Obudziłam się, nie wiem po jakim czasie, ale lekko zesztywniała. Moje ręce i nogi wręcz błagały, abym się przeciągnęła, ale obecne położenie mi na to nie pozwalało. Może fotele nie są najgorsze, jednak przywykłam do pozycji leżącej, na naszym wygodnym łóżku. Jedna przynajmniej rzecz się zgadzała. Siedziałam na kolanach drzemiącego męża. Nie chciałam go budzić, jednak wyglądał tak słodko z lekko rozchylonymi ustami, że nie mogłam się powstrzymać. Jednak nawet nie drgnął, gdy palcem przejechałam po jego dolnej wardze. Zdziwiło mnie to, ponieważ zwykle śpi czujnie i lekko. Popchnięta większą odwagą i przekonana o swobodzie swoich działań, odgarnęłam mu za ucho, luźno opadający na twarz kosmyk włosów, zagłębiając się w nie dłonią, aż palcami nie dotarłam do skóry. Usłyszałam mruknięcie, wydobywające się z tych słodkich ust, gdy zaczęłam masować mu głowę, przeczesując grube włosy. Napawałam się ich dotykiem, dopóki mój ukochany nie otworzył oczu. Od razu utonęłam w jego tęczówkach, o kolorze rozpuszczonej czekolady. Wokół oczu zrobiły mu się małe pajączki, kiedy się uśmiechnął. Patrzył na mnie zaspanym, jeszcze nie skupionym wzrokiem pełnym miłości i Radości.
- Dzień dobry, Towarzyszu.- również się uśmiechnęłam.- Nie chciałam cię obudzić.
- Takie pobudki mógłbym mieć codziennie, Roza.- nachylił się i delikatnie mnie pocałował.
Oddałam pocałunek, z równą lekkością i rozkoszowałam się miękkością jego ust.- Witaj Skarbie.
Przeciągnęłam się, tak jak prosiły mnie wszystkie części ciała i wtuliłam się w ciepły tors Rosjanina. Wsłuchiwałam się w równe i spokojne bicie jego serca, napawając się spokojem i wspólnymi chwilami, których brakowało nam przez ostatnie dwa miesiące. Ale przez ten tydzień mamy czas. A ja go na pewno nie zmarnuję. Siedziałam przodem do okna, tym samym do siedzenia naszych dzieci. Dymitr przesiadł się na moje miejsce, a na brzegu siedziała Lili, dalej rysując. Maluchy też już nie stały. Felix ciekawy wyglądał przez okno, a Nastka spoglądała na nas, dużymi oczami. Gdy zauważyła, że my również na nią patrzymy, uśmiechnęła się, klaszcząc w rączki. Złapałam ją za rączkę i zaczęłam delikatnie nią bujać na różne strony.
- Hej, księżniczko. Wyspała się?- spytał z uśmiechem strażnik.
Ona odpowiedziała mu śmiechem i mamrocząc coś pod noskiem, zaczęła się na nas wspinać. Puściłam jej dłoń i sama ją podniosłam, a następnie posadziłam na swoich kolanach. Wtuliła się we mnie, a ja pocałowałam ją w główkę, bawiąc się jej włosami. Coś ją musiało zaciekawić, bo uniosła skupiona wzrok na tatusia. Zaczęła wstawać przytrzymując się mnie, więc złapałam ją w pasie i lekko uniosłam. Zaczęła małymi rączkami badać twarz Bielikowa, po czym pociągnęła go za uszy. On zacisnął mocno powieki i z uśmiechem wysunął z ust język, który po chwili schował. Obie się z niego zaśmiałyśmy. Nastka powtórzyła ruch, a on zrobił to samo, co wcześniej. Małą to bardzo cieszyło. Nagle poczułam małą rączkę na kolanie. Synek patrzył na mnie wzrokiem mówiącym: "Mama, jeść.". No tak, zbliża się pora karmienia. Wstałam, położyłam córeczkę na kolana męża i uśmiałam przy oknie, z synkiem na kolanach. Z torby podróżnej wyciągnęłam śliniaczek, kawałek ręcznika papierowego na swoje kolana, mokre chusteczki, słoiczek babki jabłkowej i małą plastikową łyżeczkę. Dziewczynka, widząc na co się zapowiada, straciła całkowicie zainteresowanie śmiesznymi minami taty i również zaczęła domagać się obiadu. Wyciągnęłam z torby drugi taki zestaw z papką marchewkową i podałam ukochanemu. Odkręciłam wieczko i zaczęłam karmić synka. To nic, że jedna trzecia zostawała mu na buźce. Co jakiś czas wycierałam ją wilgotnymi chusteczkami. Gdy oboje opróżniły już swoje słoiczki, wzięłam wszystkie chusteczki, brudne ręczniki oraz śliniaczki i włożyłam do osobnej kieszonki. Dalej bawiliśmy się z maluchami, do samego lądowania. W Rosji była noc, więc jeszcze zdążymy się wyspać. Na lotnisku dostaliśmy naszego psa i wyszliśmy na zewnątrz. Czekał tam już na nas wynajęty samochód. Na początku prowadził Rosjanin, ale w połowie drogi się zmieniliśmy. W końcu zatrzymaliśmy się na podjeździe, koło rodzinnego domu Dymitra.
- Kto gotowy odwiedzić babcię, ciocie i kuzynostwo?- spytałam odwracając się do maluchów.
- Myślę, że trochę za późno na pytanie ich o zdanie.- zauważył rozbawiony strażnik.
- Skarbie, to było pytanie retoryczne.- spojrzałam na niego z udawanym politowaniem i oboje zaczęliśmy się śmiać.
Maluchy zawtórowały nam radośnie.
- No dobra. Koniec tych śmiechów. Komu w drogę, temu w czas.- wyszłam z auta i wyciągnęłam Felixa.
Dymitr zrobił to samo z Nastką, a w wolne ręce wzięliśmy walizki. Lili starała się utrzymać na smyczy Biankę, która zaczęła się wszędzie rozglądać i oznaczać teren. Zanim zrobiliśmy choć jeden krok, z kierunku domu usłyszałam wesołe krzyki, a po chwili moja noga zrobiła się o jedno, ponad roczne dziecko cięższa.
- Ciocia, wuja.- wolała gromadka.
- Lili!- Pawka rzucił się w objęcia przyjaciółki i razem wylądowali na ziemi, śmiejąc się w głos.
My również zaczęliśmy się śmiać. Suczka podbiegła do młodych i zaczęła je lizać.
- Dimka, Rose.- z domu wyszła reszta domowników.
Pierwsza podbiegła Wiki i mocno nas uściskała. Mój mąż złapał najmłodszą siostrę i okręcił się z nią wokół osi.
- Miło was znowu widzieć w domu, braciszku.- Karolina poklepała go po plecach.
- Wybaczcie im, ale już nie mogły się doczekać i wybiegły.- przytulił nas Olena.
- Nic nie szkodzi, mamo.- zaskoczyła mnie łatwość z jaką powiedziałam ostatnie słowo. Kucnęłam przed chłopcem, wciąż uczepionym mojej nogi.- Cześć młody.
- Łuka, zejdź z cioci.- zawołała Sonia.
Chłopiec zszedł. Felix wyciągnął do niego rączki, a ten go przytulił. Jego mama również nas przywitała.
- Dajcie mi te słodziaki. Choć do babci.- najstarsza kobieta wzięła od Dymitra wnuczkę.- Ale śliczności nam wyrosło. Ile to już mamy?
- Pół roku.- Rosjanin nie posiadał się z dumy.
- Wyglądają na starsze.- zmartwiła się Sonia.
- Wiemy, też to zauważyliśmy.- odpowiedziałam.- Ale to nic takiego. Luna uprzedzała nas, że mogą się różnić od innych dzieci.
- A tutaj jest nasza czwarta siostra i przyszła szwagierka.- teraz dziewczyny upatrzyły sobie na ofiarę Lili.
- Dobrze dzieci, chodźcie do domu. Na pewno jesteście zmęczeni i głodni po podróży.
Wszyscy posłusznie poszliśmy za panią domu.
"Nasz los od zawsze zapisany był w gwiazdach. To one poprowadziły mnie do Ciebie mimo tylu przeciwności, spójrz. Jesteśmy tu. Razem. Ty i ja Roza. Na zawsze."
niedziela, 13 listopada 2016
ROZDZIAŁ 319
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
ROZDZIAŁ 318
Już od prawie dwóch miesięcy mam służbę i jest wspaniale. Krok w krok chodzę za Lissą i dbam o jej bezpieczeństwo. Czyli robię to o czym marzyłam prawie dwadzieścia lat. Jeśli chodzi o dzieci, to są wspaniałe. Raczkują jak szalone, więc nic się nie zmieniło. Jedynie czasem zaczynają stawać na nóżkach, ale tylko podtrzymując się mebli lub Bianki. Co do ich zdolności, to nic nowego się nie pojawiło. Zostajemy przy lewitacji, wpływie i uzdrawianiu. Tasza i Pablo spędzili u nas tydzień. Trochę dziwnie się czuję ze świadomością, że niedoszła kochanka mojego męża, urodzi jego brata i wujka naszych maluchów. No ale co poradzić. Tak chciał los. Pewnie zastanawia was, co teraz robimy. Otóż pakujemy się. Mamy wolne na cały tydzień, dzięki mnie. Za cztery dni będzie wszystkich świętych, a wiem, że tradycja odwiedzania grobów bliskich jest ważna dla Dymitra, zwłaszcza po dość niedawnej śmierci babci. Oczywiście sam mi tego nie powiedział i wręcz musiałam go zmusić do urlopu. Uparty pracoholik. Ale i tak go kocham. Wszystkiego dowiedziałam się od Oleny i to ona zaprosiła nas do Rosji.
- Rose, długo jeszcze?- spytał mój ukochany przez komunikator.
- Myślę, że szybciej było by gdybyś tu przyszedł i mi pomógł.- zauważyłam.
Choć dźwiękoszczelne ściany niekiedy się przydają, to w rozmowie przez pół domu są bezużyteczne. W odpowiedzi tylko westchnął, a po chwili na korytarzu usłyszałam kroki. Chciałam już rzucić, że obejdzie się bez jego łaski, ale wiedziałam, że nie prawda. Rosjanin podszedł, przytulił mnie od tyłu i pocałował w kark, a moje zdenerwowanie odeszło w niepamięć.
- Co mogę zrobić dla mojej pięknej żony?- spytał nie zaprzestając czynności.
- Zając się swoją księżniczką.- głową wskazałam na dziewczynkę bawiącą się teraz sznurówkami od butów taty.
- Choć malutka do tatusia.
Gdy strażnik ją podnosił, wydała z siebie zadowolony bełkot.
Ja w tym czasie kończyłam przebierać synka.
- I teraz jesteśmy czyściutcy i gotowi do drogi, prawda?- uniosłam chłopca i nosem potarłam jego nosek.
Chłopiec się zaśmiał, więc i ja nie mogłam zostać poważna. Nastka ciągle się wierciła i interesowało ją dosłownie wszystko w pokoju.
- Skarbie, możesz przestać się wiercić, bo tatuś chce cię wyszykować do drogi?- mój mąż powoli się niecierpliwił.
- O tak. Na nią to trzeba mieć sposób.- poprawiłam Felixa na rękach.
Wzięłam misia i pomachałam nim nad głową córeczki. Ta wpatrywała się w niego, jak zaczarowana, a Bielikow mógł w spokoju skończyć ją przebierać.
- Gotowe.- połaskotał dziewczynkę i wziął ją na ręce.- A teraz chodźmy bo się spóźnimy na samolot.
Założyliśmy szelki i włożyliśmy do nich dzieci. Wolnymi dłońmi złapaliśmy za rączki walizek, po czym zeszliśmy na dół, do samochodu. Gdy wszystkiego było już spakowane, a dzieci i pies grzecznie siedziały z tyłu, odpaliłam i ruszyliśmy na lotnisko. No bo jakbyśmy mogli nie wziąć Bianki? Na miejscu oddaliśmy suczkę obsłudze, a oni zaprowadzili ją do części dla zwierząt. Nie chciała iść, plącząc się między naszymi nogami i z tak błagalnym wzrokiem, że aż chciałam wziąć ją na ręce i trzymać do końca lotu.
- Spokojnie mała.- kucnęłam przy niej.- Tam będziesz bezpieczna, a za kilka godzin znowu się spotkamy.
Słuchała uważnie moich słów, przekrzywiając głowę na lewo. Jest u nas na tyle długo, abym zdążył zauważyć, że nas rozumie. To pewnie kolejny efekt uboczny więzi: lepszy kontakt ze zwierzętami. Zamiast się nas bać, jako dampirów, one nie tylko są ufne, ale i zachowują się jakby rozumiały co się do nich mówi.
- Może z panią zobaczysz się za parę godzin, bo ja przyjdę do ciebie, jak tylko będę mógł.- mój ukochany poczochrał ją po główce, a ona zaczęła radośnie na niego skakać, gotowa do zabawy.
My z Lili ją rozpieszczamy, Dymitr się z nią zazwyczaj bawi w ganianie, przeciąganie liny i delikatne szarpanie tak, że niekiedy ma lekki ślady jej pazurów na rękach. Za to maluchy robią z nią co chcą. Często chodzi za nimi krok w krok, jakby ich pilnowała. Dzieci bardzo lubią jej miękką sierść i się do niej przytulać. Często nawet tak zasypiają. Wtedy suczka przytula je bardziej i co chwilę liże. Traktuje je jak własne szczeniaki. Gdy zaczynają płakać, biegną do mnie lub Rosjanina, zależy kto jest bliżej. Za to maluchy odwdzięczają się jej tym, że dzielą się posiłkiem. Dajemy im chrupki kukurydziane, to połowę dadzą psu i cieszą się, że je.
Po naszych słowach trochę się uspokoiła i poszła grzecznie za panem, a my ruszyliśmy na odprawę. Zajęliśmy wygodne miejsca w samolocie i czekaliśmy na start. Dzieci zaczęły się niepokoić, gdy się wznosiliśmy. Ostatni i równocześnie pierwszy raz leciały jak miały koło miesiąca. Teraz są starsze i więcej rozumieją. Razem z mężem zabawialiśmy je, żeby odwrócić ich uwagę. Kiedy już lecieliśmy stabilnie, odpięliśmy pasy.
- Roza, możesz się przespać.- zaproponował mój ukochany.
Odpowiedzią zdziwiłam i jego i siebie.
- Nie chce mi się.
Dymitr spojrzał na mnie zdziwiony. Ale taka była prawda. Wolałam oglądać wyczyny naszych skarbów. Każdy ich ruch, gest, wydany odgłos jest dla mnie czymś nowym. Zaskakuje mnie jak takie małe istotki szybko rosną, uczą się nowych umiejętności, poznają świat.
Podczas podróży, brzdące rozglądały się ciekawe dookoła.
- Patrz. Co tam jest?- zapukałam w okno.
Nastka dotknęła go rączkami, patrząc na daleką ziemię i chmury. Zaśmiała się i spojrzała na mnie. Strażnik w tym czasie poszedł odwiedzić Biankę, tak jak obiecał, a Lili rysowała coś na kartce. Uwielbiała kolorowanki. Po jakimś czasie maluchy zasnęły, a ja chwilę po nich, wtulona w, nawet przez koszulkę, ciepły tors Bielikowa.
- Śpij dobrze, Roza.
Chciałam już za przeżyć, ze nie śpię, a jedynie odpoczywam, jednak w tym momencie... zasnęłam. O ironio.
- Rose, długo jeszcze?- spytał mój ukochany przez komunikator.
- Myślę, że szybciej było by gdybyś tu przyszedł i mi pomógł.- zauważyłam.
Choć dźwiękoszczelne ściany niekiedy się przydają, to w rozmowie przez pół domu są bezużyteczne. W odpowiedzi tylko westchnął, a po chwili na korytarzu usłyszałam kroki. Chciałam już rzucić, że obejdzie się bez jego łaski, ale wiedziałam, że nie prawda. Rosjanin podszedł, przytulił mnie od tyłu i pocałował w kark, a moje zdenerwowanie odeszło w niepamięć.
- Co mogę zrobić dla mojej pięknej żony?- spytał nie zaprzestając czynności.
- Zając się swoją księżniczką.- głową wskazałam na dziewczynkę bawiącą się teraz sznurówkami od butów taty.
- Choć malutka do tatusia.
Gdy strażnik ją podnosił, wydała z siebie zadowolony bełkot.
Ja w tym czasie kończyłam przebierać synka.
- I teraz jesteśmy czyściutcy i gotowi do drogi, prawda?- uniosłam chłopca i nosem potarłam jego nosek.
Chłopiec się zaśmiał, więc i ja nie mogłam zostać poważna. Nastka ciągle się wierciła i interesowało ją dosłownie wszystko w pokoju.
- Skarbie, możesz przestać się wiercić, bo tatuś chce cię wyszykować do drogi?- mój mąż powoli się niecierpliwił.
- O tak. Na nią to trzeba mieć sposób.- poprawiłam Felixa na rękach.
Wzięłam misia i pomachałam nim nad głową córeczki. Ta wpatrywała się w niego, jak zaczarowana, a Bielikow mógł w spokoju skończyć ją przebierać.
- Gotowe.- połaskotał dziewczynkę i wziął ją na ręce.- A teraz chodźmy bo się spóźnimy na samolot.
Założyliśmy szelki i włożyliśmy do nich dzieci. Wolnymi dłońmi złapaliśmy za rączki walizek, po czym zeszliśmy na dół, do samochodu. Gdy wszystkiego było już spakowane, a dzieci i pies grzecznie siedziały z tyłu, odpaliłam i ruszyliśmy na lotnisko. No bo jakbyśmy mogli nie wziąć Bianki? Na miejscu oddaliśmy suczkę obsłudze, a oni zaprowadzili ją do części dla zwierząt. Nie chciała iść, plącząc się między naszymi nogami i z tak błagalnym wzrokiem, że aż chciałam wziąć ją na ręce i trzymać do końca lotu.
- Spokojnie mała.- kucnęłam przy niej.- Tam będziesz bezpieczna, a za kilka godzin znowu się spotkamy.
Słuchała uważnie moich słów, przekrzywiając głowę na lewo. Jest u nas na tyle długo, abym zdążył zauważyć, że nas rozumie. To pewnie kolejny efekt uboczny więzi: lepszy kontakt ze zwierzętami. Zamiast się nas bać, jako dampirów, one nie tylko są ufne, ale i zachowują się jakby rozumiały co się do nich mówi.
- Może z panią zobaczysz się za parę godzin, bo ja przyjdę do ciebie, jak tylko będę mógł.- mój ukochany poczochrał ją po główce, a ona zaczęła radośnie na niego skakać, gotowa do zabawy.
My z Lili ją rozpieszczamy, Dymitr się z nią zazwyczaj bawi w ganianie, przeciąganie liny i delikatne szarpanie tak, że niekiedy ma lekki ślady jej pazurów na rękach. Za to maluchy robią z nią co chcą. Często chodzi za nimi krok w krok, jakby ich pilnowała. Dzieci bardzo lubią jej miękką sierść i się do niej przytulać. Często nawet tak zasypiają. Wtedy suczka przytula je bardziej i co chwilę liże. Traktuje je jak własne szczeniaki. Gdy zaczynają płakać, biegną do mnie lub Rosjanina, zależy kto jest bliżej. Za to maluchy odwdzięczają się jej tym, że dzielą się posiłkiem. Dajemy im chrupki kukurydziane, to połowę dadzą psu i cieszą się, że je.
Po naszych słowach trochę się uspokoiła i poszła grzecznie za panem, a my ruszyliśmy na odprawę. Zajęliśmy wygodne miejsca w samolocie i czekaliśmy na start. Dzieci zaczęły się niepokoić, gdy się wznosiliśmy. Ostatni i równocześnie pierwszy raz leciały jak miały koło miesiąca. Teraz są starsze i więcej rozumieją. Razem z mężem zabawialiśmy je, żeby odwrócić ich uwagę. Kiedy już lecieliśmy stabilnie, odpięliśmy pasy.
- Roza, możesz się przespać.- zaproponował mój ukochany.
Odpowiedzią zdziwiłam i jego i siebie.
- Nie chce mi się.
Dymitr spojrzał na mnie zdziwiony. Ale taka była prawda. Wolałam oglądać wyczyny naszych skarbów. Każdy ich ruch, gest, wydany odgłos jest dla mnie czymś nowym. Zaskakuje mnie jak takie małe istotki szybko rosną, uczą się nowych umiejętności, poznają świat.
Podczas podróży, brzdące rozglądały się ciekawe dookoła.
- Patrz. Co tam jest?- zapukałam w okno.
Nastka dotknęła go rączkami, patrząc na daleką ziemię i chmury. Zaśmiała się i spojrzała na mnie. Strażnik w tym czasie poszedł odwiedzić Biankę, tak jak obiecał, a Lili rysowała coś na kartce. Uwielbiała kolorowanki. Po jakimś czasie maluchy zasnęły, a ja chwilę po nich, wtulona w, nawet przez koszulkę, ciepły tors Bielikowa.
- Śpij dobrze, Roza.
Chciałam już za przeżyć, ze nie śpię, a jedynie odpoczywam, jednak w tym momencie... zasnęłam. O ironio.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
piątek, 11 listopada 2016
ROZDZIAŁ 317
Wróciliśmy w bardzo dobrych humorach, śmiejąc się z dawnych lat i całując co jakiś czas. Nasi goście siedzieli przytuleni na sofie i oglądali coś w telewizji. Na dźwięk naszych chichotów, spojrzeli na nas z uśmiechami.
- W końcu gołąbki wróciły.- zaśmiał się Pablo.
- Musieliśmy sobie wyjaśnić parę spraw.- wytłumaczyłam z szerokim uśmiechem, siadając obok nich.
- A ja musiałem ją przeprosić.- ukochany objął mnie od tyłu, przez oparcie.
- Macie ciekawy sposób na przepraszanie się.- Tasza wskazała na szyję.
Doskonale wiedziałam, że mam z przynajmniej trzy malinki, bo mojemu mężowi też ich nie odpuściłam. Dymitr podniósł mnie, usiadł na moim miejscu i posadził sobie na kolanach.
- A co tam u was?- spytałam.
- Cóż, my też wszystko sobie wyjaśniliśmy i jesteśmy oficjalnie parą.- morojka uniosła ich złączone dłonie, ale ręką Włocha na jej ramieniu mówiła sama za siebie.
- Aaaa! Gratulacje.- rzuciłam się na nią, przytulając ją.
- Dbaj o nią.- powiedział strażnik, ściskając dłoń mężczyzny.
- Będzie moim oczkiem w głowie.- spojrzeli na siebie słodko i lekko się pocałowali.
Popatrzyłam na Rosjanina, a on wzmocnił uścisk, z wzrokiem pełnym miłości, zwróconym na mnie.
- Co oglądamy?- spytałam, opierając się plecami o tors Bielikowa.
- Ojca Chrzestnego. A dzieci już śpią.- oznajmiła para.
- Dzięki. Nie musieliście.- trochę mnie to skrępowało.
- Daj spokój. One są urocze i to była przyjemność.- odpowiedziała kobieta
Chciałam coś powiedzieć, ale w tej chwili zaczął się film i umilkliśmy, skupiając się na seansie. Po dwóch godzinach się skończył.
- Było miło,- Tasza wstała, przyciągając się .- a teraz, jeśli pozwolicie, pójdę spać.
- Nie tak szybko.- zatrzymała się na mój głos.- Tak łatwo się nie wywiniesz. Po pierwsze kolacja, bo jesz za dwóch, a po drugie musi porozmawiać.
Kobieta westchnęła, ale usiadła. Mój mąż poszedł do kuchni zrobić jedzenie, a ja dawałam im rady co do prowadzenia ciąży. Takie same dostawałam od rodziny i przyjaciół. Akurat gdy skończyłam, wrócił strażnik z talerzem pełnym sałatki owocowej. Były w niej jabłka, gruszki, banany, arbuz, truskawki, śliwki, brzoskwinie, ananasy i maliny, a wszystko zalane jogurtem. Do tego sok pomarańczowy w szklankach. Usiedliśmy w jadalni i zabraliśmy się do jedzenia.
- To teraz po kolei.- zaczęłam, gdy wszyscy zjedli.- Kto to był?
- Nie wiem.- Tasza spuściła głowę.- Nie widziałam dobrze twarzy, bo było ciemno, ale jestem pewna, że był to moroj. Miał zielone oczy, charakterystyczne dla rodu Iwaszkowów i krótkie brązowe włosy. Chyba barwy Dimki, choć nie jestem pewna. Był Amerykaninem.
Na raz zrobiło mi się gorąco, a po plecach przeszedł mi zimny dreszcz. To nie możliwe, to nie może być prawda. Wszyscy spojrzeli na mnie zaniepokojeni.
- Roza, co się dzieje?- Rosjanin ścisnął moją dłoń.- Strasznie pobladłaś.
- Czy umiałabyś rozpoznać go na zdjęciu.- kobieta kiwnęła głową.- Towarzyszu przynieś tu laptop.
- Rose...- zaczął, ale mu przerwałam.
- Dymitr.- spojrzałam na niego znacząco.
Westchnął i poszedł. Odetchnęłam głęboko, starając się odgonić źle myśli. Może jednak się mylę. Ród Adriana jest bardzo liczny. Mogą być inni o podobnym kolorze włosów. Gdy wrócił mój mąż wpisałam w internecie pożądane nazwisko i wybrałam najlepsze zdjęcie. Poczułam, że ukochany się spiął.
- Myślisz, że to on?- spytał z jadem.
- Zaraz się dowiemy.- odwróciłam ekran w stronę pary na przeciwko.
Gdy tylko ciężarna spojrzała na mężczyznę w laptopie pobladła.
- To on.- powiedziała nie swoim głosem.
- Cholera!- strażnik zerwał się z miejsca i chodził po pokoju.
- Znacie go?- spytał Pablo, bo kobieta nie mogła wyrobić z siebie głosu.
- Niestety.- westchnęłam.
- To mój ojciec.- powiedział z bólem Rosjanin.- Zabiję go.
Wstałam i złapałem jego dłonie, zmuszając go do spojrzenia mi w oczy.
- Nie chcesz tego.- przekonywałam Dymitra.
- Może i nie.- usiadł na swoim miejscu.- Ale powinienem. Skrzywdził kolejną ważną dla mnie kobietę i na pewno mnusto innych których nawet nie znam. On nie zna współczucia i miłości.
- Cii... już dobrze. Ważne, że ty ją znasz i mnie ją obdarowałeś.- przytuliłam go.
Bielikow posadził mnie na swoich kolanach i się we mnie wtulił.
- Dziękuję Roza.- szepnął w moją szyję.
- Po to tu jestem Towarzyszu. Zawsze będę.
- To my może już pójdziemy na górę. Za dużo emocji jak na jeden dzień.- Pablo przypomniał nam o swojej obecności, ale nie na długo, bo para zniknęła.
Po kilku minutach mąż oderwał się ode mnie.
- Już lepiej?- spytałam, na co przytaknął ze słabym uśmiechem.- To chodź, posprzątamy po wspaniałej kolacji i załatwimy sprawy na jutrzejszą służbę. A później może weźmiemy szybki prysznic.- dodałam zmysłowym głosem.
Jego uśmiech od razu się poszerzył.
- Jeśli tak to zgoda.
- W końcu gołąbki wróciły.- zaśmiał się Pablo.
- Musieliśmy sobie wyjaśnić parę spraw.- wytłumaczyłam z szerokim uśmiechem, siadając obok nich.
- A ja musiałem ją przeprosić.- ukochany objął mnie od tyłu, przez oparcie.
- Macie ciekawy sposób na przepraszanie się.- Tasza wskazała na szyję.
Doskonale wiedziałam, że mam z przynajmniej trzy malinki, bo mojemu mężowi też ich nie odpuściłam. Dymitr podniósł mnie, usiadł na moim miejscu i posadził sobie na kolanach.
- A co tam u was?- spytałam.
- Cóż, my też wszystko sobie wyjaśniliśmy i jesteśmy oficjalnie parą.- morojka uniosła ich złączone dłonie, ale ręką Włocha na jej ramieniu mówiła sama za siebie.
- Aaaa! Gratulacje.- rzuciłam się na nią, przytulając ją.
- Dbaj o nią.- powiedział strażnik, ściskając dłoń mężczyzny.
- Będzie moim oczkiem w głowie.- spojrzeli na siebie słodko i lekko się pocałowali.
Popatrzyłam na Rosjanina, a on wzmocnił uścisk, z wzrokiem pełnym miłości, zwróconym na mnie.
- Co oglądamy?- spytałam, opierając się plecami o tors Bielikowa.
- Ojca Chrzestnego. A dzieci już śpią.- oznajmiła para.
- Dzięki. Nie musieliście.- trochę mnie to skrępowało.
- Daj spokój. One są urocze i to była przyjemność.- odpowiedziała kobieta
Chciałam coś powiedzieć, ale w tej chwili zaczął się film i umilkliśmy, skupiając się na seansie. Po dwóch godzinach się skończył.
- Było miło,- Tasza wstała, przyciągając się .- a teraz, jeśli pozwolicie, pójdę spać.
- Nie tak szybko.- zatrzymała się na mój głos.- Tak łatwo się nie wywiniesz. Po pierwsze kolacja, bo jesz za dwóch, a po drugie musi porozmawiać.
Kobieta westchnęła, ale usiadła. Mój mąż poszedł do kuchni zrobić jedzenie, a ja dawałam im rady co do prowadzenia ciąży. Takie same dostawałam od rodziny i przyjaciół. Akurat gdy skończyłam, wrócił strażnik z talerzem pełnym sałatki owocowej. Były w niej jabłka, gruszki, banany, arbuz, truskawki, śliwki, brzoskwinie, ananasy i maliny, a wszystko zalane jogurtem. Do tego sok pomarańczowy w szklankach. Usiedliśmy w jadalni i zabraliśmy się do jedzenia.
- To teraz po kolei.- zaczęłam, gdy wszyscy zjedli.- Kto to był?
- Nie wiem.- Tasza spuściła głowę.- Nie widziałam dobrze twarzy, bo było ciemno, ale jestem pewna, że był to moroj. Miał zielone oczy, charakterystyczne dla rodu Iwaszkowów i krótkie brązowe włosy. Chyba barwy Dimki, choć nie jestem pewna. Był Amerykaninem.
Na raz zrobiło mi się gorąco, a po plecach przeszedł mi zimny dreszcz. To nie możliwe, to nie może być prawda. Wszyscy spojrzeli na mnie zaniepokojeni.
- Roza, co się dzieje?- Rosjanin ścisnął moją dłoń.- Strasznie pobladłaś.
- Czy umiałabyś rozpoznać go na zdjęciu.- kobieta kiwnęła głową.- Towarzyszu przynieś tu laptop.
- Rose...- zaczął, ale mu przerwałam.
- Dymitr.- spojrzałam na niego znacząco.
Westchnął i poszedł. Odetchnęłam głęboko, starając się odgonić źle myśli. Może jednak się mylę. Ród Adriana jest bardzo liczny. Mogą być inni o podobnym kolorze włosów. Gdy wrócił mój mąż wpisałam w internecie pożądane nazwisko i wybrałam najlepsze zdjęcie. Poczułam, że ukochany się spiął.
- Myślisz, że to on?- spytał z jadem.
- Zaraz się dowiemy.- odwróciłam ekran w stronę pary na przeciwko.
Gdy tylko ciężarna spojrzała na mężczyznę w laptopie pobladła.
- To on.- powiedziała nie swoim głosem.
- Cholera!- strażnik zerwał się z miejsca i chodził po pokoju.
- Znacie go?- spytał Pablo, bo kobieta nie mogła wyrobić z siebie głosu.
- Niestety.- westchnęłam.
- To mój ojciec.- powiedział z bólem Rosjanin.- Zabiję go.
Wstałam i złapałem jego dłonie, zmuszając go do spojrzenia mi w oczy.
- Nie chcesz tego.- przekonywałam Dymitra.
- Może i nie.- usiadł na swoim miejscu.- Ale powinienem. Skrzywdził kolejną ważną dla mnie kobietę i na pewno mnusto innych których nawet nie znam. On nie zna współczucia i miłości.
- Cii... już dobrze. Ważne, że ty ją znasz i mnie ją obdarowałeś.- przytuliłam go.
Bielikow posadził mnie na swoich kolanach i się we mnie wtulił.
- Dziękuję Roza.- szepnął w moją szyję.
- Po to tu jestem Towarzyszu. Zawsze będę.
- To my może już pójdziemy na górę. Za dużo emocji jak na jeden dzień.- Pablo przypomniał nam o swojej obecności, ale nie na długo, bo para zniknęła.
Po kilku minutach mąż oderwał się ode mnie.
- Już lepiej?- spytałam, na co przytaknął ze słabym uśmiechem.- To chodź, posprzątamy po wspaniałej kolacji i załatwimy sprawy na jutrzejszą służbę. A później może weźmiemy szybki prysznic.- dodałam zmysłowym głosem.
Jego uśmiech od razu się poszerzył.
- Jeśli tak to zgoda.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
ROZDZIAŁ 316
Przestraszyła mnie ta myśl. To prawda, pragnę pomóc przyjaciółce, ale gdy myślę, że to wszystko mogę stracić, przez szaleństwo, to zaczynam się zastanawiać, czy to jest tego warte. I dochodzę wciąż do tego samego wniosku. Oni są najważniejsi.
- Nie.- w głosie męża czułam siłę, gdy przycisnął mnie sobie do torsu.- Ty jesteś inna. Silniejsza od innych. A poza tym nigdy nie pozwolę na to. Za wiele dla mnie znaczysz. Nigdy nie dam ci odejść. NIGDY.- obietnicę przypieczętował pocałunkiem.- I posprzątaliśmy pokój na błysk.
Zaśmieliśmy się razem.
- A Taszę przeprosiliście?- spytałam.
- Tak. Ale nawet o tym nie przypominaj.- wybuchłam śmiechem, widząc jego zbolałą minę.
- Dalej nie mogę tego zrozumieć.- spoważniałam.- Kiedyś nie sięgałeś tak po alkohol. To zaczęło się po twoich oświadczynach. Wcześniej nie radziłeś sobie z problemami alkoholem.
- Wcześniej nie miałem aż takich problemów.
- Chcesz powiedzieć, że jestem problemem?- oburzyłam się.
- Nie skarbie. Po prostu kłopoty cię lubią. I nic na to nie poradzimy. Ale wszystko przejdziemy razem.- uśmiechnął się do mnie i ucałował czubek mojej głowy.- A teraz wracamy do domu, bo się będą martwić.
Razem wstaliśmy i skierowaliśmy się w drogę powrotną, trzymając się za ręce. I nagle mnie olśniło.
- Więź!- krzyknęłam podekscytowana, zatrzymując się.
- Co? Coś jest z Lissą?- czułam, że Dymitr się spiął.
- Nie. Chodzi o naszą więź.- wskazałam na nas dwoje.
- Jaką "naszą"?- strażnik zmarszczył brwi.
- Sonia kiedyś mówiła, że nasze dusze są ze sobą związane, połączone. A Luna wzmocniła to swoim darem.-pociągnęłam go w dalszą drogę.
- No dobra, ale jaki to ma związek z moim piciem?- spytał, równając się ze mną.
- Mrok od Lissy idzie na mnie, a część może i na ciebie. Przejmujesz moje emocje i trochę charakteru. Dlatego jesteś taki wybuchowy i impulsywny bardziej niż kiedyś.
- A ty spokojniejsza, tak?- próbował zrozumieć moje myślenie.
- Przynajmniej tak zakłada moja teoria. Chociaż na ciebie chyba trochę bardziej to działa.
Nagle mój ukochany się zatrzymał, ciągnąć mnie do siebie.
- Oboje się zmieniliśmy.- zauważył.
- Tak.- odpowiedziałam, niepewna do czego zmierza.
- Ale i tak cię kocham, bez względu na wszystko.
- Ja ciebie też.- ze szczęścia wskoczyłam na niego i oplotłam go nogami w pasie.
Gdy tylko poczułam jego ciepłe dłonie na udach, pocałowałam go namiętnie. Odwzajemnił pocałunek, przyciskając mnie do najbliższego drzewa przejechał językiem po mojej dolnej wardze, prosząc o dostęp. Nie dałam mu go od razu; trochę go pomęczyłam, ale w końcu dostał to czego chciał. Nasze języki walczyły o dominację, jednak to Rosjanin wygrał (jak zawsze, z resztą). Zaczęłam szybciej oddychać, gdy przeszedł ustami na moją szyję. Zatraciłam się w jego dłoniach, pocałunkach i bliskości ciała. Napierał ma mnie całym sobą, a ja nawet nie zwracałam uwagi na wbijające się w moje plecy drzewo. Czerwona lampka zapaliła mi się, kiedy strażnik włożył dłonie pod moją bluzkę i zaczął ją unosić.
- Dymitr...- jęknęłam.
- Cii.. Roza nic się nie dzieje.- mruknął mi w szyję.- Nawet nie zauważą, że nas nie ma. Zasłużyłem, żebyś na mnie nakrzyczała i teraz muszę się przeprosić.
- Mam nadzieję, że Taszy tak nie przepraszałeś.- uśmiechnęła się błogo.
- Nie. To przyjemność zarezerwowana tylko dla ciebie, Roza...- tak zmysłowo wymruczał moje imię, że aż przeszedł mnie dreszcz.
Już bez słowa, oddałam się pieszczotą. Przyjemne ciepło rozlało się po moim ciele, gdy tylko rozgrzane dłonie męża zaczęła dotykać mojego zimnego brzucha. W każdym miejscu, gdzie jego skóra zetknęła się z moją, dostawałam gęsiej skórki. Po chwili zostałam w samym staniku, a on już dobierał mi się do spodni. Nie wytrzymałam i sama nachyliłam się do jego szyi, zrzucając mu z ramion prochowiec. Zaczęłam ją całować, ssać i lekko podgryzać. Poczułam jak zadrżał, gdy ustami znalazłam się za uchem Bielikowa. Przestał mnie całować i dał mi dostęp, odchylając głowę. Zamieniliśmy się tak, że teraz to on opierał się o drzewo. Tak jak wcześniej strażnik, włożyłam mu pod bluzkę chłodne, w porównaniu z jego ciałem, dłonie. Zatrząsł się, a ja lekko uśmiechnęłam się pod nosem. W tym czasie jego ręce badały moje nagle plecy, brzuch i talię. Mimo, że było chłodno, ja czułam się rozgrzana. Czułam, że Dymitr już się nie cierpliwi i tylko czeka, aż po zbędne się jego bluzki, ale mi się nigdzie nie spieszyło. Po kilku minutach nękania go, dałam sobie pełen dostęp do oglądania nagiego torsu Rosjanina. Nagle obrócił mnie plecami do drzewa i spojrzał prosto w oczy, trzymając moje ręce za nadgarstki nad głową. Oboje oddychaliśmy szybko i płytko, a nasze serca chyba było słychać po drugiej stronie lasu.
- Widzisz coś, co ci się podoba, Roza?- wysapał, ze wzrokiem pełnym pożądania.
- To chyba moje pytanie.- ledwo mogłam się skupić na jego prawie czarnych oczach.- Ale tak. Ty mi się podobasz.
Pragnęłam, żeby w końcu mnie pocałował, a ja wtedy zanurzyłabym palce w jego długich włosach. Ale uniemożliwiła mi to jego dłoń, trzymająca moje ręce, co było męczarnią, a jednocześnie podniecało.
- Tylko podobam?- ścisnął mocniej rękę, ale tak, żeby mnie nie zabolało.
- Uwielbiam cię.- wyjęczałam.
W chwili gdy puścił moje dłonie, powędrowały prosto do jego głowy. Całowaliśmy się jak szaleni. Mój ukochany naparł na mnie całym ciałem, pogłębiając jeszcze bardziej pocałunek. Błądził palcami po moich plecach, aż nie zdjął mi biustonosza. Zaczęliśmy dobierać się do naszych spodni w tej samej chwili. Gdy oboje zostaliśmy tylko w majtkach, mąż uniósł mnie i delikatnie położył na chłodnej ziemi. Po dłuższej chwili badania mojego ciała pozbył się koronkowej bielizny, która bardzo mu przeszkadzała. Znowu uwięził mi dłonie nad głową i zaczął palcami jeździć najpierw po wewnętrznych stronach moich ud, coraz bardziej zbliżając się do kobiecości. Jęczałam i wiłam się pod nim, ale nie mogłam go dotknąć. To było okropnie podniecające. Jednocześnie zaczął całować mnie po piersiach. Ja oszaleję.
- Dymitr...- krzyknęłam z rozkoszy, gdy palcem wszedł we mnie i zaczął się poruszać.
Dodał jeszcze drugi i trzeci. Krzyczałam jego imię, dochodząc. W końcu puścił moje ręce, chyba po to, żeby zdjąć bokserki, ale nie zdążył, bo zrobiłam to szybciej. Wręcz je z niego zdarłam. Zaśmiał się, no ale ja naprawdę już nie wytrzymam. Rzuciłam się na niego, czym go zaskoczyłam, i usiadłam na nim tak, że znalazł się we mnie. Nie czekając dłużej zaczęłam się na nim poruszać, aż oboje nie doszliśmy. Oczywiście w tym samym momencie. Teraz leżę na ściółce leśnej, z głową Dymitra pod moimi piersiami. Strażnik głaskał mnie po brzuchu, w miejscu, gdzie jeszcze kilka miesięcy temu były nasze maluszki. Cieszę się, że są już z nami. To wspaniałe uczucie wziąć na ręce cząstkę siebie i ukochanej osoby. Pewnie robił to z przyzwyczajenia, ale nie narzekałam. Lubię gdy mnie tam dotyka, a sama mam łatwiejszy dostęp do jego włosów. Zamruczał, kiedy zaczęłam go drapać po głowie. Przeniósł głowę na moje piersi i spojrzał mi w oczy ze szczęściem wpisanym na twarzy i miłością w oczach.
- Ja tiebia liubliu Roza
- Ja tiebia toże liubliu tovarishch.
- Nie.- w głosie męża czułam siłę, gdy przycisnął mnie sobie do torsu.- Ty jesteś inna. Silniejsza od innych. A poza tym nigdy nie pozwolę na to. Za wiele dla mnie znaczysz. Nigdy nie dam ci odejść. NIGDY.- obietnicę przypieczętował pocałunkiem.- I posprzątaliśmy pokój na błysk.
Zaśmieliśmy się razem.
- A Taszę przeprosiliście?- spytałam.
- Tak. Ale nawet o tym nie przypominaj.- wybuchłam śmiechem, widząc jego zbolałą minę.
- Dalej nie mogę tego zrozumieć.- spoważniałam.- Kiedyś nie sięgałeś tak po alkohol. To zaczęło się po twoich oświadczynach. Wcześniej nie radziłeś sobie z problemami alkoholem.
- Wcześniej nie miałem aż takich problemów.
- Chcesz powiedzieć, że jestem problemem?- oburzyłam się.
- Nie skarbie. Po prostu kłopoty cię lubią. I nic na to nie poradzimy. Ale wszystko przejdziemy razem.- uśmiechnął się do mnie i ucałował czubek mojej głowy.- A teraz wracamy do domu, bo się będą martwić.
Razem wstaliśmy i skierowaliśmy się w drogę powrotną, trzymając się za ręce. I nagle mnie olśniło.
- Więź!- krzyknęłam podekscytowana, zatrzymując się.
- Co? Coś jest z Lissą?- czułam, że Dymitr się spiął.
- Nie. Chodzi o naszą więź.- wskazałam na nas dwoje.
- Jaką "naszą"?- strażnik zmarszczył brwi.
- Sonia kiedyś mówiła, że nasze dusze są ze sobą związane, połączone. A Luna wzmocniła to swoim darem.-pociągnęłam go w dalszą drogę.
- No dobra, ale jaki to ma związek z moim piciem?- spytał, równając się ze mną.
- Mrok od Lissy idzie na mnie, a część może i na ciebie. Przejmujesz moje emocje i trochę charakteru. Dlatego jesteś taki wybuchowy i impulsywny bardziej niż kiedyś.
- A ty spokojniejsza, tak?- próbował zrozumieć moje myślenie.
- Przynajmniej tak zakłada moja teoria. Chociaż na ciebie chyba trochę bardziej to działa.
Nagle mój ukochany się zatrzymał, ciągnąć mnie do siebie.
- Oboje się zmieniliśmy.- zauważył.
- Tak.- odpowiedziałam, niepewna do czego zmierza.
- Ale i tak cię kocham, bez względu na wszystko.
- Ja ciebie też.- ze szczęścia wskoczyłam na niego i oplotłam go nogami w pasie.
Gdy tylko poczułam jego ciepłe dłonie na udach, pocałowałam go namiętnie. Odwzajemnił pocałunek, przyciskając mnie do najbliższego drzewa przejechał językiem po mojej dolnej wardze, prosząc o dostęp. Nie dałam mu go od razu; trochę go pomęczyłam, ale w końcu dostał to czego chciał. Nasze języki walczyły o dominację, jednak to Rosjanin wygrał (jak zawsze, z resztą). Zaczęłam szybciej oddychać, gdy przeszedł ustami na moją szyję. Zatraciłam się w jego dłoniach, pocałunkach i bliskości ciała. Napierał ma mnie całym sobą, a ja nawet nie zwracałam uwagi na wbijające się w moje plecy drzewo. Czerwona lampka zapaliła mi się, kiedy strażnik włożył dłonie pod moją bluzkę i zaczął ją unosić.
- Dymitr...- jęknęłam.
- Cii.. Roza nic się nie dzieje.- mruknął mi w szyję.- Nawet nie zauważą, że nas nie ma. Zasłużyłem, żebyś na mnie nakrzyczała i teraz muszę się przeprosić.
- Mam nadzieję, że Taszy tak nie przepraszałeś.- uśmiechnęła się błogo.
- Nie. To przyjemność zarezerwowana tylko dla ciebie, Roza...- tak zmysłowo wymruczał moje imię, że aż przeszedł mnie dreszcz.
Już bez słowa, oddałam się pieszczotą. Przyjemne ciepło rozlało się po moim ciele, gdy tylko rozgrzane dłonie męża zaczęła dotykać mojego zimnego brzucha. W każdym miejscu, gdzie jego skóra zetknęła się z moją, dostawałam gęsiej skórki. Po chwili zostałam w samym staniku, a on już dobierał mi się do spodni. Nie wytrzymałam i sama nachyliłam się do jego szyi, zrzucając mu z ramion prochowiec. Zaczęłam ją całować, ssać i lekko podgryzać. Poczułam jak zadrżał, gdy ustami znalazłam się za uchem Bielikowa. Przestał mnie całować i dał mi dostęp, odchylając głowę. Zamieniliśmy się tak, że teraz to on opierał się o drzewo. Tak jak wcześniej strażnik, włożyłam mu pod bluzkę chłodne, w porównaniu z jego ciałem, dłonie. Zatrząsł się, a ja lekko uśmiechnęłam się pod nosem. W tym czasie jego ręce badały moje nagle plecy, brzuch i talię. Mimo, że było chłodno, ja czułam się rozgrzana. Czułam, że Dymitr już się nie cierpliwi i tylko czeka, aż po zbędne się jego bluzki, ale mi się nigdzie nie spieszyło. Po kilku minutach nękania go, dałam sobie pełen dostęp do oglądania nagiego torsu Rosjanina. Nagle obrócił mnie plecami do drzewa i spojrzał prosto w oczy, trzymając moje ręce za nadgarstki nad głową. Oboje oddychaliśmy szybko i płytko, a nasze serca chyba było słychać po drugiej stronie lasu.
- Widzisz coś, co ci się podoba, Roza?- wysapał, ze wzrokiem pełnym pożądania.
- To chyba moje pytanie.- ledwo mogłam się skupić na jego prawie czarnych oczach.- Ale tak. Ty mi się podobasz.
Pragnęłam, żeby w końcu mnie pocałował, a ja wtedy zanurzyłabym palce w jego długich włosach. Ale uniemożliwiła mi to jego dłoń, trzymająca moje ręce, co było męczarnią, a jednocześnie podniecało.
- Tylko podobam?- ścisnął mocniej rękę, ale tak, żeby mnie nie zabolało.
- Uwielbiam cię.- wyjęczałam.
W chwili gdy puścił moje dłonie, powędrowały prosto do jego głowy. Całowaliśmy się jak szaleni. Mój ukochany naparł na mnie całym ciałem, pogłębiając jeszcze bardziej pocałunek. Błądził palcami po moich plecach, aż nie zdjął mi biustonosza. Zaczęliśmy dobierać się do naszych spodni w tej samej chwili. Gdy oboje zostaliśmy tylko w majtkach, mąż uniósł mnie i delikatnie położył na chłodnej ziemi. Po dłuższej chwili badania mojego ciała pozbył się koronkowej bielizny, która bardzo mu przeszkadzała. Znowu uwięził mi dłonie nad głową i zaczął palcami jeździć najpierw po wewnętrznych stronach moich ud, coraz bardziej zbliżając się do kobiecości. Jęczałam i wiłam się pod nim, ale nie mogłam go dotknąć. To było okropnie podniecające. Jednocześnie zaczął całować mnie po piersiach. Ja oszaleję.
- Dymitr...- krzyknęłam z rozkoszy, gdy palcem wszedł we mnie i zaczął się poruszać.
Dodał jeszcze drugi i trzeci. Krzyczałam jego imię, dochodząc. W końcu puścił moje ręce, chyba po to, żeby zdjąć bokserki, ale nie zdążył, bo zrobiłam to szybciej. Wręcz je z niego zdarłam. Zaśmiał się, no ale ja naprawdę już nie wytrzymam. Rzuciłam się na niego, czym go zaskoczyłam, i usiadłam na nim tak, że znalazł się we mnie. Nie czekając dłużej zaczęłam się na nim poruszać, aż oboje nie doszliśmy. Oczywiście w tym samym momencie. Teraz leżę na ściółce leśnej, z głową Dymitra pod moimi piersiami. Strażnik głaskał mnie po brzuchu, w miejscu, gdzie jeszcze kilka miesięcy temu były nasze maluszki. Cieszę się, że są już z nami. To wspaniałe uczucie wziąć na ręce cząstkę siebie i ukochanej osoby. Pewnie robił to z przyzwyczajenia, ale nie narzekałam. Lubię gdy mnie tam dotyka, a sama mam łatwiejszy dostęp do jego włosów. Zamruczał, kiedy zaczęłam go drapać po głowie. Przeniósł głowę na moje piersi i spojrzał mi w oczy ze szczęściem wpisanym na twarzy i miłością w oczach.
- Ja tiebia liubliu Roza
- Ja tiebia toże liubliu tovarishch.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
środa, 9 listopada 2016
ROZDZIAŁ 315
Wybrałem to drugie.
- Hej Kochanieeee.- przywitałem żonę ze słodkim uśmiechem i pocałowałem ją słodko w usta, a ta odwzajemniła pocałunek.
Gdy się od siebie odkleiliśmy, ściągnąłem jej prochowiec, który dostała ode mnie na urodziny i powiesiłem na haczyku. Roza męczyła się z butami, więc posądziłem ją na szafce i zdałem obuwie.
- A co ty taki milusi?- spytała z uśmiechem.
Czyżby zapomniała. Błagam tak!
- A to już nie mogę być miły dla mojej ukochanej, najpiękniejszej, najmądrzejsze, najlepszej i najbardziej odpowiedzialnej żony?- spytałem przytulając ją.
- Możesz.- zawiesiła mi na ramieniu torbę, całując mnie przelotne w usta.
Wyrwała się z moich objęć i poszła do kuchni. Ja skierowałem się na górę z jej torbą, zanim sobie przypomni.
- I tak nie unikniesz rozmowy.- krzyknęła gdy byłem w połowie schodów.
- Cholera!- ona pamiętała.
- Słyszałam.- dobiegł mnie jej śmiech i sam nie mogłem się nie uśmiechnąć.
Zostawiłem torbę w gabinecie i dołączyłem do ukochanej.
- A gdzie nasi goście?- spytała Roza, rozglądając się dookoła.
- Poszli zwiedzać wodospad. Ale zaraz wrócą.- zapewniłem
- Nie byłabym tego taka pewna.- powiedziała, z cwanym uśmieszkiem.
Ona wie coś, czego ja nie wiem.
ROSE
- Czemu?- Dymitr wydawał się być zdezorientowany.
Westchnęłam zrezygnowana. Dlaczego mężczyźni są tacy niedomyślni?
- A pomyśl, Towarzyszu. Wczoraj Pablo zwierzał ci się ze swoich uczuć do Taszy, a ona umiała cię podrywać nawet w największym tłumie.- aż się wzdrygnęłam na wspomnienie.- To co dopiero nad wodospadem, przy świetle księżyca w środku lasu.
- Hej Kochanieeee.- przywitałem żonę ze słodkim uśmiechem i pocałowałem ją słodko w usta, a ta odwzajemniła pocałunek.
Gdy się od siebie odkleiliśmy, ściągnąłem jej prochowiec, który dostała ode mnie na urodziny i powiesiłem na haczyku. Roza męczyła się z butami, więc posądziłem ją na szafce i zdałem obuwie.
- A co ty taki milusi?- spytała z uśmiechem.
Czyżby zapomniała. Błagam tak!
- A to już nie mogę być miły dla mojej ukochanej, najpiękniejszej, najmądrzejsze, najlepszej i najbardziej odpowiedzialnej żony?- spytałem przytulając ją.
- Możesz.- zawiesiła mi na ramieniu torbę, całując mnie przelotne w usta.
Wyrwała się z moich objęć i poszła do kuchni. Ja skierowałem się na górę z jej torbą, zanim sobie przypomni.
- I tak nie unikniesz rozmowy.- krzyknęła gdy byłem w połowie schodów.
- Cholera!- ona pamiętała.
- Słyszałam.- dobiegł mnie jej śmiech i sam nie mogłem się nie uśmiechnąć.
Zostawiłem torbę w gabinecie i dołączyłem do ukochanej.
- A gdzie nasi goście?- spytała Roza, rozglądając się dookoła.
- Poszli zwiedzać wodospad. Ale zaraz wrócą.- zapewniłem
- Nie byłabym tego taka pewna.- powiedziała, z cwanym uśmieszkiem.
Ona wie coś, czego ja nie wiem.
ROSE
- Czemu?- Dymitr wydawał się być zdezorientowany.
Westchnęłam zrezygnowana. Dlaczego mężczyźni są tacy niedomyślni?
- A pomyśl, Towarzyszu. Wczoraj Pablo zwierzał ci się ze swoich uczuć do Taszy, a ona umiała cię podrywać nawet w największym tłumie.- aż się wzdrygnęłam na wspomnienie.- To co dopiero nad wodospadem, przy świetle księżyca w środku lasu.
- A o to chodzi!- zrozumiał.- Ale on jej się podoba?
- Tak.- pokiwałam głową, nakładając sobie i Lili obiad.
Zawołałam młoda na kotlety mielone, a mój mąż zajął się maluchami.
- Lili,- spojrzałam na siostrę znad posiłku.- zaopiekujesz się maluchami? Później nasi goście ci pomogą.
- Dobrze.- zgodziła się.- A gdzieś idziecie?
- Musimy z Dymitrem załatwić ważną sprawę.- spojrzałam na niego znacząco.
Jak powiedziałam, tak się stało. Poszłam na górę ubrać coś wygodniejszego, a ukochany szedł za mną krok w krok. wybrałam jeansowe rurki i beżowy t-shirt. Później wzięłam klucze i krzyknęłam, że wychodzimy. Słyszałam, że Pablo zdziwił się, ale Tasza go zatrzymała. Musieli już wrócić. Rosjanin grzecznie wyszedł na dwór, a ja za nim.
- Roza, może powinniśmy zostać. Co jeśli strzygi...- zaczął strażnik, ale przerwałam mu.
- Nic im nie będzie, a ty się już nie wywiniesz. Naważyłeś sobie piwa, to teraz je wypij. A raczej wódki.- zaśmiałam się pod nosem.
Ten tylko westchnął zrezygnowany i poszedł za moją osobą. Po chwili zrównał się ze mną, a ja zauważyłam, że idzie spokojnie z wysoko uniesioną głową. Albo nie jestem, aż tak przerażająca, albo szedłby dumnie nawet na ścięcie. Szliśmy tak pięć minut, a ja starałam się uspokoić. Przecież nie mogę od razu n niego naskoczyć. On by spokojnie zaczął mnie pytać o przyczynę. Tak jak na zajęciach polowych. W końcu zatrzymaliśmy się pod rozłożystą sosna. Odwróciłam się do męża, krzyżując ręce na piersi.
- Dlaczego?- spytałam, opanowana.
Spojrzał na mnie zdziwiony. Najpewniej spodziewał się krzyku i ataku z mojej strony. Ale ja jestem spokojna. Jestem spokojna? Nie wiem, ale chyba chcę zapewnić o tym samą siebie.
- Co dlaczego?- on również miał kamienną twarz.
- Oj ty dobrze wiesz, kochany, co.
Westchnął ciężko i usiadł opierając się plecami o pień drzewa.
- Nie wiem.- mruknął, zakrywając twarz dłońmi.- Może trochę mnie to przerosło.
- Ciebie przerosło?!- no i moje opanowanie szlag trafił.- A co ma powiedzieć Tasza. To ona została... to ona nosi dziecko, którego nie chciała. A jakoś się nie upiła, a przejechała pół świata, szukając wsparcia u przyjaciela. A on co? Upił się! I jeszcze zrobił syf we własnym domu. Wszystko zostawiłeś mi! Mam nadzieję, że chociaż zrobiłeś to o co poprosiłam.- no i wykrzyczałam to z siebie.
Spodziewałam się reakcji takiej, jaka miała miejsce u mojego ojca, albo choć trochę skruchy. Ale na jego twarzy była obojętność. Nic nie rozumiałam.
- Skończyłaś?- to pytanie sprawiło, że aż się we mnie zagotowało.
Denerwowało mnie to. Ja na niego krzyczę, a ten nic sobie z tego nie robi.
- Czy ty w ogóle rozumiesz co do ciebie mówię?! Tym razem to nie ja zawiniłam i dobrze o tym wiesz. Zdajesz sobie sprawę ze swojego postępowania?! Czy nie możesz choć raz pokazać swoich uczuć? Następnym razem pomyśl dwa razy, zanim coś zrobisz. Nawet wyraźnie pokazałam ci co o tym myślę. A ty brnąłeś dalej. Czemu?
- Teraz skończyłaś? To chodź w końcu do mnie.- wyciągnął w moją stronę ramiona.
I co? Myśli, że mnie przytuli i po kłopocie? Nie ma mowy! Nagle poczułam pchnięcie od tyłu i upadłam na Dymitra, który od razu zamknął mnie w mocnym uścisku i zaczął się kołysać. Gdy spojrzałam do tylu, nikogo nie było. Luna. Na początku się opierałam, ale w końcu oparłam głowę mu na piersi i zaciągnęłam się zapachem jego wody kolońskiej. On ciągle się kołysał, głaszcząc mnie po plecach i bawiąc się moimi włosami.
- Roza, doskonale zdaje sobie sprawę, ze swojego błędu. Nie wiem czemu, ale to mnie przerosło. Byłem przerażony tym, do czego zdolni są ludzi. To okropne, że mogą skrzywdzić nie znaną, samotną kobietę. W Rosji jest jeszcze gorzej. Alkohol był dla mnie odruchem obronnym. Ty byłaś w Rosji. Sama, piękna, pociągająca. Miałaś szczęście, że nikt ciebie nie skrzywdził. Ale gdy pomyślałem, że ty mogłabyś być na miejscu Taszy... coś we mnie pękło i poszedłem do barku.
Między nami zapadła chwilowa cisza, którą przerwał mój ukochany.
- Roza, czy Lissa używa mocy Ducha?
- Czasami. Ale to bardzo rzadko, zwykle ćwiczy na jakichś roślinach, lekkich ranach i takie tam.- odpowiedziałam wciąż wtulona w ciepłe ciało Bielikowa.- A co?
- Boję się o ciebie.- szepnął szczerze.- Dalej przejmujesz na siebie jej szaleństwo. Dzisiaj dałaś tego dowód. Zauważyłem, że na początku chciałaś być spokojna, ale mrok ci nie pozwolił.
Odsunęłam się od niego i zapatrzyłam w przepiękne oczy, ale wciąż byłam w jego ramionach.
- Od dawna mówiłam ci, że chcę tego. Chcę chronić Lissę. Myślisz, że będzie ze mną źle, tak jak z Anną?
- Tak.- pokiwałam głową, nakładając sobie i Lili obiad.
Zawołałam młoda na kotlety mielone, a mój mąż zajął się maluchami.
- Lili,- spojrzałam na siostrę znad posiłku.- zaopiekujesz się maluchami? Później nasi goście ci pomogą.
- Dobrze.- zgodziła się.- A gdzieś idziecie?
- Musimy z Dymitrem załatwić ważną sprawę.- spojrzałam na niego znacząco.
Jak powiedziałam, tak się stało. Poszłam na górę ubrać coś wygodniejszego, a ukochany szedł za mną krok w krok. wybrałam jeansowe rurki i beżowy t-shirt. Później wzięłam klucze i krzyknęłam, że wychodzimy. Słyszałam, że Pablo zdziwił się, ale Tasza go zatrzymała. Musieli już wrócić. Rosjanin grzecznie wyszedł na dwór, a ja za nim.
- Roza, może powinniśmy zostać. Co jeśli strzygi...- zaczął strażnik, ale przerwałam mu.
- Nic im nie będzie, a ty się już nie wywiniesz. Naważyłeś sobie piwa, to teraz je wypij. A raczej wódki.- zaśmiałam się pod nosem.
Ten tylko westchnął zrezygnowany i poszedł za moją osobą. Po chwili zrównał się ze mną, a ja zauważyłam, że idzie spokojnie z wysoko uniesioną głową. Albo nie jestem, aż tak przerażająca, albo szedłby dumnie nawet na ścięcie. Szliśmy tak pięć minut, a ja starałam się uspokoić. Przecież nie mogę od razu n niego naskoczyć. On by spokojnie zaczął mnie pytać o przyczynę. Tak jak na zajęciach polowych. W końcu zatrzymaliśmy się pod rozłożystą sosna. Odwróciłam się do męża, krzyżując ręce na piersi.
- Dlaczego?- spytałam, opanowana.
Spojrzał na mnie zdziwiony. Najpewniej spodziewał się krzyku i ataku z mojej strony. Ale ja jestem spokojna. Jestem spokojna? Nie wiem, ale chyba chcę zapewnić o tym samą siebie.
- Co dlaczego?- on również miał kamienną twarz.
- Oj ty dobrze wiesz, kochany, co.
Westchnął ciężko i usiadł opierając się plecami o pień drzewa.
- Nie wiem.- mruknął, zakrywając twarz dłońmi.- Może trochę mnie to przerosło.
- Ciebie przerosło?!- no i moje opanowanie szlag trafił.- A co ma powiedzieć Tasza. To ona została... to ona nosi dziecko, którego nie chciała. A jakoś się nie upiła, a przejechała pół świata, szukając wsparcia u przyjaciela. A on co? Upił się! I jeszcze zrobił syf we własnym domu. Wszystko zostawiłeś mi! Mam nadzieję, że chociaż zrobiłeś to o co poprosiłam.- no i wykrzyczałam to z siebie.
Spodziewałam się reakcji takiej, jaka miała miejsce u mojego ojca, albo choć trochę skruchy. Ale na jego twarzy była obojętność. Nic nie rozumiałam.
- Skończyłaś?- to pytanie sprawiło, że aż się we mnie zagotowało.
Denerwowało mnie to. Ja na niego krzyczę, a ten nic sobie z tego nie robi.
- Czy ty w ogóle rozumiesz co do ciebie mówię?! Tym razem to nie ja zawiniłam i dobrze o tym wiesz. Zdajesz sobie sprawę ze swojego postępowania?! Czy nie możesz choć raz pokazać swoich uczuć? Następnym razem pomyśl dwa razy, zanim coś zrobisz. Nawet wyraźnie pokazałam ci co o tym myślę. A ty brnąłeś dalej. Czemu?
- Teraz skończyłaś? To chodź w końcu do mnie.- wyciągnął w moją stronę ramiona.
I co? Myśli, że mnie przytuli i po kłopocie? Nie ma mowy! Nagle poczułam pchnięcie od tyłu i upadłam na Dymitra, który od razu zamknął mnie w mocnym uścisku i zaczął się kołysać. Gdy spojrzałam do tylu, nikogo nie było. Luna. Na początku się opierałam, ale w końcu oparłam głowę mu na piersi i zaciągnęłam się zapachem jego wody kolońskiej. On ciągle się kołysał, głaszcząc mnie po plecach i bawiąc się moimi włosami.
- Roza, doskonale zdaje sobie sprawę, ze swojego błędu. Nie wiem czemu, ale to mnie przerosło. Byłem przerażony tym, do czego zdolni są ludzi. To okropne, że mogą skrzywdzić nie znaną, samotną kobietę. W Rosji jest jeszcze gorzej. Alkohol był dla mnie odruchem obronnym. Ty byłaś w Rosji. Sama, piękna, pociągająca. Miałaś szczęście, że nikt ciebie nie skrzywdził. Ale gdy pomyślałem, że ty mogłabyś być na miejscu Taszy... coś we mnie pękło i poszedłem do barku.
Między nami zapadła chwilowa cisza, którą przerwał mój ukochany.
- Roza, czy Lissa używa mocy Ducha?
- Czasami. Ale to bardzo rzadko, zwykle ćwiczy na jakichś roślinach, lekkich ranach i takie tam.- odpowiedziałam wciąż wtulona w ciepłe ciało Bielikowa.- A co?
- Boję się o ciebie.- szepnął szczerze.- Dalej przejmujesz na siebie jej szaleństwo. Dzisiaj dałaś tego dowód. Zauważyłem, że na początku chciałaś być spokojna, ale mrok ci nie pozwolił.
Odsunęłam się od niego i zapatrzyłam w przepiękne oczy, ale wciąż byłam w jego ramionach.
- Od dawna mówiłam ci, że chcę tego. Chcę chronić Lissę. Myślisz, że będzie ze mną źle, tak jak z Anną?
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
poniedziałek, 7 listopada 2016
ROZDZIAŁ 314
Obudził mnie budzik męża. Co za cholerstwo. Kto to właściwie wymyślił? Pewnie ktoś, kto nie musiał go używać.
- Towarzyszu, możesz to wyłączyć, zanim pęknie mi głowa?- spytałam w poduszkę.
Zero odpowiedzi.
- Towarzyszuuuuu?- dalej nic.- Dymitr.
Uniosłam się zaniepokojona i rozejrzałam po pokoju. Byłam sama. Zaczęłam się zastanawiać, ale wciąż przeszkadzała mi muzyka z komórki strażnika. Powinnam od razu zauważyć, że go nie ma. Przecież to on zawsze wyłącza budzik nawet zanim ja się obudzę. Przypomniałam sobie co się wczoraj stało. Oj będzie dzisiaj poważna rozmowa z moim ukochanym mężem na kacu. A jeśli myśli, że puszczę go do pracy, to się grubo myli. Dlatego wczoraj wysłałam Hansowi przykrą wiadomość, że jego najlepszy strażnik nie będzie w stanie stawić się dzisiaj na służbie. Z powód zdrowotno-psychicznych. Wstałam z trudem z łóżka i poszłam wyszykiwać się do pracy. Dzieci spały, więc zostawiłam je w spokoju z elektroniczną nianią. Zeszłam do kuchni, zrobić kanapki dla wszystkich, zagotowałam wodę i zrobiłam miksturę na kaca razy dwa. Wzięłam obie szklanki i skierowałam się do pokoju, gdzie noc spędzili mężczyźni. O dziwo drzwi były zamknięte, ale Dymitr wspominał kiedyś o jakichś dorobionych klucza. Znalazłam je w gabinecie, więc w spokoju mogłam wejść do pokoju. Był tam taki syf, że aż się zatrzymałam. Na podłodze leżały puste butelki, opakowania po chipsach, ciastkach, pełno papierków i... czy oni rozrywali poduszki? Oj to się doigrali. Sami balowicze spali na pustym materacu na łóżku. Bielikow przytulał się do nogi Pabla, a on głaskał kij, mamrocząc coś, że jest świetna, ale zbyt płaska dla niego. Westchnęłam tylko zrezygnowana. Napoje postawiłam na szafkach nocnych i przejrzałam się w szoku prześcieradle z plamami, nie wiem po czym i nie chce wiedzieć. No to mają przechlapane. Zostawiłam mężowi kartkę z pięcioma informacjami. Następnie obudziłam Lili i pomogłam jej się wyszykować.
- A gdzie Dymitr?- spytała przy śniadaniu.
- On zostaje w domu, żeby pilnować dzieci.- wytłumaczyłam.
- Czemu?- drążyła dalej temat.
- Bo mi nie wierzy, że opieka nad nimi jest trudniejsza niż myśli.
Dziewczynka już nic nie powiedziała i kończyła swoje kanapki. Po posprzątaniu wzięłyśmy torby i wyszłyśmy.
DYMITR
Obudziłem się z wielkim bólem głowy. Obok siebie poczułem czyjeś nogi. Ale na pewno nie należały do Rozy. Zbyt owłosione. Wystraszony otworzyłem oczy. Na szczęście była noc i nic mnie nie oślepiło. Zacząłem się rozglądać dookoła. Byłem w pokoju gościnnym, a bok mnie spał Pablo. Ale tu syf. Na szafce nocnej zauważyłem mój ratunek i jakąś kartkę. Czym prędzej wstałem i sięgnąłem po szklankę, opróżniając ją jednym łykiem. Próbowałam sobie wszystko przypomnieć. Jestem pewny, że byliśmy na służbie. Później wróciliśmy do domu. Uśmiechnąłem się jak głupi, gdy przypomniałem sobie o wizycie żony u ginekologa. Ale zszedł mi, gdy we wspomnieniach pojawili się niezapowiedziani goście. Od razu wróciło wszystko. Co ja zrobiłem? Tasza przyleciała tu prosto z Europy, szukając wsparcia, a ja się upiłem z jej przyjacielem. Byłem na siebie mega zły. Wziąłem kartkę i poszedłem do biurka. Usiadłem przy nim, zapalając lampkę, po czym zabrałem się do czytania.
Kochanie
Nawet sobie nie myśl, że pojedziesz do pracy. I tak nie masz jak. W zamian zaopiekuj się dziećmi i gośćmi. Poza tym jak wrócę to w tym pokoju ma być błysk. Nie wiem co w nim robiliście i chyba nawet nie chcę. A i przygotuj się na rozmowę, gdy wrócimy z Lili (Ucieczka nic ci nie da.)
O rany. Mam przechlapane. Ona mnie zabiję. Dziwię się, że mi tego podczas snu nie zrobiła. No dobra, trzeba to ogarnąć.
- Pablo, Pablo wstawaj.- szturchałem chłopaka.
Mruknął coś w ojczystym języku i spał dalej. Trudno, niech śpi dalej. Wyszedłem na korytarz i skierowałem się do sypialni. Po szybkim prysznicu, przegrałem się w świeże ubrania, po czym zaglądnąłem do dzieci. Już nie spały i patrzyły się na mnie z uśmiechem. No tylko Felix. Córeczka patrzyła na mnie z żalem i smutkiem.
- O co chodzi, Księżniczko?- podniosłem ją i przytuliłem. Na początku się opierała, ale w końcu odwzajemniła uścisk.
- O wiele lepiej.- szepnąłem.- Pewnie jesteś zła, że tatuś się nie pożegnał. Masz charakterek, tak samo jak mamusia. Ona też jest na mnie zła. Mam nadzieję, że do powrotu jej trochę przejdzie. A teraz was wyszukujemy na śniadanko.
Przebrałem je i zeszliśmy na dół. Zaskoczył mnie widok Taszy, krzątającą się po kuchni.
- O, dzień dobry, Dimka. Jak się spało?- spytała, stawiając na wysepce kubek z kawą. Co tu się dzieje?
- Witaj Nataszo.- odpowiedziałem niepewnie.- Już nie spisz?
- Jest już jedenasta, głuptasie.- zaśmiała się.- Hej słoneczko.
Bez pytania wzięła ode mnie Anastazję, a mała zaśmiała się zarażona dobrym humorem morojki.
- W jadalni Rose zostawiła kanapki. Ja już zjadłam i zrobiłam maluchom jedzenie. Rose mi wszystko wyjaśniła, a ja sama zaoferowałam pomoc.- wyjaśniła, bawiąc się z moją księżniczką.
Nie pomyliłem się, że byłaby dobrą matką. Ale nie dla moich dzieciach. Nie wiem, jak mogła zrobić tyle złych rzeczy. Nigdy bym jej o to nie podejrzewał. Ale wróciła na prostą. Poszedłem w końcu do jadalni i zacząłem jeść. Jak zawsze bardzo dobre. Jakby Roza dała się nauczyć, to myślę, że odkryłbym jej kolejny talent. Po chwili dołączyła do mnie Tasza z dziećmi i Paul. Nie wyglądał najgorzej.
- Hej, Nati, hej Dymitr.- przywitał się.
- Hej.- odpowiedzieliśmy.
Usiadł obok mnie i również zaczął śniadanie. No takie drugie.
- Pomożesz mi ogarnąć pokój, bo Rose mnie zabije?- spytałem moroja.
- Jasne. W końcu też jestem za to odpowiedzialny.
- To ja wolę nie wiedzieć, co wy tam robiliście.- kobieta pokręciła głową, karmiąc dzieci.- Leci samolocik.
Nawet jej to wychodziło. Po śniadaniu posprzątaliśmy w pokoju. Zajęło nam to trzy godziny, z czego przez pół szukałem poduszek i nowej pościeli. Odkąd Roza poukładała wszystko jak jej wygodnie, nic nie umiem znaleźć. A jak się pytam, to od razu znajduje. W końcu mogliśmy zejść na dół. Zrobiłem obiad i wszyscy poszliśmy do ogrodu. Dzieci poradziłem na ich miejscu, a my usiedliśmy przy stoliku, rozmawiając i jedząc.
- Macie tu bardzo ładnie. Słyszałam, że to ty wybudowałeś dom dla Rose.- zagadnęła moja przyjaciółka.
- To był taki prezent na nasz ślub.- odpowiedziałem.- Na ogród wpadliśmy przed wakacjami i się zaczęło. Najpierw domek na drzewie, drzewa kwiaty, tam będzie stajnia, taka mała, - wskazałem na prawie skończona budowlę z cegły.- a obok siłownia. A tam jest taki romantyczny zakątek. Był to pomysł Rose.
- Chodźmy go obejrzeć.- Tasza zerwała się z miejsca i pociągnęła za sobą Pabla.
Zaśmiałem się. To dobry chłopak i mam nadzieję, że ona znajdzie z nim szczęście. Bo widać, że do siebie pasują. Nagle usłyszałem zamykane drzwi. O nie! Dziewczyny wróciły. Po chwili do ogrodu wpadła Lili i zaczęła bawić się z siostrzeńcami. Zostało mi albo uciekać, albo się przymilać.
- Towarzyszu, możesz to wyłączyć, zanim pęknie mi głowa?- spytałam w poduszkę.
Zero odpowiedzi.
- Towarzyszuuuuu?- dalej nic.- Dymitr.
Uniosłam się zaniepokojona i rozejrzałam po pokoju. Byłam sama. Zaczęłam się zastanawiać, ale wciąż przeszkadzała mi muzyka z komórki strażnika. Powinnam od razu zauważyć, że go nie ma. Przecież to on zawsze wyłącza budzik nawet zanim ja się obudzę. Przypomniałam sobie co się wczoraj stało. Oj będzie dzisiaj poważna rozmowa z moim ukochanym mężem na kacu. A jeśli myśli, że puszczę go do pracy, to się grubo myli. Dlatego wczoraj wysłałam Hansowi przykrą wiadomość, że jego najlepszy strażnik nie będzie w stanie stawić się dzisiaj na służbie. Z powód zdrowotno-psychicznych. Wstałam z trudem z łóżka i poszłam wyszykiwać się do pracy. Dzieci spały, więc zostawiłam je w spokoju z elektroniczną nianią. Zeszłam do kuchni, zrobić kanapki dla wszystkich, zagotowałam wodę i zrobiłam miksturę na kaca razy dwa. Wzięłam obie szklanki i skierowałam się do pokoju, gdzie noc spędzili mężczyźni. O dziwo drzwi były zamknięte, ale Dymitr wspominał kiedyś o jakichś dorobionych klucza. Znalazłam je w gabinecie, więc w spokoju mogłam wejść do pokoju. Był tam taki syf, że aż się zatrzymałam. Na podłodze leżały puste butelki, opakowania po chipsach, ciastkach, pełno papierków i... czy oni rozrywali poduszki? Oj to się doigrali. Sami balowicze spali na pustym materacu na łóżku. Bielikow przytulał się do nogi Pabla, a on głaskał kij, mamrocząc coś, że jest świetna, ale zbyt płaska dla niego. Westchnęłam tylko zrezygnowana. Napoje postawiłam na szafkach nocnych i przejrzałam się w szoku prześcieradle z plamami, nie wiem po czym i nie chce wiedzieć. No to mają przechlapane. Zostawiłam mężowi kartkę z pięcioma informacjami. Następnie obudziłam Lili i pomogłam jej się wyszykować.
- A gdzie Dymitr?- spytała przy śniadaniu.
- On zostaje w domu, żeby pilnować dzieci.- wytłumaczyłam.
- Czemu?- drążyła dalej temat.
- Bo mi nie wierzy, że opieka nad nimi jest trudniejsza niż myśli.
Dziewczynka już nic nie powiedziała i kończyła swoje kanapki. Po posprzątaniu wzięłyśmy torby i wyszłyśmy.
DYMITR
Obudziłem się z wielkim bólem głowy. Obok siebie poczułem czyjeś nogi. Ale na pewno nie należały do Rozy. Zbyt owłosione. Wystraszony otworzyłem oczy. Na szczęście była noc i nic mnie nie oślepiło. Zacząłem się rozglądać dookoła. Byłem w pokoju gościnnym, a bok mnie spał Pablo. Ale tu syf. Na szafce nocnej zauważyłem mój ratunek i jakąś kartkę. Czym prędzej wstałem i sięgnąłem po szklankę, opróżniając ją jednym łykiem. Próbowałam sobie wszystko przypomnieć. Jestem pewny, że byliśmy na służbie. Później wróciliśmy do domu. Uśmiechnąłem się jak głupi, gdy przypomniałem sobie o wizycie żony u ginekologa. Ale zszedł mi, gdy we wspomnieniach pojawili się niezapowiedziani goście. Od razu wróciło wszystko. Co ja zrobiłem? Tasza przyleciała tu prosto z Europy, szukając wsparcia, a ja się upiłem z jej przyjacielem. Byłem na siebie mega zły. Wziąłem kartkę i poszedłem do biurka. Usiadłem przy nim, zapalając lampkę, po czym zabrałem się do czytania.
Kochanie
Nawet sobie nie myśl, że pojedziesz do pracy. I tak nie masz jak. W zamian zaopiekuj się dziećmi i gośćmi. Poza tym jak wrócę to w tym pokoju ma być błysk. Nie wiem co w nim robiliście i chyba nawet nie chcę. A i przygotuj się na rozmowę, gdy wrócimy z Lili (Ucieczka nic ci nie da.)
Kocham Cię.
Roza.
O rany. Mam przechlapane. Ona mnie zabiję. Dziwię się, że mi tego podczas snu nie zrobiła. No dobra, trzeba to ogarnąć.
- Pablo, Pablo wstawaj.- szturchałem chłopaka.
Mruknął coś w ojczystym języku i spał dalej. Trudno, niech śpi dalej. Wyszedłem na korytarz i skierowałem się do sypialni. Po szybkim prysznicu, przegrałem się w świeże ubrania, po czym zaglądnąłem do dzieci. Już nie spały i patrzyły się na mnie z uśmiechem. No tylko Felix. Córeczka patrzyła na mnie z żalem i smutkiem.
- O co chodzi, Księżniczko?- podniosłem ją i przytuliłem. Na początku się opierała, ale w końcu odwzajemniła uścisk.
- O wiele lepiej.- szepnąłem.- Pewnie jesteś zła, że tatuś się nie pożegnał. Masz charakterek, tak samo jak mamusia. Ona też jest na mnie zła. Mam nadzieję, że do powrotu jej trochę przejdzie. A teraz was wyszukujemy na śniadanko.
Przebrałem je i zeszliśmy na dół. Zaskoczył mnie widok Taszy, krzątającą się po kuchni.
- O, dzień dobry, Dimka. Jak się spało?- spytała, stawiając na wysepce kubek z kawą. Co tu się dzieje?
- Witaj Nataszo.- odpowiedziałem niepewnie.- Już nie spisz?
- Jest już jedenasta, głuptasie.- zaśmiała się.- Hej słoneczko.
Bez pytania wzięła ode mnie Anastazję, a mała zaśmiała się zarażona dobrym humorem morojki.
- W jadalni Rose zostawiła kanapki. Ja już zjadłam i zrobiłam maluchom jedzenie. Rose mi wszystko wyjaśniła, a ja sama zaoferowałam pomoc.- wyjaśniła, bawiąc się z moją księżniczką.
Nie pomyliłem się, że byłaby dobrą matką. Ale nie dla moich dzieciach. Nie wiem, jak mogła zrobić tyle złych rzeczy. Nigdy bym jej o to nie podejrzewał. Ale wróciła na prostą. Poszedłem w końcu do jadalni i zacząłem jeść. Jak zawsze bardzo dobre. Jakby Roza dała się nauczyć, to myślę, że odkryłbym jej kolejny talent. Po chwili dołączyła do mnie Tasza z dziećmi i Paul. Nie wyglądał najgorzej.
- Hej, Nati, hej Dymitr.- przywitał się.
- Hej.- odpowiedzieliśmy.
Usiadł obok mnie i również zaczął śniadanie. No takie drugie.
- Pomożesz mi ogarnąć pokój, bo Rose mnie zabije?- spytałem moroja.
- Jasne. W końcu też jestem za to odpowiedzialny.
- To ja wolę nie wiedzieć, co wy tam robiliście.- kobieta pokręciła głową, karmiąc dzieci.- Leci samolocik.
Nawet jej to wychodziło. Po śniadaniu posprzątaliśmy w pokoju. Zajęło nam to trzy godziny, z czego przez pół szukałem poduszek i nowej pościeli. Odkąd Roza poukładała wszystko jak jej wygodnie, nic nie umiem znaleźć. A jak się pytam, to od razu znajduje. W końcu mogliśmy zejść na dół. Zrobiłem obiad i wszyscy poszliśmy do ogrodu. Dzieci poradziłem na ich miejscu, a my usiedliśmy przy stoliku, rozmawiając i jedząc.
- Macie tu bardzo ładnie. Słyszałam, że to ty wybudowałeś dom dla Rose.- zagadnęła moja przyjaciółka.
- To był taki prezent na nasz ślub.- odpowiedziałem.- Na ogród wpadliśmy przed wakacjami i się zaczęło. Najpierw domek na drzewie, drzewa kwiaty, tam będzie stajnia, taka mała, - wskazałem na prawie skończona budowlę z cegły.- a obok siłownia. A tam jest taki romantyczny zakątek. Był to pomysł Rose.
- Chodźmy go obejrzeć.- Tasza zerwała się z miejsca i pociągnęła za sobą Pabla.
Zaśmiałem się. To dobry chłopak i mam nadzieję, że ona znajdzie z nim szczęście. Bo widać, że do siebie pasują. Nagle usłyszałem zamykane drzwi. O nie! Dziewczyny wróciły. Po chwili do ogrodu wpadła Lili i zaczęła bawić się z siostrzeńcami. Zostało mi albo uciekać, albo się przymilać.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
niedziela, 6 listopada 2016
ROZDZIAŁ 313
- Ciągle tego nie rozumiem.- przyznała po chwili morojka.- Zrobiłam wam tyle złego, ze oboje byliście gotowi bez wahania mnie zabić, a teraz ty jesteś dla mnie taka dobra. Czemu?
- Odkupiłaś swoje winy pomagając nam. Po za tym, twoje czyny spowodowane były nieszczęśliwą miłością. To cię nie usprawiedliwia, jednak wiem co to znaczy kochać i że dla tego uczucia zrobi się wszystko.
- Dziękuję ze mnie wspierasz. W takich sytuacjach widać na kim można polegać.- dodała gorzko.
- Nie miej im tego za złe. Po prostu muszą odreagować. Jutro będą tego żałować i cię wspierać.
- Ja nawet nie wiem po co tutaj przyjechałam. Bo co można z tym zrobić?- spytała, patrząc mi w oczy.
- Chciałaś naszego wsparcia. Wsparcia Dymitra.
- Już go nie kocham. Nie myślę o nim na okrągło, nie zazdroszczę ci tak bardzo. Teraz moje myśli zajmuje Pablo. Chyba masz rację i się w nim zakochałam.
- To super. Wiesz, jak schodziłam na dół po herbatę, oni rozmawiali o tobie.- morojka spojrzała na mnie zainteresowana.- Też mu się podobasz.
Oczy jej zabłysły.
- Naprawdę?- nie dowierzała.
- Tak.- przytaknęłam głową.- Teraz ty musisz dać mu znak, że mu pozwalasz, ale to on ma się starać.
- Spokojnie, umiem podrywać chłopaków.- zaśmiałyśmy się.
Gadałyśmy jeszcze dobrą godzinę. Przez ten czas poznałam Taszę zupełnie z innej strony, niż wcześniej. To znaczy była taka jak podczas naszego pierwszego spotkania. Miła, serdeczna, uśmiechnięta, dumna. Odzyskała wolność, honor, godność i niewinność. Mogła żyć swoim życiem, w którym życzyłam jej szczęścia. Bo chłopcy mieli rację, zasługuje na to.
- Wiesz, robi się późno, mam jeszcze kilka rzeczy do zrobienia, a ty pewnie jesteś zmęczona.
- No masz rację, zasiedziałyśmy się. Nie będę cię więcej zatrzymywać.
Pozbierałam wszystkie naczynia i puste opakowania, po czym poszłam do drzwi.
- Dobranoc.- morojka już leżała w łóżku.
- Dobranoc.- odpowiedziałam.
Miałam zamykać drzwi, gdy zatrzymał mnie jej głos.
- Rose.- patrzyłam na nią wyczekująco.- Przepraszam i dziękuję. Za wszystko.
- Wybaczam ci, a dziękować nie masz za co. To chyba obowiązek ugościć gości.- wzruszyłam ramionami.- Chyba. Nie wiem, nie znam się.
Obie zachichotałyśmy.
- Już wiem, czemu Dimka cię tak kocha. Masz szczęście. A ja cieszę się, że on jest szczęśliwy. Dotarło do mnie to co mówił, gdy zaatakowaliśmy was w śnie.
Nie do końca wiedziałam, o co chodzi. Nie było mnie przy tej części snu. To było gdy ćwiczyliśmy z Adrianem i raz miałam wciągnąć Dymitra do naszego snu. Ale wtedy miał niezapowiedzianych gości i Tasza prawie zabiła go, zmieniając się we mnie.
- Co konkretnie.- spytałam, siadając na brzegu łóżka.
- Że byłaś gotowa puścić go do mnie, dla jego szczęścia. Ja tego nie potrafiłam. Jesteś bardziej odpowiedzialna i lepiej rozumiesz miłość, ode mnie. Ale widząc go z dziećmi na rękach i patrzącego na ciebie maślanym wzrokiem, zrozumiałam, że nie jestem zazdrosna, a szczęśliwa. Bo on się uśmiecha. Dawno nie widziałam go takiego radosnego. Powiem coś, czego myślałam, że nigdy nie będę w stanie powiedzieć. Dziękuję Rose, że z nim jesteś.- zaskoczyła mnie kompletnie, zarzucając mi ręce na kark i przytulając.
- Cała przyjemność po mojej stronie.- uśmiechnęłam się znacząco i obie wybuchłyśmy śmiechem.
- Mogła byś się podzielić.- droczyła się.
- Nigdy w życiu. Idź sobie do swojego Włocha.- zawołałam głośniej niż rozmawiałyśmy.
- Ciszej, bo jeszcze usłyszą.- szepnęła, oblewając się rumieńcem.- I on nie jest mój.
- Jeszcze.- wstałam i nie czekając na odpowiedz, po prostu wyszłam z pokoju.
Gdy naczynia dałam do zmywarki, a śmieci do kosza, wróciłam do gabinetu. Skończyłam co miałam skończyć i poszłam do sypialni. Jednak ciężko było mi zasnąć. Po rozmowie z Taszą odczuwałam wieki brak Dymitra. Chciałabym, aby tu był, powiedział jak bardzo mnie kocha i przytulił. Mogłabym pójść i go zabrać z tamtego pokoju, ale ludzie! Mam swój honor! Pomyślałam, że mogę coś poczytać. Chwyciłam pierwszą lepszą książkę i zatopiłam się w lekturze, że nie pamiętam kiedy zasnęłam. Śniło mi się, że jadę na wielbłądzie po pustyni. Przede mną siedzi wystraszona skulona postać. Może mieć z trzy latka. Za nami słyszałam krzyki i strzelanie batów.
- Mamo, boję się.- wyszeptała córeczka przez łzy.
- Spokojnie kochanie, jesteśmy już blisko.- pocałowałam ją w główkę.- Nie pozwolę, żeby ktoś zrobił ci krzywdę.
W oddali widziałam coś zielonego. Wystarczyło tylko przejść przez wydmę. Nagle usłyszałam huk i jakiś mały przedmiot przeleciał mi koło głowy. Cholera! Mają broń i chyba nas na celowniku. Bałam odwrócić się do tyłu. Kolejna kula przeleciała blisko głowy wielbłąda, a ten ryknął wystraszony i wydało mi się, że jedziemy szybciej. Mamy szansę. W około latało coraz więcej kul. Damy radę, damy radę, powtarzałam jak Mantę. W końcu ominęliśmy górę piaskową i skierowałam się do oazy. To z jej palm pochodził kolor zielony. Wśród zieleni, przed źródełkiem czystej, chłodnej wody zobaczyłam męża i Felixa silnie wtulonego w jego nogi. Byliśmy coraz bliżej.
- Szybciej Roza.- wolał strażnik.
Nagle nasz pojazd ryknął i upadł. Córeczka poleciała do przodu, krzycząc i płacząc. Podniosłam ją i zaczęłam biec. Widziałam jak mijające nas kule odbijają się od bariery na granicy piasku i ziemi oazy. Z każdym odbiciem, chłopiec mocniej ściskał tatę. Wtem zauważyłam pocisk, wbity w piasek. Cześć ich ludzi musiała wejść na wydmę. Razem nie dobiegniemy, a ja muszę chronić nasze dziecko. Zatrzymałam się i postawiłam ją na ziemi.
- Biegnij do tatusia.- powiedziałam.
- A ty?- spytała wystraszona.
- Bardzo Cię Kocham i zawsze będę przy tobie. A teraz biegnij do taty i Felixa.
Dziewczynka zapłakana przytuliła mnie i pobiegła. Przez chwilę mój wzrok skrzyżował się ze wzrokiem ukochanego. Od razu wiedział co chcę zrobić.
- Roza nie.- szepnął, więc mogłam to wyczytać tylko z jego ust i strachu w oczach.
Bezgłośnie powiedziałam "Kocham Cię" i odwróciłam się do oprawców. Stali z wycelowanymi w moją stronę pistoletami. Byli to ludzie, okryci w białe ubrania, rodem z filmów o pogoni na pustyni.
- Odsuń się, a nie zrobimy ci krzywdy.- powiedział ze spokojem szef tej bandy.
- Nigdy.- rzuciłam mu nienawistne spojrzenie.
W książce lub na filmie zacząłby gadać, czemu on to robi, namawiając mnie do dołączenia do nich, albo dobrowolnego odsunięcie się. Ale to pieprzona rzeczywistość. Oczywiście w śnie.
- Jak chcesz.- mruknął tylko i strzelił.
Widziałam wszystko jak w zwolnionym tempie. Widziałam tylko wirujący nabój, lecący dokładnie między moje oczy. Mogłam się uchylić od pocisku, ale wtedy zabiły moją córkę. A ja na to nie pozwolę. Moja śmierć nadchodziła z zawrotnym tempem.
- Roza nieeeeeeee!- tym razem wyraźnie słyszałam krzyk Bielikowa.
- Kocham Cię, towarzyszu.- szepnęłam na sekundę przed zderzeniem.
Jeszcze sekunda i....
Cała mokra, zerwałam się do siadu. To był tylko sen. Gdy już się uspokoiłam, znowu się położyłam i zasnęłam.
- Odkupiłaś swoje winy pomagając nam. Po za tym, twoje czyny spowodowane były nieszczęśliwą miłością. To cię nie usprawiedliwia, jednak wiem co to znaczy kochać i że dla tego uczucia zrobi się wszystko.
- Dziękuję ze mnie wspierasz. W takich sytuacjach widać na kim można polegać.- dodała gorzko.
- Nie miej im tego za złe. Po prostu muszą odreagować. Jutro będą tego żałować i cię wspierać.
- Ja nawet nie wiem po co tutaj przyjechałam. Bo co można z tym zrobić?- spytała, patrząc mi w oczy.
- Chciałaś naszego wsparcia. Wsparcia Dymitra.
- Już go nie kocham. Nie myślę o nim na okrągło, nie zazdroszczę ci tak bardzo. Teraz moje myśli zajmuje Pablo. Chyba masz rację i się w nim zakochałam.
- To super. Wiesz, jak schodziłam na dół po herbatę, oni rozmawiali o tobie.- morojka spojrzała na mnie zainteresowana.- Też mu się podobasz.
Oczy jej zabłysły.
- Naprawdę?- nie dowierzała.
- Tak.- przytaknęłam głową.- Teraz ty musisz dać mu znak, że mu pozwalasz, ale to on ma się starać.
- Spokojnie, umiem podrywać chłopaków.- zaśmiałyśmy się.
Gadałyśmy jeszcze dobrą godzinę. Przez ten czas poznałam Taszę zupełnie z innej strony, niż wcześniej. To znaczy była taka jak podczas naszego pierwszego spotkania. Miła, serdeczna, uśmiechnięta, dumna. Odzyskała wolność, honor, godność i niewinność. Mogła żyć swoim życiem, w którym życzyłam jej szczęścia. Bo chłopcy mieli rację, zasługuje na to.
- Wiesz, robi się późno, mam jeszcze kilka rzeczy do zrobienia, a ty pewnie jesteś zmęczona.
- No masz rację, zasiedziałyśmy się. Nie będę cię więcej zatrzymywać.
Pozbierałam wszystkie naczynia i puste opakowania, po czym poszłam do drzwi.
- Dobranoc.- morojka już leżała w łóżku.
- Dobranoc.- odpowiedziałam.
Miałam zamykać drzwi, gdy zatrzymał mnie jej głos.
- Rose.- patrzyłam na nią wyczekująco.- Przepraszam i dziękuję. Za wszystko.
- Wybaczam ci, a dziękować nie masz za co. To chyba obowiązek ugościć gości.- wzruszyłam ramionami.- Chyba. Nie wiem, nie znam się.
Obie zachichotałyśmy.
- Już wiem, czemu Dimka cię tak kocha. Masz szczęście. A ja cieszę się, że on jest szczęśliwy. Dotarło do mnie to co mówił, gdy zaatakowaliśmy was w śnie.
Nie do końca wiedziałam, o co chodzi. Nie było mnie przy tej części snu. To było gdy ćwiczyliśmy z Adrianem i raz miałam wciągnąć Dymitra do naszego snu. Ale wtedy miał niezapowiedzianych gości i Tasza prawie zabiła go, zmieniając się we mnie.
- Co konkretnie.- spytałam, siadając na brzegu łóżka.
- Że byłaś gotowa puścić go do mnie, dla jego szczęścia. Ja tego nie potrafiłam. Jesteś bardziej odpowiedzialna i lepiej rozumiesz miłość, ode mnie. Ale widząc go z dziećmi na rękach i patrzącego na ciebie maślanym wzrokiem, zrozumiałam, że nie jestem zazdrosna, a szczęśliwa. Bo on się uśmiecha. Dawno nie widziałam go takiego radosnego. Powiem coś, czego myślałam, że nigdy nie będę w stanie powiedzieć. Dziękuję Rose, że z nim jesteś.- zaskoczyła mnie kompletnie, zarzucając mi ręce na kark i przytulając.
- Cała przyjemność po mojej stronie.- uśmiechnęłam się znacząco i obie wybuchłyśmy śmiechem.
- Mogła byś się podzielić.- droczyła się.
- Nigdy w życiu. Idź sobie do swojego Włocha.- zawołałam głośniej niż rozmawiałyśmy.
- Ciszej, bo jeszcze usłyszą.- szepnęła, oblewając się rumieńcem.- I on nie jest mój.
- Jeszcze.- wstałam i nie czekając na odpowiedz, po prostu wyszłam z pokoju.
Gdy naczynia dałam do zmywarki, a śmieci do kosza, wróciłam do gabinetu. Skończyłam co miałam skończyć i poszłam do sypialni. Jednak ciężko było mi zasnąć. Po rozmowie z Taszą odczuwałam wieki brak Dymitra. Chciałabym, aby tu był, powiedział jak bardzo mnie kocha i przytulił. Mogłabym pójść i go zabrać z tamtego pokoju, ale ludzie! Mam swój honor! Pomyślałam, że mogę coś poczytać. Chwyciłam pierwszą lepszą książkę i zatopiłam się w lekturze, że nie pamiętam kiedy zasnęłam. Śniło mi się, że jadę na wielbłądzie po pustyni. Przede mną siedzi wystraszona skulona postać. Może mieć z trzy latka. Za nami słyszałam krzyki i strzelanie batów.
- Mamo, boję się.- wyszeptała córeczka przez łzy.
- Spokojnie kochanie, jesteśmy już blisko.- pocałowałam ją w główkę.- Nie pozwolę, żeby ktoś zrobił ci krzywdę.
W oddali widziałam coś zielonego. Wystarczyło tylko przejść przez wydmę. Nagle usłyszałam huk i jakiś mały przedmiot przeleciał mi koło głowy. Cholera! Mają broń i chyba nas na celowniku. Bałam odwrócić się do tyłu. Kolejna kula przeleciała blisko głowy wielbłąda, a ten ryknął wystraszony i wydało mi się, że jedziemy szybciej. Mamy szansę. W około latało coraz więcej kul. Damy radę, damy radę, powtarzałam jak Mantę. W końcu ominęliśmy górę piaskową i skierowałam się do oazy. To z jej palm pochodził kolor zielony. Wśród zieleni, przed źródełkiem czystej, chłodnej wody zobaczyłam męża i Felixa silnie wtulonego w jego nogi. Byliśmy coraz bliżej.
- Szybciej Roza.- wolał strażnik.
Nagle nasz pojazd ryknął i upadł. Córeczka poleciała do przodu, krzycząc i płacząc. Podniosłam ją i zaczęłam biec. Widziałam jak mijające nas kule odbijają się od bariery na granicy piasku i ziemi oazy. Z każdym odbiciem, chłopiec mocniej ściskał tatę. Wtem zauważyłam pocisk, wbity w piasek. Cześć ich ludzi musiała wejść na wydmę. Razem nie dobiegniemy, a ja muszę chronić nasze dziecko. Zatrzymałam się i postawiłam ją na ziemi.
- Biegnij do tatusia.- powiedziałam.
- A ty?- spytała wystraszona.
- Bardzo Cię Kocham i zawsze będę przy tobie. A teraz biegnij do taty i Felixa.
Dziewczynka zapłakana przytuliła mnie i pobiegła. Przez chwilę mój wzrok skrzyżował się ze wzrokiem ukochanego. Od razu wiedział co chcę zrobić.
- Roza nie.- szepnął, więc mogłam to wyczytać tylko z jego ust i strachu w oczach.
Bezgłośnie powiedziałam "Kocham Cię" i odwróciłam się do oprawców. Stali z wycelowanymi w moją stronę pistoletami. Byli to ludzie, okryci w białe ubrania, rodem z filmów o pogoni na pustyni.
- Odsuń się, a nie zrobimy ci krzywdy.- powiedział ze spokojem szef tej bandy.
- Nigdy.- rzuciłam mu nienawistne spojrzenie.
W książce lub na filmie zacząłby gadać, czemu on to robi, namawiając mnie do dołączenia do nich, albo dobrowolnego odsunięcie się. Ale to pieprzona rzeczywistość. Oczywiście w śnie.
- Jak chcesz.- mruknął tylko i strzelił.
Widziałam wszystko jak w zwolnionym tempie. Widziałam tylko wirujący nabój, lecący dokładnie między moje oczy. Mogłam się uchylić od pocisku, ale wtedy zabiły moją córkę. A ja na to nie pozwolę. Moja śmierć nadchodziła z zawrotnym tempem.
- Roza nieeeeeeee!- tym razem wyraźnie słyszałam krzyk Bielikowa.
- Kocham Cię, towarzyszu.- szepnęłam na sekundę przed zderzeniem.
Jeszcze sekunda i....
Cała mokra, zerwałam się do siadu. To był tylko sen. Gdy już się uspokoiłam, znowu się położyłam i zasnęłam.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
sobota, 5 listopada 2016
ROZDZIAŁ 312
Już miałam iść do gabinetu, gdy z pokoju obok usłyszałam płacz oczywiście Anastazji. Weszłam szybko i wzięłam małą na ręce. Zobaczyłam, że Tasza się przebudziła.
- Ciii.. już spokojnie. Nie płacz kochanie. Popatrz na mamusię słoneczko.- kołysałam córeczkę, z uśmiechem.
One zawsze poprawiają mi humor. Popatrzyła na mnie i też się uśmiechnęła. Było widać jej białe, wystające ząbki.
- Jak się czujesz?- spytałam morojki, siadając na brzegu łóżka z roześmianym bobasem na kolanach.
Kobieta przeciągnęła się i usiadła obok mnie.
- Nie wiem.- powiedziała szczerze.- Masz szczęście.
- Wiem.- uśmiechnęłam się, podciągając dampirzycę za rączki tak, że robiła przysiady.- Ty też swoje znajdziesz. Co chcesz zrobić z tym?- wskazałam na jej brzuch.
- Urodzę i wychowam. Nie mam innego wyjścia, ale i tak już je kocham.- pogłaskała się po jeszcze płaskim brzuchu.
- Chcesz o tym pogadać?- spytałam ostrożnie.
- Nie. Jeszcze nie.- zamyśliła się.
- Pewnie jesteś głodna po podróży. Chodź na dół.
Wstałam z małą i chciałam wziąć Felixa.
- Mogę?- spytała niepewnie jasnooka.
- Jasne.
Razem wyszłyśmy z pokoju i zanieśliśmy do pokoju dzieci.
- Ładnie tu macie.- rozglądała się po pokojach, gdy ja przebierałam maluchy do snu.
- Dzięki. W sumie to Dymitr wszystko zbudował. Ja przyszłam na gotowe. Chcesz nakarmić Anastazję?
- Mogę?!- otworzyła szeroko oczy ze zdumienia.
- Jasne. Musisz się przyzwyczajać, a mała cię polubiła.
Zeszłyśmy z maluchami do kuchni. Tasza usiadła przy stole, a ja zaczęłam kręcić się po kuchni. Dzieci zostawiłyśmy na podłodze. Po chwili morojka, mimo moich wyraźnych sprzeciwów dołączyła do mnie. Gdy mleko było gotowe zaczęłyśmy karmić maluchy.
- Anastazja. Piękne imię.- rozmarzyła się.
- Dymitr to wymyślił. Choć nigdy się tak do niej nie zwracał. Dla niego to jest jego księżniczka.- kobieta pokiwała głową w zrozumieniu.- A to jest Felix.
- Są piękne. A gdzie podziali się panowie?
- Oblewają dziecko.- dopiero po chwili dotarło do mnie, jak to mogło zabrzmieć i zrobiło mi się głupio.- Przepraszam.
- Nic nie szkodzi. W sumie zawsze chciałam mieć dziecko, ale sądziłam, że jego ojciec będzie mnie kochał.
- A co do miłości, przyznaj się, co jest między tobą, a Pablem?- spytałam prosto z mostu.
- Nic.- odpowiedziała za szybko.
- Ale ani troszeczkę ci się nie podoba?- poklepałam synka po plecach, żeby mu się odbiło.
- No jest przystojny,- zrobiła tak samo z Nastką.- miły, wychowany, ma ładny uśmiech...- zacięła się na chwilę.- O nie! On mi się podoba.
- Spokojnie, mówisz tak jakby był to koniec świata.- zaśmiałam się.- To teraz pójdę ululać te rozrabiaki, a ty możesz dokończyć kolację.
- Jasne. A i jeszcze taka prośba, jeśli to nie byłby problem, mogłabym rano zamówić karmicieli?
- Oczywiście.- uśmiechnęłam się i poszłam z maluchami na górę.
Włożyłam je do łóżeczek i zaczęłam czytać. Kilkanaście minut później już spały. Wróciłam na dół i zawołałam siostrę do środka. Biance nasypałam karmy do miski, a Tasza w tym czasie kończyła kanapki. Wszystkie trzy usiadłyśmy w jadalni i zaczęłyśmy jeść. Z początku dziwna atmosfera, zmieniała się w o wiele lepszą z każdym następnym zdaniem między nami. Lili musiała pamiętać, co jej mówiliśmy o ciotce Christiana, a mimo to zaczęły rozmawiać. Teraz rozmowa się tak rozkręciła, że ledwo pogoniłam dampirzycę do łóżka. Kiedy ona się kąpała, my posprzątałyśmy, a później ja dałam świeżą pościel w pokoju dla morojki. Zmiłowałam się również nad naszymi panami i dałam im po talerzu kanapek oraz pościel. Jak sobie pościelą, tak się wyśpią. Właśnie wychodziłam z pokoju siostry, z którą się żegnałam i miałam iść do naszej sypialni, gdy zatrzymała mnie kobieta.
- Rose, jest jeszcze wcześnie. Może dzisiaj zrobimy sobie taki babskie wieczór. Pogadamy o tym co się działo, może dam radę opowiedzieć o... o tym.- wiem, że trudno było jej poruszać ten temat.
- Dobrze. To ja teraz pójdę się umyć. Możesz skorzystać z łazienki tutaj.- wskazałam drugie drzwi na prawo.
Rozeszłyśmy się, każda w swoją stronę. Piętnaście minut później siedziałyśmy w pokoju, między napojami, lodami, słodyczami i paluszkami, a ja kończyłam opowiadać o tym, jak Dymitr pilnował dzieci wczoraj.
- A co słychać u ciebie? Miałaś wyjechać do Australii.- przypomniałam sobie.
- Tak, ale zauważyłam, że za chwilę jest odlot do Rzymu i zmieniłam zdanie. Pomieszkałam tam dwa dni, jednak musiałam wyjechać do Wenecji, bo nie mogłam znaleźć żadnej pracy, a tam miałam dobrego przyjaciela. To u niego mieszkam. Niestety miesiąc temu został zabity. Miał jakieś długi z mafią.
- Przykro mi.- dotknęłam jej ramienia, pokazując, że ma moje wsparcie.
Patrząc w jej smutne oczy i widząc tęsknotę, zaczęłam się zastanawiać, ile osób zabił z takich powodów gang Abe'a i ile osób cierpiało z tęsknoty. Ona była jego przyjaciółką, a mógł mieć rodzinę. Żonę, dzieci, które jeszcze bardziej by rozpaczały. Nie wiem co bym zrobiła, gdyby ktoś zabrał mi mojego Towarzysza.
- Można powiedzieć, że przywłaszczyłam sobie jego dom. Zanim umarł, powiedział mi, do kogo mam się zwrócić po testament. On wiedział, że umrze, rozumiesz? Wiedział i nic mi nawet nie powiedział. Zapisał mi dom oraz nie małą sumkę i wskazał, gdzie jest akt własności.- wzięła kolejną łyżkę lodów do ust.- To właśnie on pomógł mi znaleźć pracę. Był też przyjacielem Pabla, a on szukał asystentki. I się znalazłam. Koleżanki z pracy pokazały mi co mam robić. Zawsze mówiły, że trzymają za nas kciuki, ale ja tłumaczyłam im, że to tylko przyjaźń. Aż na początku wakacji całą firmę zamknęli, a on zbankrutował. Wielu przyjaciół się od niego odwróciło, ale ja zostałam. Popadł w alkoholizm, z którego pomogłam mu się wygrzebać i zaczęłam tłumaczyć, że to nie koniec świata, a on od razu " Jak nie koniec świata?! To było wszystko co mam. Teraz nic nie znaczę, jestem zerem." A ja: "Co ty gadasz? Jesteś tak samo ważny, jak każdy inny człowiek. Raz do tego doszedłeś, to drugi raz też ci się uda." No i na następny dzień zaczął szukać pracy. Ja też. Zostałam w sumie asystentką jego szefa. A on jest księgowym.
- A czym w ogóle zajmowała się jego firma?- spytałam ciekawa.
- Był szefem sieci sklepów z odzieżą we Włoszech w oddziale weneckim. Dokładnie Ermenegildo Zegna. Ale wykryto jakieś nieprawidłowości i kazano mu zamknąć interes. Siedziba główna w Trivero stara się o odzyskanie praw do otworzenia sklepów na nowo w mieście, ale nie wierzą w niewinność Pabla i już ustalili, że nie wróci do pracy. Głównie dlatego, że ma nieciekawą przeszłość. Kiedyś popełnił kilka błędów, które zostaną z nim na zawsze. Tak jak moje ze mną.
- Ciii.. już spokojnie. Nie płacz kochanie. Popatrz na mamusię słoneczko.- kołysałam córeczkę, z uśmiechem.
One zawsze poprawiają mi humor. Popatrzyła na mnie i też się uśmiechnęła. Było widać jej białe, wystające ząbki.
- Jak się czujesz?- spytałam morojki, siadając na brzegu łóżka z roześmianym bobasem na kolanach.
Kobieta przeciągnęła się i usiadła obok mnie.
- Nie wiem.- powiedziała szczerze.- Masz szczęście.
- Wiem.- uśmiechnęłam się, podciągając dampirzycę za rączki tak, że robiła przysiady.- Ty też swoje znajdziesz. Co chcesz zrobić z tym?- wskazałam na jej brzuch.
- Urodzę i wychowam. Nie mam innego wyjścia, ale i tak już je kocham.- pogłaskała się po jeszcze płaskim brzuchu.
- Chcesz o tym pogadać?- spytałam ostrożnie.
- Nie. Jeszcze nie.- zamyśliła się.
- Pewnie jesteś głodna po podróży. Chodź na dół.
Wstałam z małą i chciałam wziąć Felixa.
- Mogę?- spytała niepewnie jasnooka.
- Jasne.
Razem wyszłyśmy z pokoju i zanieśliśmy do pokoju dzieci.
- Ładnie tu macie.- rozglądała się po pokojach, gdy ja przebierałam maluchy do snu.
- Dzięki. W sumie to Dymitr wszystko zbudował. Ja przyszłam na gotowe. Chcesz nakarmić Anastazję?
- Mogę?!- otworzyła szeroko oczy ze zdumienia.
- Jasne. Musisz się przyzwyczajać, a mała cię polubiła.
Zeszłyśmy z maluchami do kuchni. Tasza usiadła przy stole, a ja zaczęłam kręcić się po kuchni. Dzieci zostawiłyśmy na podłodze. Po chwili morojka, mimo moich wyraźnych sprzeciwów dołączyła do mnie. Gdy mleko było gotowe zaczęłyśmy karmić maluchy.
- Anastazja. Piękne imię.- rozmarzyła się.
- Dymitr to wymyślił. Choć nigdy się tak do niej nie zwracał. Dla niego to jest jego księżniczka.- kobieta pokiwała głową w zrozumieniu.- A to jest Felix.
- Są piękne. A gdzie podziali się panowie?
- Oblewają dziecko.- dopiero po chwili dotarło do mnie, jak to mogło zabrzmieć i zrobiło mi się głupio.- Przepraszam.
- Nic nie szkodzi. W sumie zawsze chciałam mieć dziecko, ale sądziłam, że jego ojciec będzie mnie kochał.
- A co do miłości, przyznaj się, co jest między tobą, a Pablem?- spytałam prosto z mostu.
- Nic.- odpowiedziała za szybko.
- Ale ani troszeczkę ci się nie podoba?- poklepałam synka po plecach, żeby mu się odbiło.
- No jest przystojny,- zrobiła tak samo z Nastką.- miły, wychowany, ma ładny uśmiech...- zacięła się na chwilę.- O nie! On mi się podoba.
- Spokojnie, mówisz tak jakby był to koniec świata.- zaśmiałam się.- To teraz pójdę ululać te rozrabiaki, a ty możesz dokończyć kolację.
- Jasne. A i jeszcze taka prośba, jeśli to nie byłby problem, mogłabym rano zamówić karmicieli?
- Oczywiście.- uśmiechnęłam się i poszłam z maluchami na górę.
Włożyłam je do łóżeczek i zaczęłam czytać. Kilkanaście minut później już spały. Wróciłam na dół i zawołałam siostrę do środka. Biance nasypałam karmy do miski, a Tasza w tym czasie kończyła kanapki. Wszystkie trzy usiadłyśmy w jadalni i zaczęłyśmy jeść. Z początku dziwna atmosfera, zmieniała się w o wiele lepszą z każdym następnym zdaniem między nami. Lili musiała pamiętać, co jej mówiliśmy o ciotce Christiana, a mimo to zaczęły rozmawiać. Teraz rozmowa się tak rozkręciła, że ledwo pogoniłam dampirzycę do łóżka. Kiedy ona się kąpała, my posprzątałyśmy, a później ja dałam świeżą pościel w pokoju dla morojki. Zmiłowałam się również nad naszymi panami i dałam im po talerzu kanapek oraz pościel. Jak sobie pościelą, tak się wyśpią. Właśnie wychodziłam z pokoju siostry, z którą się żegnałam i miałam iść do naszej sypialni, gdy zatrzymała mnie kobieta.
- Rose, jest jeszcze wcześnie. Może dzisiaj zrobimy sobie taki babskie wieczór. Pogadamy o tym co się działo, może dam radę opowiedzieć o... o tym.- wiem, że trudno było jej poruszać ten temat.
- Dobrze. To ja teraz pójdę się umyć. Możesz skorzystać z łazienki tutaj.- wskazałam drugie drzwi na prawo.
Rozeszłyśmy się, każda w swoją stronę. Piętnaście minut później siedziałyśmy w pokoju, między napojami, lodami, słodyczami i paluszkami, a ja kończyłam opowiadać o tym, jak Dymitr pilnował dzieci wczoraj.
- A co słychać u ciebie? Miałaś wyjechać do Australii.- przypomniałam sobie.
- Tak, ale zauważyłam, że za chwilę jest odlot do Rzymu i zmieniłam zdanie. Pomieszkałam tam dwa dni, jednak musiałam wyjechać do Wenecji, bo nie mogłam znaleźć żadnej pracy, a tam miałam dobrego przyjaciela. To u niego mieszkam. Niestety miesiąc temu został zabity. Miał jakieś długi z mafią.
- Przykro mi.- dotknęłam jej ramienia, pokazując, że ma moje wsparcie.
Patrząc w jej smutne oczy i widząc tęsknotę, zaczęłam się zastanawiać, ile osób zabił z takich powodów gang Abe'a i ile osób cierpiało z tęsknoty. Ona była jego przyjaciółką, a mógł mieć rodzinę. Żonę, dzieci, które jeszcze bardziej by rozpaczały. Nie wiem co bym zrobiła, gdyby ktoś zabrał mi mojego Towarzysza.
- Można powiedzieć, że przywłaszczyłam sobie jego dom. Zanim umarł, powiedział mi, do kogo mam się zwrócić po testament. On wiedział, że umrze, rozumiesz? Wiedział i nic mi nawet nie powiedział. Zapisał mi dom oraz nie małą sumkę i wskazał, gdzie jest akt własności.- wzięła kolejną łyżkę lodów do ust.- To właśnie on pomógł mi znaleźć pracę. Był też przyjacielem Pabla, a on szukał asystentki. I się znalazłam. Koleżanki z pracy pokazały mi co mam robić. Zawsze mówiły, że trzymają za nas kciuki, ale ja tłumaczyłam im, że to tylko przyjaźń. Aż na początku wakacji całą firmę zamknęli, a on zbankrutował. Wielu przyjaciół się od niego odwróciło, ale ja zostałam. Popadł w alkoholizm, z którego pomogłam mu się wygrzebać i zaczęłam tłumaczyć, że to nie koniec świata, a on od razu " Jak nie koniec świata?! To było wszystko co mam. Teraz nic nie znaczę, jestem zerem." A ja: "Co ty gadasz? Jesteś tak samo ważny, jak każdy inny człowiek. Raz do tego doszedłeś, to drugi raz też ci się uda." No i na następny dzień zaczął szukać pracy. Ja też. Zostałam w sumie asystentką jego szefa. A on jest księgowym.
- A czym w ogóle zajmowała się jego firma?- spytałam ciekawa.
- Był szefem sieci sklepów z odzieżą we Włoszech w oddziale weneckim. Dokładnie Ermenegildo Zegna. Ale wykryto jakieś nieprawidłowości i kazano mu zamknąć interes. Siedziba główna w Trivero stara się o odzyskanie praw do otworzenia sklepów na nowo w mieście, ale nie wierzą w niewinność Pabla i już ustalili, że nie wróci do pracy. Głównie dlatego, że ma nieciekawą przeszłość. Kiedyś popełnił kilka błędów, które zostaną z nim na zawsze. Tak jak moje ze mną.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
piątek, 4 listopada 2016
ROZDZIAŁ 311
Byłam w szoku. Oboje byliśmy. Jednak szybko się ogarnęłam, gdy kobieta się rozpłakała. Odłożyłam dziecko i usiadłam obok niej, przytulając ją. Włoch głaskał ją uspokajająco po plecach. W tym samym czasie strażnik zerwał się i zaczął przeklinać po rosyjsku.
- Zabiję go! Zabiję gnoja!- był wściekły.
- Dymitr!- upomniałam go.- Tu są dzieci.
Trochę się opanował i usiadł na swoim miejscu, jednak rozglądał się na wszystkie strony ze złożonymi rękoma, przebierając nogami. Rozpierała go energia wywołana wściekłością. Rzuciłam mu ostrzegawcze spojrzenie, gdy chciał wziąć dzieci. Zrozumiał i został w swojej pozycji. Przejechał dłońmi po twarzy. Nie wytrzymał i znowu zaczął chodzić. Uważnie obserwowałam każdy jego ruch, wciąż tuląc morojkę.
- Kto?!- strażnik podniósł głos, a ona się wzdrygnęła.
Spiorunowałam go wzrokiem.
- Już, spokojnie. Już jesteś bezpieczna.
- Ty nic nie rozumiesz!- krzyknęła. Jednak po chwili się uspokoiła.- Przepraszam. Po prostu to bardzo trudne.
- Spokojnie, jesteśmy tu, żeby ci pomóc.- głaskałam ją po plecach.
- Jestem w ciąży.- szepnęła po jakimś czasie.
Oboje zamarliśmy, a ona jeszcze bardziej się rozpłakała. Przytuliłam ją do siebie, za to Dymitr nie wiedział co ze sobą zrobić. I zachował się jak każdy facet. Z barku wyciągnął whisky. Popatrzyłam na niego z miną mówiącą "Serio?". Wzruszył ramionami z przepraszającym wzrokiem, sięgając po kieliszek.
- Mi też możesz nalać.- po raz pierwszy odezwał się nasz drugi gość.
Uniosłam oczy do góry, prosząc boga o cierpliwość do nich.
- To wy się tu w spokoju upijcie, bo jak widać tylko to umiecie zrobić, a my z dziećmi idziemy na górę.- warknęłam z pogardą.
Wzięłam szelki i wsadziłam w nie oboje bobasów. Nie podobała im się cała ta atmosfera. Pociągnęłam płaczącą morojkę za ramię, na co ta się podniosła i ruszyłyśmy w kierunku schodów. Ona z puszczoną głową, a ja podniesioną, pokazując, że jestem ponad nimi.
- Roza...- mąż złapał mnie za łokieć, ale się wyrwałam, zabijając go spojrzeniem.
- I nawet nie waż mi się wchodzić do sypialni, póki nie wytrzeźwiejesz.
Patrzył na mnie błagalnie, ale ja się nie ugięłam. Razem z kobietą weszłam do pokoju gościnnego. Dzieci chciałam zostawić na podłodze, ale Tasza mnie powstrzymała.
- Na łóżku będzie im wygodniej.- zauważyła.
- Nie chciałam, żeby nam przeszkadzały.
- Nie będą.- uśmiechnęła się delikatnie.
Położyłam maluchy na miękkim materacu, a morojka usiadła obok. Widziałam, że chciała je dotknąć ale się bala.
- Spokojnie nie ugryzą. Pójdę nam po herbatę, dobrze?
Kiwnęła głową i niepewnie położyła się.
Zeszłym na dół. Byłam w połowie schodów, gdy usłyszałam rozmowę mężczyzn. Wiem, że nie ładnie podsłuchiwać, ale nie mogłam się powstrzymać.
- Tasza to wspaniała kobieta. Nie tak jak Roza, ale zasługuje na dobrego męża.- odezwał się głos z rosyjskim akcentem.
- Jak dla mnie, to każda kobieta zasługuje na takiego.- powiedział lekko już wystawiony Pablo.
- Ale nie wszystkie na takiego trafiają.- ukochanemu od razu popsuł się humor. Wiedziałam, że ma na myśli Olenę.
- A powinny. I za to wypijmy.- unieśli kieliszki i opróżnili je duszkiem.
- Musisz być bardzo ważny dla Nati.- zauważył Włoch.
- Chodzi ci o Nataszę? Kiedyś byliśmy przyjaciółmi, ale oboje podjęliśmy kilka złych decyzji i teraz nie wiem jak to jest.
- Przyleciała tu prosto z Wenecji, więc dalej cię ceni.
- Może.- strażnik się zamyślił.- A co?
- Martwię się o nią. Nie znamy się długo, ale ufam jej jak nikomu innemu i myślę...
- Podoba ci się?- rzucił prosto z mostu Bielikow.
- Tak.- wyznał gość.
Ucieszyła mnie ta wiadomość. Może nie tylko ja wyszłam z tej walki zwycięsko. Postanowiłam się ujawnić.
- Zwolnijcie z tym alkoholem, bo padniecie, zanim wzejdzie słońce.- sięgnęłam im przez ramie po kubki.
- Ty jesteś moim słońcem Roza.- ukochany cmoknął mnie w policzek.- Poza tym wiesz, że mam twardą głowę.
- Ty może tak, ale w pana wątpię.- spojrzałam na wystawionego lekko Włocha.
- Gdzie moje maniery?- wyżej wspomniany wstał, chwiejąc się na nogach i złapał moją dłoń.- Pablo Ernest Francesco Bompensiero.- ucałował ją.
Zaintrygowało mnie jego dżentelmeństwo, jednak Dymitr nie podzielał mojego zdania.
- Takie witanie jest już nie modne.- wstał i objął mnie.
- Taa... o wiele lepsze jest napadanie na dwie bezbronne dziewczyny z dwunastką strażników.- spojrzałam na niego czule i bardziej się wtuliłam. Zauważyłam, że moroj patrzy na nas ze zmarszczonym czołem, więc szepnęłam w jego kierunku, tak żeby wszyscy słyszeli.- Nie przejmuj nim się, to z zazdrości.
- Nie jestem zazdrosny.- oburzył się mój mąż.
- Aha. Jasne.- popatrzyłam na niego z powątpieniem.
- Piękna kobieta zasługuje na bycie o nią zazdrosną.- moroj już chyba nie do końca zdaje sobie sprawę z tego co mówi.
Dymitr zmierzył go gniewnym spojrzeniem, ale mężczyzna nie zważając na to sięgnął po alkohol, nalał sobie do lampki i wypił na raz. Postanowiłam trochę złagodzić sytuację.
- Uznam to za komplement, skarbie.- pocałowałam Bielikowa w policzek.
Ale mu to nie wystarczyło. Przyciągnął mnie do siebie, obejmując w pasie i całując namiętnie.
- A teraz zejść mi z oczu i nawet nie chcę słyszeć, że Lili was widziała.- wzięłam dwa kubki i poszłam na górę.
To co zobaczyłam w pokoju, bardzo mnie zdziwiło. Dzieci stały jak aniołki, przytulne to Taszy, która również przegrała ze zmęczeniem. Postanowiłam zostawić ich w spokoju i kończyć przygotowania do pracy. Idąc do gabinetu, natknęłam się na panów.
- Proszę, proszę, kogo ja tu mam.
- Hej, skarbie. Dawno się nie widzieliśmy.- ukochany chciał mnie przytulić, ale go odepchnęłam,co nie było łatwe, zważywszy na to, że on jest silniejszy.
- Jak widzę, już wam się poprawił humor.- mruknęłam zła.
- Jak chcesz Roza to teraz ja mogę go poprawić, bo nie wyglądasz na zbyt wesołą.- uśmiechnął się znacząco.
Musiał już dużo wypić. Chciał mnie przytulić, ale odepchnęłam go z całej siły.
- Powinniście się wstydzić.- podniosłam głos, ale nie na tyle, aby obudzić śpiących w pokoju.- Tam wasza przyjaciółka cierpi, a wy się śmiejecie, pijani. Pomyśleliście co ona czuje? Liczy na wasze wsparcie, a wy ją olaliście dla kilku butelek. Wódkę można kupić przyjaźni nie. Więc lepiej uważajcie, bo łatwo ją stracić.
Uśmiechy zeszły im z twarzy. Spuścili zawstydzeni głowy, a ja czułam się jakbym ganiła nieposłuszne dzieci. Mężczyźni to wielkie dzieci.
- Roza...- zaczął skruszony Rosjanin.
- Nie chcę tego słuchać. Oboje do tamtego pokoju i do rana mi z niego nie wychodzić.- wskazałam ostatni pokój po lewej stronie.
- Ale....- oboje zaprotestowali, jednak znowu przerwałam.
- Żadnego "Ale". Nie ma mowy, że dzieci zobaczyli was w takim stanie. I powinieneś się wstydzić Dymitr. Myślałam, że jesteś bardziej odpowiedzialny.- w oczach strażnika widziałam wstyd, zażenowanie i skruchę.
Zasłużył sobie na to. Już bez słowa oboje poszli we wskazanym wcześniej przez mnie kierunku. Cholera jasna, co się z nimi dzieje. I na dodatek podnieśli mi ciśnienie. Spokojnie Rose, wdech i wydech, wdech i wydech.
- Zabiję go! Zabiję gnoja!- był wściekły.
- Dymitr!- upomniałam go.- Tu są dzieci.
Trochę się opanował i usiadł na swoim miejscu, jednak rozglądał się na wszystkie strony ze złożonymi rękoma, przebierając nogami. Rozpierała go energia wywołana wściekłością. Rzuciłam mu ostrzegawcze spojrzenie, gdy chciał wziąć dzieci. Zrozumiał i został w swojej pozycji. Przejechał dłońmi po twarzy. Nie wytrzymał i znowu zaczął chodzić. Uważnie obserwowałam każdy jego ruch, wciąż tuląc morojkę.
- Kto?!- strażnik podniósł głos, a ona się wzdrygnęła.
Spiorunowałam go wzrokiem.
- Już, spokojnie. Już jesteś bezpieczna.
- Ty nic nie rozumiesz!- krzyknęła. Jednak po chwili się uspokoiła.- Przepraszam. Po prostu to bardzo trudne.
- Spokojnie, jesteśmy tu, żeby ci pomóc.- głaskałam ją po plecach.
- Jestem w ciąży.- szepnęła po jakimś czasie.
Oboje zamarliśmy, a ona jeszcze bardziej się rozpłakała. Przytuliłam ją do siebie, za to Dymitr nie wiedział co ze sobą zrobić. I zachował się jak każdy facet. Z barku wyciągnął whisky. Popatrzyłam na niego z miną mówiącą "Serio?". Wzruszył ramionami z przepraszającym wzrokiem, sięgając po kieliszek.
- Mi też możesz nalać.- po raz pierwszy odezwał się nasz drugi gość.
Uniosłam oczy do góry, prosząc boga o cierpliwość do nich.
- To wy się tu w spokoju upijcie, bo jak widać tylko to umiecie zrobić, a my z dziećmi idziemy na górę.- warknęłam z pogardą.
Wzięłam szelki i wsadziłam w nie oboje bobasów. Nie podobała im się cała ta atmosfera. Pociągnęłam płaczącą morojkę za ramię, na co ta się podniosła i ruszyłyśmy w kierunku schodów. Ona z puszczoną głową, a ja podniesioną, pokazując, że jestem ponad nimi.
- Roza...- mąż złapał mnie za łokieć, ale się wyrwałam, zabijając go spojrzeniem.
- I nawet nie waż mi się wchodzić do sypialni, póki nie wytrzeźwiejesz.
Patrzył na mnie błagalnie, ale ja się nie ugięłam. Razem z kobietą weszłam do pokoju gościnnego. Dzieci chciałam zostawić na podłodze, ale Tasza mnie powstrzymała.
- Na łóżku będzie im wygodniej.- zauważyła.
- Nie chciałam, żeby nam przeszkadzały.
- Nie będą.- uśmiechnęła się delikatnie.
Położyłam maluchy na miękkim materacu, a morojka usiadła obok. Widziałam, że chciała je dotknąć ale się bala.
- Spokojnie nie ugryzą. Pójdę nam po herbatę, dobrze?
Kiwnęła głową i niepewnie położyła się.
Zeszłym na dół. Byłam w połowie schodów, gdy usłyszałam rozmowę mężczyzn. Wiem, że nie ładnie podsłuchiwać, ale nie mogłam się powstrzymać.
- Tasza to wspaniała kobieta. Nie tak jak Roza, ale zasługuje na dobrego męża.- odezwał się głos z rosyjskim akcentem.
- Jak dla mnie, to każda kobieta zasługuje na takiego.- powiedział lekko już wystawiony Pablo.
- Ale nie wszystkie na takiego trafiają.- ukochanemu od razu popsuł się humor. Wiedziałam, że ma na myśli Olenę.
- A powinny. I za to wypijmy.- unieśli kieliszki i opróżnili je duszkiem.
- Musisz być bardzo ważny dla Nati.- zauważył Włoch.
- Chodzi ci o Nataszę? Kiedyś byliśmy przyjaciółmi, ale oboje podjęliśmy kilka złych decyzji i teraz nie wiem jak to jest.
- Przyleciała tu prosto z Wenecji, więc dalej cię ceni.
- Może.- strażnik się zamyślił.- A co?
- Martwię się o nią. Nie znamy się długo, ale ufam jej jak nikomu innemu i myślę...
- Podoba ci się?- rzucił prosto z mostu Bielikow.
- Tak.- wyznał gość.
Ucieszyła mnie ta wiadomość. Może nie tylko ja wyszłam z tej walki zwycięsko. Postanowiłam się ujawnić.
- Zwolnijcie z tym alkoholem, bo padniecie, zanim wzejdzie słońce.- sięgnęłam im przez ramie po kubki.
- Ty jesteś moim słońcem Roza.- ukochany cmoknął mnie w policzek.- Poza tym wiesz, że mam twardą głowę.
- Ty może tak, ale w pana wątpię.- spojrzałam na wystawionego lekko Włocha.
- Gdzie moje maniery?- wyżej wspomniany wstał, chwiejąc się na nogach i złapał moją dłoń.- Pablo Ernest Francesco Bompensiero.- ucałował ją.
Zaintrygowało mnie jego dżentelmeństwo, jednak Dymitr nie podzielał mojego zdania.
- Takie witanie jest już nie modne.- wstał i objął mnie.
- Taa... o wiele lepsze jest napadanie na dwie bezbronne dziewczyny z dwunastką strażników.- spojrzałam na niego czule i bardziej się wtuliłam. Zauważyłam, że moroj patrzy na nas ze zmarszczonym czołem, więc szepnęłam w jego kierunku, tak żeby wszyscy słyszeli.- Nie przejmuj nim się, to z zazdrości.
- Nie jestem zazdrosny.- oburzył się mój mąż.
- Aha. Jasne.- popatrzyłam na niego z powątpieniem.
- Piękna kobieta zasługuje na bycie o nią zazdrosną.- moroj już chyba nie do końca zdaje sobie sprawę z tego co mówi.
Dymitr zmierzył go gniewnym spojrzeniem, ale mężczyzna nie zważając na to sięgnął po alkohol, nalał sobie do lampki i wypił na raz. Postanowiłam trochę złagodzić sytuację.
- Uznam to za komplement, skarbie.- pocałowałam Bielikowa w policzek.
Ale mu to nie wystarczyło. Przyciągnął mnie do siebie, obejmując w pasie i całując namiętnie.
- A teraz zejść mi z oczu i nawet nie chcę słyszeć, że Lili was widziała.- wzięłam dwa kubki i poszłam na górę.
To co zobaczyłam w pokoju, bardzo mnie zdziwiło. Dzieci stały jak aniołki, przytulne to Taszy, która również przegrała ze zmęczeniem. Postanowiłam zostawić ich w spokoju i kończyć przygotowania do pracy. Idąc do gabinetu, natknęłam się na panów.
- Proszę, proszę, kogo ja tu mam.
- Hej, skarbie. Dawno się nie widzieliśmy.- ukochany chciał mnie przytulić, ale go odepchnęłam,co nie było łatwe, zważywszy na to, że on jest silniejszy.
- Jak widzę, już wam się poprawił humor.- mruknęłam zła.
- Jak chcesz Roza to teraz ja mogę go poprawić, bo nie wyglądasz na zbyt wesołą.- uśmiechnął się znacząco.
Musiał już dużo wypić. Chciał mnie przytulić, ale odepchnęłam go z całej siły.
- Powinniście się wstydzić.- podniosłam głos, ale nie na tyle, aby obudzić śpiących w pokoju.- Tam wasza przyjaciółka cierpi, a wy się śmiejecie, pijani. Pomyśleliście co ona czuje? Liczy na wasze wsparcie, a wy ją olaliście dla kilku butelek. Wódkę można kupić przyjaźni nie. Więc lepiej uważajcie, bo łatwo ją stracić.
Uśmiechy zeszły im z twarzy. Spuścili zawstydzeni głowy, a ja czułam się jakbym ganiła nieposłuszne dzieci. Mężczyźni to wielkie dzieci.
- Roza...- zaczął skruszony Rosjanin.
- Nie chcę tego słuchać. Oboje do tamtego pokoju i do rana mi z niego nie wychodzić.- wskazałam ostatni pokój po lewej stronie.
- Ale....- oboje zaprotestowali, jednak znowu przerwałam.
- Żadnego "Ale". Nie ma mowy, że dzieci zobaczyli was w takim stanie. I powinieneś się wstydzić Dymitr. Myślałam, że jesteś bardziej odpowiedzialny.- w oczach strażnika widziałam wstyd, zażenowanie i skruchę.
Zasłużył sobie na to. Już bez słowa oboje poszli we wskazanym wcześniej przez mnie kierunku. Cholera jasna, co się z nimi dzieje. I na dodatek podnieśli mi ciśnienie. Spokojnie Rose, wdech i wydech, wdech i wydech.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
Subskrybuj:
Posty (Atom)