Obudził mnie budzik męża. Co za cholerstwo. Kto to właściwie wymyślił? Pewnie ktoś, kto nie musiał go używać.
- Towarzyszu, możesz to wyłączyć, zanim pęknie mi głowa?- spytałam w poduszkę.
Zero odpowiedzi.
- Towarzyszuuuuu?- dalej nic.- Dymitr.
Uniosłam się zaniepokojona i rozejrzałam po pokoju. Byłam sama. Zaczęłam się zastanawiać, ale wciąż przeszkadzała mi muzyka z komórki strażnika. Powinnam od razu zauważyć, że go nie ma. Przecież to on zawsze wyłącza budzik nawet zanim ja się obudzę. Przypomniałam sobie co się wczoraj stało. Oj będzie dzisiaj poważna rozmowa z moim ukochanym mężem na kacu. A jeśli myśli, że puszczę go do pracy, to się grubo myli. Dlatego wczoraj wysłałam Hansowi przykrą wiadomość, że jego najlepszy strażnik nie będzie w stanie stawić się dzisiaj na służbie. Z powód zdrowotno-psychicznych. Wstałam z trudem z łóżka i poszłam wyszykiwać się do pracy. Dzieci spały, więc zostawiłam je w spokoju z elektroniczną nianią. Zeszłam do kuchni, zrobić kanapki dla wszystkich, zagotowałam wodę i zrobiłam miksturę na kaca razy dwa. Wzięłam obie szklanki i skierowałam się do pokoju, gdzie noc spędzili mężczyźni. O dziwo drzwi były zamknięte, ale Dymitr wspominał kiedyś o jakichś dorobionych klucza. Znalazłam je w gabinecie, więc w spokoju mogłam wejść do pokoju. Był tam taki syf, że aż się zatrzymałam. Na podłodze leżały puste butelki, opakowania po chipsach, ciastkach, pełno papierków i... czy oni rozrywali poduszki? Oj to się doigrali. Sami balowicze spali na pustym materacu na łóżku. Bielikow przytulał się do nogi Pabla, a on głaskał kij, mamrocząc coś, że jest świetna, ale zbyt płaska dla niego. Westchnęłam tylko zrezygnowana. Napoje postawiłam na szafkach nocnych i przejrzałam się w szoku prześcieradle z plamami, nie wiem po czym i nie chce wiedzieć. No to mają przechlapane. Zostawiłam mężowi kartkę z pięcioma informacjami. Następnie obudziłam Lili i pomogłam jej się wyszykować.
- A gdzie Dymitr?- spytała przy śniadaniu.
- On zostaje w domu, żeby pilnować dzieci.- wytłumaczyłam.
- Czemu?- drążyła dalej temat.
- Bo mi nie wierzy, że opieka nad nimi jest trudniejsza niż myśli.
Dziewczynka już nic nie powiedziała i kończyła swoje kanapki. Po posprzątaniu wzięłyśmy torby i wyszłyśmy.
DYMITR
Obudziłem się z wielkim bólem głowy. Obok siebie poczułem czyjeś nogi. Ale na pewno nie należały do Rozy. Zbyt owłosione. Wystraszony otworzyłem oczy. Na szczęście była noc i nic mnie nie oślepiło. Zacząłem się rozglądać dookoła. Byłem w pokoju gościnnym, a bok mnie spał Pablo. Ale tu syf. Na szafce nocnej zauważyłem mój ratunek i jakąś kartkę. Czym prędzej wstałem i sięgnąłem po szklankę, opróżniając ją jednym łykiem. Próbowałam sobie wszystko przypomnieć. Jestem pewny, że byliśmy na służbie. Później wróciliśmy do domu. Uśmiechnąłem się jak głupi, gdy przypomniałem sobie o wizycie żony u ginekologa. Ale zszedł mi, gdy we wspomnieniach pojawili się niezapowiedziani goście. Od razu wróciło wszystko. Co ja zrobiłem? Tasza przyleciała tu prosto z Europy, szukając wsparcia, a ja się upiłem z jej przyjacielem. Byłem na siebie mega zły. Wziąłem kartkę i poszedłem do biurka. Usiadłem przy nim, zapalając lampkę, po czym zabrałem się do czytania.
Kochanie
Nawet sobie nie myśl, że pojedziesz do pracy. I tak nie masz jak. W zamian zaopiekuj się dziećmi i gośćmi. Poza tym jak wrócę to w tym pokoju ma być błysk. Nie wiem co w nim robiliście i chyba nawet nie chcę. A i przygotuj się na rozmowę, gdy wrócimy z Lili (Ucieczka nic ci nie da.)
Kocham Cię.
Roza.
O rany. Mam przechlapane. Ona mnie zabiję. Dziwię się, że mi tego podczas snu nie zrobiła. No dobra, trzeba to ogarnąć.
- Pablo, Pablo wstawaj.- szturchałem chłopaka.
Mruknął coś w ojczystym języku i spał dalej. Trudno, niech śpi dalej. Wyszedłem na korytarz i skierowałem się do sypialni. Po szybkim prysznicu, przegrałem się w świeże ubrania, po czym zaglądnąłem do dzieci. Już nie spały i patrzyły się na mnie z uśmiechem. No tylko Felix. Córeczka patrzyła na mnie z żalem i smutkiem.
- O co chodzi, Księżniczko?- podniosłem ją i przytuliłem. Na początku się opierała, ale w końcu odwzajemniła uścisk.
- O wiele lepiej.- szepnąłem.- Pewnie jesteś zła, że tatuś się nie pożegnał. Masz charakterek, tak samo jak mamusia. Ona też jest na mnie zła. Mam nadzieję, że do powrotu jej trochę przejdzie. A teraz was wyszukujemy na śniadanko.
Przebrałem je i zeszliśmy na dół. Zaskoczył mnie widok Taszy, krzątającą się po kuchni.
- O, dzień dobry, Dimka. Jak się spało?- spytała, stawiając na wysepce kubek z kawą. Co tu się dzieje?
- Witaj Nataszo.- odpowiedziałem niepewnie.- Już nie spisz?
- Jest już jedenasta, głuptasie.- zaśmiała się.- Hej słoneczko.
Bez pytania wzięła ode mnie Anastazję, a mała zaśmiała się zarażona dobrym humorem morojki.
- W jadalni Rose zostawiła kanapki. Ja już zjadłam i zrobiłam maluchom jedzenie. Rose mi wszystko wyjaśniła, a ja sama zaoferowałam pomoc.- wyjaśniła, bawiąc się z moją księżniczką.
Nie pomyliłem się, że byłaby dobrą matką. Ale nie dla moich dzieciach. Nie wiem, jak mogła zrobić tyle złych rzeczy. Nigdy bym jej o to nie podejrzewał. Ale wróciła na prostą. Poszedłem w końcu do jadalni i zacząłem jeść. Jak zawsze bardzo dobre. Jakby Roza dała się nauczyć, to myślę, że odkryłbym jej kolejny talent. Po chwili dołączyła do mnie Tasza z dziećmi i Paul. Nie wyglądał najgorzej.
- Hej, Nati, hej Dymitr.- przywitał się.
- Hej.- odpowiedzieliśmy.
Usiadł obok mnie i również zaczął śniadanie. No takie drugie.
- Pomożesz mi ogarnąć pokój, bo Rose mnie zabije?- spytałem moroja.
- Jasne. W końcu też jestem za to odpowiedzialny.
- To ja wolę nie wiedzieć, co wy tam robiliście.- kobieta pokręciła głową, karmiąc dzieci.- Leci samolocik.
Nawet jej to wychodziło. Po śniadaniu posprzątaliśmy w pokoju. Zajęło nam to trzy godziny, z czego przez pół szukałem poduszek i nowej pościeli. Odkąd Roza poukładała wszystko jak jej wygodnie, nic nie umiem znaleźć. A jak się pytam, to od razu znajduje. W końcu mogliśmy zejść na dół. Zrobiłem obiad i wszyscy poszliśmy do ogrodu. Dzieci poradziłem na ich miejscu, a my usiedliśmy przy stoliku, rozmawiając i jedząc.
- Macie tu bardzo ładnie. Słyszałam, że to ty wybudowałeś dom dla Rose.- zagadnęła moja przyjaciółka.
- To był taki prezent na nasz ślub.- odpowiedziałem.- Na ogród wpadliśmy przed wakacjami i się zaczęło. Najpierw domek na drzewie, drzewa kwiaty, tam będzie stajnia, taka mała, - wskazałem na prawie skończona budowlę z cegły.- a obok siłownia. A tam jest taki romantyczny zakątek. Był to pomysł Rose.
- Chodźmy go obejrzeć.- Tasza zerwała się z miejsca i pociągnęła za sobą Pabla.
Zaśmiałem się. To dobry chłopak i mam nadzieję, że ona znajdzie z nim szczęście. Bo widać, że do siebie pasują. Nagle usłyszałem zamykane drzwi. O nie! Dziewczyny wróciły. Po chwili do ogrodu wpadła Lili i zaczęła bawić się z siostrzeńcami. Zostało mi albo uciekać, albo się przymilać.
- Ciągle tego nie rozumiem.- przyznała po chwili morojka.- Zrobiłam wam tyle złego, ze oboje byliście gotowi bez wahania mnie zabić, a teraz ty jesteś dla mnie taka dobra. Czemu?
- Odkupiłaś swoje winy pomagając nam. Po za tym, twoje czyny spowodowane były nieszczęśliwą miłością. To cię nie usprawiedliwia, jednak wiem co to znaczy kochać i że dla tego uczucia zrobi się wszystko.
- Dziękuję ze mnie wspierasz. W takich sytuacjach widać na kim można polegać.- dodała gorzko.
- Nie miej im tego za złe. Po prostu muszą odreagować. Jutro będą tego żałować i cię wspierać.
- Ja nawet nie wiem po co tutaj przyjechałam. Bo co można z tym zrobić?- spytała, patrząc mi w oczy.
- Chciałaś naszego wsparcia. Wsparcia Dymitra.
- Już go nie kocham. Nie myślę o nim na okrągło, nie zazdroszczę ci tak bardzo. Teraz moje myśli zajmuje Pablo. Chyba masz rację i się w nim zakochałam.
- To super. Wiesz, jak schodziłam na dół po herbatę, oni rozmawiali o tobie.- morojka spojrzała na mnie zainteresowana.- Też mu się podobasz.
Oczy jej zabłysły.
- Naprawdę?- nie dowierzała.
- Tak.- przytaknęłam głową.- Teraz ty musisz dać mu znak, że mu pozwalasz, ale to on ma się starać.
- Spokojnie, umiem podrywać chłopaków.- zaśmiałyśmy się.
Gadałyśmy jeszcze dobrą godzinę. Przez ten czas poznałam Taszę zupełnie z innej strony, niż wcześniej. To znaczy była taka jak podczas naszego pierwszego spotkania. Miła, serdeczna, uśmiechnięta, dumna. Odzyskała wolność, honor, godność i niewinność. Mogła żyć swoim życiem, w którym życzyłam jej szczęścia. Bo chłopcy mieli rację, zasługuje na to.
- Wiesz, robi się późno, mam jeszcze kilka rzeczy do zrobienia, a ty pewnie jesteś zmęczona.
- No masz rację, zasiedziałyśmy się. Nie będę cię więcej zatrzymywać.
Pozbierałam wszystkie naczynia i puste opakowania, po czym poszłam do drzwi.
- Dobranoc.- morojka już leżała w łóżku.
- Dobranoc.- odpowiedziałam.
Miałam zamykać drzwi, gdy zatrzymał mnie jej głos.
- Rose.- patrzyłam na nią wyczekująco.- Przepraszam i dziękuję. Za wszystko.
- Wybaczam ci, a dziękować nie masz za co. To chyba obowiązek ugościć gości.- wzruszyłam ramionami.- Chyba. Nie wiem, nie znam się.
Obie zachichotałyśmy.
- Już wiem, czemu Dimka cię tak kocha. Masz szczęście. A ja cieszę się, że on jest szczęśliwy. Dotarło do mnie to co mówił, gdy zaatakowaliśmy was w śnie.
Nie do końca wiedziałam, o co chodzi. Nie było mnie przy tej części snu. To było gdy ćwiczyliśmy z Adrianem i raz miałam wciągnąć Dymitra do naszego snu. Ale wtedy miał niezapowiedzianych gości i Tasza prawie zabiła go, zmieniając się we mnie.
- Co konkretnie.- spytałam, siadając na brzegu łóżka.
- Że byłaś gotowa puścić go do mnie, dla jego szczęścia. Ja tego nie potrafiłam. Jesteś bardziej odpowiedzialna i lepiej rozumiesz miłość, ode mnie. Ale widząc go z dziećmi na rękach i patrzącego na ciebie maślanym wzrokiem, zrozumiałam, że nie jestem zazdrosna, a szczęśliwa. Bo on się uśmiecha. Dawno nie widziałam go takiego radosnego. Powiem coś, czego myślałam, że nigdy nie będę w stanie powiedzieć. Dziękuję Rose, że z nim jesteś.- zaskoczyła mnie kompletnie, zarzucając mi ręce na kark i przytulając.
- Cała przyjemność po mojej stronie.- uśmiechnęłam się znacząco i obie wybuchłyśmy śmiechem.
- Mogła byś się podzielić.- droczyła się.
- Nigdy w życiu. Idź sobie do swojego Włocha.- zawołałam głośniej niż rozmawiałyśmy.
- Ciszej, bo jeszcze usłyszą.- szepnęła, oblewając się rumieńcem.- I on nie jest mój.
- Jeszcze.- wstałam i nie czekając na odpowiedz, po prostu wyszłam z pokoju.
Gdy naczynia dałam do zmywarki, a śmieci do kosza, wróciłam do gabinetu. Skończyłam co miałam skończyć i poszłam do sypialni. Jednak ciężko było mi zasnąć. Po rozmowie z Taszą odczuwałam wieki brak Dymitra. Chciałabym, aby tu był, powiedział jak bardzo mnie kocha i przytulił. Mogłabym pójść i go zabrać z tamtego pokoju, ale ludzie! Mam swój honor! Pomyślałam, że mogę coś poczytać. Chwyciłam pierwszą lepszą książkę i zatopiłam się w lekturze, że nie pamiętam kiedy zasnęłam. Śniło mi się, że jadę na wielbłądzie po pustyni. Przede mną siedzi wystraszona skulona postać. Może mieć z trzy latka. Za nami słyszałam krzyki i strzelanie batów.
- Mamo, boję się.- wyszeptała córeczka przez łzy.
- Spokojnie kochanie, jesteśmy już blisko.- pocałowałam ją w główkę.- Nie pozwolę, żeby ktoś zrobił ci krzywdę.
W oddali widziałam coś zielonego. Wystarczyło tylko przejść przez wydmę. Nagle usłyszałam huk i jakiś mały przedmiot przeleciał mi koło głowy. Cholera! Mają broń i chyba nas na celowniku. Bałam odwrócić się do tyłu. Kolejna kula przeleciała blisko głowy wielbłąda, a ten ryknął wystraszony i wydało mi się, że jedziemy szybciej. Mamy szansę. W około latało coraz więcej kul. Damy radę, damy radę, powtarzałam jak Mantę. W końcu ominęliśmy górę piaskową i skierowałam się do oazy. To z jej palm pochodził kolor zielony. Wśród zieleni, przed źródełkiem czystej, chłodnej wody zobaczyłam męża i Felixa silnie wtulonego w jego nogi. Byliśmy coraz bliżej.
- Szybciej Roza.- wolał strażnik.
Nagle nasz pojazd ryknął i upadł. Córeczka poleciała do przodu, krzycząc i płacząc. Podniosłam ją i zaczęłam biec. Widziałam jak mijające nas kule odbijają się od bariery na granicy piasku i ziemi oazy. Z każdym odbiciem, chłopiec mocniej ściskał tatę. Wtem zauważyłam pocisk, wbity w piasek. Cześć ich ludzi musiała wejść na wydmę. Razem nie dobiegniemy, a ja muszę chronić nasze dziecko. Zatrzymałam się i postawiłam ją na ziemi.
- Biegnij do tatusia.- powiedziałam.
- A ty?- spytała wystraszona.
- Bardzo Cię Kocham i zawsze będę przy tobie. A teraz biegnij do taty i Felixa.
Dziewczynka zapłakana przytuliła mnie i pobiegła. Przez chwilę mój wzrok skrzyżował się ze wzrokiem ukochanego. Od razu wiedział co chcę zrobić.
- Roza nie.- szepnął, więc mogłam to wyczytać tylko z jego ust i strachu w oczach.
Bezgłośnie powiedziałam "Kocham Cię" i odwróciłam się do oprawców. Stali z wycelowanymi w moją stronę pistoletami. Byli to ludzie, okryci w białe ubrania, rodem z filmów o pogoni na pustyni.
- Odsuń się, a nie zrobimy ci krzywdy.- powiedział ze spokojem szef tej bandy.
- Nigdy.- rzuciłam mu nienawistne spojrzenie.
W książce lub na filmie zacząłby gadać, czemu on to robi, namawiając mnie do dołączenia do nich, albo dobrowolnego odsunięcie się. Ale to pieprzona rzeczywistość. Oczywiście w śnie.
- Jak chcesz.- mruknął tylko i strzelił.
Widziałam wszystko jak w zwolnionym tempie. Widziałam tylko wirujący nabój, lecący dokładnie między moje oczy. Mogłam się uchylić od pocisku, ale wtedy zabiły moją córkę. A ja na to nie pozwolę. Moja śmierć nadchodziła z zawrotnym tempem.
- Roza nieeeeeeee!- tym razem wyraźnie słyszałam krzyk Bielikowa.
- Kocham Cię, towarzyszu.- szepnęłam na sekundę przed zderzeniem.
Jeszcze sekunda i....
Cała mokra, zerwałam się do siadu. To był tylko sen. Gdy już się uspokoiłam, znowu się położyłam i zasnęłam.
Już miałam iść do gabinetu, gdy z pokoju obok usłyszałam płacz oczywiście Anastazji. Weszłam szybko i wzięłam małą na ręce. Zobaczyłam, że Tasza się przebudziła.
- Ciii.. już spokojnie. Nie płacz kochanie. Popatrz na mamusię słoneczko.- kołysałam córeczkę, z uśmiechem.
One zawsze poprawiają mi humor. Popatrzyła na mnie i też się uśmiechnęła. Było widać jej białe, wystające ząbki.
- Jak się czujesz?- spytałam morojki, siadając na brzegu łóżka z roześmianym bobasem na kolanach.
Kobieta przeciągnęła się i usiadła obok mnie.
- Nie wiem.- powiedziała szczerze.- Masz szczęście.
- Wiem.- uśmiechnęłam się, podciągając dampirzycę za rączki tak, że robiła przysiady.- Ty też swoje znajdziesz. Co chcesz zrobić z tym?- wskazałam na jej brzuch.
- Urodzę i wychowam. Nie mam innego wyjścia, ale i tak już je kocham.- pogłaskała się po jeszcze płaskim brzuchu.
- Chcesz o tym pogadać?- spytałam ostrożnie.
- Nie. Jeszcze nie.- zamyśliła się.
- Pewnie jesteś głodna po podróży. Chodź na dół.
Wstałam z małą i chciałam wziąć Felixa.
- Mogę?- spytała niepewnie jasnooka.
- Jasne.
Razem wyszłyśmy z pokoju i zanieśliśmy do pokoju dzieci.
- Ładnie tu macie.- rozglądała się po pokojach, gdy ja przebierałam maluchy do snu.
- Dzięki. W sumie to Dymitr wszystko zbudował. Ja przyszłam na gotowe. Chcesz nakarmić Anastazję?
- Mogę?!- otworzyła szeroko oczy ze zdumienia.
- Jasne. Musisz się przyzwyczajać, a mała cię polubiła.
Zeszłyśmy z maluchami do kuchni. Tasza usiadła przy stole, a ja zaczęłam kręcić się po kuchni. Dzieci zostawiłyśmy na podłodze. Po chwili morojka, mimo moich wyraźnych sprzeciwów dołączyła do mnie. Gdy mleko było gotowe zaczęłyśmy karmić maluchy.
- Anastazja. Piękne imię.- rozmarzyła się.
- Dymitr to wymyślił. Choć nigdy się tak do niej nie zwracał. Dla niego to jest jego księżniczka.- kobieta pokiwała głową w zrozumieniu.- A to jest Felix.
- Są piękne. A gdzie podziali się panowie?
- Oblewają dziecko.- dopiero po chwili dotarło do mnie, jak to mogło zabrzmieć i zrobiło mi się głupio.- Przepraszam.
- Nic nie szkodzi. W sumie zawsze chciałam mieć dziecko, ale sądziłam, że jego ojciec będzie mnie kochał.
- A co do miłości, przyznaj się, co jest między tobą, a Pablem?- spytałam prosto z mostu.
- Nic.- odpowiedziała za szybko.
- Ale ani troszeczkę ci się nie podoba?- poklepałam synka po plecach, żeby mu się odbiło.
- No jest przystojny,- zrobiła tak samo z Nastką.- miły, wychowany, ma ładny uśmiech...- zacięła się na chwilę.- O nie! On mi się podoba.
- Spokojnie, mówisz tak jakby był to koniec świata.- zaśmiałam się.- To teraz pójdę ululać te rozrabiaki, a ty możesz dokończyć kolację.
- Jasne. A i jeszcze taka prośba, jeśli to nie byłby problem, mogłabym rano zamówić karmicieli?
- Oczywiście.- uśmiechnęłam się i poszłam z maluchami na górę.
Włożyłam je do łóżeczek i zaczęłam czytać. Kilkanaście minut później już spały. Wróciłam na dół i zawołałam siostrę do środka. Biance nasypałam karmy do miski, a Tasza w tym czasie kończyła kanapki. Wszystkie trzy usiadłyśmy w jadalni i zaczęłyśmy jeść. Z początku dziwna atmosfera, zmieniała się w o wiele lepszą z każdym następnym zdaniem między nami. Lili musiała pamiętać, co jej mówiliśmy o ciotce Christiana, a mimo to zaczęły rozmawiać. Teraz rozmowa się tak rozkręciła, że ledwo pogoniłam dampirzycę do łóżka. Kiedy ona się kąpała, my posprzątałyśmy, a później ja dałam świeżą pościel w pokoju dla morojki. Zmiłowałam się również nad naszymi panami i dałam im po talerzu kanapek oraz pościel. Jak sobie pościelą, tak się wyśpią. Właśnie wychodziłam z pokoju siostry, z którą się żegnałam i miałam iść do naszej sypialni, gdy zatrzymała mnie kobieta.
- Rose, jest jeszcze wcześnie. Może dzisiaj zrobimy sobie taki babskie wieczór. Pogadamy o tym co się działo, może dam radę opowiedzieć o... o tym.- wiem, że trudno było jej poruszać ten temat.
- Dobrze. To ja teraz pójdę się umyć. Możesz skorzystać z łazienki tutaj.- wskazałam drugie drzwi na prawo.
Rozeszłyśmy się, każda w swoją stronę. Piętnaście minut później siedziałyśmy w pokoju, między napojami, lodami, słodyczami i paluszkami, a ja kończyłam opowiadać o tym, jak Dymitr pilnował dzieci wczoraj.
- A co słychać u ciebie? Miałaś wyjechać do Australii.- przypomniałam sobie.
- Tak, ale zauważyłam, że za chwilę jest odlot do Rzymu i zmieniłam zdanie. Pomieszkałam tam dwa dni, jednak musiałam wyjechać do Wenecji, bo nie mogłam znaleźć żadnej pracy, a tam miałam dobrego przyjaciela. To u niego mieszkam. Niestety miesiąc temu został zabity. Miał jakieś długi z mafią.
- Przykro mi.- dotknęłam jej ramienia, pokazując, że ma moje wsparcie.
Patrząc w jej smutne oczy i widząc tęsknotę, zaczęłam się zastanawiać, ile osób zabił z takich powodów gang Abe'a i ile osób cierpiało z tęsknoty. Ona była jego przyjaciółką, a mógł mieć rodzinę. Żonę, dzieci, które jeszcze bardziej by rozpaczały. Nie wiem co bym zrobiła, gdyby ktoś zabrał mi mojego Towarzysza.
- Można powiedzieć, że przywłaszczyłam sobie jego dom. Zanim umarł, powiedział mi, do kogo mam się zwrócić po testament. On wiedział, że umrze, rozumiesz? Wiedział i nic mi nawet nie powiedział. Zapisał mi dom oraz nie małą sumkę i wskazał, gdzie jest akt własności.- wzięła kolejną łyżkę lodów do ust.- To właśnie on pomógł mi znaleźć pracę. Był też przyjacielem Pabla, a on szukał asystentki. I się znalazłam. Koleżanki z pracy pokazały mi co mam robić. Zawsze mówiły, że trzymają za nas kciuki, ale ja tłumaczyłam im, że to tylko przyjaźń. Aż na początku wakacji całą firmę zamknęli, a on zbankrutował. Wielu przyjaciół się od niego odwróciło, ale ja zostałam. Popadł w alkoholizm, z którego pomogłam mu się wygrzebać i zaczęłam tłumaczyć, że to nie koniec świata, a on od razu " Jak nie koniec świata?! To było wszystko co mam. Teraz nic nie znaczę, jestem zerem." A ja: "Co ty gadasz? Jesteś tak samo ważny, jak każdy inny człowiek. Raz do tego doszedłeś, to drugi raz też ci się uda." No i na następny dzień zaczął szukać pracy. Ja też. Zostałam w sumie asystentką jego szefa. A on jest księgowym.
- A czym w ogóle zajmowała się jego firma?- spytałam ciekawa.
- Był szefem sieci sklepów z odzieżą we Włoszech w oddziale weneckim. Dokładnie Ermenegildo Zegna. Ale wykryto jakieś nieprawidłowości i kazano mu zamknąć interes. Siedziba główna w Trivero stara się o odzyskanie praw do otworzenia sklepów na nowo w mieście, ale nie wierzą w niewinność Pabla i już ustalili, że nie wróci do pracy. Głównie dlatego, że ma nieciekawą przeszłość. Kiedyś popełnił kilka błędów, które zostaną z nim na zawsze. Tak jak moje ze mną.
Byłam w szoku. Oboje byliśmy. Jednak szybko się ogarnęłam, gdy kobieta się rozpłakała. Odłożyłam dziecko i usiadłam obok niej, przytulając ją. Włoch głaskał ją uspokajająco po plecach. W tym samym czasie strażnik zerwał się i zaczął przeklinać po rosyjsku.
- Zabiję go! Zabiję gnoja!- był wściekły.
- Dymitr!- upomniałam go.- Tu są dzieci.
Trochę się opanował i usiadł na swoim miejscu, jednak rozglądał się na wszystkie strony ze złożonymi rękoma, przebierając nogami. Rozpierała go energia wywołana wściekłością. Rzuciłam mu ostrzegawcze spojrzenie, gdy chciał wziąć dzieci. Zrozumiał i został w swojej pozycji. Przejechał dłońmi po twarzy. Nie wytrzymał i znowu zaczął chodzić. Uważnie obserwowałam każdy jego ruch, wciąż tuląc morojkę.
- Kto?!- strażnik podniósł głos, a ona się wzdrygnęła.
Spiorunowałam go wzrokiem.
- Już, spokojnie. Już jesteś bezpieczna.
- Ty nic nie rozumiesz!- krzyknęła. Jednak po chwili się uspokoiła.- Przepraszam. Po prostu to bardzo trudne.
- Spokojnie, jesteśmy tu, żeby ci pomóc.- głaskałam ją po plecach.
- Jestem w ciąży.- szepnęła po jakimś czasie.
Oboje zamarliśmy, a ona jeszcze bardziej się rozpłakała. Przytuliłam ją do siebie, za to Dymitr nie wiedział co ze sobą zrobić. I zachował się jak każdy facet. Z barku wyciągnął whisky. Popatrzyłam na niego z miną mówiącą "Serio?". Wzruszył ramionami z przepraszającym wzrokiem, sięgając po kieliszek.
- Mi też możesz nalać.- po raz pierwszy odezwał się nasz drugi gość.
Uniosłam oczy do góry, prosząc boga o cierpliwość do nich.
- To wy się tu w spokoju upijcie, bo jak widać tylko to umiecie zrobić, a my z dziećmi idziemy na górę.- warknęłam z pogardą.
Wzięłam szelki i wsadziłam w nie oboje bobasów. Nie podobała im się cała ta atmosfera. Pociągnęłam płaczącą morojkę za ramię, na co ta się podniosła i ruszyłyśmy w kierunku schodów. Ona z puszczoną głową, a ja podniesioną, pokazując, że jestem ponad nimi.
- Roza...- mąż złapał mnie za łokieć, ale się wyrwałam, zabijając go spojrzeniem.
- I nawet nie waż mi się wchodzić do sypialni, póki nie wytrzeźwiejesz.
Patrzył na mnie błagalnie, ale ja się nie ugięłam. Razem z kobietą weszłam do pokoju gościnnego. Dzieci chciałam zostawić na podłodze, ale Tasza mnie powstrzymała.
- Na łóżku będzie im wygodniej.- zauważyła.
- Nie chciałam, żeby nam przeszkadzały.
- Nie będą.- uśmiechnęła się delikatnie.
Położyłam maluchy na miękkim materacu, a morojka usiadła obok. Widziałam, że chciała je dotknąć ale się bala.
- Spokojnie nie ugryzą. Pójdę nam po herbatę, dobrze?
Kiwnęła głową i niepewnie położyła się.
Zeszłym na dół. Byłam w połowie schodów, gdy usłyszałam rozmowę mężczyzn. Wiem, że nie ładnie podsłuchiwać, ale nie mogłam się powstrzymać.
- Tasza to wspaniała kobieta. Nie tak jak Roza, ale zasługuje na dobrego męża.- odezwał się głos z rosyjskim akcentem.
- Jak dla mnie, to każda kobieta zasługuje na takiego.- powiedział lekko już wystawiony Pablo.
- Ale nie wszystkie na takiego trafiają.- ukochanemu od razu popsuł się humor. Wiedziałam, że ma na myśli Olenę.
- A powinny. I za to wypijmy.- unieśli kieliszki i opróżnili je duszkiem.
- Musisz być bardzo ważny dla Nati.- zauważył Włoch.
- Chodzi ci o Nataszę? Kiedyś byliśmy przyjaciółmi, ale oboje podjęliśmy kilka złych decyzji i teraz nie wiem jak to jest.
- Przyleciała tu prosto z Wenecji, więc dalej cię ceni.
- Może.- strażnik się zamyślił.- A co?
- Martwię się o nią. Nie znamy się długo, ale ufam jej jak nikomu innemu i myślę...
- Podoba ci się?- rzucił prosto z mostu Bielikow.
- Tak.- wyznał gość.
Ucieszyła mnie ta wiadomość. Może nie tylko ja wyszłam z tej walki zwycięsko. Postanowiłam się ujawnić.
- Zwolnijcie z tym alkoholem, bo padniecie, zanim wzejdzie słońce.- sięgnęłam im przez ramie po kubki.
- Ty jesteś moim słońcem Roza.- ukochany cmoknął mnie w policzek.- Poza tym wiesz, że mam twardą głowę.
- Ty może tak, ale w pana wątpię.- spojrzałam na wystawionego lekko Włocha.
- Gdzie moje maniery?- wyżej wspomniany wstał, chwiejąc się na nogach i złapał moją dłoń.- Pablo Ernest Francesco Bompensiero.- ucałował ją.
Zaintrygowało mnie jego dżentelmeństwo, jednak Dymitr nie podzielał mojego zdania.
- Takie witanie jest już nie modne.- wstał i objął mnie.
- Taa... o wiele lepsze jest napadanie na dwie bezbronne dziewczyny z dwunastką strażników.- spojrzałam na niego czule i bardziej się wtuliłam. Zauważyłam, że moroj patrzy na nas ze zmarszczonym czołem, więc szepnęłam w jego kierunku, tak żeby wszyscy słyszeli.- Nie przejmuj nim się, to z zazdrości.
- Nie jestem zazdrosny.- oburzył się mój mąż.
- Aha. Jasne.- popatrzyłam na niego z powątpieniem.
- Piękna kobieta zasługuje na bycie o nią zazdrosną.- moroj już chyba nie do końca zdaje sobie sprawę z tego co mówi.
Dymitr zmierzył go gniewnym spojrzeniem, ale mężczyzna nie zważając na to sięgnął po alkohol, nalał sobie do lampki i wypił na raz. Postanowiłam trochę złagodzić sytuację.
- Uznam to za komplement, skarbie.- pocałowałam Bielikowa w policzek.
Ale mu to nie wystarczyło. Przyciągnął mnie do siebie, obejmując w pasie i całując namiętnie.
- A teraz zejść mi z oczu i nawet nie chcę słyszeć, że Lili was widziała.- wzięłam dwa kubki i poszłam na górę.
To co zobaczyłam w pokoju, bardzo mnie zdziwiło. Dzieci stały jak aniołki, przytulne to Taszy, która również przegrała ze zmęczeniem. Postanowiłam zostawić ich w spokoju i kończyć przygotowania do pracy. Idąc do gabinetu, natknęłam się na panów.
- Proszę, proszę, kogo ja tu mam.
- Hej, skarbie. Dawno się nie widzieliśmy.- ukochany chciał mnie przytulić, ale go odepchnęłam,co nie było łatwe, zważywszy na to, że on jest silniejszy.
- Jak widzę, już wam się poprawił humor.- mruknęłam zła.
- Jak chcesz Roza to teraz ja mogę go poprawić, bo nie wyglądasz na zbyt wesołą.- uśmiechnął się znacząco.
Musiał już dużo wypić. Chciał mnie przytulić, ale odepchnęłam go z całej siły.
- Powinniście się wstydzić.- podniosłam głos, ale nie na tyle, aby obudzić śpiących w pokoju.- Tam wasza przyjaciółka cierpi, a wy się śmiejecie, pijani. Pomyśleliście co ona czuje? Liczy na wasze wsparcie, a wy ją olaliście dla kilku butelek. Wódkę można kupić przyjaźni nie. Więc lepiej uważajcie, bo łatwo ją stracić.
Uśmiechy zeszły im z twarzy. Spuścili zawstydzeni głowy, a ja czułam się jakbym ganiła nieposłuszne dzieci. Mężczyźni to wielkie dzieci.
- Roza...- zaczął skruszony Rosjanin.
- Nie chcę tego słuchać. Oboje do tamtego pokoju i do rana mi z niego nie wychodzić.- wskazałam ostatni pokój po lewej stronie.
- Ale....- oboje zaprotestowali, jednak znowu przerwałam.
- Żadnego "Ale". Nie ma mowy, że dzieci zobaczyli was w takim stanie. I powinieneś się wstydzić Dymitr. Myślałam, że jesteś bardziej odpowiedzialny.- w oczach strażnika widziałam wstyd, zażenowanie i skruchę.
Zasłużył sobie na to. Już bez słowa oboje poszli we wskazanym wcześniej przez mnie kierunku. Cholera jasna, co się z nimi dzieje. I na dodatek podnieśli mi ciśnienie. Spokojnie Rose, wdech i wydech, wdech i wydech.
Przez resztę dnia sadziliśmy nasze piękne drzewka i kontynuowaliśmy budowę stajni. Lili wróciła gdy byliśmy zajęci roślinami, więc po obiedzie nam pomogła, a później mogła się bawić. I jednak wieczorem Dymitr mi nie odpuścił. Na początku się opierałam, ale kiedy pokazał mi srebrną paczuszkę, już się nie hamowaliśmy. Koniec końców obudziliśmy się nadzy w swoich ramionach. Szybko się podnieśliśmy i mój mąż poszedł robić śniadanie, a ja przygotować maluchy. Po śniadaniu, pojechaliśmy na Dwór i to ja kierowałam.
- Dalej nie powiedziałaś mi o wczorajszej służbie.- przypomniał ukochany.
- No dobra. Na zebraniu miałam ochotę pierwszą i drugą grupę udusić, zakopać, wykopać i pociąć na drobne kawałeczki, a gdy zaczęli się bić, to z trzecią chciałam zrobić to samo. Na rozpoczęciu roku szkolnego, byłam dumna z Lissy. Ułożyła bardzo piękne przemówienie. A w sali tronowej nic się takiego nie wydarzyło.
Dojechaliśmy na miejsce i po raz kolejny mieliśmy problem z pożegnaniem. Dzień wyglądał podobnie. Ze strażnikami tylko chodziliśmy za królową na zgromadzenia, wypełnianie jakiś papierów, wysłuchiwanie audiencji ih kontrole czegoś tam. Niekiedy radziła się mnie w myślach, ale tak to byliśmy jak jej cienie. Służba szybko się skończyła i poszłam odebrać dzieci. Jednak nie było ich w pokoju dziecięcym. Pewnie Bielikow skończył wcześniej niż ja i sam je odebrał. Weszłam do naszego mieszkania i uśmiechnęłam się na widok bawiącej się gromadki.
- Hej.- uśmiechnęłam się.
Na dźwięk mojego głosu, spojrzały na mnie trzy pary oczu. Maluchy zagaworzyły, wyciągając do mnie rączki. Uklękłam przed nimi, całując oboje w policzki.
- A dacie mamusi całuska?- przesunęłam policzek do małych ustek córeczki.
Dotknęła go nimi, uwieszając się na mojej szyi. Podniosłam się z nią na rączkach.
- Moje całuśne słoneczka.- strażnik stanął obok nas z synem na rękach.
Chłopiec pocałował go w policzek, tak jak Nastka mnie.
- I kto tu jest całuśny?- zaśmialiśmy się, a maluchy z nami.- A gdzie Lili?
Powinna już jakiś czas temu skończyć lekcje.
- Poszła się pobawić w parku ze znajomymi.
- To dobrze się składa, bo idę teraz do Kathie na zastrzyk.- położyłam chłopca na ziemi.
- Nie masz za czym tęsknić, bo wczoraj znalazłeś sposób.
- Roza ja co dziennie tęsknię za bliskością twojego ciała. - mruknął mi do ucha.
- To czekaj na mnie cierpliwie, a ja za chwilę wracam.- dałam mu szybko całusa w usta i wyszłam, łapiąc za torebkę.
Pół godziny później wyszłam z gabinetu i ruszyłam do mieszkania. Sprawdziłam komórkę, bo podczas badania dostałam SMSa. Był od Dymitra. Napisał, że już czekają w aucie, więc odpisałam, że zaraz będę. Siadłam na miejscu pasażera z przodu, po czym wyjechaliśmy z Dworu. Przez całą drogę słuchaliśmy Lili, która mówiłam kto i gdzie był na wakacjach. W domu wszystko było jak wczoraj. Ja papiery i dzieci, Bielikow obiad, a młoda usiadła do lekcji. Jednak dzisiaj Rosjanin szybciej się uporał ze swoim, bo zostało z poprzedniego dnia. Właśnie jedliśmy obiad, kiedy po mieszkaniu rozszedł się dźwięk przyciskanego dzwonka. Oboje z mężem popatrzyliśmy na siebie zdumieni. Kto to może być? Sprawdziłam więź, ale Lissa była tak samo zdziwiona, co my.
- Ja otworzę.- zdecydowałam.
Podeszłam niepewnie do drzwi. Otworzyłam i w moje ramiona wpadła zapłakana... Tasza?! Co ona tu robi? Miała wyjechać za ocean. Za nią stał jakiś moroj. Pewnie Włoch. O dziwo był lekko opalony, miał krótkie, ciemne, postawione na żel włosy i brązowe oczy. Nie tak hipnotyzujące jak Bielikowie, a bardziej tajemnicze i mroczne, choć patrzył łagodnie. Miał smutny wzrok. Muszę przyznać, że przystojny, nawet mógłby konkurować z moim mężem, ale i tak najmocniej kocham Dymitra. Dla mnie to on będzie najprzystojniejszym mężczyzną na świecie.
- Roza kto przy...- nie dokończył strażnik.
Ledwo się pokazał, a morojka puściła mnie i wpadła w jego ramiona. Poczułam ukucie zazdrości, ale coś mi mówiło, że sytuacja jest poważna. Mój ukochany zamknął ją w silnym uścisku. Kobieta zaczęła się uspokajać.
- Co się dzieje Nataszo?- spytał zmartwiony.
- Prze...przepraszam, że was niepokoję.- odsunęła się od niego, ścierając łzy i siorbając nosem.- Wiem, że miałam się nie zbliżać, ale stało się coś strasznego, a wy jesteście moimi jedynymi przyjaciółmi, nie licząc Pabla.- wskazała na swojego towarzysza.
Dopiero teraz zauważyłam, że dalej stoi w przejściu. Wpuściłam go do środka i zamknęłam drzwi.
- Może chodźmy do salonu, a ja zaparzę herbaty.- powiedziałam łagodnie, kładąc rękę na ramieniu niebieskookiej.
Pokiwała głową i wszyscy poszli do salonu, a ja do kuchni. Po chwili pojawił się w niej Rosjanin.
- Skarbie, weźmiesz dzieci i Lili z jadalni?- poprosiłam nie patrząc na niego.
- Jasne.- odpowiedział i poszedł do jadalni.
Z gotowymi już kubkami herbaty wróciłam do gości. Tasza już nie płakała, tylko patrzyła w jeden punkt bez emocji. Jej uwagę zwróciła dopiero dziewczynka, wychodząca z pomieszczenia obok.
- Dzień dobry.- przywitała się grzecznie dampirzyca.
- Dzień dobry.- morojka patrzyła na nią zaciekawiona.- A kto to?
- Moja siostra.- przedstawiłam ją.- Lili, to ciotka Christina.
- Męża Lissy?- chciała się upewnić.
Przytaknęłam. W tym momencie do pokoju wszedł mój mąż z Nastką na rękach.
- Lili, idź się pobawić na dworze z Bianką.- poprosił łagodnie, ale tonem nie przyjmującym odmowy.
Dziewczynka wyszła wołając psa. Kobieta siedząca naprzeciwko mnie patrzyła jak zaczarowana na bobasa w rękach dampira.
- To wasza córka?- spytała.
- Tak.- powiedzieliśmy równocześnie i się do siebie uśmiechnęliśmy.
Mała również się zaśmiała. Po chwili siedziała na moich kolanach, a Dymitr poszedł po synka.
- Nie wiedziałam, że masz siostrę.- ciszę przerwała ciemnowłosa.
Była trochę zamyślona, trochę smutna.
- Sama dowiedziałam się niecały rok temu.- przyznałam.
- Nawet nie byłam na ślubie siostrzeńca.
- Bardzo mi przykro.- dotknęłam jej dłoni.
Po chwili koło mnie usiadł Bielikow z chłopcem.
- Macie też syna.- zauważyła.
- Tak jakoś się trafiło.
Znowu zapadła niezręczna cisza.
- To teraz powiesz, co cię do nas sprowadza?- spytał ostrożnie strażnik.
Morojka długo milczała, zanim zebrała siłę na wypowiedzenie złej wiadomości. Jej wzrok stał się pusty, a twarz wypruta z jakichkolwiek emocji.
- Zostałam zgwałcona...
Dziewczyna wyszła dopiero pół godziny temu, a już zdążyło zadzwonić i odwiedzić mnie z osiem osób. Dowiedzieli się Mason i Mia, dzwonili moi rodzice i rodzina Dymitra, Sonia z Michaiłem, zajrzał Eddy z Jill i inni z mojej klasy, którzy dostali przydział na Dworze. Nastka już się obudziła, nakarmiłam ją bawiłam ze bliźniakami. Lili została wyciągnięta na lody przez Jessice, na zakończenie wakacji i zostanie odwieziona przez rodziców innej koleżanki. W końcu przyszedł mój mąż.
- Hej, Roza.- gdy tylko wszedł wcisnęłam mu synka i torbę, przelotnie całując. Sama wzięłam córkę.- Jak był...
- Błagam nie kończ i spadamy stąd.- wypchnęłam go i zamknęłam za nami drzwi.
- O co chodzi?- zdziwił się, gdy pociągnęłam go do garażu.
- Odkąd wróciłam, nie dają mi spokoju.
Otworzyłam samochód i wsadziłam dzieci do fotelików, a torbę wsadziłam na tylne siedzenie.
- Kto? Gdzie? Kiedy?- nic nie rozumiał.
Otworzyłam drzwi od strony kierowcy i zatrzymałam się patrząc na ukochanego.
- Wszyscy! Wszyscy już wiedzą.- wsiadłam i czekałam aż on to zrobi.
Gdy zapiął pas, ruszyłam z piskiem opon.
- Roza, uspokój się i powiedz wszystko od początku. I zapomniałaś o Lili
Odetchnęłam głęboko i zwolniłam. Przeszliśmy kontrolę.
- O niczym nie zapomniałam. Wróci później. A od początku, proszę bardzo. Nie mam zamiaru tam być dzisiaj, bo od dwóch godzin wszyscy pytają jak tak pierwszy dzień. Nawet do Akademii to doszło i na twoją Syberię.
- Rozmawiałaś z mamą i dziewczynami?- ucieszył się.
- Gdzieś między telefonem od Masona, a moich rodziców. Najpierw do Emilii dowiaduję się, że gada o tym cały dwór, a później dzwonią wszyscy z poza niego. Nawet stara paczka moja i Lissy. To przerażające.
Dymitr się zaśmiał.
- Taka jest skarbie siła przekazu międzyludzkiego.
- Widzę, że się świetnie bawisz.- warknęłam.
- Roza, za bardzo się tym przejmujesz. To chyba dobrze, że masz przyjaciół, którzy się o ciebie troszczą i chcą dzielić z tobą radość. Jak ja.- położył mi dłoń na udzie.
Patrzył na mnie czule, a ja czułam jak się rozpuszczam. Musiałem skupić się na drodze, bo jeszcze by się ze mnie kałuża zrobiła. Może ma rację? Po prostu byli ciekawi, jak tam pierwszy dzień służby. W końcu jestem dość sławna. Wreszcie dojechaliśmy do domu. Wzięłam dzieciaki na górę, a Dymitr zajął się obiadem. Postanowiłam, że teraz to ja je popilnuję w gabinecie, który w sumie stał się nasz wspólny. I znowu robię za sekretarkę. Najwidoczniej takie moje drugie zadanie. Maluchy o dziwo były grzeczne i szybko się zmęczyły. Gdy Felix zaczął ziewać, wzięłam go na ręce i zaczęłam kołysać. Szybko zasnął, mocno wtulony we mnie. Szybko zniosłam go do pokoiku, modląc się, żeby Nastka nie narozrabiała. Położyłam go na drzemkę, zostawiłam z elektryczną nianią i wróciłam czym prędzej do biura. O dziwo wszystko było w jak najlepszym porządku. To aż podejrzane, ale dobra. Mała też zasypiała, ale dzielnie się opierała i nie było siły by zasnęła.
- Córuś, o co chodź? Co jest złego w spaniu? Tak cieplutko i mięciutko na podusi.- próbowałam ją przekonać, ale to nic nie dawało.
Zeszłam z nią na dół, zrobić ciepłego mleka. To zawsze pomaga. Gdy tylko weszłam do kuchni, mała wyciągnęła rączki do Rosjanina, gaworząc. Strażnik zwrócił na nas uwagę i wziął córkę na ręce. Doszedł mnie piękny zapach obiadu. Mmm... spaghetti.
- Chodź do taty, księżniczko. Co się dzieje?- spytał troskliwie.
- Ciągle ziewać, ale nie da się uśpić.- wytłumaczyłam.
Wlałam mleko do butelki i wsypałam pół miarki mleka dla dzieci w proszku, po czym włożyłem ją do podgrzewarki. Dymitr przez cały czas kołysał i bujał dampirzycę, opartą na jego ramieniu, która patrzyła wszędzie wielkimi oczkami. Podeszłam do nich i chwyciłam Nastkę za rączkę.
- Kto jest kochanym słoneczkiem rodziców?- spytałam słodko, na co się uśmiechnęła.- Ma-ma. Powiedz "mama".
Dziewczynka zagaworzyła i się uśmiechnęła.
- Roza, ona jest jeszcze za mała.- zauważył mój ukochany z uśmiechem.
- Wiem, ale musi się powoli uczyć. Prawda kochanie?- połaskotałam córeczkę po wewnętrznej stronie dłoni, na co się zaśmiała.
Sprawdziłam zagrane mleko i już było dobre.
- Mogę ja?- spytał Bielikow.
- Jasne, przecież to też twoje dziecko.- podałam mu butelkę.
Usiadł i zaczął karmić bobaska. Zajęłam miejsce obok nich i patrzyłam jak Dymitr czule na nią patrzy.
- Ja tiebia liubliu tovarishch.- wyznałam.
Ukochany zwrócił na mnie uwagę. W jego oczach widać było szczęście i miłość.
- Ja tiebia toże liubliu Roza.
Pocałował mnie mocno z miłością. Gdy Nastka się najadła, pozwolił aby jej się odbiło i znowu zaczął ją kołysać. Tym razem mała przegrała walkę i zasnęła w jego objęciach. Razem poszliśmy ją odłożyć do łóżeczka, a później on wrócił do kuchni, a ja do papierowej roboty. Akurat gdy skończyłam usłyszałam stękanie synka. Pewnie zgłodniał zanim doszłam do pokoju, rozpłakał się całkowicie, więc Nastka też. Użyłam szelek i oboje wzięłam na dół. Posadziałam ich w krzesełka do karmienia, następnie poszłam sprawdzić co u strażnika.
- Dobrze, że jesteś. Pomożesz mi?- poprosił.
- Jasne.
Kiedy niosłam talerze, on nalał psu jedzenie. Dwie miseczki były dla maluchów.
- To opowiesz mi w końcu jak minął dzień?- zaczął Dymitr, kiedy wszyscy już jedliśmy.
- Sam wiesz. Byłeś cały czas ze mną. Co mnie trochę dziwi.
Tak. Koniec końców Christianowi zmienił się plan i wszędzie musiał być z Lissą. A z nim był Bielikow.
- Poprosiłem o to, tak dla wsparcia. Miałem nadzieję, że to ci doda otuchy. Ale było bardzo trudno ignorować twoją obecność, gdy byłaś tak blisko, a jednak daleko.- złapał mnie za dłoń, patrząc prosto w oczy.- I chciałbym wiedzieć jak wyglądał ten dzień z punktu widzenia impulsywnej Rose Hathaway.
- Hathaway-Bielikow mój drogi. Sądziłam, że tobie nie muszę przypominać.
- Nigdy bym o tym nie zapomniał. Ale wciąż nie mogę w to uwierzyć. Ponad dwa lata temu moja uczennica, a teraz...- zamyślił się.
- Wiele się wydarzyło przez ten czas. Myślę, że do mnie też by ta prawda nie doszła, gdybym nie musiała jej rodzić.- spojrzałam z miłością na nasze dwa, umorusane w sosie pomidorowym, skarby.- Chyba ktoś tu zaraz weźmie kąpiel.
Maluchy śmiały się do nas szeroko. Brudne dzieci to szczęśliwe dzieci, a nasze są tego wspaniałym dowodem. Spaghetti było tak pyszne, że nie umiałam powstrzymać się od wylizania talerza. Normalnie tego nie robię, ale ludzie! Czegoś takiego to nawet w niebie nie podają. A ja to jem na ziemi. Dymitr zaczął się ze mnie śmiać.
- Nie czepiaj się. To jest tak pyszne, że ani kropelka się nie może zmarnować.- udałam oburzoną.
- Dziękuję. Bardzo mi to pochlebia.- szczerzył się jak głupi do sera i ja też nie mogłam powstrzymać się od uśmiechu.
Nagle strażnik zrobił coś, czego nigdy bym się po nim nie spodziewała. Wziął swój talerz i... również go oblizał. Wyglądało to tak komicznie, że wybuchłam śmiechem. Zwłaszcza, że zostało mu trochę sosu nad ustami. Gdy skończył wpatrywał się we mnie palącym wzrokiem. - Jestem gdzieś brudna?- zdałam pytanie, całkiem absurdalne, po tym co robiliśmy.
- Sądzę, że tak samo jak ja. Ale zaraz uratuję moją ukochaną od klątwy sosu spaghetti.
Podszedł do mnie i mocno wpił się w moje usta. Z wielką chęcią odwzajemniłam pocałunek, choć byłam pewna, że to nie wiele pomoże na nasze plamy z pomidorów. Przerwał nam klakson, usłyszany przez otworzone okna.
- Chyba nasze drzewka przyjechały.- mąż niechętnie odsunął się ode mnie.
Ja byłam w stanie jedynie kiwnąć głową.
Nawet nie zauważyłam, kiedy czas mojej pracy się skończył.
Gdy do sali tronowej wszedł Leo, pożegnałam się zgodnie etykietę strażników i poszłam do naszego mieszkania. Uznaliśmy to jako naszą bazę. Tam mamy się spotkać po służbie i szkole. Po drodze wstąpiłam do pokoju dziecięcego, po nasze skarby. W środku nie było już Jill, za to spotkałam się z opiekunką królewską. Księżniczka nie mogła cały dzień poświęcać nie swoim dzieciom. W dodatku, dla niej również zaczął się rok szkolny.
- Hej Vanessa.- przywitałam morojkę.
- Miło Cię widzieć Rose.- uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie.- Jak tam pierwszy dzień w pracy?
- Nie było najgorzej,- odpowiedziałam, podnosząc synka.- choć coraz bardziej przeraża mnie polityka morojów.
Morojka wzięła dziewczynkę, a ja skierowałam się do wyjścia. Przy drzwiach minęłam się z Ozerą, który pewnie szedł po Rosalie. Oczywiście razem z nim był jego strażnik.
- O śpiący królewicz się obudził?- zaśmiałam się z tego.
Nie byłam już na służbie i z tego korzystałam.
- Jak widać.- odgryzł się.- Hej, Rose. Jak było na radzie?- uśmiechnął się złośliwie.
- O wiele lepiej niż w twoim towarzystwie.
Wyszłam, mijając Dymitra dostatecznie blisko, aby odwdzięczyć się za rano w ten sam sposób. Wiedziałam, że się uśmiechnął, gdy nasze dłonie się dotknęły.
- Dziękuję za pomoc.- zwróciłam się do Vanessy.- Nie musiałaś tego robić.
- Przestań.- machnęła ręką.- Sama byś ich na raz nie wzięła.
Położyliśmy dzieci na podłodze i opiekunka wyszła. W środku czekała już na mnie Lili.
- I jak było?- spytałam.
- Fajnie. Widziałam cię.- powiedziała szczęśliwa.- A u ciebie?
- Sama służba fajna.- usiadłam koło dzieci i zaczęłam się bawić.
- Ale...- siostra przysiadła się obok.
- Ale byłam na Radzie.
Narada królewskiej rady, to coś okropnego. Na początku przedstawiono sytuację społeczną i gospodarczą naszego świata, a Lissa zaproponowała zmiany, aby poprawić wyniki. Ale ci durni, konserwatyści wszędzie szukali dziury i narzekali. Aż pojawił się problem dampirów i wieku w jakim powinni rozpocząć służbę. Myślałam, że temat został już dawno rozwiązany. Sala podzieliła się na trzy części. Jedni uważali, że szesnaście lat to wystarczająca granicą między szkoleniami, a prawdziwym życiem, druga nie chciała żadnych zmian, za to trzecie uważała, że dopiero osiemnastolatek jest gotowy na taką odpowiedzialność, ale szkoły źle ich do tego przygotowują. Osobiście kibicowałam tej ostatniej, ale moje zdanie dla nich się nie liczy, dlatego zna je tylko moja przyjaciółka. W końcu arystokracja nie wytrzymała i zaczęli się kłócić, aż przeszło do rękoczynów. Nie wiem co było dalej, bo musieliśmy wyprowadzić królową, ale najpewniej reszta strażników uspokoiła tłum. I nic nie ustalono. Znowu. Nic dziwnego, że sprawa jest wciąż otwarta. Według mnie, Lissa powinna przygotować projekt, rzucić go przed tymi bałwanami i znać odpowiedź na każde pytanie. Tak, aby wyszło na jej, a równocześnie książęta i księżniczki byli z siebie dumni.
- To genialny pomysł Rose.- usłyszałam entuzjazm mojej przyjaciółki.- Dlatego zawsze się ciebie radzę w trudnych decyzjach. Osoby nie znające się na polityce, myślą jak zadbać o kraj, a nie tylko swój tyłek.
- O, cho, cho!- zaśmiałam się w duchu.- Skąd w głowie królowej takie brzydkie słowa?
- Uczę się od najlepszych.
- Od zawsze wiedziałam, że Ozera to nie najlepsze towarzystwo dla ciebie.
- Weź się od niego odczep.- udała obrażoną, ale po chwili obie wybuchłyśmy śmiechem.- Wracając do tematu, potrzeba nam w rządzie młodych, a nie staruszków.
- Co zamierzasz zrobić?- zmartwiłam się.
- Zmienić budowę rady.- powiedziała beztrosko.
Właśnie tego się obawiałam.
- Liss czy tobie życie nie miłe. Każdy o tym wie, ale rada ci na to nie pozwoli. Co więcej będą urażeni i jeszcze zechcą cię odwołać lub co gorsza zabić.- aż przeszły mnie ciarki.
- Chyba że....- zaczęła, a ja od razu wiedziałam o co jej chodzi.
- O nie, nie, nie! To szaleństwo. Po pierwsze mrok, po drugie, jeśli oni zauważą, co robisz, możesz pożegnać się z karierą królowej i ideom zmieniania świata.
- Mogę rzucić im luźną propozycję, a oni sami wyjdą z inicjatywą, a nikt się zbytnio nie zorientuje, co jest grane.
- Przecież oni doskonale wiedzą co ty umiesz. Będą czujniejsi.- zauważyłam.
- Ale mogę też ogłosić taką propozycję, przed całym ludem.
- Widzę, że już postanowiłaś.- westchnęłam zrezygnowana.- Ale obiecaj mi, że zrobisz to podczas mojej służby przy tobie i wcześniej sto razy się nad tym zastanowisz.
- Zgoda.- westchnęła i wyszła z mojej głowy.
Myślami wróciłam do swojego ciała. Lili bawiła się z Felixem, a Nastka zasnęła na moich kolanach, nieświadomie przeze mnie objęta. Pewnie bardzo rozrabiała i się zmęczyła. Sama byłam trochę śpiąca, ale nie chciałam spać. Położyłam córeczkę na łóżku i z każdej strony zabarykadowałam ją poduszkami. Pogłaskałam ją po brązowych włoskich i ucałowałam czółko. Nagle z kuchni doszedł do mnie huk i płacz chłopca. Szybko tam pobiegłam i go podniosłam.
- Już ciii.... spokojnie, mama jest. Nic się nie dzieje.- tuliłam go do siebie, kołysząc.
Gdy się trochę uspokoił, włożyłam mu do buzi smoczek. Na podłodze zauważyłam metalową puszkę po herbacie.
- O Boże! Przepraszam Rose.- Lili była wystraszona.- Chciałam zrobić nam herbaty, ale musiałam zostawić ją za blisko krawędzi. Przepraszam.
- Spokojnie. Najważniejsze, że nic się nie stało, a na przyszłość będziesz wiedziała, że nie stawia się rzeczy na krawędzi, zwłaszcza gdy ma się dzieci ze zdolnością telekinezy.
Zaczęłam dokładnie oglądać chłopca, ale nic mu się nie stało. Ostatni raz przytuliłam go do siebie i poszliśmy do salonu. Tym razem to ja zajęłam się herbatą, a siostra Felixem. Właśnie zalewałam kubki, gdy ktoś zaczął pukać do drzwi, ledwo je otworzyłam, a już przytuliła mnie Emily.
- Hej, cieszę się, że wciąż tu jesteś.- minęła mnie nawet nie czekając na zaproszenie.- Anna dzisiaj mówiła Mani, że Karolina usłyszała od Adama, kiedy mówił Benowi, że jego kuzynka stała na straży podczas trwania rady, a tam byłaś ty. No No to musiałam dowiedzieć się czy to prawda.
Pokręciłam głową z niedowierzaniem jak te plotki się rozchodzą.
- Tak to prawda.
- O MATKO!- pobiegła do mnie, piszcząc i przytuliła mnie.- Po roku doczekałaś się swojego pierwszego dnia służby! I jak było? Pamiętam swój pierwszy dzień. Byłam tak zdenerwowana, że prawie zaatakowałam ptaka, który z leciał z gałęzi.- zaśmiała się ze swojego wspomnienia.
- Nie, to ja ledwo się powstrzymałam przed zatłuczeniem rady. To co tam się dzieje, to coś okropnego. Ale może zrobię ci coś do picia?- zaproponowałam.
- Może być herbata. Co do zebrania tych starych pierników, to ci wierzę. Nasza królowa jest przez nich strasznie ograniczona, a chce wprowadzić wiele zmian, które są nam niezbędne do odzyskania dawnej świetności.- zrobiło mi się ciepło na sercu, gdy tak mówiła o Lissie. To wiele znaczy, jeśli społeczeństwo ma dobre zdanie o panującej.- Dziewczyna kuzyna dziewczyny mojego brata, rozmawiała z chłopakiem, którego mama...
- Emily,- przerwałam jej stawiając kubek na stoliku i siadając na przeciwko dziewczyny.- mogłabyś przejść do sedna bez tych łańcuszków? I tak nic z tego nie rozumiem.
- O! Jasne!- zaśmiała się i kontynuowałyśmy rozmowę przez kolejną godzinę.
Gdy tylko wyszliśmy z garażu, musieliśmy się rozejść. Pożegnaliśmy Lili i ona pobiegła do szkoły. Gorzej było z nami. Nie mogliśmy się od siebie odkleić, aż Dymitr uznał, że pomoże mi zanieść dzieci do pokoju dziecięcego. Mogłabym protestować, że dam sobie radę sama, ale nie chciałam. Liczyła się dla mnie każda najmniejsza minuta z nim spędzony. W drodze przez pałac, nasze dłonie nie rozstały się ani na sekundę. Były mocno ze sobą splecione, jakby następne rozstanie miało być na zawsze. W komnacie była już Jill.
- A ty co tak wcześnie robisz na nogach?- zdziwiłam się. Była dopiero 6:00
- Moi rodzice..., to znaczy mama i John zawsze powtarzali: "Kto rano wstaje, temu pan Bóg daje."- uśmiechnęła się, przytulając mnie.- Hej.
- Cześć.- przywitaliśmy się z nią.
- A co to za słodziaki?- zaglądnęła do naszej spacerówki.- Teraz ciocia się wami zajmie.
- Nawet nie wiesz, jak jestem ci wdzięczna. Trudno byłoby znaleźć drugą osobę, pełną zaufania i która ma czas.
- Przyjemność po mojej stronie. Kocham te maluchy, takie urocze, że aż żal nie skorzystać.- zaśmiała się.
- Jeszcze raz bardzo ci dziękuję. Bawcie się dobrze i bądźcie grzeczne.- cmoknęłam moje słoneczka w policzki.
Dymitr za to ucałował ich czułka. Pożegnaliśmy się i opuściliśmy pomieszczenia.
- Ja idę tam.- wskazałam w kierunku komnaty królowej.
- A ja tam.- strażnik z uśmiechem pokazał na wyjście. Nasze drogi się pokrywają.
- Odprowadzisz mnie?- spytałam z uśmiechem.
- Z największą przyjemnością. - ukłonił się teatralne, całując moją dłoń.
I poszliśmy. Jednak przy drzwiach komnaty pojawił się ten sam problem, co wcześniej. Dymitr miał służbę przy kompleksie spa, jednak za nic w świecie nie mógł tam dojść. W końcu pocałował mnie tak namiętnie i z miłością, aż mi ziemia z pod nóg zaczęła uciekać, a następnie przytulił mocno do siebie.
- Uważaj na siebie, Roza.- mruknął mi w szyję, bawiąc się moimi włosami związanymi w kucyka.
- Dobrze. Ty też bądź ostrożny.- zaciągnęłam się zapachem wody kolońskiej.
- Dobrze. Ja tiebia liubliu Roza.- odsunął się ode mnie.
- Ja tiebia toże liubliu tovarishch.- uniosłam się ba palce i lekko musnęłam jego usta.
On pocałował mnie w czoło i odszedł. Nie odwrócił się, ale nie mam mu tego za złe. Mógłby wtedy znowu do mnie podbiec i nasze pożegnanie trwało by długo. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, jakie to musiało być dla niego trudne. Gdy tylko zniknął za drzwiami, po cichu weszłam do komnaty przyjaciółki. Strażnicy spojrzeli na mnie czujnie, ale widząc, że to tylko ja wrócili do poprzednich pozycji. Oprócz Carla Enerdsa, który minął mnie, pozdrawiając skinieniem głowąy i wyszedł, a ja zajęłam jego miejsce. Reszta się nie zmienia. Ze mną jest jeszcze pięciu strażników: Luis Zing, Tom Werty, Jeny Baker, Franklin Aser, Martin Kolins. Więcej na raz nie potrzeba. Może tak dka jasności podam pełen spis moich współpracowników. I tak Lissa wstanie za jakieś pół godziny więc..:
1 Ja, ewentualnie Dymitr,
2 Leo Dans,
3 Martin Kolins,
4 Carl Enerds,
5 Liam Dorke,
6 Ima Geher,
7 Wiki Moniel
8 Zack Zincer,
9 Franklin Aser,
10 Jeny Baker,
11 Tom Werty,
12 Luis Zing.
Proszę, cała dwunastka.
W końcu parze królewskiej obudził się budzik, potocznie zwany ich córką. Pierwsza wstała Lissa, za to Christian zakrył twarz poduszką. Chciałam rzucić jakiś komentarz, ale przypomniałam sobie, że jestem na służbie.
- Hej, słońce.- królowa pochyliła się nad łóżeczkiem z uśmiechem.- zgłodniało się?
Wzięła małą na ręce i poszła z nią do łazienki.
Doskonale rozumiałam jej dyskomfort. Sama nie chciałabym karmić swoich dzieci, gdyby patrzyło na to sześć osób, które nie są najbliższymi przyjaciółmi. Po chwili wróciła i włożyła już spokojną dziewczynkę z powrotem do kolebki. Znowu weszła do łazienki, ale tym razem na dłużej. Wyszła z niej po pół godzinie, ubrana jedynie w szlafrok i bieliznę pod spodem. Christian w tym czasie wstał i wziął z szafy jakieś ubrania, po czym wyminął żonę, w drodze pod prysznic. Lissa jeszcze zajrzała do dziecka i poszła do pomieszczenia na przeciwko łazienki. Dymitr powiedział mi, że w przypadku rozdzielenia małżeństwa, idą za nią trzy osoby, najbliżej drzwi. Ale że to pracownia krawiecka, mają iść same kobiety. Wypadło na mnie i Jeny. A czemu Ozera nie ma osobnej straży? Ma. Ale nie potrzebna mu jest przy strażnikach królowej. Bardziej jest na wyjazdy lub rozdzielenie. Po za tym i Dymitr i jego zamiennik Oscar Leufe mają służbę na terenie Dworu. To znaczy pewnie zaraz któryś z nich się zjawi, bo dzisiaj kochankowie pracują osobno. Poszłyśmy za Lissą i patrzyłyśmy jak ubierają ją w zieloną suknię z gorsetem, białymi falbankami na dole sukni, ciemno zielonymi brzegami i zielonkawym błyszczącym tiulem na rękawach oraz dolnej części kreacji. Do tego założyła chyba szklane pantofle, jednak sądzę, że jest to wygodniejszy materiał. Gdy była gotowa weszła do komnaty fryzjerek. One wyruszyły jej blond włosy i spięły wysoko, także opadły pięknie w szerokim można by pomyśleć nieładzie, ale jeśli się przyjrzy to widać w tym piękną fryzurę. Następny przystanek, to pokój z biżuterią. Jej prywatny jubiler doradzał jej w wyborze, aż wybrała srebrne, wiszące kolczyki z szmaragdem w kształcie łezki, taki sam naszyjnik i bransoletkę. W końcu wróciliśmy do komnaty, gdzie Christian był już gotowy.
- Dzisiaj, po śniadaniu jest rada.- zwróciła się do wszystkich strażników.- Będzie trwała z trzy godziny, choć znając arystokracje, skończy się wcześniej. Następnie idziemy do szkoły na rozpoczęcie roku. Na koniec będziemy w sali tronie do wieczora. Obiad zjemy w podstawówce.
Dymitr tłumaczył mi, że Lissa zawsze uprzedza nas co będziemy robić. Później wyszliśmy na korytarz, gdzie czekał już Dymitr. Starałam się nie zwracać na niego uwagi, ale było to bardzo trudne. Królowa poszła otoczona przez nas. Ja szłam po jej lewej i gdy mijał nas mój mąż, poczułam, że "przypadkowo" musnął ciepłą dłonią, mojej. Pod wpływem tego, nawet jeśli krótkiego kontaktu, przeszedł mnie dreszcz. Zachowując to dla siebie, szłam równo z resztą. I tak rozpoczął się pierwszy dzień mojej służby.