UWAGA! Wczoraj mój blog miał kolejne osiągnięcia. Po pierwsze 20 tyś. wejść, a po drugie 400 komentarzy. Dziękuję za to, że jesteście ze mną. Z tej okazji trochę dłuższy dzisiaj rozdział. Życzę miłego czytania, proszę o komentarze, bo każdy, nawet najkrótszy mnie cieszy i pokazuje, że ktoś to czyta. A dla wszystkich trzecioklasistów w gimnazjum, powodzenia na egzaminach.( nie dziękujcie. To przynosi pecha :-P) :-*
_______________________________________________________
Samochód moich rodziców zatrzymał się na zapchanym parkingu przed kościołem. Była nas piątka, plus trzech strażników Abe'a. Każdy w służbowych strojach, które mogłyby uchodzić na żałobne. Lili po naszej kłótni postanowiła pojechać. Ubrała czarną bluzkę i spódniczkę. Włosy zaplotłam jej w dwa urocze warkoczyki. Dymitr miał czarną koszulkę i spodnie, jednak nie obyło by się bez jego ukochanego prochowca. Chciałam, żeby ubrał ten nowy, ale uparł się, że musi mieć ten wcześniejszy. No i co ja mogłam zrobić. Moja matka o dziwo nie miała na sobie stroju strażniczki. Mało tego, powiem, że chyba pierwszy raz w życiu widzę ją w spódnicy. Ścięte na krótko włosy odsłaniały tatuaże. Staruszek jak zwykle musiał robić z siebie dziwaka. Cały był ubrany na czarno, po za białym krawatem w czerwone paski i czerwonego kołnierzyk od koszuli, którą miał pod garniturem.
Wysiedliśmy z samochodu i ruszyliśmy do kościoła. Dwaj strażnicy z bagażnika wyciągnęli wielki wieniec. Mała sunęła jak cień. W aucie ojciec wytłumaczył jej, co powiedział reszcie rodziny Elizabeth, aby nie było więcej nieporozumień. Było mi jej bardzo żal. Wydawała się taka krucha, smutna. Cała radość ostatnich dni po prostu wyparowała.
Ja i Dymitr zostaliśmy poproszeni o zajęcie miejsc z przodu razem z siostrą, jak jej teraz najbliższa rodzina. Abe pewnie by się wykłócał, że też ją znał i to blisko, gdyby nie moja matka. Tak więc nasza trójka usiadła w pierwszym rzędzie, a nasi rodzice gdzieś z tyłu.
Do kaplicy wszedł ksiądz. Trochę pulchny, przysadzisty w fioletowej szacie. Uroczystość zaczęła się od mszy świętej, z szczególnym naciskiem na tematy śmierci, życia i zmartwychwstania. To ostatnie coś we mnie poruszyło. Może to tęsknota za więzią? Nie wiem. Przy wspomnieniach o pani Znole, Lili wtuliła się we mnie z płaczem. Podałam jej chusteczki, ale chyba uznała, że moja sukienka jest lepsza do wycierania oczu. Nie miałam jej tego za złe. Sama pamiętam jak Lissa przeżywała na pogrzebie rodziców i Andre. Przez jeden dzień zużywa chyba kilogram chusteczek. Wszyscy byli dla niej mili i udawali współczucie. Wiedziałyśmy, że robią to na pokaz, że ich kondolencje nie są szczere. Większość po prostu chciała przypodobać się księżniczce. Zwłaszcza przystojni młodzieńcy. Ona oczywiście odrzucała ich zaloty. Ale młoda dampirzyca nie mogła przepuścić takiej okazji. Zazwyczaj był to mały flirt, kończący się niewinnymi pocałunkami. Niektórzy liczyli na dłuższy związek. Jako na wpół człowiek, mam atrakcyjniejszą budowę ciała, niż wychudzone morojki. Jednak szybko zdawali sobie sprawę z tego, że nie mają na co liczyć. Zazwyczaj kończyło się to złamanym sercem. Po pewnym czasie otwarcie mówiłam, że to co się między nami stanie, to nic osobistego. Ale zdarzały się wyjątki, wierzące, że to oni są tymi jedynymi. Przynajmniej mogli mieć pretensje jedynie do siebie. Zmieniałam chłopaków jak popadnie. Byłam głupia. Ale jedno nigdy się nie zmieniało. Gdzie księżniczka Dragomir, tam byłam ja. Nigdy nie zostawiłam jej w potrzebie. Jedynym wyjątkiem był wyjazd do Rosji. Ale nie wiedziałam, że będzie grozić jej niebezpieczeństwo. I ostatecznie pomogłam, kiedy najbardziej tego potrzebowała. Zawsze byłam przy niej. Tak samo zawsze chcę być przy Lili.
Poczułam ucisk na dłoni. To Dymitr dawał mi wsparcie. Wszyscy mogli uważać, że nic mi nie jest, ale on pierwszy dostrzega męczące mnie myśli.
On też zawsze mnie wspiera. Patrzył na mnie z współczuciem. Wiem, że nie był do końca szczery, tylko miał mi dodać otuchy. Doskonale zdawał sobie sprawę, jaka jestem silna. Nigdy mi nie współczuł, bo nie było czego. Teraz wysilał się na sztuczne uczucie, właśnie dla wsparcia. Przy innych okolicznościach byłaby to miłość, ale nie na pogrzebie. Za to go najbardziej kocha. Wie czego mi potrzeba. Chciałam go pocałować, wykrzyczeć jak dużym uczuciem go darzę. Ale wiedziałam, że nie mogę. Nie teraz. Zrobiłam jedyne co mi wypadało. Smutna oparłam głowę na jego ramieniu, którym po chwili mnie objął. Zrozumiał mój przekaz. Do ucha szepnął mi najciszej jak mógł najpiękniejsze słowa na świecie
- Ja tiebia liubliu Roza.
Uspokoił mnie jego rosyjski akcent, jego bliskość i jego miłość. Przy tym zdaniu ścisnął moją dłoń.
W tym czasie Lili weszła mi na kolana, a ja ją objęłam. Mój duży brzuch nie stanowił problemu, żeby się przytuliła. Już nie płakała. Po prostu potrzebowała bliskości ważnej dla siebie osoby. A nas miała dwójkę.
Po mszy udaliśmy się na cmentarz. Pochód zaczynała trumna, następna była nasza trójka i reszta rodziny zmarłej, a za nami reszta przybyłych. Nie szliśmy daleko. Uroczystość odbyła się w małej wiosce więc nagrobki były dookoła kościoła.
Wszystko wyglądało jak na pogrzebie Dymitra. W kościele nie było tego podobieństwa, ponieważ w Rosji zapatrzyłam się w rzeźbę anioła i zanurzyłam się w wspomnieniach. Tutaj to było niemożliwe. Wszystko było tak podobne. Wywołuje najgorsze chwile, których nie chcę pamiętać, a na zawsze zostaną w mojej pamięci. Wszyscy myśleli, że Bielikow nie żyje, że nigdy już nie zobaczą go. A ja nigdy nie usłyszę tego słodkiego głosu i śmiechu, który teraz mnie co rano budzi, nigdy więcej nie spojrzę w cudne brązowe oczy, wolne od czerwonych obwódek. A jednak widzę je codziennie, pełne miłości i czasem pożądania.
Jednak teraz, mimo że był tu, czułam tamten ból. Wszystkie wspomnienia ożyły na nowo. Stróżów, mogliśmy być razem. Duch Izajasza, atak strzyg. Ukochany kazał mi uciekać. Walka. Dymitr był cały. Spacer. Wyznanie strażnika. Mapa. Akcja ratunkowa. Walka w jaskiniach, Dymitr żyje, jest cały. Kładzie wrogów jednego po drogim. Odwrót, wybiegłam z jaskini, na światło dzienne, ochronę. Reszta biegnie. Już prawie są. Nagle poczułam mdłości. Strzygi! Wyskoczyły znikąd. Jeden skoczył na mojego ukochanego. Zatopił kły w jego skórze. Powoli wypijał krew. Dymitr. Chciałam tam pobiec, uratować go. Ale było za późno. Uciekaj! Krótka komenda, której posłuchałam cała we łzach.
Przed oczami zatańczyły mi czarne plamki. Słowa dochodziły do mnie z daleka. Wszystko zaczęło się rozmazywać. Chwyciłam się dla równowagi męża, ale nie za bardzo to pomogło. Chwycił mnie za rękę i spojrzał w moje oczy. Nie umiałam nic wyczytać mu z twarzy, bo plamki się namnożyły. Usłyszałam dziwnie zdeformowany głos. To był jego głos. Wolał mnie. "Roza, co się dzieje?". To on? Ostatkiem sił wyszeptałam jego imię i zapadłam się w ciemność.
"Nasz los od zawsze zapisany był w gwiazdach. To one poprowadziły mnie do Ciebie mimo tylu przeciwności, spójrz. Jesteśmy tu. Razem. Ty i ja Roza. Na zawsze."
niedziela, 17 kwietnia 2016
ROZDZIAŁ 113
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
sobota, 16 kwietnia 2016
ROZDZIAŁ 112
Jednak nie pospałam długo. Już po trzech godzinach zostałam obudzona, przez ukochanego. Jednak ten krótki czas wystarczył na popsucie wyglądu. Wstałam i owinięta w szlafrok poszłam do łazienki. W tym czasie, Dymitr obudził Lili. Mała źle zniosła wczorajszą rozmowę. Podobno na wspomnienie matki cała się popłakała i zamknęła w pokoju. Mam nadzieję, że tym razem pozwoli strażnikowi na obudzenie się.
Stanęłam przed lusterkiem.
Cholera! Poszłam spać w makijażu. Szybko zmyłam to, co zostało na mojej twarzy i wzięłam zimny prysznic. Od razu się ożywiłam. Włosy myłam rano z Dymitrem. Na wspomnienie naszej kąpieli zrobiło mi się ciepło. Ubrałam prostą, czarną sukienkę w długi rękaw i czarne półbuty. Włosy związałam w kucyk i nałożyłam nowy makijaż. Gdy wyszłam z łazienki, do sypialni wszedł zdesperowany Rosjanin.
- Rose, ja tu posprzątam, a ty zaglądnij do swojej siostry. Nie wiem jak przemówić jej do rozsądku. Schowała się pod kołdrą i mówi, że nigdzie nie jedzie. Przekonaj ją.
- Dobrze.- skierowałam się do wyjścia, ale zatrzymał mnie głos męża.
- Roza. Pięknie wyglądasz.
Uśmiechnęłam się do niego i wyszłam.
Zapukałam do pokoju dziewczynki. Zapukałam delikatnie.
Cisza.
Nacisnęłam klamkę, ale drzwi były zamknięte na klucz.
- Lili. To ja. Wpuść mnie. Bo wyważę ten kawałek drewna. Uwierz mi, mogę to zrobić.- dalej żadnej reakcji.- Znalazłam Dymitra na drugim końcu świata, włamałam się do najlepiej strzeżonego więzienia i uciekałam przed strażnikami z bronią palną. Takie drzwi to dla mnie nic takiego. Lili, kochanie porozmawiaj ze mną.
- Odejdź i już tak nie udawaj.- krzyczała przez drzwi.- Dałam się przekupić, ale teraz wiem, że ty nigdy nie zastąpisz mojej mamy.
Zabolało. Nawet bardzo. Wcale tego nie chciałam.
- Nie staram się. Wiem, że nikt nie jest w stanie jej zastąpić.
- Ty nic nie wiesz. Nie rozumiesz. Twoja mama żyję.- była wściekła.
- I dopiero od pół roku się mną interesuje. Zawsze służba była ważniejsza.- ja też powoli traciłam cierpliwość. Wtedy na tali poczułam silne dłonie.
- Roza spokojnie.- do ucha szepnął mi głęboki głos.- Krzykiem tego nie załatwisz.
Miał rację.
- Lili. Ja też straciłam wiele osób. Wiem co to znaczy cierpieć. Ale pozwól sobie pomóc.
- Pomóc?! Przekupujecie mnie drogimi rzeczami, poznajcie z królową, chcecie żebym zapomniała o mamie. A potem wywieźć za granicę. Cały dzień świetnie się bawiłam, a teraz mam cierpieć?! Na tym polega wasza zabawa?
- Kto ci to wszystko naopowiadał?
- Taki pan. Mówił, że wywieziecie mnie daleko stąd. I już nigdy nie będę mogła się bawić. Nie będzie ucieczki. Jesteście źli i okrutni, a na waszej drodze do sławy zraniliście wiele osób.
- Co?!- nie wierzyłam. Kto jej to wszystko na opowiadał. Przecież to same głupstwa.- Lili, my nigdy nie dążyliśmy do sławy.
- A jedynie siebie raniliśmy najgłębiej.- poparł mnie ukochany, ale zasmucił się na tą myśl. Jednak po chwili zaczął się zastanawiać.
- I wszyscy są szczęśliwi.-dodałam.
- Lili. Kto ci to wszystko powiedział? I kiedy to było?
- W śnie.
Oboje wstrzymaliśmy oddech. Znamy tylko dwóch mężczyzn mogących wejść do cudzych snów. A jeden został porządnie na straszny przez Dymitra. Obym się myliła i Adrian nie był kompletnie tchórzem.
- To jak będzie?- spytał Dymitr.- Wpuścisz nas, żebyśmy wszystko ci wyjaśnili czy mamy poczekać, aż będziesz musiała wyjść.
Czekaliśmy chwilę.
Szlag! Zaraz musimy wychodzić, ta stroi fochy. Głupi faceci z mocą ducha. We wszystko się mieszają. Chciałam zapukać znowu, ale mąż mnie powstrzymał.
-Poczekaj.- szepnął.- Zaraz się podda.
Miał rację. Nagle usłyszałam zgrzyt zamka. Drzwi powoli się otworzyły. Dziewczynka za nimi wyglądała tak żałośnie, że miałam ochotę ją przytulić. Ale się powstrzymałam. Przecież nam nie ufa.
Była cała we łzach, oczy miała zapuchnięte, a ciemne włosy sterczały jej na wszystkie strony. Odwróciła się, nie zaszczyciwszy nas nawet jednym spojrzeniem i usiadła na łóżku. My zajęliśmy miejsce na przeciwko jej, na drugim posłaniu.
- Lili, - zaczęłam.- Jedyni panowie, których znamy i umieją wejść do cudzych snów, bardzo nas nie lubią. To wszystko były kłamstwa. Opiszesz nam wygląd tego pana?
- Taki pan..., a co ja wam będę mówić. Żebyście go też pobili?
-Też?!- wymieniliśmy z ukochanym spojrzenia.
Czyli jednak miałam rację.
To Doru.
Cholera! Co on jeszcze do nas chce? Czemu ciągle niszczy nam życie. Przecież to nie przywróci mu brata.
- Posłuchaj. On cię o kłamał.-chciałam wszystko jej wyjaśnić, ale nie wiedziałam jak. W końcu podjęłam decyzję.- Wiesz czemu uciekłyśmy z akademii. Cztery lata temu rodzice Lissy i jej starszy brat zginęli w wypadku samochodowym. Ja też powinnam wtedy zginąć, ale moja przyjaciółka ma niezwykle zdolności i mnie ożywiła. To bardzo rzadki dar. Osobiście znam pięć osób posiadających go. Jednym z nich jest Robert, który odwiedził cię we śnie. On miał brata. Też przyszywanego. I ten jego brat-Wiktor- dowiedział się o mocy morojki. Zaczął podrzucać jej martwe zwierzęta, żeby sprawdzić czy ma rację. Nawet złamał mi kostkę. Ale my nie wiedziałyśmy kto to. On był najlepszym przyjacielem Dragomirów. Więc uciekłyśmy. Gdy wróciłyśmy, wszystko zaczęło się od nowa. Aż pewnej nocy Wiktor porwał księżniczkę. Chciał by uleczyła go ze śmiertelnej choroby. Jednak ona by powracała, więc Lissa musiałaby mu służyć do końca życia. Sam knuł intrygi i złe plany. Jego brat jest tak samo podły. Pewnego razu opętana mrokiem zabiłam Wiktora. Nie chciałam tego zrobić i bardzo się tego brzydzę, ale nie cofnę czasu. I za to Robert chce teraz zabić mnie. To on jest okrutny. My chcemy pomóc najbliższym. Oni chcieli wykorzystać Jill do zawładnięcia światem wampirów. Wiktor zamienił swoją córkę w strzygę.
Dziewczynka patrzyła na mnie ze strachem. Nie mogła uwierzyć. Nagle rzuciła się nam w objęcia.
- Już dobrze. Jesteśmy tu. Spokojnie.- uspokajaliśmy ją
- Rose.- popatrzyła na mnie zaczerwienionymi oczkami.- Ja nie chciałam tego powiedzieć. Byłam zła. Bałam się.
- Spokojnie.- przerwałam jej tłumaczenia.- Ja też powiedziałam w złości wiele przykrych rzeczy. Każdy z nas popełnia błędy. Pamiętaj, że cokolwiek się stanie, czegokolwiek nie powiesz, zawsze będziemy cię kochać.
Stanęłam przed lusterkiem.
Cholera! Poszłam spać w makijażu. Szybko zmyłam to, co zostało na mojej twarzy i wzięłam zimny prysznic. Od razu się ożywiłam. Włosy myłam rano z Dymitrem. Na wspomnienie naszej kąpieli zrobiło mi się ciepło. Ubrałam prostą, czarną sukienkę w długi rękaw i czarne półbuty. Włosy związałam w kucyk i nałożyłam nowy makijaż. Gdy wyszłam z łazienki, do sypialni wszedł zdesperowany Rosjanin.
- Rose, ja tu posprzątam, a ty zaglądnij do swojej siostry. Nie wiem jak przemówić jej do rozsądku. Schowała się pod kołdrą i mówi, że nigdzie nie jedzie. Przekonaj ją.
- Dobrze.- skierowałam się do wyjścia, ale zatrzymał mnie głos męża.
- Roza. Pięknie wyglądasz.
Uśmiechnęłam się do niego i wyszłam.
Zapukałam do pokoju dziewczynki. Zapukałam delikatnie.
Cisza.
Nacisnęłam klamkę, ale drzwi były zamknięte na klucz.
- Lili. To ja. Wpuść mnie. Bo wyważę ten kawałek drewna. Uwierz mi, mogę to zrobić.- dalej żadnej reakcji.- Znalazłam Dymitra na drugim końcu świata, włamałam się do najlepiej strzeżonego więzienia i uciekałam przed strażnikami z bronią palną. Takie drzwi to dla mnie nic takiego. Lili, kochanie porozmawiaj ze mną.
- Odejdź i już tak nie udawaj.- krzyczała przez drzwi.- Dałam się przekupić, ale teraz wiem, że ty nigdy nie zastąpisz mojej mamy.
Zabolało. Nawet bardzo. Wcale tego nie chciałam.
- Nie staram się. Wiem, że nikt nie jest w stanie jej zastąpić.
- Ty nic nie wiesz. Nie rozumiesz. Twoja mama żyję.- była wściekła.
- I dopiero od pół roku się mną interesuje. Zawsze służba była ważniejsza.- ja też powoli traciłam cierpliwość. Wtedy na tali poczułam silne dłonie.
- Roza spokojnie.- do ucha szepnął mi głęboki głos.- Krzykiem tego nie załatwisz.
Miał rację.
- Lili. Ja też straciłam wiele osób. Wiem co to znaczy cierpieć. Ale pozwól sobie pomóc.
- Pomóc?! Przekupujecie mnie drogimi rzeczami, poznajcie z królową, chcecie żebym zapomniała o mamie. A potem wywieźć za granicę. Cały dzień świetnie się bawiłam, a teraz mam cierpieć?! Na tym polega wasza zabawa?
- Kto ci to wszystko naopowiadał?
- Taki pan. Mówił, że wywieziecie mnie daleko stąd. I już nigdy nie będę mogła się bawić. Nie będzie ucieczki. Jesteście źli i okrutni, a na waszej drodze do sławy zraniliście wiele osób.
- Co?!- nie wierzyłam. Kto jej to wszystko na opowiadał. Przecież to same głupstwa.- Lili, my nigdy nie dążyliśmy do sławy.
- A jedynie siebie raniliśmy najgłębiej.- poparł mnie ukochany, ale zasmucił się na tą myśl. Jednak po chwili zaczął się zastanawiać.
- I wszyscy są szczęśliwi.-dodałam.
- Lili. Kto ci to wszystko powiedział? I kiedy to było?
- W śnie.
Oboje wstrzymaliśmy oddech. Znamy tylko dwóch mężczyzn mogących wejść do cudzych snów. A jeden został porządnie na straszny przez Dymitra. Obym się myliła i Adrian nie był kompletnie tchórzem.
- To jak będzie?- spytał Dymitr.- Wpuścisz nas, żebyśmy wszystko ci wyjaśnili czy mamy poczekać, aż będziesz musiała wyjść.
Czekaliśmy chwilę.
Szlag! Zaraz musimy wychodzić, ta stroi fochy. Głupi faceci z mocą ducha. We wszystko się mieszają. Chciałam zapukać znowu, ale mąż mnie powstrzymał.
-Poczekaj.- szepnął.- Zaraz się podda.
Miał rację. Nagle usłyszałam zgrzyt zamka. Drzwi powoli się otworzyły. Dziewczynka za nimi wyglądała tak żałośnie, że miałam ochotę ją przytulić. Ale się powstrzymałam. Przecież nam nie ufa.
Była cała we łzach, oczy miała zapuchnięte, a ciemne włosy sterczały jej na wszystkie strony. Odwróciła się, nie zaszczyciwszy nas nawet jednym spojrzeniem i usiadła na łóżku. My zajęliśmy miejsce na przeciwko jej, na drugim posłaniu.
- Lili, - zaczęłam.- Jedyni panowie, których znamy i umieją wejść do cudzych snów, bardzo nas nie lubią. To wszystko były kłamstwa. Opiszesz nam wygląd tego pana?
- Taki pan..., a co ja wam będę mówić. Żebyście go też pobili?
-Też?!- wymieniliśmy z ukochanym spojrzenia.
Czyli jednak miałam rację.
To Doru.
Cholera! Co on jeszcze do nas chce? Czemu ciągle niszczy nam życie. Przecież to nie przywróci mu brata.
- Posłuchaj. On cię o kłamał.-chciałam wszystko jej wyjaśnić, ale nie wiedziałam jak. W końcu podjęłam decyzję.- Wiesz czemu uciekłyśmy z akademii. Cztery lata temu rodzice Lissy i jej starszy brat zginęli w wypadku samochodowym. Ja też powinnam wtedy zginąć, ale moja przyjaciółka ma niezwykle zdolności i mnie ożywiła. To bardzo rzadki dar. Osobiście znam pięć osób posiadających go. Jednym z nich jest Robert, który odwiedził cię we śnie. On miał brata. Też przyszywanego. I ten jego brat-Wiktor- dowiedział się o mocy morojki. Zaczął podrzucać jej martwe zwierzęta, żeby sprawdzić czy ma rację. Nawet złamał mi kostkę. Ale my nie wiedziałyśmy kto to. On był najlepszym przyjacielem Dragomirów. Więc uciekłyśmy. Gdy wróciłyśmy, wszystko zaczęło się od nowa. Aż pewnej nocy Wiktor porwał księżniczkę. Chciał by uleczyła go ze śmiertelnej choroby. Jednak ona by powracała, więc Lissa musiałaby mu służyć do końca życia. Sam knuł intrygi i złe plany. Jego brat jest tak samo podły. Pewnego razu opętana mrokiem zabiłam Wiktora. Nie chciałam tego zrobić i bardzo się tego brzydzę, ale nie cofnę czasu. I za to Robert chce teraz zabić mnie. To on jest okrutny. My chcemy pomóc najbliższym. Oni chcieli wykorzystać Jill do zawładnięcia światem wampirów. Wiktor zamienił swoją córkę w strzygę.
Dziewczynka patrzyła na mnie ze strachem. Nie mogła uwierzyć. Nagle rzuciła się nam w objęcia.
- Już dobrze. Jesteśmy tu. Spokojnie.- uspokajaliśmy ją
- Rose.- popatrzyła na mnie zaczerwienionymi oczkami.- Ja nie chciałam tego powiedzieć. Byłam zła. Bałam się.
- Spokojnie.- przerwałam jej tłumaczenia.- Ja też powiedziałam w złości wiele przykrych rzeczy. Każdy z nas popełnia błędy. Pamiętaj, że cokolwiek się stanie, czegokolwiek nie powiesz, zawsze będziemy cię kochać.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
piątek, 15 kwietnia 2016
ROZDZIAŁ 111
W obuwniczym Dymitr trochę się uspokoił. Kupił trzy pary butów i jedną kapci, żeby nie chodził po domu w samych skarpetkach.
- Rose. Uważaj, bo twoja matka powie, że robię z ciebie kurę domową.- zaśmiał się Bielikow wkładając zakupy do bagażnika.
- Bez przesady. Poza tym nie obchodzi mnie, co ona powie. Jak zawsze wiele mówi, ale żeby mnie wychowywać, nie było chętnych.- usiadłam naburmuszona.
- Roza nie chciałem cię zdenerwować. Dzięki temu mam taką cudowną i samodzielną żonę.- powiedział z uśmiechem, siadając koło mnie i odpalił silnik.
-Której nie dajesz się tym ostatnim wykazać.- odwróciłam się do małej bawiącej się z tyłu swoim tygryskiem.- Lili zapnij pasy.
Dziewczynka wykonała moje polecenie.
- Niekiedy trzeba przyjąć pomoc innych.- strażnik zaczął wycofywać patrząc w tylną szybę.
- Wiem, ciągle się tego uczę. I w cale nie jestem kurą domową.
- Och nie o to chodzi. Po prostu od pewnego czasu nie mogę poznać w tobie tej nastolatki, do której złapania potrzeba było dwudziestu strażników.
- Było was dwunastu.-poprawiłam go.
- To bez znaczenia. Teraz zachowujesz się, jakby nasze małżeństwo miało z pięć lat stażu.- uśmiechnęłam się na wspomnienie ostatnich godzin.
- Przesadzasz. My tylko o ciebie dbamy, prawda siostra?- odwróciła się, szukając wsparcia u małej.
Ale widać było, że myślami jest daleko stąd. Mój głos sprowadził ją na ziemię.
- Naprawdę trzeba było dwudziestu strażników, żeby cię złapać?- widać było, że nurtuje ją ten temat.
Uśmiechnęłam się na samo wspomnienie tamtych dwóch lat.
- Ja i Lissa trzy lata temu uciekłyśmy ze szkoły.- zaczęłam.- A moja przyjaciółka już wtedy była bardzo ważna, ponieważ uchodziła za jedyną dziedziczkę rodu Dragomir. Dzisiaj poznałaś jeszcze Jill, która jest jej przyszywaną siostrą, od strony ojca. Tak jak my.- Lili uśmiechnęła się na to porównanie.- Znalazłam ja pięć miesięcy temu. Tak więc, wracając, morojka była bardzo ważna.
- Na początku nie docenili jej strażniczki i wysyłali nowicjuszy.- wtrącił się mój mąż.- Okazało się to błędem. Obie dziewczyny wymykały się im z rąk i przenosiły do innego miasta. Z czasem zaczęto wysyłać bardziej doświadczone dampiry, ale i to odnosiło marny skutek.- popatrzyłam na niego podejrzliwie. Skąd on aż tyle wie? Nie opowiadałam mu tego tak dokładnie. Zauważył moją minę i zaśmiał się cicho.- Wszystko było w raportach, które mi dali. Znałem waszą technikę.
- I co było dalej?- dziewczynka patrzyła na nas wyczekująco.
- Ponad rok temu, zostałyśmy znalezione przez następnych strażników.- nie dałam ukochanemu, odebrać sobie tej przyjemności.- Im też uciekłybyśmy, gdyby nie Kowboj z Syberii skutej lodem, w skórzanym prochowcu.- za to stwierdzenie zasłużyłam na ostre spojrzenie mojego Kowboja. Ale i on nie umiał powstrzymać uśmiechu.
- Rose, mówiłem Ci, że Syberia to nie Biegun Północny.
- Może być Południowy jak wolisz.- powiedziałam szybko i wróciłam do najwspanialszego dnia mojego życia. Dymitr ze zrezygnowaniem pokręcił głową. Ale na ustach zaigrał drobny uśmieszek.- Walczyłam dzielnie, ale niestety był lepszy.
Mój mąż parsknął śmiechem.
- Wybacz kochanie, ale walczyłaś dzielnie?!- wciąż się śmiał.- Ja pamiętam to zupełnie inaczej. Ty wprost wpadłaś mi w ramiona.
- Dziś bym tak zrobiła, ale wtedy byłeś dla mnie zagrożeniem.
-Czemu?- spytała Lili.
No to dobre pytanie.
- Ponieważ chciał nas odnieść do Akademii. A uciekłyśmy z niej, przez dziwne rzeczy, które tam się działy. Nie pytaj jakie.- uprzedziłam jej pytanie.- To nie czas i miejsce na taką rozmowę. Opowiemy ci ją kiedy indziej.
Uświadomiłam sobie, że są rzeczy, których nie mówiłam Dymitrowi. Nigdy nie rozmawialiśmy o tym. Dowie się kilku ciekawych informacji.
- Dobrze.- zgodziła się.
Po półtora godzinach byliśmy pod domem. Jechalibyśmy dłużej, ale z nudów zaczęłam przeglądać mapę i znalazłam skrót. Dymitr chwilę się upierał, ale w końcu pojechał nim. Od wejścia do sklepu ciągle się mi stawia. W domu sobie pogadamy.
Z Lili wzięłyśmy parę toreb, ale większość zabrał mój mąż. Rozeszliśmy się każdy w swoją stronę. Bielikow z Lili na górę odnieść ubrania, a ja do kuchni zapełnić lodówkę. Po chwili na dół zszedł mój Rosjanin i się wymieniliśmy. On układał produkty spożywcze po swojemu, a ja poszłam schować swoje nowe ubrania. Miałam całą garderobę rzeczy od Lissy, ale nikt nie przewidział, że możemy mieć dzieci i nie mam ubrań ciążowych. No, nie miałam. Zrobiłam zakupy.
Kiedy już schowałam swoje zdobycze, zaglądnęłam do siostry. Nie do końca sobie radziła. Pomogłam jej. Trochę tego było, ale razem dałyśmy radę. Po ogarnięciu jej zakupów zeszłyśmy do salonu. Mój ukochany zawołał małą do pomocy. Pewnie chciał z nią porozmawiać o pogrzebie. Sama też miałam sprawę do załatwienia. Poszłam do gabinetu męża, wzięłam telefon i wybrałam numer. Po trzech sygnałach usłyszałam głos ojca.
- Podjęliście decyzję?-spytał na wstępie.
- Ciebie też miło słyszeć.- powiedziałam z sarkazmem.- Tak, chcemy jechać.
- Dobrze. Nie spodoba wam się to, ale uroczystość jest dzisiaj o 12:00 czasu ludzkiego. My też jedziemy, więc podjedziemy po was o dziesiątej.
- Dzisiaj?!- nie dowierzałam. Przecież dopiero co wróciliśmy z zakupów. O dziesiątej. Jest szósta. Może jeszcze zdążymy się zdrzemnąć.- No trudno. No to widzimy się za cztery godziny. Pa staruszku. I pozdrów mamę.
- Pa różyczko. Ty tez pozdrów rodzinkę.
Rozłączył się. Odkładałam telefon, gdy poczułam na brzuchu ciepłe dłonie. Oparłam się o tors ich właściciela.
- Mamy pozdrowienia. Jak rozmowa?- spytałam.
- Ciężko. Już chyba wolałbym rozmawiać z Abem.
- Chyba nie.- uśmiechnęła się słabo. Ukochany to zauważył
- Roza źle się czujesz?- spytał. W jego głosie było słychać troskę
- Nie. Jestem tylko troche zmęczona. Wiele się dzisiaj wydarzyło.
Mój mąż niewiele myśląc, wziął mnie na ręce i wyniósł z pokoju. Chciałam protestować, ale nie miałam siły.
- Roza nie powinnaś się tak przemęczać. Chodź. Czas spać.
- Nie mamy wiele czasu.- ziewnęłam.- O dziesiątej przyjadą moi rodzice. Dzisiaj jest pogrzeb.
- Nie obchodzi mnie to. Masz się wyspać.- powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Nie opierałam się, kiedy niósł mnie do sypialni. Tam położył mnie do łóżka i rozebrał. Nie miałam siły iść się myć. Nie wiem, co dalej robił Dymitr, bo zasnęłam.
- Rose. Uważaj, bo twoja matka powie, że robię z ciebie kurę domową.- zaśmiał się Bielikow wkładając zakupy do bagażnika.
- Bez przesady. Poza tym nie obchodzi mnie, co ona powie. Jak zawsze wiele mówi, ale żeby mnie wychowywać, nie było chętnych.- usiadłam naburmuszona.
- Roza nie chciałem cię zdenerwować. Dzięki temu mam taką cudowną i samodzielną żonę.- powiedział z uśmiechem, siadając koło mnie i odpalił silnik.
-Której nie dajesz się tym ostatnim wykazać.- odwróciłam się do małej bawiącej się z tyłu swoim tygryskiem.- Lili zapnij pasy.
Dziewczynka wykonała moje polecenie.
- Niekiedy trzeba przyjąć pomoc innych.- strażnik zaczął wycofywać patrząc w tylną szybę.
- Wiem, ciągle się tego uczę. I w cale nie jestem kurą domową.
- Och nie o to chodzi. Po prostu od pewnego czasu nie mogę poznać w tobie tej nastolatki, do której złapania potrzeba było dwudziestu strażników.
- Było was dwunastu.-poprawiłam go.
- To bez znaczenia. Teraz zachowujesz się, jakby nasze małżeństwo miało z pięć lat stażu.- uśmiechnęłam się na wspomnienie ostatnich godzin.
- Przesadzasz. My tylko o ciebie dbamy, prawda siostra?- odwróciła się, szukając wsparcia u małej.
Ale widać było, że myślami jest daleko stąd. Mój głos sprowadził ją na ziemię.
- Naprawdę trzeba było dwudziestu strażników, żeby cię złapać?- widać było, że nurtuje ją ten temat.
Uśmiechnęłam się na samo wspomnienie tamtych dwóch lat.
- Ja i Lissa trzy lata temu uciekłyśmy ze szkoły.- zaczęłam.- A moja przyjaciółka już wtedy była bardzo ważna, ponieważ uchodziła za jedyną dziedziczkę rodu Dragomir. Dzisiaj poznałaś jeszcze Jill, która jest jej przyszywaną siostrą, od strony ojca. Tak jak my.- Lili uśmiechnęła się na to porównanie.- Znalazłam ja pięć miesięcy temu. Tak więc, wracając, morojka była bardzo ważna.
- Na początku nie docenili jej strażniczki i wysyłali nowicjuszy.- wtrącił się mój mąż.- Okazało się to błędem. Obie dziewczyny wymykały się im z rąk i przenosiły do innego miasta. Z czasem zaczęto wysyłać bardziej doświadczone dampiry, ale i to odnosiło marny skutek.- popatrzyłam na niego podejrzliwie. Skąd on aż tyle wie? Nie opowiadałam mu tego tak dokładnie. Zauważył moją minę i zaśmiał się cicho.- Wszystko było w raportach, które mi dali. Znałem waszą technikę.
- I co było dalej?- dziewczynka patrzyła na nas wyczekująco.
- Ponad rok temu, zostałyśmy znalezione przez następnych strażników.- nie dałam ukochanemu, odebrać sobie tej przyjemności.- Im też uciekłybyśmy, gdyby nie Kowboj z Syberii skutej lodem, w skórzanym prochowcu.- za to stwierdzenie zasłużyłam na ostre spojrzenie mojego Kowboja. Ale i on nie umiał powstrzymać uśmiechu.
- Rose, mówiłem Ci, że Syberia to nie Biegun Północny.
- Może być Południowy jak wolisz.- powiedziałam szybko i wróciłam do najwspanialszego dnia mojego życia. Dymitr ze zrezygnowaniem pokręcił głową. Ale na ustach zaigrał drobny uśmieszek.- Walczyłam dzielnie, ale niestety był lepszy.
Mój mąż parsknął śmiechem.
- Wybacz kochanie, ale walczyłaś dzielnie?!- wciąż się śmiał.- Ja pamiętam to zupełnie inaczej. Ty wprost wpadłaś mi w ramiona.
- Dziś bym tak zrobiła, ale wtedy byłeś dla mnie zagrożeniem.
-Czemu?- spytała Lili.
No to dobre pytanie.
- Ponieważ chciał nas odnieść do Akademii. A uciekłyśmy z niej, przez dziwne rzeczy, które tam się działy. Nie pytaj jakie.- uprzedziłam jej pytanie.- To nie czas i miejsce na taką rozmowę. Opowiemy ci ją kiedy indziej.
Uświadomiłam sobie, że są rzeczy, których nie mówiłam Dymitrowi. Nigdy nie rozmawialiśmy o tym. Dowie się kilku ciekawych informacji.
- Dobrze.- zgodziła się.
Po półtora godzinach byliśmy pod domem. Jechalibyśmy dłużej, ale z nudów zaczęłam przeglądać mapę i znalazłam skrót. Dymitr chwilę się upierał, ale w końcu pojechał nim. Od wejścia do sklepu ciągle się mi stawia. W domu sobie pogadamy.
Z Lili wzięłyśmy parę toreb, ale większość zabrał mój mąż. Rozeszliśmy się każdy w swoją stronę. Bielikow z Lili na górę odnieść ubrania, a ja do kuchni zapełnić lodówkę. Po chwili na dół zszedł mój Rosjanin i się wymieniliśmy. On układał produkty spożywcze po swojemu, a ja poszłam schować swoje nowe ubrania. Miałam całą garderobę rzeczy od Lissy, ale nikt nie przewidział, że możemy mieć dzieci i nie mam ubrań ciążowych. No, nie miałam. Zrobiłam zakupy.
Kiedy już schowałam swoje zdobycze, zaglądnęłam do siostry. Nie do końca sobie radziła. Pomogłam jej. Trochę tego było, ale razem dałyśmy radę. Po ogarnięciu jej zakupów zeszłyśmy do salonu. Mój ukochany zawołał małą do pomocy. Pewnie chciał z nią porozmawiać o pogrzebie. Sama też miałam sprawę do załatwienia. Poszłam do gabinetu męża, wzięłam telefon i wybrałam numer. Po trzech sygnałach usłyszałam głos ojca.
- Podjęliście decyzję?-spytał na wstępie.
- Ciebie też miło słyszeć.- powiedziałam z sarkazmem.- Tak, chcemy jechać.
- Dobrze. Nie spodoba wam się to, ale uroczystość jest dzisiaj o 12:00 czasu ludzkiego. My też jedziemy, więc podjedziemy po was o dziesiątej.
- Dzisiaj?!- nie dowierzałam. Przecież dopiero co wróciliśmy z zakupów. O dziesiątej. Jest szósta. Może jeszcze zdążymy się zdrzemnąć.- No trudno. No to widzimy się za cztery godziny. Pa staruszku. I pozdrów mamę.
- Pa różyczko. Ty tez pozdrów rodzinkę.
Rozłączył się. Odkładałam telefon, gdy poczułam na brzuchu ciepłe dłonie. Oparłam się o tors ich właściciela.
- Mamy pozdrowienia. Jak rozmowa?- spytałam.
- Ciężko. Już chyba wolałbym rozmawiać z Abem.
- Chyba nie.- uśmiechnęła się słabo. Ukochany to zauważył
- Roza źle się czujesz?- spytał. W jego głosie było słychać troskę
- Nie. Jestem tylko troche zmęczona. Wiele się dzisiaj wydarzyło.
Mój mąż niewiele myśląc, wziął mnie na ręce i wyniósł z pokoju. Chciałam protestować, ale nie miałam siły.
- Roza nie powinnaś się tak przemęczać. Chodź. Czas spać.
- Nie mamy wiele czasu.- ziewnęłam.- O dziesiątej przyjadą moi rodzice. Dzisiaj jest pogrzeb.
- Nie obchodzi mnie to. Masz się wyspać.- powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Nie opierałam się, kiedy niósł mnie do sypialni. Tam położył mnie do łóżka i rozebrał. Nie miałam siły iść się myć. Nie wiem, co dalej robił Dymitr, bo zasnęłam.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
czwartek, 14 kwietnia 2016
ROZDZIAŁ 110
- Rose! Rose!-zawołała moja siostra, pokazując na sukienkę w sklepie dziecięcym.-Kupicie mi ją? Proooosse!
Popatrzyłam na wystawę. Góra sukienki była biała w turkusowe groszki przykryta różową kataną, a dół układał się w warstwy materiału o takim samym kolorze. Wyobraziłam sobie w niej dziewczynkę. Musi ją mieć. Popatrzyłam na ukochanego. Uśmiechnął się. Weszliśmy do sklepu. Lili wypatrzyła jeszcze kilka innych sukienek. Ja też zaingerowałam w jej styl, pięcioma kompletami ubrań. Razem było ich dwanaście.
Nie ograniczałyśmy się. Dymitr ma porządną wypłatę, a od Abe'a po ślubie dostaliśmy kilka tysięcy na start. Załamałam się tą ilością, a jeszcze bardziej, jak powiedział, że dałby więcej, ale Bielikow uparł się, że i tak miał duży wpływ w budowę domu. Tak też nie musieliśmy martwić się kosztami.
Następną naszą stacją był sklep z odzieżą męską. Spędziliśmy tam pół godziny. Nie dlatego, że nie wiadomo było co wybrać, ale z powodu Dymitra. Bardzo się opierał. W końcu dał się wepchnąć do przebieralni. Kupiliśmy dwie pary spodni, pięć koszulek drugi prochowiec, bo ten trzeba było dać do prania i dwie koszule. No przynajmniej on tak myśli. Po kryjomu wybrałam mu jeszcze osiem koszul, trzy pary spodni, osiem par skarpetek i dwanaście bokserek. Gdy strażnik się o tym dowiedział, tylko pokręcił głową. No ale na jednych był napis "Mój Bóg". Nie mogłam przejść przy nich obojętnie.
Jednak do obuwniczego nie dał się zaciągnąć. Wymigał się brakiem czasu.
- Gdybyś tak się nie opierał w poprzednim, byłoby go więcej. - narzekałam gdy byliśmy w supermarkecie.- Ale nie myśl kochanie. Jeszcze tam wrócimy.
- Oczywiście skarbie.- uśmiechnął się z pewnością siebie mój ukochany, obejmując mnie.
- Mówię poważnie. Tu nam nie zejdzie długo.
Weszliśmy na dział kosmetyczny. Dymitr poszedł z Lili, poszukać jej ulubionych płatków śniadaniowych i jakiś słodyczy. Ja wykorzystałam jego nieobecności i zaczęłam przeszukiwać wody kolońskie. Jeden zapach najbardziej mi się spodobał, a wiedziałam, że będzie do niego pasować. Po chwili wrócili z trzema paczkami na śniadanie i czterema tabliczkami czekolady.
- WOW! Nie za dużo?-spytałam patrząc znacząco na męża.
- Nie mogliśmy się zdecydować.- bronił się strażnik, jakby wierzył, że to mnie przekona.- Skarbie, od kiedy to jesteś taka rozsądna?
- A od kiedy ty, taki rozrzutny?- odparowałam jego metodą.
- Od kiedy mam dla kogo.- pocałował mnie w policzek, wkładając zakupy do koszyka. Wtedy zauważył wodę kolońską i wziął ją w dłoń.- A po co to?
-Twoja się kończy.- oświadczyłam, gdy wąchał perfumy.
- Ładne.- stwierdził i odłożył butelkę do reszty zakupów.- To co tam jeszcze mamy?
- Nasz cel główny: zegar.
Poszliśmy do działu elektroniki. Oczywiście, okazało się, że oprócz zegara przyda się toster, waga kuchenna, radio i była przecena na laptopy. Żal było nie skorzystać. Większość wymyślił Dymitr. Nie mogłam go poznać, póki nie wyszliśmy.
- To teraz po buty.- stwierdziłam. Dymitr zatrzymał się i popatrzył na mnie, jak na szaloną.
- Ja to?
- Tak to. Mówiłam, że jeszcze wrócimy.- uśmiechnęłam się triumfalnie.
- Rose nie ma czasu.
- A co masz takiego ważnego do robienia?
- Zanim dojedziemy do domu, będzie późno. Lili będzie musiała się wyspać.
- Czemu akurat jutro?- nagle coś mi się przypomniało.
- Nie tylko jutro, ale tak ogólnie.
- Ach tak? To po to tak wymyślałeś w sklepie?
- Ja? Wcale nie. To wszystko jest nam potrzebne.- popatrzyłam na niego znacząco.- No większość.
- Aż tak ci się spieszy do rozmowy?
- Jakiej rozmowy?- nie zrozumiał.
- O pogrzebie.- powiedziałam cicho. Moja siostra biegała dookoła i w cale nie wyglądała na zmęczoną. Dzięki temu, nie słyszała o czym gadamy.
- Wolę mieć to za sobą.- stwierdził.
- Skoro tak, chodźmy.- mój ukochany uśmiechnął się zwycięsko. Jednak mina mu zrzedła po moim kolejnym zdaniu.- Będziesz miał jeszcze czas pogadać z Abem o szczegółach.
- Co? Ty miałaś zadzwonić.
- Ale będę musiała rozpakować zakupy, a ty będziesz miał więcej czasu. Za niedługo staruszek pewnie pójdzie spać. Ale jeśli teraz wrócimy, zdążysz do niego zadzwonić.
- To mówiłaś, że które buty mi pasują?- niby nigdy nic, popisał wózek z zakupami w stronę obuwniczego.
To wyglądało uroczo. Przypomniało mi się, jak byliśmy w Baii. Olena poprosiła nas o zrobienie zakupów. Dymitr wtedy zderzył się wózkiem z Oksaną. Ona i Marek nie wiedzieli, że Dymitr jest znów dampirem. Bardzo się zdziwili. Mnie nie zauważyli, bo byłam mniejsza od ukochanego, który całkowicie mnie zasłonił. Miło było zobaczyć tą trójkę, rozmawiającą ze sobą. Dawno się nie widzieli.
- Dymitr, a gdzie zgubiłeś swoją uroczą Rose?- w pewnym momencie spytał mężczyzna. Od razu wyszłam zza już narzeczonego.- O tu jesteś. To dobra kobieta. Gdybyś słyszał, z jaką miłością o tobie opowiadała. Umówiliśmy się z nimi na następny dzień. Gdy się pożegnaliśmy, strażnik objął mnie i mruknął do ucha:
- Zdaje się, że rozkochałaś w sobie całe miasteczko. A przede wszystkim naszą miłością.- cmoknął mnie w policzek.
- Tą dziurę w środku syberyjskiej tundry nazywasz miasteczkiem?- zaczęłam się śmiać.
- Rose to naprawdę nie jest Antarktyda...- i tak droczyliśmy się do samego domu.
Nagle na ustach poczułam coś ciepłego i miękkiego. Wróciłam do rzeczywistości, ale jedyne co widziałam to wielkie brązowe oczy. Od razu skupiłam się na wargach, pieszczących moje usta. Dymitr chciał mi uciec, ale włożyłem mu język do ust. Poddał się przyjemności, odwzajemniając mój gest. Po chwili jednak odsunął się, mimo moich protestów.
- Tylko tak Roza było można przywołać cię do świata żywych.- uśmiechnął się.- Wolałem do ciebie pięć razy.
- Mmm... To muszę częściej odfruwać. Mówiłam ci, że cudownie całujesz?
- Kilka razy obiło mi się o uszy. O czym myślałaś?
- Przypomniało mi się nasze spotkanie z Markiem i Oksaną w sklepie.
- Jesteś wspaniała.- mruknął na to wspomnienie. - Kocham Cię. Odjęłam rękę męża i oparłam głowę o jego ramię.
Popatrzyłam na wystawę. Góra sukienki była biała w turkusowe groszki przykryta różową kataną, a dół układał się w warstwy materiału o takim samym kolorze. Wyobraziłam sobie w niej dziewczynkę. Musi ją mieć. Popatrzyłam na ukochanego. Uśmiechnął się. Weszliśmy do sklepu. Lili wypatrzyła jeszcze kilka innych sukienek. Ja też zaingerowałam w jej styl, pięcioma kompletami ubrań. Razem było ich dwanaście.
Nie ograniczałyśmy się. Dymitr ma porządną wypłatę, a od Abe'a po ślubie dostaliśmy kilka tysięcy na start. Załamałam się tą ilością, a jeszcze bardziej, jak powiedział, że dałby więcej, ale Bielikow uparł się, że i tak miał duży wpływ w budowę domu. Tak też nie musieliśmy martwić się kosztami.
Następną naszą stacją był sklep z odzieżą męską. Spędziliśmy tam pół godziny. Nie dlatego, że nie wiadomo było co wybrać, ale z powodu Dymitra. Bardzo się opierał. W końcu dał się wepchnąć do przebieralni. Kupiliśmy dwie pary spodni, pięć koszulek drugi prochowiec, bo ten trzeba było dać do prania i dwie koszule. No przynajmniej on tak myśli. Po kryjomu wybrałam mu jeszcze osiem koszul, trzy pary spodni, osiem par skarpetek i dwanaście bokserek. Gdy strażnik się o tym dowiedział, tylko pokręcił głową. No ale na jednych był napis "Mój Bóg". Nie mogłam przejść przy nich obojętnie.
Jednak do obuwniczego nie dał się zaciągnąć. Wymigał się brakiem czasu.
- Gdybyś tak się nie opierał w poprzednim, byłoby go więcej. - narzekałam gdy byliśmy w supermarkecie.- Ale nie myśl kochanie. Jeszcze tam wrócimy.
- Oczywiście skarbie.- uśmiechnął się z pewnością siebie mój ukochany, obejmując mnie.
- Mówię poważnie. Tu nam nie zejdzie długo.
Weszliśmy na dział kosmetyczny. Dymitr poszedł z Lili, poszukać jej ulubionych płatków śniadaniowych i jakiś słodyczy. Ja wykorzystałam jego nieobecności i zaczęłam przeszukiwać wody kolońskie. Jeden zapach najbardziej mi się spodobał, a wiedziałam, że będzie do niego pasować. Po chwili wrócili z trzema paczkami na śniadanie i czterema tabliczkami czekolady.
- WOW! Nie za dużo?-spytałam patrząc znacząco na męża.
- Nie mogliśmy się zdecydować.- bronił się strażnik, jakby wierzył, że to mnie przekona.- Skarbie, od kiedy to jesteś taka rozsądna?
- A od kiedy ty, taki rozrzutny?- odparowałam jego metodą.
- Od kiedy mam dla kogo.- pocałował mnie w policzek, wkładając zakupy do koszyka. Wtedy zauważył wodę kolońską i wziął ją w dłoń.- A po co to?
-Twoja się kończy.- oświadczyłam, gdy wąchał perfumy.
- Ładne.- stwierdził i odłożył butelkę do reszty zakupów.- To co tam jeszcze mamy?
- Nasz cel główny: zegar.
Poszliśmy do działu elektroniki. Oczywiście, okazało się, że oprócz zegara przyda się toster, waga kuchenna, radio i była przecena na laptopy. Żal było nie skorzystać. Większość wymyślił Dymitr. Nie mogłam go poznać, póki nie wyszliśmy.
- To teraz po buty.- stwierdziłam. Dymitr zatrzymał się i popatrzył na mnie, jak na szaloną.
- Ja to?
- Tak to. Mówiłam, że jeszcze wrócimy.- uśmiechnęłam się triumfalnie.
- Rose nie ma czasu.
- A co masz takiego ważnego do robienia?
- Zanim dojedziemy do domu, będzie późno. Lili będzie musiała się wyspać.
- Czemu akurat jutro?- nagle coś mi się przypomniało.
- Nie tylko jutro, ale tak ogólnie.
- Ach tak? To po to tak wymyślałeś w sklepie?
- Ja? Wcale nie. To wszystko jest nam potrzebne.- popatrzyłam na niego znacząco.- No większość.
- Aż tak ci się spieszy do rozmowy?
- Jakiej rozmowy?- nie zrozumiał.
- O pogrzebie.- powiedziałam cicho. Moja siostra biegała dookoła i w cale nie wyglądała na zmęczoną. Dzięki temu, nie słyszała o czym gadamy.
- Wolę mieć to za sobą.- stwierdził.
- Skoro tak, chodźmy.- mój ukochany uśmiechnął się zwycięsko. Jednak mina mu zrzedła po moim kolejnym zdaniu.- Będziesz miał jeszcze czas pogadać z Abem o szczegółach.
- Co? Ty miałaś zadzwonić.
- Ale będę musiała rozpakować zakupy, a ty będziesz miał więcej czasu. Za niedługo staruszek pewnie pójdzie spać. Ale jeśli teraz wrócimy, zdążysz do niego zadzwonić.
- To mówiłaś, że które buty mi pasują?- niby nigdy nic, popisał wózek z zakupami w stronę obuwniczego.
To wyglądało uroczo. Przypomniało mi się, jak byliśmy w Baii. Olena poprosiła nas o zrobienie zakupów. Dymitr wtedy zderzył się wózkiem z Oksaną. Ona i Marek nie wiedzieli, że Dymitr jest znów dampirem. Bardzo się zdziwili. Mnie nie zauważyli, bo byłam mniejsza od ukochanego, który całkowicie mnie zasłonił. Miło było zobaczyć tą trójkę, rozmawiającą ze sobą. Dawno się nie widzieli.
- Dymitr, a gdzie zgubiłeś swoją uroczą Rose?- w pewnym momencie spytał mężczyzna. Od razu wyszłam zza już narzeczonego.- O tu jesteś. To dobra kobieta. Gdybyś słyszał, z jaką miłością o tobie opowiadała. Umówiliśmy się z nimi na następny dzień. Gdy się pożegnaliśmy, strażnik objął mnie i mruknął do ucha:
- Zdaje się, że rozkochałaś w sobie całe miasteczko. A przede wszystkim naszą miłością.- cmoknął mnie w policzek.
- Tą dziurę w środku syberyjskiej tundry nazywasz miasteczkiem?- zaczęłam się śmiać.
- Rose to naprawdę nie jest Antarktyda...- i tak droczyliśmy się do samego domu.
Nagle na ustach poczułam coś ciepłego i miękkiego. Wróciłam do rzeczywistości, ale jedyne co widziałam to wielkie brązowe oczy. Od razu skupiłam się na wargach, pieszczących moje usta. Dymitr chciał mi uciec, ale włożyłem mu język do ust. Poddał się przyjemności, odwzajemniając mój gest. Po chwili jednak odsunął się, mimo moich protestów.
- Tylko tak Roza było można przywołać cię do świata żywych.- uśmiechnął się.- Wolałem do ciebie pięć razy.
- Mmm... To muszę częściej odfruwać. Mówiłam ci, że cudownie całujesz?
- Kilka razy obiło mi się o uszy. O czym myślałaś?
- Przypomniało mi się nasze spotkanie z Markiem i Oksaną w sklepie.
- Jesteś wspaniała.- mruknął na to wspomnienie. - Kocham Cię. Odjęłam rękę męża i oparłam głowę o jego ramię.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
środa, 13 kwietnia 2016
ROZDZIAŁ 109
Hej, mam pytanie. Czy ktoś jeszcze to czyta? Oglądalność spada, komentują cztery osoby. Gdzie reszta? Chcę wiedzieć, czy mam dla kogo pisać. Gdzie podziały się ~Zmey~; Rosalie i Mrs. White?co się stało, że nie piszecie komentarzy? Może powinnam coś zmienić? Napisać jedno zdanie, zostawić po sobie znak. Czy to tak dużo. Bo zacznę dawać rozdziały po danej ilości komentarzy. To bardzo motywuje. Więc po raz kolejny proszę o komentarze.
_________________________________________________
Chwilę się zastanawiał.
- No nie wiem Rose.- wciąż się wahał, ale nie zaprzeczył. Jest postęp.- A jeśli nie umiem? Staram się, ale to jest trudne.
-Trudne. Treningi też były trudne, ale czy to znaczy, że niewykonalne? Nie poddawałam się, a ty mi pomagałeś. Próbuj, a ci pomogę. Razem damy radę. A teraz jedz, bo będzie zimne.- ja też wróciłam do swojego talerza. Jednak strażnik dalej siedział bez ruchu. Podniosłam wzrok na niego i od razu się rozpłynęłam. Patrzył na mnie, jak jeszcze nigdy. Tyle miłości było w jego spojrzeniu.
- Roza, twoje zachowanie nie odzwierciedla wieku. Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś w moim wieku mówił tak mądrze, a co dopiero w twoim.
- To chyba nie miałam racji na sali. Nie otwierasz buzi po to, żeby usłyszeć tego co mówisz, bo chyba w ogóle nie słuchasz.
- Miałaś trochę racji. Mówiłem Ci.- w końcu zainteresował się zawartością swojego talerza.- Jesteś bardzo mądra Roza. Cieszę się, że to ty jesteś moją żoną.
- Tylko byś spróbował klęknąć przed inną.- pogroziłam mu palcem.
- Żadna inna nie jest w stanie mi ciebie zastąpić. Nie zapominaj tego.
- To chyba ty powinieneś to pamiętać. Przypominam, że to ty chciałeś mnie zastąpić Taszą. Dwa razy.
- Wiem. Ale ty też nie jesteś niewinna.
- Czyli jesteśmy kwita.- podałam mu dłoń. Ukochany uścisnął ją, przyciągnął mnie do siebie i pocałował krótko.
- O towarzyszu! Co za odwaga. Tak przy wszystkich.-kpiłam z niego.
- Roza nauczyłem się wszystkiego co sam umiem. Pomagałem zawsze gdy mogłem. Teraz proszę cię, naucz mnie być sobą.
- Wybacz towarzyszu, ale cudo twórcą nie jestem. Zrobię co będę mogła. Zasada jest prosta: daj się ponieść uczuciom. Rób, nie myśl. Ufam ci i wiem, że za daleko się nie poniesiesz. Najpierw popracujemy z przyjaciółmi, później wśród obcych.- zdecydowałam. W oczach Dymitra zobaczyłam wdzięczność i nadzieję. Wierzył we mnie. Tak jak zawsze.
Nagle coś się zmieniło. Jakiś dziwny błysk. Nie wiem czemu podnieciło mnie to. No nie. Tego jeszcze nie było.
- Ale dzisiaj możemy zrobić wyjątek.- stwierdził.
- To znaczy?- nie rozumiałam, a jego wzrok mi tego nie ułatwiał.
- Zobaczysz. Gdy będziemy płacić, pocałuj mnie.
- Myślisz, że jesteś gotowy?- zapytałam z uśmiechem.
- Zobaczymy.
- Zastanów się dobrze, bo nie pozwolę ci się wycofać.
- Jestem pewny.
- I gotowy na plotki?
- Tak.
- Jesteś świadomy, że to może ci zepsuć reputację?
- Czemu? Nie sądzę.
- Skoro tak mówisz to choć.- zaczęłam się podnosić.
- Teraz?!- spytał niepewnie.
- O kochanie, nie będę czekała do wieczora, aż będziesz gotowy. Skończyliśmy jeść, a czekają nas jeszcze zakupy. Albo chcesz, albo wychodzimy.
Chwilę się wahał. Wstał.
- Chodźmy.- postanowił.
Wziął ode mnie naczynia i zaniósł do okienka. Ja w tym czasie podeszłam do lady, żeby zapłacić. Po chwili dołączył do mnie mąż. Chwyciłam jego twarz w dłonie, a nasze usta się spotkały. Teraz zapanowała kompletna cisza. A może to ja nic nie słyszałam. Dymitr bez wahania odwzajemnił pocałunek, łapiąc mnie za dłonie. Nasze palce się splotły. W końcu odkleiliśmy się od siebie, ale nasze twarze wciąż były cudownie blisko. Nagle jego usta znalazły się przy moim uchu.
- Spokojnie Roza. W domu pomogę Ci pozbyć się nadmiaru energii.- szepnął głębokim głosem, a ja nie umiałam powstrzymać chichotu. Myślę, że tego właśnie oczekiwał. Teraz już wszyscy na nas patrzyli. Niektórzy z zazdrością, inni zniesmaczeni. Kilkoro starszych strażników (którzy, swoją drogą, powinni już być na emeryturze) patrzyło prawie że z pogardą. Zawołaliśmy Lili. Złapaliśmy ją za rączki, gdy stanęła między nami i wyszliśmy, nie zwracając na nikogo uwagi.
- To był twój plan?-spytałam na zewnątrz.
- A co? Zły?- odpowiedział pytaniem. Nie lubię tego.
- Odważne.- Stwierdziłam.- No jak na ciebie.- dodałam gdy wchodziliśmy do garażu.
- Uczę się.- przypomniał.
Więcej już nikt się nie odezwał
Tym razem ja usiadłam koło męża. Pojechaliśmy do najbliższego, dużego miasta. I tak droga zajęła nam dwie godziny. Gdy Dymitr w końcu znalazł miejsce parkingowe, wysiadłam szczęśliwa, że mogę rozprostować nogi.
- Nie cierpię siedzieć bez ruchu.- narzekałam.
- Wiem Rose.- uśmiechnął się mój ukochany. Weszliśmy do centrum handlowego.- To gdzie teraz?
- Do ubrań.
- To ja może poczekam w kawiarni.
- Nawet o tym nie myśl.- zaprotestowałam.- Tobie też przydało by się coś nowego.
- Po co?- zdziwił się.
- Bo jedyną rzeczą, kupioną przez ciebie w ostatnim roku jest prochowiec i to tylko dlatego, że poprzedni zgubiłeś.
- Przecież królowa wyposażyła naszą garderobę.
- Poprawka. Wyposażyła MOJA garderobę. Ty uparłeś się, że i tak dużo dla nas zrobili i nie przyjąłeś ubrań. Ale teraz ja, jako twoja żona zadbam o to, żebyś miał w czym chodzić.
- Muszę?- patrzył na mnie błagalnie, ale ja byłam nieugięta.
- Tak.- nagle znalazłam inny argument.- A co jak zaatakują nas strzygi?
Tak. Trafiłam w czuły punkt. Moje bezpieczeństwo jest dla niego najważniejsze. Od razu spiął wszystkie swoje mięśnie, a miał co spinać, i zaczął rozglądać się dookoła.
Cieszyłam się, że poszedł z nami, ale denerwowała mnie jego postawa. To dobrze, że o mnie dba, tylko że przybrał na nowo maskę strażnika.
- Dymitr!-szepnęłam ostro.- Weź się ogarnij. Masz być czujny, ale nie musisz się tak spinać. Zachowuj się normalnie.
Spojrzał na mnie zdziwiony, a potem się zamyślił. Dotarły do niego znaczenie moich słów. Odprężył się, a nawet mnie objął w pasie jedną ręką. Lili biegała gdzieś koło nas, oglądając wystawy.
Wyglądaliśmy jak dobra rodzina.
_________________________________________________
Chwilę się zastanawiał.
- No nie wiem Rose.- wciąż się wahał, ale nie zaprzeczył. Jest postęp.- A jeśli nie umiem? Staram się, ale to jest trudne.
-Trudne. Treningi też były trudne, ale czy to znaczy, że niewykonalne? Nie poddawałam się, a ty mi pomagałeś. Próbuj, a ci pomogę. Razem damy radę. A teraz jedz, bo będzie zimne.- ja też wróciłam do swojego talerza. Jednak strażnik dalej siedział bez ruchu. Podniosłam wzrok na niego i od razu się rozpłynęłam. Patrzył na mnie, jak jeszcze nigdy. Tyle miłości było w jego spojrzeniu.
- Roza, twoje zachowanie nie odzwierciedla wieku. Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś w moim wieku mówił tak mądrze, a co dopiero w twoim.
- To chyba nie miałam racji na sali. Nie otwierasz buzi po to, żeby usłyszeć tego co mówisz, bo chyba w ogóle nie słuchasz.
- Miałaś trochę racji. Mówiłem Ci.- w końcu zainteresował się zawartością swojego talerza.- Jesteś bardzo mądra Roza. Cieszę się, że to ty jesteś moją żoną.
- Tylko byś spróbował klęknąć przed inną.- pogroziłam mu palcem.
- Żadna inna nie jest w stanie mi ciebie zastąpić. Nie zapominaj tego.
- To chyba ty powinieneś to pamiętać. Przypominam, że to ty chciałeś mnie zastąpić Taszą. Dwa razy.
- Wiem. Ale ty też nie jesteś niewinna.
- Czyli jesteśmy kwita.- podałam mu dłoń. Ukochany uścisnął ją, przyciągnął mnie do siebie i pocałował krótko.
- O towarzyszu! Co za odwaga. Tak przy wszystkich.-kpiłam z niego.
- Roza nauczyłem się wszystkiego co sam umiem. Pomagałem zawsze gdy mogłem. Teraz proszę cię, naucz mnie być sobą.
- Wybacz towarzyszu, ale cudo twórcą nie jestem. Zrobię co będę mogła. Zasada jest prosta: daj się ponieść uczuciom. Rób, nie myśl. Ufam ci i wiem, że za daleko się nie poniesiesz. Najpierw popracujemy z przyjaciółmi, później wśród obcych.- zdecydowałam. W oczach Dymitra zobaczyłam wdzięczność i nadzieję. Wierzył we mnie. Tak jak zawsze.
Nagle coś się zmieniło. Jakiś dziwny błysk. Nie wiem czemu podnieciło mnie to. No nie. Tego jeszcze nie było.
- Ale dzisiaj możemy zrobić wyjątek.- stwierdził.
- To znaczy?- nie rozumiałam, a jego wzrok mi tego nie ułatwiał.
- Zobaczysz. Gdy będziemy płacić, pocałuj mnie.
- Myślisz, że jesteś gotowy?- zapytałam z uśmiechem.
- Zobaczymy.
- Zastanów się dobrze, bo nie pozwolę ci się wycofać.
- Jestem pewny.
- I gotowy na plotki?
- Tak.
- Jesteś świadomy, że to może ci zepsuć reputację?
- Czemu? Nie sądzę.
- Skoro tak mówisz to choć.- zaczęłam się podnosić.
- Teraz?!- spytał niepewnie.
- O kochanie, nie będę czekała do wieczora, aż będziesz gotowy. Skończyliśmy jeść, a czekają nas jeszcze zakupy. Albo chcesz, albo wychodzimy.
Chwilę się wahał. Wstał.
- Chodźmy.- postanowił.
Wziął ode mnie naczynia i zaniósł do okienka. Ja w tym czasie podeszłam do lady, żeby zapłacić. Po chwili dołączył do mnie mąż. Chwyciłam jego twarz w dłonie, a nasze usta się spotkały. Teraz zapanowała kompletna cisza. A może to ja nic nie słyszałam. Dymitr bez wahania odwzajemnił pocałunek, łapiąc mnie za dłonie. Nasze palce się splotły. W końcu odkleiliśmy się od siebie, ale nasze twarze wciąż były cudownie blisko. Nagle jego usta znalazły się przy moim uchu.
- Spokojnie Roza. W domu pomogę Ci pozbyć się nadmiaru energii.- szepnął głębokim głosem, a ja nie umiałam powstrzymać chichotu. Myślę, że tego właśnie oczekiwał. Teraz już wszyscy na nas patrzyli. Niektórzy z zazdrością, inni zniesmaczeni. Kilkoro starszych strażników (którzy, swoją drogą, powinni już być na emeryturze) patrzyło prawie że z pogardą. Zawołaliśmy Lili. Złapaliśmy ją za rączki, gdy stanęła między nami i wyszliśmy, nie zwracając na nikogo uwagi.
- To był twój plan?-spytałam na zewnątrz.
- A co? Zły?- odpowiedział pytaniem. Nie lubię tego.
- Odważne.- Stwierdziłam.- No jak na ciebie.- dodałam gdy wchodziliśmy do garażu.
- Uczę się.- przypomniał.
Więcej już nikt się nie odezwał
Tym razem ja usiadłam koło męża. Pojechaliśmy do najbliższego, dużego miasta. I tak droga zajęła nam dwie godziny. Gdy Dymitr w końcu znalazł miejsce parkingowe, wysiadłam szczęśliwa, że mogę rozprostować nogi.
- Nie cierpię siedzieć bez ruchu.- narzekałam.
- Wiem Rose.- uśmiechnął się mój ukochany. Weszliśmy do centrum handlowego.- To gdzie teraz?
- Do ubrań.
- To ja może poczekam w kawiarni.
- Nawet o tym nie myśl.- zaprotestowałam.- Tobie też przydało by się coś nowego.
- Po co?- zdziwił się.
- Bo jedyną rzeczą, kupioną przez ciebie w ostatnim roku jest prochowiec i to tylko dlatego, że poprzedni zgubiłeś.
- Przecież królowa wyposażyła naszą garderobę.
- Poprawka. Wyposażyła MOJA garderobę. Ty uparłeś się, że i tak dużo dla nas zrobili i nie przyjąłeś ubrań. Ale teraz ja, jako twoja żona zadbam o to, żebyś miał w czym chodzić.
- Muszę?- patrzył na mnie błagalnie, ale ja byłam nieugięta.
- Tak.- nagle znalazłam inny argument.- A co jak zaatakują nas strzygi?
Tak. Trafiłam w czuły punkt. Moje bezpieczeństwo jest dla niego najważniejsze. Od razu spiął wszystkie swoje mięśnie, a miał co spinać, i zaczął rozglądać się dookoła.
Cieszyłam się, że poszedł z nami, ale denerwowała mnie jego postawa. To dobrze, że o mnie dba, tylko że przybrał na nowo maskę strażnika.
- Dymitr!-szepnęłam ostro.- Weź się ogarnij. Masz być czujny, ale nie musisz się tak spinać. Zachowuj się normalnie.
Spojrzał na mnie zdziwiony, a potem się zamyślił. Dotarły do niego znaczenie moich słów. Odprężył się, a nawet mnie objął w pasie jedną ręką. Lili biegała gdzieś koło nas, oglądając wystawy.
Wyglądaliśmy jak dobra rodzina.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
wtorek, 12 kwietnia 2016
ROZDZIAŁ 108
Jednak po chwili oprzytomniałam.
- Hej!- oburzyłam się.
- O co chodzi Roza?- zdziwił się moim zachowaniem.
- Nie ładnie tak. Czy ty nawet w wyznanie miłości musisz wpleść swoje lekcje typu zen?
- Wiesz skarbie,- uśmiechnął się cwanie.- kto raz zostaje nauczycielem, temu wchodzi to w nawyk i daje swoje dobre rady każdemu. A ja tym bardziej tobie.
- A co ja Ci takiego zrobiłam?
- Prosiłaś, żebym został twoim mentorem.
- Prosiłam?
-Wręcz błagałaś. Twoje oczy aż wolały " Zgódź się! Zgódź się! A pójdę z tobą do łóżka."- uśmiechnął się. Kpił sobie ze mnie!
- Ej no! Nie rób ze mnie takiej łatwej. Musiałeś się trochę męczyć.
- Roza, gdybym nie zauważył, że to zaklęcie, nasz pierwszy raz byłby po miesiącu znajomości.- mówił coraz ciszej.
- Ja bym tam w cale nie żałowała. Ale czuję, że mój pierwszy raz powinien być z naszej własnej woli. Dobrze, że stało się tak jak się stało.
- Chwila.-teraz nachylił się w moją stronę i szeptał.- Chcesz powiedzieć, że to w stróżówce to był twój pierwszy raz?
- Wychwyciłeś! Tak. Byłeś pierwszy i jedyny.
Chwilę się zastanowiłam, a raczej udawałam, żeby mógł przyswoić sobie nowe informacje. Chciałam się odezwać na nowo, ale wtedy zawołano nas po jedzenie. Dymitr wciąż był w szoku, więc ja poszłam odebrać obiad.
Najpierw wzięłam jego i Lili. Gdy położyłam talerz przed jego nosem, oprzytomniał i pocałował mnie.
- Dziękuję Roza. Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy.
- Zaraz porozmawiamy, tylko zaniosę posiłek Lili. Podeszłam do stolika dzieci i dałam małej talerz.
- Dzień dobry strażniczko Hathaway-Bielikow.- powiedziały chórem.
- Dzień dobry.- czułam się trochę niezręcznie, ale nie dałam tego po sobie poznać. Wpatrywały się we mnie cztery pary oczu. Dwoje chłopców i dwie dziewczynki. Wyglądały identycznie. Musiały być bliźniaczkami. W końcu jeden z chłopców nie wytrzymał.
- Naprawdę to jest siostra strażniczki?-spytał. Miał błąd włosy i piwne oczy.
- Tak.- przyznałam.
- A to prawda, że w zimie rok temu zabiła strażniczka aż dwie strzygi?- odezwała się jedna z bliźniaczek. Ona miały rude, gęste włosy i błękitne oczy.
- Tak. Ale nie ma czym się chwalić.
- A czy to prawda, że uciekła strażniczka kosmitą, kiedy chcieli porwać Lorda Ozerę?-teraz odezwał się blondyn w białej bejsbolówce, o brązowych oczach.
- Nie. O tym słyszę pierwszy raz w życiu. Myślę, że Ozerę to już jacyś kosmici porwali. I to nie raz.- uśmiechnęłam się. Dzieci chyba nie zrozumiały żartu.
- A czy to prawda, że...- zaczęła druga z bliźniaczek, ale przerwała nagle, wpatrując się w coś za mną. Na tali poczułam silne dłonie.
- A może dacie zjeść strażniczce obiad?- zaproponował głęboki głos z rosyjskim akcentem.
- Dzień dobry, strażniku Bielikow.- dzieci przywitały chórem mojego męża.
- Dzień dobry, dzieciaki. Z pytaniami jeszcze się wstrzymajcie. Myślę, że zdarzy się okazja na ich zadanie. A teraz smacznego.
- Smacznego.- odpowiedzieli i doprowadzili nas wzrokiem do stolika.
Nie dziwiło mnie, że mój talerz już czekał na stole. Domyśliłam się, czyja to sprawka.
- Uciekam kosmitą. A to ciekawe.
- Różne plotki chodzą po szkołach. Sama o tym wiesz.
- No tak, ale kto wymyślił, a tym bardziej uwierzył w kosmitów.- wciąż nie dowierzałam. Dymitr uśmiechnął się pod nosem.
Był na przeciwko mnie, ale teraz zmienił miejsce i usiadł po mojej lewej.
- Roza naprawdę to ja jestem tym szczęściarzem?- nie dowierzał.
- Tak kochanie,- pomachałam mu przed nosem dłonią z obrączka.- Jesteś szczęściarzem pod wieloma względami. A co myślałeś? Że w wieku 17 lat, będę chodziła do łóżka z kim popadnie?
- Nigdy Roza. Nigdy. Za to oberwało się Adrianowi. Ale żebyś z żadnym? Z twoją atrakcyjnością? Tyle chłopaków kręciło się wokół ciebie.
- Czekałam na tego jedynego. I nie tylko ja jestem atrakcyjna w tym związku. Może teraz ty się pochwalisz?
- A chcesz usłyszeć prawdę?- spytał patrząc mi głęboko w oczy.
Zastanowiłam się. Czy jakbym się dowiedziała z iloma wcześniej sypiał, zmieniło by się coś między nami. Nie wiem czego się spodziewać. Ale przecież to przeszłość. Kocha tylko mnie. Podjęłam decyzję. Spojrzałam na niego wyczekująco. Zrozumiał.
- No dobra, sama tego chciałaś. Przed Tobą było... czekaj chwilę.- trzymał mnie w niepewności. Zaczął liczyć na pierwszej ręce, szepcząc jakieś imiona. Jego czoło zrobiły zmarszczki, co świadczyło o intensywnym myśleniu strażnika. Teraz przeszedł na drugą rękę. On chyba sobie żartuje? Patrzyłam z niedowierzaniem na jego palec skaczący po palcach drugiej ręki.- To będzie...zero. Brawo, byłaś pierwsza.
Zdenerwowałam się. Palnęłam go porządnie w ramię, na co on zaczął się śmiać.
-Oj nie ładnie, strażniku Bielikow. Bawić się tak kosztem własnej żony?! Powinieneś się wstydzić.
- Może.- nie przestawał się śmiać.- Ale twoja mina była bezcenna.
Chciałam poudawać obrażoną, aby dać mu nauczkę, ale dotarł do mnie sens jego słów. Byłam pierwsza. Jedyna.
- Nie wierzę. Ja to ja, ale ty?
- Co ja?- zmarszczył brwi nie rozumiejąc.
- No wiesz. Przystojny, bohaterski, zdyscyplinowany. Żywy magnez na kobiety.
- Nie przesadzaj. Po za tym nie miałem czasu na kobiety. No dopóki nie pojawiła się taka ciemnooka piękność, o delikatnych włosach i słodkich ustach.
- Bardzo słodkich?- zaczęłam go prowokować.
- Nie teraz Roza.- starał się ugasić mój zapał.- Po twoim wybuchu staliśmy się tu większą sensacją, niż gdy weszliśmy.
- Moglibyśmy to wykorzystać.- nie dawałam za wygraną.- Hej, ty masz urlop, a jesteśmy prawnym małżeństwem. Chyba mamy prawo czasem pokazać innym nasze szczęście i narazić się na ciekawsze plotki. Raczej para całująca się na środku kafejki nie przeżywa kryzysu, co nie?
- Rose. Nie.
- Dymitr niekiedy naprawdę mam cię dość. Zostaw tą swoją maskę strażnika na służbę. Teraz ze swoją żoną spędzasz mile popołudnie. Miałeś starać się wyluzować. Wgrać w naszą grupę. Czasem zabawić. Przecież nie można żyć samą służbą.
- Hej!- oburzyłam się.
- O co chodzi Roza?- zdziwił się moim zachowaniem.
- Nie ładnie tak. Czy ty nawet w wyznanie miłości musisz wpleść swoje lekcje typu zen?
- Wiesz skarbie,- uśmiechnął się cwanie.- kto raz zostaje nauczycielem, temu wchodzi to w nawyk i daje swoje dobre rady każdemu. A ja tym bardziej tobie.
- A co ja Ci takiego zrobiłam?
- Prosiłaś, żebym został twoim mentorem.
- Prosiłam?
-Wręcz błagałaś. Twoje oczy aż wolały " Zgódź się! Zgódź się! A pójdę z tobą do łóżka."- uśmiechnął się. Kpił sobie ze mnie!
- Ej no! Nie rób ze mnie takiej łatwej. Musiałeś się trochę męczyć.
- Roza, gdybym nie zauważył, że to zaklęcie, nasz pierwszy raz byłby po miesiącu znajomości.- mówił coraz ciszej.
- Ja bym tam w cale nie żałowała. Ale czuję, że mój pierwszy raz powinien być z naszej własnej woli. Dobrze, że stało się tak jak się stało.
- Chwila.-teraz nachylił się w moją stronę i szeptał.- Chcesz powiedzieć, że to w stróżówce to był twój pierwszy raz?
- Wychwyciłeś! Tak. Byłeś pierwszy i jedyny.
Chwilę się zastanowiłam, a raczej udawałam, żeby mógł przyswoić sobie nowe informacje. Chciałam się odezwać na nowo, ale wtedy zawołano nas po jedzenie. Dymitr wciąż był w szoku, więc ja poszłam odebrać obiad.
Najpierw wzięłam jego i Lili. Gdy położyłam talerz przed jego nosem, oprzytomniał i pocałował mnie.
- Dziękuję Roza. Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy.
- Zaraz porozmawiamy, tylko zaniosę posiłek Lili. Podeszłam do stolika dzieci i dałam małej talerz.
- Dzień dobry strażniczko Hathaway-Bielikow.- powiedziały chórem.
- Dzień dobry.- czułam się trochę niezręcznie, ale nie dałam tego po sobie poznać. Wpatrywały się we mnie cztery pary oczu. Dwoje chłopców i dwie dziewczynki. Wyglądały identycznie. Musiały być bliźniaczkami. W końcu jeden z chłopców nie wytrzymał.
- Naprawdę to jest siostra strażniczki?-spytał. Miał błąd włosy i piwne oczy.
- Tak.- przyznałam.
- A to prawda, że w zimie rok temu zabiła strażniczka aż dwie strzygi?- odezwała się jedna z bliźniaczek. Ona miały rude, gęste włosy i błękitne oczy.
- Tak. Ale nie ma czym się chwalić.
- A czy to prawda, że uciekła strażniczka kosmitą, kiedy chcieli porwać Lorda Ozerę?-teraz odezwał się blondyn w białej bejsbolówce, o brązowych oczach.
- Nie. O tym słyszę pierwszy raz w życiu. Myślę, że Ozerę to już jacyś kosmici porwali. I to nie raz.- uśmiechnęłam się. Dzieci chyba nie zrozumiały żartu.
- A czy to prawda, że...- zaczęła druga z bliźniaczek, ale przerwała nagle, wpatrując się w coś za mną. Na tali poczułam silne dłonie.
- A może dacie zjeść strażniczce obiad?- zaproponował głęboki głos z rosyjskim akcentem.
- Dzień dobry, strażniku Bielikow.- dzieci przywitały chórem mojego męża.
- Dzień dobry, dzieciaki. Z pytaniami jeszcze się wstrzymajcie. Myślę, że zdarzy się okazja na ich zadanie. A teraz smacznego.
- Smacznego.- odpowiedzieli i doprowadzili nas wzrokiem do stolika.
Nie dziwiło mnie, że mój talerz już czekał na stole. Domyśliłam się, czyja to sprawka.
- Uciekam kosmitą. A to ciekawe.
- Różne plotki chodzą po szkołach. Sama o tym wiesz.
- No tak, ale kto wymyślił, a tym bardziej uwierzył w kosmitów.- wciąż nie dowierzałam. Dymitr uśmiechnął się pod nosem.
Był na przeciwko mnie, ale teraz zmienił miejsce i usiadł po mojej lewej.
- Roza naprawdę to ja jestem tym szczęściarzem?- nie dowierzał.
- Tak kochanie,- pomachałam mu przed nosem dłonią z obrączka.- Jesteś szczęściarzem pod wieloma względami. A co myślałeś? Że w wieku 17 lat, będę chodziła do łóżka z kim popadnie?
- Nigdy Roza. Nigdy. Za to oberwało się Adrianowi. Ale żebyś z żadnym? Z twoją atrakcyjnością? Tyle chłopaków kręciło się wokół ciebie.
- Czekałam na tego jedynego. I nie tylko ja jestem atrakcyjna w tym związku. Może teraz ty się pochwalisz?
- A chcesz usłyszeć prawdę?- spytał patrząc mi głęboko w oczy.
Zastanowiłam się. Czy jakbym się dowiedziała z iloma wcześniej sypiał, zmieniło by się coś między nami. Nie wiem czego się spodziewać. Ale przecież to przeszłość. Kocha tylko mnie. Podjęłam decyzję. Spojrzałam na niego wyczekująco. Zrozumiał.
- No dobra, sama tego chciałaś. Przed Tobą było... czekaj chwilę.- trzymał mnie w niepewności. Zaczął liczyć na pierwszej ręce, szepcząc jakieś imiona. Jego czoło zrobiły zmarszczki, co świadczyło o intensywnym myśleniu strażnika. Teraz przeszedł na drugą rękę. On chyba sobie żartuje? Patrzyłam z niedowierzaniem na jego palec skaczący po palcach drugiej ręki.- To będzie...zero. Brawo, byłaś pierwsza.
Zdenerwowałam się. Palnęłam go porządnie w ramię, na co on zaczął się śmiać.
-Oj nie ładnie, strażniku Bielikow. Bawić się tak kosztem własnej żony?! Powinieneś się wstydzić.
- Może.- nie przestawał się śmiać.- Ale twoja mina była bezcenna.
Chciałam poudawać obrażoną, aby dać mu nauczkę, ale dotarł do mnie sens jego słów. Byłam pierwsza. Jedyna.
- Nie wierzę. Ja to ja, ale ty?
- Co ja?- zmarszczył brwi nie rozumiejąc.
- No wiesz. Przystojny, bohaterski, zdyscyplinowany. Żywy magnez na kobiety.
- Nie przesadzaj. Po za tym nie miałem czasu na kobiety. No dopóki nie pojawiła się taka ciemnooka piękność, o delikatnych włosach i słodkich ustach.
- Bardzo słodkich?- zaczęłam go prowokować.
- Nie teraz Roza.- starał się ugasić mój zapał.- Po twoim wybuchu staliśmy się tu większą sensacją, niż gdy weszliśmy.
- Moglibyśmy to wykorzystać.- nie dawałam za wygraną.- Hej, ty masz urlop, a jesteśmy prawnym małżeństwem. Chyba mamy prawo czasem pokazać innym nasze szczęście i narazić się na ciekawsze plotki. Raczej para całująca się na środku kafejki nie przeżywa kryzysu, co nie?
- Rose. Nie.
- Dymitr niekiedy naprawdę mam cię dość. Zostaw tą swoją maskę strażnika na służbę. Teraz ze swoją żoną spędzasz mile popołudnie. Miałeś starać się wyluzować. Wgrać w naszą grupę. Czasem zabawić. Przecież nie można żyć samą służbą.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
poniedziałek, 11 kwietnia 2016
ROZDZIAŁ 107
Drzwi powoli się otwierały. Postanowiliśmy zrobić uroczyste wejście, ze względu na Lilianę. Nie mogłam się doczekać jej miny, gdy zobaczy na tronie naszego niedzielnego gościa.
Wkroczyliśmy dumnie, z gracją do pomieszczenia. Jednak choć bardzo się starałam, nie umiałam powstrzymać uśmiechu. Nagle mała zatrzymała się. A że trzymała Dymitra, on też przystanął. Jej mina była bez cenna. Popatrzyła na królową, a następnie na nas, jakby myślała, że to żart.
Jak wchodziliśmy, Lissa była spięta,ale gdy tylko nas zobaczyła rozluźniła się. W komnacie byli również młodzi Ozera i Dragomirówna. Moja przyjaciółka zeszła z tronu i przytuliła na przywitanie każdego z nas. Biedny Dymitr zmieszany, nie wiedział co robić.
- Naprawdę ty jesteś królową?- Lili ochłonęła z szoku, na tyle by w końcu się odezwać.
- Tak.- potwierdziła morojka.- Oto ja.
Przywitałam się z Jill, która od razu zabrała moją siostrę. Mała nie mogła być przy rozmowie, a księżniczka ją pokochała. Nasza pozostała czwórka przeszła do pokoju obok. Zajęliśmy miejsca na sofie.
- Mogłabym powiedzieć to Dymitrowi,- zaczęła Lissa.- ale on pewnie by cię nie powiadomił, a jakbyś się dowiedziała, byłabyś zła na niego i na mnie. Więc postanowiłam powiedzieć to wam obojgu. Mamy problem. W Rosji podniósł się poziom działalności strzyg. Potrzebujemy dobrych strażników. Ty Rose nie możesz jechać, ale strażnik Bielikow mógłby się tam przydać. Nawet jako dowódca. Podróż na pięć dni do Nowosybirska.- z ukochanym wymieniliśmy spojrzenia. Nowosybirsk. Czemu ono? Rosja zajmuje pół świata, ale nie. Ze wszystkich miast musi być akurat to.- Tak, wiem że nie lubicie tego miasta, ale to nie zależne od nas. Co wy na to?- spytała patrząc na mnie z obawą.
Dymitr chciał już się odezwać, ale mu przerwałam.
- Myślę, że ja mam najmniej do gadania. To nasz obowiązek. Nie podoba mi się to, ale zgadzam się.
Mój mąż tylko pokiwał głową.
- Dobrze. Przyda im się wsparcie. Wyjazd jest w czwartek o wschodzie słońca. Do tego czasu masz wolne.- zwróciła się do Bielikowa. Dzisiaj wtorek. Mamy dla siebie jeszcze dwa dni. No i dzisiaj.
Chwilę zastanawiałam się nad tą akcją i wpadłam ma genialny pomysł.
- Lissa, pamiętasz jak ci opowiadałam o moim wyjeździe z Bai?- morojka przytaknęła.- Pomogła mi grupa Denisa. Myślę, że oni i inni niezaprzysiężeni mogliby wam pomóc. Do ich gromad wystarczy dać jakiegoś nawet nowicjusza, żeby ich poprowadził i będzie więcej wojowników. Są dobrzy w walce, ale nie mają przemyślanej strategii ataków. A na tych akcjach czegoś się dowiedzą i będą zabijać więcej strzyg, tracąc mniej ludzi.
Teraz królowa się zamyśliła.
- To nie jest głupie.- przyznała.- Przekażę to strażnikowi Croft. Jak usłyszy, że to twój pomysł na pewno się zgodzi. Zawsze cię cenił. No od czasu akcji w magazynie.
Zdziwiło mnie to. To prawda byłam użyteczna, ale to ze względu na więź. Nie sądziłam, że docenił moje umiejętności. No cóż, lepiej nie oceniać po pozorach.
Chwilę jeszcze porozmawialiśmy. Ja z przyjaciółką. Dymitr z Christianem. Ostatnio zbliżyli się do siebie. W między czasie przyszła Jill z Lilianą. Mała miała mnóstwo pytań do młodej królowej. To było dość śmieszne. Po jakimś czasie Lissa musiała wracać do obowiązków, a moja siostra zgłodniała. Mój mąż chciał wracać do domu, ale jak powiedziałam mu o zakupach, uznał że w kawiarence też jest dobre jedzenie. Poszliśmy do naszej ulubionej. Przed przeprowadzką często tu przychodziliśmy na desery lodowe. Oprócz ciast i gorących napojów, podawano tu również obiady. Zamówiliśmy sobie coś do jedzenia i zajęliśmy miejsca przy oknie. Było późne popołudnie, więc w kawiarni siedziało kilkoro dzieciaków po lekcjach. Lili poznała kilka i usiadła z nimi przy innym stoliku. Bardzo szybko zaaklimatyzowała się w ich grupie. Siedzieliśmy patrząc na nią.
- Pamiętam jak wparowali tu strażnicy i oskarżyli cię o zabicie królowej.- odezwał się po dłuższej chwili mój ukochany. Słyszałam ból w jego głosie.
- A ty mnie broniłeś, mimo że wcześniej powiedziałeś, żebym zaczęła życie bez ciebie. Teraz wiem, że puki chodzisz po tym świecie, takie nie istnieje.- złapał mnie za dłoń i zaczął ją głaskać.
- Ja też nie mógł bym bez ciebie żyć. Nie wiem jak mogłem wtedy się z tobą kłócić. Powinienem rzucić się na ciebie i pocałować gdy tylko przekroczyłaś ten próg. To w twoje ramię płakać po odmienieniu i nie wypuścić cię więcej z obcięć.
- Mogłeś zmienić przeszłość. Wiedziałeś, że tak będzie.
- Roza. Po tamtym śnie myślałem sobie: "Nie! Po odmienieniu pobiegnę do mojej Rozy. Uściskam ją, powiem jak bardzo kocham." Ale co innego przypuszczać co się zrobi, a co innego znaleźć się w określonej sytuacji. To mnie przerosło. Wtedy zwątpiłem w prawdziwość tego snu. Uznałem za coś wymyślonego, co spełniło się, bo w to uwierzyłem. Poczułem się jak kretyn. Bo jak można wybaczyć, a tym bardziej kochać takiego potwora. Mogłem wszystko zmienić, ale było za późno. Zostało mi odrzucać cię. Nie dlatego, że tak miało być. Czułem, że jeśli pozwolę sobie na miłość, będziesz tego żałować. Wszystkie błędy, które popełniłem przez ostatni rok względem ciebie, są stokroć większe, niż te z reszty mego życia. Ale nie da się cofnąć czasu. Trzeba żyć dalej, biorąc odpowiedzialność za nieprawidłowe decyzje. Ale każda strata przynosi zysk. Mój jest bardzo duży.
Rozpływałam się pod wpływem jego czekoladowych oczu. Tego jak na mnie patrzył. W jednym jego spojrzeniu było więcej miłości, niż doświadczyłam przez całe swoje życie. Uśmiechałam się do niego jak głupia do sera. Przy tym sama czułam się jak serek topiony. Trafił w mój czuły punkt i chyba doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Wie o mnie wszystko. Kocham go.
Wkroczyliśmy dumnie, z gracją do pomieszczenia. Jednak choć bardzo się starałam, nie umiałam powstrzymać uśmiechu. Nagle mała zatrzymała się. A że trzymała Dymitra, on też przystanął. Jej mina była bez cenna. Popatrzyła na królową, a następnie na nas, jakby myślała, że to żart.
Jak wchodziliśmy, Lissa była spięta,ale gdy tylko nas zobaczyła rozluźniła się. W komnacie byli również młodzi Ozera i Dragomirówna. Moja przyjaciółka zeszła z tronu i przytuliła na przywitanie każdego z nas. Biedny Dymitr zmieszany, nie wiedział co robić.
- Naprawdę ty jesteś królową?- Lili ochłonęła z szoku, na tyle by w końcu się odezwać.
- Tak.- potwierdziła morojka.- Oto ja.
Przywitałam się z Jill, która od razu zabrała moją siostrę. Mała nie mogła być przy rozmowie, a księżniczka ją pokochała. Nasza pozostała czwórka przeszła do pokoju obok. Zajęliśmy miejsca na sofie.
- Mogłabym powiedzieć to Dymitrowi,- zaczęła Lissa.- ale on pewnie by cię nie powiadomił, a jakbyś się dowiedziała, byłabyś zła na niego i na mnie. Więc postanowiłam powiedzieć to wam obojgu. Mamy problem. W Rosji podniósł się poziom działalności strzyg. Potrzebujemy dobrych strażników. Ty Rose nie możesz jechać, ale strażnik Bielikow mógłby się tam przydać. Nawet jako dowódca. Podróż na pięć dni do Nowosybirska.- z ukochanym wymieniliśmy spojrzenia. Nowosybirsk. Czemu ono? Rosja zajmuje pół świata, ale nie. Ze wszystkich miast musi być akurat to.- Tak, wiem że nie lubicie tego miasta, ale to nie zależne od nas. Co wy na to?- spytała patrząc na mnie z obawą.
Dymitr chciał już się odezwać, ale mu przerwałam.
- Myślę, że ja mam najmniej do gadania. To nasz obowiązek. Nie podoba mi się to, ale zgadzam się.
Mój mąż tylko pokiwał głową.
- Dobrze. Przyda im się wsparcie. Wyjazd jest w czwartek o wschodzie słońca. Do tego czasu masz wolne.- zwróciła się do Bielikowa. Dzisiaj wtorek. Mamy dla siebie jeszcze dwa dni. No i dzisiaj.
Chwilę zastanawiałam się nad tą akcją i wpadłam ma genialny pomysł.
- Lissa, pamiętasz jak ci opowiadałam o moim wyjeździe z Bai?- morojka przytaknęła.- Pomogła mi grupa Denisa. Myślę, że oni i inni niezaprzysiężeni mogliby wam pomóc. Do ich gromad wystarczy dać jakiegoś nawet nowicjusza, żeby ich poprowadził i będzie więcej wojowników. Są dobrzy w walce, ale nie mają przemyślanej strategii ataków. A na tych akcjach czegoś się dowiedzą i będą zabijać więcej strzyg, tracąc mniej ludzi.
Teraz królowa się zamyśliła.
- To nie jest głupie.- przyznała.- Przekażę to strażnikowi Croft. Jak usłyszy, że to twój pomysł na pewno się zgodzi. Zawsze cię cenił. No od czasu akcji w magazynie.
Zdziwiło mnie to. To prawda byłam użyteczna, ale to ze względu na więź. Nie sądziłam, że docenił moje umiejętności. No cóż, lepiej nie oceniać po pozorach.
Chwilę jeszcze porozmawialiśmy. Ja z przyjaciółką. Dymitr z Christianem. Ostatnio zbliżyli się do siebie. W między czasie przyszła Jill z Lilianą. Mała miała mnóstwo pytań do młodej królowej. To było dość śmieszne. Po jakimś czasie Lissa musiała wracać do obowiązków, a moja siostra zgłodniała. Mój mąż chciał wracać do domu, ale jak powiedziałam mu o zakupach, uznał że w kawiarence też jest dobre jedzenie. Poszliśmy do naszej ulubionej. Przed przeprowadzką często tu przychodziliśmy na desery lodowe. Oprócz ciast i gorących napojów, podawano tu również obiady. Zamówiliśmy sobie coś do jedzenia i zajęliśmy miejsca przy oknie. Było późne popołudnie, więc w kawiarni siedziało kilkoro dzieciaków po lekcjach. Lili poznała kilka i usiadła z nimi przy innym stoliku. Bardzo szybko zaaklimatyzowała się w ich grupie. Siedzieliśmy patrząc na nią.
- Pamiętam jak wparowali tu strażnicy i oskarżyli cię o zabicie królowej.- odezwał się po dłuższej chwili mój ukochany. Słyszałam ból w jego głosie.
- A ty mnie broniłeś, mimo że wcześniej powiedziałeś, żebym zaczęła życie bez ciebie. Teraz wiem, że puki chodzisz po tym świecie, takie nie istnieje.- złapał mnie za dłoń i zaczął ją głaskać.
- Ja też nie mógł bym bez ciebie żyć. Nie wiem jak mogłem wtedy się z tobą kłócić. Powinienem rzucić się na ciebie i pocałować gdy tylko przekroczyłaś ten próg. To w twoje ramię płakać po odmienieniu i nie wypuścić cię więcej z obcięć.
- Mogłeś zmienić przeszłość. Wiedziałeś, że tak będzie.
- Roza. Po tamtym śnie myślałem sobie: "Nie! Po odmienieniu pobiegnę do mojej Rozy. Uściskam ją, powiem jak bardzo kocham." Ale co innego przypuszczać co się zrobi, a co innego znaleźć się w określonej sytuacji. To mnie przerosło. Wtedy zwątpiłem w prawdziwość tego snu. Uznałem za coś wymyślonego, co spełniło się, bo w to uwierzyłem. Poczułem się jak kretyn. Bo jak można wybaczyć, a tym bardziej kochać takiego potwora. Mogłem wszystko zmienić, ale było za późno. Zostało mi odrzucać cię. Nie dlatego, że tak miało być. Czułem, że jeśli pozwolę sobie na miłość, będziesz tego żałować. Wszystkie błędy, które popełniłem przez ostatni rok względem ciebie, są stokroć większe, niż te z reszty mego życia. Ale nie da się cofnąć czasu. Trzeba żyć dalej, biorąc odpowiedzialność za nieprawidłowe decyzje. Ale każda strata przynosi zysk. Mój jest bardzo duży.
Rozpływałam się pod wpływem jego czekoladowych oczu. Tego jak na mnie patrzył. W jednym jego spojrzeniu było więcej miłości, niż doświadczyłam przez całe swoje życie. Uśmiechałam się do niego jak głupia do sera. Przy tym sama czułam się jak serek topiony. Trafił w mój czuły punkt i chyba doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Wie o mnie wszystko. Kocham go.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
niedziela, 10 kwietnia 2016
ROZDZIAŁ 106
- A właśnie, gdzie mała?- przypomniałem sobie.
- Jill zabrała ją, żeby się uspokoiła.-odpowiedziała- Trochę ją wystraszyłeś, ale uważa cie za wzór, więc szybko ci wybaczy.
- Tak jak ty?- spytałem, patrząc jej głęboko w oczy.
- I po raz kolejny ten sam błąd. NIE MAM CZEGO CI WYBACZAĆ. Jasne? Stanąłeś w mojej obronie. To nie było złe, ale szlachetne. Nie jeden szeryf byłby z ciebie dumny. Jesteś godny swojego prochowca.-uśmiechnęła się.
Wzruszyła mnie jej mała przemowa. Ona jest wspaniała. Nawet żart potrafi wykorzystać do nauki. Byłaby dobrą mentorką. Postanowiłem nie być gorszy.
- Dziękuję Roza. Za to, że otworzyłaś mi moje ślepe oczy, na piękno tego świata. Na swoje piękno. Kocham Cię.- pocałowałem ją namiętnie.
Leżeliśmy tak jeszcze chwilę, a potem się ubraliśmy, co nie było proste, jako że nie mogliśmy się od siebie oderwać. Na korytarzu na nowo przybrałem maskę strażnika. Wiem, że Rose tego nie lubi, ale nie umiem tak jak ona odnosić się jawnie ze swoimi uczuciami. Poprowadziła mnie do pokoju na następnym piętrze. W środku księżniczka siedziała na podłodze, a za nią, na łóżku stała Lili i bawiła się w stylistkę fryzur.
- Może coś prostszego.- zaproponowała moja żona z uśmiechem.- Bo ciocia Jill nie rozplącze tego.
Jej siostra uśmiechnęła się na nasz widok, ale na mnie popatrzyła trochę niepewnie. Trochę mnie to zabolało. Nie przyznał bym się, ale mała jest dla mnie ważna. Chcę być dla niej jak ojciec. A jeśli Roza nie ma racji? Może mi nie wybaczy? Musiałem bardzo ją wystraszyć. Ukochana szturchnęła lekko moje ramię i wzrokiem nakazałam podejść do łóżka. Zawahał się. Przewróciła oczami i powtórzyła nakaz ostrzej. Dalej nie byłem pewny, ale wykonałem polecenie. Poszła za mną. Przysiadłem na materacu i patrzył na Lili wyczekująco. Bałem się. Mała chwilę się przyglądała, aż.... padła mi w ramiona, tak jak kej siostra wcześnie. Odwzajemniłem uścisk. Odzyskałem dwie najważniejsze dla mnie kobiety. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo potrzebna była mi jej reakcja. Wypuściłem powietrze, które trzymałem cały czas w płucach. Odprężyłem się.
- Nie boję się ciebie.- wyszeptała mi na ucho.- Obroniłeś Rose przed tym nie dobrym morojem. To bardzo bohaterskie.- odsunęła się ode mnie.- Jak dorosnę, będę taka odważna, silna i dobra jak Dymitr.- Oświadczyła donośnie, a ja poczułem łzy w oczach. Ale nie pozwoliłem im popłynąć.
- Na pewno.- moja żona usiadła z drugiej strony dziewczynki i popatrzyła na mnie. Na pewno zauważyła, że mam zaszklone oczy. Nie ważne. Przy niej nie udawałem, mogę być sobą.- Mnie taką stworzył. A po za tym, to u nas rodzinne.
- To prawda Roza. Kocham cię za to. Kocham was obie.- objąłem ramieniem i ukochaną i mała i przyciągnąłem bliżej siebie. Roza zrobiła to samo. Tak wyglądał nasz rodzinny uścisk. Tak wygląda rodzina o jakiej zawsze marzyłem.
ROSE
Do sali tronowej doszliśmy po pięciu minutach. Po drodze nie obyło się bez kiwnięć innych strażników. Na dłuższą metę trochę to denerwowało. Podziwiam męża, że zna wszystkich, których mijaliśmy. I nikt nie dopytywał się o mój brzuch. Nawet na niego nie spojrzeli. No przynajmniej dampiry. Morojki nie stroniły od komentarzy w swoich grupkach. Od jutra już zacznie się plotowanie. Ale nie obchodzi mnie to. Niech myślą co chcą. Na początku mieliśmy ukrywać mój stan, lecz zrezygnowałam z tego. Jestem szczęśliwa, więc czemu mam ukrywać powód swojego zadowolenia? Tak jestem w ciąży. Ale heca! W sumie chętnie posłucham co wymyślą te paniusie, które nie mają nic lepszego do roboty, niż wchodzić z butami do czyjegoś życia.
- Od jutra będziesz tematem Dworu.- szepnął mi na ucho ukochany, gdy mój okrągły brzuch przykuł uwagę kolejnej arystokratki. Chyba nawet ją kojarzę. W sumie to nie ważne.- "Strażniczka królowej zdradziła swojego świeżo upieczonego męża? A może to zapłodnienia planowe? Czy pierwsza para dampirów w związku przeżywa kryzys? Kto będzie ojcem dziecka?"
Zaśmiałam się, czym zwróciłam na nas jeszcze większą uwagę.
- Co powiesz towarzyszu, na to, żebyśmy ich jeszcze bardziej sprowokowali, wyrażając publicznie naszą miłość. Miły dotyk, jakiś niewinny pocałunek?
- Nie sądzę kochanie.- lekko się zawahał.
- No tak. Twoja żołnierska dyscyplina ci nie pozwala.
- Nie o to chodzi Roza. Tylko obawiam się, że nie zdołam zaprzestać na pocałunku.- ściszył głos, a mnie przeszedł przyjemny dreszcz.
- Zawsze możemy dokończyć to w domu.- dalej szeptałam.
Minął nas kolejny strażnik. Oczywiście Dymitr jego też znał.
-Czy jest tu ktoś, kto was nie zna?- spytała Lili. Mała teraz nie mogła oderwać się od Bielikowa.
- Wątpię.- odpowiedziałam.- Nasza historia obrosła w legendę.
- Opowiecie mi ją?- popatrzyła na mnie z nadzieją.
- Może jak będziesz trochę starsza.- oświadczyłam.
- Jestem już duża.- oburzyła się.- Za rok i pięć miesięcy będę miała dziesięć lat.
Aha! Za pół roku ma dziewiąte urodziny.
- Opowiemy ci.- ukochany popatrzył na mnie znacząco, a potem dodał mi na ucho.- W przystosowanej dla niej wersji.
- Dobrze.-zgodziłam się, ku uczesze dziewczynki.
Stanęliśmy przed drzwiami do sali tronowej.
- Gotowa poznać królową?- spytałam siostrę.
- Szczerze? Nie.
- Wszystko będzie dobrze.
Mała odetchnęła głęboko. Dałam znać, żeby otworzyli drzwi Jako strażnicy królowej, mamy prawo wchodzić bez żadnego zaproszenia, czy czekania. W każdej chwili i do każdego miejsca. Choć wolę ominąć niektóre, zwłaszcza gdy w środku są tylko Liss i Christian. Wystarczyło mi oglądanie ich w akcji w akademii. I tego było za dużo.
Jednak mimo wszystko, brakuje mi naszej więzi. Jeszcze kilka miesięcy temu mogłam być pewna, że nic jej nie grozi lub dowiedzieć się o tym pierwsza. Wiem, że powinnam polegać, jak reszta strażników, na swoich umiejętnościach. Tego miałam się nauczyć podczas zajęć polowych. Ale i tak brakuje mi tej pewności. Co jeśli Robert podstawi kogoś od siebie z zaczarowanym srebrem. Wszyscy będą widzieli królową, a prawdziwa Lissa zostanie uwięziona, albo gorzej, rzucona na żer strzyg. Nie wybaczyłabym sobie tego. A gdybym miała więź jako pierwsza i chyba jedyna mogłabym się o tym dowiedzieć. Ciągle nie mogę przyzwyczaić się do jej braku, ale co poradzić? Trzeba żyć dalej.
- Jill zabrała ją, żeby się uspokoiła.-odpowiedziała- Trochę ją wystraszyłeś, ale uważa cie za wzór, więc szybko ci wybaczy.
- Tak jak ty?- spytałem, patrząc jej głęboko w oczy.
- I po raz kolejny ten sam błąd. NIE MAM CZEGO CI WYBACZAĆ. Jasne? Stanąłeś w mojej obronie. To nie było złe, ale szlachetne. Nie jeden szeryf byłby z ciebie dumny. Jesteś godny swojego prochowca.-uśmiechnęła się.
Wzruszyła mnie jej mała przemowa. Ona jest wspaniała. Nawet żart potrafi wykorzystać do nauki. Byłaby dobrą mentorką. Postanowiłem nie być gorszy.
- Dziękuję Roza. Za to, że otworzyłaś mi moje ślepe oczy, na piękno tego świata. Na swoje piękno. Kocham Cię.- pocałowałem ją namiętnie.
Leżeliśmy tak jeszcze chwilę, a potem się ubraliśmy, co nie było proste, jako że nie mogliśmy się od siebie oderwać. Na korytarzu na nowo przybrałem maskę strażnika. Wiem, że Rose tego nie lubi, ale nie umiem tak jak ona odnosić się jawnie ze swoimi uczuciami. Poprowadziła mnie do pokoju na następnym piętrze. W środku księżniczka siedziała na podłodze, a za nią, na łóżku stała Lili i bawiła się w stylistkę fryzur.
- Może coś prostszego.- zaproponowała moja żona z uśmiechem.- Bo ciocia Jill nie rozplącze tego.
Jej siostra uśmiechnęła się na nasz widok, ale na mnie popatrzyła trochę niepewnie. Trochę mnie to zabolało. Nie przyznał bym się, ale mała jest dla mnie ważna. Chcę być dla niej jak ojciec. A jeśli Roza nie ma racji? Może mi nie wybaczy? Musiałem bardzo ją wystraszyć. Ukochana szturchnęła lekko moje ramię i wzrokiem nakazałam podejść do łóżka. Zawahał się. Przewróciła oczami i powtórzyła nakaz ostrzej. Dalej nie byłem pewny, ale wykonałem polecenie. Poszła za mną. Przysiadłem na materacu i patrzył na Lili wyczekująco. Bałem się. Mała chwilę się przyglądała, aż.... padła mi w ramiona, tak jak kej siostra wcześnie. Odwzajemniłem uścisk. Odzyskałem dwie najważniejsze dla mnie kobiety. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo potrzebna była mi jej reakcja. Wypuściłem powietrze, które trzymałem cały czas w płucach. Odprężyłem się.
- Nie boję się ciebie.- wyszeptała mi na ucho.- Obroniłeś Rose przed tym nie dobrym morojem. To bardzo bohaterskie.- odsunęła się ode mnie.- Jak dorosnę, będę taka odważna, silna i dobra jak Dymitr.- Oświadczyła donośnie, a ja poczułem łzy w oczach. Ale nie pozwoliłem im popłynąć.
- Na pewno.- moja żona usiadła z drugiej strony dziewczynki i popatrzyła na mnie. Na pewno zauważyła, że mam zaszklone oczy. Nie ważne. Przy niej nie udawałem, mogę być sobą.- Mnie taką stworzył. A po za tym, to u nas rodzinne.
- To prawda Roza. Kocham cię za to. Kocham was obie.- objąłem ramieniem i ukochaną i mała i przyciągnąłem bliżej siebie. Roza zrobiła to samo. Tak wyglądał nasz rodzinny uścisk. Tak wygląda rodzina o jakiej zawsze marzyłem.
ROSE
Do sali tronowej doszliśmy po pięciu minutach. Po drodze nie obyło się bez kiwnięć innych strażników. Na dłuższą metę trochę to denerwowało. Podziwiam męża, że zna wszystkich, których mijaliśmy. I nikt nie dopytywał się o mój brzuch. Nawet na niego nie spojrzeli. No przynajmniej dampiry. Morojki nie stroniły od komentarzy w swoich grupkach. Od jutra już zacznie się plotowanie. Ale nie obchodzi mnie to. Niech myślą co chcą. Na początku mieliśmy ukrywać mój stan, lecz zrezygnowałam z tego. Jestem szczęśliwa, więc czemu mam ukrywać powód swojego zadowolenia? Tak jestem w ciąży. Ale heca! W sumie chętnie posłucham co wymyślą te paniusie, które nie mają nic lepszego do roboty, niż wchodzić z butami do czyjegoś życia.
- Od jutra będziesz tematem Dworu.- szepnął mi na ucho ukochany, gdy mój okrągły brzuch przykuł uwagę kolejnej arystokratki. Chyba nawet ją kojarzę. W sumie to nie ważne.- "Strażniczka królowej zdradziła swojego świeżo upieczonego męża? A może to zapłodnienia planowe? Czy pierwsza para dampirów w związku przeżywa kryzys? Kto będzie ojcem dziecka?"
Zaśmiałam się, czym zwróciłam na nas jeszcze większą uwagę.
- Co powiesz towarzyszu, na to, żebyśmy ich jeszcze bardziej sprowokowali, wyrażając publicznie naszą miłość. Miły dotyk, jakiś niewinny pocałunek?
- Nie sądzę kochanie.- lekko się zawahał.
- No tak. Twoja żołnierska dyscyplina ci nie pozwala.
- Nie o to chodzi Roza. Tylko obawiam się, że nie zdołam zaprzestać na pocałunku.- ściszył głos, a mnie przeszedł przyjemny dreszcz.
- Zawsze możemy dokończyć to w domu.- dalej szeptałam.
Minął nas kolejny strażnik. Oczywiście Dymitr jego też znał.
-Czy jest tu ktoś, kto was nie zna?- spytała Lili. Mała teraz nie mogła oderwać się od Bielikowa.
- Wątpię.- odpowiedziałam.- Nasza historia obrosła w legendę.
- Opowiecie mi ją?- popatrzyła na mnie z nadzieją.
- Może jak będziesz trochę starsza.- oświadczyłam.
- Jestem już duża.- oburzyła się.- Za rok i pięć miesięcy będę miała dziesięć lat.
Aha! Za pół roku ma dziewiąte urodziny.
- Opowiemy ci.- ukochany popatrzył na mnie znacząco, a potem dodał mi na ucho.- W przystosowanej dla niej wersji.
- Dobrze.-zgodziłam się, ku uczesze dziewczynki.
Stanęliśmy przed drzwiami do sali tronowej.
- Gotowa poznać królową?- spytałam siostrę.
- Szczerze? Nie.
- Wszystko będzie dobrze.
Mała odetchnęła głęboko. Dałam znać, żeby otworzyli drzwi Jako strażnicy królowej, mamy prawo wchodzić bez żadnego zaproszenia, czy czekania. W każdej chwili i do każdego miejsca. Choć wolę ominąć niektóre, zwłaszcza gdy w środku są tylko Liss i Christian. Wystarczyło mi oglądanie ich w akcji w akademii. I tego było za dużo.
Jednak mimo wszystko, brakuje mi naszej więzi. Jeszcze kilka miesięcy temu mogłam być pewna, że nic jej nie grozi lub dowiedzieć się o tym pierwsza. Wiem, że powinnam polegać, jak reszta strażników, na swoich umiejętnościach. Tego miałam się nauczyć podczas zajęć polowych. Ale i tak brakuje mi tej pewności. Co jeśli Robert podstawi kogoś od siebie z zaczarowanym srebrem. Wszyscy będą widzieli królową, a prawdziwa Lissa zostanie uwięziona, albo gorzej, rzucona na żer strzyg. Nie wybaczyłabym sobie tego. A gdybym miała więź jako pierwsza i chyba jedyna mogłabym się o tym dowiedzieć. Ciągle nie mogę przyzwyczaić się do jej braku, ale co poradzić? Trzeba żyć dalej.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
Subskrybuj:
Posty (Atom)