niedziela, 25 września 2016

ROZDZIAŁ 266

W oczach ojca widziałam napięcie. Janine stanęła obok mnie i również patrzyła na niego ostro. Abe przełknął ślinę, czekając na cześć dalszą.
- Tylko nie wiem, czy mama powinna przy tym być, bo będę poruszać jej sprawę.
Strażniczka zrozumiała i chciała odejść, ale zatrzymało ją błagalne spojrzenie ojca. Ostatecznie została.
- Powiedz mi, jak to jest, że ciągle siedzisz w tym biurze.- zaczęłam dość spokojnie. Abe chciał się wtrącić, ale mu nie pozwoliłam.- A pomyślałeś co czuje twoja narzeczona? Wprowadziła się tu, mieszka dla ciebie, a ciebie wiecznie nie ma, bo interesy ważniejsze. Po co ci żona, skoro nie masz dla niej czasu. Kiedy ostatnio ją pochwaliłeś, przytuliłeś, pocałowałeś lub kiedy ostatni raz uprawialiście sex?- podniosłam głos.- Chyba sam już nie pamiętasz. Co, myślisz, że jak raz zrobiłeś jej dziecko, widzicie się po osiemnastu latach, odkrywacie, że dalej was coś łączy i postanawiacie razem zamieszkać oraz wziąć ślub, to nic nie trzeba robić?! Miłość sobie istnieje i nie trzeba o nią dbać, tak?! To ja ci powiem, że nie! Miłość jest wieczna, gdy się ją pielęgnuje. A moja matka czuje się przez ciebie zaniedbana i nie kochana. Czemu? Bo dla ciebie nie liczy się nic, po za pracą. To czemu tak bardzo nalegasz na ślub. Pomyślałeś, jak czują się osoby, które cię kochają, a nie mogą na ciebie liczyć. Nie chodzi o mnie, ale o mamę. Kiedy ostatni raz powiedziałeś, że ją kochasz.
Byłam wściekła. Abe patrzył zdezorientowany i w szoku na mnie, po czym przeniósł spojrzenie pełne skruchy i miłości na moją matkę. Podszedł do niej i upadł na kolana, łapiąc ją za ręce.
- Przepraszam, kochanie. Rose ma rację, jestem okropny. Przez pieniądze nie myślę o innych, bliskich mi osobach. Kocham Cię.- pocałował jej dłonie.- Kocham Cię najmocniej na świecie i obiecuję poświęcać ci więcej czasu. Codziennie będę mówił, jak to twoja uroda, onieśmiela gwiazdy i księżyc, jak bardzo jesteś cudowna, jak moja miłość do ciebie nie zna granic. Nie umiem okazywać uczuć, ale nauczę się. I pokaże ci jak bardzo Cię kocham.- podniósł się i wziął Janine na ręce.
Zaczął się z nią kręcić, po czym zaniósł ją do domu. Mama posłała mi wdzięczne spojrzenie, pełne radości i miłości. Ojciec zaskoczył mnie swoim zachowaniem, ale w pozytywnym znaczeniu. Mam nadzieję, że nie będą za bardzo hałasować. Uśmiechnięta wróciłam do domu chwilę po nich. Przez jeszcze kilka minut oglądałam ogród, wyglądający przepięknie o zachodzie słońca. Weszłam do sypialni, gdzie moi chłopcy jeszcze spali. Ostrożnie wróciłam na swoje poprzednie miejsce. Dymitr jakby poczuł moją obecność i objął mnie w pasie ręką. Podsunęłam się wyżej i bliżej niego, a ukochany, położył swoją głowę, na mojej piersi, dodając nogę, na moich, także teraz mogłam pomarzyć o ucieczce. Sama go objęłam i poprawiłam, tak żeby było mu wygodniej. Wtulił się bardziej we mnie, tak samo jak w namiocie, podczas naszej ucieczki. Jednak tym razem się przebudził. Otworzył zaspane oczy, przeciągnął się, ziewając i ścisnął mnie jeszcze bardziej. Dłonią odnalazł brzeg mojej koszulki i zaczął głaskać mój brzuch. To było bardzo przyjemne i odprężające. Nie chciałam być dłużna i drapałam go po głowie, delektując się miękkością jego włosów, na co mój mąż zaczął mruczeć.
- Dzień dobry, Roza.- mruknął patrząc na mnie, pięknymi oczami.
- Dobroye utro (Dzień dobry), tovarishch.- odpowiedziałam, co sprawiło, że uśmiechnął się jeszcze szerzej.- Śpij jeszcze.- poprosiłam.- Dopiero co słońce zaszło, jest ósma rano, a ty do późna przy mnie czuwałeś.
- A zostaniesz przy mnie?- spytał, robiąc słodkie oczka.
Musiał być wciąż zmęczony, skoro nie zaprotestował.
- Nigdzie się nie wybieram.- pogłaskałam go po głowie.
Rosjanin wtulił się we mnie mocno i pocałował mój odsłonięty dekolt.
- Ja tiebia liubliu Roza.- powiedział cicho.
- Ja tiebia toże liubliu tovarishch.- również wyszeptałam.
Po kilku minutach, jego oddech się uspokoił, co znaczy, że zasnął. Sama też próbowałam, ale mi to nie wychodziło. Nie zostało mi nic innego jak patrzeć na śpiących Bielikowów. Delikatnie objęłam Łukę i przyciągnęłam do siebie. Chłopiec próbował mnie objąć, ale był za mały, więc po prostu skulił się w pozycji embrionalnej, wtulony w moje ciało. Przykryłam go kołdrą, żeby nie zmarzł i myślałam, co tu porobić. Spojrzałam w górę i po raz pierwszy podziękowałam za półkę, którą przeklinałam, ilekroć uderzyłam o nią głową. Leżały na niej książki. Wyciągnęłam się ostrożnie i sięgnęłam po jedną. Ale mam cela. Ze wszystkich książek, wybrałam akurat coś, co nie jest westernem. To chyba jedyna taka książka. Trafiło się jak ślepej kurze ziarno. Gdy wróciłam do poprzedniej pozycji, strażnik lekko się poruszył.
- Cii... śpij spokojnie.- szepnęłam mu do ucha, na co się jeszcze bardziej wtulił, a na jego ustach pojawił się uśmiech.
Spojrzałam na tytuł książki. "Ania z Zielonego Wzgórza.". Słyszałam o niej, ale jeszcze nigdy nie czytałam. Więc zaczęłam. Bardzo mnie wciągnęła i dopiero w połowie książki się oderwałam, bo poczułam jakiś ruch na sobie. Włożyłam zakładkę, która była w każdej książce u mojego ojca i popatrzyłam na ukochanego. Przyglądał mi się uważnie z uśmiechem. Lubię jak ma dobry chumor.
- Hej.- przywitałam się, znowu ciągnąć rękę do jego włosów. Zamruczał przyjemnie.
- Witaj niebiańska istoto. Nie widziałaś, gdzieś mojej żony? Taka piękna, trochę uparta i nigdy nie czyta książek.
- Dla twojej wiadomości, podczas ciąży zwiększyłam listę przeczytanych lektur.
- Och!- udał zaskoczenie.- A kto cię do tego zmusił?- i zaczął się śmiać.
- Nuda.- zawtórowałam mu.- Wyspany?
- Jak mało kiedy. Jesteś bardzo wygodna.- podniósł się do siadu, przeciągnął i położył na swojej połowie, popierając głowę na ręce, tak by móc na mnie patrzeć.
- Och, dziękuję.- udałam, że zasłaniam rumieniec i znowu się zaśmialiśmy.
- Tylko dziwi mnie, że dzieci jeszcze nie są głodne.- zastanawiał się mój mąż.
- Bo zanim obudziłeś się pierwszy raz, zajrzałam do nich, Lili i jeszcze nawrzeszczałam na ojca w ogrodzie, o psa i zaniedbanie mojej mamy, skutkiem czego, pewnie ostatnie godziny spędzili w sypialni.- skrzywiłam się, gdy wyobraziłam to sobie.- Mam nadzieję, że nie będę miała więcej rodzeństwa.
- Długo nie spisz?- spytał ukochany.
- Od jakiejś siódmej.- wzruszyłam ramionami.
- To może wstaniemy i zobaczymy, kto jeszcze jest na nogach.
Pokiwałam głową na zgodę. Uwolniłam się z objęć siostrzeńca, a Dymitr zaczął go budzić.

ROZDZIAŁ 265

Rano obudziłam się przed naszymi budzikami. Byłam wyspana, może to dlatego, że wcześniej jeszcze trochę spałam. O dziwo wstałam nawet wcześniej od męża. Spojrzałam na niego. Słodko wygląda kiedy śpi, ale tak rzadko mam okazję się o tym przekonać. Wargi miał lekko rozchylone, aż musiałam się powstrzymać, zeby nie musnąć ich palcami, a co dopiero ustami. Poczochrane włosy wiły mu się na brzegach buzi, prosząc się o zsunięcie na poduszkę. Po mojej drugiej stronie spał Łuka. Następny słodziak. Okazało się, że trzyma moją rękę i mocno się do niej przytula. Jednak nie na tyle mocno bym czuła się uwięziona. Pomyślałam, że jeśli zajrzę do dzieciaków, chłopcy i ogólnie wszyscy domownicy bardziej się wyśpią. Ostrożnie wyplątałam się z objęć chłopca i wyszłam z łóżka. Maluch poruszył się niespokojnie i myślałam, że się obudzi, ale on tylko obrócił się na drugą stronę i spał dalej. Poszłam do pokoju naprzeciwko i zajrzałam do dzieci.
- Co maleństwa? Zdziwione, że nie obudziły mamusi?- podniosłam Felixa i usiadłam na bujanym fotelu, aby go nakarmić.
Gdy się najadł, położyłam go w łóżeczku i wzięłam Nastkę. Zaczęłam się zastanawiać, co się stało wczoraj i jaka byłam przez okres ciąży. Nie chodzi mi o uzdrowienie łani, tylko to jak się zachowałam, gdy ją zobaczyłam i później. Przecież ja rzadko płaczę, a jednak przez ostatnie dziewięć miesięcy zdarzało mi się to częściej niż powinno. Nie spodobało mi się to. Czemu nagle stałam się taka wrażliwa i delikatna? Do cholery! Ja muszę zabijać. Może za jakiś czas mi to przejdzie? Mam nadzieję. A jeśli nie, będę wyżywała się na manekinach, póki nie nauczę się na nowo zabijać. Nie mogę pozwolić, aby odwołali mnie ze służby. Moja matka nadal jest strażniczką, chociaż nie wiem, jak to z nią było. Skończyłam karmić małą i włożyłam ją do łóżeczka. Oboje przykryłam i dałam pluszaki, które im wypadły.
- Teraz leżcie dzieci i nie budźcie innych, a ja zajrzę do cioci Lili. Tylko ciii.. Bo zepsujecie niespodziankę.- miałam nadzieję, że to je powstrzyma przed płaczem.
Wyszłam z ich pokoju i zajrzałam do sypialni Lili. Pies na łóżku od razu podniósł głowę, a ja przyłożyłam palec do ust. Trochę pomerdał ogonem, ale stracił zainteresowanie i przytulił się do swojej pani. Ta spała w połowie odkryta i coś się we mnie odezwało, co kazało mi podejść i ją poprawić. Gdy to zrobiłam wyszłam na korytarz, cicho zamykając drzwi.
- Ładnie to się tak składać?- aż podskoczyłam na głos matki.
- Ja chciałam tylko sprawdzić co u dzieci i Lili.- nagle o czymś pomyślałam.- Abe śpi?
- Nie.- kobieta potarła dłonią czoło.- Od dwóch godzin załatwia jakieś sprawy w gabinecie. Powoli mnie to meczy. Interesy są dla niego najważniejsze.
- A dla ciebie służba.- zauważyłam z przekąsem. To mi się rodzina trafiła.
- Ale mam czas dla niego. W przeciwieństwie do twojego ojca.
- W takim razie nie zaszkodzi, jeśli na chwilę zrobi sobie przerwę.
Nie słuchając odradzeń mojej matki, weszłam do gabinetu bez płukania. Ojciec rozmawiał przez telefon. Gdy mnie zobaczył, zakrył mikrofon i zwrócił się w moją stronę
- Coś się stało, Różyczko?- w tym samym czasie przez drzwi weszła Janine.
- Nie, ale musimy porozmawiać.- położyłam ręce na biodrach.
- A to ważne córuś? Jestem teraz lekko zajęty, przyjdź później.
- Tak to bardzo ważne.- oparłam dłonie o jego biurko i popatrzyłam na niego jadowitym wzrokiem.- Albo teraz grzecznie pożegnasz się ze swoim rozmówcą, albo wyrzucę tą twoją komórkę przez okno, tak daleko, że nigdy jej nie znajdziesz.- syknęłam.
Abe patrzył na mnie w szoku i szybko powiedział kilka zdań w obcym języku, zaśmiał się i odłożył komórkę. Chyba domyślił się, że nie żartuję. Poprawił sobie krawat i usiadł na krześle po swojej stronie.
- Więc co jest takie ważne?- spytał z lekkim grymasem.
- Nie mam zamiaru rozmawiać z mafiozem, czy też szefem korporacji, wynajmującej zabójców, tylko ojcem. I nie tutaj, gdzie wszyscy śpią, pomijając fakt, że ty też powinieneś. Idźmy gdzieś, gdzie nikt nas nie usłyszy.
- To możemy do ogrodu, daleko od domu?- mi się wydaje, czy on jest zestresowany.
Wyprostowałam się, podniosłam dumnie głowę i wyszłam, nie czekając na rodziców. Wiedziałam, że idą za mną. W ciszy wyszliśmy do ogrodu i po jakimś kawałku, Abe podbiegł do mnie.
- To o czym chciałaś rozmawiać.
- Nie tu.- warknęłam.
- Może nie tym tonem, młoda panno.- upomniał mnie, a ja stanęłam w miejscu.
- Jestem na ciebie wściekła, więc jeśli nie chcesz, aby domownicy mieli widowisko, nie pouczaj mnie.- ostrzegłam i ruszyłam dalej. Uznałam, że jesteśmy odpowiednio daleko, w sadzie. Zatrzymałam się i oparłam o jedno z drzew. Staruszek zrobił to samo, naprzeciwko mnie. Jednak wtedy ja podeszłam do niego i zaczęłam krzyczeć.
- PIES?! Czy ty sobie żartujesz?! Mogłeś chociaż nas uprzedzić, lub spytać o zdanie! Nawet nie mieliśmy domu przygotowanego! Wiesz ile to obowiązków?! A my mamy jeszcze małe dzieci! Pilnowanie, żeby nigdzie nie nasikał, szczepienia, mycie go! Nie robi się takich prezentów! Jak chciałeś uszczęśliwić Lili, to powinieneś nas uprzedzić, żebyśmy byli z Dymitrem przygotowani na to! A ty co? Robisz sobie samowolkę i dajesz jej psa! A pomyślałeś, co będzie, gdy na przykład będziemy musieli pojechać na misję?! Albo gdy oboje będziemy na służbie. Pies to obowiązek, a nie tylko zabawa. Ale co ty możesz wiedzieć? Dla ciebie jest to tylko kupić, tak? Wydać swoje pieniądze, które mają nieskończoną ilość zer na końcu, dać problem innym i cieszyć się, jaki to nie jest dobry tatuś, bo umie operować milionami, a co się dzieje później, to już go nie obchodzi! Ich sprawa! Bo miałem taki kaprys! Masz szczęście, że Lili go pokochała i jej go nie zabierzemy! Ale zapamiętaj, żeby o takich rzeczach z nami rozmawiać!- zakończyłam swój monolog.
Cale napięcie ze mnie zeszło i poczułam się o wiele lepiej. Zadowolona z siebie, oparłam się o to samo drzewo i z wyższością oraz złośliwym uśmieszkiem patrzyłam na ojca. Abe był przerażony moim wybuchem. Widziałam strach i skruchę w jego oczach. Wyprostował się i poprawił krawat, przełykając ślinę.
- Nic dziwnego, że Bielikowa nie da się zastraszyć.
- W końcu Ibrahimie to nasza córka. Pomieszanie naszych wybuchowych charakterów. Mi nie raz dała w kość.
- No cóż. Z trudem przyznaję, że nie pomyślałem o tym. Zapamiętam na przyszłość. Czy to wszystko, bo chciałbym wrócić do pracy?- nie czekając na odpowiedz, odwrócił się.
- O tym, też chciałam z tobą porozmawiać.- zatrzymał się i wolno wrócił pod drzewo..

sobota, 24 września 2016

ROZDZIAŁ 264

Obudziłam się o wiele bardziej wypoczęta niż kiedykolwiek od ostatniego miesiąca. Przeciągnęłam się, szukając męża, ale go nigdzie nie było. Rozejrzałam się dookoła. Pokój był znajomy, ale nie mogłam sobie przypomnieć skąd. Uspokoiło mnie to, że jestem w ubraniu. Wróciły do mnie wspomnienia z... no właśnie, która jest? moją uwagę przykuł nagły ruch i zobaczyłam męża, wstającego z fotela.
- Jak się czujesz Roza?- spytał z troską, siadając na brzegu łóżka.
- O wiele lepiej bym się czuła, gdybyś był tu ze mną.- odpowiedziałam unosząc się na łokciach.- Ile tak spałam?
- Skoro masz siłę na żarty, to znaczy, że dobrze.- zaśmiał się.
- Ale to nie był żart.- udałam obrażoną.
- Wiem, skarbie, ale nie mogło mnie tu być, bo musiałem wszystko wytłumaczyć twojemu ojcu. A później wolałem na ciebie popatrzeć. Bałem się, że zasnę, a wiedziałem, że będziesz chciała porozmawiać.
- To teraz wytłumacz to mi. Jak siedmiotygodniowe dziecko mogło uzdrowić śmiertelnie ranną sarnę? Co one jeszcze potrafią?
- Nie wiem Roza, ale cokolwiek się będzie działo, będę przy tobie.- ukochany przytulił mnie do siebie, a ja objęłam go w pasie.
- Kocham Cię, towarzyszu.
- Ja ciebie też Roza. A teraz chodź coś zjedz.
- Dobrze, tylko powiedz mi ile tu jestem.
- Śpisz od ośmiu godzin.
- To długo.- nagle coś mi się przypomniało.- A co z dziewczynami i dziećmi? Już pojechali?- posmutniałam na myśl, że się z nimi nie pożegnałam.
- Spokojnie, jeszcze są. Przebukowali sobie bilet na rano, żeby móc się z tobą pożegnać.
- Och! Nie musieli sobie robić problemu.- jednak zrobiło mi się jakoś tak ciepło na sercu, że chcieli na mnie poczekać.
- To żaden problem. Po za tym dzieciaki uparły się, że nigdzie nie pojadą, bez pożegnania z tobą.
Zaśmiałam się. One są kochane. Nagle ktoś wbiegł do pokoju. O wilku mowa.
- Ciocia Lous, Ciocia Lous.- wolał Łuka, podbiegając do łóżka z jakąś kartką.
- A na dole już tak pięknie mówiłeś "r".- Bielikow podniósł blondynka.
- Rrrrrrrrrry.- pochwalił się chłopiec.
- To powiedz ciocia Rose, a cię do niej puszczę.
- Ciocia Rlous. Ciocia Lrous. Ciocia Rose.- mały się ucieszył, gdy wylądował na moich kolanach.
- Pięknie skarbie.- pocałowałam go w czułko.
- Ciocia, a ja źrobiłem rysiuńek.- podał mi kartkę papieru.
Było na niej dużo ludzików. Mały zaczął pokazywać i mówić, kto kim jest.
- To jeśt mama, to babcia, to ciocia Karolina z Pawkom i Źoją, to wujek Dimka i ti ciociu z Anaśtaźjom i Feliksiem i Lili. Lili jeśt kolo Pawki bo kiediś babcia mówiła, ze na pewna beda sie kochać tak moćno jak ti i wuja. A to pań Abe i jego dźewcyna. To twoja mama?
- Tak aniołeczku.- dziwnie zabrzmiało nazywanie jej czyjąś dziewczyną. 
- Nie jeśt do ciebie podobna. Baldzej pan Abe.
- Czemu tak uważasz?- wtrącił się mój mąż.
- Bo ma takie siame wlosy i ogólnie som podobni. Ja nie zniam śwojego taty.- posmutniał.
- Ja nie znałam go osiemnaście lat.- powiedziałam.
- A niekiedy lepiej nie znać swojego ojca.- w głosie Rosjanina dało się wyczuć smutek, żal i złość.
- Ciemu?- zapytał malec.
- Bo twój dziadek był bardzo nie dobry i bił babcię. Nie chciałbyś go poznać.
- Tio nie wsysci sią tak zakochani jak ti i ciocia.
- Niestety nie każdy ma takie szczęście. Ale teraz nie męczmy cioci, bo na pewno jest bardzo głodna.- mój ukochany wstał i wziął malucha na barana.
- O tak! Ciocia jest głodna.- wstałam, założyłam buty i wyszliśmy razem z pokoju.
- Wuja? A pobawiś się ź nami. Źoja źgodziła się być księznićką w wiezi, Pawka moim giemkiem,a ty moźeś być straaaaasnym śmokiem.
- A czemu ja mam być smokiem?- udał oburzenie.
- Bo jeśteś niepokońani. Alw ja cię pokońiam.- chłopiec wypiął do przodu pierś.
- A co ja będę robić?- spytałam.
- Ti ciocia mozieś paceć na moje zwycieńśtwo i bić brawo.
- A może ciocia będzie drugim smokiem, pilnującym w wierzy Lili, którą będzie musiał uratować Pawka.- uśmiechnął się strażnik.
- Tio nie fier.- obruszył się.
- A to czemu?- zdziwiłam się.
- Bo Pawka jeśt stalsy, a bedzie mieć śłabsiego pźeciwnika.
- Ej, nie jestem wcale słabsza. Dwa razy pokonałam wuja.- broniłam swojego honoru.
- A ile raźy wuja pokońiał.
Nie odpowiedziałam, a ukochany zaczął się śmiać.
- Śpokojńie ciocia. Kiediś bedzieś tak siamo dobria ćo wuja.- pocieszył mnie blondynek.
- O nie! Ja będę lepsza niż wuja.- zawołałam, gdy weszliśmy do kuchni.
Nikogo oprócz nas nie było. No tak jest środek nocy.
- Usiądź Roza.- polecił mi ukochany, sadzając Łukę na krzesełku do karmienia.
Chciałam zająć miejsc naprzeciwko chłopca, ale mi nie pozwolił.
- Tu ciocia.- pokazał na krzesło najbliżej siebie.
- Dobrze.- usiadłam tam gdzie mi polecił.
Dymitr krzątał się po kuchni, ogrzewając coś z lodówki. Już po chwili po kuchni rozniósł się zapach sosu pomidorowego.
- A tak właściwie, to czemu nasz rycerz nie śpi?- spytałam, czochrając malca po blond czuprynie.
- Bo jeśt dzień. Mama śpi, ale ja nie mogę. I obiecali mi, ze jeśli śie zgodziś, bede mógł z tiobom i wujom śpać. Bede mógł?- popatrzył na mnie błagalnie.
- Jeśli wuja nie będzie miał nic przeciwko.
Oboje popatrzyliśmy na Rosjanina. Czując nasze spojrzenia, odwrócił się, oblizując łyżkę. Gdyby miał na sobie tylko bokserki... O czym ja myślę? Boże, obok jest dziecko.
- Dobrze, tylko nie wiem, czy ciocia zaśnie, jeśli ledwo co wstała.
- To moziemi się pobawić. Zioja teź nie mozie śpać.- zaproponował wesoło chłopiec.
- Nie jestem pewna. Założę się, że wuja przez cały czas nie spał.
- Rose.- odwróciłam się na dźwięk znajomego głosu i wstałam, w ostatniej chwili, aby chwycić w ramiona przyjaciółkę.- Tak się o ciebie martwiłam. To co się stało, widziałam wszystko. Nie mogłam nie przyjechać.- uprzedziła moje pytanie.
- Spokojnie Liss, nic mi mie jest, a ty w swoim stanie powinnaś zostać i się oszczędzać.- pouczyłam ją.
- Wiem, ale nie mogłam. Ty na moim miejscu zrobiłabyś to samo.
Musiałam przyznać jej rację.
- Dziękuję, że jesteś.- przytuliłam ją.- Co nie znaczy, że to popieram. Hm.. chyba wiem jak czuje się Dymitr.- zaśmiałyśmy się.
- To znaczy, że teraz będziesz się mnie słuchać?- ukochany objął mnie w pasie.
- Nie liczyłabym na to towarzyszu.- teraz roześmialiśmy się wszyscy.- A czy lord od siedmiu boleści Ozera, jest z tobą.- spytałam, wracając na swoje miejsce.
Dymitr nałożył na talerze spaghetti, położył przed każdym i usiadł naprzeciwko mnie. Lissa zajęła miejsce po mojej prawej, przy Łuce i zaczęliśmy jeść.
- Nie.- posmutniała.- Musiał coś załatwić.
Zmartwiłam się tą nagłą zmianą jej nastroju. To nie mogło być spowodowane tylko jego nie obecnością tutaj. Sprawdziłam jej wspomnienia. Okazało się, że Christian ma dla niej coraz mniej czasu. Ciągle coś załatwia. Z jednej strony pomaga jej i obciąża ją z obowiązków, ale z drugiej morojka czuje się zaniedbana. Oj będę musiała z nim porozmawiać.
___________________________________________________________
Mam nadzieję, że wam się podoba. Wczoraj bardzo miło mnie zaskoczyliście. Przez ostatnie dni były po dwa, góra trzy komentarze, a wczoraj sześć, dzisiaj siedem. Rozumiem, że spadek wywołany był szkołą i prz tym zostanę. Dziękuję wam bardzo. Kocham was💖💖💖💖
Chciałabym wam jeszcze zareklamować nowego bloga. Należy do mojej koleżanki. Nie jest kontynuacją AW. W sumie sama nie wiem, o czym jest.😂😂😂 Jeśli kogoś zainteresuje, zapraszam.
http://rosetka009.blogspot.com/?m=1

ROZDZIAŁ 263

Ja wzięłam Nastkę, a mój mąż Felixa.
- Hej, Abe...- usłyszała z boku, ale nie przysłuchiwałam się rozmowie.
Nastka rozglądała się dookoła, gdy delikatnie podskakiwałam z nią, dopóki jej wzrok nie padł na konającą łanię. Wyciągnęła do niej rączki krzycząc.
- Nie skarbie. Tam nie pójdziesz.
Popatrzyła mi w oczy. Nie wiedziałam co zrobić. Ta sarna jeszcze żyje. Ledwo. Nie lepiej byłoby skrócić jej cierpienie. Znowu popatrzyłam na córkę. Nie spuszczała ze mnie wzroku. Podeszłam do sarny i schyliłam się. Anastazja wyciągnęła do niej rączkę.
- Dobrze, to czekamy.-mój ukochany skończył rozmowę.- Twój ojciec przyjedzie za... Roza co ty robisz?!- krzyknął wystraszony.
Jednak nie zareagowałam. Nie wiem czemu. Pochylałam się patrząc ślepo przed siebie. Rosjanin chciał podbiec i zabrać mi córkę, ale nie zdążył. Gdy mała rączka dotknęła ciała rannego zwierzęcia czas jakby się zatrzymał, a ja poczułam się, jakbym była zahipnotyzowana i nagle ktoś pstryknął mi przed nosem. Szybko się podniosłam, a obok nas stanął Bielikow. Byłam pewna, że będzie na mnie krzyczał, ale przeszkodziło mu to, że... sarna wstała. Patrzyliśmy w szoku na jeszcze przed chwilą chwilę martwą łanię. Podeszła, polizała naszą córkę i pobiegła w las.
- CO TO BYŁO?!- pierwsza się odezwałam.
- Czy... to.... ona....jak?- pierwszy raz widzę Dymitra w takim stanie. Nie umiał skręcić ani jednego zdania.
- Nasza córka właśnie uzdrowiła ranną sarnę.- podsumowałam.
- Ale czemu Roza do niej podeszłaś?- patrzył na mnie wystraszony.
Już chciałam odpowiedzieć, ale zrozumiałam że nie umiem.
- Nie wiem.- pokręciłam głową, patrząc ślepo przed siebie.- Nie umiem tego wytłumaczyć. To tak jakbym nad niczym nie panowała. Popatrzyłam w oczy Anastazji i coś mi mówiło, że muszę to zrobić. Byłam jak w transie.- spojrzałam ze strachem na ukochanego.- Co się stało?
Widząc w jakim jestem stanie, wzrok mu złagodniał. Wsadził Felixa do samochodu, a następnie zabrał mi małą i z nią zrobił to samo. Następnie mnie przytulił i tak trwaliśmy. Mąż głaskał mnie po włosach, co jakiś czas całując czubek mojej głowy. Nie płakałam. Potrzebowałam tylko jego bliskości.
- Dziecko obezwładniło mój umysł, tylko na mnie patrząc. Lissa nawet tego nie potrafi, a ona zrobiła to z taką łatwością. Jestem bezbronne.
- Spokojnie Roza. One nie są zwykłe. Mam wrażenie, że to mała część ich tajemnicy. Ale musimy je nauczyć to dobrze wykorzystywać. Tak jak teraz. Pomogła zwierzęciu.
- Ona powinna umrzeć, a pobiegła w las.- wciąż byłam w szoku.- Myślisz, że władają mocą Ducha?
- Gdyby nie ta magia, nie byłoby tu dziś ciebie, mnie, ani naszych dzieci. Ale wątpię. Nie są morojami. Mogą umieć inne rzeczy.
- Boję się.- przyznałam.
- Naszych dzieci?- spytał zaskoczony.
- Nie. Tego wszystkiego. Nasze życie toczy się tak szybko. Za szybko. Ja chciałam tylko być strażniczką swojej przyjaciółki, a później jeszcze być z mężczyzną swojego życia. Ale to za szybko. Nie mam nawet dwudziestu lat, a już jestem matką. Ja sobie z tym nie radzę. To za dużo.- nie zauważyłam, kiedy z moich oczu zaczęły lecieć łzy.
- Cii... Roza. Spokojnie. To normalne po ciąży. Spokojnie, jestem tu. Wszystko będzie dobrze.
- Jestem beznadziejna. Nawet dziecka nie umiem przypilnować. Nie nadaję się. Jestem za młoda, nie odpowiedzialna i nic nie umiem sama zrobić, a ty mnie zostawisz, bo pokochasz kogoś innego.- szlochałam.
- Roza... Roza popatrz na mnie.- podniosłam głowę. Strażnik patrzył mi głęboko w oczy, ocierając moje łzy.- Nie jesteś beznadziejna, jesteś cudowna, dojrzała, wspaniała i nigdy nie pokocham nikogo innego oprócz ciebie, dzieci i reszty naszej rodziny. Ale przede wszystkim ciebie. Kocha cię skarbie, nie ważne co by się stało. Rozumiesz, Kocham Cię. I nie chcę nigdy więcej tego od ciebie słyszeć. Tyle razy ci to powtarzałem. Jesteś jedyną na całym świecie, którą chcę tylko dla siebie i nikt inny mi cię nie zastąpi. Dlatego, jeśli ty odejdzie, zabierzesz ze sobą moją duszę, sens życia i całe życie. Nie wypuszczę cię nigdy od siebie i zawsze cię znajdę. Bo jesteś moja Roza. Tylko moja.- sam zaczął płakać i wtulił się we mnie.
Jego słowa sprawiły, że jeszcze bardziej się rozpłakałam. Bielikow klęczał by do mnie dosięgnąć i ja sama teraz opadłam na kolana. I tak kucaliśmy wtuleni w siebie.
- Dymitr.- odezwałam się po chwili.
- Tak Różyczko.- popatrzył na mnie czerwonymi oczami.
- Kocham Cię. Przepraszam za to po prostu...- zaczęłam się tłumaczyć, ale mi przerwał. I dobrze, bo i tak nie wiedziałam co powiedzieć.
- Już nic nie mów. Najważniejsze, że jesteś ze mną. Kochasz mnie?
- Całym sercem.
- Też cię kocham. Najmocniej na świecie.- pocałował mnie namiętnie, przekazując całą swoją miłość.
- To kiedy ma przyjechać mój ojciec.- spytałam, gdy zaczęliśmy się podnosić.
- Za jakieś dziesięć minut.- nagle się zachwiałam i gdyby nie mąż, upadła bym.- Rose,  co się dzieje?
- Nic nic. To pewnie od tej histerii.- zrobiło mi się głupio, że zrobiłam takie przedstawienie.- Przepraszam, nie wiem co we mnie wstąpiło.
- To już nie ważne. Ale widzę, że coś się dzieje.
- To pewnie od zmęczenia.
Na raz poczułam się zmęczona, tak, ze mogłabym zasnąć na stojąco. Znowu zaczęłam upadać, a ukochany wziął mnie na ręce i zaczął nieść w stronę samochodu.
- Jesteś zmęczona?- zdziwił się.
- Tylko trochę.- ziewnęłam, zamykając oczy.
- Trochę?- w jego głosie słyszałam po wątpienie i wiedziałam, że mi nie uwierzył.
- No może trochę bardzo. Jestem wykończona, jakby ktoś zabrał mi całą energię.
Prawie zasypiałam, ale nie mogłam. Nie wiem, czemu. Poczułam, że Dymitr kuca
- Myślę, że ten ktoś siedzi w aucie. Tak skarbie, zobacz jak wyleczyłaś mamusię.- nie mogłam się nie uśmiechnąć. Usłyszałam też chichot i gaworzenie dzieci.- Roza, spisz?
- Nie.- wyjęknęłam z trudem.- Choć bardzo chcę.
- Spokojnie, już widzę światła. To twój ojciec.
Po chwili usłyszałam hamowanie samochodu i zamykane drzwi.
- Bielikow, co się dzieje?- rozpoznałam głos staruszka.- Mówiłeś, że oprócz sarny nikt nie ucierpiał. Więc co jest z moją córką? Poczułam, że strażnik kładzie moje plecy sobie na kolanach i uwalnia jedną rękę. Usłyszałam, że odpina pasy, podnosi nosidełka z dziećmi i przenosi je.
- To dość trudne do wyjaśnienia. Rose jest cała, tylko zmęczona. Wszystko opowiem na miejscu. Weźcie dzieci, a ja wolę zostać z nią w tym samochodzie.- odezwał się. 
Następnie podniósł mnie i położył na tylnym siedzeniu.
- No dobrze. Weźmiemy was na holowanie.- westchnął Abe i usłyszałam kroki.
Następne należały do mojego męża. Otworzył drzwi i usiadł obok. Podniósł moją głowę i położył na swoich kolanach,głaszcząc mnie po całym boku.
- Śpij Roza.- szepnął mi na ucho.
-Yhym...- tylko na tyle było mnie stać.
Poczułam lekkie kołysanie, co świadczy o tym, że jedziemy. Obecność ukochanego, jego dłoń sunąca w tą i z powrotem po moim ramieniu, a zwłaszcza włosach, do których miał ogromną słabość, zapach wody kolońskiej i słodki dźwięk rosyjskich słów z ojczystym akcentem bardzo skutecznie mnie odesłało w objęcia morfeusza.

piątek, 23 września 2016

ROZDZIAŁ 262

Patrzyłam na ogród i już to widziałam. Fajnie by było gdyby po lewej, gdzieś tak dwadzieścia metrów od domu stał staw, otoczony kwiatami w kamieniach. Na przeciwko tego, po drugiej stronie drzwi do domu, będzie stał basen. Między nimi sto metrów od domu będzie plac zabaw. To jakieś dziecię metrów od domku na drzewie. Kwiaty przy samym domu i porozrzucane na grządkach w różnych miejscach. Drzewa owocowe po prawej. Po lewej jakiś kawałek od stawu, bieżnia i sala treningowa. wszystko zaczęłam umieszczać na kartce. Stajnia jeszcze dalej na lewo. Pięć metrów od drzwi, stolik, a odwrócona do niego przodem, kilka metrów na prawo, duża huśtawka. To za nią będą kwiaty. Składzik na narzędzia między huśtawką, a basenem jeszcze bardziej za nimi. A daleko z tyłu, osłonięta różnymi drzewami duża polana z kwiatami, pergolą z różami i małym oczkiem wodnym. To będzie coś pięknego.
Spojrzałam na swój plan. Nie był idealny, ale mi się podobał. Nagle dzieci zaczęły płakać. Podeszłam do nich, podniosłam Nastkę, posadziłam ją w wózku, a obok niej brata i zaczęłam się z nimi bawić. Nagle na biodrach poczułam ręce.
- Co tam aniołki?- mój mąż pochylił się do dzieci przez moje ramię.- znudziły się zabawki i męczycie mamusię?
Oboje się zaśmiali. Dziewczynka wyciągnęła do przodu rączki i uderzyła w brzeg, ciągle się uśmiechając. Dymitr podniósł ją i usiadł po turecku na ziemi. Mała rozglądała się wszędzie i wyginała, gdy strażnik położył ją sobie na nogach, brzuchem do góry. Też usiadłam z Felixem, ale go po sądziłam, między udami. Chłopiec oparł się o mnie, a rączki położył mi na skrzyżowanych łydkach.
- I jak Roza?- spytał mąż.
- Mam już względny plan. Ale o tym później. Bo telaź cieba po ciocię Lili jechać, prawda?- ostatnie zdanie powiedziałam do synka, który patrzył na mnie pięknymi oczkami, tak podobnymi do moich.
Z mężem podnieśliśmy się i włożyliśmy dzieci do wózka. Wróciliśmy do mieszkania, gdzie się umyliśmy i przebraliśmy, bo cali byliśmy brudni od pracy. Później umyliśmy dzieci i je przebraliśmy w ubranka od naszych rodziców. To znaczy jedno, niebieskie od Abe'a z napisem "Tata wie duża, ale dziadek wie więcej.", a beżowe od Oleny, mówiące, że " nie ma fajniejszego miejsca na mapie, niż na rękach u babci na kanapie.". Postanowiliśmy, że pies pojedzie z nami. Niech Abe zobaczy, co to znaczy mieć psa. Na szczęście rano Dymitr porozkładał na dywanach i drewnie gazety, a na meble suczka jeszcze nie umie wskakiwać, więc było łatwiej posprzątać. Dzieci włożyliśmy do fotelików w samochodzie, a psa na przygotowane miejsce w bagażniku z wodą i gazetami.
- Towarzyszu, włącz klimatyzację, jeśli nie chcesz, żebyśmy się tu udusili.- odezwałam się.
- Z chęcią bym to zrobił, ale wczoraj się zepsuła. Muszę zajrzeć co się stało.
- Wiesz, przypomniało mi się jak jechaliśmy na mój egzamin do Artura Schoenburga.- mój mąż lekko posmutniał. To była wielka tragedia.- Aż się modliłam, aby zepsuł nam się samochód. Wtedy nie miał byś wyboru i musielibyśmy się przytulić. Chyba, że wolałbyś zginąć.
- Zawsze chciałem cię przytulać, nie tylko pod groźbą śmierci. Ale wiedziałem, że nie mogłem. A gdyby nas znaleźli, zamarzniętych i przytulnych do siebie?
- Śmierć w twoich ramionach, z tobą? Najpiękniejsza, jaka mogła by mnie spotkać, na równi ze śmiercią podczas walki w obronie najbliższych. A gdyby ktoś nas znalazł, byłoby nam bez różnicy.
- Kocham Cię Roza.
- Ja ciebie też towarzyszu. A powiedz mi, co cię łączyło z taką legendą jak Artur? Pamiętam, że nazwałeś go "Art".
- Był raz u mnie na lekcji, prowadził wykład. Zainteresowany, zostałem po lekcjach i trochę rozmawialiśmy. On mi opowiadał dodatkowe rzeczy i swoje przygody. Wtedy był dla mnie jeszcze strażnikiem. Kimś, kim trudno być. Po ukończeniu szkoły przez jakiś czas mieliśmy razem służbę. Gdy mieliśmy wolny czas, tak samo mi opowiadał, ale wtedy to już była rozmowa. Ja mówiłem mu o swoich przeżyciach, on mi doradzał. Wiedział o mnie wszystko, a ja o nim. Byłem dumny, że znam, a nawet przyjaźnię się z taką osobą. A teraz to czas przeszły.
Głos mu lekko drżał, a oczy się zaszkliły. Położyłam mu na kolanie rękę, a drugą starłam łzę.
- Wiem co czujesz. Sama straciłam przyjaciela. Jednak ty byłeś bardziej opanowany, niż ja po.... śmierci Masona.- mimo że było to dawno, a dampir żyje, to i tak ledwo wypowiedziałam te dwa słowa.- W tym domu też nie wykazałam się opanowaniem.
- Zachowałaś się, jak każdy, kto nie widział wcześniej takiej śmierci. Nie byłaś na tyle doświadczona i nikt nie wymagał tego od ciebie. Ten pierwszy raz zawsze jest najgorszy. Ale Roza, obiecaj mi, że nigdy nie pozwolisz, ani sobie, ani mi na założenie, jak ty to nazywasz, "maski strażnika". Już nigdy więcej nie chcę przed tobą niczego ukrywać, bo to zły nawyk. Wpaja nam obojętność na piękno świata i rani osoby, które chcą nam je pokazać.
- Wiesz, że będziemy musieli je mieć.- przypomniałam.
- Ale tylko podczas służby.- zauważył.
- Zgoda.- ukochany wyciągnął do mnie mały paluszek.- Żartujesz sobie?
- To dla mnie bardzo ważne.- przekonywał mnie.- Nie chcę nigdy być taki jak przed twoim pojawieniem się w moim życiu. Obudziłaś mnie z wieloletniego snu.
Uległam i zahaczyłam mały paluszek o jego wciąż wyciągnięty.
- Obiecuję nie dopuścić do założenia przez nas maski strażnika na zawsze.- jednak potraktowałam to bardzo poważnie.
Jechaliśmy przez las, kiedy w światłach zobaczyłam ciemny kształt, a następnie w coś uderzyliśmy. Rosjanin zatrzymał samochód i chwilę siedzieliśmy w szoku. W tym samym czasie odpięliśmy pasy i wręcz wypadliśmy z auta. Mój mąż zapalił latarkę i oświetlał okolice. Na poboczu leżała w kałuży krwi sarna. Jeszcze oddychała, ale ciężko.
- O matko!- zasłoniłam ręką usta.
- Już nic się nie da z nią zrobić.- uznał Dymitr.
- I co teraz.- spytał w szoku.- To mógł być ktoś taki jak Luna. Ona mogła dalej żyć.- zaczęłam się trząść.
Ukochany widząc to, przytulił mnie.
- Ci spokojnie Roza. Taka jest kolej życia. Nic na to nie poradzisz.
Trochę się uspokoiłam, ale już nie patrzyłam w tamtą stronę. Strażnik zajrzał pod maskę. Buchnęła w niego chmura dymu.
- No i Roza twoje modły zostały wysłuchane.- powiedział, patrząc na wnętrze samochodu.- Dalej nie pojedziemy.
- Trochę nie odpowiednia chwila.- uznałam z grymasem.
- Wyciągnijmy dzieci z auta i zadzwonię do twojego ojca.


czwartek, 22 września 2016

ROZDZIAŁ 261

Obudziło mnie przyjemne łaskotanie...
Ta. Chciało by się. Marzę o tym od ponad miesiąca, jednak od tego samego czasu nasz dzień zaczyna się tak samo.
- Śpij jeszcze kochanie, ja zajrzę do dzieci.- poczułam pocałunek na ustach.
- I tak nie zasnę.- ledwo mówiłam z wciąż zamkniętymi oczami.
Zakryłam głowę poduszką, aby zmniejszyć hałas, docierający do moich uszu, ale to i tak nic nie dało. Ociężale wstałam, założyłam kapcie oraz szlafrok i poszłam do pokoju dzieci. Dymitr właśnie pochylał się nad płaczącą dampirzycą.
- Choć Księżniczko do tatusia. Zaraz się tobą zajmiemy.- podniósł córkę i odsunął jak najdalej od siebie, odwracając głowę w drugą stronę.- Uch... Wasze pieluchy można używać zamiast bomb gazowych.
Zaniósł Nastkę na przewijak. Ja za to zajrzałam do nad wyraz spokojnego Felixa.
- Choć do mamusi. Co się dzieje?- zmartwiłam się.
- Pytasz o to dziecko, które nie płacze i jest spokojne?- zdziwił się mój mąż.
- A nie wydaje ci się, że aż za spokojne? Przecież gdy płacze jedno, to płacze drugie.- zauważyłam.
- Może powoli z tego wyrastają. Odróżniają kiedy to jedno coś chce, a kiedy to drugie.- podszedł z małą dampirzycą na rękach.
- Może masz rację.- wzruszyłam ramionami, jednak wciąż nie byłam przekonana.
Chłopiec wyciągnął rączkę do taty, więc zbliżyłam się do niego.
- Co maluszku?- strażnik złapał za malutką dłoń dampira, a ten się uśmiechnął.- Jesteś piękna Roza.- powiedział nagle.
Zdziwił mnie tą nagłą zmianą tematu. Dopiero teraz zauważyłam, że mi przygląda. Spojrzałam na siebie. Pospiesznie założony szlafrok, na głowie pewnie mam siano i podpuchnięte od nie wysłania oczy.
- Na pewno wyglądam okropnie.
Ukochany dostrzegł zmianę mojego humoru.
- Wcale, że nie. Gdyby tak było, nie powiedziałbym, że jesteś piękna. A skoro tak mówię to taka jest prawda.- w tym momencie córeczka się zaśmiała.- Widzisz. Nawet nasza księżniczka to potwierdza.
- Och! To nie mogę się kłócić z damą i królem, prawda mój Draculo?- cmoknęłam go przelotne w usta.
- No pewnie słońce. A teraz ja zrobię jakieś śniadanie, a ty przebierz dzieci, nakarm je i razem zejdzie. Po śniadaniu jedziemy do twojego ojca.
- Nie tak szybko, towarzyszu. Do staruszka pojedziemy po obiedzie, bo i tak twoja rodzina ma samolot wieczorem. A trzeba jeszcze dokończyć domek.
- No dobra.- wyszedł.
- To teraz ubierzemy nasze skarby, tak?- połaskotałam synka, a ten się zaśmiał.
Założyłam mu białe body z zielonymi rękawami. Na środku był pasek ładowania z komputera i napis "Ładowanie pieluchy...". A córeczce wybrałam idealne na dzisiejszą sytuację. Zielone, z rękawkami w paski i napisem "Dziś pieluchy zmienia tata, najlepszy saper świata." Następnie nakarmiłam oboje i położyłam je na brzuchu w kojcu. Dałam kilka zabawek i poszłam do łazienki. Nie wyglądała jednak najgorzej. Ułożyłam włosy i zrobiłam sobie lekki makijaż. Następnie skierowałam się do garderoby. Ubrałam czerwoną bluzkę i jasne dresy. Wróciłam po dzieci, ale obojga na ręce nie wezmę. Muszę pojedynczo. Włożyłam Felixa do łóżeczka, poskładałam ogrodzenie i podniosłam dziewczynkę, bo bardziej się niecierpliwie niż brat. W salonie posadziłam małą na podłodze i rozłożyłam ogrodzenie. Wróciłam po synka i zabawki. Pogłaskałam po drodze suczkę, biegającą po domu. Wpuściłam ją do kojca, żeby oswoiła się z dziećmi i one z nią. Ani jedno, ani drugie nie miało z tym problemów. Gdy oni już się bawili, poszłam sprawdzić, czy pomóc w czymś mężowi. Jednak on właśnie podnosił talerz ze stertą pachnących naleśników. Sama wzięłam dwa talerze i zniosłam do jadalni. Znosiliśmy różne dodatki do jedzenia, a na koniec napoje. W miskach była już świeża woda i ciepłe jedzenie, zrobione przez Bielikowa. Usiedliśmy tak, aby mieć na oku maluchy, co było możliwe dzięki szklanym drzwiom. Do śniadania, mój mąż standardowo miał kawę, a ja tą magiczną, napełniająca energią miksturę od Oleny. Po śniadaniu, zabraliśmy dzieci do ogrodu. Znaleźliśmy miejsce najbezpieczniejsze dla nich, rozłożyliśmy koc i kojec z zabawkami. Ogród już wyglądał tak jak powinien. No prawie. Teren został wyrównany i cały przekopany.
- Dobra podstawa do sadzenia kwiatów.- próbowałam się przekonać.
- Zobaczysz Roza. To jeszcze będzie nasz ogród marzeń.- ukochany objął mnie w pasie.- A teraz idziemy po rzeczy i kończymy domek.
Tak też zrobiliśmy. Dymitr pierwszy wszedł na górę z drabinką sznurową. Wyciął w podłodze dziurę i spuścił drabinkę. Przymocował ją, a ja po niej weszłam. Gdy Rosjanin robił klapę do wejścia,  wzięłam się do malowania. Na całość położyłam orzechową farbę. Bielikow pomagał mi, gdy skończył. Koń na jednym oknie był brązowy z hebanową grzywą, korona i słońce żółte, chmury i sztylety białe, tło słońca niebieskie. Przypomniał mi się pomysł z tabliczką i powiedziałam o tym ukochanemu.
- A zrobisz na moje specjalne zamówienie różę?- spytał z pięknym uśmiechem, kładąc przede mną kawałek drewna.
- Czego ty ode mnie wymagasz?- spojrzałam na niego krzywo.
Ale i tak zaczęłam rysować kwiat. Gdy skończyłam wycinać, Dymitr patrzył na to niepewnie.
- Nic nie mów.- uprzedziłam i sięgnęłam po szlifierkę, jak nazwałam moją maszynkę.
Dopiero po byłam zadowolona ze swojej pracy.
- Roza to jest.... nie mam słów.
- To teraz trzeba to pomalować i powiesić.
- To niesamowite.
Róża oczywiście była różowa, a tabliczka orzechowa. Gdy wszystkie warstwy wyschły, ułożyliśmy dywany, stolik, krzesła i pudełka. Zapytałam męża o jakieś krótkie, metalowe rurki, a sama znalazłam stare firanki z zielonymi końcami. Ucięłam kawałki i założyłam na przyniesione przez ukochanego rurki. On przymocował to nad oknami. Na stoliku i oknie postawiliśmy sztuczne kwiatki. Znaleźliśmy jakieś nie użyte meble dla dzieci i w domku poskładaliśmy regał. Postawiliśmy na nich pluszaki i kredki.
- Pięknie wygląda, Roza.
- Muszę przyznać, jak mało co. Myślisz, że im się spodoba? Dodałbym jakieś plakaty.
- Na pewno Lili ma jakieś w swoich gazetkach.
- Ile nam zostało czasu?- spytałam.
- Jeszcze trochę, a co?
- Myślę, żeby ogrodzić to wszystko i zaplanować, co gdzie będzie.
- To ja zajmę się tym pierwszym, a ty drugim.
Zgodziłam się.


środa, 21 września 2016

ROZDZIAŁ 260

Gdy byliśmy w domu, suczka nie czekając na nas, wybiegła z samochodu. Widać, że to była dla niej męczarnia. Jednak gdy usłyszała huk, przestraszyła się i wskoczyła na kolana Dymitra, który prawie wyszedł. Zaczęliśmy się śmiać.
- Nie bój się mała.- szepnął, niosąc ją na rękach.
Dzieci również się wystraszyły i zaczęły płakać. Strażnik odstawił psa na ziemię i wziął na ręce Nastkę, a ja Felixa. Szczeniak nie odstępował go na krok.
- Spokojnie księżniczko. Nie bój się. No już, nie płacz.- mój ukochany kołysał córkę, która go posłuchała i przytuliła mocno.
To samo zrobiłam z synem. Zajął się moimi włosami choć nie śmiał się. Szybko weszliśmy do domu, a tam już nie było słychać. Suczka pobiegła pod schody i siedziała tam skulona. Poszliśmy z dziećmi na górę i wyszykowaliśmy je do spania. Gdy zasnęły, zeszliśmy na dół. Podeszłam do psiny i ją wyciągnęłam. Cała się trzęsła.
- Pójdę sprawdzić, jak idą prace.- oznajmił mój mąż, gdy usiadłam z suczką na sofie.
Wiem, że pierwsza noc jest dla niej najtrudniejsza i dobrze, aby mogła się do kogoś przytulić. Szybko zasnęła na moich kolanach, gdy drapałam ją za uchem. Złapałam za pilot i przeglądałam telewizję. Po chwili wrócił Rosjanin.
- I jak?- spytałam.
- Skończą dopiero naszego dnia, razem z wykonaniem pni i nasypaniem nowej ziemi. Drzewo z domkiem zabezpieczono, ale chciałbym wiedzieć, czy podoba ci się jego miejsce.
- Zamień się ze mną, a zobaczę.
Po chwili wyszłam do ogrodu. Wszędzie jeździły koparka i dźwig. Jacyś mężczyźni i odpowiednich strojach z piłami ścigali drzewa. Zaznaczony teren był bardzo duży. Połowa była już oczyszczona i zaczynało tu wyglądać jak normalny ogród. Zobaczyłam jedno drzewo, wyróżniające się. To było to z domkiem. Pomyślałam, gdzie bym to widziała.
- Uszanowanie.- zaczepił mnie jeden z robotników.- I jak się Pani podoba?
- Bardzo dobrze Panom idzie.
- Dziękuję. To zaszczyt usłyszeć coś takiego, z ust tak pięknej kobiety .- podlizywał się.
Uśmiechnęła się i wróciłam do środka.
- I jak?- spytał mój mąż.
- Wszystko jest idealnie. Mówiłam już, że Cię Kocham?- usiadłam obok niego i zarzuciłam mu ramiona na szyję.
- Ja ciebie też Roza.- złączył nasze usta w pocałunku.- A teraz chodźmy spać. Dzisiaj był bardzo męczący dzień.
- Było by dobrze, ale mi się nie chce. Tyle się na robiliśmy, a ja i tak mam za dużo energii.- poskarżyłam się ze smutną miną.
Strażnik odłożył psa na bok i posadził mnie sobie na kolanach.
- A ja wiem, jak możesz ją zużytkować.- szepnął mi na ucho głębokim głosem.
- Tak?- dotknęłam przez koszulkę torsu mojego mężczyzny.- Chętnie skorzystam z takiej lekcji.
Rosjanin bez uprzedzenia, wstał, na co pisnęłam zaskoczona. Następnie zaniósł mnie do sypialni.
- Po raz pierwszy od bardzo dawna, nie muszę tracić czasu na zamykanie drzwi.- mruknął, kładąc mnie na łóżku.
Położył się na mnie i wpił mocno w moje wargi. Dłonie wślizgnęły mu się pod moją bluzkę. Wszystko działo się bardzo szybko. Oddychałam ciężko, gdy przerywaliśmy pocałunki. Dymitr ściągnął ze mnie bluzkę, a następnie stanik. Musiałam sama się pofatygować i zajęłam z niego koszulę, chyba lekko go podrapałam, ale to nie było ważne. Mój ukochany pozbył się swoich i moich spodni, razem z bielizną. Całowaliśmy się namiętnie i gwałtownie. Jęknęłam gdy nagle wszedł we mnie. Kochaliśmy się kilka razy i zawsze dochodziliśmy, według tradycji, w tym samym czasie, krzycząc swoje imiona.
- Ja tiebia liubliu tovarishch.- szepnęłam po wszystkim
- Ja tiebia toże liubliu Roza.
Przytuliłam się do męża, a on 
Objął mnie mocno. Spletliśmy ze sobą nasze dłonie i nogi.
- I jak? Dalej masz tyle energii.
- Jestem wykończona.- powiedziałam szczerze.
Nie dość, że dotarło do mnie zmęczenie po całej imprezie, pierwszym sexie, budowie domku, zakupach, pozytywne z naszego zbliżenia przed chwilą, to jeszcze nie spałam od jakichś 15 godzin. I ja miałam jeszcze na to energię? Niezła jestem.
- Cieszę się.- powiedział z uśmiechem Bielikow.
- Z czego?- zdziwiłam się.
- Że potrafię doprowadzić cię do takiego stanu.
Był z siebie dumny, więc nie wyprowadzałam go z tego małego błędu. W sumie po części się do tego przyczynił.
- Tylko ty tak na mnie działasz.- szepnęłam uwodzicielsko, trochę zmęczonym głosem.
Nagle znalazł się nade mną, a mi przyspieszył oddech. Już nie byłam aż tak zmęczona.
- Nie kuś skarbie, bo to się może źle skończyć.
- A może ja tego chcę?- spojrzałam mu głęboko w oczy, z leniwym uśmieszkiem.
Od razu przeszła mi ochota na sen. Przymrużyłam zalotnie oczy, czekając na jego ruch. Wzrok Rosjanina pociemniał, a on wbił się mocno w moje usta. Tak zaczęliśmy kolejną rundę, po której naprawdę byłam wykończona. Ledwo wtuliłam się w ukochanego i już spałam.

wtorek, 20 września 2016

ROZDZIAŁ 259

Po pół godziny byliśmy pod sklepem budowlano-ogrodniczym. Było wczesne popołudnie w środku tygodnia, więc z miejscem parkingowym nie mieliśmy problemu. Włożyłam dzieci do wózka i weszliśmy do sklepu. Psa zostawiliśmy, bo i tak nie mógł z nami wejść, a na dworze mogłaby stać mu się krzywda. Czytałam, że w jego wieku mogą biegać po domu, ale jeszcze nie po dworze. Ale zostawiliśmy jej uchylone okno, aby się nie udusiła oraz daliśmy miski z wodą i karmą. W środku weszliśmy między półki z farbami. Ukochany pokazał mi, które są najlepsze na dwór i pozwolił wybrać mi kolory. Uznałam, że cały domek może być w kolorze orzechu. Do tego wzięliśmy puszki farb niebieskiej, żółtej, brązowej, hebanowej, srebrnej, białej i różnej. Do tego kupiliśmy drabinkę sznurową, dywaniki i plastikowe skrzynki na zabawki i plastikowy stolik z krzesełkami. Popatrzyliśmy jeszcze na dział ogrodniczy. Oglądaliśmy place zabaw w gazetce.
-Myślę, że plastikowy będzie dobry.- podsunął strażnik.
- No nie wiem. Drewniany jest tańszy, większy i trwalszy.
- Ale dzieci mogą wbić sobie drzazgi.- zmartwił się.
- To się im wyciągnie. Nie wiem, czy to do ciebie dociera, ale kiedyś one będą zabijać. A ty się boisz, że wejdzie im kawałek drewna? Dymitr, weź się uspokój.- traciłam cierpliwość.
- No ale to będzie za dwadzieścia lat.
- Dymitr, błagam, nie denerwuj mnie. Drewniany, albo w ogóle. Nie można ich trzymać pod kloszem.
- No dobra. To który?
- Ten.- wskazałam na największy.
Miał dwa domki, w formie wież zamku, połączonymi mostkiem wiszącym. Z jednego wychodziła prosta zjeżdżalnia, a z drugiej spiralna. Pod łączenie wisiały dwie huśtawki. Na przedłużeniu znajdowały się pierścienie do przechodzenia rękoma. Pod domkami były piaskownice.(↓)
- Okej, to trzeba to zamówić, żeby nam przywieźli.- powiedział Rosjanin.
Wybraliśmy jeszcze ogrodzenie i mały basenik. Zatrzymałam się przy kwiatach i ozdobach ogrodowych.
- To ja idę na narzędzia.- oznajmił ukochany i skręcił w następną alejkę.
Do koszyka włożyłam cebulki tulipanów, róż, Hiacynty i jeszcze kilka innych kwiatów. Wzięłam również kamienie ogrodowe, ozdobny wodospadzik, żabki ceramiczne, bociana, krasnale ogrodowe i światła gruntowe. Nigdy bym nie pomyślała, że tak szybko zdecydujemy się na zakupy, związane z robieniem ogrodu. No ale na co czekać. Do kupiłam więcej ramek i ruszyłam na poszukiwania męża. Znalazłam go z pracownikiem sklepu przy kosiarkach, a pod pachą miał szlauch. Podeszłam i złapałem go za rękę. Dzieci patrzyły wszędzie z zaciekawieniem. Najwidoczniej już się wyspały. Facet niby coś tłumaczył, ale się na tym nie skupiałam, myśląc co by jeszcze kupić. Można by jakiś namiot, albo taki mały dla dzieci. O i latawce. Tak. Ale to można zrobić. Bardziej cieszy i zazwyczaj jest trwalsze. Pamiętam jak takie robiłyśmy z Lissą w przedszkolu. A jakby jeszcze kupić taki wielki basen, rozkładany? Czy lepiej zbudować w ziemi? Zapytam Dymitra, gdy w końcu na coś się zdecyduje. Przydał by się jakiś stolik do ogrodu. Albo na stałe przytwierdzić ławkę. I wtedy zauważyłam dużą huśtawkę na metalowych nogach. Już widziałam Dymitra leżącego na niej i huśtającego się, czytając western. Musimy to kupić. W końcu mężczyźni skończyli rozmawiać.
- Weźmiemy tą.- wskazał czerwoną kosiarkę.- Rose! Ile ty tego nabrałaś?- załamał się.
- Wszystko jest potrzebne.- żachnęłam się.
- Jednak mogłem ci powiedzieć, że powinnaś się martwić o pieniądze.
- Uspokój się. Starczy nam. Tylko jak się z tym zabierzemy? I mam jeszcze kilka pomysłów.- dodałam niepewnie.
- Aż się boję. No ale mów.
Powiedziałam mu o swoich pomysłach w drodze do biura obsługi klienta.
- Można by ten basen kupić, co był tak w gazetce. Mniej będzie kosztował i będzie wygodny do czyszczenia. Namiot... Namiot... Jeszcze pomyślimy. Ale huśtawka mi się podoba.
- W czym mogę pomóc?- spytał pan w starszym wieku.
Dopiero teraz zauważyłam, że jesteśmy przy obsłudze klienta. Dymitr wytłumaczył mężczyźnie, co byśmy chcieli, aby nam przywieźli i gdzie. Wypełnił dokumenty oraz zapłacił kartą. Przy okazji zamówiliśmy też trampolinę. Może wymyślam, ale radość naszych dzieci, gdy będą na niej skakać, jest tego warta. Po dokończeniu formalności, udaliśmy się do kasy, z resztą zakupów. Rachunek był kosmiczny, ale luksus kosztuje.
- Jak my się z tym zabierzemy?- spytałam, gdy wyszliśmy ze sklepu.
- Pomyślałem o tym.- uśmiechnął się tajemniczo.
W tej chwili usłyszałam znajomy głos.
- Rose, Dymitr.- przed nami stanął Liam Dork.
- Hej, co ty tu robisz?- zdziwiłam się.
- Dymitr poprosił, żebym przyjechał z przyczepą. I teraz wiem po co.- zaśmiał się, patrząc na nasze zakupy.
- No tak trochę nam się nazbierało trochę tego.- Rosjanin podrapał się po karku i wymienił z dampirem męski uścisk.
Liam jest jednym ze strażników królowej, dlatego tak dobrze się znamy. Panowie zaczęli pakować rzeczy na przyczepę, a ja zajęłam się wsadzaniem maluchów do samochodu. Jednak coś w nim śmierdziało. Otworzyłam bagażnik i wyskoczyła na mnie puchata kulka. Zachwiałam się, ale nie straciłam równowagi. Głaskałam ją i drapałam za uchem.
- Towarzyszu, mamy problem.- spojrzałam na pamiątkę, zostawioną przez suczkę.
- Cholera!- przeklął.
- Nie przy dzieciach.- upomniałam go ostro.
- Pobrudziła mi samochód.
- Spokojnie, to da się wyczyścić.- koło nas pojawił się Liam.
- To nie problem, bo pod spodem jest szmatka.- wytłumaczyłam, podczas gdy mój mąż założył rękawiczki, które nawet nie wiedziałem, że kupił, ściągnął podkładkę i wyrzucił.- Tylko, że to jest problem, który zostawił nam Abe, chcąc zrobić przyjemność Lili. Ale o takich rzeczach nie myśli.
- Rose, spokojnie. Podłożymy gazetę, a z wiekiem nauczy się, że załatwia się poza domem.- Bielikow chciał mnie przytulić, ale się odsunęłam.
- Rękawiczki.- wskazałam, kiedy spojrzał na mnie zdziwiony.
Wyrzucił je i wrócili do załadunku przyczepy. Po chwili dzieci spały w fotelikach, suczka leżała na gazetach, a do auta przyczepiona była przyczepa z naszymi zakupami.