sobota, 15 października 2016

ROZDZIAŁ 290

Po kilku godzinach byliśmy pod kościołem. Państwo młodzi postanowili zrobić ślub w rodzinnym mieście alchemiczki. Jako, że jej rodzina żyje według ludzkiego czasu, uroczystości zaplanowano na dwunastą. Jest dopiero ósma, więc postanowiliśmy się przejść. Miasteczko nie było duże. Niedaleko kościoła był park. Weszliśmy do niego i chodziliśmy. Dzieci rozglądały się zaciekawione wokoło.
- Mogę iść się pobawić na plac zabaw?- spytała z nadzieją Lili.
- Nie skarbie, bo się pobrudzisz.- odpowiedział Dymitr.- Ale później jak się przebierzesz, to będziemy mogli tu wrócić.
- Dobrze.- zgodziła się młoda.
Dopiero teraz zwróciłam uwagę na jej ubiór. Miała na sobie piękną suknię od pasa w górę niebieską bez ramiączek, a w dół biała, okryta tiulem z niebieskimi kwiatkami po boku. Szliśmy dalej przed siebie. W centrum parku był jakiś dom sztuki, niedaleko amfiteatr, staw i fontanna. Mąż pociągnął nas do dużego budynku. Z jego białych ścian, patrzyły na nas różne postacie w różnych pozach. Wyżej w jednym szeregu, z dumnie wyciętymi piersiami, stały orły, a wokół nich latały sowy. Środek kontrastował z zewnętrzem. Ciemno brązowe ściany były puste, po bokach ustawiono szereg kolumn, a na środku stały wielkie schody, strzeżone przez dwa lwy. Na pół piętrze stało lustro i kolejne schody, prowadzące na pierwsze piętro, z dwóch stron. Do schodów prowadziła ta sama brązowa posadzka, ale ogrodzona od reszty podłogi, dwoma beżowym paskami. Weszliśmy na górę i chodziliśmy po kolei po pomieszczeniach. Oglądaliśmy różne obrazy, od tych znanych na całym świecie, po miejscowych artystów. Jeden mi się najbardziej podobał. Przedstawiał książkę, a na niej leżały róża i kapelusz kowbojski. Gdy pokazałam go mężowi, złapał moją dłoń i pocałował. Spojrzałam na autora i byłam w szoku. Adrian Iwaszkow. W sumie nie powinnam się dziwić. Zawsze miał duszę artysty. I teraz ją wykorzystuje. Dymitr też się zdziwił. Obraz był zatytułowany "Jej szczęście". Zaczęłam się zastanawiać, czy na pewno mi wybaczył. W sumie obraz nie był smutny, ale coś mnie w środku zabolało. Ukochany chyba zrozumiał, bo przytulił mnie do siebie. Dodało mi to trochę otuchy. Spojrzałam na ten obraz inaczej, jakby miał oznaczać, że cieszy się moim szczęściem. Patrząc na inne tabliczki, zauważyłam, że mają tu dużo jego obrazów.
- Jest teraz sławny i ludzie uwielbiają jego sztukę.- podskoczyłam na głos przyjaciółki.
Odwróciłam się i przytuliłam Sydney.
- A ty co tu robisz? I czemu się nie szykujesz na ślub?- spytałam.
- Do uroczystości jeszcze dużo czasu, a z moją rodziną nie mogę wytrzymać. Zawsze tutaj znajdowałam spokój. Tak tu cicho, że aż sam się człowiek wycisza. Dużo mam z tym miejscem wspomnień. Często bywaliśmy tu ze szkołą. Wystawialiśmy przedstawienia, lub organizowali konkursy na etapie miejskim. Muzyczne, recytatorskie, małej miss i sztuki. Do amfiteatru, tam z boku chodziłam z rodzicami i siostrami na koncerty i jakieś festyny, a park to było miejsce naszych spacerów od zawsze. Ale później wszystko się zmieniło. Zaczęli mnie przygotowywać na alchemiczkę. Ojciec stał się surowy, zawsze za dużo ode mnie wymagał, przez co czułam się gorszą od innych. Aż któregoś dnia pojawili się alchemicy i stałam się ich własnością.- posmutniała.
- A teraz jesteś w ciąży, o krok od wyjścia za miłość swojego życia i robienia co będziesz chciała.- próbowałam ją pocieszyć.
- Niestety nie do końca. Nadal jestem alchemiczką, bo jest się nią na zawsze, co dowodem jest to.- wskazała na swój policzek, ze złotym tatuażem w kształcie lilii.- Ale przynajmniej wiem, że moja siostra może być i robić co chce, bez ingerencji alchemików i...- przerwała nagle, ale wiedziałam, co chciała powiedzieć.
- I tych strasznych stworów nocy,- dokończyłam ze śmiechem, składając się do niej z szalonym wzrokiem.- chcących cię pożreć na każdym kroku?
Zaczęłyśmy się śmiać.
- To może pochodzimy tu jeszcze trochę, po oprowadzam was po najbliższej okolicy i wrócimy do kościoła?- zaproponowała Sydney.
Zgodziliśmy się i przez dwie godziny chodziliśmy po parku i wokół niego. Potem trzeba było wracać i się szykować. W drodze powrotnej kupiliśmy sobie lody. Jak jak zawsze czekoladowe. Mój ukochany uwielbia je tak samo jak ja. Następny dowód na to, jak bardzo jesteśmy do siebie dopasowani. W kościele się rozeszliśmy się. Sydney poszła za ołtarz, a my zajęliśmy sobie miejsce w ławce. Byliśmy sami, bo zostały jeszcze dwie godziny do uroczystości.
- A ty martwiłeś się, że będziemy spóźnieni.- zadrwiłam z niego.
- Bo byłem pewny, że to ja będę kierować. Ale muszę ci przyznać, że dobrze kierowałaś.
- Przecież mówiłam, że będę ostrożna.
- Wiem Roza.
Nagle dzieci zaczęły płakać. Zaczęłam wstawać, ale Rosjanin mnie powstrzymał.
- Ty się nimi zajmowałaś cały czas. Teraz moja kolej.- posłał mi uśmiech i wyszedł z wózkiem na zewnątrz.
Lili wykorzystała jego nieobecność i się we mnie wtuliła
- Co się dzieje?- spytałam, tuląc ją.
- Nic. Po prostu was kocham.
- Cierpisz na niedobór miłości?- zaśmiałam się, a siostra mi zawtórowała.
- Rose, a kiedy przyjedzie Pawka. No oczywiście z Łuką i Zoją.
- W na ostatnie dwa tygodnie wakacji. Kiedy będzie najcieplej.
- Już nie mogę się doczekać.- wyznała.
- Ja też.
Po chwili wrócił strażnik. Widząc, że jeden mój bok jest zajęty, zostawił nam wózek i poszedł z drugiej strony. Wtuliłam się w ukochanego. Zaczęliśmy rozmawiać i wspominać stare czasy, opowiadając je młodej. Tak się zagadaliśmy, że nie zauważyłam, że kościół cały się zapełnił. Do rzeczywistości przywróciły mnie dopiero dźwięki marsza weselnego.


piątek, 14 października 2016

ROZDZIAŁ 289

Nagle poczułam, że ktoś ściągnął mi ze stopy kapcia. Spojrzałam w dół i się uśmiechnęłam.
- Teraz przyszłaś do mamusi? Chodź mała.- posadziłam Nastkę na swoich nogach.
Zaciekawiła się moimi kosmetykami. Rozejrzałam się, ale nigdzie nie widziałam Rosjanina i Felixa.
- A gdzie zgubiłaś braciszka i tatę?- spytałam małą, która już wymazała się szminką.
Zaśmiałam się i kontynuowałam malowanie. Córeczka próbowała naśladować to co robię. Gdy skończyłam nakładać puder, ona pochwyciła brudny pędzelek i wsadziła sobie do ust.
- Nastka! Nie wolno.- szybko jej go wyrwałam i wszystko pochowałam do kosmetyczki.
Ta tylko się uśmiechnęła i chciała mnie przytulić.
- O nie skarbie.- podniosłam ją na wyciągniętych rękach.- Już wystarczy, że wybrudziłaś swoją sukieneczkę. Mamusia cię przytuli, gdy zmyjemy twój makijaż. Ale zróbmy to teraz bo inaczej mamusia będzie miała przechlapane. Oj! Chyba za późno.- usłyszałam kroki męża na korytarzu. Posadziłam ja na kolanach.- A teraz cii...
Po chwili do pokoju wszedł mój ukochany z synem. Posadził go na ziemi wśród zabawek i zaczął się rozglądać po pokoju. - Szukasz czegoś?- spytałam.
Czesałam się, żeby nie wzbudzić podejrzeń. Strażnik zajrzał do pokoju dzieci, ale tam też nie znalazł swojej zguby.
- Widziałaś gdzieś małą księżniczkę?
- Tak.- chciało mi się śmiać.
- Gdzie?- od razu do mnie podszedł. W tej chwili mała się zaśmiała- Tu jesteś gwiazdeczko.
Podniósł ją i się jej przyjrzał.
- Rose, co ty jej zrobiłaś?- spytał załamując ręce.
- Ja nic. Jestem niewinna.- broniłam się.- Ale myliłeś się. Ona już zaczęła się malować.
- Chodź kochanie. Zmyjemy ci to coś z twarzy.- poszedł z nią do łazienki.
Dołączyłam do nich, wcześniej zabierając Felixa.
- Bo powinieneś wiedzieć, że dzieci, a zwłaszcza tej diablicy nie zostawia się samej nawet na sekundę.
Kiedy strażnik próbował umyć córeczkę, ja robiłam sobie fryzurę. Chłopca postawiłam na podłodze, zamknęłam drzwi i zabrałam z jego zasięgu wszystko, co niebezpieczne. Dałam mu kilka klocków i już miał zajęcia. Podkręcając sobie włosy, patrzyłam jak mąż nie umie sobie poradzić z małą. W końcu straciłam cierpliwość.
- Pomogę ci.- odłożyłam falownicę.
Wyciągnęłam płatek kosmetyczny i nalałam na niego płyn do demakijażu. Na wyczyszczenie jej buźki wystarczyły trzy.
- Aż się błyszczy.- wzięłam ją na ręce i przytuliłam.- Nasze piękności.
- Teraz ja się nimi zajmij, a ty kończ szybko, bo się spóźnimy.- Dymitr zabrał dziewczynkę i wyszedł zostawiając otworzone drzwi.- Felix!
Chłopczyk wyszedł za tatusiem jak piesek, z czego chciało mi się śmiać. Szybko skończyłam fryzurę i wyszłam z łazienki, zamykając drzwi. Jednak nasza sypialnia była pusta. Tak samo pokój dzieci. Zaczęłam ich szukać w całym domu. U Lili też nic. Uznałam, że na gorze w ogóle ich nie ma i skierowałam się na schody. Na zakręcie zderzyłam się z ukochanym
- O! Już skończyłaś! Czekamy w samochodzie. Myślałem, że zdążę zanim się wyszukujesz.
- Następnym razem mów mi o takich rzeczach.- poprosiłam, omijając go i schodząc po schodach.
- Dobrze skarbie.
Gdy Dymitr zamykał drzwi na klucz, ja usiadłam na miejscu kierowcy i zapięłam się pasami. Teraz mnie nie ruszy. Przymierzałam się do kierownicy, gdy usłyszałam chrząknięcie nad sobą.
- Roza, co ty robisz?- Bielikow patrzył na mnie z góry, ze skrzyżowanymi rękoma na piersi.
- Siedzę.- odpowiedziałam z głupawym uśmiechem.
- A czemu tu?- ciągnął.
- Bo będę kierować.- stwierdziłam.
Uniósł jedną brew. Mówiłam już, jak bardzo chciałabym tak umieć?
- Ty będziesz kierować?- pokiwałam głową.- Coś mi się nie wydaje.
- Ale czemu? Dlaczego nigdy nie mogę poprowadzić?
- Bo oboje wiemy jak jeździsz.
- Nie. To ja wiem, a ty bazujesz na wiedzy z czasów akademii. A ja już nie jestem tą samą dziewczyną. Czemu nie możesz zrozumieć, że nie jestem już dzieckiem?!- zezłościłam się na niego.
- Nie traktuję cię jak dziecko...- zaczął.
- Więc daj mi poprowadzić.- przerwałam mu.
Rozważał to w myślach. Był taki seksowny, gdy myślał. I taki pociągający gdy walczył. Czy to ze strzygami, czy sobą samym. O czym ja myślę? Przecież jestem na niego zła. A mimo to, nie umiem odmówić mu boskości. W końcu westchnął ciężko, co było dobrą wróżbą.
- Ale będziesz jechać spokojnie.
- Z tyłu siedzą dzieci. Myślisz, że ta świadomość pozwoliłaby mi szaleć.- spojrzał na mnie znacząco. Przewróciłam oczami, wzdychając.- Tak, będę jechać spokojnie.
Rosjanin, już spokojny usiadł obok. Odpaliłam samochód i ruszyłam. Dymitr po jakimś czasie położył dłoń na moim kolanie. Niby niechcący strąciłam ją. Mąż popatrzył mnie zdziwiony, ale ja nie zwróciłam uwagi. On od razu wiedział o co chodzi.
- Roza, ja wcale nie traktuję cię jak dziecko.- przerwał milczenie.- Po prostu się o was martwię. Doskonale wiesz, jak łatwo zginąć w samochodzie. I nie chodzi mi o to, że spowodujesz wypadek, ale jak ktoś wiedzie na twój pas, ważna jest szybka reakcja. Po prostu nie chcę was stracić. Przepraszam, jeśli tak to odebrałaś.
- Sadzisz, że nie umiałabym szybko zareagować.
- Nie o to mi chodziło.- nabrał trochę ostrożności.- Po prostu jest ciemno i boję się o was. O ciebie.- szepnął, wracając ręką na moje kolano.
Tym razem jej nie strąciłam. Odetchnęłam głęboko. Jego gotyk działał na mnie kojąco.
- Ja też przepraszam. Nie powinnam się na ciebie złości. W końcu sama dałam wiele powodów być się martwił.- uśmiechnęłam się krzywo.
- To nie twoja wina, że kłopoty tak bardzo nas lubią.- pocieszył mnie.- Zauważyłem, że podczas ciąży byłaś jakaś taka łagodniejsza.
Zamurowało mnie. O co mu chodzi? Teraz mu się nie podobam? Wolał mnie tamtą? Nie wiedziałam co mu odpowiedzieć. Bałam się co z tego wyniknie. Czemu tak z tym wyskoczył. Przecież wiedział doskonale jaka jestem naprawdę. Może jednak te treningi to było za mało, aby mnie lepiej poznał? Czy teraz żałuję, że się ze mną ożenił?
- Ccc...cco masz na myśli?- cała byłam spięta.
- No, teraz łatwiej wyprowadzić cię z równowagi.
- To dobrze?- spytałam niepewnie.
Spojrzał na mnie zdziwiony. No tak. Jak może być dobre to, że bardziej się denerwuję? Głupia ja. Czułam, że jestem bliska płaczu. Nie poradzę sobie, jeśli mnie zostawi. Dymitr zaczął analizować przebieg naszej rozmowy. Chyba zrozumiał, jak zabrzmiało to co powiedział i jak to odebrałam, bo zerwał się, uderzając głową w dach samochodu. Zaczął masować obolałe miejsce.
- Jezu, Roza!- był szczerze wystraszony.- Nie o to mi chodziło! Kocham cię i zawsze będę kochał. Oświadczając ci się byłem w pełni świadomy jaka jesteś. Po prostu na czas ciąży trochę się zmieniłaś. Bardziej zastanawia mnie, że normalnie to hormony kobiet nie dają mężczyzną żyć, a ty miałaś całkowicie na odwrót.
Odetchnęłam z ulgą. Czego ja się bałam? Przecież doskonale wiem, że mnie kocha i jakby chciał zostawić, to zrobiłby to dawno.
- Też cię kocham.- wyznałam już całkowicie spokojna.
- Roza jesteś najważniejszą osobą w moim życiu. Nigdy o tym nie zapominaj.
- Wiem. Ty też.
Dalszą podróż odbyliśmy w spokojnej atmosferze.
___________________________________________________________
Macie tu drugi, za któryś dzień w tygodniu. Mam nadzieję, że się spodoba.😘😘

ROZDZIAŁ 288

Dni dłużą mi się niemiłosiernie. Na szczęście dzisiaj już sobota, a więc Dymitr ma wolne, ze względu, że zostaliśmy zaproszeni na.... Uwaga, uwaga!!
Ślub Adriana i Sydney.
Tan tara daj! Proszę państwa, oto ten dzień, gdy nasza alchemiczka zostanie Lady Iwaszkow. Teraz siedzę z dziećmi, gdy mąż się szykował. Z zamyślenia wyrwały mnie krzyki. Maluchy kłóciły się o pluszowego misia. W sumie to trwa od pół godziny, z przerwami.
- Dosyć tego. Nie umiecie się bawić oboje, to nie będzie go miało żadne.- zabrałam misia i położyłam na półkę, gdzie nie mogły dosięgnąć.
Nastka straciła zainteresowanie, ale widać, że Felixowi na nim zależy. Bawiłam się z córeczką jej lwem. Bardzo spodobało jej się, gdy mówię do niej przez maskotkę. Po kilku minutach zauważyłam, że chłopiec bawi się misiem, którego im zabrałam. Zdziwiłam się. Musiał się przewrócić. Dampirzyca zostawiła swoją zabawkę i znowu zaczęli się kłócić o maskotkę.
- Nie wiem, jak to możliwe. Może miś was lubi, ale nie chcę, żebyście się sprzeczali.- podniosłam pluszaka i położyłam głębiej ma tej samej półce. Teraz oboje się w niego wpatrywali mimo, że robiłam wszystko, aby odwrócić ich uwagę. Po chwili stało się coś niezwykłego. Miś dosłownie wyleciał ze swojego miejsca i poszybował na podłogę. Byłam w szoku. Synek na czworakach podszedł do niego i wziął w ręce. Jego siostra już chciała na nowo go zabrać, gdy chłopiec oddał jej go dobrowolnie. Myślę, że te dzieciaki skrywają więcej tajemnic, niż nam się wydaje.
- Ciekawe maluchy co jeszcze umiecie?- klęknęłam przy dwójce, bawiącej się w zgodzie zabawką.
Maluchy tylko uśmiechnęły się do mnie radośnie.
- Roza. Pomożesz mi?- do pokoju dzieci wszedł mój mąż.
- Chodź tu ty nieporadny mężczyzno.- wstałam i pomogłam mu zawiązać muchę. Odsunęłam się kawałek i przejrzałam ukochanemu.- Bardzo przystojny, nieporadny mężczyzno.
- Chętnie zrobiłbym z tobą, to co twoje spojrzenie robi ze mną, jednak nie mamy na to czasu.
- Ale na to mamy czas.- złapałam go za brzegi marynarki i wbiłam się w jego kuszące usta.
Od razu oddał pocałunek, podtrzymując mnie w tali. Przerwały nam krzyki maleństw. Znowu kłóciły się o misia.
- Ja z wami nie wytrzymam. Czemu nie pobawicie się nim wspólnie?
- Wystarczy zrobić tak Roza.- strażnik zabrał maluchom pluszaka i postawił tam, gdzie ja wcześniej.
Był z siebie bardzo dumny, jednak ja zdecydowałam mu tą pewność siebie zmniejszyć.
- Tak?!- skrzyżowałam ręce na piersi i spojrzałam mu pewnie w oczy.- To popatrz.
Trochę się zmieszał. Oboje patrzyliśmy na misia i dzieci. Po chwili Dymitr mógł dowiedzieć się tego, co ja. Oczy rozszerzyły mu się w szoku.
- Roza, ty też to widziałaś?- spytał z niedowierzaniem.
- Tak.- teraz ja byłam z siebie dumna.- Wiesz, jak sam zauważyłeś jest już późno, więc pójdę się szykować.- skierowałam się do wyjścia.
- I zostawisz mnie tu z nimi?- dotarło to do niego, gdy byłam już za progiem.
- Chyba nie powiesz mi towarzyszu, że boisz się własnych dzieci.- wychyliłam głowę z sypialni i popatrzyłam na niego.
- Nie no skąd.- żachnął się.
- To dobrze.
Poszłam do garderoby i zaczęłam szukać idealnej kreacji. Wybrałam żółtą sukienkę, na jednym ramiączku (↓). Zastawiłam ją na łóżku i skierowałam się do łazienki. Miałam już wejść do środka, kiedy usłyszałam krzyki.
- Felix wracaj tu.- zawołał mój mąż.
Po chwili z pokoju dzieci wyraczkował nasz synek i szybko znalazł się koło mnie. Podniosłam go, a on wtulił się we mnie. Następnie obok nas stanął Bielikow.
- Mówiłam, że będziesz za nim biegał.- uśmiechnęłam się triumfalnie.
- Jak ty sobie z nimi radzisz? Zostawiłem go tylko na chwilę, żeby przebrać naszą księżniczkę. Patrzę, a on już przy drzwiach. Wołam, żeby wracał, a nie mogłem jej tak zostawić. Musiałem ją do końca przebrać. One są niemożliwe.
- On to jest aniołek.- połaskotałam malca.- Nastka to prawdziwa diablica! Żebyś ty wiedział, co się przez ostatnie dni działo... A teraz muszę przeprosić państwa,- oddałam chłopca tatusiowi.- ale mamusia musi się szykować.
W końcu weszłam do łazienki na półce położyłam bieliznę i weszłam pod prysznic. Szybko się umyłam, razem z włosami, ogoliłam i nasmarowałam balsamem. Pachniałam kokosem z migdałami. Założyłam białą bieliznę i jedwabna szlafrok. Wróciłam do sypialni, gdzie siedział mój ukochany z dziećmi.
- Znudził im się pokój?- spytałam z uśmiechem.
Zdjęłam okrycie i przymierzyłam się do ubrania sukienki.
- Tak trochę.- odezwał się, dziwnym głosem.
Popatrzyłam w stronę męża. Tak jak ja wcześniej rozbierałam go wzrokiem, tak on teraz mnie nim pożera.
- Widzisz coś co ci się podoba, towarzyszu?- przybrałam kuszącą pozę.
- Nie prowokuj Roza.- ostrzegł zachrypniętym głosem, po czym odchrząknął.
Zaśmiałam się głośno i założyłam sukienkę. Dzieci nic sobie nie robiły z naszej rozmowy i dalej bawiły się klockami. Nastka była w pięknej, różowej sukieneczce, a Felix miał ten sam garnitur co tydzień temu. Usiadłam przy toaletce i zaczęłam się malować. W lusterku widziałam jak maluchy mi się przyglądają, a tatuś z nimi rozmawiał.
- Mamusia się maluje, jak inne kobiety, ale nie wiem po co, sporo jest i bez tego piękna?- szeptał pochylony nad nimi, ale nie spuszczał wzroku z mojego odbicia.
- Nie maluję się, żeby być piękną, a jedynie żeby to piękno podkreślić.
- Co nie zmienia faktu, że nasza księżniczka nie będzie się malować.- powiedział, biorąc Nastkę na kolana.
Felix był zazdrosny i również wdrapał się na niego. Dymitr zaczął się z obojgiem bawić.


Sukienka Rose
Sukienka Anastazji

czwartek, 13 października 2016

ROZDZIAŁ 287

Po dołożeniu dzieci, dołączyłam do dziewczynek. Nałożyłam każdej makaron i zalałam zupą. Zaczęliśmy jeść.
- Bardzo dobre.- przerwała ciszę Jessica.- Sama strażniczka gotowała?
- Tak. Dziękuję bardzo. Cieszę się, że ci smakuje.
Po tym zaczęliśmy rozmawiać. Morojka okazała się być bardzo dobrze wychowaną, miłą i żywą osobą. Bardzo chciała zobaczyć nasz trening, na co przystałam. Po obiedzie dziewczynki wróciły do pokoju Lili odrabiać lekcje, a ja kończyłam obierać ziemniaki. Zalałam je wodą, posoliłam i wstawiłam na kuchenkę. Gdy one się gotowała, ja robiłam mizerię. Po chwili surówka była gotowa i zostało tylko czekać na kartofle. W tym czasie poszłam bawić się z dziećmi. Pokazywały mi swoje zabawki i dawały do podtrzymania. Po kilku minutach byłam obładowana autami, klockami lalkami i maskotkami. Gdy chciałam je odłożyć, Anastazja okrzyczała mnie w swoim własnym języku.
- Ale skarbie, mamusi już się to nie mieści.- próbowałam ją przekonać.
Ona poraczkowała do mnie weszła na moje kolana i zaczęła wyrzucać wszystko, co miałam na rękach. Jak coś wypadło po za kojec, odzywało się uzależnienie Banki. Od razu po ro biegła, puszczała nad bramkami i czekała na kolejną zabawkę. Ale gdy złapała maskotkę w kształcie psa, poszła z nią do legowiska i położyła się, przytulając swoją zdobycz. Gdy już byłam wolna, córeczka, podpierając się o moją rękę, stanęła chwieje na nogach i przyłożyła swoje różowiutkie usteczka do mojego policzka, jakby chciała dać mi całusa, ale nie umiała. Odsunęła się ode mnie, a ja złapałam ją, bo zaczęła upadać. Poszłam sprawdzić ziemniaki. Były gotowe, więc zaczęłam je ugniatać. Nałożyła na trzy talerze ziemniaki, kurczaka i mizerię, po czym zawołałam Biankę. Ona była takim kurierem między mną i Lili, gdy byłyśmy od siebie oddalone, a nie mogłam zostawić dzieci samych. Na kartce napisałam, że zapraszam na drugie danie i przypięłam ją do obroży suczki.
- Gdzie pani? Szukaj! Szukaj Lili!- poleciłam.
Psina zaczęła węszyć i pobiegła na górę. Ja w tym czasie podałam do stołu. Do dzbanka nalałam sok z pomarańczy. Pomyślałam, że można by zrobić kompot z czerwonej pożyczki. Zajmę się tym po obiedzie. Moja matka potępiała taki tryb życia, jaki w tej chwili prowadzę, ale to nie znaczy, że jest to proste. Mam więcej obowiązków niż na służbie i muszę o wszystkim myśleć. Kładłam szklanki, kiedy na dół zeszły dziewczynki.
- Ale pachnie!- zachwycała się dampirzyca.- Nie wiedziałam, że aż tak się postarałaś.
- Nie mam co robić, więc gotuję.- powiedziałam siadając.- To co wy na to, żeby za pół godziny zrobić trening?
- Tak!- wykrzyknęły obie.
Tak też się stało. Po obiedzie dzieci upominały się o zmianę pieluchy. Później zabrałam je do ogrodu i położyłam na kocyku. Nie musiałam ich zamykać, bo Jessica zaoferowała się je popilnować. Po bieganiu i rozgrzewce pokazałam jej nowe chwyty, uniki i sposoby ataku. Po dwóch godzinach poszłyśmy się odświeżyć. Gdy wróciłam do ogrodu, dziewczynki bawiły się z maluchami.
- Dziękuję, że pilnowałyście te urwisy. Ja chcecie, to możecie się pobawić.
- Nie ma problemu. Możemy się jeszcze nimi zająć. Ma strażniczka urocze dzieci.- Jessica połaskotała Felixa, który siedział jej na kolanach.
- Właśnie.- poparła ją moja siostra.- Ty się nimi zajmujesz cały dzień, do tego myślisz o nas i zauważyłam, jak ładnie posprzątałaś. Pewnie jak Dymitr wróci, to nim też się zajmiesz. Teraz odpocznij, a my się z nimi pobawimy.
- Dziękuję. To miło z waszej strony.- ucałowałam Lili w czoło, a ona mnie przytuliła.
Poszłam na górę i wzięłam laptop z gabinetu męża, po czym wróciłam do ogrodu. Przeglądałam różne strony i portale społecznościowe, co chwila spoglądając na dziewczynki bawiące się z maluchami. Odchodziły kawałek od kocyka i wolały je po imionach, a te raczkowały do nich. Co chwilę też rzucały piłkę Gdy nie miałam już co robić w internecie, kontynuowałam rysowanie.
- Jakbyście chciały zrobić coś innego, to powiedzcie.- zawołałam do nich
- Rose, spokojnie. Odpocznij i niczym się nie martw.- w tym momencie Nastka się rozpłakała.- No może zamiast tego.
- Chodź do mamusi.- podeszłam co córki i wzięłam ją na ręce.
Od razu wiedziałam o co chodzi. Weszłam do ich pokoju, zmienić jej pieluszkę. Podczas tego zaczęła ziewać, więc przebrałam ją w piżamkę i położyłam w łóżeczku. Jednak nie chciała zasnąć, patrząc smutno na puste łóżeczko obok. Popatrzyła na mnie błagalnym wzrokiem.
- Okey, zaraz ci go przyniosę.- westchnęłam i wyszłam z pokoju.
Zeszłam na dół i poszłam do ogrodu.
- To teraz wam go zabieram.- powiedziałam do dziewczynek, podnosząc synka.
Od razu się we mnie wtulił, ziewając. Zanim wróciłam do jego siostry, już spał. Położyłam go do łóżeczka i przykryłam kołderką. Ucałowałam oboje w czółka, zostawiłam elektryczną nianię i wróciłam na dół. Z lodówki wyciągnęłam dzbanek lemoniady i poszłam z nim do dziewczynek. Te już bawiły się na placu zabaw.
- Dziewczynki! Chodźcie na lemoniade!- zawołałam.
Po chwili zabrały ze stołu dwie pełne szklanki lemoniady. Wtedy usłyszałam dzwonek do drzwi. Poszłam sprawdzić kto przyszedł. Była to para morojów.
- W czym mogę pomóc?- spytałam niepewnie.
- Witamy strażniczko. Jesteśmy rodzicami Jessicy.- odezwał się mężczyzna.
Teraz zauważyłam podobieństwo. Dziewczynka miała ciemne włosy po matce, a rysy i fioletowe oczy po ojcu.
- Proszę, niech państwo wejdą.- zrobiłam im miejsce, a później zaprowadziłam do salonu.- Może coś do picia?
- A dziękujemy.- morojka uśmiechnęła się przyjaźnie.
Zawołałam dziewczynki, które zdążyły już opróżnić szklanki i teraz bawiły się na placu zabaw. Wróciłam do salonu i usiadłam na fotelu, na przeciwko małżeństwa.
- Miło mi w końcu poznać rodziców przyjaciółki mojej siostry.
- To dla nas zaszczyt, że mogliśmy spotkać strażniczkę.- jej mąż również się uśmiechnął.
- Proszę mówić mi Rose. 
Oboje wstali, a ja poszłam w ich ślady.
- Artur Wold.- mężczyzna podał mi rękę, którą ucisnęłam.
- Melania.- to samo uczyniła kobieta.
Z powrotem zajęliśmy swoje miejsca. W tym momencie usłyszałam zamykane drzwi, a po chwili do pomieszczenia wszedł Rosjanin. Zatrzymał się na widok gości, lekko zdezorientowany, ale ogarnął się podszedł do mnie.
- Skarbie, to są rodzice Jessicy.- powiedziałam, patrząc na niego. Następnie zwróciłam wzrok na morojów.- To mój mąż, Dymitr.- przedstawiłam ich sobie.
- Miło mi.- wszyscy podali sobie dłonie.
Nagle do pokoju w biegła Jessica.
- Tatoooo!- wpadła w ramiona mężczyzny, który zaczął się z nią kręcić dookoła osi.
- Cześć kwiatuszku.- zatrzymał się i przytulił ją mocno do siebie.
Melania podeszła i dostała od córeczki całusa w policzek.
Mąż objął mnie ramieniem.
- Nasza rodzina też tak będzie wyglądała.- zapewnił.
- Już tak wygląda.- ścisnęłam jego dłoń.
___________________________________________________________
Wiem, że ostatnio rozdziały są nudne, ale potrzeba przerwy między strasznym wydarzeniami. Ale niedługo zacznie się dziać. Będzie trochę złości, później złości a na koniec rozpaczy. Dużo rozpaczy. Więc cierpliwości, a to wam się opłaci. 😘😘

wtorek, 11 października 2016

ROZDZIAŁ 286

Po zmieceniu kurzy w sypialni, odkurzyłam tam i umyłam podłogę. Dzieci zamknęłam w pokoju i poszłam zrobić pranie. Pralnię mieliśmy w garażu. Pod schodami są drzwi, prowadzące do garażu, a w nim drogie drzwi do pomieszczenia z pralkami. Zaczęłam segregować rzeczy na kolorowe, białe i czarne. Po sprawdzeniu, czy kieszenie są puste, każdą stertę wrzuciłam do innej pralki. Wlałam płyny do płukania, proszek i włączyłam maszynę. Wróciłam na górę i zaczęłam porządki w łazience. Ściągnęłam wszystkie kosmetyki z półek, lustra i innych ich miejsc i umyłam każdą powierzchnię. Następnie wyszorowałam wannę, prysznic, umywalkę i toaletę. Na końcu poukładałam wszystko na swoim miejscu i umyłam podłogę. Pomieszczenie aż lśniło. Następny przystanek, pokój dzieci. Gdy weszłam, zgodnie bawiły się gąbczastymi puzzlami. Gdy mnie zobaczyły, gaworząc, podczworakowały do moich nóg i patrzyły dużymi oczkami. Podniosłam Felixa, co nie spodobało się dziewczynce.
- Ty wcześniej byłaś na rączkach. Twój braciszek też chcę, prawda?- spojrzałam na synka.
Ten wyciągnął rączki z ust i uśmiechnął się słodko. Chwilę się z nim pobawiłam i odłożył.
- No chodź tu, księżniczko.- podniosłam córeczkę.- I już nie fochaj.
Wzięłam jej lewka i zaczęłam poukładać mu głos, jakby mówił do Nastki. Na początku była trochę zdziwiona i niepewnie patrzyła to na mnie, to na zabawkę. Jednak szybko na jej pyzatej buźce pojawił się uśmiech. Gaworzyła w odpowiedzi i chwytała za zabawkę. Odłożyłam ją i maluchy na nowo zajęły się sobą, a ja wróciłam do sprzątania. Dzieci trochę przestraszyły się odkurzacza, ale szybko znalazły ukojenie w swoich ramionach. Gdy skoczyłam odkurzać, przytuliłam oboje i posadziłam w kojcu na dywanie. Nie podobało im się ograniczenie wolności, ale musiałam pomyć podłogi. Następnym pomieszczeniem do czyszczenia był pokój Lili i wszystkie na piętrze. Później zeszłam na dół. Zabrałam ze sobą dzieci i rozłożyłam im zabawki w salonie. Na górze otworzyłam wszędzie okna, żeby się przewietrzyło. Na dole nie było dużo do robienia. Salon, jadalnia, kuchnia, łazienka i przedpokój. Gdy skończyłam, poszłam sprawdzić czy pralki skończyły pracę. Na ten czas zamknęłam malce w kojec. Wszystkie ubrania zabrałam w miskę i poszłam rozwieść w ogrodzie. Po chwili pojawiła się Bianka z piłką.
- Ty jesteś od tego uzależniona.- uznałam, podnosząc zabawkę.
Psina nic sobie z moich słów nie zrobiła, tylko czekała z wystawionym językiem i latającym na prawo i lewo ogonem. Zamachnęłam się rzuciłam na drugi koniec ogrodu. Suczka wystartowała zanim jeszcze piłka wzniosła się w powietrze i zapewne złapie ją w locie. Na dworze rozciągnęłam sznurek od jak na razie jedynego drzewa do placu zabaw i zaczęłam rozwieszać pranie, gdy dzieci zaczęły płakać. Wróciłam do domu i okazało się, że jest już druga po południu. Czas na obiad. Sama poczułam się głodna, a za półtora godziny wróci moja siostra. Wzięłam oboje i wsadziłam do krzesełek. Dałam im zabawek i szybko wróciłam rozwieszać mokre rzeczy. Po drodze wstawiłam di grzałki mleko dzieciom. Gdy skończyłam, poszłam do kuchni. Odstawiłam mleko do ostygnięcia i wzięłam się za obiad. Wczoraj postanowiłam zrobić rosół i będę się tego trzymać. Nalałam do dwóch garnka wody. W jeden wrzuciłam kurczaka i dałam się temu gotować. Po jakimś czasie dodałam różnych przypraw i warzyw. Do drugiego garnka wsypałam makaron i dodałam oleju. Gotowane nie jest tak trudne, jak myślałam. Może coś zrobić na drugie danie. O! Usmażę kurczaka z wody. Znalazłam przyprawę do kurczaka, pieprz i masło. Poczekałam aż zupa się zrobiła, w miedzy czasie nakarmiłam dzieci i rysowałam. Robię to w każdej wolnej chwili. Maluchy bawiły się w krzesełkach i uważnie patrzyły co robię. Uwielbiam te chwile, kiedy w ciszy słychać tylko dźwięk grafitu przesuwanego po kartce. Ostatnio pracuję nad dwoma obrazami. Jeden przedstawia mnie i Dymitra, a drugi kowboja na koniu, idącego wąwozem. Oczywiście robię je ze zdjęć. Chcę je dać mężowi na naszą rocznicę i mam nadzieję, że mu się spodoba. Zakręciłam gotową zupę, z której wyłowiłam kurczaka i makaron. Dałam trochę masła na patelnię, przyprawiłam mięso i wrzuciłam do rozgrzanego naczynia. Gdy robiło się drugie danie, odcedziłam makaron i zabrałam się do obierania ziemniaków. Na ten czas uwolniłam maluchy, które teraz bawiły się grzecznie zabawkami. Po chwili przyszła Bianka i zaczęła skomleć przy pustej misce. Ten czas za szybko leci. Zostawiłam kartofle i zagrzałam potrawkę dla czterołapa. Przy okazji przewróciłam kurczaka na drugą stronę. Nalałam psu jedzenie i wróciłam do obierania ziemniaków. Usłyszałam zamykanie drzwi i śmiech dwóch dziewczynek. Po chwili do kuchni weszła Lili.
- Hej.- pocałowała mnie w policzek.
- Hej. Z kim jesteś?- spytałam.
- Zaprosiłam Jessice.- powiedziała, biorąc dwa kubki i sok.
- Zostawcie swoje rzeczy na gorze, umyjcie rączki i chodźcie na obiad.
- A co jest?- spytała.
- Coś dobrego. A teraz sio mi do pokoju.- pogoniłam ją z uśmiechem.
Wyszła, a ja przelałam trochę zupy do wazy. Makaron przełożyłam w miskę. Poszłam jeszcze się przebrać w krótkie spodenki do kolan i zieloną koszulkę. Gdy wracałam, usłyszałam śmiechy z łazienki. Zabrałam z kuchni do jadalni trzy talerze i łyżki. Następny kurs odbyłam z zupą. Dziewczyny już siedziały.
- Dzień Dobry.- przywitała się przyjaciółka mojej siostry.
- Dzień dobry. Lili pomożesz mi?- spytałam.
- Jasne.- dampirzyca poszła za mną do jadalni.
- Weź proszę zanieś miskę z makaronem na stół. Ja muszę dzieci zamknąć w salonie, zanim znowu narozrabiają. Tak kochanie?- spytałam podnosząc córeczkę.
W ciągu tych godzin co gotowałam, zdążyła ukraść mi drewnianą łyżkę i zbić słoik, który na szczęście był pusty. Nawet poświęciła papugę brata. Rzuciła nią na wysepkę, strącając ręczniki papierowe. Moją uwagę przyciągnęły dźwięk upadającego drążka z papierem i płacz Felixa. Ale zanim się odwróciłam zjadła połowę jednego kawałka, a w drugiej rączce trzymała następny. Od razu jej to zabrałam, co skończyło się wielkim krzykiem, bo jak śmiałam zabierać jej taką fajną zabawkę. Jednak po chwili się uspokoiła i znalazła sobie inne zajęcie. Raz wstałam z podłogi, na której rysowałam, tak żeby mogły patrzeć. Tylko na chwilę, aby zamieszać w garnku, a ta mała diablica już chwyciła mój ołówek i robiła ślaczki na moim rysunku. Szczęście, że był odwrócony i ucierpiała tylko pusta strona. Ona jest niemożliwa. Niecierpliwa, ciekawska i uwielbia wkurzać innych. Nikt nie powie, że to nie moja córka. Bo po co jej jakieś tam nudne zabawki? To co ma mama jest ciekawsze. Dobrze, że Felix jest grzeczny bo z dwójką rozrabiaków bym nie wytrzymała. Ale i tak kocham je całym sercem.

ROZDZIAŁ 285

DYMITR

Obudziłem się bardzo wypoczęty. Wyłączyłem szybko budzik, żeby nie obudził Rozy. Przez chwilę patrzyłem na żonę. Jest taka piękna. Uwolniłem się z jej objęć i cmoknąłem ją w czoło. Wtuliła się mocniej w poduszkę na której przed chwilą leżałem, a na jej ustach pojawił się uśmiech. Przeciągnąłem się i spojrzałem na zegarek. Przeraziłem się. Zobaczyłem w komórce, ta sama godzina. Jak to możliwe, że budzik zadzwonił mi pół godziny później?! A może straciłem takie poczucie czasu, patrząc na ukochaną? Ale nie. Sprawdziłem w telefonie i to budzik był przedstawiony. Szybko poszedłem do łazienki, wziąłem szybki prysznic i przebrałem się w strój strażnika. Zacząłem szukać swojej torby. Nie było jej w moim biurze, ani na przedpokoju, gdzie ją zostawiłem. Na dalsze poszukiwania postanowiłem wybrać się chociaż z jabłkiem. Gdy tylko przekroczyłem próg kuchni, stanąłem jak wryty. Na wysepce leżała moja torba. Przy niej leżał pojemnik z babeczkami i kartka ze starannym pismem Rozy. Wypisała mi dzisiejsze warty i obowiązki. Pod spodem była osobna od niej notka.

Wczoraj byłeś zmęczony, więc ci wszystko przygotowałam. Babeczki uciekłyśmy wczoraj z Lili. Mam nadzieję, że będą ci smakować. Daj proszę po jednej Lissie, Jill, Eddiemu i ewentualnie temu biedakowi Ozerze. Albo sam zjedz drugą. W lodówce masz kanapki. Mam nadzieję, że nie gniewasz się za przestawienie budzika.
Twoja Roza.

Uśmiechnąłem się pod nosem. Jak ja kocham tą kobietę. Tyle dla mnie robi. Wiem, że nie podoba jej się to, że tak długo pracuję i wracam taki zmęczony, ale robię to dla niej. To nie prawda, że muszę zastępować dampiry na urlopie. To znaczy potrzebne było zastępstwo, ale dobrowolnie się zgłosiłem. Dzięki temu będę mógł wziąć wolne na rocznicę naszego ślubu. Chcę ten dzień spędzić tylko z nią. Od zachodu, do wschodu, a i nawet całą noc. Spakowałem kanapki i babeczki do torby. Nasypałem Biance karmę, a ta na odgłos brzęczącej miski od spadających chrupek, przebiegła i dopadła jedzenia Jako, że miałem zaoszczędzony czas, na śniadanie moim panią zrobiłem naleśnik. Suczkę swoim zwyczajem, po śniadaniu poszła obudzić Lili. Zawsze, gdy przechodzę obok jej pokoju, zostawiam uchylone drzwi, aby suczka miała jak wejść. Po dziesięciu minutach mała zeszła z tornistrem na śniadanie.
- Dzień dobry.- ziewnęła.- O naleśniki!
Szybko zajęła miejsce przy stole w jadalni i zaczęła jeść.
- Dzień dobry.- ucałowałem ją w czoło.- Ja idę zajrzeć do dzieci, czy się nie obudziły.
Jak powiedziałem tak zrobiłem. Niestety spały, więc karmienie zostawiam mamusi. Wróciłem na dół, wziąłem w końcu to jabłko i torbę. Na przedpokoju założyłem buty i prochowiec. Nagle usłyszałem dzwonek do drzwi. Za nimi stał jakiś młody chłopak z dwiema, wypchanymi torbami.
- Dobry wieczór.- no tak. Dla ludzi jest prawie noc.- Przywiozłem zakupione produkty.
- Dziękuję.- odebrałem od niego zakupy.
- Należy się czterdzieści osiem dolarów i osiemdziesiąt centów.
Dałem mu całe pięćdziesiąt i powiedziałem, że nie trzeba reszty, a on się grzecznie pożegnał i wyszedł zadowolony. Lili doprowadziła mnie do drzwi i po wycałowaniu się w policzki, opuściłem dom. Wsiadłem do samochodu i dojechałem, z myślą, że zapowiada się kolejny ciężki dzień.

ROSE

Obudziłam się jak zwykle wypoczęta i... sama. Szlag by trafił moje siedzenie do późna. Wstałam i pierwsze co, zajrzałam do dzieci. Ciągle spały, czyli że śniadanie jeszcze przed nami. Zostawiłam im elektroniczną nianię i wróciłam do sypialni. Po porannej toalecie, zeszłam na dół. Za mną, krok w krok szła Bianka. Zrobiłam sobie herbaty i usiadłam przed laptopem. Sprawdziłam sobie skrzynkę, ale nic ciekawego nie było. Wyłączyłam sprzęt i pomyślałam o śniadaniu. Bardzo się ucieszyłam, gdy w lodówce znalazłam naleśniki. Odgrzałam je na patelni, nałożyłam dżem z brzoskwini, wymieszany z białym serem, zaginęłam i polałam czekoladą. Pychota. Ciasto samo rozpływało się w ustach. Wcześniej dałam mleko do zagrzania, bo pewnie za chwilę się o budzą. I ta chwila nadeszła teraz. Gdy z niani wydobył się płacz Nastki, odłożyłam wpół zjedzonego naleśnika i z ciepłym mlekiem poszłam do dzieci. Szybko sprawdziłam jego temperaturę.
- Nawet nie dacie się najeść mamusi, co maluchy?
Pierwszą wzięłam córeczkę, bo najbardziej się denerwowała. Usiadłam z nią na bujanym fotelu i zaczęłam karmić. Wokół kręciła się Bianka skomląc. No i co? Przecież się nie rozdwoję. Gdy mała skończyła jeść, wsadziłam ją do łóżeczka, na ręce wzięłam jej brata i poszłam otworzyć drzwi do ogrodu, żeby pies nie zesikał się w domu. Nakarmiłam chłopca i wróciłam z nim do pokoju. Położyłam go na podłodze, a zaraz potem dołączyła do niego siostra. Zostawiłam im otworzono drzwi i poszłam do sypialni. Przebrała się w jakieś stare dresy oraz spraną koszulkę, włączyłam muzykę i zaczęłam od zamiatania kurzy miotełką. Nagle poczułam jakiś ruch przy nodze. Spojrzałam w dół i napotkałam oczy Dymitra.
- A pani, co tu szuka?- podniosłam córeczkę, z wyciągniętymi do mnie rękoma.- Skoro już tak pięknie raczkujesz, to może nauczymy cię wkrótce chodzić? A masz dopiero trzy miesiące. Za szybko nam rośniecie.
Mała wyciągnęła rączki do miotełki. Otrzepałam ją i zaczęłam łaskotać nią Nastkę. Dampirzyca śmiała się. Po chwili przestałam. Dziewczynka wysłuchała się w muzykę i wierciła się w jej rytm.
- Nasza gwiazda chce potańczyć? Spodobało się na weselu.
Poruszałam się z nią po pokoju w takt piosenki. Czasami podnosiłam ją do góry, innym razem wychylała się, że zwisała głową w dół. Jednak odłożyłam ją na podłogę.
- Mamusia musi posprzątać, żeby nie było brudno i nie śmierdziało. Prawda?- spytałam łaskocząc ją po odkrytym brzuszku.
Nasza córeczka się zaśmiała, a ja wróciłam do pracy. Zauważyłam, że dampirzyca gramoli się na łóżko, więc jej pomogłam. Na podłodze przy samym meblu położyłam poduszki, w razie gdyby znudziło jej się na wysokości. W tym czas do siostry postanowił dołączyć Felix. Posadziłam ich obok siebie, z jakimiś zabawkami i kontynuowałam sprzątanie.

poniedziałek, 10 października 2016

ROZDZIAŁ 284

Zaczęłam szukać książki kucharskiej. Strażnik ma na nie specjalną szafkę. Znalazłam jakieś "Gotowanie dla początkujących.". Nie wiem, po co mu ona, skoro umie tak gotować, ale nie powinien się obrazić, jeśli ją pożyczę. Zostawiłam ją w kuchni i nałożyłam mężowi obiad.
- Rose.- do pomieszczenia weszła Lili.- A będzie dzisiaj trening?
- Oczywiście, ale ja go poprowadzę. A potem, jeśli będziesz chciała to pomożesz mi ugotować obiad.
- Super. Z mamą często gotowałyśmy.- na wspomnienie rodzicielki posmutniała.
Przykucnęłam przy niej i popatrzyła w smutne oczka.
- Nie zastąpię ci jej, ale musisz wiedzieć, że kocham cię jak córkę i chcę być blisko ciebie. Dymitr też. Jesteś dla nas bardzo ważna.
- Wiem. Też was kocham.- przytuliła mnie i pocałowała w policzek.
Siostra usiadła na stołku przy wysepce kuchennej. Ja w tym czasie wzięłam sztućce, a do szklanki nalałam świeży sok z pomarańczy. Kiedy zaszłam w ciążę, Dymitr dostał obsesji na punkcie zdrowego odżywiania i tak mu zostało. Dlatego chcemy posadzić drzewa i krzewy owocowe, żeby wszystko było z naszego ogródka. No i kilka warzyw, jak sałata, marchewka i ogórki. Myślimy też o fasolce szparagowej i ziemniakach. Mamy już wybrane miejsce na grządki.
- Wiesz, myślę sobie czasami,- zaczęła dampirzyca.- że moja mama poszła do nieba i została aniołkiem. I wtedy mam wrażenie jakby była tutaj, wciąż się mną opiekowała i chroniła przed złym.
Wzięłam wszystko i zaczęłam iść na górę. Siostra ruszyła za mną.
- Każdy z nas ma swojego stróża.- stwierdziłam.- Czy to na ziemi, czy w niebie, wokół nas jest mnóstwo osób na które możemy polegać. Możesz mieć rację. Może ona wciąż jest przy tobie. Ale na pewno jest szczęśliwa i nigdy nie przestanie cię kochać.
- Ja jej też.
Lili poszła do siebie, a ja do nas. W tym samym momencie co zamknęłam drzwi, z łazienki wyszedł Dymitr.
- Proszę obiadek.- podałam mu talerz i szklankę.
Usiadł na łóżku, a ja koło niego.
- Dziękuję Roza. Jesteś najwspanialszą kobietą i żoną, jaką można mieć.- pocałował mnie i zaczęła jeść.
Siedzieliśmy w milczeniu i patrzyliśmy na siebie, ale przerwał nam płacz dzieci. Poszłam sprawdzić o co tym razem chodzi.
- Nie możecie choć dwóch godzin pospać?- spytałam podnosząc córeczkę.
Musiałam zmienić im pieluchy. A i tak nie chciały już spać. Położyłam je na podłodze i zostawiłam z zabawkami. Pokój był przystosowany do nich. Zaczynając od mięciutkiego, fioletowego dywaniku w żółte groszki, po zaokrąglone i obłożone pianką brzegi mebli. Do dyspozycji mieli mnóstwo zabawek i pluszaków. Gdy byłam pewna, że nie powinny się nudzić wróciłam do sypialni. Dymitr już leżał w łóżku, a puste naczynia leżały na jego szafce nocnej. Cmoknęłam go w policzek i sięgnęłam po talerz.
- Roza.- podskoczyłam ze strachu.
Obeszłam łóżko, żeby sprawdzić, czy mówi przez sen. Jednak oczy miał szeroko otwarte.
- Położysz się obok? Tak jakoś mi się lepiej zasypia.- spuścił wzrok, chyba trochę zawstydzony.
- Oczywiście skarbie.- pogłaskałam go po policzku.
Zajęłam swoje miejsce, a mąż od razu się we mnie wtulił.
- Kocham Cię Roza.- wyznał śpiącym głosem.
- Ja ciebie też Towarzyszu. A teraz śpij.
Dwa razy nie trzeba mu było powtarzać. Już po kilku minutach jego oddech się uspokoił i co jakiś czas pochrapywał cicho. Ostrożnie tak, aby się nie obudził, wyplątałam się z jego objęć. Nie było to trudne, jako że spał twardo, jak głaz. Od razu przebrałam się w strój na trening i związałam włosy. Zabrałam dzieci i zeszłam z nimi na dół, po drodze mówiąc siostrze, aby się szykowała. Znowu rozsiedliśmy się w ogrodzie. Usiadłam z powrotem do laptopa i zrobiłam zakupy przez internet, zgodnie z książką kucharską. Jednak przywiozą je dopiero jutro, więc wtedy zrobię obiad. Ale żeby Lili było miło, dzisiaj upieczemy ciasto. Do tego kupiłam nam dwa razy szelki do noszenia dzieci. Gdy skończyłam, obok pojawiła się Lili.
- Gotowa?- spytałam, rozkładając na trawie pachołki.
- Jak zawsze.
- Najpierw zrobimy rozgrzewkę, a później będziemy ćwiczyć skoki na skakance.
- Skakanka?!- zdziwiła się.
- Owszem. Walcząc ze strzygami nie tylko musisz być szybka i silna, ale również zwinna i gibka.
Dałam znak i ruszyłyśmy. Utrzymywałyśmy równe, średnie tępo. Po pół godzinnym biegu, rozciągałyśmy się. Następnie obie chwyciłyśmy za skakanki i zaczęłyśmy skakać. Najpierw standardowo, później ze zmianami stron lub krzyżowaniem linek. Nawet dobrze wychodziło to dampirzycy, więc zaczęłyśmy trudniejsze układy. Po dwóch godzinach skończyłyśmy trening i poszłyśmy się odświeżyć. Na ten czas wsadziłam dzieci do kojca w kuchni z zabawkami. Już czysta i pachnąca, zeszłam na dół z książką do pieczenia ciast oraz naczyniami, z którymi nie mogłam się zabrać wcześniej. Sprawdziłam, na co mamy składniki i postanowiłam, że upieczemy babeczki z czekoladą. Przedstawiłam ten pomysł siostrze. Ucieszyła się i powiedziała, że mama zawsze dodawała do nich jabłka. Więc znalazłam składniki, na blacie postawiłam książkę, otworzoną na tum przepisie, podsunęłam dziewczynce stołek, a sama zajęłam się obieraniem i krojeniem jabłek. Gdy owoce były gotowe, pomogłam siostrze z ciastem. Kiedy wszystko było już w misce, dałam dziewczynce czekoladę do pokruszenia, a sama miksowałam masę. Postawiłam ją znowu na blacie, a młoda wrzuciła tam czekoladę oraz jabłka i zaczęła to mieszać łyżką. Ja w tym czasie nastawiłam piekarnik i przygotowałam blachę z foremkami. Do każdej włożyłam papier do babeczek i razem zalałyśmy je ciastem. Tyle, że jeszcze dużo nam go zostało.
- Będzie więcej babeczek.- powiedziałam, wkładając zalaną blachę do piekarnika.- Przydałoby się zjeść coś na kolację. Lili, widzę, że wyjadasz ciasto.
Odwróciłam się do niej.
- Coś w tym złego?- spytała.
- Tylko to, że będzie mniej wypieków.- sama nabrałam słodkiej masy na palec i zjadłam.
Dobre. Nigdy tak nie robiłam. W końcu nikt wcześniej nie robił ze mną ciasta. Nie licząc Bożego Narodzenia w tamtym roku. Dzieci przez cały czas pilnie nas obserwowały, a w pewnym momencie posadziłam je na blacie, oparte o ścianę. Mówiłyśmy im co robimy, a one jak zaczarowane siedziały i patrzyły. Mała, widząc jak podjadamy ciasto, sama chciała spróbować. Niestety miska przewróciła się na nią i była cała w cieście.
- Oj Nastka! I teraz jesteś brudna.- ona się tym jednak nie przejmowała, zajadająć się ciastem.
Felix skosztował trochę z siostry i mu też posmakowały.
- Chodź do mamusi.- wzięłam córeczkę na ręce, a ona przytuliła mnie.- Mój ty mały rozrabiaku. Teraz mamusia też musi się umyć. Lili proszę popilnuj Felixa.
Poszłam z małą na górę. Do wanienki nalałam wodę i mydło dla dzieci. Rozebrałam dziewczynkę, a brudne ubranka od razu dałam do kosza na brudy. Jutro muszę zrobić pranie. I posprzątam od razu dom. Do wanienki dorzuciłam kaczuszki i musujący barwnik do wody. Oczywiście naturalny. Umyłam córeczkę, razem z włosami i ubrałam w czyste ubranko. Jednak oburzyła się, gdy zamiast zanieść ją do brata, wsadziłam ją do łóżeczka.
- Za karę będziesz tu siedziała, dopóki mamusia się nie wykąpie.- i wyszłam z pokoju.
Po kolejnej kąpieli, wzięłam małą i zniosłam na dół. Gdy skończyłyśmy piec babeczki, włożyłam wszystko do zmywarki. W czasie, gdy piekły się wszystkie serie babeczek, nasypałam Biance karmy, zrobiłam kolację, czyli płatki na mleku, nakarmiłam dzieci, położyłam je spać, przeczytałam Lili bajkę na dobranoc i rysowałam. Pewnie dziwi was, jak znalazłam na to czas. Otóż wyszły nam cztery blachy, a każda musiała piec się godzinę. Po wszystkim, przygotowałam wyprawkę mężowi do pracy i poszłam spać.

niedziela, 9 października 2016

ROZDZIAŁ 283

- Lili,- zaczęłam, wychylając się do ogrodu.- Zaopiekuj się dziećmi, albo jeśli chcesz się pobawić na domku, to rozłóż im kojec wokół kocyka. Ja muszę się zająć Dymitrem.
Dziewczynka tylko przytaknęła głową. Po cichu wróciłam do salonu. Wzięłam torbę męża i zniosłam do biura. Mogłam przeglądać jego dokumenty, więc je posegregowałam, uzupełniłam, gdzie czegoś brakowało, powkładałam do odpowiednich teczek i segregatorów oraz spisałam końcowy raport. Można powiedzieć, że robię za jego sekretarkę. Następnie wróciłam na dół po laptopa. Lili ciągle się z nimi bawiła. Zauważyłam, że dzieci ziewają. Zostawiłam sprzęt i podniosłam córeczkę z jej lwem.
- Ktoś tu jest śpiący. Choć położymy was na popołudniową drzemkę.
Na górze przebrałam ją z spodenek i koszuleczki w luźną bluzeczkę. Następnie włożyłam ją do kojca. Przytuliła się do maskotki, ale nie zasnęła. Czeka na brata i dopiero gdy ma pewność, że leży bezpiecznie obok zasypia. On ma tak samo. Już miałam po niego iść, gdy weszła Lili, niosąc chłopca na rękach.
- Przestań się wiercić, bo cię zwiążę liną.- powiedziała ze śmiechem.
Widząc jej wesołą twarz, Felix za gaworzył radośnie.
- Daj mi go.- zabrałam malca od dampirzycy.- Chodź do mamusi.
Mój synek jeszcze bardziej się roześmiał. Go również przebrałam i położyłam w łóżeczku. Odwrócił się w stronę siostry i patrzyli na siebie. Widziałam, że oczy same im się zamykają. włączyłam im pozytywki w łóżeczkach, które wygrywały w tym samym czasie cichą, usypiającą melodię. Zostawiłam w pokoju elektroniczną nianię i wyszłam. Znowu zeszłam po laptopa. Zauważyłam Lili, bawiącą się na placu zabaw. Sprawdziłam skrzynkę ukochanego i rozkład wart. Według tego smakowałam mu potrzebne dokumenty do torby. Położyłam ją w kuchni, z rozpiską wart i jutrzejszych obowiązków. Przy okazji wrzuciłam ostatni kawałek lazanii na patelnię. Wróciłam do salonu i podeszłam do ukochanego. Wyglądał uroczo. Ostrożnie, tak aby się nie obudził, zajęłam mu buty i przykryłam go kocem. Chciałam dać mu z godzinkę odpoczynku, ale Bianka miała inny plan. Zaczęła go lizać na powitanie.
- Też cię kocham Roza.- mruknął przez sen, szukając mnie ręką.
Powstrzymałam się od wybuchnięcia śmiechem. Po chwili strażnik się obudził.
- Co się dzieje?- usiadł zaskoczony.
Zajęłam miejsce obok niego.
- Za daleko, żeby przywitać się z żoną?- droczyłam się z nim, ściągając jego kochany prochowiec.
Wstałam i powiesiłam go na honorowym miejscu, w przedpokoju, a buty odłożyłam do szafki.
- Przepraszam skarbie.- przytulił mnie, gdy wróciłam na swoje miejsce i pocałował w głowę.- Ale miałem dzisiaj męczący dzień. Jeszcze przez pół godziny awanturowałem się z jakimś morojem, który upierał się, że każdy powinien go znać i nie potrzeba go sprawdzać.- potarł rękoma zmęczoną twarz.- A ja tłumaczę, że takie mam polecenie i muszę go sprawdzić. Aż w końcu nie wytrzymałem i wrzasnąłem na niego, że ma mi pokazać te głupie dokumenty. Przestraszony, posłusznie dał się wylegitymować.
- No proszę, wiecznie opanowany strażnik Bielikow stracił cierpliwość.
- Każda ma swoją granicę, zwłaszcza po ośmiu godzinach służby i słuchania debat tych durnych, zadufanych w sobie morojów. Dzisiaj przez dwie godziny kłócili się, czy dać strażników arystokratą, którzy zostali ich pozbawieni. Między innymi zostali wymienieni Tasza i mój ojciec.
W ostatnim słowie czułam jad. Chciałabym kiedyś dowiedzieć się czegoś więcej o nim. Chcę w całości wiedzieć z czym się borykał przez te trzynaście lat. Chciałabym znać całe jego życie. Każdy szczegół, każde potknięcie, po którym się podniósł, każdą przykrość, którą przeżył i każdą trudność, którą pokonał. Chcę go znać całego i wiem, że on mnie też. Ale nie teraz.
- To idź się myj, ale dojdź do łazienki, a nie do łóżka sypialni. Później zejdź na obiad i będziesz mógł spać.
- Ale tyle jest do zrobienia. Jedzenie się kończy, trzeba obiad zrobić, Lili będzie chciała trening. Spakuję się rano. No i trzeba porobić w ogrodzie, bo inaczej nigdy go nie skończymy.
- Kochanie ty moje. Jesteś zmęczony, więc na trening ani ogrodu cię nie wpuszczę po obiadokolacji marsz na górę spać, a my się wszystkim zajmiemy.
- Jesteś kochana Roza.- pocałował mnie namiętnie i poszedł.
Wróciłam do kuchni i zgasiłam pod patelnią. Przykryłam ją pokrywką, żeby nie wystygło i poszłam na górę po książkę kucharską. Mam nadzieję, że są tam jakieś proste dania. Gdy weszłam do sypialni, ucieszyłam się, że Dymitr nie leży na łóżku, chrapiąc. Jednak w łazience nie paliło się światło. Mój ukochany był u dzieci. Weszłam do pokoju. Nie zaświecił całkiem światła, tylko przyciemnił je. Siedział na krześle i patrzył do kołysek. Cicho podeszłam bliżej, wiedząc, że i tak mnie usłyszy. Przytuliłam go od tyłu, całując w policzek. Dymitr złapał moją dłoń, pocałował ją i położył sobie na sercu.
- Jestem bardzo szczęśliwy Roza.- szepnął.
Dzieci już zdążyły zasnąć, więc nie chcieliśmy ich obudzić.
- Wiem.- odpowiedziałam, cicho.- Ja również.
- I cieszę się, że mogę to szczęście dzielić z tobą.
Znowu ucałował moją dłoń, ale tym razem patrzył mi prosto w oczy.
- Kocham Cię Towarzyszu.
- Ja ciebie Roza też, ja ciebie też.- oparł sennie swoją głowę o moją.
- Dziękuję za kanapki na śniadanie.- odezwałam się po dłuższej chwili patrzenia na maluchy.
- Nie ma za co Roza. Muszę ci się jakoś odwdzięczyć.
- Za co?- zdziwiłam się.
- Za to, że jesteś.- patrzył mi w oczy.
- Odwdzięczasz się. Tym, że jesteś i mnie kochasz.
- Nawet nie wiesz jak bardzo, skarbie. Nie wiesz jak bardzo.
- No idź się myj, bo obiad na dole stygnie.- powiedziałam, gdy zaczął ziewać.
Pociągnęłam go i zgasiłam światło całkowicie. Zamknęłam za nami drzwi, wcisnęłam mężowi do rąk bokserki oraz koszulkę i wepchnęłam go do łazienki. Dymitr zaśmiał się, a po chwili usłyszałam zamykanie kabiny prysznicowe i lecącą wodę.