wtorek, 6 września 2016

ROZDZIAŁ 241

Wreszcie nastał dzień powrotu do domu. Wszystko załatwił mój ojciec i w południe mamy samolot.
- Roza, wstawaj.- szturchał mnie ukochany, ziewając.
- Jeszcze pięć minut.
- Wiem, że jesteś zmęczona, ale tym razem samolot na nas nie zaczeka.
- No dobra.- zaczęłam się unosić na łokciach, gdy Anastazja się rozpłakała. Schowałam głowę pod poduszkę.- O nie! Znowu? Tym razem twoja kolej Towarzyszu.
Strażnik nie chętnie się podniósł. Był tak samo zmęczony jak ja.
- Hej księżniczko. Co tym razem? Rose, ona ma kolkę.
Kolka. Największe przekleństwo rodziców. Noworodki mają je codziennie. Wrzask jest niesamowity. Jakby ktoś je ze skóry obdzierał. Niechętnie wstałam i poszłam do torby. Wzięłam małą buteleczkę, którą kupiła mi Sonia w swojej aptece. Nabrałam na miarkę odpowiednią ilość i podałam ją mężowi, który już miał na rękach córkę. Tak samo napełniłam drugą i szybko wzięłam Felixa. Reszta rzeczy mogła poczekać kilka minut, tak, żeby jedno z nas odpoczęło, a drugie zajęło się dziećmi. Brudna pieluszka dawała nie miłe uczucie, a przez czas karmienia jednego, drugie nie umrze z głodu. I tak nie mogłam karmić dwojga na raz. Ale kolka to jest straszny ból i cierpienie, więc czym szybciej zaaplikuje się lek, tym lepiej. Dlatego na hasło "Kolka" wstawaliśmy razem. Wzięłam syna na ręce i wstrzyknęłam mu całą zawartość miarki do ust. Jeszcze chwilę pokołysaliśmy ich na rękach, póki lek nie zaczął działać. Dzieci na nowo zasnęły. Korzystając z chwili spokoju, włożyliśmy do jednego łóżeczka elektryczną nianię i po ubraniu się, zeszliśmy na śniadanie.
- Naprawdę musicie jechać?- spytała po raz setny.
- Nie chcemy was dalej męczyć, a tutaj też nie mamy wystarczająco rzeczy.- powiedziałam między kęsami- Po za tym ojciec mnie męczy, że chce zobaczyć w końcu wnuki.- popiłam to herbatą, jednak nie pobudzała mnie wystarczająco.
- Wcale nas nie męczycie.- mama oburzyła się, że w ogóle wpadliśmy na taki pomysł. - Brudne rzeczy można wyprać, a resztę dokupić.
- Mamo. Zapewniam Cię, że jeszcze was odwiedzimy. Ale Rose ma rację. Musimy wracać.
- No dobrze.- poddała się kobieta.
- Szkoda.- westchnęła Wiki.- Będzie tu tak pusto bez was.
- No.- przytaknęły jej zgodnie siostry.
- Ale ciocia musi wyjeździać?- spytał smutny Łuka, siedzący mi na kolanach.
- Przykro mi kochanie.- przytuliłam go i cmoknęłam w czółko.- Też będę tęsknić. Ale jeszcze tu przyjedziemy.
- Mamo.- zwrócił się do Soni.- Miogię jeichać z ciocią i wują?
- A nie będziesz tęsknił za domem i mamą?- mój mąż poczochrał mu błąd włoski.
- Tlochę będę.- przyznał.
Na tym skończyła się dyskusja. Przez cały czas patrzyłam na kawę ukochanego. W końcu nie wytrzymałam i zabrałam mu napój. Czułam na sobie zdziwiony wzrok rodziny, gdy wypiłam połowę i oddałam mu. Jednak była tak gorzka, że szybko popiłam ją herbatą.
- No co?- spytałam, gdy nikt się nie poruszył.- Nie spałam dobrze od miesiąca. Potrzebuję energii, nawet jeśli z takiego źródła.- skrzywiłam się.
- Było powiedzieć.- Olena wstała i poszła do kuchni. 
Patrzyłam za nią zaciekawiona. Moje zainteresowanie wzmożyło podniecenie przy stole. Pani domu wróciła po jakichś dwudziestu minutach z kubkiem. Postawiła go przede mną. W środku było jakaś brązowa ciecz.
- Co to?- spytałam
- Napij się.- poprosił strażnik z uśmiechem.
Niepewnie wzięłam łyk. To było pyszne! Jeśli dobrze czuję, to jest w tym czekolada, miód i coś jeszcze. Na raz wszystko wypiłam i poczułam jak występują we mnie nowe siły.
- Co to jest?- ponowiłam pytanie, wyraźnie ożywiona.
- Kakao, miód, mleko, cynamon i mieszanka przypraw. To te ostatnie dodają energii. Proszę.- na stole położyła słój pełny mieszaniny ziół i czegoś brązowego.- Dwie łyżeczki do kubka, zalać mlekiem i dodać łyżkę miodu. Rodzinna receptura. Powinno starczyć na dwa, trzy miesiące. Dłużej jeśli nie będziesz używać codziennie. Nie uzależniające i bardzo zdrowe. Lili, ty też będziesz mogła to pić.
- O! Dziękujemy.- powiedziałam zaskoczona.- Jesteś wspaniała.
- To ty jesteś wspaniała Rose. Odzyskałaś naszego brata.- wtrąciła Karolina, patrząc na mnie z wdzięcznością. 
- Po za tym, jako jedyna pomyślałaś o zawiadomieniu nas.- dodała Sonia.
- I jesteś dla nas jak siostra.- dodała Wiki.
Wzruszyło mnie, jaka ta rodzina umie być ciepła i serdeczna.
- Ja też was kocham, jak siostry.
- A niaś?- spytał jedyny blondynek w rodzinie.
- A was kocham najmocniej.- poczochrałam mu czuprynkę.
- Mamo, a mógł bym pojechać do wujka i cioci na wakacje.- Pawka popatrzył na na Karolinę, wzrokiem szczeniaczka.
- Słońce, nie wiem co będzie w wakacje. To już musisz pytać wuja.- kobieta ucałowała go w czoło.
- O tak! Proszę.- błagała Lili.
- Zobaczymy. Do tego czasu zostały dwa miesiące. Nie wiadomo co się przez ten czas zdarzy.- uspokoił ją mój mąż.
Po śniadaniu przygotowaliśmy dzieci do podróży. Czyste, przebrane w śpioszki, przewinięte, nakarmione i z zabawkami, zostały posadzone w nosidełkach. Zabrałam torbę podróżną, w której były butelki z odciągniętym mlekiem, pieluchy i talk. Dymitr już zniósł torby do bagażnika, a ja poprawiłam dzieci i sprawdziłam, czy jest im wygodnie.
- Chodźcie maluchy.- ukochany wszedł do pokoju i zabrał różowe nosidełko.
Mi zostało nieść Felixa. Zeszliśmy na dół, pożegnać się z rodziną. Polało się wiele łez i dobrych słów. W końcu siłą zostaliśmy wciągnięci do samochodu, żebyśmy nie spóźnili się na samolot. Po wystartowaniu samolotu, odpięliśmy pasy i posadziliśmy sobie dzieci na kolanach. Ja wzięłam Nastkę, a Dymitr Felixa. Oboje jeszcze nie umieli siedzieć, więc musieliśmy je podtrzymywać. Oboje rozglądali się wielkimi oczkami po pokładzie, póki nie popatrzyli na siebie i zaczęli się śmiać. Duża część lotu upłynęła nam na zabawie z nimi. Są takie urocze i kochane. Czuję się dumna, że mogłam je dać mężowi. Jakbym dobrze wykonała zadanie. Że jest ze mnie dumny. Ciągle się uśmiechają. Nie rozumiem, jak matka mogła mnie oddać? Może ja byłam inna? Gorsza? Nie wiem. Nie chcę o tym myśleć. Ani teraz, ani nigdy. Patrzę na uśmiechniętą, szczerbatą buźkę, naszego skarbu i nie umiem powstrzymać uśmiechu. Po jakimś czasie dzieci zasnęły, a ja zaraz po nich.

poniedziałek, 5 września 2016

ROZDZIAŁ 240

Następnego dnia zaczęły się przygotowania do pogrzebu. Olenie ciężko było się skupić, więc trochę jej pomagałam. Było to podobne do pogrzebu Dymitra, co od razu obudziło złe wspomnienia. Jednak gdy mój mąż tylko to zauważył, robił wszystko, aby poprawić mi humor, co nie było dla niego trudne. Zazwyczaj wtedy dawał mi klapsa i uśmiechał się zadziornie, a ja zabijałam go wzrokiem. Olena uśmiechała się delikatnie, mówiąc coś w stylu "Eh, te dzieciaki.", na co obie się śmiałyśmy. Przynajmniej na chwilę odsuwaliśmy jej myśli, od smutnego tematu. Jednak mimo tych kilku chwil, w domu panowała przygnębiająca atmosfera. Wszyscy snuli się jak cienie i tylko dzieci niekiedy się śmiały. Z mężem byliśmy po testament, bo Olena zbyt przeżywała śmierć mamy. Każdy coś odziedziczył. Olena cały dom, Wiki sztylet z czasów jej służby, Dymitr jakieś stare westerny z jej półek, Sonia i Karolina jej biżuterię, a dzieci, zwłaszcza chłopcy, pieniądze na łatwiejszy start w życiu. Mi dała amulet, chroniący przed złem, ale nie do końca w to wierzę. Pochowano ją, tak jak prosiła, koło Rafaela Bielikowa. Dowiedziałam się, że był to moroj, którego była strażniczką, dopóki nie urodziła Olena. Później oboje zajęli się opieką nad, wtedy małą córką. To po nim wszyscy mają nazwisko.
Na ognisku nie szaleliśmy, bo trzeba było się naszymi skarbami zająć. A gdy oboje poszły spać, to my też byliśmy tak padnięci całym dniem i ogólnie tygodniowym przygotowaniami, że zasnęliśmy w ubraniach, nawet się nie kąpiąc. Tej nocy dzieci były dość spokojne, co nie oznacza, że dały nam przespać całą noc. Tak dobrze nie ma. Ale wstaliśmy tylko raz, do karmienia. Dni mijały nam na opiece nad dziećmi, gdy Sonia i Karolina poszły do pracy, spacerach z dziećmi i opiece nad dziećmi. Mówiłam już o opiece nad dziećmi? Zajmują nam dwadzieścia godzin na dobę. Ale równie dużo dają radości. I coraz szybciej zbliżały się urodziny Wiktorii. W sumie to wypadają dzisiaj. Pobyt mieliśmy zaplanowany na miesiąc. Zostały dwa tygodnie.
- Wszystkiego najlepszego.- wykrzyknęliśmy gdy weszła do ogrodu.
Wszędzie były balony z osiemnastką, a Olena trzymała tort w tym samym kształcie. Zaproszeni byli wszyscy jej znajomi i przyjaciele. Zorganizowaliśmy DJ-a. Postanowiliśmy, że do wieczora będzie to taka spokojne, tradycyjne przyjęcie, a o dwudziestej sobie pójdziemy i damy się wyszaleć towarzystwu. Sama bym została, w końcu dopiero rok temu uzyskałam dorosłość. Ale przez ten rok dużo się zmieniło. Czuję się bardziej dorosła i odpowiedzialna. Po za tym nasze dzieci mnie wykończą. Ciągłe wrzaski i nie przespane noce dają w kość. Przyszedł czas na prezenty. W większości były to zabawki dla dorosłych, albo pieniądze. Przyszedł czas na nas.
- Proszę, to pierwsza część prezentu.- Dymitr podał solenizantce torebkę, w której była z dużą czekolada i pięćset dolarów.
- WOW! Nie mogę tego przyjąć.
- Możesz. Osiemnastkę ma się raz w życiu.
- Dziękuję.- uścisnęła nas.
- To jeszcze nie koniec.- zrobiłam pauzę, dla podtrzymania napięcia.- Dostałam zgodę od Dyrektor Kirowej na twoją naukę. Od wakacji możesz uczyć się w Akademii św. Władimira, a później podejść do testu na strażniczkę.
Dziewczyna zaczęła piszczeć ze szczęścia i rzuciła się nam na szyje, obcałowując nas po policzkach.
Gdy wybiła ósma, wszyscy poszliśmy do domu, a Wiki ze swoim towarzystwem zostali na zewnątrz. Zabawa trwała chyba do drugiej w nocy. A mimo to dzieci nawet nie obudziła ta muzyka.
- Dymitr, one chyba mają sen po tobie.- stwierdziłam.
Nie mogłam zasnąć przy tym hałasie, więc wyszliśmy na spacer. Tak. W środku nocy. Co w tym dziwnego.
- To dzieci. Jak zasną to obudzić je dopiero głód lub mokry pampers.
- Albo nudzący się tatuś.- zaśmiałam się.
- Nasza księżniczka jakoś nie protestowała, gdy ją podnosiłem i opuszczałem. Nawet słyszałem śmiech.
- Ciekawe, czym jeszcze nas te maluchy zaskoczą? Nie powinny tak szybko zacząć się śmiać. Założę się, że za niedługo będziemy je ganiać po całym domu.- zaśmialiśmy się.
- Już sobie to wyobrażam. Moja piękna żona, biegnąca za małym nagim Felixem, który uciekł podczas zmieniania pieluchy.
- O nie! W takim razie to ty od dzisiaj je przewijasz.
- Czemu ja?- oburzył się.
- Bo ja sobie takiej sceny nie wyobrażam, a chętnie bym zobaczyła.
- Och Roza, Roza.- pokręcił zrezygnowany głową.- Co ja z tobą mam.- uśmiechnął się, obejmując mnie ramieniem.
- Przynajmniej się nie nudzisz.
- O tak. To ostatnie co mogę przy was robić. Szaleję. Z wami, za wami. Szaleje moja dusza i serce, gdy tylko cię widzę.- zatrzymał mnie, odwrócił do siebie i zaczął całować po szyi.
- Skarbie, przyznaj się, ile wypiłeś?- spytałam, czując od niego miętę z alkoholem.
- A nie będziesz krzyczała?- popatrzył na mnie maślanymi oczami.
Prawie mu uległam i utonęłam w ich brązie, jednak ostatkiem sił zachowałam powagę.
- Pytam się ile?!- skrzyżowałam ręce na piersi,wciąż trzymając wózek.
- Tylko trochę.- pokazał na palcach z trzy centymetry. Popatrzyłam na niego z pod brwi.- No może trochę więcej. Ale nie dużo.
- I ty jeszcze z dziećmi się bawiłeś?!- nie dowierzałam. Przecież on zawsze jest taki odpowiedzialny.
- Ale nie upiłem się mocno. Wiem co się wokół dzieje.- zaprzeczył.
- Tylko masz przytępione zmysły. Pomyślałeś co by było, gdyby zaatakowały nas strzygi?!- podniosłam głos.- Po za tym dzieci pewnie się nawdychały alkoholu przez ciebie. Wracamy do domu.
Dymitr skulił się pod moim tonem i spojrzeniem. Może to da mu do myślenia. Odwróciłam wózek i zdenerwowana ruszyłam w drogę powrotną. Mąż szedł za mną, jak zbity pies. Gdy już przeszła mi złość, zwolniłam i poczekałam na niego. Dalej szliśmy w ciszy.
- Roza... ja przepraszam.- zaczął, kiedy położyliśmy dzieci spać.- Powinienem bardziej myśleć. W końcu jestem ojcem. Ale to tak mną wstrząsnęło. Ja nigdy nie wyobrażałem sobie siebie w tej roli. Boję się, że nie podołam.
- Ty nie podołasz? Masz dwie młodsze siostry, a wiem, że zawsze chciałeś mieć dzieci. Jesteś i będziesz Najlepszym ojcem na świecie. To ja przepraszam. Przecież każdy ma prawo czasem sobie popić. Nie powinnam się wściekać.
- Nie Roza. Kiedyś najważniejsza była służba, a nie zakładanie rodziny. Ty zmieniłaś moje życie.
- Co nie znaczy, że jesteśmy tylko ludźmi. Każdy popełnia błędy.
Na tym zakończyła się nasza rozmowa. Po umyciu się, padłam zmęczona na łóżku i wtuliłam się w nagi tors męża. On objął mnie i ucałował w czoło.
- Ja tiebia liubliu Roza
- Ja tiebia toże liubliu tovarishch.

niedziela, 4 września 2016

ROZDZIAŁ 239

Dopiero wieczorem otworzyliśmy list.

Dzieci. Życzę wam szczęśliwego życia. Ale razem na pewno takie będzie. Jesteście dla siebie stworzeni i zawsze się odnajdziecie. Rose, wiem, że nasze relacje były dziwne, a jeszcze dziwniej się zaczęły. Jednak od samego początku wiedziałam, że jesteś świetną strażniczką. A jeszcze lepszym człowiekiem. Życie zmusi cię do wielu poświęceń. A największe za córkę. Ale po co ci to w ogóle mówię? Sama wiem co matka może zrobić dla dziecka. Odwiedzajcie czasem Bai. Nie wątpię, że dziewczyny sobie poradzą beze mnie, ale potrzebne im wsparcie. Liczę na was. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz zawalczycie na korzyść dampirów.

Patrzyłam na to tępo. Ten list zostawił więcej wątpliwości niż jakakolwiek wróżba . Poświęcenie za Anastazję. Czy będę do tego zdolna? Popatrzyłam na dzieci wierzgające w łóżeczka i rozmawiające ze sobą w sobie tylko znanym języku. Tak. Oddała bym za nią życie. Za oboje. Dymitr patrzył niepewnie, to na mnie, to na dzieci.
- Roza myślisz, że...
- Nie wiem, co o tym myśleć.- przerwałam mu i znowu spojrzałam na nasz mały cud.- Ale wiem, że dla jej dobra zrobię wszystko. Jednak nie martwmy się tym teraz. Czuję, że mamy na to czas.
Przytuliliśmy się do siebie.
- Trzeba dzieci umyć.- zauważył mój mąż, gdy przysypiałam.
- Yhym...- mruknęłam i chciałam się podnieść.
- Leż Roza. Ja to zrobię. Ty pomogłaś i wspierałaś nas cały dzień. Teraz moja kolej coś zrobić.
Mogłam się kłócić, ale nie miałam siły. To prawda. Kobiety spędził cały dzień załamanie w pokojach, więc ja z Lili i ich dziećmi się wszystkim zajęliśmy. Nie byliśmy na tyle związani z Jewą i nie rozpaczaliśmy mocno, choć w każdego to uderzyło. Dymitr chciał mi pomóc, ale w swoim stanie nie było możliwości, aby cokolwiek zrobił, dlatego kazałam mu siedzieć w miejscu. Gdy zrobiliśmy dość łatwy obiad obiad, czyli makaron z sosem znalezionym przez Pawkę w szafce ze słoikami, Lili wzięła porcję dla Oleny i po drodze zawołała gości dziewczyn. Szybko zeszli i zabrali porcje dla siebie i ukochanych. Za to Dymitr zaniósł jedzenie młodszej siostrze, a później, żeby przestał o myśleć o tragedii, nakarmił Łukę i Zoję. Później zabraliśmy wszystkiego dzieci na spacer na plac zabaw. Musieliśmy jechać samochodem, bo w Bai żadnego nie było. Po raz pierwszy od dawna to ja kierowałam. Ale starałam się jechać spokojnie. Dzieci się bawiły. A my siedzieliśmy z naszymi na ławce. One jako jedyne były w stanie odciągnąć uwagę strażnika od wydarzenia z rana. Po powrocie zrobiliśmy wszystkim kolację i roznieśliśmy po pokojach. Wieczorem Dymitr już ochłonął, więc był bardziej przydatny. Ale mimo wszystko byłam bardzo zmęczona. Atmosfera w domu była przygnębiająca.
Wystraszyłam się gdy Bielikow położył się obok mnie. Zamyśliłam się tak bardzo, że straciłam poczucie czasu.
- O czym myślisz?- spytał, przyciągając mnie do siebie.
- O dzisiejszym dniu.- westchnęłam zmęczona.
Mocno wtuliłam się w ukochanego i zasnęłam.

Biegłam przez las. Czemu? Bo ktoś porwał naszą małą księżniczkę. Goniłam strzygę, która trzymała Nastkę. Nagle się zatrzymała i weszła do jakiegoś domu. Podbiegłam do ściany budynku, mocno ściskając sztylet. Policzyłam do trzech i otworzyłam drzwi. W środku było pełno krwi i ciał, aż zbierało mi się na wymioty. Weszła na górę i prawie dostałam zawału. Patrzyłam przestraszona na mojego kochanego synka, przybitego do drzwi włócznią wbitą prosto w jego serce. Za nimi usłyszałam płacz i jakieś głosy. Pokonałam zawroty głowy i weszłam. Na środku stała ta sama strzyga z Nastką na rękach. Do łóżka niedaleko przywiązany był mój mąż. Był nagi i cały w ranach i siniakach. Śladach po torturach.
- Puść ich! -wrzeszczałam.
- Puszcze, jeśli ty się poświęcisz.
- Oddam z nich nawet życie.
- Roza nie!- odezwał się Dymitr, za co dostał po twarzy od potwora.
- Sieć cicho!- wydarł się na niego.- A ty musisz...
I w tym momencie zawaliła się podłoga i spadłam na dół.
W następnej scenie widziałam płonący dom. Wybiegła z niego piętnastoletnia Lili z pięcioletnimi dziećmi.
- Dymitr. Uciekaj stamtąd.- krzyczała.
W drzwiach zobaczyłam znajomą sylwetkę Rosjanina.
- Nie mogę. Roza.
- Już jej nie uratujesz.
- To zginę z nią. Zaopiekuj się dziećmi.
- Chyba żartujesz. Nie rób tego.
Ale było za późno. Przeniosłam się do środka. Widziałam siebie, leżąca na podłodze. Nogi przygniatała mi płonąca belka. Ledwo oddychałam, kaszląc co chwilę. Nagle do pokoju wpadł strażnik. Bosko wyglądał wśród płomieni.
- Roza.- podszedł do mnie, łzami w oczy.
- Cześć towarzyszu.- ledwo mówiłam. Popatrzyłam na niego czule.- Wiesz, że bardzo Cię kocham.
- Nie żegnaj się skarbie, już nigdy się nie rozstaniemy.
Pokręciłam głową.
- Mnie się nie da uratować. Ale ty jeszcze możesz uciec. Zaopiekuj się dziećmi.
- Nie mogę. Ilekroć na nie spojrzę zobaczę ciebie. Wolę stokroć umrzeć, niż raz żyć bez ciebie.
Położył się obok mnie, przytulił i pocałował namiętnie, ostatni raz.

Obudziłam się z krzykiem. Otuliły mnie silne ramiona.
- Spokojne Roza to tylko zły sen.- ukochany kołysał się ze mną. Zawsze mnie to uspokaja.
- Był taki realistyczny.
- Opowiesz mi?
I tak zrobiłam. Pierwszy był bardziej bolesny. W drugim bardziej martwiło mnie, że dzieci zostaną bez rodziców.
- Ten drugi sen... zrobił bym tak.- powiedział, gdy skończyłam.
- Nie chcę, żebyś bez potrzeby umierał. Zwłaszcza, gdy możesz się uratować.
- Ostatnie dni pokazały mi, że życie jest strasznie kruche. A ja nie chce zostać bez ciebie. Ty dajesz mi siłę, aby wierzyć w sens naszego istnienia.
- To co mówiłeś rano po...- nie wiedziałam jak to powiedzieć.
- Po dowiedzeniu się o śmierci babci.- dokończył za mnie. Smutno pokiwałam głową.- Czasami tak myślę, ale tylko po części. Nie chcę zaszczytów. Zależy mi na pomocy innym. Mój stosunek do służby nie zmienił się aż tak bardzo. Byłem zdesperowany i wystraszony tym, jak łatwo stracić kogoś bliskiego. Wydawało mi się, że zawsze będzie przy mnie. A jednak. Chcę dalej służyć moroją. Teraz mi głupio za niektóre rzeczy, które powiedziałem.
- W wielu miałeś rację, ale ucieczka to łatwiejsze rozwiązanie.
- Wiem. Dlatego chcę dalej służyć u boku Christiana.
- Jak wrócimy, skończy ci się urlop.- zauważyłam.
- jak chcesz to mogę go przedłużyć dla was.
Przez chwilę się wahałam. Nie chciałam znowu siedzieć sama. Ale z drugiej strony będę miała dzieci. A z takim typem wzrostu, to kilka tygodni po powrocie zaczną raczkować. A zatrzymanie go w domu było by samolubne.
- Nie. Nie chcę żebyś nadszarpywał sobie reputację i opinię odpowiedzialnego strażnika.
- To dla mnie nie jest ważne.
- Ale dla mnie jest. Masz na utrzymaniu mnie, Lili, dzieci i Gwiazdkę. Po za tym, reprezentujemy związki dampirów i czy w przyszłości nasze dzieci będą mogły być szczęśliwe z kim będą chcieli.
- Ale jesteś pewna?- spytał.
- Tak.
___________________________________________________________
Pewnie dziwi was to, że tak jesteście przeze mnie rozpieszczani. Po prostu mam teraz wenę i postanowiłam zostać przy codziennych rozdziałach. A żeby nadrobić zaległości, dodaję po dwa. To skąd dzisiaj cztery? Bo ostatnio przez dwa dni było po jednym. I nadrobiłam dzisiaj nadrabianie ze wczoraj i przed wczoraj. Mam nadzieję, że się cieszcie. Liczę na dużo komentarzy. To bardzo motywuje, ale chyba to już wiecie.💖💖💖💖

ROZDZIAŁ 238

Jeszcze trochę płakał. Później tylko tak leżeliśmy. W końcu jego oddech się uspokoił. Znaczy, że zasnął. Powoli, tak żeby go nie obudzić wstałam i ubrałam się. Zajrzałam do dzieci, ale jeszcze spały. Zostawiłam im elektryczną niańkę i poszłam do kuchni. Na środku stołu stał talerz z kanapkami. Nikt nawet nie zjadł śniadania. Wzięłam talerze i nałożyłam każdemu po kilka kromek. W szafkach znalazłam kakao, więc zagrzałam garnek mleka i każdemu zrobiłam ciepłą czekoladę z bitą śmietaną, którą znalazłam w lodówce i cynamonem. Pomyślałam tez o Łuce, więc do talerzyk nasypałam mu kaszki i zalałam ciepłym mlekiem. Do tego dodałam ucierane jabłka z cynamonem. Może nie jestem aż taką złą kucharką. Wszystko położyłam na tackę. Najpierw poszłam do Karoliny i dzieci. Z Pawką odnalazłam również Lili. Kazałam jej przypilnować, żeby wszyscy zjedli. Podziękowali mi ze smutnymi uśmiechami. Następnie poszłam do Soni. Spała przytulona do syna.
- Sonia.- potrząsnęłam nią delikatnie.
Od razu się obudziła. Podałam jej kanapki i napój, a sama posadziłam siostrzeńca w krzesełku do karmienia i postawiłam przed nim talerzyk z kaszką. Jednak nie miał apetytu, taki był smutny. Zaczęłam go karmić to jakoś całość przełknął.
- Nie musiałaś tego robić.- wychrypiała moja szwagierka.- Masz do opieki swoje dzieci i jeszcze nas musisz niańczyć. Ja to powinnam robić jako matka.- spuściła smutny wzrok.
- Nie wygłupiaj się.- usiadłam z Łuką obok niej.- w rodzinie trzeba sobie pomagać. A to dla mnie przyjemność. Sama wiem, co to znaczy stracić kogoś bliskiego. Nie ma się głowy do opiekowania się sobą, a co innego innymi. A teraz kładź się i odpoczywaj.- podałam jej dziecko.
Po drodze do drzwi zabrałam puste talerze i kubki. Następnie poszłam do Oleny. Jeszcze nigdy nie widziałam jej w takim stanie. Ta kobieta, która zawsze jest uśmiechnięta, miła dla innych i pełna energii, leżała teraz cała załamana. Był to smutny widok.
-Mamo.- odezwałam się.
Najstarsza z Bielikowów spojrzała ma mnie. Podałam jej jedzenie i picie.
- Dziękuję dziecko.- wysiliła się na słaby uśmiech.- Jesteś prawdziwym klejnotem w naszej rodzinie. Sama powinnam pamiętać o śniadaniu.
- Przy tym, co się stało, trudno myśleć o czymkolwiek. Spokojne, to nie jest żaden problem.- dodałam, gdy chciała się odezwać.- A teraz zjedz i odpoczywaj.
Ucałowałam jej czoło i wyszłam.
Wiktoria nie spała, gdy do niej weszłam. siedziała na łóżku czytając coś, a z jej oczu płynęły łzy . Spojrzała na mnie, kiedy podeszłam bliżej.
- Masz, bo pewnie nie jadłaś nic. A to na osłodę.
- Dzięki, ale nie mam apetytu.
- Nie pytam się, czy masz, tylko daję ci do zjedzenia. Musisz mieć siłę.- kobieta popatrzyła nie pewnie na talerz.- No już jedz. Bo cię sama nakarmię.
Wiki parsknęła śmiechem i jakoś wmusiła w siebie jedzenie i picie.
- Co tam masz?- spytałam patrząc na list, napisany cerlicą.
- Ostatnia wola babci i gdzie szukać testamentu. Znalazłam dzisiaj na jej biurku. Leżał tam też list.
Z pod poduszki wyciągnę zaklejoną kopertę i mi podała. Było na niej, "Dla Rose i Dymitra."
- Weź obie rzeczy. Dymitra powinien o tym wiedzieć.- jeszcze bardziej zaczęła płakać.- Zostaniesz ze mną?- spytała z nadzieją.
- Nie mogę. Muszę zaopiekować się twoim bratem.
- Dobrze.- powiedziała smutno.
Nie mogłam patrzeć na jej cierpienie. Przytuliłam ją i czekałam aż zaśnie. Nie trwało to długo. Przed wyjściem zabrałam od niej naczynia. Jeszcze wstąpiłam do Oleny i od niej też zabrałam pusty talerz i kubek. Następnym przystankiem był pokój Karoliny. Wszystkie dzieci stały, tylko Karolina obserwowała moje ruchy.
- Dziękuję Rose. Za wszystko. Byłabyś dobrą kelnerką.
- Myślę, że ty jesteś lepszą. A teraz odpoczywaj.
Ostatni talerz i kubek zostawiłam Dymitrowi. Następnie poszłam odłożyć brudne naczynia do zlewu i je posprzątałam, bo wiem, że gdy mąż się obudzi już mnie nie wypuści. Nagle wpadłam na pomysł. Wzięłam książkę telefoniczną. To takie dziwne w dzisiejszych czasach. Znalazłam numer telefonu do chłopaków Karoliny i Wiktorii. Powiedziałam jaka jest sytuacja, a oni obiecali, że zaraz będą. Pięć minut później usłyszałam dzwonek do drzwi. To byli oni. Przytulili mnie na przywitanie, a ja powiedziałam im, gdzie są dziewczyny. Szybko tam poszli. Ja sama wróciłam do męża.
- Skarbie. Śniadanie.
Otworzył smutne oczy. Podałam mu kanapki, ale on nie chciał jeść.
- Nie jestem głodny.- upierał się.
- Nie wkręcaj mnie tylko jedz. 
Gdy tego nie zrobił, sama zaczęłam go karmić. W końcu uległ i zjadł wszystko z apetytem.
- A jednak byłeś głodny.- zabrałam mu talerz i podałam kubek.
- Jesteś wspaniała Roza.
Nagle dzieci zaczęły płakać. W sumie i tak długo wytrzymały.
- Zostań.- położyłam męża, gdy zaczął się podnosić.
- Muszę czymś zająć myśli.- sprzeciwił się.
- To poczytaj. Jesteś roztrzęsiony i wszystko zacznie ci wypadać z rąk.
Posłuchał mnie. Wzięłam najpierw Felixa. Okazało się, że trzeba zmienić pieluchy. Położyłam go na łóżku i poszłam po cały zestaw do torby. W tym czasie ukochany głaskał małego po główce, ciągle płacząc. Uklękłam przed łóżkiem i zajęłam synowi pieluchę. Następnie mokrą chusteczką wytarłam mu tyłeczek, ucałowałam go i nawilżyłam kremem. Na koniec założyłam czystego pampersa i wsadziłam mój skarb do łóżeczka. To samo zrobiłam z córką, tylko jeszcze obmyłam jej miejsca intymne zaparzonym rumiankiem i zamiast kremu, posypałam jej pupcię talkiem w proszku. Trochę pokołysałam Nastkę na rękach i również położyłam spać. W końcu położyłam się koło męża, który na nowo się we mnie wtulił. Byłam z siebie dumna, że zapewniam mu bezpieczeństwo. Patrzyłam jak się uspokaja. Przypomniałam sobie o listach od Jewy i po nie sięgnęłam.
- Co to Roza?- spytał.
- Ostatnia wola twojej Babci.- na te słowa wyprostował się i zabrał mi kartki. Najpierw czytał tą otworzoną.

"Wiem, że pewnie to was boli, ale na każdego przychodzi czas, a ja i tak za długo się za siedziałam. Już zobaczyłam wszystkie swoje wnuki i ich wszystkich dzieci. Możliwe, że będziecie mieć ich więcej, ale ja już ich nie poznam. Wiktoria za pewne nie będzie mieć dzieci, jeśli chce pozostać wierna Mikołajowi.
Dimka chcę żebyś dbał o Rose, bo żadna kobieta nie ma czystszego serca od niej. Córeczko, chcę być pochowana przy moim mężu. Mój testament jest u pana Dorkow. Pamiętajcie, że wszystkich was bardzo kocham i zawsze będę nad wami czuwać. Wasza kochana Babka."

Pod koniec czytania głos strażnika się łamał. Przytuliłam go do siebie, gdy z oczu popłyneły mu łzy. Nic nie mówiłam, tylko głaskałam go po głowie.

ROZDZIAŁ 237

Delikatnie wstałam, tak, żeby się nie obudziła i usiadłam koło męża. Reszta kobiet tuliła się nawzajem. Złapałem ukochanego za dłoń i dopiero teraz zauważył, że tu jestem.
- Roza...to jest...nie wiem co robić.- odwrócił nagle głowę, ale i tak zauważyłam tą pojedynczą łzę spływającą mu po policzku.
Wolną ręką odwróciłam mu twarz przodem do siebie. Oczy miał zaszklone, choć walczył dzielnie. Czas skrócić mu cierpienie. Przytuliłam go do swojej piersi, szybko. Nie spodziewał się tego, więc nie mógł się obronić. Najpierw chciał się odsunąć, ale z bezsilności zaczął płakać i wtulił się jeszcze mocniej we mnie. Nagle zauważyłam, ze zostaliśmy sami ze śpiącą wiki. Pogłaskałam męża po głowie. Czułam, że mi po policzku również cieknie łza. Posunęłam się dalej od brzegu kanapy, tak, że Dymitr skulił się na niej, z głową na moich kolanach. Nigdy nie widziałam go tak zdołowanego. Nie przestawałam się bawić jego włosami, bo zawsze to go uspokaja. Mnie też.
- Byłem szczęśliwy Roza, a teraz płaczę.- odezwał się po jakichś dziesięciu minutach.- Los jest okrutny. Błagam Roza. Nigdy mnie nie zostawiaj. Bez ciebie utonę.
- Nigdy nie zostawię cię z własnej woli.
Patrzył na mnie czekoladowymi oczami, w których nagle pojawiły się łzy. Schował twarz w moim brzuchu i na nowo zaczął płakać. Gdy trochę się uspokoił pociągnęłam go na górę. Szedł za mną, jak cień. Pozostałość po wspaniałym człowieku. Zaskakujące jak jedna wiadomość, może zawalić cały świat. Zamknęłam za nami drzwi i kazałam Dymitrowi się rozebrać. Miał z tym problem, wiec mu pomogłam. Przez cały czas płakał i się trząsł. Pociągnęłam go do łazienki, gdzie sama się rozebrałam i weszliśmy pod prysznic. Wiedziałam, że to choć trochę mu pomoże. Jednak wciąż wyglądał okropnie. Później wytarłam siebie i jego. Rosjanin bezsilności usiadł na podłodze i płakał dalej. Przytuliłam go, czekając na kolejną chwilę spokoju. Pomogłam mu ubrać bokserki, za to sama ubrałam tylko szlafrok i dół od piżamy. W pokoju popchnęłam go na łóżko, gdzie wtulił się w poduszkę i nadal zalewał się łzami. Pół naga położyłam się obok, przytuliłam męża do piersi i przykryłam nas kołdrą. Dzieci cały czas grzecznie stały w łóżeczkach.
- Roza, jestem wielkim szczęściarzem, że Cię mam. Tak łatwo stracić bliskich. Ale ważne by wtedy nie zostać samemu. Dziękuję.
- Nie ma za co skarbie.- uśmiechnęłam się pokrzepiająco.- A teraz się wypłacz. To nie wstyd cierpieć po stracie. Ulżyj sobie.- przytuliłam go jeszcze mocniej.
Jednak ukochany nie płakał. Leżał wpatrzony gdzieś w dal nieobecnym wzrokiem.
- Nie powiem, że była najmilszą babcią na świecie, ale ją kochałem. Była bardzo mądrą kobietą, zawsze mi doradzała i wskazywała właściwą drogę, jeśli gdzieś zaczynałem się gubić. Była zawsze. A teraz jej nie ma.
Na skórze poczułam krople. Znowu się rozpłakał.
- Spokojnie, łzy są dobre na cierpienie. Jestem tu.- nie przestawałam głaskać go po głowie.- Zawsze będę.
- Dziękuję Roza.- pociągnął nosem.- Babcia miała rację. Jesteś najcenniejszym skarbem na świecie. Nie chcę Cię stracić. Zostańmy tu na zawsze. Tylko ty, ja, dzieci i Lili. Żadnych strzyg, żadnych niewdzięcznych morojów chcących nas rozdzielić. Znajdziemy jakieś bezpieczne prace. Będziemy żyć jak ludzie.
Musi być naprawdę źle, skoro aż tak się boi.
- Nie możemy....- zaczęłam spokojnie.- To nasz obowiązek, chronić innych. Przecież dobrze mnie nauczyłeś. Umiem walczyć. Nie możemy. Jesteśmy najlepszymi strażnikami. Strata naszej dwójki może bardzo osłabić morojów. Po za tym, ucieczka pierwszej pary dampirów może nakłonić pozostałe do zrezygnowania ze służby. A to doprowadzi do zakazania związków.
- Ale ja nie chcę was stracić. Nie chcę być sam.
- Nie będziesz. Prędzej ja bym mogła się tego obawiać. Jesteśmy z tobą, nawet jeśli odejdę, masz dzieci, Lili i swoją rodzinę. A ja będę przy tobie czuwać. Zawsze.
 - Ale nie chcę żebyś obchodziła. Moje życie bez ciebie nie istnieje. Jeśli zginiesz, to ja razem z tobą.
- Dymitr. Jesteśmy najlepszymi stra...
- Nie obchodzi mnie to!- krzyknął.- Nie obchodzą moroje, ich zasady, nasze ograniczenia i co powinniśmy. W czym oni są lepsi od nas. Gdy umiera moroj, jeszcze królewskiej krwi, jest wielki pogrzeb i żałoba całego świata. A my. Nami nikt się nie interesuje, bo jesteśmy gorsi. Bo co? Nie pijemy krwi, nie czarujemy, umiemy walczyć? Na co te całe poświęcenie, skoro i tak nikt o nas nie pamięta. Legendy są wśród dampirów. A moroje nie będą nas pamiętać. Na Dworze jest tyle pomników morojów, a żadnego dampira. A to ty odkryłaś moc ducha, nie moroje. Ty znalazłaś sposób na odmienienie mnie. Ty znalazłaś drugą Dragomirównę. Ty zmieniłaś świat. Ale kto będzie o tym pamiętał?
- Wystarczy, że my i Lissa. Sam mnie uczyłeś, że to oni są najważniejsi.
- Byłem głupi. Od samego początku mogliśmy być razem, nie zważając na to. Ja... to nie może tak być. Czemu oni mogą robić, co chcą, chodzić z kim chcą, gdzie chcą i czuć się bezpiecznie, a my musimy ma każdym kroku szukać niebezpieczeństwa.
- Ja przy tobie czuję się bezpieczna.- powiedziałam. 
- Ja przy tobie też Roza.- wtulił się mocniej w moje ciało.- Nikt mnie tak nie traktował jak ty. Dziękuję ci za to. Jesteś moim największym pragnieniem. Nie chcę Cię stracić. Burzysz mój każdy mur i barierę, jaką wokół siebie tworzę. Nawet dzisiaj. Gdyby nie ty, nie płakałbym, tylko męczył się z tym bólem. Łzy pomagają. Jesteś moją twierdzą, w której mogę się zamknąć przed całym światem. W twoich ramionach zapominam o wszystkim i liczysz się tylko ty. Mogę ci się wyżalić i nigdy nie zostanę odrzucony lub wyśmiany. Zawsze mnie obronisz przed sobą samym. Kocham cię.
- Ja tiebia toże liubliu tovarishch.
Otarłam mu łzy, jak to on zawsze robi mi.

ROZDZIAŁ 236

- A tak właściwie jak mnie znalazłeś?- spytałam po dłuższym marszu. 
- Luna mi pomogła.
- Aha.
Nikt więcej się nie odezwał. Szliśmy w ciszy, napawając się swoją miłością.
- Ale tu pięknie.- odezwałam się, gdy byliśmy już na górze.
Naprawdę wszystko było widać. Rosjanin objął mnie od tyłu, gdy patrzyłam przez teleskop.
- Tak.- westchnął z tęsknotą.- Niekiedy brakuje mi takich chwil. Takiej ciszy i spokoju tylko dla nas dwojga.
- Ale przez ten rok stał się z ciebie romantyk. To prawda, w naszym życiu się wiele dzieje. Ale inaczej było by nudno.
- Z tobą?! Nigdy.- zaczęliśmy się śmiać.- Coś ci pokaże, dobrze.
Pokiwałam głową. Dymitr zaczął patrzeć przez teleskop w gwiazdy. Co jakiś czas zerkał na napisy cerlicą wyskrobane na podłodze platformy. Po chwili odsunął się.
- Nie ruszaj tym i zobacz.- wykonałam polecenie.- Widzisz tą różową kropkę?
- Tak.
- To nie jest gwiazdą, tylko Wenus.
- O rany! Skąd wiesz?
- Mark nas nauczył jak szukać gwiazd, planet i gwiazdozbiorów. Ojciec Oksany pracował w obserwatorium w Omsku. A zobacz jeszcze to.- zabrał mi teleskop i ustawił po drugiej stronie drzewa.- To jest Saturn z pierścieniami.
- Niesamowite.
Strażnik był pełny entuzjazmu, gdy tłumaczył mi ułożenie różnych gwiazd i planet. Widać, że to uwielbiał. A ja po raz kolejny zobaczyłam, jakiego cudownego mam męża.
- Przyznaj się Towarzyszu, to kiedyś było twoją pasją?- spytałam, gdy wracaliśmy.
- Przez jakiś czas się tym interesowałem. Jak byłem w wieku Pawki, może starszy. Ale później ważniejsza była służba.
Przestałam lubić to sformułowanie. Gdyby nie ona może by podbijał stanowiska naukowców, albo był kucharzem w restauracji w pięciogwiazdkowej. W sumie mógłby być każdym.
- Ale lubię swoją pracę. Gdyby nie ona nie poznał bym najwspanialszej kobiety na świecie.- popatrzył na mnie z czułością.
- Gdyby nie ona, moglibyśmy od początku być razem, a przeznaczenie zawsze by nas odnalazło.
- Skąd nagle twoja wiara w przeznaczenie i los?- zdziwił się.
- Mam ku temu kilka powodów. Tyle razy mogliśmy się stracić, rozstać, zniszczyć, a jednak jesteśmy tu. Razem. Oboje silniejsi. Czuję, że kiedy jesteś obok, nie straszne nam żadne zło. Napełniasz mnie siłą. Zawsze tak było. Dzięki tobie jestem tu, gdzie jestem. Nikt inny nie chciał mnie wziąć pod swoje skrzydła. A ty sprawiłeś, że urosły mi moje własne.
- I bardzo zaradnie ich używasz.- zaśmiał się.- Ile razy chciałem polecieć do wolności, ty mnie albo zatrzymywałaś, albo nie odstępowałaś na krok. Zawsze byłaś obok. Dawałaś mi nadzieję i wenę. Ja również dzięki tobie jestem taki, jakim byłem zawsze, tam głęboko.
Przystanął i popatrzył mi w oczy. Następnie pocałował mnie namiętnie i gorąco.
- Już tęsknię za tobą w łóżku. Długo będzie trwał ten celibat?- spytał.
- Na razie nie mam czasu porządnie się wyspać, a ty mi o sexie mówisz. Po za tym Kathie mówiła, że przez pierwsze sześć tygodni będę miała niby okres, a później mam do niej na badania, pójść sprawdzić czy wszystko w porządku.  Ale uważaj. Podobno kobiety po ciąży nawet nie myślą o takich rzeczach. I w sumie to prawda.
- Oj skarbie, tylko poczekaj, a za te sześć, a nawet już pięć tygodni, taką ci ochotę na robię, że sama się na mnie rzucisz.- szepnął mi zmysłowym głosem.
Jak to możliwe, że on jednym gestem umie mnie rozpalić. Naprawdę nabrałam na niego ochoty. Cholerny celibat.
- Skarbie, nie kuś. Lepiej poczekać, niż narażać mnie na niepłodność, bo wtedy nie będziemy mogli mieć więcej dzieci.- palnęłam.
Strażnik natychmiast się wyprostował.
- Roza. Chcesz mieć więcej dzieci?- spytał szczęśliwy. Nie mogę mu tej radości odebrać.
- Może jak dzieci będą starsze. Nie ma co się spieszyć. A w końcu trzeba załatać te niedobory strażników.
- Kocham cię Rozaaaaa!- krzyczał na całą wioskę, kręcąc się ze mną w kółko.
Zaczęłam się śmiać. Gdy mnie odstawił, patrzyliśmy na siebie w ciszy, aż nie wytrzymałam i wbiłam się mocno w jego usta.
Po chwili byliśmy przed domem.
- Mama mnie zabije. Miałem cię znaleźć i wracać, a nie było nas dobre dwie i pół godziny.
- W razie co, ja cię obronę Towarzyszu.- poklepałam go po plecach i weszliśmy do środka, ze śmiechem.
Jednak szybko się uspokoiliśmy, gdy przekroczyliśmy próg salonu. Wszystkie Bielikówny siedziały płacząc i tuląc smutne dzieci. Podeszliśmy do nich i usiedliśmy. Ja między Wiki z Felixem i Soni z Łuką, a Dymitr między matką z Anastazją, a Karoliną z Zoją. Siostrzeniec od razu przeszedł na moje kolana i wtulił się we mnie, tak jak młodsze siostry mojego męża. Do niego za to przytuliły się pozostałe dwie kobiety i córka najstarszej Bielikówny. Przyjmowaliśmy ich szlochy w ciszy. Gdzieś koło wujka zakręcił się Pawka, ale jego pocieszała Lili.
- Powiedzcie co się stało.- błagał strażnik.
- Babcia Jewa nie zyje.- odezwała się Zoja.
Dymitr od razu się spiął. Zaczął drżeć, próbując zatrzymać łzy. Nie byłam jakoś bardzo związana z tą kobietą, a jednak ta wiadomość sprawiła mi ból. Przecież tak dobrze się trzymała.
- J...jak to się st...stało?- Bielikow zaczął się jąkać z emocji.
- Nie zeszła na śniadanie.- zaczęła wiki.- Poszłam do niej, a ona tam... tam... ona leżała. Myślałam, że śpi. Ale nie reagowała na moje wołanie i szarpanie.- głos jej drżał.- Sprawdziłam jej puls i...
Zaczęła głośno płakać. Przytuliłam ją mocno i głaskałam po plecach. Nie musiała kończyć. Doskonale wiadomo, że go nie wyczuła. Widziałam jak Dymitr się męczy. Czekałam, aż dampirzyca w moich ramionach się uspokoi. Nie pocieszałam ją, bo w takiej sytuacji nie ma słów, mogących zatrzymać łzy. Sama musi znaleźć na to siły. Gdy zaczęła tylko siorbać nosem, położyła się na moich kolanach, a chwilę później zasnęła w niespokojnym śnie.

sobota, 3 września 2016

ROZDZIAŁ 235

Resztę dnia spędziliśmy na świeżym powietrzu. Kilka razy z mężem musieliśmy iść przewinąć nasze małe skarby i je nakarmić. Miały bardzo duży apetyt. Nie sądziłam, że małe dzieci jedzą mniej więcej co godzinę. Oprócz wydalania i spożywania posiłków, głównie spały. W tym czasie bawiliśmy się z resztą dzieci, albo rozmawialiśmy o wszystkim i niczym. Kobiety dawały mi rady i różne wskazówki. Niekiedy braliśmy dzieci w wózki i spacerowaliśmy po wiosce. Nikt specjalnie nie zwracał na nas uwagi. Dość powszednie było, że dampiry wiązali się w związki z dampirzycami z dziećmi, nawet jeśli nie były ich. W sumie tak mijały dni. Raz odwiedzili nas Ola z Wincentym. Pogodził się, ale jeszcze nie planują ślubu. Dymitr nie za bardzo cieszył się ze spotkania mojego przyjaciela. Gdy morojka zachwycała się maluchami, chłopcy odeszli na bok na poważną rozmowę. Nie musiałam mieć dobrego słuchu, aby domyśleć się o czym rozmawiają. Jednak miałam i dokładnie słyszałam, jak Rosjanin wyjaśnia co się może przydarzyć Witkowi, gdy znowu skrzywdzi dziewczynę, lub mnie. I jestem pewna, że Aleksandra też to słyszała. Później wrócili do nas jakby nigdy nic. Jednak my byłyśmy takie niedobre, że uświadomiłyśmy ich o naszym odkryciu. Zauważyłam, że Dymitr podczas rozmowy z dampirem, zachowuje się jak mój ojciec. Może to jednak prawda o wyborze mężów na wzór ojców? Nie wiem. Dzieci są kochane i sprawiają nam wiele radości, jak i również kłopotu. A najgorzej było w nocy. Wszyscy sobie spokojnie śpią, a tu wrzask. I zawsze pierwsza budziła się Anastazja. Gdy już udało się ją uspokoić, nakarmić czy zaspokoić inne potrzeby, płakał Felix, obudzony przez siostrę. I tak w kółko. Od pięciu dni nie przespaliśmy ani jednej całej nocy.
- Roza, wstawaj. Dzieci są głodne.- szturchnął mnie ukochany.
- Która godzina?- spytałam przecierając oczy.
- Nie wiem, ale jeśli tak dalej pójdzie, to weźmiemy warty przy dzieciach.
- Jestem za.- przeciągnęłam się podeszłam do dzieci.
Najpierw nakarmiłam córkę, a później sięgnęłam po syna. Odłożyłam go i podałam mu jego pluszaka. Z dnia na dzień, stają się coraz bardziej ruchliwe. Może jeszcze nie chodzą, nawet nie siadają, ale wiercą się na wszystkich strony. Raz dokładnie owinęłam Nastkę w kocyk jak w koron, a rano leżał obok niej, a ona patrzyła na nas z uśmiechem.
Gdy dzieci w końcu zasnęły, przytuliłam się do męża.
- Nie wiem, czy opłaca nam się spać. Za dwie godziny będzie obiad.- zauważyłam.
- Według mnie powinnaś jeszcze się przespać. Dzieci prawie w ogóle nie dają ci spać.
- A ty będziesz czuwał do rana?- popatrzyłam na niego z irytacją.
- Mi nic nie będzie. Jestem przyzwyczajony.
- To znaczy, że ja też muszę się przyzwyczaić.- wstałam i zaczęłam się ubierać.
- Nie. Rose powinnaś odpoczywać.
- Nic mi nie będzie, gdy wstanę o dwie godzinę wcześniej. Wyśpię się, gdy dzieci będą większe.
- Rose!- zranił się.
Ale ja się nie zrobiłam z tego dużo. Nie jesteśmy w akademii, a on nie jest moim nauczycielem. A ja umiem o siebie zadbać. Za bardzo się przyzwyczaił do opieki nade mną, gdy byłam w ciąży. Ale teraz umiem się zająć sobą.
- Nie krzycz, bo dzieci obudzisz.- powiedziałam spokojnie.- Jestem dorosła i tak samo jak ty, mogę decydować, kiedy opłaca mi się spać, a kiedy nie.
- Wiek nie świadczy jeszcze o dorosłości.- powiedział, zanim zdążył ugryźć się w język. A może nie zamierzał.
Zabolało. Nic więcej nie powiedziałam, tylko wyszłam. Korciło mnie, żeby trzasnąć drzwiami, ale się powstrzymałam. Myślałam, że po biegnie za mną, ale się przeliczyłam. Na dole założyłam kurtkę, wzięłam na wszelki wypadek sztylet od Dymitra i wyszłam. Na zewnątrz otuliło mnie chłodne powietrze.
Więc taka dla niego jestem? Może uważa, że na dzieci też jestem zbyt dziecinna? Tylko szkoda, że przez cały czas wmawiał, jaka to ja nie jestem dorosła. A jeśli naprawdę nie dam sobie rady. Są z nami pięć dni, a ja już chciałabym choć jeden dzień tylko dla siebie. Kocham je, są moim całym światem i nie wytrzymała bym dnia, bez ich uśmiechów. Szłam tak myśląc, nie wiem jaki czas.
* Hej, Rose. Co się stało?- spytał zmartwiony głos Lissy w mojej głowie.
* Nic. Mała sprzeczka z mężem.
* Nie taka mała, sądząc po tym, że od godziny chodzisz po lesie myśląc, że nie jesteś dobra na matkę. Jednak się mylisz. Jesteś wspaniałą matką.
W myślach przesłała mi obraz, jak się przytulamy. Uśmiechnęłam się na to. Zawsze wie, jak mnie pocieszyć.
* Jak myślisz, co powinnam zrobić?- spytałam przyjaciółkę o radę.
* Najlepiej to wrócić i porozmawiać z nim szczerze. Na pewno się martwi, a nie może zostawić dzieci samych.
* Naprawdę myślisz, że jestem dobrą matką.
* Tak. Dzieci cię uwielbiają. Lili Łuka, no i wasze. Po za tym i tak nie masz nic do mówienia. Macie dzieci i musicie się nimi zająć. Ale i tak idzie wam doskonale.
* Dzięki. Na tobie zawsze można polegać. Cieszę się, że Cię mam.
*A ja, że mam ciebie. To teraz leć do swojego strażnika.
Pytanie którędy? No pięknie, zrobiłam się. Cholera! Ale jeśli znajdę północ, a później zachód, powinnam...
Nagle zostałam zamknięta w silnych ramionach.
- Roza, nigdy więcej mi tak nie uciekaj.- ukochany odwrócił mnie przodem do siebie.- Przepraszam kochanie, przepraszam. Wcale tak nie myślę. Byłem zdenerwowany. Ale to nie prawda. Jesteś bardzo dojrzała. Tak bardzo się bałem. Przepraszam.
- To ja przepraszam. Ty tylko się o mnie troszczysz, a ja zamiast to docenić, obrażam się nie wiadomo na co. Kocham Cię Towarzyszu.- popatrzyłam mu w oczy.
- Ja ciebie też Roza.- przyciągnął mnie do siebie i namiętnie pocałował.- Wracajmy do domu.
- A wiesz którędy?- spytałam, rozglądając się dookoła.
- Jasne. Tak dalej Mark mi i Alanowi zrobił punkt widokowy na całą wioskę, las i okoliczne góry.- pokazał na czubki drzew.
Na jednym zobaczyłam okrągłą platformę wokół pnia z jakąś flagą i teleskopem.
- A co z dziećmi?- zapytałam, przyglądając się z zainteresowaniem ich Bazie.
- Zostały z moją mamą. Wstaje zawsze wcześniej, żeby zrobić śniadanie dla wszystkich. Gdy dowiedziała się, że wyszłaś, kazała mi jak najszybciej cię przeprosić. Ale nie tylko dlatego tu jestem. Byłbym nie godny ciebie gdybym nie przyszedł tu z własnej woli. Nie wiem, czy w ogóle jestem.- padł przede mną na kolana.
- Nikt nie jest bardziej godny od ciebie.- sama uklękłam i pocałowałam go. 
- Roza.- szeptał w przerwach, między pocałunkami.- Tak bardzo Cię kocham.
- Wiem, Towarzyszu.- oboje wstaliśmy z ziemi.- Może pójdziemy do tego waszego punktu obserwacyjnego.
- A dzieci?
- Tylko na chwilę. Sam powiedziałeś, że chcesz poznać ważne dla mnie rzeczy. A ja chcę poznać Twoje.- wciąż się wahał.-No proszę.
- No dobrze.- zapał mnie za rękę i poszliśmy do drzewa.

piątek, 2 września 2016

ROZDZIAŁ 234

Gdy ułożyłam już córeczkę w nosidełku, popatrzyłam na męża i Lili. Ukochany trzymał już przebranego Felixa. Miał na sobie pomarańczowe body z napisem "zgrywam słodziaka, bo chcę buziaka."(↓) i uśmiechniętym misiem, czerwone spodnie, kurtkę i czapkę w czerwono, pomarańczowe paski z pomponikiem. Podeszłam do nich i ucałowałam całą trójkę. Kiedy dzieci siedziały w nosidełkach, wzięliśmy je i wyszliśmy. W tym momencie z jednego pokoju wypadł Christian. Zmartwiona podałam nosidełko z synem strażnikowi, a sama weszłam do pokoju. Przyjaciółka panowała się w pośpiechu.
- Liss, co się dzieje? Wyjeżdżamy?
- Nie Rose.- nawet na mnie nie spojrzała.- My wyjeżdżamy. Wy macie jeszcze urlop i jesteście u rodziny. Na Dworze dzieje się coś między arystokratami i muszę to szybko załatwić, ale nie przejmuj się.
Usiadłam koło niej i pomagałam jej się spakować. To idealna okazja do rozmowy.
- Dzięki tobie żyję. Znowu.- westchnęłam.- Nie uważasz, że powinno być na odwrót?- zaśmiałyśmy się.
- Nie dziękuj. Zależy mi na tobie.
- I teraz łączy nasz na nowo więź.- zauważyłam, że królowa nad czymś się zastanawia.
- Rose.- odezwała się w końcu, patrząc na mnie poważnie.- Nasza więź jest dwustronna. Czuję twoje emocje i wchodzę do twojej głowy. To znaczy przypuszczam, że tak mogę robić, bo jeszcze tego nie sprawdzałam.
Zszokowało mnie to co usłyszałam. Jednak szybko się ogarnęłam.
- No to chyba dobrze. Omówimy wszystko gdy wrócimy na Dwór. Musimy nauczyć się z tego korzystać.- zaproponowałam.
- Wiem. To jest takie nie zwykłe.- oczy morojki zaczęły się błyszczeć. Zawsze tak reaguje na nowe rzeczy, związane z duchem.
- Tylko błagam, oszczędź mi swoich pieszczot z Ozerą. Wystarczy, że w ogóle muszę na niego patrzeć.
Aż się wzdrygnęłam, na wspomnienie ich upojnych nocy, których musiałam być świadkiem. Na szczęście nauczyłam się wychodzić z głowy przyjaciółki. A jeśli pomyślę, że przy naszych sprawach będzie wciągana... Ją też muszę tego nauczyć, póki mamy celibat.
-Postaram się za bardzo nie ekscytować. No ale Christian jest taki boski...
- Lissa błagam, bez szczegółów. Wystarczy, żebyście nie robili tego, gdy śpię. Bo wtedy jestem bezbronna.
- Okey.
- Ale i tak należy ci się lanie. Wiesz, że Duch poprosi o zapłatę. I ciebie i dzieci.
- Nie mogłam patrzeć na cierpienie Dymitra. A jeszcze bardziej cię stracić. Bałam się, że nie odzyskałaś przytomności od razu po uleczeniu. Myślałam, że użyłam za mało mocy, ale tobie był potrzebny Dymitr.
- Dzięki. To teraz ci nie przeszkadzam. I pamiętaj żeby się oszczędzać.
- Tak maaamooo.- obie się zaśmiałyśmy.
Uścisnęłam przyjaciółkę i poszłam do ogrodu. Dzieci już Lili i Pawka ganiali się po całym terenie za domem, a Zoja próbowała z nimi, ale jeszcze ledwo biega i co chwilę się wywraca. W końcu się poddała i poszła do kuzyna bawić się na kocyku. Wszyscy siedzieli przy stoliku z parasolem i dzbankiem lemoniady. Jedno nosidełko, z Anastazją, trzymał mój mąż, a drugie Wiki. Chyba polubiła swojego siostrzeńca. Usiadłam koło ukochanego.
- O co chodziło, Roza?- spytał, nalewając mi do szklanki lemoniady.
- Lissa musi wracać na Dwór. Rada królewska robi jakieś problemy.- wzruszyłam obojętnie ramionami, pijąc napój.- Ummm... Pycha! Kto robił.- popatrzyłam na Olenę.
- Pudło.- zaśmiała się.- Tym razem to zasługa Wiktorii.
- Bardzo pyszna.- pochwaliłam szwagierkę, a ta zaczerwieniła się lekko.
- Dzięki.- odpowiedziała cicho.
- Bo moja siostrzyczka kiedyś będzie najlepszą kucharką na świecie.- Dymitr przytulił ją do siebie.
- To u was rodzinne.- zauważyłam.
- Nie koniecznie. Gdy Sonia kiedyś chciała zrobić ciasto, całe poszło do kubła.- zaśmiała się Karolina.
- To przez piekarnik.- obruszyła się.
- Tak?!- brat uniósł brew do góry.- herbatę tak słodką, że mrówki od niej uciekały, jak ją wylaliśmy też zrzucisz na piekarnik?!- zaczęłam się śmiać.- Tak było. Widziałem to na własne oczy. Te owady pędzące, byle jak najdalej.
- Ale ja przynajmniej umiem hodować kwiaty. Dymitr miał jednego kaktusa.- zwróciła się do mnie.- Nawet nie musiał go często podlewać, a ten mu usechł.
Teraz to pękałam ze śmiechu. Strażnik nie był zadowolony z obrotu spraw.
- A chwalił ci się, jak raz był tak zdesperowany, że bawił się ze mną lalkami?- wtrąciła starsza Bielikówna.
- Tak. Na jednym z pierwszych treningów.- na samo wspomnienie, na moje usta skradł się uśmiech.
Reszta dziewczyn popatrzyła się na niego dziwnie.
- No co?!- objął mnie ramieniem.- Od początku wiedziałem, że jest wyjątkowa i zdobyła moje zaufanie. Najwidoczniej tak miało być.- uśmiechnął się do mnie słodko.
- A o co chodzi?- nie do końca rozumiałam co tu się właśnie wydarzyło.
- Kiedyś mój brat znalazł zdjęcie z tamtej zabawy.- powiedziała poważnie Karolina.- Był nastolatkiem, dla którego liczyło się co inni mówią. Był tak zażenowany, że postanowił wtedy, aby ta historia nie wyszła poza naszą rodzinę. A sam to złamał.
- Już wtedy byłaś dla mnie ważna Roza.- złożył pocałunek na moim czole.
- Ty dla mnie też.- przyznałam.
Mąż wciągnął mnie na swoje kolana, podał córkę starszej siostrze i pocałował mnie mocno i namiętnie. Jego dom rodzinny to jedyne miejsce, poza naszym własnym mieszkaniem, gdzie robi co chce. Gdy chce mnie przytulić, robi to, che mnie nosić na rękach robi to, chce namiętnie wpić się w moje usta, robi to. Nie ważne czy ktoś to widzi. Tutaj jest sobą. Takim jakiego wszystkie go kochamy. Podczas pocałunku słyszałam jak dziewczyny wzdychają wzruszone. Chciałam się oderwać, ale Rosjanin mi nie pozwolił i przycisnął ręką mój tył głowy bardziej do siebie, pogłębiając pocałunek. Dziewczyny już nie zwracały na nas uwagi, żywo o czymś rozmawiając. Przerwało na dopiero chrząknięcie. Jednak nie odskoczyliśmy od siebie, a powoli odsunęliśmy, patrząc sobie w oczy. Następnie zwróciliśmy się do tego kogoś. To byli Lissa i Christian, gotowi do drogi.
- Chciałam się pożegnać.- powiedziała cicho królowa.
Przez więź czułam, że jest zazdrosna o Dymitra. Mimo to cieszy się moim szczęściem. Tak samo jak ja nie lubi się mną dzielić. Wstałam z kolan męża i podeszłam ją uścisnąć.
- O wiele lepiej, bez tego brzucha.- starała się śmiechem zamaskować swoje uczucia, co dość dobrze jej wyszło.
- Też się cieszę, że nie muszę go dłużej nosić. Chociaż nie wiem, czy chce znowu przechodzić poród.
- Następnym razem będzie lepiej Roza.- ukochany przytulił mnie od tyłu.
Znowu to uczucie zazdrości. Wiem, że jej też ono się nie podoba, ale nie a na nie wpływu. Ale nie raz zobaczy, że ja mam o wiele więcej powodów do zazdrości.
- Uważaj na siebie.- uśmiechnęłam się.
- Wy też.
Pożegnali się ze wszystkimi, wsiedli do czarnego SIV-a i odjechali. Jestem pewna, że sobie poradzi.