niedziela, 2 października 2016

ROZDZIAŁ 274

Pierwsze dni, kiedy Dymitr wrócił do pracy były trudne, ale radziłam sobie. Dzieci są bardzo ciekawskie świata, dlatego często wychodzę z nimi do ogrody. Ziemia jest już wyrównana, a ostatnio zasialiśmy trawę. Mojemu mężowi spodobał się mój plan na ogród. Co do ataku na nasz dom, to dalej nikt nie wie, co to miało być. Ale rany po nim szybko się zagoiły i nie został nawet ślad. Na początku strażnik upierał się, że zostanie ze mną w domu, ale ja kazałam mu iść do pracy. Dzisiaj jest sobota i postanowiłam zrobić ukochanemu niespodziankę. Za jakąś godzinę przyjedzie Jill z Eddym i Jessicą. Wkręciłam ich w niespodziankę. No i Lissę, która obiecała mi pomóc. Dzieci były już przewinięte, na karmione i bawiłam się z nimi w pokoju. Usłyszałam dzwonek do drzwi i zostawiłam maluchy w kojcu. Otworzyłam i wypuściłam gości.
- Hej.- przywitałam się.
- Hej.- Jill i Eddy mnie przytulili.
- Dzień dobry, strażniczko.- powiedziała grzecznie dziewczynka.
- Cześć młoda. No to czujecie się jak u siebie. Dzieci już są przygotowane, jakby co mleko jest w kuchni, a w lodówce jest obiad do ogrzania, jakbyście chcieli. Lili powinna być za jakieś pół godziny. Karma Bianki jest w szafce obok kuchenki na dole. Wodę ma wymienioną. Możecie też zabrać dzieci do ogrodu, tylko weźcie koc. Leży złożony na parapecie, obok drzwi. Jakby coś się działo dzwońcie.
- Rose, spokojnie, damy sobie radę.- zapewnił mnie dampir.
- Dobrze. Jeszcze raz dziękuję. Nawet nie wiecie, ile to dla mnie znaczy.- przytuliłam ich i poszłam się przegrać.
Założyłam na siebie szorty i czerwoną bluzkę w krótki rękaw. Do tego ubrałam starsy i wróciłam na dół.
- Pa słoneczka.- ucałowałam maluchy w główki.- Mamusia musi teraz iść, a wy zostaniecie z ciocią Jill i wujkiem Eddym.
- Dobra, leć bo się spóźnicie.
Ostatni raz wszystkich pożegnałam i wsiadłam do samochodu. Po pół godzinie byłam na dworze. Zostawiłam auto w garażu i pobiegłam do królowej.
- No myślałam, że już nigdy nie przyjdziesz.- westchnęła zniecierpliwiona.
- Wykorzystałam tyle czasu, ile potrzebowałam.- uścisnęłam przyjaciółkę.
- Wszystko już gotowe.- oznajmiła morojka.
- To dobrze.- podeszłam do męża.- Choć towarzyszu. Teraz masz wolne.
Ukochany popatrzył niepewnie na Lissę. Ta skinęła głową i poszedł za mną.
- Gdzie idziemy, Roza? A co z dziećmi? I jak tu przyjechałaś?
- Niespodzianka, są z nimi Jill i Eddy i samochodem.
- I nic nie powiesz?- próbował mnie przekonać.
Pokazałam mu zamykanie buzi na kłódkę i pociągnęłam na prywatne lotnisko Dworu. Wsiedliśmy w jedyny gotowy do startu samolot. Szukałam dobrego miejsca, gdy nagle stanęłam jak wryta.
- Co wy tu robicie?- spytałam, zbita z tropu.
- Twoja matka wymyśliła jakaś niespodziankę.- powiedział zdenerwowany Abe.- A wy?
- Chyba wpadłyśmy na ten sam pomysł.- zaśmiałam się, siadając naprzeciwko rodzicielki.
Dymitr usiadł obok nas. Między moimi rodzicami była napięta atmosfera. Widać, że to po ojcu nie lubię niespodzianki. Jedynie mogę je wybaczyć mężowi Lissie. Nikt inny nie ma do tego prawa. W pewnym momencie ukochany objął mnie ramieniem, a ja się w nie wtuliłam. Nagle Abe wstał i zaczął chodzić po pokładzie.
- Nie rozumiem, czemu jesteś taki spokojny?- rzucił oskarżycielsko w stronę Bielikowa.
- Bo wiem, że i tak nie dowiem się, gdzie nas wywożą, ale skoro Rose mówi, że mi się spodoba, to najpewniej tak będzie.- cmoknął mnie w skroń, a ja się bardziej w niego wtuliłam.
- Usiądź, bo się zmęczysz.- rzuciłam do ojca.
Myślałam, że mnie zabije, ale jednak zajął swoje miejsce.
- I przestań się złości na mamę, bo jak zobaczysz, co przygotowała, będziesz jej dziękował, że wciągnęła cię tu, pewnie siłą.
Abe nie wydawał się być przekonany, ale się uspokoił. Po chwili również objął narzeczoną i siedzieliśmy w miłej ciszy. Po kilku godzinach byliśmy na miejscu.
- To gdzie jesteśmy?- spytali równocześnie, a my parsknęłyśmy cichym śmiechem.
- Ja ci jeszcze nie powiem.- oświadczyłam.- A i musisz zasłonić oczy.
- To konieczne?- westchnął Rosjanin.
- Tak. Inaczej nie będzie niespodzianki.- poparła mnie Janine.
- Chyba nie chcesz powiedzieć, że ja też muszę?- żachnął się Abe.
- Kochanie nie przesadzaj. Będę trzymała cię za rączkę.- obie zaczęłyśmy się śmiać.
Dopiero teraz zauważyłam jak moja matka się zmieniła. Podobnie do Dymitra, zrzuciła z siebie trochę strażniczki. Panowie w końcu ulegli i zawiązaliśmy im apaszki na oczach. Wyszliśmy z lotniska, a strażniczka odnalazła zamówione auto. Pomogliśmy wejść panom do środka. Mojego ojca wyrzuciliśmy obok kierowcy, bo i tak był lekko na nas obrażony, a ja mogłam wtulić się w ukochanego i podziwiać widoki za oknem. Madryt wygląda pięknie nocą. Wszystko ciemne i tylko jasne punkciki układające się w jakiś budynek, most, albo cześć wesołego miasteczka. A najbardziej widowiskowy był stadion, przy którym się zatrzymaliśmy. Gdy opuściliśmy pojazd, zdjęłyśmy naszym mężczyzną apaszki.
- I co? Aż tak źle było?- spytałam, gdy nic nie powiedzieli.
- Roza, czy to...?
- Tak. Mecz o który się zakładaliśmy.- powiedziałam dumna.
Po chwili zostałam uwięziona w silnych ramionach.
- Jesteś najlepsza Roza.- ukochany podniósł mnie i zaczął się ze mną kręcić wokół własnej osi.
Gdy mnie odstawił, popatrzyliśmy na moich rodziców. Całowali się namiętnie, więc i tak wyszło na moje.
-Dziękuję Roza. Kocham cię.- mąż przytulił mnie od tyłu
Kiedy Abe przestał dziękować narzeczonej, poszliśmy zająć miejsca. Mecz trwał dwie godziny i Barcelona wygrała. Mój ojciec pysznił się jak paw. Szedł szczęśliwy z moją matką za rękę. Już się na nią nie gniewał.
- Głupie cipy nie umieją grać.- warknął strażnik.
- Ostatnio wygrał Madryt, z tego co pamiętam.- odezwał się wesoły Abe.
Przypomniałam sobie jak przed wigilią wróciłam z matką i Bielikównami z zakupów, a oni oglądali mecz. Wtedy mój ukochany wygrał zakład. Dobrze, że teraz się nie zakładali. I to staruszek przeklinał. Ile emocji może wywołać bieganie jedenastu ludzi za piłką.
- Nie martw się skarbie, następnym razem będzie lepiej. Nie ma co sobie nerwów strzępić na takie coś. I tak dobrze im szło.
- Masz rację Roza. Nie potrzebnie się denerwuję. I tak ta niespodzianka była cudowna. Dziękuję kochanie.- obrazu się uspokoił.
Zanim wsiedliśmy do samochodu, strażnik odciągnął mnie i pocałował namiętnie.
- Dziękuję Roza.
- Spokojnie towarzyszu. Podziękujesz mi, zaraz po tym jak będę cię pocieszać.- szepnęłam mu zmysłowo do ucha.
- A jak bardzo będziesz mnie pocieszać?- jego oczy zabłysły pożądaniem.
- To zależy, jak bardzo jest ci smutno.- przysunęłam się jeszcze bliżej męża. 
- Oj to jest mi bardzo smutno.- złapał mnie za biodra.
Od następnego pocałunku zakręciło mi się w głowie. Przemawiało przez niego wiele pożądania, ale i miłości.

ROZDZIAŁ 273

Mała wyszła, a ja jeszcze zajrzałem do dzieci. Były już przebrane. Nagle zaczęły płakać. No tak. Czas karmienia. Wziąłem naszą księżniczkę i przytuliłem. Wtuliła się mocno we mnie. Widać, że się bała. Wziąłem jedną z butelek z wcześniej odciągniętym mlekiem. Zjadła wszystko, ale nie chciała, abym ją odkładał.
- Spokojnie księżniczko. Już jesteście bezpieczni. Daj mi jeszcze nakarmić brata.
W końcu się trochę uspokoiła. Nakarmiłem Felixa i go też przytulałem. Jednak gdy chciałem wyjść, zaczęły krzyczeć. Śledziły każdy mój krok, gdy podszedłem do łóżeczek. Włożyłem oboje do nosidełek i zaniosłem do sypialni. Czyli dzisiaj robimy grupowe spanie. Położyłem nosidełka na łóżku i ostrożnie podniosłem Rozę. Zabrałem ją do łazienki i położyłem w wannie. Ostrożnie ją rozebrałem, a później nalałem do miski wody. Nie za cieplej, ale i nie za zimnej. Wziąłem gąbkę z mydłem i ostrożnie umyłem żonę. Gdy byłem przy brzuchu, otworzyła nagle oczy, rozglądając się czujnie. Poczułem jak się cała spięła.
- Cii... to tylko ja.- na mój głos się odprężyła, zamykając oczy.
Kontynuowałem przerwaną czynność, aż znowu nie doszedłem do brzucha. Skrzywiła się prawie niezauważalnie. Ale nie umknęło to mojej uwadze.
- Boli cię tu?- zacząłem delikatnie badać miejsce, które przed chwilą myłem.
- Nie.- skrzywiła się, gdy ścisnąłem mocniej.- Może troszeczkę. Ale prawie nie czuję.- próbowała mnie przekonać słodkim uśmiechem.
- W ogóle. Och, Roza, Roza.- pokręciłem zrezygnowany głową.
Umyłem resztę jej ciała. Ranne ramię obmyłem jedynie delikatnie wodą. Następnie, skoro nie spała, spłukałem pianę prysznicem. Przez cały czas czułem jej uważne spojrzenie na sobie. Gdy je odwzajemniałem z uśmiechem, ona też się uśmiechała. Jednak chwilę później poważniała i dalej patrzyła. W pomieszczeniu panowała miła cisza, którą przerwała.
- Co z dziećmi?- spytała.
- Wszystko w porządku. Ale strasznie się wystraszyły, więc zrobimy sobie rodzinne spanie.
Moja odpowiedź ją uspokoiła. Sięgnąłem po miękki ręcznik i dokładnie osuszyłem ciało żony.
- Kocham Cię, towarzyszu.-odezwała się, kiedy ją podniosłem.
- Ja ciebie też Roza. I masz mnie więcej tak nie straszyć.- chciała objąć mnie za kark, ale ranne ramię jej nie pozwoliło.- Oszczędzaj je Roza. Możesz usiąść?- spytałem, sadzając ją na półce w ścianie.
- Aż taką kaleką nie jestem.
- Ale jesteś dość mocno poturbowana.- zauważyłem, ale i tak ją puściłem, sięgając po jej koszulę nocną i majtki.- Czemu w takich walkach, to zawsze ty najbardziej musisz ucierpieć?
- Bo ty jesteś bardziej doświadczony i nie idziesz na żywioł.- stwierdziła, gdy ją ubierałem.
- Znowu stawiasz mnie na piedestale.
- Tak. I nigdy nie przestanę. Jesteś dla mnie idealny, a ja pragnę taka być dla ciebie.- przyznała.
Nie lubiłem, gdy mnie tak wywyższa. Jestem tylko człowiekiem i jak każdy popełniam błędy. Nie chcę, aby uważała mnie za kogoś niepokonanego, bo taki nie jestem. Chcę być równy jej.
- Dla mnie taka jesteś. A z czasem i ty nabierzesz doświadczenia. Po za tym, niekiedy do szpitala trafiają osoby bardziej doświadczone, niż ja.
- W takim razie, masz więcej szczęścia niż ja.- stwierdziła, gdy znowu wziąłem ją w ramiona.
- Z jednym muszę się zgodzić. Mam największe szczęście, bo znalazłem najcudowniejszą kobietę na świecie. Kocham cię Roza.- pocałowałem ją w czubek głowy i zaniosłem do łóżka.
Przykryłem ukochaną kołdrą, a ta spojrzała na dzieci. Uśmiechały się szeroko na jej widok. Oboje wyciągnąłem z nosidełek i położyłem koło mamy. Roza przytuliła Felixa.
- Widzicie, mamusia obiecała, że wróci z tatusiem i wróciła. Kocham was skarby.
- Serce rośnie na wasz widok.- każdego pocałowałem w czoło.
Na koniec nałożyłem jej świeży opatrunek.
- A teraz tato pójdzie się myć.- oznajmiłem i wróciłem do łazienki.
Po pięciu minutach gotowy wyszedłem z pomieszczenia. Moja żona rozmawiała z maluchami i Lili. Była dziwnie rozpromieniona.
- Patrz towarzyszu. Reagują na swoje imiona. Nastka.- zademonstrowała.
Dziewczynka popatrzyła na nią z uśmiechem.
- Felix.- spróbowałem.
Synek popatrzył na mnie i również szeroko się uśmiechnął. Zakluczyłem drzwi i położyłem się z resztą rodziny. Objąłem Rozę, która położyła się na mojej piersi i Lili, przytulną do mnie z drugiej strony. Dzieci leżały między mną, a Rozą, na naszych piersiach. Byłem bardzo szczęśliwy, że mam ich tu wszystkich razem.
- Dobranoc.- pożegnałem moją rodzinę.
- Dobranoc.- odpowiedziały moje panie, które szybko zasnęły.
Maluchom szło to gorzej. Trochę bawiły się ubraniem mamy i moimi przydługimi włosami. Roza ma rację, że muszę iść do fryzjera, ale nie jestem przekonany, co do jej włosów. Myśląc o tym, dotknąłem jej kosmyków, napawając się ich delikatnością. Ale w końcu to jej wybór. Przecież nie mogę zabronić jej dbania o siebie.po chwili zauważyłem, że jako jedyny jeszcze nie zasnąłem. A jeszcze chciałem się odwdzięczyć Rozie, za to jak mnie pokonała. Byłem z niej naprawdę dumny, ale jej zwycięstwo za bardzo mnie podnieca. Nie żeby nie podobało mi się, co robiliśmy później pod prysznicem. Boże, jak ja kocham tą kobietę . Czuję to bardzo mocno, zwłaszcza patrząc na nią w śnie. Taka słodka, krucha i bezbronne, a tak naprawdę ma wielką siłę, którą nieliczni mogą się pochwalić. Wiem, że umie każdemu skopać tyłek. A mimo to pragnę chronić ją do końca życia. Wolałbym oddać życie dla niej, niż żyć bez niej. Kiedyś tak nie było, a teraz... z każdym dniem, miesiącem, rokiem, coraz bardziej się od niej uzależniam. Nie mam pojęcia jak mogłem wcześniej żyć bez tej kobiety. Przecież to istne źródło mojego istnienia. Dzisiaj, gdyby nie pomoc z Dworu, nie udałoby się nam. Tak dużo, w tak krótkim dniu może się przytrafić. Człowiek jest zdolny do odczuwania tak różnych emocji w czasie doby, a to tylko dwadzieścia cztery godziny. A jednak. Już bardzo długo tak rozmyślam. Powinienem iść spać, bo będę nie wyspany. Pojutrze kończę urlop i aż do listopada będę pracował bez mojej Różyczki. Jestem pewny, że sobie poradzi, mimo że sama w to nie wieży. Nie chcę jej zostawiać samych, ale ma Lili, a tak zobaczy, jaka dobra z niej matka. Ja wiem, że lepszej dl moich dzieci to nigdzie nie znajdę. To już po drugiej. Dobra, teraz powinienem już na prawdę zasnąć. W sumie jestem przyzwyczajony. Zazwyczaj tak długo rozmyślam, choć moja ukochana dawno śpi. Zamknąłem oczy i dzięki wyćwiczonej dawno umiejętności, szybko zasnąłem. Jedna z naszych zasad mówi: "Śpij kiedy możesz, bo nie wiadomo, kiedy znowu będziesz mógł."

ROZDZIAŁ 272

DYMITR
Położyłem Rozę na sofie.
- Skarbie patrz na mnie.- błagałem.
Byłem cały roztrzęsiony. Gdyby nie wsparcie z Dworu, nigdy byśmy nie wygrali. Ale moja żona bardzo ucierpiała. Jej spojrzenie było oddalone i rozkojarzone. Ale nie poddawała się.
- Trzymaj się Kochanie. Wszystko będzie dobrze.- nie odrywałem od niej wzroku.
Klęczałem obok, trzymając jej zakrwawioną dłoń. Roza wciąż się uśmiechała, choć musiała bardzo cierpieć. Obok mnie ukląkł Clark Janes z apteczką. Chciałem mu ją zabrać, ale mi nie pozwolił.
- Lekarz nigdy nie leczy swojej rodziny. Jesteś cały roztrzęsiony, możesz jej jedynie zaszkodzić.
Miał rację. Roza patrzyła zdziwiona, to na mnie, to na dampira. Zrozumiałem o co jej chodzi.
- Skąd się tu wzięliście? Kto was powiadomił o ataku?- spytałem kolegę po fachu.
- To było dziwne, bo nagle do Główna Komenda Strażników wpadła królowa i kazała wysłać nas jak najszybciej do was.
Widać, że jest nowy na dworze, bo już po kilku miesiącach wszyscy używają skrótu GKS. Czyli, że królowa musiała wyczuć, co się dzieje, przez pocałunek cienia. Roza miała przytulne myślenie i nie od razu zrozumiała. Skrzywiła się, gdy dampir zaczął oczyszczać jej ranę. Oprócz rozerwanego ramienia, nie miała groźnych obrażeń. Trochę się uspokoiłem i również sięgnąłem po apteczką. Zająłem się tymi mniejszymi obrażeniami. Dotknąłem jej głowy, na co się skrzywiła. Szybko zabrałem dłoń. Będę musiał zabrać ją na tomografię. Gdy była już opatrzona, zaniosłem ją do sypialni. Nic jej nie groziło, tylko było strasznie wyglądało i dlatego zacząłem panikować. Położyłem ją na łóżku i chciałem odejść, gdy złapała mnie za dłoń. A raczej szturchnęła, bo była zbyt słaba, aby zacisnąć ręce. Pochyliłem się, łapiąc ją za dłoń i odgarniając z jej pięknej twarzy włosy.
- Nigdzie się nie wybieram Różyczko. Chcę tylko cię umyć.
Popatrzyła na mnie z miłością i lekko skinęła głową.
- Kocham cię.- cmoknąłem ją w czoło.
Poruszała ustami w bezgłośnej odpowiedzi, ale i tak ją zrozumiałem. W tej chwili ktoś zapukał do drzwi. Otworzyłem je. Do pokoju w biegła Lili i upadła na kolana obok Rose.
- Przyniosłem wam dzieci.- Aaron po drugiej stronie przejścia, podał mi dwa nosidełka.- Muszę ci o czymś powiedzieć. Miesiąc temu Królowa powiedziała o tym co się z wami stało. Chodzi o możliwość posiadania dzieci.
- Pczekaj.- wróciłem do środka i podszedłem do ukochanej.- Lili, zajmiesz się proszę dziećmi? Muszę coś załatwić, ale zaraz wracam.
Ostatni raz popatrzyłem na żonę i wyszedłem.
- Więc?- zachęciłem strażnika do kontynuowania, gdy schodziliśmy na dół.
- Tak jak mówiłem, wszyscy wiedzą o tym darze od sarny. Królowa przedstawiła pomysł zawarcia z nimi sojuszu.
- Jak na to zareagowali? To znaczy na mnie i Rose?- bałem się.
- Najpierw szokiem, a później uznali, że to nie normalne. Społeczeństwo podzieliło się na dwie grupy. Moroje chcą robić eksperymenty. Na was, dzieciach, a zwłaszcza Lunie. Ale Wassylisa zakazała tego. Dampiry pragną mieć dzieci, jednak plany pokrzyżował im sposób, w jaki mogą je zdobyć. Moroje chcą na pary dampirów nałożyć zakaz mienia dzieci, jeśli nie są w związku małżeńskim, a do przysięgi dołożyć ustęp, że będą chronić ich i uczyć tego samego dzieci. A za odejście ze służby przed emeryturą, kazać więzieniem. I są jeszcze inni, którzy uważają, że to kłamstwo i Rose cię zdradziła. Ale ich jest mało.
- To było kilka miesięcy temu. Co się dzieje teraz?
Dampir westchnął ciężko, pocierając dłonią twarz.
- Chcą zobaczyću was, dzieci i Sarnę. Królowa kazała mi też przekazać, ze jesteście potrzebni do zawarcia umowy z królestwem Luny bo jako jedyni ją rozumiecie, czy coś takiego. Myślę, że wkrótce wszystko ucichnie. Może uda się znaleźć dobre rozwiązanie. Ale mnie to nie interesuje. Wszystko już posprzątane, więc my będziemy się zbierać.
Razem podnieśliśmy się z kanapy. Aaron zebrał swoich ludzi, a ja każdego pożegnałem, dziękując za pomoc. Gdyby nie oni ,wszyscy bylibyśmy martwi. Wchodząc na górę, zastanawiałem się, jak powiedzieć o tym wszystkim Rozie i co ten atak znaczył. Zazwyczaj strzygi atakują pojedynczo lub w małych grupach. A tu było ich 48. Tak, policzyliśmy. To naprawdę podejrzane. Wszedłem do pokoju.Rose spała, tak gdzie ją zostawiłem, a Lili przy niej ciągle siedziała. Położyłem jej rękę na ramieniu. Dziewczynka odwróciła się i zobaczyłem, że płakała. Kucnąłem i ją przytuliłem. Na nowo się rozpłakała.
- To było straszne, Dymitr. Bałam się, bardzo się bałam.
- Spokojnie, już po wszystkim. Nikt nie zrobi ci krzywdy, nie pozwolę na to.
- Aż do kolejnego ataku? Myślałam, że stracę was jak mamę i znów zostanę sama.- ból w jej głosie łamał mi serce.
- Taki nasz zawód. Lili, obiecasz mi coś?- popatrzyła na mnie swoimi oczami.- Gdyby mi albo Rozie coś...coś się stało lub my... zgi....- nie chciało mi to przejść przez gardło.- nie wrócimy, zaopiekujesz się naszymi dziećmi?
Ciężko było mi prosić o to dziewięciolatkę, ale nigdy nie wiadomo co się stanie. Do jej oczu napływały nowe łzy, więc znowu ją przytuliłem.
- Będą dla mnie, jak własne.- wyszeptała.
Odsunąłem ją od siebie i popatrzyłem na jej twarz. Minę miała tak smutną, że aż sam poczułem pieczenie pod powiekami.
- Hej, kochanie, my tu jeszcze jesteśmy. Spokojnie nikt nie zrobi ci krzywdy, póki my żyjemy. Obiecuję ci to. Rozumiesz?
Pokiwała głową, a ja otarłem jej mokre policzki.
- Teraz idź się umyj, a ja w tym czasie wyszukuję nas do spania. Jesteś głodna?- zaprzeczyła głową.- Dobrze. Jak chcesz możesz spać z nami. A teraz przestań płakać, bo nic się nie dzieje.- cmoknąłem ją w czoło i wstałem.

piątek, 30 września 2016

ROZDZIAŁ 271

- Lili, zbieraj się. Idziemy na trening.- oznajmił mój mąż.
Dziewczynka bardzo się ucieszyła. Szybko pobiegła na górę, przebrać się w strój do ćwiczeń, a my z dziećmi poszliśmy na górę. Nakarmiłam je, gdy Dymitr się przebierał, a później się zamieniliśmy i on usadził brzdące w nosidełkach. Szybko związałam włosy, założyłam leginsy oraz wygodną koszulkę i zeszliśmy na dół. Dampirzyca już czekała.
- To idziemy?- niecierpliwiła się.
- Jasne. Tylko mamy dla ciebie niespodziankę.- uśmiechnęłam się znacząco do strażnika.
Lili otworzyła szeroko oczy.
- Taki spóźniony prezent urodzinowy.- dodał Rosjanin.
Razem wyszliśmy na ogród.
- A co tu się stało?- wystraszyła się młoda.
- Spokojnie, wszystko jest zaplanowane.- uspokoiłam ją.- Tu będzie ogród, ale będziesz musiała nam pomóc przy niektórych rzeczach. A teraz czas na prezent.
Zaprowadziliśmy ją pod drzewo, zasłonięte prześcieradłami. Mój ukochany podszedł bliżej.
- A teraz uwaga! Wszystkiego najlepszego Lili- zawołał, ściągając zasłonę.
Gdy materiał spadł na ziemię, naszym oczom ukazał się domek w kolorze orzechu. Dampirzyca nie mogła wydobyć z siebie głosu. Patrzyła na to z otwartymi ustami. W końcu się ocknęła.
- Sami to zrobiliście? Jest śliczny. Dziękuję.- przytuliła nas mocno.- Kocham was.
Pobiegła w jego stronę.
- A trening?- spytał mój mąż.
Dziewczynka zatrzymała się w pół kroku i ze zwieszoną głową zaczęła wracać.
- No idź się bawić.- uśmiechnął się i mnie objął.
Lili na nowo odzyskała humor i weszła do domku i po chwili zapaliło się w nim światło. A my dołożyliśmy dzieci jak ostatnio na koc i sami na nim usiedliśmy.
- Nie ładnie się tak droczyć z małą dampirzycą. Zwłaszcza jeśli ma geny mojego ojca.- zaśmiałam się.
- I tak mi nic nie zrobi.- wzruszył ramionami, zabierając córeczce znaleziony kamyk.- Zostaw kamyczka. Kamyczek jest be.
- Kiedyś ci się za to odpłaci.- ostrzegłam go.- Słodko razem wyglądacie.
- Słyszałaś księżniczko? Tatuś ci pasuje.- Nastka się ucieszyła.
- Raczej to ona pasuje tatusiowi.- zaśmiałam się, a Dymitr mi zawtórował.
Po grzechotałam synowi grzechotką przed buźką. Chłopiec chciał ją złapać, ale ja odsuwałam zabawkę i przysuwałam,co jeszcze bardziej go bawiło. Nagle zrobiło mi się niedobrze. Wiedziałam co to znaczy.
- Strzygi.- szepnęłam.
Strażnik usłyszał. Zerwaliśmy się, wyciągając sztylety. Otoczyliśmy dzieci, które już się nie śmiały. Zdezorientowane i lekko przestraszone, rozglądały się dookoła. Światło w domku na drzewie zgasło, a do barierek wybiegła Lili. Gestem kazałam jej tam zostać. Zostaje mi mieć nadzieję, że posłucha. Mój żołądek kręcił coraz więcej fikołków.
- Ich jest dużo. Bezpieczniej będzie ukryć dzieci w domu.- podsunęłam.
Rosjanin kiwnął głową. Podnieśliśmy dzieci i wbiegliśmy do budynku. Położyliśmy je w kojcu i zamknęliśmy z psem.
- Bianka pilnuj.- rozkazałam.
Nie sądziłam, że posłucha, ale ona przybrała bojową postawę szczekając. Nie wiem ile z tego dociera do dzieci, ale one zaczęły płakać, patrząc na nas. Suczka się tym zainteresowała i zaczęła je lizać oraz przytulać.
- Spokojnie. Mamusia i tatuś wrócą. Obiecuję.- powiedziałam im.
- Rose.- zawołał mnie ukochany.
Na nowo dobyłam sztylet i pobiegłam za nim na dwór.
- Zostań tu, a ja pójdę do Lili.- zarządził, na co przytaknęłam.
Z lasu zaczęły wyłaniać się czerwone oczy. Mąż chciał iść, ale go złapałam za ramię. Popatrzył na mnie pytająco.
- Uważaj na siebie.- poprosiłam.
- Ty Roza też.- puściłam go i poszedł pod drzewo.
W napięciu czekałam na chwilę ataku. Myślałam, że kilka strzyg rzuci się na męża, a reszta na mnie, jednak się pomyliłam. Wszystkie od razu zaatakowały strażnika. Nie zwlekając pobiegłam w ich kierunku i zaatakowałam pierwszą z brzegu. Nie usłyszała mnie, więc od razu ją zabiłam, zanim zauważyła, że ktokolwiek ją atakuje. Szybko zaczęłam zabijać kolejne strzygi, zanim się spostrzegły, co się dzieje. Jednak inne zrozumiały, że są atakowane z dwóch frontów. Następni przeciwnicy już się bronili, lub atakowali po kilku na raz. Zauważyłam, że czym bardziej zagłębiałam się w grupę napastników, tym bardziej doświadczeni byli. Czyli, że Dymitr ma najsilniejszych przeciwników. Każda walka była coraz trudniejsza, nie tylko przez siłę wrogów, ale i moje własne zmęczenie. Potworów było chyba z trzydzieści. W końcu dotarłam pod drzewo. Mąż zobaczył mnie i poszedł walczyć na drugą stronę. Pojedynek z każą strzygą trwał dobre kilka minut. Jedna zaczęła wspinać się na drzewo.
- A ty gdzie się wybierasz?-  ściągnęłam ją za ubranie na ziemię i obcięłam jej głowę, zanim się podniosła.
Nie wiem ile tak walczyliśmy, ale powoli traciłam siłę.
- Roza, nie damy rady ich pokonać.- mój mąż znalazł się za moimi plecami.
- A co innego mamy robić?- spytałam.
W tym momencie rzucił się na mnie jeden z potworów. Prawie się obroniłam. Prawie. Kopnął mnie w brzuch i powalił na ziemię. Chciałam się podnieść, ale jego pazury wbiły mi się w ramię i je rozdarło. Czułam ciepłą ciesz spływającą mi po ręce. Ból był niesamowity. Zacisnęłam zęby, aby go nie czuć i wstałam, zataczając się. Mój mąż już zabił mojego przeciwnika i w gniewie, zabijał resztę jak prawdziwy bóg. Po chwili odpoczynku, którą dał mi jego szał, wróciłam do walki. Tylko, że byłam osłabiona i zyskiwałam kolejne obrażenia. Po mocnym koniaku w brzuch, uderzyłam w drzewo i mroczki zaczęły latać mi przed oczami. Jak przez mgłę docierały do mnie obrazy walki i inne głosy. Kolorowe kleksy walczyły w kilku miejscach. Dymitr się podzielił, czy to strzygi walczą między sobą. Po chwili zobaczyłam piękne oczy, w które miałam ochotę widzieć do końca życia. Coś czuję, że do tego mi nie daleko. Ale nie mogę się poddawać. Dla tych oczu.
- Roza!- poczułam, że mnie podnosi.- Błagam nie zamykaj oczu!- krzyczał z desperacją.
Czemu on tak panikuje? Przecież żyje. Może trochę chce mi się spać, jednak wiem, że nie mogę.
- Kocham Cię towarzyszu.- wysiliłam się uśmiech, ale w jego oczach pojawił się strach i łzy.
- Nie żegnaj się ze mną, Roza. Będzie dobrze. Nie zostawisz mnie.- głos mu się łamał.
- Wiem.- szepnęłam, bo miałam coraz mniej siły.
- Ja tiebia liubliu Roza.- szepnął, patrząc mi głęboko w oczy.
W tym jednym zdaniu, przekazał mi siłę, miłość i moc. Wierzył we mnie. Muszę przeżyć. Dla niego i dzieci.

czwartek, 29 września 2016

ROZDZIAŁ 270

Pożegnanie z Bielikowami jak zwykle było długie i wylewane. Łuka płakał, że nie chce wyjeżdżać, dopóki nie obiecaliśmy, że weźmiemy go, Zoję i Pawkę na tydzień wakacji. Trochę się uspokoił, ale przytulał nas z dziesięć minut. Polało się wiele łez. Nawet Wiki, tak podobna charakterem do brata, ryczała, gdy tylko wziął ją w ramiona. Starałam się być twarda, ale i tak jedna czy dwie łezki poleciały. Co ja mówię. Płakałam jak bóbr, żegnając się z każdym. Bardzo zżyłam się z tymi kobietami i ich dziećmi. Jeszcze długo staliśmy i patrzyliśmy w miejsce, gdzie zniknęli nasi goście na odprawie.
- Chodźcie dzieci, czas wracać.- odezwał się Abe, po minutach ciszy.
Przytaknęliśmy i poszliśmy za nim.
- Nie martw się towarzyszu. Za niedługo ich zobaczymy.- powiedziałam, bo mój ukochany był jakiś nieobecny.
- Nie to mnie martwi. Wiesz, że nie będę już mógł wziąć wolnego w wakacje.- zauważył.
- Wiem, ale to nie szkodzi.- wsiedliśmy do auta.- Ja będę cały czas w domu, a ty będziesz wracał.
- Nie żal ci służby, gdy wiesz, że ja mogę, a ty nie?- spytał zatroskany.
A więc to go martwi. Ma poczucie winy, że on pracuje, a ja siedzę w domu, choć to o pracy marzyłam całe życie.
 - Może trochę,-przyznałam.- ale wytrzymałam prawie rok, więc wytrzymam jeszcze trochę.
- Bo zawsze to ja mogę zostać w domu, a ty będziesz pracować.- zaproponował.
- Jednak wolę, żeby z nas dwojga to ty pilnował na razie Lissy.
- Nie chcesz być strażniczką?- zdziwił się.
- Chcę! Oczywiście, że chcę. Ale muszę ochłonąć po ciąży. Nie zauważyłeś, że od pewnego czasu jestem rozkojarzona i wrażliwa?
- No tak trochę.- odpowiedział wymijająco.
Popatrzyłam na niego spode łba.
- Póki się nie ogarnę, bardziej ufam tobie, niż sobie.
- Cieszy mnie to.- objął mnie ramieniem, a ja się wtuliłam w jego bok.
Spojrzałam na dzieci, które uśmiechały się do nas. Dymitr podążył za moim spojrzeniem.
- Co maluchy? Lubicie. Gdy tatuś przytula mamusię?- spytał, a one za gaworzyły radośnie.
- A tatuś lubi przytulać mamusię?- przeniosłam wzrok na ukochanego.
- Uwielbiam.- przyciągnął mnie bliżej siebie, a w jego oczach widziałam miłość.
Pod willą ojca wsiedliśmy z samochodu, ale uznaliśmy, że czas wracać do domu. Przenieśliśmy się do naszego auta. Lili z dziećmi usiadła do tyłu, pies w bagażniku, a my z mężem z przodu. Jechaliśmy w przyjemnej ciszy. Ukochany puszczał moje kolano, tylko żeby zmienić bieg. Ciepło, które promieniowało z jego ręki, działało na mnie kojąco i błogo. Gdy dojechaliśmy dzieci już spały.
- Lili, pomożesz mi z maluchami, gdy Dymitr będzie robił obiad?- poprosiłam siostrę.
- Jasne.- wzięła od strażnika Nastkę i poszłyśmy na górę.
- Rose, a jak to jest wychowywać się w akademii?- spytała, kiedy myłyśmy dziewczynkę.
- Nikomu bym tego nie życzyła, choć Dymitr mówi, że to ukształtowało mój charakter, za który tak bardzo mnie kocha. Nikt nie powinien mieć takiego dzieciństwa, jednak wiele dampirów podziela mój los. Zazwyczaj są dziećmi strażniczek, dla których praca jest ważniejsza praca od rodziny. Ale jest też druga część społeczeństwa dampirów, niestety potępiona. Do niej zalicza się rodzina Dymitr. Są to kobiety, które zrezygnowały ze służby, na rzecz dzieci. Osoby pochodzące z takiego domu mają lepsze dzieciństwo, niż dzieci sławnych strażników. To taki paradoks.
- Co to paradoks?- spytała, wybierając ubrania dla siostrzenicy.
Ja ją w tym czasie wycierałam i nacierałam olejkami. Czasami zapomniałam, że rozmawiam z dziewięciolatką.
- Paradoks to... Jakby to powiedzieć? To są takie sprzeczności. Na przykład coś co jest cenne dla życia, może być tanie, a to co jest całkowicie zbędne jest drogie. Albo, jak powiedziałam, to że dziecko kogoś sławnego twierdzi się, że ma lepiej, a wcale tak nie jest.
- Czyli jak prawda jest inna niż się myśli ogólnie?- próbowała zrozumieć.
- Tak. To dobra myślenie.- pochwaliła, na co mała się rozpromieniła. Ile w tym dziecku radości.
-Dziewczyny!- usłyszałam krzyk z dołu, akurat, gdy przebrałam po kąpieli Felixa.
- O! Tatuś chyba skończył pichcić obiadek.- powiedziałam do uśmiechniętego chłopca, podnosząc go.- Chodź słoneczko. Lili dasz radę nieść Nastkę?
- Poradzę.- wzięła z naszego łóżka dampirzycę, a ta objęła ją za szyję, bawiąc się jej włosami.
Razem zeszliśmy na dół i zostawiłyśmy dzieci w kojcu, a suczka biegała nam między nogami.
- Właśnie, masz dla niej imię?- popatrzyłam na siostrę, dając zwierzakowi świeżą wodę i karmę.
- Tak.- powiedziała dumnie.- Bianka.
- O! Ładnie.- uznałam z uśmiechem.
- Bardzo.- dodał mój mąż, zabierając resztę obiadu i niosąc do jadalni.
- Chodź, pomożemy mu.
Sięgnęłam do górnej szafki po szklanki, a Lili ostrożnie wyciągnęła z lodówki dzbanek koktajlu bananowo-jabłkowo-pomarańczowego. Postawiła go na blacie i się zamieniłyśmy. Zniosłam napój do jadalni, na cześć stołu, przy której zajęliśmy miejsce. Dymitr przygotował smażone ryby w panierce, do tego warzywa na parze i młode ziemniaki. Wszystko było pyszne i zniknęło szybciej, niż się pojawiło. Przy nim przerzuciłam się na bardzo zdrowe jedzenie, zwłaszcza gdy byłam w ciąża. Ciągle jakieś warzywa, owoce i mięso z dużą ilością białka. I tak już nam zostało.
- To zaraz idziemy na trening, prawda?- spytała Lili, gdy odpoczywaliśmy w salonie.
- Słońce, daj nam odpocząć. Dopiero ci zjedliśmy, a wysiłek po przejedzeniu jest niedobry i mało efektowny.- kolejna lekcja typu Zen mojego męża.
On leżał na dywanie, a na nim Córeczka. Ja z synem bawiłam się samochodzikiem, który chłopiec bardzo chciał złapać. A gdy już go miał, rzucił, a ja musiałam przynieść. Na szczęście nie leciał daleko, bo największe zdolności fizyczne maluchów, to leżenie na brzuchu i robienie foczki. Wymieniłam zabawkę na piłkę, ale ją goniła Bianka i nie chciała oddać. Lili przyłączyła się do zabawy i próbowała zabrać suczce piłeczkę, ale ona uciekała po całym domu. Aż Dymitr się podniósł z Anastazją, a następnie położył obok Felixa. Dziewczynka śmiała się i cieszyła, tak jak jej brat, a mój ukochany, razem ze szwagierką gonili psa. Gdy ją otoczyli, wypuszczała z ust zabawkę, merdała ogonem i szczekała, zachęcając do zabawy, a później znowu uciekała. Kiedy na to patrzyłam, uświadomiłam sobie, jak wielkie mam szczęście. Mimo, że w tym domu nigdy nie będzie spokojnie, to kocham to co mam i nie zamieniłabym na nic innego. Z zamyślenia wyrwał mnie synek, podnoszący z podłogi klocek i uderzając nim o podłogę. Obok leżała Nastka, i bawiła się grzechotką. Reszta rodziny dalej męczyła się z piłkokradem. Ale w końcu został złapany przez strażnika. Lili znalazła jakaś linę i przyciągała się na nią z suczką, a my wzięliśmy dzieci i się z nimi bawiliśmy. Dymitr pokazywał córeczce, jakieś zabawy paluszkowe z Rosji. Felix opierał się o mój brzuch, przytulając misia. Podniosłam go i przytuliłam. Podeszłam do męża i usiadłam koło niego.
- Kocham naszą rodzinę.- przyznałam, kładąc synka naprzeciwko siostry.
- Ja też.- Rosjanin objął mnie ramieniem i pocałował w czoło.- A zwłaszcza dlatego, że tworzę ją z tobą.
Oparłam głowę, o jego ramię i patrzyłam na moich najbliższych. Jestem bardzo szczęśliwa.

środa, 28 września 2016

ROZDZIAŁ 269

Wzięliśmy dzieci i ruszyliśmy na górę. Najpierw zajęliśmy się maluchami, a później sobą. Nie myliłam się. Gdy tylko chciałam zamknąć drzwi od łazienki, pojawił się w nich mój wojownik. Zakluczył drzwi i przyparł mnie do kafelek. Całowaliśmy się mocno i żarliwie. Dymitr złapał mnie za pośladki, a ja objęłam go nogami w pasie, wkładając dłonie w jego długie włosy. Mruczał z zadowolenia, gdy przeczesywałam mu kosmyki palcami. Za to ja jęknęłam, gdy ścisnął moje pośladki. Wtedy darowałam sobie jego włosy i zajęłam się koszulką, która po chwili leżała gdzieś w kącie. Dymitr postawił mnie na ziemi i zrobił z moją to samo. Zszedł pocałunkami mi na szyję, a ja męczyłam się z jego spodniami. Gdy moje opadły ma dół, ukochany wrócił wargami, do moich ust. Cała płonęłam pod jego dotykiem, gdy dłońmi jeździł mi po plecach, brzuchu i biodrach. Szybko pozbyliśmy się naszych ostatnich części garderoby i weszliśmy do kabiny prysznicowe. Ukochany odkręcił wodę, a ja wciąż nie wierzyłam, że stoimy przed sobą naguścy. Tak bardzo oddałam się wspomnieniom, że czułam się jakby to miał być mój pierwszy raz. Mąż znowu mnie podniósł i oparł o ścianę, wchodząc we mnie niespodziewanie. Mój jęk rozkoszy został stłumiony przez gorące wargi. Rosjanin poruszał się we mnie coraz szybciej, aż poczułam szczyt szczęście i oblało mnie spełnienie, w tym samym czasie co Bielikowa. Bez siły oparłam się o jego ramię i tak staliśmy. Nie było słychać nic, poza uderzającymi kroplami wody i naszymi przyspieszonymi oddechami. Chciałam tak trwać wiecznie. 
- Ja tiebia liubliu Roza.- usłyszałam cichy szept przy uchu.
- Ja tiebia toże liubliu tovarishch.- wysapałam, zmęczona, ale i szczęśliwa.
Dymitr powoli wyszedł ze mnie, a ja jęknęłam niezadowolona z uczucia pustki.
- Też bym chętnie to powtórzył, kochanie, ale nie mamy czasu.
- To umyj mnie, ty nie wyżyty Tygrysie.- podałam mu żel pod prysznic.
Ukochany zaśmiał się i nadał sobie płyn na dłoń. Zakręciłam wodę i zrobiłam to samo. Zaczęliśmy się nawzajem myć. Nie mogłam się powstrzymać i go pocałowałam. Nie oderwaliśmy się do chwili wyjścia z pod prysznica. Następnie wytarliśmy się nawzajem i zajęliśmy swoimi sprawami. Ja, po ubraniu się, wysuszyłam włosy i zrobiłam makijaż, a strażnik posmarował się swoją wodą kolońską i przyglądał mi się. Mamy tu wszystkie nasze kosmetyki, bo dość często zdarza nam się tu nocować. Zazwyczaj tak niespodziewanie.
- Przydało by nam się iść do fryzjera.- zagadnęłam, nakładając brązowy cień na powieki
- Po co?- mąż błyskawicznie znalazł się przy mnie i dotknął moich włosów, jakby sprawdzał czy są na miejscu.
- Skarbie, też bardzo lubię swoje włosy, ale moje końcówki aż proszą się o ścięcie. A twoje niedługo będą dłuższe niż moje.
- Nie przesadzaj Roza. Twoje włosy są piękne. A ze swoimi mogę iść, jeśli tak bardzo na tym zależy.
- Kochanie, one kiedyś odrosną. A jeśli będą ścinane co miesiąc, taką odrobinkę,- pokazałam na palcach.- nie dość, że będą zdrowsze, to urosną szybciej. No proszę Dymitr. To mało, nawet różnicy nie zobaczysz. A jakie później będą piękne.- próbowałam go przekonać.
- Jakoś wcześniej ci to nie przeszkadzało.- starał się odwieźć mnie od tego pomysłu.
- Bo nie miałam czasu, ani okazji. W akademii nie było takiej możliwości, a tak to ciągle musiałam być przy Lissie.- skończyłam nakładać szminkę.- Gotowe. To idziemy?
Ukochany wyciągnął do mnie dłoń, którą chwyciłam i wyszliśmy z łazienki. Wzięliśmy dzieci i ruszyliśmy na dół.
- Nie wiem Roza.- wahał się.
- To jedyna szansa, abyś poszedł ze mną, bo potem zaczniesz służbę i będę musiała iść sama.- zrobiłam smutną minę.
- No dobrze, zgoda.- poddał się.- Ale nie obetniesz za długo?
- Najmniej jak się da.- obiecałam.- To zadziwiające, jak często łamiesz swoją najważniejszą zasadę.
- Moją najważniejszą zasadą jest kochać i chronić cię.- ścisnął mocniej moją dłoń.
- To drugą najważniejszą. Często się wahasz.- zauważyłam.
- Ale nie w walce. Tam nie ma na to czasu. Jednak w życiu trzeba czasem się zatrzymać i zastanowić. Rozważyć wszystkie za i przeciw. A później wybrać najlepszą decyzję. No zazwyczaj najlepszą.- poczułam się, jakbyśmy znowu byli w szkole, a on mnie uczy.
- Wybrałeś kiedyś złą?- zaciekawiłam się.
- Kiedy coraz częściej przyłapywałem się na myśleniu o tobie, dałem sobie spokój z próbą zahamowania myśli. Często w nocy oddawałem się przyjemności i relaksu, gdy moje myśli leciały do ciebie. Jednak musiałem się przygotować do tego, aż będę musiał odpowiedzieć na pytanie, co dalej. Nie mogłem z tobą być, a chciałem. I po wielu nocach podjąłem decyzję. Myślałem, że najlepszą. W sumie wątpiłem, że możesz mnie pokochać. Najwyżej zauroczy cię mój wygląd i umiejętności, jak większość kobiet. Ale...
- Ale strażnik Bielikow przygotowany na wszystko.- wtrąciłam się ze śmiechem.
- Powiedzmy. Choć to co się stało po naszej walce na dziedzińcu, ta nagła zmiana w twoim zachowaniu, po zaledwie kilkunastu minutach, w których się nie widzieliśmy i to jak się to potoczyło dalej, kompletnie mnie zaskoczyło. Na coś takiego, nie byłem przygotowany.
- A jednak i tak świetnie sobie poradziłeś.- powiedziałam znacząco.
- To ty tak na mnie działasz.- szepnął mi do ucha, gdy zeszliśmy na dół. Doskonale zrozumiał, do czego piłam.
- No nareszcie. Ile można czekać?- Abe był wyraźnie zniecierpliwiony.
- Gdyby plysnice były wienkse, ciocia i wuja mogliby iść siem kompać razem i było by sybciej.- wtrącił z poważną mną Łuka.- Ja i Zoja nekedy tak robimy i jeśt o wiele sybcej.
- Myślę, że skorzystali z tej opcji, dlatego tak długo im to zajęło.- ojciec przeszywał nas wzrokiem.
- Ja się ciebie nie pytał, co razem z mamą robiliście po naszej rozmowie.
- A szkoda. Bo twoja matka jest cudowna, taka wspaniała i to...
- Dosyć bo się zaraz porzygam. Nie wnikam w życie innych, a zwłaszcza w tą strefę.
- Jak wolisz.- Abe wzruszył ramionami i wsiadł do auta.
- Chodź Roza.- Dymitr pociągnął mnie do drugiego auta.

wtorek, 27 września 2016

ROZDZIAŁ 268

Pierwsze dwie rundy były dla naszych przeciwników. Pierwszą flagę zdobył Dymitr, a drugą, Łuka w zespole z Abem, osłaniany przez Dave'a i Larego. Jednak to było planowane. Dużo ryzykowałyśmy, mając nadzieję, że będą z byt pewni siebie. Ja niestety musiałam dać z siebie wszystko, aby Dymitr nie nabrał podejrzeń. Więc jakie było ich zdziwienie, gdy w następnych rundach, flagi zabrały Janine oraz Zoja z moją pomocą. Tak więc jest remis, dwa do dwóch. Od następnej rundy, zależy kto wygra. Poszliśmy na siebie. Wiki walczyła z Hansem. Jest chyba jakimś początkujący, bo go szybko pokonała. Karolina i Sonia wspólnie powaliły Kaya. Jednak nie miały szans z Larym i Davem. Abe wolał trzymać się zdala od walki i nie zauważonym przejść pod bazę, ale moja matka mu na to nie pozwoliła. Olena po dłuższej chwili pokonała Pawkę, a mój ukochany starł się z Wiktorią. Oczywiście to on wygrał. Zauważyłam biegnącego na mnie Łukę. Złapałam go i zaczęłam łaskotać. Niby dzieci, to trzeba dać szansę, ale to już jest grą o zwycięstwo. Tak samo uważał Dave, który bez skrępowania powalił małą Zoję. Dymitr pokonał Lili, co nie było zaskoczeniem, a później zaatakował moją matkę. Na mnie za to natarli dwaj pozostali strażnicy ojca. Po dłuższej wymianie ciosów, leżeli na ziemi. W drużynie przeciwnej został tylko Bielikow, a u nas.... ja?!
- To teraz się zabawimy Roza.
No to będzie ciekawie. Ode mnie zależy, czy wygramy dzień życzeń, czy przegramy cztery godziny patrzenia jak jedenaście ludzików biega za piłką, a i tak nie dadzą radę. Przypomniałam sobie wszystko, czego mnie nauczył, jego styl, nasze każde starcie na treningach, a przede wszystkim walkę podczas zajęć polowych, gdy pierwszy raz go pokonałam. I miałam zamiar to teraz powtórzyć. Staliśmy mierząc się wzrokiem. Najpierw zaczęliśmy się okrążać, ale w porę zrozumiałam, że chce mnie wyminąć i biec po flagę. Nie pozwoliłam mu i zaczęłam być jego lustrzanym odbiciem. Sama mogłam zrobić to samo, ale nie miejmy złudzeń, nie pokonam go tak. Zostało mi bezpośrednie starcie. Ukochany natarł na mnie. Uniknęłam ciosu i sama zaatakowałam. Jednak on też się obronił. Wymieniliśmy się ciosami. Dymitr był szybki, bardzo szybki. Raz to atakowałam, a raz przechodziłam do ataku. Zdawało się, że strażnik umie przewidzieć każdy mój ruch. Ale ja również go znałam. Próbowałam to wykorzystać. Powtarzałam sobie "już raz go pokonałam". Oboje dawaliśmy z siebie wszystko. Puls mi przyspieszył z wysiłku, a na czole skroplił się pot. Mąż natarł na mnie całym ciałem, a ja jakimś cudem odparłam jego atak, ale się zachwiałam. Poczułam się, jakbyśmy znowu byli na dziedzińcu. I postanowiłam go pokonać tak samo. Tylko, że nie mogłam upaść na ziemię. Bielikow pociągnął mnie na dół, ale ja zawisłam na jego ręce i kucnęłam. Jednak on też pamiętał tę walkę. Gdy chciałam uderzyć go łokciem obronił się. Ale zobaczyłam inną możliwość. Wyprostowałam się błyskawicznie i podcięłam mu nogi. Tego się nie spodziewał. Zachwiał się, a ja go przytuliłam i razem upadliśmy. Usiadłam na nim i patrzyłam z wyższością. Wszyscy klaskali, a Dzieciaki piszczały uradowane i przybiegły mnie przytulić. W oczach Abe'a widziałam dumę i sama byłam zdziwiona, jak bardzo mi na tym zależało. Zawsze chciałam poznać swojego ojca i poczuć się jak córka, z której może być dumny.
- Brawo ciocia.- wolały malce, rzucając się na mnie i przywracając na trawę.
- To było niesamowite.- zachwycała się Lili.
Wstałam i pomogłam wstać ukochanemu. Wtedy on mnie powalił i teraz to ja leżałam pod nim.
- Wieczorem ci się odpłacę.- mruknął seksownym głosem, prosto do mojego ucha.
Przejechałam palcem po jego szyi i zobaczyłam gęsią skórkę. Popatrzyłam mu w oczy, w których zapłonęło pożądanie. Do mnie również dotarły emocje z walki. Tak samo jak rok temu, na dziedzińcu, zapragnęłam być z nim sam na sam. Ale tak samo nie mogłam.
- Już nie mogę się doczekać.- mruknęłam obejmując mu jedną ręką szyję i przyciągając go do siebie.
Pocałowałam Rosjanina delikatnie, ale on pogłębił pocałunek.
- Dobra dzieciaki.- przerwał nam Abe.- Kończcie te Amory, bo musimy za pół godziny wyjechać, jeśli nie chcemy spóźnić się na samolot.
Oboje spojrzeliśmy na mojego ojca, a później wróciliśmy do siebie, pełni pragnienia i pożądania.
- Gdyby nie oni wszyscy, wziął bym cię tu i teraz.- szepnął i podniósł się ciągnąć mnie za sobą.
Te słowa całą mnie rozpaliły. W dodatku uświadomiłam sobie, że nie miałabym nic przeciwko. Wciąż przytulona do boku mojego mężczyzny, próbowałam unormować oddech.
- To kiedy się znowu spotykamy, na nasz dzień?- spytała zaczepnie Sonia.
- Ale ci dała lanie braciszku.- zaśmiała się Karolina.
- Po prostu woli silniejsze kobiety.- zawtórowała jej Wiktoria.
- Dosyć już.- przerwał im Dymitr.- Abe ma rację trzeba się szykować.
- WOW! Skarbie, przyznałeś staruszkowi rację. Trzeba to gdzieś zapisać.- dołączyłam do jego sióstr.
- Bardzo śmieszne Roza. A teraz chodź. Trzeba się odświeżyć po walce.
Nie wiem, czy mi się wydawało, czy w tym zdaniu usłyszałam obietnicę?

poniedziałek, 26 września 2016

ROZDZIAŁ 267

- Dzień dobry wszystkim.- przywitałam się wchodząc do jadalni.
Abe prawie że podskoczył na dźwięk mojego głosy. Jednak szybko się ogarnął i zachował twarz. Janine siedziała i popijała kawę. Nic by nie świadczyło o tym, że do czegoś między nimi zaszło, gdyby nie jej delikatny uśmiech, ukradkowe spojrzenia rzucane ojcu i to, jak moroj ckliwie głaskał jej dłoń. Reszta w spokoju jadła jajecznicę. Pod ścianą, pochylona nad miską stała suczka. Oddaliśmy Soni syna, a sami dostaliśmy dzieci od Karoliny i Wiktorii. Usiedliśmy obok Lili, która dłubała widelcem w swoim talerzu. Wydawało się, że nic nie jadła.
- Coś się stało Lili?- zaniepokoiłam się.
- Nie.- wyprostowała się na krześle i zaczęła jeść.- Po prostu myślę.
- Ciocia nie myśl tyle, bo ci będzie dymek z głowy leciał.- szczerze zmartwiła się Zoja.
Wszyscy zdziwieni popatrzyli na nią, a mała, jakby nigdy nic, wróciła do jedzenia.
- Nie wiem, skąd ona bierze te pomysły.- starsza siostra Dymitra opuściła ręce zrezygnowana.
- Kiedyś jak byłam na spacerze z Ciociom Soniom, to jakiemuś panu leciał dym z ust. A jak jakaś kobieta spytała go co robi, to powiedział, że myśli.
Wszyscy zachichotali.
- A wuja i ciocia zgodzyli sie być śmokami.
- Ale ja dosłam do wniosku, ze nie mogę być zamknienta w wiezy.- oznajmiła Zoja.
- Czemu?- zdziwił się Pawka.
- Bo ksienznicki zamkniente w wiezy nie chodzam do kosmetycek.
- Kobiety.- powiedzieli równocześnie Pawka i Łuka.
- Ona ma rację.- poparła ją moja siostra.
- O Boże. To możesz udawać, że mieszkasz z kosmetyczką.
- Osalałeś?!- mała skrzywiła się.- To nie pzystoi.
- To niech śmoki puscajom cie do śpa raź w tigodniu.- zaproponował młodszy z Bielikowów.
- Nie. To zbyt skomplikowane. A pozia tym, ciemu nie moziemy uratować sie same?
- Bo księżniczki czekają na swoich książąt na białych rumakach.
- Ja nie chcie bialego konia. Som źbit dziewciencie. I nie jeśtem ksiencem, a wojownikiem jak wuja Dimka.- zaprotestował Łuka.
- Ja umiem siama sie obronić.- uznała jego kuzynka.- Tydzen temu pzegoniłam chłopcia, który ziabrał mi śiamochodzik. I kiedyś bede takom wojownickom jak ciocia Rose.- wypieła do przodu pierś.
- Tio jak sie bedziemy bawić?- spytał załamany Łuka.
Wpadłam na pewien pomysł.
- Zrobimy dwie drużyny. Wszystkie kobiety, na wszystkich mężczyzn.- zaproponowałam.- No oprócz naszych dzieci. Pobawimy się w bitwę o flagi. Ogród jest duży. Oczywiście, jeśli pan Abe pozwoli.
- Tak. To świetny pomyślę. Bawmy się.- wołali jedno, przez drugie.- Prosimy!
Cała czwórka wlepiła gałki w mojego ojca.
- No dobrze.- uległ i pochwali był obściskiwany przez całą gromadkę
- Tak!!!
- No już dobrze.- zaśmiał się Abe.
- Dzieci, wystarczy kończyć jeść, bo na zabawę trzeba mieć dużo siły.- upomniała je Karolina.
- Dobrze.- usiadły grzecznie i w ciszy skończyliśmy śniadanie.
Na werandzie ustalaliśmy reguły gdy.
- Więc tak. Dzielimy się na dwie drużyny. Dziewczyny, kobiety i chłopcy, mężczyźni.- zarządziłam.
Jako jedyna znałam zasady bo graliśmy w to z naszą stałą ekipą, w rodzinnym mieście Lissy.
- Ale to nie fair.- zaprotestował Pawka.- Wsa jest osiem, a nas czterech.
- To do bierzcie cobie strażników.- zaproponowała Janine.
- Więc tak. Po obu bokach ogrodu będą tyczki z flagami. Jedna nasza, druga wasza. Muszą się różnić kolorami. Wokół nich zrobimy kółka, nawet liną. To będą bazy. Wygrywa ta drużyna, której zawodnik pierwszy doniesienia flagę przeciwników do swojej bazy. A i każdy ma życia. Umówmy się, że traci się je w chwili, gdy przeciwnik powoli go na ziemię. Wszystko jasne.
- Tak.- przytaknęli.
- Gramy do trzech wygranych.- dodałam.
- Jaka jest nagroda.- spytał mój ojciec.
Wszyscy zaczęli się zastanawiać.
- Jeśli wygramy...- zaczęła moja mama, ale chyba nie miała pomysłu.
- To podczas naszego kolejnego spotkania w tym składzie, zrobicie nam dzień boskości.- wymyśliłam.- Będziecie spełniać każdą naszą zachciankę, wręczać nas we wszystkim, a my będziemy tylko się relaksować i pachnieć.
Wszystkie mnie poparły, poza Oleną. Ona nie lubi nic nie robić.
- Mamo to dobry pomysł. Od zawsze całe dnie myślisz, co komu potrzeba i o wszystkich, tylko nie o sobie. Nawet tutaj coś robisz. Taki dzień ci się przyda i należy. Niech choć raz oni zobaczą, jak to jest pracować w domu, a nie tylko czekać na gotowe.- przekonywały ją córki.
- No zgoda.- odparła.
- A co jak my wygramy?- spytał Pawka.
- Nie musicie się tym kłopotać, bo nie dopuścimy do takiego stanu rzeczy.- odpowiedziałam, a dziewczyny przybiły mi piątki.
- A jeśli my wygramy, zabierzemy was na mecz.- zaproponował Bielikow.
Reszta zaczęła się cieszyć.
- O nie. Tylko nie to.- zaoponowała Karolina.- Ostatnio jak oglądałeś mecz, i to mojej szkoły, wbiegłeś na boisko i strzeliłeś trzy bramki, drużynie przeciwnej.
- Bo ten twój laluś w ogóle nie umiał grać. Nawet nie powinnaś się chwalić, że chodziłaś z kapitanem drużyny, bo aż wstyd. Już siedmioletnie dziecko lepiej grało od niego. Nic dziwnego, że cała drużyna biegała i "Gdzie ta piłka? Gdzie ta piłka?"
- Co było później, spytałam, powstrzymując śmiech.
- Chcieli go w swojej drużynie, ale że był za młody, dostał zakaz oglądania ich meczów, bo jeszcze znowu by tak zrobił.- teraz to z Wiki prawie padłyśmy ze śmiechu. Gdy się uspokoiłyśmy, kontynuowała.- A trzy lata później, gdy poszedł do tego liceum, bez castingu wzięli go najpierw do zespołu, a miesiąc później został kapitanem.
- I to były chyba najlepsze cztery lata w historii szkolnej drużyny. Same mistrzostwa większych miast, aż awansowaliście do mistrzostw juniorów Rosji. Mieliśmy o tym godzinny wykład na w-fie, gdy tylko trener się dowiedział, że jestem twoją siostrą.- przypomniała sobie Wiki.
-Ale niestety zdobyliśmy tylko wicemistrzostwo, bo na meczu, który przepuścił nas do finału, złamałem sobie nogę i nie mogłem zagrać następnego dnia. Trener prosił o przesunięcie terminu, ale nie zgodzili się i przegraliśmy 23:25. Ale i tak chłopaki sobie dobrze radzili.- mój mąż zanurzyć się we wspomnieniach. Jednak zaraz wrócił do rzeczywistości.- A co do nagrody, to nie narzekajcie, bo wy będziecie rozpieszczane cały dzień, a my chcemy zabrać was na cztery godzinny meczu z tydzień.
- To jest bardzo ważne. Będą grali FC Barcelona i Real Madryt. - wtrącił Abe.- Osobiście kibicuję Barcelonie.
- Przecież i tak wiadomo, że wygra Madryt.- podsumował mój ukochany.
- Chyba sobie żartujesz?!- mój ojciec spojrzał na niego krzywo.
- Możecie przestać.- przerwała im Janine.- I tak pewnie będziecie mogli pomarzyć o tym meczu, a pokłócić możecie się później. Lepiej wybierzcie sobie graczy.
- No tak. Weźmiemy Deva, Larego, Hansa i Kaya.- uznał pan domu i zaczęliśmy grę.

niedziela, 25 września 2016

ROZDZIAŁ 266

W oczach ojca widziałam napięcie. Janine stanęła obok mnie i również patrzyła na niego ostro. Abe przełknął ślinę, czekając na cześć dalszą.
- Tylko nie wiem, czy mama powinna przy tym być, bo będę poruszać jej sprawę.
Strażniczka zrozumiała i chciała odejść, ale zatrzymało ją błagalne spojrzenie ojca. Ostatecznie została.
- Powiedz mi, jak to jest, że ciągle siedzisz w tym biurze.- zaczęłam dość spokojnie. Abe chciał się wtrącić, ale mu nie pozwoliłam.- A pomyślałeś co czuje twoja narzeczona? Wprowadziła się tu, mieszka dla ciebie, a ciebie wiecznie nie ma, bo interesy ważniejsze. Po co ci żona, skoro nie masz dla niej czasu. Kiedy ostatnio ją pochwaliłeś, przytuliłeś, pocałowałeś lub kiedy ostatni raz uprawialiście sex?- podniosłam głos.- Chyba sam już nie pamiętasz. Co, myślisz, że jak raz zrobiłeś jej dziecko, widzicie się po osiemnastu latach, odkrywacie, że dalej was coś łączy i postanawiacie razem zamieszkać oraz wziąć ślub, to nic nie trzeba robić?! Miłość sobie istnieje i nie trzeba o nią dbać, tak?! To ja ci powiem, że nie! Miłość jest wieczna, gdy się ją pielęgnuje. A moja matka czuje się przez ciebie zaniedbana i nie kochana. Czemu? Bo dla ciebie nie liczy się nic, po za pracą. To czemu tak bardzo nalegasz na ślub. Pomyślałeś, jak czują się osoby, które cię kochają, a nie mogą na ciebie liczyć. Nie chodzi o mnie, ale o mamę. Kiedy ostatni raz powiedziałeś, że ją kochasz.
Byłam wściekła. Abe patrzył zdezorientowany i w szoku na mnie, po czym przeniósł spojrzenie pełne skruchy i miłości na moją matkę. Podszedł do niej i upadł na kolana, łapiąc ją za ręce.
- Przepraszam, kochanie. Rose ma rację, jestem okropny. Przez pieniądze nie myślę o innych, bliskich mi osobach. Kocham Cię.- pocałował jej dłonie.- Kocham Cię najmocniej na świecie i obiecuję poświęcać ci więcej czasu. Codziennie będę mówił, jak to twoja uroda, onieśmiela gwiazdy i księżyc, jak bardzo jesteś cudowna, jak moja miłość do ciebie nie zna granic. Nie umiem okazywać uczuć, ale nauczę się. I pokaże ci jak bardzo Cię kocham.- podniósł się i wziął Janine na ręce.
Zaczął się z nią kręcić, po czym zaniósł ją do domu. Mama posłała mi wdzięczne spojrzenie, pełne radości i miłości. Ojciec zaskoczył mnie swoim zachowaniem, ale w pozytywnym znaczeniu. Mam nadzieję, że nie będą za bardzo hałasować. Uśmiechnięta wróciłam do domu chwilę po nich. Przez jeszcze kilka minut oglądałam ogród, wyglądający przepięknie o zachodzie słońca. Weszłam do sypialni, gdzie moi chłopcy jeszcze spali. Ostrożnie wróciłam na swoje poprzednie miejsce. Dymitr jakby poczuł moją obecność i objął mnie w pasie ręką. Podsunęłam się wyżej i bliżej niego, a ukochany, położył swoją głowę, na mojej piersi, dodając nogę, na moich, także teraz mogłam pomarzyć o ucieczce. Sama go objęłam i poprawiłam, tak żeby było mu wygodniej. Wtulił się bardziej we mnie, tak samo jak w namiocie, podczas naszej ucieczki. Jednak tym razem się przebudził. Otworzył zaspane oczy, przeciągnął się, ziewając i ścisnął mnie jeszcze bardziej. Dłonią odnalazł brzeg mojej koszulki i zaczął głaskać mój brzuch. To było bardzo przyjemne i odprężające. Nie chciałam być dłużna i drapałam go po głowie, delektując się miękkością jego włosów, na co mój mąż zaczął mruczeć.
- Dzień dobry, Roza.- mruknął patrząc na mnie, pięknymi oczami.
- Dobroye utro (Dzień dobry), tovarishch.- odpowiedziałam, co sprawiło, że uśmiechnął się jeszcze szerzej.- Śpij jeszcze.- poprosiłam.- Dopiero co słońce zaszło, jest ósma rano, a ty do późna przy mnie czuwałeś.
- A zostaniesz przy mnie?- spytał, robiąc słodkie oczka.
Musiał być wciąż zmęczony, skoro nie zaprotestował.
- Nigdzie się nie wybieram.- pogłaskałam go po głowie.
Rosjanin wtulił się we mnie mocno i pocałował mój odsłonięty dekolt.
- Ja tiebia liubliu Roza.- powiedział cicho.
- Ja tiebia toże liubliu tovarishch.- również wyszeptałam.
Po kilku minutach, jego oddech się uspokoił, co znaczy, że zasnął. Sama też próbowałam, ale mi to nie wychodziło. Nie zostało mi nic innego jak patrzeć na śpiących Bielikowów. Delikatnie objęłam Łukę i przyciągnęłam do siebie. Chłopiec próbował mnie objąć, ale był za mały, więc po prostu skulił się w pozycji embrionalnej, wtulony w moje ciało. Przykryłam go kołdrą, żeby nie zmarzł i myślałam, co tu porobić. Spojrzałam w górę i po raz pierwszy podziękowałam za półkę, którą przeklinałam, ilekroć uderzyłam o nią głową. Leżały na niej książki. Wyciągnęłam się ostrożnie i sięgnęłam po jedną. Ale mam cela. Ze wszystkich książek, wybrałam akurat coś, co nie jest westernem. To chyba jedyna taka książka. Trafiło się jak ślepej kurze ziarno. Gdy wróciłam do poprzedniej pozycji, strażnik lekko się poruszył.
- Cii... śpij spokojnie.- szepnęłam mu do ucha, na co się jeszcze bardziej wtulił, a na jego ustach pojawił się uśmiech.
Spojrzałam na tytuł książki. "Ania z Zielonego Wzgórza.". Słyszałam o niej, ale jeszcze nigdy nie czytałam. Więc zaczęłam. Bardzo mnie wciągnęła i dopiero w połowie książki się oderwałam, bo poczułam jakiś ruch na sobie. Włożyłam zakładkę, która była w każdej książce u mojego ojca i popatrzyłam na ukochanego. Przyglądał mi się uważnie z uśmiechem. Lubię jak ma dobry chumor.
- Hej.- przywitałam się, znowu ciągnąć rękę do jego włosów. Zamruczał przyjemnie.
- Witaj niebiańska istoto. Nie widziałaś, gdzieś mojej żony? Taka piękna, trochę uparta i nigdy nie czyta książek.
- Dla twojej wiadomości, podczas ciąży zwiększyłam listę przeczytanych lektur.
- Och!- udał zaskoczenie.- A kto cię do tego zmusił?- i zaczął się śmiać.
- Nuda.- zawtórowałam mu.- Wyspany?
- Jak mało kiedy. Jesteś bardzo wygodna.- podniósł się do siadu, przeciągnął i położył na swojej połowie, popierając głowę na ręce, tak by móc na mnie patrzeć.
- Och, dziękuję.- udałam, że zasłaniam rumieniec i znowu się zaśmialiśmy.
- Tylko dziwi mnie, że dzieci jeszcze nie są głodne.- zastanawiał się mój mąż.
- Bo zanim obudziłeś się pierwszy raz, zajrzałam do nich, Lili i jeszcze nawrzeszczałam na ojca w ogrodzie, o psa i zaniedbanie mojej mamy, skutkiem czego, pewnie ostatnie godziny spędzili w sypialni.- skrzywiłam się, gdy wyobraziłam to sobie.- Mam nadzieję, że nie będę miała więcej rodzeństwa.
- Długo nie spisz?- spytał ukochany.
- Od jakiejś siódmej.- wzruszyłam ramionami.
- To może wstaniemy i zobaczymy, kto jeszcze jest na nogach.
Pokiwałam głową na zgodę. Uwolniłam się z objęć siostrzeńca, a Dymitr zaczął go budzić.