, jeść.". No tak, zbliża się pora karmienia. Wstałam, położyłam córeczkę na kolana męża i uśmiałam przy oknie, z synkiem na kolanach. Z torby podróżnej wyciągnęłam śliniaczek, kawałek ręcznika papierowego na swoje kolana, mokre chusteczki, słoiczek babki jabłkowej i małą plastikową łyżeczkę. Dziewczynka, widząc na co się zapowiada, straciła całkowicie zainteresowanie śmiesznymi minami taty i również zaczęła domagać się obiadu. Wyciągnęłam z torby drugi taki zestaw z papką marchewkową i podałam ukochanemu. Odkręciłam wieczko i zaczęłam karmić synka. To nic, że jedna trzecia zostawała mu na buźce. Co jakiś czas wycierałam ją wilgotnymi chusteczkami. Gdy oboje opróżniły już swoje słoiczki, wzięłam wszystkie chusteczki, brudne ręczniki oraz śliniaczki i włożyłam do osobnej kieszonki. Dalej bawiliśmy się z maluchami, do samego lądowania. W Rosji była noc, więc jeszcze zdążymy się wyspać. Na lotnisku dostaliśmy naszego psa i wyszliśmy na zewnątrz. Czekał tam już na nas wynajęty samochód. Na początku prowadził Rosjanin, ale w połowie drogi się zmieniliśmy. W końcu zatrzymaliśmy się na podjeździe, koło rodzinnego domu Dymitra.
- Kto gotowy odwiedzić babcię, ciocie i kuzynostwo?- spytałam odwracając się do maluchów.
- Myślę, że trochę za późno na pytanie ich o zdanie.- zauważył rozbawiony strażnik.
- Skarbie, to było pytanie retoryczne.- spojrzałam na niego z udawanym politowaniem i oboje zaczęliśmy się śmiać.
Maluchy zawtórowały nam radośnie.
- No dobra. Koniec tych śmiechów. Komu w drogę, temu w czas.- wyszłam z auta i wyciągnęłam Felixa.
Dymitr zrobił to samo z Nastką, a w wolne ręce wzięliśmy walizki. Lili starała się utrzymać na smyczy Biankę, która zaczęła się wszędzie rozglądać i oznaczać teren. Zanim zrobiliśmy choć jeden krok, z kierunku domu usłyszałam wesołe krzyki, a po chwili moja noga zrobiła się o jedno, ponad roczne dziecko cięższa.
- Ciocia, wuja.- wolała gromadka.
- Lili!- Pawka rzucił się w objęcia przyjaciółki i razem wylądowali na ziemi, śmiejąc się w głos.
My również zaczęliśmy się śmiać. Suczka podbiegła do młodych i zaczęła je lizać.
- Dimka, Rose.- z domu wyszła reszta domowników.
Pierwsza podbiegła Wiki i mocno nas uściskała. Mój mąż złapał najmłodszą siostrę i okręcił się z nią wokół osi.
- Miło was znowu widzieć w domu, braciszku.- Karolina poklepała go po plecach.
- Wybaczcie im, ale już nie mogły się doczekać i wybiegły.- przytulił nas Olena.
- Nic nie szkodzi, mamo.- zaskoczyła mnie łatwość z jaką powiedziałam ostatnie słowo. Kucnęłam przed chłopcem, wciąż uczepionym mojej nogi.- Cześć młody.
- Łuka, zejdź z cioci.- zawołała Sonia.
Chłopiec zszedł. Felix wyciągnął do niego rączki, a ten go przytulił. Jego mama również nas przywitała.
- Dajcie mi te słodziaki. Choć do babci.- najstarsza kobieta wzięła od Dymitra wnuczkę.- Ale śliczności nam wyrosło. Ile to już mamy?
- Pół roku.- Rosjanin nie posiadał się z dumy.
- Wyglądają na starsze.- zmartwiła się Sonia.
- Wiemy, też to zauważyliśmy.- odpowiedziałam.- Ale to nic takiego. Luna uprzedzała nas, że mogą się różnić od innych dzieci.
- A tutaj jest nasza czwarta siostra i przyszła szwagierka.- teraz dziewczyny upatrzyły sobie na ofiarę Lili.
- Dobrze dzieci, chodźcie do domu. Na pewno jesteście zmęczeni i głodni po podróży.
Wszyscy posłusznie poszliśmy za panią domu.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
ROZDZIAŁ 318
Już od prawie dwóch miesięcy mam służbę i jest wspaniale. Krok w krok chodzę za Lissą i dbam o jej bezpieczeństwo. Czyli robię to o czym marzyłam prawie dwadzieścia lat. Jeśli chodzi o dzieci, to są wspaniałe. Raczkują jak szalone, więc nic się nie zmieniło. Jedynie czasem zaczynają stawać na nóżkach, ale tylko podtrzymując się mebli lub Bianki. Co do ich zdolności, to nic nowego się nie pojawiło. Zostajemy przy lewitacji, wpływie i uzdrawianiu. Tasza i Pablo spędzili u nas tydzień. Trochę dziwnie się czuję ze świadomością, że niedoszła kochanka mojego męża, urodzi jego brata i wujka naszych maluchów. No ale co poradzić. Tak chciał los. Pewnie zastanawia was, co teraz robimy. Otóż pakujemy się. Mamy wolne na cały tydzień, dzięki mnie. Za cztery dni będzie wszystkich świętych, a wiem, że tradycja odwiedzania grobów bliskich jest ważna dla Dymitra, zwłaszcza po dość niedawnej śmierci babci. Oczywiście sam mi tego nie powiedział i wręcz musiałam go zmusić do urlopu. Uparty pracoholik. Ale i tak go kocham. Wszystkiego dowiedziałam się od Oleny i to ona zaprosiła nas do Rosji.
- Rose, długo jeszcze?- spytał mój ukochany przez komunikator.
- Myślę, że szybciej było by gdybyś tu przyszedł i mi pomógł.- zauważyłam.
Choć dźwiękoszczelne ściany niekiedy się przydają, to w rozmowie przez pół domu są bezużyteczne. W odpowiedzi tylko westchnął, a po chwili na korytarzu usłyszałam kroki. Chciałam już rzucić, że obejdzie się bez jego łaski, ale wiedziałam, że nie prawda. Rosjanin podszedł, przytulił mnie od tyłu i pocałował w kark, a moje zdenerwowanie odeszło w niepamięć.
- Co mogę zrobić dla mojej pięknej żony?- spytał nie zaprzestając czynności.
- Zając się swoją księżniczką.- głową wskazałam na dziewczynkę bawiącą się teraz sznurówkami od butów taty.
- Choć malutka do tatusia.
Gdy strażnik ją podnosił, wydała z siebie zadowolony bełkot.
Ja w tym czasie kończyłam przebierać synka.
- I teraz jesteśmy czyściutcy i gotowi do drogi, prawda?- uniosłam chłopca i nosem potarłam jego nosek.
Chłopiec się zaśmiał, więc i ja nie mogłam zostać poważna. Nastka ciągle się wierciła i interesowało ją dosłownie wszystko w pokoju.
- Skarbie, możesz przestać się wiercić, bo tatuś chce cię wyszykować do drogi?- mój mąż powoli się niecierpliwił.
- O tak. Na nią to trzeba mieć sposób.- poprawiłam Felixa na rękach.
Wzięłam misia i pomachałam nim nad głową córeczki. Ta wpatrywała się w niego, jak zaczarowana, a Bielikow mógł w spokoju skończyć ją przebierać.
- Gotowe.- połaskotał dziewczynkę i wziął ją na ręce.- A teraz chodźmy bo się spóźnimy na samolot.
Założyliśmy szelki i włożyliśmy do nich dzieci. Wolnymi dłońmi złapaliśmy za rączki walizek, po czym zeszliśmy na dół, do samochodu. Gdy wszystkiego było już spakowane, a dzieci i pies grzecznie siedziały z tyłu, odpaliłam i ruszyliśmy na lotnisko. No bo jakbyśmy mogli nie wziąć Bianki? Na miejscu oddaliśmy suczkę obsłudze, a oni zaprowadzili ją do części dla zwierząt. Nie chciała iść, plącząc się między naszymi nogami i z tak błagalnym wzrokiem, że aż chciałam wziąć ją na ręce i trzymać do końca lotu.
- Spokojnie mała.- kucnęłam przy niej.- Tam będziesz bezpieczna, a za kilka godzin znowu się spotkamy.
Słuchała uważnie moich słów, przekrzywiając głowę na lewo. Jest u nas na tyle długo, abym zdążył zauważyć, że nas rozumie. To pewnie kolejny efekt uboczny więzi: lepszy kontakt ze zwierzętami. Zamiast się nas bać, jako dampirów, one nie tylko są ufne, ale i zachowują się jakby rozumiały co się do nich mówi.
- Może z panią zobaczysz się za parę godzin, bo ja przyjdę do ciebie, jak tylko będę mógł.- mój ukochany poczochrał ją po główce, a ona zaczęła radośnie na niego skakać, gotowa do zabawy.
My z Lili ją rozpieszczamy, Dymitr się z nią zazwyczaj bawi w ganianie, przeciąganie liny i delikatne szarpanie tak, że niekiedy ma lekki ślady jej pazurów na rękach. Za to maluchy robią z nią co chcą. Często chodzi za nimi krok w krok, jakby ich pilnowała. Dzieci bardzo lubią jej miękką sierść i się do niej przytulać. Często nawet tak zasypiają. Wtedy suczka przytula je bardziej i co chwilę liże. Traktuje je jak własne szczeniaki. Gdy zaczynają płakać, biegną do mnie lub Rosjanina, zależy kto jest bliżej. Za to maluchy odwdzięczają się jej tym, że dzielą się posiłkiem. Dajemy im chrupki kukurydziane, to połowę dadzą psu i cieszą się, że je.
Po naszych słowach trochę się uspokoiła i poszła grzecznie za panem, a my ruszyliśmy na odprawę. Zajęliśmy wygodne miejsca w samolocie i czekaliśmy na start. Dzieci zaczęły się niepokoić, gdy się wznosiliśmy. Ostatni i równocześnie pierwszy raz leciały jak miały koło miesiąca. Teraz są starsze i więcej rozumieją. Razem z mężem zabawialiśmy je, żeby odwrócić ich uwagę. Kiedy już lecieliśmy stabilnie, odpięliśmy pasy.
- Roza, możesz się przespać.- zaproponował mój ukochany.
Odpowiedzią zdziwiłam i jego i siebie.
- Nie chce mi się.
Dymitr spojrzał na mnie zdziwiony. Ale taka była prawda. Wolałam oglądać wyczyny naszych skarbów. Każdy ich ruch, gest, wydany odgłos jest dla mnie czymś nowym. Zaskakuje mnie jak takie małe istotki szybko rosną, uczą się nowych umiejętności, poznają świat.
Podczas podróży, brzdące rozglądały się ciekawe dookoła.
- Patrz. Co tam jest?- zapukałam w okno.
Nastka dotknęła go rączkami, patrząc na daleką ziemię i chmury. Zaśmiała się i spojrzała na mnie. Strażnik w tym czasie poszedł odwiedzić Biankę, tak jak obiecał, a Lili rysowała coś na kartce. Uwielbiała kolorowanki. Po jakimś czasie maluchy zasnęły, a ja chwilę po nich, wtulona w, nawet przez koszulkę, ciepły tors Bielikowa.
- Śpij dobrze, Roza.
Chciałam już za przeżyć, ze nie śpię, a jedynie odpoczywam, jednak w tym momencie... zasnęłam. O ironio.
- Rose, długo jeszcze?- spytał mój ukochany przez komunikator.
- Myślę, że szybciej było by gdybyś tu przyszedł i mi pomógł.- zauważyłam.
Choć dźwiękoszczelne ściany niekiedy się przydają, to w rozmowie przez pół domu są bezużyteczne. W odpowiedzi tylko westchnął, a po chwili na korytarzu usłyszałam kroki. Chciałam już rzucić, że obejdzie się bez jego łaski, ale wiedziałam, że nie prawda. Rosjanin podszedł, przytulił mnie od tyłu i pocałował w kark, a moje zdenerwowanie odeszło w niepamięć.
- Co mogę zrobić dla mojej pięknej żony?- spytał nie zaprzestając czynności.
- Zając się swoją księżniczką.- głową wskazałam na dziewczynkę bawiącą się teraz sznurówkami od butów taty.
- Choć malutka do tatusia.
Gdy strażnik ją podnosił, wydała z siebie zadowolony bełkot.
Ja w tym czasie kończyłam przebierać synka.
- I teraz jesteśmy czyściutcy i gotowi do drogi, prawda?- uniosłam chłopca i nosem potarłam jego nosek.
Chłopiec się zaśmiał, więc i ja nie mogłam zostać poważna. Nastka ciągle się wierciła i interesowało ją dosłownie wszystko w pokoju.
- Skarbie, możesz przestać się wiercić, bo tatuś chce cię wyszykować do drogi?- mój mąż powoli się niecierpliwił.
- O tak. Na nią to trzeba mieć sposób.- poprawiłam Felixa na rękach.
Wzięłam misia i pomachałam nim nad głową córeczki. Ta wpatrywała się w niego, jak zaczarowana, a Bielikow mógł w spokoju skończyć ją przebierać.
- Gotowe.- połaskotał dziewczynkę i wziął ją na ręce.- A teraz chodźmy bo się spóźnimy na samolot.
Założyliśmy szelki i włożyliśmy do nich dzieci. Wolnymi dłońmi złapaliśmy za rączki walizek, po czym zeszliśmy na dół, do samochodu. Gdy wszystkiego było już spakowane, a dzieci i pies grzecznie siedziały z tyłu, odpaliłam i ruszyliśmy na lotnisko. No bo jakbyśmy mogli nie wziąć Bianki? Na miejscu oddaliśmy suczkę obsłudze, a oni zaprowadzili ją do części dla zwierząt. Nie chciała iść, plącząc się między naszymi nogami i z tak błagalnym wzrokiem, że aż chciałam wziąć ją na ręce i trzymać do końca lotu.
- Spokojnie mała.- kucnęłam przy niej.- Tam będziesz bezpieczna, a za kilka godzin znowu się spotkamy.
Słuchała uważnie moich słów, przekrzywiając głowę na lewo. Jest u nas na tyle długo, abym zdążył zauważyć, że nas rozumie. To pewnie kolejny efekt uboczny więzi: lepszy kontakt ze zwierzętami. Zamiast się nas bać, jako dampirów, one nie tylko są ufne, ale i zachowują się jakby rozumiały co się do nich mówi.
- Może z panią zobaczysz się za parę godzin, bo ja przyjdę do ciebie, jak tylko będę mógł.- mój ukochany poczochrał ją po główce, a ona zaczęła radośnie na niego skakać, gotowa do zabawy.
My z Lili ją rozpieszczamy, Dymitr się z nią zazwyczaj bawi w ganianie, przeciąganie liny i delikatne szarpanie tak, że niekiedy ma lekki ślady jej pazurów na rękach. Za to maluchy robią z nią co chcą. Często chodzi za nimi krok w krok, jakby ich pilnowała. Dzieci bardzo lubią jej miękką sierść i się do niej przytulać. Często nawet tak zasypiają. Wtedy suczka przytula je bardziej i co chwilę liże. Traktuje je jak własne szczeniaki. Gdy zaczynają płakać, biegną do mnie lub Rosjanina, zależy kto jest bliżej. Za to maluchy odwdzięczają się jej tym, że dzielą się posiłkiem. Dajemy im chrupki kukurydziane, to połowę dadzą psu i cieszą się, że je.
Po naszych słowach trochę się uspokoiła i poszła grzecznie za panem, a my ruszyliśmy na odprawę. Zajęliśmy wygodne miejsca w samolocie i czekaliśmy na start. Dzieci zaczęły się niepokoić, gdy się wznosiliśmy. Ostatni i równocześnie pierwszy raz leciały jak miały koło miesiąca. Teraz są starsze i więcej rozumieją. Razem z mężem zabawialiśmy je, żeby odwrócić ich uwagę. Kiedy już lecieliśmy stabilnie, odpięliśmy pasy.
- Roza, możesz się przespać.- zaproponował mój ukochany.
Odpowiedzią zdziwiłam i jego i siebie.
- Nie chce mi się.
Dymitr spojrzał na mnie zdziwiony. Ale taka była prawda. Wolałam oglądać wyczyny naszych skarbów. Każdy ich ruch, gest, wydany odgłos jest dla mnie czymś nowym. Zaskakuje mnie jak takie małe istotki szybko rosną, uczą się nowych umiejętności, poznają świat.
Podczas podróży, brzdące rozglądały się ciekawe dookoła.
- Patrz. Co tam jest?- zapukałam w okno.
Nastka dotknęła go rączkami, patrząc na daleką ziemię i chmury. Zaśmiała się i spojrzała na mnie. Strażnik w tym czasie poszedł odwiedzić Biankę, tak jak obiecał, a Lili rysowała coś na kartce. Uwielbiała kolorowanki. Po jakimś czasie maluchy zasnęły, a ja chwilę po nich, wtulona w, nawet przez koszulkę, ciepły tors Bielikowa.
- Śpij dobrze, Roza.
Chciałam już za przeżyć, ze nie śpię, a jedynie odpoczywam, jednak w tym momencie... zasnęłam. O ironio.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
piątek, 11 listopada 2016
ROZDZIAŁ 317
Wróciliśmy w bardzo dobrych humorach, śmiejąc się z dawnych lat i całując co jakiś czas. Nasi goście siedzieli przytuleni na sofie i oglądali coś w telewizji. Na dźwięk naszych chichotów, spojrzeli na nas z uśmiechami.
- W końcu gołąbki wróciły.- zaśmiał się Pablo.
- Musieliśmy sobie wyjaśnić parę spraw.- wytłumaczyłam z szerokim uśmiechem, siadając obok nich.
- A ja musiałem ją przeprosić.- ukochany objął mnie od tyłu, przez oparcie.
- Macie ciekawy sposób na przepraszanie się.- Tasza wskazała na szyję.
Doskonale wiedziałam, że mam z przynajmniej trzy malinki, bo mojemu mężowi też ich nie odpuściłam. Dymitr podniósł mnie, usiadł na moim miejscu i posadził sobie na kolanach.
- A co tam u was?- spytałam.
- Cóż, my też wszystko sobie wyjaśniliśmy i jesteśmy oficjalnie parą.- morojka uniosła ich złączone dłonie, ale ręką Włocha na jej ramieniu mówiła sama za siebie.
- Aaaa! Gratulacje.- rzuciłam się na nią, przytulając ją.
- Dbaj o nią.- powiedział strażnik, ściskając dłoń mężczyzny.
- Będzie moim oczkiem w głowie.- spojrzeli na siebie słodko i lekko się pocałowali.
Popatrzyłam na Rosjanina, a on wzmocnił uścisk, z wzrokiem pełnym miłości, zwróconym na mnie.
- Co oglądamy?- spytałam, opierając się plecami o tors Bielikowa.
- Ojca Chrzestnego. A dzieci już śpią.- oznajmiła para.
- Dzięki. Nie musieliście.- trochę mnie to skrępowało.
- Daj spokój. One są urocze i to była przyjemność.- odpowiedziała kobieta
Chciałam coś powiedzieć, ale w tej chwili zaczął się film i umilkliśmy, skupiając się na seansie. Po dwóch godzinach się skończył.
- Było miło,- Tasza wstała, przyciągając się .- a teraz, jeśli pozwolicie, pójdę spać.
- Nie tak szybko.- zatrzymała się na mój głos.- Tak łatwo się nie wywiniesz. Po pierwsze kolacja, bo jesz za dwóch, a po drugie musi porozmawiać.
Kobieta westchnęła, ale usiadła. Mój mąż poszedł do kuchni zrobić jedzenie, a ja dawałam im rady co do prowadzenia ciąży. Takie same dostawałam od rodziny i przyjaciół. Akurat gdy skończyłam, wrócił strażnik z talerzem pełnym sałatki owocowej. Były w niej jabłka, gruszki, banany, arbuz, truskawki, śliwki, brzoskwinie, ananasy i maliny, a wszystko zalane jogurtem. Do tego sok pomarańczowy w szklankach. Usiedliśmy w jadalni i zabraliśmy się do jedzenia.
- To teraz po kolei.- zaczęłam, gdy wszyscy zjedli.- Kto to był?
- Nie wiem.- Tasza spuściła głowę.- Nie widziałam dobrze twarzy, bo było ciemno, ale jestem pewna, że był to moroj. Miał zielone oczy, charakterystyczne dla rodu Iwaszkowów i krótkie brązowe włosy. Chyba barwy Dimki, choć nie jestem pewna. Był Amerykaninem.
Na raz zrobiło mi się gorąco, a po plecach przeszedł mi zimny dreszcz. To nie możliwe, to nie może być prawda. Wszyscy spojrzeli na mnie zaniepokojeni.
- Roza, co się dzieje?- Rosjanin ścisnął moją dłoń.- Strasznie pobladłaś.
- Czy umiałabyś rozpoznać go na zdjęciu.- kobieta kiwnęła głową.- Towarzyszu przynieś tu laptop.
- Rose...- zaczął, ale mu przerwałam.
- Dymitr.- spojrzałam na niego znacząco.
Westchnął i poszedł. Odetchnęłam głęboko, starając się odgonić źle myśli. Może jednak się mylę. Ród Adriana jest bardzo liczny. Mogą być inni o podobnym kolorze włosów. Gdy wrócił mój mąż wpisałam w internecie pożądane nazwisko i wybrałam najlepsze zdjęcie. Poczułam, że ukochany się spiął.
- Myślisz, że to on?- spytał z jadem.
- Zaraz się dowiemy.- odwróciłam ekran w stronę pary na przeciwko.
Gdy tylko ciężarna spojrzała na mężczyznę w laptopie pobladła.
- To on.- powiedziała nie swoim głosem.
- Cholera!- strażnik zerwał się z miejsca i chodził po pokoju.
- Znacie go?- spytał Pablo, bo kobieta nie mogła wyrobić z siebie głosu.
- Niestety.- westchnęłam.
- To mój ojciec.- powiedział z bólem Rosjanin.- Zabiję go.
Wstałam i złapałem jego dłonie, zmuszając go do spojrzenia mi w oczy.
- Nie chcesz tego.- przekonywałam Dymitra.
- Może i nie.- usiadł na swoim miejscu.- Ale powinienem. Skrzywdził kolejną ważną dla mnie kobietę i na pewno mnusto innych których nawet nie znam. On nie zna współczucia i miłości.
- Cii... już dobrze. Ważne, że ty ją znasz i mnie ją obdarowałeś.- przytuliłam go.
Bielikow posadził mnie na swoich kolanach i się we mnie wtulił.
- Dziękuję Roza.- szepnął w moją szyję.
- Po to tu jestem Towarzyszu. Zawsze będę.
- To my może już pójdziemy na górę. Za dużo emocji jak na jeden dzień.- Pablo przypomniał nam o swojej obecności, ale nie na długo, bo para zniknęła.
Po kilku minutach mąż oderwał się ode mnie.
- Już lepiej?- spytałam, na co przytaknął ze słabym uśmiechem.- To chodź, posprzątamy po wspaniałej kolacji i załatwimy sprawy na jutrzejszą służbę. A później może weźmiemy szybki prysznic.- dodałam zmysłowym głosem.
Jego uśmiech od razu się poszerzył.
- Jeśli tak to zgoda.
- W końcu gołąbki wróciły.- zaśmiał się Pablo.
- Musieliśmy sobie wyjaśnić parę spraw.- wytłumaczyłam z szerokim uśmiechem, siadając obok nich.
- A ja musiałem ją przeprosić.- ukochany objął mnie od tyłu, przez oparcie.
- Macie ciekawy sposób na przepraszanie się.- Tasza wskazała na szyję.
Doskonale wiedziałam, że mam z przynajmniej trzy malinki, bo mojemu mężowi też ich nie odpuściłam. Dymitr podniósł mnie, usiadł na moim miejscu i posadził sobie na kolanach.
- A co tam u was?- spytałam.
- Cóż, my też wszystko sobie wyjaśniliśmy i jesteśmy oficjalnie parą.- morojka uniosła ich złączone dłonie, ale ręką Włocha na jej ramieniu mówiła sama za siebie.
- Aaaa! Gratulacje.- rzuciłam się na nią, przytulając ją.
- Dbaj o nią.- powiedział strażnik, ściskając dłoń mężczyzny.
- Będzie moim oczkiem w głowie.- spojrzeli na siebie słodko i lekko się pocałowali.
Popatrzyłam na Rosjanina, a on wzmocnił uścisk, z wzrokiem pełnym miłości, zwróconym na mnie.
- Co oglądamy?- spytałam, opierając się plecami o tors Bielikowa.
- Ojca Chrzestnego. A dzieci już śpią.- oznajmiła para.
- Dzięki. Nie musieliście.- trochę mnie to skrępowało.
- Daj spokój. One są urocze i to była przyjemność.- odpowiedziała kobieta
Chciałam coś powiedzieć, ale w tej chwili zaczął się film i umilkliśmy, skupiając się na seansie. Po dwóch godzinach się skończył.
- Było miło,- Tasza wstała, przyciągając się .- a teraz, jeśli pozwolicie, pójdę spać.
- Nie tak szybko.- zatrzymała się na mój głos.- Tak łatwo się nie wywiniesz. Po pierwsze kolacja, bo jesz za dwóch, a po drugie musi porozmawiać.
Kobieta westchnęła, ale usiadła. Mój mąż poszedł do kuchni zrobić jedzenie, a ja dawałam im rady co do prowadzenia ciąży. Takie same dostawałam od rodziny i przyjaciół. Akurat gdy skończyłam, wrócił strażnik z talerzem pełnym sałatki owocowej. Były w niej jabłka, gruszki, banany, arbuz, truskawki, śliwki, brzoskwinie, ananasy i maliny, a wszystko zalane jogurtem. Do tego sok pomarańczowy w szklankach. Usiedliśmy w jadalni i zabraliśmy się do jedzenia.
- To teraz po kolei.- zaczęłam, gdy wszyscy zjedli.- Kto to był?
- Nie wiem.- Tasza spuściła głowę.- Nie widziałam dobrze twarzy, bo było ciemno, ale jestem pewna, że był to moroj. Miał zielone oczy, charakterystyczne dla rodu Iwaszkowów i krótkie brązowe włosy. Chyba barwy Dimki, choć nie jestem pewna. Był Amerykaninem.
Na raz zrobiło mi się gorąco, a po plecach przeszedł mi zimny dreszcz. To nie możliwe, to nie może być prawda. Wszyscy spojrzeli na mnie zaniepokojeni.
- Roza, co się dzieje?- Rosjanin ścisnął moją dłoń.- Strasznie pobladłaś.
- Czy umiałabyś rozpoznać go na zdjęciu.- kobieta kiwnęła głową.- Towarzyszu przynieś tu laptop.
- Rose...- zaczął, ale mu przerwałam.
- Dymitr.- spojrzałam na niego znacząco.
Westchnął i poszedł. Odetchnęłam głęboko, starając się odgonić źle myśli. Może jednak się mylę. Ród Adriana jest bardzo liczny. Mogą być inni o podobnym kolorze włosów. Gdy wrócił mój mąż wpisałam w internecie pożądane nazwisko i wybrałam najlepsze zdjęcie. Poczułam, że ukochany się spiął.
- Myślisz, że to on?- spytał z jadem.
- Zaraz się dowiemy.- odwróciłam ekran w stronę pary na przeciwko.
Gdy tylko ciężarna spojrzała na mężczyznę w laptopie pobladła.
- To on.- powiedziała nie swoim głosem.
- Cholera!- strażnik zerwał się z miejsca i chodził po pokoju.
- Znacie go?- spytał Pablo, bo kobieta nie mogła wyrobić z siebie głosu.
- Niestety.- westchnęłam.
- To mój ojciec.- powiedział z bólem Rosjanin.- Zabiję go.
Wstałam i złapałem jego dłonie, zmuszając go do spojrzenia mi w oczy.
- Nie chcesz tego.- przekonywałam Dymitra.
- Może i nie.- usiadł na swoim miejscu.- Ale powinienem. Skrzywdził kolejną ważną dla mnie kobietę i na pewno mnusto innych których nawet nie znam. On nie zna współczucia i miłości.
- Cii... już dobrze. Ważne, że ty ją znasz i mnie ją obdarowałeś.- przytuliłam go.
Bielikow posadził mnie na swoich kolanach i się we mnie wtulił.
- Dziękuję Roza.- szepnął w moją szyję.
- Po to tu jestem Towarzyszu. Zawsze będę.
- To my może już pójdziemy na górę. Za dużo emocji jak na jeden dzień.- Pablo przypomniał nam o swojej obecności, ale nie na długo, bo para zniknęła.
Po kilku minutach mąż oderwał się ode mnie.
- Już lepiej?- spytałam, na co przytaknął ze słabym uśmiechem.- To chodź, posprzątamy po wspaniałej kolacji i załatwimy sprawy na jutrzejszą służbę. A później może weźmiemy szybki prysznic.- dodałam zmysłowym głosem.
Jego uśmiech od razu się poszerzył.
- Jeśli tak to zgoda.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
ROZDZIAŁ 316
Przestraszyła mnie ta myśl. To prawda, pragnę pomóc przyjaciółce, ale gdy myślę, że to wszystko mogę stracić, przez szaleństwo, to zaczynam się zastanawiać, czy to jest tego warte. I dochodzę wciąż do tego samego wniosku. Oni są najważniejsi.
- Nie.- w głosie męża czułam siłę, gdy przycisnął mnie sobie do torsu.- Ty jesteś inna. Silniejsza od innych. A poza tym nigdy nie pozwolę na to. Za wiele dla mnie znaczysz. Nigdy nie dam ci odejść. NIGDY.- obietnicę przypieczętował pocałunkiem.- I posprzątaliśmy pokój na błysk.
Zaśmieliśmy się razem.
- A Taszę przeprosiliście?- spytałam.
- Tak. Ale nawet o tym nie przypominaj.- wybuchłam śmiechem, widząc jego zbolałą minę.
- Dalej nie mogę tego zrozumieć.- spoważniałam.- Kiedyś nie sięgałeś tak po alkohol. To zaczęło się po twoich oświadczynach. Wcześniej nie radziłeś sobie z problemami alkoholem.
- Wcześniej nie miałem aż takich problemów.
- Chcesz powiedzieć, że jestem problemem?- oburzyłam się.
- Nie skarbie. Po prostu kłopoty cię lubią. I nic na to nie poradzimy. Ale wszystko przejdziemy razem.- uśmiechnął się do mnie i ucałował czubek mojej głowy.- A teraz wracamy do domu, bo się będą martwić.
Razem wstaliśmy i skierowaliśmy się w drogę powrotną, trzymając się za ręce. I nagle mnie olśniło.
- Więź!- krzyknęłam podekscytowana, zatrzymując się.
- Co? Coś jest z Lissą?- czułam, że Dymitr się spiął.
- Nie. Chodzi o naszą więź.- wskazałam na nas dwoje.
- Jaką "naszą"?- strażnik zmarszczył brwi.
- Sonia kiedyś mówiła, że nasze dusze są ze sobą związane, połączone. A Luna wzmocniła to swoim darem.-pociągnęłam go w dalszą drogę.
- No dobra, ale jaki to ma związek z moim piciem?- spytał, równając się ze mną.
- Mrok od Lissy idzie na mnie, a część może i na ciebie. Przejmujesz moje emocje i trochę charakteru. Dlatego jesteś taki wybuchowy i impulsywny bardziej niż kiedyś.
- A ty spokojniejsza, tak?- próbował zrozumieć moje myślenie.
- Przynajmniej tak zakłada moja teoria. Chociaż na ciebie chyba trochę bardziej to działa.
Nagle mój ukochany się zatrzymał, ciągnąć mnie do siebie.
- Oboje się zmieniliśmy.- zauważył.
- Tak.- odpowiedziałam, niepewna do czego zmierza.
- Ale i tak cię kocham, bez względu na wszystko.
- Ja ciebie też.- ze szczęścia wskoczyłam na niego i oplotłam go nogami w pasie.
Gdy tylko poczułam jego ciepłe dłonie na udach, pocałowałam go namiętnie. Odwzajemnił pocałunek, przyciskając mnie do najbliższego drzewa przejechał językiem po mojej dolnej wardze, prosząc o dostęp. Nie dałam mu go od razu; trochę go pomęczyłam, ale w końcu dostał to czego chciał. Nasze języki walczyły o dominację, jednak to Rosjanin wygrał (jak zawsze, z resztą). Zaczęłam szybciej oddychać, gdy przeszedł ustami na moją szyję. Zatraciłam się w jego dłoniach, pocałunkach i bliskości ciała. Napierał ma mnie całym sobą, a ja nawet nie zwracałam uwagi na wbijające się w moje plecy drzewo. Czerwona lampka zapaliła mi się, kiedy strażnik włożył dłonie pod moją bluzkę i zaczął ją unosić.
- Dymitr...- jęknęłam.
- Cii.. Roza nic się nie dzieje.- mruknął mi w szyję.- Nawet nie zauważą, że nas nie ma. Zasłużyłem, żebyś na mnie nakrzyczała i teraz muszę się przeprosić.
- Mam nadzieję, że Taszy tak nie przepraszałeś.- uśmiechnęła się błogo.
- Nie. To przyjemność zarezerwowana tylko dla ciebie, Roza...- tak zmysłowo wymruczał moje imię, że aż przeszedł mnie dreszcz.
Już bez słowa, oddałam się pieszczotą. Przyjemne ciepło rozlało się po moim ciele, gdy tylko rozgrzane dłonie męża zaczęła dotykać mojego zimnego brzucha. W każdym miejscu, gdzie jego skóra zetknęła się z moją, dostawałam gęsiej skórki. Po chwili zostałam w samym staniku, a on już dobierał mi się do spodni. Nie wytrzymałam i sama nachyliłam się do jego szyi, zrzucając mu z ramion prochowiec. Zaczęłam ją całować, ssać i lekko podgryzać. Poczułam jak zadrżał, gdy ustami znalazłam się za uchem Bielikowa. Przestał mnie całować i dał mi dostęp, odchylając głowę. Zamieniliśmy się tak, że teraz to on opierał się o drzewo. Tak jak wcześniej strażnik, włożyłam mu pod bluzkę chłodne, w porównaniu z jego ciałem, dłonie. Zatrząsł się, a ja lekko uśmiechnęłam się pod nosem. W tym czasie jego ręce badały moje nagle plecy, brzuch i talię. Mimo, że było chłodno, ja czułam się rozgrzana. Czułam, że Dymitr już się nie cierpliwi i tylko czeka, aż po zbędne się jego bluzki, ale mi się nigdzie nie spieszyło. Po kilku minutach nękania go, dałam sobie pełen dostęp do oglądania nagiego torsu Rosjanina. Nagle obrócił mnie plecami do drzewa i spojrzał prosto w oczy, trzymając moje ręce za nadgarstki nad głową. Oboje oddychaliśmy szybko i płytko, a nasze serca chyba było słychać po drugiej stronie lasu.
- Widzisz coś, co ci się podoba, Roza?- wysapał, ze wzrokiem pełnym pożądania.
- To chyba moje pytanie.- ledwo mogłam się skupić na jego prawie czarnych oczach.- Ale tak. Ty mi się podobasz.
Pragnęłam, żeby w końcu mnie pocałował, a ja wtedy zanurzyłabym palce w jego długich włosach. Ale uniemożliwiła mi to jego dłoń, trzymająca moje ręce, co było męczarnią, a jednocześnie podniecało.
- Tylko podobam?- ścisnął mocniej rękę, ale tak, żeby mnie nie zabolało.
- Uwielbiam cię.- wyjęczałam.
W chwili gdy puścił moje dłonie, powędrowały prosto do jego głowy. Całowaliśmy się jak szaleni. Mój ukochany naparł na mnie całym ciałem, pogłębiając jeszcze bardziej pocałunek. Błądził palcami po moich plecach, aż nie zdjął mi biustonosza. Zaczęliśmy dobierać się do naszych spodni w tej samej chwili. Gdy oboje zostaliśmy tylko w majtkach, mąż uniósł mnie i delikatnie położył na chłodnej ziemi. Po dłuższej chwili badania mojego ciała pozbył się koronkowej bielizny, która bardzo mu przeszkadzała. Znowu uwięził mi dłonie nad głową i zaczął palcami jeździć najpierw po wewnętrznych stronach moich ud, coraz bardziej zbliżając się do kobiecości. Jęczałam i wiłam się pod nim, ale nie mogłam go dotknąć. To było okropnie podniecające. Jednocześnie zaczął całować mnie po piersiach. Ja oszaleję.
- Dymitr...- krzyknęłam z rozkoszy, gdy palcem wszedł we mnie i zaczął się poruszać.
Dodał jeszcze drugi i trzeci. Krzyczałam jego imię, dochodząc. W końcu puścił moje ręce, chyba po to, żeby zdjąć bokserki, ale nie zdążył, bo zrobiłam to szybciej. Wręcz je z niego zdarłam. Zaśmiał się, no ale ja naprawdę już nie wytrzymam. Rzuciłam się na niego, czym go zaskoczyłam, i usiadłam na nim tak, że znalazł się we mnie. Nie czekając dłużej zaczęłam się na nim poruszać, aż oboje nie doszliśmy. Oczywiście w tym samym momencie. Teraz leżę na ściółce leśnej, z głową Dymitra pod moimi piersiami. Strażnik głaskał mnie po brzuchu, w miejscu, gdzie jeszcze kilka miesięcy temu były nasze maluszki. Cieszę się, że są już z nami. To wspaniałe uczucie wziąć na ręce cząstkę siebie i ukochanej osoby. Pewnie robił to z przyzwyczajenia, ale nie narzekałam. Lubię gdy mnie tam dotyka, a sama mam łatwiejszy dostęp do jego włosów. Zamruczał, kiedy zaczęłam go drapać po głowie. Przeniósł głowę na moje piersi i spojrzał mi w oczy ze szczęściem wpisanym na twarzy i miłością w oczach.
- Ja tiebia liubliu Roza
- Ja tiebia toże liubliu tovarishch.
- Nie.- w głosie męża czułam siłę, gdy przycisnął mnie sobie do torsu.- Ty jesteś inna. Silniejsza od innych. A poza tym nigdy nie pozwolę na to. Za wiele dla mnie znaczysz. Nigdy nie dam ci odejść. NIGDY.- obietnicę przypieczętował pocałunkiem.- I posprzątaliśmy pokój na błysk.
Zaśmieliśmy się razem.
- A Taszę przeprosiliście?- spytałam.
- Tak. Ale nawet o tym nie przypominaj.- wybuchłam śmiechem, widząc jego zbolałą minę.
- Dalej nie mogę tego zrozumieć.- spoważniałam.- Kiedyś nie sięgałeś tak po alkohol. To zaczęło się po twoich oświadczynach. Wcześniej nie radziłeś sobie z problemami alkoholem.
- Wcześniej nie miałem aż takich problemów.
- Chcesz powiedzieć, że jestem problemem?- oburzyłam się.
- Nie skarbie. Po prostu kłopoty cię lubią. I nic na to nie poradzimy. Ale wszystko przejdziemy razem.- uśmiechnął się do mnie i ucałował czubek mojej głowy.- A teraz wracamy do domu, bo się będą martwić.
Razem wstaliśmy i skierowaliśmy się w drogę powrotną, trzymając się za ręce. I nagle mnie olśniło.
- Więź!- krzyknęłam podekscytowana, zatrzymując się.
- Co? Coś jest z Lissą?- czułam, że Dymitr się spiął.
- Nie. Chodzi o naszą więź.- wskazałam na nas dwoje.
- Jaką "naszą"?- strażnik zmarszczył brwi.
- Sonia kiedyś mówiła, że nasze dusze są ze sobą związane, połączone. A Luna wzmocniła to swoim darem.-pociągnęłam go w dalszą drogę.
- No dobra, ale jaki to ma związek z moim piciem?- spytał, równając się ze mną.
- Mrok od Lissy idzie na mnie, a część może i na ciebie. Przejmujesz moje emocje i trochę charakteru. Dlatego jesteś taki wybuchowy i impulsywny bardziej niż kiedyś.
- A ty spokojniejsza, tak?- próbował zrozumieć moje myślenie.
- Przynajmniej tak zakłada moja teoria. Chociaż na ciebie chyba trochę bardziej to działa.
Nagle mój ukochany się zatrzymał, ciągnąć mnie do siebie.
- Oboje się zmieniliśmy.- zauważył.
- Tak.- odpowiedziałam, niepewna do czego zmierza.
- Ale i tak cię kocham, bez względu na wszystko.
- Ja ciebie też.- ze szczęścia wskoczyłam na niego i oplotłam go nogami w pasie.
Gdy tylko poczułam jego ciepłe dłonie na udach, pocałowałam go namiętnie. Odwzajemnił pocałunek, przyciskając mnie do najbliższego drzewa przejechał językiem po mojej dolnej wardze, prosząc o dostęp. Nie dałam mu go od razu; trochę go pomęczyłam, ale w końcu dostał to czego chciał. Nasze języki walczyły o dominację, jednak to Rosjanin wygrał (jak zawsze, z resztą). Zaczęłam szybciej oddychać, gdy przeszedł ustami na moją szyję. Zatraciłam się w jego dłoniach, pocałunkach i bliskości ciała. Napierał ma mnie całym sobą, a ja nawet nie zwracałam uwagi na wbijające się w moje plecy drzewo. Czerwona lampka zapaliła mi się, kiedy strażnik włożył dłonie pod moją bluzkę i zaczął ją unosić.
- Dymitr...- jęknęłam.
- Cii.. Roza nic się nie dzieje.- mruknął mi w szyję.- Nawet nie zauważą, że nas nie ma. Zasłużyłem, żebyś na mnie nakrzyczała i teraz muszę się przeprosić.
- Mam nadzieję, że Taszy tak nie przepraszałeś.- uśmiechnęła się błogo.
- Nie. To przyjemność zarezerwowana tylko dla ciebie, Roza...- tak zmysłowo wymruczał moje imię, że aż przeszedł mnie dreszcz.
Już bez słowa, oddałam się pieszczotą. Przyjemne ciepło rozlało się po moim ciele, gdy tylko rozgrzane dłonie męża zaczęła dotykać mojego zimnego brzucha. W każdym miejscu, gdzie jego skóra zetknęła się z moją, dostawałam gęsiej skórki. Po chwili zostałam w samym staniku, a on już dobierał mi się do spodni. Nie wytrzymałam i sama nachyliłam się do jego szyi, zrzucając mu z ramion prochowiec. Zaczęłam ją całować, ssać i lekko podgryzać. Poczułam jak zadrżał, gdy ustami znalazłam się za uchem Bielikowa. Przestał mnie całować i dał mi dostęp, odchylając głowę. Zamieniliśmy się tak, że teraz to on opierał się o drzewo. Tak jak wcześniej strażnik, włożyłam mu pod bluzkę chłodne, w porównaniu z jego ciałem, dłonie. Zatrząsł się, a ja lekko uśmiechnęłam się pod nosem. W tym czasie jego ręce badały moje nagle plecy, brzuch i talię. Mimo, że było chłodno, ja czułam się rozgrzana. Czułam, że Dymitr już się nie cierpliwi i tylko czeka, aż po zbędne się jego bluzki, ale mi się nigdzie nie spieszyło. Po kilku minutach nękania go, dałam sobie pełen dostęp do oglądania nagiego torsu Rosjanina. Nagle obrócił mnie plecami do drzewa i spojrzał prosto w oczy, trzymając moje ręce za nadgarstki nad głową. Oboje oddychaliśmy szybko i płytko, a nasze serca chyba było słychać po drugiej stronie lasu.
- Widzisz coś, co ci się podoba, Roza?- wysapał, ze wzrokiem pełnym pożądania.
- To chyba moje pytanie.- ledwo mogłam się skupić na jego prawie czarnych oczach.- Ale tak. Ty mi się podobasz.
Pragnęłam, żeby w końcu mnie pocałował, a ja wtedy zanurzyłabym palce w jego długich włosach. Ale uniemożliwiła mi to jego dłoń, trzymająca moje ręce, co było męczarnią, a jednocześnie podniecało.
- Tylko podobam?- ścisnął mocniej rękę, ale tak, żeby mnie nie zabolało.
- Uwielbiam cię.- wyjęczałam.
W chwili gdy puścił moje dłonie, powędrowały prosto do jego głowy. Całowaliśmy się jak szaleni. Mój ukochany naparł na mnie całym ciałem, pogłębiając jeszcze bardziej pocałunek. Błądził palcami po moich plecach, aż nie zdjął mi biustonosza. Zaczęliśmy dobierać się do naszych spodni w tej samej chwili. Gdy oboje zostaliśmy tylko w majtkach, mąż uniósł mnie i delikatnie położył na chłodnej ziemi. Po dłuższej chwili badania mojego ciała pozbył się koronkowej bielizny, która bardzo mu przeszkadzała. Znowu uwięził mi dłonie nad głową i zaczął palcami jeździć najpierw po wewnętrznych stronach moich ud, coraz bardziej zbliżając się do kobiecości. Jęczałam i wiłam się pod nim, ale nie mogłam go dotknąć. To było okropnie podniecające. Jednocześnie zaczął całować mnie po piersiach. Ja oszaleję.
- Dymitr...- krzyknęłam z rozkoszy, gdy palcem wszedł we mnie i zaczął się poruszać.
Dodał jeszcze drugi i trzeci. Krzyczałam jego imię, dochodząc. W końcu puścił moje ręce, chyba po to, żeby zdjąć bokserki, ale nie zdążył, bo zrobiłam to szybciej. Wręcz je z niego zdarłam. Zaśmiał się, no ale ja naprawdę już nie wytrzymam. Rzuciłam się na niego, czym go zaskoczyłam, i usiadłam na nim tak, że znalazł się we mnie. Nie czekając dłużej zaczęłam się na nim poruszać, aż oboje nie doszliśmy. Oczywiście w tym samym momencie. Teraz leżę na ściółce leśnej, z głową Dymitra pod moimi piersiami. Strażnik głaskał mnie po brzuchu, w miejscu, gdzie jeszcze kilka miesięcy temu były nasze maluszki. Cieszę się, że są już z nami. To wspaniałe uczucie wziąć na ręce cząstkę siebie i ukochanej osoby. Pewnie robił to z przyzwyczajenia, ale nie narzekałam. Lubię gdy mnie tam dotyka, a sama mam łatwiejszy dostęp do jego włosów. Zamruczał, kiedy zaczęłam go drapać po głowie. Przeniósł głowę na moje piersi i spojrzał mi w oczy ze szczęściem wpisanym na twarzy i miłością w oczach.
- Ja tiebia liubliu Roza
- Ja tiebia toże liubliu tovarishch.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
Subskrybuj:
Posty (Atom)