piątek, 9 września 2016

ROZDZIAŁ 244

Czysta i pachnąca wskoczyłam do męża pod pieżynkę. Ale te łóżka są zajebiste! Jakbym na chmurce leżała. Nagle na brzuchu poczułam ciepłą dłoń i aż zadrżałam. Dół brzucha zaczął mi pulsować, gdy miękki wargi dotknęły moich ust. Poddałam się przyjemności, dopóki Dymitr nie przerzucić nade mną nogi.
- Jeszcze. Nie. Możemy. Towarzyszu.- mówiłam między pocałunkami.
- Jak to? Minęło sześć tygodni.
- Pięć. A nawet jeśli by minęło, to widziałeś, żebym była u ginekologa?
Westchnął ciężko i położył się obok, przytulając mnie do swojego toru.
- Ja tiebia liubliu Roza
- Ja tiebia toże liubliu tovarishch.
 Po tych słowach zasnęłam.
Obudziłam się cała mokra. Rozejrzałam się dookoła, ale wszystko było tak, jak przed zaśnięciem. Spokojnie Rose, to tylko sen. Spojrzałam na męża. Słodko wyglądał podczas snu. Gdy unormował mi się oddech wstałam i poszłam do łazienki, aby obyć twarz. Następnie wyszłam na chwilę na balkon. Wciągnęłam nocne powietrze. Zaczyna świtać.
- Co to było?- spytała zmartwiona Lissa.
- Mój sen.- westchnęłam ciężko.
- Powiesz o tym Dymitrowi?
- Nie. Po co mam go niepokoić?- czułam, że jej się to nie podoba, ale nic nie powiedziała.
- Ta więź jest uciążliwa. Wczoraj wciągnęłaś mnie podczas pocałunku.- zmieniła temat.
Chciała odciągnąć moje myśli od snu, za co byłam jej wdzięczna. Dalej przed oczami miałam krew i martwego Dymitra.
- Wiem. Czułam twoją obecność.
- Jak z takiego czegoś uciec?
- Musisz się skupić. Mi pomagało też myślenie o Dymitrze.Zobaczę.
- A jak idzie królowanie?
- Na razie moje obowiązki przejął Chris. Ja przygotowuję się do porodu.
- Kiedy masz termin?
- Za kilka tygodni. To bardzo boli?
- To straci znaczenie, gdy tylko weźmiesz tą kruszynę na ręce.- pomyślałam o tym jak po raz pierwszy karmiłam Nastkę.
- To piękne.- wzruszyła się moim wspomnieniem.- A jak się czuje świeża mama.
- Nic nie wyrazi mojego szczęścia, gdy na nie patrzę. Ale bywają męczące.
- To może idź spać. Wiem, że mało odpoczywasz.
- Zaraz i tak będzie dzień. Nie opłaca mi się.
- Rose.
- Lissa to ja powinnam się o ciebie martwić.
- Roza.- aż podskoczyłam na głos ukochanego.- Co tu robisz?
- Chciałam odetchnąć świeżym powietrzem.- powiedziałam, odwracając się do widoku na miasto.
Dymitr podszedł i zarzucił mi na ramiona koc.
- Zły sen?- przytaknęłam głową. - Mogłaś mnie obudzić.
- Nie miałam serca. A tak trochę sobie pomyślałam.
- Wstałaś dziesięć minut temu.
Zdziwiłam się. Aż tyle tu siedzę? Skąd wiedział, kiedy wstałam? Pewnie obudził się, gdy wstałam.
- Zagadałam się z Lissą.- powiedziałam, bez zastanowienia.
Popatrzył na mnie zmartwiony. Nie rozumiałam o co mu chodzi. Idiotka! On przecież nie wie o waszej więzi.
- Tym razem pocałunek cienia jest dwustronny.- wytłumaczyłam.
- Aha. - podszedł i objął mnie od tyłu.- To teraz jak gdzieś uciekniesz będzie można cię znaleźć.- zaśmialiśmy się.
- To ja was zostawiam.- pożegnała się moja przyjaciółka.
- Pa.
- Czekaj. Czyli teraz będzie mogła wchodzić do twojej głowy?- spytał, trochę zdenerwowany strażnik.
- Tak.- wiedziałam do czego pije, więc uprzedziłam jego pytanie.- Gdy wrócimy, będę uczyła Lissę przeciwstawiać się "wciąganiu" jednej do głowy drugiej.
- Pewnie znowu będziesz zabierać jej mrok?- bardziej stwierdził.
- Znasz odpowiedz. Wiesz jaka jestem.
- Nie popieram twojej decyzji,- zaczął poważnym tonem, obracając mnie przodem do siebie.- ale to przez własne uczucia. Kocham Cię i będę się o ciebie martwić. Jednak w całości ją szanuję i nie zostawię cię z tym samej. Będzie mogła wyżywać się na mnie do woli.
- Dziękuję.- wtuliłam się w jego ciepły tors.- Też cię kocham towarzyszu.
- Dobrze Roza, a teraz czas spać.
- Nie chce mi się.
- To masz problem, bo mnie to nie obchodzi.- przerzucił mnie sobie przez ramię i zaniósł z powrotem do pokoju.
- Dymitr! Puść mnie!- krzyczałam dopóki nie dał mi klapsa.
- Nie ładnie krzyczeć na starszych. Po za tym dzieci śpią.
- To postaw mnie staruszku.- droczyłam się z nim.
- Staruszku?! Ja ci dam staruszku.- następny klaps.
- Sam tak powiedziałeś towarzyszu. A teraz możesz mnie postawić?- sama próbowałam uderzyć do w tyłek, ale był za daleko.- No puść mnie.
- Skoro nalegasz.- zrzucił mnie z siebie.
Zaczęłam spadać w dół, ale wylądowałam na czymś miękkim. Otworzyłam oczy, które nie wiem kiedy zamknęłam i zobaczyłam czekoladowe tęczówki, intensywnie wpatrzone we mnie.
- Widzisz coś, co ci się podoba?- spytałam.
- Wiele rzeczy w tobie mi się podoba.- mruknął i mnie pocałował.
W końcu dałam się namówić na spanie. Jednak zanim dobrze zasnęłam, dzieciom trzeba było zmienić pieluchy. Na szczęście nie obudził Lili. Szybko się uspakajały na naszych rękach. Problem, że później ani w głowie było im spanie. Gdy tylko je odkładaliśmy zaczynały płakać. Więc położyliśmy się na łóżku z nimi. Bielikow przytulił Anastazję, a ja Felixa. Ucałowaliśmy oboje w czułka i wszyscy razem zasnęliśmy.
Obudziliśmy się o dziewiątej. Dzieci patrzyły to na nas, to na siebie i się uśmiechały. Więc dzień zaczęliśmy od zabawy z maluchami. Przerwało nam pukanie do drzwi. Po chwili pojawiła się w nich moja siostra.
-Nie przeszkadzam?- spytała.
- Ty nigdy nie przeszkadzasz.- uśmiechnęłam się do niej promiennie.
Odkryłam kołdrę, pod którą szybko wskoczyła między nas. Maluchy cieszyły się, widząc ją. Traktowała je jak rodzeństwo. Ja już uważałam ją za córkę. Co z tego, że musiałabym urodzić ją w wieku dziesięciu lat? Jest dla mnie równie ważna co bliźniaki. Nie wyobrażam sobie już naszego życia bez niej. Dymitr sięgnął po torbę. Wyciągnął z niej aparat i wystawił do góry.
- Rodzina w całości tak normalna, jak każdy osobno.- powiedział i zrobił zdjęcie.
Po chwili pokazał nam jak wyszło na wyświetlaczu.
- Następne na ścianę.- uznałam.- Kochanie, trzeba dokupić ramki.
- No. I to mnóóóóstwo ramek.- dodała entuzjastycznie Lili, gestykulując energicznie.- A dacie mi do pokoju zdjęcie Pawki. Bardzo za nom tęsknię.
- Oczywiście.- spojrzeliśmy na siebie z Dymitrem porozumiewawczo.

czwartek, 8 września 2016

ROZDZIAŁ 243

- To co teraz?- spytała mała, wchodząc do salonu.
Nagle po pokoju rozniósł się płacz. Oboje westchnęliśmy.
- Teraz sprawdzimy co dzieci od nas chcą.- powiedziałam, gdy w trójkę weszliśmy do naszej sypialni.
Dzieci były głodne. Najpierw wzięłam na ręce córkę, a później syna.
- Myślę, że możemy pozwiedzać miasto. Nie jestem zmęczona, a trafiliśmy na Paryż w nocy. Takiej okazji nie można zmarnować. Po za tym nam też się przyda coś zjeść.- uznałam, gdy dzieci grzecznie leżały nam na kolanach. Felix próbował złapać moje długie włosy i śmiał się przy tym.
- Jestem za!- ucieszyła się Lili.
Strażnik nie miał nic przeciwko, więc ułożyliśmy dzieci w nosidełkach, ubraliśmy kurtki i weszliśmy do windy. Na dole już czekała na nas taksówka. Pierwsze co odwiedziliśmy to wieża Eiffla. Widok z góry był niesamowity. Było widać dużą część miasta, a oświetlenie miejskie dodawał temu uroku.
- Ale tu pięknie!- zachwycała się mała.
- To prawda.- podeszłam do niej z Nastką na rękach.
- Rose.- przerwała ciszę.- Ale mimo dzieci, chcesz mnie dalej?- spytała wystraszona.
- Oczywiście. Zawsze będziesz moją kochaną młodszą siostrzyczką. Gdy Cię przygarnęliśmy, wiedzieliśmy, że będę miała dzieci. Ale kocham cię i zawsze będę. Maluchy są absorbujące i wymagają dużo opieki, ale o tak znajdę dla ciebie czas. Możesz też mi pomagać. Jak będą starsze karmić i bawić się z nimi.- zapewniłam ją. - Ale pieluchy wy przebieracie.- ostrzegła i odwróciła się tłem do widoków, wracając do restauracji. Patrzyłam ciągle na miasto, kiedy objęły mnie silne ramiona.
- Cudownie tu.- mruknął mi mąż.
- Nie bez powodu mówią, że to miasto zakochanych.
Na chwilę zapadła cisza. Nasza córeczka gaworzyła radości, patrząc na nas. Po chwili się odezwałam.
- Towarzyszu?
- Roza.- na dźwięk tego imienia, przeszedł mnie przyjemny dreszcz.
- Co to za karta? Ta co użyłeś w hotelu?
- Przywilej dowodzącego strażą Dworską. Spełnia wszystkie moje zachcianki. Ale nie używam jej za często. Jednak moja rodzina zasługuje na wszystko, co najlepsze.- pocałował mnie w kark.
No tak. Dymitr nie lubi za bardzo wykorzystać korzyści płynących ze służby. To było dla niego coś, za co nie chciał nagród. Wystarczyło mu uczucie spełnienia obowiązku. W sumie mi też. Zaraz, zaraz! Co on powiedział?!
- Jesteś dowodzącym strażą na całym Dworze?!- byłam w szoku. 
- Nie wiedziałaś?!- był równie mocno zdziwiony, co ja.
- A kto miał mi powiedzieć?- wzruszył ramionami.-Czekaj! Czyli jesteś ważniejszy od Hansa?
Pokiwał głową.
- Ty idzioto!- wrzasnęłam na niego, aż inni ludzie się na nas popatrzyli.
Dziewczynce się to chyba nie spodobało, bo wydała dźwięk niezadowolenia. Mąż patrzył na mnie zdziwiony.
- Jesteś najważniejszy, możesz dawać misję i wybierać ludzi i sam pojechałeś zabić Roberta?!- nie wierzyłam.
- Zrobiłem to by cię chronić.
- Wystarczyło by kogoś wysłać, a nie narażać się bez potrzeby.
- Bez potrzeby?! Zrobiłem to dla ciebie Roza. Dla naszego dobra.
- Mało nie zginąłeś. Myślisz, że to dałoby mi szczęście?!- dalej na niego krzyczałam, ale już ciszej.
- Ale nie zginąłem.- denerwował mnie jego spokój.- Chciałem osobiście go zabić. Za dużo wyrządzić nam krzywdy. Tobie.
- Chciałeś go zabić, jak ja Wiktora. Dla dobra osoby którą kochasz.- zrozumiałam.- Co nie zmienia faktu, że to było nieodpowiedzialne. Tak dużo razy mogłam cię stracić.- wtuliłam się w jego tors, a on objął nas ramionami.
- Ja ciebie też Roza. Ja ciebie też...
Po tej małej sprzeczne, objęci wróciliśmy do stolika. Lili bardzo dobrze bawiła się z siostrzeńcem.
- Dymitr, pamiętasz co ci mówiłam?- spytała nie patrząc na nas.
- Pamiętam.- mój ukochany zaniósł się śmiechem.
Popatrzyłam na nich, nie nie rozumiejąc.
- O co chodzi?
- Martwi się o ciebie więcej osób niż myślisz.- odpowiedział Dymitr i oparł łokieć o oparcie fotela, zakładając nogę kostką na kolano.
Popatrzyłam na siostrę, która uśmiechała się cwanie, nie spuszczając wzroku z naszego syna. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu, domyślając si o co chodzi.
- Dałeś się zastraszyć ośmiolatce?- zaśmiał się, razem z szkrabem na moich kolanach.
Powoli starała się utrzymać siedząc, chodź ciągle upadała. Złapała za serwetki chcąc się ich przytrzymać, ale spadły, a jedna została jej w ręce. Zaczęła nią machać, śmiejąc się. Mąż schylił się po strącone przez nią życzy, a ja wzięłam z torby grzechotkę i potrząsnęłam nią przed buźką córeczki. Znowu się roześmiała i chciała złapać zabawkę. Ale szybko straciła jej zainteresowanie, gdy Lili bawiła się z jej bratem w Akuku. Popatrzyła na to zdziwiona i zaczęła się cieszyć, jak chłopiec. Gaworzyła wyciągając tak rączki.
- Chcesz do cioci Lili?- spytała i wstałam z nią.
Usiadłam koło siostry. Ta zaczęła odwracać się to do jednego, to drugiego, zasłaniając oczy i odsłaniając. Dzieci cieszyły się i próbowały naśladować jej ruchy,łapiąc się za stópki lub wkładając paluszki do buzi. Dymitr usiadł z drugiej strony dziewczyny i wziął na kolana syna, żeby dampirzycy było łatwiej się z nimi bawić. Po jakiejś godzinie wyszliśmy z restauracji i zjechaliśmy na parter wieży.
- To gdzie teraz.- spytałam.
Lili zaczęła ziewać.
- Myślę, że teraz do hotelu. Mamy jeszcze całe jutro na zwiedzanie.- postanowił Bielikow.
Zgodziłam się i zamówiliśmy taksówkę. Pod czas drogi Lili zasnęła. Ja wzięłam dzieci, a Dymitr śpiąca dziewczynkę. Gdy wjechaliśmy na górę, drzwi nie chciały się otworzyć.
- Proszę przyłożyć klucz.- przeczytałam na ekranie.
- Wyciągniesz z mojej tylnej kieszeni?- ukochany odwrócił się do mnie tyłem.
Wyjęłam go. Do koła przyczepiona była karta, którą przeciągnęłam po czytniku. Drzwi się otworzyły.
- Czyli mamy zachowaną prywatność.- mruknęłam wchodząc do salonu.
Dymitr poszedł do sypialni Lili, a ja do mojej i męża. Podczas naszej nieobecności dodano meble dla dzieci. Piękne niebieskie łóżeczka z delikatnymi zasłonami w tym samym kolorze, stały pod oknem. Do tego przy wejściu stał podwójny wózek. Oczywiście w różnych odcieniach błękitu. Po przewinięciu dzieci i włożeniu ich do łóżeczek, strażnik poszedł się kąpać, a ja zaglądnęłam do Lili. Spała jak zabita. W sumie wszystkich zmęczył ten dzień. Uznałam, że jeśli ją przebiorę, będzie jej wygodniej. Tak też zrobiłam. Tylko zostawiłam jej bieliznę i założyłam piżamę. Wróciłam do naszej sypialni i wzięłam koszulę do spania. Minęłam się z ukochanym w progu łazienki i oczywiście nie obyło się bez gorącego pocałunku. Mąż przygwoździł mnie do ściany, a ja oplotłam go nogami w pasie. Gdy w końcu mnie puścił oddychaliśmy ciężko. Przytulił mnie mocno, czym mnie zaskoczył.
- Kocham cię Roza.- szepnął mi zmysłowo do ucha.- Tak powinien wyglądać nasz pocałunek na sali.
Też pomyślałam o tym treningu i sytuacji na sali.
- Pomyśleć, że dwa dni pod rząd powiedziałam za dużo. Za jedno dostałam w twarz od matki, a za drugie, najlepszy pocałunek mojego dotychczasowego życia.- Rosjanin zaśmiał się z mojej uwagi.
Dostałam jeszcze przelotnego buziaka i poszłam się myć.

ROZDZIAŁ 242

Obudziło mnie szturchanie.
- Roza.- usłyszałam przy swoim uchu.
Przetarłam oczy dłońmi i przyciągnęłam się, patrząc gdzie jestem. Byłam w samolocie.
- Już jesteśmy?- spytałam wstając.
- Nie do końca. Rozpętała się burza i samolot musiał lądować.- tłumaczył mi ukochany, gdy z dziećmi szliśmy do wyjścia.
- To gdzie jesteśmy?- spytałam, ale odpowiedź dostałam, gdy tylko wyjrzałam przez drzwi.
- Witajcie w Paryżu moje damy. W mieście zakochanych.
Za budynkiem lotniska zobaczyłam pięknie oświetlone miasto i wzrastającą ponad inne budynki wieżę Eiffla. Mi i Lili zaparło dech w piersiach.
- Na kiedy mamy nowy samolot?- ciekawa byłam, ile mamy czasu na zwiedzanie.
- Cóż. Dzisiaj jest sobota, a najbliższy lot jest w poniedziałek wieczorem.
Ucieszyła mnie ta wiadomość.
- Ale co teraz zrobimy?
- Znajdziemy jakiś ładny hotel i wynajmiemy pokój.
- Okey.
Spodobał mi się ten pomysł. Z hotelami kojarzy mi się nasza ucieczka z Dworu, czyli przewrotny punkt naszego związku, którego w sumie wtedy jeszcze nie było. Zamówiliśmy taksówkę, a zanim przyjechała, mój mąż sprawdzał miejsca, gdzie możemy się zatrzymać. Wsiedliśmy do auta, strażnik szepnął coś taksówkarzowi, a ten ruszył. Zatrzymał się po około dwudziestu minutach przed wielkim budynkiem. Wysiedliśmy i zapłaciliśmy panu. Patrzyłam zszokowana na hotel. Miał chyba ze sto pięter. Budynek był beżowy, z złotymi rzeźbami. Do drzwi prowadziły marmurowe schody. Na ich bokach stały wielkie lwy. Po nasze bagaże przyszedł boj hotelowy z wózkiem. Wjechał po wjeździe obok schodów. Oszołomiona weszłam za Lili i Dymitrem po schodach. Oni też byli oczarowani. Piękna dodawało nocne oświetlenie. Poszliśmy do wejścia. Przeszliśmy przez obrotowe drzwi prosto do kawowego holu. Ściany sprawiały wrażenie, że są z brązowego kamienia. Taki sam kolor był na podłodze, nie licząc czarnego paska, prowadzącego do recepcji. Na środku stała fontanna, w kolorze ścian i podłogi. Była trzy piętrowy i ozdobiona złotem. Po prawej stronie było wejście do jakichś hotelowych sklepików, dalej kawiarnia i bar. Pod ścianą stały figury różnych małych, dzikich zwierząt. Bawiące się lwiątka, czające się tygrysiątko, stojąca łania, jakaś papuga na gałęzi, wilczyca opiekująca się szczenięciem i trzy foczki bawiące się piłką. Oprócz tego, w doniczkach rosły tropikalne kwiaty. Z sufitu zwieszały się małe, kryształowe żyrandole i jeden ogromny, nad fontanną. Razem podeszliśmy do recepcji. Stała tam młoda kobieta w białej koszuli i granatowej kamizelce z logiem hotelu. Na głowie miała starannie spięty blond kok. Uśmiechała się przyjaźnie. Widać, że lubi tą pracę.
- W czym mogę pomóc?- spytała uprzejmie.
- Poprosimy apartament prezydencki. Pokój małżeński z wyposażeniem dla niemowląt i jednoosobowy. Do poniedziałku.- Bielikow wyrecytował, jakby uczył się tego całe życie i podał kartę. Nauczyliśmy się na błędach.
- A mieli państwo rezerwację?
- Chyba się nie rozumiemy. Proszę sprawdzić kartę.
Kobieta, zdziwiona odebrała od mojego męża przedmiot i przyłożyła do czytnika.
- Och! Niech mi Państwo wybaczą. Oczywiście, proszę chwilę poczekać.- wpisywała coś na klawiaturze komputera.- Już wszystko w porządku. Bagaże czekają na Państwa w pokojach. Proszę.- Podała nam klucz i kartę.- Ostatnie piętro.
- Dziękuję.- Bielikow uśmiechnął się miło i skierowaliśmy się do windy.
Po wjechaniu na górę, drzwi dźwigu otworzyły się. Zobaczyłam widok, który zaparł mi dech w piersiach. Ze złotej windy, od razu wychodziło się do salonu. Ściany były białe,a meble łososiowe. Na środku stał stolik, otoczony pufami i sofami. Gdzie nie gdzie, na etażerkach stały tego samego koloru lampy(↓). Nie podobało mi się wejście do pokoju. Myślałam, że będziemy mieli więcej prywatności. Na szczęście do sypialni i łazienki były zamykane drzwi. Były dwa pokoje do wyboru. Jeden biało niebieski, ze złotymi dodatkami(↓), a drugi biały z beżowymi(↓). W obu były duże, małżeńskie łoża i mały stolik z siedzeniami.
- Ja chcę biały!- krzyknęła Lili, rzucając się na miękki materac i tam została.
W takim razie nam została niebieska. Podobało mi się to. Łazienkę mieliśmy jedną, ale jaką?! Ogromna, porcelanowa wanna ze złoceniami. Po jej prawej znajdowały się lustra i szarka pod nimi, a po lewej porcelanowa toaleta. Byłam nią zachwycona. Po obejrzeniu apartamentu, poszliśmy do naszej sypialni. Tak jak mówiła pani w recepcji, walizki już na nas czekały. Położyliśmy nosidełka na łóżku, a sami zajęliśmy się bagażami. Ja zaczęłam nas rozpakować, a strażnik zaniósł torby mojej siostrze. Wyciągałam najpotrzebniejsze rzeczy, bo zostajemy tu tylko na dwa dni. Gdy wyciągałam pieluchy maluchów, rozdzwonił się mój telefon. Wzięłam go i pokazałam Dymitrowi, który właśnie wszedł, na dzieci i pampersy. Pokiwał głową, a ja odebrałam telefon.
- Co jest staruszku?- spytałam wychodząc do salonu.
- Rose, do cholery, gdzie wy jesteście?! Od pół godziny czekamy na was na lotnisku.
- To ty nie wiesz?!- zdziwiłam się.
- O czym?- spytał podejrzliwie.
- Czekaj! Daj mi się napawać tym uczuciem. To cudowne wiedzieć coś, o czym ty nie masz pojęcia.
- Rose, ty mnie nawet nie denerwuj.- był nieźle wkurzony.
- No dobra. Złapała nas burza i przez dwa dni jesteśmy uwięzieni w Paryżu.
Patrząc na nasze chwilowe miejsce pobytu, to pomyślałam, że mogłabym być uwięziona tak do końca życia.
- Czemu nie dzwoniłaś?! Załatwię wam samolot za godzinę.
- Nie!- odpowiedziałam zbyt gwałtownie.- To znaczy, nie musisz się aż tak fatygować. Dwa dni to nie tak dużo, wytrzymamy.
- Jakby to były nie wiadomo jakie tortury.- mój mąż usiadł na kanapie i pociągnął mnie sobie na kolana.
- No dobra córuś. Trzymajcie się. Nie mogę się doczekać zobaczyć wnuków. Pozdrów Lili i Bielikowa.
- Też pozdrawiamy.-wtrącił się Rosjanin.
- No to pa dzieciaki. Do zobaczenia we wtorek.
- Dobranoc.- odpowiedzieliśmy i się rozłączyłam.







wtorek, 6 września 2016

ROZDZIAŁ 241

Wreszcie nastał dzień powrotu do domu. Wszystko załatwił mój ojciec i w południe mamy samolot.
- Roza, wstawaj.- szturchał mnie ukochany, ziewając.
- Jeszcze pięć minut.
- Wiem, że jesteś zmęczona, ale tym razem samolot na nas nie zaczeka.
- No dobra.- zaczęłam się unosić na łokciach, gdy Anastazja się rozpłakała. Schowałam głowę pod poduszkę.- O nie! Znowu? Tym razem twoja kolej Towarzyszu.
Strażnik nie chętnie się podniósł. Był tak samo zmęczony jak ja.
- Hej księżniczko. Co tym razem? Rose, ona ma kolkę.
Kolka. Największe przekleństwo rodziców. Noworodki mają je codziennie. Wrzask jest niesamowity. Jakby ktoś je ze skóry obdzierał. Niechętnie wstałam i poszłam do torby. Wzięłam małą buteleczkę, którą kupiła mi Sonia w swojej aptece. Nabrałam na miarkę odpowiednią ilość i podałam ją mężowi, który już miał na rękach córkę. Tak samo napełniłam drugą i szybko wzięłam Felixa. Reszta rzeczy mogła poczekać kilka minut, tak, żeby jedno z nas odpoczęło, a drugie zajęło się dziećmi. Brudna pieluszka dawała nie miłe uczucie, a przez czas karmienia jednego, drugie nie umrze z głodu. I tak nie mogłam karmić dwojga na raz. Ale kolka to jest straszny ból i cierpienie, więc czym szybciej zaaplikuje się lek, tym lepiej. Dlatego na hasło "Kolka" wstawaliśmy razem. Wzięłam syna na ręce i wstrzyknęłam mu całą zawartość miarki do ust. Jeszcze chwilę pokołysaliśmy ich na rękach, póki lek nie zaczął działać. Dzieci na nowo zasnęły. Korzystając z chwili spokoju, włożyliśmy do jednego łóżeczka elektryczną nianię i po ubraniu się, zeszliśmy na śniadanie.
- Naprawdę musicie jechać?- spytała po raz setny.
- Nie chcemy was dalej męczyć, a tutaj też nie mamy wystarczająco rzeczy.- powiedziałam między kęsami- Po za tym ojciec mnie męczy, że chce zobaczyć w końcu wnuki.- popiłam to herbatą, jednak nie pobudzała mnie wystarczająco.
- Wcale nas nie męczycie.- mama oburzyła się, że w ogóle wpadliśmy na taki pomysł. - Brudne rzeczy można wyprać, a resztę dokupić.
- Mamo. Zapewniam Cię, że jeszcze was odwiedzimy. Ale Rose ma rację. Musimy wracać.
- No dobrze.- poddała się kobieta.
- Szkoda.- westchnęła Wiki.- Będzie tu tak pusto bez was.
- No.- przytaknęły jej zgodnie siostry.
- Ale ciocia musi wyjeździać?- spytał smutny Łuka, siedzący mi na kolanach.
- Przykro mi kochanie.- przytuliłam go i cmoknęłam w czółko.- Też będę tęsknić. Ale jeszcze tu przyjedziemy.
- Mamo.- zwrócił się do Soni.- Miogię jeichać z ciocią i wują?
- A nie będziesz tęsknił za domem i mamą?- mój mąż poczochrał mu błąd włoski.
- Tlochę będę.- przyznał.
Na tym skończyła się dyskusja. Przez cały czas patrzyłam na kawę ukochanego. W końcu nie wytrzymałam i zabrałam mu napój. Czułam na sobie zdziwiony wzrok rodziny, gdy wypiłam połowę i oddałam mu. Jednak była tak gorzka, że szybko popiłam ją herbatą.
- No co?- spytałam, gdy nikt się nie poruszył.- Nie spałam dobrze od miesiąca. Potrzebuję energii, nawet jeśli z takiego źródła.- skrzywiłam się.
- Było powiedzieć.- Olena wstała i poszła do kuchni. 
Patrzyłam za nią zaciekawiona. Moje zainteresowanie wzmożyło podniecenie przy stole. Pani domu wróciła po jakichś dwudziestu minutach z kubkiem. Postawiła go przede mną. W środku było jakaś brązowa ciecz.
- Co to?- spytałam
- Napij się.- poprosił strażnik z uśmiechem.
Niepewnie wzięłam łyk. To było pyszne! Jeśli dobrze czuję, to jest w tym czekolada, miód i coś jeszcze. Na raz wszystko wypiłam i poczułam jak występują we mnie nowe siły.
- Co to jest?- ponowiłam pytanie, wyraźnie ożywiona.
- Kakao, miód, mleko, cynamon i mieszanka przypraw. To te ostatnie dodają energii. Proszę.- na stole położyła słój pełny mieszaniny ziół i czegoś brązowego.- Dwie łyżeczki do kubka, zalać mlekiem i dodać łyżkę miodu. Rodzinna receptura. Powinno starczyć na dwa, trzy miesiące. Dłużej jeśli nie będziesz używać codziennie. Nie uzależniające i bardzo zdrowe. Lili, ty też będziesz mogła to pić.
- O! Dziękujemy.- powiedziałam zaskoczona.- Jesteś wspaniała.
- To ty jesteś wspaniała Rose. Odzyskałaś naszego brata.- wtrąciła Karolina, patrząc na mnie z wdzięcznością. 
- Po za tym, jako jedyna pomyślałaś o zawiadomieniu nas.- dodała Sonia.
- I jesteś dla nas jak siostra.- dodała Wiki.
Wzruszyło mnie, jaka ta rodzina umie być ciepła i serdeczna.
- Ja też was kocham, jak siostry.
- A niaś?- spytał jedyny blondynek w rodzinie.
- A was kocham najmocniej.- poczochrałam mu czuprynkę.
- Mamo, a mógł bym pojechać do wujka i cioci na wakacje.- Pawka popatrzył na na Karolinę, wzrokiem szczeniaczka.
- Słońce, nie wiem co będzie w wakacje. To już musisz pytać wuja.- kobieta ucałowała go w czoło.
- O tak! Proszę.- błagała Lili.
- Zobaczymy. Do tego czasu zostały dwa miesiące. Nie wiadomo co się przez ten czas zdarzy.- uspokoił ją mój mąż.
Po śniadaniu przygotowaliśmy dzieci do podróży. Czyste, przebrane w śpioszki, przewinięte, nakarmione i z zabawkami, zostały posadzone w nosidełkach. Zabrałam torbę podróżną, w której były butelki z odciągniętym mlekiem, pieluchy i talk. Dymitr już zniósł torby do bagażnika, a ja poprawiłam dzieci i sprawdziłam, czy jest im wygodnie.
- Chodźcie maluchy.- ukochany wszedł do pokoju i zabrał różowe nosidełko.
Mi zostało nieść Felixa. Zeszliśmy na dół, pożegnać się z rodziną. Polało się wiele łez i dobrych słów. W końcu siłą zostaliśmy wciągnięci do samochodu, żebyśmy nie spóźnili się na samolot. Po wystartowaniu samolotu, odpięliśmy pasy i posadziliśmy sobie dzieci na kolanach. Ja wzięłam Nastkę, a Dymitr Felixa. Oboje jeszcze nie umieli siedzieć, więc musieliśmy je podtrzymywać. Oboje rozglądali się wielkimi oczkami po pokładzie, póki nie popatrzyli na siebie i zaczęli się śmiać. Duża część lotu upłynęła nam na zabawie z nimi. Są takie urocze i kochane. Czuję się dumna, że mogłam je dać mężowi. Jakbym dobrze wykonała zadanie. Że jest ze mnie dumny. Ciągle się uśmiechają. Nie rozumiem, jak matka mogła mnie oddać? Może ja byłam inna? Gorsza? Nie wiem. Nie chcę o tym myśleć. Ani teraz, ani nigdy. Patrzę na uśmiechniętą, szczerbatą buźkę, naszego skarbu i nie umiem powstrzymać uśmiechu. Po jakimś czasie dzieci zasnęły, a ja zaraz po nich.

poniedziałek, 5 września 2016

ROZDZIAŁ 240

Następnego dnia zaczęły się przygotowania do pogrzebu. Olenie ciężko było się skupić, więc trochę jej pomagałam. Było to podobne do pogrzebu Dymitra, co od razu obudziło złe wspomnienia. Jednak gdy mój mąż tylko to zauważył, robił wszystko, aby poprawić mi humor, co nie było dla niego trudne. Zazwyczaj wtedy dawał mi klapsa i uśmiechał się zadziornie, a ja zabijałam go wzrokiem. Olena uśmiechała się delikatnie, mówiąc coś w stylu "Eh, te dzieciaki.", na co obie się śmiałyśmy. Przynajmniej na chwilę odsuwaliśmy jej myśli, od smutnego tematu. Jednak mimo tych kilku chwil, w domu panowała przygnębiająca atmosfera. Wszyscy snuli się jak cienie i tylko dzieci niekiedy się śmiały. Z mężem byliśmy po testament, bo Olena zbyt przeżywała śmierć mamy. Każdy coś odziedziczył. Olena cały dom, Wiki sztylet z czasów jej służby, Dymitr jakieś stare westerny z jej półek, Sonia i Karolina jej biżuterię, a dzieci, zwłaszcza chłopcy, pieniądze na łatwiejszy start w życiu. Mi dała amulet, chroniący przed złem, ale nie do końca w to wierzę. Pochowano ją, tak jak prosiła, koło Rafaela Bielikowa. Dowiedziałam się, że był to moroj, którego była strażniczką, dopóki nie urodziła Olena. Później oboje zajęli się opieką nad, wtedy małą córką. To po nim wszyscy mają nazwisko.
Na ognisku nie szaleliśmy, bo trzeba było się naszymi skarbami zająć. A gdy oboje poszły spać, to my też byliśmy tak padnięci całym dniem i ogólnie tygodniowym przygotowaniami, że zasnęliśmy w ubraniach, nawet się nie kąpiąc. Tej nocy dzieci były dość spokojne, co nie oznacza, że dały nam przespać całą noc. Tak dobrze nie ma. Ale wstaliśmy tylko raz, do karmienia. Dni mijały nam na opiece nad dziećmi, gdy Sonia i Karolina poszły do pracy, spacerach z dziećmi i opiece nad dziećmi. Mówiłam już o opiece nad dziećmi? Zajmują nam dwadzieścia godzin na dobę. Ale równie dużo dają radości. I coraz szybciej zbliżały się urodziny Wiktorii. W sumie to wypadają dzisiaj. Pobyt mieliśmy zaplanowany na miesiąc. Zostały dwa tygodnie.
- Wszystkiego najlepszego.- wykrzyknęliśmy gdy weszła do ogrodu.
Wszędzie były balony z osiemnastką, a Olena trzymała tort w tym samym kształcie. Zaproszeni byli wszyscy jej znajomi i przyjaciele. Zorganizowaliśmy DJ-a. Postanowiliśmy, że do wieczora będzie to taka spokojne, tradycyjne przyjęcie, a o dwudziestej sobie pójdziemy i damy się wyszaleć towarzystwu. Sama bym została, w końcu dopiero rok temu uzyskałam dorosłość. Ale przez ten rok dużo się zmieniło. Czuję się bardziej dorosła i odpowiedzialna. Po za tym nasze dzieci mnie wykończą. Ciągłe wrzaski i nie przespane noce dają w kość. Przyszedł czas na prezenty. W większości były to zabawki dla dorosłych, albo pieniądze. Przyszedł czas na nas.
- Proszę, to pierwsza część prezentu.- Dymitr podał solenizantce torebkę, w której była z dużą czekolada i pięćset dolarów.
- WOW! Nie mogę tego przyjąć.
- Możesz. Osiemnastkę ma się raz w życiu.
- Dziękuję.- uścisnęła nas.
- To jeszcze nie koniec.- zrobiłam pauzę, dla podtrzymania napięcia.- Dostałam zgodę od Dyrektor Kirowej na twoją naukę. Od wakacji możesz uczyć się w Akademii św. Władimira, a później podejść do testu na strażniczkę.
Dziewczyna zaczęła piszczeć ze szczęścia i rzuciła się nam na szyje, obcałowując nas po policzkach.
Gdy wybiła ósma, wszyscy poszliśmy do domu, a Wiki ze swoim towarzystwem zostali na zewnątrz. Zabawa trwała chyba do drugiej w nocy. A mimo to dzieci nawet nie obudziła ta muzyka.
- Dymitr, one chyba mają sen po tobie.- stwierdziłam.
Nie mogłam zasnąć przy tym hałasie, więc wyszliśmy na spacer. Tak. W środku nocy. Co w tym dziwnego.
- To dzieci. Jak zasną to obudzić je dopiero głód lub mokry pampers.
- Albo nudzący się tatuś.- zaśmiałam się.
- Nasza księżniczka jakoś nie protestowała, gdy ją podnosiłem i opuszczałem. Nawet słyszałem śmiech.
- Ciekawe, czym jeszcze nas te maluchy zaskoczą? Nie powinny tak szybko zacząć się śmiać. Założę się, że za niedługo będziemy je ganiać po całym domu.- zaśmialiśmy się.
- Już sobie to wyobrażam. Moja piękna żona, biegnąca za małym nagim Felixem, który uciekł podczas zmieniania pieluchy.
- O nie! W takim razie to ty od dzisiaj je przewijasz.
- Czemu ja?- oburzył się.
- Bo ja sobie takiej sceny nie wyobrażam, a chętnie bym zobaczyła.
- Och Roza, Roza.- pokręcił zrezygnowany głową.- Co ja z tobą mam.- uśmiechnął się, obejmując mnie ramieniem.
- Przynajmniej się nie nudzisz.
- O tak. To ostatnie co mogę przy was robić. Szaleję. Z wami, za wami. Szaleje moja dusza i serce, gdy tylko cię widzę.- zatrzymał mnie, odwrócił do siebie i zaczął całować po szyi.
- Skarbie, przyznaj się, ile wypiłeś?- spytałam, czując od niego miętę z alkoholem.
- A nie będziesz krzyczała?- popatrzył na mnie maślanymi oczami.
Prawie mu uległam i utonęłam w ich brązie, jednak ostatkiem sił zachowałam powagę.
- Pytam się ile?!- skrzyżowałam ręce na piersi,wciąż trzymając wózek.
- Tylko trochę.- pokazał na palcach z trzy centymetry. Popatrzyłam na niego z pod brwi.- No może trochę więcej. Ale nie dużo.
- I ty jeszcze z dziećmi się bawiłeś?!- nie dowierzałam. Przecież on zawsze jest taki odpowiedzialny.
- Ale nie upiłem się mocno. Wiem co się wokół dzieje.- zaprzeczył.
- Tylko masz przytępione zmysły. Pomyślałeś co by było, gdyby zaatakowały nas strzygi?!- podniosłam głos.- Po za tym dzieci pewnie się nawdychały alkoholu przez ciebie. Wracamy do domu.
Dymitr skulił się pod moim tonem i spojrzeniem. Może to da mu do myślenia. Odwróciłam wózek i zdenerwowana ruszyłam w drogę powrotną. Mąż szedł za mną, jak zbity pies. Gdy już przeszła mi złość, zwolniłam i poczekałam na niego. Dalej szliśmy w ciszy.
- Roza... ja przepraszam.- zaczął, kiedy położyliśmy dzieci spać.- Powinienem bardziej myśleć. W końcu jestem ojcem. Ale to tak mną wstrząsnęło. Ja nigdy nie wyobrażałem sobie siebie w tej roli. Boję się, że nie podołam.
- Ty nie podołasz? Masz dwie młodsze siostry, a wiem, że zawsze chciałeś mieć dzieci. Jesteś i będziesz Najlepszym ojcem na świecie. To ja przepraszam. Przecież każdy ma prawo czasem sobie popić. Nie powinnam się wściekać.
- Nie Roza. Kiedyś najważniejsza była służba, a nie zakładanie rodziny. Ty zmieniłaś moje życie.
- Co nie znaczy, że jesteśmy tylko ludźmi. Każdy popełnia błędy.
Na tym zakończyła się nasza rozmowa. Po umyciu się, padłam zmęczona na łóżku i wtuliłam się w nagi tors męża. On objął mnie i ucałował w czoło.
- Ja tiebia liubliu Roza
- Ja tiebia toże liubliu tovarishch.

niedziela, 4 września 2016

ROZDZIAŁ 239

Dopiero wieczorem otworzyliśmy list.

Dzieci. Życzę wam szczęśliwego życia. Ale razem na pewno takie będzie. Jesteście dla siebie stworzeni i zawsze się odnajdziecie. Rose, wiem, że nasze relacje były dziwne, a jeszcze dziwniej się zaczęły. Jednak od samego początku wiedziałam, że jesteś świetną strażniczką. A jeszcze lepszym człowiekiem. Życie zmusi cię do wielu poświęceń. A największe za córkę. Ale po co ci to w ogóle mówię? Sama wiem co matka może zrobić dla dziecka. Odwiedzajcie czasem Bai. Nie wątpię, że dziewczyny sobie poradzą beze mnie, ale potrzebne im wsparcie. Liczę na was. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz zawalczycie na korzyść dampirów.

Patrzyłam na to tępo. Ten list zostawił więcej wątpliwości niż jakakolwiek wróżba . Poświęcenie za Anastazję. Czy będę do tego zdolna? Popatrzyłam na dzieci wierzgające w łóżeczka i rozmawiające ze sobą w sobie tylko znanym języku. Tak. Oddała bym za nią życie. Za oboje. Dymitr patrzył niepewnie, to na mnie, to na dzieci.
- Roza myślisz, że...
- Nie wiem, co o tym myśleć.- przerwałam mu i znowu spojrzałam na nasz mały cud.- Ale wiem, że dla jej dobra zrobię wszystko. Jednak nie martwmy się tym teraz. Czuję, że mamy na to czas.
Przytuliliśmy się do siebie.
- Trzeba dzieci umyć.- zauważył mój mąż, gdy przysypiałam.
- Yhym...- mruknęłam i chciałam się podnieść.
- Leż Roza. Ja to zrobię. Ty pomogłaś i wspierałaś nas cały dzień. Teraz moja kolej coś zrobić.
Mogłam się kłócić, ale nie miałam siły. To prawda. Kobiety spędził cały dzień załamanie w pokojach, więc ja z Lili i ich dziećmi się wszystkim zajęliśmy. Nie byliśmy na tyle związani z Jewą i nie rozpaczaliśmy mocno, choć w każdego to uderzyło. Dymitr chciał mi pomóc, ale w swoim stanie nie było możliwości, aby cokolwiek zrobił, dlatego kazałam mu siedzieć w miejscu. Gdy zrobiliśmy dość łatwy obiad obiad, czyli makaron z sosem znalezionym przez Pawkę w szafce ze słoikami, Lili wzięła porcję dla Oleny i po drodze zawołała gości dziewczyn. Szybko zeszli i zabrali porcje dla siebie i ukochanych. Za to Dymitr zaniósł jedzenie młodszej siostrze, a później, żeby przestał o myśleć o tragedii, nakarmił Łukę i Zoję. Później zabraliśmy wszystkiego dzieci na spacer na plac zabaw. Musieliśmy jechać samochodem, bo w Bai żadnego nie było. Po raz pierwszy od dawna to ja kierowałam. Ale starałam się jechać spokojnie. Dzieci się bawiły. A my siedzieliśmy z naszymi na ławce. One jako jedyne były w stanie odciągnąć uwagę strażnika od wydarzenia z rana. Po powrocie zrobiliśmy wszystkim kolację i roznieśliśmy po pokojach. Wieczorem Dymitr już ochłonął, więc był bardziej przydatny. Ale mimo wszystko byłam bardzo zmęczona. Atmosfera w domu była przygnębiająca.
Wystraszyłam się gdy Bielikow położył się obok mnie. Zamyśliłam się tak bardzo, że straciłam poczucie czasu.
- O czym myślisz?- spytał, przyciągając mnie do siebie.
- O dzisiejszym dniu.- westchnęłam zmęczona.
Mocno wtuliłam się w ukochanego i zasnęłam.

Biegłam przez las. Czemu? Bo ktoś porwał naszą małą księżniczkę. Goniłam strzygę, która trzymała Nastkę. Nagle się zatrzymała i weszła do jakiegoś domu. Podbiegłam do ściany budynku, mocno ściskając sztylet. Policzyłam do trzech i otworzyłam drzwi. W środku było pełno krwi i ciał, aż zbierało mi się na wymioty. Weszła na górę i prawie dostałam zawału. Patrzyłam przestraszona na mojego kochanego synka, przybitego do drzwi włócznią wbitą prosto w jego serce. Za nimi usłyszałam płacz i jakieś głosy. Pokonałam zawroty głowy i weszłam. Na środku stała ta sama strzyga z Nastką na rękach. Do łóżka niedaleko przywiązany był mój mąż. Był nagi i cały w ranach i siniakach. Śladach po torturach.
- Puść ich! -wrzeszczałam.
- Puszcze, jeśli ty się poświęcisz.
- Oddam z nich nawet życie.
- Roza nie!- odezwał się Dymitr, za co dostał po twarzy od potwora.
- Sieć cicho!- wydarł się na niego.- A ty musisz...
I w tym momencie zawaliła się podłoga i spadłam na dół.
W następnej scenie widziałam płonący dom. Wybiegła z niego piętnastoletnia Lili z pięcioletnimi dziećmi.
- Dymitr. Uciekaj stamtąd.- krzyczała.
W drzwiach zobaczyłam znajomą sylwetkę Rosjanina.
- Nie mogę. Roza.
- Już jej nie uratujesz.
- To zginę z nią. Zaopiekuj się dziećmi.
- Chyba żartujesz. Nie rób tego.
Ale było za późno. Przeniosłam się do środka. Widziałam siebie, leżąca na podłodze. Nogi przygniatała mi płonąca belka. Ledwo oddychałam, kaszląc co chwilę. Nagle do pokoju wpadł strażnik. Bosko wyglądał wśród płomieni.
- Roza.- podszedł do mnie, łzami w oczy.
- Cześć towarzyszu.- ledwo mówiłam. Popatrzyłam na niego czule.- Wiesz, że bardzo Cię kocham.
- Nie żegnaj się skarbie, już nigdy się nie rozstaniemy.
Pokręciłam głową.
- Mnie się nie da uratować. Ale ty jeszcze możesz uciec. Zaopiekuj się dziećmi.
- Nie mogę. Ilekroć na nie spojrzę zobaczę ciebie. Wolę stokroć umrzeć, niż raz żyć bez ciebie.
Położył się obok mnie, przytulił i pocałował namiętnie, ostatni raz.

Obudziłam się z krzykiem. Otuliły mnie silne ramiona.
- Spokojne Roza to tylko zły sen.- ukochany kołysał się ze mną. Zawsze mnie to uspokaja.
- Był taki realistyczny.
- Opowiesz mi?
I tak zrobiłam. Pierwszy był bardziej bolesny. W drugim bardziej martwiło mnie, że dzieci zostaną bez rodziców.
- Ten drugi sen... zrobił bym tak.- powiedział, gdy skończyłam.
- Nie chcę, żebyś bez potrzeby umierał. Zwłaszcza, gdy możesz się uratować.
- Ostatnie dni pokazały mi, że życie jest strasznie kruche. A ja nie chce zostać bez ciebie. Ty dajesz mi siłę, aby wierzyć w sens naszego istnienia.
- To co mówiłeś rano po...- nie wiedziałam jak to powiedzieć.
- Po dowiedzeniu się o śmierci babci.- dokończył za mnie. Smutno pokiwałam głową.- Czasami tak myślę, ale tylko po części. Nie chcę zaszczytów. Zależy mi na pomocy innym. Mój stosunek do służby nie zmienił się aż tak bardzo. Byłem zdesperowany i wystraszony tym, jak łatwo stracić kogoś bliskiego. Wydawało mi się, że zawsze będzie przy mnie. A jednak. Chcę dalej służyć moroją. Teraz mi głupio za niektóre rzeczy, które powiedziałem.
- W wielu miałeś rację, ale ucieczka to łatwiejsze rozwiązanie.
- Wiem. Dlatego chcę dalej służyć u boku Christiana.
- Jak wrócimy, skończy ci się urlop.- zauważyłam.
- jak chcesz to mogę go przedłużyć dla was.
Przez chwilę się wahałam. Nie chciałam znowu siedzieć sama. Ale z drugiej strony będę miała dzieci. A z takim typem wzrostu, to kilka tygodni po powrocie zaczną raczkować. A zatrzymanie go w domu było by samolubne.
- Nie. Nie chcę żebyś nadszarpywał sobie reputację i opinię odpowiedzialnego strażnika.
- To dla mnie nie jest ważne.
- Ale dla mnie jest. Masz na utrzymaniu mnie, Lili, dzieci i Gwiazdkę. Po za tym, reprezentujemy związki dampirów i czy w przyszłości nasze dzieci będą mogły być szczęśliwe z kim będą chcieli.
- Ale jesteś pewna?- spytał.
- Tak.
___________________________________________________________
Pewnie dziwi was to, że tak jesteście przeze mnie rozpieszczani. Po prostu mam teraz wenę i postanowiłam zostać przy codziennych rozdziałach. A żeby nadrobić zaległości, dodaję po dwa. To skąd dzisiaj cztery? Bo ostatnio przez dwa dni było po jednym. I nadrobiłam dzisiaj nadrabianie ze wczoraj i przed wczoraj. Mam nadzieję, że się cieszcie. Liczę na dużo komentarzy. To bardzo motywuje, ale chyba to już wiecie.💖💖💖💖

ROZDZIAŁ 238

Jeszcze trochę płakał. Później tylko tak leżeliśmy. W końcu jego oddech się uspokoił. Znaczy, że zasnął. Powoli, tak żeby go nie obudzić wstałam i ubrałam się. Zajrzałam do dzieci, ale jeszcze spały. Zostawiłam im elektryczną niańkę i poszłam do kuchni. Na środku stołu stał talerz z kanapkami. Nikt nawet nie zjadł śniadania. Wzięłam talerze i nałożyłam każdemu po kilka kromek. W szafkach znalazłam kakao, więc zagrzałam garnek mleka i każdemu zrobiłam ciepłą czekoladę z bitą śmietaną, którą znalazłam w lodówce i cynamonem. Pomyślałam tez o Łuce, więc do talerzyk nasypałam mu kaszki i zalałam ciepłym mlekiem. Do tego dodałam ucierane jabłka z cynamonem. Może nie jestem aż taką złą kucharką. Wszystko położyłam na tackę. Najpierw poszłam do Karoliny i dzieci. Z Pawką odnalazłam również Lili. Kazałam jej przypilnować, żeby wszyscy zjedli. Podziękowali mi ze smutnymi uśmiechami. Następnie poszłam do Soni. Spała przytulona do syna.
- Sonia.- potrząsnęłam nią delikatnie.
Od razu się obudziła. Podałam jej kanapki i napój, a sama posadziłam siostrzeńca w krzesełku do karmienia i postawiłam przed nim talerzyk z kaszką. Jednak nie miał apetytu, taki był smutny. Zaczęłam go karmić to jakoś całość przełknął.
- Nie musiałaś tego robić.- wychrypiała moja szwagierka.- Masz do opieki swoje dzieci i jeszcze nas musisz niańczyć. Ja to powinnam robić jako matka.- spuściła smutny wzrok.
- Nie wygłupiaj się.- usiadłam z Łuką obok niej.- w rodzinie trzeba sobie pomagać. A to dla mnie przyjemność. Sama wiem, co to znaczy stracić kogoś bliskiego. Nie ma się głowy do opiekowania się sobą, a co innego innymi. A teraz kładź się i odpoczywaj.- podałam jej dziecko.
Po drodze do drzwi zabrałam puste talerze i kubki. Następnie poszłam do Oleny. Jeszcze nigdy nie widziałam jej w takim stanie. Ta kobieta, która zawsze jest uśmiechnięta, miła dla innych i pełna energii, leżała teraz cała załamana. Był to smutny widok.
-Mamo.- odezwałam się.
Najstarsza z Bielikowów spojrzała ma mnie. Podałam jej jedzenie i picie.
- Dziękuję dziecko.- wysiliła się na słaby uśmiech.- Jesteś prawdziwym klejnotem w naszej rodzinie. Sama powinnam pamiętać o śniadaniu.
- Przy tym, co się stało, trudno myśleć o czymkolwiek. Spokojne, to nie jest żaden problem.- dodałam, gdy chciała się odezwać.- A teraz zjedz i odpoczywaj.
Ucałowałam jej czoło i wyszłam.
Wiktoria nie spała, gdy do niej weszłam. siedziała na łóżku czytając coś, a z jej oczu płynęły łzy . Spojrzała na mnie, kiedy podeszłam bliżej.
- Masz, bo pewnie nie jadłaś nic. A to na osłodę.
- Dzięki, ale nie mam apetytu.
- Nie pytam się, czy masz, tylko daję ci do zjedzenia. Musisz mieć siłę.- kobieta popatrzyła nie pewnie na talerz.- No już jedz. Bo cię sama nakarmię.
Wiki parsknęła śmiechem i jakoś wmusiła w siebie jedzenie i picie.
- Co tam masz?- spytałam patrząc na list, napisany cerlicą.
- Ostatnia wola babci i gdzie szukać testamentu. Znalazłam dzisiaj na jej biurku. Leżał tam też list.
Z pod poduszki wyciągnę zaklejoną kopertę i mi podała. Było na niej, "Dla Rose i Dymitra."
- Weź obie rzeczy. Dymitra powinien o tym wiedzieć.- jeszcze bardziej zaczęła płakać.- Zostaniesz ze mną?- spytała z nadzieją.
- Nie mogę. Muszę zaopiekować się twoim bratem.
- Dobrze.- powiedziała smutno.
Nie mogłam patrzeć na jej cierpienie. Przytuliłam ją i czekałam aż zaśnie. Nie trwało to długo. Przed wyjściem zabrałam od niej naczynia. Jeszcze wstąpiłam do Oleny i od niej też zabrałam pusty talerz i kubek. Następnym przystankiem był pokój Karoliny. Wszystkie dzieci stały, tylko Karolina obserwowała moje ruchy.
- Dziękuję Rose. Za wszystko. Byłabyś dobrą kelnerką.
- Myślę, że ty jesteś lepszą. A teraz odpoczywaj.
Ostatni talerz i kubek zostawiłam Dymitrowi. Następnie poszłam odłożyć brudne naczynia do zlewu i je posprzątałam, bo wiem, że gdy mąż się obudzi już mnie nie wypuści. Nagle wpadłam na pomysł. Wzięłam książkę telefoniczną. To takie dziwne w dzisiejszych czasach. Znalazłam numer telefonu do chłopaków Karoliny i Wiktorii. Powiedziałam jaka jest sytuacja, a oni obiecali, że zaraz będą. Pięć minut później usłyszałam dzwonek do drzwi. To byli oni. Przytulili mnie na przywitanie, a ja powiedziałam im, gdzie są dziewczyny. Szybko tam poszli. Ja sama wróciłam do męża.
- Skarbie. Śniadanie.
Otworzył smutne oczy. Podałam mu kanapki, ale on nie chciał jeść.
- Nie jestem głodny.- upierał się.
- Nie wkręcaj mnie tylko jedz. 
Gdy tego nie zrobił, sama zaczęłam go karmić. W końcu uległ i zjadł wszystko z apetytem.
- A jednak byłeś głodny.- zabrałam mu talerz i podałam kubek.
- Jesteś wspaniała Roza.
Nagle dzieci zaczęły płakać. W sumie i tak długo wytrzymały.
- Zostań.- położyłam męża, gdy zaczął się podnosić.
- Muszę czymś zająć myśli.- sprzeciwił się.
- To poczytaj. Jesteś roztrzęsiony i wszystko zacznie ci wypadać z rąk.
Posłuchał mnie. Wzięłam najpierw Felixa. Okazało się, że trzeba zmienić pieluchy. Położyłam go na łóżku i poszłam po cały zestaw do torby. W tym czasie ukochany głaskał małego po główce, ciągle płacząc. Uklękłam przed łóżkiem i zajęłam synowi pieluchę. Następnie mokrą chusteczką wytarłam mu tyłeczek, ucałowałam go i nawilżyłam kremem. Na koniec założyłam czystego pampersa i wsadziłam mój skarb do łóżeczka. To samo zrobiłam z córką, tylko jeszcze obmyłam jej miejsca intymne zaparzonym rumiankiem i zamiast kremu, posypałam jej pupcię talkiem w proszku. Trochę pokołysałam Nastkę na rękach i również położyłam spać. W końcu położyłam się koło męża, który na nowo się we mnie wtulił. Byłam z siebie dumna, że zapewniam mu bezpieczeństwo. Patrzyłam jak się uspokaja. Przypomniałam sobie o listach od Jewy i po nie sięgnęłam.
- Co to Roza?- spytał.
- Ostatnia wola twojej Babci.- na te słowa wyprostował się i zabrał mi kartki. Najpierw czytał tą otworzoną.

"Wiem, że pewnie to was boli, ale na każdego przychodzi czas, a ja i tak za długo się za siedziałam. Już zobaczyłam wszystkie swoje wnuki i ich wszystkich dzieci. Możliwe, że będziecie mieć ich więcej, ale ja już ich nie poznam. Wiktoria za pewne nie będzie mieć dzieci, jeśli chce pozostać wierna Mikołajowi.
Dimka chcę żebyś dbał o Rose, bo żadna kobieta nie ma czystszego serca od niej. Córeczko, chcę być pochowana przy moim mężu. Mój testament jest u pana Dorkow. Pamiętajcie, że wszystkich was bardzo kocham i zawsze będę nad wami czuwać. Wasza kochana Babka."

Pod koniec czytania głos strażnika się łamał. Przytuliłam go do siebie, gdy z oczu popłyneły mu łzy. Nic nie mówiłam, tylko głaskałam go po głowie.